Wstęp
Wstęp
Słowianie obdarzali wielką czcią swoich władców, junaków (herosów) i wieszczów. Kult przodków był bowiem podstawą słowiańskich wierzeń.
Polacy - Lechici - wielbili takie postacie jak Lech, Krak, Wanda czy
Piast, choć obecnie uznawane są one przez środowisko naukowe za zmyślone
przez naszych kronikarzy, co pozostaje punktem sporu z niezależnymi
badaczami, broniącymi ich autentyczności. Tymczasem Czesi nie mają
problemu z gloryfikowaniem Bohemusa, utożsamiając go z Czechem,
założycielem swego państwa. Przy tym wciąż podtrzymują pamięć o dziejach
Przemysła i Libuszy czy też słowiańskich Amazonkach walczących pod wodzą
Własty. Z kolei Rosjanie chwalą niezwykłe czyny na poły zmyślonych
bohaterów bylin. Część z nich wciąż jest też przekonana o słowiańskości
Ruryka, a do słowiańskiego panteonu wciąż dodają nowe postacie.
O Lechu i Lechitach, Kraku, Wandzie, Popielu i Piaście oraz innych
znaczących postaciach wspominałem już co nieco w mojej książce Rodowód
Słowian (2017). Wiele sylwetek słowiańskich bohaterów przedstawiłem też
pokrótce w pracy Bogowie Słowian. Bóstwa, biesy i junacy (2019). Teraz
czas na szersze opracowanie, które będzie obejmować prawdopodobnie trzy
części, gdyż nasi bohaterscy, wielcy przodkowie na to zasługują. Pamięć
o nich nie może zaginąć.
Chciałbym tu też przypomnieć, że słowiański bohater to:
junak (od *
junyj - młody, choć możliwe, że to słowo właściwie
oznacza potomka Juna1, czyli boga najwyższego o imieniu
On /Un, utożsamianego przeze mnie ze
Swarogiem2),
gardzina (od *
gard - obrońca, strażnik),
gieroj (związane z gr *
hero - bohater, przy znanej w języku
rosyjskim oboczności
g=h),
chwat (od *
хватать - chwytać),
zuch (od "zuchwały", czyli "z chwałą").
Istnieje też wiele innych określeń bohatera w różnych językach
słowiańskich, np. bułgarski stopan czy serbo-chorwacki krsna slava.
W chrześcijaństwie starożytny kult herosów przybrał formę czci świętych.
Słowo bohater Glinka raczej słusznie wywodzi od sarmackiego *tir
(titar) - drużynnik, bojar książęcy. Rosyjski bohatir tłumaczy się
jako "wojownik boga", choć moim zdaniem to "potężny wojownik", bo termin
boh/bog oznaczał pierwotnie u Słowian "bogaty", "silny". W każdym
razie wszystko wskazuje na to, że od niego powstał tatarski
batyr3. Natomiast słowo bojar oznaczać może "boskiego jara"
(wodza) czy też, o podobnym znaczeniu, "bojowego Aria" - szlachetnego
wojownika.
Bohater to gr. ????? íroas - aryjski (irański) As. Typowo grecka
końcówka w imionach -as, -es mogła po prostu oznaczać Asa. Imię
Achilles przykładowo to [L]ach (pan) + ill (jasny) + as (As), czyli
Jaśnie Pan z Asów. Od *iros pochodzi łac. heros, sł. jero
(jaro, jur), ang. hero. Końcówka -is/-as, jak Vytautas (ros.
Witowt, niem. Witold, pol. Witosław) Landsbergis (Górski) w bałtyjskich nazwiskach może mieć podobny rodowód.
W książce przedstawiam sylwetki bohaterów, junaków, zacnych i szlachetnych słowiańskich władców, znanych z kronik lub legend, takich
jak Piast, Przemysł, Ruryk, Sław, Samo itp. Pomijam tutaj jednak celowo
postacie znane z przekazów kronikarskich, ale będące raczej
antybohaterami, jak Popiel II. W tej części skupiam się głównie na
władcach przedchrześcijańskich. Jest to i tak spora rzesza postaci,
niekiedy dobrze znanych z kronik i tradycji ludowej, dlatego ograniczam
się w ich przypadku do podania podstawowych informacji oraz ewentualnie
ciekawostek. Rozwijam jednak specjalnie opisy sylwetek Kraka i Lecha
oraz kilku innych ważnych bohaterów naszej najdawniejszej historii,
nazywanej często przez akademików "dziejami bajecznymi", gdyż uważam, że
zasługują oni na przypomnienie i poważniejsze potraktowanie, niż to
prezentują nasi historycy ostatnimi czasy. To nasze dziedzictwo, czy to
się komuś podoba, czy nie. I choć większość z nich jest uznawana przez
świat naukowy, a tym samym i przez opinię publiczną, za postacie
legendarne, to według mnie temat wiarygodności ich istnienia w wielu
wypadkach jest wciąż otwarty.
Niniejsze opracowanie ma charakter leksykonu osobowego, obejmującego
opisy ponad 100 sylwetek słowiańskich bohaterów, władców i innych
ważnych postaci, zarówno historycznie potwierdzonych, jak i tych
uznawanych za postacie mityczne, choć nie będziemy tutaj jednoznacznie
rozstrzygać tego, która postać jest autentyczna, a która nie.
Cezurą czasową jest okres od czasów starożytnych do mniej więcej
przełomu X i XI wieku, kiedy to nastąpiło wprowadzenie i utrwalenie
chrześcijaństwa oraz rozwój piśmiennictwa. Oczywiście przekazy z tamtych
lat są obarczone interpretatio christiana, ale większość postaci od
tego okresu jest dobrze opisana w historiografii, i trudno tutaj wnieść
do niej wiele nowego, może poza właściwą interpretacją znanych faktów z życia władców i innych ważnych postaci tamtych lat.
W przypadku opisu legendarnych postaci związanych z terenami obecnej
Polski (nazywanej w wielu kronikach Lechią) sięgam także do postaci
mitycznych, takich jak: Sarmata, Alan, Wandal, Lech czy Krak, kończąc na
czasach przed Mieszkiem i Siemomyśle, który wciąż nie jest uznawany za
postać historycznie potwierdzoną. Omawiam też sylwetki tzw.
barbarzyńskich władców, co prawda potwierdzonych historycznie, ale dość
swobodnie i chyba nazbyt pochopnie ze względów politycznych uważanych
przez większość współczesnych uczonych za wodzów plemion: germańskich,
takich jak Ariowist czy Corsico. Chronologicznie zatrzymuję się na
Siemomyśle, gdyż Mieszko I jest już dobrze opisaną postacią i choć można
go docenić za proces budowy i jednoczenia państwa Polan, to jednak jest
większym bohaterem dla chrześcijan aniżeli dawnych Słowian, których
wiary się wyrzekł.
Jeśli chodzi o Połabie, Łużyce i Pomorze, to oprócz protoplastów plemion
pomorskich, wieleckich, obodryckich, rugijskich czy wagryjskich opisuję
także władców i bohaterów walk na tym terenie lub stąd pochodzących,
czyli Wandalów, Herulów i innych plemion zaodrzańskich, uznawanych przez
akademicką naukę za celtyckie lub germańskie, choć istnieje wiele
przesłanek, że były to wspólnoty słowiańskie, ewentualnie mieszane -
sarmacko-słowiańskie lub germańsko-słowiańsko-sarmackie. Dlatego tak
trudno jednoznacznie określić rodowód Arminiusza, Gęsierzyka
(Genseryka), Godzisława (Godegisla) czy Radagaisa.
Przedstawiam tutaj sylwetki wybranych władców i bohaterów do czasów
zburzenia Arkony, głównie tych, którzy służyli słowiańskiej sprawie, nie
przyjęli chrześcijaństwa, a tym samym poddaństwa wobec Cesarstwa, albo
byli kryptopoganami, by wobec przewagi wroga chronić własny lud i jego
tradycje. Pojawiają się tu: Nakon, Racibor, Burzysław i wielu innych, a ostatnim omawianym przeze mnie bohaterem tamtych czasów na Połabiu jest
Niklot, który powstrzymał wyprawę krzyżową w 1147 roku i do końca bronił
słowiańskiej wolności, choć musiał ulec naporowi Sasów i Duńczyków,
ginąc w bitwie w roku 1160. Brakuje tu natomiast takich postaci jak
Tesław czy Jaromir I, którzy poddali Rugię bez walki i złożyli hołd
Waldemarowi I po zburzeniu przez niego Arkony w roku 1168. Nie
odznaczyli się oni bowiem moim zdaniem żadną formą bohaterstwa, a byli
jedynie biernymi świadkami upadku ich państwa i kultury, sprzedając je w zamian za ocalenie życia i prawo do sprawowania wasalnych rządów w imieniu najeźdźców i burzycieli dawnego porządku na ich rodzimych
ziemiach. Ta data jest według mnie symbolem końca słowiańskiej
niezależności na zachód od Odry. Z podobnych powodów pominąłem
chrześcijańskich książąt obodryckich, wieleckich czy stodorańskich,
którzy byli posłusznymi lennikami Cesarstwa, wprowadzając na siłę nową
wiarę. Niestety do tragedii Połabian przyczynili się też i polscy
władcy, a taki Chrobry mimo innych zasług brał udział w pacyfikacji
swoich słowiańskich braci Wieletów, sprzymierzając się z Cesarstwem
przeciwko nim i krwawo tłumiąc bunty na Zaodrzu.
Sporo miejsca poświęcam też legendarnym bohaterom czeskim i morawskim
oraz postaciom o spornym rodowodzie, takim jak Marbod czy Samon,
władającym na dużych obszarach, zasiedlanych przez liczne plemiona
słowiańskie. Chronologicznie dochodzę tu do Gościwita - ostatniego
pogańskiego władcy przed Borzywojem I; nazwany został pierwszym
chrześcijańskim władcą Czech w Żywocie świętego Wacława, w najstarszym
Żywocie świętej Ludmiły (Fuit in provincia Boemorum) oraz w Kronice
Kosmasa z Pragi. Osobne miejsce poświęcam także Drahomirze, która
kierowała reakcją pogańską, a wydała na świat Wacława I Świętego,
męczennika. Pomijam władców Wielkiej Morawy (Mojmir, Świętopełk,
Rościsław), którzy jako ochrzczeni doczekali się mnóstwa opracowań
historycznych i są dobrze znani opinii publicznej. Poza tym swoją
słowiańską wiarę zamienili na religię znad Jordanu, pozostając co prawda
przy liturgii i języku słowiańskim dzięki uporowi i dobrej woli
misjonarzy Cyryla i Metodego, ale mając na uwadze odrzucenie przez nich
słowiańskiego dziedzictwa religijno-kulturowego uznałem, że nie mieszczą
się oni w konwencji niniejszego opracowania.
Prezentuję też kilkanaście postaci z południowej Słowiańszczyzny,
umacniających lub rozszerzających tam słowiańskie panowanie. Nie
zabrakło tu opisów: Swewlada, Ratomira Dobręty czy Ardagasta.
Tradycyjnie pomijam tych władców i wodzów, którzy byli wasalami
Cesarstwa, Bizancjum, Awarów lub Bułgarów, trudno bowiem ich nazwać
bohaterami, gdyż często bardziej dbali o zachowanie swoich wpływów
aniżeli o obronę swego ludu i słowiańskich tradycji. Na południu
stosunkowo wcześnie schrystianizowano Słowian, co wiązało się oczywiście
z utratą niezależności tamtejszych książąt. Potrzeba obrony przed
Awarami, Węgrami, Bułgarami czy Arabami wiązała się z koniecznością
zawierania przez południowosłowiańskich władców poddańczych sojuszy z Frankami lub Bizancjum. Czas słowiańskich bohaterów mijał, a w ich
miejsce pojawiali się słowiańscy obrońcy nowej wiary, budowniczowie
kościołów i chrześcijańscy męczennicy, którym poświęcono wiele uwagi
zarówno w historiografii, jak i opracowaniach naukowych, więc nie ma
potrzeby tutaj się powtarzać.
Na koniec przybliżam całą rzeszę bohaterów ruskich bylin oraz
legendarnych protoplastów Rusinów - Rusa, Ruryka i Kija. Pomijam tu
natomiast dobrze opisane w historiografii dokonania Włodzimierza I,
który w pewnym sensie był odpowiednikiem polskiego Mieszka I, zburzył
wcześniej postawione przez siebie idole pogańskie w Kijowie i urządził
konkurs na nową wiarę, wybierając chrześcijaństwo w obrządku
bizantyjskim. Jego postać przewija się jednak w szeregu bylin cyklu
kijowskiego (jako Włodzimierz Jasne Słoneczko), a wielu opisanych w skazkach (bajkach) bohaterów jest związana z jego dworem. Niemało z nich
walczy ze złem (np. zdemonizowanym Pogańskim Idoliszczem, Sołowiejem
Rozbójnikiem czy Żmiejem Gorynyczem), pomagając Włodzimierzowi w trudnych sprawach, w tym i umacnianiu nowej religii. Mimo odejścia Rusi
w tym okresie od słowiańskiej wiary w bylinach zachowało się sporo z dawnej tradycji, a bohaterowie wyobrażają nie tylko konkretne postacie
historyczne czy mityczne, ale skupiają w sobie także wiele motywów ze
słowiańskiej symboliki, np. kniaź Włodzimierz jest uosobieniem Słońca. W przypadku ruskich bohaterów epickich często trudno uchwycić konkretny
okres wydarzeń. Z reguły jednak odrzucałem tutaj postacie walczące z Mongołami, wzorowane na postaciach XIV-wiecznych i późniejszych (np.
pierwowzorem dla bylinnego Samsona, syna Sama/Samo, i Koływana według W.
Millera i A. Markowa był nowogrodzki przywódca Samson Koływanow,
pokonany w Ugrze przez tubylców w 1357 roku), czy związane z panowaniem
Piotra I. Moim zdaniem wykraczają one bowiem już znacznie poza ramy
czasowe przyjęte w tym opracowaniu dla innych rejonów Słowiańszczyzny.
Możliwe, że pominięte tutaj postacie, niepasujące do przyjętych przeze
mnie założeń i ram czasowych, znajdą się w kolejnym tomie, który już
teraz powoli wypełnia się biogramami protoplastów różnych ludów, z którymi wiąże się Słowian (Aszkenaz, As, Wan, Scyta), a także mniej
znanych władców i junaków związanych z dawną Słowiańszczyzną, czasem
uznawanych, chyba niesłusznie, za Germanów, choć ich rodowód możemy
uznać co najmniej za niepewny, a istnieje wiele przesłanek, by łączyć
ich z ludami sarmacko-słowiańskimi. W drugiej części znajdzie się
głównie miejsce dla tych, którzy zdecydowali się przyjąć
chrześcijaństwo, a jednak nie zawsze z tym wyborem było im po drodze.
Niestety niszczyli oni niekiedy dziedzictwo przodków, ale są bohaterami
dla słowiańskich chrześcijan.
Praca ma charakter popularnonaukowy, ale staram się opatrywać ważniejsze
kwestie przypisami, chociaż dla zachowania lepszej przejrzystości i z oszczędności miejsca pomijam tu ogólnie znane i dostępne źródła, takie
jak wydania prac naszych kronikarzy, które można bez problemu znaleźć w każdej bibliotece czy nawet w zbiorach cyfrowych.
Zamieszczam też bogatą bibliografię, choć zdaję sobie sprawę, że jej
rozmiar może przerażać większość osób niebędących historykami. Moim
zdaniem dobrze jednak wiedzieć, gdzie szukać szerszych informacji o danym temacie.
Przy wyszukiwaniu poszczególnych postaci powinien być przydatny indeks,
który obejmuje imiona i nazwiska bohaterów, wspominanych w biogramach
(nazwy osobowe zapisane są tylko w alfabecie łacińskim, a miana w grece,
cyrylicy itd. konwertowane na język polski) z pominięciem kronikarzy i historyków, chyba że są oni aktywnymi uczestnikami omawianych wydarzeń.
Chciałbym wyrazić swoją wdzięczność wszystkim osobom, które wspierały
mnie podczas przygotowywania tej publikacji, a zwłaszcza mojej partnerce
Joannie Klich i mojemu synowi Jasiowi Kosińskiemu. Często
siedziałem bowiem godzinami przed komputerem, zbierając dane lub
pracując nad tekstem książki, a wszystko to odbywało się kosztem życia
rodzinnego. Ich zrozumienie i troska stworzyły mi komfortowe warunki do
tej żmudnej pracy. Kocham ich bardzo, nie tylko za to. Są oni bowiem
największymi bohaterami mojego życia.
Jeszcze przed wydaniem drukiem tej publikacji trafiła ona w formie PDF
do kilkudziesięciu osób, które zdecydowały się na wsparcie przygotowania
jej elektronicznej wersji, kiedy jeszcze nie wiadomo było, że ukaże się
ona w tradycyjnej formie w tak znanym wydawnictwie, jakim jest Bellona.
Za taką formę wspomożenia autora również jestem im niezmiernie
wdzięczny, a mobilizacja, by spełnić daną im obietnicę opracowania tej
książki w możliwie krótkim czasie, przyczyniła się do odłożenia moich
innych planów wydawniczych. Ale mam nadzieję, że zarówno ta pozycja, jak
i inne, które ukażą się w późniejszym czasie, zaspokoją oczekiwania
moich Czytelników i będą ciekawą lekturą dla każdego fana naszej
najdawniejszej historii.
Osobno chciałbym wyrazić swoją wdzięczność "Fundacji Lepsze jutro,
lepsza przyszłość" za finansowe wsparcie, dzięki czemu mogę pokryć
podstawowe koszty związane z działalnością autorską.
Szczególne podziękowania kieruję także na ręce Kamila Dudkowskiego -
autora bloga Wspaniała Rzeczpospolita, gdzie pierwszy raz przed 7-8
laty zetknąłem się z intrygującymi wyjaśnieniami wielu słów, etnonimów i nazw własnych, które wbrew oficjalnemu stanowisku językoznawców mają
słowiańskie etymologie. Mam także wielki szacunek do mrówczej pracy
Janusza Bieszka, odkrywającego i przybliżającego nam treści dawnych
kronik i dokumentów, choć nie ze wszystkimi jego tezami się zgadzam.
Słowa uznania należą się również Czesławowi Białczyńskiemu, który od
lat promuje Słowiańszczyznę i jej bohaterów. Na osobną wzmiankę
zasługuje też osoba Adriana Leszczyńskiego, którego artykuły
zainspirowały mnie do szukania słowiańskich etymologii germańskich
imion, a jego wiedza dotycząca naszej zakłamanej historii lub z zakresu
archeogenetyki pokazuje, że nie trzeba być naukowcem, by odkrywać prawdę
o naszych dziejach i przekazywać ją innym. Na koniec chciałbym
podziękować Waldemarowi Wróżkowi, młodemu pasjonatowi historii, za
pomoc w opracowaniu pocztów władców różnych ludów, o których tu
wspominam.
Swoją pracę dedykuję Pawłowi Stalmachowi, autorowi zapomnianego, a jakże ważnego dzieła Księgi rodu słowiańskiego (1899). Poza omówieniem
słowiańskich wierzeń zajął się on w swej pracy także etnogenezą i dziejami naszych przodków. Zwraca Słowianom m.in.: Ariowista, Marboda i innych bohaterów ludów sławskich (swewskich), markomańskich, lugijskich,
kwadzkich, trackich, dackich, sarmackich itp., uznawanych w nauce za
niesłowiańskie. Identyfikował on co prawda Arminiusza i Cherusków jako
przedstawicieli ludów germańskich, z czym można dyskutować, ale i tak
wykazał się w temacie pochodzenia Słowian nie tylko wyjątkowym
patriotyzmem, ale i olbrzymią wiedzą, erudycją, a nawet odwagą, gdyż
pisał w czasach zaborów Polski i dominacji turbogermańskiej wersji
historii.
Wyrazy wdzięczności przekazuję również kierownictwu Wydawnictwa
Bellona za przychylne podejście do moich pomysłów wydawniczych i otwartość na przedstawiane przeze mnie i innych autorów treści, często
wykraczające poza akademicką narrację.
Na koniec pozostaje mi tylko żywić nadzieję, że ta praca przyczyni się
do lepszego poznania naszego słowiańskiego dziedzictwa, a większość
wielkich przodków-bohaterów Słowian ożyje na nowo, przynajmniej w naszej
pamięci.
Autor
Puerto Princesa, Filipiny,
grudzień 2021
Polska (Lechia)
Polska (Lechia)
Zastanawiający jest fakt, że nasi historycy podważają relacje
kronikarzy, takich jak: Kadłubek, Długosz czy autor tzw. Kroniki
wielkopolskiej4 (właściwie Kronika Polaków i Lechitów) i innych, a sami nie potrafią przedstawić rodowodu Mieszka,
tak jakby ten książę, uznawany za pierwszego chrześcijańskiego władcę
Polski, nie miał rodziców, spadł z nieba albo, co gorsza, przypłynął ze
Skandynawii, bo tam rzekomo wtedy były rozwinięte państwowość i wyższa
kultura organizacyjno-polityczna. Oczywiście to nieprawda, bo państwa
skandynawskie w rzeczywistości powstały nawet później niż polskie czy
czeskie, jednak wpisywanie się w filogermański, a tym samym często
antysłowiański trend, to od dłuższego czasu norma wśród naszych
akademików.
Trudno jest nam zrozumieć, dlaczego akurat nasi przedchrześcijańscy
władcy wciąż są traktowani po macoszemu jako fikcyjne osoby, zmyślone
przez kronikarzy-bajarzy.
Poczet władców pogańskiej Polski według Arnolda Myliusa, cz. I, repr.
[za:] Daniel Edward Friedlein,Wizerunki książąt i królów
polskich..., Kraków-Warszawa 1852
A przecież nie tylko Mistrz Kadłubek pisał o naszych władcach z czasów
przed chrztem Mieszka I. W powszechnie szanowanym Gesta principum
Polonorum, ukończonym w latach 1112-1118 przez Galla Anonima,
wspomniany został Lestko (także Lestek, Leszek), książę Polski i syn
Siemowita, urodzony ok. 870-880 roku.
Wzmianka o przodkach Mieszka I znajduje się też w Res gestae saxonicae
sive annalium libri tres, kronice X-wiecznego państwa Franków,
napisanej przez Widukinda z Korbei. Pisał on, że Mieszko był władcą
Licicavików5, których część historyków tłumaczy jako
Lestkowiczów/Leszkowiców, czyli potomków Lestka/Leszka.
Poczet władców pogańskiej Polski według A. Myliusa, cz. II
Zwolennikiem autentyczności tzw. Kroniki Prokosza i innych mało
wiarygodnych "dzieł" Przybysława Dyamentowskiego6 jest
Janusz Bieszk, który na podstawie ponad 50 innych kronik i materiałów
źródłowych, polskich i zagranicznych, oraz 36 starych map cudzoziemskich
opracował w 2015 roku poczet słowiańskich królów w okresie od XVIII
wieku p.n.e. do X wieku n.e.7. W następnych publikacjach autor na
podstawie nowo poznawanych przez niego źródeł weryfikował ten wykaz,
dodając kolejne postacie, zmieniając układ i chronologię oraz
rozszerzając pojęcie Lechii na czasy do Kazimierza Wielkiego. W ostatniej książce pt. Starożytne Królestwo Lehii II. Zapomniane
dowody, wydanej w sierpniu 2020 roku, ten niezależny badacz historii
podaje zaktualizowany poczet władców Lehii po kolejnych poprawkach.
O ile kilka kronik z tzw. kufra Dyamentowskiego może budzić uzasadnione
wątpliwości, o tyle trudno zrozumieć, dlaczego lekceważone są zapiski
np. powszechnie szanowanego Galla o dziadku Mieszka - Leszku (Lestku) i jego ojcu Ziemomyśle. Historycy nie rozumieją też zapisów Widukinda o Licicavikach, a podania o: Ziemowicie, Piaście, Popielu, Wandzie i Kraku uważają za zmyślone. Wtórują im w tym media, dlatego w takiej
Wikipedii nie przeczytacie biogramu Janusza Bieszka ani nie poznacie
pocztu władców lechickich, abstrahując od tego, czy jest on poprawny,
czy nie (wielu z nich pochodzi z wątpliwej Kroniki Prokosza).
Odbierana lub ograniczana jest ludziom możliwość nawet poznania
koncepcji tego autora, jakby jej w ogóle nie było. Wikipedyści serwują
nam za to obszerne opisy zmyślonej przez Tolkiena historii Śródziemia i sylwetek nieistniejących władców i bohaterów Gondoru czy Rohanu (w tym
także nazewniczo związanych ze Słowiańszczyzną, jak Boromir, Faramir czy
Radegast).
Wygląda to na celowe odcinanie Polaków od własnej kultury, tradycji i dziedzictwa. Narracja ta ogranicza się do uproszczonych twierdzeń, że
przed chrześcijaństwem Słowianie byli barbarzyńskimi plemionami, niżej
rozwiniętymi kulturowo od Germanów - pogromców samego Rzymu,
ustępujących miejsca tej słowiańskiej hordzie, która przyszła ze Wschodu
w VI wieku n.e. na opuszczone przez nich tereny. Aż dziw bierze, jak
wiele osób wciąż w to wierzy.
Zamiast więc tzw. dziejów bajecznych, jak to nazwał Lelewel, historycy
oferują nam dziejową pustkę, uzasadniając to tym, że o przedchrześcijańskiej historii Polski nic pewnego nie da się powiedzieć
i koniec tematu, jak to pisał Gall: [...] dajmy pokój rozpamiętywaniu
dziejów ludzi, których wspomnienie zaginęło w niepamięci wieków i których skaziły błędy bałwochwalstwa.
Osobiście mam inne zdanie w tej kwestii i staram się wydobyć z dostępnych źródeł, jak i z tradycji ludowej, postacie naszych władców i bohaterów, którzy nie zginęli w pomroce dziejów. Uważam, że na nas jako
ich potomkach spoczywa obowiązek zachowania ich w pamięci i przekazywania wiedzy o ich czynach następnym pokoleniom. Uważam, że jest
to niezwykle ważne dla zachowania zbiorowej świadomości, bogatej i silnej naszym dziedzictwem, która pozwala na prawdziwsze i mocniejsze
kształtowanie poczucia własnej tożsamości, ale też ugruntowanie wiary we
własne możliwości i nadziei na lepszą przyszłość. I nie wynika to z żadnych kompleksów narodowych, jak nam to starają się wmawiać
antysłowiańscy ideolodzy, ale z prawa do prawdy i należnego szacunku dla
przodków, z którymi więź nie powinna być nigdy zerwana.
Dlatego na powrót przypominam sylwetki: Lecha, Kraka, Wandy, Leszków,
Piasta, Siemowita czy Siemomysła. Miejscami odwołuję się także do
biogramów z wykazu Bieszka, choć staram się zachować chronologię i kolejność władców zgodną z ważniejszymi zapisami polskich i zagranicznych kronik, z pominięciem jednak tych, którzy pojawiają się
tylko w tzw. Kronice Prokosza.
Zdecydowałem się tu również umieścić kilka postaci, które mogą
niektórych zaskakiwać, gdyż ich istnienie jest tylko hipotetyczne, jak
Sław, Sarmata, Alan czy Wandal, a jedynymi poświadczeniami o nich są
wzmianki u pojedynczych kronikarzy, bez oparcia w innych źródłach,
jednak w pewnych okresach były to postacie powszechnie uznawane za
protoplastów Słowian i/lub Polaków. Można więc ich śmiało nazywać
legendarnymi bohaterami Słowian, przez co wpisują się jak najbardziej w założenia niniejszego opracowania. Oczywiście takich postaci jest dużo
więcej, ale ze względu na ograniczenia objętościowe musiałem dokonać tu
selekcji. Z pewnością część z nich znajdzie się w kolejnych częściach,
które wkrótce planuję przygotować do wydania.
Są za to postacie potwierdzone historycznie, ale uznawane przez
historyków za germańskich herosów, a nie słowiańskich, jak chociażby
Ariowist i kilku innych (np. Arminiusz, Genseryk czy Odoaker),
prezentowani przeze mnie w rozdziale o bohaterach z terenów Połabia,
Pomorza i Łużyc, których najwyższa pora przywrócić potomności.
Wiem, że wiele osób, zwłaszcza historyków akademickich i ich sympatyków,
może poczuć niesmak, patrząc na prezentowany przeze mnie zestaw
biogramów, co im będzie trącić lechizmem i turbosłowiaństwem. Pomijają
oni fakt, że, jak wyliczył Janusz Bieszk: Na 23 zachowane
średniowieczne polskie kroniki o poznanej treści aż 13 opisuje dzieje
Lechii i jej władców w okresie przed naszą erą8.
Moja praca ma jednak charakter popularnonaukowy i jest wynikiem własnych
badań historycznych oraz takich a nie innych przemyśleń i wyborów.
Wydaje mi się, że warto przypomnieć Czytelnikom wiele zapomnianych
sylwetek, pomijanych w opracowaniach historycznych, przedstawić własne
interpretacje faktów, nawet gdy się nie jest historykiem. Uważam, że
akademicy nie mają monopolu na wiedzę, a tym bardziej na mówienie nam,
co jest prawdą, a co nie, choć może im się tak wydawać.
Chwała Januszowi Bieszkowi, że odkrył na nowo nasze dzieje i zainteresował wielu ludzi naszą historią. A uczeni niech robią swoje,
byle tylko pomagali nam, a nie przeszkadzali w poznawaniu prawdy o naszych dziejach i nie przekręcali faktów na użytek doraźnej polityki
historycznej.
Sław
Kronika wielkopolska podaje, że protoplastą Słowian był Sław. W prologu do tego historycznego dzieła czytamy również, że swoich braci,
pochodzących od tegoż Sława, miał zniewolić Nemrod, który był
tyranem w Panonii. Nimrod pojawia się w Biblii, gdzie jest przedstawiany
w niezbyt korzystnym świetle, a wspomina o nim też Izydor z Sewilli w VII wieku, który zasłynął m.in. z podawania dziwacznych etymologii imion
postaci historycznych i legendarnych, oczywiście tłumaczonych na
kościelną modłę.
Pomijając filoromańskie i profrankijskie wyjaśnienia Izydora oraz rzeszy
jego apologetów, należy zwrócić uwagę, że inne imię, a raczej przydomek
Nemroda to Niemir. Rdzeń *mir jest bowiem synonimem słowa rod,
zatem możliwe wydaje się, że Nemrod to "niemiłujący rodu" lub
"niedbający o pokój". Kto wie, czy to nie od niego wywodzi się nazwa
Niemców jako tych "nie z miecza"9 - nie z rodu (nem + rod).
Niewykluczone też, że jeśli nawet należał on do "sławskiego rodu", to
mógł za swoje podłości wobec krewnych zostać z niego wykluczony. Inną
opcją jest też możliwość, że był synem lub potomkiem Sława z nieprawego
łoża, czyli bez rodowodu (ne + ma + rod), albo sam wyparł się rodziny.
Taki scenariusz zdarzeń w pewnym sensie byłby swego rodzaju genezą
istniejących związków Słowian z Teutonami i ich wiecznych wzajemnych
waśni. Zresztą o pochodzeniu z jednego pnia Słowian, Scyto-Sarmatów i Germanów mówi wielu uczonych. Autor Kroniki wielkopolskiej podawał
jednak pewne rozróżnienie pochodzenia tych ludów, wyjaśniając, że
Słowianie wywodzą się od synów Jafeta - Jana (Iwana), a Niemcy od
Kusa. W Księdze Rodzaju zapisano bowiem, że Nimrod był prawnukiem
Noego, wnukiem Chama i synem Kusza, a nie Sława.
Pewne wątpliwości takiej genealogii pojawiają się nam, gdy weźmiemy pod
uwagę inny zapis biblijny o tym, że synem niejakiego Kisza (brata
m.in. Sura i Baala) był Saul (hebr. ???????; wymowa: Szaul -
Szaweł), według Biblii pierwszy król Izraela (ok. XI wieku p.n.e.). To
poprzednik Dawida ("dającego wiedzę", bo *wid to "widzieć",
"wiedzieć"). Powołany przez proroka Samuela ("samego boga", bo
*samu to "sam", a *el to "bóg"; podobne imię do Samona) na wodza,
zjednoczył pod swą władzą plemiona izraelskie. Jakoś dziwnie imię tego
protoplasty narodu izraelskiego układa nam się w anagram Slau - Sław.
Może to przypadek, a może nie. Z pewnością jest to jednak kolejny trop
do badań dla niezależnych biblistów, slawistów i pasjonatów historii.
Szukając podobieństw do imienia Sław, natknąłem się także na
scytyjskiego króla Savliusa, syna Gnura, a ojca Idanthirsosa
(??????????). Poprowadził on zjednoczoną armię scytyjską (w sojuszu z Sauromatami, Budynami i Gelonami10) w 514 roku p.n.e. przeciwko
Persom (według Herodota, Justina i Trogusa). Savlius po podobnej
przestawce jak w przypadku Saula daje nam Slavius.
Wracając jednak do Nemroda, to trzeba przyznać, że obiegowa opinia o nim
sprowadza się do wizerunku tyrana walczącego z Bogiem (israel11),
bo zbudował wieżę Babel mającą zapewnić przetrwanie na wypadek kolejnego
potopu jako kary bożej dla niepokornych ludzi.
Zresztą sam rodowód od Chama, czyli wyrodnego syna Noego, nie był
zbyt szlachetny według interpretacji judaistów, a tym samym i chrześcijańskich teologów. Dlatego Żydzi stworzyli propagandowy mit o Słowianach jako o ludziach gorszej krwi, którzy powinni służyć tym
lepszym, wywodzącym się z rodu Jafeta i Sema. Szlachta polska
usiłowała się odciąć od tego pejoratywnego postrzegania jej rodowodu i próbowała wyprowadzać pochodzenie polskiego rycerstwa od Jafeta, a nie
Chama. Za potomków Chama uznawano za to chłopów jako miejscowych
autochtonów, a określenie "cham" stało się synonimem wieśniaka,
pracującego na rzecz szlachetnych panów.
Co ciekawe, w tradycji żydowskiej istniało też przekonanie o występowaniu mistycznych połączeń przestrzennych pomiędzy Polską a Izraelem12. Szlomo ben Icchak, zwany Rashi, jeden z najbardziej
szanowanych przez Żydów komentatorów Biblii i Talmudu, w XI wieku pisał
o Olkuszu, który mieli założyć kananejscy Fenicjanie. Nazwa tego
polskiego miasta miała według niego jakoby pochodzić od fenickiego
El-Kusz13. Rashi pisał w Sod Mesharim, że: Olkusz jest to
miasto w państwie Polonia, które należy do Ziemi Izraela, choć leży poza
granicami Ziemi Izraela. I wiedz, że są tam rudy złota, srebra i że w pobliżu niego znajduje się sól, ponieważ Morze Solne (Martwe) bliskie
Ziemi Izraela dochodzi pod ziemią do tego miejsca14.
Wspomniany przez niego El-Kusz zapewne został nazwany na cześć ojca
Nemroda, o którym wyżej była mowa. Te wszystkie dziwne interpretacje
żydowskie w tej kwestii mogą wskazywać na związki Kusza ze Słowianami, a tym samym i z Polakami.
Znana jest też teza żydowskich rabinów o pochodzeniu Słowian od
znienawidzonych przez nich Kananejczyków, którzy mieli zajmować
"żydowską ziemię obiecaną". Przez długi okres zresztą Słowian nazywano
Kananejczykami, zakładając w tradycji żydowskiej, że opuścili oni Kanaan
jeszcze przed czasami Jozuego. W późniejszym okresie Polska stała się
dla nich drugą ziemią obiecaną, ale niestety wielu żydowskich
nauczycieli twierdziło, że zajmują oni żydowską ziemię i należy ich jej
pozbawić. Tak jak wcześniej żydowscy kupcy czerpali zyski z handlu
słowiańskimi niewolnikami, celowo wprowadzając do obiegu określenie
sclavus - niewolnik, co szybko podchwycili i spopularyzowali w Europie
Frankowie, tak po ograniczeniu tego niecnego procederu zaczęli oni
udzielać pożyczek pod zastaw, w tym także ziemi. Plan był prosty,
przejąć nowy Kanaan bez walki.
Mimo że Arabowie byli głównymi odbiorcami słowiańskich niewolników od
żydowskich kupców i przejęli od nich określenie saqlab (sław) -
niewolnik, to jednak nie uznawali oni pochodzenia Słowian od Chama. Ich
uczeni, jak Ab? Mu?ammad Ibn Qutaybah (829-889), twierdzili, że
Słowianie są potomkami Madaja, syna Jafeta15. Podobnie uważał
Al-Masudi, "ojciec historyków arabskich", który pisał, że wszystkie
narody słowiańskie wywodzą się od Madaja, dodając, iż "takie jest
podanie wielu ludzi, którzy trudzili się w tej sprawie"16. Nie
oznaczało to jednak tego statusu, jaki posiadali Arabowie, potomkowie
Sema, ani nawet inne ludy wywodzone od Jafeta, gdyż według arabskiej
tradycji Saqlab (Sław) - przodek Słowian, który walczył o ziemię z braćmi, został przez nich pobity i musiał zadowolić się chłodnymi
ziemiami na północy Europy17.
Co gorsza, pogląd o niższości Słowian pochodzących od mitycznego Sława
(Saqlaba) miał także oparcie w prawdopodobnie zmyślonej dla celów
propagandowych legendzie znanej z anonimowego dzieła z XII wieku Zbiór
historii i opowieści, powstałego w państwie Ghaznawidów. Według niej
ojciec Saqlaba (Sława), którego matka zmarła zaraz po jego narodzinach,
został wykarmiony mlekiem suki, co było przyczyną jego "psiej" natury. Z tego też powodu jego syn został nazwany Saglabem (Saqlabem), co według
etymologii podanej przez perskiego uczonego z XI wieku Abu Sa'id Gardezi
miało oznaczać psa (pers. sag)18.
Arabowie głoskę "ł" w imieniu Sław zapisywali przez skład "ql", a "w"
zastępowali spółgłoską "b". Z racji trudności wymowy trzech kolejnych
spółgłosek dodawali po "s" samogłoskę "a". I tak im wyszło ze Sław -
Saqlab. Podobnie robili Grecy (Bizantyjczycy) czy Rzymianie, którzy
etnonim Sławianie (Sławeni) zapisywali jako Sclabenoi lub Sklaveni
(w = b, ł = kl), wprowadzając tym samym do historiografii tajemniczych
Sklawenów, których nadal niektórzy nasi historycy jakoś w swoich
ciasnych umysłach nie mogą skojarzyć ze Słowianami.
Al-Masudi pisał też o potężnym słowiańskim władcy Madżaku, rządzącym
Walinjanami, o którym będzie dalej mowa. Wspominał także o innych
plemionach i ich władcach, takich jak: Ostotrana (Stodoranie) z królem
o imieniu Basklabić (Wasławić), Dulaba (Dulębowie) - król
Wanićslaf (Wieńczysław), Nemczin ("najbardziej dzielny i przedsiębiorczy wśród plemion słowiańskich" - dlatego nasi historycy
utożsamiają go z... Niemcami, a nie np. z Niemczanami spod ślężańskiej
Niemczy) - król Girana (według akademików to Geron, wymieniony tu jako
zacny nemczyński Słowianin), Manabin (Manowie) - Ratimir, Surbin
(Serbin, którego boją się inni Słowianie). Pisał także o plemionach:
Morawa (Morawianie), Chorwatin (Chorwaci), Sachin (Sasin -
Sasi), Gusanin (Gęsianie) i Branićabin (Braniczanie). Pierwszym z państw słowiańskich jest al-Dir (Kraj Dira - Ruś Kijowska), a kolejnym
al-Firag (Macierz - Biała Chrobacja), którego naród jest
najpiękniejszy, najliczniejszy i najdzielniejszy między
Słowianami19.
Jeśli Nemczin to Niemcy, a Sachin to Sasi, to widocznie dla
arabskiego szpiega, podróżnika i kronikarza - raczej dość dobrze
rozeznanego w tym, kto jest kim w krajach, z którymi handlował - są to
odłamy Słowian. Co ciekawe, także Kraj Dira, opisywany przez innych
arabskich i żydowskich kronikarzy jako Al-Rus (Kraj Rusów - Ruś), u Al-Masudiego jest państwem słowiańskim, a nie ruskim, co wielu
historyków rozumie jako rządzonym przez wikingów.
Żydowscy pisarze średniowieczni także wydają się nie za bardzo odróżniać
Słowian od Teutonów, gdyż wymiennie nazywają obie grupy etniczne -
Aszkenazi. Dla średnio zorientowanego Araba czy Żyda w okresie
średniowiecza rozpoznanie różnic narodowościowych między Słowianami a Germanami w rozumieniu - Protoniemców, jak widać, stanowiło nie lada
wyzwanie. Tak jak dla nas Żydzi i Arabowie to Semici, a różnice etniczne
między tymi etnosami w X wieku, kiedy pisali: Al-Masudi, Al-Bekri,
Ibn-Rosteh czy Ibn Jakub, były trudne do uchwycenia, tym bardziej że
wielu żydowskich kupców pracowało dla arabskiego Kalifatu Kordoby. Co
jednak znamienne, podobnie jak Rzymianie pod jednym geograficznym
pojęciem Germanów ujmowali mieszkańców Germanii, bez względu na ich
teutońskie, słowiańskie, sarmackie czy celtyckie pochodzenie, tak w tym
przypadku dla arabskiego pisarza Niemcy to często Słowianie. Możliwe, że
wynikało to z powodu wywodzenia ich ze wspólnego pnia, czyli od Saków
(Scytów), skąd się mogło wziąć określenie Saqaliba
(Sakaliba/Sakaliwa), jak w świecie arabskim i u Żydów nazywano ludy
słowiańskie, czyli scytyjskiego pochodzenia (pochodzące od Saków).
Zmiana znaczeniowa tej nazwy na "niewolnik" to zresztą niechlubna
"zasługa" żydowskich kupców, którzy przybywali do Europy głównie po
germańskich i słowiańskich niewolników.
Wróćmy jednak do Nemroda. Jak dowiadujemy się z Kroniki Polaków i Lechitów: Naydawnieyszym ich Sarno władzcą miał bydź ów potężny
Nemroth, co pierwszy odważył się równych sobie podbiiać i do
posłuszeństwa przymuszać. Tak więc w 1635 roku p.n.e. było już pierwsze
Sarno (Ziarno - rozumiane jako "ziemia rodzinna") Lechitów, w którym
panował Nemrod. W nowszych czasach mieliśmy zapis u Geografa Bawarskiego
Zeruiani, co część językoznawców tłumaczy jako "Ziarnianie". Podobnie
jak wzmiankowany w historiografii lud Semnones - Siemianie i władca
ludu Lugiones Semno, od "siemienia", czyli ziarna. Nie muszę chyba tu
przypominać, co oznacza męskie nasienie i tłumaczyć jego związków z rodzeniem, rodem, pochodzeniem. Wystarczy dodać, że ros. sjemja to
rodzina, a psł. sema/semlja - ziemia, i wszystko nam się łączy w pewną logiczną całość.
Nie można jednak wykluczyć, że w przytoczonym fragmencie kroniki wkradł
się błąd i poprawny zapis to Samo, a nie Sarno. Wówczas pierwszym
Samowładcą (Swewładem - Sobiewładem), byłby Nemrod, a nie Sław, jego
przodek. Wynikałoby z tego, że Sław nie był niezależnym władcą i dlatego
to nie on jest nazywany "pierwszym Sarno (Samo) władcą".
Nimrod występuje też w legendzie armeńskiej. Mojżesz z Chorenu w swojej
pracy Historia Armenii opisuje legendę o tytule "Hajk i Bel", w której
mityczny heros Hajk, uznawany za protoplastę narodu ormiańskiego,
wywodzący się z rodu Gomera, pokonuje i zabija Nimroda w bitwie nad
jeziorem Van. Do nazwy tego jeziora i jego związków z Wanami i Wandalami
jeszcze wrócimy.
Na oddzielną uwagę zasługują tutaj też Suewowie, z których niemieccy
propagandyści naukowi uczynili przodków Szwabów, chociaż Jakub Grimm,
ojciec niemieckiej lingwistyki, jasno tłumaczył ich etnonim jako
Słewowie (Suevi = Slawen)20, wyprowadzając go ze
słowiańskiego, a nie języka niemieckiego. Po Grimmie do głosu doszli
jednak niemieccy praindogermaniści, którzy zaczęli ignorować wszystko co
słowiańskie w językoznawstwie i dlatego dzisiaj mamy zamiast Sławów -
Szwabów. Etnonim Swebowie powstał od łacińskiego zapisu Suevi,
Suebi, co wynikało z faktu, że w łacinie nie było litery "ł" ani "w",
które to głoski wyrażano literami "u" lub "b", więc nie można było
inaczej zapisać wówczas nazwy Sławowie.
Przekręcanie słowiańskich nazw, imion i toponimów to norma w starożytności i średniowieczu. Tak było aż do czasu wprowadzenia w pisowni narodowych znaków diakrytycznych w łacińskim alfabecie na
potrzeby języków słowiańskich (Czechy - XV wiek, Polska - XVI wiek).
Mniej powszechne piśmiennictwo u Słowian ze względu na przekazywanie
wiedzy w formie ustnej "z ojca na syna" lub "od mistrza do ucznia"
(podobnie jak u Celtów) skutkowało zachowaniem dokumentacji pisanej z użyciem łacińskiego alfabetu, a na terenach Bizancjum - greki.
Niedostosowanie jednak tych alfabetów do słowiańskiego języka, pisanie
przez niemieckich misjonarzy lub arabskich kupców ze słuchu i porównywanie zasłyszanych wyrazów do podobnych w rodzimym języku skryby
skutkowało masą przekłamań i nieścisłości.
Problem z poprawnym odwzorowywaniem wyrazów słowiańskich pogłębił się
jeszcze bardziej wraz z odejściem na terenie zachodniej i części
południowej Słowiańszczyzny od głagolicy w IX wieku i wprowadzeniem tam
łaciny. Zależność nowo powstałych słowiańskich państw od wpływów
papiestwa i państw praniemieckich (Królestwo Franków, Święte Cesarstwo
Rzymskie), nieustanne misje chrystianizacyjne i powszechna propaganda
nie sprzyjały ani dokumentowaniu prawdy historycznej, ani tym bardziej
dbałości o poprawność zapisów wyrazów słowiańskich, gdy istniała taka
potrzeba, gdyż uznawano je za barbarzyńskie i po prostu ich nie znano.
Taki watykański skryba sporządzając słynne Dagome iudex, nie wiedział
nawet, kogo ten dokument dotyczy i przypuszczał, że chodzi o Sardyńczyków, co pokazuje stan ówczesnej wiedzy polityczno-geograficznej
u oświeconych przecież ludzi, jakimi powinni być rzymscy zakonnicy.
Nawet rozwój i adaptacja cyrylicy na wschodniej Słowiańszczyźnie nie
zmieniły tego stanu rzeczy, choć właśnie tam chyba najlepiej zachowano
pierwotne słowa i nazwy języka słowiańskiego.
Jednym z obrazujących ten problem przykładów może być średniowieczna
pisownia imienia znanego historykom Świętopełka morawskiego. Znamy m.in.
następujące wersje zapisu jego miana: Zestawu, Zwentibald, Zuendibolch,
Suatopluk, grecki ???????????? (Sphendopl?kos), ????????????
(Sphentoplikos). Jak widać, na pierwszy rzut oka nie wyglądają te
słowa na słowiańskie, a przecież bez wątpienia dotyczą one słowiańskiego
imienia.
Może przytoczone tu przeze mnie przykłady otworzą oczy niedowiarkom,
którzy powątpiewają w słowiańskie etymologie imion: Swewów (Sławów),
Lugiów (Łęgów), Cherusków, Wandalów, Herulów, Longobardów, Burgundów,
Bastarnów (Pełków), Markomanów i innych ludów, z marszu uznawanych za
germańskie (w rozumieniu praniemieckie) lub celtyckie. Moim zdaniem, o czym wielokrotnie pisałem już w swoich książkach, były to jednak sojusze
różnych odłamów Gotów (Scytów), Sarmatów (Alanów), Wenedów (Prasłowian)
i Bałtów. Dlatego nie można tu mówić o etniczności, tak jak nie była
pojęciem etnicznym nazwa Germania, Sarmacja czy późniejsza Jugosławia, a obecnie Europa (Unia Europejska).
Oczywiście nie można na podstawie samych wyjaśnień nazw i etymologii
wyciągać zdecydowanych wniosków, ale mając na uwadze właściwie
interpretowane dane z innych dziedzin (historia, archeologia,
etnografia, archeogenetyka itd.) - z wykorzystaniem zwykłej logiki i kojarzenia faktów - nawet średnio inteligentny człowiek powinien
zauważyć, że coś z tą naszą historią jest nie tak.
Pamiętajmy, że ekwilibrystyka językowa to narzędzie propagandy i niestety lingwiści powinni się tu uderzyć w piersi, bo do tej pory
dominuje wśród nich niechlubny paradygmat naukowy, że przy wyprowadzaniu
etymologii słów dotyczących okresu sprzed rzekomego przybycia Słowian do
środkowej Europy w VI wieku n.e. (teoria Kossinny) należy lekceważyć
możliwe słowiańskie źródłosłowy. Stąd tyle przekłamań i manipulacji,
szkodzących prawdzie i urągających nauce.
Należy też mieć na uwadze, że większość tzw. protogermańskich słów to
formy zrekonstruowane przez lingwistów pod koniec XIX wieku, a nie znane
z jakichś napisów runicznych na znalezionych artefaktach czy znalezione
w jakichkolwiek dokumentach, dlatego ich wiarygodność stoi pod znakiem
zapytania.
Chyba najwyższy czas na uczciwe podejście do tematu. Szkoda tylko, że
muszą to robić niezależni pasjonaci, a nie akademicy, wciąż okopani na
swoich turbogermańskich pozycjach światopoglądowych. Miejmy nadzieję, że
może i dzięki takim opracowaniom jak niniejsze, oraz innym publikacjom i artykułom takich autorów jak: Adrian Leszczyński, Bogusław A. Dębek,
Janusz Bieszk czy Mariusz Kowalski coś się zmieni w tej kwestii.
Gdy patrzymy na imiona suewskich (słewskich) władców, to nie powinniśmy
mieć wątpliwości, jaki jest rodowód tego ludu. Mamy wśród nich
przykładowo takie nazwy osobowe, jak: Rechila (438-448), czyli
"Gadająca woda" (Wieszczyca), bo *rechi<reci to ryczeć, mówić,
rzec, ale i "ryczący" rycerz, a *la to woda, może to być też skrót od
Reczila(h), tj. "Ryczącego (Mówiącego) Lacha". Zdaje się to
potwierdzać także inne imię suewskiego króla - Rechiar (Rechi +
Ar, czyli "Mówiący Aria"); Rechimund - Mówiący (Rycerski) Mędrzec
(*mund - mundry); Miro, czyli po prostu Pokój; Eboryk -
skrót od [Ł]eboryk, czyli Łebski (Mądry).
Chyba jasno widać, że sam etnonim Sławowie (Suewowie), jak twierdził
Jakub Grimm, a także imiona sławskich władców, są słowiańskie.
W formie Swewowie od razu łączy nam się ten etnonim z zapisem imienia
Swewład, oznaczającym Samowłada (Samo), czyli "sobie pana" -
samowładcę.
Zatem możliwe, że i sami Suewowie jako ludzie wolni, niepodlegający
niczyjej władzy, to jeden ze starożytnych, wczesnosłowiańskich ludów.
Być może też mityczny Sław (Suew = Swew = Samo) był jego
protoplastą. Niewykluczone, że był on sarmackiego pochodzenia.
Dla mnie, jak i dla wielu uczonych, Suewowie to Sławowie ewentualnie
Słebowie (Połabianie), czego nie potrafi wciąż zaakceptować grono
akademików, wychowanych i wyedukowanych na filogermańskich hasłach oraz
utrzymanej w tym tonie "jedynie słusznej wersji historii".
Sarmata (Asarmot)
Maciej z Miechowa, żyjący w XV wieku, wywodził Polaków od Sarmatów.
Niedługo po nim Marcin Kromer twierdził, że Sarmaci pochodzili od
biblijnego Asarmota (Sarmaty), potomka brata Jafeta - Sema. Ten
polski kronikarz podważył tym samym przyjęty dotychczas rodowód Polaków
wyprowadzanych od Wandalów. Taką teorię powtórzył za nim Stanisław
Sarnicki (XVI wiek). Także Maciej Stryjkowski, powołując się na Kromera,
wywodził Scytów, ale i Słowian oraz Żmudzinów i Litwinów od Sarmatów, a za ich protoplastę uważał Asarmota.
Od tamtej pory zaczęto uważać, że nasi rodacy to potomkowie Sarmatów.
Tak rozwinął się sarmatyzm, czyli de facto powrót do korzeni, którego
efektem było m.in. stworzenie największego państwa ówczesnej Europy,
czyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ta megafederacja przypominała
dawną Sarmację, staczała zwycięskie bitwy z udziałem sławnej husarii,
jak chociażby pod Chocimiem czy Wiedniem, dzięki czemu nastąpił wzrost
dumy narodowej i patriotyzmu, a także dbała o utrzymanie i rozwój
demokracji szlacheckiej w czasach, gdy w innych krajach Europy panowały
monarchie często oparte na despotyzmie władcy.
Wojna Sarmatów ze Scytami, rys. M.V. Gorelik
Jednym z sarmackich plemion, które miały odcisnąć swoje piętno na
naszych przodków, byli Alanowie. Dlatego zaczęto sięgać do biblijnych
rodowodów, doszukując się tam Alana i jego wnuka Wandala, by jakoś
pogodzić te obie teorie etno-genetyczne o pochodzeniu naszego narodu
(wandalską i sarmacką). W końcu z Wandala uczyniono sarmackiego
bohatera i tym samym znaleziono kompromis, który istniał w publicznej
świadomości od XVI do XVIII wieku.
Uważano, że Sarmaci to lud o scytyjskim rodowodzie, który wyodrębnił się
z tej dużej grupy koczowników i wywalczył sobie niezależność.
Zdecydowali się też oni zmienić sposób życia z nomadycznego na osiadły.
Walcząc ze Scytami i podbijając ich ziemie we wschodniej Europie,
Sarmaci mieli na celu stworzenie własnego państwa - Sarmacji, co, jak
wiemy, im się udało. Na terenie zajętym przez Słowian, parających się
głównie rolnictwem, stworzyli klasę rycersko-szlachecką. W ten sposób
powstał układ społeczny oparty na wzajemnych korzyściach. Mianowicie
sarmackie rycerstwo nadstawiało karku i przelewało swoją krew w bitwach
w obronie ziemi i ludzi, a słowiańscy chłopi zapewniali mu żywność i dostarczali wyroby rzemieślnicze.
Janusz Bieszk poszedł jeszcze dalej i w swoim poczcie lechickich królów
(2015), opierając się na dość mało wiarygodnej Kronice Prokosza,
umieścił także króla Sarmatę, który miał panować w 1800 roku przed
naszą erą. Według tego autora po przybyciu na nasze ziemie został on
wybrany na króla na prawomocnym wiecu słowiańskim. Był Aryjczykiem -
Sarmatą pochodzącym z Persji - ziemi ludzi szlachetnych "Airy-an" (dziś
Iran). Jako wielki i szanowany wojownik wprowadził szlachetne normy i zasady, co było zalążkiem pierwszej państwowości na naszych ziemiach.
Sarmaci słynęli z trzech rzeczy: talentu do wojaczki, jazdy konnej i prawdomówności. Według Herodota uczyli tego od małego swoje dzieci. Król
Sarmata zmarł w pierwszej połowie XVIII wieku przed naszą erą21.
Waldemar Wróżek, który współpracuje z Januszem Bieszkiem i przygotowuje
własną książkę o historii Lehii, w jednej z internetowych dyskusji
zwrócił uwagę, że: Niektórzy utożsamiają Sarmatę z biblijnym
Chadarmawetą, potomkiem Sema. Tak podają Aventinus, Messeni,
Stryjkowski, Sarnicki. Šar (Sarmat) wyszedł z Armenii i zajął ziemie
Scytów (Magogejczyków - od Magoga).
Warto też wyjaśnić nazwę Sarmat, która według mnie oznacza S + ar +
mat, czyli "z aryjskiej macierzy". Sarmaci są bowiem Ariami, a według
uczonych ich ojczyzną (macierzą) są rejony w okolicach Morza
Kaspijskiego i Morza Czarnego, choć przybywa zwolenników tezy, że ich
pierwotną kolebką były ziemie między Wisłą i Wartą, Kujawy lub
ewentualnie Panonia, czyli koniec Wielkiego Stepu eurazjatyckiego.
Szlakiem łąk22 mieli migrować wraz z bydłem najpierw na południowy
wschód, uciekając przed zmianami klimatycznymi i ochłodzeniem, a potem
wracali na rodzinne ziemie, gdy pogoda się poprawiała.
Wielu autorów próbowało przedstawić związki Słowian, a w szczególności
Polaków, z Sarmatami. Jedną z ważniejszych prac na ten temat jest moim
zdaniem książka Tadeusza Sulimirskiego pt. Sarmaci23.
Są i tacy jak Czesław Białczyński, którzy uważają, że Słowianie pochodzą
od Scytów, co spotyka się nie tylko z krytyką środowiska naukowego, ale
też stanowi oś sporu w kręgach niezależnych badaczy. Przyjmuje się, że
Sarmaci to odłam Scytów, ale mając na uwadze zapiski greckich
historyków, że kiedyś istniał jeden wielki naród, od którego pochodzą
wszystkie inne, trudno się dziwić takim teoriom i wśród współczesnych
autorów. Sarmaci jednak nie tylko oddzielili się od Scytów, ale toczyli
z nimi zwycięskie wojny, zajmując ich tereny m.in. we wschodniej
Europie. Na podstawie źródeł historycznych, archeologicznych i badań
etnologicznych można wysnuć przypuszczenie, że Sarmaci (Alanowie,
Jazygowie, Aorsi, Roksolanowie, a według Tadeusza Sulimirskiego także
Chorwaci, Serbowie i Antowie) odcisnęli wyraźne piętno na plemionach
słowiańskich, tworząc razem z nimi mieszane wspólnoty społeczne, jak
Alanowie z Gotami nad Morzem Czarnym24. Kulturowy udział Scytów
wydaje się tutaj znikomy, a więcej im się zdają zawdzięczać ludy gockie,
północnogermańskie i normańskie. Wiele wskazuje bowiem na to, że weszli
oni na tereny między Łabą a Wisłą od północy, tj. ze Skandynawii,
występując pod nazwą kilku plemion, uznawanych obecnie za germańskie.
Ich wcześniejsze podboje, które według archeologów i historyków mogły
doprowadzić do upadku kultury łużyckiej (m.in. najazd na Biskupin), nie
pozostawiły po sobie jakichś trwalszych śladów kulturowych u ludów
autochtonicznych. Można przypuszczać zresztą, że dość dzika społeczność,
co znamy z opisów historycznych, nie miała kulturowo zbyt wiele do
zaoferowania, poza może umiejętnością jazdy konnej i znajomością sztuki
bojowej z użyciem konnicy. Zadaniem dla archeologów i historyków jest
wiarygodne ustalenie, czy znane znaleziska złotych ozdób i innych
skarbów rzeczywiście należą do Scytów - koczowników, czy też może są to
wyroby sarmackie. Być może Sarmaci wyodrębnili się ze społeczności
zwanej Scytami Królewskimi, ale to już temat do szerszych i dokładniejszych badań.
Natomiast sarmaccy Alanowie wraz z Wandalami, Słewami (Słebami) i innymi
ludami schyłku starożytności podbili pół Europy, w tym także kulturowo,
i to ich język, sztuka wojenna, obyczaje, wierzenia pozostały tutaj na
długie czasy. Przykładowo we Francji (dawnej Galii) imię Alan do dziś
cieszy się wielką popularnością.
Alan
W najstarszej polskiej historiografii Słowian poprzez utożsamianie ich z alańskim odłamem Sarmatów wywodzono od Alana. Jego potomkiem miał
być Wandal, dlatego Kadłubek łączy Polaków nie tylko z Lechitami,
ale i z Wandalami.
Podobny rodowód naszych przodków przedstawiono w tzw. Kronice
Dzierzwy, spisanej na początku XIV wieku (choć niektórzy datują ją jako
wcześniejsze dzieło), gdzie czytamy, że: [...] przede wszystkim należy
wiedzieć, że Polacy pochodzą z rodu Jafeta, syna Noego. [...]
Alanus, który jako pierwszy przybył do Europy, zrodził
Negnona, Negnon zaś zrodził czterech synów, z których
pierworodnym był Wandal, od którego wywodzą się Wandalici,
zwani obecnie Polakami.
Do takiej wersji przychylał się także Długosz, który podawał, że
zrodzony z Alana Negnon25 miał czterech synów: Wandala,
Thargusa, Saksona i Bogorusa26. Polacy mają być
potomkami Wandala, a od jego braci pochodzą inne ludy słowiańskie.
Kronikarz zapisał to słowami: Siódmy syn Jafeta, Magog, od którego idą
Scytowie, zwani także Massagetami, Gotowie, Swewowie, Alanowie i Hunnowie. Ci są synami Jafeta, którego ojcem był Noe, a tego zrodził
Lamech. Pierwszy zaś człowiek z rodu Jafeta, imieniem Alan, przybył do
Europy z trzema synami, których nazwiska są: Isycyon, Armenon, Negno.
Isycyon miał czterech synów, Franka, Romana, Momaura i Bryta, który
Brytanią pierwszy nazwał i posiadł. Wtóry zaś syn Alana, Armenon, miał
synów pięciu: Socha, Walgota, Cebida, Burgunda, Longobarda. Trzeci na
koniec syn Alana, Negno, czterech synów był ojcem, a tych imiona są:
Wandal, od którego nazwisko wzięli Wandalowie, teraz Polakami zwani, i który rzekę dziś Wisłą pospolicie zwaną chciał mieć rzeczoną Wandalem.
Drugi syn Negnona Targ, trzeci Saxo, czwarty Bogor. Od Isycyona więc,
pierworodnego syna Alana, poszli Frankowie, Rzymianie, tudzież inne
narody Latynów i Alemanów. Od drugiego syna Alana Gotowie i Longobardowie. Od Negnona zaś, trzeciego syna, rozeszły się rozmaite
narody po całej Europie, jako to: Ruś cała aż po krańce wschodu, Polska
z ziem wszystkich najobszerniejsza, Pomorzanie, Kaszuby, ludy Szwecyi,
Sarnii (która teraz Saxonią się zowie) i Norwegii. A od trzeciego syna
Negnona, zwanego Saxo, Czechy i Morawa, Styrya, Karyntya, Karniola,
teraz Dalmacyą zwana, Lissa (Lisna), Kroacya, Serbia, Pannonia,
Bulgarya, Eliza27.
Dodaje też, że potomek więc synów Jafeta, Negno, ojciec wszystkich
Sławian, miał dotrzeć na ziemie nazwane Panonią, które stały się nową
kolebką tego ludu, skąd jego synowie mieli wyruszyć dalej, stopniowo
zasiedlając inne krainy.
Alanowie wraz z Wandalami i Suewami (Sławami) wkraczają do Galii na
początku V wieku, rycina z książkiLa France et les Français a Travers
les Si?cles, vol. I, 1882-1884
Natomiast Bernard Wapowski w XV wieku wyprowadzał Polaków od Mosocha
(inna linia Jafetydów), co przyjmowali też Bielski i Stryjkowski. Mosoch
był wnukiem Noego i potomkiem Sarmaty, który w czasach babilońskich miał
ruszyć ze swym ludem na zachód. Trasa jego wędrówki przebiegała przez
góry armeńskie i scytyjskie, po czym dotarł nad Morze Czarne, zwane
także Ponckim. To tam miało dość do ukształtowania się prasłowiańskiego
etnosu. Stryjkowski zakłada, że to tę społeczność należy wiązać z powstaniem Złotej Kolchidy.
Z kolei Bielski i Gwagnin wyprowadzali Sarmatów, utożsamianych przez
nich ze Słowianami, od Aszkenaza, brata Rifata (wnuka Jafeta,
potomka Gomera), od którego za to mieli pochodzić Wenetowie, również
uznawani przez wielu autorów za Prasłowian. Homer zapisywał ich nazwę
jako Enetoi i wywodził ich od mieszkańców Paflagonii, których Grecy
uznawali za lud scytyjski, jak zresztą większość obcych im ludów z tamtej części świata. Być może był to jednak już kulturowy odłam Scytów,
lud osiadły, a nie koczowniczy, który możemy umownie nazywać
"starosarmackim" lub może bardziej precyzyjnie - wenedzkim.
Alanowie jako lud sarmacki weszli w pierwszych wiekach nowej ery do
Europy Środkowej i zajęli obszary na północnym wybrzeżu Morza Czarnego,
gdzie w okresie naporu Gotów (zapewne innego odłamu Scytów) stworzyli
wraz z nimi mieszaną społeczność. Niebawem jednak musieli wycofać się na
zachód, uciekając przed falą huńskich koczowników, która wlała się do
Europy w IV wieku n.e.
Wspominałem wcześniej, że wraz z Wandalami, Słewami i innymi plemionami
ruszyli oni do Galii, gdzie pozostawili po sobie istotny wkład
kulturowy, w tym moim zdaniem także językowy, co widać po spotykanych
tam nazwach własnych, imionach i innych słowach, które według
niemieckich, a za nimi światowych lingwistów, mają praindogermański
rodowód, a w rzeczywistości wyglądają one bardziej na dziedzictwo
sarmackie.
Myślę, że wszelkie językowe podobieństwa między językami słowiańskimi,
skandynawskimi, geto-dackimi, gockim czy praniemieckim wynikają nie
tylko ze wzajemnych zapożyczeń, ale mogą być właśnie spadkiem po
Sarmatach i Scytach oraz Wędach (Wendach, Wenetach). których mowa
zapewne niewiele się różniła.
Michał Stachowicz, Sarmaci północnych Słowian, zstępujący z gór Kaukazu
na niziny roksolańskie pod wodzem Alanem, przychodzą do Europy. Repr.
Archiwum Narodowe w Krakowie
Nie ma tu miejsca na roztrząsanie spraw etnogenetycznych, o czym więcej
pisali ostatnio M. Kowalski i B.A. Dębek oraz w kilku artykułach A.
Leszczyński. Należy jednak chyba bardziej poważnie podejść do tematu
sarmackiego wpływu kulturowego na ludy europejskie u schyłku
starożytności, niż robią to obecnie nasi uczeni, którzy na hasło
"Sarmaci" pukają się w czoło i twierdzą, że to pseudonaukowe teorie
zakompleksionych polskich nacjonalistów, marzących o Wielkiej Lechii,
jakimś imperium i kto wie, czym tam jeszcze. Na szczęście na Zachodzie
oraz w Rosji coraz więcej mówi się i pisze o Scytach i Sarmatach, więc
być może niebawem i u nas historycy i etnolodzy zaczną postrzegać ten
temat nie jako turbosłowiańskie dyrdymały, ale fakty, które mogą
wyjaśnić wiele niezbyt czytelnych kart historii.
Bieszk pisał w swej książce z 2015 roku, że Alan II miał zakończyć swój
żywot w 1272 roku p.n.e. Autor powołuje się przy tym na pięć różnych
kronik, jednocześnie podając również imiona: Kodana, Filana, Cara,
Lasoty, Szczyta, którzy mieli panować w Lechii przed Alanem II28.
Jednak w kolejnej swojej publikacji z 2020 roku rządy Alana II datuje on
na okres od 1587 do 1534 roku p.n.e. Podaje też czas panowania Alana I,
które przypadać miało na lata 1878-1853? p.n.e.29. Jak widać,
poznawanie prawdy o naszych dziejach to trudny proces i wraz z dostępem
do kolejnych źródeł poszerza się nasza wiedza, która wymaga weryfikacji
poprzednich twierdzeń.
Co ciekawe, istnieje też teoria, że nazwa Litwy pochodzi od Litalanusa,
z którego zrobiono potem Litwosa, syna Wejdewuta.
Są i tacy, którzy za Aleksandrem Tyszyńskim twierdzą, że etnonim
Polanie oznacza Po-Alanie, tak jak Polacy to Po-Lacy//Po-Lachy.
Jednak w naszej tradycji historiograficznej w kwestii pochodzenia
Polaków chyba mocniej utrwaliła się koncepcja wandalska aniżeli alańska.
Być może dlatego że Wandalowie znani byli praktycznie przez całe
średniowiecze, gdy o Alanie i Alanach dawno już zapomniano.
Oczy nam się otwierają i wszystko zaczyna być bardziej zrozumiałe, gdy w naszych rozważaniach weźmiemy także pod uwagę zdanie nieznanych naszej
nauce uczonych. Taki na przykład hiszpański historyk Agusti Alemany
twierdzi, że Alan z turkijska znaczy step30. W słowniku języka
tureckiego znajdziemy też, co zadziwiające, że to słowo oznacza pole.
Alani (Alanowie) to zatem ludzie stepu, pól, czyli inaczej Polanie,
którzy byli znani pod taką nazwą, gdy panowali na obszarze wokół Kijowa.
Z językowego punktu widzenia etnonim A + lan można objaśnić jako wyraz
złożony z a- (od) i -lan (łan). Przedrostek a- jest także
równoznaczny z po-, co de facto oznacza tożsamość obu nazw Alanie =
Polanie.
Drążąc ten trop w znanej wszystkim Wikipedii, znajdujemy, jak zwykle,
filoromanogermańskie wytłumaczenie słowa łan (tak się jakoś dziwnie
składa, że to w angielskim fonetyczny odpowiednik słowa wan (pan).
Zapisano tam bowiem, że to dawna jednostka podziału pól, używana w Polsce, która w innych językach ma formy: ang. lan, łac. laneus,
niem. Lahn. A co już jest co najmniej zabawne, termin ten ma się
wywodzić według kilku językoznawców, a za nimi wikipedystów, z... niem.
Lehen/Lehn (co od razu kojarzy się z Lehem), mających oznaczać
opłatę lenną należną według prawa feudalnego lub gospodarstwo wiejskie.
Jak dodają cytowani tam "uczeni", w Polsce i w Czechach od XIII wieku
była to jednostka miernicza stosowana do określania rozmiarów podstawy
uposażenia chłopa osadzonego na wsi na prawie magdeburskim. Obszar
jednego łana odpowiadał powierzchni średniej wielkości chłopskiego
gospodarstwa feudalnego. Łan dzielił się na zagony, a te z kolei na
skiby31. Czyli próbuje się nam tym samym wmówić, że pojęcia
dotyczące podziału ziemi, gospodarstwa i uprawy roli, nawet brzmiące
ewidentnie po słowiańsku, jak łan i łach (lach), rzekomo
przynieśli nam w XIII wieku Niemcy, których rolnictwo stało od zawsze na
niższym poziomie niż u Słowian. Tak się robi ludziom wodę z mózgu. Aż
dziw bierze, że w podobny sposób do tej pory nie przyjęto naukowego
paradygmatu, że Lechici to Niemcy, choć teza Maciejowskiego i paru
innych jest temu bliska.
Warto tu jeszcze dodać, że w chińskich źródłach z ok. 300 roku p.n.e.
Alanowie są wymieniani jako jedno z czterech huńskich plemion pod nazwą
Lan, co przypomina polskie Łan. Z turk. alan, yalan - step,
synonim turk. yaziq - równina, płaskowyż (Jazygowie - Jazykowie, od
'jazyk' - język, ale i ros. 'jazyczestwo' - starowierze, w tym przypadku
to raczej ludzie używający 'języka', czyli 'słów', co jest synonimem
etnonimu Słowianie). Obie nazwy odnoszą się do ludów żyjących na stepie.
Alan to etnos będący częścią nadkaspijskich ludów znanych też jako
Massageci32.
Podsumowując, wiele wskazuje na to, że etnonimy Alanowie i Polanie
oraz, co więcej, Lachowie z etymologicznego punktu widzenia oznaczają
praktycznie to samo, zatem doszukiwanie się związków etnogenetycznych
między tymi ludami nie jest pozbawione podstaw.
Wandal
Wincenty Kadłubek w swojej Kronice Polski, spisanej na przełomie XII i XIII wieku, zawarł legendę o Wandzie. Uczynił przy niej przypis, że od
Wandy pochodzi nazwa rzeki Wandalus (tj. Wisły), która znajdowała się
pośrodku jej królestwa, natomiast jej poddani nazwani zostali Wandalami.
Nic nie wspominał o Wandalu i za praojca Polaków uznawał Kraka, choć
zarówno Wandalów, jak i Lechitów utożsamiał z Polakami. Kronika
Dzierzwy wymienia za to Wandalusa już personalnie, czyniąc z niego
jednego z pierwszych władców Polan.
Ahmed ibn Mohammed al-Maqqari podaje informację, że Wandal był wnukiem
Jafeta33, choć może tu chodzić też o ogólniejsze pojęcie
potomka, gdyż z kolei według kronik Wandal był wnukiem Alana, który
wywodził się z Jafetowego pnia.
Zdaniem Bieszka Wandal panował około 1272 roku przed naszą erą. Był
najstarszym synem króla Alana II i został wybrany na króla na wiecu
słowiańskim. Panował nad wszystkimi plemionami Ariów - Słowian
zamieszkujących wówczas Lechię: Wandalami, Indoscytami, Scytami,
Sarmatami - mówiący-mi oczywiście jednym wspólnym prasłowiańskim
językiem. Od nazwiska tego króla Wisłę zaczęto nazywać
Wandala34.
Pseudohistoryczny mit o germańskości Wandalów trudno obronić. Nasi
naukowcy jednak jak mantrę powtarzają ten dogmat, opierając się na mało
przekonujących przesłankach, jednocześnie wyśmiewając dość solidne
argumenty przemawiające za ich słowiańskością. Lekceważą oni zapiski
kronikarskie o powiązaniach Słowian i Lechitów z Wandalami, jak i nazywanie w niemieckiej historiografii Mieszka I królem Wandalów czy
skojarzenia nazewnicze ze słowiańskimi Wendami (niem. Wenden).
W zamian podają argument, że w kulturze przeworskiej kojarzonej z Wandalami dominują przedmioty żelazne, a u Słowian, jak niby wiadomo,
miały być tylko przedmioty drewniane. Czyli mamy tu typowy zabieg
manipulacyjny - tworzenie jednego paradygmatu (a właściwie dogmatu
naukowego) opierając się na innym paradygmacie, w tym przypadku, że
Wandalowie to Germanie, bo Słowianie przecież nie znali wytopu żelaza,
co jest wierutną bzdurą. I na tej bazie myślowej przypisuje się jakieś
znalezisko z żelaznymi wytworami, co gorsza, całą kulturę przeworską
ludności germańskiej, która według tego propagandowego założenia miała
stać na wyższym poziomie cywilizacyjnym niż ludy słowiańskie. Gdybyśmy
jednak przyjęli, że Słowianie znali wówczas wytop żelaza, to można by
równie dobrze na tej podstawie przypisać kulturę jej przedstawicielom.
Uczeni nie chcą jednak uwierzyć w to, że 700 tysięcy stanowisk
dymarkowych z początku naszej ery na naszych ziemiach to świadectwa
obecności Słowian. No bo przecież ktoś powiedział, że Słowianie nie
znali się na tym. Efekt kłamliwego domina zatacza coraz większe kręgi i prowadzi do wyciągania bzdurnych wniosków z odkryć.
Co by mogło być dowodem, że Słowianie znali się na wyrobie żelaza w okresie kultury przeworskiej? Na przykład znalezienie takich wyrobów na
którymś ze stanowisk. Ale archeolodzy nie mogą takich znaleźć, bo
wszystkie żelazne przedmioty... uważają za germańskie zgodnie z przyjętym dogmatem. Błędne koło? Nie, to wygląda na planowe działanie.
Archeologia i historia są dyscyplinami najbardziej narażonymi na tego
typu manipulacje i fałszerstwa. Na szczęście nauki przyrodnicze, takie
jak antropologia i archeogenetyka, są na to bardziej odporne, bo pole
manipulacji jest tam mniejsze. Dlatego historycy lekceważą odkrycia z tych dziedzin, bo obalają one ich naciągane lub przekłamane tezy, jak ta
o germańskiej kulturze przeworskiej.
Wandal, król Wendów, rycina Burkharda Waldisa wykonana w Norymberdze w 1543 roku (z serii dwunastu przedstawień wczesnych królów germańskich).
Repr. ze zbiorów British Museum
W obronie germańskości Wandalów sięga się też po argumenty językowe,
podając rzekomo germańsko brzmiące imiona Wandalów. A jakież to imiona
nosili ich wodzowie? Między innymi takie jak: Wislaus (Wisław),
Witislaus (Witosław), Wisimar (Wyszomir), Miceslaus
(Mieczysław), Radagais (Radogość). Czy brzmią one z germańska?
Część słowiańskich imion Wandalów i innych ludów uznawanych za
germańskie, choć takimi nie były przynajmniej w rozumieniu etnicznym,
było zwyczajnym zniekształceniem wynikającym z niedopasowania klasycznej
łaciny do języka słowiańskiego. A część była celowym zabiegiem i manipulacją mającą uwiarygodnić ich germańskość.
O Wandalach pisało wielu autorów, ostatnio m.in. Paweł Szydłowski, choć
wydaje mi się, że jego stwierdzenie, iż "Wandalowie to Polacy"35,
jest jednak dużym uproszczeniem. Moim zdaniem Wandalowie to raczej
sojusz różnych ludów, a nie etnos, o czym świadczy nawet ich sama nazwa:
Wand + Al (Wendowie + Alanowie ewentualnie Alemanowie). Przy czym
Alanowie mogli współtworzyć grupę Alemanów wraz z jakimś lokalnym
plemieniem staroeuropejskim lub germańskim. Może dlatego w kronikach
spotykamy informacje, że po pokonaniu wodza Alemanów jego lud przeszedł
pod panowanie Wandy, a wszystkich poddanych (obie grupy: Alemanów i Wendów) zaczęto nazywać Wandalami. Takie wieloplemienne i różnoetniczne
sojusze wojskowe w tamtych czasach były czymś normalnym. Prawdopodobnie
Słowianie odgrywali w tych mieszanych grupach wojskowych znaczącą rolę,
podobnie jak w armii huńskiej, co mogą potwierdzać zapis kronikarski, że
na pogrzebie Attyli jedzono "strawę", oraz odkrycia archeologiczne
słowiańskich wojów z huńskimi łukami i ozdobami.
Jak wspominałem, Wandalowie, Alanowie i Swebowie (Sławowie/Słebowie)
ruszyli na zachód i po drodze zostawili po sobie wiele nazw o słowiańsko-sarmackim brzmieniu. Opanowany przez nich region obecnej
Andaluzji dawniej nazywał się Wandaluzją. O słowianopochodnych nazwach
miejscowych w Europie więcej pisałem w swojej książce Rodowód Słowian
(2017).
Kolejnym "dowodem" na germańskość Wandalów ma być wyprowadzanie ich
nazwy od słowa Wander - wędrować, które jakimś dziwnym trafem po
słowiańsku brzmi podobnie - wend[rować]. Oczywiście lingwiści, zgodnie
z niepisaną zasadą ignorowania źródłosłowów słowiańskich, nawet nie
biorą pod uwagę tego, by to Germanie mogli zapożyczyć to słowo od
kogokolwiek, a już na pewno nie od Słowian. W opisach starożytnych ludów
Tacyt akurat o Wendach (Słowianach) pisał, że lubią piesze wędrówki, co
by pasowało do etymologii ich nazwy. Scytowie natomiast mieli żyć na
koniu, a Germanie prowadzić osiadły tryb życia. Ale przecież lingwiści i historycy nie widzą podobieństw w nazwach Wendowie i Wandalowie. Zbywają
milczeniem to, że sami Niemcy w wielu dokumentach historycznych i opracowaniach pod nazwami: Vinidi, Vinden, Vandalen, Vinduli rozumieli
Słowian, a nie Germanów. Dopiero od niedawna robi się z Wenedów -
Celtów, a z Wandalów - Germanów.
Zapomina się o tym, co w XII wieku pisał angielski kardynał Gerwazy z Tilbury w swoim Otia Imperialia, iż Polacy "określani są mianem
Wandalów i sami tak siebie nazywają". Pomijana też jest praca Alberta
Krantza (1450-1517) pt. Wandalia sive historia de Wandalorum vera
origine, gdzie autor wyraźnie utożsamia znanych ze źródeł historycznych
starożytnych Wandalów ze Słowianami (choć twierdzi, że ci z kolei
pochodzili od Germanów). Podobnie uważało wielu innych autorów, jak
choćby Flavio Blondi, a z naszych kronikarzy m.in. Maciej Miechowita
(XVI wiek).
Nazwanie Mieszka I "królem Wandalów"(dux Vandalorum) przez Gerharda z Augsburga nasi uczeni uznają za pomyłkę, tak samo jak używanie nazwy
Wenden wobec Słowian. Wilhelm z Rubruck (XIII wiek) co prawda zapisał
wyraźnie, że: język Rusinów, Polaków, Czechów i Sclawonów jest taki sam
jak język Wandalów, ale historycy wolą uznawać to za kolejną pomyłkę.
Takie wybiórcze i nieodpowiedzialne podejście do źródeł nazywają krytyką
naukową. Jakoś tej krytyki jednak jest mniej, gdy wysuwane są tezy o germańskości Wandalów, choć w średniowiecznych dokumentach trudno
znaleźć jakiekolwiek zapisy o tym świadczące.
Sama nazwa Wandalów wywodzi się zapewne od Vindelici, gdzie Vinde
oznacza Wenetów (Wendów), a Lici - Lechów, jak dawniej po
łacinie zwano rzekę Lech - Licus, co widać na mapach, a pisał o tym
ostatnio także Janusz Bieszk. To on zwrócił też uwagę, że Wandalowie z łacińska to Wandalici, a z polska - Wendolechici36.
Można tu dodać, że z racji tego, iż greckie *lexi to "słowo", wolno
nam zakładać, że Lechowie to Sławowie, a Słowianie to
Sławo-Wanowie (Wenetowie - Wandowie). Tak więc etnonim
Wandalowie wygląda na synonim nazwy "Słowianie".
Niewykluczone, że sława to pierwotnie mowa, bo "sławić" to "mówić"
dobrze o kimś, o czymś, stąd mamy też czasownik "wysławiać się", które
to słowo z czasem zaczęto uznawać też za synonim terminu "chwała".
Dlatego według mnie Sławianie i Słowianie to synonimy i spór w kwestii, która nazwa jest bardziej właściwa, uważam za nieporozumienie.
Upierającym się przy wersji zapisu Slawianie, z "la" w środku, mogę
podać jeszcze jeden argument, a mianowicie należy poważnie przyjrzeć się
możliwości wywodzenia nazwy Wan + dal od doliny (dal) Wan, z jeziorem o tej samej nazwie, utworzonym przez działalność wulkanu Nemrut
(który może w spersonalizowanej formie być biblijnym Nemrodem, już tu
wcześniej wspominanym). Obecnie jest to rejon Gaugamela, a dokładnie
teren rzeki Duży Zab (Ząb) znajdującej się na Wyżynie Armeńskiej. Co
ciekawe, po grecku i łacinie zwie się ona Lycus, Likus (dosłownie
"wilk"), a wiemy, że łacińska nazwa rzeki Lech w Bawarii - dawnej
Vindelici - to właśnie Licus. Myślę, że to ciekawy trop do badań,
zwłaszcza odnosząc się tutaj jeszcze do uznawanych za protoplastów
Słowian - Neurów, zamieniających się w wilki (likantropia), a także
Wilców (Wieletów) i jednego z ważniejszych słowiańskich bogów - Welesa
oraz jego kapłanów - wołchwów (wilków).
W każdym razie, gdy przyjrzymy się w tym kontekście nazwie
Słowianie/Sławianie, to pojawia się nam kolejna możliwa interpretacja
etymologii tego etnonimu, a mianowicie S + la + wan, czyli "z jeziora
Wan". Zaczynamy w ten sposób także rozumieć pochodzenie innych słów,
takich jak "wiano" - dziedzictwo czy "wan" - pan, dziedzic. Wersja
Słowianin, z "ło" pośrodku, może być tylko przeróbką nawiązującą do
"łona" - macierzy, kolebki, ojczyzny. Wówczas oba wyrazy "słowo" i "sława" zdają się być pochodne od tego etnonimu, a nie odwrotnie.
Jeśli natomiast przyjmiemy, że "la"' to skrót od lah (z niemym "h" na
końcu) w znaczeniu - boski wybraniec, namiestnik, to nazwę Sławianie
możemy tłumaczyć następująco - S + la[h] + wan, czyli "z lacha pan",
bo wan = ban = pan.
Słowianie, jak widać, a i sama ich nazwa nam to wskazuje, lubili zabawy
słowami, z czego byli sławni. Pamiętajmy też, że Słowianie to również
ludzie słowa, czyli słowni, dotrzymujący słowa, honorowi, co niestety
powoli odchodzi w zapomnienie, bo inne wartości są dzisiaj bardziej
cenione we współczesnym świecie.
W każdym razie wandalskie korzenie Polaków to wciąż temat wielu
dyskusji, co jest dobrym zjawiskiem, bo świadczy, że nie odeszli oni do
lamusa, mimo że na siłę próbuje się manipulować faktami na ich temat, a wcześniej od ich nazwy utworzono rzeczownik "wandale", oznaczający
"dewastatorów".
Dobręta (Deombrotus)
W żywocie Zbigniewa Oleśnickiego (Vita et mors Sbignei cardinalis)
spisanym przez Filipa Kalimacha pod koniec XV wieku jest wzmianka o scytyjskim bohaterze o imieniu Deombrotus, od imienia którego autor
ten wywodził nazwę herbu Dębno. Próbował tym samym udowadniać, że
rodzina Oleśnickich posługująca się tym herbem miała starożytne korzenie
i wywodziła się w prostej linii od tegoż Deombrotusa.
W tym genealogicznym wywodzie występuje on jako wnuk wymienionego przez
Herodota władcy Scytów Idantyrsa, żyjącego ok. 520 roku p.n.e.
Zgodnie z relacją Kalimacha szanowany i uczony w prawie Deombrotus
przybył do przodków Polaków i przekazał im wiedzę o swoich bogach,
których przyjęli oni za własnych, nauczył ich też zasad wróżenia oraz
przekazał im wiele praw, jak: karanie złodziei śmiercią, nakaz grzebania
zmarłych i noszenia długich włosów czy zawierania małżeństw między
osobami równymi stanem. Żył ponad 75 lat, a rządy po nim przejęli jego
synowie, Pauzaniasz i Oktomasdes37.
Nasi historycy uważają, że Kalimach zmyślił całą tę opowieść i jej
bohatera. Jednak w relacjach historycznych mamy bohatera o zbliżonym
imieniu - Dobrętę, co po łacinie mogło być właśnie zapisywane jako
Deombrotus. Możliwe, że wódz Sławenów dackich był pierwowzorem dla
Kalimacha, który nadał mitowi o zacnym bohaterze znamiona starożytności
lub też ów Dobręta przyjął imię sławnego antenata.
Forma Dobręta jest rekonstrukcją podaną przez Kazimierza
Wachowskiego38 i przyjętą przez innych historyków, jak np.
Oskar Balzer, a pochodzi od łacińskiego miana Daurentios (Dauritas),
jakie miał nosić wódz Sklawinów (Sławenów) dackich w drugiej połowie VI
wieku, o którym będzie jeszcze dalej mowa. Podobieństwo jednak do zapisu
Deombrotus pozwala mniemać, że może chodzić o jedno i to samo
słowiańskie imię, z którym łacińscy skrybowie sobie nie radzili.
Cechy przypisywane przez Kalimacha Deombrotusowi mieli też inni
protoplaści narodu polskiego, wymieniani przez kronikarzy, jak Lech czy
Krak. Możliwe, że ród Oleśnickich wolał jednak mieć własnego bohatera,
by podnieść swoje znaczenie. Jednak wersja początków dziejów Polaków z praojcem w osobie Dobręty (Deombrotusa) nie za bardzo się przyjęła, a prym w dziejopisarstwie przypadał Lechowi, od którego imienia Polaków
zwano Lechitami.
Pan (Panon)
Panon (Pan, Annon) według kronikarzy był synem Autariusa, syna
Illyriusa, syna Cadmusa, syna Armenacusa, syna Haicusa, syna Toragmy,
syna Gomera, syna Jafeta. Miał być też ojcem Lecha.
Według Kroniki Lechitów i Polaków Godzisława Baszki: Pan Xiąże
Pannonów spłodził trzech Synów, Lecha pierworodnego39.
Waldemar Wróżek zauważył, że w wydaniu Kroniki Polskiej Mistrza
Wincentego - Vincentii Kadłubkonis Historia Polonica cum commentario
Anonymi (Lipsk 1712), w jednym z komentarzy napisano po przetłumaczeniu
z łaciny na język polski: Lech starszy syn Annona, co może być tylko
nieprecyzyjnym zapisem imienia Panona. Natomiast u Appiana z Aleksandrii
czytamy: Autario ipsi, Pannonium, vel Peonum potius,& Scordiscum
filios suisse aiunt, co Wróżek tłumaczy: Autariusowi temu Pannona lub
Peona i Scordiscusa synów przypisują40.
O potomkach Illyriusa jest mowa także w Commentatorium urbanorum
Raphaelis Volaterrani octo et triginta libri (1552), gdzie odnotowano,
że: Illyrius miał synów: Achillesa, Autariusa, Dardanusa, Medusa,
Taulantiuda, Perrhebusa i Illyrycy od Illyriusa syna Cadmusa i Hermiony
(tłum. W. Wróżek). Z kolei w Kronice Samuela41 zapisano:
Armenaca syn Cadmo oraz Armenacus, Haicusa syn i Thorgomo spłodził
Haicusa (tłum. W. Wróżek). Jak pamiętamy, zgodnie z ormiańskimi
przekazami to Hajk miał zabić Nimroda.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki