Bogumił Wiślanin - Paweł Rochala

Kup ebooka

38.90 zł
32.64 zł (31,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstępny powiew wiatru

Dawno, dawno, bo ponad tysiąc lat temu, żył niepospolity człowiek imieniem Bogumił, z racji pochodzenia zwany powszechnie, acz nieściśle, Wiślaninem, bo po prawdzie należało nazywać go Lędzicem. Współcześni bali się Wiślanina nieco na wyrost, szanowali zaś odrobinę za mało - taka bowiem dola tych, co potrafią łączyć boskie z człowieczym. Ten skromny z własnego wyboru mąż był sławny za życia, lecz po śmierci słuch o nim szybko zaginął. Jako że odcisnął wyraźne znamię na naszych dziejach, nie zasłużył na zapomnienie.

Przypomnę więc kilka niesamowitych wydarzeń z jego życia, kilka czynów i - jak niektórzy zarzucali - zaniechań, choć ludzki rozsądek i chrześcijańska wiara podpowiadają o nich nie mówić. Rozsądek, bo aby towarzyszyć Bogumiłowi w drodze życiowej utkanej z ludzkich namiętności i nici pajęczych trzeba się otrzeć o ciemne moce, co dla umysłu bywa skrajnie niebezpieczne. Wiara zaś podszeptuje, że lepiej temat omijać, bo wspominając, wypada ożywić czeredę słowiańskich bóstw - na dokładkę nie samych dobrych - a także przejść zakazane obrzędy. Wskrzeszanie bałwochwalstwa nie jest wszakże budującym zajęciem dla chrześcijanina.

Bogumił zasługuje jednak, aby rozsądek i wiara na chwilę przycichły i oddały głos wiedzy. Inaczej nie znajdziemy odpowiedzi na pytania: skąd się wzięliśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Poznanie dziejów nigdy niepchającego się na należne mu miejsce Bogumiła, da odpowiedź na dwa z tych pytań i choćby tylko z tego powodu zasłużył na wyprowadzenie z cienia zwyczajności, który, wbrew przeznaczeniu, aż nadto sobie upodobał.

Pochyleni nad słowami zwiastującymi głęboką przeszłość być może już zadaliście sobie - a właściwie mi - pytanie: skoro słuch o Bogumile zaginął przed setkami lat, skąd wiadomo tyle, żeby snuć wątek o Bogumile przez wiele stron? Mam na to odpowiedź.

Wieści o Bogumile przetrwały, lecz w rozproszeniu, bo tylko tak mogły ujść gwałtownym niekiedy prześladowaniom (nie, czytelniku, nie ze strony Kościoła - ze strony świeckiej władzy tworzącej obraz świata na własne upodobanie). Przykleiły się do legend, schowały w baśniach, przeżyły w ludowych wierzeniach i obyczajach; i tak dotrwały, co nie do wiary, do naszych czasów. Dziwne, lecz nikt wcześniej nie zauważył, że po powiązaniu i wypełnieniu wątkami splecionymi z traw, mgieł i promieni słonecznych, opowieść układa się sama.

I jeszcze jedno!

Pewne okoliczności wymogły na mnie szczerość posuniętą dalej, niżbym sobie życzył, dlatego dzieje mojego, raczej naszego bohatera, zacząłem od początku. Stawiałem opór, bo całość już ma wymiar baśniowy, dołożenie więc jeszcze bardziej baśniowego początku trąciłoby zmyśleniem. Trudno, ktoś możny koniecznie chciał o tym wiedzieć, a ja jego wolę musiałem spełnić - tak podpowiadał rozsądek.

Przed mniej możnymi nie będę prawdy ukrywał.

Kwiat

W środku letniej nocy roku 899 po narodzeniu Chrystusa, gdy nad wiślańską ziemią ledwie zroszoną wodą chrztu drżały gwiazdy, bojąc się, że Chors zetnie je sierpem nowego miesiąca, kogut zapiał tak głośno, aż Miłosława, usłyszawszy go tuż nad uchem, gwałtownie obudzona rzuciła się na posłaniu z cichym okrzykiem przestrachu. Rozglądała się w ciemnościach komnaty w takt bijącego serca, myśląc, o czym śniła, a wtedy za oknem rozległo się po raz wtóry przeraźliwie szydercze pianie. Obiecując śpiewakowi ostrym szeptem rychły i marny koniec, niewiasta poderwała się z małżeńskiego łoża i tupocąc bosymi stopami po gładkich dranicach, dobiegła do wyjścia, odsunęła rygiel i otworzyła drzwi. Spodziewała się mroków nocy, lecz w oczy uderzyło ją ostre światło. Zasłoniła twarz ręką i odwróciła głowę. Chciała się cofnąć, z rozpędu postąpiła jednak krok naprzód, drugą ręką ślepo macając białe powietrze. Nie natrafiła ani na drzwi, ani na ścianę dworu. Ochłonąwszy wreszcie ze ślepoty, odnalazła siebie odzianą w najdroższą suknię barwy jantaru, spływającą w gęstwinę nieznanej polany. Kwiaty przerastały zieleń gęsto i wielobarwnie, jakby kto tęczę pociął na cząstki, zmiędlił i rozrzucił wśród traw.

Nie rozumiejąc tego, co widziała - przecież był lipiec, a łąka kwitła jakby w maju - Miłosława zaczerpnęła powietrza. Tchnienie z wielką siłą odurzyło ją setką nektarowych zapachów, aż świat zawirował w głowie, aż się zachwiała.

Po kilku oddechach, oswojona już z woniami leśnego kobierca, niewiasta usłyszała buczenie tysięcy pszczół i trzmieli, cykanie setek świerszczy, świergot dziesiątek skowronków.

- To nie do wiary! Śnię? - zapytała, ale czy w szemrzącym gwarze usłyszała pytanie. - Którędy do domu? - szukały myśli, lecz nogi nie czekały na odpowiedź i poniosły donikąd. Sunęła przez jezioro kwiatów, nurzając się po kolana, po biodra, po piersi nawet, rozdając słodkie uśmiechy makom, rumiankom, bławatkom i kaczeńcom oraz czeredzie takich, co ich nazw nie znała, i wzbijała mgiełki pyłków, płosząc robotne pszczoły i trzmiele. Niektóre kwiaty muskały ją tylko, inne lekko chwytały za suknię jantarową i ciemne włosy, pozłacając je coraz mocniej, jeszcze inne kłaniały się na powitanie, a po rozstaniu wiodły za nią licami niczym słoneczniki za słońcem.

Czyżbym była piękna? Mogła to sprawdzić w zagajniku przy strumieniu, ale potok falował, nie dając Miłosławie obejrzeć się wyraźną, ale i bez tego wiedziała, że znów ma szesnaście lat, na głowie wianek, skórę gładką i śniadą, jest gibka, beztroska, i patrzy na cudny świat zielonymi oczami.

Głos wilgi, co wabił zalotnie a niewidzialnie, sprawił, że niewiasta chciała zobaczyć, czy żółty nicpoń istotnie trzyma w dzióbku piszczałkę. Śpiew dochodził od strony wiatrołomów, zza wykrotu, z konarów leżącego dębu.

Miłosława obeszła powalony świerk, przeskoczyła przez pień sosny i wówczas zobaczyła, kto tak pięknie gra.

Nieduży starzec, właściwie karzełek, w czerwonej spiczastej czapce, porośnięty długim siwym i zielonym włosem, siedział w rozwidleniu gałęzi ze dwa kroki nad ziemią i zerkał małymi, acz wyłupiastymi ślepkami brązowymi jak sosnowe sęki, i nieustannie grał na fujarce. Wyglądał poczciwie, chociaż cudacznie zarazem.

- Bądź pozdrowiony, dziadku! - Chciała zapytać o drogę do domu, ale ledwie wykrztusiła pozdrowienie, zaraz zasłoniła usta, inaczej parsknęłaby śmiechem.

Cudak nie odpowiedział na pozdrowienie, nawet nie wyjął fujarki z gęstwiny brody. Trzymając się gałęzi - na piszczałce grał wciąż oburącz - podparł się czwartą kończyną, żeby wygodniej usadowić ciało. Zrobił to, nie przerywając gry ani na chwilę i ani na chwilę nie oderwał ślepek od niewiasty, która straciła ochotę na śmiech i na zapytanie dziada o drogę. Krok za krokiem się wycofała; domyśliła się już bowiem, kim dziadyga jest: leśnym lichem lubiącym wodzić ludzi na manowce.

W człowieczku, co jeszcze przed chwilą wydawał się śmieszny, zaszły zmiany całkiem nieśmieszne. Włosy się skróciły, przy czym zielone sczerniały, siwe poszarzały. Zeskoczył z gałęzi, wbił w ziemię fujarkę, która w jednej chwili pokryła się wierzbowymi liśćmi, sam zaś stanął na czterech... no, nie rękach, na czterech łapach. Pomajtał kitą, spojrzał na niewiastę głęboko osadzonymi, żółtymi ślepiami, skulił spiczaste uszy i zawarczał.

Miłosława nie czekała, aż pokaże kły. Odwróciła się i dalejże uciekać.

Przemknęła, prawie się ocierając o stado jeleni, co pasło się opodal. Byki, a łanie za nimi, podniosły łby i z obojętnością popatrzyły na dziewczynę i biegnącego jej śladem straszliwego zwierza, po czym jedne wróciły do skubania trawy, inne do przeżuwania tego, co wcześniej uskubały.

Miłosława biegła wzdłuż strumienia śmigle jak jaskółka: wianek wpadł do wody, ale na to nie zważała, włosy rozwiały się chmurą strzępioną przez gałęzie, w uszach szumiał wiatr, a ona biegła nawet przez krzewy jeżyn, raniąc stopy do krwi.

Wilk-niewilk był tuż-tuż.

Wtenczas strumień zabiegł niewieście drogę. Przebrnęła przez nurt, potwór został na brzegu. Już się cieszyła, już miała odetchnąć, gdy zwierz podreptał chwilę w miejscu, ugiął łapy i dwoma susami przesadził wodę. Pościg rozpoczął się na nowo.

Miłosława krzyknęła i ruszyła do ucieczki, ale zaraz się potknęła i upadła. Szczęśliwie minęła ostre gałęzie leżącego drzewa i przeturlała się po mchu.

Wilk-niewilk był o krok.

Zasłoniła twarz i szyję. Zaraz pojęła, że na nic to by się zdało, gdyby potwór chciał przegryźć jej kark. Coś jednak powstrzymało jego luty zamiar, a co, domyśliła się szybko. Wilk bowiem wodził pyskiem wzdłuż nazbyt wysoko obnażonych nóg Miłosławy.

W niewieście krew zawrzała.

- Ty! - krzyknęła; była przecież z wojowniczego rodu. Jedną ręką obciągała szatę, drugą sięgnęła po miałkie próchno leżące obok pnia i sypnęła w ślepia zwierza.

Ten prychnął, potrząsnął łbem i potarł łapą pysk.

Miłosława poderwała się do biegu, ale trącona wilczym barkiem znów upadła. Zaraz okraczyły niewiastę kosmate łapy potwora, wyszczerzona morda ocierała się o jej twarz, cielsko przygniotło do ziemi, a tylne łapy walczyły ze ściśniętymi udami.

Co mam czynić?, zastanawiała się gorączkowo, wiedząc, że dola niewiast zgwałconych przez niedźwiedzie czy leśne potwory nie była do pozazdroszczenia - potomstwo odznaczało się przymiotami obcymi ludziom, a matki zawsze przypłacały macierzyństwo szaleństwem. Teraz złość, wstyd i obrzydzenie obezwładniały, jak przygniatający ciężar wilka, co z każdym oddechem bardziej ściskał płuca. Miłosława wczepiła się rękoma w szyję potwora, próbowała dusić. Nie zrobiło to na nim wrażenia, jeszcze głośniej zawarczał i mocniej do niej przywarł. Ostatnim tchem wydała z siebie krzyk rozpaczy, aż poruszyła się cała puszcza.

Nagle zadudniło, ziemia zadrżała, huknął grom. Ciężar zelżał, warkot zwierza gasł w oddalającym się skowycie.

Miłosława uciekłaby, lecz nie miała siły nawet otworzyć oczu. Czuła, że nie jest sama. Ktoś się zbliżył, położył dłoń na jej czole, pogłaskał. Wzdrygnęła się, zasłoniła, odtrąciła dłoń i pełna obaw spojrzała, a to, co zobaczyła, przyniosło ulgę: pochylał się nad nią Sobiesław. Mąż przytulił żonę i trwali w tym uścisku jakiś czas.

- Bardzo, ale to bardzo się bałam. Dobrze, że jesteś... - szeptała przez łzy.

Sobiesław poprowadził żonę do strumienia, ostrożnie ułożył i starannie obmył z krwi, a tam, gdzie polał wodą, rany znikały i ból ustępował; nie zostawały nawet siniaki.

Patrzyła na to z niedowierzaniem.

- Co to jest? Jak to się dzieje? - zapytała.

Odpowiedział znakiem ciszy.

Nie pojmowała niczego, chciałaby pytać, lecz posłusznie umilkła. Zakiełkował w niej jednak niepokój, czy wszystko jest w porządku, chociaż dobrze się stało... Ale nie dochodziła tego.

Woda cudownie działała. Miłosława obmyła twarz, potem szyję, zmoczyła włosy, które zaraz przybrały złotawy odcień, wreszcie zanurzyła się cała.

Po wyjściu ze strumienia promieniała młodością, śniada skóra przybrała barwę miedzi, a suknia znów była piękna i bez śladów zniszczenia. Niewiasta spostrzegła to, ale się nie przestraszyła zmian, ani nimi nie przejęła - woda spłukała z niej zmęczenie, troski i niedawną grozę, a mając przy sobie męża, gotowa była zmierzyć się z każdym strachem. Nie wiedziała tylko jednego: zrobiła się słodka niczym miód. Od stóp do głów.

Sobiesław przyglądał się żonie z uśmiechem. Wyglądał pięknie: krótkie, szarawe włosy nagle sięgnęły ramion i zjaśniały jak słoma na słońcu, skóra zaś barwą przypominała len. Brwi sczerniały, a powszednio szare oczy wydawały się niebieskie. Strojem także robił wrażenie: spodnie i koszula przy każdym ruchu połyskiwały wszelkimi odcieniami krwistej czerwieni, czemu wtórowały szeroki opinający wpół złoty pas z przytroczonym mieczem w czerwonej pochwie i trzewiki ze skóry w takim samym kolorze. Wysoki, barczysty, szczupły, o mięśniach z żelaza - Miłosława przyglądała się mężowi z zachwytem: onieśmielił ją urodą, aż musiał skinąć ku niej ręką, żeby podeszła. Jakby na ten sam znak z zarośli wybiegł biały rumak i pokłonił się krasnemu panu, ułatwiając dosiad. Sobiesław schylił się po niewiastę. Ona wyciągnęła ręce, on ujął ją pod pachy jak dziecko, posadził bokiem przed sobą na siodle i ruszyli niespiesznie.

- Dlaczego milczysz? - zapytała.

Nie odpowiedział. Pogłaskał ją po głowie, potem pogładził po plecach.

- Ktoś cię zaczarował? - Popatrzyła mężowi w oczy, ten pocałował ją w usta. Na chwilę dała się zwieść tym pocałunkiem, rzuciła więc: - Nie drażnij się ze mną. Nie dam ci więcej ust, chyba że wreszcie choć słowem się ozwiesz.

On znów tylko się uśmiechnął.

Ona odchyliła twarz poważną, ze ściągniętymi brwiami, a wtenczas poczuła gorący pocałunek na szyi.

On objął ją mocniej w pasie lewą ręką, unosząc niemal przed sobą, prawą zaś błądził po udach coraz niżej.

- I tak cię nie pocałuję - szepnęła zalotnie; Miłosławie przemknęła przez głowę jeszcze przytomna myśl, że to, co właśnie się dzieje, jest niemożliwe.

Koń przeszedł w galop i zaraz niemal oszalał: wpadł bowiem w kępy krzewów, ale się nie splątał, i niczym po zboczu pobiegł po brzegach listowia, z nich w górę, aż na wierzchołki drzew.

Sobiesław, zamiast kierować rozgrzanym ogierem, szukał dolnego skraju sukni swojej pani.

Widok wznoszącego się rumaka rozkojarzył niewiastę; nie mogła skupić myśli na tyle, żeby temu się dziwić. Znaczenie miało teraz każde dotknięcie warg Sobiesława i żar jego dłoni.

Miłosława broniła się jeszcze, choć i jej ręka błądziła już po mężowskim ciele.

- Rzeknij coś wreszcie...

Milczeniem zbył prośbę żony, mocniej ją przytulił. Miłosławie zrobiło się gorąco. Jej piersi nabrzmiały, rozpierały niebezpiecznie suknię, a on gładził je coraz mocniej, niemal ugniatając jak ciasto. To niemożliwe!, pomyślała o własnej słabości i poddała się całkowicie. Chciała go drapać, gryźć, całować.

Rozerwał suknię od szyi po pępek, przywracając żonie oddech. Ona westchnęła, czując na nagiej skórze przemiły wiatr, on zaś całował to, co uwolnione.

Miłosława przyjmowała pieszczoty w błogości, aż naszła ją ochota poswawolić: - Tak robisz z brankami na wojnie? Rwiesz na nich szaty? I mnie więc, bezbronnej niewieście, pokaż miecz! - wypowiadając te słowa, spuściła dłoń po napiętych mięśniach mężowskiego brzucha, gotowa rwać i pieścić zachłannie to, na co niżej natrafi.

Jego szczęście, że za pierwszym razem ręka Miłosławy natrafiła na rękojeść miecza - szarpnęła nią bowiem nad wyraz gwałtownie, kilka razy wysuwając ostrze z pochwy przynajmniej na piędź. Zorientowawszy się, że nie tego szuka, puściła miecz, a dłoń zanurkowała jeszcze niżej pasa. Wtedy Sobiesław odsunął od siebie żonę, co nie przyszło łatwo, bo niewiasta - pomyślawszy, że mąż chce przerwać to, co dobrze się zapowiadało - ogarnięta falą wściekłości, uderzyła go pięścią na oślep. Potem drugi raz, trzeci, następny... Dopiero gdy podłożył rękę pod jej kolano, zrozumiała, o co chodzi. Sama więc, bez zachęty, uniosła nogę gwałtownie i niewiele brakowało, a zsunęłaby się w zieloną błyskawicznie uciekającą spod kopyt rumaka otchłań, lecz w ostatniej chwili złapała za szyję męża. Ten stanął w strzemionach, bo łęki, choć niskie, do czegoś innego stworzone, nie ułatwiały zadania kochankom. Wtedy niewiasta mocno oplotła nogami biodra męża, krzyżując za jego plecami smukłe golenie. Sięgnęła ręką w dół, ale znów nie znalazła tego, co pragnęła znaleźć - przez suknię, która się ułożyła między nimi jak ściśnięta, miękka przeszkoda.

- Zróbże coś z tym! - szarpiąc się bezradnie, krzyknęła Sobiesławowi do ucha.

Znów musiał ją nieco od siebie odsunąć. Tym razem mu pomogła: poluźniła chwyt i wspólnymi siłami zawadzające fałdy przesunęli nad jej biodra. W tej szamotaninie uwolnił się z troków szkarłatny płaszcz wojownika, rozwinął w pędzie i splątał z krajem sukni niewiasty. Tak oto miód wymieszał się z krwią i za nimi płynął.

Miłosława nie odpuściła Sobiesławowi: poszukała właściwego miecza, uwolniła ze więzów mieszka przy nogawicach i - borykając się nieco z galopadą dzikiego konia - trafiła nim wreszcie w cel.

Krzyknęli oboje. Ona z rozkoszy wbiła mężowi paznokcie w szyję. On szarpnął ją kilka razy, przechylając na boki, aż zmieniła chwyt i spojrzała na niego. W oczach Miłosławy nic nie zostało z zieleni - wypełniały je czarne, ledwie widzące źrenice. Zanurzyła palce w jego włosy, usta całowała łapczywie.

Koń teraz cwałował po szczytach gór albo po mgłach zalegających doliny i wąwozy.

Miłosława się przeciągnęła, a gdy bezwładnie opadła na wyciągnięty koński kark, pęd powietrza okrył ją pasmami białej grzywy. Osunęłaby się, lecz mąż ją przytrzymał - ich dłonie się spotkały, palce splotły w koszyk. Ponownie przywarli do siebie w dziwnie spokojnym pocałunku. Oczy Sobiesława, przed chwilą grające złotem, nęciły teraz czarną głębią. Niewiasta czuła, że wpada w tę otchłań.

Wokół coś się zakłębiło na szaro, rdzawo, czarno. Niedaleko uderzył grom, zaraz z suchym trzaskiem i oślepiającym błyskiem poszły w jego ślady następne. Deszcz zaciął mocno - kochankowie spłynęli wodą, ich włosy zmieniły się w chlaszczące ciała bicze. Mimo to Miłosława znów się wspięła wysoko, aby raz jeszcze spaść w wir rozkoszy.

I wtedy dmuchnął gorący wiatr.

Zanurzeni w pieszczotach kochankowie nie pozwoliliby na to, aby wzajemny żar odepchnął ich od siebie. I pewnie by spłonęli, lecz szczęśliwie wlecieli między czarne chmury, gdzie śnieg schłodził litościwie ich ciała, oblepiając prawie w całości, wbijając się we włosy i fałdy szat. Lodowe ostrza kłuły niewiastę, aż przeszedł ją dreszcz. Pokryta szronem, wewnątrz rozpalona, ocknęła się, a widząc śnieg na Sobiesławie, krystaliczne płatki roztopiła pocałunkami.

On oddał większość z tych pocałunków, wkrótce więc oboje odtajali z zimnych iskierek.

Wiatr dmuchnął od północy, przynosząc śnieg kwiatów, na co z prawej odpowiedział powiew z deszczem wielobarwnych liści. I tak w jednej chwili niewiasta zobaczyła maj i październik zespolone jak ona i mąż. Ledwie zdążyła zauważyć, co nierzeczywiste, gdy w kolejnym uniesieniu znów przestała wyraźnie widzieć. Poczuła zbliżający się koniec, bo Sobiesława przyspieszył - poddała się temu rytmowi. Jeszcze raz popatrzyli sobie w oczy, ich oddechy stały się jednym. Zakrzyknęli oboje i świat zawirował: ziemia, niebo, słońce, miesiąc!

Rzuciła się na łożu z ulgą, ale i z pewnym żalem, jak to po przebudzeniu z pięknego snu.

Sobiesław się przeciągnął.

- Ach, ty, niedobry mężu! - szepnęła mu do ucha.

- Niedobry? - zdziwił się. - Ja?

- A kto mnie męczył całą noc? Przyjechałeś na białym jak śnieg koniu, szaty miałeś, że u kniazia takich nie widziałam.

- Przecież tu leżałem!

- We śnie, głuptasie, we śnie.

- Nie mam białego konia...

- Widać nie przyjechałeś na swoim... A jak lekko biegł... - szeptała, ale że Sobiesław znów przysnął, sama zmrużyła oczy, zapominając o sennej przygodzie. Dopiero później, a słońce było wtedy już wysoko, gdy Miłosława zajrzała do skrzyni, nocne wizje powróciły: niewiasta wyjęła bowiem ulubioną jantarową suknię i krzyknęła ze zdziwienia, bo suknia nie dość, że rozdarta od szyi do pasa, to jeszcze z jej fałd wypadła czerwona, spiczasta czapka sukienna, taka, jaką miał leśny dziad-wilk ze snu. Co to ma znaczyć?, Miłosława zapytała w myśli samą siebie.

Co to znaczyło, już niebawem stało się widoczne: żona lędzickiego wojewody była brzemienna. Odtąd Miłosławę codziennie coś zaskakiwało. Na jawie miewała widzenia, potrafiła przepowiedzieć, co niewiadome, odnaleźć zgubione i wyleczyć chore. Im więcej nad nowymi darami dumała, tym mniej rozumiała, i jeśli by przyjąć, że to nie z Sobiesławem oddała się owej nocy pędowi, lecz z którymś z bogów, co ją odwiedził pod zmienioną postacią, mogłoby to cokolwiek wyjaśniać.

Opowiedziała mężowi sen, o domysłach jednak nie wspomniała.

Choć snu wojewodziny ludzie nie znali, spostrzegli jego skutki. Najbliższe otoczenie zauważyło, że po spotkaniu Miłosławy każdy czuł się lepiej, pogodniej i mu się darzyło: a to kury niosły się nadspodziewanie dobrze, a to ziarna przybywało pod cepem, a to mleko nie mieściło się w skopkach i należało zrobić większe. Tej jesieni okoliczne owce dostały tak gęstego runa, że ledwie się ruszały, i trzeba było strzyc je dwa razy. Także tej jesieni nikt nie umarł ani w gródku, ani w zasięgu z niego wzroku.

Wieści o cudach wprawdzie wielu brało za zmyślenia, ale byli też tacy, co w nie uwierzyli. Lecz zimą, gdy ujrzano duży brzuch u wojewodziny, a rozjuszony byk przed nią uklęknął, nikt już nie wątpił, że nosi w sobie niezwykłego potomka. Wtedy jednak ogarnął ludzi strach. Złe zawsze sprytniejsze jest od dobrego - może ono tylko udaje dobroć, aby potem łatwiej wszystkimi zawładnąć?

Zważywszy na snute codziennie domysły Miłosława ciążę znosiła ze spokojem i beztroską. Nie miała złych snów, na jawie spotykały ją tylko ludzka życzliwość i uśmiechy, a po pokłonie byka sama uwierzyła, że jest w stanie obłaskawić niejedno nieobłaskawione, chociaż tuż po zejściu lodów zdarzyło się coś, co mogło ją wystraszyć czy nawet przyspieszyć poród. Nie było to byle co, dawało do myślenia tyle samo, co straszny, zarazem rozkoszny tamten sen.

Wczesną wiosną przed domem z samego rana Miłosława spotkała babsko i tylko dlatego nienagie, że owłosione na całym ciele. Zrazu wojewodzina pomyślała "niedźwiedź" i nim krzyknęła ze strachu, owładnął nią drugi lęk, co zdławił krzyk, mimo że krzyczeć powinna: we włochatym stworze rozpoznała bowiem mamunę, która może zaszkodzić brzemiennej i dziecku. Już odwracała twarz, żeby się nie zapatrzyć w ohydną postać - ciężarnym nie wolno patrzeć na nic brzydkiego - gdy mamuna się skuliła i sama odwróciła bojaźliwie, jakby przed Miłosławy widokiem, i zasłaniając oczy, powiedziała tylko: - Ni, ni, ni.

Wojewodzina w przestrachu omal dotknęła ust, a tego też nie wolno robić - dziecko może dostać bowiem w tym miejscu czerwonej plamy bądź owłosionej brodawki. Uświadomiwszy sobie owo zagrożenie, zeźliła się i krzyknęła: - Precz stąd, poczwaro! Precz!

Z trudem, przez ten wielki brzuch, podniosła kamień i już miała nim rzucić, ale wówczas mamuna jeszcze bardziej się skuliła, niemal zwinęła w kłębek, i padła na czarną mordę, piszcząc prosząco te swoje: - Ni, ni, ni!

Niewiasta powstrzymała karzącą dłoń. Leśny potwór uniósł łeb i nie spoglądając na ciężarną, wyciągnął ku niej otwartą dłoń z czymś, czego Miłosława nie rozpoznała.

- Na, na! - wysyczała mamuna.

Wojewodzina cofnęła się o krok.

Mamuna rzuciła Miłosławie pod nogi przedmiot, który wcześniej pokazywała na dłoni, po czym się wycofała na klęczkach, a gdy zniknęła w cieniu lasu, pozostawiając po sobie wrażenie, że była tylko przywidzeniem, wojewodzina spojrzała na dar włochatej baby; na gładkie, połyskliwe, z ostrym stożkiem i pokrętłem wrzeciono z brązu.

Nic, tylko puścić je frygą po podłodze...

Nie podniosła podarunku, nawet nie tknęła nogą. Od mamun przychodziły złe moce, kto wie, czego w zamian chciałoby straszydło? Spojrzała tam, dokąd wycofała się potworzyca, jeszcze krzaki na skraju lasu się bujały, i sama, zostawiając na podwórzu niechciany podarunek, uciekła w głąb domu.

Do tego, co przeżyła, się nie przyznała, bo i tak obowiązywało ją już wiele zakazów: nie mogła prząść, szyć, tkać i wyszywać, wić wianków, spoglądać przez szpary i dziury w deskach - zwłaszcza po sękach, oglądać ludzi brzydkich, złych czy tchórzliwych, nie powinna nawet chwytać niczego ostrego, a po spotkaniu z mamuną z pewnością na nic by już jej nie pozwolono; czekałaby jedynie na rozwiązanie w izbie, w której byłoby za duszno nie tylko od zakazów krępujących mocniej niż zaciśnięte supły na powrozie. Ona zaś lubiła odetchnąć świeżym powietrzem, cieszyło ją wiosenne słońce. Nie, tego nie mogła poniechać, nawet narażając się na następne spotkanie z mamuną.

Rozważania przywiodły niepokojące pytania: czy spotkanie mamuny może być dowodem na to, że napotkane we śnie leśne licho ciągle chce do niej się zbliżyć? Kim właściwie był Sobiesław ze snu?

W kwietniową noc przyszło rozwiązanie i sprawy w swoje ręce wzięły niewiasty. Przebrały Miłosławę w białe porodowe giezło pozbawione troczków i jakichkolwiek wystających nitek, na których mogłyby przypadkiem zawiązać się supełki, rozpleciono włosy, rozczesano, aby i tu żaden węzełek nie utrudnił porodu. Kobiety sprawdziły, czy nie ma w komnacie choćby kawałka przędzy, nici czy strzępów kurzu, w którym mogło się schować licho, i wreszcie, usadowiwszy wojewodzinę na zydlu, zapytały o bóle. Pytały ciągle, bólów jednak nie było, choć poród wyraźnie się rozpoczął. Najstarsza z niewiast, ustawicznie podejrzliwa - chyba tylko ją niepokoiła wszechdobroć ogarniająca Miłosławę - przypomniała sobie o jeszcze jednym: - Trzeba coś czerwonego, żeby było widoczne. Wtedy będziesz całkiem bezpieczna.

- W skrzyni jest czerwona czapka. Połóżcie ją na stole - powiedziała rodząca w dziwnie przytomnym pomyśle.

Starej było mało. Jednej z młodszych kazała przynieść coś ostrego, bo o ile barwa czerwona odwracała uwagę złego, o tyle żelazo je płoszyło.

Traf chciał, że dziewczyna zaraz napotkała pachołka niosącego do czyszczenia miecz wojewody. Bez ceregieli wyrwała go z rąk chłopaka, którego cmoknęła w policzek i zostawiła zaskoczonego z pustymi rękoma. Tym samym, przypadkiem, narodzinom towarzyszyły znaki wiary, wojny i miłości.

Przezorna staruszka kazała jeszcze jedno: dziewki omiotły ogniem kąty izby, a wtedy bóle porodowe się pojawiły.

Rozwiązanie nastąpiło szybko, ale - jak to zwykle bywa w takich wypadkach - towarzyszyło mu spore zamieszanie.

Dzieciak zaraz wrzeszczał, jak się należy, spocona matka płakała z ulgi, patrząc na wiązanie pępka.

- Chłopiec.

Do misy utrącono rozogniony węgielek, co z sykiem przepłoszył złe moce z wody, w której wymyto dziecko. Również Miłosławę niewiasty obmyły, dziwując się, jak gładko urodziła niemałego dzieciaka, i to bez krwi. Potem ciasno owiniętego w powijaki malca przystawiły do matczynej piersi, szepcąc zaklęcia i okadzając tych dwoje dymem z rucianego wianka. Już prawie brały się do pochwał, jakiż to udały dzieciak, ale wówczas któraś zauważyła, że mimo tak dziwnie szczęśliwych okoliczności, nie godzi się chwalić wprost, wszak licho - słowa tego na wszelki wypadek nie wypowiedziała - nigdy nie śpi. Inna wzięła ze stołu krasną czapkę i podała Miłosławie. Wtedy jeszcze inna zapytała zaskoczona: - Kto tu położył wrzeciono?

Miłosława zadrżała: Czyżby to było wrzeciono przyniesione przez leśne straszydło? Przecież go nie wzięłam!

Znachorki popatrzyły po sobie niepewnie; wydarzenia tej nocy miały się odbić w życiu nowo narodzonego. Poznały czapkę, jaką noszą żercy, poznały miecz wojewody. Wymowa tych rzeczy była jasna - mądrość i waleczność. Ale wrzeciono? Cóż miało znaczyć? Czyżby ktoś chciał z chłopca zrobić dziewczynkę?

Podejrzenie padło na służebną. Miłosława przerwała jednak śledztwo i pokątne szepty: - Miecz oddajcie wojewodzie. Czapkę dajcie mnie, pod troczki od powijaków. I pokażcie wrzeciono.

Wrzeciono mamuny, poznała je. Ponoć - tak opowiadano - do przędzenia nici z mgieł.

- Ładne, równe, gładkie i świecące! Czy odlane ze złota? - Miłosława zapytała spokojnym głosem, w którym drżenie można było wziąć za poporodową słabość. - Będzie dla jego żony. - Westchnęła i zapytała znachorkę: - Czy wreszcie wolno mi usnąć?

- Teraz tak.

Kobieta chciała także odebrać dziecko, coby matce było wygodniej, ta jednak się nie zgodziła.

- Ojciec na wojnie, po co go wynosić? - zadała pytanie jakby bez związku, bo Sobiesław czekał wszak niedaleko.

W sąsiedniej izbie niewiasty biesiadowały i tylko jedną służebną zostawiły przy Miłosławie, której, odchodząc, surowo przykazały, aby młodej matki nie odstępowała na krok. Ta jednak nie usłuchała: zauważywszy przygasające łuczywo - drugiego nigdzie w komnacie nie znalazła - po stwierdzeniu, że wojewodzina śpi, wyszła na chwilę, cichutko jak myszka, żeby przynieść do izby światło. Wtedy zdarzyło się coś niezwykłego.

