3.
Wolność od wolności
W ten sposób sam umysł jest w jarzmie; nawet czyniąc coś dla przyjemności, ludzie przede wszystkim oglądają się na innych; lubią to, co lubią inni; wybierają tylko to, co inni zwykle czynią; unikają osobliwości gustu i oryginalności postępowania jak zbrodni i zagłuszają głos swojej własnej natury tak długo, że w końcu przestają go słyszeć; ich władze duchowe marnieją i słabną, tak że stają się niezdolni do odczuwania silnych pragnień lub szukania własnych przyjemności i nie mają zazwyczaj samodzielnych poglądów ani spontanicznych uczuć. Czy jest to pożądany, czy też niepożądany stan ludzkiej natury ludzkiej?7
3.1.
Poszedłem zatem za radą Okrągłej. Zaraz po spotkaniu udałem się do jednego z pobliskich barów i zamówiłem sobie drinka, a potem następnego. Zacząłem się wdawać w rozmowy i pogaduszki z napotkanymi tam osobami obu płci, śmiejąc się głośno, żywo, coraz żywiej gestykulując. Coś mnie niosło, czułem, jakbym biegł z górki i nie mógł już przestać. Dodam, że było to zachowanie całkiem nie w moim stylu. Byłem jak opętany. Widziałem to, czułem to i na pewnym etapie zupełnie nie potrafiłem zatrzymać.
Normalnie jestem raczej skryty, zamknięty w sobie, niełatwo nawiązuję kontakty i trochę może nawet lękam się ludzi. Teraz jednak brylowałem. Nie czułem żadnego lęku. Zagadywałem wszystkich ze swadą, lekkością oraz rozmachem. W ogóle nie byłem sobą. Czułem, że jestem kimś innym i w ogóle mi to nie przeszkadzało. Pomyślałem, że bycie sobą to przede wszystko zbiór nawyków zachowania, w których się czujemy względnie bezpiecznie, które w każdej chwili możemy porzucić, jeśli tylko poczujemy zew wolności, który porywa nas ku czemuś nowemu i nieznanemu.
W pewnej chwili, będąc już mocno upojony alkoholem, rozpocząłem zdecydowanie poufałą, poufałą na wiele sposobów, rozmowę z pewną damą, a przynajmniej w moim stanie wydawała mi się ona damą. Najwyraźniej nie spodobało się to innemu gościowi lokalu, który zapewne liczył na co najmniej zbliżoną poufałość z tą osobą i to zachodzącą niezależnie od mojej i całkowicie względem mojej poufałości wyłącznej. Odczułem ten konflikt interesów cokolwiek boleśnie, bo w postaci siarczystego ciosu pięścią, jednego, a potem drugiego. Nie byłem na to przygotowany. Wylądowałem jak długi na podłodze lokalu. Na chwilę mnie nawet zamroczyło.
Osobliwie nie poczułem z tego powodu strachu ani cierpienia, lecz euforię. Tak, to naprawdę była euforia. Nie miałem się ochoty schować, uciec, przeląc do szpiku kości - żaden z tych moich, zdawało by mi się naturalnych dla mnie, odruchów nie doszedł teraz do głosu. Podnosząc się z podłogi sprężyście i z entuzjazmem, bezzwłocznie rzuciłem się do radosnej bójki, niepomny zarówno o możliwe obrażenia, jak i wszelkie inne skutki finansowe czy prawne. Wszystko to było dla mnie nowe, zaskakujące i jakoś dziwnie cudowne.
Nic bardzo złego ostatecznie się nie stało. Wróciłem do domu jakieś dwie godziny później, poobijany i wciąż dziwnie radosny. Żona spała, więc niczego nie zauważyła. Obmyłem się, opatrzyłem jako tako i położyłem spać, czując, że oko zaczyna mi powoli puchnąć. Rano będę zapewne wyglądał cudacznie i będę się musiał z tego tłumaczyć. Perspektywa ta nie napawała mnie jednak nawet cieniem niepokoju czy zażenowania. Zasnąłem szybko, smacznie i głęboko.
Moja Żona skończyła psychologię, ale nie pracowała w zawodzie. Swoją wiedzę psychologiczną wykorzystywała po części w pracy na stanowisku menadżerki korporacji motoryzacyjnej, ale przede wszystkim w wychowywaniu dzieci i poniekąd mnie. Tego dnia wstała znacznie przede mną, bo musiała być wcześniej w pracy. Od razu mnie obudziła, bo zauważyła moją pokiereszowaną twarz. Zażądała wyjaśnień.
Chwilę czasu zajęło mi, żeby się obudzić i zrozumieć, co się dzieje. Przecierałem oczy i patrzyłem na Żonę bez zrozumienia. Miałem kaca i byłam bardzo niewyspany. Chciałem natychmiast wrócić do spania, bardzo obrażony, że mnie obudziła. Jednak ona nie dawała za wygraną. Pomyślałem, że bardzo ją kocham i że jest bardzo piękna, kiedy z taką troską domaga się ode mnie wyjaśnień. Wreszcie się obudziłem.
Zacząłem nieskładnie tłumaczyć zdarzenia poprzedniej nocy. Spytała mnie, co takiego mnie podkusiło, żeby iść w nocy do baru.
- Czy ty byłeś tam z jakąś kobietą? - dopytywała się. - Czy ty masz romans? Powiedz szczerze. Przecież wiesz, że nie potrafisz niczego przede mną ukryć.
Ze zdziwieniem niemałym zorientowałem się, że naraz utraciłem cały animusz z poprzedniej nocy. Byłem bardzo zawstydzony i zakłopotany. Miałem ochotę zawinąć się w kołdrę i naraz schować przed nią i całym światem. Co się ze mną działo? Powiedziałem niezdarnie, że to był jakiś dziwny impuls i że nie mam romansu. To była prawda - podkochiwałem się wprawdzie w Pięknej, ale to było przecież tylko w mojej głowie, czy może w moim sercu, w każdym razie gdzieś we mnie. Żeby był romans, to by musiało przybrać jakieś konkretne formy fizyczne, co się nie wydarzyło.
