Bogate świnie - Lars Kjædegaard

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Szef Wy­działu Za­bójstw Ri­chard Br?s­sner zdjął kurtkę i po­wie­sił ją na sto­ją­cym przy drzwiach wie­szaku, po czym, jak to miał w zwy­czaju, ze­rwał kartkę z wi­szą­cego na ścia­nie ka­len­da­rza.

Po­pa­trzył na nową. Wto­rek, 22 maja 2007 roku. Wie­dział już wcze­śniej, jaka jest data, ale wie­rzył w ry­tu­ały. Gdyby nie ze­rwał kartki, cze­goś by mu bra­ko­wało.

Wy­rzu­cił ją do ko­sza na pa­pier i na­lał so­bie her­baty z dzbanka, który jego se­kre­tarka, Alice Han­sen, każ­dego dnia sta­wiała na biurku i przy­kry­wała utrzy­mu­ją­cym cie­pło, weł­nia­nym kap­tur­kiem, od lat gro­żąc, że go wy­mieni, bo we­dług niej przy­po­mi­nał zde­chłego kreta.

Ale Br?s­sner lu­bił ten kap­tu­rek, tak samo jak lu­bił prak­tyczny ka­len­darz na ścia­nie, choć jed­no­cze­śnie wy­soko ce­nił so­bie po­wta­rzane przez Alice słowa o zde­chłym kre­cie. Bez­kształtny kap­tu­rek z wełny nada­wał do­mową at­mos­ferę, któ­rej wy­raź­nie bra­ko­wało, kiedy wcho­dziło się do jego po­koju.

Otwo­rzył jedno z wy­so­kich okien i ra­zem z po­ran­nym po­wie­trzem wpu­ścił do środka od­głosy tęt­nią­cego ży­ciem mia­sta. Niebo nad Ko­pen­hagą było ja­sno­nie­bie­skie, a wiel­kie, białe for­ma­cje chmur po­woli i spo­koj­nie prze­su­wały się nad mia­stem, zwia­stu­jąc piękny, letni dzień.

Za­dzwo­nił te­le­fon, więc za­jął miej­sce za biur­kiem i pod­niósł czarną słu­chawkę.

- Tak, Alice?

- Chcia­łam ci tylko przy­po­mnieć, że Bel­ling wy­biera się na urlop. Dzi­siaj jest ostatni dzień - po­wie­działa Alice Han­sen.

Br?s­sner odło­żył słu­chawkę, wstał i prze­szedł do po­koju, w któ­rym sie­działa jego se­kre­tarka. Spoj­rzała na niego.

- Przy­szedł już? - za­py­tał.

Ski­nęła głową, na którą wcze­śniej na­ło­żyła wy­słu­żone słu­chawki. Za­kła­dała je za­wsze wtedy, kiedy prze­pi­sy­wała na czy­sto to, co jej wcze­śniej po­dyk­to­wał.

- Przed chwilą prze­cho­dził - po­wie­działa gło­śno. - Na pewno jest w swoim po­koju.

Kiw­nął głową i wy­szedł na ko­ry­tarz. Alice za­wsze mó­wiła gło­śno, gdy uży­wała słu­cha­wek. Dyk­ta­fon ob­słu­gi­wała spe­cjal­nym pe­da­łem, dzięki czemu nie mu­siała od­ry­wać pal­ców od kla­wia­tury. Było to bar­dzo efek­tywne i Br?s­sner oba­wiał się dnia, kiedy se­kre­tarka odej­dzie albo zo­sta­nie zwol­niona przy cię­ciu eta­tów, bo wtedy sam za­kosz­tuje przy­jem­no­ści spi­sy­wa­nia swo­ich ra­por­tów. Nie był pe­wien, czyby so­bie po­ra­dził. Był na­to­miast pe­wien, że nie miałby na to ochoty.

Po­szedł da­lej sze­ro­kim ko­ry­ta­rzem. Ciem­no­zie­lona pod­łoga z li­no­leum zo­stała do­piero co wy­po­le­ro­wana. Pa­stują ją raz do roku i wła­śnie te­raz śmier­działo na ca­łym ko­ry­ta­rzu. Błysz­czała tak, że można się było w niej przej­rzeć. Rok­rocz­nie też nie­je­den z pra­cow­ni­ków za­po­mi­nał o po­le­ro­wa­niu i lą­do­wał na tyłku.

Drzwi do po­koju Bel­linga były otwarte. Br?s­sner za­pu­kał w fu­trynę drzwi i zer­k­nął do środka.

- Puk, puk! - po­wie­dział.

- Kto tam? - ode­zwał się głos Bel­linga.

- Glina.

- Jaka glina?

- Życz­liwa.

Bel­ling sie­dział za biur­kiem i pa­lił pa­pie­rosa.

- W ta­kim ra­zie za­pra­szam do środka - po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się. - Czemu za­wdzię­czam ten za­szczyt?

- Chcia­łem ci tylko ży­czyć uda­nego urlopu. Nie cie­szysz się?

- Ow­szem, cie­szę się.

Br?s­sner po­ża­ło­wał, że za­py­tał. Mimo to do­dał:

- Na­ła­du­jesz aku­mu­la­tory.

- Moim aku­mu­la­to­rom nic nie do­lega - od­parł Bel­ling z prze­ką­sem.

Naj­le­piej było nie drą­żyć już tego te­matu. Bel­ling nie lu­bił urlo­pów. Nie na­le­żał do tych, któ­rych ba­wią dłu­gie spa­cery bez celu i czy­ta­nie na ta­ra­sie.

- Na ra­zie. Przy­ślij mi pocz­tówkę.

- Przy­ślę. - Bel­ling kiw­nął głową.

Br?s­sner stał przy oknie i pa­trzył, jak spod bu­dynku od­jeż­dża sa­mo­chód. Cie­szył się, że Bel­ling wresz­cie wziął urlop, bo od dłuż­szego czasu był w złym hu­mo­rze. Br?s­sner nie wie­dział dla­czego, ale jego żona, Nina, tak mu to wy­ja­śniła:

- To dla­tego, że u niego w domu nie ma żad­nej pani Bel­ling. W jego wieku nie po­winno się być sa­memu. A już szcze­gól­nie w jego za­wo­dzie.

- Może i tak - przy­znał.

- Nie ma ni­kogo na oku? - za­py­tała Nina. - Jest przy­stojny.

- Nic o tym nie wiem.

- Ile lat temu się roz­wiódł?

- Nie pa­mię­tam. Ja­kieś pięć czy sześć.

- Zu­peł­nie nie pa­so­wała do Thora. Jak miała na imię?

- Else.

- Nie­wiele mó­wiła.

- To prawda... - przy­znał jej Br?s­sner.

Przy­po­mniał so­bie ko­la­cję, na którą ich za­pro­sił. Bel­ling był tro­chę pod­pity i miał do­bry hu­mor, a Else spra­wiała wra­że­nie spię­tej i za­że­no­wa­nej. Ten wie­czór nie na­le­żał do uda­nych.

Br?s­sner od­szedł od okna. De­ner­wo­wało go i mar­twiło, kiedy Bel­ling był ma­ło­mówny i na nic nie miał ochoty. Dzi­siaj taki nie był. Czy to rów­nież po­winno go mar­twić?

Bel­ling miał czter­dzie­ści sześć lat i był w wy­dziale naj­zdol­niej­szym i naj­bar­dziej do­świad­czo­nym śled­czym. Czło­wiek u szczytu ka­riery, szybki, nie­kon­wen­cjo­nal­nie my­ślący, nie­orto­dok­syjny i cza­sami tro­chę nie­zdy­scy­pli­no­wany, ale po­tem za­wsze oka­zy­wało się, że miał ku temu po­wód, który był słuszny i w dzie­wię­ciu na dzie­sięć przy­pad­ków de­cy­du­jący o roz­wią­za­niu sprawy.

Sam Br?s­sner był o pięt­na­ście lat star­szy i cho­ciaż Bel­ling bez wąt­pie­nia miał go za urzęd­nika, który już dawno za­po­mniał, jak się pra­cuje w te­re­nie, to wie­dział, że pod­władny sza­nuje go i ni­gdy nie waha się przy­cho­dzić z pro­ble­mami, na­wet gdy sam je stwa­rza.

Br?s­sner ob­ser­wo­wał Bel­linga.

Po po­nad dwu­dzie­stu pię­ciu la­tach w po­li­cji wie­dział, że na­wet do­bry glina ła­two może zbłą­dzić. Wtedy pro­wa­dze­nie śledz­twa staje się trudne, a wza­jemne za­ufa­nie i lo­jal­ność zo­stają wy­sta­wione na próbę. W ta­kich mo­men­tach dla do­brego gliny naj­lep­sze wy­daje się otrzy­ma­nie no­wego wy­zwa­nia.

Bel­ling nie był ty­pem pi­jaka - to Br?s­sner wie­dział na pewno. Ow­szem, był pi­jany pew­nego wie­czoru w domu u niego i Niny, ale można to było zro­zu­mieć. Za­równo Thor, jak i Else zda­wali so­bie sprawę z tego, że ich mał­żeń­stwo do­bie­gało kresu. W za­sa­dzie nie ist­niał ża­den kon­kretny po­wód, by po­ży­cie tej pary nie było udane. Dzieci nie mieli. Byli mi­łymi i in­te­li­gent­nymi ludźmi, tylko po pro­stu nie pa­so­wali do sie­bie.

Bel­ling wi­dział rze­czy, które wielu lu­dzi mo­głyby znie­czu­lić lub znisz­czyć. Ale z nim nic ta­kiego się nie stało. Przez więk­szość ka­riery zaj­mo­wał się za­bój­stwami, a to mu­siało po­zo­sta­wić swój ślad. Nie był jed­nak ja­kimś fa­sze­ru­ją­cym się le­kami ma­zga­jem. Po­ły­kał ta­bletkę, brał łyk kawy i szedł do pracy.

W ciągu ich dzie­się­cio­let­niej współ­pracy w wy­dziale mu­siał jed­nak dwa razy dać za wy­graną. Nie schwy­tał dwóch mor­der­ców i być może dla­tego w nocy nie mógł spać albo bu­dził się zlany po­tem.

Ode­pchnął od sie­bie my­śli o Tho­rze Bel­lingu i po­chy­lił się nad trud­nym do prze­łknię­cia ra­por­tem o zmia­nach re­or­ga­ni­za­cyj­nych w po­li­cji. Za­wie­rał on dłu­gie i nie­ja­sne sfor­mu­ło­wa­nia, ta­kie jak "wy­zwa­nia im­ple­men­ta­cyjne" i "opty­ma­li­za­cja dy­na­miki pro­ce­so­wej", co ozna­czać mo­gło tylko jedno: mile wi­dziane do­bre po­my­sły na to, w jaki spo­sób prze­pro­wa­dzić re­duk­cję per­so­nelu, tak by nie od­biło się to na or­ga­ni­za­cji pracy.

Wciąż ta sama śpiewka.

Cią­głe udo­sko­na­la­nia.

Łu­dze­nie się, że zwy­czajne cię­cia dzięki cza­ro­dziej­skim sztucz­kom mogą stać się ulep­sze­niami.

Spo­czy­wał na nim przy­kry obo­wią­zek an­ga­żo­wa­nia się w te kal­ku­la­cje ad­mi­ni­stra­cyjne, któ­rym trzeba było wier­nie wy­cho­dzić na­prze­ciw.

Nu­dziło go to, ale cza­sem na tym po­le­gała jego praca.

Czy­tał, no­to­wał, wy­da­wał z sie­bie chwi­lami krót­kie, pełne znie­cier­pli­wie­nia od­głosy, aż w końcu rzu­cił swoim czer­wo­nym dłu­go­pi­sem i po­now­nie za­czął roz­my­ślać o Bel­lingu.

Roz­dział 2

Thor do­sko­nale zda­wał so­bie sprawę z tego, do­kąd je­dzie. Zmysł orien­ta­cji w te­re­nie zwy­kle go za­wo­dził, dla­tego przed każ­dym wy­jaz­dem miał zwy­czaj do­kład­nego stu­dio­wa­nia mapy. Dla jego młod­szych ko­le­gów ko­rzy­sta­nie z mapy było śmieszne, po­nie­waż uży­wali tylko GPS-u, on jed­nak był czę­ściowo scep­tyczny wo­bec tech­niki, a czę­ściowo uwa­żał, że GPS osła­bia na­tu­ralną orien­ta­cję w te­re­nie i wy­wo­łuje dziwne uczu­cie bez­sil­no­ści.

Gdyby nie mógł zna­leźć drogi do miej­sca zda­rze­nia o wła­snych si­łach, stra­ciłby wiarę w to, że w ogóle zdoła roz­po­cząć śledz­two.

Je­chał au­to­stradą na pół­noc, po­pi­ja­jąc kawę. Uchwyt na ku­bek za­pew­niał mu odro­binę luk­susu. Zje­chał z au­to­strady przy Iste­r?dve­jen i omi­ja­jąc Hil­le­r?d, su­nął da­lej w kie­runku Grib­skov.

Trzy dni wcze­śniej po­je­chał do Szpi­tala Psy­chia­trycz­nego w Ny­k?bing Sj?l­land, po­nie­waż je­den z przy­mu­sowo osa­dzo­nych w nim prze­stęp­ców chciał opo­wie­dzieć mu o czymś bar­dzo waż­nym.

Męż­czy­zna ten, twardy i ma­ło­mówny ma­ry­narz, pod­czas rejsu frach­tow­cem na Mo­rzu Bał­tyc­kim za­szty­le­to­wał trzech li­tew­skich ma­ry­na­rzy. Na­stęp­nie wy­rzu­cił ich za burtę. Ciała wy­pły­nęły na szwedz­kim wschod­nim wy­brzeżu. Za­bójcę trzy­mano pod klu­czem do czasu, gdy frach­to­wiec do­tarł do Ko­pen­hagi. Ani przez mo­ment nie było wąt­pli­wo­ści co do tego, kto do­ko­nał czynu, nie­ja­sny był jed­nak mo­tyw. Nie stwier­dzono żad­nych wcze­śniej­szych kon­flik­tów, żad­nego al­ko­holu czy bójki - je­dy­nie po­zor­nie nie­zro­zu­miałe dzia­ła­nie duń­skiego ma­ry­na­rza.

Męż­czy­zna zo­stał oskar­żony o po­trójne mor­der­stwo, osa­dzony w aresz­cie, a po wstęp­nych prze­słu­cha­niach skie­ro­wany na ba­da­nia psy­chia­tryczne, które wy­ka­zały, że czter­dzie­sto­ośmio­la­tek cierpi na schi­zo­fre­nię pa­ra­no­idalną.

Sąd ska­zał go na bez­ter­mi­nowy po­byt w szpi­talu psy­chia­trycz­nym. Spę­dził w nim dwa lata, gdzie żył ci­cho i spo­koj­nie na le­kach, które zgo­dził się przyj­mo­wać.

Przed roz­prawą Thor prze­słu­chi­wał go ca­łymi go­dzi­nami, po­wstała mię­dzy nimi pew­nego ro­dzaju nić po­ro­zu­mie­nia. Po­trójny mor­derca miał w so­bie dwie osoby. Z jedną z nich można było swo­bod­nie roz­ma­wiać, druga zaś czy­hała w jego umy­śle, za­zdro­sna i nie­za­do­wo­lona z roz­mowy w wy­peł­nio­nym dy­mem po­koju prze­słu­chań.

Ma­ry­narz miał na imię Her­man, a jego al­ter­na­tywna oso­bo­wość Leo. Nie było jed­nak wia­domo, czy to Her­man nadał mu imię, czy Leo zdra­dził je Her­ma­nowi.

Thor roz­po­zna­wał po oczach męż­czy­zny, kiedy de­mo­niczny brat bliź­niak zdo­by­wał prze­wagę i za­mie­niał przy­ci­szony głos na agre­sywne sy­cze­nie.

W pew­nym mo­men­cie, gdy de­mon ob­rzu­cał go prze­kleń­stwami, po­wie­dział:

- Uwa­żam, Leo, że te­raz Her­man po­wi­nien za­brać głos.

Her­man ga­pił się na niego i jego spoj­rze­nie sta­wało się co­raz ła­god­niej­sze.

Przez ja­kiś czas tak sie­dzieli, po czym Her­man po­wie­dział:

- Leo śpi.

Thor nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że to Leo za­mor­do­wał tych trzech ma­ry­na­rzy, a Her­man był w pew­nym sen­sie osobą po­stronną.

Ma­ry­narz ob­da­rzył Thora za­ufa­niem, po­nie­waż nie­go­dziwy Leo wy­słu­chał roz­kazu i po­zwo­lił mu mó­wić. Ale Leo w dal­szym ciągu miesz­kał w Her­ma­nie. Dla­tego sąd orzekł, że Her­man zo­sta­nie za­mknięty na czas nie­okre­ślony.

Z nie­wie­loma mor­der­cami Thor po­zo­sta­wał w kon­tak­cie, ale do swo­jej sym­pa­tii dla Her­mana pod­cho­dził z ostroż­no­ścią. Trzeba było go do­brze po­znać, żeby zro­zu­mieć, w jaki spo­sób funk­cjo­nuje jego mózg. Nie da­wało się tego wy­ja­śnić. W oczach spo­łe­czeń­stwa Her­man był po­two­rem, który trzy ro­dziny po­zba­wił ży­wi­ciela.

Thor po­je­chał do ośrodka, gdyż nie uwa­żał Her­mana za po­twora. Poza tym cie­kaw był, czego może od niego chcieć ten cier­piący na schi­zo­fre­nię czło­wiek.

Był tu już kie­dyś. Prze­szedł przez skru­pu­latną re­wi­zję oso­bi­stą i od­był spa­cer po ośrod­ko­wym la­bi­ryn­cie. Wresz­cie za­mknięto go w nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu, gdzie cze­kał na niego Her­man.

Ze zdu­mie­niem stwier­dził, że męż­czy­zna wy­gląda do­brze jak na oko­licz­no­ści. Przy­brał na wa­dze i wy­raź­nie był w do­brej for­mie. Twarz miał po­marsz­czoną i ciemną, lecz oczy mu błysz­czały, po­dob­nie jak mały, gruby złoty kol­czyk w le­wym uchu.

- Miło, że przy­sze­dłeś, Bel­ling - po­wie­dział ma­ry­narz.

- Nie ma sprawy. Co sły­chać?

Her­man po­chy­lił się nad sto­łem. Mię­śnie jego sil­nych ra­mion wy­raź­nie się od­zna­czały.

- W po­rządku.

- Cie­szę się. Ale cie­kaw je­stem, czego ode mnie chcesz, Her­man.

Tam­ten po­ki­wał głową.

- Mam no­winę.

- Do­brą czy złą?

- To za­leży.

- Od czego?

- Od oko­licz­no­ści. Albo od ła­ski in­nych, je­śli wo­lisz.

- Do­bra, mów, co to za no­wina.

Her­man ro­ze­śmiał się z lekka i jesz­cze bar­dziej po­chy­lił się w jego kie­runku.

- Leo umarł - wy­szep­tał.

Thor nie spusz­czał z niego oczu.

- Leo umarł - po­wtó­rzył.

- Kiedy to się stało?

- Dwu­dzie­stego trze­ciego marca.

Thor otwo­rzył sze­roko oczy.

- Dwu­dzie­stego trze­ciego marca? No, to już dość dawno temu.

Her­man po­ki­wał głową.

- Wiem. Ale chcia­łem być pe­wien. Na­prawdę umarł. Nie było go tu już od dwóch mie­sięcy.

Thor za­sta­na­wiał się nad od­po­wie­dzią. Rze­czowo i roz­sąd­nie by­łoby stwier­dzić, że na Her­mana po­dzia­łały leki. Że odej­ście Leo to za­sługa che­mii.

- A więc uwa­żasz, że te­raz sprawy mają się ina­czej.

Her­man ski­nął głową.

- Oczy­wi­ście, że tak. Leo umarł. A to prze­cież przez niego tu­taj sie­dzę.

- Ow­szem. Można tak po­wie­dzieć.

- No i my­ślę, że jest pod­stawa, żeby tro­chę przy­pa­trzyć się mo­jemu po­by­towi tu­taj, no nie?

- Ro­zu­miem.

Her­man przy­glą­dał mu się ja­kiś czas, opie­ra­jąc się na krze­śle, z rę­kami za głową.

- Ty mi nie wie­rzysz.

- Nie, wie­rzę ci. Za­sta­na­wiam się tylko nad tym, co mógł­byś ro­bić te­raz, kiedy nie ma już Lea.

Her­man się ro­ze­śmiał.

- Wie­dzia­łem.

- Co wie­dzia­łeś?

- Że po­trak­tu­jesz mnie po­waż­nie.

Thor po­ki­wał głową.

- Oczy­wi­ście, że trak­tuję cię po­waż­nie. Ale po­zo­staje py­ta­nie, kto jesz­cze tak bę­dzie cię trak­to­wał. Ja nie mogę cię stąd wy­pu­ścić.

Her­man cią­gle się uśmie­chał.

- Do­brze o tym wiem. Ale może znasz ko­goś, kto może.

Obie­cał osa­dzo­nemu ma­ry­na­rzowi po­moc. Bez­ter­mi­nowy po­byt w szpi­talu to su­rowa kara, ale nie jest de­fi­ni­tywna. Można ją zmie­nić, je­śli prze­ma­wiają za tym oko­licz­no­ści. To skom­pli­ko­wany pro­ces, w który za­an­ga­żo­wana zo­staje ko­mi­sja le­kar­ska, pro­ku­ra­tura, przed­sta­wi­ciele Mi­ni­ster­stwa Spra­wie­dli­wo­ści i wszy­scy lu­dzie, któ­rzy znali osa­dzo­nego na co dzień.

- Mogę po­móc ru­szyć sprawę - po­wie­dział. - Ale nie po­tra­fię prze­wi­dzieć, jak się po­to­czy.

Her­man spoj­rzał na niego.

- O nic wię­cej cię nie pro­szę.

- Ro­zu­miem.

- Za­ła­twisz mi wyj­ście?

- Nie wiem, Her­man. To nie moja działka. Nie znam się na tym.

- Ale jak tak sie­dzisz na­prze­ciwko mnie - cią­gnął ma­ry­narz - to czy ja wy­glą­dam na wa­riata? Mó­wię jak wa­riat?

- Nie, ale...

Her­man pod­niósł rękę.

- Ro­zu­miem. Cho­dzi o to, że tylko ja wiem o tym, że Leo umarł.

- Zo­ba­czymy, co da się zro­bić. Przed wyj­ściem po­roz­ma­wiam z wła­dzami za­kładu. Ktoś da ci znać, na czym sto­isz, albo ja, albo oni. Ale na pewno mu­sisz uzbroić się w cier­pli­wość.

Ciemne oczy Her­mana spo­glą­dały pro­sto na niego.

- Ja je­stem bar­dzo cier­pliwy, Bel­ling. Chciał­bym po pro­stu od­wie­dzić jesz­cze Aar­hus.

- Aar­hus?

- Mieszka tam Line, moja córka. Ma pół­to­ra­roczne bliź­nięta, któ­rych jesz­cze nie po­zna­łem.

Thor wstał.

- Oczy­wi­ście. Zo­ba­czymy.

Her­man sie­dział da­lej. Kaj­danki na jego kost­kach przy­mo­co­wane były do pier­ście­nia w pod­ło­dze. Po­dali so­bie ręce, uścisk dłoni Her­mana był bar­dzo mocny.

- Dzię­kuję, Bel­ling. Dzię­kuję, że chciało ci się tu przy­je­chać.

Roz­dział 3

Po­de­szła do okna i wyj­rzała spo­mię­dzy za­sło­nek. Było już ciemno, ale w od­dali można było do­strzec drobne prze­bły­ski żół­tego świa­tła. Wy­glą­dało to tak, jakby ktoś na drze­wach w po­bli­skim le­sie za­wie­sił la­tar­nie.

Oczy­wi­ście nikt ni­czego nie wie­szał. Drzewa za­kry­wały świa­tło pa­da­jące z okien w ośrodku, co wy­wo­ły­wało ilu­zję świe­cą­cych la­tarni.

Ośro­dek sta­no­wił nie­jako inny świat. Był od­izo­lo­wany, od­da­lony od jej domu o co naj­mniej trzy­sta me­trów.

Na­tknęła się na ten dom przed pię­cioma laty, kiedy jej naj­więk­szym pra­gnie­niem była wy­pro­wadzka z Ko­pen­hagi. Po tym jak zre­zy­gno­wała z wy­naj­mo­wa­nia miesz­ka­nia i sprze­dała więk­szość rze­czy, zna­jomi uży­czyli jej za­pusz­czo­nego domku let­ni­sko­wego nie­da­leko Smid­strup. Nikt nie wie­dział, gdzie mieszka.

Pew­nego let­niego dnia wy­brała się na prze­jażdżkę ro­we­rem w głąb lądu. Umyśl­nie pró­bo­wała za­błą­dzić i udało jej się. Lu­biła jeź­dzić ro­we­rem bez sensu i celu. Jeź­dziła po ścież­kach i po rzadko uczęsz­cza­nych dróż­kach, po­mię­dzy drze­wami, na otwar­tych prze­strze­niach, prze­waż­nie na ni­kogo nie na­tra­fia­jąc.

Wy­je­chała z lasu w po­bliżu sta­cji M?rum, za­sko­czona tym, gdzie się zna­la­zła. Po­tem ulicą po­je­chała da­lej na wschód, roz­glą­da­jąc się za drogą albo ścieżką, którą mo­głaby wró­cić na wy­brzeże, kiedy na­gle uj­rzała dom.

Ze­sko­czyła z ro­weru i za­częła przy­glą­dać się ma­łemu bu­dyn­kowi z czer­wo­nej ce­gły, który le­żał ja­kieś pięć­dzie­siąt me­trów od za­po­mnia­nej szosy na za­le­sio­nym wzgórku po jej po­łu­dnio­wej stro­nie.

Było ci­cho i cie­pło. Pro­mie­nie słońca pa­dały na go­rący, szary as­falt, a do niej do­cie­rał za­pach ży­wicy.

Ten dom miał w so­bie coś, co spo­wo­do­wało, że z de­ter­mi­na­cją po­pro­wa­dziła ro­wer po bie­gną­cej wzdłuż domku, piasz­czy­stej ścieżce.

Wi­działa, że ktoś w nim mieszka.

W po­ma­lo­wa­nych na zie­lono oknach wy­cho­dzą­cych na ścieżkę do­strze­gła sta­ro­modne za­słonki ku­chenne, a obok drzwi wej­ścio­wych stał stary, biały mo­to­ro­wer ze sfa­ty­go­wa­nym, gu­mo­wym sio­deł­kiem.

Przy­glą­dała się fa­sa­dzie. Nad zie­lo­nymi drzwiami umiesz­czony był mały da­szek, wsparty od przodu dwoma rzeź­bio­nymi, kwa­dra­to­wymi fi­la­rami po­ma­lo­wa­nymi na ko­lor ciem­no­zie­lony. Farba za­czy­nała już od­cho­dzić.

Stała w cie­niu domu od strony wschod­niej fa­sady. Była trze­cia po po­łu­dniu, słońce już dawno temu prze­wę­dro­wało nie­bo­skłon i świe­ciło te­raz na tył bu­dynku. Nie wi­działa żad­nej siatki ani ży­wo­płotu. Dom stał po pro­stu w le­sie. Oparła ro­wer o mur i prze­szła na tył po­se­sji, żeby zo­ba­czyć, jak dom wy­gląda po dru­giej stro­nie.

Po­tem szła wzdłuż ściany po­łu­dnio­wej i zaj­rzała w małe, oświe­tlone słoń­cem okienko. Skrę­ciła za ro­giem i na­gle sta­nęła jak wryta, po­nie­waż usły­szała czyjś głos.

- Czego chcesz?

Na sto­ją­cej przy ścia­nie ławce sie­dział star­szy męż­czy­zna. Ubrany był w brudny swe­ter ko­loru khaki, ko­szulę w kratkę za­piętą pod szyją, a na gło­wie miał czarną cza­peczkę z błysz­czą­cym dasz­kiem. Jego twarz przy­wo­dziła na myśl sło­nia. Skórę miał sza­ro­brą­zową i po­marsz­czoną, nos i uszy wy­da­wały się ogromne. Oczy były małe i ciemne, oto­czone wo­kół fał­dami skóry.

- Prze­pra­szam - po­wie­działa. - Je­stem Ida.

Sta­ru­szek sie­dział spo­koj­nie, zwra­ca­jąc ku niej twarz i mru­żąc od słońca oczy.

- Czego chcesz, Ida? - za­py­tał.

- Prze­jeż­dża­łam aku­rat obok two­jego domu.

- No i co?

Nie umiała roz­strzy­gnąć, czy jest zły.

- Nic. Po­my­śla­łam so­bie... No, po­my­śla­łam, że tu jest pięk­nie, i mu­sia­łam zaj­rzeć.

Męż­czy­zna pod­niósł pełną zmarsz­czek dłoń, żeby za­sło­nić się przed słoń­cem.

- Zaj­rzeć?

Po­czuła się jak idiotka.

- Prze­pra­szam cię - po­wie­działa. - Nie chcia­łam ci prze­szka­dzać.

Pa­trzył na nią da­lej, nie po­ru­sza­jąc się.

- Chcesz na­pić się wody? Jest cie­pło.

Męż­czy­zna na­zy­wał się Erik Gun­de­strup. Za­pro­sił ją do środka. We­szli do okry­tej cie­niem kuchni, pra­wie ide­al­nie od­po­wia­da­ją­cej jej wy­obra­że­niom.

Ni­ski stół ku­chenny, la­kie­ro­wana pod­łoga, stara ku­chenka i brzę­cząca lo­dówka. Mały sto­lik, ja­sno­zie­lone szafki i kre­mowy ze­gar ścienny, który no­wo­cze­sny był w la­tach sześć­dzie­sią­tych.

Erik Gun­de­strup po­woli na­peł­nił szklankę wodą z kranu. Po­dał ją, po czym przy­pa­try­wał się pi­ją­cemu go­ściowi. Chci­wie wy­piła, a stary czło­wiek się ro­ze­śmiał.

- Chciało ci się pić bar­dziej, niż my­śla­łaś.

Od­dała mu szklankę.

- Ra­cja.

- A więc po­doba ci się mój dom - po­wie­dział.

Na ku­chence stał nie­bie­ski, ema­lio­wany dzba­nek. Tro­chę czuć było gaz i od­ru­chowo spoj­rzała na żółtą bu­tlę z wę­żem.

Gun­de­strup chwy­cił dzba­nek i na­lał kawy do ma­łej fi­li­żanki sto­ją­cej na stole. Po­pa­trzył na nią.

- Jak jest go­rąco, piję kawę na zimno.

Przy­su­nął dzba­nek w jej stronę, uno­sząc swoje sło­niowe brwi pod dasz­kiem czapki.

- Dzię­kuję bar­dzo - po­wie­działa, ki­wa­jąc głową.

Pa­trzyła, jak sięga po fi­li­żankę sto­jącą w jed­nej z gór­nych sza­fek. Po­ru­szał się żwawo, jakby oba­wiał się, że ona od­mówi.

- Więk­szość ko­biet nie chce pić zim­nej kawy - po­wie­dział. - To taki mój trik. Zimna kawa, jak jest go­rąco. Cały dzień tak można.

- Czy mogę cię o coś za­py­tać? - po­wie­działa.

Spoj­rzał na nią swo­imi sło­nio­wymi oczami.

- Mo­żesz.

- Ile masz lat?

Gun­de­strup ro­ze­śmiał się.

- A jak my­ślisz?

- Nie wiem. Mo­żesz być w każ­dym wieku, od sie­dem­dzie­siątki do dzie­więć­dzie­siątki.

Sta­ru­szek od­sta­wił dzba­nek. W jego ma­łej kuchni było przy­jem­nie chłodno, choć na le­żący w przed­po­koju chod­nik pa­dały pro­mie­nie słońca.

- Tro­chę mu­sisz pod­wyż­szyć.

- Wię­cej niż dzie­więć­dzie­siąt?

Po­tak­nął.

- Uro­dzi­łem się w ty­siąc dzie­więć­set dru­gim roku.

- Czyli masz... sto lat?

- Ka­len­darz nie kła­mie - po­wie­dział. - Wy­daje mi się, że skoro przy­cho­dzisz tu dzi­siaj, to je­steś anio­łem.

Ro­ze­śmiała się.

- Nie. Nie je­stem anio­łem. Ale dla­czego tak my­ślisz?

- No bo to wła­śnie dzi­siaj - po­wie­dział, pa­trząc jej pro­sto w twarz.

- Co jest dzi­siaj? - za­py­tała zmie­szana.

Pod­niósł swoją fi­li­żankę w jej kie­runku.

- Moje uro­dziny. Uro­dzi­łem się o czwar­tej po po­łu­dniu, więc ro­zu­miesz, dla­czego mi się zda­wało, że je­steś anio­łem. Są­dzi­łem, że przy­szłaś po mnie.

Spoj­rzał na ze­gar.

- O wła­śnie te­raz. Koń­czę sto lat.

Wzru­szyła ją ta ku­chenna scena i chwy­ciła go za dłoń.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego - po­wie­działa.

Dłoń jego była cie­pła i su­cha. Po­czuła, że po­winna uczy­nić coś nad­zwy­czaj­nego, więc unio­sła jego star­czą rękę do góry i ją po­ca­ło­wała.

- Po­my­śleć, że ktoś przy­szedł - po­wie­dział.

Sie­dzieli przy ścia­nie z tyłu domu i pili zimną kawę.

- Pra­co­wa­łem w le­śnic­twie - po­wie­dział. - Przez czter­dzie­ści lat. Chcieli zmu­sić mnie do przej­ścia na eme­ry­turę, ale się nie da­łem. Nie mo­gli­śmy dojść do po­ro­zu­mie­nia. Po­wie­dzia­łem im wprost, że usu­nąć mogą mnie tylko siłą. Długo się to cią­gnęło. W końcu ustą­pili.

- Ustą­pili?

Po­woli po­ki­wał głową.

- Wie­dzieli, że do­bro­wol­nie bym nie od­szedł. Poza tym mu­sieli oszczę­dzać. W ten spo­sób zna­leź­li­śmy roz­wią­za­nie.

- Ja­kie?

Od­wró­cił ku niej głowę. Po­czuła su­chy, mdły za­pach jego ciała. Uśmie­chał się.

- Sprze­dali mi ten dom. Za go­tówkę.

- Kiedy to było.

- Osiem­na­ście lat temu.

- I od tego czasu miesz­kasz tu sam?

- Już wcze­śniej miesz­ka­łem sam. Ale chyba już dość. Jest taka urzęd­niczka, Gerda. Za­gląda do mnie. Umó­wi­li­śmy się, że prze­pro­wa­dzę się do domu opieki w Hel­singe, jak skoń­czę sto lat.

- A to się wła­śnie stało.

- W tej go­dzi­nie - po­twier­dził. - No i mam dy­le­mat.

- Nie chcesz tam iść?

- Ow­szem, nie mam nic prze­ciwko temu. Nie omi­nie mnie to. Ale chciał­bym tu cza­sem przy­cho­dzić. Nad tym się za­sta­na­wiam.

- A co z do­mem?

Po­ki­wał głową i po­ło­żył ręce na ko­la­nach, wpa­tru­jąc się w trawę.

- To jest wła­śnie pro­blem.

- Jak­bym tu miesz­kała, mógł­byś przy­cho­dzić, kiedy tylko byś chciał. Ku­pi­ła­bym sa­mo­chód i przy­wo­zi­ła­bym cię z Hel­singe.

Od­wró­cił znów głowę.

- Do­brze się za­sta­nów, za­nim coś po­wiesz. Jak masz na imię?

- Ida.

- No tak. Ida. Wie­dzia­łem.

Długo na nią pa­trzył. Wresz­cie po­wie­dział:

- Jak chcesz, to mo­żesz ten dom ode mnie ku­pić.

Jej my­śli za­częły szybko krą­żyć. Pa­trzył jej pro­sto w twarz.

- Za ile?

- Za tyle, ile ja da­łem.

- A ile da­łeś, Erik?

- Sto sie­dem­dzie­siąt pięć ty­sięcy. To dużo pie­nię­dzy, wiem. Ale ja i tak nie chcę za­ro­bić. A już na pewno nie dzi­siaj, kiedy koń­czę sto lat.

Od­wró­cił od niej wzrok i spoj­rzał przed sie­bie, prze­su­wa­jąc czapkę tro­chę bli­żej oczu.

Zła­pała go za rękę, tym ra­zem trzy­ma­jąc ją kur­czowo.

- Zga­dzam się, Eriku. Ku­puję.

Po­ki­wał głową, nie pa­trząc w jej stronę, ale jego dłoń od­wza­jem­niła uścisk.

- No to za­ła­twione - po­wie­dział.

Był to naj­dziw­niej­szy dzień w jej ży­ciu. Nie mi­nęło na­wet pół go­dziny od chwili, kiedy zo­ba­czyła dom po raz pierw­szy, do chwili, gdy go ku­piła.

Ale to nie to było naj­dziw­niej­sze.

Po kilku mi­nu­tach spę­dzo­nych w słońcu na ławce, sta­rzec po­wie­dział:

- Czy mo­gła­byś za­dzwo­nić do ko­goś w moim imie­niu?

- Za­dzwo­nić?

Erik Gun­de­strup sie­dział z za­mknię­tymi oczyma z twa­rzą zwró­coną ku słońcu.

- Do mo­jego ad­wo­kata.

Nu­mer zna­la­zła na kar­teczce le­żą­cej obok czar­nego te­le­fonu, który stał na półce w przed­po­koju.

- We­is­salt - po­wie­dział głos w słu­chawce.

Wy­ja­śniła, w ja­kiej dzwoni spra­wie, na co ad­wo­kat od­parł:

- W po­rządku. Do­ku­menty leżą u mnie od dawna, a ja i tak chcia­łem wpaść do Erika z kwiat­kiem.

We­is­salt był po­staw­nym męż­czy­zną. Przy­je­chał mer­ce­de­sem w ko­lo­rze nie­bie­ski me­ta­lik, a ubrany był w spor­towe spodnie i polo. Kiedy Erik wi­tał go w drzwiach wej­ścio­wych, sze­roko się uśmie­chał.

- To wielki dzień - po­wie­dział. - Wszyst­kiego naj­lep­szego.

Sta­ru­szek uści­snął jego dłoń.

- Masz do­ku­menty?

- Na­tu­ral­nie.

Ad­wo­kat spoj­rzał na nią.

- To pani ku­puje?

- Tak.

- We wszyst­kim się zga­dza­cie?

Po­twier­dziła ski­nie­niem głowy.

- Mogę prze­lać pie­nią­dze w ciągu kilku dni.

We­is­salt wpa­try­wał się w nią.

- Mu­szę o to za­py­tać. Czy nie jest to tylko ja­kiś... im­puls?

Roz­ba­wiło ją to.

- Ow­szem. To jest im­puls, ale nie wiem, czy mój, czy Erika.

- Tak miało być - orzekł Erik Gun­de­strup.

Ad­wo­kat przez kilka se­kund pa­trzył to na nią, to na niego. Na­stęp­nie wy­jął do­ku­menty.

- No do­brze. Erik już się pod­pi­sał, a jak pani prze­czyta to i złoży swój pod­pis, trans­ak­cja bę­dzie do­ko­nana.

Stary czło­wiek na­lał so­bie zim­nej kawy.

- Usiądę so­bie w słońcu - po­wie­dział.

Sie­dzieli przy sto­liku w kuchni. Czy­tała do­ku­menty, czu­jąc na so­bie wzrok We­is­salta.

- Po­lu­bił pa­nią - po­wie­dział. - To dla pani ko­rzystny in­te­res. Na­prawdę ko­rzystny.

- Też go lu­bię.

- Ale go pani nie zna.

Opo­wie­działa mu o tym, jak coś ka­zało jej się za­trzy­mać przed do­mem. Ad­wo­kat po­ta­ki­wał.

- Erik nie jest za­bo­bonny, ale wie­rzy w przy­padki.

- Przed dwiema go­dzi­nami nie mia­łam po­ję­cia o ist­nie­niu tego domu. A te­raz je­stem tak pewna tego, co ro­bię, jak ni­gdy wcze­śniej.

- Zja­wiła się pani we wła­ści­wej chwili.

- Tylko szkoda, że nie mia­łam dla niego uro­dzi­no­wego pre­zentu.

We­is­salt par­sk­nął.

- Wy­daje mi się, że pani sama jest tym pre­zen­tem.

Pod­pi­sała się i klamka za­pa­dła.

Choć nie do końca.

Erik Gun­de­strup sie­dział w słońcu na swo­jej ławce, zło­żyw­szy ręce na ko­la­nach. Obok stała fi­li­żanka kawy i le­żała czapka. Głowę oparł o czer­wony, ce­glany mur. Oczy miał za­mknięte, usta roz­chy­lone.

We­is­salt po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu Idy i przez chwilę stali tak w mil­cze­niu. Z lasu do­cho­dziło ku­ka­nie ku­kułki.

Ad­wo­kat pod­szedł do ławki i po­ło­żył rękę na barku sta­ruszka.

- Erik?

Sta­ru­szek jed­nak nie od­po­wia­dał.

We­is­salt przy­ło­żył dwa palce do po­kry­tej zmarszcz­kami szyi, tuż nad koł­nie­rzy­kiem fla­ne­lo­wej ko­szuli w kratkę. Na­stęp­nie wy­pro­sto­wał się i spoj­rzał na nią.

- Boże je­dyny - po­wie­dział. - On nie żyje.

Ostat­nie słowa, które wy­po­wie­dział stary czło­wiek, za­nim wy­szedł na słońce ze swoją fi­li­żanką kawy, brzmiały: "Tak miało być". Od tam­tego dnia ona od­czu­wała to w taki sam spo­sób. Ni­gdy nie była ani za­bo­bonna, ani re­li­gijna, ale ist­niały moce, o któ­rych nie miała po­ję­cia, i to one wła­śnie zjed­no­czyły się w owym dniu. Erik Gun­de­strup po­rwany zo­stał przez wiatr ni­czym su­chy liść.

Prze­jęła dom, pła­cąc za niego resztą pie­nię­dzy, które po­zo­sta­wił jej wuj Ru­dolf. Opróż­niła go, po­sprzą­tała, a resztę lata spę­dziła na ma­lo­wa­niu i urzą­dza­niu wnętrz we­dług wła­snego gu­stu.

Erik Gun­de­strup nie miał spad­ko­bier­ców. Nie po­zo­sta­wił po so­bie rów­nież żad­nych in­struk­cji od­no­śnie do po­chówku. We wszyst­kim po­ma­gał jej We­is­salt, dzięki czemu na po­czątku sierp­nia mo­gli zło­żyć urnę z pro­chami sta­rego czło­wieka do ziemi obok wierzby ro­sną­cej w ota­cza­ją­cym dom la­sku.

W Hel­singe ku­piła uży­wa­nego yarisa i sta­rała się o pracę w fir­mie ochro­niar­skiej w Ti­svilde, która przez okrą­gły rok strze­gła bez­pie­czeń­stwa dom­ków let­ni­sko­wych za­moż­nych lu­dzi.

Dawne ży­cie po­zo­sta­wiła za sobą i roz­po­częła nowe.

Krótko po prze­pro­wadzce wy­szła z domu o wcze­snej po­rze. Drzewa spo­wite były mgłą. Nie znała te­renu da­lej, tylko ten la­sek wo­kół domu.

Kiedy we­szła do niego żwi­rową drogą, ogar­nęło ją nie­przy­jemne uczu­cie nie­po­koju. Ze­szła z drogi i in­stynk­tow­nie po­dą­żyła w miej­sce, które ten nie­po­kój bu­dziło, spo­dzie­wa­jąc się uj­rzeć ja­kieś je­zioro czy może opusz­czony bu­dy­nek. Przedarła się przez gę­ste krzaki i sta­nęła jak wryta. Chasz­cze na­gle się ury­wały, a jej oczom uka­zał się traw­nik się­ga­jący aż do ma­syw­nych bu­dyn­ków.

Są­dziła, że mieszka na od­lu­dziu, dla­tego ten wi­dok ogrom­nie ją za­sko­czył. Stała na kra­wę­dzi lasu, a po­tem po­sta­no­wiła wró­cić do domu.

Oka­zało się, że ob­szar wo­kół lasu wcale nie jest nie­za­miesz­kały. Przy wiel­kich bu­dyn­kach wi­dać było lu­dzi i sa­mo­chody.

Jesz­cze tego sa­mego dnia wy­brała się ro­we­rem na prze­jażdżkę, do­je­chała do wjazdu i od­czy­tała na­pis na ta­blicy: Pań­stwowy Ośro­dek Grib­skov. Była za­cie­ka­wiona. Po­sta­no­wiła do­wie­dzieć się, czym ta in­sty­tu­cja się zaj­muje.

Wie­czo­rem wpa­try­wała się w ciem­ność w kie­runku ma­łych pla­mek żół­tego świa­tła. Wie­działa te­raz wię­cej. Za­sło­niła szczel­nie za­słonki, po­szła do kuchni i usia­dła przy ma­łym sto­liku Erika Gun­de­strupa.

Roz­dział 4

Zro­bił tyle, ile mógł. Los Her­mana nie le­żał w jego rę­kach. Ru­szył sprawę, ale wiel­kich na­dziei na jej po­wo­dze­nie nie miał. Nikt nie miał za­miaru brać na sie­bie od­po­wie­dzial­no­ści za uwol­nie­nie cho­rego na schi­zo­fre­nię mor­dercy.

Te­raz je­chał do in­nej czę­ści Pół­noc­nej Ze­lan­dii. Pod­czas jazdy mó­wił sam do sie­bie, jak to by było cu­dow­nie i wspa­niale sa­mot­nie spę­dzić trzy ty­go­dnie w ja­kimś ho­telu. Czy­tałby książki, cho­dziłby na dłu­gie spa­cery po plaży, a po­tem wró­ciłby do biura z na­ła­do­wa­nymi do pełna aku­mu­la­to­rami.

Prawda jed­nak była taka, że rano okła­mał Ri­charda Br?s­snera. Wie­dział, że stra­cił formę w ta­kim stop­niu, że gdyby Br?s­sner zda­wał so­bie z tego sprawę, to nie tylko wy­słałby go na urlop, ale być może na­wet za­wie­sił w obo­wiąz­kach i do­ma­gał się ba­dań le­kar­skich oraz upo­ka­rza­ją­cych ewa­lu­acji jego przy­dat­no­ści do pracy.

On jed­nak go okła­mał, tak samo, jak okła­my­wał sa­mego sie­bie od czasu, kiedy zo­stał ranny. Od rana nie wziął ta­bletki, a te­raz za­czął od­czu­wać jej brak.

Przy­po­mniał so­bie noc spę­dzoną w szpi­talu w Aal­borgu, gdzie błędna ocena sy­tu­acji nie­mal kosz­to­wała go ży­cie. Sa­motna ko­bieta w wieku sześć­dzie­się­ciu ośmiu lat zo­stała zna­le­ziona mar­twa w swoim miesz­ka­niu na ulicy po­ło­żo­nej rów­no­le­gle do Lim­fjor­den. Na­zy­wała się Su­sanne Je­sper­sen. Bar­dzo do­brze pa­mię­tał jej miesz­ka­nie po­ło­żone na trze­cim pię­trze.

Wcze­snym po­po­łu­dniem po­le­ciał sa­mo­lo­tem do Aal­borga. Był gru­dzień, pa­dał śnieg. Z nie­wiel­kiego lot­ni­ska po­ło­żo­nego na pół­noc od fiordu wziął tak­sówkę i przy­je­chał pod wska­zany ad­res na tej dłu­giej ulicy. Cały czas spa­dały ogromne, gę­ste płatki śniegu.

Star­sza pani zna­le­ziona zo­stała rano przez są­siada, który miał klu­cze i re­gu­lar­nie za­glą­dał do nie­do­ma­ga­ją­cej sta­ruszki. Sie­działa na żół­tym fo­telu udu­szona ny­lo­nową poń­czo­chą, która wciąż jesz­cze za­ci­śnięta była na szyi. Jej twarz przy­brała ciem­no­czer­woną barwę, ję­zyk wy­sta­wał z ust, a na­bie­głe krwią oczy były ma­towe i sze­roko otwarte.

Przy­glą­dał się temu wi­do­kowi, pod­czas gdy lo­kalni pa­to­lo­dzy, tech­nicy i ra­tow­nicy prze­pro­wa­dzali w miesz­ka­niu swoje me­to­dyczne czyn­no­ści. Prze­słu­chał są­siadkę, brą­zo­wo­włosą pie­lę­gniarkę po trzy­dzie­stce o na­zwi­sku Lotte Arent­zen. Sie­dzieli w jej kuchni w miesz­ka­niu, które było lu­strza­nym od­bi­ciem miesz­ka­nia po­ło­żo­nego po dru­giej stro­nie klatki scho­do­wej. Pa­mię­tał, że miała okrą­głą wagę ku­chenną z ja­sno­żół­tego pla­stiku, po­dobną do tej, któ­rej jego matka uży­wała do wa­że­nia mąki, gdy pie­kła chleb.

Lotte Arent­zen była w szoku, ale od­mó­wiła po­mocy me­dycz­nej.

- Je­stem pie­lę­gniarką - po­wie­działa, za­pa­la­jąc w jego obec­no­ści pa­pie­rosa. - Po­ra­dzę so­bie. Wiem, jak wy­glą­dają mar­twi lu­dzie.

Nie mu­siał jej wy­py­ty­wać. Lotte Arent­zen wie­działa, kto udu­sił jej star­szą są­siadkę.

- Po­roz­ma­wiaj z jej by­łym. Ja­nem. Jan Je­sper­sen. Mieszka w jed­nym z blo­ków na N?rre Ut­trup. Tam, gdzie au­to­strada wy­cho­dzi z tu­nelu. On to zro­bił.

- Skąd ta pew­ność?

- Był tu wczo­raj wie­czo­rem.

- Wi­dzia­łaś go?

- Nie, ale sły­sza­łam. Sły­sza­łam ich oboje. Czę­sto tak było.

- Jak?

- No, że się kłó­cili.

- Wiesz, o co?

Lotte Arent­zen spoj­rzała na niego, wy­dmu­chu­jąc dym cienką strużką po­nad jego głową.

- O pie­nią­dze.

- A więc twoja są­siadka miała pie­nią­dze?

- No, aż tyle to nie miała. Ale wio­sną wy­grała w to­to­lotka. Ostrze­ga­łam ją, ale była na tyle głu­pia, że wszyst­kim na­około opo­wia­dała o tych dwu­stu dwu­na­stu ty­sią­cach.

- A eks­mąż o tym wie­dział?

- Ja­sne.

Pie­lę­gniarka spoj­rzała na niego. Była na­wet ładna. Brą­zowe włosy uło­żone miała tro­chę po sta­ro­świecku, przy­cięte dość krótko, z ko­smy­kami zwi­sa­ją­cymi w łu­kach na li­nii brody.

- Mo­gła się nie od­zy­wać.

Kiedy tak sie­dział u niej, przy­mknął na chwilę oczy. Czas spę­dzony na tej ulicy na długo po­zo­stał w jego pa­mięci, po­nie­waż wszyst­kie szcze­góły przy­wo­dziły mu na myśl dziel­nicę Valby, w któ­rej do­ra­stał. Gę­sto sy­piący śnieg. Ci­che miesz­ka­nie Lotty Arent­zen z drew­nia­nymi wie­sza­kami na drążku pod półką na czapki w przed­po­koju, ochrowe i szare wzo­rzy­ste ta­pety, kroki ob­cych lu­dzi na scho­dach, na­strój na klatce scho­do­wej, kiedy prze­dzie­rali się z no­szami, na któ­rych le­żały zwłoki ko­biety, wi­ru­jące płatki śniegu w sno­pach świa­teł la­tarni.

Wkrótce po­tem ra­zem z dwoma in­nymi po­li­cjan­tami pu­kał już do drzwi Jana Je­sper­sena na in­nej klatce scho­do­wej po dru­giej stro­nie fiordu. Ni­kogo nie było w domu, ale je­den z po­li­cjan­tów po­szedł roz­py­tać są­sia­dów.

- Jak nie ma go w domu, to na pewno sie­dzi nie­da­leko, w Lizzy.

- Lizzy?

- To knajpa. Mi­nę­li­śmy ją po dro­dze.

W śnie­życy mu­sieli się za­tem cof­nąć o ja­kieś pół ki­lo­me­tra aż do ob­skur­nej knajpy, która le­żała w ciem­nym za­kątku nie­da­leko du­żego wy­ro­bi­ska mar­glo­wego przy sta­rej ulicy Hj?r­rin­gvej, która po otwar­ciu ka­nału pod fior­dem stała się trasą bar­dzo rzadko uczęsz­czaną.

Knajpa le­żała obok sklepu dro­ge­ryj­nego Ta­tol ze zbu­twia­łymi zdrew­nia­łymi li­stwami na fa­sa­dzie. Był to skromny, sta­ro­modny lo­kal, cie­pły, mroczny i za­dy­miony. Z ma­łych gło­śnicz­ków pod po­żół­kłym su­fi­tem do­bie­gała mu­zyka.

Pa­no­wała tu oso­bliwa, pro­le­ta­riacka at­mos­fera, jaką ce­nią so­bie lu­dzie, któ­rzy przez całe swoje ży­cie pili, pa­lili pa­pie­rosy i chcieli po­zo­stać temu zwy­cza­jowi wierni aż do śmierci.

Jan Je­sper­sen pił sa­mot­nie.

Sie­dział w płasz­czu przy fi­rance za­wie­szo­nej w oknie wy­cho­dzą­cym na ośnie­żoną ulicę. Był to ko­ści­sty męż­czy­zna, w wiel­kiej dłoni, mię­dzy kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym trzy­mał pa­pie­rosa. Cien­kie włosy ster­czały mu na gło­wie, z tyłu wi­dać było od­ci­śniętą li­nię od czapki, którą po­ło­żył na stole obok bu­telki piwa. Był mocno wsta­wiony, ale spo­kojny, nie sta­wiał oporu, kiedy ka­zali mu pójść z nimi. Thor uważ­nie mu się przy­pa­try­wał.

Jan Je­sper­sen miał około sie­dem­dzie­się­ciu dwóch lat, a jego twarz była su­rowa i po­orana bruz­dami. Thor wy­raź­nie wi­dział, że każdy od­dech kosz­tuje tego szczu­płego męż­czy­znę sporo wy­siłku.

Kiedy je­chali w kie­runku N?r­re­sundby i mo­stu do Aal­borga, sie­dział ra­zem z Je­sper­se­nem na tyl­nym sie­dze­niu. Tam­ten nic nie mó­wił.

Mi­nęli most i po­dej­rzany za­czął się du­sić. Jego wy­dech stał się char­czą­cym świ­stem i mu­siał po­chy­lić się do przodu.

- Astma - wy­sy­czał. - Mój in­ha­la­tor.

Thor w ciem­no­ści prze­szu­kał kie­sze­nie męż­czy­zny. Nie zna­lazł żad­nego in­ha­la­tora. Przy­su­nął się do prze­strzeni mię­dzy przed­nimi sie­dze­niami.

- Trzeba bę­dzie ra­czej po­je­chać do szpi­tala - po­wie­dział. - Coś jest nie tak.

W nie­całe pięć mi­nut póź­niej byli już na izbie przy­jęć szpi­tala przy Ho­bro­vej. Po­li­cjant sie­dzący z przodu za­dzwo­nił już wcze­śniej, więc od razu mo­gli prze­nieść Jana Je­sper­sena na wó­zek, który pod za­da­sze­nie przy­pro­wa­dził je­den z por­tie­rów. Wciąż mocno pa­dał śnieg.

Kiedy sta­nął obok skur­czo­nej po­staci sie­dzą­cej na wózku in­wa­lidz­kim, za­uwa­żył, że Jan Je­sper­sen wy­ko­nał jedną ręką ruch, od­chy­la­jąc połę płasz­cza.

Po­chy­lił się, żeby po­móc męż­czyź­nie, i w tym sa­mym mo­men­cie po­czuł silny ból w le­wym udzie. Cały ze­sztyw­niał, twarz jego zbli­żyła się do twa­rzy Je­sper­sena i zo­ba­czył, że ten stary męż­czy­zna się uśmie­cha.

- O, chyba ja­kieś ukłu­cie - wy­beł­ko­tał. - Tak to już jest w szpi­ta­lach.

Kwa­drans póź­niej Thor sam le­żał na szpi­tal­nym łóżku w wy­dzie­lo­nym po­miesz­cze­niu w izbie przy­jęć. Była przy nim pulchna le­karka o du­żych, czar­nych oczach i z chu­stą na gło­wie, roz­ci­na­jąc jego no­gawkę.

- Głę­boka rana - mó­wiła. - Bar­dzo krwa­wisz.

Wtedy ze­mdlał.

Gdy do­szedł do sie­bie, znaj­do­wał się w tym sa­mym miej­scu, ale le­karki już nie było. Za­miast niej uj­rzał ubra­nego w biały far­tuch ru­do­wło­sego męż­czy­znę, który re­gu­lo­wał do­pływ krwi z umiesz­czo­nego na sto­jaku wo­reczka. Krew spły­wała cien­kim wę­ży­kiem do jego ręki.

- Co się stało? - za­py­tał.

- Zo­sta­łeś po­rząd­nie i głę­boko dźgnięty no­żem w mię­sień udowy - od­po­wie­dział ru­do­włosy. - A te­raz po­da­jemy ci krew.

Po­now­nie za­mknął oczy. Nic nie czuł, a jego my­śli były nie­ja­sne i roz­pro­szone.

Spie­przył to.

Sporo czasu za­jęło mu zro­zu­mie­nie tego, jak bar­dzo. Je­sper­sen przy­znał się do za­bój­stwa. Nie by­łoby na­wet sensu się wy­pie­rać. Na poń­czo­sze, którą udu­sił swoją byłą żonę, zna­le­ziono jego DNA.

Thor już ni­gdy wię­cej go nie zo­ba­czył. Kiedy póź­niej był świad­kiem w są­dzie, ten ko­ści­sty ro­bot­nik le­żał na od­dziale pul­mo­no­lo­gicz­nym, któ­rego ra­czej nie miał szansy opu­ścić.

Bel­ling spę­dził trzy ty­go­dnie sa­mot­nie w swoim miesz­ka­niu na ?ster­bro, wy­rzu­ca­jąc so­bie nie­ostroż­ność. Je­sper­sen ukradł w knaj­pie nóż do kro­je­nia ste­ków. Naj­praw­do­po­dob­niej scho­wał go do buta. Sąd uznał, że cho­ru­jący na astmę mor­derca zda­wał so­bie sprawę z tego, że po­li­cja go znaj­dzie, za­tem ukradł nóż, by móc się bro­nić.

W szpi­talu w Aal­borgu Thor do­wie­dział się, że wy­krwa­wiłby się na śmierć, gdyby tak prędko nie tra­fił na stół ope­ra­cyjny. Głę­boka rana w udzie co prawda za­go­iła się na ze­wnątrz, jed­nak na­wet po kilku ty­go­dniach bo­lała jesz­cze tak bar­dzo, że rano trudno mu było się pod­nieść.

Po­szedł do swo­jego le­ka­rza, dok­tora Malm­berga, na ?r­hus­gade.

- Ja­kiś czas bę­dziesz mu­siał z tym żyć - po­wie­dział. - Ku­le­jesz?

- Nie, ale boli jak dia­bli.

Malm­berg po­ki­wał głową.

- Tak, boli te­raz i po­boli jesz­cze w przy­szło­ści.

- Ale mię­sień chyba się zro­śnie, do cho­lery?

- Ow­szem. Wła­śnie to spra­wia ból. Poza tym bli­zna jesz­cze się goi... mu­sisz ćwi­czyć to udo, Bel­ling, ale bar­dzo po­woli. Jak bę­dziesz miał szczę­ście, bóle ustą­pią. A jak bę­dziesz miał jesz­cze wię­cej szczę­ścia, bę­dziesz jak nowy. Nie bę­dziesz ani ku­lał, ani od­czu­wał bólu. To jed­nak po­trwa.

Działo się to dwa lata temu. Brał ta­bletki uśmie­rza­jące ból i po mie­siącu prze­stał je przyj­mo­wać. Nie po­wi­nien był tego zro­bić.

Bóle po­wró­ciły, więc umó­wił się na wi­zytę u Malm­berga, który z wa­ha­niem za­pi­sał mu wię­cej ta­ble­tek.

- Mu­simy zwra­cać baczną uwagę na to, gdzie jest gra­nica mię­dzy uży­wa­niem leku a jego nad­uży­wa­niem - po­wie­dział. - No ale niech ci bę­dzie.

Uza­leż­nił się.

Bez trudu po­tra­fił za­ła­twić więk­szą ilość ta­ble­tek, a ro­bił to z ta­kim sa­mym ru­ty­no­wym wy­pie­ra­niem, jak kiedy ku­po­wał, zu­peł­nie się nad tym nie za­sta­na­wia­jąc, paczkę pa­pie­ro­sów, mó­wiąc so­bie, że to na pewno ostat­nia.

Te­raz wie­dział już, że ta­bletka - albo dwie - może stać się je­dyną ważną rze­czą na świe­cie.

Zna­lazł ho­tel, który stał na po­ro­śnię­tym ro­ślin­no­ścią kli­fie wy­soko po­nad błę­kit­nym Kat­te­ga­tem. Par­ku­jąc przed ślicz­nym, bia­łym drew­nia­nym bu­dyn­kiem ze żwi­ro­wym pla­cy­kiem na ty­łach, my­ślał o swoim bólu i o tym, że nie ma ochoty z ni­kim roz­ma­wiać. Wziął wa­lizkę i po dwóch stop­niach wszedł na przy­le­ga­jącą do bu­dynku we­randę.

Wszedł do holu. Za kon­tu­arem stał kor­pu­lentny męż­czy­zna o gru­bych, si­wych wło­sach, czer­wo­nej skó­rze, ubrany w polo ko­loru ma­jo­ne­zo­wego. Było tu przy­tul­nie, spo­koj­nie i ja­sno.

- Na­zy­wam się Bel­ling - po­wie­dział, sta­wia­jąc wa­lizkę przy kon­tu­arze. - Mam re­zer­wa­cję.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się i spoj­rzał na mo­ni­tor.

- Bel­ling, tak. Trzy ty­go­dnie z peł­nym wy­ży­wie­niem. Po­kój nu­mer dwa­na­ście. Z bal­ko­nem i wi­do­kiem na mo­rze.

Thor zmu­sił się do uśmie­chu, uda­jąc ko­goś za­do­wo­lo­nego z wy­po­czynku i peł­nego ocze­ki­wań.

- Zna­ko­mi­cie - po­wie­dział.

Go­spo­darz zdjął klucz z wi­szą­cej za nim ta­blicy.

- Tra­fił pan na do­brą po­godę. Mu­szę po­wie­dzieć, że kła­dziemy na­cisk na ci­szę i spo­kój. Nie mamy ani spa, ani stu­dia fit­ness.

- Miło mi to sły­szeć.

Go­spo­darz cią­gle się uśmie­chał.

- Mamy za to bar­dzo dłu­gie schody pro­wa­dzące na plażę. Mó­wię za­wsze go­ściom, że spa­cer nad wodę, krótka ką­piel i spa­cer po­wrotny to wy­star­cza­jący fit­ness, jak się chce tro­chę od­re­ago­wać.

- Mam ze sobą płaszcz ką­pie­lowy.

- To świet­nie - po­wie­dział go­spo­darz. - Na­zy­wam się Bent Ber­thel­sen. Je­stem wła­ści­cie­lem He­ather­hus. Obia­do­ko­la­cja od go­dziny osiem­na­stej, nie trzeba re­zer­wo­wać. Śnia­da­nie od siód­mej trzy­dzie­ści do dzie­sią­tej. Pań­ski po­kój jest na gó­rze. Po scho­dach i w prawo.

Bel­ling pod­pi­sał się na for­mu­la­rzu i po­szedł z wa­lizką na górę. Po­czuł kłu­jący ból w udzie i na­ra­sta­jącą po­trzebę po­łknię­cia ta­bletki.

Po­kój był przy­tulny, urzą­dzony w sta­rym stylu. Otwo­rzył drzwi na bal­kon i po­pa­trzył przez chwilę na mo­rze, po­tem spraw­dził ma­te­rac na wiel­kim łóżku i z ulgą stwier­dził, że jest twardy i nowy.

Wy­jął z wa­lizki ko­sme­tyczkę, zna­lazł fiolkę z le­kiem i wło­żył do ust dwie nie­bie­skie pi­gułki. Po­ło­żył się pła­sko na łóżku i cze­kał.

Obu­dził się zlany po­tem i zdez­o­rien­to­wany. Było wpół do pią­tej. Słońce za­wę­dro­wało na pół­nocny za­chód i po­woli zni­kało za ho­ry­zon­tem. Za­sta­na­wiał się, czy nie pójść za radą go­spo­da­rza i nie wy­brać się na plażę, ale zre­zy­gno­wał.

Wziął na­to­miast prysz­nic i zmie­nił ubiór na wa­ka­cyjny, le­wisy, czarny T-shirt i mo­ka­syny. Wy­szczot­ko­wał ma­ry­narkę, a o osiem­na­stej trzy­dzie­ści zszedł do ja­dalni.

Sie­działy tam już trzy pary. On za­jął miej­sce przy sto­liku pod oknem z wi­do­kiem na błę­kitne mo­rze. Je­dze­nie było smaczne i szybko po­dane, ale z nie­za­do­wo­le­niem skon­sta­to­wał, że jego swo­bodny uśmiech do dziew­czyny, która ser­wo­wała je­dze­nie, był wy­mu­szony i fał­szywy.

Za­mó­wił gin z to­ni­kiem i jed­nym hau­stem wy­pił po­łowę szklanki. Spo­koj­nie, Bel­ling, skar­cił się w du­chu.

Jest tu miło.

Ju­tro bę­dzie le­piej.

Jest tak do­brze, jak tylko może być.

Jed­nak po nie­ca­łej go­dzi­nie za­uwa­żył symp­tomy abs­ty­nen­cji. W domu przyj­mo­wa­nie le­ków i po­cią­gnię­cia z bu­telki whi­sky były tak na­tu­ralne, że nie mu­siał so­bie na­wet ni­czego wy­rzu­cać.

Na­to­miast tu­taj, gdzie miał grać rolę wy­lu­zo­wa­nego go­ścia na urlo­pie, te same czyn­no­ści zda­wały się być czymś nie­zręcz­nym i wsty­dli­wym.

Od­mó­wił, kiedy za­pro­po­no­wano mu kawę, wy­ma­wia­jąc się tym, że nie chce znisz­czyć so­bie pierw­szego snu w tak wspa­nia­łym po­koju. Wy­pił do końca lampkę czer­wo­nego wina i po­szedł na górę.

Usiadł na bal­ko­nie i przy­pa­try­wał się za­cho­dzą­cemu słońcu.

Bra­ko­wało mu wol­no­ści my­śle­nia w mroku nocy.

Po­łknął dwie ta­bletki prze­ciw­bó­lowe i jedną na­senną, po czym wy­ło­wił z wa­lizki pier­siówkę z wódką i wziął trzy duże łyki. Na­stęp­nie od razu po­ło­żył się do łóżka. Le­żał w ciem­no­ści. Nie za­cią­gnął za­sło­nek, ale w po­miesz­cze­niu i tak było ciemno jak w gro­bie.

Na­wet mor­fina i al­ko­hol nie zdo­łały ode­gnać obaw o to, czy po urlo­pie bę­dzie jesz­cze zdolny do pracy. Wy­obra­żał so­bie, jak na­gle znaj­dzie się w biu­rze Br?s­snera, gdzie szef w cztery oczy prze­pro­wa­dzi z nim roz­mowę, którą na­zywa "przy­krą".

Fuck, po­my­ślał so­bie. Jesz­cze nie te­raz.

Roz­dział 5

Spał jak za­bity. Obu­dził się do­piero, gdy do po­koju zaj­rzało słońce. Przez ja­kiś czas le­żał jesz­cze w łóżku i przy­glą­dał się cien­kiej, zło­tej stru­dze świa­tła, która po­woli po­ru­szała się na sto­liku przy oknie, na ścia­nie i na pod­ło­dze.

Wy­szedł z łóżka. Miał ze­sztyw­niałe nogi, ale nie czuł żad­nego bólu. Zro­bił parę ćwi­czeń roz­cią­ga­ją­cych na go­łej pod­ło­dze i po­szedł pod prysz­nic, pod­czas gdy jego my­śli już za­czy­nały to­czyć swój co­dzienny dia­log.

Może spró­bu­jesz od­sta­wić ta­bletki. Co ta­kiego może się stać?

Thor po­zy­tywny, gar­dzący wszel­kim uza­leż­nie­niem, za­wsze był w nim gło­sem pierw­szym i tym sil­niej­szym, kiedy w nocy do­brze spał.

Ale drugi Thor, ten pe­sy­mi­styczny i przy­tła­cza­jący, ni­gdy nie ka­zał długo na sie­bie cze­kać.

Wiesz do­brze, co się sta­nie.

Bę­dziesz miał ocię­żałą głowę, nie bę­dziesz w sta­nie na ni­czym się sku­pić, a o dru­giej zro­bisz wszystko, żeby tylko do­stać swoje ta­bletki.

Tego rana po­słu­chał ich obu.

Weź­miesz ta­bletkę i bę­dziesz cie­szyć się urlo­pem.

Je­steś uza­leż­niony, lecz twoje uza­leż­nie­nie o ni­czym w tym świe­cie nie de­cy­duje.

Już się za­czy­nał ubie­rać, kiedy za­dzwo­niła jego ko­mórka.

Spoj­rzał na ekran.

- Dzień do­bry, Cla­risso - po­wie­dział. - Wcze­śnie za­czy­nasz.

- Obu­dzi­łam cię? - za­py­tała pa­to­lożka.

Sły­szał, że jest u sie­bie w wy­ło­żo­nym ka­fel­kami biu­rze pod in­sty­tu­tem w Ko­pen­ha­dze.

- Nie, już wsta­łem.

- Jak się czu­jesz?

- Zna­ko­mi­cie - od­parł. - Je­stem na urlo­pie. A dla­czego py­tasz?

- Bo nie by­łeś w naj­lep­szej kon­dy­cji, jak ostat­nio roz­ma­wia­li­śmy.

- Na­prawdę?

- Na­prawdę.

Za­wa­hał się.

- Mó­wi­łem, że źle się czuję?

- Nie. Nie mu­sia­łeś nic mó­wić.

- No do­brze. W każ­dym ra­zie mam się zna­ko­mi­cie, Cla­risso. Mam...

- Kła­miesz, Bel­ling.

Stał na środku pod­łogi i spo­glą­dał na błę­kitny Kat­te­gat. Wi­dać było spie­nione fale.

- Kła­mię? Ja...

- Tak, kła­miesz. Dla­czego nie chcesz mi po­wie­dzieć, co jest grane?

- Nie ro­zu­miem. O co ci cho­dzi, Cla­risso?

- Okay. Niech zgadnę. Nie je­steś sobą od wtedy w Aal­borgu, to twoje słowa.

- Dawne czasy.

- Ow­szem, ale nic się nie po­pra­wiło. Mam ra­cję?

- Co masz na my­śli?

- Bie­rzesz leki.

- Tak...

- Ja­kie?

Jego wzrok szu­kał na sto­liku ma­łego pla­sti­ko­wego po­jem­nika.

Do dia­bła, po­my­ślał. Cla­rissa nie bę­dzie chyba tego roz­po­wia­dać.

- Pe­ti­din. Tak to się na­zywa. Za­pi­sał mi to mój le­karz. Dok­tor Malm­berg.

Za­pa­dła ci­sza.

- Ile bie­rzesz? - za­py­tała.

- No ile... - sta­rał się zwle­kać z od­po­wie­dzią.

- Thor - prze­rwała mu. - Masz mi po­wie­dzieć.

- Cztery, pięć sztuk dzien­nie - od­parł, wy­dy­cha­jąc ciężko po­wie­trze.

- Ile mi­li­gra­mów?

Pod­niósł bu­te­leczkę bli­żej oczu.

- Pięć.

- A al­ko­hol?

Od­wró­cił wzrok w kie­runku sto­lika noc­nego, gdzie stała ja­sna bu­telka z czer­woną na­krętką.

- Nic nie uj­dzie two­jej uwa­dze, co? Może sama też po­win­naś wy­brać się na urlop.

- A może ty po­wi­nie­neś za­cząć roz­wa­żać po­wrót do rze­czy­wi­sto­ści, Bel­ling.

- Co masz na my­śli?

- To, że nie po­wi­nie­neś mnie okła­my­wać. Nie są­dzę, żeby dok­tor Malm­berg prze­pi­sy­wał taką so­lidną, co­dzienną dawkę mor­finy przez dwa lata po tym, jak dźgnięto cię no­żem.

- Dla­czego w to nie wie­rzysz?

- Bo jego za­da­nie nie po­lega na zro­bie­niu z cie­bie mor­fi­ni­sty. Na­prawdę przy­kro mi z po­wodu tam­tego zda­rze­nia.

- Okay - od­parł. - Na po­czątku to Malm­berg mi je prze­pi­sy­wał. W pew­nym mo­men­cie po­wie­dział stop. Ale nie da­wa­łem so­bie rady. By­łem zmu­szony za­ła­twiać je so­bie w inny spo­sób.

- Jaki?

Po­now­nie się za­wa­hał.

- Wo­lał­bym ci o tym nie mó­wić.

- Ja­sne, ale to chyba o czymś świad­czy.

- O czym?

- O tym, że je­steś mor­fi­ni­stą. Do­brze o tym wiesz. Nie chcesz się tylko do tego przy­znać, bo nie chcesz nic z tym zro­bić.

- Nie wiem, co miał­bym z tym zro­bić.

- Ty nie wiesz, ale ja wiem - od­parła.

- Cla­risso, ja nie mam czasu. Mu­szę od­po­czy­wać.

- Wiem. Wpadnę do cie­bie jesz­cze dzi­siaj.

- To na­prawdę nie jest ko­nieczne, Cla­risso. Ja...

- Bra­łeś dziś rano mor­finę?

- Jesz­cze nie.

- Weź te­raz pięć mi­li­gra­mów, a po­tem do mo­jego przy­jazdu już nic. Umowa stoi?

- Tak - po­wie­dział - umowa stoi.

W chwili kiedy od­po­wie­dział "tak", wie­dział, że zro­bił to, bo po­zwo­liła mu przy­naj­mniej na jedną.

- Świet­nie. To na ra­zie.

Nie zdą­żył już jej po­dzię­ko­wać, bo prze­rwała po­łą­cze­nie.

Roz­dział 6

O wpół do dwu­na­stej zo­ba­czył, jak Cla­rissa Spet­sas par­kuje swoją ja­sno­żółtą, spor­tową lan­cię, i wy­szedł jej na­prze­ciw. Wy­sia­dała w pro­mie­niach ostrego, po­łu­dnio­wego słońca. Miała na so­bie zie­loną, let­nią su­kienkę i oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Wi­dok ten przy­po­mi­nał mu pewną re­klamę sa­mo­cho­dów z lat pięć­dzie­sią­tych. Zresztą nie­zbyt udaną. Sa­mo­chód był ładny, ale Cla­rissa jesz­cze ład­niej­sza. Nio­sła ze sobą swoją sfa­ty­go­waną skó­rzaną teczkę i uśmie­chała się do niego.

- Do­brze wy­glą­dasz - po­wie­dział. - Miło cię wi­dzieć bez kom­bi­ne­zonu czy far­tu­cha.

- Schle­bia­nie nic ci nie po­może - od­parła. - Mu­simy po­roz­ma­wiać.

Po­tak­nął.

- Usiądźmy w ja­dalni. Mo­żemy coś prze­ką­sić.

- Nie przy­je­cha­łam tu na ża­den po­si­łek. Masz chyba ja­kiś po­kój?

Wzru­szył ra­mio­nami.

- Ow­szem. Jak wo­lisz.

Przy­glą­dała mu się uważ­nie.

- Ra­czej cho­dzi o to, co ty wo­lisz. Mu­simy po­ga­dać na po­waż­nie.

- Daj już spo­kój. Mam się do­brze, Cla­risso.

- Wiem, wiem. Cie­kawe tylko, co przez to ro­zu­miesz..

- Zu­peł­nie szcze­rze. Pró­buję od­po­cząć.

- No i jak ci to wy­cho­dzi?

- Świet­nie. Szcze­gól­nie wtedy, kiedy nie je­stem prze­słu­chi­wany w spra­wie mo­jego za­ży­wa­nia le­ków.

Zni­żyła głos.

- Nie je­stem tu dla za­bawy, Bel­ling. Cho­dzi o cie­bie.

- Czy to przy­pad­kiem nie jest zbyt me­lo­dra­ma­tyczne?

Pa­trzyła na niego, zwle­ka­jąc z od­po­wie­dzią.

- Od­po­wiedz mi: bie­rzemy się za to czy się nie bie­rzemy?

- A je­śli nie?

- Sam de­cy­du­jesz. Ja mogę przejść obok tego obo­jęt­nie. Ale ty ra­czej nie po­wi­nie­neś.

Za­wa­hał się.

- Okay. Chodźmy do mo­jego po­koju.

W jej spoj­rze­niu uj­rzał ulgę, ale w jed­nej krót­kiej se­kun­dzie po­my­ślał so­bie, z jaką ła­two­ścią mógł od­rzu­cić pro­po­zy­cję po­mocy. Jed­nak wtedy ukrę­ciłby na sie­bie bicz i uza­leż­nie­nie ro­bi­łoby z nim, co by chciało, po­woli, lecz kon­se­kwent­nie.

Prze­szli przez hol, a po­tem udali się scho­dami na górę. Było bar­dzo ci­cho.

- Przy­jemne miej­sce - po­wie­działa Cla­rissa.

- Tak, mam wszystko, czego po­trze­buję.

Do­tarli do drzwi jego po­koju i we­szli do środka, ona przo­dem.

Usia­dła w fo­telu obok biurka, spod któ­rego wy­su­nął krze­sło dla sie­bie.

Zdjęła oku­lary i spo­glą­dała na niego swo­imi ja­sno­brą­zo­wymi oczami. Miała piegi, a jej krę­cone włosy w ko­lo­rze kar­melu zda­wały się roz­ko­szo­wać wol­no­ścią od me­dycz­nych czep­ków, które za­zwy­czaj musi no­sić.

- Zro­bi­łeś tak, jak ci mó­wi­łam? - za­py­tała.

- Oczy­wi­ście, że tak zro­bi­łem. Jedna ta­bletka rano. Stoją tam.

Wzięła ze stołu opa­ko­wa­nie z ta­blet­kami i prze­stu­dio­wała je.

- Okay - po­wie­działa. - Jak te­raz się czu­jesz?

- Świet­nie.

Po­trzą­snęła bia­łym, pla­sti­ko­wym po­jem­ni­kiem. Do­brze znany dźwięk wy­wo­łał u niego uczu­cie głodu i nie­cier­pli­wo­ści, ta­kie samo, kiedy na stole ku­chen­nym po­zo­staje ostat­nia ba­beczka.

- A więc masz się świet­nie. Tylko że masz ochotę na na­stępną ta­bletkę.

- Ow­szem, mam.

- Skąd je bie­rzesz?

- Czy to nie wszystko jedno?

Po­tak­nęła.

- Tak, naj­zu­peł­niej. Już samo to, że jest ci wszystko jedno, przy­wo­dzi mi na myśl bied­nych eme­ry­tów, któ­rzy sprze­dają prze­pi­sane im leki, żeby mieć pie­nią­dze na wódę. Po­wiedz, że tak da­leko jesz­cze nie za­brną­łeś.

Po­chy­lił głowę i wzru­szył ra­mio­nami.

- Nie mogę tego po­wie­dzieć.

- Okay. To zna­czy, że je­steś nie­zdolny do pracy w trzech punk­tach.

Otwo­rzył sze­roko oczy.

- Sporo o tym my­śla­łaś, co? W ca­łych trzech punk­tach. To zbyt do­brze brzmi, żeby mo­gło być prawdą.

- Po pierw­sze, je­steś uza­leż­niony od pre­pa­ratu na ba­zie mor­finy. Samo to wy­star­cza, żeby Ri­chard Br?s­sner za­wie­sił cię w try­bie na­tych­mia­sto­wym i nie przy­wró­cił do ak­tyw­nej służby, za­nim ja­kiś od­po­wie­dzialny le­karz nie udo­ku­men­tuje faktu, że je­steś czy­sty.

- Czy­sty? Mó­wisz o mnie jak o ja­kimś ćpu­nie.

- Bo je­steś ćpu­nem.

Po­dra­pał się w głowę.

- No do­brze. Je­stem ćpu­nem. A po dru­gie?

- Po dru­gie mó­wisz, mię­dzy wier­szami co prawda, ale jed­nak, że na­by­wasz swoją mor­finę w spo­sób nie­zgodny z pra­wem.

- Och, Cla­risso.

- Tak, tak. Nie wiem, skąd bie­rzesz ta­bletki, ale wiem, że jest to coś gor­szego niż samo uza­leż­nie­nie. Gdyby na­gle twój di­ler po­ja­wił się ze zdję­ciem Thora Bel­linga i z ra­do­ścią opo­wie­dział, że za­słu­żony śled­czy ku­puje u niego mor­finę, to Br?s­sner mu­siałby cię zwol­nić bez zbęd­nych ce­re­gieli. By­łoby po to­bie, Bel­ling.

- Tak się nie sta­nie.

- Mam na­dzieję. Poza tym nie je­stem Br?s­sne­rem. W za­sa­dzie to twoje uza­leż­nie­nie od mor­finy i od di­lera mo­głoby być mi obo­jętne. Ale trze­cia sprawa jest naj­gor­sza.

- No to mów.

Pa­trzyła mu pro­sto w oczy.

- Nie je­steś w sta­nie pra­co­wać. Nie je­steś na­wet w sta­nie uznać tego, że nie mo­żesz pra­co­wać.

- Mam urlop. Mój mózg działa bez za­rzutu.

- To cał­kiem moż­liwe, że sil­nik jesz­cze cho­dzi, ale pas na­pę­dowy już pękł, a to mnie mar­twi. Nie je­stem twoją bez­po­śred­nią prze­ło­żoną, ale twoja praca od­bija się też na mo­jej. A te­raz nie mogę prze­stać my­śleć o tym, co bę­dzie, jak po­peł­nisz ja­kiś głupi błąd, który ja będę mu­siała w in­sty­tu­cie pro­sto­wać, co tylko po­gor­szy sprawę.

Mógł tylko mil­czeć. Nie po­wie­działa mu ni­czego, czego by nie wie­dział wcze­śniej.

- Co byś zro­biła na moim miej­scu? - za­py­tał.

- Od­sta­wi­ła­bym mor­finę i wódkę. No bo cóż in­nego można zro­bić?

- Ale jak to zro­bić?

- Są dwie moż­li­wo­ści. Rzu­cić to na­tych­miast...

Spoj­rzał na nią.

- A jaka jest druga moż­li­wość?

Pa­trzyła mu w oczy.

- Po­wolny, spo­kojny od­wyk.

Po­in­for­mo­wa­nie go o tym, jak wy­gląda re­duk­cja, za­jęło jej tylko pięć mi­nut. Wy­jęła z teczki mały, pla­sti­kowy po­jem­ni­czek i po­ło­żyła go na stole.

- Co to jest? - za­py­tał.

Spoj­rzała na niego z ukosa.

- A co ty? Pro­wa­dzisz ja­kiś quiz? To prze­ci­nacz do ta­ble­tek.

Po­chy­lił się do przodu i spoj­rzał, jak Cla­rissa wy­jęła jedną ta­bletkę z bia­łej bu­te­leczki. Wło­żyła ją w za­głę­bie­nie w kształ­cie li­tery V i opu­ściła wieczko z przy­twier­dzo­nym ostrzem.

- Vo­ila - po­wie­działa. - Po­łowa ta­bletki.

- Nie­źle.

- Bę­dzie jesz­cze le­piej.

Po­pa­trzył, jak skru­pu­lat­nie wkłada po­łowę ta­bletki do za­głę­bie­nia i znów prze­cina.

- Te­raz mamy ćwiartkę. Wi­dzisz, że urzą­dze­nie jest bar­dzo pre­cy­zyjne. Nie można oszu­ki­wać jak przy prze­gry­za­niu ta­bletki, żeby po­łknąć jej więk­szą część.

Spoj­rzał na nią.

- Wiesz, o czym mó­wisz. Mam ra­cję?

Te­raz ona spoj­rzała na niego i zo­ba­czył, że miała wil­gotne oczy.

- Na­tu­ral­nie, że wiem. Kro­iłam już wię­cej nar­ko­ma­nów, niż ty zja­dłeś ko­tle­tów.

- Ale to nie dla­tego wiesz, jak się prze­cina ta­bletki.

- Ow­szem.

- Dla­czego?

- Bo mu­szę wie­dzieć, jak oni to ro­bią.

Wy­tłu­ma­czyła mu, jak prze­pro­wa­dza się re­duk­cję.

- A co z wódką? - za­py­tał.

- Ile masz?

- Nie­całą bu­telkę.

- A jak ci się wy­daje, na ile to wy­star­czy?

Spoj­rzał na nią.

- Aż bę­dzie pu­sta.

- To do­brze - po­wie­działa, ki­wa­jąc głową.

- I tak jest za da­leko do sklepu.

Przyj­rzała mu się.

- Ro­bi­łam kie­dyś ob­duk­cję al­ko­ho­lika, któ­remu skoń­czyło się pi­cie. Le­żał w łóżku, ni­kogo in­nego w miesz­ka­niu nie było. Wiesz, co zro­bił, kiedy mu za­bra­kło?

- Umarł?

- Tak, umarł. Ale przed­tem wy­pił pra­wie całą wodę po go­le­niu. Hugo Boss. Cała sala ob­duk­cyjna śmier­działa tym świń­stwem.

Po­pa­trzyli so­bie w oczy.

- Tak da­leko to nie zaj­dzie, Cla­risso. Obie­cuję ci.

- Obie­caj to sa­memu so­bie, Bel­ling.

Pod­niósł ręce do góry.

- Okay, obie­cuję i dzię­kuję ci.

Po­pa­trzyła mu pro­sto w oczy, po czym po­wie­działa:

- Jesz­cze nie ma za co.

Prze­niósł wzrok z niej na błę­kitne niebo. Jej pełne tro­ski na­po­mnie­nia wzru­szyły go i jed­no­cze­śnie prze­stra­szyły. Przez krótką se­kundę po­my­ślał o swo­jej bo­go­boj­nej ma­mie, która dała mu re­pry­mendę, kiedy prze­cho­dzili kie­dyś na ulicy obok ja­kie­goś me­nela, a on ka­wa­łek da­lej na chod­niku stroił so­bie z tego wy­nisz­czo­nego czło­wieka żarty.

Jego mama za­trzy­mała się i mocno chwy­ciła go za ra­mię. Od­wró­ciła go, tak żeby wy­raź­nie mógł przyj­rzeć się za­ta­cza­ją­cemu się pi­ja­kowi.

- Jak opu­ści cię ła­ska bo­ska, to bę­dziesz taki sam, Tho­rze Bel­lingu.

Czę­sto wra­cał do tego my­ślami, ale ni­gdy do końca nie poj­mo­wał jej słów. Aż do te­raz.

Ni­gdy do­tąd nie znaj­do­wał się w po­koju ho­te­lo­wym sam na sam z Cla­rissą Spet­sas, więc po­ru­szał się nie­zgrab­nie i tro­chę zbyt prędko, kiedy po­wie­działa:

- Czas na mnie.

- A do­kąd się wy­bie­rasz?

- Jadę do R?ge­leje od­wie­dzić ko­le­żankę, która za­trzy­mała się w domku let­ni­sko­wym.

Po­ki­wał głową.

- Cie­szę się, że nie je­cha­łaś tak da­leko tylko po to, żeby mnie opie­przyć.

Kiedy tak stała przed nim, coś w jej oczach mó­wiło mu, że może tylko uda­wała wy­lu­zo­waną, a ko­le­żanka w R?ge­leje wcale nie ist­nieje.

Wie­dział, co te­raz mo­głoby się wy­da­rzyć i że Cla­rissa być może miała na to na­dzieję.

Chwila ta jed­nak mi­nęła. Po­de­szła do niego, po­ca­ło­wała go w po­li­czek i po­wie­działa:

- Rób tak, jak ci mó­wię, Bel­ling. Dzwoń do mnie.

Nie ży­czyła mu przy­jem­nego urlopu. Znała go, a kiedy jej żółty spor­towy wóz już od­je­chał, wie­dział, że z ca­łej siły po­stara się jej nie za­wieźć.

Płaszcz ką­pie­lowy, spa­cer po scho­dach i krótka ką­piel. Oto cały fit­ness. Wró­cił do po­koju, żeby się prze­brać, a kiedy scho­dził na ka­mie­ni­stą plażę, od­krył, że jest w tak do­brym hu­mo­rze, w ja­kim nie był już od bar­dzo dawna.