Rozdział 3
Podeszła do okna i wyjrzała spomiędzy zasłonek. Było już ciemno, ale w oddali można było dostrzec drobne przebłyski żółtego światła. Wyglądało to tak, jakby ktoś na drzewach w pobliskim lesie zawiesił latarnie.
Oczywiście nikt niczego nie wieszał. Drzewa zakrywały światło padające z okien w ośrodku, co wywoływało iluzję świecących latarni.
Ośrodek stanowił niejako inny świat. Był odizolowany, oddalony od jej domu o co najmniej trzysta metrów.
Natknęła się na ten dom przed pięcioma laty, kiedy jej największym pragnieniem była wyprowadzka z Kopenhagi. Po tym jak zrezygnowała z wynajmowania mieszkania i sprzedała większość rzeczy, znajomi użyczyli jej zapuszczonego domku letniskowego niedaleko Smidstrup. Nikt nie wiedział, gdzie mieszka.
Pewnego letniego dnia wybrała się na przejażdżkę rowerem w głąb lądu. Umyślnie próbowała zabłądzić i udało jej się. Lubiła jeździć rowerem bez sensu i celu. Jeździła po ścieżkach i po rzadko uczęszczanych dróżkach, pomiędzy drzewami, na otwartych przestrzeniach, przeważnie na nikogo nie natrafiając.
Wyjechała z lasu w pobliżu stacji M?rum, zaskoczona tym, gdzie się znalazła. Potem ulicą pojechała dalej na wschód, rozglądając się za drogą albo ścieżką, którą mogłaby wrócić na wybrzeże, kiedy nagle ujrzała dom.
Zeskoczyła z roweru i zaczęła przyglądać się małemu budynkowi z czerwonej cegły, który leżał jakieś pięćdziesiąt metrów od zapomnianej szosy na zalesionym wzgórku po jej południowej stronie.
Było cicho i ciepło. Promienie słońca padały na gorący, szary asfalt, a do niej docierał zapach żywicy.
Ten dom miał w sobie coś, co spowodowało, że z determinacją poprowadziła rower po biegnącej wzdłuż domku, piaszczystej ścieżce.
Widziała, że ktoś w nim mieszka.
W pomalowanych na zielono oknach wychodzących na ścieżkę dostrzegła staromodne zasłonki kuchenne, a obok drzwi wejściowych stał stary, biały motorower ze sfatygowanym, gumowym siodełkiem.
Przyglądała się fasadzie. Nad zielonymi drzwiami umieszczony był mały daszek, wsparty od przodu dwoma rzeźbionymi, kwadratowymi filarami pomalowanymi na kolor ciemnozielony. Farba zaczynała już odchodzić.
Stała w cieniu domu od strony wschodniej fasady. Była trzecia po południu, słońce już dawno temu przewędrowało nieboskłon i świeciło teraz na tył budynku. Nie widziała żadnej siatki ani żywopłotu. Dom stał po prostu w lesie. Oparła rower o mur i przeszła na tył posesji, żeby zobaczyć, jak dom wygląda po drugiej stronie.
Potem szła wzdłuż ściany południowej i zajrzała w małe, oświetlone słońcem okienko. Skręciła za rogiem i nagle stanęła jak wryta, ponieważ usłyszała czyjś głos.
- Czego chcesz?
Na stojącej przy ścianie ławce siedział starszy mężczyzna. Ubrany był w brudny sweter koloru khaki, koszulę w kratkę zapiętą pod szyją, a na głowie miał czarną czapeczkę z błyszczącym daszkiem. Jego twarz przywodziła na myśl słonia. Skórę miał szarobrązową i pomarszczoną, nos i uszy wydawały się ogromne. Oczy były małe i ciemne, otoczone wokół fałdami skóry.
- Przepraszam - powiedziała. - Jestem Ida.
Staruszek siedział spokojnie, zwracając ku niej twarz i mrużąc od słońca oczy.
- Czego chcesz, Ida? - zapytał.
- Przejeżdżałam akurat obok twojego domu.
- No i co?
Nie umiała rozstrzygnąć, czy jest zły.
- Nic. Pomyślałam sobie... No, pomyślałam, że tu jest pięknie, i musiałam zajrzeć.
Mężczyzna podniósł pełną zmarszczek dłoń, żeby zasłonić się przed słońcem.
- Zajrzeć?
Poczuła się jak idiotka.