Patrzyła na mnie sceptycznie i kręciła głową z niedowierzaniem. Wreszcie powiedziała:
- No, przypuszczałem, że to ci się może przytrafić.
- Co takiego? - odparłem szybko, zakładając, że wciąż mówi o romansie. Byłem gotów stanowczo i z oburzeniem zaprzeczyć. Jednocześnie dotykałem napuchniętych miejsc na twarzy, próbując ocenić rozmiary konsekwencji mojego wyskoku.
- Kryzys wieku średniego. To może być kryzys wieku średniego - powiedziała z wyraźnym przekonaniem, po czym dodała: - Trochę późno, ale także w tym wieku się zdarza. Zobaczymy. No dobra, idę do pracy. I proszę cię, nie bij się już z nikim dzisiaj i nie kupuj żadnych sportowych samochodów.
Powiedziawszy to, wyszła z sypialni, a ja opadłem na poduszkę pogrążony w strasznych i najczarniejszych myślach. Odczuwałem nie tylko zagubienie, lecz także jakąś straszną dojmującą pustkę, która była niby wielkie przemożne wewnętrzne ssanie, jakby ogromne pragnienie czegoś, ale nie wiedziałem czego. Była tak głęboka, że przejmował mnie dreszcz za każdym razem, kiedy próbowałem jej dotknąć i spytać, czym jest, skąd się wzięła. Wszystko to było dla mnie nowe i zaskakujące.
Pomyślałem, że to może nie kryzys wieku średniego, ale raczej choroba dwubiegunowa. Miewałem dawniej okresy obniżonego nastroju, ale nie pamiętam takich nagłych wahań nastroju. Wczoraj byłem niemal w jakiejś euforii, nieustraszony i rezolutny, podczas gdy dzisiaj czułem się wręcz przeciwnie. Doświadczałem nawet silnej niechęci na perspektywę wstania z łóżka. Może wezmę dziś wolne w pracy?
3.2.
Jednak poszedłem do pracy. Miałem kilka ważnych spotkań, jakieś umowy do podpisania, projekty do dopilnowania. Wolałem niczego nie prokrastynować, bo potem to się mści. Ludzie w firmie sądzili, że jestem uporządkowany i systematyczny, a ja po prostu byłem leniwy. Nie lubiłem za dużo pracować, a wiedziałem, że odkładanie różnych spraw na później lub robienie ich w pośpiechu bardzo często skutkuje większą ilością dodatkowej roboty później.
W pracy byłem jednak roztargniony i przygnębiony. Irytowały mnie też ciągłe pytania o stan mojej twarzy. Chyba dałem odczuć tę irytację kilku osobom nawet nieco przesadnie, bo po południu ludzie zaczęli mnie mijać ze spuszczonym wzrokiem. Tymczasem ja zacząłem szukać Melancholijnego i Pragmatycznej. Chciałem im się zwierzyć z moich ostatnich przeżyć oraz przemian, a także dowiedzieć, co u nich słychać.
Zaszedłem do działu, w którym pracował Melancholijny. Spytałem o niego kolegów, bo nie było go przy jego biurku. Pierwsza zapytana osoba spuściła wzrok i zaczęła mi udzielać wyraźnie wymijających odpowiedzi. Druga osoba okazała się nieco śmielsza i poinformowała mnie, że Melancholijny został zwolniony tydzień temu, bo podobno był napastliwy wobec klientów. Zdziwiłem się, bo to do niego w ogóle nie pasowało.
Zadzwoniłem do niego, ale od razu włączyła się automatyczna poczta głosowa. Najwidoczniej miał wyłączoną komórkę. Zasmuciło mnie to, ale jednocześnie pocieszyło. Pomyślałem, że nie ja jeden doświadczam dziwnych przejść. A więc to nie ja, to nie idzie ze mnie. Przyczyna musi być zewnętrzna. To religia ukrytych musi być tą przyczyną.
Kiedy wychodziłem z działu, który do niedawna zatrudniał Melancholijnego, wpadłem na Pragmatyczną.
- O... - wykrztusiłem - właśnie cię szukałem.
- Nie pracuję tutaj - odparła przytomnie.
- Tak... to znaczy - zacząłem się tłumaczyć - miałem cię szukać po wyjściu stąd i masz... wpadłem na ciebie. Było nam chyba pisane zobaczyć się dzisiaj.
- Wszystko, co nam się zdarza, było nam pisane - odparła niecierpliwie. Sprawiała wrażenie, że gdzieś się spieszy. Albo może po prostu nie miała ochoty ze mną rozmawiać. Speszyło mnie to trochę.
- Posłuchaj, chciałem pogadać. To dość ważne - powiedziałem z poważną miną.
- O czym? - rzuciła, nie zmieniając tonu.
- O tej religii... i tych spotkaniach. Ja... - zacząłem, ale mi przerwała.
- Nie wolno rozmawiać o poliholokratykach poza spotkaniami - rzuciła szybko i ruszyła się tak, jakby chciała odejść i skończyć w ten sposób rozmowę. Zatrzymałem ją stanowczym gestem.
- Co, o jakich poliholo... co? - spytałem zaskoczony. Moje pytanie najwyraźniej mocno zbiło ją z tropu. Zorientowała się, że nie znam tej nazwy, a ona najwidoczniej nie powinna mi była jej wyjawiać. Zdaje się, że to zmieniło jej decyzję co do dalszego zbywania mnie. Umówiła się ze mną na spotkanie po pracy i poprosiła, żebym nikomu nie mówił, że wyjawiła mi tę nazwę.
Co to za religia, która nie życzy sobie, żeby znana była chociaż jej nazwa? - zacząłem się zastanawiać. Dziwne wydało mi też to, że choć żadne z dotychczasowych doświadczeń nie zmniejszyło w żaden sposób mojego sceptycyzmu, tym niemniej nie wpływało to także w żaden sposób na moje zainteresowanie tajemnicami poliholoczegośtam. Czułem się niby ofiara oszustwa lub manipulacji, która ulegała temu pomimo pełnej świadomości. Byłem niby zaczarowany.
3.3.
