Przedmowa Claudii Hammond
Jak wskazuje podtytuł niniejszej książki -?W poszukiwaniu ostatecznego
sensu -?jest ona przeznaczona dla tych wszystkich, którzy pragną
odnaleźć w swoim życiu coś, dla czego warto żyć. Frankl dowodzi, że
każdy z nas może tego dokonać bez względu na okoliczności i że nawet
życie pełne nieznośnego cierpienia może mieć głęboki sens. Na początku
dwudziestego pierwszego wieku, w czasach, gdy coraz więcej ludzi zaczyna
kwestionować pogląd utożsamiający konsumpcjonizm z postępem, temat ten
wydaje się być szczególnie aktualny.
Sądzę, że przystępuję do pisania tej przedmowy z podobnym nastawieniem,
z jakim zapewne większość czytelników weźmie tę książkę do ręki, a mianowicie jako wielka entuzjastka słynnego dzieła Victora Frankla
zatytułowanego Człowiek w poszukiwaniu sensu. Doskonale pamiętam, jak
siedząc w kawiarni, zamawiałam kolejne filiżanki herbaty, a następnie
sączyłam ją na tyle długo, aby jeszcze tego samego popołudnia dokończyć
lekturę. Jestem więcej niż pewna, że jeżeli ktoś nie miał dotąd okazji
zapoznać się z tym dziełem, zechce to uczynić natychmiast po
przeczytaniu niniejszej fascynującej publikacji.
Człowiek w poszukiwaniu sensu to podsumowanie rozmyślań autora na
temat cierpienia i woli przetrwania. Na każdy z dziewięciu dni -?tyle
czasu bowiem zajęło Franklowi stworzenie tego arcydzieła -?przypada
dobrze ponad milion sprzedanych egzemplarzy (obecnie ich liczba na całym
świecie przekroczyła już dwanaście milionów). Tempo, z jakim genialny
umysł zdołał ubrać w słowa swoją filozofię, może nas zdumiewać,
pamiętajmy jednak, że owe dziewięć dni to tylko czas, jaki autor
poświęcił na napisanie książki; przemyślenie wszystkiego, co w niej
zawarł, zajęło mu całe lata. I tak, jak ma to miejsce w przypadku innych
znakomitych dzieł, również to pozostawiło we mnie wrażenie niedosytu.
Niektórzy wybitni autorzy stawiają swojego czytelnika w sytuacji, w której całą wiedzę przychodzi mu czerpać z jednej fundamentalnej
książki. Na szczęście, jeśli chodzi o Frankla, mamy jeszcze do
dyspozycji eseje zawarte w Bogu ukrytym, szczegółowo rozwijające
założenia jego filozofii. Każdy rozdział stanowi tu niewątpliwie wartość
samą w sobie i mógłby być czytany niezależnie od tego, co już wcześniej
napisano. Zarazem jednak niniejsza książka rzuca nowe światło na
wcześniejsze dzieło Frankla, zachęcając czytelnika do jego ponownej
lektury.
Rozpoczynająca się właśnie druga dekada dwudziestego pierwszego wieku,
ze swoją atmosferą niepewności i nieustanną groźbą kryzysu, to moim
zdaniem doskonały czas na przypomnienie sobie teorii Viktora Frankla.
Czytając jego książki, często nie mogę wyjść z podziwu, jak trafnie
udało mu się przewidzieć kierunki rozwoju współczesnej psychologii.
Frankl pisze o tragicznym optymizmie, o naszej świadomości tego, co
niesie ze sobą życie -?cierpienia, poczucia winy i śmierci -?oraz o tym,
że mimo wszystko większość z nas jest w stanie to życie udźwignąć.
Bazując na swoich obserwacjach i doświadczeniach okresu Holokaustu,
autor uczy nas, jak radzić sobie z tymi trzema nieodłącznymi składnikami
ludzkiej egzystencji i jak je wykorzystywać z korzyścią dla siebie -
zmieniając cierpienie w triumf, poczucie winy w pracę nad sobą, a świadomość nieuniknionego końca w bodziec do działania. Pół wieku
później optymizm stanie się myślą przewodnią dynamicznie się
rozwijającej, nowej, ważnej gałęzi psychologii zwanej psychologią
pozytywną, analizującej te cnoty i atuty człowieka, które sprzyjają
rozkwitowi zarówno samej jednostki, jak i całych społeczności. I chociaż
wątpię, aby Frankl w pełni podpisał się pod wszystkimi założeniami tej
filozofii, nie sposób nie zauważyć tu pewnych uderzających podobieństw.