- Przepraszam cię - powiedziała. - Nie chciałam ci przeszkadzać.
Patrzył na nią dalej, nie poruszając się.
- Chcesz napić się wody? Jest ciepło.
Mężczyzna nazywał się Erik Gundestrup. Zaprosił ją do środka. Weszli do okrytej cieniem kuchni, prawie idealnie odpowiadającej jej wyobrażeniom.
Niski stół kuchenny, lakierowana podłoga, stara kuchenka i brzęcząca lodówka. Mały stolik, jasnozielone szafki i kremowy zegar ścienny, który nowoczesny był w latach sześćdziesiątych.
Erik Gundestrup powoli napełnił szklankę wodą z kranu. Podał ją, po czym przypatrywał się pijącemu gościowi. Chciwie wypiła, a stary człowiek się roześmiał.
- Chciało ci się pić bardziej, niż myślałaś.
Oddała mu szklankę.
- Racja.
- A więc podoba ci się mój dom - powiedział.
Na kuchence stał niebieski, emaliowany dzbanek. Trochę czuć było gaz i odruchowo spojrzała na żółtą butlę z wężem.
Gundestrup chwycił dzbanek i nalał kawy do małej filiżanki stojącej na stole. Popatrzył na nią.
- Jak jest gorąco, piję kawę na zimno.
Przysunął dzbanek w jej stronę, unosząc swoje słoniowe brwi pod daszkiem czapki.
- Dziękuję bardzo - powiedziała, kiwając głową.
Patrzyła, jak sięga po filiżankę stojącą w jednej z górnych szafek. Poruszał się żwawo, jakby obawiał się, że ona odmówi.
- Większość kobiet nie chce pić zimnej kawy - powiedział. - To taki mój trik. Zimna kawa, jak jest gorąco. Cały dzień tak można.
- Czy mogę cię o coś zapytać? - powiedziała.
Spojrzał na nią swoimi słoniowymi oczami.
- Możesz.
- Ile masz lat?
Gundestrup roześmiał się.
- A jak myślisz?
- Nie wiem. Możesz być w każdym wieku, od siedemdziesiątki do dziewięćdziesiątki.
Staruszek odstawił dzbanek. W jego małej kuchni było przyjemnie chłodno, choć na leżący w przedpokoju chodnik padały promienie słońca.
- Trochę musisz podwyższyć.
- Więcej niż dziewięćdziesiąt?
Potaknął.
- Urodziłem się w tysiąc dziewięćset drugim roku.
- Czyli masz... sto lat?
- Kalendarz nie kłamie - powiedział. - Wydaje mi się, że skoro przychodzisz tu dzisiaj, to jesteś aniołem.
Roześmiała się.
- Nie. Nie jestem aniołem. Ale dlaczego tak myślisz?
- No bo to właśnie dzisiaj - powiedział, patrząc jej prosto w twarz.
- Co jest dzisiaj? - zapytała zmieszana.
Podniósł swoją filiżankę w jej kierunku.
- Moje urodziny. Urodziłem się o czwartej po południu, więc rozumiesz, dlaczego mi się zdawało, że jesteś aniołem. Sądziłem, że przyszłaś po mnie.
Spojrzał na zegar.
- O właśnie teraz. Kończę sto lat.
Wzruszyła ją ta kuchenna scena i chwyciła go za dłoń.
- Wszystkiego najlepszego - powiedziała.
Dłoń jego była ciepła i sucha. Poczuła, że powinna uczynić coś nadzwyczajnego, więc uniosła jego starczą rękę do góry i ją pocałowała.
- Pomyśleć, że ktoś przyszedł - powiedział.
Siedzieli przy ścianie z tyłu domu i pili zimną kawę.
- Pracowałem w leśnictwie - powiedział. - Przez czterdzieści lat. Chcieli zmusić mnie do przejścia na emeryturę, ale się nie dałem. Nie mogliśmy dojść do porozumienia. Powiedziałem im wprost, że usunąć mogą mnie tylko siłą. Długo się to ciągnęło. W końcu ustąpili.
- Ustąpili?
Powoli pokiwał głową.
- Wiedzieli, że dobrowolnie bym nie odszedł. Poza tym musieli oszczędzać. W ten sposób znaleźliśmy rozwiązanie.
- Jakie?
Odwrócił ku niej głowę. Poczuła suchy, mdły zapach jego ciała. Uśmiechał się.
- Sprzedali mi ten dom. Za gotówkę.
- Kiedy to było.
- Osiemnaście lat temu.
- I od tego czasu mieszkasz tu sam?
- Już wcześniej mieszkałem sam. Ale chyba już dość. Jest taka urzędniczka, Gerda. Zagląda do mnie. Umówiliśmy się, że przeprowadzę się do domu opieki w Helsinge, jak skończę sto lat.
- A to się właśnie stało.
- W tej godzinie - potwierdził. - No i mam dylemat.
- Nie chcesz tam iść?
- Owszem, nie mam nic przeciwko temu. Nie ominie mnie to. Ale chciałbym tu czasem przychodzić. Nad tym się zastanawiam.
- A co z domem?
Pokiwał głową i położył ręce na kolanach, wpatrując się w trawę.
- To jest właśnie problem.
- Jakbym tu mieszkała, mógłbyś przychodzić, kiedy tylko byś chciał. Kupiłabym samochód i przywoziłabym cię z Helsinge.
Odwrócił znów głowę.
- Dobrze się zastanów, zanim coś powiesz. Jak masz na imię?
- Ida.
- No tak. Ida. Wiedziałem.
Długo na nią patrzył. Wreszcie powiedział:
- Jak chcesz, to możesz ten dom ode mnie kupić.
Jej myśli zaczęły szybko krążyć. Patrzył jej prosto w twarz.
- Za ile?
- Za tyle, ile ja dałem.
- A ile dałeś, Erik?
- Sto siedemdziesiąt pięć tysięcy. To dużo pieniędzy, wiem. Ale ja i tak nie chcę zarobić. A już na pewno nie dzisiaj, kiedy kończę sto lat.
Odwrócił od niej wzrok i spojrzał przed siebie, przesuwając czapkę trochę bliżej oczu.
Złapała go za rękę, tym razem trzymając ją kurczowo.
- Zgadzam się, Eriku. Kupuję.
Pokiwał głową, nie patrząc w jej stronę, ale jego dłoń odwzajemniła uścisk.
- No to załatwione - powiedział.
Był to najdziwniejszy dzień w jej życiu. Nie minęło nawet pół godziny od chwili, kiedy zobaczyła dom po raz pierwszy, do chwili, gdy go kupiła.
Ale to nie to było najdziwniejsze.
Po kilku minutach spędzonych w słońcu na ławce, starzec powiedział:
- Czy mogłabyś zadzwonić do kogoś w moim imieniu?
- Zadzwonić?
Erik Gundestrup siedział z zamkniętymi oczyma z twarzą zwróconą ku słońcu.
- Do mojego adwokata.
Numer znalazła na karteczce leżącej obok czarnego telefonu, który stał na półce w przedpokoju.
- Weissalt - powiedział głos w słuchawce.
Wyjaśniła, w jakiej dzwoni sprawie, na co adwokat odparł:
- W porządku. Dokumenty leżą u mnie od dawna, a ja i tak chciałem wpaść do Erika z kwiatkiem.
Weissalt był postawnym mężczyzną. Przyjechał mercedesem w kolorze niebieski metalik, a ubrany był w sportowe spodnie i polo. Kiedy Erik witał go w drzwiach wejściowych, szeroko się uśmiechał.
- To wielki dzień - powiedział. - Wszystkiego najlepszego.
Staruszek uścisnął jego dłoń.
- Masz dokumenty?
- Naturalnie.
Adwokat spojrzał na nią.
- To pani kupuje?
- Tak.
- We wszystkim się zgadzacie?
Potwierdziła skinieniem głowy.
- Mogę przelać pieniądze w ciągu kilku dni.
Weissalt wpatrywał się w nią.
- Muszę o to zapytać. Czy nie jest to tylko jakiś... impuls?
Rozbawiło ją to.
- Owszem. To jest impuls, ale nie wiem, czy mój, czy Erika.
- Tak miało być - orzekł Erik Gundestrup.
Adwokat przez kilka sekund patrzył to na nią, to na niego. Następnie wyjął dokumenty.
- No dobrze. Erik już się podpisał, a jak pani przeczyta to i złoży swój podpis, transakcja będzie dokonana.
Stary człowiek nalał sobie zimnej kawy.
- Usiądę sobie w słońcu - powiedział.
Siedzieli przy stoliku w kuchni. Czytała dokumenty, czując na sobie wzrok Weissalta.
- Polubił panią - powiedział. - To dla pani korzystny interes. Naprawdę korzystny.
- Też go lubię.
- Ale go pani nie zna.
Opowiedziała mu o tym, jak coś kazało jej się zatrzymać przed domem. Adwokat potakiwał.
- Erik nie jest zabobonny, ale wierzy w przypadki.
- Przed dwiema godzinami nie miałam pojęcia o istnieniu tego domu. A teraz jestem tak pewna tego, co robię, jak nigdy wcześniej.
- Zjawiła się pani we właściwej chwili.
- Tylko szkoda, że nie miałam dla niego urodzinowego prezentu.
Weissalt parsknął.
- Wydaje mi się, że pani sama jest tym prezentem.
Podpisała się i klamka zapadła.
Choć nie do końca.
Erik Gundestrup siedział w słońcu na swojej ławce, złożywszy ręce na kolanach. Obok stała filiżanka kawy i leżała czapka. Głowę oparł o czerwony, ceglany mur. Oczy miał zamknięte, usta rozchylone.
Weissalt położył dłoń na ramieniu Idy i przez chwilę stali tak w milczeniu. Z lasu dochodziło kukanie kukułki.
Adwokat podszedł do ławki i położył rękę na barku staruszka.
- Erik?
Staruszek jednak nie odpowiadał.
Weissalt przyłożył dwa palce do pokrytej zmarszczkami szyi, tuż nad kołnierzykiem flanelowej koszuli w kratkę. Następnie wyprostował się i spojrzał na nią.
- Boże jedyny - powiedział. - On nie żyje.
Ostatnie słowa, które wypowiedział stary człowiek, zanim wyszedł na słońce ze swoją filiżanką kawy, brzmiały: "Tak miało być". Od tamtego dnia ona odczuwała to w taki sam sposób. Nigdy nie była ani zabobonna, ani religijna, ale istniały moce, o których nie miała pojęcia, i to one właśnie zjednoczyły się w owym dniu. Erik Gundestrup porwany został przez wiatr niczym suchy liść.
Przejęła dom, płacąc za niego resztą pieniędzy, które pozostawił jej wuj Rudolf. Opróżniła go, posprzątała, a resztę lata spędziła na malowaniu i urządzaniu wnętrz według własnego gustu.
Erik Gundestrup nie miał spadkobierców. Nie pozostawił po sobie również żadnych instrukcji odnośnie do pochówku. We wszystkim pomagał jej Weissalt, dzięki czemu na początku sierpnia mogli złożyć urnę z prochami starego człowieka do ziemi obok wierzby rosnącej w otaczającym dom lasku.
W Helsinge kupiła używanego yarisa i starała się o pracę w firmie ochroniarskiej w Tisvilde, która przez okrągły rok strzegła bezpieczeństwa domków letniskowych zamożnych ludzi.
Dawne życie pozostawiła za sobą i rozpoczęła nowe.
Krótko po przeprowadzce wyszła z domu o wczesnej porze. Drzewa spowite były mgłą. Nie znała terenu dalej, tylko ten lasek wokół domu.
Kiedy weszła do niego żwirową drogą, ogarnęło ją nieprzyjemne uczucie niepokoju. Zeszła z drogi i instynktownie podążyła w miejsce, które ten niepokój budziło, spodziewając się ujrzeć jakieś jezioro czy może opuszczony budynek. Przedarła się przez gęste krzaki i stanęła jak wryta. Chaszcze nagle się urywały, a jej oczom ukazał się trawnik sięgający aż do masywnych budynków.
Sądziła, że mieszka na odludziu, dlatego ten widok ogromnie ją zaskoczył. Stała na krawędzi lasu, a potem postanowiła wrócić do domu.
Okazało się, że obszar wokół lasu wcale nie jest niezamieszkały. Przy wielkich budynkach widać było ludzi i samochody.
Jeszcze tego samego dnia wybrała się rowerem na przejażdżkę, dojechała do wjazdu i odczytała napis na tablicy: Państwowy Ośrodek Gribskov. Była zaciekawiona. Postanowiła dowiedzieć się, czym ta instytucja się zajmuje.
Wieczorem wpatrywała się w ciemność w kierunku małych plamek żółtego światła. Wiedziała teraz więcej. Zasłoniła szczelnie zasłonki, poszła do kuchni i usiadła przy małym stoliku Erika Gundestrupa.