Spotkaliśmy się po pracy w tym samym miejscu, w którym kilka miesięcy temu po raz pierwszy usłyszałem od niej o tajemniczej religii. Naszła mnie refleksja, że bardzo dużo w moim życiu od tego czasu się zmieniło. Wydawało mi się wcześniej, że prowadzę ustabilizowany żywot mężczyzny przed pięćdziesiątką. Byłem przewidywalny, z typowymi nawykami i bezpiecznymi nałogami, byłem nawet trochę nudny. Do mojego wyczekiwania na coś też się przyzwyczaiłem. Oswoiłem je. Mogłem wyczekiwać nawet do końca życia. Tymczasem od tamtej rozmowy sprzed kilku miesięcy stałem się nieprzewidywalny, rozchwiany, zagubiony, Żona podejrzewała mnie o romans lub spóźniony kryzys wieku średniego, a w pracy zacząłem zachowywać się obcesowo i nerwowo.
Bez ogródek zwierzyłem się Pragmatycznej z moich problemów i obaw. Dodałem, przy okazji, że nie mogę długo zostać, bo Żona podejrzewa mnie o dziwne rzeczy i muszę zacząć wracać do domu zaraz po pracy. Jeszcze tego brakowało, żebym sobie zafundował jakiś poważniejszy kryzys małżeński. Zaczynałem rozumieć, jak bardzo człowiek potrzebuje tej niewidocznej rutyny, jak bardzo jest od niej zależny i jak bardzo jest krucha. Dom, praca, relacje, wystarczy, że w jednym z tych obszarów dochodzi do zaburzenia codziennych nawyków i form interakcji, a człowiek przestaje rozumieć, kim jest.
Pragmatyczna milczała przez chwilę, po czym westchnęła głęboko i z bardzo poważną, a nawet trochę groźną miną powiedziała:
- Posłuchaj. Przede wszystkim zacznijmy od tego, że nie możesz nikomu wyjawić tego słowa, jakiego użyłam dzisiaj w rozmowie z tobą. Wiesz, tego na p.
Pierwszy raz widziałem ją czymś głębiej przejętą czy zakłopotaną. Powiedziałem, że nawet nie potrafię go powtórzyć i że nikomu nie powiem. A jak kiedyś je "znowu" poznam, to będę udawał zaskoczonego oraz zaintrygowanego. To ją trochę uspokoiło. Potem raptownie powiedziała:
- To normalne.
- Co jest normalne? - spytałem, nie rozumiejąc, do czego odnosi się jej wypowiedź.
- To, jak się czujesz i co przeżywasz. To wszystko bardzo normalne. Nie ma się co martwić - odparła mi spokojnie. Przypomniało mi się to, co mi poprzedniego wieczora wyjawiła Ascetyczna. Też mówiła, zdaje się, że to, czego doświadczam, jest dobre, że mnie prowadzi we właściwym kierunku. W ogóle nie odpowiadało mi to wyjaśnienie. W żaden spokój mnie nie uspokajało.
- Ale ja się wdałem w bójkę, mam niepokojące wahania, a nawet skoki nastrojów, Żona podejrzewa mnie o najgorsze rzeczy. Czuję się w dodatku fatalnie. To jest normalne? To po prostu super - żachnąłem się cokolwiek ostentacyjnie. Życie mi się jakby waliło, a ona mówi, że to normalne i że mam się nie martwić.
- I...? - zaczęła pytająco i zawiesiła głos. To mnie już zupełnie zbiło z tropu. Wydawało mi się, że w sposób oczywisty wykazałem, że jej rada jest, jeśli nie absurdalna, to już co najmniej zupełnie nieprzydatna. W jakiś niepojęty dla mnie sposób ona w ogóle tego nie rozumiała.
- Czy nie powinno mi być lepiej...? - spytałem i tym razem ja wyczekująco zawiesiłem głos.
- Posłuchaj uważnie - powiedziała, nachylając się ku mnie niby konfidencjonalnie - kierujesz się dziwnym, choć powszechnym stereotypem na temat wszelkich wierzeń.
- Tak? Jakim? - zapytałem, nie kryjąc irytacji w głosie.
- Ludzie zakładają, że poznawanie prawdy na temat natury rzeczywistości oraz obcowanie z jej tajemnicami czy też wyższymi siłami, czymkolwiek te ostatnie są, musi koniecznie koincydować z poprawą ich samopoczucia i dobrostanu. A może prawda o świecie musi sprawiać, że przez większość czasu po prostu musimy się czuć gorzej?
- No to ja dziękuję za takie... - zacząłem, ale przerwała mi dziwnie stanowczo. Kontynuowała:
- Doszedłeś dość daleko, to znaczy, że masz zdolność do konfrontacji z prawdą na temat natury rzeczywistości. Ale to nie znaczy, że to musi nieść spokój, ukojenie czy cokolwiek byś tam sobie życzył. Tylko wyznawcy wyższych szczebli, którzy poznali najbardziej ukrytego, uzyskują spokój i harmonię. Tak mi przynajmniej mówiono. Ale to jest okupione ciężką pracą i sporą dawką cierpienia wcześniej. Musisz na to się przygotować. I musisz się przygotować także na to, że może ty tak daleko nie dotrzesz. Ciężko jest powiedzieć, jak daleko zaprowadzi cię twój potencjał.
- W takim razie może wolałbym się wycofać - rzuciłem, mimo że dobrze wiedziałem, że nie mówię prawdy. Moja ciekawość wciąż przewyższała moje cierpienie. Niedorzeczna transakcja.
- No cóż. Trudno. Ale, prawdę powiedziawszy, teraz nie masz już wyjścia. Kto wszedł do świątyni, ten z niej już nie wychodzi - stwierdziła dziwnie niefrasobliwym, niemal wesołym tonem głosu. Popatrzyłem na nią lekko zgorszony.
- Czy nie powinnaś ostrzegać przed tym ludzi, zanim ich zaprosisz na pierwsze spotkanie?
- I co? Sądzisz, że to by cię powstrzymało? Nie żartuj! - rzuciwszy to, zaśmiała się krótko i szczerze, po czym wstała i wyszła. Tak skończyło się nasze spotkanie. Jeszcze przez jakieś dziesięć minut siedziałem tam sam w zamyśleniu, dopijając moją jaśminową herbatę.
3.4.
Chciałem wrócić do domu i odpocząć. Byłem niewyspany, wciąż lekko skacowany i bardzo niespokojny. Uznałem, że kiedy wrócę do domu, zjem coś lekkiego, włączę na uspokojenie i odmóżdżenie jakiś ulubiony serial, może wezmę coś na sen i pójdę wcześnie spać. Tak, tego potrzebowałem, to mi na pewno pomoże. Nie ma to jak dobra wieczorna rutyna. Jednak nie tak niestety miał się potoczyć ten mój wieczór.
W domu czekała na mnie Żona z dwójką naszych dorosłych dzieci. Syn ma dwadzieścia cztery lata, a córka dwadzieścia. Syn w zasadzie nie mieszka już z nami, studiuje i pracuje w innym mieście. Zatrzymuje się u nas podczas sporadycznych krótszych lub dłuższych wypadów do stolicy. Córka formalnie jeszcze z nami mieszka, ale w zasadzie raczej już tylko pomieszkuje. Wraz z rozpoczęciem studiów i relacją romantyczną, jaką nawiązała, częściej zaczęła nocować poza domem niż w domu. Rodzicielstwo towarzyszyło mi nadzwyczaj intensywnie przez wiele lat. Wymagało mojego stałego zaangażowania, uważności, obecności, mnóstwa najrozmaitszych targających mną emocji, w tym sporo frustracji i lęku o dzieci. Nagle to wszystko praktycznie się skończyło. Był to bardzo dziwny stan. Wracałem do domu i bardzo często nikt już niczego ode mnie nie chciał ani potrzebował. Mogłem zająć się swoimi własnymi sprawami. Wciąż nie mogłem oswoić się z tym nowym doświadczeniem. Ciężko mi też było powiedzieć, czy mi tego dawniejszego szalonego rozgardiaszu brakowało, czy nie.
Tym razem cała trójka siedziała w kuchni. Zamilkli, kiedy wszedłem do domu. Spojrzeli na mnie. Było widać, że czegoś ode mnie chcieli. Akurat dzisiaj - pomyślałem poirytowany - kiedy ja marzyłem tylko o tym, żeby się zrelaksować i wcześniej położyć spać. Usiadłem ciężko na wolnym krześle przy stole w kuchni. Spytałem:
- Co tam? - Spojrzeli po sobie. Najwidoczniej żadne z nich nie kwapiło się, żeby zacząć. Popatrzyli po sobie, niby w jakiejś dziwnej zmowie.
- Kiedy przyjechałeś? - zwróciłem się tymczasem do syna. - Nie wiedziałem, że przyjeżdżasz. Macie jakąś przerwę?
- Miałem sprawę w urzędzie - odpowiedział. - No i mama prosiła, żebym wpadł dzisiaj na kolację.
Spojrzałem odruchowo na stół, na którym nie było żadnych nakryć.
- Kochanie, musimy porozmawiać - powiedziała spokojnie Żona, patrząc na mnie czule. Mimo że podobnie jak ja dobiegała pięćdziesiątki, wciąż była piękną i atrakcyjną kobietą. Miała szczupłe, wysportowane ciało, krótkie szatynowe włosy przystrzyżone krócej z jednej strony, duże, intrygujące i ciepłe oczy, wydatne kości policzkowe i pociągająco zarysowaną szczękę - w jej rysach widać było niewielką domieszkę wschodniej krwi.
- O czym? Chodzi ci o ten wczorajszy wyskok? To nic takiego - tłumaczyłem się.
- Nie, nie o to chodzi.
- To o co?
Zapadła kolejna chwila niezręcznej ciszy. Dzieci były najwyraźniej zakłopotane tą sytuacją.
- Uważamy - powiedziała wreszcie Żona - że dałeś się wciągnąć do jakiejś sekty.
Zamurowało mnie. Skąd o tym wiedziała? Skąd wiedziała o religii bóstw ukrytych? Przecież powiedziałem jej, że chodzę na spotkania klubu dyskusyjnego. Zawsze interesowały mnie takie rzeczy, więc się nie dziwiła, o nic nie dopytywała. Dotarło do mnie nagle, że to jest interwencja. Stąd obecność dzieci. Wydało mi się to śmieszne i jednocześnie oburzające.
- Skąd...? - zacząłem pytanie, ale mi przerwała, wyjaśniając, że dowiedziała się o wszystkim od żony Melancholijnego, która była całkiem niemelancholijna, a właściwie Choleryczna. Moja Żona zadzwoniła do Cholerycznej, bo wydawało się jej, że trochę się przyjaźnię z Melancholijnym. Chciała spytać, czy to może Melancholijny był wtedy ze mną w tym barze i trochę więcej dowiedzieć o okoliczności mojej bójki. W ten sposób dowiedziała się o religii bóstw ukrytych, a także o tym, że Melancholijny miał załamanie nerwowe. Choleryczna nakreśliła jej wszystko w alarmujących i sensacyjnych barwach.
Próbowałem im wyjaśnić, że to nie jest żadna sekta, że to po prostu ciekawe spotkania z ludźmi poszukującymi, ale nie przyjmowali tego. Po kolei mówili, że mnie kochają, że im na mnie zależy i że nie chcą mnie stracić. Zapewniałem ich, że mnie nie stracą, ale mi nie wierzyli, tylko od nowa zaczynali afirmatywną rutynę. Uznałem wreszcie, że po prostu muszę to przeczekać. Nie było sensu się ciskać i wychodzić z trzaskiem drzwi.
Dziwnie się czułem w tej sytuacji. Jednocześnie kochany i zniewalany. Znowu poczułem tę potrzebę, co wczoraj, znowu zaczęło we mnie wzbierać wezwanie ku jakimś przestworzom, ku wyzwoleniu się ze wszystkiego, co mnie krępuje. Chciałem gdzieś gnać, w coś się wdać. Zapragnąłem nieograniczonej przestrzeni, otwartej drogi, jazdy przed siebie bez końca, interesowania się tym i tamtym, czymkolwiek, co mi wpadnie w oko i ucho, dać się pociągnąć najlżejszemu drgnieniu serca, przeczuciu, intuicji.