Potem wmawiano Miłosławie, że zmęczona po połogu śniła lub miała zwidy. Może tak, może nie...

Przez sen jednak, wyczuwszy coś dziwnego, otworzyła oczy. Trzy stare niewiasty pochylały się nad malcem i weń się wpatrywały.

Rodzanice!

- Będzie piękny, silny i mądry, ale niezbyt szczęśliwy w miłości... - powiedziała pierwsza, co zakręciła czteroramiennym zwijadłem.

- ...Za to ulubiony przez bogów, kniaziom równy, choć przez ludzi niedoceniany... - dodała druga, nim przebrzmiały słowa pierwszej, a swoje słowa przystrzygła złotymi nożycami do cięcia ludzkich żywotów.

Trzecia się odezwała, nim druga zamknęła usta: - ...Jego droga to nić pajęcza, może nie zdążyć z rozsupłaniem - skończyła, rozkładając ręce szeroko.

Między nimi rozsnuła się złowieszcza gmatwanina z gęstej sieci starych pajęczyn.

Nim Miłosława pozbierała myśli, coby powiedzieć choćby słowo, Rodzanice rozmyły się w jej załzawionych oczach.

- Jeżeli nie rozplącze, to choć równo uprzędzie tę kądziel! - krzyknęła, wygrażając pięścią uzbrojoną we wrzeciono.

Kilkakroć czyniono potem Miłosławie wyrzuty, że mimo niebywałej sposobności, nie dowiedziała się więcej.

- Nie byłam ciekawa - odpierała wścibskich natrętów, ale nie mówiła prawdy. Z jednej strony chciała wiedzieć, oj, chciała, i cały ten czas, gdy Rodzanice stały nad dzieckiem, nie mrugnęła okiem, żeby niczego z widoku nie uronić, a trzeba przyznać, że okoliczności wydarzenia nie sprzyjały rozmowie. Z drugiej zaś strony Rodzanice były wymowne i zrozumiałe jak nigdy.

Przepowiednia zadowoliła rodziców. Ojciec, wojewoda, był szczęśliwy, że wojewodzic będzie równy kniaziom. Wojewodzina nie miała nic przeciw temu, żeby syn był piękny i mądry, tylko - jak to niewiasta - martwiła się o brak miłosnego szczęścia. Razem to źle się nie zapowiadało, nawet ta stara pajęczyna - trudno wszakże w życiu wyłącznie o proste drogi.

Tej ostatniej sprawie, pajęczej, Miłosława postanowiła zaradzić na swój sposób. Chłopiec nie skończył jeszcze pięciu lat, a prządł na wyścigi z trzy razy starszymi dziewczynami. Sporo było z tego śmiechu, ale trzeba przyznać, że matka słowa dotrzymała - już jako dziecko dobrze sobie radził z wrzecionem.

Liść na wodzie

U świątków pod górą Łysiec Bogumił od razu świetnie się poczuł. Słuchali bez dziwowania czy naśmiewania, chętnie tłumaczyli zawiłości tego czy owego, a on uczył się liczenia pór roku, wyznaczania dni świątecznych, nawet, co niezbyt go zajmowało, uczył się o ziołach leczniczych i trujących. Najchętniej słuchał o bogach, poddanych im duchach i - można śmiało rzec - w tych opowieściach zanurzał się z lubością. Poznawał dziesiątki i setki sprzecznych i zgodnych ze sobą opowieści. Zapamiętywał je i potem wiernie powtarzał słowo po słowie. Doszło do tego, że teraźniejszego świata nie chciał oglądać, wolał o nim słuchać, a gdy słuchał, w wodzie był rybą, w powietrzu ptakiem, na ziemi drzewem. Wiele czasu spędzał przy chorym piastunie, swoim imienniku, Bogumile. Świątek ów, który rzadko się odzywał - domniemywano nawet, że bogowie odebrali mu bystrość umysłu - chociaż chciał, żeby młodzian przy nim siedział, i do niego nieczęsto się odzywał, przez co nad wyraz mu życzliwy wojewodzic także mógłby nabrać podejrzeń, że z umysłem piastuna nie wszystko jest w porządku. Sędziwy mężczyzna kazał jednak sobie opowiadać baśnie, przypowieści i dzieje bogów, co wyraźnie go uszczęśliwiało. Wysuszone dziewięćdziesięciu latami wargi nieznacznie się poruszały w ślad za słowami młodzieńca, jakby to on snuł opowieść, i można by posądzać go o zdziecinnienie, gdyby nie to, że nieomylnie poprawiał młodego imiennika, gdy ten coś w treści baśni przeinaczył.

Wreszcie stary Bogumił sam zaczął snuć opowieści o istocie niektórych bogów. Dziwne opowieści. Chłonący słowa starca młodzieniec szybko pojął, w czym tkwi różnica między dotychczas zasłyszanymi dziejami bogów a tym, czego właśnie się dowiadywał. Dożywający swoich dni świątek opowiadał, jakby sam z każdym z bogów obcował jak z równymi sobie, bo aż nazbyt często nie okazywał bojaźni bożej: jednych bogów cenił, innych nie i nader chętnie dawał temu wyraz. Lubił bogów jasnych i ludziom życzliwych, a ciemnych, od spraw śmierci, nie znosił.

Dziwił się młody Bogumił jeszcze jednemu: otóż starzec co jakiś czas kazał mu powtarzać dzieje bogów tylko tych, o których sam nigdy nie opowiadał.

Któregoś dnia stary Bogumił odezwał się do młodego tymi oto słowami: - Chciałbym, żebyś pojął mowę drzew. Wiedziałbyś wtedy, jakie myśli niesie wiatr, nie byłoby burzy, której nie umiałbyś obłaskawić i odwrócić od swego domu. Niestety, ja już nie zdążę tej mowy cię nauczyć. Będziesz musiał pojąc ją sam. Przykładaj ucho do pni i słuchaj.

Więcej o tym słowem nie wspomniał, zostawiając młodzieńca w przekonaniu, że świat baśni zanadto już działa na umysł starca.

Innym razem świątek Bogumił powiedział coś, czego chłopak nie pojął i nieprędko miał pojąć. A brzmiało to tak: - Synu, bogowie naznaczyli cię łaską. Wolałbym jednak, żebyś nie musiał przechodzić przez kamień, wodę i ogień, bo znajdziesz tylko samotność.

- Nie rozumiem, ojcze.

- Zrozumiesz. Bogowie są samolubni. Tylko cały możesz być ich. Jeśli nie, ześlą na ciebie szaleństwo albo śmierć.

O czym mówił świątek, młodzieniec przekonał się po cichej śmierci starca.

Stos się dopalił, popioły wybrano, popielnicę złożono na żalniku pośród kilkudziesięciu innych i usypano na niej kopczyk, a Bogumiła dopadły nieokreślone tęsknoty. Zazwyczaj nie przepadał za towarzystwem, ale od pogrzebu starca wyraźnie od ludzi stronił. Co odtąd oglądał i czego doświadczał, wydawało się nadto wielkie i puste zarazem: patrzył w niebo nazbyt bezkresne, stąpał po ziemi zanadto rozległej, a trzy zasłyszane słowa były o trzy za dużo. Nigdzie nie mógł znaleźć sobie miejsca. Pił wodę ze świętych źródeł, tulił się do świętych drzew, próbując w nie się wsłuchać, marzł nocą na kamieniach świętego szczytu - nic nie pomagało. Mówił coraz mniej. Aż pewnego dnia, patrząc z niezmierną uwagą na omszały kamień, co leżał między polem a lasem, doznał oczyszczenia. Zrozumiał własną marność na tle tego, co go otacza.

Kamień na pozór gładki, lecz przyjrzawszy się lepiej, można dostrzec wzgórki i dołki, ostre krawędzie łagodnych płaszczyzn. Po nich na wskroś przebiegają rysy i pęknięcia, oddzielając jedne wyniosłości od drugich. Czasem się łączą w szersze rozpadliny. Stamtąd niekiedy kropelkę wody zasila wilgoć płynącą w rysach niby strumyki, co jakby do stawu dążą. Uzbieranej wody na tyle wystarcza, aby w przyległych dolinkach rosły połacie mchów i pleśni - w świecie, co zmieści się na paznokciu, zwartych niczym prastary bór pełen zakamarków i tajemnic. Jeśliby spróbować w nim się zagłębić, rozerwać pajęczynki listków i nitek, można by zobaczyć też żyjątka. Owszem, las oglądany z daleka sprawia takie samo wrażenie jak mech leżący na dłoni: jest równy i martwy, głosów z niego nie słychać. Dopiero z bliska, po wejściu między drzewa, pełen jest życia na każdej piędzi. Tak samo na naszej matce Ziemi: pomarszczona górami, dolinami, rzekami, co wkoło nich rosną lasy, które osłaniają, chronią niczym ubranie. Ziemia nie lubi być bowiem naga, dlatego tam, gdzie nie ma lasów, są pola i łąki. Wprawdzie nie wszędzie, bo szczyty gór pozostają nagie na wieki...

Podobne spostrzeżenia nie dawały uspokojenia: nazajutrz znów tęsknoty ciągnęły Bogumiła we wszystkie strony, aż wpadł na pomysł, co go zaraz w życie wprowadził. Jeszcze za dnia położył przy źródełku omszały kamień wyglądający jak zmniejszony świat, tuż po zachodzie słońca uwarzył muchomora i w podnieceniu czekał wieczora. W nocnych ciemnościach wypił kubek muchomorowego wywaru, po czym ruszył do źródła. Tam odnalazłszy kamień, wrzucił go do wody. Po chwili - mimo ciemności, a była to pierwsza noc bez miesiąca - widział ostro każdy najmniejszy szczegół. Lecz nic nadzwyczajnego się nie działo: sowy pohukiwały, świerszcze grały, gdzieniegdzie trzasnęła gałązka, zatrzepotał ptak, zdrój szemrał senniej. Bogumił wpatrywał się w wodę, czekając na to, czego mógł się spodziewać. Widział więc coraz więcej gwiazd odbijających swe światło w drżącym lusterku krynicy, widział więc żmiję, co z jamy sunęła ku jego stopie. Nawet nie drgnął, nie chciał drażnić gada. Żmija się zatrzymała, rozdwojonym językiem macała gołą skórę młodzieńca nad trzewikiem, a wybadawszy, ruszyła w górę nogi.

- Dlaczego jej nie zabiłeś? - Bogumił usłyszał dochodzący zza źródła szept. Spojrzał w tamtą stronę, jednocześnie zerkając na sunącą coraz wyżej żmiję.

- Dlaczego miałbym ją zabijać? - odpowiedział również szeptem. - Byłby to pochopny postępek, nikt przecież nie zabija świętego zwierzęcia bez potrzeby. Ona mnie nie ugryzie...

- Skąd to wiesz?! - głos zasyczał raptownie tuż przed jego twarzą.

Chłopak aż drgnął, a gad się naprężył i z nieznacznym szelestem ruszył znów wyżej. Zaraz dopełzł do piersi Bogumiła, który dopiero wtedy wyjaśnił: - To niepospolita żmija. Ma złoty zygzak i z ukrycia wyszła na moje wezwanie. Ona jest od Welesa.

- Skąd wiesz, że od Welesa? - drwiący szept się oddalał i z każdym słowem coraz bardziej pochłaniało go echo. - Może przypełzła z woli innego, choćby Jarowita? On lubi węże, a ciebie nie. Ty zaś jesteś ciekaw tego, na co znający przyszłość Jarowit nie ma wpływu. On wie. Może żmija przyszła z jego woli?

- Jarowit nie lubi żmij jadowitych - odparł ostrożnie, prawie nie otwierając ust, bo żmija wiła się na jego ramieniu. - Tylko bogowie podziemni lubią żmije. Tylko Weles i Nyja. Oni są żmijom przychylni.

- Jarowit przesypia zimę pod ziemią jak martwy - głos teraz dochodził spod stóp Bogumiła. - Niczym wąż. Ma nawet skórę węża. Wychodzi na świat dopiero wtedy, gdy żmije się budzą. Pomyśl: ten z nieba leży martwy pod ziemią między żmijami. Zabij tę żmiję, bo ukąsi cię i będziesz martwy. Nie boisz się?

- Czego mam się bać? Śmierć ma dziwny chłód, znam go. Nie czuję go teraz, nie słyszę kroków.

Żmiję prześlizgnęła się po karku.

- Jeśli ja byłbym twoją śmiercią, czy ten chłód jest właśnie taki, jaki teraz czujesz?

Bogumiła przeszył dreszcz, łzy napłynęły do oczu. Widział żmiję prężącą się do uderzenia w szyję. Śmiertelny naszyjnik.

- Czy masz jeszcze nadzieję?

Pokręcił przecząco głową.

- Nadzieję, choć małą, jeszcze masz. Musisz tylko powiedzieć, dlaczego mnie wywołałeś? Czego chcesz?

- Chciałem się dowiedzieć, skąd mam zdolność do obcowania ze śmiercią - odpowiedział cicho. - Dlaczego jedni ludzie umierają młodo, inni żyją długo i szczęśliwie? Chciałbym wiedzieć, co rządzi moim przeznaczeniem. Chciałem też zobaczyć świat Welesa, o którym tyle baśni słyszałem.

- Wiele chciałbyś wiedzieć, nazbyt wiele - szept mu przerwał. - Na trochę ci pozwolimy. Co usłyszysz i zobaczysz, musisz jednak zachować dla siebie. Wyrwij sobie kilka włosów i rzuć je na wodę. I czekaj.

Usiadł przy źródle, lecz trudno czekać spokojnie, gdy żmija owija się wokół szyi, napręża śliskie ciało i kąsa w szyję. Ukuła go, aż podskoczył. Zrzucił gada z siebie, żmija ukryła się w jamie, a młodzieniec dotknął rankę na szyi.

- Wypada, żebyś wiedział, z kim rozmawiasz - znów głos spod ziemi zadudnił Bogumiłowie w uszach. - Nie jestem śmiercią. Jestem synem Welesa i jemu służę. Słuchają mnie tego świata wody i przez nie przeprowadzam dusze. Ludzie mówią o mnie Wołoszyn, czasem Perepłut. Moje imię cię przeraża?

Przerażało, zwłaszcza że Bogumiła opuszczały siły, a i widział coraz gorzej. To był głos groźnego Wołoszyna, a on, marny człek, był w jego mocy.

- Nie chcę cię widzieć! - krzyknął Bogumił.

- Nie bredź. Postaram się nie budzić w tobie grozy. Ale na to, że Nyja chce cię zobaczyć, nic poradzić nie mogę. Przy nim nawet ja czuję się nieswojo, a co dopiero człowiek.

Właśnie tego człowieka opuściła teraz świadomość, żeby zaraz zobaczył samego siebie skulonego przy źródełku.

- Czy tak wygląda śmierć? - zapytał.

Wtedy poczuł na ramieniu dłoń Wołoszyna i usłyszał: - Nie, twoja śmierć wygląda inaczej. Chodźmy. - Chwyciła go za ramę dłoń Wołoszyna, razem weszli do źródła i zanurzyli się w kamieniu wrzuconym przez młodzieńca.

----

Bogumił wiedział o Wołoszynie tyle, że to ni człowiek, ni wąż, słowem: smok. Dlatego obawiał się jego widoku - myślał, że będzie wyglądał strasznie jak w opowieściach, a oto pojawił się przed nim... człowiek. Co prawda niezwykły, bo wielkiej postury, urodziwy i młody. Długa, czarna szata, suto zdobna złotem, dodawała dostojeństwa. Poskręcane, czarne włosy kryła czerwona czapka z miękko załamanym szpicem - na niej były także złote wyszywania. W zakończonymi niedźwiedzimi pazurami palcach trzymał długi kij zwieńczony złotą kulą, a na Bogumiła patrzył złotogorejącymi oczami. Nie budził lęku, lecz onieśmielał niczym kniaź.

- No, nie zjem cię - uspokoił chłopaka. - Chodź, bo czas ucieka. - Wskazał złotą kulą miejsce w nieokreślonej dali, dokąd ruszyli ramę w ramię. - I słuchaj, co mam do powiedzenia.

Bogumił wiedział, że trzeba myśleć nieco inaczej, aby dobrze podziemnych bogów rozumieć. Oni, tam w dole, na opak widzieli, przez co wiele odwrotnie pojmowali i nazywali, a że po części pojmowali też zwyczajnie, trudno było odróżnić, co dla nich dobro, co zło, co prawda, a co kłamstwo. Należało także brać pod wzgląd ich nieśmiertelność - każdy człowiek wcześniej czy później umierał, prawda zostawała przy nich, lecz o tym wojewodzic nie pomyślał, co wyszło na dobre - oszczędziło strachu i pozwoliło spokojnie słuchać.

Nie wiedział również, dokąd zmierza, za co po części obarczał winą Wołoszyna, a właściwie jego gadulstwo. Ten mąciciel dobrej pogody umiał zamieszać w głowie, choć starał się mówić jasno - czyli ciemno - i zrozumiale - czyli niejasno.

- Jesteśmy w państwie Welesa, gdzie ziemskie prawa nie sięgają. Życie i świat ludzki są płaskie niczym warstewka żyznej ziemi na skałach, a prawa starają się nadać bieg życiu, ale nigdy za nim nie nadążają. Tu nie sięgają też prawa bogów niebiańskich, których ludzie w swojej ograniczoności, nazywają dobrymi. Ale gdybyśmy tylko chcieli i gdyby Weles wyraził zgodę, to w mig uschłyby te korzenie od najmniejszych trawek po najwyższe sosny. Ziemia stałaby się jałowa, bo ani jedna kropla wody nie wypłynęłaby ze źródeł. Pomyśl, wystarczy tylko słowo, nic więcej... Czasem chętnie szkodziłbym ludziom przez ich głupotę, ale nie mogę. Weles nie pozwala. Sroży się, gdy któryś z nas dokucza ludziom, nawet jeśli sobie na to zasłużyli. On ludzi miłuje i wybacza często poważne błędy, czasem pomaga. Chociaż tyle dobrze, że niekiedy wpada w gniew! - gadał Wołoszyn. - Zapamiętaj to, co teraz powiem: jest kilka praw, których Weles przestrzega szczególnie surowo. Jeśli je złamiesz, nie znajdziesz u niego ani współczucia, ani litości. Prawa te łatwo wyrazić trzema słowami: prawda, życie, pokój.

Kawałek drogi przeszedł w milczeniu, żeby znów podjąć temat.

- Za krzywoprzysięstwo Weles obsypuje ludzi złotem. Biada im, biada ich umysłom, bo mają czas na odżałowanie, rozmyślanie, a ciało czuje ból. Śmierć się do nich nie spieszy. Przychodzi po wielu dniach, co są nocą. Widziałeś ludzi chorych na tę chorobę.

Złotogorejącymi oczyma popatrzył na Bogumiła, znalazłszy w jego spojrzeniu zrozumienie, przeszedł do kolejnego tematu.

- Kara za mord na człowieku sumienia dotyka, uwiera, czasem przycicha, potem boli w najmniej spodziewanym czasie. Zatruje każdą radość. Kara nawet po wielu latach, nawet na potomstwie odbić się musi. Najgłupsze, co ludzie wymyślili, to wojny, w nich chodzi tylko o bogactwo i władzę, reszta jest tłumaczeniem, a każde wyjaśnienie - oszustwem. Na żadnej glebie ziarno nienawiści i chciwości nie rośnie tak szybko jak w człowieku. Dlatego w każdą wojnę zsyłamy na ludzi zarazę, potem nieurodzaj, suszę albo powódź. Ludzie snują wtedy domysły, że bogowie zmówili się na ich zgubę. Istotnie - choć raz te domysły są prawdziwe. Śmierć, zaraza, pomór, susza i głód to kara za głupotę. Zapewniam cię, że rychło nastaną czasy szczególnej głupoty. Będzie za co ludzi karać - zakończył myśl z nieukrywanym rozmarzeniem.

Bogumił słuchał uważnie i powiedział niewinnie to, co nakazuje uczciwość: - Zsyłacie zarazę i śmierć głównie na ludzi biednych, najczęściej niewinnych, a złoczyńcy uchodzą z życiem i zrabowanym dobytkiem. To niesprawiedliwe...

Wołoszyn z poważną miną odpowiedział natychmiast: - Ludzie mają wiele słabości. I my, bogowie, je posiadamy. Wojna jest głupotą, ale ci, którzy ją wywołują, są zwykle mądrzejsi i zaradniejsi od poczciwców. To tak, jak z dziećmi. Bardziej lubicie ładniejsze, niegrzeczne, psotne, które umieją się przymilić, przytulić i wygadać, niż brzydkie, grzeczne mruki. Tak i my mamy słabość do zuchwalców przebiegłych, bezwzględnych, nieskąpiących nam darów. Sprzyjamy im, raczej ich mądrości, nawet jeśli nas hojnie obdarzają i przechytrzają. I tak dostajemy swoje. Nie uchodzą bezkarnie, zaręczam. Trafiamy ich zawsze, choćby na łożu śmierci. Nie wierzysz?

Spojrzał na Bogumiła zdziwionego nie tyle ostatnim zdaniem, co całą przemową.

- Nie bez przyczyny kniaź Wyszesław przed śmiercią groził klątwą synom. Pamiętasz? Więcej nie powiem, bo jeszcze wieszczem zostaniesz. Wiedz tylko, każdy dostaje karę na miarę swojej wielkości. Ulubieniec bogów również - zakończył znacząco.

Tyradą Wołoszyn nie onieśmielił Bogumiła, który uparcie brnął w naiwność: - Kara nie nagrodzi jednak krzywd, a od ciebie słyszę tylko o karach. Co za dobre czyny?

Niezadowolony, że nie został rozumiany w lot, Wołoszyn odpowiedział ostro: - Nie jesteśmy od nagradzania. Człowiek sam znajduje bądź wymyśla sobie nagrody. My nie naprawiamy krzywd. Zaręczam, wszystkich traktujemy sprawiedliwie. Krzywda to pojęcie zależne od wieku, urodzenia i pragnień życiowych. Ludzi spotyka kara z naszej strony, jednocześnie jest w niej pewna dobroć. W nagrodzie może być ukryte zło, a w karze jest pewne błogosławieństwo. Niektórzy ludzie dostali od bogów uzdolnienia, co czyni ich innymi, zwłaszcza umysły, lecz nie jest powiedziane, że są lepsi. Człowiek może nas wprawić w zachwyt, jeśli tylko pragnienia przesunie z "mieć" na "umieć". Takim ludziom sprzyjamy. Naszą przychylność zdobywa się myślą, ale nie byle jaką.

- Nawet jeśli ktoś obmyśli coś złego, ale mądrze, pomożecie mu?

Bóg chyba nie dosłyszał pytania i Bogumił mógł z czystym sumieniem pojąć, że dostał wymijającą odpowiedź: - Sprzyjamy tym, którzy czują niepokój, co nie daje myśleć, lecz zmusza do myśli, nie daje spać, ale powoduje zmęczenie. Cenimy w ludziach umiejętność lekceważenia życia dla myśli twórczej. Niekiedy przynosi ona złudną radość i sławę, a tych ani zważyć, ani zmierzyć nie można. Cenimy poświęcenie i trud. Jeśli kiedykolwiek będziesz chciał rozmawiać z którymś z bogów, nie używaj powszechnego języka. Posłuchaj wpierw plusku wody, szumu drzew, śpiewu ptaków, potem ułóż własną pieśń. Bądź pewien, że bóg cię zrozumie, choć stojący obok człowiek weźmie cię za szaleńca... - skończył nad wyraz życzliwie.

W młodym człowieku trwały jeszcze jednak myśli o nagrodach i wątpliwości tyczące złych ludzi. Przemówił więc niebaczny na boskie uniki: - Mówisz, sławny Wołoszynie, że sprzyjacie ludziom biegłym w słowie i pieśni. Wierzę, ale zbyt często widok wędrownego pieśniarza zdanego na łaskę słuchaczy wywołuje litość. Przecież to żebrak, tylko pięknie śpiewa lub opowiada. Ludzie dają mu za to niewiele, często przymiera głodem, a jego szaty to łachmany. Nie widać w nim nawet śladu boskości. Gdyby zaś stracił możliwość wymowy bądź gry, niczym nie różniłby się od lichego żebraka. Powiedz więc, mądry Wołoszynie, dlaczego na to Weles pozwala, dlaczego ty pozwalasz, żeby ktoś, kto, jako wyjątek spośród ludzi, zyskuje waszą przychylność, jednocześnie wiódł życie smutne i biedne? Przecież Wszystkowiedzący ma wszak nieprzebrane skarby! Dlaczego nie użyczy ich drobnej cząstki pieśniarzowi, żeby ten nie musiał żebrać o kawałek chleba? Czy piękna myśl nie zasługuje na nagrodę? Czyżby skarby wyżej były u was cenione?

Bóg uśmiechał się z politowaniem, przysłuchując się zuchwale długiej przemowie Bogumiła. Wreszcie westchnął i odpowiedział z rosnącym ożywieniem, wzbudzając w człowieku grozę: - Gadasz jak przygłupi śmiertelnik, co mu tylko pełna miska w głowie. Zrozum, człowiek bogaty, w pełni szczęśliwy, nie potrafi stworzyć niczego pięknego. Robi coś dla zabawy, nie z serca. Bajarz musi być biedny i nieszczęśliwy, żeby tworzyć opowieści i wiersze pełne marzeń. Jego szczęściem jest możliwość tworzenia. Zresztą nam nie zależy na ich szczęściu, tylko na pieśni. Każda część wiersza, każda baśń czy modlitwa to krok człowieka w naszą stronę. Po co mu inne szczęście, jeśli my go słuchamy? Czyż samo nasze uznanie nie jest największym szczęściem, jakie można spotkać? Uwierz, każdy człowiek, jeśli tylko uchylimy furtkę i pokażemy choć mały kamyk z naszego świata, w dalszym życiu będzie pragnął tylko tego, żeby znów go ujrzeć. Niczego więcej... - urwał na chwilę, po czym podjął mściwie: - Teraz napawaj oczy widokiem, bo ujrzysz coś, co życie ludzkie może przypominać, ale nim nie jest. Patrz i podziwiaj, może zrozumiesz.

Wytęskniony wzrok Bogumiła padł na niebo, lecz to nie było niebo - coś rozległego i szarego, bez chmur, słońca, miesiąca czy gwiazd. Stał na ziemi płaskiej i równej. Wszędzie pustka, nawet Wołoszyn zniknął. Bogumił niczego nie słyszał, aż trwoga ścisnęła mu serce. Wtedy zrozumiał czym jest smutek samotności i bezwiednie zapłakał nad samym sobą. Łzy spływały po twarzy, a on tęsknie patrzył w dal jak dziecko, co zgubiło się matce.

Otaczająca szarość zmieniła się w ciemną mgłę, przez którą w oddali zamajaczyły wysokie, czarne kształty przywodzące na myśl wieże. Wówczas też usłyszał szyderczy głos Wołoszyna zapędzonego w kozi róg uczciwością Bogumiła: - Wiesz już, kim jesteś?

Bogumił przytakną zwieszoną głową.

Znów ruszyli. Kształty przywodzące na myśl wieże okazał się przednimi nogami ogromnego konia - tworzyły bramę. Musieli przez nią przejść, potem przeszli pod długim tułowiem. Bogumił nie pojmował, kto i jakim sposobem wyrzeźbił tak ogromny posąg. Wykonanie tego dzieła dzieło przekraczało możliwości ludzkich rąk. Zadziwiającego rodzaju, bo nieskazitelnie czarny, połyskliwy kamień był wprawdzie grubo ciosany, mimo to niczego nie pominięto, żadnego drobiazgu, żeby oddać pozory życia.

W Bogumile jeszcze nie ostygły wrażenia po jednym widoku, a już poraził go następny. Stali u szczytu prostej, szerokiej drogi, po której obu bokach ustawiono parami w równych odstępach dwanaście wielkich posągów. Każdy wysoki, zakończony ludzką głową o pociągłej twarzy czworoboczny kloc szerszy na dole, wyciosany z tego samego co koń czarnego kamienia, ale nie chropowato, lecz gładko. Bogumił nie mógł oprzeć się wrażeniu, że posągi bacznie go oglądają, a przecież ich oczy nie różniły się barwą od twarzy, w dodatku patrzyły przed siebie. Wyniosłe, że oko nie wychwytywało miary między wysokością a odległością przytłaczały ogromem. Bogumił szedł między nimi, obawiając się, że runą. Gaduła Wołoszyn spostrzegł to i pospieszył z wyjaśnieniem.

- Oto prawdziwy świat, piękny pięknem pierwotnym, nieskażony pustym, nic nieznaczącym blaskiem. Szarość niepokoi ludzi, czerń przeraża, lecz są to najwierniejsze barwy ziemi. Zważ, jesteśmy pod ziemią, gdzie nie docierają i nigdy nie dotrą promienie słońca. Tu możesz oglądać ziemię taką, jaka jest: szarą, zwyczajną. Szarość to oznaka władzy i mądrości. Ludzie myślą inaczej, dla nich szarość to bieda, miernota i smutek. Czerń - najdoskonalsza z barw - to głębia, prawda, istota istnienia. Przy świetle myśl nie jest żywa, jak w ciemnościach. Jeśli człowiek odważy się myśleć w czerni, jeśli czerni przestaje się bać, jego umysł dokonuje w ciągu chwil tego, co przy świetle próbuje stworzyć przez lata. Sen człowieka to odpoczynek duszy w ciemności dla nabrania życia. Te posągi są czarne dlatego, że w barwie tej w pełni widać ich przyrodę. Czarny koń to nie tylko piękno, to też siła. Czarny posąg to surowy strażnik. Czerń jest czysta, nie ma w niej miejsca na wieloznaczność.

Bogumił wierzył w słowa Wołoszyna, ale żywił inne niepokoje. Szli przecież już dłuższy czas korytarzem, w którym oprócz posągów, niczego nie było.

- Są piękne - odważył się wreszcie odezwać. - Prócz nich niczego tu jednak nie ma. Ta ziemia jest pusta.

- Ależ tutejsza wcale nie jest pusta. Rosną na niej nasze ulubione rośliny... - Wołoszyn cierpliwie wyjaśniał jak dziecku. - Czyżbyś rzeczywiście ich nie widział? Dobrze je przecież znasz.

Zauważył. Znał.

Lasy jałowców równie szarych jak ziemia, wydających się ziemią, kopcami kamieni, dopiero teraz, po wyjaśnieniu boga, odróżniał od ziemi.

To spostrzeżenie nie zmniejszyło jego smutku. Może i są piękne szarość i czerń, może od czasu do czasu nastrajają w płodne myśli, ale nic wspólnego z życiem nie mają. Co by było, gdyby miał oglądać te widoki przez całe życie? Albo nic innego nie robić, tylko podziwiać urodę jałowców? Wiadomo, na jałowej ziemi rośnie tylko jałowiec i innych plonów nie będzie - tego był pewien, nie musiał więc dopytywać boskiego przewodnika.

Kilkaset kroków dalej Bogumił ujrzał coś, co mogło być czarną górą o stromych zboczach i nisko ściętym szczycie. O ile wcześniej doznawał dojmującego smutku samotności, znudzenia widokiem bez istotnego widoku czy też obaw przed zawaleniem się posągów, teraz opanowała go trwoga, której źródła nie umiał rozpoznać. Jednocześnie pojawiła się silna chęć poznania.

- Co to jest?

Wołoszyn uśmiechnął się łagodnie, niemal po ludzku. Nie od razu odpowiedział. Popatrzył z dumą na czarne wzgórze, przymknął oczy, zaczerpnął tchu i przemówił głosem leciutko drżącym ze wzruszenia: - To jest mój dom. Dom mojego ojca i matki, dom siostry, najświętsze miejsce na świecie.

Patrzyli obydwaj w milczeniu na dom podziemnych bóstw, a gdy ruszyli, Wołoszyn mówił rozmarzony: - Ludzie próbują naśladować nasz dom i budują mniej lub bardziej podobne na ziemi. Nigdy nie wyjdzie im taki jak ten, nie ujawniamy aż tak dużo w obrazach sennych. Ale świątynie w Szczecinie i Wołogoszczy nawet na nas robią wrażenie. Tak, cieszy nas dzieło ludzkich rąk, co jest obrazem naszych starań, aby umysł ludzki uczynić wznioślejszym.

Wzrok Bogumiła na tyle oswoił się z szarością, że rozróżniał odcienie, a im bardziej zbliżał się do płaskiej góry, tym więcej szarości gęstniało w wyraźne kształty. Za górą, po obu stronach widnokręgu, ciągnęły się pasma czarnych wzgórz zbiegające się w szarym, ogromnym słupie niknącym w szarości jakby w niebie. Nim zadał pytanie, cóż to jest, Wołoszyn pospieszył z objaśnieniem: - Dom stoi między korzeniami Wiecznego Dębu. Te góry to jego korzenie, a pień widnieje przed nami. I tu jest prawieczne potwierdzenie tego, co mówiłem o barwach. Tutaj jest początek świata, możesz go oglądać. Sam musisz teraz przyznać, początek wszechrzeczy jest czarny. Czarne korzenie przechodzą w szary pień. Bez tej czerni i szarości nie byłoby zieleni, kwiatów i innych nietrwałych błyskotek. Tu się stanowi o życiu na ziemi, stąd kieruje wody do źródeł i wskazania dla ludzi. W tym domu są zamknięte sprawy przeszłości i przyszłości, początku i końca. Miej więc oczy szeroko otwarte i nadstawiaj uszu, bo tego, co tam zobaczysz i usłyszysz, nigdzie już na świecie nie znajdziesz.

I gdy tak mówił, doszli do czarnej rzeki przerzynającej się przez szarość. Za nią widniała wysoka ściana domu, a raczej grodu Welesa - Wołogoszczy.

Bogumił się zawahał.

Wołoszyn położył mu dłoń na ramieniu: - Nie lękaj się. Przepłyniemy rzekę, a ty oczyścisz się z brudów lichego świata.

Bóg ujął dłoń młodzieńca i krok za krokiem weszli do wody. Zaraz stracili grunt pod nogami. Trzy razy wiry zakryły Bogumiła, ale Wołoszyn nie darmo był bogiem smoków. Przepłynęli szybko w poprzek rzeki, a silny nurt nie zniósł ich nawet o piędź.