Każdy, kto zetknął się z terapią poznawczo-behawioralną (z ang. CBT),
czy to jako terapeuta, czy to jako klient, z pewnością dostrzeże we
Franklu prekursora wielu współcześnie stosowanych metod. W ramach CBT
ludzie uczą się nowego interpretowania zewnętrznych informacji oraz
nowego spojrzenia na własne myśli. W Bogu ukrytym Frankl przytacza
przykład starszego mężczyzny załamanego śmiercią żony. Człowiek ów
zadaje sobie pytanie, dlaczego to ona odeszła pierwsza, pozostawiając go
na starość samego, w nieutulonym żalu. Frankl radzi mu potraktować to
osamotnienie w kategoriach ofiary. Pozostając przy życiu, mężczyzna
oszczędził swojej żonie identycznego cierpienia, powinien zatem spojrzeć
na swój ból jak na dar złożony komuś, kogo kochał najbardziej na
świecie.
Wiele prac badawczych z dziedziny psychologii poświęca obecnie uwagę
problemowi odporności psychicznej. Zamiast uczyć dzieci, aby bez względu
na poziom swoich osiągnięć zachowywały wysoką samoocenę, powinniśmy
raczej rozwijać w nich te cnoty charakteru, które pomogą im w przyszłości zmierzyć się zarówno z porażką, jak i z sukcesem. I chociaż
w swoich książkach Frankl rzadko wspomina o odporności psychicznej,
jestem przekonana, że również w tej kwestii wyprzedził on swoją epokę.
Obserwacje, jakie poczynił w obozach koncentracyjnych, stanowią w pewnym
sensie studium odporności, i to nie tylko innych ludzi, ale także jego
samego. Lektura tych spostrzeżeń jest tak fascynująca między innymi
dlatego, że widzimy, jak niemal na naszych oczach autor walczy o psychiczne przetrwanie, uciekając się do mechanizmów obronnych. Frankl
odnalazł sens w swoich doświadczeniach okresu Holokaustu, ponieważ nie
tylko potraktował je jako unikalną okazję do badania ludzkich zachowań w sytuacji ekstremalnej, przekraczającej wszystko, co jakikolwiek
psycholog byłby w stanie zainscenizować we własnym laboratorium, ale
przede wszystkim dlatego, że potrafił wykorzystać swoje obserwacje w praktyce.
Co ciekawe, największym problemem okazał się dla mnie nacisk, jaki
niniejsza książka kładzie na religię. Autor omawia religię w jej jak
najszerzej pojętym sensie, jednak jako osoba niewierząca, na dodatek
głęboko zakorzeniona w świecie współczesnej psychologii, w pierwszym
odruchu chciałam zakwestionować rolę, jaką Frankl jej przypisuje.
Jednocześnie nie mogłam nie zauważyć, że również w tej dziedzinie udało
mu się wyprzedzić swoją epokę i przewidzieć dwudziestowieczne badania
poświęcone roli religii w procesie rekonwalescencji i wychodzenia z zaburzeń psychicznych. I chociaż nie mogę się zgodzić z jego poglądem,
jakoby tylko religijni psychiatrzy potrafili rozmawiać ze swoimi
klientami o sprawach duchowych, to nie ulega wątpliwości, że w ostatnim
czasie coraz częściej mówi się o potrzebie pogłębionych szkoleń w tym
zakresie, skierowanych do osób zajmujących się zawodowo terapią. Prawdą
jest, że czasami tego rodzaju rozmowy mogą być dla terapeutów
niekomfortowe. Pisząc, że pacjenci wstydzą się wspominać w obecności
swoich psychiatrów o sprawach dotyczących religii, Frankl wiernie oddaje
naszą rzeczywistość.
Jeżeli jesteś osobą wierzącą, rozdziały szósty i siódmy mogą cię
szczególnie zainteresować, jeśli jednak jest inaczej, to i tak
znajdziesz w tej książce wiele dla siebie. Jeżeli o mnie chodzi,
najwięcej do myślenia dały mi ostatnie rozdziały, w których Frankl
analizuje problem poczucia braku sensu. Omawia między innymi dylemat
wyboru pracy dobrze płatnej albo takiej, która nadaje życiu sens. Tego
rodzaju pytania wydają się szczególnie ważkie w czasach kryzysu
gospodarczego i pod tym względem teorie Frankla również dzisiaj mogą
mieć dla nas zastosowanie. Frankl jest przekonany, że nawet w sytuacji,
gdy zostaje nam odebrana wszelka kontrola nad własnym życiem, tak jak to
miało miejsce w obozach koncentracyjnych, gdzie więźniom w każdej chwili
groziła śmierć, nawet wówczas człowiek może odnaleźć sens swojej
egzystencji. I chociaż mało kto doświadcza w swoim życiu równie
traumatycznych przeżyć, wielu z nas cierpi z powodu opisywanej przez
autora egzystencjalnej pustki. W czasach, kiedy zastanawiamy się, czy
istnieje jakieś inne życie poza konsumpcjonizmem, a ludzie coraz mniej
sobie ufają, Viktor Frankl uczy nas, jak odnaleźć wspólny sens i nowe
poczucie jedności.
