INTRO
Stoisz w sklepie z rzeczą za 49,99 zł, której naprawdę potrzebujesz. Nie jest to złoty ekspres do kawy sterowany myślami ani ręcznie rzeźbiony stojak na banany z limitowanej kolekcji mediolańskiego projektanta. Zwykła rzecz. Masz pieniądze na koncie. Rachunki są zapłacone. Nie musisz wybierać między zakupem a ogrzewaniem mieszkania. Teoretycznie decyzja powinna zająć jakieś siedem sekund.
Tymczasem twój mózg właśnie uruchomił symulację kryzysu finansowego państwa.
"Pięćdziesiąt złotych tutaj, pięćdziesiąt tam i zaraz będzie pięć tysięcy."
Oczywiście. Zwłaszcza jeśli dziś planujesz kupić sto takich rzeczy.
Odkładasz produkt. Wracasz do domu. Przez następne dwa tygodnie irytuje cię brak rzeczy, której nie kupiłeś. W końcu zamawiasz tańszą wersję za trzydzieści dwa złote, płacisz jedenaście złotych za dostawę, odkrywasz, że jest beznadziejna, a miesiąc później kupujesz tę pierwotną za pięćdziesiąt dziewięć, bo akurat skończyła się promocja.
Oszczędziłeś znakomicie.
Jeżeli znasz ten mechanizm, prawdopodobnie problem nie polega na tym, że nie umiesz liczyć pieniędzy. Możliwe, że liczysz je aż za dobrze. Wiesz, ile kosztują zakupy, ile wzrosła rata, ile może kosztować naprawa samochodu i że dentysta potrafi zamienić niewielki ból zęba w wydarzenie budżetowe porównywalne z remontem łazienki. Ostrożność finansowa jest rozsądna. Problem zaczyna się wtedy, gdy ostrożność przestaje pomagać ci podejmować dobre decyzje, a zaczyna blokować praktycznie każdą decyzję zawierającą przycisk "zapłać".
Możesz zarabiać przyzwoicie, mieć oszczędności, nie tonąć w długach i nadal czuć ukłucie niepokoju przy kupowaniu butów za trzysta złotych, kolacji za sto pięćdziesiąt albo biletu na wyjazd, na który odkładałeś od miesięcy. Liczby mówią: "Możesz". Głowa odpowiada: "A CO, JEŚLI JUTRO WSZYSTKO SIĘ ZAWALI?".
Jutro zwykle przychodzi.
Wszystko przeważnie nadal stoi.
A ty nadal nie kupiłeś nowych butów, mimo że obecne coraz bardziej przypominają dokumentację archeologiczną.
Ten lęk jest szczególnie zdradliwy, bo z zewnątrz wygląda jak odpowiedzialność. Nie wydajesz bezmyślnie. Nie bierzesz każdej zachcianki na raty. Nie finansujesz stylu życia kartą kredytową i nadzieją, że przyszły ty będzie zarabiał dwa razy więcej. Brzmi świetnie. Problem w tym, że między "nie wydaję głupio" a "boję się wydać cokolwiek" istnieje całkiem spory obszar, w którym mieści się normalne życie.
I właśnie ten obszar łatwo przypadkiem zamknąć na cztery spusty.
Zaczynasz więc negocjować sam ze sobą. Kawa na mieście? "Mogę zrobić w domu." Nowa kurtka? "Stara jeszcze się nie rozpadła." Weekendowy wyjazd? "Tyle pieniędzy za dwa dni?" Lepszy materac? "Na tym też przecież śpię."
Technicznie można tak przeżyć bardzo długo.
Technicznie można też przez piętnaście lat używać jednego ręcznika.
Nie oznacza to jeszcze, że jest to ambitny plan finansowy.
Pieniądze mają kilka funkcji. Mają dawać bezpieczeństwo. Mają pozwalać finansować przyszłość. Mają chronić przed sytuacją, w której niespodziewana awaria pralki staje się wydarzeniem rodzinnym omawianym przy stole przez trzy pokolenia. Ale pieniądze mają też umożliwiać życie teraz. Jeśli jedyną przyjemnością z posiadania oszczędności jest patrzenie, że liczba na koncie nie maleje, łatwo wejść w bardzo dziwną relację, w której pieniądze przestają być narzędziem i zostają eksponatem muzealnym.
Można oglądać.
Dotykać nie wolno.
Czasem źródłem takiego podejścia są wcześniejsze doświadczenia: okres, kiedy pieniędzy naprawdę brakowało, niepewna praca, obserwowanie problemów finansowych w rodzinie albo zwyczaj wyniesiony z domu, gdzie każde większe wydanie było poprzedzone naradą przypominającą posiedzenie rady nadzorczej. Czasem żadnej dramatycznej historii nie ma. Po prostu przez lata nauczyłeś się, że niewydawanie oznacza bezpieczeństwo, a wydawanie oznacza ryzyko. Mózg lubi proste zasady. "Nie ruszaj pieniędzy" jest znacznie prostsze niż "wydawaj rozsądnie, zależnie od sytuacji, celu i własnych możliwości".
Tyle że prostsze nie zawsze znaczy lepsze.
Nie chodzi więc o to, żeby po przeczytaniu tej książki wyjść na miasto i uczcić nowe podejście telewizorem za dwanaście tysięcy złotych. To byłoby spektakularne niezrozumienie materiału. Nie będziemy też ćwiczyć afirmacji przed bankomatem ani powtarzać, że "pieniądze są energią", ponieważ bank nadal upiera się przy złotówkach.
Chodzi o coś znacznie bardziej przyziemnego: nauczyć się rozróżniać wydatek niebezpieczny od wydatku, który jedynie wydaje się niebezpieczny.
To zasadnicza różnica.
Jeżeli kupno czegoś oznacza, że pod koniec miesiąca zabraknie na czynsz, problem jest realny. Jeżeli kupno czegoś za dwieście złotych powoduje dyskomfort mimo stabilnego budżetu i oszczędności, mamy do czynienia z inną sytuacją. Nie rozwiązuje się jej przez jeszcze dokładniejsze liczenie każdej bułki ani przez zakaz kupowania czegokolwiek "niepotrzebnego". Człowiek jest wyjątkowo kreatywny w uznawaniu za niepotrzebne wszystkiego, czego sam sobie odmawia.
W tej książce uporządkujemy właśnie tę granicę. Przyjrzymy się temu, dlaczego poczucie bezpieczeństwa finansowego nie zawsze rośnie razem ze stanem konta, dlaczego oszczędzanie może zamienić się w automatyczne odmawianie sobie wszystkiego i czemu samo zdanie "przecież mnie stać" często wcale nie uspokaja.
Potem przejdziemy do rzeczy bardziej użytecznych niż analizowanie własnej psychiki przy półce z szamponami. Zbudujemy sposób wydawania pieniędzy, w którym nie musisz za każdym razem organizować referendum. Nauczysz się oddzielać pieniądze na bezpieczeństwo od pieniędzy przeznaczonych do używania, oceniać większe wydatki bez katastroficznych symulacji oraz sprawdzać, kiedy naprawdę warto powiedzieć sobie "nie", a kiedy oszczędność jest już tylko drogim sposobem na pogorszenie sobie życia.
Będzie też wersja dla tych dni, kiedy cała rozsądna wiedza finansowa znika w chwili zobaczenia ceny.
Bo możesz mieć budżet.
Możesz mieć oszczędności.
Możesz mieć nawet arkusz kalkulacyjny z trzema kolorami i wykresem.
A potem kelner pyta, czy chcesz deser za trzydzieści cztery złote, i nagle zachowujesz się, jakby od tej decyzji zależała twoja wypłacalność w 2047 roku.
Celem nie jest nauczenie cię wydawania więcej.
Celem jest nauczenie cię wydawania bez niepotrzebnego strachu - wtedy, kiedy wydatek mieści się w twoich możliwościach, służy twoim potrzebom albo zwyczajnie poprawia życie na tyle, że warto za niego zapłacić.
Pieniądze mają chronić twoją przyszłość.
Nie muszą przy okazji konfiskować teraźniejszości.
Rozdział 1 - Pięćdziesiąt złotych i koniec świata
Masz kupić coś za pięćdziesiąt złotych. Nie luksusowy zegarek. Nie działkę nad morzem. Nie ręcznie podpisaną lodówkę należącą wcześniej do papieża. Pięćdziesiąt złotych. Kwota, która w teorii nie powinna wymagać analizy strategicznej.
A jednak patrzysz na cenę i zaczyna się.
"Czy naprawdę tego potrzebuję?"
"Może znajdę taniej."
"A jeśli w tym miesiącu wydarzy się coś niespodziewanego?"
"Przecież pięćdziesiąt złotych tu, pięćdziesiąt tam..."
To ostatnie zdanie jest wyjątkowo skuteczne, ponieważ może unieważnić praktycznie każdy wydatek na świecie. Pięćdziesiąt złotych tu, pięćdziesiąt tam i rzeczywiście zrobi się sto. Potem można dodać kolejne sto, potem tysiąc, następnie samochód, kredyt hipoteczny i koszt odbudowy Warszawy po wojnie.
Matematycznie wszystko się zgadza.
Problem polega na tym, że właśnie nie kupujesz jednej rzeczy za pięćdziesiąt złotych, ponieważ twój mózg doliczył do niej wszystkie hipotetyczne zakupy, których jeszcze nie zrobiłeś.
Tak działa lęk przed wydawaniem. Nie analizuje jednego wydatku. Otwiera cały katalog możliwych katastrof finansowych i pyta, czy naprawdę chcesz być człowiekiem, który zaczął swoją drogę do nędzy od porządnych słuchawek.
Nie boisz się ceny. Boisz się tego, co ona może oznaczać
Sam wydatek często nie jest najważniejszy. Pięćdziesiąt złotych znika z konta, ale wraz z nim pojawia się znacznie większa historia.
"A jeśli zacznę tak wydawać cały czas?"
"A jeśli stracę kontrolę?"
"A jeśli przestanę oszczędzać?"
"A jeśli za pół roku będę żałować?"
"A jeśli wydarzy się coś złego i tych pieniędzy zabraknie?"
Jedna płatność zaczyna symbolizować utratę bezpieczeństwa.
To dlatego racjonalne argumenty czasem niewiele pomagają. Możesz wiedzieć, że masz oszczędności. Możesz sprawdzić saldo. Możesz policzyć, że po zakupie nadal zostanie ci dokładnie tyle pieniędzy, ile trzeba. Jeżeli jednak twój mózg skojarzył "wydawanie" z "zmniejszaniem bezpieczeństwa", każdy zakup brzmi jak małe ostrzeżenie.
Saldo: 34 850 zł.
Zakup: 64 zł.
Mózg: "A WIĘC ZACZĘŁO SIĘ."
To nie oznacza, że ostrożność jest problemem. Ostrożność jest potrzebna. Człowiek, który przed większym wydatkiem zastanawia się, czy go na niego stać, wykonuje rozsądną czynność. Człowiek, który przez dziewięć minut zastanawia się, czy może kupić patelnię, chociaż obecna przypala nawet wodę, wykonuje już trochę inną czynność.
Granica przebiega nie przy konkretnej kwocie, lecz przy relacji między wydatkiem a twoją sytuacją.
Sto złotych może być poważnym wydatkiem dla osoby, której po opłaceniu rachunków zostaje sto pięćdziesiąt.
Tysiąc złotych może być całkowicie bezpiecznym wydatkiem dla osoby z dużą nadwyżką i odpowiednimi oszczędnościami.
Cena sama w sobie nie mówi jeszcze, czy wydatek jest niebezpieczny.
Twój budżet mówi.
Mózg lubi oceniać kwoty w oderwaniu od kontekstu
To jedna z przyczyn problemu. Patrzysz na liczbę i reagujesz na nią emocjonalnie.
"Trzysta złotych?!"
Samo "trzysta złotych" niczego jednak nie rozstrzyga.
Trzysta złotych za plastikową figurkę flaminga grającego na saksofonie może nie być najlepszą inwestycją, chyba że twoim celem życiowym jest posiadanie plastikowego flaminga grającego na saksofonie.
Trzysta złotych za buty, które będziesz nosić przez dwa lata, wygląda już inaczej.
Trzysta złotych za naprawę sprzętu, bez którego nie możesz pracować, jeszcze inaczej.
Trzysta złotych za weekend, który zaplanowałeś pół roku wcześniej i na który masz odłożone pieniądze, również nie jest tym samym wydatkiem co trzysta złotych wydane impulsywnie pięć dni przed wypłatą.
Kwota jest tylko jednym elementem decyzji.
Lęk robi z niej cały proces decyzyjny.
"Nie kupię" daje natychmiastową nagrodę
Tu pojawia się ciekawy mechanizm. Kiedy rezygnujesz z zakupu, często czujesz ulgę.
Nie wydałem.
Pieniądze zostały.
Dobrze.
Mózg otrzymuje szybki sygnał: zagrożenie usunięte.
I dlatego następnym razem robi to samo.
Powstaje prosty schemat:
widzę wydatek ? czuję napięcie ? rezygnuję ? napięcie spada.
Twój mózg uczy się, że najlepszą metodą radzenia sobie z niepokojem finansowym jest niewydawanie pieniędzy.
To działa.
Przez około pięć minut.
Potem okazuje się, że nadal potrzebujesz nowych okularów, nadal śpisz na fatalnym materacu, nadal od trzech miesięcy odkładasz wizytę u dentysty albo nadal zamiast kupić bilet kolejowy za sto dwadzieścia złotych prowadzisz pięciogodzinne śledztwo, czy istnieje połączenie za osiemdziesiąt siedem.
Znalazłeś.
Ma trzy przesiadki.
Wyjazd o 4:52.
Jedna przesiadka trwa siedem minut na dworcu, którego nigdy nie widziałeś.
Zaoszczędziłeś trzydzieści trzy złote.
Finansowy sukces jest ogromny. Człowiek uczestniczący w podróży może mieć inne zdanie.
Oszczędność może mieć cenę
To ważna rzecz, bo lęk przed wydawaniem często pokazuje tylko koszt zakupu. Nie pokazuje kosztu rezygnacji.
Nie kupujesz lepszego krzesła, więc oszczędzasz osiemset złotych.
Ale przez kolejne dwa lata pracujesz na krześle, które ma ergonomię taboretu z działki.
Nie bierzesz taksówki za sześćdziesiąt złotych, więc oszczędzasz.
Za to wracasz dwoma autobusami przez półtorej godziny, chociaż następnego dnia musisz wstać o szóstej.
Nie kupujesz urządzenia, które zaoszczędziłoby ci trzy godziny miesięcznie, ponieważ kosztuje czterysta złotych.
Przez kolejne trzy lata wykonujesz tę czynność ręcznie.
Gratulacje. Zaoszczędziłeś czterysta złotych i wydałeś sto osiem godzin życia.
Oczywiście nie wszystko warto przeliczać na pieniądze. Nie będziemy dochodzić do etapu, w którym przed wejściem pod prysznic liczysz ekonomiczną wartość siedmiu minut higieny osobistej. Chodzi tylko o to, żeby zauważyć, że "nie wydałem" nie zawsze oznacza "podjąłem najlepszą decyzję".
Czasami oznacza po prostu: zapłaciłem inaczej.
Czasem czasem.
Czasem wygodą.
Czasem zdrowiem.
Czasem stresem.
Czasem kupieniem tej samej rzeczy później, tylko drożej.
Trzy rodzaje wydatków
Żeby przestać reagować na wszystkie płatności jednakowo, warto zacząć od prostego podziału.
Nie potrzebujesz do tego arkusza z czternastoma zakładkami. Jeżeli lubisz arkusze, możesz oczywiście zrobić czternaście zakładek. Excel nie będzie protestował. Ale trzy kategorie wystarczą.
1. Wydatki konieczne
Mieszkanie, rachunki, jedzenie, zdrowie, transport potrzebny do funkcjonowania, obowiązkowe zobowiązania.
Tutaj pytanie nie brzmi: "Czy wydawać?", tylko: "Jak zrobić to rozsądnie?".
2. Wydatki poprawiające życie
Lepsze wyposażenie domu, hobby, wyjazdy, restauracje, książki, sprzęt, usługi oszczędzające czas, rzeczy dające wygodę albo przyjemność.
To właśnie tutaj osoby bojące się wydawać prowadzą najwięcej negocjacji.
"Potrzebuję tego?"
Nie zawsze.
I to jest w porządku.
Nie wszystko, co kupujesz, musi być potrzebne do przeżycia.
Jeżeli przyjęlibyśmy taki standard, większość mieszkań składałaby się z materaca, garnka, dwóch skarpet i gaśnicy.
3. Wydatki, które rzeczywiście ci szkodzą
Impulsywne zakupy rozwalające budżet. Kolejne zobowiązania, na które realnie cię nie stać. Kupowanie dla poprawienia humoru mimo problemów finansowych. Wydawanie pieniędzy przeznaczonych na rachunki. Finansowanie codzienności długiem, którego nie kontrolujesz.
Tego typu wydatków warto się obawiać.
Nie każdego cappuccino.
Rozróżnienie jest kluczowe, ponieważ lęk próbuje umieścić wszystkie trzy kategorie w jednym pudełku z napisem:
NIE RUSZAĆ.
Jedno pytanie zamiast piętnastu
Jeżeli przy wydawaniu pieniędzy masz tendencję do nadmiernego analizowania, potrzebujesz ograniczenia liczby pytań.
Nie:
"Czy na pewno?"
"Czy potrzebuję?"
"Czy znajdę taniej?"
"Czy za rok nadal będę zadowolony?"
"Czy Warren Buffett by to kupił?"
Warren Buffett prawdopodobnie nie interesuje się twoją lampką nocną.
Zadaj sobie jedno podstawowe pytanie:
Czy ten wydatek zagraża moim ważnym zobowiązaniom albo ustalonemu poziomowi bezpieczeństwa finansowego?
Jeżeli odpowiedź brzmi "tak", zatrzymaj się.
Jeżeli brzmi "nie", przejdź do drugiego pytania:
Czy rzecz lub doświadczenie jest dla mnie warte tej ceny?
To już nie jest pytanie o bezpieczeństwo.
To pytanie o wartość.
I właśnie tych dwóch rzeczy nie wolno mieszać.
Możesz być bezpieczny finansowo i uznać, że kolacja za czterysta złotych nie jest dla ciebie warta czterystu złotych.
Świetnie.
Możesz też być bezpieczny finansowo i uznać, że jest.
Też świetnie.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy odpowiadasz "nie", ponieważ sama czynność wydania pieniędzy powoduje lęk.
Ćwiczenie: znajdź swój fałszywy alarm
Przez najbliższy tydzień zwróć uwagę na trzy sytuacje, w których chciałeś coś kupić, ale poczułeś napięcie.
Nie musisz niczego kupować.
Po prostu zapisz:
- ile kosztowała rzecz, - czy zakup naruszyłby twój budżet, - czego konkretnie się bałeś, - co zrobiłeś, - czy rezygnacja rzeczywiście poprawiła twoją sytuację finansową.
Nie chodzi o prowadzenie pamiętnika "Drogi dzienniczku, dziś prawie kupiłem hummus premium".
Szukasz wzorca.
Może odkryjesz, że najbardziej stresują cię wydatki powyżej stu złotych.
Może wszelkie wydatki na przyjemność.
Może zakupy dla siebie, podczas gdy wydawanie na innych nie powoduje żadnego problemu.
Może większy wydatek jest łatwiejszy, jeżeli był zaplanowany, ale spontaniczne trzydzieści złotych brzmi jak utrata kontroli.
To cenna informacja.
Bo wtedy wiadomo już, że nie walczysz ze wszystkimi wydatkami.
Walczysz z konkretnym rodzajem alarmu.
Wersja minimum
Jeżeli nie chcesz niczego zapisywać, zrób jedną rzecz.
Przy następnym wydatku, który wywoła napięcie, zatrzymaj się i powiedz:
"Czy to jest problem finansowy, czy tylko nieprzyjemne uczucie związane z wydawaniem?"
Te dwie rzeczy potrafią wyglądać podobnie.
Ale nie są tym samym.
Jeżeli masz problem finansowy, potrzebujesz zmiany liczb.
Jeżeli masz wystarczające środki, lecz reagujesz lękiem, potrzebujesz zmiany sposobu podejmowania decyzji.
To będzie nas interesować dalej.
Na razie zapamiętaj jedno: pięćdziesiąt złotych nie rozpoczyna bankructwa tylko dlatego, że opuściło konto.
Czasami pięćdziesiąt złotych jest po prostu pięćdziesięcioma złotymi.
Mózg będzie rozczarowany brakiem katastrofy.
Przeżyje.
Rozdział 2 - "Stać mnie" to jeszcze nie poczucie bezpieczeństwa
Wyobraź sobie dwie osoby.
Pierwsza ma na koncie pięć tysięcy złotych i spokojnie kupuje bilet na koncert za dwieście pięćdziesiąt. Sprawdziła budżet, wie, że rachunki są zabezpieczone, chciała iść na koncert, więc kupuje.
Druga ma pięćdziesiąt tysięcy oszczędności i przez trzy dni zastanawia się nad tym samym biletem.
"Dwieście pięćdziesiąt za dwie godziny?"
"Do tego dojazd."
"Pewnie coś zjem."
"I nagle zrobi się czterysta."
Po siedemdziesięciu dwóch godzinach intensywnej pracy analitycznej bilety są wyprzedane.
Problem rozwiązany.
Koszt: zero złotych.
Satysfakcja: również około zera.
To pokazuje coś, co warto zrozumieć wcześnie: poczucie bezpieczeństwa finansowego nie jest automatycznym skutkiem posiadania określonej sumy pieniędzy.
Może być powiązane z liczbami.
Ale nie jest liczbą.
Możesz mieć coraz więcej i nadal czuć "za mało"
Naturalna intuicja mówi: gdy będę miał więcej oszczędności, w końcu się uspokoję.
Najpierw dziesięć tysięcy.
"Wtedy będę czuł się bezpieczniej."
Masz dziesięć.
No dobrze, ale to przecież niewiele, gdyby wydarzyło się coś poważnego.
Dwadzieścia.
Przy dwudziestu będzie już dobrze.
Masz dwadzieścia.
Tylko że teraz wiesz, że jedna większa awaria samochodu, kilka miesięcy bez pracy i właściwie...
Może trzydzieści.
Przy trzydziestu.
Potem pięćdziesiąt.
Potem sześć miesięcy kosztów życia.
Potem rok.
Potem zaczynasz się zastanawiać, czy bezpiecznie nie byłoby mieć dwóch lat, drugiego mieszkania i własnej studni.
Studnia przyda się podczas kryzysu.
Nie masz ogrodu, ale szczegóły.
Jeżeli poczucie bezpieczeństwa nie ma zdefiniowanego końca, cel zaczyna się przesuwać. Każda kwota daje ulgę na chwilę, po czym twój mózg znajduje nowy scenariusz, na który środki mogą nie wystarczyć.
I ma rację.
Zawsze istnieje scenariusz, na który nie wystarczy.
Nikt nie może zgromadzić kwoty gwarantującej ochronę przed absolutnie wszystkim, co może wydarzyć się przez resztę życia. Możesz zabezpieczyć się rozsądnie. Nie możesz wykupić abonamentu "nic złego już nigdy".
Ten pakiet nie jest dostępny.
Nawet premium.
Poczucie bezpieczeństwa potrzebuje granicy
Jeżeli nie określisz, ile pieniędzy ma pełnić funkcję zabezpieczenia, wszystkie pieniądze zaczną pełnić tę funkcję.
To bardzo ważny mechanizm.
Masz oszczędności, ale nie ustaliłeś:
"Ta część jest poduszką."
"Ta część jest na konkretny cel."
"Ta część może zostać wydana."
W efekcie cały stan konta staje się jedną wielką poduszką bezpieczeństwa.
A z poduszki bezpieczeństwa trudno kupić wakacje.
Bo po zakupie poduszka będzie mniejsza.
Można oczywiście mieć poduszkę wielkości materaca.
Potem wielkości kanapy.
Potem zaczynasz mieszkać wewnątrz poduszki.
Nadal nie czujesz pełnego bezpieczeństwa.
Dlatego poczucie bezpieczeństwa wymaga nie tylko gromadzenia, ale też odpowiedzi na pytanie:
Ile wystarczy?
Nie ile byłoby miło mieć.
Nie ile chciałbyś kiedyś zgromadzić.
I nie ile zapewni bezpieczeństwo na wypadek jednoczesnej utraty pracy, awarii samochodu, zalania mieszkania, globalnego kryzysu i agresywnego ataku stada dzików.
Ile stanowi dla ciebie rozsądne zabezpieczenie w realnych warunkach.
Kwota lub liczba miesięcy kosztów życia zależy od sytuacji: stabilności dochodów, liczby osób na utrzymaniu, zobowiązań, możliwości znalezienia nowej pracy, posiadanych ubezpieczeń i innych źródeł wsparcia. Nie istnieje jedna magiczna liczba dobra dla każdego.
Właśnie dlatego warto ją ustalić świadomie.
Bez tego twój mózg ustali ją sam.
Odpowiedź będzie brzmiała: "więcej".
Historia finansowa zostaje w głowie dłużej niż w portfelu
Czasem obecna sytuacja finansowa jest dobra, ale sposób reagowania powstał wiele lat wcześniej.
Jeżeli przez długi czas pieniędzy brakowało, naturalne jest, że nauczyłeś się zwracać uwagę na każdą złotówkę. To było potrzebne. Być może zakupy rzeczywiście oznaczały rezygnację z czegoś innego. Być może niespodziewane dwieście złotych było realnym problemem.
Taki system może działać perfekcyjnie w trudnym okresie.
Kłopot pojawia się wtedy, gdy sytuacja się zmieniła, a system nie.
Zarabiasz więcej.
Masz oszczędności.
Rachunki nie są zagrożone.
Ale wewnętrzne zasady nadal brzmią:
"Nie wiadomo, co będzie."
"Lepiej zostawić."
"Nie ma co wydawać."
"Jeszcze się przyda."
To trochę tak, jakbyś przez lata mieszkał w domu, gdzie zacinały się drzwi, więc zawsze trzeba było pchnąć je barkiem. Potem wymieniono drzwi. Otwierają się normalnie.
Przez pierwsze tygodnie nadal wpadasz w nie barkiem.
Ciało pamięta.
Z pieniędzmi bywa podobnie.
Rodzinne zasady potrafią być bardzo trwałe
Nie trzeba nawet samemu doświadczyć poważnych problemów finansowych. Wystarczy dorastać w domu, gdzie pieniądze były traktowane jako coś, czego przede wszystkim nie wolno tracić.
"Po co ci to?"
"Za drogie."
"Mamy coś podobnego."
"Nie wyrzucaj, jeszcze się przyda."
"Na takie rzeczy szkoda pieniędzy."
Część tych zdań jest całkowicie rozsądna.
Problem zaczyna się wtedy, gdy stają się uniwersalnym systemem operacyjnym.
Dorosły człowiek może zarabiać kilka razy więcej niż jego rodzice, mieć zupełnie inne potrzeby i sytuację, a mimo to przed kupieniem droższej kurtki słyszeć w głowie głos sprzed dwudziestu lat:
"Tyle pieniędzy za kurtkę?!"
Nie wiadomo nawet, czy rodzice nadal by tak powiedzieli.
Ale wewnętrzny dział kontroli kosztów pracuje bez urlopu.
Oszczędność daje poczucie kontroli
Jest jeszcze jedna przyczyna.
Pieniądze są jednym z niewielu obszarów życia, w których można dość łatwo zobaczyć efekt działania.
Nie wydajesz stu złotych.
Masz sto złotych więcej.
Piękne.
Czyste.
Natychmiastowe.
Życie poza finansami jest dużo bardziej bezczelne. Możesz dobrze pracować i nie dostać awansu. Możesz dbać o zdrowie i zachorować. Możesz być dobrym partnerem i nadal przechodzić kryzys. Możesz dokładnie zaplanować weekend, po czym w sobotę od rana pada tak, jakby pogoda miała osobisty konflikt z twoim kalendarzem.
Niewydawanie daje prostą kontrolę.
"Tego przynajmniej nie stracę."
Dlatego czasem trudność z wydawaniem nie dotyczy wyłącznie pieniędzy. Dotyczy niechęci do zmniejszania posiadanych zasobów.
Stan konta rośnie.
Czujesz postęp.
Stan konta spada.
Czujesz cofanie.
Nawet jeśli spadł dlatego, że kupiłeś dokładnie to, na co oszczędzałeś.
To absurd podobny do odchudzania, w którym byłbyś bardzo zadowolony z pełnej lodówki i nie chciał niczego z niej jeść, ponieważ wtedy zmniejszy się liczba jogurtów.
Po to je kupiłeś.
Oszczędzanie nie jest celem samo w sobie
To zdanie może zabrzmieć podejrzanie, zwłaszcza jeśli przez lata słyszałeś, że trzeba oszczędzać.
Trzeba.
Ale oszczędzanie jest narzędziem.
Oszczędzasz na bezpieczeństwo.
Na mieszkanie.
Na emeryturę.
Na samochód.
Na wyjazd.
Na możliwość odejścia z pracy.
Na spokojniejszą przyszłość.
Jeżeli gromadzisz pieniądze bez określenia, do czego mają służyć, łatwo pojawia się zasada:
więcej jest zawsze lepsze.
A jeśli więcej jest zawsze lepsze, każde wydanie jest trochę gorsze.
W takim systemie nie da się wygrać.
Kupujesz coś - źle, bo saldo spadło.
Nie kupujesz - dobrze, bo saldo nie spadło.
Po kilku latach możesz mieć świetne wyniki finansowe i coraz mniej zgody na korzystanie z nich.
To trochę jak trenowanie przez dekadę do maratonu i odmawianie startu, żeby nie zużyć butów.
Nadaj pieniądzom pracę
Jednym z pierwszych sposobów odzyskiwania normalnej relacji z wydawaniem jest podzielenie pieniędzy według funkcji.
Nie musisz zakładać piętnastu kont bankowych o nazwach "Jedzenie", "Rozrywka", "Rozrywka awaryjna" i "Nieprzewidziany kebab".
Możesz zrobić to mentalnie, w aplikacji albo w prostym budżecie.
Najważniejsze jest rozróżnienie:
- pieniądze na bieżące zobowiązania, - pieniądze na bezpieczeństwo, - pieniądze na przyszłe cele, - pieniądze przeznaczone do normalnego używania.
Ta ostatnia kategoria bywa najbardziej zaniedbana.
Osoby bojące się wydawania potrafią doskonale odkładać.
Znacznie gorzej radzą sobie z powiedzeniem:
"Te pieniądze właśnie po to są, żeby zostały wydane."
Brzmi podejrzanie.
Jak pułapka.
Jakby za chwilę z sufitu miał zjechać doradca finansowy i powiedzieć: "Ha! Dałeś się nabrać. Miałeś oszczędzać."
Nie.
Jeżeli część budżetu została przeznaczona na restauracje, hobby, podróże albo drobne przyjemności, wydanie jej zgodnie z planem nie jest złamaniem planu.
Jest wykonaniem planu.
Ustal swój "poziom bezpieczeństwa"
Nie będziemy jeszcze budować całego systemu. Na to przyjdzie czas.
Na razie wykonaj jedno ćwiczenie.
Odpowiedz sobie:
Po czym konkretnie poznaję, że moja sytuacja finansowa jest bezpieczna?
Nie używaj odpowiedzi "gdy mam dużo pieniędzy".
"Dużo" to ulubiona jednostka lęku.
Nigdy jej nie można osiągnąć.
Spróbuj zamiast tego stworzyć warunki. Na przykład:
- mam opłacone bieżące zobowiązania, - nie mam problemu z obsługą swoich długów, - mam określony zapas pieniędzy na nieprzewidziane sytuacje, - regularnie odkładam na ważne cele, - po tym wszystkim pozostaje mi nadwyżka.
Jeżeli te warunki są spełnione, pewna część pieniędzy może być używana bez naruszania bezpieczeństwa.
Nie oznacza to obowiązku wydawania.
Możesz zostawić pieniądze, jeśli niczego nie chcesz.
To nawet bardzo przyjemna sytuacja.
Ale jest różnica między:
"Nie chcę tego kupić"
a:
"Chcę, stać mnie, mieści się w planie, ale nie potrafię pozwolić sobie wydać pieniędzy."
Pierwsze jest decyzją.
Drugie często jest lękiem przebranym za rozsądek.
A jeśli naprawdę nie wiesz, co będzie?
Nie wiesz.
Ja też nie.
Nikt nie wie.
W przyszłym miesiącu może wydarzyć się niespodziewany wydatek. Firma może zmienić plany. Samochód może odmówić współpracy. Pralka może któregoś dnia zdecydować, że osiem lat służby narodowi wystarczy.
Dlatego istnieją oszczędności.
Nie po to jednak, żeby zabezpieczyć się przed każdą możliwą przyszłością, ale żeby zwiększyć odporność na realistyczne problemy.
Jeżeli za każdym razem, gdy chcesz wydać sto złotych, argumentem przeciw jest "bo coś może się wydarzyć", argument ten nigdy nie straci ważności.
Coś zawsze może się wydarzyć.
Również za trzy lata.
Również przy dwukrotnie większych oszczędnościach.
W ten sposób można odłożyć życie na czas nieokreślony z powodu awarii, która jeszcze nie istnieje.
Wersja minimum
Na dziś wystarczy jedno rozdzielenie.
Wybierz kwotę lub część środków, którą traktujesz jako nietykalne bezpieczeństwo.
Nie musi być idealna.
Nie musisz dziś projektować finansów do 2063 roku.
Chodzi tylko o stworzenie granicy:
to mnie zabezpiecza, a reszta nie musi udawać, że też jest funduszem ratunkowym.
Kiedy wszystko jest zabezpieczeniem, niczego nie wolno wydać.
Kiedy pieniądze mają różne zadania, wydanie części z nich przestaje oznaczać niszczenie całej twierdzy.
Bo właśnie tutaj zaczyna się zdrowa zmiana.
Nie od pytania:
"Jak zmusić się do wydawania?"
Tylko:
"Jak sprawić, żeby moje bezpieczeństwo nie zależało od tego, czy saldo nigdy nie spada?"
Saldo będzie czasem spadało.
Taki ma charakter.
To konto bankowe, nie licznik rekordów w grze.
Rozdział 3 - Oszczędność, która zaczyna kosztować za dużo
Jesteś w sklepie i porównujesz dwa czajniki. Jeden kosztuje 129 złotych. Drugi 179. Droższy wygląda solidniej, ma lepsze opinie i prawdopodobnie nie zacznie przeciekać dokładnie trzy dni po zakończeniu gwarancji. Różnica wynosi pięćdziesiąt złotych.
Wybierasz tańszy.
Nie dlatego, że uważasz go za lepszy.
Dlatego, że jest tańszy.
Po ośmiu miesiącach przestaje działać.
Kupujesz kolejny.
Ekonomia przeprowadziła właśnie eksperyment terenowy na twojej kuchni.
Lęk przed wydawaniem ma pewną bardzo charakterystyczną cechę: świetnie widzi cenę dzisiejszą, a znacznie gorzej widzi koszt całej decyzji. Pięćdziesiąt złotych więcej boli teraz. Kupienie drugiego czajnika za rok jest mglistym problemem przyszłego ciebie, a przyszły ty od dawna pełni w naszym życiu funkcję pracownika, któremu można przekazać dowolną liczbę obowiązków bez konsultacji.
"On się tym zajmie."
Przyszły ty ma już bardzo dużo na głowie.
Najtańsze nie zawsze znaczy najbardziej oszczędne
To banał, dopóki nie zauważysz, jak często go ignorujemy.
Cena zakupu jest konkretna. Widzisz ją przed sobą. Możesz porównać 149 z 229 i natychmiast stwierdzić, że druga opcja jest droższa o osiemdziesiąt złotych.
Znacznie trudniej zobaczyć:
jak długo będzie działać,
ile razy jej użyjesz,
czy oszczędzi czas,
czy unikniesz kolejnego zakupu,
czy naprawdę odpowiada twoim potrzebom,
czy tańsza wersja nie doprowadzi cię do kupienia droższej później.
W efekcie można zostać mistrzem oszczędzania przy kasie i jednocześnie wydawać więcej w skali roku.
Kupujesz najtańsze słuchawki.
Psują się.
Kupujesz kolejne.
Te też okazują się średnie.
W końcu bierzesz takie, jakie chciałeś od początku.
W międzyczasie zgromadziłeś w szufladzie małe muzeum kompromisów.
Każdy eksponat kosztował tylko trochę.
Razem kosztowały zaskakująco dużo.
Oszczędzanie na jakości ma sens. Czasami.
Nie chodzi o stworzenie zasady: zawsze kupuj drożej.
To byłoby równie głupie jak zawsze kupowanie najtaniej, tylko bardziej kosztowne.
Droższe nie musi oznaczać lepsze. Marka może być droga, bo ma świetny marketing, piękny sklep i kampanię reklamową z człowiekiem stojącym na klifie w garniturze. To nadal może być zwykły sweter.
Dlatego zamiast patrzeć tylko na cenę, warto pytać:
Jak długo i jak często będę z tego korzystać?
Jeżeli coś będzie używane raz na dwa lata, nie potrzebujesz prawdopodobnie wersji profesjonalnej.
Jeżeli coś używasz codziennie, cena zakupu zaczyna mieć mniejsze znaczenie niż jakość użytkowania.
Materac.
Buty.
Krzesło.
Telefon, jeśli pracujesz nim kilka godzin dziennie.
Sprzęt kuchenny, którego używasz regularnie.
Usługa, która oszczędza ci czas każdego tygodnia.
Tutaj przesadne oszczędzanie potrafi być wyjątkowo drogie, bo płacisz za kompromis codziennie.
Sto złotych różnicy podzielone przez dwa lata codziennego używania to około czternaście groszy dziennie.
Mózg przy zakupie widzi sto złotych.
Nie widzi czternastu groszy.
Mózg jest świetnym organem.
Kalkulator nadal bywa lepszy.
"Jeszcze działa" nie oznacza "nadal warto tego używać"
To kolejna pułapka.
Stary telefon jeszcze działa.
Kurtka jeszcze się trzyma.
Krzesło jeszcze stoi.
Walizka zamyka się, jeśli jednocześnie dociskasz kolanem, ciągniesz zamek pod kątem czterdziestu stopni i nie wykonujesz gwałtownych ruchów.
Czyli działa.
Technicznie.
Człowiek bojący się wydawać potrafi przesunąć moment wymiany rzeczy bardzo daleko, ponieważ kryterium brzmi:
"Czy ta rzecz nadal wykonuje swoją podstawową funkcję?"
Tyle że sensowniejsze pytanie brzmi:
"Czy koszt dalszego używania tej rzeczy jest niższy niż koszt jej wymiany?"
I koszt nie oznacza tylko pieniędzy.
Może oznaczać:
czas,
irytację,
awaryjność,
gorszą jakość pracy,
niewygodę,
ryzyko,
konieczność ciągłego obchodzenia problemu.
Jeżeli codziennie przez trzy minuty walczysz z czymś, czego wymiana kosztuje dwieście złotych, to po roku odbyłeś około osiemnastu godzin bezpłatnej praktyki w dziedzinie "dlaczego to znowu nie działa".
To już prawie kurs zawodowy.
Czas też jest zasobem
Lęk przed wydawaniem potrafi traktować pieniądze jak jedyny zasób mający wartość.
Za to czas jest najwyraźniej darmowy.
Jedziesz czterdzieści minut dalej, bo paliwo tam jest tańsze o siedem groszy.
Przeszukujesz internet przez dwie godziny, żeby znaleźć rzecz tańszą o osiemnaście złotych.
Jedziesz po używany mebel na drugi koniec miasta, wynajmujesz większy samochód, prosisz kolegę o pomoc, tracisz pół soboty i oszczędzasz sześćdziesiąt złotych.
Na papierze:
OSZCZĘDNOŚĆ: 60 ZŁ.
W rzeczywistości:
sobota zniknęła,
kolega chce kiedyś podobną przysługę,
wypiłeś kawę na stacji,
samochód spalił paliwo,
a szafa pachnie piwnicą.
Nie twierdzę, że każdą minutę życia trzeba wyceniać według stawki godzinowej. Człowiek nie jest kancelarią prawną. Nie wystawiasz sobie faktury za spacer z psem.
Ale warto zauważać moment, w którym oszczędzasz małą kwotę kosztem dużej ilości czasu.
Możesz przyjąć prostą zasadę:
Im mniejsza potencjalna oszczędność, tym mniej czasu warto poświęcać na jej zdobycie.
To brzmi oczywiście.
A potem przychodzi kod rabatowy na 8% i zaczyna się polowanie.
"Mogę zrobić sam"
Oto klasyk.
Montaż? Zrobię sam.
Naprawa? Zrobię sam.
Sprzątanie? Zrobię sam.
Strzyżenie psa? Przecież jak trudne może być strzyżenie psa?
Odpowiedź poznajesz trzydzieści minut później, gdy pies wygląda jak członek awangardowego zespołu muzycznego i przestaje ci ufać.
Samodzielne wykonywanie rzeczy może być świetnym sposobem na oszczędność. Szczególnie wtedy, gdy:
masz umiejętności,
masz czas,
lubisz to,
ryzyko błędu jest małe.
Ale jeśli godzina pracy specjalisty kosztuje sto pięćdziesiąt złotych, a ty przez sześć godzin próbujesz rozwiązać problem, którego nawet nie lubisz rozwiązywać, nie zawsze wygrałeś finansowo.
Czasem po prostu kupiłeś sobie sześciogodzinną frustrację za zero złotych.
Plus materiały.
Plus drugi komplet materiałów, bo pierwszy został użyty "na próbę".
Plus telefon do specjalisty w poniedziałek.
Koszt odroczonego zakupu
Czasami wydatek staje się droższy tylko dlatego, że go odkładasz.
Wiesz, że potrzebujesz nowego kompletu opon.
"Jeszcze miesiąc."
Potrzebujesz dentysty.
"Może przestanie boleć."
Trzeba naprawić drobną usterkę w mieszkaniu.
"Na razie działa."
Oczywiście część zakupów można spokojnie odłożyć.
Ale są takie, których odkładanie zwiększa koszt.
Zdrowie jest oczywistym przykładem, choć tutaj decyzje należy podejmować według potrzeb medycznych, a nie oszczędnościowych. Podobnie z bezpieczeństwem samochodu, wymaganymi naprawami czy konserwacją sprzętu.
Mała usterka bywa tańsza niż duża usterka.
To zaskakujące odkrycie było już prawdopodobnie znane producentom pralek.
Twój mózg jednak mówi:
"Jeżeli dziś nie wydam 300 złotych, mam 300 złotych więcej."
Tak.
Dzisiaj.
A za dwa miesiące możesz mieć 1400 mniej.
Oszczędzanie wymaga patrzenia trochę dalej niż do końca aktualnego paragonu.
Koszt psychiczny też istnieje
Jest jeszcze bardziej subtelna wersja problemu.
Kupujesz taniej, ale stale myślisz o tym, że wybrałeś źle.
Nie wymieniasz czegoś, choć od miesięcy cię denerwuje.
Nie pozwalasz sobie na wyjazd, na którym ci zależało, a później przez pół roku oglądasz zdjęcia znajomych z tego miejsca.
Nie idziesz na koncert, bo bilet kosztował "bez sensu dużo".
Potem słuchasz tej samej muzyki w samochodzie przez kolejne trzy lata.
Nie chodzi o to, żeby żałować każdej niewykorzystanej okazji. Nie możesz kupić wszystkiego, zrobić wszystkiego i pojechać wszędzie. Budżet istnieje między innymi dlatego, że liczba pomysłów człowieka jest zazwyczaj większa niż liczba pieniędzy.
Ale jeśli regularnie rezygnujesz z rzeczy, na które cię stać i których naprawdę chcesz, cena tej decyzji zaczyna pojawiać się w jakości życia.
To też jest koszt.
Nie ma go na wyciągu bankowym.
Dlatego łatwo udawać, że nie istnieje.
Metoda całkowitego kosztu
Przy wydatku, który budzi opór, zamiast pytać wyłącznie:
"Ile to kosztuje?"
zadaj cztery pytania:
1. Ile kosztuje zakup? 2. Jak długo będę z niego korzystać? 3. Co kosztuje mnie niekupienie albo wybór gorszej wersji? 4. Czy odkładanie tej decyzji zwiększy koszt później?
Nie musisz tego robić przy każdym jogurcie.
Jeżeli zaczniesz analizować całkowity koszt banana, to prawdopodobnie zaszliśmy za daleko.
Metoda jest szczególnie przydatna przy:
większych zakupach,
rzeczach używanych często,
naprawach,
usługach oszczędzających czas,
wydatkach zdrowotnych,
zakupach, które odkładasz od dawna.
Dzięki temu decyzja przestaje być pojedynkiem:
WYDAĆ 500 ZŁ
kontra
NIE WYDAĆ 500 ZŁ.
Zaczyna być porównaniem dwóch pełnych scenariuszy.
Kiedy taniej jest naprawdę lepiej
Żeby nie popaść w przeciwną skrajność, ustalmy też sytuacje, w których tańsza opcja ma dużo sensu.
Kup tańszą wersję, jeśli:
- różnica jakości jest dla ciebie nieistotna, - używasz rzeczy sporadycznie, - droższa opcja zawiera funkcje, których nie potrzebujesz, - produkt jest prosty i marka niewiele zmienia, - testujesz nowe hobby lub potrzebę, - wymiana w przyszłości jest łatwa i niedroga.
Jeżeli chcesz zacząć piec chleb raz na miesiąc, nie potrzebujesz przemysłowego miksera zdolnego mieszać beton.
Najpierw sprawdź, czy w ogóle lubisz piec chleb.
Może się okazać, że lubisz głównie kupować sprzęt do pieczenia chleba.
To osobne hobby.
Wersja minimum
Przy następnej rzeczy, którą chcesz kupić w najtańszej możliwej wersji, zadaj sobie jedno pytanie:
"Czy oszczędzam pieniądze, czy tylko obniżam cenę zakupu?"
To nie zawsze jest to samo.
Prawdziwa oszczędność patrzy na całość.
Cena jest tylko początkiem historii.
Czasem droższa rzecz jest przepłaceniem.
Czasem tańsza jest przepłaceniem rozłożonym na raty, których nikt nie pokazuje na etykiecie.
A najlepsza decyzja?
Ta, po której nie musisz kupować tego samego drugi raz tylko po to, żeby udowodnić sobie, że pierwszy raz naprawdę oszczędzałeś.
Rozdział 4 - Dlaczego nawet przyjemność musi mieć uzasadnienie
Jesteś w restauracji. Danie główne zjedzone. Było dobre. Kelner podchodzi i pyta:
"Może deser?"
Patrzysz w kartę.
Sernik - 32 zł.
Chcesz sernik.
Możesz kupić sernik.
Trzydzieści dwa złote nie zmienią twojej sytuacji finansowej.
I wtedy pojawia się komisja.
"Przecież jestem już najedzony."
"W domu mam coś słodkiego."
"Za trzydzieści dwa złote można kupić cały sernik."
"Właściwie to po co mi deser?"
Pytanie "po co mi deser?" jest szczególnie piękne.
To deser.
Nie musi realizować pięcioletniego planu strategicznego.
Jego głównym zadaniem jest bycie deserem.
Osoby bojące się wydawać często mają łatwiejszy dostęp do portfela, kiedy wydatek można solidnie uzasadnić. Potrzeba? W porządku. Naprawa? Oczywiście. Coś do pracy? Da się obronić.
Ale przyjemność?
Tu zaczynają się przesłuchania.
"Potrzebuję" ma znacznie łatwiejszy dostęp do pieniędzy niż "chcę"
To naturalne do pewnego stopnia. Potrzeby powinny mieć pierwszeństwo przed zachciankami, jeśli budżet jest ograniczony.
Problem pojawia się wtedy, kiedy ograniczenie już nie istnieje, ale reguła nadal działa jak dawniej.
Możesz wydać 1200 złotych na naprawę samochodu bez większego poczucia winy.
Musisz.
Ale dwieście złotych na masaż?
"No nie wiem..."
Możesz kupić monitor do pracy za 1800 złotych.
To przecież narzędzie.
Ale słuchawki za 500 złotych, których chcesz używać dla przyjemności?
"To już fanaberia."
Ciekawe, że pieniądze mają najwyraźniej moralność.
Te wydane na obowiązek są szlachetne.
Te wydane na przyjemność zaczynają prowadzić podejrzane życie.
Przyjemność nie jest kategorią finansowego błędu
Nie każdy wydatek musi zwiększać produktywność, wartość mieszkania, zdrowie albo zdolność zarobkową.
Czasem płacisz, bo coś lubisz.
I tyle.
Książka.
Koncert.
Kolacja.
Perfumy.
Gra.
Weekend poza miastem.
Roślina doniczkowa, mimo że posiadasz już siedem innych roślin doniczkowych i żadna nie podpisała wniosku o nowe towarzystwo.
Jeżeli wydatek mieści się w budżecie, nie musisz tworzyć do niego biznesplanu.
To ważne, bo gdy każda przyjemność wymaga uzasadnienia, bardzo szybko zaczynasz produkować dziwne argumenty.
"Ten wyjazd dobrze wpłynie na moją efektywność."
Może.
Ale może po prostu chcesz pojechać.
"Ta restauracja to inwestycja w relację."
Być może.
Albo po prostu lubicie ramen.
"Nowe perfumy poprawią moją pewność siebie."
Być może trochę.
Ale możesz też zwyczajnie lubić zapach.
Nie każda zachcianka musi przejść przez dział PR.
Poczucie winy potrafi zniszczyć nawet wydane pieniądze
Wyobraź sobie, że w końcu kupujesz coś dla siebie.
Decyzja zapadła.
Pieniądze wydane.
Teoretycznie temat zamknięty.
Nie dla twojego mózgu.
Teraz czas na etap drugi:
żałowanie.
"Mogłem kupić taniej."
"Może wcale tego nie potrzebowałem."
"Niepotrzebnie się skusiłem."
"Mogłem te pieniądze odłożyć."
I w ten sposób osiągasz fascynujący rezultat: wydałeś pieniądze, ale nie korzystasz w pełni z rzeczy, za którą zapłaciłeś, ponieważ część uwagi zajmuje poczucie winy.
Ekonomicznie fatalne.
Skoro już zapłaciłeś za kolację, przynajmniej jej nie doprawiaj wyrzutami sumienia.
Są niesmaczne.
Skąd bierze się poczucie, że przyjemność trzeba sobie zasłużyć
Czasem działa tu stara zasada:
najpierw obowiązki, potem przyjemności.
To bardzo przydatna reguła, kiedy masz dziewięć lat i trzeba odrobić matematykę przed konsolą.
W dorosłym życiu może jednak rozrosnąć się do absurdalnej wersji:
"Mogę coś dla siebie kupić, jeśli najpierw zrobiłem wszystko, co należało zrobić."
Świetnie.
Tylko że dorosły człowiek nigdy nie zrobi wszystkiego.
Zawsze jest:
coś do posprzątania,
mail do wysłania,
telefon do wykonania,
rzecz do naprawy,
szafa do uporządkowania,
badanie do umówienia,
dokument do przeczytania,
konto, które można jeszcze zoptymalizować.
Jeśli przyjemność zaczyna się dopiero po zakończeniu wszystkich obowiązków, to mam złą wiadomość.
Termin może wypaść pośmiertnie.
Podobnie działa przekonanie, że przyjemność jest nagrodą.
"Jak osiągnę cel, to sobie kupię."
Osiągasz.
"W sumie może nie teraz."
"Jak skończę projekt."
Kończysz.
"Właściwie szkoda pieniędzy."
Przyjemność zostaje przeniesiona do kolejnego kwartału jak inwestycja, której zarząd nie zatwierdził.
Nie chodzi o kupowanie szczęścia
Tu trzeba zrobić ważne rozróżnienie.
Pieniądze nie rozwiązują każdego problemu i nie każda przyjemność wymaga wydatku. Można świetnie spędzić dzień za zero złotych, a można wydać dwa tysiące i wrócić zirytowanym.
Nie chodzi więc o zasadę:
"Skoro mnie stać, powinienem kupować wszystko, na co mam ochotę."
To byłby bardzo krótki poradnik.
I być może jeszcze krótsza historia twoich oszczędności.
Chodzi o coś innego:
Nie odrzucaj dobrego wydatku wyłącznie dlatego, że jego główną funkcją jest przyjemność.
Przyjemność jest jednym z powodów, dla których w ogóle zarabiasz pieniądze.
Nie jedynym.
Ale prawdziwym.
Wartość nie musi być praktyczna
Człowiek bojący się wydawać potrafi bardzo wysoko oceniać rzeczy praktyczne.
Ekspres do kawy?
"Ile zaoszczędzę na kawie na mieście?"
Buty?
"Ile sezonów wytrzymają?"
Laptop?
"Czy zwiększy produktywność?"
Wyjazd?
"Co z niego wyniosę?"
Zachód słońca.
Prawdopodobnie.
Może też zdjęcia.
Nie wszystko musi się zwracać.
To nie firma.
Jeżeli koncert kosztował 300 złotych i świetnie się bawiłeś, nie musi po pięciu latach przynieść dywidendy.
Jeżeli pojechałeś na weekend do innego miasta i nie stworzyłeś dzięki temu startupu, wyjazd nadal może być udany.
Wartość doświadczenia nie zawsze pojawia się później w Excelu.
Excel jest przez to bardzo smutny.
Zbuduj kategorię "bez uzasadnienia"
Jeżeli masz problem z wydawaniem na siebie, może pomóc stworzenie niewielkiej, jasno określonej kwoty, która z definicji służy przyjemności.
Nie "jeśli coś zostanie".
Bo jeśli masz tendencję do oszczędzania, zawsze znajdziesz dla tego "czegoś" poważniejszą funkcję.
To może być określona miesięczna kwota albo procent nadwyżki.
Nieważne, czy będzie to 100, 300 czy 1000 złotych. Kwota musi pasować do twojego budżetu.
Najważniejsza jest zasada:
Te pieniądze można wydać bez tworzenia uzasadnienia.
Nie są na awarie.
Nie są na rachunki.
Nie są na emeryturę.
Nie muszą przynosić zwrotu.
Jeżeli ich nie wydasz, też dobrze.
Ale jeżeli wydasz je zgodnie z przeznaczeniem, nie naruszasz planu.
Realizujesz go.
Możesz nawet nadać tej kategorii nazwę.
"Przyjemność."
"Do użycia."
"Życie."
"Pieniądze bez komisji śledczej."
Ostatnia nazwa ma pewien urok.
Ustal próg automatycznej zgody
Przy drobnych wydatkach ogromnym problemem może być nie sama kwota, tylko liczba decyzji.
Każda kawa.
Każda książka.
Każdy obiad.
Każdy bilet.
Każda rzecz za 40 złotych.
Jeżeli każda wymaga osobnej analizy, zaczynasz prowadzić księgowość własnej przyjemności z dokładnością właściwą spółce giełdowej.
Możesz to uprościć.
Ustal próg, poniżej którego nie analizujesz pojedynczego wydatku, jeśli spełnione są dwa warunki:
mieści się w przeznaczonym budżecie,
naprawdę tego chcesz.
Dla jednej osoby będzie to 30 złotych.
Dla innej 100.
Dla jeszcze innej 200.
Nie chodzi o konkretną kwotę, tylko o zdjęcie z drobnych decyzji ciężaru egzystencjalnego.
Jeśli masz miesięcznie 400 złotych na przyjemności i kupujesz książkę za 45, nie musisz zastanawiać się, co powiedziałby ekonomista.
Ekonomista prawdopodobnie też czasem kupuje książki.
Nie wydawaj dla samego wydawania
Tu pojawia się interesujący problem.
Kiedy ktoś długo sobie odmawia, może po zmianie zasad wejść w drugą skrajność.
"Teraz mam się nauczyć wydawać."
Nie.
Masz się nauczyć wybierać.
Jeśli nie masz ochoty na deser, nie kupuj deseru.
Jeżeli coś jest modne, ale ciebie nie interesuje, zostaw.
Jeżeli miesięczna kwota "na przyjemność" została niewydana, nie musisz ostatniego dnia miesiąca biegać po galerii handlowej, żeby wykonać budżet.
To nie fundusz europejski.
Nie przepada o północy.
Celem jest możliwość wydawania bez lęku, a nie obowiązek konsumpcji.
Naucz się mówić "warto", zamiast "potrzebuję"
To niewielka zmiana języka, ale pomaga.
Zamiast pytać:
"Czy ja naprawdę tego potrzebuję?"
zapytaj:
"Czy to jest dla mnie warte tej ceny?"
Pierwsze pytanie automatycznie faworyzuje rzeczy niezbędne.
Drugie pozwala uwzględnić potrzeby, wygodę, jakość i przyjemność.
Nie potrzebujesz wyjścia do kina.
Ale możesz uznać, że wieczór w kinie jest wart 45 złotych.
Nie potrzebujesz obiadu w restauracji.
Ale możesz uznać, że spotkanie ze znajomymi jest warte swojej ceny.
Nie potrzebujesz kolejnej książki.
Zwłaszcza jeśli trzy poprzednie czekają.
Proszę nie patrzeć teraz na półkę.
Ale nadal możesz uznać, że chcesz ją kupić i cena jest dla ciebie odpowiednia.
To jest dojrzała decyzja finansowa.
Nie wszystko, co nie jest konieczne, jest nierozsądne.
A jeśli po zakupie pojawia się poczucie winy?
Nie próbuj natychmiast udowodnić sobie, że zakup był genialny.
Zamiast tego wróć do faktów.
Czy wydatek naruszył ważne zobowiązania?
Czy przekroczył ustalony budżet?
Czy zakup był impulsywny i sprzeczny z twoimi planami?
Jeśli odpowiedź brzmi "nie", poczucie winy nie jest dowodem, że zrobiłeś coś źle.
Jest tylko uczuciem.
Może być silne.
Może być znajome.
Może nawet przez chwilę brzmieć bardzo rozsądnie.
Ale nadal nie jest audytem finansowym.
Powiedz sobie:
"Wydatek mieścił się w planie. Nie muszę go ponownie rozstrzygać."
I zakończ sprawę.
Nie otwieraj procesu apelacyjnego wieczorem pod prysznicem.
Ćwiczenie: jeden legalny wydatek
W tym tygodniu wybierz jeden niewielki wydatek, który:
- nie narusza twojego bezpieczeństwa finansowego, - mieści się w rozsądnej kwocie, - jest wyłącznie dla ciebie, - nie wymaga praktycznego uzasadnienia.
Może to być deser.
Książka.
Bilet.
Lepsza kawa.
Kwiaty.
Coś do hobby.
Nie chodzi o wartość zakupionego przedmiotu.
Chodzi o ćwiczenie decyzji.
Kup.
A potem nie wykonuj sekcji drugiej.
Bez:
"Mogłem..."
"Nie powinienem..."
"Następnym razem..."
Wydaj.
Skorzystaj.
Zamknij temat.
Wersja minimum
Jeśli samo kupienie czegoś tylko dla przyjemności wywołuje duży opór, zacznij od bardzo małej kwoty.
Dziesięć.
Dwadzieścia.
Trzydzieści złotych.
Kwota nie ma znaczenia.
Ćwiczysz nie wydawanie.
Ćwiczysz zgodę na wydanie pieniędzy zgodnie z własną decyzją.
To zupełnie inna umiejętność.
Pieniądze mają chronić cię przed problemami.
Mają też pozwalać ci korzystać z rzeczy, doświadczeń i możliwości, które są dla ciebie ważne.
Jeżeli każda przyjemność musi przedstawić trzy referencje, rachunek zysków i strat oraz prognozę zwrotu z inwestycji, nie masz budżetu.
Masz urząd kontroli życia.
A urząd, jak wiadomo, zawsze znajdzie jeszcze jeden formularz.
Rozdział 5 - Polowanie na okazję, która zjada pół dnia
Potrzebujesz nowych słuchawek. Wiesz mniej więcej, czego chcesz. Znajdujesz model za 399 złotych. Ma dobre opinie, mieści się w budżecie i rozwiązuje problem.
Możesz kupić.
Ale przecież gdzieś może być taniej.
Zaczynasz więc sprawdzać.
Pierwszy sklep: 389.
Drugi: 379, ale wysyłka 15.
Trzeci: 369, tylko kolor "pustynny limonkowy", którego zdjęcia sugerują, że projektant przeżywał trudniejszy okres.
Porównywarka cen.
Allegro.
Kod rabatowy.
Newsletter.
"Pierwsze zakupy -10%".
Nie działa na elektronikę.
"APP15".
Też nie.
Wchodzisz na forum, na którym ktoś osiem miesięcy temu napisał, że kupił te słuchawki za 329 złotych.
I właśnie wydarzyło się coś niezwykle ważnego.
399 złotych przestało być ceną produktu.
Stało się osobistą porażką.
Przecież ktoś kiedyś zapłacił 329.
Nie możesz teraz po prostu wydać 399 jak amator.
Dwie godziny później nadal nie masz słuchawek, ale znasz historię ich cen lepiej niż historię własnej rodziny.
Oszczędzanie może zamienić się w grę
Szukanie dobrej ceny jest rozsądne.
Naprawdę.
Jeżeli zakup kosztuje kilka tysięcy złotych, porównanie ofert może zaoszczędzić setki. Przy regularnych wydatkach sensowna promocja również potrafi dać realny efekt.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy celem przestaje być dobry zakup.
Celem staje się najlepszy możliwy zakup.
A to zupełnie inna dyscyplina.
Dobry zakup ma zakończenie.
"Cena jest rozsądna. Produkt spełnia moje potrzeby. Kupuję."
Najlepszy możliwy zakup nie ma końca.
Bo zawsze może istnieć:
tańszy sklep,
kod, którego jeszcze nie znalazłeś,
promocja za tydzień,
cashback,
wyprzedaż,
produkt używany "jak nowy",
sprzedawca z drugiego końca kraju,
człowiek na forum, który w 2024 roku kupił taniej.
Internet jest idealnym środowiskiem do rozwijania tego problemu, ponieważ nigdy nie mówi:
"Sprawdziłeś wystarczająco dużo. Idź żyć."
Internet mówi:
"Zobacz jeszcze 17 ofert."
Cena referencyjna potrafi zepsuć decyzję
Jeżeli raz zobaczysz, że rzecz kosztowała 300 złotych, bardzo trudno później zapłacić 350.
Nawet jeśli 350 nadal jest uczciwą ceną.
Twój mózg zakotwicza się na niższej kwocie.
"Przecież było za 300."
Tak.
Było.
Tak samo jak benzyna kiedyś kosztowała mniej, mieszkania kiedyś kosztowały mniej i ty kiedyś miałeś więcej włosów albo mniej siwych, zależnie od konfiguracji.
Nie każda informacja historyczna jest praktyczną ofertą dostępną dzisiaj.
To ważne, bo lęk przed wydawaniem chętnie wykorzystuje dawne promocje jako argument przeciw aktualnemu zakupowi.
Produkt kosztuje dziś 499.
Ty wiesz, że pół roku temu był za 449.
W efekcie nie pytasz:
"Czy 499 jest dla mnie rozsądną ceną?"
Pytasz:
"Czy jestem gotów stracić pięćdziesiąt złotych względem człowieka, którym mogłem być pół roku temu?"
Ten człowiek nie kupił.
Dlatego teraz tu jesteście.
Razem.
Bez produktu.
Rabat nie jest przychodem
To jedna z najbardziej użytecznych rzeczy, jakie można sobie przypominać podczas zakupów.
Jeśli produkt kosztował 500 złotych, a kupiłeś go za 400, nie zarobiłeś 100 złotych.
Wydałeś 400.
Sklep bardzo chętnie opowie tę historię inaczej.
"OSZCZĘDZASZ 100 ZŁ!"
Nie.
Nie dostałeś stówki do ręki.
Nie zwiększyło się saldo.
Nikt nie przelał ci premii za spryt.
Po prostu zapłaciłeś mniej za rzecz, którą kupujesz.
To nadal może być świetna decyzja. Jeżeli produkt był ci potrzebny albo naprawdę go chciałeś, rabat jest miłym dodatkiem.
Ale kiedy zaczynasz kupować dlatego, że "oszczędzasz", matematyka robi się ciekawa.
Nie planowałeś kupić bluzy.
Kosztowała 300.
Teraz kosztuje 180.
"Oszczędzam 120."
Nie.
Właśnie wydałeś 180 na bluzę, której godzinę temu nie potrzebowałeś.
Marketing właśnie wręczył ci fikcyjne 120 złotych, a następnie zabrał prawdziwe 180.
Eleganckie.
Lęk przed wydawaniem i promocje potrafią być dziwnymi przyjaciółmi
Na pierwszy rzut oka osoba bojąca się wydawać powinna kupować mniej.
Często tak jest.
Ale u części osób występuje paradoks: trudno wydać pełną cenę, za to promocja daje moralne pozwolenie na zakup.
"Normalnie bym nie kupił, ale było -40%."
Czyli problemem nie był produkt.
Potrzebowałeś zezwolenia.
Rabat działa jak pieczątka:
ZAKUP ZATWIERDZONY PRZEZ DEPARTAMENT ODPOWIEDZIALNOŚCI FINANSOWEJ.
W efekcie możesz odmówić sobie rzeczy za 250 złotych, której naprawdę potrzebujesz, a tydzień później wydać 300 na trzy rzeczy przecenione z 500.
Bo przecież okazja.
To pokazuje, jak łatwo pomylić oszczędność z niską ceną jednostkową.
Najtańsza rzecz to taka, której nie kupiłeś, jeśli jej nie chciałeś.
Nawet gdy miała czerwony napis "MEGA SALE".
Ile kosztuje twoje szukanie?
Załóżmy, że masz kupić rzecz za 500 złotych.
Po godzinie porównywania znajdujesz ją za 480.
Oszczędność: 20 złotych.
Jeśli polowanie sprawiało ci przyjemność, świetnie. Niektórzy lubią szukać okazji tak, jak inni rozwiązują sudoku.
Ale jeśli przez tę godzinę byłeś zirytowany, odkładałeś inne rzeczy i tylko próbowałeś uniknąć poczucia, że "przepłaciłeś", warto zauważyć, co się wydarzyło.
Poświęciłeś godzinę życia, żeby zmniejszyć wydatek o cztery procent.
Następnego dnia możesz bezmyślnie zamówić jedzenie z dostawą droższą o 24 złote, bo jesteś zmęczony.
Budżet jest fascynującym miejscem.
Potrafimy walczyć o 12 złotych w jednym miejscu i ignorować 80 w drugim.
Dlatego zamiast próbować perfekcyjnie optymalizować każdy zakup, lepiej skupić uwagę tam, gdzie kwoty naprawdę mają znaczenie.
Ustal limit szukania
To jedna z najprostszych metod.
Zanim zaczniesz porównywać, zdecyduj, ile czasu jest wart ten zakup.
Przykładowo:
przy drobnym zakupie - kilka minut,
przy wydatku kilkuset złotych - kilkanaście lub kilkadziesiąt,
przy dużym zakupie - więcej, jeśli różnice cen są znaczące.
Nie chodzi o sztywne minuty.
Chodzi o stworzenie punktu końcowego.
Bez niego możesz szukać tak długo, jak długo internet istnieje.
A internet, niestety, nie zamyka się o siedemnastej.
Możesz przyjąć zasadę:
Jeżeli znalazłem produkt spełniający moje potrzeby w cenie, którą wcześniej uznałem za akceptowalną, kończę poszukiwania.
To zdanie ma większą moc, niż się wydaje.
Bo problemem nie jest brak wiedzy.
Problemem jest brak momentu, w którym wolno powiedzieć:
"Wystarczy."
Najpierw ustal cenę akceptowalną
Zrób to przed sprawdzaniem promocji.
Potrzebujesz rzeczy.
Myślisz:
"Jeśli znajdę dobrą opcję do około 500 złotych, kupię."
Dopiero wtedy porównujesz.
Jeżeli znajdujesz za 470 - świetnie.
Za 490 - też mieści się w planie.
Za 530 - możesz zdecydować, czy dodatkowe trzydzieści jest warte dopłaty.
Taki sposób chroni przed sytuacją, w której najniższa znaleziona cena przejmuje kontrolę nad decyzją.
Bo bez wcześniejszego punktu odniesienia zawsze będziesz szukać jeszcze niżej.
399.
Może 379.
Jest 379.
Może 359.
Jest 359, ale z wysyłką.
Może 349.
I nagle nie kupujesz produktu.
Negocjujesz z wszechświatem.
Nie każde przepłacenie jest katastrofą
To może być trudne do zaakceptowania, ale warto.
Czasem kupisz coś, a tydzień później pojawi się promocja.
Czasem inny sklep będzie tańszy.
Czasem znajomy powie:
"A ja kupiłem za sto mniej."
W tej chwili możesz zrobić jedną z dwóch rzeczy.
Pierwsza:
uznać, że w momencie zakupu miałeś informacje, które miałeś, cena była dla ciebie akceptowalna, produkt spełnia swoje zadanie i życie toczy się dalej.
Druga:
spędzić dwa wieczory na przeżywaniu utraconych 37 złotych.
Druga opcja nie zwraca 37 złotych.
To ważny szczegół.
Dobra decyzja nie oznacza decyzji idealnej z perspektywy przyszłości.
Podejmujesz ją na podstawie informacji dostępnych teraz.
Nie możesz wymagać od siebie znajomości promocji, które pojawią się w następny czwartek o 10:00.
Jeżeli potrafisz, zamiast tej książki powinieneś prawdopodobnie zająć się rynkami finansowymi.
Zasada znaczącej różnicy
Nie ścigaj każdej oszczędności.
Ścigaj te, które naprawdę coś zmieniają.
Jeżeli produkt kosztuje 2000 złotych, różnica 300 złotych może uzasadniać dodatkowe porównanie.
Jeżeli produkt kosztuje 80 złotych, różnica 3 złotych raczej nie wymaga otwierania sześciu kart w przeglądarce i zakładania konta w sklepie "SuperMegaOutlet24".
Zwłaszcza gdy sklep chce:
imię,
nazwisko,
telefon,
zgodę na newsletter,
zgodę na profilowanie,
nazwisko panieńskie pierwszego kota,
a na końcu dolicza 14,99 za dostawę.
Ustal własny próg znaczącej różnicy.
Może to być procent.
Może konkretna kwota.
Nie musi być perfekcyjny.
Ma tylko przypominać, że nie każda potencjalna oszczędność zasługuje na twoją uwagę.
A jeśli lubisz polować na okazje?
Poluj.
Naprawdę.
Nie każda optymalizacja jest problemem.
Jeżeli sprawia ci to frajdę, traktuj ją jak hobby.
Ale bądź uczciwy wobec siebie.
Nie mów:
"Muszę jeszcze poszukać."
Powiedz:
"Lubię jeszcze poszukać."
To duża różnica.
Pierwsze zdanie oznacza przymus.
Drugie wybór.
Możesz spędzić pół godziny na znalezieniu kodu rabatowego za 15 złotych, jeśli bawi cię samo szukanie.
Ludzie spędzają pół godziny na oglądaniu filmów, w których ktoś czyści dywan.
Nie wszystko musi być produktywne.
Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy szukanie okazji opóźnia potrzebne zakupy, zwiększa stres albo sprawia, że wydanie normalnej ceny zaczyna wydawać się błędem.
Wersja minimum
Przy następnym zakupie ustal przed szukaniem dwie rzeczy:
maksymalną cenę, którą uważasz za rozsądną,
oraz
moment, w którym kończysz porównywanie.
Potem trzymaj się tej decyzji.
Jeśli znajdziesz lepiej - dobrze.
Jeśli nie - też dobrze.
Celem nie jest kupować najtaniej spośród wszystkich ludzi w Polsce.
Nikt nie prowadzi takiego rankingu.
A jeśli prowadzi, nie chcesz poznać człowieka, który jest na pierwszym miejscu.