Na brzegu Bogumił zrozumiał mowę tej rzeki i wielu innych.

- Jesteś w Wołogoszczy, Bogumile. Niebawem staniesz przed Wszystkowiedzącym.

Góra z bliska nie była górą, lecz stromym wałem zbudowanym z osobliwej materii, przez którą nie przeszłoby najcieńsze źdźbło trawy, splątanej z tysięcy, setek tysięcy napiętych w śmiertelnym wysiłku, czarnych jak noc skamieniałych ciał turów, żubrów, koni, jeleni, dzików, wilków, węży i sów - nie wyglądały na wyrzeźbione, tylko żywcem przemienione w czarny kamień, łącznie z łuską, sierścią i piórami. Materia wydawała się Bogumiłowi gotowa rzucić się na niego ze szponami, kłami i pazurami, miał wrażenie, że tysiące par czarnych oczu śledzi każdy jego ruch. Dlatego nie śmiał nawet drgnąć.

Wołoszyn kazał podejść do wału Bogumiłowi. Chłopak się wahał.

- Nie bój się, podejdź i dotknij. To tylko kamień - powiedział bóg.

Człowiek wyciągnął rękę i nieśmiało, leciutko, jakby obawiał się poparzenia, musnął opuszką wskazującego palca kark tura. Istotnie, mocarny mięsień okazał się martwym, zimnym kamieniem.

To było ostatnie wrażenie człowieka z zewnętrznej strony Wołogoszczy. Niepojętym dlań sposobem znalazł się w środku.

Ćmy

Pod opieką ojca Bogumił nabrał wprawy w strzelaniu z łuku, nieco mniejszej w robieniu mieczem i włócznią pieszo oraz z konia. Cieszyło to Sobiesława, tym bardziej że młodszy syn wreszcie z upodobaniem mordował zwierzynę. Z zapałem łowił ryby, udatnie udawał woja, chwilami wierzył, że będzie wielki jak ojciec, dziad i ten pradziad, co przed przyrodnimi braćmi pięściami obronił łan ziemi, jedyny jaki posiadał. Nauczył się również nie opowiadać o widzeniach i nie głosić wróżb. Nie zdołał tylko ukryć umiejętności przynoszenia ludziom ulgi w cierpieniu. Owym cierpiącym trudno było zgadnąć, dlaczego ból ustaje, ale wojewoda te ozdrowienia skojarzył z synem.

Wierzono, że dorastający Bogumił niedługo obejmie dowództwo wojskowe, miał wszak wiedzę i, jak się wydawało, zdolności. Wiara w oszukanie przeznaczenia rozmyła się w kraju Lędziców, w pięknym grodzie Przemyśl nad jeszcze piękniejszą rzeką San. Rozmyła się może nie powszechnie, lecz z pewnością w świadomości dwóch ludzi: Bogumiła i Sobiesława.

Szesnastoletniego wówczas Bogumiła i dwa lata starszego brata Wojsława oblegli w Przemyślu Rusowie. Wojsław zastępował zranionego w głowę żupana grodowego i po naradzie z setnikami obchodził wały, mówiąc wszem, że liczy na rychłą odsiecz. Zamieniał po kilka słów ze strażami, obejrzał tlące się zgliszcza podgrodzi i ruski obóz, a także ciała oblężników na połamanych częstokołach, zdruzgotane drabiny i rozrzuconą broń. Z pewną siebie miną oznajmiał, że Rusy już nie powtórzą wieczornej zajadłości w porannym natarciu na gród, bo ponieśli duże straty.

- Najgorsze za nami, będą nękać, ale do wieczora przyjdzie ojciec z drużyną kniaziową - zapewniał i zaraz głośno się dziwił ze strat poniesionych przez Rusów: - Iluż ich tam leży pobitych. Miesiąc świeci tak jasno, że każdy ruch widać, dlatego, jeśli będziemy się pilnowali, w nocy niczego nie zdziałają, a jutro to im będzie smutno, nie nam.

Wojsław przemawiał, Bogumił zaś odczuwał dumę. I zazdrość zarazem, bo doświadczeni woje odnosili się do starszego brata z poufałym szacunkiem, porównywali z ojcem i pokornie słuchali.

Bracia i starszyzna podeszli do ognisk, gdzie pod osłoną wału niewiasty opatrywały i karmiły rannych, których jęki - zwłaszcza te wydawane przez tych, co im było bliżej do śmierci - przegnały z twarzy młodziutkiego wodza pewność. Uwagę Bogumiła przykuł, nie słowem, nie wyglądem czy boleścią, lecz myślą, ranny chłopak, co chciałby porozmawiać, ale sił już nie miał.

Bogumił przyklęknął przy nim, wojak otworzył oczy i szepnął: - Zimno mi.

Bogumił otulił rannego baranicą, potem, jakby życie weń wlewając, poił ciepłym wywarem, co go jedna z niewiast podała, aż ranny przestał drżeć.

- Jakie szczęście, że przy mnie jesteś. Tu tak pusto - ledwie słyszalnym szeptem odezwał się wojak.

Bogumił się zdziwił, bo dookoła krzątali się ludzie. Nim jednak zaprzeczył, ranny mówił dalej: - Boję się. Straszno samemu. - Przy tych słowach wyciągnął rękę przed siebie, jakby chcąc chwycić coś niewidocznego. - Trzymaj mnie, bo spadam! Trzymaj! - zamilkł na chwilę, po czym zapytał: - Gdzie jesteś?

- Jestem tu, trzymam cię za rękę - odpowiedział poruszony wojewodzic.

- Nie spadłem?

- Nie, cały czas tu byłeś.

- Zimno mi, zmarzły mi nogi. Widziałeś ją?

- Kogo?

- Dziewczynę. Widziałeś, przyszła do mnie? Stanęła przy moich nogach. Powiedziała, że później mnie zabierze, teraz nie ma czasu. Poszła. O, jest tam! Widzisz? - wskazał oczami.

Bogumił podążył za spojrzeniem chłopaka.

- Nikogo nie widzę.

- Jest tam, rozgląda się i uśmiecha.

Wojewodzic nadal nikogo nie widział, wierzył jednak młodemu wojowi, bo sam coś podobnego doświadczył, dlatego teraz, tknięty nagłą ciekawością, zapytał: - Jak ona wygląda?

- Niezwykłej urody dziewka - mamrotał chłopak - wysoka, niczym kniaziowa córka, włosy prawie do ziemi, jasne jak len, proste. Szata na niej biała, powłóczysta...

Bogumił się domyślał, że nie o dziewczynę chodzi. Tym bardziej drążył: - Szatę ma białą i powłóczystą? Może szary łachman?

- Nie. Biała szata. Knehini...

- A twarz? Jaką ma twarz? Nie zasypiaj! Powiedz, powiedz jeszcze, jakie ma oczy?

- Nie wiem. Nie męcz mnie, człowiecze. Sam zobacz, przechodzi koło ogniska.

Wstyd się zrobiło wojewodzicowi żądań, tym większy, bo nie dał szansy człowiekowi na powiedzenie ważnych słów, dla których zatrzymał go wśród żywych. Chciałby uciec, żeby sumienie zagłuszyć, poderwał się, a wtenczas ranny szepnął: - Zostań.

Zawstydzony dumał po cichu, w jaki sposób naprawić podłość chwilę wcześniej uczynioną. Ranny też milczał, bo nie miał sił na zebranie myśli i nadanie im porządku. Znów spadał w przepaść, znów ręka Bogumiła utrzymała go pośród żywych. I znów, gdy otchłań studni przestała mu grozić, odezwał się przytomnie: - Moje imię Radosław. Jestem synem Przybysława, setnika z Krakowa. Umrę, nim słońce wstanie. Zaklinam cię, spal moje ciało jutro na osobnym stosie i zawieź popioły do Krakowa. Nie chcę tu błądzić po śmierci. Pamiętaj, Radosław, syn setnika Przybysława.

Nagle czegoś się przestraszył, bo drgnął i zapłakał.

- Dotknęła mnie zimną ręką - powiedział jeszcze przytomnie. - Aż mnie parzyło. To śmierć.

Wojewodzic wówczas przemówił: - Skąd wiesz, że to śmierć? Sam ją sobie umyśliłeś. I jak rozpoznałeś, jeśli nikt jej nigdy nie widział? Czy to możliwe, żebyś ją widział, a ja nie? Na pewno coś ci się przywidziało. Śmierć tak nie wygląda... - przerwał, bo twarz Radosława nagle zmieniła się w obraz niemego krzyku. W wytrzeszczonych oczach widać było grozę, co również ogarnęła Bogumiła.

- Ona tu jest - wymamrotał Radosław.

Bogumił przemógł lęk i się odwrócił, ale znów niczego podobnego do śmierci nie zobaczył. Strach więc ustąpił, lecz tylko na chwilę, bo zaraz powrócił trzy razy większy. Czuł całym ciałem, nie dotknięcie, nie zimno, nie gorąco... Ktoś, kogo nie zdołał zobaczyć, był tuż obok. Nie powiedział o tym Radosławowi. Siląc się na pozbycie drżenia głosu, zapewniał, że niczego złego nie widzi, nie ma więc tu niczego złego. Niech postara się usnąć, mówił, niech odpoczywa, a jutro inaczej będzie myślał. Nic mu nie grozi - kolejny raz przekonywał, choć groźbę wyczuwał coraz wyraźniej. Wreszcie sam zaniósł się szlochem, bo rozpoznał przeklęte szuranie śmierci.

Radosław ostatni raz pociągnął go za rękę.

Bogumił ledwie wyswobodził dłoń z zaciśniętych w śmiertelnym skurczu palców, po czym wytarł ją o spodnie, jakby w obrzydzeniu. Zawstydził się tego odruchu. Zawstydził się też ucieczki z miejsca, gdzie ducha wyzionął Radosław. Biegł, trąc pięściami policzki i ledwo tłumiąc w sobie głos, co przeciw śmierci wołał. Dopiero na wale, po przeciwnej stronie grodu, usiadł i głowę schował w rękach. Wtedy ktoś dotknął pleców wojewodzica.

- Radosław? Ty żyjesz?

Bogumił całą nadzieję świata wyraził tym szeptem, ale nim skończył pytanie, pojął, że gada do zjawy. I tak oto ledwie w głowie człowieka nadzieja zabrzmiała, a już jej nie było.

- Nie zapomnij... - powiedział wyzbyty bólu, smutny Radosław, po czym z jękiem zapadł się pod ziemię.

Bogumił odskoczył, obawiając się, że duch go pociągnie za sobą. Chciał krzyknąć, ledwie wydobył z siebie głos, złapał się za głowę i omdlał.

Obudził się wczesnym rankiem z niedokończonym krzykiem na ustach. Miał wrażenie, że jest ranny, ale to jęki leżącego obok, zranionego w głowę żupana, kazały mu przez chwilę tak myśleć. Ogarnął się nieco i wyszedł na zewnątrz, a tam jakby z jego pojawieniem zaczął się rumor.

Słońce wstało sporo wcześniej od wojewodzica, z nim Rusini i Lędzice. Piekącymi z niewyspania oczami Bogumił widział obrońców obsadzających wały i na gwałt palących wielkie ogniska pod kotłami; pojął więc, że Ruś gotuje się do natarcia albo nawet już następuje. Ruszył biegiem do brata, zaraz jednak zawrócił do domu żupana po łuk, łubie ze strzałami, lekką tarczę, mieczyk i skórzany hełm. Chlapnął jeszcze zimną wodą na twarz i podążył na wały.

Strzały świstały niegroźne, bezsilne, bo przyniesione nie tyle siłą łuków, co wiatrem. Bogumił biegł pod wałem, w stronę uszkodzonej poprzedniego dnia bramy. Liczył tam spotkać brata. Spotkał.

Wściekłość kipiała w Wojsławie, aż bryzgi leciały na wszystkie strony.

- Po coś tu przylazł? Schyl się!

Od Rusinów poleciał teraz silny deszcz strzał, w tym wiele ognistych, nie wiatrem już niesionych, a mocą. Byli blisko. Tak jak inni obrońcy, Bogumił również się chronił pod blanką. Nikt się nie wychylał, czekano na znak Wojsława. Ten zaś wyglądał przez szparę między belkami bramy.

- Popatrz - łagodnie odezwał się do młodszego brata - są pięćdziesiąt kroków stąd.

Oddział Rusinów, co utworzył na przedzie ścianę z wielkich, okrągłych tarcz, zza których co rusz wylatywała chmura pocisków, powoli sunął ku obronnym wałom. Za nim inny oddział pchał taran na kołach.

Wojsław uniósł dłoń, patrząc cały czas na ruskie szyki.

Wróg ruszył biegiem na gród.

Wojsław machnął ręką i od wału na wroga posypał się grad strzał.

Jedna trafiła ruskiego wodza, postrzeleni ludzie przy taranie się przewracali, tarczownik ze strzałą w oku padł na kolana. Nie zważając na straty, Ruś porwała się do biegu, zostawiając łuczników z tyłu, ci nie strzelali jednak już spokojnie.

Kto z obrońców miał łuk czy procę, miotał pociski we wrogów. Młodszy wojewodzic także strzelał. Czy trafił, nie wiedział, w strachu na oślep wypuszczał strzałę za strzałą w ludzkie kłębowisko.

Za nacierającym oddziałem zostali ranni i zabici - Bogumił ich nie widział - a ci Rusini, co ich nie trafiły strzały, dobiegli do wału i przystawili drabinę. W to miejsce poleciał strumień strzał ruskich, tak że dwóch Lędziców chcących odepchnąć drabinę, nawet jej nie dotknęło - padli, chociaż osłaniani przez tarczowników. Wówczas Bogumił przymierzył z węgierskiego łuku do ruskiego woja podchodzącego do drabiny z tarczą nad głową: mierzył tuż pod tarczę i gdy wróg uniósł ją nieco, puścił strzałę. Mógł strzelać w nogi lub brzuch, ale chciał trafić pewniej.

Trafił, lecz za słabo, w szyję i woj od razu nie umarł. Dusił się, odrzucił broń, chodził wokół drabiny, nie zważając na latające pociski i biegnących ludzi. Wreszcie przysiadł przy rowie pełnym błota. I zaraz się przewrócił. Usiłował jeszcze kilkakroć powstać...

Wojewodzic patrzył na niego, nie bacząc na pociski świszczące tuż nad głową, i oczu nie mógł oderwać, bo to, co działo się na dole, było niesamowite. Ranionego w szyję objęła ramieniem młoda, smukła jak topola, jasnowłosa niewiasta. Z wolna położyła go na ziemi, przyklęknęła, oblekając ciało woja strugami złotych włosów... Można by rzec: piękną miał śmierć. Od tego widoku Bogumiła oderwali dopiero ci, co przebiegli po plecach śmiertelnie rannego towarzysza, żeby drugą drabinę dostawić.

----

Szczęśliwie Sobiesław przyszedł w porę z odsieczą, całe też szczęście, że Pieczyngowie najechali Ruś, o czym gońcy z Kijowa donieśli oblegającym. W południe ruskie wojska pośpieszyły na wschód, spróbowawszy wcześniej układów - uzyskali tylko śmiech i drwiny. Jeńcy mówili zaś, że na Kijów nastąpił dziki lud nieznanego imienia, a kniaź Igor wycofuje się spod Czerwienia, też tamtejszych grodów nie zdobywszy.

Wieczorem Sobiesław, niewiele widząc się z synami, zaraz ruszył w pościg, przykazując zostać jednemu i drugiemu w Przemyślu. Wojsław trochę się boczył na rozkazy ojca, bo także chciał gonić wroga, Bogumił zaś był rad z tego postanowienia. Myślał o pięknej śmierci woja - była to śmierć, o jakiej układano pieśni - lecz nie chciał już nigdy nawet takiej oglądać. Mimo woli dowiedział się, ilu ubił ludzi: dwóch nocą we śnie odwiedziło go pod postaciami upiorów, pokazując zadane rany, z których sączyła się krew. Co gorsza, dawali do zrozumienia, że nie mając krwi własnej, po trzeciej nocy bez pochówku poczują głód cudzej...

Rano Przemyślanie nie mogli się nadziwić staraniami młodszego z wojewodziców o godne pogrzebanie poległych. Może by to zlekceważyli, ale gdy powiedział o groźbie wybuchu zarazy, uczynili, jak chciał. A że był wojewodzicem, nikt się nie zdziwił, że zwłoki jednego z wiślańskich wojaków kazał spalić na osobnym stosie.

----

Wracając z wojny, Sobiesław zabrał z Przemyśla Bogumiła i razem pojechali do Wiślicy, gdzie wzywały sprawy wielkiej wagi. W drodze syn zamierzał wyznać ojcu, że wojny nienawidzi i nie może patrzeć na zabijanie ludzi, tym bardziej zabijać własną ręką nie ma zamiaru. Prawdziwych powodów, czyli upiorzych odwiedzin, nie chciał wyjawiać. Powiedziałbym ojcu, ale jak?, się zastanawiał.

Sobiesław od najmłodszych lat wojował. Kiedyś wołano na niego "Wilk", potem "Siwy wilk" - bo osiwiał, mówiono też "Wilczy wojewoda", wojsko najczęściej nazwało go "Wilczurem". Rzeczywiście przypominał wilka i to nie tylko, że wysoki, szczupły, o siwych włosach, z szarymi oczami, także silny, wytrwały i milczący, a na ludzi patrzący bokiem, lecz zwano go wilkiem również dlatego, że wojnę prowadził po wilczemu: zajadle, bez wytchnienia, dniem i nocą, zawsze głodny bitwy i niebojący się uderzyć na silniejszego. Samo jego imię przejmowało więc grozą obce wojska. I oto syn Wilka miałby przyznać, że bić się nie może? Długo Bogumił dumał nad tym, w jaki sposób ojca zagadnąć, a tu wojewoda sam przemówił.

- Wiesz, dlaczego jedziesz ze mną?

Bogumił nie wiedział.

- Chciałbym od ciebie usłyszeć, ile życia zostało kniaziowi Wyszesławowi.

Krew zawrzała w wojewodzicu, ale zapytał, jak należało: - Dlaczego mam to powiedzieć?

Jeszcze nieraz Bogumił się zastanawiał, ileż wtedy kosztowało ojca poproszenie o coś takiego, bo przecież dotychczas uparcie zaprzeczał, że jego syn ma niezwykłe zdolności.

- Wszystko jest dziełem przypadku - mówił jeszcze niedawno i nawet wskazanie przez syna trzech źródeł w obozie wojskowym, gdzie strumienie były zamulone, zrzucał na karb ślepego trafu, choć całe wojsko szeptało o tym z przejęciem przy ogniskach.

Te wszystkie wątpliwości teraz najwyraźniej się rozwiały jak poranna mgła.

- Od dawna jest ci przeznaczone coś innego - Sobiesław odezwał się przygaszonym głosem. - Przeciwny temu byłem, aż do oblężenia Przemyśla, bo gdym pomyślał, że tam stracić mogę was obu, ogarnął mnie strach. Tak, wówczas drugi raz w życiu ból przeczył me serce, i wówczas wasza matka stanęła mi przed oczyma. Zobaczyłem was, jeszcze chłopaczków, szczęściem żyjących. Wojsław będzie dobrym wodzem, już dał sobie radę. I wystarczy. Jeden wódz na pokolenie, dosyć. Tak postanowiłem i dłużej wiatru nie będę kruszył. Ty zaś, synu... jesteś nazbyt litościwy. Te zadumy, pytania o znaczenie lipy dla Świętowita i dębu dla Welesa, te sprawdzające się przepowiednie... Słucham ciebie, oglądam i wiem, że trzeba ci służyć bogom, nie ludziom.

Sobiesław zamilkł, Bogumił zaś, i wstrząśnięty, i ucieszony zarazem, nie przerywał ciszy. Minął spory kawałek drogi, nim wojewoda przemówił ponownie, powracając do urwanego wątku: - Ciągle myślę o kniaziu Wyszesławie i się boję, że gdy on umrze, będzie wojna, straszna, jak za moich młodych lat, bo na nowo powstaną wróżdy rodowe, a wrogie wojska zamieszkają w kraju i brat nastanie na brata, syn na ojca. Wiedz, że Wyszesław jest ciężko chory, chrześcijańscy świątkowie się modlą, mądre księgi czytają, ale nie wiedzą, co mu jest. Ty lepiej znasz się na wróżbach od tych baranów, choć młody jesteś. Dlatego ciebie pytam: co będzie z kniaziem? Według świątkow, właściwie według ich bogów, kniaź umrze z pierwszym śniegiem. Do śniegu jeszcze pół roku. Chyba że to taki sam śnieg jak koń Olega?

Bogumił znał dzieje klątwy ruskiego kniazia Olega, co mu powiedziano, że zginie za sprawą ulubionego konia, dlatego kilka lat go nie dosiadał. Aż doniesiono księciu, że koń zdechł, że w stepie leży jego szkielet. Oleg poszedł nacieszyć się widokiem martwego zwierzęcia, co już niczym nie może mu zaszkodzić. Na widok szkieletu popadł w wesołość i z pełnym lekceważeniem, gromko się śmiejąc, kopnął czaszkę rumaka - przecież martwy już mu nie mógł w żaden sposób zaszkodzić - ale wtenczas z oczodołu wypełzła żmija i śmiertelnie ukąsiła Olega w stopę. Tak oto przepowiednia się spełniła.

Troska Sobiesława o przyszłość kraju Wiślan i Lędziców nie brała się z samego tylko poczucia odpowiedzialności. Miała także inny wymiar: przyjaźnił się z kniaziem Wyszesławem, odkąd w młodych latach poznali się w niewoli u Świętopełka w Wielkiej Morawie - wówczas Wielkiej Morawy lękali się królowie Franków, Niemców, cesarz Greków, kniaziowie Rusi... Wyszesław, syn i wnuk kniaziów wiślańskich, trafił do niewoli, dzieckiem będąc, spędził w niej siedemnaście lat i po tylu latach na Morawach mieli go za swego. Poza tym Świętopełk I chował go ze swoimi synami, ponoć nawet miłował jak ojciec, brał na łowy, wysoko sadzał przy stole, uczył rządzić. Darował mu konie, sokoły, psy, oręż, szaty, zezwolił jak udzielnemu kniaziowi a nie synowi brańca na zebranie niewielkiej, aleć zawsze własnej zbrojnej drużyny. Trafił do niej Sobiesław, jeden z zakładników po lędzickim powstaniu przeciw Wielkiej Morawie.

Aż w Ołomuńcu, nie zobaczywszy swojej wiślańskiej ziemi, zmarł kniaź Wysz. Zezwoliwszy wówczas na powrót zakładników, Świętopełk ustanowił namiestnikiem nad Wiślanami i Lędzicami Wyszesława, który - rok czy dwa lata później, zaraz po śmierci Świętopełka i objęciu władzy przez Mojmira Wtórego - wygnał morawskie załogi z kraju, mimo to płacił daniny i wspomagał zbrojnie. Pewnie dlatego Wielka Morawa zostawiła jego władztwo w spokoju, a może dlatego, że musiała się zająć ważniejszymi troskami: wkrótce bowiem Węgrzy pospołu z Niemcami wytarli z powierzchni ziemi nie tylko Wielką Morawę, ale nawet pamięć po niej; wywalczenie samodzielności uszło więc Wyszesławowi na sucho.

Był człowiekiem mądrym i poważnym. Nie pozwalał chrześcijanom na obrażanie bogów, ale też wzajem nie pozwalał greckiego boga obrażać. Waśnie rodowe rozsądzał szybko, lecz nie bezmyślnie. Jedyną jego winą wydawało się to, że miał nieudanych synów. Ale czy można za to go winić?

----

Wciemnej komnacie kniazia Wyszesława tłoczyli się kniaziowice, kniaziówny, nałożnice, dostojnicy, rozmodleni świątkowie, służba, a nawet psy, tworząc zaduch niemal nie do wytrzymania. Na widok Sobiesława i Bogumiła na chwilę wszyscy ucichli, ale nie na długo - zaraz znów buczeli jak pszczoły. Wojewoda i wojewodzic kłaniali się na strony, w milczeniu i z powagą, aż doszli do łoża kniazia, któremu sługa szeptem kładł coś do ucha.

Wyszesława był wychudzony i blady niczym brzozowa kora. Nędznie wyglądały także popielate resztki jego bujnych niegdyś włosów. Słabość było po nim widać, zwłaszcza na tle niedźwiedziego futra, którym kniazia okryto, oraz na tle tego, co nad łożem wisiało: skóry dzika, tarczy, kolczugi, miecza, szłomu, topora i łuku. Nawet ludzie wokół zdawali się silniejsi.

Chory nieznacznym ruchem ręki przywołał Sobiesława. Wojewoda podszedł i przyklęknął. Kniaź coś szeptał, a wojewoda na klęczkach słuchał.

Bogumił stał w tłumie na środku wielkiej komnaty i czuł się nieswojo, bo - oprócz tego, że był odludkiem - w którąkolwiek stronę odwrócił głowę, wszędzie napotykał badawcze, parzące spojrzenia. Nie wytrzymał ich mocy, usunął się więc na bok, lecz nadal czyjś wzrok go piekł pokrzywowym jadem.

Niemal na wylot przewiercały go rysie oczy Borzywoja, młodszego syna Wyszesława. Nie wyczytawszy z nich ani krztyny przychylności dla siebie, Bogumił się zmartwił - może mniej by się martwił, gdyby wiedział, że butny, obelżywy kniaziowic na nikogo nie popatrzył przychylnie. Borzywoj nigdy nie widział wojewodzica, lecz ledwie go ujrzał, zaraz znienawidził i tylko dlatego, że to syn Sobiesława, a Sobiesławowi bardzo zawidził zdolności wojskowych i miru zarówno u kniazia, jak i u ludzi. Kniaziowic, dwa lata starszy od Bogumiła, wyższy i silniejszy, chętnie by tę przewagę wykorzystał, ale tknięty przeczuciem wojewodzic śmiało spojrzał we wrogie żółte ślepia Borzywoja. Ten spuścił wzrok. Potem szeptał z towarzyszem, raz po raz zerkając na syna ważnego gościa.

Starszy syn kniazia, Wysz, pewny już swojej władzy, zajęty własnymi myślami, nie zwracał na Bogumiła uwagi. Myśli jego goniły gwałtownie, jakby dwóch albo trzech Wyszów naraz kłóciło się ze sobą. Jeden żalił się za odchodzącym ojcem, drugi się niecierpliwił, że kniaź jeszcze nie umarł, trzeci zaś się bał, co będzie, gdy kniaź umrze. W tej chwili górę wziął niecierpliwy - ojciec ile razy umierał, tyle razy śmierć się ociągała, a tu jeszcze niektórzy obiecują, że wyjdzie z choroby. Niepotrzebnie tych ludzi wezwano, niepotrzebnie!

Wojewodzic słyszał wewnętrzny spór Wysza i zdumiało go, że nikt poza nim tej wymiany zdań nie słyszy, lecz szczególnie nie miał ochoty wsłuchiwać się w tę gadkę, zwłaszcza że uwagę przyciągnęły urodziwe, acz smutne niewiasty, dzieweczki i ich druhny. Stała między nimi jego przyszła bieda... Ponoć kniaź zabronił im płakać, póki żyw, ale kniaziowski zakaz na prawdziwą żałość córek nie pomagał. Bogumił przestał się gapić dopiero na rozkazujące spojrzenie którejś ze starszych niewiast.

Zapanowało naraz poruszenie i cisza. Kniaź nakazał zostać tylko wojewodom Wojsławowi i Sobiesławowi oraz - o dziwo - Bogumiłowi. Kniaziowice się ociągali, ale Wyszesław surowo nakazał również im opuścić komnatę. Gdy zostali we czterech od razu zwrócił się do Sobiesława.

- Lubię cię, Wilku, ale chrześcijanie się skarżą, że popierasz pogan. Powinieneś uczynić coś, co byłoby miłe chrześcijańskim świątkom.

Skinieniem dłoni i słabym głosem kniaź przywołał do siebie Bogumiła. Młodzian przyklęknął przy łożu i ucałował starczą dłoń. Kniaź się uśmiechnął i powiedział do Sobiesława: - To jest ten twój młodszy syn? Podobny do ciebie. Nie zaparłbyś się go, choćbyś bardzo chciał. Ale pewnie byś nie chciał, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach... Doszły mnie słuchy, doszły. Wcześniej od ciebie zaczął wojować...

- Trochę złe słuchy cię doszły - Sobiesław wszedł w słowo kniaziowi. - Z wyglądu podobny do mnie, ale...

Tu kniaź przerwał wojewodzie: - Myślisz, że kiedym chory, to tracę pamięć i rozeznanie? Nie byłbym kniaziem, gdybym tylko jednych wieści słuchał. Chyba najlepiej byłoby spytać jego. Pójdziesz w ślady ojca?

Za tym pytaniem kryła się obietnica nadań czy tytułów; kniaź pewnie chciałby wynagrodzić rodowi Sobiesława jego ostatnie zasługi, lecz Bogumił, choć wiedział, że nie przeczy się w takich okolicznościach, odparł: - Wybacz, kniaziu, ale nie. Nie chcę być wodzem ani władać ludźmi. Mam inne zamiary, których nawet tobie wyjawić nie mogę.

Mimo słabości i boleści Wyszesław rzekł: - Inne zamiary? Mówisz, chłopcze, śmiało, składnie, dostojnie i śmiesznie. Twój ojciec, mając twoje lata, tak nie umiał... - Tu kniaź się zadumał, a po chwili dodał: - Tak, to były czasy... Nigdy nie wrócą. Pamiętasz, Sobiesławie, nasze pierwsze spotkanie? Wszystkich chciałeś bić. Kijem byś zawojował wtedy świat... - obaj wojewodowie przytaknęli, kniaź zaś, westchnąwszy, ciągnął myśl dalej - ...a tu klęknął przede mną taki sam Sobiesław jak niegdyś, tylko mniejszy. Usiądź, synu, koło mnie na łożu. Wilkiem patrzysz i równie wojowniczyś niczym twój ojciec, co opowiada, że wojować nie chcesz i nie lubisz.... - westchnął, odetchnął kilka razy i z powagą kontynuował - ...wiecie, bracia, wierzę mu. Jest mądry, zna siebie. Chciałeś, Sobiesławie, żebym go przekonał. Powiem ci, próżne by było moje staranie, a czas mój być może jest bardzo drogi. Nie będzie gorszego wodza od niego, co zamiast daninę zbierać, pewnie by ją rozdawał. Niech idzie własną drogą. Wojsław już cię godnie zastępuje. Jeśli Bogumiłowi wstrętne wojowanie, niech usunie się na bok. Mówię to, bo kogoś mi twój syn przypomina, Sobiesławie. Kogoś, przy kim miałem takie uczucie ulgi jak przy tym chłopcu. Jakąż on ma siłę! - Tu kniaziowi oczy się zaszkliły. - Siłę, jaką niegdyś miał Święty Metody. Ty, Sobiesławie, go nie pamiętasz, ale Wojsław go znał. Pamiętasz Greka Metodego, co potrafił ochrzcić takiego czarta, jak Borzywoj, o moim ojcu nie wspominając?

- Pamiętam, kniaziu - odpowiedział wojewoda Wojsław. - Pamiętam...

- Nie kłam - oburzył się kniaź. - Pamiętasz maść jego konia, liczbę zbrojnych w orszaku, ale Metodego pomyliłbyś z każdym innym. To źle. Bo widzicie - teraz zwrócił się raczej do Sobiesława - oni, to znaczy twój syn i Metody, mają wiele wspólnego. Metody, pamiętam, zbyt mocno oddawał się marzeniom. To, na co potrzeba lat, on chciał zrobić w miesiące. Nikt nie nadążał. Przegrał więc, budowli nie dokończył, budulec rozdrapali inni, żeby swoje szałasiki postawić. Chcę cię ostrzec, Sobiesławie, i mówię to w jego przytomności, żeby i on zrozumiał przestrogę: on do rządzenia się nie nadaje. Niech jedzie, dokąd chce, daję mu błogosławieństwo na drogę. Niech buduje z dala od ludzi. Niech buduje dla siebie. Mniej będzie zawiedzionych. - Kniaź stracił głos, opadł na posłanie i ciężko dyszał. Mężowie porwali się na równe nogi, zawołano o pomoc, ale Wyszesław zaraz wrócił do przytomności: - Zawołajcie chrześcijańskiego świątka, chcę się wyspowiadać. Zostawcie nas samych...

Przy drzwiach Bogumił jeszcze usłyszał szuranie, wprawdzie zaraz ustało, ale chłopak zrozumiał, skąd pochodziło.

- Tutaj jest śmierć. W tamtym rogu - szepnął ojcu, gdy wojewoda Wojsław wołał chrześcijańskiego świątka, bodajże Konstantego.

Sobiesław nie takiej wieści oczekiwał. Ze strachem spojrzał na chłopca, z wahaniem zerknął w tamten kąt i posmutniał.

Po wszelakich obrzędach uspokojony kniaź na powrót przed swe oblicze zawezwał świtę, a gdy całkiem pokaźny tłum wypełnił komnatę, pewnym głosem oznajmił ostatnią wolę: - Moim następcą ogłaszam starszego syna, Wysza. Nakazuję wam, abyście go słuchali tak, jak mnie wcześniej, co w tej chwili przysięgniecie, każdy na to, co ma najświętszego lub najgroźniejszego.

Chrześcijanie przysięgali zatem na Boga Ukrzyżowanego, inni na Welesa.

- Teraz ty, kniaziu Wyszu - po przyjęciu ślubów ponownie odezwał się Wyszesław - przysięgnij, że cokolwiek zrobisz, będziesz miał na względzie nie dobro własne, lecz dobro Wiślan i Lędziców! - zażądał.

Po zaklęciu się pierworodnego, kniaź słowa skierował do obu synów: - Wyszu i Borzywoju, przysięgnijcie sobie miłość braterską i zgodę na wieczne czasy!

Jeden i drugi zaprzysięgli, czego ojciec chciał, dotykając krzyża i go całując. Wtedy kniaź jakby się uniósł na posłaniu, jakby jaki ból nim szarpnął, a Bogumił usłyszał szuranie, przez które przebił się brzmiący niczym krzyk tonącego głos Wyszesława: - Pamiętajcie! Jeśli któryś z was złamie dane tu słowo, to na nim moja klątwa! Żegnajcie w pokoju... Bóg z wami - powiedział i opadł bez sił ma posłanie.

Z utkwionym w powale wzrokiem kniaź jeszcze chwilę ciężko dychał, ale już nikogo nie rozpoznawał. Ktoś próbował go cucić, na nic to - zaraz bowiem ducha wyzionął. Wkrótce niewieści lament wypełnił komnatę, powstało zamieszanie, przez co tylko Bogumił zauważył wychodzącą spod nóg zmarłego wielką ćmę; rozpostarła skrzydła, obleciała komnatę dookoła i zniknęła za otwartymi na oścież drzwiami.

----

Na pogrzeb Wyszesława przyjechał także Przybysław - setnik z Krakowa. Odnalazł dopytującego o niego Bogumiła, który z uczuciem ulgi oddał mu popielnicę z prochami syna, jego popaloną broń, po czym opowiedział drżącym głosem o ostatnich chwilach Radosława. Za chwilę ulga zmieniła się jednak w przygnębienie. Aż do tej chwili Przybysław nie wiedział bowiem o śmierci syna, tym samym wojewodzic pierwszy zobaczył niemożliwe do ukrycia ojcowskie łzy.

Pożegnał czym prędzej zrozpaczonego człowieka. Szukając osamotnionego miejsca, co łatwe nie było, bo na gród ze wszystkich stron tłum niezliczony napierał, wspiął się na wały, skąd ze smutkiem patrzył na zachodzące słońce.

Stał się właśnie posłańcem śmierci.

Nie wiedział jeszcze, że ten zmierzch to nie tylko koniec dnia, lecz także dobrych czasów.

Ojciec na niego czekał w mrocznych, żałobą okrytych, komnatach.

- Dobrze, że jesteś. Mamy, właściwie ty masz gościa - powitał syna.

Z ciemnego kąta wychynęła postać, którą Bogumił zaraz rozpoznał po szatach i czapce. Żerca Welesa przemówił wzniośle: - Byłem przy twoich postrzyżynach. Jestem Świerad. W imieniu Welesa cześć ci składam, Bogumile Sobiesławowicu.

Zaskoczonemu wojewodzicowi słów w gębie zabrakło.

- Przywitaj się godnie, jako przystoi! - ojciec gniewnie zwrócił uwagę synowi. - Człowiek wiele lat od ciebie starszy i znaczniejszy. Zresztą... Od jutra będziesz miał w nim ojca... - A po chwili milczenia dodał ciszej: - Dałem ci przecież słowo, że pójdziesz, dokąd zechcesz, wbrew samemu sobie muszę słowa dotrzymać, bo bogowie o ciebie się upominają. Świerad mówi, że czas już wypuścić wilka do lasu. To o tobie, nie o mnie - uśmiechnął się przy tych słowach, choć do śmiechu mu nie było. - Starzec Bogumił chciałby cię widzieć przed śmiercią. Ponoć masz zostać świątkiem... Kniaź w chwili śmierci mówił to samo i chciał, żebym cię wysłał do Niemców, na nauki. Jutro, jeśli zechcesz, pojedziesz ze Świeradem. Chcesz?

Bogumił tylko potwierdził jednym słowem, co brzmiało dość niepewnie.

- Nie przypuszczasz nawet, Sobiesławie - odezwał się tedy Świerad - jak wielkie znaczenie będzie to miało dla ciebie. Syn twój zostanie sługą Welesa, wybrańcem bogów. Jeśli jego zdolności się potwierdzą, sława twojego imienia sięgnie morza...

- Wystarczy mi własnej sławy. - Sobiesław zgasił nazbyt napuszone przemówienie. - Nie chciałbym, żebyś, synu, o rodzie zapomniał. Nie daj się omamić. Poznawaj tę ich mądrość, ale przybywaj na każde moje wezwanie. Mam nadzieję, że się nie zagubisz... Pamiętaj o ojcu i bracie. Jesteśmy przed wszystkimi my. I zawsze z tobą.

- Nie zapomnę, ojcze.

Tak oto Bogumił wpadł w utkaną przez samego siebie pajęczynę, z której już nigdy nie udało mu się oswobodzić.

Owoc

Nielub - nazwany tak dla zmylenia licha i ukojenia niepokojów Miłosławy - chował się zdrowo. Rósł, śpiewał z matką i - co lubił najbardziej - słuchał opowiadanych przez nią bajek, a także bawił się z braćmi: starszym i młodszym o rok. Matczyne niepokoje wywoływał jednak tylko średni syn. Do Miłka, najmłodszego, mówiła bez strachu - wiedziała bowiem, że nie przyjdzie po niego licho czy mamuna.

Rzadko bywały w domu ojciec robił z synów wojowników. Najstarszy zapowiadał się nie tylko na wojownika, ale także na wodza. Dobrze sobie radził z braćmi, co zrozumiałe, był spośród nich najsilniejszy, nieźle mu szło też z rówieśnikami, co także nie było niczym nadzwyczajnym, ale przede wszystkim potrafił zarządzać starszymi od siebie, wymyślając podchody, bitwy, pogonie i ciągle ćwicząc bronią, co sami sobie z patyków wyrabiali. A to już dawało do myślenia.

Nieluba broń nie pociągała ani-ani, chociaż w zabawach starszego brata brał udział. W oczy zaś rzucała się jego skłonność do zadumy i daleko posunięta litość nawet nad najmarniejszym stworzeniem - raz przestraszył się pająka, a gdy Sobiesław rozdeptał stwora, chłopak się popłakał.

- Dlaczego płaczesz? - wojewoda zapytał syna.

- Bo on żył w kącie i tam miał dzieci.

Usłyszawszy po raz wtóry podobne stwierdzenie, Sobiesław, któremu słowa chłopca wydawały się dziwne, obiecał sobie, że po wyjściu syna spod opieki matki, on zajmie się jego wychowaniem i zrobi to, jak należy. Za miękkość charakteru winił żonę, to oczywiste.

Miłosławy nie dziwiło zachowanie syna: dokazywał jak inni chłopcy, ale nierzadko wpadał w smutne zamyślenie, potem się głowiła, nad czym dziecko duma z twarzą po dorosłemu zatroskaną. Podpytywała, lecz on, zamiast odpowiadać, zasypywał ją pytaniami. Łagodności i skłonności do zadumy Nieluba towarzyszyła umiejętność stawiania na swoim. Obrona własnego zdania mile zaskoczyła matkę i była powodem słabo skrywanej dumy. Nie to więc przysparzało trosk.

Zmartwiła się, gdy pewnego wieczoru po odśpiewaniu pieśni o rozstaniu, w której udatnie zawarła tęsknotę - Sobiesław właśnie uczestniczył w kolejnej wyprawie wojennej - Nielub się rozpłakał. Zapytała, co mu jest. Zamiast odpowiedzi, mocno się przytulił. Tuląc go, bujała na kolanach ukochanego sześciolatka, który nie dawał jednak się udobruchać i nie pokazując twarzy, skrycie wycierał łzy w matczyną suknię. Starszy brat, już po postrzyżynach, o dorosłym imieniu Wojsław, minę miał niepewną, a i najmłodszemu także zebrało się na płacz.

- Nie płacz, ojciec niebawem przyjedzie do ciebie - obiecywała Nielubowi, lecz ten się nie uspokoił.

- Nie ojca... ciebie nie będzie... a ja będę... tęsknił... - łkał.

Nie wiedziała, co znaczą te słowa, ale ją zaniepokoiły. Nie mogła wiedzieć, że nazajutrz ten niepokój będzie jeszcze większy.

Widząc przy domowym ognisku pochyloną męską postać, w pierwszej chwili pomyślała: Sobiesław. Myliła się. W popiele grzebał leszczynową witką obcy człowiek o młodej twarzy, lecz okolonej długimi włosami i brodą starca, w szarym kmiecym ubraniu i w łykowych łapciach - dziwnie z tym licowała złota obręcz obejmująca mu skronie.

- Ktoś ty?! - zakrzyknęła Miłosława. - Co tu robisz? Mówi, bo wezwę pomoc.

- Kim jestem, domyśl się sama. Zaraz odejdę, bo dłużej nie mogę was chronić. Żal mi, ale tak być musi. - Wyprostował się i głową sięgnął powały. Popatrzył z góry na oniemiałą niewiastę i smutno dodał: - Żegnaj, Miłosławo, nie trwóż się.

Przechodząc przez zachodnią ścianę, zostawiając po sobie, chwilę zawieszony w powietrzu, leszczynowy kijek. Wreszcie upadł na podłogę, a z jego lichutkim stukotem słońce przygasało wojewodzinie.

Miłosława nie wybiegła, nie krzyczała; usiadła na stołku do przędzenia wełny i zasłoniła usta dłońmi, załzawionymi oczami patrząc w przygaszone ognisko. Takiego chłodu, takiej pustki, jaka w tej chwili ją ogarniała, w życiu nie czuła.

Chcą nie chcąc, otrząsnęła się, bo do gródka Sobkowa zajechali wysłannicy księcia Wyszesława i trzeba było gości należycie podjąć. Liczyła, że przybył z nimi mąż, zwłaszcza że po rozstaniu z duchem, co ją - ich - chronił, tęsknota mocniej dała o sobie znać, a uczucie niepewności nie opuszczało.

Sobiesława jednak nie było.

Z ludźmi Wyszesława przyjechał Damian - uczony świątek chrześcijański. Po co, na co, nikt nie wiedział. Ten niepospolity człowiek ciągle się modlił na kolanach, bywało, że nawet leżąc twarzą do ziemi. Z początku ludzie go się bali - ubrany na czarno, mamrotał w koło zaklęcia, dobre jadło odsuwał od siebie, od niewiast się odwracał, mówiąc, że to stworzenia nieczyste i przez nie cały ten grzech na świecie. Jadał tylko ryby, innego mięsa nie tykał - co było prawdą do czasu, aż po wcale niedługich namowach spróbował bobrzego ogona. Łapczywie pochłonął cały, a tak się rozsmakował, że Miłosława specjalnie posłała po bobry, choć pora na skóry była zła. Rychło więc Damiana przezwano "Bóbr", a przezwisko pasowało do niego też ze sposobu, w jaki się modlił: klęczał w kapturze, kulił się, składał dłonie i dotykał twarzy, co upodobniało go do wielkiego czarnego bobra siedzącego na ogonie i chrupiącego gałązkę. Widząc tego bożego człeka zanurzającego białe, śliskie łapki w misie z wodą, nikt już nie mógł powstrzymać się od śmiechu.

Przez przezwisko poważanie dla Damiana prysło. Dzieciaki świątka chrześcijańskiego przedrzeźniały - celował w tym Nielub, zwłaszcza dobrze wychodziło mu leżenie krzyżem i przewracanie oczami - dorośli też nieźle dokazywali. Raz jedna z urodziwych służebnych na widok Damiana niby przypadkiem podkasała kiecę, potem, jakby w strachu, z piskiem, chociaż nie od razu, ją opuściła. Boży człek na widok ud niewieścich zesztywniał, robiąc się na przemian blady i czerwony, po chwili uciekł goniony śmiechem dziewek.

W Sobkowie nawet te najkrótsze chwile radości rozpraszały niepokój powodowany brakiem wieści od Sobiesława i pogłoskami o straszliwej wojnie i zarazie.

Aż nastał dzień, w którym cały Sobków poruszył się na wieść o tym, że mężowie z wojny wracają. Ludność wyległa na wały, otwarto bramę, ale im wojowie byli bliżej, tym bardziej radość gasła: na wojnę wyjechało dwunastu jeźdźców, teraz się doliczono zaledwie pięciu. Wiedli za sobą wyścielone słomą trzy wozy z przytroczonymi kilkoma luzakami. Nie prowadzili ani niewolników, ani innej żywej zdobyczy. Nic też nie wskazywało na to, aby słoma kryła cenne łupy. Dopiero wyłonienie się z lasu jeszcze dwóch jeźdźców ożywiło ludność.

Miłosława ze starszymi synami także wybiegła na powitanie. Z Nielubem na ręce wspinała się na palce, żeby lepiej z wału widzieć nadjeżdżających, a rozpoznawszy w jednym z konnych Sobiesława, w jej struchlałe serce wlała się ulga.

- Tam jest tatuś. - Pokazała Nielubowi wojownika.

I właśnie wtedy wojewodzina spostrzegła na którymś z wozów wstającą spośród słomy białą postać, co zaraz dosiadła najbliższego luzaka i mieczem po dwa razy uderzyła w każdy wóz, aby zaraz rozpędzić konia i od tyłu najechać na niespodziewających się niczego złego wojowników.

Miłosławie ostrzegawczy okrzyk zamarł na ustach.

Miecz błyskał już zamaszystymi kręgami - biały szaleniec siekł w pędzie na oślep - ale... Jak to? Nikogo nie ranił? Nikt nie osunął się z siodła? Nawet konie nie padły, choć ostrze podcinało gardła.

- Zawrzyjcie bramę! - rozkazała, lecz nikt jej nie usłuchał, chociaż szaleniec był kilkadziesiąt kroków od wyległych na wały mieszkańców. Zostawiła więc Nieluba na wale, sama zeskoczyła z nasypu, co bronić miał gródka, i dopadła ciężkich wierzei.

Woj, rozdając cięcia, przejechał obok wojewodziny, na dziedzińcu zatoczył koło i wciąż tnąc na oślep - a zadanie miał łatwe, bo nikt przed nim nie uciekał, krom nie wiedzieć dlaczego, oszalałych psów - raził jeszcze kilku ludzi patrzących to na dziwnie zachowującą się żonę wojewody, to na ujadające psy, podjechał do Miłosławy, co zamiast uskoczyć z drogi, znieruchomiała, bo w tej chwili pojawiła się w drzwiach dworu piastunka z najmłodszym synkiem. Jeździec wziął głęboki zamach, co widział - oprócz Miłosławy - tylko jeden człowiek.

- Mamusiu, uciekaj! - krzyknął Nielub.

Miłosława spojrzała jeszcze w twarz jeźdźca - czarną, trupią, z wyszczerzonymi zębami i pustymi oczodołami - bezradnie zasłoniła się ręką, a wówczas miecz ze świstem przeciął powietrze.

Wojewodzina padła bez tchu. Zemdlona.

Dzień skończył się tylko na strachu, ale wówczas zaczął się smutek wkrótce przemieniony w żałobę. Sobiesław stracił wszak dwóch ludzi, trzech raniono, z czego jeden zaraz zmarł, inny w gorączce przestał kogokolwiek poznawać. Wojewoda o wojnie z Rusią w kraju Radymiczów opowiedział krótko: - Ledwośmy ich odparli...

Więcej nie udało się z niego wydusić.

Życie w gródku przybrało niebawem inny już obrót, bo zbliżały się urodziny Nieluba i mówiono już tylko o tym. Nawet Damian wyraził podziw, że wojewodzic przyszedł na świat w czasie najświętszym i najradośniejszym z możliwych - w noc zmartwychwstania. Chrześcijański świątek często prawił mądrości, czym wzbudzał mieszane uczucia, o ile wcześniej nie zanudził tych, co mu uwagę poświęcili. Tylko Nielub słuchał Damiana z rozdziawioną buzią - zajmowało go bowiem wszystko, co dotyczyło czarów i świętych mocy.

Sobiesław krzywił się na te święte gadki, o ile ich w ogóle słuchał, bo wciąż przeżywał w ponurym milczeniu, samotnie, niepowodzenia wojenne. Ożywiał się tylko, ustalając z synkami, dokąd pójdą na łowy. Od gadania świątka Miłosława prawie uwierzyła, że nie widziała śmierci, lecz śniła na jawie.

Aż wydarzyło się coś, co niejednego dorosłego wprawiłoby w śmiertelny strach, a co dopiero dziecko. Nielub leżał już w łóżku obok młodszego braciszka, lecz nie spał. Patrzył na wielką tarczę miesiąca, co do komnaty przez okno zaglądał, i na księżycową poświatę podobną do jasnego zawieszonego na niebie mostu - nie pierwszy raz mu się przyglądał, zawsze dziwił ten promień i byłby rad poznać jego tajemnicę. Chciałby wejść po nim jak najwyżej, aż na miesiąc, i się przekonać, z czego jest zrobiony. Ze srebra czy złota? I czy jest duży? Starsi różnie prawili. Że jest ogromny niczym góra, kształtem podobny do misy na brzegu postawionej. To tarcza Dadźboga czy Swarożyca. Niewiasty mówiły jeszcze coś innego - co, nie wiadomo, bo zdradzić nie chciały, miały tajemnice.

Nielub wierzył jednym, wierzył drugim, aż kiedyś dojrzał w licu miesiąca oczy i nos. Księżyc krzyczał, a skoro krzyczał, musiał być żywy. Dzieciak czuł, że sam do niego poleci albo zabiorą go srebrzyste rumaki - kilka razy wyszedł im na spotkanie. I wtedy, gdy miesiąc się uśmiechał, szedł mu na spotkanie, ktoś go odnajdywał i... już nie mógł lecieć. Krzyczeli na niego, od mamy dostawał w skórę, lecz wilkom nigdy nie oddali, choć nieraz grozili.

W domu promień oglądał na leżąco - dobrze mu było leżeć i patrzeć, ale nie tylko to. Jeśli leżał nieruchomo wystarczająco długo, z kąta wychodziły pocieszne ludki. Wskakiwały na smugę światła, wdrapywały się jak najwyżej i zjeżdżały. Promień jarzył się ledwo, ledwo, igrał z ludkami, a i z myślami Nieluba rozmawiał. Chłopca wówczas zachwycało dziwne szczęście biorące się pewnie z beztroski.

Tamtego wieczoru jak zwykle Nielub wpatrywał się w promień miesiąca - braciszek spokojnie już spał - gdy skrzypnęły drzwi i w progu stanęła niemal całkiem wypełniająca ościeże postać w długiej i postrzępionej szacie. Chłopcu serce zamarło, a potem biło już coraz mocniej. Zmrużył oczy i udał śpiącego, cały czas przyglądał się jednak nieznajomemu, mimo że serce waliło niczym młot w kowadło. Obcy, szurając, podszedł do łoża chłopców. Nielub zamknął oczy i wstrzymał oddech. Tamten mocno schwycił najmłodszego z braci za ramię - dzieciak zacharczał, rzucił się i już nie spał tak spokojnie jak przedtem - potem tknął Nieluba w bok zimnym jak lód palcem. Chłopiec drgnął, nie wydając głosu.

Nieznajomy podszedł do łoża rodziców, a Nielubowi łzy napłynęły do oczu. Chciałby ostrzec bliskich, lecz coś krępowało ruchy. Nie był to tylko strach przed tym, że straszny mąż zabierze go nie wiadomo dokąd, tylko obawa przed czymś dużo gorszym.

Wielki cień pochylił się nad Miłosławą - kobieta jęknęła cicho - po czym wyszedł, wciąż przeraźliwie szurając.

Rano Miłosława i najmłodszy syn gorączkowali, majaczyli, krzyczeli i płakali. Znachorki jeszcze tego samego wieczoru okadziły dom, odśpiewały żałobne pieśni wspak, wytopiły w wodzie pochodnie ze świętego ziela, a wszystko po to, aby oszukać śmierć. Nic to jednak nie pomagało. Miłosława walczyła o życie, lecz Miłek oddychał coraz płycej i szybciej jak zmęczony zajączek, aż w kilku żałosnych jękach oddał ducha.

Przerażonym pozostałym przy życiu braciom nie wolno było spać, aby i ich nie zabrał posłaniec Czarnogłowa. Dopiero na dźwięk tego imienia Nielub wyznał, co widział w nocy. Traf chciał, że o lodowatym mężu usłyszał ktoś z otoczenia Bobra, gdy więc zatroskany Sobiesław posłał po świątków Welesa, chrześcijański świątek wziął się żywo do roboty i jeśli wcześniej wyglądał na poczciwego głupca, później wielu myślało o nim już inaczej.

Damian najpierw wysłuchał Nieluba, potem porozmawiał z jego ojcem. Zaczął miękko, lecz odważnie zarazem, choć wcale tak to nie brzmiało.

- Sumienie nie pozwala mi stać na uboczu, gdy innych dotyka nieszczęście - powiedział. - Nie obiecuję, Sobiesławie, że twoja żona wyzdrowieje. Nie znam się na chorobach ciała. Znam się za to na potrzebach duszy. Pomogę wam, na ile potrafię.

Wojewoda nie był głupi, acz podejrzliwy i nad wyraz waleczny. Nigdy się nie poddawał, walczył nawet w chwilach największej rozpaczy. Od razu wypalił słowami, co niejednego by zmieszały: - Czujesz sposobność, żeby kogoś ochrzcić?

- Jeśli prosto na to patrzeć, owszem, czuję. - Damian nawet się nie zmieszał. - Pan mój wyznaczył mi zadanie: mam nieść jego światło. Mam otwierać drogę do zbawienia, a czy ludzie na nią wstąpią, od nich samych zależy. Przed wiekami nasi rodzice dopuścili się grzechu, którym naznaczyli potomstwo i kolejnych następców. Ciebie, mnie, nieszczęsną niewiastę...

- I teraz chce ją ukarać za pradziadów? - Sobiesław przerwał ostro; nigdy nie miał cierpliwości do świątków. - Prędki to on nie jest, ale pamiętliwy!

Damian był pokorny, swoje jednak powiedział: - Pozwól, panie, że dokończę. Jestem drobnym robakiem wobec chwały Boga, podobnie kniaź Wyszesław, król czy nawet cesarz. Jesteśmy tylko ludźmi. Nie nam oceniać boskie zamiary. Chciałbym, żeby wyzdrowiała, będę o to się modlił i miłościwy Bóg może mnie wysłucha. Wiem jedno: jeśli ta kobieta zejdzie z tego świata z niezmazanym grzechem, z którym na świat przyszła, droga do zbawienia będzie przed nią zamknięta.

Wprawdzie Sobiesław nie należał do tych, co wierzą pierwszym słowom, ledwo hamował wtedy złość, lecz teraz, mimo smutku, miał wzgląd na znaczenie Damiana u kniaziowskiego dworu, dlatego spokojnie, co nie całkiem mu wyszło, powiedział: - Po co to gadanie? Dlaczego mam ci wierzyć? Chcesz mnie do większej żałości doprowadzić? Daj mi spokój. Powiem kniaziowi, że dobrze się sprawiłeś. Jutro ochrzcicie tych, co przed tym się nie wzbronią. Mnie ochrzcili przez przymus w niewoli, drugi raz nie ma więc potrzeby. Nie było źle, gdyśmy w starej wierze żyli. Co ci zależy na niewieście? Szukaj władyków, drużynników, innych, a od mojej rodziny się odczep - zakończył stanowczo.

- Mylisz się, Sobiesławie - świątek nie ustępował. - Bierzecie mnie lekko, śmiejecie się ze mnie, ale ja zdążyłem was polubić, bo jesteście dobrymi ludźmi. Może i dobrze wam było w starej wierze, przyszedł jednak czas próby. Moja modlitwa nie wystarczy. Nie dla łaski kniazia chcę wam pomóc. Wam grozi wielkie niebezpieczeństwo, a ja nie mogę pozostać obojętny. Zły odwiedza twój dom, zabrał ci już synka. Teraz przyszedł po żonę. Dziś, jutro przyjdzie po następnych synów, w końcu także i po ciebie. Kto wie, czy bies nie mieszka z wami pod jednym dachem? - skończył z przejęciem.

Sobiesław, zrazu niecierpliwy, jakby nieco się uspokoił. Już nie myślał, aby boży człek od niego się odczepił. Dopadły go wątpliwości i dał im wyraz.

- Dzieciakowi mogło się zdawać - stwierdził. - On ładnie zmyśla, czasem sam mu wierzę. Może mu się śniło?

- To niewinne dziecię, może więc widzieć, co przed grzesznymi dorosłymi jest ukryte - cierpliwie wyjaśnił Damian. - Nawet teraz, gdy o tamtym opowiadał, trząsł się ze strachu. Nie wątpię, że przychodzi do was bies. Drzwi dla niego są otwarte. Pewnie i dlatego, że choć jesteś ochrzczony, nie dbasz o wiarę rodziny. Twój chrzest nie daje mu dostępu do ciebie, dlatego bije w bliskich, ale kiedyś i ty ulegniesz, ogarnięty rozpaczą, a jego radość będzie wielka, bo w rozpaczy pozłorzeczysz ludziom i Bogu. A ja znów z nim przegram. Co gorsza, zabierze nie tylko wasze żywoty, ale również dusze. Pozwól czynić, co do mnie należy, potem rób, co chcesz. Czy źle ci, żeś sam ochrzczony i znamię grzechu jest z ciebie zmyte? Nie odmawiaj tego rodzinie. Po co zrażać do siebie przyjaznego Boga, odtrącać jego pomoc?

Po początkowych wątpliwościach, w końcu wojewoda dał się przekonać; Damian mówił wszakże rozsądnie.

Chrzest nie był uroczysty, jak to bywało gdzie indziej, i prawie w tajemnicy, tylko przy najbliższej służbie; kto się nie rozeznawał, nawet się nie domyślił, o co w tym chodzi - rozumieli, że Bóbr wygania złe duchy z domu Sobiesława i zamawia chorobę jego niewiasty.

Nie nad wszystkim dało się jednak zapanować. Choć zakazano służbie mówienia o widzeniu Nieluba, po osadzie rozeszła się przejmująca grozą wieść, że śmierć radzi się Sobiesława, kogo ma zabrać. Rozpowiadano, że chrześcijański świątek potrafi śmierć powstrzymać, wkrótce więc do Damiana przychodzili ludzie na chrzest, wierząc, że chroni przed urokami i zarazą. Nie zmieniło tego nawet coraz gorsze zdrowie Miłosławy, która nikogo już nie poznawała. Tłumaczono, że co prawda chrzest wojewodzinie nie pomógł, ale do dzieci zły już nie ma dostępu.

Wreszcie przybyli wezwani przez Sobiesława świątkowie Welesa, z nimi starzec Bogumił, czyli - jak ludzie o nim gadali - święty mąż; pletli ozorami, że stuletni, ale to bajka, bo - też zresztą nie do uwierzenia - osiemdziesiąt zim już przetrzymał. Służył Świętowitowi, nie Welesowi, ze świątkami od Welesa niekoniecznie było mu więc po drodze - teraz przyszedł z nimi do Sobkowa. Taka konieczność.

Bogumił dużo chodził po świecie. Wszędzie, gdzie zawitał, przyjmowany jak kniaź, czego nie lubił. Szanowano go nie przez wzgląd na podeszły wiek, ale dla celnych wróżb, przepowiadania pogody i urodzaju. Znał się na chorobach ludzi i zwierząt. Miał przy tym dar obcowania z bogami, wiedzę o nich ogromną i ich ogromną przychylność. Dlatego żaden ważny żerca, czy z dalekiej Radogoszczy, czy z Kijowa, nie wychodził przed niego o krok, spokojny o własną pozycję, bo Bogumił nigdzie za długo miejsca nie zagrzał. Pierwszy sprawiał żertwy, jego słów słuchano z pokorą, chociaż prawie nic nie mówił, ze trzy słowa na dzień.

Osobliwy ten człek, niektórym chwilami zdawał się szalony, rano mył się w rzece, nawet zimą. Bywało, że wyrąbywał przerębel i zanurzał się w wodzie po szyję, nieraz widywano go biegającego nago o wschodzie słońca po zroszonych łąkach. Nigdy nie chorował. Jadał mało i wyłącznie to, co ludzie mu dali. Ponoć do pieczonej baraniny miał słabość, ale i to oddawał głodniejszemu od siebie, gdy tylko takiego w pobliżu napotkał. Ubierał się skromnie, raczej szaro niż biało. Gdy kniaź podarował mu futro z rysiów, oddał dar, przy czym powiedział, że służy wszystkim ludziom, nie tylko jednemu. Wolał stary kożuch, który nosił zimą, latem służył jako tobół, aż zdarł go ze szczętem. Wtedy przyjmował następny. Taki właśnie człowiek zawitał do Sobkowa w tym trudnym czasie.

Świątkowie Welesa tuż po przybyciu, a może jeszcze w drodze, dowiedzieli się, co i jak mówić przed Sobiesławem, lecz nie mieli takiego wyczucia jak Damian i dopadli wojewodę, nie zważając na jego niedolę.

- Słyszeliśmy, że pozwalasz chrzcić swoich. Obcego świątka słuchasz, obcego boga! Nie dziw, że śmierć chodzi po twoim domu. Sam jesteś sobie winien.

Wielce zaskoczony tym powitaniem Sobiesław zaniemówił i rozpłakał się jak dziecko. Świątkowie Welesa jego łzy zrozumieli opacznie, jako skruchę, dalejże więc poczęli gromić odstępcę. Tu spotkał ich jednak zawód. Oszczekując wojewodę jak małe, głupie psiaki podnoszące wzajem ślepą zajadłość, żercy nie zwrócili uwagi, że pan odwrócił się do nich plecami, otarł twarz z łez smutku, żeby zrobić na niej miejsce na łzy wściekłości. I gdy krew w nim zakipiała, odwrócił się i pokazał kły, cedząc słowa: - Spróbowaliście już chleba i soli pod tym dachem, to teraz precz stąd, inaczej każę was szczuć, psie syny! Na pole! Won!

W jednej chwili świątkowie zamilkli, czym prędzej umykając spod groźnego wzroku wojewody.

Myśląc, że został sam, Sobiesław wpadł w zamyślenie, co przerwał zaraz spokojny głos Bogumiła.

- Głupio zrobili, bo nie znają prawdy. Jutro każę im cię przeprosić. A teraz chodźmy do twojej niewiasty. Może coś poradzę.

Nic nie poradził, ale wypytał o chrzest, chciał pomówić z Damianem, ten jednak unikał rozmowy, bo z czarownikiem - mówił mocniej: ze sługą biesa - nie chciał mieć do czynienia.

Za to Nielub nie bał się Bogumiła. Świadkowie ich rozmowy nie mogli się nadziwić, że budzący lęk starzec był miły, a nawet gadatliwy. Uśmiechał się, głaskał chłopca po głowie, mówił o śpiewających ptakach, sam poświergotał i podarował świstającego ptaszka z gliny, co mu się dmuchało w dzióbek, oraz posążek Świętowita. Nauczył także malca wygwizdywać śpiew skowronka, przy czym dał mu zadanie, aby czynić to po cichu. Ujęty za serce dzieciak powtórzył szczerze to, co widział, słyszał i czuł tamtej nocy, pokazał miejsce, gdzie dotknął go zimny mąż - Bogumiłowi broda wykrzywiła się wtenczas w uśmiechu, ale oczy pozostały smutne.

Po spotkaniu z Nielubem Bogumił zażądał rozmowy z wojewodą. Koniecznie za dnia i nie pod dachem. Wyszli więc obaj przed dom, rozmawiali cicho, nie patrząc na siebie, tylko w zachodzące słońce.

- Nigdy nie kłamię, powiem więc, co wiem i co czuję - szeptał Bogumił. - Musisz wiedzieć, że się boję. Boję się jak rzadko kiedy. Twojej miłej niewiasty nie da się uratować. Umrze jeszcze dziś i lepiej, żeby żaden człowiek wtedy nie spał. Nie zasłaniaj twarzy. Niech słońce cię widzi, inaczej nie będziesz bezpieczny.

Sobiesława jakby raził grom. Oparł się o ścianę, a i tak niemal się osunął na ziemię.

- Dlaczego odbierasz mi nadzieję? - z trudem zapytał. - To zaraza?

- Nie wiem. Ten nocny gość to posłaniec Czarnogłowa, a on sam musi być blisko. Dziś przyjdzie po nią, jutro po następnego chłopca.

- Przecież chłopcy są zdrowi.

- Są. Ale odkąd Nielub powiedział na głos o swoim widzeniu, nie jest bezpieczny. Tamci bogowie słyszą każde nasze słowo, a nie lubią, żeby odsłaniać ich tajemnice. Twój syn ma w sobie coś, co może ich drażnić, cząstkę ich mocy. Są zawistni, dlatego zechcą nim zawładnąć. Gdyby to im się nie udało, zabiorą twojego syna do siebie. Tak czynią zawsze.

- Po co mieliby to robić? Co w tym złego, że chłopakowi coś się zdawało? Co dzień ludzie sobie wróżą, odprawiają gusła, plotą przy tym nie do rzeczy. Co to za tajemnica, że śmierć zabiera ludzi? Nielub lubi słuchać bajek, nic więc dziwnego, że coś mu się śni i te sny opowiada. To nie ma znaczenia.

Milczący zwykle Sobiesław umiał w potrzebie każdego przekonać. I może zgrabnym wywodem przekonałby do swoich racji starego człowieka, ale kilka słów Bogumiła to zniszczyło.

- Ma znaczenie - odparł żerca. - Uwierzyliśmy mu. To więc już nie jest bajka, lecz prawda.

- Ochrzczony jest. Złe nie ma do niego dostępu - nie ustępował wojewoda.

- Ochrzczony jest on - szeptał Bogumił - i wielu domowników, a cały dom spryskany wodą. Czystą wodą ze źródła. Może to dobre w obcych stronach na odegnanie złego, ale nie u nas. Miesiąc rośnie, teraz do pełni trzy dni pozostały, a świątek użył wody nieoczyszczonej ze złych mocy. Nie wrzucił do niej węgielka, nie dotknął ogniem. Przez co siła złego rośnie z miesiącem. Dla jego złych duchów twój gródek jest zamknięty, ale dla naszych stoi otworem. Spodziewaj się wszelkiego licha: wodnika, wiły albo mamuny.

Sobiesław wbił wzrok w ziemię i już nie miał ochoty przekonywać, już się nie targował. Powiedział: - Gdyby to ktoś inny mówił, wygnałbym go na cztery wiatry. Jesteście jednakowi: czy od Chrystusa, czy od Welesa. Czy kpicie sobie z ludzi? Prawicie o bogach, biesach, straszycie mękami po śmierci. Wolę stanąć z mieczem w ręce w ciżbie wrogów, niż was słuchać. Tam wszystko jest jasne, tu nic. Dobrze, że wygnałem wróżów z wojska, przynajmniej nikt nie mąci mi prawdy. Przecież - jeśli prawdą jest, co mówicie - miałem zginąć, wygrywając bitwę, a ja pluję na uroki przegranych. Tak powinienem zrobić teraz, ale tu idzie o moje dzieci, dlatego ostatni raz w życiu posłucham świątka. Co więc mam czynić?

Bogumił nie kłamał, mówiąc, że się boi. Słuchając wyrzutów wojewody, miał ochotę zatkać sobie uszy - dawał znaki, żeby Sobiesław natychmiast zamilkł. Gdy to się wreszcie stało, odpowiedział: - Lepiej, żebyś tak więcej nie mówił. To nie jest bezpieczne ani dla mnie, ani dla ciebie, ani dla nikogo. Wystawiasz się na zemstę bogów. Ja chcę ci pomóc i pomogę. Uratujemy twojego synka, oszukamy śmierć. Ale o nic nie pytaj, tylko pozwalaj na to, co zrobimy.

Wzdychając, Sobiesław odpowiedział: - Ostatni raz.

Na trzy dni i trzy noce dowodzeni przez starca Bogumiła żercy przejęli władzę nad osadą. W domu i obejściu, a także w grodzie do małych ogni sypali zioła. Rzucali węgle do studni, na progi domów, w bramie. Kazali ludziom skakać przez wielkie ogniska - pierwej między nimi przeprowadzali bydło, konie, nawet psy. Szczególnie zajęli się Nielubem. Mroczyli go ziołami, wywarami, wpędzali w sny podobne do czarnych studni - dlatego nie pamiętał śmierci Miłosławy ani tego, co się działo później - na koniec powieźli w saniach na uroczysko i na małej polanie posadzili pośrodku kręgu z ognia. Bili w bębny i pląsali przebrani za wilki, niedźwiedzie, turonie i śmierć. Tam Nielub się wybudził, a zobaczywszy straszne postacie, wyszczerzone kły, wytrzeszczone ślepia, rozpłakał się i wołał matkę. Ojciec wówczas rozkopał ogień, żeby przebrnąć gorejący krąg, złapał syna i mocno przytulił. Potwory Welesa przypadły doń, wołając przez zębate paszcze: - Co czynisz, człowiecze? Jeszcze nie jest oczyszczony!

Mogłoby to się skończyć nie najlepiej, bo patrząc na żerców, Sobiesław już układał w myśli ruchy: odstawiłby dziecko, wyciągnąłby miecz, potem zamach, cięcie, krok...

Bogumił wyczuł, z jakimi zamiarami nosił się wojewoda, bo nagle gwałtownie osadził innych świątków słowami: - Stójcie! Właśnie tak powinno być!

Na co najstarszy z nich, Świerad, powiedział ze zdziwieniem, wskazując na zachód: - Wiesz sam, Bogumile, najlepiej, że urok odczynia się do końca. Jeszcze słońce nie zaszło.

Stary świątek odparł na to: - Ten urok odczynił Sobiesław. Wyrwał dziecko z kręgu śmierci i złych duchów. Pozostał tylko jeszcze jeden krok.

- Jaki krok? - straszne paszcze wilków, niedźwiedzi, turoniów i śmierci zamarły w oczekiwaniu.

- Zróbmy teraz, Sobiesławie, postrzyżyny temu chłopcu.

Tylko Bogumiłowi to rozwiązanie przyszło do głowy.

Wojewoda miał już dosyć obrzędów i świątkowych pomysłów. Zwątpił także w moc rozumu starca, co można było poznać po słowach: - Wyście chyba poszaleli przy tym dzieciaku! Biegacie z pochodniami, wchodzicie w skóry wilków, wyjecie do miesiąca. Psy z grodu pouciekały! Tamci - to odniosło się do chrześcijańskich świątków - nie wstają z kolan już trzeci dzień i mamroczą, mamroczą! - krzyczał Sobiesław. - Ja żonę wczoraj spaliłem, dziś chcieliście mi syna żywcem spalić, a jutro mam mu robić postrzyżyny? Wesele po pogrzebie? Przecież nie skończył siedmiu lat. Chyba mu nie czas?

- Bogowie zabrali mu matkę, zostawili ojca. Dali znak, że czas przejść pod męska opiekę - Bogumił uzasadniał. - Tym samym oszukamy śmierć. Jeśli miał umrzeć w szóstej wiośnie życia, to tak się nie stanie. Dostanie męskie imię i inaczej będzie się liczyło lata. Groźna będzie dla niego dopiero sześćdziesiąta szósta wiosna.

- Ciągle czarujesz, mówisz zaklęciami. - Sobiesław coraz słabiej się opierał. - Gdy się stanie, owo się stanie, potem będzie to, bo tamto się zrobiło... Co ludzie powiedzą? Że zgłupiałem po śmierci żony?

- Ludzkie gadanie nic nie znaczy wobec życia - odrzekł Bogumił.

Sobiesław myślał jednak praktycznie.

- Muszę gości sprosić, piastuna wyznaczyć.

- Czas i śmierć uprosić się nie dają, nie będą na ciebie czekać, a piastuna masz przed sobą.

- Nie mieliśmy nigdy w rodzie Bogumiła. Miał dostać imię po dziadku.

Starzec popatrzył w oczy ojca, a synka pogłaskał po głowie.

- Imię to też czar. Dobry czar.

Po chwili milczenia Sobiesław westchnął: - Chciałbym w to wierzyć, ale... cóż. Niech się ziści.

----

Na postrzyżynach, zważywszy na żałobę, niezbyt wesołych, gdy już długie włosy Nieluba spłonęły w ogniu i mały Nielub przybrał męskie imię Bogumił, świątkowie chrześcijańscy i Welesowi puścili cugle złości i nie żałując sobie wzajem najgorszych życzeń, krzyczeli całkiem po ludzku: - Czarownik, kłamca i zafajdany pies.

To były najłagodniejsze słowa.

Jedni i drudzy rzucali obelgi z wielką wprawą, aż zdumieni starzy wojowie z podziwem i rozbawieniem spoglądali na czcigodnych mężów, łowiąc chciwie zlepki słów, aby ich potem użyć. Jeszcze długo po kłótni smakowali ze znawstwem brzmienie przekleństw, poprawiali się, ćwiczyli, lecz ku swemu zmartwieniu nie osiągnęli biegłości świątków.

Wreszcie świątkowie spróbowali przemienić groźby w czyn, nim jednak złapali się za brody, rozdzieliła ich służba. Wtedy dostało się Sobiesławowi i staremu Bogumiłowi, którzy z boku przypatrywali się kłótni świątków - jeden z obrzydzeniem, drugi ze wstydem. Wojewoda usłyszał od Damiana: - Myślałeś, że zmażesz chrzest, ale tego niczym nie daje się zmazać. Zostawia znak i cobyś nawet ofiarował dziecko biesowi, on go nie dostanie. Jego bronią jest niewinność, a próba ofiary ściągnie na ciebie gniew Boga!

Na żercę Bogumiła krzyczał zaś Świerad: - Myślałeś, że dając mu swoje imię, ofiarujesz go Świętowitowi? Pomyliłeś się! Ten czas należy jeszcze do Welesa, jeszcze piorun nie uderzył w ziemię. Oddałeś go Welesowi i jemu będzie musiał służyć. Pierwszy znak się liczy. Nie drugi. A ten pierwszy był z wody!

Ani wojewoda, ani stary żerca nie odpowiedzieli na zarzuty. Sobiesław, którego serce krajało się z żalu za żoną, pomyślał tylko: głupcy - i zamknął oczy, żeby ich nie oglądać.

Bogumił myślał zaś o przyszłości imiennika: Co go czeka, jeśli już teraz świątkowie różnych bogów o niego się kłócą? Jaki znak tą kłótnią dodają bogowie do gąszczu znaków, jakich w ostatnich dni nie skąpili?

Tak oto, w żalu i kłótni, poczętego we śnie chłopca nazwano Bogumił, co miało wtedy i na długą przyszłość od śmierci go uchronić. Czy wówczas to imię spełniło swoje zadanie, czy było istotnie potrzebne - nikt nie wie, ale chłopak przeżył. W późniejszych latach udało mu się wyjść z kilku groźniejszych kręgów niż tamten pogrzebowy, odpalony na polanie przez sługi podziemnego boga. Zarówno mnich Damian jak i świątek Bogumił uważali - co nie było bez znaczenia - że chłopiec narodził się po raz wtóry. Jeden myślał, że przez chrzest, drugi zaś, że przez nadanie męskiego imienia.

Po tych wydarzeniach Sobiesław obiecał sobie pod żadnym pozorem nie pozwalać świątkom zbliżyć się do synów. Z wielkim trudem zmienił to postanowienie w niedalekiej przyszłości, ale żeby o tym opowiedzieć, trzeba podążyć - wbrew zmierzającemu na zachód tokowi życia - na wschód.

W Sobiesławie dojrzało jeszcze jedno postanowienie: nigdy nie zwiąże się z niewiastą, żadnej za żonę nie pojmie, bo istniała dla niego tylko ta, co jej już nie było.

Liść w śniegu

Nie znalazłszy oparcia w ścianie, przewrócił się, ale ani na chwilę nie stracił świadomości, chociaż nie miał pojęcia, w jaki sposób znalazł się w innym miejscu. Czuł się niczym gwałtownie wybudzony ze snu. Usiłował powstać. Wszystko dookoła wyglądało inaczej niż po tamtej stronie - ściany utkane z czarnych rzeźb zwierząt znikły, szarość nabrała żywszych barw, tylko czerń pozostała czernią. Już podnosił się z ziemi, gdy przygniótł go potężny głos.

- Witaj! Wstań!

Bogumił wstał, ale w nabożnym lęku głowy nie podniósł.

- Zanim na mnie spojrzysz, zdejmij z duszy trwogę! - zagrzmiał głos.

Bogumił ugiął kark, zerknął jednak, chociaż z wahaniem, przed siebie.

Na ogromnym tronie siedział Bóg w szarej szacie, co było dziwne, bo jego posągi strojono w krwistą czerwień; reszta postaci też wyglądała inaczej niż ziemskie wyobrażenia - ani jeden z posągów czy obrazów nie było wierną podobizną Welesa. W rzeczywistości na trzech karkach miał uwieńczone turzymi rogami trzy głowy. Na każdej z nich oczy i usta zasłaniały złote opaski - głowy ziemskich posągów zakrywały chusty. Dzięki opaskom ani słowo, ani spojrzenie nie uderzyło w człowieka jadem nieszczęść.

Bogumiłowi odbiła się echem opowieść starego Bogumiła o Welesie.

- Choć ma zasłonięte oczy - mówił - widzi wszystko, bo na ziemi są tysiące, setki tysięcy jego oczu. Każdy sęk, każde ułamane źdźbło to oko podziemi wyraźnie nas widzące. Najmniejsze źródełko jest zwierciadłem, w którym przegląda się świat. Co tu mówić o źródełku - rosa na trawie! Czy przyglądałeś się kiedyś kropli wody na liściu? Na pozór nic w niej nie ma, trochę drżącej wilgoci, która za lada podmuchem spada na ziemię, lecz jeśli dobrze się przyjrzysz, zobaczysz w niej odbite promienie słońca, chmurę na niebie i swoją wierną podobiznę. Takim widzi ciebie Weles. Takim widzi świat. Nic nie ustrzeże się przed jego zakrytym wzrokiem. Jeśli dojrzy coś, co sprzeciwia się jego prawom, odsłania przepaskę i na to spogląda. Jeśli nadal prawo jest łamane, odsłania przepaskę z ust i wypowiada słowo.

- Zanim otworzysz usta, zdejmij z myśli kłamstwo - ponownie zagrzmiał głos, lecz w głowie Bogumiła jeszcze dźwięczały słowa świątka.

- Jego uszy są zakryte tą samą przepaską, co oczy. Wcale przez to słabiej nie słyszy, bo nasz świat pełen jest jego uszu. Najcichszy szept wypowiedziany na ziemi, jeśli Weles tego chce, odbija się echem w Wołogoszczy. Opaska to jedynie znak mówiący o tym, że Weles woli nie słyszeć słów, jakimi człowiek próbuje oszukać bogów. Do niego nie docierają myśli niewypowiedziane na głos, szept już tak, ale i tak żadne myśli nie są dla niego tajemnicą. Wystarczy przecie, że ogląda każdy ludzki krok i słyszy każde słowo od chwili narodzin aż do śmierci. Weles istnieje od początku świata, był nawet, zanim świat się zaczął. Trwa od wieków, on i inni bogowie. Od wieków... Wiek to sto lat. Są ludzie stuletni, żyją tacy. Sto razy widzieli lato - porę dojrzewania. Sto takich pór to trzy lub cztery ludzkie pokolenia. I to jest dla ludzi dużo... Ale spójrzmy na motyla: jak długo żyje? Rok? Dla niego dziesięć lat to dla nas jakby tysiąc. Czym więc dla niego jest czas? Czym ludzkie życie? A życie dębu? Czyż nie jest dla niego wiecznością? Bogowie są ponad czasem. To nie tylko wieczna młodość. Ich życie to odwieczna mądrość. Iluż ludzkich pokoleń Weles doglądał? Jak więc może być tajemnicą myśl jakiegoś człowieka?

Nauki starca i własne myśli kłębiły się teraz w głowie młodzieńca niczym węgorze w saku. Weles powiedział tylko kilka słów, które kogoś innego, w innych okolicznościach może by rozśmieszyły, na tyle istotnych jednak, że Bogumił myślał nad każdym. Patrzył na obnażony miecz trzymany przez boga na kolanach z owiniętą niczym powojem na ostrzu żmiją. Ukłonił się i odezwał uważnie: - Bądź pozdrowiony wszechwładny Welesie. Jestem...

Każda z głów Welesa, przerywając Bogumiłowi, wypowiedziała swoją myśl: - Wiem, kim jesteś.

- Wiem wszystko o twoim pochodzeniu, a ty wiesz o nim niewiele. Dlatego nie mów, kim jesteś, bo możesz łacno się pomylić.

- Powiedz mi tylko, co skłoniło cię do wędrówki aż tutaj?

Młodzieniec chciał powtórzyć to, co mówił Wołoszynowi, ale Weles go uprzedził.

- Mój syn usłyszał to, co należało się jego uszom. Teraz rzeknij coś, co jest przeznaczone tylko dla mnie.

Człowiek odczekał chwilę. Wreszcie, pomny nauk Wołoszyna, przemówił:

Witaj przemożny Welesie

Panie ciemności i prawdy

Władco rozumu i myśli

Stróżu przysięgi i prawa.

Witaj...

Zabrakło mu słów.

Weles roześmiał się trójgłosem: - Ładnie, choć to nie wszystko. Czekałem na pewne słowo. Gdybyś je powiedział, nic już nie musiałbyś mówić. Teraz za późno już, odpowiedz więc tylko, po co?

Bogumił, nieco zbity z tropu, odparł, przyklękając: - Stąpając po ziemi, słucham jej mowy, nie wiem, co znaczą jej słowa.

Gdy patrzę na drzewo rosnące przy drodze,

Nie wiem, czy stoję gdzie trzeba.

Czuję, że dusza uchodzi z człowieka

I nie wiem, skąd we mnie ta pewność.

Umiem zobaczyć śmierć i rozpoznać,

A przecież wcale jej nie znam.

Dokąd prowadzą te wszystkie drogi?

Chciał mówić dalej, bo dziwnie składnie mu szło, mimo to bóg mu przerwał.

- Wstań! Odpowiem ci mądrością ludzką: jedna droga do życia, a tysiąc do śmierci - mówiła jedna głowa boga.

- Wygląda na to, że przykrzy ci się w życiu, a twoje tęsknoty nie znajdują ujścia. Jak to ładnie mówicie: póki kto żywy, nie jest szczęśliwy - wtórowała druga.

- Być może jest u ciebie trochę inaczej - darmo, że ci świat szeroki, kiedy trzewik ciasny? A może na śmierć idąc, na ciasny bucik utyskujesz?

- Czas, żebyś wreszcie się obudził i zrozumiał, że jesteś tylko człowiekiem i miejsce w życiu masz już od dawna wyznaczone. Ten z góry i Rodzanice o to zadbali, niestety. Naznaczyli cię gnuśną łagodnością. Wiesz chyba, co to jest, co ciągle ucieka, a nigdy nie wraca?

Człowiek miał myśli napięte tak mocno, aż strzelił odpowiedzią: - Czas.

- Tracisz go. A czas i śmierć nigdy uprosić się nie dają.

Nastała cisza. Niespodziewanie coś pękło w Bogumile. Po twarzy popłynęły mu łzy.

- Nad czym płaczesz? Kto, żyjąc, płacze, śmiejąc się, umiera.

Płakał nad sobą ze wstydu. Stał w obliczu niepojętej siły, która odgadywała każdą jego myśl, nim ta się narodziła.

- Trafiłeś tu, nie bardzo wiedząc, po co i dzięki czemu. I nie wiesz, co ze sobą począć.

- Musi znać bedłki, kto chce grzyby zbierać.

- Nawet nie umiesz rozpoznać, co jest dla ciebie pożyteczne. Czego tu się spodziewałeś? - zakończyła trzecia boża głowa i znów zrobiło się cicho.

Bogumił nie znał odpowiedzi, ale powoli przechodziło mu wzburzenie. Wreszcie zakołatała w nim właściwa myśl. Nie płakał już. Chwilę jeszcze się zastanowił i powiedział równie ogólnie jak bóg: - Doszedłem aż tutaj, żeby znaleźć to, czego mi ludzie nie dadzą.

- Wszystko, co rzekłem, mógł powiedzieć dowolny z ludzi - padła szybka odpowiedź z lewa.

- Tak, ale ja chciałbym usłyszeć więcej - ocierając łzy, odparł spokojnie młodzieniec. - Przecież im bliżej źródła, tym woda jaśniejsza. Ja chciałbym się napić źródlanej.

Weles mówił tak, jakby był zaskoczony: - Czy wiesz, czego chcesz? Daję ci możliwość uczciwego ludzkiego życia. Być może będzie szare, ale takie jest najpiękniejsze. Radzę ci jak człowiek, w ludzkiej mowie. Nic nie stracisz, jeśli teraz się wycofasz. To będzie sen i słabo go zapamiętasz. Taki sen, po którym świat wydaje się ładniejszy. Dowiodłeś już wytrwałości i odwagi, co Wołoszyn zwie głupotą. Możesz wyjść bez straty, a niepokoje, jakie będziesz odczuwał, nie przerosną dotychczasowych, codziennych. Nic się nie zmieni, z wyjątkiem tego, że przybliżysz się do ludzi. Nie da ci szczęścia, nawet utrudni życie to, ku czemu tak usilnie a nieświadomie zmierzasz - mówiła głowa ze środka.

- Ta wiedza jest niczym cień. Jest widoczna, lecz nic nie znaczy. W twoim umyśle pojawią się pytania, a odpowiedzi na nie będą przykre. Wiem, że tajemnice kuszą ludzi, ale czy życie nie jest powabniejsze? - dorzuciła lewa.

- Pomyśl wreszcie o życiu, bo na razie niewiele mu myśli poświęcałeś. Dla ciebie śmierć ma nieludzki powab. A cóż ty, młodzieniec, możesz chcieć od śmierci? Pamiętaj, człowiecze, niedługo nie będzie cię na świecie. Póki więc żyjesz, to żyj, bo umierać trzeba - zakończyła prawa.

Człowiek milczał i tylko patrzył na miecz.

Weles zrozumiał.

- A jednak chcesz tego...

- Tak.

- Wchodzisz na tysiąc i jedną drogę.

- Wiem.

- Niczego nie dostaniesz za darmo. Tylko bieda uczy człowieka rozumu.

- Jedna bieda nie dokuczy, jedno szczęście nie utuczy - uśmiechnął się Bogumił, ale ponieważ głupio wyszło, spróbował zatrzeć złe wrażenie i chyba mu się udało: - Nigdy moje życie nie było takie jak innych. Od dawna miewam widzenia, przepowiadam przyszłość, wyczuwam śmierć... Nie panuję nad tym. I nie jest z tym łatwo! Boję się zamknąć oczy, bez widzeń nie umiem jednak już żyć! Chcę tylko spokojnie zasnąć i się zbudzić, gdy przyjdzie na to pora. Aż się boję, że siedzi we mnie zmora, bo bywają bezsenne noce, kiedy oglądam nieznane strony. Czuję też wielki strach, nie wiem przed czym, albo zmuszającą mnie do płaczu tęsknotę, o której, boże, mówiłeś. Nigdzie nie znajduję sobie miejsca. Daliście mi uzdolnienia i pokazaliście tkwiącą w nich moc, zanim tu przyszedłem. To już się dzieje, to, przed czym mnie, boże, ostrzegasz. Nie chcę, aby one mną rządziły. Chcę nad nimi panować... - urwał żarliwą przemowę i dodał cicho: - Wiem, że nie przypadkiem z tobą rozmawiam.

Tym razem to Weles trwał chwilę w milczeniu.

- Twoja mowa napełnia mnie smutkiem - powiedziała prawa głowa. - Czy wiesz dlaczego?

- Nie.

- Jesteś Bogumiłem. Nie powiedziałem: "masz na imię Bogumił", lecz: "jesteś Bogumiłem". To imię i przeznaczenie zarazem. Imiona często odzwierciedlają kształt duszy i ciała człowieka, nawet jeśli pozornie znaczą coś przeciwnego. Dzieje się tak, że człowiek stara się być jak jego imię, a inni ludzie, świadomie bądź nie, w tym mu dopomagają. Jest tylko jedna trudność. Imię to jeden wyraz, a jednym wyrazem nie można określić człowieka, najwyżej to, co w nim przeważa. Tak też jest z tobą. Pamiętasz postrzyżyny? Sobiesław był przeciwny nadawaniu ci świętego imienia, bo wiedział, jak miano wiąże się z życiem. Zgodził się jednak na nie. Teraz wiesz już, dlaczego z tobą rozmawiam? Ja i inni bogowie lubimy cię.

- Pragniesz naszej wiedzy, a to smutne, bo będziesz musiał przejść przez doświadczenia dla ludzi złe, groźne i przerażające. Ta wiedza wymaga wielkich czynów. Wiąże się z niepoślednim zadaniem, zadaniem nad ludzkie siły. Nad twoje też, tym bardziej że nie spotkasz zrozumienia u ludzi, a i sam nie całkiem pojmiesz, czego chcemy. Obawiam się, że dam orzechy temu, który ich gryźć nie może.

- Powtarzam ci raz jeszcze: możesz się cofnąć na swoje miejsce w świecie. Bądź pewien, jest ono między ludźmi. Myślisz, że twoje życie wygląda inaczej?

Bogumił znów wpadł na dobry pomysł: w odpowiedzi posłużył się zagadką.

- Pierwsze, nie pamiętam.

Drugie, nie czuję.

Trzecie, nie wiem .

Po raz wtóry złoto na twarzach boga znieruchomiało. Nie dlatego, że nie znał odpowiedzi na zagadkę. Odpowiedź człowieka mu się spodobała. Zadumał się, po czym odezwał: - Ludzie są przecież jak oczy. Innych widzą, siebie nie. Tę zagadkę dobrze wybrałeś jako odpowiedź. Chciałbym, żebyś pojął ją na nowo.

- Dostaniesz jedną kroplę wody. Jedno nasionko. Jeśli wytrwasz w zamiarach, jeśli zdążysz nabrać mocy, może zrozumiesz, czym masz nam się odwdzięczyć. Jest w tym, co powiedziałem, o dwóch częściach twojej zagadki.

- Pozostała trzecia. Na nią znajdziesz odpowiedź gdzie indziej i trochę później, ale nieuchronnie.

- Masz więc odpowiedzi na kilka zadanych mi pytań. Jeśli jeszcze w coś wątpisz, to pomyśl tak: świat jak las, człowiek niczym liść.

Wtedy Bogumił, rozochocony dotychczasowym powodzeniem, rzekł: - Lasem wicher tłucze, a człowiekiem dola.

Ledwie to wypowiedział, pożałował, bo zważywszy na miejsce, w którym przebywał, i osobę, z jaką rozmawiał, niezbyt mądrze postąpił. Prawie wymienił imię Dodoli, niemile słyszane pod ziemią.

Weles wytknął potknięcie młodzieńcowi: - Mówisz prawdę niepełną. Człowiek też może wpłynąć na swoje życie, jeśli tylko zechce. Spójrz na siebie. Tyle dróg przed tobą, tyle pokus, a ty wybierasz tylko jedną, nie znając nawet jej kresu. Nieprawda, że ktoś chciał, żebyś na nią wszedł. To wyszło z ciebie. Poza tym na ludzkie życie wpływają też inni ludzie. W jaki sposób mogłaby ci powiedzieć moja żona, ale ta wiedza nie jest ci potrzebna. Może kiedyś. Tyle ci tylko rzeknę: słowo to potęga. Nawet słowo ludzkie. A kto chce nim władać, musi je szanować.

- Czas już się pożegnać. Wszystkiego dobrego, Bogumile. Pomyśl, że wieje wiatr i idź zgodnie z jego podmuchami na zachód. Zaprowadzą cię do źródła wody jasnej, aż oślepiającej.

- Co będzie dalej, to zagadka. Jestem pewien, że ją rozwiążesz lub znajdziesz choćby przybliżoną odpowiedź.

- Pamiętaj: nie czyń niczego, co mogłoby zmienić twoje imię. Postaraj się więcej nie przystawać w pół kroku. Do widzenia.

Trzecia twarz milczała.

- Do widzenia Wielki Welesie - młodzieniec się ukłonił.

Gdy podnosił głowę, spostrzegł wychodzący spod szaty boga gruby złoty łańcuch wrośnięty w korzeń dębu. Nie miał już pewności, czy bóg rządzący połową świata jest z kamienia. Pewne zaś było, że jest niewolnikiem jednego miejsca. Bogumił odchodził wstrząśnięty tym widokiem. Nie przyszło mu na myśl, że wybór drogi nie miał znaczenia. I tak wszystkie były jednakowe, a prawdy od drwiny jeszcze nie umiał wtedy odróżnić.

----

Zadumany Bogumił zabrnął w gąszcz jałowców. Początkowo szedł między nimi, omijał je, potem musiał jednak przedzierać się między klującymi igłami. Wreszcie, raz, drugi i trzeci, rozgarnął gałęzie i przeszedł nad nimi - nawet nie spostrzegł, że częściej depcze po gałęziach, niż stąpa po ziemi. Zresztą krzewy, to nie właściwe słowo - jałowce były ogromne niczym drzewa. Z zadumy ocknął się dopiero wtedy, gdy stracił rozeznanie, gdzie góra, gdzie dół i w którą stronę zmierza.

Oplatały go zewsząd sprężyste okowy i mu się zdawało, że w miarę przemieszczania, wyrastają przed nim, za nim, z góry i z dołu coraz to nowe gałęzie, zmieniając szarość w mrok, a mrok w ciemność. Parł jednak przed siebie, choć każdy ruch kończył się bolesnym ukłuciem. Bezruch też, bo gdy próbował odpocząć, tysiące wonnych igieł wbijało się w niego, wymuszając ruch, a ruch powodował trwalsze spętanie.

Zawrócić się nie dało, ścieżki żadnej nie było. Młodzieniec się zmęczył, próbował więc odpocząć, zebrać myśli, ale to było niemożliwe - gdy się zatrzymywał, opadał między gałęzie a pnie tak napierały, że oddychać było ciężko, nogi i ręce boleśnie klinowały się w przypiennych skosach. Wreszcie utknął, ale znalazł jako takie oparcie dla nóg, rozepchnął się łokciami, zaparł. Miał przed twarzą przestrzeń nie sięgającą dalej niż na piędź - wystarczyłoby pochylić głowę, a w nos wbiłyby się setki kolców. Myśl odzyskała trochę swobody, ciało drżało jednak z wysiłku, ale było to jakieś wytchnienie.

Gdzież są wiatry, o których mówił Weles? Czyżby tak wyglądała wybrana przeze mnie droga?, pomyślał i nie dając sobie czasu na zastanowienie, odpowiedział: Jest taka, i już nigdy nie będzie inna!

Po krótkim odpoczynku, od którego aż drżał z wysiłku, znów ruszył. Zapadał się w jałowcowym gąszczu, jakby w bagnie, brnął bez dotykania ziemi, przedzierając przez ciasne plątaniny. Chciał wyjść do wierzchołków, ale przy pniach były same ostre, wielkie kolce, gałęzie zaś robiły się wiotkie i nie utrzymywały jego ciężaru - opadał w pułapki skosów między pniami a gałęziami. Ledwie się wydostał z tych paści - wbity tułowiem w gałęzie nie znajdował oparcia dla rąk i nóg, więcej więc już nie próbował sięgać wierzchołków, tylko przeciskał się dalej.

Bogumił liczył, że - drapany, kłuty, uderzany po twarzy i zapadający się w plątaninę gałęzi - przebrnął pięćdziesiąt kroków od odpoczynku będącego chybotliwym zawieszeniem. Trwało to długo, jak długo - nie umiałby określić. Wreszcie kłujący bór nieco osłabił nacisk, człowiek mógł więc czynić swobodniejsze wykroki, ciemność ustąpiła mrokowi, mrok szarości. Dotknąwszy stopą ziemi, poczuł się jak nowo narodzony. Położył się na ziemi i patrzył w górę, ale nie na niebo, tylko na szarość wycinaną kształtami rozcapierzonych nad nim gałęzi jałowcowych, bo spod ziemi nieba nie widać. Gdy przestał dyszeć, ruszył w dalszą drogę.

Las jałowców wielkich niczym świerki zrzedł. Coś między drzewami nie tyle prześwitywało, bo było od nich znacznie ciemniejsze, co raczej majaczyło. Widok przywodził młodzieńcowi na myśl gradową chmurę widzianą z głębi lasu.

To nie była jednak ciemna chmura, lecz pień dębu, rozległy niczym ściana mglistego zachodu. Bogumił poczuł na plecach wiatr, tchnienie powietrza - Weles nie kłamał, mówiąc, że będzie go wiódł wiatr. Wtedy też się domyślił, że te dwieście czy trzysta kroków wśród igieł musiały być próbą, którą pomyślnie przeszedł. Pokrzepiony powodzeniem, ale także zaniepokojony domysłem, że na tym trudności może nie być koniec, raźno zmierzał przed siebie, w dół.

Odpoczynek, pomyślnie przebyta próba, obniżenie ziemi no i wiatr spowodowały, że Bogumił nie szedł. Podbiegał jak to czyni młody człowiek schodzący z góry. Dał kilka susów i znalazł się nad brzegiem strumyka. Poszedł pod jego prąd, czyli znów trochę w górę, cały czas w stronę ciemnej ściany majaczącej między drzewiastymi jałowcami. Strumień dowiódł go do niej, czyli do pnia ogromnego drzewa, wbitego w szarą przestrzeń tak wysoko, że okiem tego nie sięgał. Wzrok, nie znalazłszy oparcia, spadł do stóp drzewa. Tak znalazł źródło - okrągły staw, szeroki na kilkanaście kroków. Bogumiła pochłonął ten widok.

Woda była czysta. W szarości, co panowała wokół, wydawała się żywym srebrem jaśniejącym własnym blaskiem. Pogłębiały to wrażenie ciemnozielone, trujące cisy otaczające źródło ze wszystkich stron, wyciągające gałęzie daleko nad jego powierzchnię. Bogumił ucieszył się z tej zieleni, choć jadowitej. Nareszcie żywa barwa! I nie jałowiec!, uśmiechnął się po raz pierwszy od wejścia do podziemi.

Srebrne źródło przywodziło na myśl zwierciadło. W ślad za tym pojawiała się chęć obejrzenia własnego odbicia. Bogumił miał na to ochotę, ale nieuświadomiony lęk powstrzymał go przed pochyleniem się nad lustrem. Wtedy nie potrafił wyjaśnić przyczyn strachu, później wytłumaczył sobie, że bał się przyszłości. Po wielu latach zrozumiał, że w istocie nad brzegiem srebrnego źródła najbardziej lękał się teraźniejszości: że nie jest już żywy, tylko błąkającą się po zaświatach, bezdomną nawką.

Gdy już nadziwował się źródłu, otoczeniu i ponapawał pierwotnym lękiem, zastanowił się nad ciszą, co nastała, odkąd tam się zatrzymał. Poczuł się nieswojo. Przecież na ziemi przy każdym źródle nigdy nie brakło śpiewającego ptactwa, woda szemrze i bulgoce cichutko, wiatr szumi w liściach. Tu zwierzyny nie było, przynajmniej żywej, bo wszelka, jaką pod ziemią oglądał, jawiła się jako martwy kamień; srebrna woda wypływała ze źródła bezgłośnie, nie marszcząc powierzchni nawet drobną falką, strumień płynął cicho, jakby nim nie woda, lecz jej dusza się przemieszczała; wiatr zaś nie miał szeleszczących liści do poruszania, tylko gałęzie jałowców i - przy źródle - cisów, ale w ich igłach nie szumiał, ba - żadna gałązka nawet nie drgnęła, gdyż ledwie Bogumił postawił stopę na brzegu jeziorka, ustało popychające go do wędrówki tchnienie Welesa.

Młodzieniec usiadł, ramionami oplótł kolana i oparł na nich brodę. Zadumał się mocno. Domyślał się, co to za źródło, wiedział, jakie drzewo wyrasta z pnia, nie wiedział jedynie, dokąd ma iść i co ma ze sobą począć.

Rozmyślania, co będzie dalej, przerwał chrobot dobiegający z wysoka. Bogumił zobaczył na korze Drzewa Życia schodzącego głową w dół niczym mucha - jak z początku pomyślał nieprzytomnie - psa. Pies schodzi z drzewa? W dodatku głową w dół?! Ale toto miało tylko psią głowę, całą zaś resztę od innego stworzenia. Wyrastające z ramion zwierza skrzydła okrywały niczym szare futro jego nagie ciało, palce rąk i nóg, zakończone wielkimi niedźwiedzimi pazurami, świetnie trzymały się kory. Był ogromny.

Zatrzymał się nad wodą, uniósł łeb. Patrzył niebieskimi oczami i węszył wilgotnymi nozdrzami. Człowiek nie wiedział, co czynić - uciekać czy pozdrowić nieznajomego. Nie zrobił nic. Zwierz chłeptał wodę, jak pies czujnie zerkając na Bogumiła i nadstawiając ku niemu spiczaste uszy. Ugasił pragnienie, odskoczył od pnia drzewa i usiadł wśród gałęzi cisa. Otulił się skrzydłami, jakby mu było zimno. Wojewodzic mógł teraz ocenić, że na siedząco był z nim równy wysokością. A gdyby stanął na nogach jak człowiek?

Psiogłowy bóg przemówił pierwszy: - Nic ci nie zrobię, nie bój się. Nie pilnuję źródła, tylko drzewa. I tych, co mają z nim zwykle do czynienia. Setki lat nie widziałem żywego człowieka. Kim jesteś?

- Bogumił, syn Sobiesława.

- Sobiesława, powiadasz? - bóg coś sobie przypomniał, co zaraz zapytał: - Twoja matka umarła, gdy byłeś dzieckiem?

- Tak.

- Przedzierałeś się przez jałowce, nie przypuszczając, że przechodzisz przez ścianę domu?

- Nie.

- Dla ludzkich oczu raz wygląda coś jak zwierzę, innym razem jak roślina, a kiedy indziej jak kamień. Tylko od sposobu widzenia są w stanie czegoś dokonać. Jesteś zmęczony?

- Nie wiem... Chyba tak. Chociaż...

- Jeśli czujesz pragnienie, napij się wody. Nazywacie ją "żywą". To dla was dobre. Spróbuj, a poczujesz się lepiej. I świat wypięknieje. - Pysk zwierza jakby się uśmiechnął - Nabierz wodę na dłoń.

Młodzieniec z wahaniem uczynił tak, jak mu bóg przykazał, nie patrząc jednak na wodę - ciągle odczuwał lęk i nie miał zamiaru go pokonywać. Po kilku łykach poczuł się rześko, zniknęły lęki, zmęczenie przepadło, myśli stały się żywszymi. Strażnik drzewa nie kłamał. To co Bogumił wypił, było dobre dla człowieka.

Uśmiechnął się szczerze, a bóg mówił: - W drodze powrotnej od Welesa dotarłeś aż tutaj. To wyczyn jak na człowieka nawet takiego, co go wołają Bogumił. Las jest gęsty i nie sposób cielesnemu człowiekowi przezeń się przecisnąć, a ty tego dokonałeś. Tedy Weles nie zyskał nowej ozdoby wału Wołogoszczy, jak to się stało z wieloma, których nadto sobie upodobał. Ty byłbyś pewnie psem albo wilkiem.

- Ten czarny wał grodu to nie rzeźby, tylko skamieniałości ludzkie?

- Dobrze się domyślasz. Mało tego. Te jałowce, co przez nie przeszedłeś, to ci sami ludzie, tylko pod inną postacią. Od zewnątrz widzisz ich jako plątaninę zwierząt, a od środka jako gąszcz jałowców.

Bogumił o nic więcej nie pytał, jego myśl zapadła się w sobie - nieprzypadkowo Weles posłużył się tyloma przysłowiami o śmierci, a i opowieści różnych żerców o tym, że za wiedzę bogów trzeba ofiarować samego siebie bez reszty, bo i tak sami wszystko wezmą, wspomniał. Prawdą jest, że jeśli podziemni bogowie znajdą w kimś upodobanie, to go zabierają z ludzkiego żywota. Tego doświadczał Bogumił, i to go przygnębiło.

Psiogłowiec przerwał milczenie: - Co cię przywiodło? - Widząc, że po pytaniu Bogumił czegoś szuka w myślach, a spojrzeniem, przed chwilą nieruchomo wbitym gdzieś pod nogi, teraz ucieka, nastawił uszu i dodał: - Nie bój się. Możesz mi ufać bardziej niż tym, co wypuścili cię ze swoich łap. Wiesz chyba, kim jestem?

- Wiem. Nie wszyscy wierzą w twoje istnienie, jednak jesteś...

- ...póki Weles nie urwie łańcucha na dobre. Stanie się to dopiero wtedy, gdy po kropli twojego życia upłynie jeszcze rzeka innych żyć takich jak twoje. Powiesz więc, dlaczego doszedłeś aż tu? I po co?

- Przyszedłem, aby się napić, ale nie z tego źródła, lecz źródła wiedzy o świecie i sobie. Miał stąd ktoś poprowadzić mnie dalej.

Pies opuścił uszy i pokręcił łbem przecząco.

- Wybrałeś złą porę, złą drogę, złą mowę - odezwał się. - Wprawdzie nie jestem tym, który ma cię dalej prowadzić, ale chętnie to zrobię. Wywiodę cię stąd. Pewnie ten, co miał być twoim przewodnikiem, boi się tu podejść. Oni mnie unikają, bo jestem władny zadać im ból. Nie robię tego bez potrzeby, ale w twojej obronie z ochotą przegryzłbym nawet smoczą szyję. Jak tu się dostałeś? Kto cię prowadził? - powiedziawszy to, zaczął węszyć, patrzeć na wszystkie strony, nasłuchiwać, aż znieruchomiał niczym pies, co wyczuł zdobycz.

Bogumił odpowiedział ze smutkiem: - Do Welesa przyprowadził mnie Wołoszyn. Myślałem, że właśnie jego tu spotkam...

- Obiecali ci wiedzę?

- Prosiłem ich o to...

- Pragniesz jej rzeczywiście?

- Tak - przyznał Bogumił jakby od niechcenia.

Bóg na chwilę znieruchomiał, jakby był posągiem samego siebie.

- Niepotrzebnie pytałem. Chcesz iść dalej, w nieznane?

- Tak.

- Dotychczas zanadto cię nie skrzywdzili. Może i później tego nie uczynią, w co wątpię, a nie chciałbym, żeby moje obawy się spełniły. Ale jeśli cię stąd zabiorę, nie ziszczą się twoje pragnienia, no i co już trwa, musi się dopełnić... Wysłuchaj mojej rady: nie ufaj im. Nigdy. Popatrz tylko na źródło. Dziwowałeś się pewnie, jakie jest gładkie, jakby nieruchome, nieprawdaż?

- Tak.

- Nie jest już takie, bo coś zakłóca jego gładkość. Nie zauważyłeś tego?

- Nie.

- Przypatrz się uważnie, a dostrzeżesz.

Bogumił się pochylił i patrząc z ukosa, zauważył, że, istotnie, zwierciadło co chwila pokrywało się ledwie wyraźnymi kręgami. Zapytał, nie podnosząc głowy: - Co to jest?

Odpowiedziało mu odbicie boga w wodzie: - To Weles. Szarpie łańcuchem. Wszystko wie, jego mądrość nie ma granic, zna początek, świadomy jest końca, a jednak szarpie, ciągle szarpie, choć łańcuch nigdy nie puszcza. Nie nadszedł jeszcze czas próby, a on mimo to próbuje. Wiesz chyba, co by było, gdyby Welesowi udało się zerwać łańcuch?

- Koniec świata?

- Właśnie. Świata, który stworzyli Weles i Świętowit. Chyba nawet bardziej Weles niż Świętowit. Zauważ, kres świata, którego porządku i praw strzeże z doskonałą, a nawet pokazową uczciwością, ma być dziełem jego stwórcy.

Bogumił nie pokazał po sobie zdumienia. Nadal się przypatrywał wodzie, gdy raz na jego dziesięć uderzeń serca nieznaczna zmarszczka odrywała się od brzegów jeziorka, biegła po powierzchni do środka, po czym znikała w chlupnięciu, jakby ktoś palec tam przyłożył.

Bóg, niezrażony milczeniem człowieka, mówił: - W nich to jest najbardziej przerażające dla ludzi: pragnienie niszczenia własnych dzieł. Wiecznotrwałość jest dla nich niemożliwa, a piękno i miłość zawsze muszą nieść cierpienie. Nigdy nie są syci cudzego bólu. Dlatego lękam się o ciebie. Im bardziej kogoś lubią, tym nienawistniej potrafią go potraktować... Przemądry Weles szarpie, choć może być zmysłami wszędzie tam, gdzie zechce - zaśmiał się drwiąco. - Wiesz, człowiecze, jak jest w istocie z jego niezmierną mądrością?

Bogumił zaprzeczył milcząco.

- Zna wszystkie odpowiedzi - psiogłowiec wyjaśnił - ale tylko na te pytania, które inny zada... Jeśli go nie pytać, nie wie! - widząc osłupienie młodzieńca, zmienił brzmienie głosu na spokojne. - Patrz na wodę i mów, co widzisz.

Bogumił przemógł strach i spojrzał na srebrne zwierciadło tak, jakby miał się w nim przejrzeć. Błyszcząca powierzchnia stała się czarna jak bezdenna otchłań, aż odsunął się od brzegu, aby nie wpaść w przepaść.

- Czarna woda.

- To nie wszystko. Patrz!

Coś wielkiego wypełniło młodzieńcowi serce, wzruszenie pięknem i niesamowitością widoku. Doznawał właśnie tajemnicy odrodzenia. Co chwilę musiał wycierać oczy z radosnych łez. Na pustą czerń, na głębię, powoli wychodził złocisty krąg. W jego ogromie można było się zgubić.

- Poznajesz? Upij teraz trzy łyki wody, z prawej dłoni.

Zrobił, co bóg przykazał.

- Masz teraz trzy puste dni, trzy puste noce, jak ten miesiąc, słońce Welesa, co miało kiedyś umrzeć z jego rozkazu i pociągnąć za sobą śmierć Swaroga. To cię uchroni. Gdzieś tam czeka na ciebie Chors, którego samo imię wywołuje na ziemi nieszczęście, a miesiąc przy nim chudnie. Nie wiem, co się roi w tej jego podłej główce, ale wiesz chyba, czego można po nim się spodziewać. Idź do niego, bo się niecierpliwi.

Pies odchylił łeb i powiedział ze smutkiem jakby w dal, nie do człowieka: - Ileż w nich złości i obłudy. Gadają o pięknie, a pasą się szpetotą. Proste skrzywić, zdrowe przyprawić o paskudną chorobę, dobre zepsuć, a wszystko okulawić. I narzekać, że nie wyszło doskonałym. - Znów spojrzał na Bogumiła. - Idź już, człowiecze. Według ich zamiarów nie mieliśmy się spotkać.

O ile wcześniej Bogumił chciał iść, to w tej chwili chciałby pozostać dłużej przy źródle. Przeto powiedział z niechęcią: - Żegnaj, Siemargle.

- Nie żegnaj, Bogumile, do widzenia. I niech cię lepsi bogowie prowadzą niż smoczy syn.

Młodzieniec ukłonił się Siemargłowi, po czym, żeby go nie urazić, odszedł tyłem na dziesięć kroków i dopiero wtedy się odwrócił. Powoli, z podniesioną głową, poszedł w stronę niechętnie przez tego dobrego boga wskazaną.

Przeszedł sto jeden kroków (nie liczył, ale wiadomo, że tyle), gdy nagle znikąd ukazał się przed nim następny bóg. Tego powinien lękać się najbardziej, ale po tym, co usłyszał od Siemargła ze swoimi lękami i odwagą jakby się huśtał na linie, po tych stu i jeden krokach w stronę złego, nie przestraszył się widoku najstraszniejszego z bóstw o czarnym obliczu.

----

Z pomarszczonych ust Chorsa wystawały ciemne kły, krwawe oczodoły wypełniały źrenice wielkie jak u wołu, na policzkach widać było wielkie krosty. Młodzieniec się nie bał, a było kogo się bać nie tylko ze względu na wygląd, lecz również moce i czyny. Przecież nie kto inny tylko Chors władał śmiercią i chorobami. Tymczasem Bogumiłowi wydało się śmieszne, że bóg nosi czerwoną czapkę na skudlonych włosach, a jakżeby inaczej - czarnych. Nie zdziwił się, gdy Chors z rękawa szarej szaty wyciągnął złotą chustkę; jeśli człowiek miał pozostać żywy, bóg musiał zasłonić tym złotem swoje usta.

- Cześć ci oddaję, Chorsie - powiedział człowiek bez okazywania strachu, nieledwie uśmiechnięty.

Ukłonił się, a bóg uczynił w odpowiedzi coś śmiesznego: rozłożył skrzydła.

Opowiadano Bogumiłowi, że skrzydła Chorsa są żółte, pokryte woskiem. Miały być jak nietoperza. Kto je jednak widział za życia?

Skrzydła kształtem nie przywodziły na myśl nietoperzowych, nie były niesamowite czy straszne. To były skrzydła ćmy. Pokrywał je nie wosk, lecz krecia sierść. Z wierzchu szarobrązowe górą, czerwone u dołu, od spodu, co w tej właśnie chwili młodzieniec oglądał, czarne z białymi końcami.

Tedy Chors rozłożył skrzydła. Ich czerń zasłoniła Bogumiłowi świat, odkreślając resztę widnokręgu dwiema białymi liniami. Młodzieniec klęknął i opuścił głowę jak przed Welesem, tyle że bez strachu.

Bóg się odezwał, przecież po to złotą chustką zasłonił usta: - Zadziwiające, jak człowiek pochodzący z wysokiego rodu nie umie odezwać się grzecznie ani zachować jak przystoi. Wymieniłeś tylko jedno z moich imion, a mam ich przecież więcej. Dlaczego?

- Bo to imię najdostojniejsze.

- Tym imieniem łatwo mnie przywołać, dlatego jest zakazane wśród ludzi. Lepiej go nie wymawiać.

Bogumił powiedział bez większej obawy: - To ludzie tak sądzą, dlatego mało kto je zna. Ale nie jesteśmy wśród ludzi, chyba więc nie zachodzi potrzeba wymawiania twoich pospolitych imion. Wiesz przecie, boże, że nie chciałem cię obrazić. Dlatego użyłem imienia, którego nikt na ziemi nie śmie wymówić bez należytego szacunku...

- ...I strachu, człowieku, i strachu. W tobie strachu jest niewiele. Dlaczego?

- Zawiązałeś chustę na ustach.

- Tylko tymczasem. Ale jeszcze popatrzę na twój strach. Powiedz, czy Czarnogłów nie brzmi bardziej swojsko?

Po dłuższej chwili młodzieniec odpowiedział: - Mógłbym cię, boże, tak nazwać, ale nie śmiem. Imię Chors jest starsze, tu stworzone, do tego miejsca pasuje. Nigdy inaczej cię w myślach nie nazywałem, nigdy też nie miałem zamiaru cię wzywać, dlatego tylko szeptem i rzadko wymawiałem je na ziemi. Ono samo w sobie nie jest straszne. Straszne jest tylko to, co może potem się wydarzyć.

- Wypowiedzenie imienia Czarnogłów nic strasznego za sobą nie pociągnie?

- Tak, ale na ziemi, a czy tutaj, nie wiem.

Straszny bóg nie za długo milczał. Gdy się odezwał, nie było już groźby w jego głosie: - Czy Chors, czy Czarnogłów, czy Trupiec, każde imię oznacza mnie, za każdym z nich idą czyny mi właściwe, pod każdym imieniem jednakie. Tylko ludzka myśl nie dopuszcza do tych rzeczy strasznych, które nie muszą się wydarzyć, jeśli się wydarzyć nie mają. Ja i tak jestem tam, gdzie pragnę lub być powinienem. Jeśli nie ja, to moi posłańcy. Nie trzeba wymawiać mojego imienia, ale przywoływany chętnie przybywam. Wstań i chodź za mną. Bycie przewodnikiem żywego człowieka to rzadkość.

Złożył skrzydła i się odwrócił. Wskazał miejsce obok siebie. Bogumił spojrzał na jego plecy - są ćmy, które mają ludzką czaszkę między skrzydłami.

Chors zauważył to jego nazbyt ciekawskie spojrzenie.

- Szukasz znaku? Nie noszę go na sobie. Jeśli chcesz, możesz go zobaczyć oczyma wyobraźni. Tymczasem pójdź.

Nastały nowe widoki, przy tym zrobiło się ciemniej. Niziutkie jałowce rosły gęsto, wyglądały niczym trawa. Gdzie okiem sięgnąć, tam szarozielona jałowa równina. W dali zaś wał czarnych gór. Nad nimi szarość.

Chors z twarzą ciągle zasłoniętą szedł wpatrzony w dal. Nie spoglądał na ludzkiego towarzysza. Milczał.

Bogumił obejrzał się za siebie, na potężny pień Drzewa Życia. Choć został daleko w tyle, nadal robił ogromne wrażenie, wydawało się więc, że jest blisko. Ale to było tylko złudzenie - tak samo jak widok gór, mamił oko bliskością.

Początkowo Bogumił nie zwrócił uwagi na lekki podmuch zimnego wiatru liżącego go po plecach, myślał o tym, jak się zachować przed obliczem Chorsa, gdy bóg zechce przemówić. I zastanawiałby się dłużej, ale następne podmuchy już nie były słabe. Wiatr się wzmagał, jednocześnie robiło się coraz zimniej. Człowieka przeszły dreszcze. Szedł, kuląc się, wicher omal nie zwalił go z nóg. Jego boski przewodnik nie pochylił nawet głowy. Zimno przenikało młodzieńca na wskroś, wokół wirowały płatki śniegu. Bogumił starał się osłonić głowę i uszy, ale nic z tego nie wychodziło. Zatrzymał się więc.

- Schowajmy się!

Bóg obrócił się powoli, nastawił twarz do wiatru i rozłożył skrzydła. Zamknął oczy i powiedział: - Nie, to byłoby nieuczciwe. Weles kazał pokazać ci to, co najpiękniejsze, nic przed tobą nie ukrywając. Musisz zaznać istoty piękna, rozsmakować się w nim. Dajemy ci czyste piękno. Mógłbym pokazać ci złoto, srebro, mógłbym zaprowadzić cię w miejsca, gdzie zgromadzono wszelkie bogactwa ziemi. Ale one nie są tak nieskazitelnie czyste jak śnieg.

- Ale ja marznę! Trudno mi się poruszać, nawet mówić! - przyznał Bogumił, szczękając zębami.

Śnieg pokrył Chorsa całunem. Biała ćma. Odpowiadała człowiekowi biała już, nie czarna twarz. Chors nie zamknął oczu, więc płatki śniegu niknęły w czarnych jakby wpadały do dwóch studni.

- Chciałbyś zaznać czystego piękna, niczego nie czując? Jak mógłbyś je docenić? Bez wyrzeczeń, bez trudu i bólu? Nic wartościowego łatwo nie przychodzi.

Śnieg zamienił się w padające gęsto igły. Bogumił nie widział już stojącego tuż obok Chorsa. Lodowe drobiny sięgały kolan. Z wysiłkiem postąpił kilka kroków. Spojrzał na dłonie pokryte białym szronem. Zrozumiał, że Chors ubiera go w śmiertelną koszulę i myśl w nim omdlała.

----

Obudził się w miejscu ciemnym. Leżał, a Chors przemawiał głosem nieomal zabawnym: - Przed oblicze twe, ojcze, przywiodłem żywego człowieka. Jest trochę strudzony drogą, musisz więc nieco poczekać.

Chorsowi odparł gderliwy, ropuszy skrzek, każdym słowem tętniący w członkach Bogumiła przejmującym bólem, aż człowiek wył, póki słyszał słowa: - Synu! Stworzyłeś mym oczom widzenie, co mnie wzruszyło szczerze.

Szkoda, że jego przedmiot niezdolny jest w piękno wierzyć:

Biała pustynia

Jak pokryta śniegiem rola

A na niej bezbronny człowiek

Podobny do szczenięcia.

Bolesny głos ustał na chwilę, którą wypełnił Chors: - Na imię ma Bogumił. Nie widać tego po nim. Kuli się w kłębuszek, bo nie ma gdzie się schronić.

I znów drwiące skrzeczenie wbiło w człowieka kołki słów:

Wstań bezczelny człowiecze

Pychą zadufany w głupocie

Tu miejsce i czas na śmierć

Bądź gotów na jej przybycie

Nieszczęsny człek przestał wyć i wstał dopiero wtedy, gdy głos umilkł, inaczej ból nie pozwalał mu na żaden ruch. Szybko pojął, gdzie jest. Próbował się ratować.

- Każde twe słowo, boże, drąży mnie niczym rozpalone żelazo. Proszę cię, uczyń swój głos mniej bolesnym. Nie mogę zebrać myśli.

Nyja na to odparł biczem zdań: - Myśl za górami, a śmierć za plecami. Gadka za morzem, a śmierć za pasem. Zrób z nim coś, synu - zwrócił się do Chorsa. Ten zdjął chustę z przerażającej twarzy i powiedział: - Póki żywy, nie będzie szczęśliwy.

Wtedy Bogumił usłyszał szurające kroki. Dał wyraz rozpaczy.

- Przecież tyle czasu szedłem, tyle widziałem i słyszałem! I to wszystko na marne? Jestem młody, mogę jeszcze zmienić swoje życie!

I tym razem w odpowiedzi usłyszał szydercze zdania, z których pierwsze i trzecie rwały go w środku na strzępy: - Śmierć nie pyta o lata.

- Śmierć nie przebiera, w zęby nie patrzy.

- Do nawii stąd tak blisko, że żal z tego nie skorzystać.

Człowiek spojrzał w tam, gdzie był Nyja, ale prawie niczego nie zobaczył, tylko czarny, niewyraźny zarys w ciemnościach. Wtedy śmierć go objęła. Ujrzał białą plamę niewieściej twarzy, gdy przywarła do jego ust.

Głos Nyi ukąsił go wówczas, gdy język śmierci wyrywał zeń duszę: - Źle ci w zimie, źle ci w lecie, co po tobie jest na świecie?

----

Zaginionego syna wojewody Sobiesława szukano trzy dni. Wreszcie ktoś w zielonym, sięgającym kolan zbożu zobaczył coś, jakby kretowisko. Tym kretowiskiem okazała się uwalana ziemią płowa głowa Bogumiła. Co dziwne, obok nie było śladów kopania czy zakopywania, czy też jakiegokolwiek rycia w ziemi. Głowa człowieka widniała w gąszczu młodej pszenicy jak rzucony głaz albo - co niewiarygodne - jakby chciał wyjść w tym miejscu spod ziemi.

Odkopano młodzieńca, a jego lodowate ciało w zetknięciu z majowym powietrzem pokryło się szronem. Bogumił w ręku tak mocno zaciskał gałązkę jałowca, aż kolce trzeba było wyrywać mu z dłoni.

Leżał martwy trzy noce i trzy dni. Odprawiono już przy narach obrzędy życia, lecz ktoś stwierdził, że udawanie nie zastąpi prawdziwego dziada i baby, dlatego na ostatnią noc zamknęli z truchłem wojewodzica dwoje młodych, co się dopiero pobrali. Młodość w nich była silniejsza od strachu, a wstydzić się nie mieli czego, bo trup nic przecież nie mógł zobaczyć.

O wschodzie słońca Bogumił otworzył oczy. Uznano, że życie zawdzięcza młodym, co z nim noc spędzili, bo nikt przecież nie wiedział o spotkaniu Bogumiła z Siemargłem i wypiciu przezeń Żywej Wody.

Tak Bogumił przeżył własną śmierć. Po raz drugi za swojego krótkiego życia, odprawiono przy nim obrządki pogrzebowe, po raz trzeci się narodził, chociaż przemierzył dopiero jedną nić. Co z następnymi?

Karta redakcyjna

Redakcja: Andrzej Gumulak

Korekta: Krystyna Krajewska
Copyright ? by Paweł Rochala, 2018
Copyright ? by Wydawnictwo Czarno na białym, Warszawa 2018
Wydanie drugie (poprawione i uzupełnione)
Zdjęcia i ilustracje na okładce: Alfons Mucha - Słowiańska Epopeja: Sławienie Światowida na wyspie Ruji (domena publiczna); archiwum prywatne autora
Wydawnictwo Czarno na białym sp. z o.o.
ul. 1 Sierpnia 28/48; 02-134 Warszawa
NIP: 5223087302; REGON: 366886419; Nr KRS: 0000669391
tel: (redakcja): 608 700 700
redakcja@wydawnictwocnb.pl
propozycjewydawnicze@wydawnictwocnb.pl
www.wydawnictwocnb.pl
Warszawa 2018
Koncepcja graficzna: Donata Cieślik
Skład i łamanie:  Dawid Szulik
ISBN (wersja papierowa): 978-83-64374-41-8
ISBN (wersja elektroniczna - e-book): 978-83-64374-42-5
Druk i oprawa:
PRINT GROUP Sp. z o.o.
Konwersja wersji elektronicznej: 
Wydawnictwo Czarno na białym Sp. z o.o.
książki wydawnictwa
CZARNO NA BIAŁYM 
dostępne w wersji papierowej i elektronicznej na stronie:
www.wydawnictwocnb.pl

Szron na liściu

Kopnięte drzwi otworzyły się z hukiem, mało nie wypadając z czopów. Sobiesław nawet nie otrzepał się z podróżnego kurzu. Roztrącając niecierpliwie zaskoczonych ludzi, wpadł do izby, aby zobaczyć złożonego niemocą Bogumiła. Za wojewodą wszedł jego starszy syn Wojsław. Za chwilę wyszły z izby czuwające przy chorym niewiasty: ze sługami wojewody i zmieszanymi żercami, których Sobiesław minął bez słowa, czekały nie wiadomo na co. No i się doczekały. Niezbyt długo trwało, gdy wojewoda i syn wyszli od Bogumiła. Sobiesław podszedł do świątków. Nawet nie starał się spokojnie mówić: - Coście z nim zrobili?! Coście z nim zrobili, psie syny?

Któryś odezwał się całkiem bezczelnie: - Ściągasz gniew bogów na swoją głowę takimi słowy...

- Ach ty! - Sobiesław chwycił miecz, ale Wojsław i słudzy powstrzymali go przed zadaniem ciosu. Podniósł się pisk bab, ktoś krzyczał o pomoc. Ciekawski przed chwilą lud cisnął się do drzwi. Wojewoda krótko się szamotał, a gdy już się uspokoił, postanowił: - Jeśli tylko Bogumił zacznie jeść, pić i chodzić o własnych siłach, nie zwlekając ani dnia dłużej, nakazuję przewieźć go do Sobkowa. Ja jutro z rana wyjeżdżam. Zostanie Wojsław i przypilnuje, żeby znów coś się nie stało. Więcej tu moja noga nie postanie.

Powiedziawszy to, wyszedł.

Nikt mu nie zaprzeczył, nikt go nie zatrzymał, choć miejscowi czuli się pokrzywdzeni słowami wojewody. Żercy popatrzyli na Wojsława. Ten w milczeniu rozłożył ręce i poszedł za ojcem, a za nim słudzy. Świerad kazał wyjść reszcie gapiów, żeby bez świadków rozmówić się ze świątkami.

Najpierw wybuchła wrzawa oburzenia, na krótko, bo Świerad ją zaraz uciszył. Zaczął niezbyt głośno mówić nie o zachowaniu ojca, lecz o zdrowiu syna: - Wiem, wiem, Sobiesław się myli. Nie tylko dlatego, że nas poobrażał, ale ta podróż, którą zarządził, jest szaleństwem. Niewiele dobrego wyniknie z niej dla Bogumiła. Nie powinniśmy oddawać chłopca, zwłaszcza teraz, po tych niebywałych wydarzeniach. Będzie słaby, a długa droga zmęczy go tym bardziej. W dodatku powinniśmy, nie!, musimy wyjaśnić, gdzie on był, co z nim się działo, co robił, z kim przestawał, któż wreszcie przysypał go ziemią... - po chwili zstanowienia się poprawił- ...kto wsadził go pod ziemię. Bez niego trudno nam będzie tego dokonać. Gdybyśmy zaś wiedzieli, co wydarzyło się naprawdę... Teraz musimy go uzdrowić, choćbyśmy mieli zburzyć święte mury. Inaczej nie będziemy pewni życia. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. To nie opętanie ani choroba, ani zmora czy latawiec. Osłuchałem go, opatrzyłem. Ciało ma zdrowe, choć słabe. Ale co z jego duszą? Powiedzcie mi, co zrobiliśmy z jego duszą? Jesteśmy już starzy, zniesiemy wiele. Nasze dusze są jak z drzewa, mogą tylko spróchnieć. Ale co z jego duszą? Co, jeśli ją złamaliśmy, wymagając i pokazując zbyt wiele? Jego dusza była niczym młode drzewko. A teraz?

----

Za pół miesiąca Bogumił zaczął wstawać i chodzić bez niczyjej pomocy, tylko mocno kulał na lewą nogę. Jadł też i pił, ale tylko wtedy, gdy podano mu jedzenie i nakazując: "Jedz i pij!". Nic do nikogo nie mówił, czasem tylko się uśmiechał. Wychodził sam za potrzebą, ale często zostawał tam, dokąd poszedł. Nie odchodził nigdy daleko. Widziano, że zatrzymywał się przy czymś i patrzył na to bez mrugnięcia powieką. Rozumiał, co do niego mówiono, ale zachowywał się jak kloc, gdy zadawano pytania lub próbowano wydobyć z niego choćby okruch pragnienia.

Wojsław wytrwale próbował różnymi sposobami, czasem przemyślnymi, dotrzeć do brata, aż stracił cierpliwość i rozkazał: - Przyjdź do mnie.

Bogumił, gapiący się właśnie na własną dłoń, jakby pierwszy raz w życiu ją zobaczył, wstał i podszedł.

- Weź ten pas.

Bogumił ujął skórzany, czerwony, zdobnie nabijany ćwiekami pas do troczenia miecza.

- Ojciec zostawił go dla ciebie. Wie, że broni nie lubisz, ale pas chyba możesz przyjąć? Chcesz go? Jest twój. Opasz się nim!

Bogumił zapiął pas.

Wojsław, myśląc, że zamiar mu się udał, bez słowa wyszedł na chwilę z komnaty. Wróciwszy, brata zastał tak, jak go zostawił.

- Oddaj pas! - zażądał.

Młodzieniec odpiął sprzączkę odlaną w kształcie splecionych węży i bez słowa zwrócił podarunek bratu. Nie zważał na to, że oddaje znak własnej siły.

- Spalę go! Więcej już go nie zobaczysz!

Wojsław odwrócił się i zamierzył pasem na Bogumiła. Gdy ten nawet nie mrugnął powieką, z rozmachem uderzył go w bark, a tu ani krzyku, ani ruchu, jakby cios przyjęła słomiana kukła do ćwiczeń. Uderzył jeszcze raz, mocniej, aż młodziana zwaliło z nóg. Nie krzyknął, nie zapłakał, choć ćwieki pasa odbiły się na ramieniu. Wojsław podniósł brata, zaprowadził do łoża.

- Tyle, braciszku, ojciec mi daruje. Zawiozę cię do domu. Czas już na to. Pas jest twój, jutro z rana masz go włożyć. Bolało?

Wojsław mówił sam do siebie. Nawet ból nic nie zmienił - brat nie odezwał się słowem, nie spojrzał...

Coś jednak się zmieniło.

----

Mieli wyjechać skoro świt. Bogumił wstał wcześniej - nikt go nie zauważył, nikt mu nie przeszkadzał - i powoli, krok za krokiem niczym zmora wyszedł na dwór. Kulał przy tym wyraźnie - taką bowiem pamiątkę często zostawia obcowanie z bóstwami ciemności. Słońca jeszcze nie było widać, choć niebo na wschodzie już jaśniało. Bogumił zapatrzył się na blady mrok. Wzruszał go widok zórz porannych, barwnych pasm jasności - jak to mawiał stary Bogumił - ołtarzy świata, bram dnia. Zdziwaczały młodzian na ten widok nie pozostał obojętnym.

Ucieszyłby się Wojsław, gdyby zobaczył, że brat nie jest jednak bezmyślnym klocem. Niestety, nie widział zapatrzonego na wschód Bogumiła, co oddychał głośniej, przełykał ślinę, któremu oczy się zaszkliły i pojawił się nieznaczny uśmiech na widok codziennego cudu odepchnięcia mroku przez światło. Może strach, może zasiany w duszy smutek nie pozwolił Bogumiłowi na otwartą radość. Miał w głowie słowa czterech podziemnych bogów o pięknie; dla nich było czarne lub szare, a przede wszystkim ciemne. Gdyby na widok jasności wyraźniej się uśmiechnął, poczuliby się urażeni - dla niego zapowiedź wschodu słońca była najpiękniejszą chwilą nocy, wschód zaś najpiękniejszą chwilą dnia. Bogowie żądali, aby uznał mrok za czyste piękno, ale nie mógł. W słońce też nie mógł patrzeć. Oślepiało. Tylko ta granica między nocą a dniem, między ciemnością a światłem była jego światem. Była to święta granica między życiem a śmiercią. Czy takie upodobanie mogło jednak zadowolić Welesa?

We własnym mniemaniu Wojsław użył najmocniejszych słów: odwołał się do najwznioślejszych pojęć, lecz ludzkie sprawy Bogumiła już nie dotyczyły. Z tej strony osłaniała go tarcza sporządzona z podziemnych przeżyć. Za to na widok zapowiedzi dnia powszedniego stanęły mu w oczach łzy, jednocześnie się uśmiechnął - poruszały go sprawy ułożone przez bogów przy stworzeniu świata. Przed ich wymową umysłu Bogumiła nie chroniła żadna tarcza ani pancerz. Bogowie podziemni chcieliby zachować jego duszę dla siebie. To o nich mówił stary Bogumił, że są samolubni. Ale opowiadał też: Co tam miesiąc i jego narodziny po trzynocnej śmierci, skoro słońce odradza się co dzień? Co się dzieje z jego złą mocą, gdy spojrzy w twarz Swaroga? Blednie.

Nikt nie widział nieruchomego jak słup, zwróconego na wschód Bogumiła. Tylko psy podbiegły, wąchały przyjaźnie, oczekując na dar albo zabawę. Człowiek nie zważał na ich przymilne spojrzenia, podnoszenie łap, stawanie słupka i zachęcające popiskiwania. Wojewodzic odwrócił twarz na zachód, do ciemniejszej strony nieba, gdzie gwiazdy były jeszcze bystre, a głębokie powietrze czarne. Ten widok też go wzruszał, choć nie pobudzał ani do płaczu, ani do uśmiechu. Nastrajał powagą, pociągał tajemnicą i budził chęć jej rozwikłania, choć Nyja odsłonił przed nim sedno.

Potem odwrócił się twarzą ku północy, żeby zobaczyć blednącą gwiazdę znaczącą miejsce styku nieba z Drzewem Życia. Kiedyś był u jego podnóża, chyba miesiąc lub wiek temu. Gdzieś tam musi być szeroki pień wsparty na korzeniach, co rozpościerają się na cały podziemny świat, przebijają skały i ziemię, wyrastają z wszechogarniających wód. Chciałby tam dotrzeć, ale nie pod ziemię, lecz na część zanurzoną w jasności. Choć spętany doznaniami ciemnych mocy, wyobraził sobie, jak to mogłoby być.

I stało się. Młodzieniec w jednym oku miał światłość dnia, w drugim ciemność nocy, pół twarzy jaśniało uśmiechem, pół mroczyło się powagą. Rozłożył ręce na boki - w prawą dłoń schwycił strumień światła, w lewą pasmo nocnej mgły. Tak oto - lekko chyląc się w dzień i mocno utykając w noc - poszedł do lasu.

W borze mglisty mrok rozjaśniał miejscami równie mglisty świt. Młodzieniec chodził to tu, to tam, w gęstwinie paproci, jakby szukał grzybów. Wreszcie, zniechęcony, przysiadł na powalonym pniu, żeby podumać. Nie ruszał się, jak to czynią starzy ludzie bezmyślni już całkiem, brodaci, ale dla milczącej powagi uznawani za mędrców. Po chwili wstał. Posuwał się w zielonoszarym, wilgotnym cieniu powoli, już nie grzybów szukając - wypatrywał skarbów. Głaskał liście paproci, nie rozgarniając ich ani nie targając. Niebo się już zaniebieściło na zachodzie, słońce oświetliło czubki drzew. Bogumił się pochylił. Trwał skulony aż do czasu, gdy światło wyraźne zeszło na sam dół, do unurzanych w rosie i zieleni kolan. Dopiero wtedy się wyprostował, przetarł oczy i westchnął. Tego, co znalazł, nie da się oglądać za dnia. Poszedł z powrotem do zaniepokojonych jego nieobecnością ludzi. Miał już pewność, że nie kłamano, mówiąc o kupale. Na paprociach wyraźnie widać było świeże pąki. Jeszcze dwa, trzy dni i przemienią się w kwiaty.

W Wojsławie troska mieszała się z radością, a to, co się wydarzyło w dniu odjazdu, targnęło jego sercem i nauczyło czujności - kulawy Bogumił, który ledwie, acz nie do końca wydobrzał z tajemniczej słabości, odszedł niezauważony o dwa tysiące kroków, po czym wrócił sam, ale inną drogą. Nie drogą, bezdrożem. W tym czasie przed Wojsławem i świątkami znów stanęło widmo zaginięcia chłopca i znalezienie nie człowieka, ale zamarznięte truchło. Zaczęły się już wzajemne zarzuty i groźby, gdy zaginiony sam stanął przed nimi cały i zdrowy, choć zmoczony rosą i oblepiony pajęczynami, jakby swój żywot Rodzanicom wyrywał. Wówczas wieszcz Bożydar wieszczył pospiesznie, że nie ma złych wróżb na drogę, a żerca Świerad popłakał się z ulgi na osobności.

Nikt nie zatrzymywał braci wybierających się na sławną w kraju uroczystość kupały.

W Wojsławie Bogumił niewinnym zniknięciem pierwszy raz wywołał złość, zaraz jednak rozbroił ją szczerym uśmiechem. Wojewodzic nie odstępował młodszego brata na krok. Przygotował się na bezustanne czuwanie i niewygody, a wszelkie inne sprawy związane z podróżą zlecił sługom. Przypuszczał, że samo pilnowanie odmieńca będzie dla niego wystarczającym utrapieniem.

Wprawdzie Wojsław wyruszał w drogę uprzedzony do brata, rychło jednak naszły go wątpliwości, czy aby nie nazbyt pochopnie zaliczył Bogumiła do grona słabych na umyśle. Odczytał bowiem kilka znaków.

Jeden zlekceważył, a raczej uznał za wróżbę szczęśliwej drogi. Gdy wyjeżdżali, krążył nad nimi sokół. Pierwszy zauważył ptaka Bogumił. Dopiero słudzy popatrzyli, na co ten dziwak tak długo się gawroni, a wówczas zakrzyknęli z zachwytem. Lepszego znaku niż ten drapieżca ze spiczastymi skrzydłami bogowie nie mogli im zesłać. Ruszyli więc wesoło, napełnieni otuchą.

Drugi znak nie był wyraźny, ale więcej dawał do myślenia. Zbliżało się południe, a oni wjechali właśnie między dojrzewające łany pszenicy. Bogumił zatrzymał konia. Przystanęli wszyscy. Wojsław rozkazał jednak sługom jechać dalej, sam zaś został z bratem, uważnie mu się przypatrując. Gotów był na wszystko, choć nie bardzo wiedział na co. Zdawało się mu, że Bogumił słucha skowronków, ale on bardziej patrzył, niż słuchał. Potem powoli ruszył, ciągle wlepiając oczy w przydrożną pszenicę. Wojsław pomyślał już coś smutnego o stanie ducha brata, gdy zauważył, że zboże w cieniu Bogumiła ugina się, faluje, rozsuwa na boki. Ze zdumienia aż otworzył usta. Pogonił konia, podjechał bliżej - widok nie uległ zmianie. Mimo bezwietrznej pogody kłosy przy Bogumile bujały się mocno. Na dole też nie było niczego, co mogłoby je poruszać.

Dziwne zjawisko wystąpiło tylko w zbożu. Na porośniętym brzózkami i trawą ugorze nie poruszył się ani listek, ani źdźbło.

Na trzeci znak przyszło Wojsławowi czekać do wieczora.

Wypadło nocować w lesie. Nic to nikomu nie przeszkadzało, bo noc zapowiadała się pogodnie. Po posiłku zdrożeni wędrowcy pokładli się wokół ogniska, życząc sobie spokojnego snu. Nie zdążyli jednak zmrużyć oczu, gdy Bogumił wstał. Wszyscy unieśli głowy, ale nie padło żadne słowo - Wojsław zakazał jakiegokolwiek zaczepiania brata, przeszkadzania mu, jeśli tylko nie chce skrzywdzić siebie lub kogoś. Tak więc pięć par oczu czujnie patrzyło za Bogumiłem spokojnie idącym w las.

Wojsław uzbroił się w miecz, myśląc: No tak, zaczęło się szaleństwo. Poszedł za bratem po cichu, lecz wcale się nie kryjąc. Zachowywał odległość dwudziestu kroków.

Ściemniało się już, gdy doszli do miejscami zakrzaczonej polany. Tam Bogumił usiadł na sporym kamieniu, wspierając brodę na dłoni. Wojsław został między drzewami w lesie. Czekanie na stojąco znużyło go, usiadł więc na mchu, a plecami oparł się o pień drzewa. Stąd dokładnie widział każdy ruch brata.

Oblany bladą poświatą Bogumił patrzył nieruchomo w coraz wyraźniejszą twarz miesiąca. Długo to trwało. Zaczęły już wstawać mgły.

Wojsławowi minęło podniecenie i ziewnął kilkakroć. Pomyślał, że już nic szczególnego się nie wydarzy - Bogumił zmarznie od kamienia lub zdrętwieje, trzeba więc go stąd zabrać i położyć spać, bo słaby jest, a jeszcze długa droga przed nimi. Już miał wstać, ale wtenczas zauważył, że mgły wokół Bogumiła zgęstniały, powoli się poruszyły, tworząc toczący się w lewo krąg. Inne trwały w bezruchu, nie tak gęste, nie tak wysokie.

Wojsław oprócz zdumienia poczuł dreszcz strachu - wir mgieł przybierał wyraźne kształty postaci... Bogumił się uśmiechał, nie odwracając twarzy od miesiąca, a jego bratu niesamowitość widoku postawiła włosy na głowie. Nie rozumiał, co się dzieje, a musiał zmierzyć się z nieznanym, żeby nie stracić odwagi. Przecież widać wyraźnie, bo miesiąc, choć młody, oświetlał nie tylko Bogumiła, ale także resztę świata.

Drzewa, krzewy, kępy traw zasnute nieruchomą mgłą, a kłębi się tylko w miejscu, gdzie siedzi pomylony brat! Co to jest? Strach pomyśleć!

Obnażył miecz i ruszył do Bogumiła. Po drodze przyszło mu pokonać siłę ciągnącą go w tył.

Zaklęty krąg wirował. Wojsław szedł, połyskując mieczem. Bogumił zaś patrzył w zadumie przed siebie. Po chwili mgła się zatrzymała, utworzyła przerwę, przez którą Wojsław wszedł do koła. Nie oglądając się za siebie, ujął uśmiechniętego brata za ramiona i poprowadził. Ten poszedł posłusznie, nawet odwzajemnił uścisk. I tak zbratani doszli do ogniska, gdzie krąg tworzyło ciepłe światło, a nie chłodna mgła. Zaciekawionym sługom Wojsław nakazał ruchem głowy zachować ciszę. Dopiero po ułożeniu Bogumiła na posłaniu, otarł pot z czoła i odetchnął z ulgą. Ciągle trzymał miecz w dłoni. Jak po bitwie.

Obudził się przed świtem z myślą, że trzeba będzie szukać Bogumiła. Myśl szczęśliwie okazała się płonna - odmieniec siedział na posłaniu. Za chwilę coś poruszyło Wojsława: na "dzień dobry" Bogumił odpowiedział jeszcze nie słowem, ale już uśmiechem i darem - zdumionemu bratu podał kwiat rumianku i mały liść paproci. Wojsław był zakłopotany, nie wiedział bowiem, kiedy Bogumił zerwał kwiat i liść. A przecież słudzy mieli go budzić, jeśli tylko młodzian wstanie! Widocznie też zaspali. Dar przyjął z umiarkowaną radością i krótkim podziękowaniem. Mniejsza o to, co Bogumił chciał powiedzieć, jaki dać znak, ważne, że coś ofiarował, a przez to odezwał się wreszcie, choć milczenia nie przerwał.

Wieczorem zbliżyli się do osady Niwa nad rzeką Nidą, gdzie - ze względu na nadciągającą z zachodu burzę - powinni spędzić noc, lecz Bogumił, mimo ciemnych chmur płynących po niebie i dalekich grzmotów, zostawał z tyłu, a z nim Wojsław. Gdy zatrzymali się na szczycie łagodnego pagórka, Wojsławowi było obojętne, czy znów coś dziwnego się wydarzy, chciał dotrzeć suchym pod dach. Niewiele brakowało do ziszczenia tego pragnienia - wystarczyło tylko lekko popędzić konie.

Tymczasem ciemne cielska obłoków rosły w oczach, zgasiły słońce zachodzące nad lasem, a Bogumił z siodła patrzył na nie tak, jakby chciał z nimi pofrunąć. Nie przeszkadzał mu wiatr wiejący prosto w oczy, chlastający po twarzy włosami końskiej grzywy ani zapadający mrok. Pełniej jeszcze oddychał. Patrzył, i patrzył, i czekał niecierpliwie.

Wojsław też czekał - niecierpliwie - ale na Bogumiła, czekał i marzył o już roznieconym ogniu pod dachem w osadzie i nie liczył na dobrowolne ruszenie brata z miejsca przed ulewą.

Żmijowate błyskawice rozcinały już chmury, pokrywając widnokrąg pęknięciami o barwie białej, żółtej, a nawet czerwonej. Zjawisko trwało na tyle długo, że bracia mogli nasycić nim oczy do woli. Żywili przy tym zupełnie różne uczucia. Wojsław rad byłby tego nie oglądać, choć przyznawał, że pięknie i groźnie wyglądało, piękniej i groźniej nawet niż wielkie wojsko rozstawione w szyku. Na Bogumile pragnącym zaś cały dzień spędzić w tym miejscu, aby napatrzeć się do syta, zrobiło to zbyt mocne wrażenie. Chciałby wyraźnie zobaczyć każdy szczegół, ale nie mógł, bo łzy mąciły obraz. I nawet przecieranie oczu niewiele pomagało.

Pioruny biły coraz bliżej. Bogumił patrzył za nimi, ocierając łzy oburącz.

Bezlitośnie pocięta zygzakami błyskawic chmura rozciągała się daleko na północ i południe, a jej szare i poszarpane odnóża niczym podarte chorągwie wisiały tuż nad braćmi. Nawet Wojsławowi się zdawało, że jeszcze chwila, a złapią je i uniosą ze sobą jak wrony zbite wichrem. Bogumił począł szlochać. Nie patrzył już na burzę, lecz gdzieś na ziemię, a może w siebie. Opuścił głowę, ręce zwiesił bezsilnie.

Wiatr się wzmógł i przyniósł pojedyncze krople deszczu.

Wojsław ujął wodze bogumiłowego konia i pociągnął w stronę osady.

Smutno było Wojsławowi i nieswojo. Zapowiadało się, że wreszcie Bogumił przemówi, że łzy wymyją z niego zły czar, a tu nawet szloch wstrząsający ciałem był bezgłośny.

Dlaczego płakał?

Co aż tak go poruszyło?

Konie płoszyły walące blisko gromy, wiatr sypał w oczy piachem, zacinały krople deszczu. Ściemniało się coraz szybciej. Wojsław tego prawie nie czuł. Zamyślił się jeszcze bardziej niż Bogumił.

W Niwie wielkie poruszenie nie wybuchło z powodu nawałnicy. Powodem była niespodziewana gościna Sobiesławowych synów. Uprzedzona przez pachołków miejscowa starszyzna z gołymi głowami wyszła witać braci pieszo. Ktoś już trzymał konie za wodze, ktoś odprowadzał Bogumiła do łaźni, potem do przygotowanego łoża. Niezręcznie było spieszącemu do Sobkowa Wojsławowi przyjmować te hołdy, ale nie sposób odwrócić czas. Naczelnik rodu z przejęcia nawet się nie witał, mówił, że jutro kupałę urządzą, jakiej nikt jeszcze nie widział. Przecież nie co dzień bywają u tak nieznacznych ludzi synowie wojewody.

Wojsław wolałby zatrzymać się tu tylko na noc, ale wiedział już, że nie wymówi się od gościny. Podejrzewał, że przyjdzie mu w zamian kilku młodych osiłków przyjąć do drużyny albo ułatwić sprawę jakiejś daniny. Zabawią z pewnością przez tę i następną noc. Nie podobało się mu to, tutejsi ludzie też nie. Od pierwszej chwili nadskakiwali bardziej niż kniaziowi, rozdzielili braci, wszystko wiedzieli lepiej o chorobach.

Wkrótce niechęć Wojsława straciła ostrość.

Pamięć o Sobiesławie była tu żywa ze względu na jego zasługi. Ponoć ocalił ród w czasie wojny z Radomianami, odbijając z niewoli i wspomagając w niedostatku i głodzie. Wojewodzic, słysząc to, odetchnął z ulgą i w duchu się ucieszył, że nic przykrego nie zdążył powiedzieć. O ile wcześniej nie wiedział, jak wymówić się od dłuższej gościny przez wzgląd na chwilową, choć widoczną słabość brata, o tyle teraz nie wypadało jej unikać. Upewnił się tylko, że wyparzony w łaźni Bogumił śpi spokojnie, i poszedł rozmawiać z mężami Niwy o wojnie i pokoju. Na tym się znał, to umiał.

----

Bogumił znów wstał przed świtem i przeszedł między śpiącymi, nie dotykając w ciemności żadnego ani nie poruszając stojących na drodze sprzętów. Tylko drzwi skrzypnęły, gdy wychodził na dwór.

Nad górką, na której wczoraj poruszyła go walka żmijów ze smokami, zbierały się czerwieniejące chmury. Musiał się spieszyć, jeśli miał trafić tam, gdzie chciał, nim wstanie dzień. Łaszące się psy zastąpiły mu drogę, ale minął je, nie przystając. Sfora szła za nim aż do skraju osady. Przy łanach dojrzewających zbóż psy się zatrzymały, szczerząc kły i powarkując. Człowiek poszedł dalej. Nie musiał się obawiać żytniczki stojącej tuż przy drodze. Uśmiechnął się do niej, ale wiła jak to wiła, nie odwzajemniła uśmiechu. Wiedział równie dobrze jak ona dlaczego: szedł przecież sprawdzić, czy po dzisiejszym dniu ciemne duchy stracą część mocy.

Spieszył się. Pagórek nie miał tak wysokiego cienia jak Święta Góra, ale słońce szybkie jest w czerwcu. Dopadł drzew prawie biegiem, choć las nie uciekał. Paproci na skraju nie było. Pobiegł więc w las, nie bacząc na przycupniętą przy ścieżce włochatą mamunę. Nie przestraszył się, choć widział ją po raz pierwszy w życiu. Teraz ważne były paprocie. Są!

Ale młode, niskie, nie ma na nich pąków.

Poszedł dalej, utykając i podskakując, zrywając kilka pajęczych sieci. Raz można, bogowie na to nie patrzą, a licho nie będzie żywiło urazy o taką drobnostkę.

Nareszcie są! Duże, okazałe.

Wprawdzie jest ich mało, ale któraś musi zakwitnąć. Która? Pąki widać na kilku. Czy w tym lesie zakwitną?

W lesie rozkrzyczanym śpiewem ptaków rozwidniało się coraz bardziej, a Bogumił sprawdzał niewidzialne pąki na paprociach, czy na pewno zakwitną. Zmoczony rosą, pobrudzony mchami, oblepiony pajęczyną wreszcie się wyprostował, a na jego twarzy malowało się zadowolenie. Mógł już spokojnie wrócić do osady. Znalazł pęknięty pąk. Tym razem ludzie nie pomylili się nawet o dzień. Kupała dziś!

Po wyjściu na skraj lasu zobaczył kawałek gorejącego słońca nad pagórkiem. Uśmiechnął się na jego widok. Słonce nie zdołało mu przeszkodzić.

----

Dzień przebiegł nad podziw spokojnie. Jeśli nie zważać na to, że Bogumił nie słyszał pytań i nic nie mówił, dawało się go uznać za zwyczajnego młodzieńca, ot, jeszcze słabego po chorobie. Z innymi znosił drwa na pagórek, patrzył, jak dziewczęta wiją wianki, jadł i pił, gdy zaszła potrzeba. Tylko czasami zbyt mocno nad czymś się zamyślał lub na coś zapatrywał. Trochę to ludzi niepokoiło i kilka przesądnych bab uroiło sobie nawet, co rozniosło się to po całej okolicy tak szybko jak błyskawica, że Niemowa ma urocze oczy. Doszło to do starszyzny, przez nią do Wojsława. Wojewodzic z całkowitym lekceważeniem machnął ręką na tę nowość, ale tylko on. Miejscowi usuwali się z drogi Bogumiłowi, a i zaufani od lat słudzy wojewody nie podchodzili do junoszy bez słomki w garści - po prawdzie dziwne, że dopiero teraz. Ostatecznie Wojsław był temu rad. Pogłoska o złym spojrzeniu zabezpieczała Bogumiła przed zaczepkami, trzymała ciekawskich w należytej odległości i budziła coś na kształt szacunku. Zdziwił się dopiero, gdy całkiem poważnie poradzono mu się udać, niewiele drogi nadkładając, do znachorki albo czarownicy, jak tu ją różnie zwano. Jej moc przywracała martwych do życia, taka więc drobnostka - złe oczy - to dla niej nic. Trafić tam łatwo, zresztą przewodnik zaprowadzi.

Po południu Wojsława ogarnął niepokój, który miał związek z Bogumiłem, to pewne. Źródła jeszcze się nie domyślał, co samo w sobie też go troskało. Wreszcie zrozumiał, że niepokoją go spojrzenia dziewcząt, z jakimi się spotykał i które ścigały nie całkiem rozumnego brata. To nie była ciekawość do dwóch obcych, urodnych młodzianów, lecz chęć zwrócenia na siebie uwagi młodych, wolnych i bogatych wojewodziców. Może nawet wolność nie znaczyła tu zbyt wiele, bo co miałoby się stać, z pewnością by się stało, ale mogła znacząco przyspieszyć niektóre wydarzenia. No właśnie: mimochodem, ale często wspominano, iż okolica słynie z dorodnych cór miejscowej starszyzny. I to zdziwienie: dwadzieścia lat na karku, a żona na niego nie czeka... Wojsław o siebie się nie bał, miał wybranki gdzie indziej. Zatroskał się o Bogumiła. Podatny na wpływy, posłuszny słowu każdego, a choć niby bano się jego uroczych oczu, to dziewczątka nazbyt łatwo pokonywały własne lęki. Trzeba go pilnować, nie odstępować na krok. A potem niech się ojciec martwi.

Słońce powoli zniżało się nad lasem, rzucając jeszcze na ziemię promienie jasności z długimi cieniami. W takim świetle Bogumiłowi szczególnie piękna wydawała się łąka. Jeśli spojrzeć nań o tej porze, to aż kusi, żeby w niej się zanurzyć i zniknąć. Ale wiadomo, to z pewnością się nie uda, najwyżej pogniecie się trawę i straci ona urok... Modraki i kaczeńce, nie mieszając się, rosły płatami. Pewnie w tym miejscu stało wcześniej żyto, dlatego tak dużo tu chabrów. I gdy tak spoglądał na ten tajemny świat łąki, zauważył nad zieloną puszczą traw chabrowe niebo, nad nim żółte chmury i znów niebo. W oddali wynurzało się z mgiełki niewyraźne i samotne na tle prawdziwego nieba drzewo. Jego pień przebijał chmury, rozczapierzone gałęzie chwytały przestrzeń. Ten widok zatrzymał Bogumiła na długo. Czyżby tak wyglądało drzewo, którego korzenie nawet z daleka trudno było wzrokiem ogarnąć?

Łąkowe myśli wraz z kwiatami przeniosły się Bogumiłowi do wianków. Nic w tym dziwnego, wianki mocno czarowały tego wieczoru. Młodzieńca tylko dziwiło, że wszystkie dziewczyny zrywały modraki - że czyniły tak niebieskookie, to zwykła rzecz. Ale ciemnookie zapomniały, że im niebieskie nie pasują? Przecież brzeginie będą miały im to za złe! Nie mógł Bogumił się nadziwić, że można być aż tak lekkomyślnym - nie dość, że w przytomności duchów na co dzień drażliwych, to jeszcze tego dnia szczególnie rozdrażnionych. Dziewczyna z brązowymi oczami wyciągała dłoń po niebieski kwiat, zaraz pojawiała się bardziej dziewczęca postać, na próżno starająca się przeszkodzić w zerwaniu nie tego kwiatu. Jak można nie wiedzieć, że dla takich oczu jest jeszcze jedna barwa w tęczy? Czasami widać ją przy słońcu.

Dziwował się też, że wiele dziewcząt próbowało wpleść maki do wianków. Ich czerwień jest piękna, ale zdradliwa. Dlaczego więc chcą, żeby ich wianki gubiły plamy krwi na wodzie? Tu powróciła do Bogumiła myśl o barwie niebieskiej, że bardziej do nieba podobne są takie kwiatuszki, których nazwę akurat zapomniał. Modraki są bardziej modre niż niebieskie, zbyt ciemne jak na niebo, zbyt mocne jak na oko. A te kwiatuszki nie dość, że są niebieściutkie, w dodatku ich barwa jest ułożona jak w dziewczęcym oku - im bliżej środka, tym jaśniejsze. Dlaczego więc brzeginie ich nie bronią? Proste, każdy to wie, a jeśli nie wie, to się domyśli.

Te kwiatuszki mają w środku żółtą kropeczkę. Żadne oko nie ma takiej źrenicy, tylko niebo, którego źrenicą jest złote słońce. Brzeginie niczego niebiańskiego nie bronią, spotykają się z wiłami i widują ich oczy, wiedzą więc, skąd one takie modre i ciemne. Modrak, to coś innego. Jest ciemny w środku jak obwódka źrenicy wiły.

Gdy tuż przed zachodem słońca wygaszono wszystkie ognie w Niwie, Bogumił zobaczył uderzający urodą wianek. Brak w nim było barwy białej, wyróżniał się więc spośród innych, choć wcale nie był okazały. Niosąca go dziewczynka z pewnością nie mogła o białych kwiatkach zapomnieć - rosły wszak wszędzie.

Słońce już zachodziło, mieszkańcy szli nad wartki strumień wpadający do Nidy, a Bogumił dumał nad brakiem białego kwiecia w wianku. Z pewnością nie był to przypadek - dziewczynka zawarła tym sposobem jakąś wieść. Gdy wianki dotknęły wody i popłynęły nierównym, ale wdzięcznym korowodem, młodzieniec pojął, że przecież w tęczy nie ma bieli! Dlatego ten wianek jest w dużej części niebieski. To wycięty i zwinięty w koło pasek tęczy z kawałkami nieba. Żadnej z barw nie pominięto ani nie pomylono następstwa.

Bogumił popatrzył na nazbyt mądrą dziewczynkę, dziecko prawie. Kto jej tak doradził? A jeśli sama wymyśliła? Jeśli nawet sama wpadła na ten pomysł, to czy może wiedzieć wszystko o wianku? Chyba nie wie, spojrzenie tego nie zdradza. Z pewnością także nie widzi zaczajonego pod wodą, u jej stóp prawie, wodnika. Źle ludzie zrobili: nie puszcza się wianków przed roznieceniem ognia...

Wodnik czeka, a ona o tym nie wie. To znaczy, że jeśli sama wymyśliła tę tęczę i świadomie porzuciła barwę białą, to jeszcze nie wie wszystkiego. Można więc być przy niej spokojnym o własne tajemnice.

Wianek popłynął, a Bogumił, utykając, poszedł w stronę góry, skąd chciał popatrzeć na słoneczną zorzę.

Wojsław widział odchodzącego Bogumiła, domyślił się też, że idzie na pagórek, bo stamtąd lepiej widać. Niech idzie. Tak gapił się na wianki, że dziewoje nań spoglądały prawie z nadzieją. Za to zgromadzeni nieco dalej młodzieńcy popatrywali wilkiem. Dobrze, że zszedł z oczu jednym i drugim, zanim zawiódł nadzieję i wzniecił złość. Zasadną złość.

Wojsław przyznać musiał, że urody tamtejszym dziewczętom nie brakowało. Zwłaszcza pełnią barw kwitł ich wdzięk, gdy z przejęciem puszczały wianki na wodę, śpiewając równo pradawną pieśń wróżebną. Któż by się domyślił, że tu nie o rutę, nie o te plecione ziela chodzi? Te postacie smukłe, te drżące ręce, te buzie podniecone a poważne, oczy błyszczące, duże... Wojsław to ułowił, schwytał, tym się radował. Znów mu ktoś dogadał o urodzie niektórych krasawic, zaczęto mówić, która czyja córa, bo przyszła kolej na wianki dziewoi, co popłynęły nieruszone do morza.

- Ta, córka kowala, te trzy od bartników. Ładne? Następne są jeszcze ładniejsze. Te dwie od kupców, co to rok w rok pływają do Truso. Stać ich więc na srebro dla córek, ku ozdobie i bogactwu. Te zaś... - tu naczelnik Radom - z dającym się Wiślanom we znaki Radomiem od Radomian tylko imię miał wspólne, co zawsze mocno zastrzegał - zamilkł, ale ze śmiechem ktoś mówił za niego: - Te to naczelnikowe, za ich wiankiem nie każdy skoczy, bo się boi, ale za wianem niektóry chętnie nawet by się topił.

Wojsław dodał jak zwykle grzecznie, acz z wieloznacznym uśmiechem, że "te też są bardzo urodziwe", czym tylko więcej śmiechu wywołał. Obok tych panien puszczały wianki córki prześmiewcy, który przestał się śmiać, bo mu dogadano, że w wianie ze starszą da wprawdzie bojowego konia, lecz troszkę kulawego. Wojsław odwrócił twarz, a drżenie tułowia gładko opanował. Potem dodał, że te nie mniej są urodne niż poprzednie, co znów roznieciło płomień śmiechu. Zwłaszcza kilku dziadków rechotało wytrwale.

Wianki płynęły, pieśń trwała, chłopcy z całej okolicy wypatrywali tych wcześniej upatrzonych. I je łowili. Aż pieśń z nagła ucichła, a z nią powszechny śmiech. Nastała złowroga cisza. Któryś młodzian jeszcze się śmiał, inny gramolił się hałaśliwie z wody. Ale i oni szybko ucichli.

Jeden z wianków zatonął.

Wojsław zrozumiał, co się stało, ale dla zmącenia ciszy i zachowania pozorów niewiedzy zapytał, co się dzieje. Wytłumaczono mu. Niby przypadkiem zerknął, czy brat stoi w pobliżu. Szczęśliwie był już daleko. Wojewodzic omal nie westchnął z ulgą, nie uczynił jednak tego i nikt jego myśli nie poznał. Lecz inni mieli myśli podobne, co znać było po słowie "urok", które ktoś rzucił szeptem. Młodzieniec poczuł na sobie początkowo kilka, a potem kilkadziesiąt spojrzeń. Pytały go o brata. Musi więc powiedzieć lub zrobić coś mądrego, ale co?

- Istotnie, to zła wróżba, ale gdyby spełniały się wszystkie wróżby, to każdy żyłby tylko w ciągłym strachu niczym zwierzę i z tego strachu by umierał, rażony nie wolą bogów, lecz wróżbą. Szkoda tego wianka, widocznie ziele było ciężkie. Wedle obyczaju nie życia dzisiejsze wróżby dotyczą, a zamęścia. Znak więc, że tego lata dziewczyna męża nie znajdzie... Czy to aż tak wielkie zmartwienie? Mało takich, co ich wianki płynęły niczym korabie, junacy je chwytali, a żenili się dopiero za rok lub dwa? Gdyby każda wróżba miała się spełnić, prawie wszystkie dziewki musiałyby wydać się jeszcze w tym roku. Kto wtedy puszczałby wianki za rok? Taki piękny obyczaj by umarł.

Przytaknięto Wojsławowi dość skwapliwie, zwłaszcza że nie było w pobliżu starych bab, choć o uroku i nieszczęściu jeszcze mówiono. Znów zapanowała wesołość. Tylko tej, której wianek utonął, nic nie mogło pocieszyć, nawet przytulanie szczęśliwszych przyjaciółek. Czuła, że niełatwo, oj niełatwo być wybranką wodnika.

Wesoła gromada poszła palić ognie na górze. Wojsław rad, że w sprawie zatopionego wianka nie padło imię Bogumiła, domyślał się, że nie wypowiedziano go głośno dzięki postawie starszyzny nieupatrującej w ślad za wojewodzicem żadnych złych znaków w przykrym zdarzeniu. Ważne, że nikt nie ośmielił się wskazać Bogumiła jako sprawcy uroku. Przecież trudno sobie wyobrazić gorszą wróżbę!

Znów Wojsław wygrał bitwę, choć tym razem bez użycia miecza.

Bogumił szedł na wschód przez wyciszone i mroczne sioło i patrzył to na drogę ze swym niknącym cieniem, to na obejścia. Wszędzie było pełno piołunowych wiechci, przy drzwiach wisiały wianki z czarnego bzu i rozchodnika. Nigdzie nie świeciła nawet iskierka - wszystkie ognie, żar i zarzewia pogaszono. Ten spokój i sposób przywołania nocy Bogumiłowi się podobały. Tak być powinno; gdy ogień nie broni ludzkiego świata, przeszkodą dla złych duchów muszą być zioła. Jakie to proste! Wianek skręcony w prawo, zgodnie z dobrym czarem, ruchem słońca i gwiazd po niebie, jest już małym światem. Jakim? Światem czarnych bzów, z których wianek jest uwity. Bogumił niedawno jedną stopą w nim zawitał, tylko zmylił krok i się cofnął. Pozostał przy życiu, czasem to się zdarza ludziom. Wodnik, wiła czy mamuna wejść do tego świata nie mogą, bo to oznaczałoby, że wchodzą do nawii, a nie przeżyli życia ani nie zamknęli go, dając nowe. Nie znają dojrzałości i obce im jest dawanie owoców. Gryzie ich więc gwałtowna zawiść o wszystko na świecie, co może dojrzeć - dlatego czas odgrodzić ich od tego, co lada dzień zacznie dojrzewać, aby nie zgniło od nadmiaru wody. Niedługo zapłoną ognie, których blask i iskry wygonią wodne duchy na skraje pól. Tam zatrzymają je małe, plecione z czarnego bzu i rozchodnika wianki. Zezłoszczą się wprawdzie, ale ich złość będzie bez mocy czynienia zła. Być może złagodzi ją krew ofiar.

Spragnionego Bogumiła kusiło, żeby wejść do którejkolwiek z mijanych zagród i napić się wody z cebrzyka, ale nie chciał w porze drażliwej dla wodnika i brzegini korzystać z ich przyrodzonego świata. Cóż z tego, że dla niego byli niegroźni, póki nie zapłoną ogniska, mogą wywrzeć złość na każdym człowieku.

Poszedł więc na górę bez przystawania gdziekolwiek.

Na płaskim wierzchołku w ciszy kończono przygotowania do zabawy. Pięć sągów drewna stało pośrodku pagórka w równych odstępach. Ich blask będzie widoczny daleko, stąd zaś będzie można zobaczyć światła nawet bardzo odległych ognisk. W tę noc tylko kupalne zaświecą... Obok ognisk, w koszach, leżały sprawione, przyprawione i nasolone barany. Pięć. I pięć koszy chleba. Zniesiono też inne potrawy i beczki z mętnym piwem. Niczego nie brakowało.

Stary gęślarz coś kręcił przy strunach, jego syn poprawiał sznur napinający cielęcą skórę na bębenku, wnuczek niecierpliwie dotykał grzechotek. Tylko oni troszeczkę zakłócali ciszę, ale nikogo to nie raziło. Bogumił pomyślał, że z dużym bębnem z brzękadłami ładniej by to wszystko brzmiało. Pomyślał i się stało - ktoś właśnie przyniósł duży bęben. Do tego pojawiło się jeszcze dwóch grajków z różnej długości piszczałkami. Teraz wystarczyło zagrać.

Słońce miało się już ku zachodowi, gdy mijająwszy osadę, po łące zbliżała się do szczytu pagórka gromada ludzi. Wojsław szedł wśród starszyzny, bacznie wypatrując brata. Ku uldze ujrzał go, zapatrzonego gdzieś nad głowami nadchodzących ludzi. Może wspominał wczorajsze widoki?

- Czego wypatrujesz?

Wojsław nie czekał na odpowiedź, popatrzył w tę samą co brat stronę, a z nim kilku ze starszyzny. Słońce zanurzające się właśnie za lasem, schowało już oślepiający blask i pozwalało na siebie patrzeć. Nie tylko bracia i starsi rodu, w oblicze Swaroga patrzyli wszyscy. Twarze ludzi zrobiły się czerwone od jego ostatnich promieni, w niektórych oczach zaszkliły się łzy wzruszenia. Chwila była szczególna i święta; nawet dzieci zamilkły - stały nieruchomo, choć nie miały na to ochoty.

Czerwony rąbek zanurzył się za widnokręgiem, podobno w morzu, wtenczas gaj żywych posągów się poruszył, głosu jednak nie wydał, aby nie spłoszyć chwili następnej. Utworzył się krąg wokół głównego ogniska. Oczy wszystkich patrzyły z uwagą na dwie najstarsze w osadzie niewiasty pocierające kawałkami drewna. Niewiasty wykonywały coraz szybsze ruchy, zmieniając się w razie zmęczenia. Ludzie niemal wstrzymali oddechy, oczekując cudu. Aż wreszcie jedna ze staruszek skinęła głową, druga posypała między rozgrzane deszczułki trochę próchna i utartej hubki. Niewidzialne prawie drobiny żaru spadły na podstawioną hubę z kądzielą uczynioną z naskórka brzozowej kory. Wystarczyło leciutko dmuchnąć i malutki płomyk pokazał się na pomarszczonej, starczej dłoni niczym listek wyrastający ze spękanej ziemi. Ktoś nie powstrzymał radosnego szlochu, ale niczego złego to nie oznaczało. Młody ogień przeniesiono na sąg, tam, nakarmiony wiechciem trawy i żywicznymi trzaskami, ochoczo buchnął w górę, oświetlając zebranych. Urósł, zmężniał i przemówił do ludzi trzaskiem palonych gałęzi. A gdy zasyczało któreś z bierwion i pękło, można było już mówić. Najstarszy z obecnych mąż oddał cześć ogniowym bogom:

Niech będą dzięki Swarogowi,

Że zostawił z nami swego syna.

Niech Swarożyc będzie z nami,

Przez rok cały, całą zimę.

Niech nas chroni od złych duchów,

Broni nas od złych uroków,

Grzeje, gdy nastaną chłody,

Daje światło w mroku nocy.

Niech też chroni nasz dobytek,

Nasze bydło, sady, plony.

Od niezgody, od choroby

Broń nas Swarożycu dobry!

Bardziej już w świetle ognia niż w mroku wieczora wyjęto z worka jastrzębia. Mówiono, że to kania, ale to był jastrząb. Kwilącego ptaka młodzieńcy przybili przez skrzydła do niegrubego pieńka, przywiązali mu też szpony. Starsi poprosili, aby Wojsław - na dobrą wróżbę, jako jeszcze nieżonaty, a już znaczny człowiek - ściął kanię mieczem. Wojsław tej zaszczytnej prośbie nie odmówił, choć żal mu było zbrojnego ptaka, bo czuł z nim, jako wojownik, powinowactwo. Pomyślał tylko: Wojowałeś bracie, wojowałeś i otoś jest związany, a oprawca nad tobą.

Ujął w dłoń obcy mu miecz i bez prób, jakby od niechcenia, ciął. Główka podniebnego wojownika odpadła, a serce wytoczyło na drewno kilkanaście kropel krwi. Wojsław oddał miecz; znaleźli się cmokający z zachwytu nad tak zręcznym ciosem.

Młodzieńcy rzucili się z nożami na drgającą kanię, kalecząc jak popadnie, skrwawiony strzęp odcięli od pieńka i ponieśli do młodych niewiast. Tam każda dotknęła choć jednej kropli krwi, naznaczając sobie twarz i czoło, a gdy krwi zabrakło, to choć jej śladem.

Tymczasem któryś ze starszych powiedział jakby do siebie: - Teraz ten obyczaj zesłabł ze szczętem. Młodzi tylko o zabawie myślą, nie o bogach. A może bogowie zrobili się łaskawsi dla ludzi? Kiedyś na kupałę nie ptaka ścinano, ale obcego jeńca lub niewolnika, w którym złe mieszkało, a jego krew roznoszono nie tylko do bab, ale i na pola. Teraz duchy słabsze, skoro wystarczy tylko tyle krwi co z palca.

- Co ty gadasz? - mówił drugi. - Coś ci się pomieszało. Toż moc krwi jest ogromna, a nie na ofiarę ona teraz, a dla siły naszych niewiast. Wiesz, ile żyć ten ptak zebrał? Teraz oddał je razem ze swoim. Niech one choć po jednym w tym roku dadzą, to dopiero będzie przychówek!

Tu Wojsław wtrącił: - Przychówek to nie od samej krwi chyba...

Gdy śmiech wybrzmiewał, Bogumił widział kilka brzegiń, co wyrywały kępkę trawy, na którą spadła jastrzębia krew. Nie śmiały dojść do drugiej kropli, gdzie sięgał blask ogniska. Walczyły o tę cząsteczkę życia, ale im ta krew na nic. Choćby się w niej nurzały, choćby dorwały najjurniejszego męża, nic z tego nie będzie. Polom też na nic ta krew. Za późno. Teraz pora na słońce. Za to niewiastom z krwi jeszcze jedna korzyść - nie sięgną im do oczu pazury mamun, bo zechcą wpierw krwi dotknąć. A gdy już dotkną, to oparzy je jak żywy ogień.

Wrzucone do ognia szczątki jastrzębia z sykiem i skwierkiem spłonęły. Ogniste pierze frunęło pod niebo ostatni już raz. Rozrąbano też pieniek, na którym ścięto kanię, i szczapy rozniesiono po wszystkich sągach. Świętym i uświęconym ogniem podpalono skrajne ogniska. Starzy wzięli żagwie, aby zapalić święty ogień w domach. Młodzieży nikt już pląsów nie bronił.

Uderzyło Bogumiła granie - ostre, zadziorne, dudniące i szybkie. Bez żadnego ostrzeżenia, bez wstępu lub choćby słowa grali wszyscy jednocześnie, głośno, aż podskoczył, jakby tuż obok huknął grom!

Wokół głównego ogniska rozkręcił się korowód dziewcząt - one mają pierwszeństwo, w nich jest cała siła, nie tylko moc wodnistej nocy, ale też ognistego dnia. Właśnie w tej chwili. Ten jeden raz w roku!

Koło toczyło się coraz szybciej, krążył krąg roześmianych i podnieconych dziewoi, a z boku stali wolni młodzieńcy, od pastucha do wojewodzica, dziś równi wobec obyczaju. Patrzyli urzeczeni, czekali, niecierpliwili się, bo nie do nich dziś wybór należał, lecz do tych, co tak długo i zapamiętale pląsały. Niektórym spadły wianki z głów, innym rozplotły się warkocze, ale nic już to nie znaczyło. Było tylko piękniej, żywiej i weselej! Jeszcze im się nie spieszyło z wyborem, jeszcze i one czekały i pozwalały na siebie czekać. Aż przyrządzający barany do pieczenia, po części ich rodzice, śmiali się z ich wyrachowania. Wiadomo, dlaczego dziewczyny zwlekały: było tam dwóch obcych, którzy onieśmielali i troszkę kusili. Każda chciała być wonczas ładniejsza, lepsza i silniejsza, jednocześnie mądrość podszeptywała im, że tym będą ważniejszymi dla wszystkich patrzących junoszy, im dłużej popląsają. Nie było nawet ważne, że nie wybiorą tych obcych - pokażą im tylko hardość.

A grajkom ręce już mdlały...

Wojsław patrzył chciwie, podniecony widokiem nie mniej niż inni. Każdy dziewczęcy śmiech wstrząsał nim do żywego, każde spojrzenie kłuło. Zapomniał o wszystkim: o Bogumile, ojcu, wojnie przetaczającej się po kraju, przeżyciach ostatnich miesięcy. Poddał się targającym uczuciom. Chciałby, żeby dziewczęta pląsały choćby całą noc, roztaczając gibki, młodzieńczy wdzięk na cały świat. On by patrzył na rozwiane i splecione włosy, dzwoniące kabłączki, błyszczące oczy, usta roześmiane, uniesione ramiona, drżące piersi, napięte w wysiłku pośladki i uda, bielejące spod sukien i spódnic łydki i stopy bose i obute, migające w trawie, a wszystko oświetlane płomieniem ogniska, podwójnie więc żywe - życiem własnym i rozedrganego światła. Zdawało się Wojsławowi, że snopy iskier i smugi ciemności plączą się w dziewczęcych włosach, że bębny poruszające ciałem są i światem zdolne poruszyć. Aż chciało się zamknąć oczy, żeby lepiej to zapamiętać, ale nie - ani na chwilę oczu zamknąć nie można, bo niczego tak pięknego już w życiu się nie zobaczy! I tak, trzeźwy na ogół wojewodzic, z jednej strony chciał popaść w nieledwie senne marzenia, z drugiej zaś patrzeć i słuchać na jawie i o wszystkim innym zapomnieć. Nawet o zdziwaczałym Bogumile. A właśnie: co robi Bogumił?

Bogumił nie uciekł ani nie zniknął. Był wśród tłumu, nieco na uboczu, ale patrzył tam, gdzie wszyscy. Twarz miał przejętą, choć w postawie nie widać było zauroczenia, znamion podniecenia też nie wykazywała; stał prosto niczym woj na straży, nie pochylał się, nie drżał. Wojsławowi to wystarczyło. Poznał, a i na podstawie doświadczeń dni ostatnich zrozumiał, że kuszące widoki odmieńca nie tak wabią, jak te przez niego samego widziane, a jakie, to już jego sprawa. Wystarczyło, że zwyczajny, ludzki widok go nie podniecał.

I tak Wojsław uspokoiwszy własne sumienie, przestał zważać na brata.

Bogumił patrzył uważnie, ale na drugą stronę kręgu, gdzie w mroku stały mgliste postacie brzegiń i wił. Krążył wśród nich poruszony wodnik, ten sam, co w czasie puszczania wianków leżał na dnie strumienia. Teraz trzymał w dłoni kwiat z utopionego wianka, próbował podchodzić do wirującego kręgu dziewcząt, ale ani kierunek ruchu, ani płomienie ognisk nie pozwalały nawet na przelotny dotyk. Wręcz przeciwnie - on i pozostałe poszarzałe duchy musiały cofać się krok za krokiem, w miarę jak jaśniały ogniska. Niektóre zjawy próbowały trzymać się cienia, ale te złudne, rozpaczliwe usiłowania nie przynosiły im korzyści. Nie w ich mocy było pozostać tam, gdzie padło chybotliwe światło świętego ognia. Każdy trzask w ognisku przerażał, rozpryski iskier płoszyły, a zapamiętały korowód dziewczęcy, choć wabił żywotnością, odpychał świętą siłą.

Smutek stworów, tęskne spojrzenia, postacie skrzywdzone obyczajem nie uszły uwadze Bogumiła, ale nie czuł litości. Nadto wielką miały moc szkodzenia, żeby nad nimi się litować, zbyt nieludzkimi były, mimo doskonale ludzkich kształtów, żeby ich bronić. To nie krzywda im się działa, ale pradawna, przez bogów ustalona, sprawiedliwość. Sam sobie przyznawał jednak, że w tej chwili chciałby stać między ich chłodnymi cieniami, a nie wśród ludzi, czuć ich żywioł - dotknięcie Welesa. Ta mroczna siła kusiła go teraz tak samo, jak zjawy nęcił pląsający krąg. Różnica polegała na tym, że on umiał powstrzymać się przed zgubnym dlań krokiem w wodną krainę, a duchy nie potrafiły własnych czynów opanować.

Nagle drgnął, odczuł siłę czaru całym ciałem, jak te zwidy, na które patrzył - odepchnięte o kilkadziesiąt kroków niczym liście podmuchem wiatru. Nie musiał widzieć, żeby wiedzieć, ale obrócił się w stronę, skąd przyszła siła czaru. Pierwsza z dziewcząt zabrała do kręgu miłego jej chłopca. Za nią poszły inne i krąg szybko nabrzmiał. Teraz i ogień, i woda tworzyły jedno. Wystarczyło biec, biec do utraty tchu!

Porwany przez córki naczelnika Wojsław też znalazł się w korowodzie. Jeszcze chwila, a i Bogumił myślący o dzikim, cichym, kręcącym się w lewo korowodzie wił, miarowo, choć kulawo także trafił w żywy krąg ludzki, szparko toczący się w prawo. Niedługi czas potem grajkom całkiem omdlały ręce z wysiłku, korowód się rozsypał, skołowani ludzie nie mogli ustać, a ci, co mogli, wirowali jeszcze parami, nim upadli na ziemię w ogólnej uciesze.

Nastał czas sił męskich.

Przy wtórze bębnów i kołatek z parcianego worka wytrząśnięto w świetle ogniska schwytanego na użytek tej chwili żbika. Kot, nie rozglądając się, śmignął w ciemności, a za nim z krzykiem, z pochodniami w rękach pogonili młodzieńcy.

- Dusza leci, dusza leci!

Rozbiegli się paciorkami ogni niczym świetliki po polu i łące. Długo trwało, zanim wrócili, zziajani jak psy. Bogumił wiedział już, że od teraz ani wił, ani brzegiń nie zobaczy do rana. Rano zaś niewiasty wyniosą wianki z rozchodnika na granice pól, zamykając je dla wodnych duchów do wiosny. Od jutra granice sięgną nieba jak niewidzialne wały. Ale to jutro. Teraz nastał czas bezpiecznej zabawy.

Barany dopiekały się jeszcze, uwarzone ptactwo już się upiekło. Podpłomyki i chleby nęciły świeżym zapachem - upieczono je w cieple starego ognia. I nie ma to jak od wiek wieków i po wieki pieniste piwo w dzbanie. Bogumił jadł i pił, co życzliwi ludzie mu dawali. Nie bali się podchodzić, urok był im niestraszny, bo tej nocy nie mógł zaszkodzić. Wojewodzic uśmiechał się do nich, oni też nie żałowali uśmiechu. Oby wszystkim się szczęściło! Grajkowie pili i się posilali, czekało ich dużo grania tej krótkiej nocy. Obudziły się już swawolne pieśni, a żarty w tyle nie zostawały, aż śmiechom nie było końca.

Wojsław znów przypomniał sobie o bracie. Bratu krzywda się nie działa! O dziwo, nie zniknął! Siedział spokojnie, coś jadł i popijał. Dobrze by było, gdyby wypił i usnął, pomyślał Wojsław i odwrócił się do swoich spraw. Zasłuchał się w dziewczęcym śmiechu, zagubił w jakichś błyszczących oczach. Na chwilę się przestraszył, że zbłądził, lecz zaraz poczuł, że rozpierają go odwaga i siła. Wnet znalazł ujście dla tej drugiej. Posileni grajkowie poczęli grać żywo i młodzież poderwała się do pląsów. Starszy wojewodzic nie ostatni dawał się wyprzedzić.

Syty Bogumił siedział na kłodzie drzewa, skąd przyglądał się ludziom. Nie widział dzieweczki, co tęczę puściła na wodę, ale nic w tym dziwnego, bo dzieci już poszły do domów. Za to zobaczył, że starzy - jedni z niepokojem, inni z nadzieją - patrzyli na dorosłe - nie wiedzieć kiedy stały się dorosłe - dzieci. Obyczaj pozwalał na wiele tej nocy, ale nie na tyle, aby czyjaś cześć miała ucierpieć. Prawie wszystko było wcześniej wiadome i jeśli młodzi mieli się ku sobie, dziś mogli to jawnie okazać. Do starych należało tylko ustalić, kiedy młodzi się pobiorą - w tym roku, za rok, dwa czy trzy. A jeśli starzy się nie zgadzali? Czy kijem wodę zawrócą? Czy może ukruszą wiatr? Albo ususzą śnieg? Pozostało liczyć, że woda sama popłynie w drugą stronę, śnieg przestanie padać, wiatr się wyszumi. Co, gdyby nic się nie zmieni? Jest posłuszeństwo rodzicom, w ostatku bogom i własnemu dobru. A jeśli - mimo wszystko - nic się nie zmieni?

Warto patrzeć na to, co się dzieje. Kto wie - może przy innej sposobności młodzież nie byłaby tak szczera? Dziś uczuć swych nie kryje, pokazuje to, co często trzymała w tajemnicy cały rok. Ta noc pozwala starszym zawczasu cieszyć się wyborem dzieci. Mają też czas zapobiec ich szaleństwu. Mogą też wcześniej oswajać się z przeznaczeniem. No i patrzeć na piękny widok.

Teraz nawet na Bogumile robiły wrażenie pląsy oplecione piołunem i bylicą, wianek przypadkiem syczący w ogniu, iskry lecące do gwiazd i gwiazdy świecące w oczach. Nie wiły to, nie brzeginie, i nie były tak nieskazitelnie piękne, ale życia i uległości w nich tyle, że już z daleka rzucały uroki. Co więc powiedzieć o młodzieńcach, co o nie się ocierali, obejmowali je, spoglądali w oczy, w roześmiane bądź poważne twarze i niby mogli, a nie mogli ich pocałować? Takim Bogumił ujrzał brata. Wkoło niego wirowały naczelnikowe córy, wstążki, suknie i włosy, a on szamotał się między nimi niczym ryś w sidłach. Różnił się od schwytanego zwierza tym, że chętnie sidłom ulegał, choć jednocześnie z nimi walczył. One rzucały uroki. Nie tylko na wojewodzica. On jeszcze się opierał, był świadom ogarniających go mocy. Inni się poddali, ledwo poczuli czar.

Tak było tej nocy w całym kraju, nawet w wielu krajach. Za rozbawionym bratem Bogumił zobaczył ciemności, a w nich kupalne ognie niczym świecące robaczki; w którąkolwiek stronę by spojrzeć, wszędzie błyszczały, aby tylko oko sięgnęło. Wynurzały się z mgieł, dolin, zatrzymywały u góry niczym gwiazdy, którym godzi się spadać, ale nie wolno dotknąć ziemi.

Skończyło się jedno granie, rozpoczęło drugie. Teraz do śpiewu. Dziewczęta zbiły się w stadko, śpiewając zaczepnie a uciesznie o sile miejscowych chłopców, co już we trzech dają radę dziewoi, a cebrzyk wody to we dwóch ze studni ciągną. Chłopcy gorsi nie byli, odśpiewali o dziewuchach, co słynne są z urody na całą okolicę, bo łatwo im wszystkie zęby zliczyć. Na to dostali odpowiedź o mądrych pasterzach, co spaśli owce zbożem, a trawę młócili cepami. Tu przyszła prawda o tym, jak trzy młode gospodynie przez wieczór tyle mleka nadoiły, że jeden cały kubek napełniły. Skutkiem tego wszyscy się dowiedzieli, że gdy miejscowi młodzieńcy poszli na łowy, to tak zwierza się obłowili, że jedli potem rzemienie wołowe. To znów o dziewuchach, co zgotowały taką strawę, że nawet psy i świnie wolały jeść trawę. Wtedy przyszedł czas obnażyć jurność chłopaków, co to pieją jak koguty, a jeśli trzeba, tylko płaczą i patrzą na trzewiki. Dlaczego tak jest wszem wiadomo: wystarczy spojrzeć, a trudno zgadnąć, czy to dziewka, czy to brzoza, czy to koza u powroza.

Śmiech wybuchał raz za razem, po każdej przyśpiewce gęśle, bębenek i brzękadła pozwalały wyśmiać się do końca, potem w ciszy padała gromadna bądź pojedyncza śpiewna odpowiedź. Trwało to czas jakiś, aż dziewoje wyraźnie wzięły górę. Nic to nie pomogło, że wyszczekane są jak psy, a gonią się jak suki, bo trudno, żeby było inaczej, jeśli tutejsi nic w portkach nie mają prócz złamanego patyka i z dębu żołędzi, a gładysze z nich tacy, że dzieci można nimi straszyć. Odpowiedzi na to nie było, dowiedzieli się więc jeszcze chłopcy, że ledwo wstają, a już jeść wołają i tym żarciem tak się męczą, że legają czym prędzej, inaczej z wyczerpania zdechną. A potem jeszcze: że ładnie śpiewali jak te barany, tylko jakby ich upiec, to byłyby pieczone gnaty.

Po wygranym śpiewie dziewczęta podały sobie dłonie i truchczącym korowodem wiły się wokół ognisk, tarzających się ze śmiechu słuchaczy, dokoła zgnębionych chłopców stojących ze spuszczonymi głowami i z oklapniętymi uszami.

Było jeszcze kilka tańców, przyśpiewek, aż przyszło podzielić barany. Upiekły się już, a chude nie były.

Wojsław ochłonął trochę z wrażeń, podszedł do brata i posadził go pośród starszyzny. Spytał, czy podoba mu się tutaj. W odpowiedzi otrzymał uśmiech. Dał za to Bogumiłowi kawał mięsa i chleba, obok postawił dzbanuszek, ale z miodem, którym raczyła się starszyzna, i poczęstował go takimi słowy: - Jedz i pij, jak ci dobrze.

- Dobrze mu, gdzieżby inaczej... Niczym w domu - wtrącił ktoś inni.

- A jak tobie, panie Wojsławie, podoba się to wszystko? - zapytał jeszcze inny.

Nim młodzieniec odpowiedział, naczelnik Radom pogonił dziewczęta, żeby dostojni goście nie musieli sami sobie usługiwać. Patrząc na hoże dziewoje, podające mu jadło i napitek, Wojsław odpowiedział szczerze: - Pięknie u was i dobrze. Trudno, żeby gdzieś było lepiej. Dbacie o nas bardziej niż o własne dzieci. Ale nie zawsze przecież świętujecie.

- Jakieże u nas święto? Wszystko prosto z serca, nie tak obyczajnie jak w Wiślicy czy pod Świętą Górą; czym jesteśmy bogaci, tego nie żałujemy gościom i sobie. Toć nie wyciągamy, co najlepsze, nawet miód nie jest najprzedniejszy. Ale nikt głodny nie chodzi, nie tylko od święta. Żyjemy spokojnie, zbytku nie mamy co dnia, za to robota i chleb są od rana do nocy. Nikt się nie leni, to i jeść ma co. Im też jest dobrze - naczelnik wskazał na córki, nie tylko własne - choć wiedzą, co to robota. Albo dlatego, że wiedzą.

Wojsław się roześmiał i w przypływie ni to szczerości, ni to lekkomyślności rzekł naiwnie coś, co nie pasowało do jego godności, a późno było się gryźć w język: - To my z Bogumiłem do was nie pasujemy. Ja znam się tylko na tym, jak i jakim orężem kogoś bić, a on na czym się wyznaje, trudno powiedzieć. Kiedyś umiał ryby łowić na wędę, teraz już nic nie robi. Takich leni jak my nie warto pytać, czy tu dobrze.

Na to odparł z powagą starzec, modlący się wcześniej do ogniowych bogów: - Skoro tak mówisz, to dobry z ciebie człowiek. Nie tylko z twoich opowieści znamy twoje czyny. Tacy ludzie jak ty też są potrzebni. Od roboty w polu jest parobek, wystarczą mu siła i zdrowie. Takich nie brak na świecie. Żeby się bić, wystarczy być silnym i głupim jak baran. A z baraniej bitki jest jeno baranina. Żeby wieść ludzi w bój i zwyciężyć, trzeba rozumu, wiedzy i odwagi, których skąpo jest na świecie. Tobie bogowie dali wszystko.

Wojsław poczuł, że już nie musi się gryźć w język, brnął więc dalej: - Skąd wiesz, dziadku? Może w nich - wskazał na chłopców droczących się z dziewczętami przy ognisku - jest więcej zdolności? Ja urodziłem się tam, oni tu, taka różnica.

- I takiś potrzebny. I oni tacy, jacy są. Teraz się bawią, od jutra pójdą w pole z sierpami. Ty nawet tu myślisz o wojnie, co jej nie ma, a oni o czym? Nawet nie wiesz, że troskasz się o nich... Gdyby nie ty, to być może te dziewuchy nie nam by służyły, a obcym.

- Mylisz mnie z moim ojcem.

- Twój ojciec też tu był kiedyś i go poznałem. Nie mylę was... Ale odwodzisz mnie od myśli... Czy twój brat nie jest potrzebny? Teraz jest chory, ale pewnie ozdrowieje. Choć wojewodzic, to z innymi nosił drzewo, robił to, o co go poprosić. I na czymś wyznaje się na pewno, a najwięcej chyba na woli bogów.

Na chwilę zawiesił głos, a wiele twarzy nań spojrzało, czekając na ciąg dalszy. Upewniwszy się, że chcą słuchać, powiedział: - Widziałem, jak przy każdym sągu, po prawej stronie, kładł jedną szczapę, wskazując na następny. Z góry wyglądało to tak. - Starzec narysował patykiem na piasku cztery kreski. Stawiając kropkę w środku, powiedział: - To jest ognisko pośrodku góry, a tu ogniska po czterech stronach świata. - Narysował małe kółeczka przy kreskach. - Myślałem, czy to coś znaczy, czy może tylko się bawił? Ale spójrzcie, wystarczy wszystkie ogniska połączyć przez środek - tu narysował krzyż - żeby mieć znak słońca.

Wszyscy teraz popatrzyli na Bogumiła. On spokojnie jadł i słuchał młodego bębnisty i starego gęślarza, co grali i śpiewali pradawną pieśń o życie, jęczmieniu i pszenicy.

Pierwszy chleb upieczono ze złocistej pszenicy, wzgardziwszy szarym i brudnym żytem. Wtedy rozgniewany Świętowit zabrał żyto z ziemi. Wówczas dopiero się okazało, że nie pszenica żywi ludzi przez cały rok, ale to wzgardzone żyto. Gdy nastał wielki głód, Świętowit ulitował się nad dolą ludzi. Posiał z nieba dwa rodzaje zboża: żyto i jęczmień, które zdążyły wyrosnąć i dojrzeć w ciągu trzech dni, długo przed pszenicą. Tak głód się zakończył i rodzaj ludzki został ocalony, bo z jednego ziarna była mąka na chleb, a z drugiego kasza. Aby zaś ludzie pamiętali o tych czasach, obu zbożom wyrastają ości, co nieraz kłują i drapią, ale i tak nie tak dotkliwie jak głód. Od tych wydarzeń żyto nie jest szare, ale białawe, żółte...

No tak... mówią, że jęczmień jest najstarszy, bo ma najdłuższe wąsy.

Po tej pieśni-opowieści znów zaczęły się pląsy. Nie było już w nich wcześniejszego ładu, nie wszyscy też im się oddali. Za to z upodobaniem próbowano skoków przez ogniska, z czego było dużo śmiechu. Każdy chciał skakać - i Wojsław, i z biciem serca Bogumił; zdawało mu się, że przeszedł przez ogień, o którym mówił stary Bogumił. Ale jeszcze nie nadszedł na to czas, a i ogień był nie ten. Po skoku, korzystając z powstałego zamieszania, zniknął niepostrzeżenie.

Czas już przyszedł na niego.

Wojewodzic szedł w szemrzącą ciszę nocy. Oddalał się coraz bardziej od nieznośnego dla uszu ludzkiego gwaru. Na łące zanurzył się po kolana w przejrzystej mgle. Gdzieś z wysokich krzaków grały świerszcze, co wcale nie pasowało do miarowego łomotu bębna, z ziemi wtórowały im turkucie ustawicznym ćwierkaniem.

A może to licho się odzywało? Lubi naśladować świerszcze...

Jacyś młodzi ludzie rozmawiali gwałtownym szeptem, dalej inni szli trzymając się za ręce - niebaczni na rosę i ciemność, zapatrzeni to w siebie, to w gwiazdy, to w rozjarzony miesiąc. Bogumił się zatrzymał, przykucnął, żeby go nie zauważyli, ale oni niczego nie widzieli. Dla nich ciemność była ciemnością.

Młodzieniec poszedł dalej. Za łąką była rzeczka, gdzie puszczano wianki. Musiał przez nią przejść, żeby wejść do lasu. Bogumił włożywszy nogę do wody, wspomniał swój skok przez ogień - oto po oczyszczeniu ogniem, oczyszcza się wodą - ale przez wodę i skałę z opowieści starca już przeszedł. Wzruszył się doznaniem oczyszczenia, ale na krótko, chłód bowiem go orzeźwił. Ruszył szybko dalej, żeby zdążyć na czas. A czas naglił, bo niebo na wschodzie straciło już część ciemności.

Nie widać żadnych wił, brzegiń ani mamun. Licha też nie, ale po dzisiejszych oczyszczeniach było niegroźne, mogło sobie tylko gwizdać. Nikogo by nie zwiodło tym razem, tym bardziej nie Bogumiła.

Młodzieniec się zastanowił, w którą stronę ruszyć. Gdy już pomyślał, skręcił nieco w lewo i szedł pewnie, mijając co gęściejsze zarośla i doły. Miejsce, którego szukał, było blisko. Tak blisko, że zwolnił i stąpał ostrożnie, jakby bał się spłoszyć trwożliwą istotę. Skradał się więc niczym drapieżca ku ofierze, choć nim nie był. Drżał na całym ciele. Zatrzymał się, bo wzruszenie go zdławiło. Musiał przeczekać je, nie patrzeć w tamtą stronę, przetrzeć oczy. Gdy już się uspokoił, powoli podszedł do nieruchomego, srebrnego światełka tkwiącego tuż przy ziemi, wśród roju żółtych świetlików, co szeroki na krok kawałek mrocznego lasu czyniły widnym.

Bogumił zamknął oczy. Usiłował opanować oddech, oczyścić myśli z pragnień. Uspokoiwszy się, otworzył oczy. Cel był na wyciągnięcie ręki, ale nie zerwał kwiatu na wypadek, gdyby nieopatrznie jakieś życzenie przyszło mu do głowy. Podziwiał tylko jego urodę, kształt i barwę...

Któż by pomyślał, że kwiat paproci wygląda jak rumianek? Ma tylko srebrne płatki i zamiast żółtego oczka świecącą gwiazdę. Tym jeszcze się różni, że jest sam jeden. Poza tym wszystko - kształt i wielkość - są jednakie ze zwykłym polnym rumiankiem.

Bogumił długo napawał wzrok tym jedynym na świecie widokiem. Policzył płatki i wyszło dwadzieścia trzy. Spojrzał też na cieniutką, nieco włochatą łodyżkę, rozejrzał się po innych paprociach, czy nie ma choćby pąków - nie było już nic. Znikły, a jeszcze wczoraj dały się oglądać...

Niebo już jaśniało. Usiadł więc obok paproci twarzą na wschód i zerwał kwiat. Trzymał go przed sobą i patrzył na drzewa, aż czerwone słońce przebiło się na mgnienie oka przez gąszcze. Wówczas uniósł dłoń ze skarbem i następny promień prześwietlił kruchy klejnot, ukazując w nim wszystkie żyłki. Kwiat zniknął, a Bogumił roześmiał się w głos.

- Odtajałem! - krzyknął.

- Odtajałem!

- Tajałem!!

- Łajałem! - powtórzyło echo, czyli licho.

- Odtajałem - westchnął z ulgą młodzieniec.

Takim oto sposobem, przechytrzywszy wolę ciemnych bogów, Bogumił Wiślanin na powrót stał się człowiekiem.

Spis treści

O autorze

Wstępny powiew wiatru

Część I

Trzy życia

Kwiat

Owoc

Ćmy

Woda, trawa, kamień

Liść na wodzie

Liść w śniegu

Szron na liściu

Część II

Łuk i miecz, krew i ogień

Liść i płomień

Gradobicie

Ulewa

Strzała

Żar z ogniska

Część III

Między mokrą ziemią a ognistym niebem

Modlitwa

Zmarzlina

Między kamieniami żaren

Pąki

Pod kopułą nieba

Część IV

Szczypta świętości

Rozmowa

Liść na wietrze

Próchno

Przerwany siew

Część V

Suche liście

Stworzenie świata

Bogowie

Chors

Dadźbóg

Dodola

Dzidzileja

Jarowit

Mokosz

Nyja

Pioruniec (Żmij)

Poświst

Rod

Rodzanice

Siemargł

Swarożyc

Świętowit

Weles

Welewitka

Wołoszyn

Stwory, duchy i potwory

Brzeginia

Chmurnik

Domowy

Latawiec

Licho

Mamuna

Smok

Upiór

Wiła

Wodnik

Zmora

Żmij

Część VI

Kto jest kim

Postacie pojawiające się w powieści

Benedykt

Bogumił

Bogumił

Bogumił Wiślanin

Bogusław

Bolesław Srogi

Borzywoj

Borzywoj

Bożeciech

Bożena

Bożydar

Bożygniew

Chwalibóg

Czarnota

Czcibor

Damian

Grabisza

Igor

Jarosław

Jordan

Leszek

Leszek

Lubosza

Ludomir

Miłobóg

Miłosława

Mirosław

Mścigniew

Mojmir

Mrokota

Oleg

Przybysław

Przybygniew

Radom

Radom

Radosław

Sambor

Siemomysł

Sławka

Sławnik

Sobiesław (Wilk)

Sobiesław

Sowibor

Świerad

Wacław

Wisław

Włodzisław

Wojsław

Wojsław

Wojsław

Wysz

Wyszesław

Zbysława

Żelisław