- Zależy nam, żebyś się zastanowił nad tym, co tu dzisiaj od nas usłyszałeś, i wycofał się z tych spotkań - zakończyła tymczasem Żona.
Patrzyłem na nią uważnie i przytaknąłem niechętnie na znak, że się zastanowię.
- Czy masz jakiś telefon do tej organizacji? - spytała jeszcze. - Mogłabym zadzwonić do nich i powiedzieć, że więcej nie przyjdziesz. Może to dla ciebie za trudne.
- To tak nie działa, tam nie ma tego rodzaju telefonów, żadnej centrali. Przynajmniej nic o tym nie wiem. To raczej luźne spotkania w różnych grupach.
Żona popatrzyła po sobie z dziećmi, jakby ta informacja znaczyła coś nadzwyczajnego i dowodziła ich najgorszych podejrzeń. Żachnąłem się, że to jest takie głupie. Jednocześnie moja potrzeba ucieczki narastała, znowu zacząłem odczuwać, że się duszę. Możliwe, że miałem kolejny lekki atak paniki. Zacząłem się wiercić i rozglądać. Oddychałem ciężko. Byłem niczym złapane do klatki dzikie zwierzę.
Żona od razu zorientowała się, że coś takiego się ze mną dzieje. Zaproponowała mi leki na uspokojenie, które sama czasem zażywała po rozmowie telefonicznej ze swoją matką. Przystałem na jej propozycję. Wziąłem leki, gorącą kąpiel, zjadłem coś lekkiego. Ale nie mogłem się skupić na ulubionym serialu. Zasnąłem wcześnie. Całą noc miałem mroczne, wyraziste i niepokojące sny. Coś mnie trzymało za nogę i próbowałem się wyrwać, ale nie mogłem. Jednocześnie ktoś mnie wołał o pomoc, której nie mogłem udzielić. Więcej konkretów nie pamiętam. Obudziłem się bardzo zgnębiony.
3.5.
Kilka dni później poszedłem na pierwsze spotkanie nowego etapu. Nie powiedziałem o tym Żonie. Nie oszukiwałem jej też, nie starałem się jej oszukać. Wiedziałem, że i tak się domyśli. Miała rację, kiedy powiedziała wcześniej, że nie potrafię jej oszukiwać. Po prostu po pracy nie wróciłem do domu, tylko poszedłem na spotkanie. Jutro będziemy mieli poważną rozmowę. Trudno.
Spotkanie było kameralne. W małym i umeblowanym bardzo ascetycznie mieszkanku spotkaliśmy się w piątkę z osobnikiem, który przedstawił nam się jako Opiekun. Powiedział, że będzie nas zapoznawał z kolejnymi bóstwami czy siłami duchowymi - używał tych określeń zamiennie. Był Opiekunem, bo miał się o nas troszczyć, miał nas chronić, żeby poszczególne bóstwa nie wyrządziły nam krzywdy w trakcie tych wtajemniczeń.
Mgliście uzmysłowiłem już sobie, że informacja o jakichś niebezpieczeństwach, jakie na nas czyhały, nie jest może bezpodstawna. Zaczynałem rozumieć, że to, co mi się ostatnio przytrafiało, było co najmniej częściowo efektem działania jakiejś siły, która, brana sama w sobie, nie była mi przyjazna, która interesowała się tylko sobą samą, żebym zrobił to, czego ona ode mnie chciała, bez względu na to, czy to jest dobre dla mnie samego, czy nie. I bez względu na ewentualne destrukcyjne konsekwencje.
Miałem bardzo dużo pytań, ale osobliwie żadnego nie potrafiłem zadać. Tyle się już wydarzyło, tyle już miałem w związku z tym myśli, że brakło mi odpowiednich słów, a w szczególności odpowiedniej koncentracji. Dlatego poprzestałem na słuchaniu tego, co miał nam do powiedzenia Opiekun. Był jowialnym i ciepłym czterdziestolatkiem z półcentymetrowym zarostem i wystudiowanym nieładem we włosach. Wyglądał właściwie jak typowy coach lub terapeuta.
Zanim nas zaczął instruować, jedna z obecnych osób spytała nas o instynkt samozachowawczy. Zawsze była przekonana, że człowiekiem kieruje w pierwszej kolejności instynkt samozachowawczy i troska o dobrostan. Tymczasem z tego, co zrozumiała, religia bogów ukrytych opiera się na założeniu, że człowiek bardzo łatwo porzuca swój instynkt samozachowawczy na rzecz jakichś sił, które go uwodzą. Powiedziała, że nie może tego zrozumieć. Co się dzieje z instynktem samozachowawczym?
Opiekun zamyślił się na chwilę i powiedział, że w takim razie, o ile inni nie mają nic przeciwko temu, bardzo chętnie zacznie swoją dzisiejszą pogadankę od strony instynktu samozachowawczego. Żadne z nas nie zgłosiło obiekcji, więc zaraz zaczął przemawiać. Zauważyłem, że bardzo zmienił sposób mówienia w stosunku do tego, jak się z nami wcześniej komunikował. Był teraz jakby uroczysty, spokojny, powolny, tak że jego mowa znowu przypominała mi raczej kazanie niż wykład czy, jak to określił wcześniej, pogadankę. Zaskoczyło mnie też to, że mówił nadzwyczaj składnie, jakby dokładnie tę mowę miał przygotowaną, mimo że zaczął od instynktu samozachowawczego, czego nie miał przecież pierwotnie w planie. Przeszło mi nawet przez myśl, że to może było w istocie ukartowane.
- Powiadam wam, człowiek jest rozplątywaczem. Zrozumiałem to, kiedy sam przeszedłem swoje wtajemniczenia w naszej religii. Powiedziałem wtedy pozostałym, że moim zdaniem istotą człowieka jest rozplątywanie - jest to jego istota i przekleństwo. A inni przyznali mi rację, powiedzieli, że dobrze to nazwałem. Wielu z nas od tej pory wyraża się w ten sposób.
Można też powiedzieć, że człowiek jest rozszczepiaczem, ale to trochę gorzej brzmi i trochę gorzej utrafia w sedno. Chociaż to też przydatna metafora. Można powiedzieć o człowieku, że jest jak pryzmat, który rozszczepia światło. W normalnych warunkach światło jawi się jako coś jednego i jednolitego, ale kiedy przejdzie przez pryzmat, doznaje rozszczepienia na elementy. Tak samo byt wydaje się jeden i jednolity, ale kiedy przejdzie przez człowieka, to się jakby rozszczepia na różne elementy. To ukazuje prawdę o bycie, ale jest też niebezpiecznie. Bo od tego czasu człowiek ma skłonność, żeby dostrzegać tylko jeden element i tylko za nim podążać, i to zawsze kończy się źle.
Ale wróćmy do metafory rozplątywania. Można powiedzieć o świecie, że jest niczym gruby warkocz spleciony z kilku podstawowych włókien. Większości ludzi w zwyczajnym stanie umysłu ten warkocz jawi się jako pewna jedność, jednak natura obdarzyła nas potrzebą poszukiwania nowych możliwości - co przejawia się w ten sposób, że rozplątujemy to, co jest, żeby to połączyć w nowej postaci. Człowiek rozplątuje tkankę tego, co istnieje, i to, co tworzy w to miejsce, często jest niekompletne i niestabilne, bo brakuje w nim poszczególnych włókien. Czasami człowiek nie umie połączyć włókien w nową całość - wtedy pozostaje przy jednym wątku, odrzucając wszystkie pozostałe. To zawsze rodzi pustkę i nicość.
Weźmy na przykład instynkt samozachowawczy, który charakteryzuje każdą żywą istotę, w tym człowieka. On się nam jawi jako coś w swej istocie prostego i jednorodnego, jednak taki nie jest. Wystarczy się zastanowić nad tym terminem. Co to znaczy instynkt samozachowawczy? Przyjrzyjmy mu się. Po pierwsze jest to instynkt, czyli jakiś bezwarunkowy odruch, przymus chronienia siebie. A co z sytuacjami, w których poświęcamy siebie w imię czegoś lub kogoś, w imię jakiejś idei lub drugiej osoby, którą kochamy? Co wtedy się dzieje z instynktem samozachowawczym?
Ktoś mógłby powiedzieć, że utrata tej rzeczy, w imię której się poświęcamy, oznaczałaby utratę nas samych, że bez tej rzeczy nie bylibyśmy już dłużej sobą. W tym sensie poświęcenie siebie jest ochroną siebie. Tak, to prawda. Ale to nas zwraca do drugiego składnika instynktu samozachowawczego - mianowicie do siebie, do nas samych. Kogo chronimy, chcąc ochronić siebie? Przecież nie chodzi po prostu o przetrwanie ciała - nikogo nie interesuje zwykła wegetacja. Chodzi raczej o to, z czym się identyfikujemy. Ale co to jest właściwie? Czyż my sami nie jesteśmy raczej wiązką różnych elementów niż czymś jednorodnym? Z jednej strony określa nas rozum, rozumienie, to, co wiemy i w co wierzymy, ale z drugiej strony określają nas relacje z innym ludźmi, to, kogo kochamy, z trzeciej strony określa nas to, co uważamy za słuszne, za dobre, do czego należy dążyć, dzięki czemu świat staje się lepszym miejscem. I tak dalej, tych stron jest więcej. Czy bycie sobą to nie jest właśnie zdolność, czy możliwość myślenia, kochania, czynienia dobra oraz wszystkich innych rzeczy, które składają się na ten dziwny i tajemniczy warkocz naszego istnienia? To by oznaczało, że nasze ja, to, co chronimy, nie jest czymś jednym i konkretnym, ale migotliwą wielością.
A teraz opowiem wam o wolności.
3.6.
Opiekun kontynuował swoje kazanie, a my słuchaliśmy go uważnie. Czas zaś mijał najbardziej niezauważenie.
- Wolność to jedno z włókien warkocza istnienia albo jedna z rozszczepionych fal światła istnienia, albo jedno z bóstw, które tworzą świat, albo jedna z sił duchowych, które tym światem kierują. Każdy z tych sposobów mówienia jest właściwy, każdy stwierdza w zasadzie to samo. Świat nie został stworzony, jest tworzony w każdej sekundzie niejako od nowa, wolność jest jednym z jego składników, jednym z tych czynników twórczych. Świat jest niejako dążeniem w różnych kierunkach - jednym z tych kierunków jest wolność.
Wolność, tak jak każdy ze składników, jest niezbędny dla całości, ale jednocześnie bardzo niebezpieczny, jeśli jest brany w oderwaniu. Niezbędny jako komponent, niebezpieczny jako dominujący element. Musi być zachowany, nie może być wywyższany. Tak jest z każdym bóstwem. Jednak każde bóstwo chce być jedyne, każde myśli, że jest jedyne, każde myśli, że tylko ono tworzy świat. I człowiek, który rozplątuje warkocz, ulega temu złudzeniu, które jest złudzeniem bóstw. Człowiek musi być mądrzejszy, bo inaczej straci siebie.
Świat ludzki możliwy jest do utrzymania tylko w dwóch stanach. Kiedy ludzie są za głupi, pogrążeni w pełnej ignorancji i miotani przez siły duchowe w tę i we w tę lub kiedy są bardzo mądrzy i umieją świadomie szukać równowagi. Najbardziej niebezpieczny jest stan pośredni. Dlatego religia bogów ukrytych może być dostępna tylko dla wtajemniczonych, dlatego też nie ma żadnych swoich pism - zakazane jest spisywanie. Wybieramy tylko ludzi, co do których spodziewamy się, że mogą przejść fazę pośrednią. Jeżeli potraficie oprzeć się pojedynczemu bóstwu, jest to dla nas ostateczny test, że się nadajecie. Wtedy też poznacie naszą prawdziwą nazwę.
Ale wróćmy do wolności. Musimy teraz zrozumieć, czym ona jest, obnażyć jej istotę - tylko dzięki jej pełnemu zrozumieniu możemy się jej oprzeć. Dlatego posłuchajcie teraz uważnie i dobrze zapamiętajcie. Wasze rozumienie będzie w tym przypadku waszą obroną i zabezpieczeniem. Wolność ma dwa aspekty, o czym często mowa w literaturze, aspekt negatywny, określany mianem wolności od, i aspekt pozytywny, określany mianem wolności do.
Aspekt negatywny wolności to uwolnienie od konieczności wyboru jakiejkolwiek opcji, jaka przed nami stoi. Jest to w tym kontekście dążenie do wyzwolenia od jakiegokolwiek przymusu, od wszelkiej presji, żebyśmy wybrali raczej to niż coś innego. Największym sekretem i jednocześnie paradoksem wolności w tym znaczeniu jest to, że sama jest przymusem. Aspekt pozytywny wolności to natomiast dążenie do posiadania jak największej ilości opcji do wyboru - subiektywnie jest to często doświadczane jako poczucie przestrzeni albo jako potrzeba przestrzeni. Największym sekretem i paradoksem wolności w tym znaczeniu jest, że im więcej opcji, tym mniej opcji. Należy ten drugi paradoks rozumieć w ten sposób, że im więcej mamy opcji wyboru, tym mniejszą wagę ma każda poszczególna opcja, gdzie przez wagę należy rozumieć prawdopodobieństwo jej wyboru. Jeżeli masz na przykład cztery opcje wyboru, to każda ma wagę dwudziestu pięciu procent, ale jeśli masz milion opcji, to ta waga drastycznie spada, staje się prawie nicością. Stąd poprzednie sformułowanie: im więcej mamy wyboru, tym mniej go w istocie mamy.
Osoba schwytana w sidła bóstwa wolności dąży do uwolnienia się od wszelkich ograniczeń i jednoczesnego optymalnego pomnożenia swoich możliwości. Te dwie potrzeby czy pragnienia rozpętują prawdziwą burzę w jej umyśle. Dąży do tego po omacku, bezrefleksyjnie, w sposób niszczący ją i jej otoczenie. Ale tego pragnie od niej bóstwo, tak objawia się w naszym życiu ta siła duchowa, jeśli ją wyodrębnić, postawić z boku, uczynić jedyną. Nie możecie na to pozwolić. Przeciwstawiajcie bóstwu jego paradoksy - to was uwolni od wolności.
Tutaj Opiekun skończył, a my, cała nasza trójka, jeszcze długo siedzieliśmy w milczeniu i zastanawialiśmy się nad tym, co usłyszeliśmy.
Potem rozmawialiśmy ze sobą, żeby to lepiej zrozumieć. Rozmawialiśmy w kręgu naszej trójki słuchaczy, ale Opiekun od czasu do czasu się wtrącał, żeby coś doprecyzować. W kontekście snutych na głos rozważeń młodej kobiety, bardzo szczupłej blondynki z długimi włosami i obcym, wydaje mi się, że z rosyjskim akcentem, powiedział:
- Wolność od wolności oznacza akceptację, że nie musisz mieć wszystkich opcji zawsze i wszędzie dostępnych. Chodzi o naukę akceptacji konieczności wyboru i nieuchronnych ograniczeń. Można to nazwać pokorą egzystencjalną.
Inna osoba, zatroskany szpakowaty mężczyzna po czterdziestce, w rogowych okularach i dziwnym nieokreślonym bólem w spojrzeniu, spytał o historię tej religii. Kiedy powstała? Kto ją założył? Opiekun powiedział, że nie ma w tej kwestii zgody między obecnymi wyznawcami, w tym w gronie starszyzny. Niektórzy uważają, że obecna jej postać wywodzi się z okresu Oświecenia, że powstała w gronie ówczesnych francuskich i hiszpańskich ateistów, gdzie niektórzy z nich, porzuciwszy ostatecznie wiarę w jednego, wszechmocnego, wszechwiedzącego i doskonałego Boga, zaczęli doświadczać przeróżnych niepokojących wizji i z tego zrodziła się ta religia. To by znaczyło, że liczy sobie niewiele ponad dwieście lat. Nie ma jednak na to żadnych dowodów w związku z zakazem zapisywania.
Jednak inni uważają i Opiekun, jak wyznał, podzielał ich zdanie, że ta religia jest znacznie starsza, że w ogóle jest prawdopodobnie jedną z najstarszych religii.
- Przecież - powiedział - politeizm poprzedza wielkie religie monoteistyczne. Wielu z nas sądzi, że starogrecka religia bogów olimpijskich, z ich niesnaskami i lekceważącym stosunkiem względem śmiertelników, jest nieco wypaczoną, strywializowaną i popularną wersją tej tajnej religii. Sądzę, że mogła powstać w pokoleniu Homera, zrodzona z wizji i objawień spływających wówczas na poetów-kapłanów.
3.7.
Po powrocie do domu miałem zrozumiałą rozmowę z moją drogą Żoną. Tym razem byłem jednak dobrze przygotowany. Miałem argumenty.
Już w progu stwierdziła, a nie spytała, że byłem na spotkaniu. Potwierdziłem śmiało. Następnie spytała, czy mogę jej to jakoś wyjaśnić. Powiedziałem, że nie sądzę, żeby mi to szkodziło, i że to jest mój powód.
- Tak, to prawda, że wdałem się w bójkę w barze - podjąłem, zanim zdążyła coś powiedzieć - jednak to mi się mogło przydarzyć bez żadnej sekty. Takie rzeczy zdarzają się ludziom i ich rodziny nie podejrzewają, że spowodowała to przynależność do sekty. Poza tym nie robię niczego niepokojącego, prawda?
- Stałeś się bardzo skryty i nieprzystępny ostatnio - powiedziała skwaszona. Widocznie była stropiona moją niespodziewaną bojowością.
- Jak mnie podejrzewasz o wstąpienie do sekty, to jak nie mam być nieswój? Może to tylko reakcja na twoją przesadną podejrzliwość.
- Byłeś taki już od paru tygodni, zanim rzuciłam na ciebie podejrzenie - odparła przytomnie.
- Jeżeli tak, to przepraszam. Mogłaś coś powiedzieć. Miałem myśli zaprzątnięte tym, o czym rozmawiamy na spotkaniach. Ale nie uważam, żeby to był powód do niepokoju. Ludzie nie muszą być cały czas tacy sami. Zamyślenie i względna nieprzystępność to bardzo słabe przesłanki na rzecz zagrożenia manipulacją ze strony sekty.
Widać było, że Żona szuka jeszcze jakiegoś argumentu. Potem zaproponowała, że pójdzie ze mną na jakieś spotkanie, żeby się przekonać. Wyjaśniłem jej, że to tak nie działa, że są etapy wtajemniczenia, trochę jak u masonów. Trzeba przejść samemu wstępne etapy. Zaproponowałem, że mogę jej dać kontakt do osoby organizującej spotkania otwarcia, bo tak się nazywa to pierwsze wprowadzające doświadczenie - teraz wiedziałem już takie rzeczy.
Jednak nie podobało jej się to rozwiązanie. W odróżnieniu ode mnie nie lubiła publicznych dyskusji, debat i w ogóle wszelkich nowinek. Po pracy lubiła zajmować się domem i ogrodem, rozmawiać z dziećmi, czytać książkę lub oglądać ulubione seriale. Poprosiła, żebym jej w takim razie opowiedział, jak to wygląda, jak wyglądają te spotkania, żeby mogła sobie wyrobić pogląd. Odparłem, że nie mogę, że to jest zakazane. Każda osoba, musi sama tego doświadczyć - dopiero wtedy można z nią o tym rozmawiać.
Żachnęła się. Była bardzo zła.
- Mąż nie powinien mieć przed Żoną żadnych tajemnic! Widzisz, to jest jednak sekta! - powiedziała. Nie czułem się przekonany tym argumentem i podzieliłem się z nią moim odczuciem. Mój spokój i brak pożądanej reakcji na jej wzburzenie jeszcze bardziej ją rozsierdził. - No jeszcze zobaczymy! - rzuciła, wstała od stołu kuchennego, przy którym prowadziliśmy tę konwersację, i ostentacyjnie wyszła z kuchni.
Zostałem sam. Byłem wolny od jej obecności i indagowania mnie, ale nie byłem wolny od aury jej emocji, które zostały i wisiały nad moją głową niczym ciężki burzowy obłok. Zacząłem rozmyślać o naturze wolności, zwłaszcza zaś o tym, że nauczanie Opiekuna burzyło pewien stereotyp wyłącznie pozytywnego charakteru wolności. Zawsze myślałem o wolności wyłącznie jako o czymś dobrym. Tymczasem okazywało się, że jest jednocześnie dobra i zła, w zależności od tego, do jakiego stopnia jej ulegniemy.
W ciągu kolejnych tygodni Opiekun wyjaśniał nam związek między wolnością a tym, czego chcemy. Doprecyzował, że wolność pozytywna to zbiór możliwych scenariuszy, których byśmy sobie dla siebie z różnych powodów życzyli. Czasami jednak, dodawał, nasze własne życzenia i oczekiwania ograniczają naszą wolność - można sobie przecież wyobrazić, że moglibyśmy sobie życzyć czegoś, czego jeszcze sobie nie życzymy. Nie chodzi więc o to, co sobie życzymy tu i teraz, ale o to, co w ogóle, przy odrobinie wyobraźni, moglibyśmy sobie życzyć, o nieskończony zbiór możliwych dostępnych dla nas życzeń.
Patrząc wstecz, na początek okresu trudnych relacji z moją Żoną, pomyślałem pewnego razu, jak bardzo uwalniające są te spostrzeżenia. Czułem, że życzę sobie mieć dobre relacje z moją Żoną, jednak z drugiej strony może mógłbym sobie wyobrazić, że co najmniej okresowe gorsze relacje z nią też mogłyby być czymś, czego mógłbym sobie życzyć. Czy nie mogłoby tak być? Nawet udało mi się kilka takich scenariuszy wyobrazić. Nie chciałem dla siebie wszystkich możliwości, ale świadomość, że jest ich wiele, bywała bardzo przydatna i uspokajająca.
W trakcie tych kolejnych tygodni opiekun dawał nam szereg różnych ćwiczeń do wykonania. Mieliśmy na przykład dokonać przeglądu wszystkich swoich możliwości, tych utraconych i tych, które jeszcze stoją przed nami otworem, tych, o których myśleliśmy, i tych, o których nigdy nie pomyśleliśmy, a moglibyśmy, czy może nawet powinniśmy byli pomyśleć. Przeglądając je, mieliśmy się w nie wsłuchać, usłyszeć, jak każda nas przyzywa, niby droga, którą z jakiegoś powodu natychmiast trzeba podjąć. Opiekun wyjaśnił nam, że to bóstwo wolności przez nie woła, że to jest głos tego bóstwa.
- Pośród wszystkich możliwości bycia, wobec ich wszystkich szeptów i wezwań - wyjaśniał nam Opiekun - powinniście się przechadzać niczym po zatłoczonym bazarze, gdzie kupcy wystawiają swój towar, nagabując was, pociągając za rękaw, czasem trochę za bardzo nachalnie, na co wy odpowiadacie grzecznie i ze spokojem, że nie, nie teraz, może później, a potem na przykład wybieracie jedną rzecz, jeden produkt, jedną drogę i nie oglądacie się za innymi, i bazar wtedy znika, głosy cichną. To jest spokój, to wolność zostaje zatrzymana. Jest tam, pozostaje, jako punkt odniesienia, ale to ona jest dla was punktem odniesienia, a nie wy jej sługą.
7 John Stuart Mill, O wolności, przeł. A. Kurlandzka, w: O wolności. O zasadzie użyteczności, Wydawnictwo De Agostini, Warszawa 2003, s. 93.