Tym, co budzi mój największy podziw, jest jego współczucie i wielkoduszność. Miał możliwość wyjechać z Wiednia przed wybuchem wojny,
a jednak został, żeby, nie bacząc na ryzyko, opiekować się swoimi
rodzicami. Jego filozofia wolna jest od nakazów, on sam zaś przyznaje,
że stworzona przez niego forma analizy egzystencjalnej zwana logoterapią
nie stanowi żadnego panaceum. Logoterapia ma za zadanie pomagać ludziom
odnajdywać w życiu sens, a u jej podstaw leży założenie, że zawsze
możemy tego dokonać niezależnie od dramatycznych okoliczności, w jakich
przyszło nam żyć. Wydaje się, że bardzo mu zależy na tym, aby każdy z nas odnalazł swoją własną drogę. W oczach człowieka, który tak jak on
doświadczył niewyobrażalnych potworności, codzienne narzekania na pustkę
i poczucie bezsensu naszego bezpiecznego, wygodnego życia mogły się
wydawać trywialne. Tymczasem Frankl zdaje się rozumieć, że każdy może
czuć się samotny, zdruzgotany i rozpaczliwie poszukiwać sensu. Właśnie
dzięki takiemu podejściu udało mu się uczynić z własnego dążenia do
zrozumienia otaczającego go świata niezwykle istotny wkład w rozwój
dwudziestowiecznej myśli. Jednocześnie przekuł swoje teorie w praktykę i to nie tylko na własny użytek, poświęcając się przede wszystkim
niesieniu pomocy tym, którzy pragną nadać swojemu życiu prawdziwy sens.
CLAUDIA HAMMOND
Claudia Hammond jest wielokrotnie nagradzaną dziennikarką i pisarką,
prowadzi też wykłady z dziedziny psychologii. Czerpiąc ze swej
specjalistycznej wiedzy, stworzyła i prowadziła audycje radiowe na
tematy psychologiczne i naukowe, między innymi serię programów State of
Mind, która zdobyła duże uznanie krytyki. Często zapraszana do
telewizji bierze udział w dyskusjach na temat najnowszych badań
psychologicznych, współpracuje też z londyńską filią Uniwersytetu
Bostońskiego, gdzie wykłada psychologię zdrowia i psychologię społeczną.
Jej debiutancka książka, zatytułowana Emotional Rollercoaster -?a journey through the science of feelings, została przetłumaczona na
sześć języków.
Słowo wstępne Swanee Hunt (2000 r.)
1 stycznia 1994 roku stałam nieco zdezorientowana na szczycie schodów
ambasady. Drobny, siwowłosy mężczyzna zmierzający żwawo w moją stronę w niczym nie przypominał człowieka, którego spodziewałam się tego dnia
ujrzeć. Uścisnęłam dłoń mojego gościa, Viktora Frankla, i powiedziałam:
-?Przeczytałam pańską książkę przed dwudziestu pięciu laty i nadal
pamiętam każde słowo.
-?Wryły się pani w pamięć, czy w serce? -?on na to.
-?W serce.
-?To dobrze -?odparł, jakby udzielał mi swojego błogosławieństwa.
W trakcie kolejnych kilku miesięcy profesor Frankl stał się moim
powiernikiem i niezawodnym doradcą. Czy chodziło o amerykańską politykę
w Bośni, zdrowie rodziny, czy też moje sprawy osobiste i zawodowe,
Viktor i Elly byli mi ostoją, żywą krynicą mądrości. A kiedy mądrość
wszystkich nas zawiodła, wciąż byli dla mnie źródłem pociechy.
Czystość charakteru szła u nich w parze z dobrocią, wyrozumiałością i miłością. Byliśmy sobie na tyle bliscy, że mogłam być świadkiem ich
własnych cierpień i nieustannie zdumiewać się, skąd biorą swoją
wewnętrzną siłę.
Niniejsza książka przynosi odpowiedź na to właśnie pytanie. Viktor
Frankl dotyka w niej problemu skończoności człowieka w obliczu
nieskończonych możliwości. Nie utożsamia przy tym swoich ograniczeń z ograniczeniami natury ostatecznej ani własnego bytu z najwyższym bytem.
Jego filozofia charakteryzuje się niezwykłą dozą tolerancji; potrafi
przyznać, że nasze symboliczne interpretacje ostatecznego sensu są
niczym innym, jak próbą zbliżenia się do rzeczywistości, w której nie
możemy bezpośrednio uczestniczyć. Obozy koncentracyjne, w których
cierpiał on sam i gdzie zginęli jego najbliżsi, zostały wszak stworzone,
żeby unicestwić tych, którzy byli inni. Frankl dopuszcza więc istnienie
całego spektrum ludzkich doświadczeń metafizycznych.
Dla jednych zatem Bóg przybiera formę antropomorficzną; inni będą go
utożsamiać z własnym ego. Koniec końców najwyższy sens z pewnością jest
w stanie ogarnąć całą skończoność naszych prób zrozumienia i opisania
nieskończoności.
Dla Frankla jednak tego rodzaju tolerancja nie wyklucza zdrowego
rozsądku. Na świecie istnieje bowiem zło, a rany, jakie on sam odniósł,
są tego najlepszym dowodem. Nieświadome poszukiwanie ostatecznego sensu
może doprowadzić do nikczemnych zachowań: brutalnego nacjonalizmu,
obsesyjnej zazdrości, wrogości etnicznej, pracoholizmu. Pół wieku po
tym, jak narodził się pomysł tej książki, spędziłam popołudnie w towarzystwie Elly i Viktora. Rozmawialiśmy nie tylko o Auschwitz, ale i o Srebrenicy -?a także o tym diabolicznym i przewrotnym sensie, jaki
niektórzy znajdują w sadystycznym rozpasaniu.
Warto zatem po raz kolejny przypomnieć sobie, że abstrakcyjne teorie nie
są celem same w sobie. Muszą przede wszystkim kształtować konkretne
istnienia. Lektura niniejszej książeczki skłania nas do poważnych
rozważań nad wielkim imperatywem moralnym. Zgłębiając filozofię Frankla,
możemy pochylić się nad tym, co dla nas osobiście jest drogie, i choćby
przez taką formę intymnego dialogu z samym sobą włączyć się w uniwersalne dążenie do tego, co dobre.
Tolerancja, zazdrość, życzliwość, nienawiść, przyzwoitość -?co jest
naszym nadrzędnym celem? Jak niestrudzenie przypomina nam Viktor Frankl,
wybór należy do nas.
SWANEE HUNT,
Ambasador Stanów Zjednoczonych w Austrii
Wstęp do pierwszego wydania anglojęzycznego
Zawarte w tej książce rozważania pochodzą z odczytu, jaki wygłosiłem
wkrótce po zakończeniu drugiej wojny światowej na zaproszenie wąskiego
kręgu intelektualistów wiedeńskich. Moja publiczność składała się
wówczas z garstki słuchaczy. W 1947 roku treść tego odczytu ukazała się
po niemiecku w postaci książki. Od jej publikacji minęło już dwadzieścia
osiem lat i dopiero teraz ukazuje się angielski przekład (wydania
hiszpańskie, duńskie, holenderskie, francuskie, greckie, hebrajskie,
włoskie, japońskie, polskie, serbsko-chorwackie oraz szwedzkie już się
ukazały).
Biorąc pod uwagę czas, jaki upłynął od pierwszego wydania -?ponad ćwierć
wieku -?należy jasno powiedzieć, iż nie mogę się już w pełni podpisać
pod każdym stwierdzeniem, przy jakim obstawałem w 1947 roku. Z biegiem
czasu moja filozofia uległa znacznym przemianom: ewoluowała i -?mam
nadzieję -?stała się bardziej dojrzała.
Niniejsze wydanie różni się od pierwotnego, pozwoliłem sobie bowiem
wprowadzić pewne zmiany. Celowo jednak powstrzymałem się od
poważniejszej ingerencji w tekst, ponieważ na tle moich dwudziestu
książek ta jedna wydaje się być najbardziej uporządkowana i najstaranniej skonstruowana. Szkoda byłoby niszczyć tak spójny wywód,
dokonując zbyt licznych uzupełnień w oparciu o materiały, jakie
zgromadziłem przez te wszystkie lata.
Co więcej, z zadowoleniem przyjąłem rozwiązanie podsunięte mi przez
wydawnictwo Simona i Schustera. Zasugerowano mi mianowicie włączenie do
książki -?w formie postscriptum -?dodatkowego rozdziału zarysowującego
zmiany, jakim w ostatnim dwudziestoleciu uległa moja teoria sumienia.
Jeśli chodzi o szeroko pojętą tematykę niniejszej książki, czyli
wzajemne relacje psychoterapii i teologii, więcej informacji na ten
temat Czytelnik znajdzie w moich dwóch ostatnich książkach:
Psychoterapia i egzystencjalizm2 oraz Wola
sensu3. Każda z nich zawiera rozdział poświęcony religii oraz
liczne odniesienia do tej konkretnej kwestii.
Zamieszczona na końcu uaktualniona bibliografia ułatwi Czytelnikowi
wyszukanie dodatkowych wartościowych publikacji, nie tylko tych
zajmujących się związkami pomiędzy religią a psychiatrią, lecz również
dotyczących szeroko pojętych założeń logoterapii oraz jej zastosowania.
Niemniej teza wyjściowa mojego odczytu zatytułowanego Nieuświadomiony
Bóg wciąż pozostaje aktualna i możliwa do obrony. W głębi
nieświadomości każdego człowieka tkwi bowiem głęboko zakorzenione
poczucie religijności. W dwóch moich książkach -?Człowiek w poszukiwaniu sensu4 oraz wspomnianej już Woli sensu -
przytaczam dowody na potwierdzenie tej tezy, świadczące o tym, iż owo
poczucie religijności może dojść do głosu całkiem niespodziewanie, nawet
w przypadku ciężkich chorób psychicznych, takich jak psychoza. Oto co
napisał jeden z moich studentów z Międzynarodowego Uniwersytetu Stanów
Zjednoczonych w San Diego:
W szpitalu psychiatrycznym zamknięto mnie jak zwierzę w klatce. Kiedy
krzyczałem, błagając, ażeby pozwolono mi pójść do toalety, nikt nie
reagował i koniec końców poddałem się temu, co było nieuniknione. Na
szczęście codziennie aplikowano mi elektrowstrząsy, terapię insulinową
oraz bardzo silne leki, dzięki czemu nie zachowałem prawie żadnych
wspomnień z tego, co działo się ze mną w ciągu kolejnych kilku
tygodni...
Jednak pogrążony w ciemności odkryłem, że mam w tym świecie do
spełnienia wyjątkową misję. Tak jak wówczas, tak i teraz wiem, że
musiałem ocaleć z jakiegoś konkretnego powodu. Choćby był on najbardziej
błahy, jest to coś, czego tylko ja mogę dokonać i jest niezmiernie
istotne, abym właśnie ja to zrobił. Ocalałem też dlatego, że w najbardziej ponurym momencie mojego życia, kiedy leżałem opuszczony jak
zwierzę w klatce i ze względu na wywołaną elektrowstrząsami niemoc
umysłu nie mogłem wezwać Go na pomoc, On był przy mnie. W samotnej,
mrocznej "otchłani", do której mnie wrzucono, On był przy mnie. Nie
znałem Jego Imienia, a mimo to On tam był. Bóg tam był.
W podobnie nieoczekiwany sposób uczucia religijne mogą dać o sobie znać
również w innych okolicznościach, tak jak to było z pewnym człowiekiem,
który napisał do mnie z więzienia:
Mam pięćdziesiąt cztery lata, finansowo jestem zrujnowany, przebywam w więzieniu. Kiedy się tu znalazłem (osiem miesięcy temu), moja sytuacja
wydawała mi się beznadziejna. Czułem, że nieodwołalnie pogrążam się w chaosie, którego nigdy nie zdołam ogarnąć, a co dopiero zrozumieć.
Mijały kolejne miesiące, aż pewnego dnia odwiedził mnie psychiatra
sądowy, który z miejsca wzbudził moją olbrzymią sympatię. Przedstawiając
się, powitał mnie miłym uśmiechem i uściskiem dłoni, jakbym wciąż był
"kimś", a przynajmniej istotą ludzką. W tym momencie coś się we mnie
stało, coś niewytłumaczalnego, co zapoczątkowało głęboką przemianę. W myślach zacząłem na nowo przeżywać całe swoje życie. Tamtej nocy, w ciszy ciasnej celi, moim udziałem stało się niezwykłe doświadczenie
religijne. Niczego podobnego wcześniej nie przeżyłem. Nagle okazało się,
że potrafię się modlić i to jak najbardziej szczerze. Pogodziłem się z Najwyższą Wolą, powierzając jej swoje cierpienie i smutek; nabrały one w ten sposób wartości i sensu, a pytanie o ich przyczynę przestało mieć
znaczenie. Od tego momentu mój stan zaczął się błyskawicznie poprawiać.
Miało to miejsce w kwietniu tego roku w więzieniu w Baltimore. Obecnie
jestem całkowicie pogodzony ze sobą i z całym światem. Odnalazłem
prawdziwy sens mojego życia i przekonałem się, że czas może jedynie
odroczyć jego spełnienie, nigdy zaś mu przeszkodzić. W wieku
pięćdziesięciu czterech lat postanowiłem odmienić swoje życie i zdobyć
wykształcenie. Jestem pewien, że osiągnę swój cel. Odkryłem również
nowe, wspaniałe źródło niezwykłej energii -?potrafię teraz śmiać się ze
swoich nieszczęść, zamiast pogrążać się w bólu z powodu błędów, których
nie da się odwrócić. Okazało się, że moje życie nie jest wcale tak
tragiczne, jak mi się wydawało...
O religijności człowieka warto dyskutować bez względu na to, czy uważamy
ją za coś świadomego czy nieświadomego, ponieważ kwestia, jaką należy
rozważyć, jest o wiele bardziej zasadnicza. Po pierwsze, musimy
odpowiedzieć na pytanie, czy religia może być przedmiotem badań
psychiatrycznych. Ostatnimi czasy bardzo wyraźnie rozgraniczyłem te dwie
dziedziny, religię i psychiatrię5. Przekonałem się (i usiłowałem przekonać o tym innych), że dzieląca je różnica jest niczym
innym jak różnicą wymiarów. Z analogii tej jasno jednak wynika, że obie
te sfery w żaden sposób się nie wykluczają. Wyższy wymiar jest z definicji wymiarem szerszym, więcej sobą ogarniającym. Wymiar niższy
zawiera się w wymiarze wyższym, jest w nim ujęty i w niego włączony. W tym sensie psychologia dominuje nad biologią, noologia nad psychologią,
a teologia nad noologią.
Wymiar noologiczny słusznie bywa definiowany jako ten, który obejmuje
swoiście ludzkie zjawiska. Wśród nich jest jedno, które uważam za
najbardziej reprezentatywne dla rzeczywistości człowieka. Określam je
mianem "poszukiwania sensu". Jeśli założyć słuszność takiego
rozumowania, definicja religijności jako poszukiwania przez człowieka
ostatecznego sensu wydaje się w pełni uzasadniona. Już Albert Einstein
stwierdził, że być religijnym to znaleźć odpowiedź na pytanie: "Jaki
jest sens mojego życia?". Jeżeli przyznamy mu rację, możemy zdefiniować
wiarę jako ufność w ostateczny sens. Pojmując w ten sposób -?to znaczy
w jak najszerszym sensie -?religię, nie można mieć wątpliwości, że
psychiatrzy mają pełne prawo również zgłębiać to zjawisko, chociaż
analiza psychologiczna siłą rzeczy musi się ograniczyć jedynie do jego
ludzkiego wymiaru.
Koncepcja szeroko pojętej religii, przyjęta przez autora niniejszej
książki, wykracza z pewnością poza wąskie pojmowanie Boga upowszechniane
przez licznych przedstawicieli religii instytucjonalnej czy Kościołów
wyznaniowych. Często umniejszają oni wielkość Boga, przedstawiając Go
jako byt zainteresowany przede wszystkim tym, aby wyznawała Go jak
największa liczba wiernych, którzy na dodatek powinni to robić zgodnie z określonymi regułami. Po prostu uwierz, powtarza się nam, a wszystko
będzie dobrze. Niestety, ta koncepcja nie tylko zniekształca
jakiekolwiek głębsze pojmowanie bóstwa, ale, co więcej, z góry skazana
jest na porażkę. Jest oczywiste, że pewnych działań zwyczajnie nie można
nakazać, wymusić ani zlecić, i tak się składa, że właśnie trójca "wiara,
nadzieja i miłość" należy do tej kategorii zjawisk, które wymykają się,
że tak powiem, "rozwiązaniom siłowym". Wiara, nadzieja i miłość nie
podlegają sile woli. Nie mogę się zmusić do tego, żeby uwierzyć, tak jak
nie mogę się zmusić do nadziei czy miłości -?a już na pewno nie mogę się
zmusić do tego, ażeby wzbudzić w sobie taki akt woli.
Jeżeli lepiej się temu przyjrzeć, okazuje się, że za wszelkimi próbami
wymuszania siłą wiary, nadziei, miłości oraz aktów woli kryje się zwykła
manipulacja. Jednak u podstaw takich usiłowań leży niewłaściwa
obiektywizacja oraz reifikacja owych specyficznie ludzkich zjawisk:
traktuje się je jak martwe obiekty, przedmioty. Ponieważ jednak wiara,
nadzieja, miłość oraz akty woli są tak zwanymi aktami czy stanami
"intencjonalnymi", zgodnie z terminologią Edmunda Husserla i Maxa
Schelera, twórców szkoły "fenomenologii", są one nakierowane na
"intencjonalne" referenty, czyli, innymi słowy, właściwe sobie obiekty.
Im większe uprzedmiotowienie aktów intencjonalnych, tym bardziej tracimy
z oczu właściwe im obiekty. O ile wiem, nigdzie nie jest to
zobrazowane w bardziej uderzający sposób niż na przykładzie specyficznie
ludzkiego zjawiska, jakim jest śmiech: nie możemy nikomu nakazać, żeby
się śmiał -?chcąc, aby się roześmiał, musimy go najpierw rozśmieszyć.
Czy -?w pewnym sensie -?nie tak samo ma się rzecz z religią? Jeżeli
chcemy, żeby ludzie wierzyli w Boga i Mu ufali, nie możemy się
ograniczać do nauczania w zgodzie z wytycznymi danego Kościoła, lecz
przede wszystkim musimy przedstawiać wiernym swojego Boga w sposób
wiarygodny -?i samemu być dla nich wiarygodnym. Innymi słowy, musimy
postępować w sposób dokładnie przeciwny niż przedstawiciele
zorganizowanych religii, którzy tak często budują obraz Boga jako kogoś,
komu zależy przede wszystkim na byciu obiektem kultu i kto
rygorystycznie wymaga, aby ci, którzy w niego wierzą, byli związani z konkretnym Kościołem. Nic dziwnego, że ludzie ci zachowują się tak,
jakby głównym celem ich wyznania była dominacja nad innymi wyznaniami.
Nie ulega wątpliwości, że coraz częściej odchodzi się od postrzegania
religii wyłącznie w jej ograniczonym wyznaniowym czy instytucjonalnym
sensie. Co jednak nie oznacza, że w pewnym momencie na świecie zapanuje
jedna uniwersalna religia. Przeciwnie, jeżeli religia ma przetrwać,
będzie musiała zostać głęboko spersonalizowana.
Nie znaczy to, że zniknie potrzeba symboli i rytuałów. Nawet zagorzali
agnostycy oraz ateiści nie mogą całkowicie odrzucać symboli. Weźmy
choćby Rosjan, którzy postawili symboliczny pomnik wyrażający ich
wdzięczność wobec tysięcy psów wykorzystywanych przez Pawłowa w trakcie
słynnych eksperymentów badających odruchy warunkowe -?czysto symboliczny
gest, całkiem zbędny z utylitarystycznego punktu widzenia materializmu
dialektycznego, a mimo to niezwykle bliski sercu rosyjskiego narodu.
Sercu, które -?jak zauważył już Błażej Pascal -?ma swoje racje, których
rozum nie pojmuje (Le coeur a ses raisons que la raison ne connaît
point). Jak widać, serce człowieka może się przeciwstawić nawet
marksistowskiej indoktrynacji.
Wszystko wskazuje na to, że religia nie umiera i jeśli rzeczywiście tak
jest, to znaczy, że Bóg również nie umarł, nawet "po Auschwitz", jak
przekonuje tytuł pewnej książki. Wiara w Boga bowiem albo jest
bezwarunkowa, albo wcale nie jest wiarą. Jeżeli jest bezwarunkowa, stawi
czoło temu, że sześć milionów ludzi straciło życie w przeprowadzonym
przez nazistów Holokauście; jeżeli nie jest bezwarunkowa, nie zniesie
nawet śmierci jednego niewinnego dziecka, aby przytoczyć argument
wysunięty niegdyś przez Dostojewskiego. Nie ma sensu targować się z Bogiem i mówić: "Moja wiara w Ciebie wytrzyma śmierć sześciuset tysięcy
czy nawet miliona ofiar Holokaustu, ale wystarczy milion więcej, a będę
zmuszony się jej wyrzec".
Prawda jest taka, że wśród tych, którzy osobiście doświadczyli koszmaru
Auschwitz, liczba osób, których religijność się pogłębiła pomimo, a może
na skutek doznanych przeżyć, zdecydowanie przewyższa liczbę tych, którzy
wiarę utracili. Parafrazując słowa La Rochefoucaulda w odnosieniu do
wpływu rozstania na miłość, można powiedzieć, że tak jak wichura gasi
nikły płomień, ale podsyca ogień, tak samo przeciwności losu i tragedie
podkopują słabą wiarę, lecz umacniają silną.
Viktor E. Frankl
ROZDZIAŁ 1
Istota analizy egzystencjalnej
Arthur Schnitzler, słynny wiedeński poeta współczesny Zygmuntowi
Freudowi, powiedział kiedyś, że istnieją tylko trzy cnoty: obiektywizm,
odwaga oraz poczucie odpowiedzialności. Byłoby interesujące
przyporządkować każdej z tych cnót filozofię jednej z trzech szkół
psychoterapii zrodzonych na gruncie wiedeńskim.
Jeśli chodzi o cnotę odwagi, niewątpliwie najłatwiej przypisać jej
założenia psychologii adlerowskiej. Wyznawcy tej szkoły całe
postępowanie terapeutyczne sprowadzają przecież do próby ośmielenia
pacjenta. Ośmielenie to ma służyć jednemu celowi: przezwyciężeniu przez
pacjenta poczucia niższości, które psychologia adlerowska uważa za
czynnik zdecydowanie chorobotwórczy.
W podobny sposób psychoanalizie Freuda możemy przyporządkować inną cnotę
-?cnotę obiektywizmu. Co innego niż obiektywizm mogło skłonić Zygmunta
Freuda, żeby niczym współczesny Edyp spojrzał w oczy Sfinksa -?ludzkiej
duszy -?i podjął próbę rozwikłania jej zagadek, nie zważając na to, że
odkrycie może się okazać w najwyższym stopniu przerażające? W owym
czasie było to niezwykłe przedsięwzięcie i równie niezwykły sukces.
Psychologia, a zwłaszcza tak zwana psychologia akademicka, odrzucała
wcześniej to wszystko, co Freud uczynił głównym przedmiotem
zainteresowania swojej filozofii. Tak jak anatom Julius Tandler
żartobliwie określał nauczaną w wiedeńskich szkołach średnich
"somatologię" mianem "anatomii z wyłączeniem narządów płciowych", tak
Freud mógłby powiedzieć, że psychologia akademicka to psychologia z wyłączeniem kwestii libido.
Jednakże psychoanaliza nie tylko przyjęła cnotę obiektywizmu za swoją,
ona się jej podporządkowała. Obiektywizm doprowadził koniec końców do
obiektywizacji czy inaczej urzeczowienia. Innymi słowy, z żywej istoty,
jaką jest człowiek, uczyniono obiekt, rzecz. Z punktu widzenia
psychoanalizy pacjentem rządzą "mechanizmy", terapeuta zaś to ktoś, kto
posiadł odpowiednią technikę doprowadzania do porządku zakłóconych
mechanizmów.
Pojmowanie psychoterapii jako zwykłej techniki podszyte jest wszakże
cynizmem. Terapeuta może być uznany za technika wyłącznie wtedy, gdy
przedtem przyjmiemy, że pacjent jest swego rodzaju maszyną, albowiem
tylko homme machine - "człowiek maszyna" potrzebuje méde-cin
technicien - "lekarza technika".
Jak jednak doszło do tego, że psychoanaliza przyjęła tak
techniczno-mechanistyczny punkt widzenia? Łatwo to zrozumieć, jeśli
weźmie się pod uwagę intelektualny klimat epoki, w której wyrosła, jak
również ówczesne środowisko społeczne -?pełne daleko posuniętej
pruderii. Mechanistyczny punkt widzenia psychoanalizy stanowił
automatyczną reakcję na ową pruderię, obecnie zaś pod wieloma względami
jest przestarzały. Jednak Freud nie tylko reagował na specyfikę swoich
czasów, lecz również działał w ich duchu. Tworząc swoją filozofię,
pozostawał całkowicie pod wpływem rodzącego się wówczas asocjacjonizmu,
który później miał zdominować psychologię. Sam asocjacjonizm był zaś
produktem naturalizmu, ideologii końca dziewiętnastego stulecia.
Naturalizm jest szczególnie widoczny w dwóch podstawowych składnikach
doktryny psychoanalitycznej: jej atomizmie psychologicznym i teorii
energii psychicznej.
Psychoanaliza postrzega całość ludzkiej duszy w sposób atomistyczny,
jako złożoną z poszczególnych elementów, to jest rozmaitych popędów, na
które z kolei składają się tak zwane popędy cząstkowe. Tym samym dusza
zostaje nie tylko zatomizowana, ale także zanatomizowana, to znaczy
analiza tego, co duchowe, zmienia się w anatomię. W ten sposób
zniszczeniu ulega całość ludzkiej istoty. Można powiedzieć, że z jednej
strony psychoanaliza depersonalizuje człowieka, a z drugiej -
personifikuje poszczególne, pozostające często ze sobą we wzajemnym
konflikcie aspekty pojmowanej jako całość struktury duchowej. Bywa, że
są one nie tylko personifikowane, lecz wręcz demonizowane, jak choćby w przypadku id czy superego traktowanych tak, jakby stanowiły stosunkowo
samodzielne, pseudoosobowe byty.
Psychoanaliza burzy zatem to, co jest w człowieku jednolitą całością,
stawiając sobie w końcu za zadanie zrekonstruowanie go z poszczególnych
części. Ten atomistyczny punkt widzenia widać szczególnie wyraźnie we
freudowskiej teorii zakładającej, że ego jest zbudowane z "popędów ego".
Zgodnie z nią to, co tłumi i cenzoruje popędy, samo jest popędowością.
Przyjrzyjmy się następującemu stwierdzeniu Freuda zaczerpniętemu z jego
Trzech rozpraw z teorii seksualnej: "Produkcja pobudzenia seksualnego
(...) dostarcza zapasów energii wykorzystywanej w większości do celów
innych niż seksualne, to znaczy (...) (za sprawą wyparcia (...)) do
budowania późniejszych ograniczeń seksualnych"1. W moim odczuciu równie dobrze można by
utrzymywać, że budowniczy, który wzniósł gmach z cegieł, sam jest z nich
zbudowany, bowiem to, co ma ograniczać seksualność, nie może
jednocześnie samo być seksualnością. W porównaniu tym uderzający jest
materializm przenikający psychoanalityczny sposób myślenia, który też
ostatecznie tłumaczy charakteryzujący je atomizm.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki