Bój się sąsiada swego - Fern Michaels

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Ohio, 2010

Ali­son rzu­ciła bi­ret i togę na ko­modę, po czym opa­dła na wą­skie po­dwójne łóżko do­su­nięte do ściany. Dzie­le­nie po­koju z trzema dziew­czy­nami odzie­rało czło­wieka z po­czu­cia pry­wat­no­ści; tej nocy po raz pierw­szy, od­kąd pra­wie dwa lata wcze­śniej za­miesz­kała z ro­dziną Ro­bert­so­nów, była sama w po­koju. Gdy tylko pan Blo­omen­field wło­żył jej dy­plom do ręki, zer­k­nęła w stronę try­bun, ma­jąc na­dzieję, że do­strzeże tam wspie­ra­ją­cych ją pana lub pa­nią Ro­bert­son. Tego dnia koń­czyła szkołę śred­nią, ale ża­den czło­nek jej tak zwa­nej ro­dziny za­stęp­czej nie za­dał so­bie trudu, aby po­ja­wić się na ce­re­mo­nii.

Za­raz po otrzy­ma­niu dy­plomu wy­bie­gła z sali wy­kła­do­wej. Nie miała w pla­nach wie­czor­nego świę­to­wa­nia w gro­nie szkol­nych ko­le­ża­nek, bo nie zdą­żyła się z ni­kim za­przy­jaź­nić. Roz­po­częła na­ukę w Ma­di­son High w po­ło­wie dru­giej klasy, co spra­wiło, że stała się out­si­derką. Sprawy nie uła­twiały jej wa­runki miesz­ka­niowe. W kon­se­kwen­cji wszyst­kie po­pu­larne dzie­ciaki oraz kla­sowe bła­zny ro­biły, co mo­gły, żeby jej uni­kać. Ali­son wy­słu­chi­wała obelg i nie­na­wist­nych ko­men­ta­rzy, gdy stała obok swo­jej szkol­nej szafki i cze­kała, aż ko­ry­ta­rze się opróż­nią. Wów­czas szybko bie­gła w stronę klasy, żeby nie spo­tkać się z opraw­cami.

Łzy spły­nęły jej po twa­rzy, gdy po­my­ślała, jak głu­pio było mieć na­dzieję, że Ro­bert­so­no­wie za­sko­czą ją za­im­pro­wi­zo­wa­nym przy­ję­ciem z oka­zji ukoń­cze­nia szkoły, pre­zen­tem czy choćby kartką. Czuła, że trak­tują ją jak obcą. Za cztery mie­siące skoń­czy osiem­na­ście lat, a stan Ohio nie bę­dzie mu­siał spra­wo­wać nad nią pie­czy. Ali­son Mar­shall pla­no­wała, że wy­je­dzie w swoje uro­dziny tuż po pół­nocy.

Otarła łzy cien­kim ko­cem. Miała przed sobą całe lato i wie­działa, że je­śli zo­sta­nie, na­dal bę­dzie cier­piała. Za­częła ukła­dać w gło­wie plan - choć nie był on nie­moż­liwy, mo­gła go zre­ali­zo­wać tylko pod wa­run­kiem, że wy­si­li­łaby umysł. Nie­zbędna bę­dzie cier­pli­wość, tej zaś miała pod do­stat­kiem. Od za­wsze funk­cjo­no­wała jako piąte koło u wozu w ro­dzi­nach, z któ­rymi była zmu­szona miesz­kać, więc szybko na­uczyła się wta­piać w oto­cze­nie, nie spra­wiać kło­po­tów i ro­bić, co jej ka­zano, choć cza­sami było to wy­jąt­kowo trudne. Ro­biła to, co zro­biłby każdy dzie­ciak na jej miej­scu.

W nocy wy­my­kała się przez okno sy­pialni i szu­kała cze­goś lep­szego niż to, co za­pew­niało jej pań­stwo. Pierw­szy raz pró­bo­wała wy­ła­mać się z sys­temu, gdy miała dzie­więć lat. Ko­lejne próby były tak czę­ste, że za­po­mniała, w ilu ro­dzi­nach za­stęp­czych prze­by­wała. Kilka z nich trak­to­wało ją do­brze, ale więk­szość była do bani. Je­dy­nym po­wo­dem, dla któ­rego owe ro­dziny ją przyj­mo­wały, były pie­nią­dze od pań­stwa. Na­uczyła się tego na wła­snej skó­rze i stra­ciła przy tym odro­binę nie­win­no­ści, którą kie­dyś miała w so­bie.

Pla­no­wa­nie przy­szło­ści wy­ma­gało dys­cy­pliny, ko­lej­nej ce­chy, którą wy­pra­co­wała, bo zmu­siło ją do tego ży­cie. Rób, co ci ka­żemy, a ni­komu nie sta­nie się krzywda.

Te dni zbli­żały się już do końca.

Ośmie­lona my­ślą o uło­że­niu so­bie ży­cia, Ali­son we­mknęła się do wspól­nej gar­de­roby, gdzie ukryła go­tówkę, którą za­ro­biła, opie­ku­jąc się dziećmi i pra­cu­jąc na pół etatu w lo­kal­nym skle­pie zoo­lo­gicz­nym. Udało jej się odło­żyć osiem­dzie­siąt dzie­więć do­la­rów i czter­dzie­ści trzy centy. Nie­wiele, ale wy­star­czyło, aby za­pła­cić za bi­let au­to­bu­sowy i zna­leźć się gdzie­kol­wiek, byle nie tu­taj. Dwo­rzec był otwarty przez całą dobę, choć nie była pewna, czy tego wie­czoru re­ali­zo­wano ja­kie­kol­wiek kursy. O świ­cie za­mie­rzała zła­pać stopa do cen­trum mia­sta i ku­pić bi­let. Było jej obo­jętne, do­kąd trafi; sama myśl o no­wym ży­ciu po­pra­wiała jej hu­mor. Po­my­ślała, że bę­dzie to jej pre­zent na ukoń­cze­nie szkoły. Tak, wła­śnie tak zrobi. Do cho­lery z cze­ka­niem, aż skoń­czy osiem­na­ście lat - wy­je­dzie te­raz. Ro­bert­so­no­wie nie zgło­szą jej za­gi­nię­cia, bo są chciwi. Będą po­bie­rać pie­nią­dze od pań­stwa tak długo, jak to moż­liwe.

Trzy dziew­czyny, z któ­rymi dzie­liła po­kój, wszyst­kie młod­sze od niej, praw­do­po­dob­nie po­wie­dzia­łyby o tym ko­muś w szkole i stam­tąd we­zwano by wła­dze. Nie wia­domo, czy za­czę­liby jej szu­kać; tak czy ina­czej, nie miało to zna­cze­nia. Pod­jęła już de­cy­zję i uśmiech­nęła się do sie­bie. To była ostat­nia noc, którą miała spę­dzić pod pań­stwową ku­ra­telą. Z tą my­ślą od­pły­nęła w sen, za­do­wo­lona po raz pierw­szy od wielu lat.

Śniła o im­pre­zach i nie­zna­nych lu­dziach o nie­okre­ślo­nych twa­rzach. Zwie­rzęta, lwy, niedź­wie­dzie i ży­rafy o ludz­kich ce­chach go­niły ją po szkol­nym ko­ry­ta­rzu, pod­czas gdy jej na­uczy­cielki tań­czyły ze sobą. Szafki otwie­rały się same, pod­ręcz­niki wy­pa­dały przez okna, a biurka wi­siały pod su­fi­tem. Za­sko­czona, gdy na­uczy­cielka an­giel­skiego dy­gnęła, a na­stęp­nie po­pro­siła ją do tańca, Ali­son po­de­rwała się na łóżku, a jej serce biło jak sza­lone. Jej twarz i włosy ocie­kały po­tem. Otrzą­śnię­cie się z tego głu­piego snu za­jęło jej kilka se­kund. Za­śmiała się z sza­lo­nych ob­ra­zów, które po­wstały w jej gło­wie. Po­tem usły­szała skrzyp­nię­cie, które ją prze­stra­szyło. Usia­dła i przy­su­nęła się do ściany, pod­cią­ga­jąc koc pod brodę.

- Kto tam? - za­wo­łała.

Cze­ka­jąc na od­po­wiedź Char­lotte lub Pa­meli, jej dwóch naj­młod­szych przy­bra­nych sióstr, pod­nio­sła głos.

- To nie jest śmieszne. Włą­czę świa­tło, a po­tem sko­pię ci ty­łek.

Ci­sza.

- Sa­rah? - Ta­kie imię no­siła sio­stra nu­mer trzy. Miała czter­na­ście lat, była sprytna i miała na­prawdę pa­skudne uspo­so­bie­nie. To by­łoby w jej stylu, gdyby pró­bo­wała ją wy­stra­szyć, szcze­gól­nie tego wie­czoru. Sa­rah miała bez­na­dzieje oceny i była ura­żona, że Ali­son do­brze ra­dzi so­bie z na­uką.

Ali­son od­cze­kała kilka se­kund i po­de­szła do kra­wę­dzi łóżka. Upu­ściła koc na pod­łogę. Wstała i ci­cho prze­szła przez po­kój, żeby włą­czyć świa­tło. Gdy tylko do­tknęła prze­łącz­nika, czy­jaś dłoń chwy­ciła ją za ra­mię i po­cią­gnęła tak mocno, że się skrzy­wiła.

- Milcz.

Jego od­dech śmier­dział dy­mem pa­pie­ro­so­wym, a usta znaj­do­wały się tak bli­sko jej ust, że po­ły­kała wy­dy­chane przez niego po­wie­trze. Oba­wia­jąc się tej chwili, wie­dząc, co się za chwilę sta­nie, bo on nie był pierw­szy, unio­sła ko­lano, ce­lu­jąc w jego kro­cze. Twar­dość jej ko­lana wbiła się w naj­wraż­liw­szą część jego ciała. Pu­ścił jej ra­mię, da­jąc jej mi­li­se­kundę na wy­rwa­nie się z uści­sku. Sto­jąc tak bli­sko drzwi, jak tylko się od­wa­żyła, w po­koju po­grą­żo­nym w nie­mal cał­ko­wi­tej ciem­no­ści, po­mi­ja­jąc mgli­sty błysk księ­życa, który świe­cił po­mię­dzy cięż­kimi za­sło­nami, Ali­son do­tknęła szorst­kiej po­wierzchni drew­nia­nych drzwi. Szu­ka­jąc klamki, po­czuła, jak za­rdze­wiały mo­siądz mu­ska jej dłoń. Na­dzieja do­dała jej sił. Szarp­nęła drzwi do sie­bie i po­czuła, jak na­past­nik ude­rza w nie ca­łym cia­łem. Ręka Ali­son zna­la­zła się po­mię­dzy za­trza­skiem a fra­mugą.

- Ra­nisz mnie! - krzyk­nęła.

- Za­mknij się - wark­nął. - My­ślisz, że je­steś sprytna, co? - Od­su­nął się nieco od drzwi, dzięki czemu Ali­son uwol­niła rękę. Fale go­rą­cego bólu prze­szyły jej przed­ra­mię. Wie­działa, że jest zła­mane. Za­ci­ska­jąc zęby, ode­pchnęła się od niego, ale był za szybki.

Chwy­ciw­szy jej stopy, prze­cią­gnął ją po brud­nej pod­ło­dze z li­no­leum. Ude­rzyła głową w róg ko­mody; ostra kra­wędź wbiła się w de­li­katną skórę na jej skroni. Cie­pła krew spły­nęła jej po twa­rzy, a mie­dziany za­pach wpra­wił ją w oszo­ło­mie­nie.

- Prze­stań! - krzyk­nęła przez za­ci­śnięte zęby.

Uśmiech­nął się zło­śli­wie.

- Prze­stanę, kiedy skoń­czę, ty mała suko.

Sie­dząc na niej okra­kiem, ko­la­nami na­ci­ska­jąc na jej uda, jedną ręką przy­trzy­mał jej nad­garstki nad głową. Łzy pły­nęły jej po twa­rzy; mie­szały się z krwią ciek­nącą ze skroni. Wolną ręką ze­rwał pa­sek. Me­ta­lowa klamra ude­rzyła ją w pod­bró­dek. Jesz­cze wię­cej krwi, bólu i wście­kło­ści do­star­czyło jej wy­star­cza­ją­cej ilo­ści ad­re­na­liny, by uwol­nić ręce. Usły­szała szybki dźwięk, gdy roz­pi­nał za­mek bły­ska­wiczny. Wie­działa, co bę­dzie da­lej. Po­przez za­le­pione krwią po­wieki i przy­ćmione świa­tło księ­życa Ali­son wi­działa stół po­mię­dzy dwoma łóż­kami. Prze­dłu­żacz lampy wi­jący się po li­no­leum znaj­do­wał się w jej za­sięgu.

Szarp­nęła za sznur, a lampa roz­biła się o pod­łogę, ude­rza­jąc także w że­la­zną ramę łóżka. Szybko się­gnęła po duży ka­wa­łek szkła; wy­czuła jego ostrą kra­wędź. Za­nim zdał so­bie sprawę, co zro­biła na­bu­zo­wana ad­re­na­liną Ali­son, po­tłu­czone szkło tra­fiło w miękki punkt na środku jego szyi.

Na­gle ze­sztyw­niał. Oszo­ło­miony, do­tknął ręką miej­sca, w które go ugo­dziła.

- Za­biję cię!

Wy­cią­gnęła odła­mek szkła z jego szyi, a po­tem dźgnęła go jesz­cze kilka razy.

Ode­pchnęła na bok cięż­kie ciało, otarła krew z oczu, wy­jęła z po­szewki plik pie­nię­dzy i wy­czoł­gała się przez okno.

Słowa ni­gdy wię­cej, ni­gdy wię­cej do­trzy­my­wały rytmu jej kro­kom, gdy bie­gła chod­ni­kiem. Po­śród gniew­nych łez i nie­ubła­ga­nego bólu Ali­son obie­cała so­bie, że ni­gdy wię­cej nie po­zwoli, aby ja­ki­kol­wiek męż­czy­zna jej do­ty­kał.

Roz­dział pierw­szy

Za­toka Tampa, li­piec 2022 r.

- Tu­ry­ści już wy­je­chali. Je­stem go­towa na zmianę - po­wie­działa Ali­son Mar­shall swo­jemu me­na­dże­rowi w Be­sito's, jed­nej z lep­szych mek­sy­kań­skich re­stau­ra­cji w mie­ście.

Pe­dro po­krę­cił głową.

- Nie, nie mo­żesz te­raz rzu­cić pracy. I tak już mam nie­do­bory ka­drowe. Wkrótce od­ży­jemy, po­ja­wią się miej­scowi.

- Przy­kro mi, Pe­dro, ale nad­szedł dla mnie czas na coś no­wego - wy­ja­śniła Ali­son. - Pra­co­wa­łam tu przez ostat­nie dwa se­zony. Kiedy mnie za­trud­nia­łeś, przy­zna­łam się, że je­stem włó­częgą.

Po­trze­bo­wała no­wego sce­na­riu­sza. Wy­star­cza­jąco długo prze­by­wała w za­toce Tampa. Se­zon tu­ry­styczny do­biegł końca, a duże na­piwki nie po­cho­dziły od miej­sco­wych, któ­rzy przy­cho­dzili na po­da­wane we wtorki dar­mowe chipsy i salsy. Można było wtedy za­ro­bić do­dat­kowo dwa­dzie­ścia do­lców - pod wa­run­kiem, że miało się szczę­ście.

Ali­son miała dwa­dzie­ścia dzie­więć lat i nic nie trzy­mało jej w jed­nym miej­scu; nie była z ni­kim zwią­zana. Lu­biła być sa­mo­wy­star­czalna, po­tra­fiła po pro­stu wsta­wać i od­cho­dzić, kiedy tylko czuła taką po­trzebę. Nie miała ro­dziny ani bli­skich przy­ja­ciół i ni­gdy nie po­sia­dała ni­czego poza sta­rym je­epem, za który za­pła­ciła go­tówką trzy lata temu w Tal­la­has­see. Brak przy­wią­za­nia do cze­go­kol­wiek bar­dzo jej od­po­wia­dał.

- Sta­wiasz mnie w trud­nej sy­tu­acji, Ali­son. Nie mogę dać ci do­brych re­fe­ren­cji - po­wie­dział Pe­dro, gdy skła­dała czy­stą ko­szulę ro­bo­czą z na­pi­sem Be­sito's i ja­sno­zie­lony far­tuch.

- W po­rządku. Znaj­dziesz ko­goś na moje miej­sce. Umieść ogło­sze­nie na swo­jej stro­nie na Fa­ce­bo­oku. Lu­dzie z pew­no­ścią będą się zgła­szać. Nie po­trze­buję od cie­bie re­fe­ren­cji.

Pe­dro, wa­żący całe sto osiem­dzie­siąt ki­lo­gra­mów, po­trzą­snął głową. Miał czarne włosy, a grzywka przy­kle­jała mu się do spo­co­nego czoła.

- Więc idź - rzu­cił, wy­cie­ra­jąc czoło brudną szmatą.

- Cie­bie też miło było po­znać, Pe­dro. - Ali­son zo­sta­wiła ko­szulę i far­tuch na la­dzie przy ka­sie. Nie ży­wiła do swo­jego me­na­dżera urazy; wie­działa, że nad­szedł czas na zmianę. Po­ma­chała na po­że­gna­nie pu­stej ja­dalni.

- Pa - rzu­ciła, idąc do sa­mo­chodu. Opła­ciła już czynsz, więc nie miała żad­nych zo­bo­wią­zań. Wy­na­jem ka­wa­lerki na ty­dzień od­po­wia­dał jej ko­czow­ni­czemu sty­lowi ży­cia. Miesz­ka­nie po bar­dziej ob­skur­nej stro­nie za­toki Tampa nio­sło ze sobą ry­zyko, ale przy czyn­szu wy­no­szą­cym dwie­ście do­la­rów ty­go­dniowo ja­koś się tym nie przej­mo­wała. W to­rebce no­siła pi­sto­let ka­li­bru 22 z pię­cioma do­dat­ko­wymi ma­ga­zyn­kami. Broń była le­galna i, jak uwa­żała Ali­son, nie­zbędna współ­cze­snej ko­bie­cie.

Kiedy zna­la­zła się w swoim kom­pak­to­wym lo­kum, sta­ran­nie spa­ko­wała ubra­nia do znisz­czo­nej wa­lizki, wy­jęła z nie­wiel­kiej szafy dwie pary bu­tów na zmianę i chwy­ciła ko­sme­tyczkę, by we­pchnąć ją do środka wraz z resztą swo­ich do­cze­snych dóbr.

Na­stęp­nie wy­jęła z lo­dówki trzy die­te­tyczne cole i wło­żyła je do ma­łej, prze­no­śnej chło­dziarki. Ostatni raz ro­zej­rzała się po skrom­nej prze­strzeni, która przez dwa lata była jej do­mem.

- Tak, czas wy­ru­szyć w drogę.

Na­peł­niła chło­dziarkę lo­dem, po czym po­szła do biura, żeby zwró­cić klucz.

- Już wy­jeż­dżasz? - za­py­tał Bert. Na jego bia­łej bro­dzie wi­dać było brą­zowe plamy. Cuch­nął stę­chłymi cy­ga­rami i whi­sky.

- Nad­szedł czas na zmianę - po­wie­działa. - Dbaj o sie­bie.

Bert ski­nął głową.

- Za­wsze tak ro­bię.

Ali­son miała przy­go­to­waną zło­śliwą od­po­wiedź, ale za­cho­wała ją dla sie­bie. Bert był, kim był - sta­rym pi­ja­kiem z gów­nianą pracą, dzięki któ­rej nie mu­siał pła­cić czyn­szu. Pod pew­nymi wzglę­dami przy­po­mi­nał ją samą, po­mi­ja­jąc pi­jań­stwo i dym z cy­gara.

Za­je­chała na sta­cję ben­zy­nową i na­peł­niła bak, po czym ku­piła kilka prze­ką­sek na drogę. Na wszelki wy­pa­dek trzy­mała w je­epie śpi­wór, la­tarkę i kom­plet ka­bli roz­ru­cho­wych. Za­wsze bądź przy­go­to­wana na naj­gor­sze - na­uczyła się tego po sie­dem­na­stu la­tach spę­dzo­nych w ro­dzi­nach za­stęp­czych. Po ukoń­cze­niu szkoły śred­niej z wy­róż­nie­niem po­je­chała au­to­bu­sem z Ohio do Geo­r­gii, ma­jąc na so­bie tylko ubra­nia i pie­nią­dze, które udało jej się za­osz­czę­dzić dzięki pracy na pół etatu. Spę­dziła w Geo­r­gii cztery lata, pra­co­wała na róż­nych sta­no­wi­skach, oszczę­dza­jąc każdy grosz, miesz­ka­jąc w ho­ste­lach, ta­nich ho­te­lach, a cza­sem na tyl­nym sie­dze­niu dwu­dzie­sto­let­niego vana, który ku­piła. Było jej trudno, ale oszczę­dzała tyle, ile mo­gła, do­póki nie wró­ciła do Mid­dle­town w Ohio w swoje dwu­dzie­ste pierw­sze uro­dziny, aby po­szu­kać ro­dziny męż­czy­zny, który spra­wił, że wy­je­chała. Była już do­ro­sła, więc wła­dze sta­nowe nie miały nad nią żad­nej wła­dzy. Po­nad mie­siąc szu­kała ja­kich­kol­wiek in­for­ma­cji na te­mat ro­dziny za­stęp­czej, w któ­rej je­den z sy­nów pró­bo­wał ode­brać jej ży­cie. Spę­dzała go­dziny w lo­kal­nej bi­blio­tece, szu­ka­jąc ne­kro­lo­gów w In­ter­ne­cie. Nie do­wie­działa się ni­czego od lo­kal­nej po­li­cji; za­pewne dla­tego, że kła­mała na te­mat po­wo­dów, dla któ­rych chciała uzy­skać in­for­ma­cje. Wie­działa, że tam­ten czło­wiek nie sta­nowi już za­gro­że­nia i że praw­do­po­dob­nie jej obawy do­ty­czące jego ro­dziny są ir­ra­cjo­nalne, więc odło­żyła ten kosz­mar z prze­szło­ści do szu­flady pa­mięci, w któ­rej trzy­mała mroczne wspo­mnie­nia, i po­now­nie opu­ściła Ohio.

Za­osz­czę­dziw­szy dwa­na­ście ty­sięcy do­la­rów, wy­na­jęła po­kój w lo­kal­nym pen­sjo­na­cie w Geo­r­gii i zna­la­zła pracę w Frisch's Big Boy. Spę­dziła tam sześć lat, pra­cu­jąc jako kel­nerka. Kiedy miała już dość tego stanu, po­że­gnała się i po­je­chała na po­łu­dnie, na Flo­rydę.

Ali­son lu­biła, gdy było cie­pło, choć nie prze­pa­dała za dużą wil­got­no­ścią po­wie­trza w le­cie. Po­do­bał jej się wy­lu­zo­wany styl ży­cia. Za­trzy­mała się w Tal­la­has­see, ale ta od­ludna oko­lica nie przy­pa­dła jej do gu­stu, więc udała się do Tampa Bay, gdzie zna­la­zła miej­sce do ży­cia i pracę. Po­tem znów ru­szyła w drogę.

Ja­dąc na po­łu­dnie au­to­stradą mię­dzy­sta­nową nu­mer 75, po­my­ślała, że może za­ha­czyć się w Keys, gdzie ni­kogo nie bę­dzie ob­cho­dziło, skąd po­cho­dzi ani kim jest. My­ślała o tym, ja­dąc rów­nym tem­pem. Zer­k­nęła na wskaź­nik po­ziomu pa­liwa i stwier­dziła, że zo­stało jej ćwierć zbior­nika. Jeep ocho­czo po­że­rał ben­zynę. Za­trzy­mała się na naj­bliż­szym zjeź­dzie, za­par­ko­wała sa­mo­chód i we­szła do sklepu Circle K. Ku­piła dużą kawę i mapę. Za­tan­ko­wała, po czym zje­chała na po­bo­cze par­kingu, żeby za­pla­no­wać trasę. Naj­bliż­szym mia­stem był Fort Char­lotte. Po­sta­no­wiła za­trzy­mać się tam na noc, od­po­cząć, a po­tem z sa­mego rana wy­ru­szyć do Key West.

Kiedy już miała wy­jeż­dżać z par­kingu, usły­szała jęk. Za­ha­mo­wała, skie­ro­wała je­epa w stronę pomp, skąd, jak są­dziła, do­cho­dził. Wy­łą­czyła za­płon, wy­sia­dła z sa­mo­chodu i po­de­szła do źró­dła dźwięku. Wi­dok, który uka­zał się jej oczom, wy­wo­łał jej wzru­sze­nie - była to kotka z dwoma ko­cię­tami. Ko­cia matka za­glą­dała do po­bli­skiego śmiet­nika w po­szu­ki­wa­niu je­dze­nia.

- Och, ma­lutka, jaka je­steś biedna. - Ali­son po­chy­liła się, uwa­ża­jąc, żeby nie spło­szyć kotki. Cho­ciaż ni­gdy nie miała zwie­rzę­cia, w szkole śred­niej pra­co­wała w skle­pie zoo­lo­gicz­nym, więc wie­działa tro­chę o ko­cich ma­mach i ich ko­cię­tach. - Je­steś głodna, co? - Ko­cica miauk­nęła gło­śno i zro­biła kilka kro­ków w jej stronę. Ali­son mó­wiła ko­ją­cym to­nem, żeby jej nie prze­stra­szyć, a przy­naj­mniej taką miała na­dzieję. Ko­cia mama po­de­szła do niej i za­częła krę­cić się wo­kół jej nóg. Ko­cięta rów­nież miau­czały, pro­sząc o uwagę. Nie za­sta­na­wia­jąc się dłu­żej, Ali­son wzięła zwie­rzęta na ręce, otwo­rzyła drzwi pa­sa­żera i po­sa­dziła je na sie­dze­niu. Po­gła­skała je, a one miau­czały jesz­cze gło­śniej. De­li­kat­nie za­mknęła drzwi i wró­ciła na miej­sce kie­rowcy.

- Okej, dziew­czyny, mu­simy zdo­być ja­kieś je­dze­nie.

De­cy­zja za­pa­dła. Ali­son zje­chała zjaz­dem Tuc­ker's Grade na au­to­stradę 41, starą drogę sta­nową, na któ­rej, jak po­dej­rze­wała, mo­gła zna­leźć ta­nie miej­sce noc­le­gowe ak­cep­tu­jące zwie­rzęta. Po pra­wej stro­nie do­strze­gła stary ośro­dek - Co­ur­tesy Co­urt Mo­tel, ty­powy jed­no­pię­trowy bu­dy­nek w kształ­cie li­tery L. Pod­czas swo­ich po­dróży wi­działa wiele ta­kich przy­byt­ków. Ta­bliczka w oknie biura gło­siła: LO­KALNY WŁA­ŚCI­CIEL, ZWIE­RZĘTA MILE WI­DZIANE. Zwy­kle ozna­czało to ni­skie ceny. Był śro­dek lata i z po­wodu lip­co­wych upa­łów więk­szość miej­sco­wych zo­sta­wała w do­mach lub pły­wała, je­śli szczę­ście sprzy­jało im na tyle, że mieli przy­do­mowy ba­sen lub czas, żeby spę­dzić dzień na plaży.

Ali­son za­par­ko­wała obok biura, ale nie wy­łą­czała sil­nika, żeby koty mo­gły się chło­dzić pod na­wie­wem.

- Za­raz wra­cam! - za­wo­łała przez ra­mię, cho­ciaż wie­działa, że jej nie usły­szą.

Mo­tel, po­ma­lo­wany na ja­sno­po­ma­rań­czowy ko­lor, z zie­lo­nym pła­skim da­chem, po­wstał praw­do­po­dob­nie na po­czątku lat sześć­dzie­sią­tych i wy­róż­niał się w oto­cze­niu. Przy wszyst­kich drzwiach stały stare że­la­zne krze­sła i sto­lik boczny. W żół­tych do­nicz­kach po obu stro­nach wej­ścia ro­sły wy­trzy­małe aspa­ra­gusy Spren­gera. Gdy we­szła do kli­ma­ty­zo­wa­nego biura, za­dzwo­nił dzwo­nek.

Przy­wi­tała ją star­sza ko­bieta o śnież­no­bia­łych wło­sach, sza­fi­ro­wych oczach i sze­ro­kiej ta­lii prze­pa­sa­nej far­tu­chem. Uśmiech­nęła się, wy­tarła ręce w far­tuch i pod­nio­sła z biurka oku­lary.

- Wła­śnie pie­kłam. Aż trudno uwie­rzyć. W tym upale! Przy­się­gam, mam wra­że­nie, że ten upał smaży mi mózg. W czym mogę po­móc?

Ali­son nie mo­gła po­wstrzy­mać się od uśmie­chu. Dla ko­biety po­winno to być oczy­wi­ste, ale może poza noc­le­gami ofe­ro­wała inne usługi.

- Chcę wy­na­jąć po­kój na noc - po­wie­działa.

- Oczy­wi­ście - od­parła ko­bieta. - Je­steś sama?

Ali­son ski­nęła głową.

- Przy­je­cha­łam z ko­tem.

- W po­rządku. Po pro­stu pod­pisz się tu­taj. - Re­cep­cjo­nistka wska­zała na dużą, opra­wioną w skórę księgę go­ści z wy­tło­czo­nym na przed­niej stro­nie ali­ga­to­rem. - Co to za kot?

- To bez­domne zwie­rzę, które za­bra­łam z ulicy. To wszystko? - za­py­tała Ali­son, pod­pi­su­jąc się.

- Tak. Po­kój to nic nad­zwy­czaj­nego, ale za­pew­niamy świeżą po­ściel, do­bry ma­te­rac i te­le­wi­zję ka­blową. Nie mamy Wi-Fi, więc je­śli chcesz ko­rzy­stać z kom­pu­tera, mu­sisz po­je­chać do Ho­li­day Inn, który znaj­duje się da­lej na tra­sie.

- Nie, nie po­trze­buję In­ter­netu. - Ali­son nie po­sia­dała te­le­fonu ko­mór­ko­wego ani kom­pu­tera. Były bez­u­ży­teczne, bo nie miała do kogo dzwo­nić. Kiedy na­prawdę chciała sko­rzy­stać z In­ter­netu, uda­wała się do bi­blio­teki.

- W ta­kim ra­zie po­pro­szę trzy­dzie­ści do­la­rów za noc plus dzie­sięć do­la­rów kau­cji za zwie­rzę. Przyj­mu­jemy tylko go­tówkę - wy­ja­śniła star­sza ko­bieta.

Ali­son wy­jęła z port­fela dwu­dziestkę, dwie piątki i dzie­siątkę, po czym wrę­czyła je ko­bie­cie.

- Dzię­kuję. A te­raz po­pro­szę o klucz.

- Oczy­wi­ście. Jak już mó­wi­łam, upał prze­pa­lił mi styki w mó­zgu. - Wy­jęła z szu­flady klucz do po­koju nu­mer dwa. - Bę­dziesz miała bli­sko do au­to­matu z na­po­jami; w po­koju jest wia­dro z lo­dem. Ma­szyna do lodu znaj­duje się obok au­to­matu z na­po­jami ga­zo­wa­nymi w przej­ściu.

Ali­son wzięła po­dany jej klucz. Był to tra­dy­cyjny klucz, nie karta, którą się ska­nuje. Od razu po­lu­biła to miej­sce.

- Klucz musi zo­stać zwró­cony do po­łu­dnia - po­in­for­mo­wała ją re­cep­cjo­nistka.

- O tej po­rze już mnie nie bę­dzie, ale dzię­kuję - po­wie­działa Ali­son.

- Nie ma za co. Mów mi Betty. Je­śli bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wać, po pro­stu za­dzwoń do biura. Mamy te­le­fony w po­ko­jach.

- Dzię­kuję.

Kiedy Ali­son zna­la­zła się w swoim je­epie, od­je­chała od biura i za­par­ko­wała na miej­scu za­re­zer­wo­wa­nym dla po­koju nu­mer dwa. Wy­łą­czyła sil­nik, wy­szła, otwo­rzyła ba­gaż­nik i wy­cią­gnęła starą czarną wa­lizkę. Klucz z ła­two­ścią wszedł do zamka. Od­su­nęła na bok cięż­kie me­ta­lowe drzwi. Zdzi­wiła się, gdy zo­ba­czyła wnę­trze po­koju. No­co­wała w ży­ciu w wielu ob­skur­nych mo­te­lach, więc trudno było ją za­sko­czyć. Do te­raz. Po­kój był ide­alny; za­uwa­żyła drew­nianą pod­łogę i no­wo­cze­sne me­ble. Krze­sło i stół z lampką spra­wiały wra­że­nie, jakby miło było jeść przy nich po­si­łek. Ła­zienka rów­nież zo­stała od­no­wiona. Za­mon­to­wano no­wo­cze­sny prysz­nic z ru­chomą słu­chawką, który wy­glą­dał na zu­peł­nie nowy. Małe bu­te­leczki szam­ponu, od­żywki i my­dła usta­wiono sta­ran­nie na bla­cie obok zlewu. W ma­leń­kim zie­lo­nym pu­dełku znaj­do­wał się cze­pek ką­pie­lowy, mi­ni­ze­staw do szy­cia i trzy pa­tyczki do uszu. Nie wi­działa ta­kich rze­czy w mo­te­lach przy­po­mi­na­ją­cych wy­sy­pi­ska śmieci, w któ­rych prze­by­wała przez wiele lat. Miała wła­sne ko­sme­tyki, ale po­sta­no­wiła sko­rzy­stać z tych, które do­stała, po­nie­waż za nie pła­ciła. Ni­gdy nie mar­no­wała na nic ani gro­sza i świa­do­mie wy­da­wała pie­nią­dze.

Wró­ciła do sa­mo­chodu i wnio­sła do po­koju kotkę i ko­cięta. Uło­żyła je na po­duszce, którą zdjęła z łóżka, żeby miały mięk­kie miej­sce do od­po­czynku. Kiedy już się tam usa­do­wiły, wzięła pa­pie­rowy ku­bek i na­peł­niła go wodą.

- Wiem, że po­trze­bu­jesz cze­goś wię­cej, więc za­raz wrócę. - Po­gła­dziła kotkę mię­dzy uszami. Nie była pewna, ja­kiej jest rasy, po­nie­waż jej sierść była wie­lo­barwna. Ko­cięta były re­pli­kami swo­jej mamy. Dol­lar Store nie był tak da­leko, więc Ali­son wy­bie­gła, za­nim koty zdą­żyły pójść za nią.

Pół go­dziny póź­niej wró­ciła z mle­kiem dla ko­tów, mo­krą karmą i trzema jed­no­ra­zo­wymi ku­we­tami, a także trzema mi­skami na karmę i dużą mi­ską na wodę. Na­lała dużo mleka do mi­ski, a na­stęp­nie do mniej­szych na­czyń wło­żyła mo­krą karmę. Ko­cica w mgnie­niu oka spa­ła­szo­wała swoje je­dze­nie; ko­ciaki rów­nież ocho­czo ja­dły. Cała trójka wy­piła mleko i wró­ciła na po­duszkę. Nie ma­jąc pew­no­ści, czy kotka na­dal karmi ma­lu­chy, Ali­son miała na nią oko. Ko­cięta miały za­le­d­wie pięć lub sześć ty­go­dni.

Kiedy zwie­rzęta uło­żyły się na po­duszce, Ali­son roz­pa­ko­wała kilka rze­czy, któ­rych po­trze­bo­wała na noc, ale nie była jesz­cze go­towa, żeby iść spać. Zna­la­zła pi­lota do te­le­wi­zora obok sto­lika noc­nego i włą­czyła Na­tio­nal News Ne­twork. W kraju pa­no­wało za­mie­sza­nie; nic no­wego. Prze­rzu­cała ka­nały, aż zna­la­zła lo­kalną sta­cję in­for­ma­cyjną. Pre­zen­terka opo­wia­dała o fe­sti­walu mango w Ma­tla­cha, który miał się roz­po­cząć tego dnia o ósmej wie­czo­rem. Ali­son po­my­ślała, że mo­głaby tam po­je­chać, skoro nie miała nic lep­szego do ro­boty. Nu­dzi­łoby ją le­że­nie w mo­telu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki