1
Dom Boga i człowieka
Błogosławię obecność Twoją we mnie.
Ludzie bezdomni
Bezdomność jest straszna. Wielu ludzi nie ma gdzie mieszkać i brak im środków na zakup czy budowę własnego domu. Bezdomność jednak może mieć też głębszy, egzystencjalny wymiar i także ludzie bogaci mogą jej boleśnie doświadczać. Polega ona wówczas na swoistym wykorzenieniu, kiedy czujemy, że nie ma miejsca, o którym moglibyśmy powiedzieć: "To jest mój dom. Jestem u siebie". Do pewnego stopnia powyższe doświadczenie wynika z naszego stylu życia - przemieszczamy się, przeprowadzamy, podróżujemy, pracujemy w międzynarodowych firmach. I chociaż nazywamy świat "globalną wioską", czujemy się wyobcowani. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej; o wiele bardziej cierpimy z powodu wewnętrznej bezdomności, gdy nie potrafimy już odnaleźć drogi do domu, który jest w nas - do naszej własnej duszy.
Żyjemy nieustannie "na zewnątrz". Bombardowani tysiącem wrażeń i informacji zatracamy umiejętność powrotu do swojego wnętrza. A przecież to jest nasz najbardziej osobisty i bezpieczny dom. Przymus stałego przebywania poza nim to specyficzna cecha naszej cywilizacji. Jesteśmy permanentnie przebodźcowani i nieustannie przynaglani do reagowania na to, co dzieje się na zewnątrz. To nas męczy i zabiera ogromną ilość czasu i energii, ale z drugiej strony przyzwyczajamy się do takiego stylu życia. Czujemy się nieswojo, gdy intensywność wydarzeń maleje i nastaje cisza. Uzależniamy się od adrenaliny i stymulujących nas wrażeń. Doświadczamy czegoś, co można nazwać "bulimią zmysłów": mamy dosyć, tęsknimy za spokojem i ciszą, a mimo to chłoniemy więcej i więcej. Dzisiaj trzeba wszystkiego spróbować, doświadczyć, wszystko zobaczyć i dotknąć. Kolekcjonujemy wspomnienia i zdjęcia z miejsc, które już odwiedziliśmy, po czym szukamy nowych. To, co opatrzone i znane, staje się nieatrakcyjne. Poznawanie świata nie jest, oczywiście, samo w sobie złe. "Podróże kształcą" - mówią ludzie i mają rację. Problem pojawia się jednak, kiedy szukanie wrażeń odbywa się kosztem tego, co nazywamy życiem wewnętrznym: gdy zaniedbujemy odkrywanie i rozwijanie własnego wnętrza.
Nasza dusza jest dla nas domem i schronieniem. Jeżeli posiadasz mieszkanie, to możesz z niego bezpiecznie wyruszyć w podróż, bo masz dokąd wrócić. Gorzej, jeśli opuszczasz dom na tak długo, że ścieżki do niego zarastają i nie potrafisz już odnaleźć drogi powrotnej. To jest bezdomność. Może wtedy dojść do sytuacji, w której nie tylko nie będziesz potrafił wrócić do własnego wnętrza, ale wręcz zaczniesz się tego obawiać, bo dom niezamieszkany szybko popada w ruinę i straszy. Gdy w naszym wnętrzu panuje bałagan i zamęt, wolimy trzymać się z daleka i włóczyć po obcych krainach. Problem w tym, że poza własnym wnętrzem nie znajdziemy prawdziwego domu. Jeśli nie zakosztujesz pokoju i bezpieczeństwa w swojej duszy, daremnie będziesz ich szukać na krańcu świata.
Tęsknota za bezpiecznym domem jest w nas głęboko zakorzeniona. Widać to w naszej trosce o mieszkania, budynki i ich otoczenie, o porządek, wyposażenie, wystrój i wygodę. Staramy się, żeby były piękne i przytulne. Również w relacjach z innymi szukamy ciepłego schronienia. Jednak umiejętność tworzenia takich bezpiecznych miejsc i więzi rodzi się właśnie z bogactwa, które mamy wewnątrz nas. Stąd paląca potrzeba, by najpierw uporządkować i urządzić własne wnętrze. Aby to zrobić, musimy do niego wrócić. Oto fundamentalna umiejętność - nauczyć się wracania do własnej duszy i przebywania w niej. Niestety, nie przychodzi nam to spontanicznie, ale trening czyni mistrza.
Zacznijmy od diagnozy. Uczymy się mnóstwa rzeczy: pomnażamy wiedzę, kompetencje, kształcimy się i przechodzimy różne szkolenia. Jesteśmy świetni w wielu dziedzinach życia. A na jakim poziomie jest dzisiaj twoja umiejętność kontaktu ze sobą? Czy potrafisz trwać sam w ciszy? Czy umiesz przetworzyć informacje i wiedzę, które docierają do ciebie z zewnątrz, na prawdziwą wewnętrzną mądrość - taką, która owocuje dojrzałością i wewnętrznym pokojem? Celem nie jest izolacja od świata zewnętrznego, lecz zachowanie równowagi i stworzenie takiego stylu życia, który będzie służył twojemu dobrostanowi. Realny kontakt ze sobą jest jak bloki startowe na bieżni - to właśnie dzięki nim masz siłę odbicia i możesz zmierzyć się z czekającymi cię zewnętrznymi wyzwaniami.
Obiektywnie bodźców pochodzących z otoczenia jest za dużo - to fakt. Dozowanie liczby wrażeń stanowi spore wyzwanie przy naszym tempie życia. Jednak o wiele większym problemem jest sytuacja, gdy nadmierne bodźcowanie własnego umysłu staje się sposobem na zapychanie głodów emocjonalnych i ucieczką od poczucia bezdomności. Wtedy koło się zamyka i działamy przeciw samym sobie. Kiedy przez długi czas biegasz jak chomik w wariackim kołowrotku, możesz nie tylko doświadczyć zawrotu głowy, ale także wpaść w uzależnienie i całkowitą alienację, w której sam dla siebie staniesz się kimś obcym. Zdrowy instynkt podpowiada nam inny kierunek - zatrzymanie i uciszenie serca. Jednak nie każdy może sobie pozwolić na to, by rzucić wszystko i jechać w Bieszczady...
Ograniczenie liczby bodźców, chociaż jest krokiem w dobrym kierunku, nie powoduje automatycznie pokoju i wewnętrznej równowagi. Trzeba cierpliwie przejść cały proces przemiany, dzięki któremu będziemy w stanie żyć w harmonii ze sobą - nawet pośród miejskiego hałasu. Na początku jednak potrzebujemy małego detoksu. Bo chociaż tęsknimy za ciszą i życiem wewnętrznym, to odstawienie nawet niektórych przyzwyczajeń wiąże się z bólem. W czasie rekolekcji w milczeniu, które prowadzimy, uczestnicy proszeni są o to, by nie tylko nie rozmawiali ze sobą i wyłączyli telefony, ale także by ograniczyli kontakt pozawerbalny, który w codziennym życiu dokonuje się przez wymianę spojrzeń, uśmiechów i gestów. Wszystko po to, żeby zostać tylko z samym sobą. Okazuje się to ogromnym wyzwaniem. Powrót do własnego wnętrza jest upragniony, ale nie bezbolesny. Warto zastanowić się, jaki mały krok możemy zrobić w codzienności, by chociaż przez chwilę zatrzymać się w biegu.
Często po pracy pełnej stresu i wyzwań w ramach odpoczynku sięgamy po... rozrywkę. Jak sama nazwa wskazuje, nie służy ona jednak wewnętrznej integracji i wyciszeniu, lecz nas "rozrywa", a więc trzyma w rozproszeniu na zewnątrz, dostarczając kolejnej dawki bodźców. Różnica polega tylko na tym, że wrażenia związane z rozrywką definiujemy jako przyjemne, zaś czynniki, które towarzyszą pracy, zazwyczaj uważamy za mniej miłe. Jedno i drugie skłania nas jednak do przebywania poza sobą i podtrzymuje nieustanną ucieczkę od własnego wnętrza. Nadal jesteśmy rozproszeni, a ostatecznie nawet "rozproszkowani" na niezliczoną liczbę niepołączonych ze sobą wrażeń. W ten sposób gromadzimy w duszy nieprzetrawione napięcia, stresy, lęki, smutki, gniew i frustrację; wrzucamy je jak do magazynu, zamykamy na kłódkę i staramy się o nich zapomnieć. Powrót do własnego wnętrza staje się wówczas coraz trudniejszy i bardziej bolesny, bo wiąże się z konfrontacją z nagromadzonym bałaganem - dlatego wolimy biec dalej w rytmie pracy i rozrywki. Tymczasem potrzebujemy autentycznego od-poczynku, a więc tego, co pomoże się nam odrodzić i zacząć na nowo, od początku.
Podsumowując, mamy trzy przyczyny, które utrudniają nam powrót do samych siebie: brak umiejętności, gdy ścieżka do domu zarosła i nie potrafimy samodzielnie jej odnaleźć, zachłanność i uzależnienie od intensywnych zewnętrznych bodźców oraz bałagan, którego narobiliśmy przez lata, zniechęcający nas do powrotu. Co w takim razie może nas skłonić do tego, by stawić czoła opisanym trudnościom i spotkać się ze sobą? Przede wszystkim potrzebujemy odpowiedniej motywacji. Spróbujmy popatrzeć na własną duszę jak na jedyny, ukochany dom rodzinny, który co prawda jest w ruinie, ale to z nim związana jest cała historia naszego życia, korzenie i tożsamość. Inwestowałbyś czy porzucił? Dusza jest naszym domem od poczęcia aż po wieczność - nie mamy innej. Wniosek nasuwa się zatem sam: warto w nią zainwestować!
Kiedy myślę o piekle i niebie, to nie wyobrażam sobie odległych przestworzy, tylko rzeczywistość, która dzieje się już, tutaj, w mojej duszy. Jeżeli pozwalam mojemu wewnętrznemu domowi popaść w ruinę, robię z niego graciarnię i składowisko trudnych wspomnień oraz nieprzepracowanych traum, to stopniowo pogrążam się w ciemnym, pełnym cierpienia więzieniu, jakim staje się moja dusza - i mam świadomość, że ten stan może się utrwalić na wieki, jeśli nic nie zmienię. I to jest piekło. Gdy zaś dbam o duszę, przemienia się ona w przytulne i ciepłe mieszkanie, w którym można odpocząć i czuć się bezpiecznie. Staje się rajskim ogrodem - moim miejscem przebywania z kochającym Bogiem, na zawsze. I to jest niebo.
Oczywiście nie jesteśmy w tych działaniach całkowicie autonomiczni, ponieważ bez Boga nie potrafimy uporządkować własnego wnętrza, ale tym zajmiemy się później. Na razie ważne jest, byśmy zrozumieli, że ucieczka przed samym sobą i zaniedbanie własnej duszy nie ma sensu. Możesz uciec od drugiej osoby, ale nie od samego siebie. Wcześniej czy później trzeba będzie się ze sobą spotkać - jeżeli nie teraz, to najpóźniej w chwili śmierci, gdy wszystkie zewnętrzne sprawy tego świata nie będą już miały najmniejszego znaczenia i staniesz przed Bogiem. Chyba że sądzisz, iż po drugiej stronie nic nie ma; wtedy rzeczywiście lepiej używać przyjemności życia i nie myśleć zbyt wiele. Ja jednak wierzę, że moje życie już nigdy się nie skończy i że moja dusza jest moim mieszkaniem na zawsze - a także, że to drogocenny skarb, który otrzymałam od Stwórcy. Jaką ma wartość? Jezus mówi, że jest cenniejsza niż cały świat (por. Mt 16,26)!