Ponury jesienny dzień, sala przesłuchań płockiego aresztu. Zgrzytnął klucz w zamku. Drzwi się rozwarły z okropnym łoskotem, klawisz wprowadził zatrzymanego. Przykuł go do blatu stołu i wyszedł.
Po dobrym kwadransie zjawiła się Zuza Lewandowska. Podeszła do krzesła stojącego po przeciwnej stronie stołu, zdjęła płaszcz i powiesiła go na oparciu, powoli usiadła. Z torebki wyjęła notes i długopis. Dopiero teraz spojrzała uważniej na mężczyznę. Na jej twarzy zagościł szyderczy uśmiech.
- Początkowo myślałam, że to jakiś durny żart, a kiedy się okazało, że nie, to długo się zastanawiałam, czy przyjąć to zlecenie, bo przez wiele lat marzyłam o tym, żebyś siedział w pierdlu i nigdy z niego nie wyszedł. Teraz kiedy moje marzenie może się zrealizować, mam stanąć na głowie, żeby temu zaradzić? Jak mam to wszystko pogodzić? Czemu akurat mnie wybrałeś? Jest tylu innych adwokatów.
- Bo mówią na Płocku, że jesteście najlepsi - wymamrotał.
- No proszę, i kto to mówi? Nie wierzę własnym uszom. Zuza Lewandowska jest najlepszą papugą w mieście. Kurwa mać, z wrażenia muszę zapalić.
Z torebki wyjęła paczkę ekstra mocnych bez filtra.
- Chcecie, obywatelu kapitanie, papierosa?
- Tak.
Zapalili. Zuza natarczywie wpatrywała się w swojego nowego klienta, jakby się jeszcze upewniała, czy to faktycznie się dzieje, czy może to tylko głupi sen. W końcu przygasiła peta i sięgnęła po notatnik.
- A zatem, obywatelu kapitanie Mariański - zaczęła drwiącym głosem - opowiedzcie mi wszystko, nie pomińcie niczego, bo nieraz drobny szczegół może mieć decydujące znaczenie dla sprawy. Chyba wiecie to dobrze jako szef dochodzeniówki? A właściwie jako były szef, bo o ile wiem, to was tego stanowiska już pozbawiono. - Nie omieszkała mimochodem wbić mu szpili.
Kapitan nic na to nie odpowiedział, jedynie spuścił głowę. On wiedział jedno: jego sytuacja była prawie beznadziejna i jeśli ktokolwiek mógł go z tego wyciągnąć, to tylko Lewandowska.
- A zatem? Chyba wam mowy nie odjęło? - Zuza spojrzała na niego wyczekująco.
- Nic nie wiemy - bąknął.
- Jak to nic nie wiesz? Oskarżają cię o zabójstwo i przywłaszczenie mienia ogromnej wartości, a ty mówisz, że nic nie wiesz? Co ty, chłopie? Masz mnie za idiotkę?
Kapitan rękawem zgarnął pot z czoła.
- To wszystko wina tej Pawłowicz, ona nas wrobiła. Podrzuciła nam to do biurka.
- Co ci podrzuciła? Konkretnie?
Zuza sięgnęła po drugiego papierosa. Tym razem kapitana nie poczęstowała, i to z premedytacją.
- To był złoty kielich.
Zuza zagwizdała z wrażenia.
- Proszę, proszę, co za czasy. Milicjanci piją ze złotych kielichów. A co pijecie? Pewnie bimber albo czystą z czerwoną kartką.
- To nie nasze, my to pierwszy raz widzieliśmy.
- A ta Pawłowicz to przypadkiem nie była wyrzucona z milicji? Skąd ona się tam znów wzięła? Wraca jak bumerang.
- Owszem, była wyrzucona, ale odwołała się do ministra i ją przywrócili. Ponoć jej kuzyn pracuje w Komitecie Centralnym.
- No tak, teraz wszystko jasne. - Zuza ze zrozumieniem pokiwała głową. - Ale czemu się na ciebie aż tak uwzięła, że podrzuciła ci tak cuchnący fant? Jaki miała w tym cel?
Mariański się zaczerwienił.
- No bo, chciała... - zaczął dukać. - No wiecie, to, czego baby chcą od chłopów, a ja nie chciałem.
- Co? No proszę. - Z trudem hamowała ogarniającą ją wesołość. - Nie myślałam, że ktoś może o tobie myśleć w ten sposób. Co za jurny milicjant. A tak z innej beczki. Kapitanie, powiedz mi raz jeszcze, czemu mnie wybrałeś? Nie ukrywam, że wciąż jestem tym zaskoczona. Przecież ty mnie szczerze nienawidzisz, zresztą i ja ciebie też.
Mariański milczał.
- No, powiedz. Aż tak cię to boli? - Dalej się nad nim pastwiła.
- Bo jesteście najlepsi - mruknął pod nosem.
- Mów głośniej, bo nie usłyszałam. - Chciała się tym jak najdłużej delektować.
- Bo jesteście najlepsi! - wykrzyknął.
- Wystarczy, możemy wracać do sprawy. Opowiedz mi wszystko, i to dokładnie, bo ja dotąd jedynie słyszałam plotki.
- Ale my nic nie wiemy. Nawet nie znaliśmy ofiary. Wrobiono nas.
- Skoro tak, to co, do cholery, twój pistolet robił w jej mieszkaniu? Nie wciskaj mi tu kitu, że nic nie wiesz. Tego nie kupuję. Jeśli mam być twoim adwokatem, to muszę znać prawdę.
Sięgnęła po papierosy i ponownie zapaliła. Od czasu rzekomej choroby nie mogła się nimi uraczyć do syta.
- Tetetkę zgubiliśmy, kiedy spotkaliśmy kolegę z dzieciństwa i poszliśmy do Kolorowej na kielicha.
- A tak naprawdę to ile było tych kielichów? Ile butelek opróżniliście?
- Dwie flaszki, nie więcej. Wtedy musieli nam skraść broń. Jak oprzytomnieliśmy, to kabura była pusta.
- Zawiadomiłeś przełożonych? Zgłosiłeś kradzież?
- No nie. - Mariański z zakłopotaniem podrapał się po głowie. - Woleliśmy załatwić to po cichu.
- No i wyszło jak wyszło. Podaj mi nazwisko tego kolegi i jego adres.
Kapitan spojrzał na nią zdziwiony.
- A po co? On mi jej nie buchnął, to dobry kumpel.
- Nazwisko i adres - powtórzyła Zuza beznamiętnym głosem.
- Nie znamy jego nazwiska. Przezywaliśmy go Bokser, bo był skory do bitki jak mało kto.
- Gdzie mieszka?
- Nie wiemy. Mówił nam, ale wyleciało nam to z pamięci. Chyba nie w Płocku. Może w Łodzi.
- Może w Łodzi? - Zuza smętnie pokiwała głową. Właściwie nie powinna się dziwić, to przecież kompletny idiota. - Bokser z Łodzi, powiadasz? A w dzieciństwie, to gdzie mieszkał? Może chociaż to pamiętasz? - spytała z rezygnacją.
- Na Szerokiej, w "żelaznej bramie".
- Może coś bliżej? Tam jest dużo mieszkań, to kilka sporych kamienic.
- Całe dnie wystawał w bramie.
- To mi bardzo pomoże. Bokser z Łodzi stojący w bramie przy Szerokiej. Myślę, że wszyscy go kojarzą - szydziła. - Znałeś tego zabitego, Andrzeja Błaszczaka?
- Nie, my znamy tylko notowanych.
- A znasz może Teofila Organka?
- Nie przypominamy sobie.
- On twierdzi, że wraz z tym Błaszczakiem i jeszcze jednym o do dziś nieustalonym nazwisku podczas wykonywania wykopów w miejscu, gdzie kiedyś stała cerkiew, znaleźli skrzynię pełną złotych przedmiotów. Wśród nich miał być ów kielich, który nie wiadomo jakim cudem wylądował w twoim biurku. A może ten trzeci to ten kolega o ksywce Bokser? Schlałeś się jak świnia, a on ukradł ci tetetkę i puknął z niej jednego ze wspólników? Może mieliście kiedyś ze sobą na pieńku? Przypomnij sobie. Może w piaskownicy zabraliście mu wiaderko lub, co gorsza, szpadelek?
- Nie, kumplowaliśmy się. Mówię wam, że to Pawłowicz. Odgrażała się nam.
- Poszła za wami do Kolorowej, ukradła tobie broń, zastrzeliła z niej Błaszczaka, a później złoty kielich podrzuciła ci do biurka? Mocno naiwne i bardzo naciągane. No i skąd wzięła ten kielich? To też jest bardzo ciekawa zagadka. Może od tego Organka? Już samo nazwisko mówi, że to kawał łapciucha. Przy Królewieckiej pełno ich mieszka i co drugi siedzi lub siedział w kryminale.
- Uważacie, że to my? Wciąż nie wierzycie nam! To nie my! Po co mieliśmy to robić?
Zuza wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Nieraz podejrzany do końca twierdzi, że jest niewinny, i dopiero po ogłoszeniu wyroku przyznaje się do winy, a nieraz nigdy, mimo że faktycznie dopuścił się przestępstwa. Za długo, kapitanie, cię znam, żeby bezgranicznie ci ufać. Poniucham w sprawie, popytam o tego Boksera i zobaczymy, co będzie dalej. Teraz bardziej niż o dochodzenie martw się o swoje dupsko, bo tu nie jest bezpieczne - rzekła drwiąco, po czym zgarnęła notatnik i papierosy do torebki i podniosła się powoli z krzesła.
- Zostawicie mi papierosy? - zaskomlał Mariański.
Bez słowa rzuciła paczkę ekstra mocnych na stolik i podeszła do drzwi. Kilka razy uderzyła w nie ręką, przywołując w ten sposób klawisza.
Na ulicy Zuza natknęła się na Kolasińską, koleżankę z podstawówki. Tamta od razu ją zaczepiła.
- Dobrze, że cię widzę, mam prośbę. Oczywiście za wszystko zapłacę. Nie chcę nic za darmo, wszystko mi się wali, a to przez...
- Może powiedz w końcu, o co chodzi - weszła jej w słowo Zuza, nerwowo zerkając na zegarek, bo za pół godziny miała sprawę w sądzie. Musiała jeszcze po drodze wstąpić po togę do kancelarii, a tamta gada jak potłuczona.
- Moja mama chce przepisać dom na Kościół. Nieważne, że my się nią opiekujemy, że tam mieszkamy. Biega codziennie do kościoła i jest wpatrzona w proboszcza jak w święty obraz.
- Tylko nie mów, że do fary, bo tamtejszy szeryf wyglądem nie przypomina żadnego świętego, choć to w gruncie rzeczy porządny facet.
- Nie, to parafia u Świętego Jana.
- Czego oczekujesz ode mnie? Przepisanie domu to sprawa dla notariusza, nie dla adwokata.
- Matka ciebie szanuje i podziwia. Przyjdź do nas i z nią porozmawiaj. Może ciebie posłucha.
- A jeśli nie? Starsi ludzie są jak kaseta magnetofonowa z wyrwanym cypkiem zabezpieczającym przed skasowaniem danych. Jednym słowem: nic nowego do nich nie dociera. Możliwe, że przyzna mi rację, ale jak tylko wyjdę z waszego domu, wszystko odwoła.
- Błagam, chociaż spróbuj! Z Kościołem w sądzie nie wygramy.
- Tu się z tobą zgodzę. Ich pazerność nie zna granic. Zostaw mi swój numer telefonu, to zadzwonię i się umówimy.
- Jeszcze nie mamy telefonu. Ponoć za dwa lata mamy go dostać. Dam ci numer do pracy.
- Niech będzie.
Kolasińska na skrawku papieru zanotowała dane kontaktowe i się rozstały.
Zuza wróciła z sądu i zaraz zawołała Jolkę do siebie.
- Zrobić herbatę? Może pójść do cukierni po jakieś ciastko? - spytała aplikantka.
- Jasne, no, przecież nie ziółka. Słodycze sobie odpuść, odchudzam się. Mam dla ciebie zadanie. Wsiądź w autobus numer siedem i jedź do Gór. Dowiedz się wszystkiego o niejakim Błaszczaku: z kim się kolegował, z kim kłócił, z kim spał, komu w mordę dał, od kogo oberwał, zbierz plotki, nawet absurdalne. I jeszcze jedno, czym farbowałaś włosy?
- To farba z Pewexu, jutro przyniosę opakowanie, bo nazwa po angielsku i nie pamiętam.
- No tak, Polacy poliglotami nie są, zresztą na cholerę uczyć się języków, skoro i tak siedzimy w klatce? Żeby chociaż ona była złota jak w tej bajce. Oni nas zamknęli w klatce zrobionej z drutu zbrojeniowego, a fragmentami z kolczastego.
Dziewczyna wyszła, Zuza postawiła na biurku butelkę stocka i kieliszek. Dłonią sprawdziła temperaturę trunku, była idealna. Zerknęła na portret ojca. I znów marsowa mina, no tak, jeszcze nie ma południa, a ona sięga po alkohol. Ale on też już od rana za kołnierz nie wylewał.
- Nie przesadzaj. Prawie pół roku byłam abstynentką. Nawet nie wiesz, jak cierpiałam. To była prawdziwa droga przez mękę. Mogłam sobie golnąć jedynie we śnie.
Wypiła kielicha i od razu poczuła się lepiej. Zadzwonił telefon, to Nowak. Miała się do niego odezwać i zupełnie o tym zapomniała.
- Dobrze, że dzwonisz. Wyobraź sobie, że mam nowego klienta. Nie zgadniesz, kto to.
- Mariański.
- Cholera, skąd wiesz? - Nie kryła zawodu.
- Wszyscy wiedzą, to na komendzie chyba większa sensacja niż jego aresztowanie. Każdy wie, że on na twoim punkcie ma prawdziwą obsesję. Wasza współpraca to tak, jakby diabeł poszedł z aniołem na wódkę.
- Dziwne porównanie. Tym bardziej że daleko mi do anioła, a jeszcze dalej do diabła. Właśnie wróciłam z aresztu i muszę powiedzieć, że sprawa wygląda ciekawie. Albo w Mariańskim obudziła się najmroczniejsza część jego duszy, albo go ktoś ordynarnie wrabia. Milicja ma mocne poszlaki, bo dowodami to bym tego nie nazwała, i trudno będzie mi je obalić. Wyobraź sobie, że ten cymbał poszedł do Kolorowej i tam się uchlał jak świnia. Miał wtedy przy sobie pistolet i ktoś mu go zwędził albo, czego nie wykluczam, po prostu go zgubił. Mógłbyś tam zajrzeć i popytać. Na pewno coś wiedzą o jego wypadzie, przecież go znają, a nie sądzę, żeby mu się często takie popijawy przytrafiały.
- A to bęcwał. Ile musiał wypić, że padł pod stół? - zdziwił się sierżant. - On słynie z mocnej głowy. Zresztą przy jego pokaźnej tuszy to normalne. Pewnie obalili z cztery flaszki.
- Nieważne ile. Ważne, że się zachlał do nieprzytomności. Ustal coś odnośnie do jego towarzysza i daj mi pilnie znać.
Zakończyła połączenie. Wtedy ktoś zapukał do drzwi.
To była jakaś kobieta. Zuza jej nie znała, przyszła tu pierwszy raz.
- Pani mecenas, szukam pomocy.
- Jak każdy, co tu przychodzi - mruknęła pod nosem Lewandowska, wskazując krzesło i sięgając po ekstra mocne. - Zapali pani?
- Nie dziękuję. Ja nie palę, mój chłop za to przypala jednego od drugiego.
Zuza spojrzała wymownie na zegarek.
- Dobra, nie będziemy tu gadać o papierosach, co panią sprowadza?
- Pani mecenas, niech pani ratuje mojego syna. Wsadzili go nieboraka do kryminału, a on niewinny.
- Jak każdy w pace - zakpiła. - A konkretnie co mu zarzucają?
- Słyszała pani o tym wypadku na Kolegialnej? Chłopacy byli na przepustce z wojska i jak to młodzi, trochę poszaleli. Wzięli naszego fiata i się nim rozbili. No i wydarzyła się tragedia, jeden z nich zginął. Oskarżają Franka, że to on prowadził i że to jego wina.
- A prowadził?
- Ależ skądże, pani mecenas, on nie ma prawa jazdy.
- To kto prowadził?
- No jak to kto? Ten, co zginął. On miał zły wpływ na mojego Franusia, to wszystko przez niego. Od kiedy zaczęli się kolegować, mój syn się zmienił.
- Czy byli po alkoholu?
- Wypili może po piwku. Co to jest na takich chłopaków?
- A może po kilka piwek?
- No nawet, ale czy to dużo? To przecież nie wódka.
- Przepis to przepis, ale zobaczę, czy da się coś w tej sprawie zrobić. Proszę podać mi wszystkie dane syna i przyjść za dwa dni.
Kiedy kobieta wyszła, Zuza natychmiast podniosła się zza biurka i podeszła do okna. No tak, paprotka gubi liście, ale jak ma tego nie robić, skoro Jolka znów jej nie podlała? Już jej się znudziło wciąż o tym przypominać aplikantce. Sięgnęła po butelkę po mleku służącą za konewkę.
Po opuszczeniu kancelarii udała się na Grodzką. Musiała koniecznie spotkać się z Piosikiem. Ostatnio widywała go pod trzynastką z jedną ze słynnych Łyzinianek z parteru.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki