3
3
Elend Venture, drugi władca Ostatniego Imperium, nie urodził się
wojownikiem. Był szlachetnie urodzonym - co w czasach Ostatniego
Imperatora czyniło z niego zawodowego bywalca salonów. Spędził młodość,
poznając błahe gierki Wielkich Domów, żyjąc wygodnym życiem imperialnej
elity.
Nic dziwnego, że skończył jako polityk.
"Nie sądzę, byś kiedykolwiek poprowadził natarcie na siły wroga". Te
słowa wypowiedziała Tindwyl - kobieta, która udzielała mu lekcji
polityki. To wspomnienie sprawiło, że na twarzy Elenda pojawił się
uśmiech, gdy jego żołnierze wpadli do obozu kolossów.
Elend rozjarzył cynę z ołowiem. Uczucie ciepła - teraz już znajome -
wypełniło jego pierś, a mięśnie napięły się od dodatkowej siły i energii. Wcześniej połknął metal, by wykorzystać jego moc w bitwie. Był
Allomantą. Wciąż go to czasem zadziwiało.
Jak przewidywał, atak zaskoczył kolossy. Przez kilka chwil stały bez
ruchu, wstrząśnięte - choć musiały widzieć nową armię Elenda ruszającą
do ataku. Kolossy nie umiały sobie radzić z czymś niespodziewanym. Nie
potrafiły pojąć, że nieliczna armia słabych ludzi atakuje ich obóz.
Musiało więc minąć trochę czasu, zanim się dostosowały.
Armia Elenda dobrze wykorzystała ten czas. Sam Elend uderzył jako
pierwszy, rozjarzając cynę z ołowiem, by zyskać jeszcze większą siłę,
kiedy uderzył pierwszego kolossa. To był jeden z mniejszych. Jak
wszystkie inne, z wyglądu przypominał człowieka, za wyjątkiem
przerośniętej, pofałdowanej skóry, która wyglądała tak, jakby była
oddzielona od ciała. W jego paciorkowatych, czerwonych oczach malowało
się nieludzkie zaskoczenie, gdy umarł z mieczem Elenda wbitym w pierś.
- Atakujcie szybko! - ryknął, gdy kolejne kolossy zaczęły się odwracać
od ognisk. - Zabijcie ich jak najwięcej, zanim ogarnie je żądza krwi!
Jego żołnierze - przerażeni, lecz zdeterminowani - atakowali wokół
niego, powalając kilka pierwszych grup kolossów. "Obóz" był właściwie
miejscem, gdzie kolossy zdeptały popiół i rośliny pod nim, po czym
wykopały doły, w których rozpaliły ogniska. Elend widział, jak
początkowy sukces dodaje jego ludziom pewności siebie. Dodał im otuchy,
allomantycznie Przyciągając ich uczucia, czyniąc ich odważniejszymi. Z tą formą Allomancji czuł się zdecydowanie lepiej - wciąż nie do końca
pojął sztukę skakania za pomocą metali, tak jak czyniła to Vin. Uczucia
natomiast rozumiał dobrze.
Fatren, przysadzisty przywódca miasta, trzymał się blisko Elenda,
prowadząc grupę żołnierzy w stronę dużej grupy kolossów. Elend miał na
niego oko. Fatren był władcą tego miasteczka, a jego śmierć byłaby
ciosem dla morale. Razem zaatakowali niewielką grupkę kolossów.
Największy miał około jedenastu stóp wzrostu, a jego skóra była
naciągnięta na przerośniętym cielsku. Kolossy nie przestawały rosnąć,
lecz ich skóra zawsze pozostawała tej samej wielkości. Na młodszych
istotach wisiała luźno i fałdowała się. Na wielkich była naciągnięta i popękana.
Elend spalił stal i rzucił przed siebie garść monet. Odepchnął kawałki
metalu swoim ciężarem, zasypując nimi kolossy. Stwory były zbyt twarde,
by zwyczajne monety je zabiły, ale odłamki metalu mogły je zranić i osłabić.
Wypuściwszy monety, Elend zaatakował dużego kolossa. Bestia zdjęła z pleców wielki miecz i wydawała się uszczęśliwiona perspektywą walki.
Koloss zamachnął się jako pierwszy, a miał oszałamiający zasięg. Elend
musiał odskoczyć do tyłu; cyna z ołowiem dodawała mu zwinności. Miecze
kolossów były potężne i prymitywne, tak tępe, że bardziej przypominały
pałki. Siła uderzenia wstrząsnęła powietrzem - Elend nie miałby szansy
na sparowanie ciosu, nawet z pomocą cyny z ołowiem. Ponadto miecz - a raczej koloss, który go trzymał - ważył tyle, że Elend nie mógłby
wykorzystać Allomancji, by Odepchnąć go z rąk stwora. Odpychanie stalą
opierało się na sile i masie. Gdyby Elend Pchnął coś cięższego od
siebie, poleciałby do tyłu.
Dlatego musiał polegać na dodatkowej szybkości i zręczności cyny z ołowiem. Uskoczył w prawo i czekał na powrót ostrza. Stwór obrócił się w milczeniu, spojrzał na Elenda, ale nie zaatakował. Jeszcze nie do końca
ogarnęła go żądza krwi.
Elend spojrzał na swojego przerośniętego przeciwnika. Jak tu trafiłem? -
pomyślał, nie po raz pierwszy. Jestem uczonym, nie wojownikiem. Do
niedawna był przekonany, że w ogóle nie nadaje się na przywódcę.
Czasami dochodził do wniosku, że za dużo myśli. Teraz rzucił się
pochylony do przodu i uderzył. Koloss przewidział ten ruch i próbował
opuścić swoje ostrze na głowę Elenda. Ten jednak Przyciągnął miecz
innego kolossa - to wytrąciło stwora z równowagi i pozwoliło dwóm
żołnierzom na zabicie go, ale jednocześnie Przyciągnęło Elenda w bok.
Ledwie uniknąwszy ciosu przeciwnika, obrócił się w powietrzu, rozjarzył
cynę z ołowiem i uderzył z boku.
Na wylot przeciął nogę stwora na wysokości kolana, obalając go. Vin
zawsze powtarzała, że allomantyczne moce Elenda są nadzwyczaj silne. On
sam nie miał zbyt wielkiego doświadczenia z Allomancją, by móc to
ocenić, ale siła jego własnego ciosu sprawiła, że się zatoczył. Zaraz
jednak odzyskał równowagę i odciął kolossowi głowę.
Kilku żołnierzy wpatrywało się w niego. Jego biały mundur splamiła
jaskrawoczerwona krew kolossa. Nie po raz pierwszy. Elend odetchnął
głęboko, gdy usłyszał nieludzkie wrzaski w obozie. Stwory zaczynały
wpadać w morderczy szał.
- Utworzyć szyk! - krzyknął Elend. - Trzymać się razem, przygotować się
na atak.
Żołnierze reagowali powoli. Byli o wiele mniej zdyscyplinowani niż
oddziały, do których Elend się przyzwyczaił, lecz na jego rozkaz zbili
się w gromadę. Venture rozejrzał się po okolicy. Zabili kilka setek
kolossów - zadziwiający wyczyn.
Tyle że łatwa część się skończyła.
- Nie cofać się! - ryczał Elend, biegnąc przed szeregami żołnierzy. -
Walczyć! Musimy zabić ich jak najwięcej jak najszybciej! Wszystko od
tego zależy! Niech poznają waszą furię!
Spalił mosiądz i Odepchnął ich uczucia, Uspokajając ich strach.
Allomanta nie potrafił zapanować nad umysłami - w każdym razie nie nad
ludzkimi - umiał jednak podsycić pewne uczucia, jednocześnie tłumiąc
inne. I znów, Vin twierdziła, że Elend umiał wpłynąć na o wiele większą
liczbę ludzi niż powinno to być możliwe. Była to kolejna wskazówka
potwierdzająca przypuszczenie, że jego umiejętności pochodziły z tego
samego źródła, które wykorzystali pierwotni Allomanci, by zdobyć swoje
moce.
Pod wpływem Uspokajania jego żołnierze się wyprostowali. Elend znów
poczuł szacunek dla tych prostych skaa. Choć dodawał im odwagi,
determinacja należała do nich. To byli dobrzy ludzie.
Jeśli będzie miał szczęście, uratuje część z nich.
Kolossy zaatakowały. Jak miał nadzieję, spora grupa stworów oderwała się
od obozu i ruszyła w stronę miasteczka. Niektórzy żołnierze krzyczeli,
ale byli zbyt zajęci walką, by za nimi podążyć. Elend rzucał się do
walki w miejscach, gdzie szyk się chwiał, wzmacniając słaby punkt.
Robiąc to, spalał mosiądz i próbował Odpychać uczucia pobliskich
kolossów.
Nic się nie działo. Stwory były odporne na emocjonalną Allomancję,
szczególnie kiedy już manipulował nimi ktoś inny. Jednak jeśli udało mu
się przebić, przejmował całkowitą kontrolę nad nimi. To wymagało czasu,
szczęścia i determinacji do walki.
I to właśnie robił. Walczył u boku swoich ludzi, patrzył, jak umierają,
zabijał kolossy. Zwinął szeregi, tworząc półokrąg, by uniknąć otoczenia
swoich sił. Mimo to walka była ponura. W miarę, jak kolejne grupki
kolossów wpadały w szał i atakowały, szanse ludzi Elenda malały. Kolossy
wciąż opierały się jego manipulacji. Zbliżały się coraz bardziej...
- Jesteśmy zgubieni! - wrzasnął Fatren.
Elend odwrócił się, z niejakim zaskoczeniem stwierdzając, że
przysadzisty lord stoi u jego boku i wciąż żyje. Ludzie nadal walczyli.
Od pojawienia się żądzy krwi minęło może piętnaście minut, ale szeregi
już zaczynały się chwiać.
Na niebie pojawiła się plamka.
- Poprowadziłeś nas na śmierć! - wrzasnął Fatren. Pokrywała go krew
kolossów, poza plamą na ramieniu, która wyglądała na jego własną krew. -
Dlaczego?
Elend jedynie wskazał na plamkę.
- Co to? - spytał Fatren.
Venture się uśmiechnął.
- To pierwsza z armii, które ci obiecałem.
***
Vin spadła z nieba w chmurze podków, lądując dokładnie pośrodku armii
kolossów. Bez wahania wykorzystała Allomancję, by Odepchnąć parę podków
w stronę odwracającego się kolossa. Jedna trafiła w czoło stwora,
odrzucając go do tyłu, a druga przeleciała nad jego głową i uderzyła
kolejnego stwora. Vin obróciła się na pięcie, rzuciła kolejną podkowę,
która minęła szczególnie dużego kolossa i trafiła stojącego za nim
mniejszego pobratymca.
Rozjarzyła żelazo, Przyciągając tę podkowę i zaczepiając ją o nadgarstek
większego ze stworów. Przyciąganie natychmiast pociągnęło ją w stronę
kolossa, ale jednocześnie wytrąciło istotę z równowagi. Potężny żelazny
miecz uderzył w ziemię w chwili, gdy Vin trafiła kolossa w pierś.
Wówczas Odepchnęła się od leżącej broni i zrobiła w powietrzu salto do
tyłu, gdy inny koloss zamachnął się w jej stronę.
Uniosła się na wysokość piętnastu stóp. Cios był niecelny, miecz obciął
głowę jednego ze stworów poniżej. Istota, która to zrobiła, nie wydawała
się zmartwiona, że zabiła swojego towarzysza - jedynie spojrzała na Vin
z nienawiścią w czerwonych oczach.
Vin Przyciągnęła leżący miecz, który uniósł się w jej stronę, ale
jednocześnie pociągnął ją w dół. Chwyciła go, opadając - ostrze było
niemal jej wzrostu, lecz rozjarzona cyna z ołowiem dodawała jej sił - i odrąbała ramię atakującego kolossa.
Później obcięła mu nogi na wysokości kolan i zostawiła na śmierć,
zwracając się w stronę kolejnych przeciwników. Jak zawsze, kolossy
wydawały się zafascynowane Vin, choć jednocześnie rozjuszone i zdezorientowane. Kojarzyły duży rozmiar z niebezpieczeństwem i z trudem
rozumiały, jak drobna kobieta w rodzaju Vin - dziewiętnaście lat, ledwie
pięć stóp wzrostu, delikatna niczym wierzba - mogła stanowić zagrożenie.
Jednak widziały, jak zabija, i to je do niej przyciągało.
Vin to nie przeszkadzało.
Wrzasnęła, atakując, choćby po to, by na zbyt cichym polu walki rozległ
się jakiś dźwięk. Kolossy zazwyczaj przestawały ryczeć, gdy wpadały w szał, i skupiały się na zabijaniu. Rzuciła garść monet, Odpychając je w stronę grupy za plecami, po czym skoczyła do przodu, Przyciągając się do
miecza.
Koloss przed nią potknął się. Wylądowała mu na plecach, atakując stwora
obok. Upadł, a wtedy Vin wbiła miecz w plecy kolossa, na którym stała.
Odepchnęła się w bok i Przyciąganiem wyciągnęła ostrze z umierającej
istoty. Chwyciła broń, cięła trzeciego stwora, po czym rzuciła miecz,
Odpychając go niczym ogromną strzałę w pierś czwartego potwora. To
Odpychanie jednocześnie odrzuciło ją do tyłu, dzięki czemu uniknęła
ataku. Chwyciła miecz wbity w grzbiet stwora, którego przebiła
wcześniej, wyrywając go, i jednym płynnym ruchem przebiła nim obojczyk i pierś piątej bestii.
Wylądowała na ziemi. Wokół niej kolossy padały martwe.
Vin nie była furią. Nie była grozą. Wyrosła z tego. Widziała, jak Elend
umiera - trzymała go wtedy w ramionach - i wiedziała, że sama na to
pozwoliła. Świadomie.
A jednak wciąż żył. Każdy oddech był niespodziewany, być może
niezasłużony. Niegdyś bała się, że go zawiedzie. Jednakże jakimś
sposobem odnalazła spokój w zrozumieniu, że nie powstrzyma go przed
ryzykowaniem życia. W zrozumieniu, że wcale nie chce go przed tym
powstrzymywać.
Dlatego nie walczyła już ze strachu o mężczyznę, którego kochała. Miast
tego walczyła ze zrozumieniem. Była nożem - nożem Elenda, nożem
Ostatniego Imperium. Nie walczyła, by chronić jednego człowieka, ale by
chronić sposób życia, jaki stworzył, i ludzi, których starał się
obronić.
Spokój dodawał jej sił.
Kolossy umierały wokół niej, a szkarłatna krew, zbyt jaskrawa, by mogła
należeć do ludzi, tworzyła mgiełkę w powietrzu. W tej armii było ich
dziesięć tysięcy - zbyt wiele, by zdołała je zabić. Nie musiała jednak
zabijać każdego z nich.
Musiała je jedynie przestraszyć.
Ponieważ, wbrew temu, co kiedyś zakładała, kolossy odczuwały strach.
Widziała, jak zaczyna wypełniać otaczające ją istoty, ukryty pod
frustracją i wściekłością. Koloss zaatakował ją, a wtedy uskoczyła w bok, poruszając się z prędkością cyny z ołowiem. Nie przerywając ruchu,
wbiła miecz w jego plecy i obróciła się, dostrzegając potężną istotę
przebijającą się pośród armii w jej stronę.
Doskonale, pomyślała. Był wielki - być może największy, jakiego
kiedykolwiek widziała. Musiał mieć prawie trzynaście stóp wysokości.
Jego serce już dawno powinno było się poddać, a skóra była porozrywana,
wisiała na wietrze.
Zaryczał, a jego głos odbił się echem wokół dziwnie cichego pola bitwy.
Vin uśmiechnęła się i spaliła duraluminium. Płonąca w niej cyna z ołowiem natychmiast wybuchła, gwałtownie dodając jej sił. Duraluminium
spalane razem z innym metalem wzmacniało ten drugi metal. Sprawiało, że
błyskawicznie płonął, oddając w jednej chwili całą moc.
Vin spaliła stal i Odepchnęła we wszystkie strony. Jej wspomagane
duraluminium Pchnięcie uderzyło niczym fala w miecze biegnących ku niej
stworów. Broń wyrywała się z rąk, kolossy leciały do tyłu, a potężne
ciała rozproszyły się niczym płatki popiołu pod krwawym słońcem. Tylko
dzięki wspomaganej duraluminium cynie z ołowiem nie została zmiażdżona
przez własne Odpychanie.
Jej cyna z ołowiem i stal zniknęły, wypalone w jednym wybuchu mocy.
Wyciągnęła niewielki flakonik z płynem - roztwór alkoholu z płatkami
metalu - i połknęła go jednym haustem, uzupełniając zapasy. Wówczas
spaliła cynę z ołowiem i przeskoczyła nad powalonymi, zdezorientowanymi
kolossami, ruszając w stronę wielkiej istoty, którą zobaczyła wcześniej.
Mniejszy stwór próbował ją powstrzymać, lecz chwyciła go za nadgarstek i przekręciła, miażdżąc staw. Wzięła miecz kolossa, uchyliła się przed
atakiem innego i obróciła się, za jednym zamachem powalając trzy stwory,
rozcinając ich kolana.
Skończywszy obrót, wbiła miecz w ziemię. Jak się spodziewała, ogromny,
trzynastostopowy koloss zaatakował chwilę później, zamachnął się mieczem
tak wielkim, że aż rozległ się gwizd powietrza. Vin wbiła swoje ostrze w ostatniej chwili, gdyż nawet z pomocą cyny z ołowiem nie udałoby jej się
sparować takiego ciosu. Broń kolossa uderzyła jednak w jej
ustabilizowane ostrze. Metal zadrżał w jej dłoniach, lecz powstrzymał
cios.
Palce Vin zamrowiły od tak potężnego uderzenia. Puściła miecz i skoczyła. Nie Odepchnęła się - nie musiała - lecz wylądowała na jelcu
swojego miecza i odbiła się od niego. Na pysku kolossa malowało się
znane Vin charakterystyczne zaskoczenie, gdy ujrzał, jak kobieta wznosi
się na wysokość trzynastu stóp, powiewając pasmami mgielnego płaszcza.
Kopnęła kolossa w bok głowy. Kości czaszki pękły. Kolossy były nieludzko
wytrzymałe, lecz rozjarzona cyna z ołowiem wystarczyła. Stwór wywrócił
oczami i upadł. Vin Odepchnęła się lekko od miecza, utrzymując się w górze na tyle długo, że kiedy upadła, wylądowała dokładnie na piersi
powalonego stwora.
Otaczające ją istoty znieruchomiały. Nawet opętane żądzą krwi poczuły
wstrząs, gdy jednym kopnięciem powaliła tak ogromną bestię. Może ich
umysły nie potrafiły zanalizować tego, co właśnie zobaczyły. A może
stwory, prócz strachu odczuwały też odrobinę ostrożności. Vin nie znała
ich na tyle, by wiedzieć na pewno. Wiedziała jednak, że w zwyczajnej
armii kolossów ten czyn zapewniłby jej posłuszeństwo wszystkich stworów,
które ją obserwowały.
Niestety, tę armię kontrolowano z zewnątrz. Wyprostowawszy się, Vin
widziała niewielką, zdesperowaną armię Elenda walczącą w pewnej
odległości. Z jego pomocą utrzymali się. Walczący ludzie wywierali na
kolossy wpływ podobny co tajemnicza siła Vin - istoty nie rozumiały, jak
tak niewielka armia może wytrzymać ich atak. Nie widzieli strat ani
rozpaczliwej sytuacji grupki Elenda - postrzegały ich jako mniejszą,
gorszą armię, która wciąż stoi i walczy.
Vin podjęła walkę. Kolossy zbliżały się do niej - z niepokojem, ale
wciąż nadchodziły. To właśnie było dziwne w tych istotach. Nie
wycofywały się. Czuły strach, lecz nie umiały na niego zareagować. A jednak osłabiał je. Widziała to w sposobie, w jaki się do niej zbliżały,
jak wyglądały. Prawie się złamały.
Dlatego spaliła mosiądz i Odepchnęła uczucia jednego z mniejszych
stworów. Na początku się opierał. Pchnęła mocniej. W końcu w stworze coś
pękło i należał już do niej. Ktoś, kto nad nim panował, znajdował się
zbyt daleko i skupiał się na zbyt wielu kolossach naraz. Ta istota -
zdezorientowana z powodu żądzy krwi, w chaosie wstrząsu, strachu i frustracji - znalazła się całkowicie pod mentalną kontrolą Vin.
Natychmiast kazała mu zaatakować towarzyszy. Chwilę później został
powalony, lecz wcześniej zabił dwa inne kolossy. Walcząc, Vin
przechwyciła kolejnego kolossa, później jeszcze jednego. Atakowała
przypadkowo, machając mieczem dla odwrócenia uwagi kolossów, gdy
wybierała członków ich grupy i przejmowała panowanie nad nimi.
Wkrótce wokół niej zapanował chaos, a garstka kolossów walczyła dla
niej. Za każdym razem, gdy jeden z nich padał, zastępowała go dwoma
innymi.
Walcząc, znów spojrzała w stronę Elenda i poczuła ulgę na widok sporej
gromady kolossów walczących u boku ludzi. Elend krążył wśród nich, już
nie walczył, lecz przejmował stwora po stworze. Samotne przybycie Elenda
do tego miasteczka było bardzo ryzykowne i Vin nie wiedziała, czy je
pochwala. Na razie cieszyła się, że dogoniła go na czas.
Ona również przestała walczyć i skoncentrowała się na kierowaniu swoją
niewielką armią kolossów, jeden po drugim werbując nowe stwory. Wkrótce
miała ich około setki.
Już niedługo, pomyślała. I rzeczywiście, wkrótce ujrzała plamkę w powietrzu, pędzącą w jej stronę wśród padającego popiołu. Plamka
zmieniła się w postać w ciemnych szatach, która unosiła się nad armią,
Odpychając się od mieczy kolossów. Mężczyzna był łysy i miał wytatuowaną
twarz. W pociemniałym od popiołu świetle dnia Vin widziała dwa grube
kolce wbite w oczodoły. Stalowy Inkwizytor - nie rozpoznawała go. Celowo
wywabiła go - zabijając i kontrolując jego kolossy - zmuszając go, żeby
się ujawnił. Teraz musiała się nim zająć.
Inkwizytor uderzył mocno, powalając jednego z ukradzionych kolossów Vin
parą obsydianowych toporów. Skierował ślepe spojrzenie na Vin, a wtedy
kobieta wbrew sobie poczuła rodzącą się panikę. W jej umyśle pojawiły
się kolejne wspomnienia. Ciemna noc, deszczowa i pełna cieni. Iglice i wieże. Ból w boku. Długa noc spędzona w uwięzieniu w pałacu Ostatniego
Imperatora.
Kelsier, Ocalały z Hathsin, umierający na ulicach Luthadel.
Vin spaliła elektrum. Otoczyła ją chmura obrazów, cieni rzeczy, które
mogła zrobić w przyszłości. Elektrum, allomantyczny stop złota. Elend
nazywał je "atium dla ubogich". Nie wpływało na przebieg bitwy, jedynie
neutralizowało atium, gdyby Inkwizytor je miał.
Vin zacisnęła zęby i rzuciła się do przodu, gdy armia kolossów miażdżyła
resztki jej skradzionych stworów. Skoczyła, lekko Odpychając się od
leżącego na ziemi miecza i pozwoliła, by pęd poniósł ją w stronę
Inkwizytora. Stwór uniósł topory i zamachnął się, lecz Vin w ostatniej
chwili Przyciągnęła się w bok. Jej Przyciąganie wyrwało miecz z rąk
zaskoczonego kolossa. Chwyciła broń, obracając się w powietrzu, i pchnęła ją w stronę Inkwizytora.
Niemal bez wysiłku Odepchnął w bok potężny kawał metalu. Kelsierowi
udało się pokonać Inkwizytora, ale po wielkich wysiłkach. Sam zginął
kilka minut później, zabity przez Ostatniego Imperatora.
Żadnych wspomnień! - powiedziała sobie Vin. Skup się na chwili obecnej.
Popiół kłębił się wokół niej, gdy obróciła się w powietrzu, wciąż w locie po Odepchnięciu miecza. Wylądowała, poślizgnęła się na krwi
kolossów, po czym rzuciła się na Inkwizytora. Świadomie go ściągnęła,
zabijając jego kolossy i przejmując nad nimi panowanie, zmuszając go do
ukazania się. Teraz musiała się nim zająć.
Wyciągnęła szklany sztylet - Inkwizytor mógłby Odepchnąć miecz kolossa -
i rozjarzyła cynę z ołowiem. Prędkość, siła i równowaga wypełniły jej
ciało. Niestety, Inkwizytor też miał cynę z ołowiem, co czyniło ich
równymi sobie.
Poza jednym. Inkwizytor miał pewną słabość. Vin uniknęła ciosu toporem,
Przyciągając się do miecza kolossa, by uskoczyć. Później Odepchnęła się
od tej samej broni, rzucając się do przodu, i cięła szyję Inkwizytora.
Sparował cios machnięciem ręki, zatrzymując jej ramię. Lecz wtedy drugą
ręką chwyciła go za szatę.
Vin rozjarzyła żelazo i Przyciągnęła za siebie, szarpiąc tuzin mieczy
kolossów. Nagłe Przyciąganie pociągnęło ją do tyłu. Odpychanie stali i Przyciąganie żelaza były raczej potężne i prymitywne niż subtelne.
Rozjarzywszy cynę z ołowiem, Vin trzymała szatę, Inkwizytor zaś
najwyraźniej zachował równowagę dzięki Przyciąganiu mieczy kolossów,
które stały przed nim.
Szata się poddała, rozerwała wzdłuż boku, zostawiając Vin ze sporym
kawałkiem tkaniny w ręku. Plecy Inkwizytora były odsłonięte i kobieta
powinna zobaczyć pojedynczy kolec - przypominający te w oczach -
wystający pomiędzy łopatkami istoty. Jednakże kolec zasłaniała tarcza z grubej skóry, która przykrywała plecy Inkwizytora niczym skorupa żółwia,
owijała się pod pachami i otaczała jego przód jak dopasowany napierśnik.
Inkwizytor obrócił się z uśmiechem, a Vin zaklęła. Grzbietowy kolec był
najsłabszym punktem każdego Inkwizytora. Wyrwanie go zabijało stwora. I stąd właśnie pancerz - Vin podejrzewała, że Ostatni Imperator by na to
nie pozwolił. On lubił, by jego słudzy mieli słabości, dzięki temu nad
nimi panował.
Vin nie miała wiele czasu na myślenie, kolossy bowiem wciąż atakowały. W chwili, gdy wylądowała na ziemi, odrzucając porwaną tkaninę, wielki,
niebieskoskóry stwór zamachnął się na nią. Vin przeskoczyła nad mieczem
przeciwnika i Odepchnęła się od niego, by wznieść się wyżej.
Inkwizytor podążył za nią; teraz to on atakował. Popiół unosił się w powietrzu wokół Vin, gdy skakała nad polem walki, próbując myśleć. Znała
tylko jeszcze jeden sposób zabicia Inkwizytora - powinna obciąć mu
głowę. To jednak było łatwiej powiedzieć niż zrobić, biorąc pod uwagę
fakt, że potwór był wspomagany cyną z ołowiem.
Wylądowała na opuszczonym wzgórzu na skraju pola walki. Inkwizytor
uderzył w pokrytą popiołem ziemię za jej plecami. Vin uniknęła ciosu
toporem, próbując zbliżyć się na tyle, by zadać cios. Wtedy Inkwizytor
zamachnął się drugim ostrzem i Vin została ranna w rękę, gdy parowała
uderzenie swoim sztyletem.
Po jej nadgarstku płynęła ciepła krew. Krew barwy czerwonego słońca. Vin
warknęła i spojrzała na swojego nieludzkiego przeciwnika. Uśmiechy
Inkwizytorów wytrącały ją z równowagi. Rzuciła się do przodu, by znów
zadać cios.
Coś zamigotało w powietrzu.
Poruszające się szybko błękitne linie - allomantyczne świadectwo
pobliskich kawałków metalu. Vin ledwie zdążyła przerwać atak, gdy garść
monet zaskoczyła Inkwizytora od tyłu, wbijając się w jego ciało w dziesiątki miejsc.
Stwór wrzasnął i obrócił się, kapiąc krwią, gdy Elend uderzył w ziemię
na szczycie wzgórza. Jego biały mundur splamiły popiół i krew, lecz
twarz mężczyzny była czysta, a jego oczy błyszczące. W jednej dłoni
trzymał laskę pojedynkową, drugą oparł o ziemię, odzyskując równowagę po
skoku. Wciąż nie był do końca wyszkolony w fizycznej Allomancji.
Był jednak Zrodzonym z Mgły, jak Vin. Inkwizytor zaś został ranny.
Kolossy tłoczyły się wokół wzgórza, wspinając się na szczyt, lecz Vin i Elend wciąż mieli kilka chwil. Rzuciła się do przodu, unosząc sztylet,
Elend również zaatakował. Inkwizytor próbował obserwować ich oboje
naraz, aż wreszcie jego uśmiech zniknął. Inkwizytor próbował odskoczyć.
Elend rzucił monetę w powietrze. Pojedynczy, błyszczący kawałek metalu
zawirował wśród płatków popiołu. Inkwizytor to zobaczył i znów się
uśmiechnął, najwyraźniej czekając na Odepchnięcie Elenda. Założył, że
jego masa zostanie przekazana przez monetę, a później uderzy w Elenda,
gdyż Elend również Odpychał. Dwaj Allomanci o podobnym ciężarze,
odpychający się od siebie. Obaj zostaną odrzuceni do tyłu - Inkwizytor w stronę Vin, gdzie ją zaatakuje, Elend w stronę gromady kolossów.
Inkwizytor nie przewidział jednak allomantycznej siły Elenda. Elend
rzeczywiście się potknął, lecz Inkwizytor został odrzucony do tyłu
nagłym brutalnym Odepchnięciem.
Jest taki potężny! - pomyślała Vin, obserwując upadek zaskoczonego
Inkwizytora. Elend nie był zwyczajnym Allomantą - jeszcze nie do końca
panował nad swoimi zdolnościami, ale kiedy rozjarzył metale i Odpychał,
to naprawdę Odpychał.
Vin rzuciła się do ataku, gdy Inkwizytor próbował odzyskać panowanie nad
sobą. Udało mu się chwycić ją za rękę, gdy opuszczała nóż, jego potężny
chwyt sprawił, że przez jej ranne ramię przeszła fala bólu. Krzyknęła,
gdy odrzucił ją w bok.
Vin uderzyła o ziemię i przetoczyła się, podrywając się znów na równe
nogi. Świat zawirował i widziała, jak Elend unosi laskę pojedynkową w stronę Inkwizytora. Stwór zablokował cios ręką, miażdżąc drewno, po czym
rzucił się do przodu i wbił łokieć w pierś Elenda. Ten sapnął.
Vin Odepchnęła się od kolossów, które znajdowały się w odległości
zaledwie kilku stóp, i znów rzuciła się w stronę Inkwizytora. Upuściła
nóż, ale on stracił topory. Widziała, jak spogląda w bok, w stronę
porzuconej broni, nie dała mu jednak szansy po nią sięgnąć. Uderzyła w niego, próbując go obalić na ziemię. Niestety, był o wiele większy - i silniejszy - niż ona. Rzucił ją na ziemię, pozbawiając tchu.
Kolossy dotarły do nich. Elend chwycił jeden z upuszczonych toporów i zaatakował Inkwizytora.
Stwór poruszył się gwałtownie. Jego postać się zamgliła i Elend przeciął
powietrze. Venture się obrócił. Na jego twarzy malował się wstrząs, gdy
Inkwizytor zbliżył się do niego, unosząc nie topór, lecz - co dziwne -
metalowy kolec, przypominający te wbite w jego ciało, lecz węższy i dłuższy. Istota uniosła kolec, poruszając się nieludzko szybko, szybciej
niż jakikolwiek Allomanta.
To nie cyna z ołowiem, pomyślała Vin. To nawet nie duraluminium.
Podniosła się, obserwując Inkwizytora. Jego ruchy były już wolniejsze,
lecz nadal znajdował się w odpowiedniej pozycji, by wbić kolec w plecy
Elenda. Vin znajdowała się za daleko, by pomóc.
Ale kolossy nie. Wspinały się na wzgórze, kilka stóp od Elenda i jego
przeciwnika. Zdesperowana Vin rozjarzyła mosiądz i pochwyciła uczucia
kolossa najbliższej Inkwizytora. Gdy tamten ruszył do ataku na Elenda,
jej koloss odwrócił się, zamachnął klinowatym mieczem i uderzył
Inkwizytora w twarz.
Nie odciął głowy od ciała, jedynie zmiażdżył czaszkę. Najwyraźniej to
wystarczyło, gdyż Inkwizytor upadł i znieruchomiał.
Armię kolossów przeszedł dreszcz.
- Elendzie! - powiedziała Vin. - Teraz!
Cesarz odwrócił się od umierającego Inkwizytora i Vin widziała
koncentrację na jego twarzy. Widziała raz, jak Ostatni Imperator wpływa
emocjonalną Allomancją na uczucia placu pełnego ludzi. Był silniejszy
niż ona, silniejszy nawet od Kelsiera.
Nie widziała, jak Elend spala duraluminium, a później mosiądz, lecz
poczuła to. Poczuła, jak napiera na jej uczucia, gdy wysłał ogólną falę
mocy, Uspokajając tysiące kolossów jednocześnie. Wszystkie przestały
walczyć. W pewnej odległości Vin widziała niedobitki chłopskiej armii
Elenda, stojące w kręgu trupów. Popiół wciąż padał. Ostatnio prawie nie
przestawał.
Kolossy opuściły broń. Elend zwyciężył.
4
4
Sazed, główny ambasador Nowego Imperium, czytał leżący przed nim arkusz
papieru. Zasady ludu Cazzi. O pięknie śmiertelności, wadze śmierci i niezbędnej roli ludzkiego ciała jako części boskiej całości.
Słowa te napisał własną ręką, przekopiował je z jednej z miedziomyśli, w których przechowywał zawartość tysiąca ksiąg. Pod nagłówkiem,
wypełniając ściśniętym pismem niemal cały arkusz, wypisał podstawowe
wierzenia Cazzi i zasady ich religii.
Oparł się wygodniej na krześle, uniósł papier i po raz kolejny przyjrzał
się swoim notatkom. Od dobrego dnia skupiał się na tej religii i chciał
podjąć decyzję na jej temat. Od dawna dużo wiedział na temat wierzeń
Cazzi, gdyż badał je - podobnie jak inne wiary z okresu przed
Wstąpieniem - przez większość życia. Religie były jego namiętnością,
punktem kluczowym badań.
A później nadszedł dzień, kiedy uświadomił sobie, że cała jego nauka
była bez znaczenia.
Religia Cazzi jest sprzeczna wewnętrznie, uznał, robiąc piórem notatkę
na marginesie. Wyjaśnia, że wszystkie istoty są częścią "boskiej
całości", i sugeruje, że każde ciało jest dziełem sztuki stworzonym
przez ducha, który pragnie żyć na tym świecie.
Jednakże, zgodnie z inną z jej zasad, źli są karani ciałami, które nie
działają poprawnie. Zdaniem Sazeda, wstrętna doktryna. Ci, którzy
urodzili się z ułomnościami umysłowymi lub fizycznymi, zasługiwali na
współczucie, być może na litość, lecz nie pogardę. Poza tym, które z ideałów religii były prawdziwe? To, że duchy wybierały i tworzyły sobie
ciała zgodnie z własną wolą, czy te, że były karane ciałem wybranym dla
nich? A co z wpływem pochodzenia na rysy i temperament dziecka?
Pokiwał głową i zrobił notatkę na dole arkusza papieru. "Logicznie
niespójna. Wyraźnie nieprawdziwa".
- Co ty tu masz? - spytał Breeze.
Sazed uniósł wzrok. Breeze siedział przy niewielkim stoliku, popijając
wino i zajadając winogrona. Miał na sobie typowy strój szlachetnie
urodzonego, łącznie z ciemnym surdutem, jaskrawoczerwoną kamizelką i laską pojedynkową, którą lubił gestykulować, kiedy mówił. Odzyskał
większość wagi utraconej podczas oblężenia Luthadel i późniejszych dni,
i znów można go było określić jako korpulentnego.
Sazed spuścił wzrok. Starannie dołączył arkusz do wielu innych w teczce,
po czym zamknął obitą płótnem okładkę i zawiązał sznurki.
- To nic ważnego, lordzie Breeze - stwierdził.
Breeze popijał wino.
- Nic ważnego? Zawsze masz koło siebie te papiery. Kiedy tylko masz
wolną chwilę, wyjmujesz jeden z nich.
Sazed położył teczkę obok krzesła. Jak to wyjaśnić? Na każdym arkuszu
znajdował się zarys jednej z ponad trzystu religii, jakie opisali
Opiekunowie. Każda była obecnie "martwa", gdyż Ostatni Imperator
wykorzenił je na początku swoich rządów, ponad tysiąc lat temu.
Przed rokiem ukochana Sazeda umarła. Teraz chciał wiedzieć... nie,
musiał wiedzieć... czy religie świata miały dla niego odpowiedź.
Odnajdzie prawdę albo wyeliminuje każde z wierzeń.
Breeze wciąż się w niego wpatrywał.
- Wolałbym raczej o tym nie rozmawiać, lordzie Breeze - powiedział w końcu Sazed.
- Jak sobie życzysz - odparł Breeze, unosząc kubek. - Może mógłbyś
wykorzystać swoje feruchemiczne moce, by podsłuchać rozmowę w sąsiedniej
komnacie...
- Nie sądzę, by to było uprzejme.
Breeze się uśmiechnął.
- Mój drogi Terrisaninie, tylko ty możesz najechać miasto, a następnie
martwić się "uprzejmością" wobec dyktatora, któremu grozisz.
Sazed spuścił wzrok, czując niejakie zawstydzenie. Nie mógł jednak
zaprzeczyć uwagom Breeze'a. Choć obaj nie przyprowadzili armii do miasta
Lekal, to rzeczywiście mieli zamiar je podbić. Po prostu zamierzali to
zrobić za pomocą kartki papieru, nie miecza.
Wszystko zależało od tego, co się działo w sąsiedniej komnacie. Czy król
podpisze traktat, czy też nie? Sazed i Breeze mogli jedynie czekać.
Kusiło go, żeby wyjąć teczkę i przejrzeć kolejną religię na stercie.
Przez ponad dzień rozważał Cazzi, a teraz, gdy podjął decyzję, pragnął
przejść do następnego arkusza. Przez ostatni rok przejrzał około dwóch
trzecich religii. Pozostała mu już niecała setka, choć ta liczba była
raczej bliższa dwustu, jeśli uwzględni wszystkie odłamy i sekty.
Był blisko. W ciągu kolejnych kilku miesięcy zajmie się resztą religii.
Pragnął nad każdą uczciwie się zastanowić. Z pewnością jedna z pozostałych uderzy go jako zawierająca kwintesencję prawdy, której
szukał. Z pewnością jedna z nich powie mu, co się stało z duchem Tindwyl
bez wewnętrznych sprzeczności w kilku różnych miejscach.
Na razie jednak czułby się skrępowany, czytając w obecności Breeze'a.
Dlatego też zmusił się do siedzenia i cierpliwego czekania.
Komnata, w której się znajdowali, była bogato zdobiona, zgodnie z najlepszymi wzorcami starej imperialnej arystokracji. Sazed nie był
przyzwyczajony do takich ozdób, już nie. Elend sprzedał lub spalił
większość wystawnych dekoracji - jego lud potrzebował jedzenia i ciepła
podczas zimy. Wydawało się, że król Lekal tego nie zrobił, choć być może
dlatego, że zimy na południu były łagodniejsze.
Sazed wyjrzał przez okno, obok którego siedział. Miasto Lekal nie miało
prawdziwego pałacu - jeszcze przed dwoma laty była to jedynie wiejska
posiadłość. Z okien rezydencji można było jednak oglądać rozwijające się
miasto - które w tej chwili bardziej przypominało dużą dzielnicę biedoty
niż prawdziwe miasto.
Mimo to, owa dzielnica biedoty panowała nad ziemiami, które znajdowały
się niebezpiecznie blisko granic Elenda. Potrzebowali lojalności króla
Lekala. I dlatego Elend wysłał kontyngent - w tym Sazeda, swojego
głównego ambasadora - by zapewnić sobie współpracę władcy miasta Lekal.
Ten człowiek naradzał się w sąsiedniej komnacie ze swoimi doradcami,
próbując zadecydować, czy podpisać traktat - który uczyniłby ich
poddanymi Elenda Venture.
Główny ambasador Nowego Imperium...
Sazed niezbyt lubił swój nowy tytuł, sugerował on bowiem, że jest
obywatelem imperium. Terrisanie, jego lud, przysięgali, że nigdy więcej
nie będą mieli panów. Przeżyli tysiąc lat ucisku, hodowani jak zwierzęta
i przemienieni w doskonałych, uległych służących. Dopiero upadek
Ostatniego Imperium dał Terrisanom możliwość samostanowienia.
Na razie nie szło im z tym najlepiej. Oczywiście nie pomogło im to, że
Stalowi Inkwizytorzy wymordowali całą radę, która nimi rządziła,
pozostawiając lud Sazeda bez władzy i przywództwa.
W pewnym sensie i tak jesteśmy hipokrytami, pomyślał. Ostatni Imperator
był Terrisaninem. Jeden z naszych uczynił nam te straszne rzeczy. Jakim
prawem mamy się upierać, by nie nazywać żadnego obcego naszym panem? To
nie cudzoziemiec zniszczył nasz lud, naszą kulturę i religię.
I tak oto Sazed pełnił funkcję głównego ambasadora Elenda Venture. Elend
był przyjacielem, człowiekiem, którego szanował bardziej niż
kogokolwiek. W oczach Sazeda nawet sam Ocalały nie miał takiej siły
charakteru, jak Elend Venture. Cesarz nie próbował zdobyć władzy nad
Terrisanami, nawet kiedy przyjął uchodźców na swoje ziemie. Sazed nie
był pewien, czy jego rodacy są wolni, ale z pewnością mieli ogromny dług
wobec Elenda Venture. Z radością pełnił funkcję jego ambasadora.
Nawet jeśli czuł, że powinien robić coś innego. Na przykład przewodzić
swojemu ludowi.
Nie, pomyślał, spoglądając na teczkę. Nie. Nie może im przewodzić
człowiek pozbawiony wiary. Najpierw muszę znaleźć prawdę. Jeśli
istnieje.
- Z pewnością zajmuje im to dużo czasu - powiedział Breeze, zjadając
winogrono. - Można by pomyśleć, że po tym wszystkim, co im
powiedzieliśmy, żeby dotrzeć do tego punktu, powinni już wiedzieć, czy
mają zamiar podpisać traktat.
Sazed spojrzał w stronę rzeźbionych drzwi po drugiej stronie komnaty. Co
zadecyduje król Lekal? Czy naprawdę ma wybór?
- Jak sądzisz, lordzie Breeze, czy postąpiliśmy dobrze? - spytał Sazed.
Breeze prychnął.
- Dobro i zło się nie liczą. Gdybyśmy my nie przybyli, żeby zastraszyć
króla Lekala, zrobiłby to ktoś inny. Tu chodzi o konieczność
strategiczną. Albo przynajmniej ja tak to postrzegam... może jestem
bardziej wyrachowany niż inni.
Sazed spojrzał na przysadzistego mężczyznę. Breeze był Uspokajaczem - w rzeczy samej, był najbardziej bezwstydnym, ostentacyjnym Uspokajaczem,
jakiego Sazed kiedykolwiek poznał. Większość z nich korzystała ze swoich
mocy z ostrożnością i delikatnością, kierując emocjami wyłącznie w najbardziej dogodnych chwilach. Breeze jednak bawił się uczuciami
wszystkich wokół. Sazed nawet w tej chwili czuł dotknięcie mężczyzny na
swoich uczuciach - choć tylko dlatego, że wiedział, czego się
spodziewać.
- Jeśli mi wybaczysz tę uwagę, lordzie Breeze - powiedział Sazed - to
wiedz, nie oszukujesz mnie z taką łatwością, jak ci się wydaje.
Breeze uniósł brew.
- Wiem, że jesteś dobrym człowiekiem - mówił dalej Terrisanin. - Bardzo
starasz się to ukryć. Wszem wobec pokazujesz swoją bezduszność i egoizm.
Tyle że dla tych, którzy patrzą na to, co robisz, a nie tylko na to, co
mówisz, jesteś o wiele bardziej przejrzysty.
Breeze spochmurniał, a Sazed poczuł odrobinę zadowolenia, że udało mu
się go zaskoczyć. Najwyraźniej nie spodziewał się, że Sazed będzie mówił
tak otwarcie.
- Mój drogi - powiedział Uspokajacz, pociągając łyk wina - jestem
rozczarowany. Czy przed chwilą nie wspominałeś o uprzejmości? Nie jest
wcale uprzejmie wyjawiać mroczną tajemnicę starego, zrzędliwego
pesymisty.
- Mroczną tajemnicę? - powtórzył Sazed. - Że masz dobre serce?
- To cecha, której bardzo starałem się pozbyć - powiedział lekkim tonem
Breeze. - Niestety, okazałem się zbyt słaby. A teraz, by całkowicie
zmienić temat... który uważam za stanowczo zbyt niewygodny... powrócę do
twojego wcześniejszego pytania. Pytasz, czy postępujemy dobrze? To
znaczy w czym? Zmuszając króla Lekala do uznania zwierzchności Elenda?
Sazed pokiwał głową.
- Cóż - stwierdził Breeze - muszę powiedzieć, że tak, robimy dobrze.
Nasz traktat zapewni Lekalowi ochronę armii Elenda.
- Kosztem jego swobody samostanowienia.
- Phi - mruknął Uspokajacz, machnąwszy ręką. - Obaj wiemy, że Elend jest
o wiele lepszym władcą, niż Lekal mógłby się kiedykolwiek stać. Na
Ostatniego Imperatora, większość z jego ludzi mieszka w na wpół
ukończonych szopach!
- Owszem, ale musisz przyznać, że go zastraszyliśmy.
Breeze się skrzywił.
- Na tym polega polityka. Sazedzie, kuzyn tego człowieka posłał armię
kolossów, by zniszczyć Luthadel! Ma szczęście, że w odpowiedzi Elend nie
zrównał całego miasta z ziemią. Mamy większe armie, więcej zasobów i lepszych Allomantów. Tym ludziom będzie się żyło lepiej, kiedy Lekal
podpisze traktat. Co się z tobą dzieje, mój drogi? Jeszcze dwa dni temu
przy stole negocjacyjnym sam wysuwałeś takie argumenty.
- Przepraszam, lordzie Breeze - odparł Sazed. - Wydaje mi się... że
jestem ostatnio przekorny.
Breeze milczał przez chwilę.
- Wciąż boli, prawda? - spytał.
Ten człowiek stanowczo zbyt dobrze rozumie uczucia innych, pomyślał
Sazed.
- Tak - wyszeptał w końcu.
- Przestanie - stwierdził Breeze. - Kiedyś.
Naprawdę? - pomyślał Sazed, odwracając wzrok. Minął rok, a on wciąż
czuł... jakby już wszystko zawsze było nie tak. Czasami zastanawiał się,
czy zatopienie w religiach nie było sposobem ucieczki przed bólem.
Jeśli tak, to wybrał kiepski sposób na poradzenie sobie z sytuacją, ból
bowiem czekał na niego zawsze. Zawiódł. Nie, to wiara go zawiodła. Nic
mu nie pozostało.
Po prostu wszystko... zniknęło.
- Posłuchaj - powiedział Breeze - siedzenie tutaj i czekanie, aż Lekal
podejmie decyzję, najwyraźniej wywołuje w nas niepewność. Może
porozmawiamy o czymś innym? Może opowiesz mi o jednej z tych religii,
które znasz na pamięć. Od miesięcy nie próbowałeś mnie nawrócić!
- Od ponad roku nie noszę miedziomyśli, Breeze.
- Ale z pewnością coś pamiętasz. Dlaczego nie spróbujesz mnie nawrócić?
Wiesz, w imię starych dobrych czasów i tak dalej.
- Nie sądzę, Breeze.
Wydawało mu się to czymś w rodzaju zdrady własnego dziedzictwa. Jako
Opiekun - terrisański Feruchemik - umiał przechowywać wspomnienia w kawałkach miedzi, a później po nie sięgać. W czasach Ostatniego Imperium
podobni Sazedowi wiele wycierpieli, by zebrać ogromne zasoby wiedzy, i to nie tylko na temat religii. Zbierali wszystkie odłamki informacji,
jakie udało im się znaleźć o czasach przed Ostatnim Imperatorem.
Zapamiętywali je i przekazywali innym, dla zachowania dokładności
polegając na Feruchemii.
Nie odnaleźli jednak jednej rzeczy, której szukali najbardziej gorliwie,
od której zaczęli swoją misję - religii Terris. Została zupełnie
wymazana przez Ostatniego Imperatora w pierwszym stuleciu jego rządów.
Mimo to, tak wielu pracowało, krwawiło i umierało, by Sazed mógł
otrzymać ogromne zasoby, które odziedziczył. A on je zdjął. Po
odzyskaniu swoich notatek na temat każdej religii, zapisaniu ich na
kartkach, które teraz nosił w teczce, zdjął wszystkie swoje metalmyśli i je schował.
Po prostu... nie miały już znaczenia. Czasami nic nie miało. Próbował
nie zastanawiać się na tym zbyt długo, lecz w jego głowie ukrywała się
myśl, straszliwa i niemożliwa do odegnania. Czuł się splamiony,
niegodny. O ile Sazed wiedział, był ostatnim żyjącym Feruchemikiem. Nie
mieli na razie możliwości przeprowadzenia poszukiwań, lecz w ciągu roku
żadni Opiekunowie nie dotarli na ziemie Elenda. Został tylko Sazed. A on, jak każdy terrisański lokaj, został w dzieciństwie wykastrowany.
Dziedziczna moc Feruchemii może umrzeć razem z nim. Pozostanie niewielki
ślad pośród Terrisan, ale biorąc pod uwagę wysiłki Ostatniego
Imperatora, by go usunąć, i śmierć Synodu... sytuacja nie wyglądała
dobrze.
Metalmyśli pozostały zapakowane, zabierał je wszędzie ze sobą, ale z nich nie korzystał. Wątpił, by miał kiedykolwiek do nich sięgnąć.
- I jak? - spytał Breeze. Podniósł się i podszedł bliżej, po czym oparł
się o okno obok Sazeda. - Nie opowiesz mi o religii? Która to będzie?
Ta, w której ludzie tworzyli mapy? Ta, która oddawała cześć roślinom? Z pewnością masz taką, w której wielbią wino. Ona mogłaby mi się spodobać.
- Proszę, lordzie Breeze - powiedział Sazed, wyglądając na miasto. Padał
popiół. Ostatnio ciągle padał. - Nie chcę o tym rozmawiać.
- Co? Jak to możliwe?
- Gdyby istniał Bóg, Breeze - stwierdził Terrisanin - jak myślisz, czy
pozwoliłby, żeby Ostatni Imperator zabił tylu ludzi? Czy pozwoliłby,
żeby świat stał się takim miejscem, jakim jest teraz? Nie będę nauczał
ciebie... ani nikogo innego... religii, która nie potrafi odpowiedzieć
na moje pytania. Już nigdy.
Breeze milczał.
Sazed położył rękę na brzuchu. Słowa Breeze'a go raniły. Przypominały mu
tamten straszliwy czas przed rokiem, gdy została zabita Tindwyl. Kiedy
Sazed walczył z Marshem przy Studni Wstąpienia i sam omal nie zginął.
Nawet przez ubranie czuł blizny na brzuchu, gdzie Marsh uderzył go
woreczkiem metalowych pierścieni, przebijając skórę Sazeda i niemal go
zabijając.
Wykorzystał feruchemiczną moc tych właśnie pierścieni, by uratować życie
i uleczyć ciało, zatapiając je wewnątrz siebie. Niedługo po ich ponownym
napełnieniu i zgromadzeniu odpowiedniej ilości zdrowia, kazał chirurgowi
usunąć pierścienie z ciała. Mimo sprzeciwów Vin, że ukrycie ich w środku
daje mu przewagę, Sazed martwił się, że trzymanie ich wewnątrz ciała
jest niebezpieczne dla zdrowia. Poza tym chciał się ich pozbyć.
Breeze wyjrzał przez okno.
- Zawsze byłeś najlepszym z nas, Sazedzie - powiedział cicho. - Ponieważ
w coś wierzyłeś.
- Przykro mi, lordzie Breeze. Nie chciałem cię rozczarować.
- Ależ wcale mnie nie rozczarowujesz - sprzeciwił się Breeze. - Ponieważ
nie wierzę w to, co powiedziałeś. Bycie ateistą nie leży w twojej
naturze, Sazedzie. Czuję, że nie będziesz w tym dobry... to do ciebie
nie pasuje. W końcu ci się odmieni.
Sazed zachował spokój. Jak na Terrisanina, uważano go za aroganckiego,
ale nie miał ochoty się dłużej kłócić.
- Nigdy ci nie podziękowałem - powiedział Breeze.
- Za co, lordzie Breeze?
- Za wyciągnięcie mnie z samego siebie - odparł. - Za zmuszenie mnie do
wstania, rok temu, i ruszenia dalej. Gdybyś mi nie pomógł, nie wiem, czy
kiedykolwiek pogodziłbym się z tym... co się wydarzyło.
Sazed pokiwał głową. Mimo to, jego myśli były pełne goryczy.
Tak, widziałeś zniszczenie i śmierć, przyjacielu. Ale kobieta, którą ty
kochasz, wciąż żyje. Ja też mógłbym powrócić, gdybym jej nie utracił.
Wróciłbym do siebie, tak jak ty.
Drzwi się otworzyły.
Sazed i Breeze odwrócili się. Do środka wszedł jeden z doradców, niosąc
ozdobny arkusz pergaminu. Król Lekal podpisał traktat na dole. Jego
podpis był malutki, niemal ściśnięty, na przeznaczonym na niego dużym
miejscu. Wiedział, że został pokonany.
Doradca położył traktat na stole i się wycofał.
5
5
Elend ukląkł obok powalonego Inkwizytora, próbując zignorować krwawe
resztki głowy stwora. Gdy Vin podeszła bliżej, zauważył ranę na jej
ramieniu. Jak zwykle, ignorowała swoje obrażenia.
Armia kolossów stała spokojnie wokół nich. Elend wciąż nie czuł się
swobodnie, panując nad stworami. Czuł się... skażony, nawet przebywając
w ich otoczeniu. To jednak było jedyne rozwiązanie.
- Coś jest nie tak, Elendzie - powiedziała Vin.
Uniósł wzrok.
- Co? Myślisz, że w okolicy może być jeszcze jeden?
Pokręciła głową.
- Nie to. Ten Inkwizytor pod koniec poruszał się stanowczo za szybko.
Nigdy nie widziałam nikogo, nawet Allomanty, kto byłby tak szybki.
- Musiał mieć duraluminium - rzekł Elend, spuszczając wzrok.
Przez jakiś czas wraz z Vin mieli przewagę dzięki dostępowi do
allomantycznego metalu, o którym Inkwizytorzy nie wiedzieli. Raporty
wskazywały, że utracili już tę przewagę.
Na szczęście, wciąż mieli elektrum. Atium dla ubogich. Właściwie powinni
podziękować za nie Ostatniemu Imperatorowi. W normalnej sytuacji
Allomanta spalający atium - które pozwalało mu spojrzeć odrobinę w przyszłość - był niemal niepokonany. Przeciwko niemu mógł walczyć
jedynie inny Allomanta spalający ten sam metal. Chyba że ktoś miał
elektrum. Stop nie dawał tak wielkiej mocy, ale czynił niewrażliwym na
atium, co było bezcenne.
- Elendzie - powiedziała Vin, klękając - to nie było duraluminium.
Inkwizytor poruszał się zdecydowanie za szybko.
Elend spochmurniał. Widział ruch Inkwizytora jedynie kątem oka, ale z pewnością nie był aż tak szybki. Vin miała skłonność do paranoi i przewidywania najgorszego.
Oczywiście, miała też w zwyczaju nieomylność.
Wyciągnęła rękę i chwyciła przód szaty trupa, zrywając ją. Elend
odwrócił wzrok.
- Vin! Miej trochę szacunku dla umarłych.
- Dla tych stworów nie mam szacunku - sprzeciwiła się - i nigdy nie będę
go miała. Widziałeś, jak próbował użyć jednego ze swoich kolców, żeby
cię zabić.
- To rzeczywiście było dziwne. Może czuł, że nie zdoła dotrzeć do
toporów?
- Popatrz.
Elend znów się odwrócił. Inkwizytor miał większość standardowych kolców
- trzy między żebrami po prawej stronie piersi, a cztery po lewej.
Brakowało kolca atium, więc być może Inkwizytor był pierwotnie Zrodzonym
z Mgły. Ale... był jeszcze jeden - nie miały go trupy Inkwizytorów,
które Elend widział wcześniej - przebijający środek piersi.
Na Ostatniego Imperatora, pomyślał Elend. Ten musiał przebić serce. Jak
on to przeżył? Oczywiście, skoro dwa kolce w mózgu go nie zabiły, to
jeden w sercu też pewnie nie.
Vin sięgnęła i wyrwała kolec. Elend się skrzywił. Uniosła kawałek
metalu, marszcząc czoło.
- Cyna z ołowiem - powiedziała.
- Naprawdę?
Pokiwała głową.
- To daje nam jedenaście kolców. Dwa w oczodołach i jeden w ramionach,
wszystkie ze stali. Siedem między żebrami, dwa stalowe, cztery z brązu i jeden ze złota. A teraz ten, z cyny z ołowiem... nie wspominając już o tym, którym próbował cię przebić i który wygląda na stalowy.
Elend przyglądał się kolcowi w jej dłoni. W Allomancji i Feruchemii
różne metale miały różne działania - mógł się jedynie domyślać, że dla
Inkwizytorów typ metalu wykorzystany w kolcach też miał znaczenie.
- Może nie wykorzystują Allomancji, tylko jakąś... trzecią moc?
- Może - odpowiedziała Vin, chwyciła kolec i się wyprostowała. - Musimy
rozciąć żołądek i sprawdzić, czy ma atium.
- Możliwe że ten w końcu będzie je miał.
Zawsze na wszelki wypadek spalali elektrum; dotychczas żaden Inkwizytor,
którego spotkali, nie miał atium.
Vin potrząsnęła głową, spoglądając na pokryte popiołem pole bitwy.
- Czegoś nie dostrzegamy, Elendzie. Jesteśmy jak dzieci, grające w grę,
którą podpatrzyły u rodziców, lecz nieznające jej zasad. A... nasz
przeciwnik stworzył tę grę.
Elend okrążył trupa i podszedł do niej.
- Vin, nawet nie wiemy, czy to coś tu jest. Ta istota, którą widzieliśmy
rok temu przy Studni... może jej już nie ma. Może odeszła, skoro jest
wolna. Być może tylko tego pragnęła.
Vin spojrzała na niego. W jej oczach widział, że w to nie wierzy. Może
zauważyła, że on sam też w to nie wierzy.
- Jest gdzieś tam, Elendzie - wyszeptała. - Kieruje Inkwizytorami, wie,
co robimy. Dlatego kolossy zawsze atakują miasta, do których się
zbliżamy. Ma władzę nad światem, może zmienić tekst, który został
napisany, wywołując nieporozumienia i dezorientację. Zna nasze plany.
Elend położył dłoń na jej ramieniu.
- Ale dziś go pokonaliśmy... i podesłał nam tę podręczną armię kolossów.
- Ilu ludzi straciliśmy, próbując zdobyć tę siłę?
Elend nie musiał odpowiadać. Zbyt wielu. Ich liczba malała. Mgły -
Głębia - stawały się coraz potężniejsze, dusząc pojedynczych ludzi i zabijając plony pozostałych. Zewnętrzne Dominia zostały spustoszone,
jedynie na terenach najbliższych stolicy, Luthadel, wystarczało słońca,
by uprawiać rośliny. A ten teren stopniowo się zmniejszał.
Nadzieja, pomyślał Elend. Potrzebuje jej, zawsze jej ode mnie
potrzebowała. Mocniej zacisnął dłoń na jej ramieniu, po czym ją
przytulił.
- Pokonamy to, Vin. Znajdziemy sposób.
Nie sprzeciwiła mu się, ale wyraźnie nie była przekonana. Mimo to,
pozwalała mu się tulić, przymknęła oczy i oparła głowę o jego pierś.
Stali na polu bitwy obok powalonego wroga, lecz nawet Elend musiał
przyznać, że to nie było wielkie zwycięstwo. Nie, kiedy świat wokół nich
się walił.
Nadzieja! - pomyślał znowu. Należę teraz do Kościoła Ocalałego. A ma on
tylko jedno przykazanie.
Przeżyć.
- Daj mi jednego z kolossów - powiedziała w końcu Vin, wysuwając się z jego objęć.
Elend uwolnił jednego ze stworów średniej wielkości, pozwalając, by Vin
nad nim zapanowała. Wciąż nie do końca rozumiał, jak kierowali tymi
stworami. Gdy raz zapanował nad istotą, mógł ją kontrolować bez przerwy
- czy spał, czy był przytomny, spalał metale czy też nie. Wielu kwestii
związanych z Allomancją nie pojmował. Swoich mocy używał zaledwie od
roku, a rozpraszała go konieczność rządzenia imperium i nakarmienia
swojego ludu, nie wspominając o wojnach. Nie miał wiele czasu na
ćwiczenia.
Oczywiście, Vin miała jeszcze mniej czasu na ćwiczenia, nim zabiła
samego Ostatniego Imperatora. Ona jednak była wyjątkowym przypadkiem -
korzystała z Allomancji z taką łatwością, z jaką inni ludzie oddychali,
w jej wypadku była to mniej umiejętność, a bardziej część jej istoty.
Elend być może miał większą surową moc - jak się zawsze upierała - lecz
to ona była prawdziwym mistrzem.
Samotny koloss Vin podszedł i podniósł Inkwizytora oraz jego kolec.
Później Elend i Vin zeszli ze wzgórza - sługa podążył za nimi - w stronę
ludzkiej armii. Na rozkaz Elenda kolossy się rozstąpiły, robiąc im
przejście. Stłumił drżenie, gdy nimi kierował.
Fatren, brudny mężczyzna, który rządził miastem, przygotował już miejsce
do oceny stanu rannych - choć Elend nie wierzył zbytnio w umiejętności
chirurgów skaa.
- Dlaczego się zatrzymali? - spytał Fatren, stając przed swoimi ludźmi,
gdy Vin i Elend zbliżyli się do nich.
- Obiecałem ci drugą armię, lordzie Fatrenie - odparł Elend. - Oto ona.
- Kolossy? - spytał.
Elend pokiwał głową.
- Ale to armia, która przybyła nas zniszczyć.
- A teraz należą do nas - stwierdził Elend. - Twoi ludzie świetnie sobie
poradzili. Upewnij się, że zrozumieją, że to zwycięstwo należy do nich.
Musieliśmy zmusić Inkwizytora do pokazania się, a jedynym sposobem było
zmuszenie jego armii do zwrócenia się przeciwko sobie. Kolossy zaczynają
się bać, kiedy widzą, jak coś małego pokonuje coś dużego. Twoi ludzie
dzielnie walczyli i dzięki nim te kolossy należą do nas.
Fatren podrapał się po brodzie.
- Czyli - powiedział powoli - zaczęły się nas bać, więc przeszły na
naszą stronę?
- Coś w tym rodzaju - zgodził się Elend, spoglądając na żołnierzy. W myślach rozkazał kilku kolossom wystąpić do przodu. - Te stwory będą
słuchać rozkazów mężczyzn z tej grupy. Niech zaniosą rannych z powrotem
do miasta. Upewnij się jednak, czy twoi ludzie nie będą atakować ani
karać kolossów. One są teraz naszymi sługami, rozumiesz?
Fatren pokiwał głową.
- Chodźmy - powiedziała Vin, patrząc na miasteczko. W jej głosie
zabrzmiała ekscytacja.
- Lordzie Fatrenie, chcesz iść z nami czy wolisz nadzorować swoich
ludzi? - spytał Elend.
Mężczyzna zmrużył oczy.
- Co macie zamiar zrobić?
- W waszym mieście jest coś, co musimy zabrać.
Fatren zawahał się jedynie na chwilę.
- W takim razie pójdę.
Wydał rozkazy swoim ludziom, Vin zaś czekała z niecierpliwością. Elend
uśmiechnął się do niej. W końcu Fatren dołączył do nich i cała trójka
ruszyła z powrotem w stronę bramy Vetitan.
- Lordzie Fatrenie... - zaczął Elend po drodze - od tej chwili
powinieneś się do mnie zwracać "milordzie".
Fatren przerwał nerwową obserwację otaczających ich kolossów.
- Rozumiesz? - spytał Venture i spojrzał mu w oczy.
- Eee... tak. Milordzie.
Elend pokiwał głową, a wtedy Fatren cofnął się nieco, jakby nieświadomie
okazując szacunek. Nie wydawał się zbuntowany - na razie pewnie cieszył
się, że żyje. Być może w końcu znienawidzi Elenda za przejęcie władzy
nad jego miastem, ale wtedy nie będzie miał już wiele do powiedzenia.
Mieszkańcy przyzwyczają się do bezpieczeństwa, jakie oznaczała
przynależność do większego imperium, a opowieści o tym, jak Elend w tajemniczy sposób zapanował nad kolossami - i w ten sposób uratował
miasteczko - będą miały swoją moc. Fatren już nigdy nie przejmie władzy.
Jakże łatwo przychodzi mi dowodzenie, pomyślał Elend. Przed niecałymi
dwoma laty popełniałem więcej błędów niż ten mężczyzna. On przynajmniej
zachował jedność mieszkańców w czasie kryzysu. Ja utraciłem tron i Vin
musiała odzyskać go dla mnie.
- Martwię się o ciebie - odezwała się Vin. - Czy musiałeś zacząć bitwę
beze mnie?
Elend spojrzał w bok. W jej głosie nie było wyrzutu. Jedynie troska.
- Nie byłem pewien kiedy... albo czy w ogóle... przybędziesz -
powiedział. - To była zbyt dobra okazja. Kolossy maszerowały przez cały
dzień. Zabiliśmy pewnie z pięć setek, zanim w ogóle zaczęły atakować.
- A Inkwizytor? - spytała. - Naprawdę sądziłeś, że sam go pokonasz?
- A ty? - odpowiedział pytaniem na pytanie. - Walczyłaś z nim dobre pięć
minut, zanim do was dotarłem i mogłem pomóc.
Vin nie sięgnęła do oczywistego argumentu - że to ona miała większe
osiągnięcia jako Zrodzony z Mgły. Miast tego tylko szła w milczeniu.
Wciąż się o niego martwiła, nawet jeśli już nie próbowała chronić go
przed niebezpieczeństwem. Zarówno jej troska, jak i gotowość pozwolenia
mu na podejmowanie ryzyka były częścią jej miłości. A on szczerze
doceniał oba elementy.
Starali się jak najwięcej przebywać razem, ale nie zawsze było to
możliwe - na przykład, kiedy Elend odkrył armię kolossów maszerującą na
bezbronne miasteczko, podczas gdy Vin dostarczała rozkazy Penrodowi w Luthadel. Elend miał nadzieję, że wróci do jego obozu na czas, by się
dowiedzieć, gdzie się udał, i ruszy na pomoc, ale nie mógł czekać. Nie,
gdy chodziło o życie tysiąca ludzi.
Tysiąca ludzi... i jeszcze więcej.
W końcu dotarli do bram. Tłumy żołnierzy, którzy albo dotarli za późno,
by wziąć udział w walce, albo za bardzo się bali, by zaatakować,
tłoczyły się na wale, patrząc na nich z podziwem. Kilka tysięcy kolossów
minęło ludzi Elenda i próbowało zaatakować miasteczko. Teraz stały
nieruchomo - na jego bezgłośny rozkaz - i czekały pod wałem.
Żołnierze otworzyli bramę, wpuszczając do środka Vin, Elenda, Fatrena i samotnego kolossa. Większość z nich spoglądała na stwora z nieufnością -
i dobrze. Vin kazała mu położyć martwego Inkwizytora i ruszyć za nimi
przez zasypane popiołem ulice. Vin miała swoje metody - im więcej ludzi
widziało kolossy i się do nich przyzwyczajało, tym lepiej. Dzięki temu
bestie wywoływały mniejszy strach i ludziom łatwiej się walczyło, jeśli
mieli im stawić czoła w bitwie.
Wkrótce dotarli do budynku Zakonu, który Elend zobaczył, gdy po raz
pierwszy wszedł do miasta. Koloss Vin podszedł i zaczął zrywać deski.
- Budynek Zakonu? - spytał Fatren. - Już go przeszukaliśmy. Co tam
takiego jest?
Elend spojrzał na niego z ukosa.
- Milordzie - dodał Fatren.
- Chodzi o to, że Stalowy Zakon był bezpośrednio związany z Ostatnim
Imperatorem - stwierdził Elend.
Koloss otworzył drzwi. Wszedłszy do środka, Elend spalił cynę,
wzmacniając wzrok, by widzieć w słabym świetle. Vin, która najwyraźniej
zrobiła to samo, nie miała problemów z wyszukiwaniem drogi między
połamanymi deskami i meblami. Najwyraźniej ludzie Fatrena nie tylko
"przeszukali" budowlę, lecz i ją splądrowali.
- Ale obligatorów zakonu nie ma już w mieście, milordzie. Wszyscy
odeszli ze szlachetnie urodzonymi.
- Obligatorzy nadzorowali pewne ważne projekty, Fatrenie - zauważył
Elend. - Na przykład, odkrywanie sposobu wykorzystania nowych metali
allomantycznych albo poszukiwanie czystych linii terrisańskiej krwi.
Jeden z tych projektów szczególnie nas interesuje.
- Tutaj - odezwała się Vin, stając przy czymś umieszczonym w podłodze. -
Ukryta klapa.
Fatren spojrzał z powrotem w stronę wejścia, być może żałując, że nie
zabrał ze sobą paru żołnierzy. Obok klapy Vin zapaliła latarnię, którą
udało jej się gdzieś znaleźć. W ciemnościach piwnicy nie pomagała nawet
cyna. Kobieta podniosła klapę i zaczęli schodzić po drabinie. W końcu
dotarli do piwnicy na wino.
Elend stanął pośrodku niewielkiej, nienaruszonej piwniczki, a Vin
zaczęła sprawdzać ściany.
- Mam - powiedziała po chwili, stukając pięścią we fragment ściany z kamiennych bloków.
Elend podszedł do niej. Rzeczywiście, między kamieniami była wąska
szpara, niemal niewidoczna. Spaliwszy stal, Elend widział dwie słabe
niebieskie linie prowadzące do metalowych płyt ukrytych za kamieniem.
Dwie mocniejsze linie sięgały do tyłu, w stronę dużej metalowej płyty
umieszczonej w murze, starannie przymocowanej ogromnymi śrubami do
kamienia.
- Gotowy? - spytała Vin.
Elend pokiwał głową i rozjarzył żelazo. Oboje Przyciągnęli płytę ukrytą
w kamiennej ścianie, zapewniając sobie równowagę przez Przyciąganie
płyty za plecami.
Nie po raz pierwszy Elend był pod wrażeniem dalekowzroczności Zakonu.
Jak mogli wiedzieć, że pewnego dnia grupa skaa zdobędzie władzę nad tym
miastem? A jednak te drzwi nie tylko zostały ukryte - wykonano je w taki
sposób, że mógł je otworzyć jedynie ktoś obdarzony Allomancją. Elend
nadal Przyciągał w dwie strony jednocześnie, czując się tak, jakby jego
ciało rozszarpywały dwa konie. Na szczęście, miał jeszcze moc cyny z ołowiem, by wzmocnić ciało i nie pozwolić, by zostało rozerwane. Stojąca
obok Vin stęknęła z wysiłku i wkrótce fragment ściany zaczął się
odsuwać. Nikomu nie udałoby się wyważyć grubej kamiennej ściany, a przebicie się wymagałoby długotrwałych wysiłków. Z pomocą Allomancji
otworzyli drzwi w ciągu kilku chwil.
W końcu puścili. Vin sapnęła i Elend widział, że dla niej był to większy
wysiłek niż dla niego. Czasem uważał za niesprawiedliwy fakt, że to on
ma więcej mocy - w końcu posługiwał się Allomancją o wiele krócej.
Vin podniosła latarnię i weszli do nowego pomieszczenia. Podobnie jak
dwie jaskinie, które widzieli wcześniej, tak i ta była olbrzymia.
Sięgała daleko, blask ich lampy robił jedynie niewielki wyłom w ciemnościach. Fatren sapnął w zadziwieniu, gdy dołączył do nich w wejściu. Salę wypełniały półki. Setki, tysiące półek.
- Co to? - spytał Fatren.
- Żywność - odparł Elend. - I podstawowe zapasy. Leki, tkaniny, woda.
- Tak dużo - powiedział Fatren. - Tutaj, przez cały czas...
- Zbierz więcej ludzi - stwierdził Venture. - Żołnierzy. Muszą pilnować
wejścia, żeby nikt się nie włamał i nie ukradł zapasów.
Twarz Fatrena spochmurniała.
- To miejsce należy do moich ludzi.
- Moich ludzi, Fatrenie - stwierdził Elend, patrząc, jak Vin wchodzi w głąb sali, niosąc ze sobą światło. - To miasto należy teraz do mnie,
podobnie jak wszystko, co w nim jest.
- Przyszedłeś, żeby nas obrabować - oskarżył go Fatren. - Jak ci
bandyci, którzy przed rokiem próbowali zdobyć miasto.
- Nie - sprzeciwił się Elend, odwracając się w stronę pokrytego sadzą
mężczyzny. - Ja przybyłem was podbić. To pewna różnica.
- Nie widzę jej.
Elend zacisnął zęby, by nie warknąć na mężczyznę. Zmęczenie, wyczerpanie
kierowaniem imperium, które wydawało się skazane na zagładę - to
wszystko ostatnio często sprawiało, że tracił panowanie nad sobą. Nie,
powiedział sobie w duchu. Ludzie tacy jak Fatren nie potrzebują
kolejnego tyrana. Potrzebują kogoś, na kim mogą się wzorować.
Elend podszedł do mężczyzny i celowo nie wykorzystał emocjonalnej
Allomancji. Uspokajanie było skuteczne w wielu sytuacjach, ale jego
efekt szybko mijał. To nie był sposób na zyskanie trwałych sojuszników.
- Lordzie Fatrenie - powiedział Elend. - Chciałbym, żebyś starannie
rozważył to, o co się teraz spierasz. Co by się stało, gdybym
rzeczywiście was zostawił? Z tak wielką ilością jedzenia, z tak wielkim
bogactwem tutaj, na dole? Czy możesz zaufać, że mieszkańcy nie spróbują
się tu włamać, że żołnierze nie spróbują sprzedać części tego w innych
miastach? Co się stanie, gdy tajemnica waszych zapasów jedzenia wyjdzie
na jaw? Czy przywitasz z otwartymi ramionami tysiące uchodźców, którzy
tu przybędą? Czy ochronisz ich i tę jaskinię przed bandytami i zbójcami,
którzy pojawią się później?
Fatren milczał.
Elend położył mu dłoń na ramieniu.
- Mówiłem poważnie, lordzie Fatrenie. Twoi ludzie dobrze walczyli,
jestem pod wrażeniem. Za swoje ocalenie powinni być wdzięczni tobie,
twojej zdolności przewidywania i szkoleniu. Jeszcze kilka godzin temu
zakładali, że zostaną wymordowani przez kolossy. Teraz nie tylko są
bezpieczni, ale znajdują się pod ochroną o wiele większej armii. Nie
walcz z tym. Dobrze sobie radziliście, ale nadszedł czas, kiedy
potrzebujecie sojuszników. Nie okłamię cię... zabiorę zawartość tej
jaskini, niezależnie od tego, czy będziecie stawiać opór. Ale mam zamiar
zapewnić wam ochronę moich armii, jak również daję ci słowo honoru, że
wciąż możesz rządzić swoimi ludźmi w moim imieniu. Musimy współpracować,
lordzie Fatrenie. Tylko w ten sposób wszyscy przetrwamy kolejne kilka
lat.
Fatren podniósł wzrok.
- Oczywiście macie rację - powiedział - choć bardzo chciałbym temu
zaprzeczyć. Pójdę po tych ludzi, o których prosiliście, milordzie.
- Dziękuję - odparł Elend. - A jeśli masz kogoś, kto umie pisać,
przyślij go do mnie. Musimy spisać to, co mamy na dole.
Fatren pokiwał głową i wyszedł.
- Kiedyś tego nie potrafiłeś - powiedziała z pewnej odległości Vin. Jej
głos odbijał się echem od ścian jaskini.
- To znaczy czego?
- Wydawać rozkazów z taką mocą - wyjaśniła. - Odebrać mu władzy. Kiedyś
pozwoliłbyś tym ludziom zdecydować, czy chcą stać się częścią twojego
imperium.
Elend spojrzał w stronę wejścia. Przez chwilę stał w milczeniu. Nie
wpływał na uczucia za pomocą Allomancji, a jednak miał wrażenie, że
zastraszył Fatrena.
- Czasem czuję, że zawiodłem, Vin. Musi istnieć jakiś inny sposób.
- Nie w tej chwili - sprzeciwiła się Vin, podchodząc do niego. Położyła
mu dłoń na ramieniu. - Potrzebują cię, Elendzie. Wiesz, że tak jest.
Pokiwał głową.
- Wiem. Tylko nie mogę przestać myśleć, że lepszy człowiek znalazłby
sposób na to, by skłonić ludzi do współpracy z własnej woli.
- Tak też zrobiłeś. Twoje zgromadzenie parlamentarne nadal rządzi
Luthadel, a królestwa, którymi władasz, zachowały podstawowe prawa i przywileje skaa.
- Kompromisy - stwierdził Elend. - Robią to, co chcą, o ile ja się z tym
zgadzam.
- Wystarczy. Musisz być realistą.
- Kiedy spotykaliśmy się z przyjaciółmi, to ja mówiłem o idealnych
marzeniach, o wspaniałych rzeczach, jakich dokonamy. Zawsze byłem
idealistą.
- Cesarzowie nie mogą sobie pozwolić na ten luksus - powiedziała cicho
Vin.
Elend spojrzał na nią, po czym odwrócił się z westchnieniem.
***
Vin stała i obserwowała Elenda w zimnym świetle latarni. Nie mogła
patrzeć na taki żal, takie... rozczarowanie. W pewnym sensie jego obecne
problemy wydawały się gorsze niż zwątpienie w siebie, z którym walczył
niegdyś. Wydawało się, że postrzega swoje życie jako porażkę,
niezależnie od tego, co osiągnął.
A jednak nie rozwodził się nad tą porażką. Ruszał dalej i działał, mimo
żalu. Stwardniał. Samo w sobie nie było to niczym złym. Wielu ignorowało
dawnego Elenda jako geniusza, który miał wspaniałe pomysły, ale nie
umiał przewodzić. Mimo to tęskniła za tym, co zniknęło. Za prostym
idealizmem. Elend pozostawał optymistą i uczonym, lecz obie te cechy
wydawały się osłabione przez to, co musiał znieść.
Patrzyła, jak idzie wzdłuż jednej z półek, ścierając palcem kurz. Uniósł
palec, przez chwilę mu się przyglądał, po czym pstryknął, wyrzucając w powietrze chmurkę kurzu. Broda sprawiała, że wydawał się bardziej
szorstki, niczym dowódca w czasie wojny, którym przecież był. Rok
solidnych ćwiczeń z Allomancją i mieczem wzmocnił jego ciało i wkrótce
będzie musiał zamawiać nowe mundury. Ten, który w tej chwili miał na
sobie, wciąż nosił ślady bitwy.
- To miejsce jest wspaniałe, prawda? - spytał Elend.
Vin odwróciła się i spojrzała w mrok jaskini.
- Pewnie tak.
- On wiedział, Vin - stwierdził Elend. - Ostatni Imperator. Podejrzewał,
że ten dzień nadejdzie, dzień, kiedy mgły powrócą i zacznie brakować
żywności. Dlatego przygotował te magazyny.
Vin dołączyła do Elenda przy jednej z półek. Z wizyt w poprzednich
jaskiniach wiedziała, że żywność nadal będzie się nadawała do jedzenia.
Większość została wyprodukowana w fabrykach konserw Ostatniego
Imperatora i mogła przetrwać wiele lat. Zapasy z tej jednej jaskini
zapewniłyby miasteczku na górze wyżywienie na długi czas. Niestety, Vin
i Elend musieli się martwić o więcej niż jedno miasto.
- Wyobraź sobie, jaki to był wysiłek - odezwał się znów Elend, unosząc w dłoni puszkę z duszoną wołowiną. - Musiał co kilka lat wymieniać
żywność, ciągle pakować i przechowywać nowe zapasy. Robił to przez
stulecia, i nikt się o tym nie dowiedział.
Vin wzruszyła ramionami.
- Nie jest tak trudno zachować tajemnicę, gdy jest się boskim
imperatorem z fanatyczną klasą kapłańską.
- Owszem, ale sam wysiłek... zakres tego wszystkiego... - Elend zamilkł
i spojrzał na Vin. - Wiesz, co to znaczy?
- Co?
- Ostatni Imperator sądził, że to się da pokonać. Głębię, istotę, którą
uwolniliśmy. Ostatni Imperator sądził, że w końcu uda mu się zwyciężyć.
Vin prychnęła.
- To może mieć zupełnie inne znaczenie, Elendzie.
- Dlaczego w takim razie przez to wszystko przechodził? Musiał uważać,
że walka nie jest pozbawiona nadziei.
- Ludzie walczą, Elendzie. Nawet umierające zwierzę nie przestaje
walczyć, zrobi wszystko, by pozostać przy życiu.
- Musisz jednak przyznać, że te jaskinie to dobry znak - powiedział
Elend.
- Dobry znak? - powtórzyła cicho Vin, podchodząc bliżej. - Elendzie,
wiem, że próbujesz odnaleźć w tym wszystkim nadzieję, ale ja ostatnio
mam problem z zauważaniem "dobrych znaków". Musisz przyznać, że słońce
robi się ciemniejsze. Bardziej czerwone. Tu, na południu, jest jeszcze
gorzej.
- Wątpię, by słońce się zmieniło. To wszystko przez ten dym i popiół w powietrzu.
- Co stanowi kolejny problem - stwierdziła Vin. - Popiół pada w tej
chwili niemal bez przerwy. Ludzie mają problemy z oczyszczaniem ulic.
Zasłania światło, zaciemnia wszystko. Nawet jeśli mgły nie zabiją
przyszłorocznych plonów, zrobi to popiół. Poprzedniej zimy... kiedy
walczyliśmy przeciwko kolossom w Luthadel... po raz pierwszy widzieliśmy
śnieg w Środkowym Dominium, a ostatnia zima była jeszcze gorsza. Z tym
nie możemy walczyć, niezależnie od rozmiarów naszej armii!
- I co według ciebie mam zrobić, Vin? - spytał Elend, odstawiając z hukiem puszkę na półkę. - Kolossy zbierają się w Dominiach Zewnętrznych.
Jeśli nie przygotujemy obrony, nasi ludzie nie zdążą umrzeć z głodu.
Vin potrząsnęła głową.
- Armie to rozwiązanie krótkoterminowe. To - szerokim gestem objęła
jaskinię - rozwiązanie krótkoterminowe. Co my tu robimy?
- Przeżywamy. Kelsier powiedział...
- Kelsier nie żyje! - warknęła Vin. - Czy tylko ja spostrzegam w tym
ironię? Nazywamy go Ocalałym, ale on nie ocalał! Świadomie uczynił z siebie męczennika. Popełnił samobójstwo. To nazywasz przeżyciem?
Przez chwilę stała bez ruchu, spoglądając na Elenda i dysząc ciężko. On
wytrzymał jej wzrok, wyraźnie niezrażony tym wybuchem.
Co ja robię? - pomyślała Vin. Przed chwilą myślałam, jak bardzo
podziwiam nadzieję Elenda. Dlaczego teraz się z nim kłócę?
Znajdowali się na krawędzi wytrzymałości. Oboje.
- Nie mam dla ciebie odpowiedzi, Vin - powiedział Elend w mroku jaskini.
- Nie mam pojęcia, jak walczyć przeciwko mgłom. Armiami jednak umiem się
zająć. A przynajmniej zaczynam się tego uczyć.
- Przepraszam - powiedziała Vin, odwracając się. - Nie chciałam się
kłócić, ale to takie frustrujące.
- Robimy postępy. Znajdziemy rozwiązanie. Przeżyjemy, Vin.
- Naprawdę myślisz, że nam się to uda? - spytała ponownie odwracając
się, by spojrzeć mu w oczy.
- Tak - odpowiedział.
I uwierzyła mu. Miał nadzieję, jak zawsze. Między innymi dlatego tak
bardzo go kochała.
- Chodź - powiedział Elend, kładąc jej dłoń na ramieniu. - Znajdźmy to,
po co przyszliśmy.
Vin dołączyła do niego, pozostawiając z tyłu swojego kolossa. Przy
akompaniamencie dochodzącego z góry odgłosu kroków ruszyli w głąb
jaskini. Przybyli do tego miejsca z więcej niż jednego powodu. Żywność i zapasy - których niekończące się półki mijali - były ważne. Ale prócz
tego było coś jeszcze.
Na końcu surowej jaskini znajdowała się duża metalowa płyta przymocowana
do ściany. Vin przeczytała na głos słowa, które na niej napisano.
- "Oto ostatni metal, o którym wam opowiem" - przeczytała. - "Nie umiem
zdecydować, jaki jest jego cel. Pozwala wam w pewien sposób zobaczyć
przeszłość. Kim człowiek mógłby być i kim mógłby się stać, gdyby podjął
inne decyzje. Działa podobnie jak złoto, ale na innych ludzi. W tej
chwili mgły prawdopodobnie powróciły. Co za ohydna, nienawistna rzecz.
Nie chodźcie między nimi. Pragną zniszczyć nas wszystkich. Jeśli pojawią
się problemy, wiedzcie, że możecie zapanować nad kolossami i kandra,
jeśli kilku ludzi jednocześnie zacznie Odpychać ich uczucia. Wbudowałem
w nich tę słabość. Zachowajcie tę tajemnicę".
Poniżej znajdował się opis allomantycznego metalu, który Vin już znała.
Był to stop atium zwany malatium - Jedenasty Metal Kelsiera. Czyli
Ostatni Imperator wiedział o jego istnieniu, jednak jego zastosowanie
pozostało dla niego tajemnicą.
Autorem tych słów na płycie był oczywiście Ostatni Imperator. A przynajmniej rozkazał, by tak je zapisano. W każdym z poprzednich
magazynów znajdowały się informacje zapisane w stali. W Urteau na
przykład dowiedziała się o elektrum. W tym na wschodzie znaleźli opis
aluminium - choć już znali ten metal.
- Nic nowego - powiedział Elend. Wydawał się rozczarowany. - Już wiemy o malatium i sposobach panowania nad kolossami. Choć nie pomyślałem o grupie Uspokajaczy, którzy jednocześnie Odpychają. To może się okazać
użyteczne.
Wcześniej sądzili, że do zapanowania nad kolossami niezbędny był
Zrodzony z Mgły spalający duraluminium.
- To nie ma znaczenia - stwierdziła Vin, wskazując na drugą stronę
płyty. - Mamy to.
Na drugiej części płyty znajdowała się mapa, wyrzeźbiona w stali,
podobnie jak w pozostałych trzech jaskiniach. Przedstawiała Ostatnie
Imperium, podzielone na dominia. Luthadel było kwadratem pośrodku. Duży
znak X na zachodzie był tym, po co tu przyszli - pokazywał lokalizację
ostatniej jaskini.
Jak sądzili, było ich pięć. Pierwszą znaleźli pod Luthadel, w pobliżu
Studni Wstąpienia. Pokazywała lokalizację kolejnej, na wschód od miasta.
Trzecia znajdowała się w Urteau - Vin udało się tam przekraść, ale
jeszcze nie odzyskali żywności. Tamta doprowadziła ich tutaj, na
południe.
Na każdej mapie znajdowały się też liczby - pięć i mniejsza liczba.
Luthadel było numerem jeden. Tu widzieli czwórkę.
- Mamy to - stwierdziła Vin, przeciągając palcami po rzeźbieniach na
płycie. - W Zachodnim Dominium, jak się domyślałeś. Gdzieś w pobliżu
Chardees?
- Fadrex - stwierdził Elend.
- Miasto Cetta?
Pokiwał głową. Na geografii znał się o wiele lepiej od niej.
- To na pewno właściwe miejsce - powiedziała Vin. - Gdzie znajdziemy to.
Elend napotkał jej spojrzenie i widziała, że ją zrozumiał. Magazyny były
coraz obszerniejsze i miały coraz większą wartość. Do tego każdy był
wyspecjalizowany - w pierwszym poza innymi zapasami znajdowała się też
broń, a w drugim mnóstwo drewna. Gdy sprawdzali kolejne magazyny, coraz
bardziej ekscytowała ich perspektywa tego, co mogli znaleźć w ostatniej
jaskini. Na pewno coś spektakularnego. Może nawet to.
Zapasy atium Ostatniego Imperatora.
To był największy skarb Ostatniego Imperium. Mimo wieloletnich
poszukiwań, nikomu jeszcze nie udało się go odnaleźć. Niektórzy
twierdzili, że w ogóle nie istnieje. Vin jednak czuła, że gdzieś musi
być. Mimo że Ostatni Imperator przez tysiąc lat panował nad jedyną
kopalnią, w której wydobywano skrajnie rzadki metal, jedynie niewielkie
jego ilości wypuszczał na rynek. Nikt nie wiedział, co robił z resztą,
którą przez te wszystkie lata zatrzymywał dla siebie.
- Nie podniecaj się tak - powiedział Elend. - Nie mamy dowodów, że w ostatniej jaskini znajdziemy atium.
- Musi tam być - odparła. - To ma sens. Gdzie jeszcze mógłby je
przechowywać?
- Gdybym znał odpowiedź na to pytanie, już byśmy je znaleźli.
Vin pokręciła głową.
- Umieścił je w jakimś bezpiecznym miejscu, tyle że gdzieś, gdzie
musiało zostać odnalezione. Pozostawił te mapy jako wskazówki dla swoich
następców, gdyby... jakimś sposobem... został pokonany. Nie chciał, by
wróg, który zdobędzie jedną z jaskiń, od razu znalazł je wszystkie.
Kolejne wskazówki prowadziły do ostatniego składu. Najważniejszego. To
miało sens. Musiało. Elend nie wydawał się przekonany. Podrapał się po
zarośniętej brodzie, w świetle latarni wpatrując się w metalową płytę.
- Nawet jeśli je znajdziemy - stwierdził - nie wiem, na ile nam się
przyda. Po co nam teraz pieniądze?
- To więcej niż pieniądze - sprzeciwiła się. - To moc. Broń, którą
możemy wykorzystać do walki. - Spaliła ich ostatni kawałek atium przed
rokiem i jeszcze nie przyzwyczaiła się do tego, jak odsłonięta się bez
niego czuła. Elektrum nieco łagodziło ten strach, ale nie do końca.
- Walki przeciwko mgle? - spytał.
Vin milczała przez chwilę.
- Może nie - powiedziała w końcu. - Ale przeciwko kolossom i innym
armiom. Z tym atium twoje cesarstwo będzie bezpieczne... Poza tym, atium
jest częścią tego wszystkiego, Elendzie. Jest wartościowe ze względu na
Allomancję... lecz Allomancja nie istniała przed Wstąpieniem.
- Kolejne pytanie, na które nie znamy odpowiedzi - zauważył Elend. -
Dlaczego ten kawałek metalu, który połknąłem, uczynił mnie Zrodzonym z Mgły? Skąd się wziął? Dlaczego został umieszczony przy Studni Wstąpienia
i przez kogo? Dlaczego został tylko jeden i co stało się z pozostałymi.
- Może poznamy odpowiedź, kiedy zdobędziemy Fadrex - powiedziała Vin.
Elend pokiwał głową. Widziała, że uważał informacje zawarte w magazynach
za najważniejszy powód, by warto ich było szukać, a na drugim miejscu
stawiał zapasy. Dla niego możliwość znalezienia atium była względnie
mało ważna. Vin nie umiała wyjaśnić, dlaczego czuła, że mężczyzna tak
bardzo się myli. Atium było ważne. Wiedziała to. Jej wcześniejsza
rozpacz zmniejszyła się, gdy spojrzała na mapę. Musieli udać się do
Fadrex. Tam znajdą odpowiedzi.
- Zdobycie miasta nie będzie łatwe - zauważył Elend. - Wrogowie Cetta
nieźle się tam okopali. Jak słyszałem, dowodzi nimi były obligator
Zakonu.
- Atium będzie tego warte - powiedziała Vin.
- O ile tam jest - stwierdził Elend.
Popatrzyła na niego ponuro.
Uniósł dłoń.
- Ja tylko próbuję postępować tak, jak mi radziłaś Vin... próbuję być
realistą. Zgadzam się jednak, żeFadrex będzie warte wszelkich wysiłków.
Nawet jeśli nie ma tam atium, potrzebujemy zapasów. Musimy wiedzieć, co
zostawił nam Ostatni Imperator.
Vin pokiwała głową. Sama już nie miała atium. Spaliła ostatni kawałek
półtora roku wcześniej i nigdy nie przyzwyczaiła się do tego, jak bardzo
odsłonięta czuła się bez niego. Elektrum nieco łagodziło ten strach, ale
nie do końca.
Po drugiej stronie jaskini zabrzmiały czyjeś głosy. Elend się odwrócił.
- Muszę iść z nimi porozmawiać - powiedział. - Będziemy musieli tu
wszystko szybko zorganizować.
- Czy powiedziałeś im już, że musimy ich zabrać do Luthadel?
Pokręcił głową.
- Nie spodoba im się to - stwierdził. - Stają się niezależni, na co
zawsze liczyłem.
- Tak trzeba zrobić, Elendzie. Miasto znajduje się daleko poza naszymi
liniami obrony. Poza tym, tak daleko pozostało im pewnie tylko kilka
godzin słońca bez mgieł. Ich plony są skazane na zagładę.
Elend pokiwał głową, lecz nadal wpatrywał się w ciemność.
- Przybywam, przejmuję władzę nad ich miastem, zabieram ich skarb, a później zmuszam do porzucenia domów. A stąd udajemy się do Fadrex, by
podbić kolejne miasto.
- Elendzie...
Uniósł dłoń.
- Wiem, Vin. To trzeba zrobić.
Odwrócił się, zostawiając jej latarnię, i ruszył w stronę wyjścia.
Wyprostował się przy tym, a wyraz jego twarzy stał się bardziej
stanowczy.
Vin znów odwróciła się do płyty, przyglądając się słowom Ostatniego
Imperatora. Na innej płycie, całkiem podobnej, Sazed odnalazł słowa
Kwaana, dawno nieżyjącego Terrisanina, który zmienił świat, utrzymując,
że znalazł Bohatera Wieków. Kwaan pozostawił swoje słowa jako przyznanie
się do błędów i ostrzeżenie, że pewna siła próbuje zmieniać historie i religie ludzkości. Martwił się, że ta moc odmienia religię Terris, by
"Bohater" udał się na północ i ją wyzwolił.
I to właśnie zrobiła Vin. Nazwała się bohaterem i uwolniła wroga - cały
czas sądząc, że poświęca się dla dobra świata.
Przeciągnęła palcami po arkuszu metalu.
Musimy robić więcej niż tylko prowadzić wojny! - pomyślała, wściekła na
Ostatniego Imperatora. Skoro wiedziałeś tak wiele, dlaczego nie
zostawiłeś nam więcej niż to? Kilka map w rozrzuconych salach
wypełnionych zapasami? Kilka akapitów, mówiących nam o metalach, z których prawie nie korzystamy? Co nam pomoże jaskinia pełna żywności,
jeśli musimy wykarmić całe imperium!
Vin zatrzymała się. Jej palce - uwrażliwione przez cynę, którą spalała,
by widzieć w mrocznej jaskini - dotknęły wgłębień w powierzchni płyty.
Uklękła, pochyliła się i znalazła krótki napis wykuty w metalu, na samym
dole. Litery były zdecydowanie mniejsze niż te na górze.
"Uważajcie, co mówicie" brzmiał napis. "To może usłyszeć, co mówicie.
Może przeczytać, co zapiszecie. Jedynie wasze myśli są bezpieczne".
Vin zadrżała.
"Jedynie wasze myśli są bezpieczne".
Czego dowiedział się Ostatni Imperator w chwilach transcendencji? Co na
zawsze zachował w swoim umyśle, nigdy nie zapisując, by nie ujawnić
swojej wiedzy, zawsze spodziewając się, że to on weźmie moc, gdy w końcu
powróci? Może planował wykorzystać tę moc, by zniszczyć istotę, którą
Vin uwolniła?
"Skazujecie się na zagładę...". Ostatnie słowa Ostatniego Imperatora,
wypowiedziane tuż przed tym, jak Vin wbiła mu włócznię w serce.
Wiedział. Nawet wtedy, zanim mgły zaczęły przychodzić w ciągu dnia, nim
zaczęła słyszeć dziwne dźwięki, które zaprowadziły ją do Studni
Wstąpienia, nawet wtedy się martwiła.
"Uważajcie, co mówicie... jedynie wasze myśli są bezpieczne".
Muszę to rozgryźć. Muszę połączyć to, co mamy, znaleźć sposób, by
pokonać - albo przechytrzyć - tę istotę, którą uwolniłam.
I nie mogę o tym z nikim rozmawiać, albo dowie się, co planuję.
6
6
Jestem zbyt słaby, pomyślał Marsh.
Nagle przepełniła go jasność, jak to się często zdarzało, gdy
Zniszczenie nie przyglądało mu się uważnie. Było to niczym przebudzenie
z koszmaru, będąc w pełni świadomym wszystkiego, co działo się we śnie,
a jednocześnie bez zrozumienia dla powodów własnych czynów.
Dalej szedł przez obóz kolossów. Zniszczenie wciąż nad nim panowało, jak
zawsze. Gdy nie naciskało wystarczająco mocno umysłu Marsha - kiedy się
na nim nie skupiało - czasem Marsh mógł myśleć.
Nie mogę przeciwko temu walczyć, pomyślał. Zniszczenie nie czytało mu w myślach, tego był pewien. A jednak Marsh nie mógł w żaden sposób walczyć
ani się opierać. Kiedy to robił, Zniszczenie natychmiast odzyskiwało
panowanie nad nim. Przeżył to tuzin razy. Czasem udało mu się poruszyć
palcem, czasem się zatrzymać, ale nic poza tym.
Przygnębiało go to. Marsh jednak zawsze uważał się za człowieka
praktycznego i zmusił się do przyznania prawdy. Nigdy nie zyska
wystarczającego panowania nad swoim ciałem, by się zabić.
Z nieba wciąż padał popiół. Czy kiedykolwiek przestawał? Właściwie
prawie żałował, że Zniszczenie czasem rozluźnia swój uścisk na jego
umyśle. Gdy umysł należał do niego, Marsh widział jedynie cierpienie i zniszczenia, ale gdy panowało nad nim Zniszczenie, postrzegał spadający
popiół jako coś pięknego, czerwone słońce jako triumf, a umierający
świat jako przyjemne miejsce.
Szaleństwo, pomyślał Marsh, zbliżając się do środka obozu. Muszę
oszaleć. Wtedy nie będę musiał tego znosić.
W środku obozu dołączyli do niego inni Inkwizytorzy, poruszający się z cichym szelestem szat. Nie mówili. Nigdy się nie odzywali - panowało nad
nimi Zniszczenie, po co więc przejmować się rozmową? Bracia Marsha mieli
zwyczajne kolce w głowach, przebijające czaszki. Widział jednak też
ślady nowych kolców, wystających z ich piersi i pleców. Marsh sam
umieścił wiele z nich, zabijając Terrisan pochwyconych na północy lub
wytropionych później.
Sam Marsh miał kolekcję nowych kolców, między żebrami lub w piersi. Były
cudowne. Nie rozumiał dlaczego, ale ekscytowały go. Te kolce zostały
napełnione dzięki śmierci, i samo w sobie było to przyjemne - ale
chodziło o coś więcej. Jakimś sposobem wiedział, że Inkwizytorzy byli
niekompletni - Ostatni Imperator nie dał im pewnych umiejętności, by
byli od niego bardziej zależni. By się upewnić, że mu nie zagrożą. Ale
teraz dostawali to, co zatrzymał.
Cóż za piękny świat, pomyślał Marsh, patrząc na spadający popiół i czując lekki, uspokajający dotyk płatków na skórze.
7
7
Dali mu kości.
TenSoon opłynął je, roztapiając mięśnie, a później tworząc z nich
narządy, ścięgna i skórę. Zbudował ciało wokół kości, wykorzystując
umiejętności zebrane podczas stuleci pożerania i przetrawiania ludzi.
Oczywiście, trupów - nigdy nie zabił człowieka. Kontrakt tego zakazywał.
Po roku spędzonym w jamie czuł się, jakby zapomniał już, jak korzystać z ciała. Jak to jest, dotykać świata sztywnymi członkami, a nie ciałem
opływającym kamień? Jak smakować i czuć woń jedynie językiem i nozdrzami, a nie każdym kawałkiem skóry wystawionej na powietrze? Jak
to...
Widzieć. Otworzył oczy i sapnął, zaczerpując tchu w nowe płuca pełnych
rozmiarów. Świat był miejscem cudownym i pełnym... światła. Zapomniał o tym przez miesiące niemal szaleństwa. Podniósł się na kolana, spojrzał w dół na ramiona. Później uniósł rękę i ostrożnie dotknął twarzy.
Jego ciało nie przedstawiało żadnej określonej osoby - do stworzenia
takiej repliki potrzebował modelu. Teraz jedynie przykrył kości
mięśniami i skórą najlepiej jak potrafił. Był na tyle stary, by umieć
stworzyć rozsądną replikę człowieka. Rysy nie były przystojne, mogły się
nawet wydawać nieco groteskowe. Mimo to, na razie i tak czuł się z tym
więcej niż dobrze. Czuł się... znów prawdziwy.
Pozostając na czworakach, spojrzał na strażnika. Jaskinię oświetlał
jedynie jarzykamień - duży, porowaty kawał skały umieszczony na grubej
kolumnie. Niebieskawy grzyb, który wyrastał na kamieniu, świecił na tyle
mocno, by móc widzieć w jego blasku - zwłaszcza jeśli ktoś wyhodował
sobie oczy przyzwyczajone do widzenia w słabym błękitnym świetle.
TenSoon znał swojego strażnika. Znał większość kandra, przynajmniej do
Szóstego i Siódmego Pokolenia. Ten nazywał się VarSell. W Ojczyźnie
VarSell nie nosił kości zwierzęcia ani człowieka, tylko korzystał z Prawdziwego Ciała - kompletu sztucznych kości, humanoidalnych,
wyrzeźbionych przez rzemieślnika kandra. Prawdziwe Ciało VarSella było
kwarcowe, a on sam uczynił skórę przezroczystą, pozwalając, by kryształ
migotał słabo w blasku grzyba, gdy przyglądał się TenSoonowi.
Uczyniłem swoje ciało nieprzezroczystym, uświadomił sobie TenSoon.
Niczym człowiek, z opaloną skórą zasłaniającą mięśnie. Dlaczego przyszło
mu to tak naturalnie? Kiedyś przeklinał lata spędzone wśród ludzi i wykorzystywanie ich kości zamiast Prawdziwego Ciała. Może postąpił tak
rutynowo, dlatego że jego strażnicy nie dali mu Prawdziwego Ciała.
Ludzkie kości. Swego rodzaju obelga.
TenSoon wstał.
- Co? - spytał, widząc spojrzenie VarSella.
- Wybrałem przypadkowe kości z magazynu - odpowiedział tamten. - Cóż za
ironia, że dałem ci kości, które pierwotnie sam przyniosłeś.
TenSoon zmarszczył czoło. Co?
I wtedy zrozumiał. Ciało, które utworzył wokół kości, musiało wyglądać
przekonująco - jakby było oryginalnym, do którego należały te kości.
VarSell założył, że TenSoonowi udało się stworzyć tak realistyczny
obraz, gdyż kiedyś przetrawił ciało tego człowieka i stąd wiedział, jak
utworzyć prawidłowe ciało wokół kości.
TenSoon się uśmiechnął.
- Nigdy wcześniej nie nosiłem tych kości.
VarSell popatrzył na niego. Należał do Piątego pokolenia - dwa stulecia
młodszego od TenSoona. W rzeczy samej, nawet wśród Trzeciego Pokolenia -
z nielicznymi wyjątkami takimi jak Paalm, ciągle wysyłana z misjami
przez Ojca - niewielu kandra miało tak wielkie doświadczenie, jak
TenSoon.
- Rozumiem - powiedział w końcu VarSell.
TenSoon odwrócił się i rozejrzał po niewielkiej komnacie. Trzej kolejni
z Piątego Pokolenia stali przy drzwiach, obserwując go. Podobnie jak
VarSell, większość nie miała ubrań - a ci, którzy je wybrali, nosili
tylko rozchylone szaty. W Ojczyźnie kandra nie nosili zbyt wiele ubrań,
to bowiem pozwalało im lepiej prezentować Prawdziwe Ciała.
TenSoon widział dwa migoczące metalowe kolce wbite w przezroczyste
mięśnie w ramionach każdego z Piątych - wszyscy trzej mieli
Błogosławieństwo Siły. Drugie Pokolenie wolało nie ryzykować jego
ucieczki. Oczywiście, była to kolejna obelga. TenSoon był gotów przyjąć
swój los.
- I co? - spytał TenSoon, odwracając się znów do VarSella. - Idziemy?
Kandra spojrzał na jednego ze swoich towarzyszy.
- Spodziewano się, że stworzenie ciała zajmie ci więcej czasu.
TenSoon prychnął.
- Drugiemu Pokoleniu brakuje praktyki. Zakładają, że ponieważ im wciąż
zajmuje wiele godzin stworzenie ciała, reszta z nas również potrzebuje
tyle samo czasu.
- To starsze pokolenie - stwierdził VarSell. - Masz im okazywać
szacunek.
- Drugie Pokolenie przez stulecia żyło w odosobnieniu w tych jaskiniach
- odparł TenSoon - wysyłając nas na Kontrakty, gdy oni się lenili. Dawno
temu przerosłem ich umiejętnościami.
VarSell zasyczał i TenSoon przez chwilę myślał, że młodszy kandra go
spoliczkuje, on jednak się powstrzymał, choć z trudem - ku rozbawieniu
TenSoona. W końcu, jako członek Trzeciego Pokolenia, TenSoon był
starszym dla VarSella, podobnie jak Drudzy byli starszymi TenSoona.
Jednakże Trzecie Pokolenie było przypadkiem specjalnym. Od zawsze.
Dlatego właśnie Drudzy tak często wysyłali ich na Kontrakty - lepiej,
żeby ich bezpośredni podwładni nie przebywali przez cały czas w okolicy,
psując ich doskonałą utopię kandra.
- Chodźmy - zdecydował w końcu VarSell, skinieniem głowy dając znak dwóm
strażnikom, by szli przodem.
Trzeci dołączył do VarSella i ruszył za TenSoonem.
Podobnie jak VarSell, ta trójka miała Prawdziwe Ciała z kamienia. To
było popularne wśród Piątego Pokolenia, które miało czas, by zamówić - i wykorzystywać - luksusowe Prawdziwe Ciała. Jako ulubieńcy Drugich,
spędzali w Ojczyźnie więcej czasu niż pozostali.
TenSoon nie dostał ubrania. Dlatego w trakcie marszu rozpuścił genitalia
i stworzył sobie gładkie krocze, jak to mieli w zwyczaju kandra.
Próbował iść z dumą i pewnością siebie, ale wiedział, że to ciało nie
wyglądało zbyt groźnie. Było wychudzone - stracił wiele masy podczas
uwięzienia, a jeszcze więcej przez kwas i nie udało mu się stworzyć
wielkich mięśni.
Gładki kamienny tunel kiedyś był pewnie naturalną formacją, lecz przez
stulecia młodsze pokolenia wykorzystywano podczas dzieciństwa do
wygładzania kamienia sokami trawiennymi. TenSoon nie widział zbyt wielu
kandra. VarSell najwyraźniej trzymał się bocznych korytarzy, pragnąc
uniknąć zainteresowania.
Tak długo mnie nie było, pomyślał TenSoon. Na pewno wybrano już
Jedenaste Pokolenie. Wciąż nie znam większości Ósmego, nie wspominając
już o Dziewiątym i Dziesiątym.
Zaczynał podejrzewać, że Dwunastego Pokolenia nie będzie. Nawet gdyby
powstało, wszystko musiało się zmienić. Ojciec nie żył. Co w takim razie
z Pierwszym Kontraktem? Jego lud spędził dziesięć stuleci w niewoli u ludzi, wypełniając Kontrakty, by zapewnić sobie bezpieczeństwo.
Większość kandra z tego powodu nienawidziła ludzi. Aż do niedawna
TenSoon się do nich zaliczał.
To ironiczne, pomyślał TenSoon. Ale nawet gdy nosimy Prawdziwe Ciała,
mają one ludzką postać. Dwie ręce, dwie nogi, nawet twarze
przypominające ludzkie.
Czasem zastanawiał się, czy nienarodzeni, przez ludzi zwani mgielnymi
upiorami, nie byli bardziej uczciwi od swoich braci kandra. Mgielne
upiory tworzyły takie ciała, na jakie tylko miały ochotę, łącząc kości w dziwny sposób, tworząc niemal artystyczne wzory z kości ludzi i zwierząt. Kandra jednak tworzyli ciała, które wyglądały jak ludzkie.
Nawet jeśli przeklinali ludzkość za swoje zniewolenie.
Cóż za dziwny z nich lud. Mimo to, należał do nich. Chociaż ich
zdradził.
A teraz muszę przekonać Pierwsze Pokolenie, że moja zdrada była
uzasadniona. Nie dla mnie. Dla nich. Dla nas wszystkich.
Przechodzili przez korytarze i komnaty, w końcu dotarli do części
Ojczyzny, które TenSoon znał lepiej. Wkrótce uświadomił sobie, że ich
celem był Labirynt Zaufania. Będzie się bronił w najświętszym miejscu
swojego ludu. Mógł się tego domyślić.
Przez rok bolesnego uwięzienia zasłużył sobie na proces przed obliczem
Pierwszego Pokolenia. Miał rok, by się zastanowić nad tym co powiedzieć.
A jeśli mu się nie uda, będzie miał całą wieczność, by się zastanawiać,
gdzie popełnił błąd.
Przedmowa
PRZEDMOWA
Tą książką musiałem udowodnić, że potrafię to zrobić - zarówno sobie,
jak i swoim czytelnikom.
Przez te lata, kiedy próbowałem się przebić do świata fantasy,
dostrzegłem pewną cechę młodych pisarzy. Było wśród nich bardzo wielu
twórców wspaniałych światów, jak również wielu, którzy pisali świetne
rozdziały, tworzyli przyciągających uwagę bohaterów i przedstawiali
interesujące sytuacje.
Jednak konsekwentnie rozczarowywały mnie zakończenia tych powieści.
Jasne, chętniej przeczytam książkę, która ma słabe zakończenie, ale
świetnych bohaterów niż odwrotnie - odnosiłem jednak wrażenie, że wielu
pisarzy zaniedbywało ten kluczowy element swoich opowieści. Skoro
przeczytałem epicką powieść albo całą serię, w której całkowicie się
zanurzyłem i poświęciłem jej całe tygodnie, pragnąłem równie epickiego
zakończenia.
W Bohaterze Wieków musiałem poprzeć słowa czynami. Napisałem te trzy
powieści właściwie jedna po drugiej, skończyłem tę zanim pierwsza
trafiła do drukarni. Włożyłem w to tak wiele wysiłku, bo chciałem się
upewnić, że ostatnia książka zachowa ciągłość z pierwszymi dwoma.
Nie robiłem tego jednak nigdy wcześniej. Zagłębiłem się na terytorium,
które było dla mnie nowe. Do tej pory napisałem piętnaście czy
szesnaście powieści, ale żadna nie była końcem serii. Dlatego ta książka
była dla mnie stresująca. Tak bardzo chciałem, żeby wyszła dobrze, że
kiedy coś poszło kiepsko (jak wątek Sazeda w pierwszej wersji) czułem
się pod ogromną presją, by znaleźć inną drogę.
Jednocześnie pisanie Bohatera Wieków miało w sobie pewien impet. Tom
drugi wymagał ode mnie największego wysiłku ze wszystkich trzech, nawet
jeśli wątek Sazeda w tym tomie był dla mnie największym pojedynczym
problemem. Pisałem tę powieść z zapałem, a (krótka) przerwa na napisanie
pierwszego tomu cyklu Alcatraz dodała mi energii. Próbowałem umieścić
w niej wszystkie pomysły na temat apokalipsy fantasy, jakie miałem przez
lata i z niczego nie rezygnować.
Ta książka miała być doskonałym zakończeniem. Wydaje mi się, że w dużej
mierze mi się to udało. Podobnie jak w przypadku wszystkich pozostałych
tomów z cyklu Z Mgły Zrodzony, ma swój unikatowy punkt skupienia. To
jednocześnie mała książeczka i bardzo duża. Kiedy pisałem tę serię,
powtarzałem sobie "Napisz w trzech tomach to, do czego inne serie
potrzebują dziesięciu". Aby to osiągnąć i jednocześnie nie przytłoczyć
książki pobocznymi wątkami, musiałem skupić się na kilku głównych
bohaterach - pokazać, jak świat rozpada się wokół nich, ale skupiać
uwagę na nich i ich problemach.
Jestem bardzo dumny z efektu. Podoba mi się, że jest bardzo intymna,
mimo epickiego charakteru serii. Podoba mi się, jak zwięzła jest (choć
obszerna, nadal jest o połowę krótsza od przeciętnego tomu Archiwum
Burzowego Światła). Podoba mi się, że wizja świata tworzy jedną spójną
całość, a przede wszystkim, że trzy tomy dobrze ze sobą współgrają.
Zarówno jako podróż bohaterów, jak i jako element dekonstrukcji fantasy
jako gatunku.
Z Mgły Zrodzony to moja wizytówka w tym świecie.
8
8
Pierwszego dnia po wyjściu z Vetitan Vin i Elend zamordowali setkę
mieszkańców miasteczka. A przynajmniej Vin tak się czuła.
Siedziała na gnijącym pniaku pośrodku obozu, przyglądając się, jak
słońce opada ku odległemu horyzontowi. Wiedziała, co się zdarzy. Wokół
niej w ciszy opadał popiół. I pojawiły się mgły.
Kiedyś - nie tak dawno temu - mgły pojawiały się jedynie w nocy.
Jednakże w ciągu roku po śmierci Ostatniego Imperatora wszystko się
zmieniło. Jakby tysiąc lat uwięzienia w ciemnościach sprawiło, że mgły
stały się niespokojne.
I tak oto zaczęły pojawiać się w ciągu dnia. Czasami przypływały
wielkimi przetaczającymi się falami, pojawiając się znikąd i znikając
równie szybko. Zazwyczaj jednak po prostu pojawiały się w powietrzu
niczym tysiąc zjaw, kłębiąc się i wzrastając. Rozrastające się pasma
mgły, przypominające pnącza pędy, które skradały się po niebie. Każdego
ranka znikały odrobinę później i każdego wieczora pojawiały się odrobinę
wcześniej. Wkrótce, być może jeszcze przed końcem roku, na stałe pokryją
ziemię. A to oznaczało problem, ponieważ od tamtej nocy, gdy Vin
uwolniła moc Studni Wstąpienia, mgły zabijały.
Elend nie mógł uwierzyć w opowieści Sazeda sprzed ponad roku, gdy
Terrisanin przybył do Luthadel z przerażającymi doniesieniami o zastraszonych wieśniakach i mgłach, które zabijały. Vin również
zakładała, że Sazed się mylił. W głębi duszy żałowała, że nie może dalej
trzymać się tego złudzenia, gdy patrzyła na czekających mieszkańców
miasteczka, tulących się do siebie na szerokiej równinie, otoczonych
przez żołnierzy i kolossy.
Zaczęli umierać w chwili, gdy pojawiły się mgły. Choć większość ludzi
pozostawała nietknięta, mgły wybierały przypadkowe jednostki, wywołując
w nich drgawki. Ci padali na ziemię, a ich rodziny i przyjaciele
przyglądali się wstrząśnięci i przerażeni.
Vin wciąż reagowała przerażeniem. Oraz frustracją. Kelsier twierdził, że
mgły są sojusznikiem - że będą ją chronić i dadzą jej moc. Wierzyła w to
do chwili, gdy zaczęły się jej wydawać obce, ukrywając duchy i zbrodnicze zamiary.
- Nienawidzę was - wyszeptała, gdy mgły nie przerywały swojej
makabrycznej działalności.
Czuła się tak, jakby patrzyła na starego znajomego, który wybiera obcych
z tłumu i podrzyna im gardła, jednemu po drugim. I nic nie mogła na to
poradzić. Uczeni Elenda próbowali wszystkiego - kaptury powstrzymujące
przed wdychaniem oparów, czekanie z wyjściem na zewnątrz do chwili, gdy
mgły objawią się w pełni, wciąganie ludzi do środka w chwili, gdy
zaczynali się trząść. Zwierzęta z jakiegoś powodu były odporne, lecz
każdy człowiek był potencjalnie podatny. Jeśli ktoś wychodził z domu we
mgłę, ryzykował życie i nic nie mogło temu zapobiec.
Wkrótce wszystko się skończyło. Mgły wywoływały ataki u około jednego na
sześcioro, a umierała niewielka ich część. Poza tym wystarczyło tylko
raz zaryzykować kontakt z nową mgłą i człowiek stawał się odporny.
Większość z chorych powracała do zdrowia. Co jednak nie było
pocieszeniem dla rodzin tych, którzy umarli.
Siedziała na pniaku, wpatrując się w mgły, wciąż podświetlane blaskiem
zachodzącego słońca. Paradoksalnie, widziała gorzej niż gdyby panowała
całkowita ciemność. Nie mogła spalać dużo cyny, gdyż słońce by ją
oślepiło - bez niej jednak nie mogła przebić wzrokiem mgieł.
I w ten sposób przypomniała sobie, dlaczego kiedyś bała się mgieł. Mogła
sięgnąć wzrokiem nie dalej niż na dziesięć stóp i widziała tylko cienie.
Bezkształtne postacie biegły z krzykiem w różne strony. Sylwetki
klęczały lub stały przerażone. Dźwięk był zdradziecki, odbijał się echem
od niewidocznych obiektów, krzyki pochodziły od widmowych źródeł.
Vin siedziała pośród nich, popiół spadał wokół niej niczym spalone łzy.
Spuściła głowę.
- Lordzie Fatrenie! - zawołał Elend.
Vin uniosła głowę. Niegdyś w jego głosie nie było tyle władzy. Wydawało
się, że od tego czasu minęło wiele lat. Wyłonił się spośród mgieł,
ubrany w swój drugi biały mundur - ten wciąż czysty. Jego twarz była
nieruchoma w obliczu wszystkich śmierci. Czuła jego allomantyczny dotyk
na tych, którzy go otaczali - jego Uspokajanie złagodzi cierpienia
ludzi, choć nie Odpychał tak mocno, jak by mógł. Z rozmów wiedziała, że
nie uważa za słuszne usuwanie całego smutku z powodu śmierci
najbliższych.
- Milordzie! - odezwał się Fatren i Vin zobaczyła, jak mężczyzna się
zbliża. - To katastrofa!
- Tak naprawdę sytuacja nie wygląda aż tak źle, lordzie Fatrenie -
powiedział Elend. - Jak wyjaśniałem, większość tych, którzy upadli,
wyzdrowieje.
Fatren stanął obok pniaka Vin. Tam odwrócił się i wpatrzył w mgły,
wsłuchując się w płacz i jęki cierpienia swoich ludzi.
- Nie wierzę, że to zrobiliśmy. Nie mogę... nie mogę uwierzyć, że
przekonałeś mnie do wystawienia ich na mgły.
- Twoi ludzie musieli zostać zaszczepieni, Fatrenie - stwierdził Elend.
To była prawda. Nie mieli namiotów dla wszystkich mieszkańców
miasteczka, co oznaczało, że pozostały im dwie możliwości. Zostawić ich
w umierającej osadzie albo zmusić do wyruszenia na północ - kazać wyjść
w mgłę i zobaczyć, kto umrze. To było straszne i brutalne, ale i tak by
do tego doszło. Mimo że Vin znała sens tego, co zrobili, i tak czuła się
paskudnie.
- Jakimi potworami się staliśmy? - spytał ściszonym głosem Fatren.
- Takimi, jakimi musieliśmy się stać - odparł Elend. - Policz ich.
Dowiedz się, ilu umarło. Uspokój żyjących i obiecaj, że mgły już ich nie
skrzywdzą.
- Tak, milordzie - powiedział Fatren i odszedł.
Vin odprowadziła go wzrokiem.
- Zamordowaliśmy ich, Elendzie - wyszeptała. - Powiedzieliśmy im, że nic
im się nie stanie. Zmusiliśmy ich do opuszczenia miasteczka i wyjścia
tu, na śmierć.
- Wszystko będzie dobrze - powiedział Venture, kładąc dłoń na jej
ramieniu. - To lepsze niż powolna śmierć w tamtej osadzie.
- Mogliśmy dać im wybór.
Elend pokręcił głową.
- Nie ma wyboru. Za kilka miesięcy ich miasteczko zakryją mgły.
Musieliby zostać w domach i umrzeć z głodu albo wyjść we mgłę. Lepiej,
jeśli zabierzemy ich do Środkowego Dominium, gdzie dzień wolny od mgieł
jest na tyle długi, by uprawiać rolę.
- Prawda nie sprawia, że jest łatwiej.
Elend stał pośród mgieł, otaczał go popiół.
- Owszem - zgodził się. - Zbiorę kolossy, niech pochowają zabitych.
- A ranni i porażeni?
Ci, których mgły zaatakowały, ale nie zabiły, przez kilka dni, może
nawet dłużej, będą chorzy i odrętwiali. Jeśli typowe proporcje zostały
zachowane, do tej kategorii zaliczało się niemal tysiąc wieśniaków.
- Kiedy jutro wyruszymy, każę kolossom ich nieść. Gdy dotrzemy do
kanału, najpewniej uda nam się umieścić większość z nich na barkach.
***
Vin nie lubiła czuć się odsłonięta. Spędziła dzieciństwo, kryjąc się po
kątach, a okres dojrzewania w roli cichego nocnego skrytobójcy. Dlatego
nie mogła nie czuć się odsłonięta, gdy podróżowała z pięcioma tysiącami
zmęczonych wieśniaków jednym z najbardziej oczywistych szlaków
Południowego Dominium.
Odeszła kawałek od mieszkańców - nigdy nie jeździła konno - i próbowała
znaleźć sobie coś, co odwróci jej uwagę od śmierci poprzedniego
wieczoru. Niestety, Elend jechał z Fatrenem i innymi przywódcami miasta,
próbując naprawić ich stosunki. Co oznaczało, że była sama.
Za wyjątkiem samotnego kolossa.
Potężna bestia człapała obok niej. Vin trzymała go przy sobie częściowo
dla wygody - wiedziała, że dzięki temu mieszkańcy będą zachowywać
dystans. Choć miała dużą ochotę na odwrócenie uwagi, nie chciała widzieć
ich zdradzonych, przerażonych spojrzeń. Nie w tej chwili.
Nikt nie rozumiał kolossów, a już Vin najmniej. Odkryła, jak nad nimi
zapanować, wykorzystując ukryty allomantyczny bodziec. Niestety, przez
tysiąc lat swoich rządów Ostatni Imperator trzymał kolossy z dala od
ludzkości, nie wyjawiając wiele na ich temat, poza ich brutalną
sprawnością w walce i prostą, zwierzęcą naturą.
Nawet w tej chwili Vin czuła, jak jej koloss się szarpie, próbuje się
uwolnić. Nie lubił być kontrolowany - chciał ją zaatakować. Na
szczęście, nie mógł tego zrobić - panowała nad nim i będzie nad nim
panować, dopóki komuś innemu nie uda się go ukraść.
Mimo tej więzi Vin nie rozumiała stwora. Przez tysiąc lat swoich rządów
Ostatni Cesarz trzymał kolosy z dala od ludzi, przez co niewiele o nich
wiedziano, poza ich brutalną skutecznością w walce i prostą zwierzęcą
naturą.
Uniosła wzrok i odkryła, że koloss wpatruje się w nią czerwonymi oczyma.
Jego skóra była naciągnięta na twarzy, nos niemal spłaszczony. W pobliżu
prawego oka skóra się rozerwała, pęknięcie biegło do kącika ust. Fałd
niebieskiej skóry zwisał luźno, odsłaniając czerwone mięśnie i zakrwawione zęby.
- Nie patrz na mnie - powiedziała powoli istota. Mówiła niewyraźnie,
częściowo z powodu naciągniętej skóry warg.
- Co? - spytała Vin.
- Nie myślisz, że jestem człowiekiem. - Koloss mówił powoli, z namysłem,
tak jak inne, które słyszała. Zupełnie, jakby musieli się zastanowić nad
każdym słowem.
- Nie jesteś człowiekiem - stwierdziła Vin. - Jesteś czymś innym.
- Będę człowiekiem - odparł koloss. - Zabijemy was. Odbierzemy wasze
miasta. Wtedy będziemy ludźmi.
Vin zadrżała. To było typowe dla kolossów. Słyszała już podobne
stwierdzenia z ich ust. Było coś mrożącego krew w żyłach w spokojnym,
beznamiętnym sposobie, w jaki te stwory mówiły o mordowaniu ludzi.
Zostały stworzone przez Ostatniego Imperatora, pomyślała. Oczywiście, że
są wypaczone. Tak samo jak on.
- Jak się nazywasz? - spytała kolossa.
Człapał dalej. W końcu odpowiedział.
- Człowiek.
- Wiem, że chcesz być człowiekiem - powiedziała. - Jak się nazywasz?
- Tak się nazywam. Człowiek. Mów mi Człowiek.
Vin zmarszczyła czoło. To było nawet... sprytne. Nigdy wcześniej nie
wykorzystała okazji, by porozmawiać z kolossami. Zawsze zakładała, że
mentalnie są jednakowe - ta sama głupia bestia w wielu kopiach.
- Dobrze, Człowieku - powiedziała, zaciekawiona. - Jak długo żyjesz?
Szedł w milczeniu przez chwilę, i Vin pomyślała, że chyba zapomniał o pytaniu. W końcu jednak się odezwał.
- Nie widzisz mojej dużości?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Prolog
PROLOG
Marsh próbował się zabić.
Jego dłoń zadrżała, gdy starał się zebrać siły, by podnieść rękę, wyrwać
kolec z pleców i zakończyć potworną egzystencję. Nie próbował się już
uwolnić. Trzy lata. Trzy lata w postaci Inkwizytora, trzy lata
uwięzienia we własnych myślach. Te lata udowodniły, że nie ma ucieczki.
Nawet teraz jego myśli się zaćmiły.
A później To przejęło kontrolę. Świat wokół niego jakby wibrował - i nagle zaczął widzieć wszystko wyraźnie. Dlaczego walczył? Dlaczego się
martwił? Wszystko było w jak najlepszym porządku.
Zrobił krok do przodu. Choć nie widział już tak jak zwyczajni ludzie - w końcu w jego oczodoły wbito potężne stalowe kolce - wyczuwał
pomieszczenie wokół siebie. Kolce wystawały z tyłu jego czaszki. Gdyby
wyciągnął rękę i go dotknął, poczułby ostre końce. Nie było krwi.
Kolce dawały mu moc. Wszystko otaczały niebieskie allomantyczne linie,
rozjaśniając świat. Pomieszczenie było średnich rozmiarów, a wraz z Marshem znajdowało się w nim kilku towarzyszy - również otoczonych
błękitem, allomantyczne linie wskazywały na metale w ich krwi. Każdy
miał kolce w oczodołach.
To znaczy, każdy poza mężczyzną przywiązanym przed nim do stołu. Marsh
uśmiechnął się, wziął kolec ze stołu i uniósł go. Więzień nie został
zakneblowany. To by stłumiło krzyki.
- Proszę - wyszeptał więzień i zadrżał. Nawet terrisański lokaj
załamywał się, mając w perspektywie własną gwałtowną śmierć.
Mężczyzna próbował się szarpać. Znajdował się w bardzo niewygodnej
pozycji, został bowiem przywiązany na innej osobie. Stół zaprojektowano
w taki właśnie sposób, wgłębienie mieściło ciało poniżej.
- Czego chcecie? - spytał Terrisanin. - Nic już wam nie powiem o Synodzie.
Marsh pomacał mosiężny kolec, czując jego ostry koniec. Miał pracę do
wykonania, lecz zawahał się, smakując ból i przerażenie w głosie
mężczyzny. Zawahał się, żeby móc...
Marsh zapanował nad własnym umysłem. Słodki aromat sali zniknął,
zastąpiony przez smród krwi i śmierci. Jego radość zmieniła się w grozę.
Więzień był terrisańskim Opiekunem, człowiekiem, który całe życie
pracował dla dobra innych. Zabicie go będzie nie tylko zbrodnią, ale i tragedią. Marsh próbował unieść rękę i wyrwać najważniejszy kolec z pleców - jego usunięcie zabiłoby go.
To jednak było zbyt silne. Moc. Jakimś sposobem panowała nad Marshem - i potrzebowała go oraz innych Inkwizytorów jako swoich rąk. Była wolna -
Marsh wciąż czuł, jak się tym raduje - lecz coś nie pozwalało jej zbyt
mocno wpływać na świat. Przeciwnik. Siła, która otaczała świat niczym
tarcza.
To nie było jeszcze pełne. Potrzebowało więcej. Czegoś jeszcze... czegoś
ukrytego. A Marsh to odnajdzie, przyniesie swojemu panu. Panu, którego
Vin uwolniła. Istocie, która została uwięziona w Studni Wstąpienia.
Nazywała się Zniszczeniem.
Marsh uśmiechnął się, gdy jego więzień zaczął płakać. Później zrobił
krok do przodu, unosząc kolec. Przytknął go do piersi skamlącego
mężczyzny. Kolec musiał przebić jego ciało, przeszywając serce, a później wbić się w ciało Inkwizytora przywiązanego poniżej. Hemalurgia
była brudną sztuką.
I dlatego była taka zabawna. Marsh uniósł drewniany młot i zaczął
uderzać.
1
1
Fatren zmrużył oczy i spojrzał w czerwone słońce, które kryło się za
zasłoną ciemnych oparów. Czarny popiół opadał z nieba, jak niemal
każdego dnia. Grube płatki spadały prosto, powietrze było nieruchome i gorące, bez śladu wietrzyka, który mógłby poprawić nastrój mężczyzny.
Westchnął, oparł się o umocnienia i spojrzał na Vetitan. Swoje miasto.
- Jak długo? - spytał.
Druffel podrapał się po nosie. Na twarzy miał ciemne plamy popiołu.
Ostatnio nie dbał zbytnio o higienę. Oczywiście, Fatren wiedział, że
biorąc pod uwagę wydarzenia z ostatnich kilku miesięcy, sam też nie
wygląda najlepiej.
- Może godzinę - odparł Druffel, spluwając na ziemny wał.
Fatren westchnął i wpatrzył się w opadający popiół.
- Myślisz, że to prawda, Druffel? To, co mówią ludzie?
- Co? - odpowiedział tamten pytaniem. - Że świat się kończy?
Fatren pokiwał głową.
- Nie wiem. Nie obchodzi mnie to.
- Jak możesz tak mówić?
Druffel wzruszył ramionami i znów się podrapał.
- Jak tylko przybędą te kolossy, zginę. Dla mnie to koniec świata.
Fatren zamilkł. Nie lubił wypowiadać swoich wątpliwości, uważano go w końcu za silnego. Kiedy panowie opuścili miasto - rolniczą osadę, nieco
bardziej cywilizowaną niż plantacje na północy - to Fatren przekonał
skaa, by nadal pracowali na roli. To Fatren ochronił ich przed
werbownikami. W czasach, gdy w większości wiosek i plantacji wszyscy
zdrowi mężczyźni trafili do takiej czy innej armii, w Vetitan wciąż miał
kto pracować. Musieli poświęcić dużą część zbiorów na łapówki, ale
Fatren zapewnił im bezpieczeństwo.
W większości.
- Mgły ustąpiły dziś dopiero koło południa - powiedział cicho Fatren. -
Zostają coraz dłużej. Widziałeś rośliny, Druff. Jesienny zasiew źle
zniósł zimę i wszystkie są karłowate... pewnie za mało słońca. Nie mamy
dość jedzenia, żeby przeżyć do czasu, aż wiosenne plony dojrzeją.
- Nie przetrwamy lata - stwierdził jego towarzysz. - Nie dotrwamy do
wieczora.
Co smutne - naprawdę przygnębiające - to Druffel był kiedyś optymistą.
Fatren od wielu miesięcy nie słyszał śmiechu swego brata. Ten śmiech był
ulubionym dźwiękiem Fatrena.
Nawet młyny Ostatniego Imperatora nie wymłóciły z Druffa jego śmiechu,
pomyślał Fatren. Ale ostatnie dwa lata tego dokonały.
- Fats! - zawołał ktoś. - Fats!
Fatren podniósł wzrok, gdy na wał wspiął się chłopiec. Z trudem
ukończyli umocnienia - pomysł Druffela, w czasach, zanim się poddał.
Vetitan miało około siedmiu tysięcy mieszkańców, czyli było całkiem
spore. Mnóstwo wysiłku wymagało otoczenie go wałem.
Fatren miał może tysiąc prawdziwych żołnierzy - w tak małej grupie
trudno było zebrać ich więcej - i może kolejny tysiąc zbyt młodych, zbyt
starych lub zbyt słabo wyszkolonych, by dobrze walczyć. Nie wiedział,
jak wielka była armia kolossów, lecz z pewnością większa niż dwa
tysiące. Wał im nie pomoże.
Chłopak - Sev - w końcu dotarł do Fatrena.
- Fats! Ktoś idzie!
- Już? - spytał Fatren. - Druff mówił, że kolossy są jeszcze daleko.
- Nie kolossy, Fats - poprawił go chłopak. - Człowiek. Chodźcie go
zobaczyć!
Fatren odwrócił się do Druffa, który wytarł nos i wzruszył ramionami.
Podążyli za Sevem wzdłuż wału, w stronę głównej bramy. Popiół i kurz
kłębiły się nad ubitą ziemią, zbierając się w rogach. Ostatnio nie mieli
czasu na sprzątanie. Kobiety musiały pracować na polach, gdy mężczyźni
szkolili się i przygotowywali do wojny.
Przygotowania do wojny. Fatren mówił sobie, że ma dwa tysiące
"żołnierzy", choć naprawdę miał tysiąc skaa z mieczami. Szkolili się
przez dwa lata, to prawda, lecz brakowało im doświadczenia.
Grupa mężczyzn tłoczyła się przy bramie, stojąc na wale lub opierając
się o niego. Może nie powinienem tyle poświęcać na szkolenie żołnierzy,
pomyślał Fatren. Gdyby ten tysiąc pracował w kopani, mielibyśmy rudę na
łapówki.
Tyle tylko, że kolossy nie przyjmowały łapówek. Zabijały. Fatren
zadrżał, myśląc o Garthwood. To miasto było większe od jego, lecz do
Vetitan dotarła mniej niż setka uciekinierów. Wszystko wydarzyło się
przed trzema miesiącami. Miał irracjonalną nadzieję, że kolossy zadowoli
zniszczenie tamtego miasta.
Powinien był się domyślić. Kolossy nigdy nie były zadowolone.
Fatren wspiął się na wał, a za nim podążyli żołnierze w połatanych
ubraniach z ponaszywanymi kawałkami skóry. Spojrzał poprzez spadający
popiół na ciemny krajobraz, który wyglądał tak, jakby pokrywał go
głęboki, czarny śnieg.
Zbliżał się samotny jeździec, ubrany w ciemny płaszcz z kapturem.
- Jak myślisz, Fats? - spytał jeden z żołnierzy. - Zwiadowca kolossów?
Fatren prychnął.
- Kolossy nie wysłałyby zwiadowcy, a szczególnie człowieka.
- Ma konia - powiedział Druffel, chrząkając. - Przydałby się nam jeszcze
jeden.
Miasto miało ich tylko pięć, a wszystkie były niedożywione.
- Kupiec - stwierdził jeden z żołnierzy.
- Żadnych towarów - sprzeciwił się Fatren. - I musiałby być bardzo
odważnym kupcem, żeby samotnie zapuścić się w te okolice.
- Nigdy nie widziałem uciekiniera na koniu - zauważył jeden z mężczyzn.
Uniósł łuk, spoglądając na Fatrena.
Przywódca pokręcił głową. Nikt nie wystrzelił, gdy obcy zbliżał się do
nich nieśpiesznie. Zatrzymał wierzchowca tuż przed bramą miasta. Fatren
był z niej bardzo dumny. Prawdziwa drewniana brama w ziemnym wale.
Drewno i kamień wziął z pańskiego dworu w centrum miasta.
Gruby, ciemny płaszcz, noszony dla ochrony przed popiołem, ukrywał
postać przybysza. Fatren przyjrzał się obcemu ponad szczytem wału, a później posłał spojrzenie bratu i wzruszył ramionami.
Obcy zeskoczył z konia.
Wzniósł się prosto w niebo, jakby podrzucony, a jednocześnie zrzucił
płaszcz. Pod spodem mężczyzna nosił idealnie biały mundur.
Fatren zaklął i odskoczył do tyłu, gdy obcy wzniósł się ponad wałem i wylądował na szczycie bramy. Mężczyzna był Allomantą. Szlachetnie
urodzony. Fatren miał nadzieję, że tamci zajmą się swoimi przepychankami
na północy i zostawią jego ludzi w spokoju.
A przynajmniej dadzą im w spokoju umrzeć.
Przybysz odwrócił się. Miał krótką brodę i krótko obcięte ciemne włosy.
- Dobrze - powiedział, idąc po szczycie bramy z nienaturalnym wyczuciem
równowagi - nie mamy czasu. Zabierajmy się do roboty.
Zstąpił z bramy na wał. Druffel natychmiast wyciągnął miecz.
Ostrze wyrwało się z dłoni Druffela, przyciągnięte niewidzialną mocą.
Obcy chwycił broń, gdy mijała jego rękę. Obrócił miecz i przyjrzał mu
się uważnie.
- Dobra stal - stwierdził, kiwając głową. - Jestem pod wrażeniem. Jak
wielu waszych żołnierzy jest tak dobrze wyposażonych? - Obrócił broń
rękojeścią do przodu i podał ją Druffelowi.
Druffel spojrzał na brata, wyraźnie zdezorientowany.
- Kim jesteś? - spytał Fatren, zebrawszy się na odwagę. Nie wiedział
zbyt wiele na temat Allomancji, ale był przekonany, że obcy jest
Zrodzonym z Mgły. Mógł pewnie samą myślą zabić wszystkich na wale.
Obcy zignorował pytanie i odwrócił się w stronę miasta.
- Ten wał otacza całe miasto? - spytał, odwracając się w stronę jednego
z żołnierzy.
- Yyy... tak, milordzie - odparł zapytany.
- Ile macie bram?
- Tylko jedną, milordzie.
- Otwórzcie ją i wprowadźcie mojego konia do środka - stwierdził
przybysz. - Zakładam, że macie stajnie?
- Tak, milordzie - odparł żołnierz.
Cóż, pomyślał z niezadowoleniem Fatren, gdy żołnierz odbiegł, ten
przybysz z pewnością umie dowodzić ludźmi. Żołnierz nawet przez chwilę
się nie zawahał, nie pomyślał, że wykonuje rozkazy obcego, nie prosząc o pozwolenie. Fatren widział już, jak pozostali się prostują, tracąc
rezerwę. Ten przybysz mówił tak, jakby się spodziewał, że jego rozkazy
zostaną wypełnione, a żołnierze na to reagowali. To nie był szlachetnie
urodzony, jakich znał Fatren, gdy służył w dworze pana. Ten mężczyzna
był inny.
Obcy wciąż przyglądał się miastu. Popiół opadał na jego piękny biały
mundur i Fatren pomyślał, że to szkoda, by strój się pobrudził. Przybysz
pokiwał głową, po czym zaczął schodzić z wału.
- Zaczekaj - powiedział Fatren, zmuszając obcego do zatrzymania się. -
Kim jesteś?
Przybysz odwrócił się i spojrzał Fatrenowi w oczy.
- Nazywam się Elend Venture. Jestem waszym cesarzem.
Z tymi słowami mężczyzna odwrócił się i ruszył dalej w dół umocnień.
Żołnierze rozstąpili się przed nim, po czym wielu podążyło za nim.
Fatren spojrzał na brata.
- Cesarz? - mruknął Druffel i splunął.
Fatren zgadzał się z jego podejściem. Co miał robić? Nigdy wcześniej nie
walczył przeciwko Allomancie, nie był nawet pewien, jak zacząć. "Cesarz"
z pewnością bez trudu rozbroiłby Duffela.
- Zorganizujcie mieszkańców miasta - rzucił obcy... Elend Venture. -
Kolossy nadejdą z północy. Zignorują bramę i wejdą na wał. Chcę, żeby
starsi i dzieci skupili się w południowej części miasta. Zgromadźcie ich
w jak najmniejszej liczbie domów.
- A co to da? - spytał Fatren. Nie widząc innej możliwości, pośpieszył
za "cesarzem".
- Kolossy są najbardziej niebezpieczne, kiedy opanowuje je żądza krwi -
odparł Venture, nie przerywając marszu. - Jeśli uda im się zdobyć
miasto, to powinny jak najwięcej czasu zmarnować na szukanie waszych
ludzi. Jeśli żądza krwi kolossów minie podczas poszukiwań, opanuje je
frustracja i zabiorą się za łupienie. Wtedy twoim ludziom może uda się
uciec.
Venture przerwał i spojrzał w oczy Fatrenowi. Miał ponurą minę.
- To niewielka nadzieja. Ale zawsze coś.
Wypowiedziawszy te słowa, ruszył dalej, główną ulicą miasteczka.
Za plecami Fatren słyszał szepty żołnierzy. Wszyscy słyszeli o mężczyźnie nazywającym się Elend Venture. To on ponad dwa lata temu
zdobył władzę w Luthadel po śmierci Ostatniego Imperatora. Wieści z północy pojawiały się rzadko i nie były wiarygodne, ale wszystkie
wspominały o Venture. Walczył z rywalami do tronu, nawet zabił swojego
ojca. Ukrywał fakt, że jest Zrodzonym z Mgły i podobno poślubił właśnie
tę kobietę, która zabiła Ostatniego Imperatora. Fatren wątpił, by ktoś
tak ważny - pewnie bardziej legenda niż prawdziwy człowiek - przybył do
tak małego miasteczka w Południowym Dominium, i to jeszcze samotnie.
Nawet kopalnie nie miały większego znaczenia. Obcy musiał kłamać.
Ale... na pewno był Allomantą...
Fatren przyśpieszył kroku, by nadążyć za obcym. Venture - czy też
kimkolwiek był - zatrzymał się przed dużą budowlą w pobliżu centrum
miasta. Stara siedziba Stalowego Zakonu. Fatren kazał zabić deskami
wejścia i okna.
- Tam znaleźliście broń? - spytał Venture, zwracając się do Fatrena.
Mężczyzna milczał przez chwilę. W końcu potrząsnął głową.
- W dworze lorda.
- Zostawił swoją broń? - spytał zaskoczony Venture.
- Myślimy, że pewnie miał zamiar wrócić - wyjaśnił Fatren. - Żołnierze,
których pozostawił, w końcu zdezerterowali, dołączając do mijającej nas
armii. Zabrali wszystko, co mogli unieść. My zużytkowaliśmy resztę.
Venture podrapał się po brodzie i wpatrzył w stary budynek Zakonu.
Budowla była wysoka i robiła złowrogie wrażenie, mimo opuszczenia - a może ze względu na nie.
- Wasi ludzie wyglądają na dobrze wyszkolonych. Nie spodziewałem się
tego. Czy mają doświadczenie w walce?
Druffel cicho prychnął, co oznaczało, że uważa przybysza za wścibskiego.
- Nasi ludzie walczyli wystarczająco wiele, by stali się niebezpieczni,
obcy - powiedział Fatren. - Kiedyś bandyci chcieli odebrać nam miasto.
Uważali, że jesteśmy słabi i damy się łatwo zastraszyć.
Jeśli obcy uznał te słowa za groźbę, nie pokazał tego po sobie. Po
prostu pokiwał głową.
- Czy walczyliście przeciwko kolossom?
Bracia wymienili się spojrzeniami.
- Ludzie, którzy walczą przeciwko kolossom, giną, obcy - powiedział w końcu Fatren.
- Gdyby to była prawda - stwierdził Venture - zginąłbym już parę razy. -
Odwrócił się w stronę zbierającego się tłumu żołnierzy i mieszkańców
miasta. - Nauczę was wszystkiego, co wiem o walce przeciwko kolossom,
ale nie mamy zbyt wiele czasu. Chcę, żeby kapitanowie i dowódcy
oddziałów zebrali się przy bramie w ciągu dziesięciu minut. Żołnierze
mają stanąć w szyku wzdłuż wału... nauczę dowódców kilku sztuczek, które
mogą przekazać swoim ludziom.
Niektórzy żołnierze się poruszyli, lecz trzeba im przyznać, że większość
została na swoich miejscach. Przybysz nie wydawał się obrażony, że jego
rozkazy nie zostały wykonane. Stał w milczeniu, wpatrując się w uzbrojony tłum. Nie wyglądało na to, że jest przestraszony ani też zły
czy pełen dezaprobaty. Wyglądał... majestatycznie.
- Milordzie - spytał w końcu jeden z żołnierzy. - Czy...
przyprowadziliście ze sobą armię, by nam pomogła?
- Nawet dwie - odparł Venture. - Ale nie mamy czasu na nie czekać. -
Spojrzał Fatrenowi w oczy. - Napisałeś i poprosiłeś mnie o pomoc. A ja,
jako twój suweren, przybyłem z nią. Czy nadal jej pragniesz?
Fatren zmarszczył czoło. Nigdy nie prosił tego człowieka - ani żadnego
lorda - o pomoc. Otworzył usta, by wyrazić sprzeciw, ale się zawahał.
Pozwoli mi udawać, że posłałem po niego, pomyślał. Takie udawanie było
częścią jego planu. Mógłbym oddać mu władzę bez poczucia porażki.
Zginiemy. Choć, patrząc w oczy tego człowieka, mogę prawie uwierzyć, że
mamy szansę.
- Nie... spodziewałem się, że przybędziecie samotnie, milordzie -
powiedział w końcu Fatren. - Zaskoczył mnie wasz widok.
Venture pokiwał głową.
- To zrozumiałe. Chodź, omówimy taktykę.
- Dobrze - odparł Fatren.
Gdy zrobił krok do przodu, Druffel chwycił go za ramię.
- Co ty wyprawiasz? - syknął. - Posłałeś po tego człowieka? Nie wierzę.
- Zbieraj żołnierzy, Druff - powiedział Fatren.
Jego brat stał przez chwilę bez ruchu, po czym zaklął cicho i odszedł.
Nie wyglądało na to, że ma zamiar zebrać ludzi, więc Fatren gestem
nakazał to zrobić dwóm kapitanom. Potem dołączył do Venture i razem
ruszyli w stronę bramy. Venture kazał paru żołnierzom pójść przodem i utorować im drogę, by mogli z Fatrenem porozmawiać na osobności. Popiół
nadal padał z nieba, zasypując czernią ulicę, zbierając się na dachach
pochylonych parterowych domków.
- Kim jesteś? - spytał cicho Fatren.
- Jestem tym, kim powiedziałem - odparł Venture.
- Nie wierzę ci.
- Ale mi ufasz.
- Nie, po prostu nie chcę się kłócić z Allomantą.
- To na razie wystarczy - stwierdził obcy. - Posłuchaj, przyjacielu, na
twoje miasto maszeruje dziesięć tysięcy kolossów. Potrzebujesz wszelkiej
pomocy.
Dziesięć tysięcy? - pomyślał z oszołomieniem Fatren.
- Jak zakładam, kierujesz tym miastem? - spytał Venture.
Fatren się otrząsnął.
- Tak - odparł. - Nazywam się Fatren.
- Dobrze, lordzie Fatrenie, możemy...
- Nie jestem lordem - sprzeciwił się Fatren.
- Właśnie nim zostałeś - odparł Venture. - Później możesz wybrać sobie
nazwisko. A teraz, zanim ruszymy dalej, musisz poznać warunki, na jakich
udzielę wam pomocy.
- Jakie to warunki?
- Niepodlegające negocjacjom - stwierdził Venture. - Jeśli zwyciężymy,
przysięgniesz mi lojalność.
Fatren zmarszczył czoło i zatrzymał się na ulicy. Popiół padał wokół
niego.
- Czyli o to chodzi? Wchodzicie tu przed walką, twierdzicie, że
jesteście jakimś tam wysokim lordem, byście mogli przypisać sobie
zasługi za nasze zwycięstwo. Dlaczego miałbym przysiąc lojalność
człowiekowi, którego poznałem przed kilkoma chwilami?
- Ponieważ jeśli tego nie zrobisz - odparł cicho Venture - i tak odbiorę
ci dowodzenie. - Po czym ruszył dalej.
Fatren stał jeszcze przez chwilę, lecz zaraz pośpiesznie dołączył do
towarzysza.
- Ach, rozumiem. Nawet jeśli przeżyjemy tę bitwę, skończymy pod władzą
tyrana.
- Tak - odparł Venture.
Fatren się skrzywił. Nie spodziewał się, że mężczyzna będzie mówił tak
otwarcie.
Venture potrząsnął głową, wpatrując się w miasto przez spadający popiół.
- Kiedyś sądziłem, że da się to przeprowadzić inaczej. I wciąż wierzę,
że pewnego dnia mi się to uda. Ale na razie nie mam wyboru. Potrzebuję
twoich żołnierzy i twojego miasta.
- Mojego miasta? - powtórzył Fatren. - Po co?
Venture uniósł dłoń.
- Musimy najpierw przeżyć tę bitwę. Później zajmiemy się innymi
kwestiami.
Fatren zawahał się i z zaskoczeniem uświadomił sobie, że rzeczywiście
ufa temu obcemu. Nie umiałby wyjaśnić, dlaczego tak się czuje. To po
prostu był człowiek, za którym chciał podążać - przywódca, jakim on sam
zawsze pragnął się stać.
Venture nie czekał, aż Fatren zgodzi się na "warunki". To nie była
propozycja, lecz ultimatum.
Fatren znów pośpiesznie ruszył za Venture i dogonił go przy wejściu na
niewielki plac przed bramą.
Wokół kłębili się żołnierze. Nie mieli mundurów - kapitanów od zwykłych
żołnierzy odróżniała jedynie czerwona opaska na ramieniu. Venture nie
dał im wiele czasu na zbiórkę, ale wszyscy wiedzieli, że miasto wkrótce
zostanie zaatakowane.
- Mamy mało czasu - powtórzył głośno przybysz. - Mogę was nauczyć tylko
kilku rzeczy, ale one wam pomogą.
Kolossy mają różne rozmiary, od małych, wysokich na pięć stóp, do
wielkich, górujących na dwanaście stóp. Jednakże nawet te małe są
silniejsze od was. Bądźcie na to przygotowani. Całe szczęście, stwory
walczą bez koordynacji między jednostkami. Jeśli jeden koloss ma
kłopoty, inne mu nie pomogą. Nie martwcie się stworami, które miną wasze
szyki i wejdą do miasta - ukryjemy cywilów na samym końcu miasta, a kolossy, które miną nasze szeregi, najpewniej zajmą się plądrowaniem,
walkę pozostawiając innym. Tego właśnie chcemy! Nie gońcie ich po
mieście. Wasze rodziny będą bezpieczne. Walcząc z dużym kolossem,
atakujcie nogi, powalcie go, zanim spróbujecie go zabić. Walcząc z małym
kolossem, upewnijcie się, że wasze miecze albo włócznie nie zaplączą się
w fałdach ich skóry. Pamiętajcie, że kolossy nie są głupie - jedynie
nieskomplikowane. Przewidywalne. Zaatakują was w najprostszy możliwy
sposób i jedynie bezpośrednio. Najważniejsze, żebyście zrozumieli, że
można je pokonać. Dziś to zrobimy. Nie dajcie się zastraszyć! Walczcie w szyku, nie traćcie głowy, a obiecuję wam, że przeżyjemy!
Kapitanowie stali w niewielkiej grupce, wpatrując się w Venture'a. Nie
wiwatowali, ale wydawali się nieco bardziej pewni siebie. Odeszli, by
przekazać wskazówki swoim ludziom.
Fatren podszedł do cesarza.
- Jeśli dobrze liczycie, mają przewagę pięciu na jednego.
Venture pokiwał głową.
- Są większe, silniejsze i lepiej wyszkolone od nas.
Venture znów pokiwał głową.
- To jesteśmy zgubieni.
Venture zmarszczył czoło. Czarny popiół spadał na jego ramiona.
- Nie jesteście zgubieni. Macie coś, czego oni nie mają, coś bardzo
ważnego.
- Co takiego?
Venture spojrzał mu w oczy.
- Macie mnie.
- Wasza Wysokość! - zawołał ktoś ze szczytu wału. - Kolossy!
Już zaczęli zwracać się do niego jako pierwszego, pomyślał Fatren. Nie
wiedział, czy powinien czuć się urażony, czy podziwiać.
Venture natychmiast wskoczył na szczyt wału, wykorzystując Allomancję,
by przebyć odległość jednym skokiem. Większość żołnierzy kuliła się albo
ukrywała za umocnieniami, nie wychylając się, mimo że wróg znajdował się
dość daleko. Venture jednak stał dumny w białej pelerynie i mundurze,
zasłaniając oczy dłonią i wpatrując się w horyzont.
- Rozbijają obóz - powiedział z uśmiechem. - Dobrze. Lordzie Fatrenie,
proszę przygotować ludzi do natarcia.
- Natarcia? - spytał Fatren, wspinając się na wał za Venture.
Cesarz pokiwał głową.
- Kolossy będą zmęczone po marszu i rozproszone podczas rozbijania
obozu. To najlepsza okazja do ataku.
- Ale my pozostajemy w defensywie!
Venture pokręcił głową.
- Jeśli zaczekamy, w końcu ogranie je żądza krwi i nas zaatakują. Musimy
sami zaatakować, a nie czekać, aż nas zarżną.
- I porzucić wał.
- Umocnienia robią wrażenie, lordzie Fatrenie, ale są bezużyteczne. Jest
was za mało, by bronić całej ich długości, a kolossy są wyższe i bardziej stabilne od ludzi. Odbiorą wam wał, po czym wykorzystają
wzniesienie, by zepchnąć was do miasta.
- Ale...
Venture spojrzał na niego. Miał spokojny wzrok, lecz jednocześnie
stanowczy i pełen oczekiwania. Wiadomość była krótka. "Ja tu dowodzę".
Więcej kłótni nie będzie.
- Tak, milordzie - powiedział Fatren i wezwał gońców, by przekazali
rozkazy.
Venture patrzył ze swojego miejsca, jak chłopcy biegną we wszystkie
strony. Żołnierze wydawali się nieco zdezorientowani, nie spodziewali
się ataku. Kierowali spojrzenia w stronę Elenda, który stał wyprostowany
na wale.
Naprawdę wygląda jak cesarz, pomyślał wbrew sobie Fatren.
Rozkazy zostały przekazane wzdłuż szeregów. Czas mijał. Venture wyjął
miecz i uniósł go wysoko na tle przysłoniętego popiołem nieba. Po chwili
ruszył w dół wału z nadludzką prędkością, kierując się ku obozowi
kolossów.
Przez chwilę biegł sam. Wówczas, zaskakując samego siebie, Fatren
zacisnął szczękające zęby i podążył za nim.
Na wale zapanowało poruszenie, żołnierze z rykiem ruszyli do ataku,
biegnąc z uniesioną bronią na spotkanie śmierci.
2
2
Jak zawsze, dzień TenSoona zaczął się w ciemnościach. Częściowo wynikało
to oczywiście z faktu, że nie miał oczu. Mógłby je sobie stworzyć -
należał do Trzeciego Pokolenia, czyli był stary, nawet według standardów
kandra. Przetrawił wystarczająco wiele ciał, by umieć instynktownie
stworzyć narządy zmysłów, bez modelu do skopiowania.
Niestety, oczy nie dałyby mu zbyt wiele. Nie miał czaszki, a zdążył już
odkryć, że większość organów nie działa zbyt dobrze bez pełnego ciała -
i szkieletu - jako podpory. Jego własna masa zmiażdżyłaby oczy, gdyby
się poruszył w nieodpowiedni sposób, a ich odwracanie w różne strony
byłoby bardzo trudne.
Poza tym, i tak nie miał na co patrzeć. TenSoon przesunął nieco swoją
masę wewnątrz więziennej celi. Jego ciało wyglądało teraz jak zbiór
przezroczystych mięśni - niczym masa wielkich ślimaków, połączonych ze
sobą, nieco bardziej elastycznych niż ciało mięczaka. Gdyby się skupił,
mógłby rozpuścić jeden z mięśni i albo połączyć go z innym, albo
stworzyć coś nowego. Niestety, bez szkieletu był niemal bezsilny.
Znów poruszył się w celi. Jego skóra miała swój własny zmysł - coś w rodzaju smaku. W tej chwili smakowała smród jego odchodów po bokach
celi, ale nie ważył się odłączyć tego zmysłu. Nie miał innych sposobów
na kontakt ze światem.
Cela była przykrytą kratą kamienną jamą, w której ledwie mieściło się
jego ciało. Nadzorcy zrzucali z góry jedzenie, a od czasu do czasu
wylewali wodę, by go nawodnić i spłukać odchody przez niewielki otwór
ściekowy w dnie. Zarówno otwór, jak i przestrzenie między prętami kraty
na górze były zbyt wąskie, by się przez nie przecisnął - ciała jego
rodzaju były elastyczne, ale istnieją pewne ograniczenia w ściskaniu
sterty mięśni.
Większość ludzi oszalałaby, gdyby została zamknięta w tak ograniczonej
przestrzeni przez... nawet nie wiedział, ile czasu minęło. Miesiące?
TenSoon jednak miał Błogosławieństwo Przytomności. Jego umysł nie
poddawał się tak łatwo.
Skup się, powiedział sobie. Nie miał mózgu, nie tak jak ludzie, ale był
zdolny do myślenia. Nie rozumiał tego. Nie był pewien, czy ktokolwiek z kandra to rozumie. Może ci z Pierwszego Pokolenia wiedzieli więcej, ale
jeśli nawet, to nie dzielili się swoją wiedzą.
Nie mogą cię tu trzymać bez końca, powiedział sobie. Pierwszy Kontrakt
stanowi...
Zaczynał już wątpić w Pierwszy Kontrakt - a raczej w to, czy Pierwsze
Pokolenie się nim kierowało. Czy mógł mieć do nich pretensje? TenSoon
złamał Kontrakt. Jak sam przyznał, wystąpił przeciwko woli swojego pana,
by pomóc komuś innemu. Ta zdrada skończyła się śmiercią jego pana.
Jednakże nawet tak karygodny czyn był najmniejszą z jego zbrodni. Karą
za złamanie Kontraktu była śmierć i gdyby TenSoon się na tym zatrzymał,
pozostali by go po prostu zabili. Niestety, chodziło o coś więcej.
Zeznania TenSoona - które złożył na zamkniętym przesłuchaniu przed
Drugim Pokoleniem - ujawniły o wiele bardziej niebezpieczne i ważniejsze
uchybienie.
TenSoon zdradził tajemnicę swojego ludu.
Nie mogą mnie stracić, pomyślał, wykorzystując tę myśl, by zachować
koncentrację. Muszą się najpierw dowiedzieć, komu powiedziałem.
Tajemnica. Cenna, jakże cenna tajemnica.
Skazałem nas wszystkich na zagładę. Mój lud. Znów będziemy niewolnikami.
Nie, już jesteśmy niewolnikami. Staniemy się czymś innym - automatami, z umysłami opanowanymi przez innych. Uwięzieni i wykorzystani, nasze ciała
nie będą już należeć do nas.
To właśnie zrobił - to potencjalnie rozpoczął. Przyczyna, dla której
zasługiwał na uwięzienie i śmierć. Ale pragnął żyć. Powinien sobą
gardzić. Mimo to, z jakiegoś powodu wciąż czuł, że postąpił właściwie.
Znów się poruszył, masy śliskich mięśni przesuwały się po sobie. W połowie ruchu zamarł. Wibracje. Ktoś nadchodził.
Przygotował się, odpychając mięśnie na bok, tworząc wgłębienie pośrodku
ciała. Potrzebował całego dostępnego jedzenia - nie dawali mu zbyt
wiele. Tym razem jednak przez kratę nie spadły pomyje. Czekał w napięciu, aż krata się otworzy. Choć nie miał uszu, wyczuwał wibrację,
gdy kratę odsuwano, aż żelazo uderzyło o podłogę nad jego głową.
Co?
Następnie pojawiły się haki. Otoczyły jego mięśnie, chwytając go i rozrywając ciało, gdy wyciągały go z jamy. Bolało. Nie tylko szarpanie
hakami, ale też nagła wolność, gdy jego ciało rozlało się po posadzce
więzienia. Niechętnie posmakował kurz i wysuszone pomyje. Jego mięśnie
drżały, brak ograniczeń po opuszczeniu celi wydawał mu się dziwny.
Napiął się, poruszając swoją masę w sposób, który wydawał mu się niemal
zapomniany.
I wtedy nadeszło. Czuł je w powietrzu. Kwas, gęsty i gryzący, pewnie w pozłacanym wiadrze niesionym przez nadzorców. A jednak mieli go zabić.
Ale nie mogą! Pomyślał. Pierwszy Kontrakt, prawo naszego ludu...
Coś na niego spadło. Nie kwas, ale coś twardego. Dotknął tego z przejęciem, mięśnie się poruszały, smakowały, sprawdzały, macały. Było
okrągłe, z otworami i kilkoma ostrymi krawędziami... czaszka.
Smród kwasu stał się ostrzejszy. Czy go mieszali? TenSoon poruszył się
szybko, otaczając czaszkę, wypełniając ją. Już przygotował sobie
rozpuszczone ciało w wewnętrznej sakiewce. Teraz je wykorzystał, oblał
nim czaszkę, szybko tworząc skórę. Pominął oczy, pracował nad płucami,
tworzył język, na razie ignorując wargi. Pracował z desperacją, gdy smak
kwasu stawał się coraz silniejszy, a wtedy...
Trafił w niego. Spalił mięśnie jednej połowy jego ciała, omywając jego
masę, roztapiając go. Najwyraźniej Drugie Pokolenie zrezygnowało z wyciągania z niego tajemnic. Zanim go zabiją, muszą mu dać szansę na
wypowiedzenie ostatnich słów. Wymagał tego Pierwszy Kontrakt - stąd
czaszka. Tyle że strażnicy najwyraźniej mieli rozkaz zabić go, nim zdąży
powiedzieć cokolwiek w swojej obronie. Trzymali się litery prawa,
jednocześnie ignorując jego ducha.
Nie uświadamiali sobie jednak, jak szybko pracował Ten Soon. Niewielu
kandra spędziło na Kontraktach tyle czasu co on - wszyscy z Drugiego
Pokolenia i większość z Trzeciego już dawno odeszli ze służby.
Prowadzili łatwe życie w Ojczyźnie.
A łatwe życie niewiele uczyło.
Większość kandra potrzebowała godzin, by stworzyć ciało - niektórzy
młodsi nawet kilku dni. Jednak TenSoon w ciągu kilku sekund ukształtował
podstawowy język. Gdy kwas zalewał jego ciało, zmusił się do stworzenia
krtani, napełnił płuco i wychrypiał jedno słowo.
- Sąd!
Kwas przestał się lać. Jego ciało wciąż płonęło. Pracował mimo bólu,
tworząc prymitywne narządy słuchu wewnątrz jamy czaszki.
W pobliżu ktoś szepnął:
- Głupiec.
- Sąd! - powtórzył TenSoon.
- Przyjmij śmierć - wysyczał ktoś. - Nie stawiaj się w pozycji, w której
możesz wyrządzić większą krzywdę naszemu ludowi. Pierwsze Pokolenie dało
ci tę szansę na śmierć ze względu na twoje lata dodatkowej służby!
TenSoon się zawahał. Proces będzie publiczny. Na razie tylko wybrane
jednostki znały rozmiary jego zdrady. Mógł umrzeć, przeklinany za
złamanie Kontraktu, lecz zachowując pewną dozę szacunku ze względu na
wcześniejszą karierę. Gdzieś - pewnie w jamach w tym właśnie
pomieszczeniu - znajdowali się inni, cierpiący niekończące się
uwięzienie, które ostatecznie łamało nawet umysły tych obdarzonych
Błogosławieństwem Przytomności.
Czy chciał się stać jednym z nich? Wyjawiając swoje czyny na otwartym
forum, skaże się na wieczność w cierpieniu. Wymuszanie procesu było
głupotą, nie mógł bowiem mieć nadziei na oczyszczenie z zarzutów. Jego
zeznania już go pogrążały.
Jeśli miał się odezwać, to nie dlatego, by się bronić. Chodziło o coś
zupełnie innego.
- Sąd - powtórzył, tym razem cichym szeptem.