Wejście w świat
Na początku był zgrzyt i błyskanie nożyc w skrawkach brązowego pluszu i sukna, brzęk szklanych czarnych paciorków, szykowanych na oczy, pisk i mruczenie sprężynek, zawijanych skrzętnie w brzuszki pakuł i gałganków. Był stukot maszyny po formach oddzielnych łap, łbów i korpusów, i skrzyp igieł, haftujących jedwabiem dowcipne nosy i wdzięczne pazury. A nad tym wszystkim unosił się nieprzerwany gwar wesołych głosów kobiecych i śpiew zawieszonego w klatce u okna kanarka.
Robotnice śpiewały: tralala! tralala! kanarek wtórował: tirli! tirli! tiur! tiur! tiur!, a dwie maszyny odpowiadały sobie wzajem: Ło-mot! ło-mot! tak! tak! tak!
Kiedy i jak przestałem być tym wszystkim naraz, a stałem się ostatecznie doskonałym, artystycznie wykończonym Misiem?
Czuję jeszcze, jak przebierają, skubią i szczypią bez końca oddzielne części mojej rodzącej się postaci. Gniotą je, przybijają, szyją. Sprężynka pomimo woli mruczy: - Czy to tak będzie zawsze? - Nie. Skończyło się. Ktoś mówi nade mną tonem głębokiego zadowolenia: - No! ten mi się udał. I oto jestem już porwany i podniesiony wysoko w górę.
Przez jedno mgnienie oka widzę z bliska zadarty nos i błyszczące oczy mojej życiodawczyni, potem cały szereg podniesionych w moją stronę, szeroko roześmianych twarzy innych robotnic; stukot maszyny i trele kanarka zagłusza donośne hahaha! hihihi! śmiechu ludzkiego i - nareszcie! - zostaję tryumfalnie umieszczony na najwyższej półeczce tuż przed lustrem.
Tak. Wtedy właśnie - dokonało się. W lustrze zobaczyłem sam siebie, poznałem i odczułem siebie i jednocześnie stałem się sobą ostatecznie i nieodwołalnie, sobą, Misiem, pluszowym niedźwiedziem z artystycznej krajowej wytwórni zabawek - bohaterem mego własnego pamiętnika.
- Jesteśmy sami! - oznajmił uprzejmym zgrzytem klucz, zamykając wieczorem drzwi za ostatnią odchodzącą robotnicą.
W odpowiedzi rozległo się wesołe trzaskanie i skrzypienie sprzętów - zwykła rozmowa oswobodzonych od obecności ludzkiej przedmiotów.
Półki zaczęły opowiadać sobie wzajemnie jakąś niestworzoną historię o poszukiwanej przez cały dzień szpulce czerwonych nici. Krzesła śmiały się do rozpuku. Robiło się gwarnie i wesoło.
Nagłe poważny, brzęczący głos zapanował nad gwarem. Przyjęło go natychmiast ogólne, pełne szacunku, uciszające - "cyt!"
Przemówiło lustro.
- Jestem bardzo stare - zabrzękło - bardzo stare! Odbiłom już więcej, niż to sobie wyobrazić możecie. A wiecie wszak, te odbicia nie mijają w nas tak bez śladu, jak to myślą ludzie, ale zbierają się w głębi poza srebrną powłoką dna, tworząc zasób doświadczenia i mądrości. Mówię rzadko. I wtedy tylko, kiedy mam coś do powiedzenia.
- Słuchajcie! Słuchajcie! - sykały zaciekawione sprzęty. Księżyc wyjrzał nagle zza chmur w samo okno. Lustro rozbłysło.
- Narodził się dziś w tej pracowni nasz brat, którymu danem będzie dokonać więcej, aniżeli komukolwiek ze świata rzeczy. Chcę go więc przywitać dobrą wróżbą, radą i przestrogą. Do ciebie mówię, Misiu.
Zapanowało zdumione milczenie.
Ja nastawiłem uszy, wytrzeszczyłem paciorki oczu, a sprężynka trzęsła mi się w brzuszku ze wzruszenia.
Lustro podjęło znowu:
- Jesteś najdoskonalszym z Misiów. Odbijałom już setki starszych braci twoich i osądzam bezstronnie. Nie zrozumiesz dzisiaj tego, co ci powiem. Może kiedyś... Jesteś - dzieckiem szczęścia. - Przyszłość jest twoja. Trzymasz ją w twoich miękkich, szczęśliwych łapach. Lecz na to, by ją wykorzystać, jak należy, musisz sam siebie znać. W tym pragnę ci dzisiaj dopomóc.
- Słuchaj Misiu!
- Jesteś zabawką, stworzoną przez ludzi i dla ludzi. Ale zanim stałeś się Misiem, byłeś, jak każdy z nas, częścią wielkiego żywego świata: druty twe i sprężynki były żelazem w głębi ziemi; sukno - życiem owiec, z których grzbietu zdjęto na nie wełnę; w paciorkach oczu, przez które i ze mną spokrewniony jesteś, stopiły się źdźbła piasku morskiego. Dzięki temu to tylko wszystkiemu możesz dziś mnie słuchać i patrzeć rozumnie na świat. Pamięć bowiem wszystkiego, czym byłeś, myśli, patrzy i słucha za ciebie. Jesteś starą prawdą i nowonarodzonym żartem. Podwójny jest twój los i podwójna droga. To masz wiedzieć.
Umilkło lustro i była chwila ciszy.
- Nie będę mówić wiele - podjęło wreszcie głębszym, uroczystym brzękiem. - Przed tobą, jak i przed każdym z nas, stoi jedyny, najzaszczytniejszy cel, służyć człowiekowi. - Do tego celu idź. Idź zawsze, jak najśmielej, jak najsamodzielniej - pamiętając o wszystkim, czym jesteś. A - dojdziesz. Dojdziesz, na chwałę świata rzeczy, a może i ludzkiego świata. To wszystko.
- No, i - cześć, Misiu!
- Cześć! - zawtórował zgodny chór wszystkich znajdujących się w pokoju, przedmiotów.
Od chwili rozmowy z lustrem całe życie moje stało się niecierpliwością.
Wielkie jutro! Ach, doczekać się go! dorwać do niego! Piorunem - telegrafem - już!
Kiedy przyjdzie? Jak? Skąd? Co mam robić? Gdzie pole działania? Gdzie świat? - Ach, byleby prędzej! Jak najprędzej!
Nazajutrz nieznana mi wizyta: Chuda pani w długim płaszczu i wielkim kapeluszu i opięty w czarnym tużurku, z melonikiem w ręku, niski, okrągły pan, czerwony jak burak i łysy jak kolano.
(...)
Koniec wersji demonstracyjnej