Bóg ukryty. W poszukiwaniu ostatecznego sensu - Viktor E. Frankl

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa Claudii Hammond

Jak wska­zuje pod­ty­tuł niniej­szej książki -?W poszu­ki­wa­niu osta­tecz­nego sensu -?jest ona prze­zna­czona dla tych wszyst­kich, któ­rzy pra­gną odna­leźć w swoim życiu coś, dla czego warto żyć. Frankl dowo­dzi, że każdy z nas może tego doko­nać bez względu na oko­licz­no­ści i że nawet życie pełne nie­zno­śnego cier­pie­nia może mieć głę­boki sens. Na początku dwu­dzie­stego pierw­szego wieku, w cza­sach, gdy coraz wię­cej ludzi zaczyna kwe­stio­no­wać pogląd utoż­sa­mia­jący kon­sump­cjo­nizm z postę­pem, temat ten wydaje się być szcze­gól­nie aktu­alny.

Sądzę, że przy­stę­puję do pisa­nia tej przed­mowy z podob­nym nasta­wie­niem, z jakim zapewne więk­szość czy­tel­ni­ków weź­mie tę książkę do ręki, a mia­no­wi­cie jako wielka entu­zjastka słyn­nego dzieła Vic­tora Fran­kla zaty­tu­ło­wa­nego Czło­wiek w poszu­ki­wa­niu sensu. Dosko­nale pamię­tam, jak sie­dząc w kawiarni, zama­wia­łam kolejne fili­żanki her­baty, a następ­nie sączy­łam ją na tyle długo, aby jesz­cze tego samego popo­łu­dnia dokoń­czyć lek­turę. Jestem wię­cej niż pewna, że jeżeli ktoś nie miał dotąd oka­zji zapo­znać się z tym dzie­łem, zechce to uczy­nić natych­miast po prze­czy­ta­niu niniej­szej fascy­nu­ją­cej publi­ka­cji.

Czło­wiek w poszu­ki­wa­niu sensu to pod­su­mo­wa­nie roz­my­ślań autora na temat cier­pie­nia i woli prze­trwa­nia. Na każdy z dzie­wię­ciu dni -?tyle czasu bowiem zajęło Fran­klowi stwo­rze­nie tego arcy­dzieła -?przy­pada dobrze ponad milion sprze­da­nych egzem­pla­rzy (obec­nie ich liczba na całym świe­cie prze­kro­czyła już dwa­na­ście milio­nów). Tempo, z jakim genialny umysł zdo­łał ubrać w słowa swoją filo­zo­fię, może nas zdu­mie­wać, pamię­tajmy jed­nak, że owe dzie­więć dni to tylko czas, jaki autor poświę­cił na napi­sa­nie książki; prze­my­śle­nie wszyst­kiego, co w niej zawarł, zajęło mu całe lata. I tak, jak ma to miej­sce w przy­padku innych zna­ko­mi­tych dzieł, rów­nież to pozo­sta­wiło we mnie wra­że­nie nie­do­sytu. Nie­któ­rzy wybitni auto­rzy sta­wiają swo­jego czy­tel­nika w sytu­acji, w któ­rej całą wie­dzę przy­cho­dzi mu czer­pać z jed­nej fun­da­men­tal­nej książki. Na szczę­ście, jeśli cho­dzi o Fran­kla, mamy jesz­cze do dys­po­zy­cji eseje zawarte w Bogu ukry­tym, szcze­gó­łowo roz­wi­ja­jące zało­że­nia jego filo­zo­fii. Każdy roz­dział sta­nowi tu nie­wąt­pli­wie war­tość samą w sobie i mógłby być czy­tany nie­za­leż­nie od tego, co już wcze­śniej napi­sano. Zara­zem jed­nak niniej­sza książka rzuca nowe świa­tło na wcze­śniejsze dzieło Fran­kla, zachę­ca­jąc czy­tel­nika do jego ponow­nej lek­tury.

Roz­po­czy­na­jąca się wła­śnie druga dekada dwu­dzie­stego pierw­szego wieku, ze swoją atmos­ferą nie­pew­no­ści i nie­ustanną groźbą kry­zysu, to moim zda­niem dosko­nały czas na przy­po­mnie­nie sobie teo­rii Vik­tora Fran­kla. Czy­ta­jąc jego książki, czę­sto nie mogę wyjść z podziwu, jak traf­nie udało mu się prze­wi­dzieć kie­runki roz­woju współ­cze­snej psy­cho­lo­gii. Frankl pisze o tra­gicz­nym opty­mi­zmie, o naszej świa­do­mo­ści tego, co nie­sie ze sobą życie -?cier­pie­nia, poczu­cia winy i śmierci -?oraz o tym, że mimo wszystko więk­szość z nas jest w sta­nie to życie udźwi­gnąć. Bazu­jąc na swo­ich obser­wa­cjach i doświad­cze­niach okresu Holo­kau­stu, autor uczy nas, jak radzić sobie z tymi trzema nie­od­łącz­nymi skład­ni­kami ludz­kiej egzy­sten­cji i jak je wyko­rzy­sty­wać z korzy­ścią dla sie­bie - zmie­nia­jąc cier­pie­nie w triumf, poczu­cie winy w pracę nad sobą, a świa­do­mość nie­unik­nio­nego końca w bodziec do dzia­ła­nia. Pół wieku póź­niej opty­mizm sta­nie się myślą prze­wod­nią dyna­micz­nie się roz­wi­ja­ją­cej, nowej, waż­nej gałęzi psy­cho­lo­gii zwa­nej psy­cho­lo­gią pozy­tywną, ana­li­zu­ją­cej te cnoty i atuty czło­wieka, które sprzy­jają roz­kwi­towi zarówno samej jed­nostki, jak i całych spo­łecz­no­ści. I cho­ciaż wąt­pię, aby Frankl w pełni pod­pi­sał się pod wszyst­kimi zało­że­niami tej filo­zo­fii, nie spo­sób nie zauwa­żyć tu pew­nych ude­rza­ją­cych podo­bieństw.

Każdy, kto zetknął się z tera­pią poznaw­czo-beha­wio­ralną (z ang. CBT), czy to jako tera­peuta, czy to jako klient, z pew­no­ścią dostrzeże we Fran­klu pre­kur­sora wielu współ­cze­śnie sto­so­wa­nych metod. W ramach CBT ludzie uczą się nowego inter­pre­to­wa­nia zewnętrz­nych infor­ma­cji oraz nowego spoj­rze­nia na wła­sne myśli. W Bogu ukry­tym Frankl przy­ta­cza przy­kład star­szego męż­czy­zny zała­ma­nego śmier­cią żony. Czło­wiek ów zadaje sobie pyta­nie, dla­czego to ona ode­szła pierw­sza, pozo­sta­wia­jąc go na sta­rość samego, w nie­utu­lo­nym żalu. Frankl radzi mu potrak­to­wać to osa­mot­nie­nie w kate­go­riach ofiary. Pozo­sta­jąc przy życiu, męż­czy­zna oszczę­dził swo­jej żonie iden­tycz­nego cier­pie­nia, powi­nien zatem spoj­rzeć na swój ból jak na dar zło­żony komuś, kogo kochał naj­bar­dziej na świe­cie.

Wiele prac badaw­czych z dzie­dziny psy­cho­lo­gii poświęca obec­nie uwagę pro­ble­mowi odpor­no­ści psy­chicz­nej. Zamiast uczyć dzieci, aby bez względu na poziom swo­ich osią­gnięć zacho­wy­wały wysoką samo­ocenę, powin­ni­śmy raczej roz­wi­jać w nich te cnoty cha­rak­teru, które pomogą im w przy­szło­ści zmie­rzyć się zarówno z porażką, jak i z suk­ce­sem. I cho­ciaż w swo­ich książ­kach Frankl rzadko wspo­mina o odpor­no­ści psy­chicz­nej, jestem prze­ko­nana, że rów­nież w tej kwe­stii wyprze­dził on swoją epokę. Obser­wa­cje, jakie poczy­nił w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych, sta­no­wią w pew­nym sen­sie stu­dium odpor­no­ści, i to nie tylko innych ludzi, ale także jego samego. Lek­tura tych spo­strze­żeń jest tak fascy­nu­jąca mię­dzy innymi dla­tego, że widzimy, jak nie­mal na naszych oczach autor wal­czy o psy­chiczne prze­trwa­nie, ucie­ka­jąc się do mecha­ni­zmów obron­nych. Frankl odna­lazł sens w swo­ich doświad­cze­niach okresu Holo­kau­stu, ponie­waż nie tylko potrak­to­wał je jako uni­kalną oka­zję do bada­nia ludz­kich zacho­wań w sytu­acji eks­tre­mal­nej, prze­kra­cza­ją­cej wszystko, co jaki­kol­wiek psy­cho­log byłby w sta­nie zain­sce­ni­zo­wać we wła­snym labo­ra­to­rium, ale przede wszyst­kim dla­tego, że potra­fił wyko­rzy­stać swoje obser­wa­cje w prak­tyce.

Co cie­kawe, naj­więk­szym pro­ble­mem oka­zał się dla mnie nacisk, jaki niniej­sza książka kła­dzie na reli­gię. Autor oma­wia reli­gię w jej jak naj­sze­rzej poję­tym sen­sie, jed­nak jako osoba nie­wie­rząca, na doda­tek głę­boko zako­rze­niona w świe­cie współ­cze­snej psy­cho­lo­gii, w pierw­szym odru­chu chcia­łam zakwe­stio­no­wać rolę, jaką Frankl jej przy­pi­suje. Jed­no­cze­śnie nie mogłam nie zauwa­żyć, że rów­nież w tej dzie­dzi­nie udało mu się wyprze­dzić swoją epokę i prze­wi­dzieć dwu­dzie­sto­wieczne bada­nia poświę­cone roli reli­gii w pro­ce­sie rekon­wa­le­scen­cji i wycho­dze­nia z zabu­rzeń psy­chicz­nych. I cho­ciaż nie mogę się zgo­dzić z jego poglą­dem, jakoby tylko reli­gijni psy­chia­trzy potra­fili roz­ma­wiać ze swo­imi klien­tami o spra­wach ducho­wych, to nie ulega wąt­pli­wo­ści, że w ostat­nim cza­sie coraz czę­ściej mówi się o potrze­bie pogłę­bio­nych szko­leń w tym zakre­sie, skie­ro­wa­nych do osób zaj­mu­ją­cych się zawo­dowo tera­pią. Prawdą jest, że cza­sami tego rodzaju roz­mowy mogą być dla tera­peu­tów nie­kom­for­towe. Pisząc, że pacjenci wsty­dzą się wspo­mi­nać w obec­no­ści swo­ich psy­chia­trów o spra­wach doty­czą­cych reli­gii, Frankl wier­nie oddaje naszą rze­czy­wi­stość.

Jeżeli jesteś osobą wie­rzącą, roz­działy szó­sty i siódmy mogą cię szcze­gól­nie zain­te­re­so­wać, jeśli jed­nak jest ina­czej, to i tak znaj­dziesz w tej książce wiele dla sie­bie. Jeżeli o mnie cho­dzi, naj­wię­cej do myśle­nia dały mi ostat­nie roz­działy, w któ­rych Frankl ana­li­zuje pro­blem poczu­cia braku sensu. Oma­wia mię­dzy innymi dyle­mat wyboru pracy dobrze płat­nej albo takiej, która nadaje życiu sens. Tego rodzaju pyta­nia wydają się szcze­gól­nie waż­kie w cza­sach kry­zysu gospo­dar­czego i pod tym wzglę­dem teo­rie Fran­kla rów­nież dzi­siaj mogą mieć dla nas zasto­so­wa­nie. Frankl jest prze­ko­nany, że nawet w sytu­acji, gdy zostaje nam ode­brana wszelka kon­trola nad wła­snym życiem, tak jak to miało miej­sce w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych, gdzie więź­niom w każ­dej chwili gro­ziła śmierć, nawet wów­czas czło­wiek może odna­leźć sens swo­jej egzy­sten­cji. I cho­ciaż mało kto doświad­cza w swoim życiu rów­nie trau­ma­tycz­nych prze­żyć, wielu z nas cierpi z powodu opi­sy­wa­nej przez autora egzy­sten­cjal­nej pustki. W cza­sach, kiedy zasta­na­wiamy się, czy ist­nieje jakieś inne życie poza kon­sump­cjo­ni­zmem, a ludzie coraz mniej sobie ufają, Vik­tor Frankl uczy nas, jak odna­leźć wspólny sens i nowe poczu­cie jed­no­ści.

Tym, co budzi mój naj­więk­szy podziw, jest jego współ­czu­cie i wiel­ko­dusz­ność. Miał moż­li­wość wyje­chać z Wied­nia przed wybu­chem wojny, a jed­nak został, żeby, nie bacząc na ryzyko, opie­ko­wać się swo­imi rodzi­cami. Jego filo­zo­fia wolna jest od naka­zów, on sam zaś przy­znaje, że stwo­rzona przez niego forma ana­lizy egzy­sten­cjal­nej zwana logo­te­ra­pią nie sta­nowi żad­nego pana­ceum. Logo­te­ra­pia ma za zada­nie poma­gać ludziom odnaj­dy­wać w życiu sens, a u jej pod­staw leży zało­że­nie, że zawsze możemy tego doko­nać nie­za­leż­nie od dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ści, w jakich przy­szło nam żyć. Wydaje się, że bar­dzo mu zależy na tym, aby każdy z nas odna­lazł swoją wła­sną drogę. W oczach czło­wieka, który tak jak on doświad­czył nie­wy­obra­żal­nych potwor­no­ści, codzienne narze­ka­nia na pustkę i poczu­cie bez­sensu naszego bez­piecz­nego, wygod­nego życia mogły się wyda­wać try­wialne. Tym­cza­sem Frankl zdaje się rozu­mieć, że każdy może czuć się samotny, zdru­zgo­tany i roz­pacz­li­wie poszu­ki­wać sensu. Wła­śnie dzięki takiemu podej­ściu udało mu się uczy­nić z wła­snego dąże­nia do zro­zu­mie­nia ota­cza­ją­cego go świata nie­zwy­kle istotny wkład w roz­wój dwu­dzie­sto­wiecz­nej myśli. Jed­no­cze­śnie prze­kuł swoje teo­rie w prak­tykę i to nie tylko na wła­sny uży­tek, poświę­ca­jąc się przede wszyst­kim nie­sie­niu pomocy tym, któ­rzy pra­gną nadać swo­jemu życiu praw­dziwy sens.

CLAU­DIA HAM­MOND

Clau­dia Ham­mond jest wie­lo­krot­nie nagra­dzaną dzien­ni­karką i pisarką, pro­wa­dzi też wykłady z dzie­dziny psy­cho­lo­gii. Czer­piąc ze swej spe­cja­li­stycz­nej wie­dzy, stwo­rzyła i pro­wa­dziła audy­cje radiowe na tematy psy­cho­lo­giczne i naukowe, mię­dzy innymi serię pro­gra­mów State of Mind, która zdo­była duże uzna­nie kry­tyki. Czę­sto zapra­szana do tele­wi­zji bie­rze udział w dys­ku­sjach na temat naj­now­szych badań psy­cho­lo­gicz­nych, współ­pra­cuje też z lon­dyń­ską filią Uni­wer­sy­tetu Bostoń­skiego, gdzie wykłada psy­cho­lo­gię zdro­wia i psy­cho­lo­gię spo­łeczną. Jej debiu­tancka książka, zaty­tu­ło­wana Emo­tio­nal Rol­ler­co­aster -?a jour­ney thro­ugh the science of feelings, została prze­tłu­ma­czona na sześć języ­ków.

Słowo wstępne Swanee Hunt (2000 r.)

1 stycz­nia 1994 roku sta­łam nieco zdez­o­rien­to­wana na szczy­cie scho­dów amba­sady. Drobny, siwo­włosy męż­czy­zna zmie­rza­jący żwawo w moją stronę w niczym nie przy­po­mi­nał czło­wieka, któ­rego spo­dzie­wa­łam się tego dnia ujrzeć. Uści­snę­łam dłoń mojego gościa, Vik­tora Fran­kla, i powie­dzia­łam: -?Prze­czy­ta­łam pań­ską książkę przed dwu­dzie­stu pię­ciu laty i na­dal pamię­tam każde słowo.

-?Wryły się pani w pamięć, czy w serce? -?on na to.

-?W serce.

-?To dobrze -?odparł, jakby udzie­lał mi swo­jego bło­go­sła­wień­stwa.

W trak­cie kolej­nych kilku mie­sięcy pro­fe­sor Frankl stał się moim powier­ni­kiem i nie­za­wod­nym doradcą. Czy cho­dziło o ame­ry­kań­ską poli­tykę w Bośni, zdro­wie rodziny, czy też moje sprawy oso­bi­ste i zawo­dowe, Vik­tor i Elly byli mi ostoją, żywą kry­nicą mądro­ści. A kiedy mądrość wszyst­kich nas zawio­dła, wciąż byli dla mnie źró­dłem pocie­chy.

Czy­stość cha­rak­teru szła u nich w parze z dobro­cią, wyro­zu­mia­ło­ścią i miło­ścią. Byli­śmy sobie na tyle bli­scy, że mogłam być świad­kiem ich wła­snych cier­pień i nie­ustan­nie zdu­mie­wać się, skąd biorą swoją wewnętrzną siłę.

Niniej­sza książka przy­nosi odpo­wiedź na to wła­śnie pyta­nie. Vik­tor Frankl dotyka w niej pro­blemu skoń­czo­no­ści czło­wieka w obli­czu nie­skoń­czo­nych moż­li­wo­ści. Nie utoż­sa­mia przy tym swo­ich ogra­ni­czeń z ogra­ni­cze­niami natury osta­tecz­nej ani wła­snego bytu z naj­wyż­szym bytem.

Jego filo­zo­fia cha­rak­te­ry­zuje się nie­zwy­kłą dozą tole­ran­cji; potrafi przy­znać, że nasze sym­bo­liczne inter­pre­ta­cje osta­tecz­nego sensu są niczym innym, jak próbą zbli­że­nia się do rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej nie możemy bez­po­śred­nio uczest­ni­czyć. Obozy kon­cen­tra­cyjne, w któ­rych cier­piał on sam i gdzie zgi­nęli jego naj­bliżsi, zostały wszak stwo­rzone, żeby uni­ce­stwić tych, któ­rzy byli inni. Frankl dopusz­cza więc ist­nie­nie całego spek­trum ludz­kich doświad­czeń meta­fi­zycz­nych.

Dla jed­nych zatem Bóg przy­biera formę antro­po­mor­ficzną; inni będą go utoż­sa­miać z wła­snym ego. Koniec koń­ców naj­wyż­szy sens z pew­no­ścią jest w sta­nie ogar­nąć całą skoń­czo­ność naszych prób zro­zu­mie­nia i opi­sa­nia nie­skoń­czo­no­ści.

Dla Fran­kla jed­nak tego rodzaju tole­ran­cja nie wyklu­cza zdro­wego roz­sądku. Na świe­cie ist­nieje bowiem zło, a rany, jakie on sam odniósł, są tego naj­lep­szym dowo­dem. Nie­świa­dome poszu­ki­wa­nie osta­tecz­nego sensu może dopro­wa­dzić do nik­czem­nych zacho­wań: bru­tal­nego nacjo­na­li­zmu, obse­syj­nej zazdro­ści, wro­go­ści etnicz­nej, pra­co­ho­li­zmu. Pół wieku po tym, jak naro­dził się pomysł tej książki, spę­dzi­łam popo­łu­dnie w towa­rzy­stwie Elly i Vik­tora. Roz­ma­wia­li­śmy nie tylko o Auschwitz, ale i o Sre­bre­nicy -?a także o tym dia­bo­licz­nym i prze­wrot­nym sen­sie, jaki nie­któ­rzy znaj­dują w sady­stycz­nym roz­pa­sa­niu.

Warto zatem po raz kolejny przy­po­mnieć sobie, że abs­trak­cyjne teo­rie nie są celem same w sobie. Muszą przede wszyst­kim kształ­to­wać kon­kretne ist­nie­nia. Lek­tura niniej­szej ksią­żeczki skła­nia nas do poważ­nych roz­wa­żań nad wiel­kim impe­ra­ty­wem moral­nym. Zgłę­bia­jąc filo­zo­fię Fran­kla, możemy pochy­lić się nad tym, co dla nas oso­bi­ście jest dro­gie, i choćby przez taką formę intym­nego dia­logu z samym sobą włą­czyć się w uni­wer­salne dąże­nie do tego, co dobre.

Tole­ran­cja, zazdrość, życz­li­wość, nie­na­wiść, przy­zwo­itość -?co jest naszym nad­rzęd­nym celem? Jak nie­stru­dze­nie przy­po­mina nam Vik­tor Frankl, wybór należy do nas.

SWA­NEE HUNT,

Amba­sa­dor Sta­nów Zjed­no­czo­nych w Austrii

Wstęp do pierwszego wydania anglojęzycznego

Zawarte w tej książce roz­wa­ża­nia pocho­dzą z odczytu, jaki wygło­si­łem wkrótce po zakoń­cze­niu dru­giej wojny świa­to­wej na zapro­sze­nie wąskiego kręgu inte­lek­tu­ali­stów wie­deń­skich. Moja publicz­ność skła­dała się wów­czas z garstki słu­cha­czy. W 1947 roku treść tego odczytu uka­zała się po nie­miecku w postaci książki. Od jej publi­ka­cji minęło już dwa­dzie­ścia osiem lat i dopiero teraz uka­zuje się angiel­ski prze­kład (wyda­nia hisz­pań­skie, duń­skie, holen­der­skie, fran­cu­skie, grec­kie, hebraj­skie, wło­skie, japoń­skie, pol­skie, serb­sko-chor­wac­kie oraz szwedz­kie już się uka­zały).

Bio­rąc pod uwagę czas, jaki upły­nął od pierw­szego wyda­nia -?ponad ćwierć wieku -?należy jasno powie­dzieć, iż nie mogę się już w pełni pod­pi­sać pod każ­dym stwier­dze­niem, przy jakim obsta­wa­łem w 1947 roku. Z bie­giem czasu moja filo­zo­fia ule­gła znacz­nym prze­mia­nom: ewo­lu­owała i -?mam nadzieję -?stała się bar­dziej doj­rzała.

Niniej­sze wyda­nie różni się od pier­wot­nego, pozwo­li­łem sobie bowiem wpro­wa­dzić pewne zmiany. Celowo jed­nak powstrzy­ma­łem się od poważ­niej­szej inge­ren­cji w tekst, ponie­waż na tle moich dwu­dzie­stu ksią­żek ta jedna wydaje się być naj­bar­dziej upo­rząd­ko­wana i naj­sta­ran­niej skon­stru­owana. Szkoda byłoby nisz­czyć tak spójny wywód, doko­nu­jąc zbyt licz­nych uzu­peł­nień w opar­ciu o mate­riały, jakie zgro­ma­dzi­łem przez te wszyst­kie lata.

Co wię­cej, z zado­wo­le­niem przy­ją­łem roz­wią­za­nie pod­su­nięte mi przez wydaw­nic­two Simona i Schu­s­tera. Zasu­ge­ro­wano mi mia­no­wi­cie włą­cze­nie do książki -?w for­mie post­scrip­tum -?dodat­ko­wego roz­działu zary­so­wu­ją­cego zmiany, jakim w ostat­nim dwu­dzie­sto­le­ciu ule­gła moja teo­ria sumie­nia. Jeśli cho­dzi o sze­roko pojętą tema­tykę niniej­szej książki, czyli wza­jemne rela­cje psy­cho­te­ra­pii i teo­lo­gii, wię­cej infor­ma­cji na ten temat Czy­tel­nik znaj­dzie w moich dwóch ostat­nich książ­kach: Psy­cho­te­ra­pia i egzy­sten­cja­lizm2 oraz Wola sensu3. Każda z nich zawiera roz­dział poświę­cony reli­gii oraz liczne odnie­sie­nia do tej kon­kret­nej kwe­stii.

Zamiesz­czona na końcu uak­tu­al­niona biblio­gra­fia uła­twi Czy­tel­ni­kowi wyszu­ka­nie dodat­ko­wych war­to­ścio­wych publi­ka­cji, nie tylko tych zaj­mu­ją­cych się związ­kami pomię­dzy reli­gią a psy­chia­trią, lecz rów­nież doty­czą­cych sze­roko poję­tych zało­żeń logo­te­ra­pii oraz jej zasto­so­wa­nia.

Nie­mniej teza wyj­ściowa mojego odczytu zaty­tu­ło­wa­nego Nie­uświa­do­miony Bóg wciąż pozo­staje aktu­alna i moż­liwa do obrony. W głębi nie­świa­do­mo­ści każ­dego czło­wieka tkwi bowiem głę­boko zako­rze­nione poczu­cie reli­gij­no­ści. W dwóch moich książ­kach -?Czło­wiek w poszu­ki­wa­niu sensu4 oraz wspo­mnia­nej już Woli sensu - przy­ta­czam dowody na potwier­dze­nie tej tezy, świad­czące o tym, iż owo poczu­cie reli­gij­no­ści może dojść do głosu cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nie, nawet w przy­padku cięż­kich cho­rób psy­chicz­nych, takich jak psy­choza. Oto co napi­sał jeden z moich stu­den­tów z Mię­dzy­na­ro­do­wego Uni­wer­sy­tetu Sta­nów Zjed­no­czo­nych w San Diego:

W szpi­talu psy­chia­trycz­nym zamknięto mnie jak zwie­rzę w klatce. Kiedy krzy­cza­łem, bła­ga­jąc, ażeby pozwo­lono mi pójść do toa­lety, nikt nie reago­wał i koniec koń­ców pod­da­łem się temu, co było nie­unik­nione. Na szczę­ście codzien­nie apli­ko­wano mi elek­trow­strząsy, tera­pię insu­li­nową oraz bar­dzo silne leki, dzięki czemu nie zacho­wa­łem pra­wie żad­nych wspo­mnień z tego, co działo się ze mną w ciągu kolej­nych kilku tygo­dni...

Jed­nak pogrą­żony w ciem­no­ści odkry­łem, że mam w tym świe­cie do speł­nie­nia wyjąt­kową misję. Tak jak wów­czas, tak i teraz wiem, że musia­łem oca­leć z jakie­goś kon­kret­nego powodu. Choćby był on naj­bar­dziej błahy, jest to coś, czego tylko ja mogę doko­nać i jest nie­zmier­nie istotne, abym wła­śnie ja to zro­bił. Oca­la­łem też dla­tego, że w naj­bar­dziej ponu­rym momen­cie mojego życia, kiedy leża­łem opusz­czony jak zwie­rzę w klatce i ze względu na wywo­łaną elek­trow­strzą­sami nie­moc umy­słu nie mogłem wezwać Go na pomoc, On był przy mnie. W samot­nej, mrocz­nej "otchłani", do któ­rej mnie wrzu­cono, On był przy mnie. Nie zna­łem Jego Imie­nia, a mimo to On tam był. Bóg tam był.

W podob­nie nie­ocze­ki­wany spo­sób uczu­cia reli­gijne mogą dać o sobie znać rów­nież w innych oko­licz­no­ściach, tak jak to było z pew­nym czło­wie­kiem, który napi­sał do mnie z wię­zie­nia:

Mam pięć­dzie­siąt cztery lata, finan­sowo jestem zruj­no­wany, prze­by­wam w wię­zie­niu. Kiedy się tu zna­la­złem (osiem mie­sięcy temu), moja sytu­acja wyda­wała mi się bez­na­dziejna. Czu­łem, że nie­odwo­łal­nie pogrą­żam się w cha­osie, któ­rego ni­gdy nie zdo­łam ogar­nąć, a co dopiero zro­zu­mieć.

Mijały kolejne mie­siące, aż pew­nego dnia odwie­dził mnie psy­chia­tra sądowy, który z miej­sca wzbu­dził moją olbrzy­mią sym­pa­tię. Przed­sta­wia­jąc się, powi­tał mnie miłym uśmie­chem i uści­skiem dłoni, jak­bym wciąż był "kimś", a przy­naj­mniej istotą ludzką. W tym momen­cie coś się we mnie stało, coś nie­wy­tłu­ma­czal­nego, co zapo­cząt­ko­wało głę­boką prze­mianę. W myślach zaczą­łem na nowo prze­ży­wać całe swoje życie. Tam­tej nocy, w ciszy cia­snej celi, moim udzia­łem stało się nie­zwy­kłe doświad­cze­nie reli­gijne. Niczego podob­nego wcze­śniej nie prze­ży­łem. Nagle oka­zało się, że potra­fię się modlić i to jak naj­bar­dziej szcze­rze. Pogo­dzi­łem się z Naj­wyż­szą Wolą, powie­rza­jąc jej swoje cier­pie­nie i smu­tek; nabrały one w ten spo­sób war­to­ści i sensu, a pyta­nie o ich przy­czynę prze­stało mieć zna­cze­nie. Od tego momentu mój stan zaczął się bły­ska­wicz­nie popra­wiać.

Miało to miej­sce w kwiet­niu tego roku w wię­zie­niu w Bal­ti­more. Obec­nie jestem cał­ko­wi­cie pogo­dzony ze sobą i z całym świa­tem. Odna­la­złem praw­dziwy sens mojego życia i prze­ko­na­łem się, że czas może jedy­nie odro­czyć jego speł­nie­nie, ni­gdy zaś mu prze­szko­dzić. W wieku pięć­dzie­się­ciu czte­rech lat posta­no­wi­łem odmie­nić swoje życie i zdo­być wykształ­ce­nie. Jestem pewien, że osią­gnę swój cel. Odkry­łem rów­nież nowe, wspa­niałe źró­dło nie­zwy­kłej ener­gii -?potra­fię teraz śmiać się ze swo­ich nie­szczęść, zamiast pogrą­żać się w bólu z powodu błę­dów, któ­rych nie da się odwró­cić. Oka­zało się, że moje życie nie jest wcale tak tra­giczne, jak mi się wyda­wało...

O reli­gij­no­ści czło­wieka warto dys­ku­to­wać bez względu na to, czy uwa­żamy ją za coś świa­do­mego czy nieświa­do­mego, ponie­waż kwe­stia, jaką należy roz­wa­żyć, jest o wiele bar­dziej zasad­ni­cza. Po pierw­sze, musimy odpo­wie­dzieć na pyta­nie, czy reli­gia może być przed­mio­tem badań psy­chia­trycz­nych. Ostat­nimi czasy bar­dzo wyraź­nie roz­gra­ni­czy­łem te dwie dzie­dziny, reli­gię i psy­chia­trię5. Prze­ko­na­łem się (i usi­ło­wa­łem prze­ko­nać o tym innych), że dzie­ląca je róż­nica jest niczym innym jak róż­nicą wymia­rów. Z ana­lo­gii tej jasno jed­nak wynika, że obie te sfery w żaden spo­sób się nie wyklu­czają. Wyż­szy wymiar jest z defi­ni­cji wymia­rem szer­szym, wię­cej sobą ogar­nia­ją­cym. Wymiar niż­szy zawiera się w wymia­rze wyż­szym, jest w nim ujęty i w niego włą­czony. W tym sen­sie psy­cho­lo­gia domi­nuje nad bio­lo­gią, noolo­gia nad psy­cho­lo­gią, a teo­lo­gia nad noolo­gią.

Wymiar noolo­giczny słusz­nie bywa defi­nio­wany jako ten, który obej­muje swo­iście ludz­kie zja­wi­ska. Wśród nich jest jedno, które uwa­żam za naj­bar­dziej repre­zen­ta­tywne dla rze­czy­wi­sto­ści czło­wieka. Okre­ślam je mia­nem "poszu­ki­wa­nia sensu". Jeśli zało­żyć słusz­ność takiego rozu­mo­wa­nia, defi­ni­cja reli­gij­no­ści jako poszu­ki­wa­nia przez czło­wieka osta­tecz­nego sensu wydaje się w pełni uza­sad­niona. Już Albert Ein­stein stwier­dził, że być reli­gij­nym to zna­leźć odpo­wiedź na pyta­nie: "Jaki jest sens mojego życia?". Jeżeli przy­znamy mu rację, możemy zde­fi­nio­wać wiarę jako ufność w osta­teczny sens. Poj­mu­jąc w ten spo­sób -?to zna­czy w jak naj­szer­szym sen­sie -?reli­gię, nie można mieć wąt­pli­wo­ści, że psy­chia­trzy mają pełne prawo rów­nież zgłę­biać to zja­wi­sko, cho­ciaż ana­liza psy­cho­lo­giczna siłą rze­czy musi się ogra­ni­czyć jedy­nie do jego ludz­kiego wymiaru.

Kon­cep­cja sze­roko poję­tej reli­gii, przy­jęta przez autora niniej­szej książki, wykra­cza z pew­no­ścią poza wąskie poj­mo­wa­nie Boga upo­wszech­niane przez licz­nych przed­sta­wi­cieli reli­gii insty­tu­cjo­nal­nej czy Kościo­łów wyzna­nio­wych. Czę­sto umniej­szają oni wiel­kość Boga, przed­sta­wia­jąc Go jako byt zain­te­re­so­wany przede wszyst­kim tym, aby wyzna­wała Go jak naj­więk­sza liczba wier­nych, któ­rzy na doda­tek powinni to robić zgod­nie z okre­ślo­nymi regu­łami. Po pro­stu uwierz, powta­rza się nam, a wszystko będzie dobrze. Nie­stety, ta kon­cep­cja nie tylko znie­kształca jakie­kol­wiek głęb­sze poj­mo­wa­nie bóstwa, ale, co wię­cej, z góry ska­zana jest na porażkę. Jest oczy­wi­ste, że pew­nych dzia­łań zwy­czaj­nie nie można naka­zać, wymu­sić ani zle­cić, i tak się składa, że wła­śnie trójca "wiara, nadzieja i miłość" należy do tej kate­go­rii zja­wisk, które wymy­kają się, że tak powiem, "roz­wią­za­niom siło­wym". Wiara, nadzieja i miłość nie pod­le­gają sile woli. Nie mogę się zmu­sić do tego, żeby uwie­rzyć, tak jak nie mogę się zmu­sić do nadziei czy miło­ści -?a już na pewno nie mogę się zmu­sić do tego, ażeby wzbu­dzić w sobie taki akt woli.

Jeżeli lepiej się temu przyj­rzeć, oka­zuje się, że za wszel­kimi pró­bami wymu­sza­nia siłą wiary, nadziei, miło­ści oraz aktów woli kryje się zwy­kła mani­pu­la­cja. Jed­nak u pod­staw takich usi­ło­wań leży nie­wła­ściwa obiek­ty­wi­za­cja oraz reifi­ka­cja owych spe­cy­ficz­nie ludz­kich zja­wisk: trak­tuje się je jak mar­twe obiekty, przed­mioty. Ponie­waż jed­nak wiara, nadzieja, miłość oraz akty woli są tak zwa­nymi aktami czy sta­nami "inten­cjo­nal­nymi", zgod­nie z ter­mi­no­lo­gią Edmunda Hus­serla i Maxa Sche­lera, twór­ców szkoły "feno­me­no­lo­gii", są one nakie­ro­wane na "inten­cjo­nalne" refe­renty, czyli, innymi słowy, wła­ściwe sobie obiekty. Im więk­sze uprzed­mio­to­wie­nie aktów inten­cjo­nal­nych, tym bar­dziej tra­cimy z oczu wła­ściwe im obiekty. O ile wiem, ni­gdzie nie jest to zobra­zo­wane w bar­dziej ude­rza­jący spo­sób niż na przy­kła­dzie spe­cy­ficz­nie ludz­kiego zja­wi­ska, jakim jest śmiech: nie możemy nikomu naka­zać, żeby się śmiał -?chcąc, aby się roze­śmiał, musimy go naj­pierw roz­śmie­szyć.

Czy -?w pew­nym sen­sie -?nie tak samo ma się rzecz z reli­gią? Jeżeli chcemy, żeby ludzie wie­rzyli w Boga i Mu ufali, nie możemy się ogra­ni­czać do naucza­nia w zgo­dzie z wytycz­nymi danego Kościoła, lecz przede wszyst­kim musimy przed­sta­wiać wier­nym swo­jego Boga w spo­sób wia­ry­godny -?i samemu być dla nich wia­ry­godnym. Innymi słowy, musimy postę­po­wać w spo­sób dokład­nie prze­ciwny niż przed­sta­wi­ciele zor­ga­ni­zo­wa­nych reli­gii, któ­rzy tak czę­sto budują obraz Boga jako kogoś, komu zależy przede wszyst­kim na byciu obiek­tem kultu i kto rygo­ry­stycz­nie wymaga, aby ci, któ­rzy w niego wie­rzą, byli zwią­zani z kon­kret­nym Kościo­łem. Nic dziw­nego, że ludzie ci zacho­wują się tak, jakby głów­nym celem ich wyzna­nia była domi­na­cja nad innymi wyzna­niami.

Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że coraz czę­ściej odcho­dzi się od postrze­ga­nia reli­gii wyłącz­nie w jej ogra­ni­czo­nym wyzna­nio­wym czy insty­tu­cjo­nal­nym sen­sie. Co jed­nak nie ozna­cza, że w pew­nym momen­cie na świe­cie zapa­nuje jedna uni­wer­salna reli­gia. Prze­ciw­nie, jeżeli reli­gia ma prze­trwać, będzie musiała zostać głę­boko sper­so­na­li­zo­wana.

Nie zna­czy to, że znik­nie potrzeba sym­boli i rytu­ałów. Nawet zago­rzali agno­stycy oraz ate­iści nie mogą cał­ko­wi­cie odrzu­cać sym­boli. Weźmy choćby Rosjan, któ­rzy posta­wili sym­boliczny pomnik wyra­ża­jący ich wdzięcz­ność wobec tysięcy psów wyko­rzy­sty­wa­nych przez Paw­łowa w trak­cie słyn­nych eks­pe­ry­men­tów bada­ją­cych odru­chy warun­kowe -?czy­sto sym­boliczny gest, cał­kiem zbędny z uty­li­ta­ry­stycz­nego punktu widze­nia mate­ria­li­zmu dia­lek­tycz­nego, a mimo to nie­zwy­kle bli­ski sercu rosyj­skiego narodu. Sercu, które -?jak zauwa­żył już Bła­żej Pas­cal -?ma swoje racje, któ­rych rozum nie poj­muje (Le coeur a ses raisons que la raison ne connaît point). Jak widać, serce czło­wieka może się prze­ciw­sta­wić nawet mark­si­stow­skiej indok­try­na­cji.

Wszystko wska­zuje na to, że reli­gia nie umiera i jeśli rze­czy­wi­ście tak jest, to zna­czy, że Bóg rów­nież nie umarł, nawet "po Auschwitz", jak prze­ko­nuje tytuł pew­nej książki. Wiara w Boga bowiem albo jest bez­wa­run­kowa, albo wcale nie jest wiarą. Jeżeli jest bez­wa­run­kowa, stawi czoło temu, że sześć milio­nów ludzi stra­ciło życie w prze­pro­wa­dzo­nym przez nazi­stów Holo­kau­ście; jeżeli nie jest bez­wa­run­kowa, nie znie­sie nawet śmierci jed­nego nie­win­nego dziecka, aby przy­to­czyć argu­ment wysu­nięty nie­gdyś przez Dosto­jew­skiego. Nie ma sensu tar­go­wać się z Bogiem i mówić: "Moja wiara w Cie­bie wytrzyma śmierć sze­ściu­set tysięcy czy nawet miliona ofiar Holo­kau­stu, ale wystar­czy milion wię­cej, a będę zmu­szony się jej wyrzec".

Prawda jest taka, że wśród tych, któ­rzy oso­bi­ście doświad­czyli kosz­maru Auschwitz, liczba osób, któ­rych reli­gij­ność się pogłę­biła pomimo, a może na sku­tek dozna­nych prze­żyć, zde­cy­do­wa­nie prze­wyż­sza liczbę tych, któ­rzy wiarę utra­cili. Para­fra­zu­jąc słowa La Roche­fo­ucaulda w odno­sie­niu do wpływu roz­sta­nia na miłość, można powie­dzieć, że tak jak wichura gasi nikły pło­mień, ale pod­syca ogień, tak samo prze­ciw­no­ści losu i tra­ge­die pod­ko­pują słabą wiarę, lecz umac­niają silną.

Vik­tor E. Frankl

ROZ­DZIAŁ 1

Istota analizy egzystencjalnej

Arthur Schnit­zler, słynny wie­deń­ski poeta współ­cze­sny Zyg­mun­towi Freu­dowi, powie­dział kie­dyś, że ist­nieją tylko trzy cnoty: obiek­ty­wizm, odwaga oraz poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści. Byłoby inte­re­su­jące przy­po­rząd­ko­wać każ­dej z tych cnót filo­zo­fię jed­nej z trzech szkół psy­cho­te­ra­pii zro­dzo­nych na grun­cie wie­deń­skim.

Jeśli cho­dzi o cnotę odwagi, nie­wąt­pli­wie naj­ła­twiej przy­pi­sać jej zało­że­nia psy­cho­lo­gii adle­row­skiej. Wyznawcy tej szkoły całe postę­po­wa­nie tera­peu­tyczne spro­wa­dzają prze­cież do próby ośmie­le­nia pacjenta. Ośmie­le­nie to ma słu­żyć jed­nemu celowi: prze­zwy­cię­że­niu przez pacjenta poczu­cia niż­szo­ści, które psy­cho­lo­gia adle­row­ska uważa za czyn­nik zde­cy­do­wa­nie cho­ro­bo­twór­czy.

W podobny spo­sób psy­cho­ana­li­zie Freuda możemy przy­po­rząd­ko­wać inną cnotę -?cnotę obiek­ty­wi­zmu. Co innego niż obiek­ty­wizm mogło skło­nić Zyg­munta Freuda, żeby niczym współ­cze­sny Edyp spoj­rzał w oczy Sfinksa -?ludz­kiej duszy -?i pod­jął próbę roz­wi­kła­nia jej zaga­dek, nie zwa­ża­jąc na to, że odkry­cie może się oka­zać w naj­wyż­szym stop­niu prze­ra­ża­jące? W owym cza­sie było to nie­zwy­kłe przed­się­wzię­cie i rów­nie nie­zwy­kły suk­ces. Psy­cho­lo­gia, a zwłasz­cza tak zwana psy­cho­lo­gia aka­de­micka, odrzu­cała wcze­śniej to wszystko, co Freud uczy­nił głów­nym przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia swo­jej filo­zo­fii. Tak jak ana­tom Julius Tan­dler żar­to­bli­wie okre­ślał nauczaną w wie­deń­skich szko­łach śred­nich "soma­to­lo­gię" mia­nem "ana­tomii z wyłą­cze­niem narzą­dów płcio­wych", tak Freud mógłby powie­dzieć, że psy­cho­lo­gia aka­de­micka to psy­cho­lo­gia z wyłą­cze­niem kwe­stii libido.

Jed­nakże psy­cho­ana­liza nie tylko przy­jęła cnotę obiek­ty­wi­zmu za swoją, ona się jej pod­po­rząd­ko­wała. Obiek­ty­wizm dopro­wa­dził koniec koń­ców do obiek­ty­wi­za­cji czy ina­czej urze­czo­wie­nia. Innymi słowy, z żywej istoty, jaką jest czło­wiek, uczy­niono obiekt, rzecz. Z punktu widze­nia psy­cho­ana­lizy pacjen­tem rzą­dzą "mecha­ni­zmy", tera­peuta zaś to ktoś, kto posiadł odpo­wied­nią tech­nikę dopro­wa­dza­nia do porządku zakłó­co­nych mecha­ni­zmów.

Poj­mo­wa­nie psy­cho­te­ra­pii jako zwy­kłej tech­niki pod­szyte jest wszakże cyni­zmem. Tera­peuta może być uznany za tech­nika wyłącz­nie wtedy, gdy przed­tem przyj­miemy, że pacjent jest swego rodzaju maszyną, albo­wiem tylko homme machine - "czło­wiek maszyna" potrze­buje méde-cin tech­ni­cien - "leka­rza tech­nika".

Jak jed­nak doszło do tego, że psy­cho­ana­liza przy­jęła tak tech­niczno-mecha­ni­styczny punkt widze­nia? Łatwo to zro­zu­mieć, jeśli weź­mie się pod uwagę inte­lek­tu­alny kli­mat epoki, w któ­rej wyro­sła, jak rów­nież ówcze­sne śro­do­wi­sko spo­łeczne -?pełne daleko posu­nię­tej pru­de­rii. Mecha­ni­styczny punkt widze­nia psy­cho­ana­lizy sta­no­wił auto­ma­tyczną reak­cję na ową pru­de­rię, obec­nie zaś pod wie­loma wzglę­dami jest prze­sta­rzały. Jed­nak Freud nie tylko reago­wał na spe­cy­fikę swo­ich cza­sów, lecz rów­nież dzia­łał w ich duchu. Two­rząc swoją filo­zo­fię, pozo­sta­wał cał­ko­wi­cie pod wpły­wem rodzą­cego się wów­czas aso­cja­cjo­ni­zmu, który póź­niej miał zdo­mi­no­wać psy­cho­lo­gię. Sam aso­cja­cjo­nizm był zaś pro­duk­tem natu­ra­li­zmu, ide­olo­gii końca dzie­więt­na­stego stu­le­cia. Natu­ra­lizm jest szcze­gól­nie widoczny w dwóch pod­sta­wo­wych skład­ni­kach dok­tryny psy­cho­ana­li­tycz­nej: jej ato­mi­zmie psy­cho­lo­gicz­nym i teo­rii ener­gii psy­chicz­nej.

Psy­cho­ana­liza postrzega całość ludz­kiej duszy w spo­sób ato­mi­styczny, jako zło­żoną z poszcze­gól­nych ele­men­tów, to jest roz­ma­itych popę­dów, na które z kolei skła­dają się tak zwane popędy cząst­kowe. Tym samym dusza zostaje nie tylko zato­mi­zo­wana, ale także zana­to­mi­zo­wana, to zna­czy ana­liza tego, co duchowe, zmie­nia się w ana­to­mię. W ten spo­sób znisz­cze­niu ulega całość ludz­kiej istoty. Można powie­dzieć, że z jed­nej strony psychoana­liza deper­so­na­li­zuje czło­wieka, a z dru­giej - per­so­ni­fi­kuje poszcze­gólne, pozo­sta­jące czę­sto ze sobą we wza­jem­nym kon­flik­cie aspekty poj­mo­wa­nej jako całość struk­tury ducho­wej. Bywa, że są one nie tylko per­so­ni­fi­ko­wane, lecz wręcz demo­ni­zo­wane, jak choćby w przy­padku id czy super­ego trak­to­wa­nych tak, jakby sta­no­wiły sto­sun­kowo samo­dzielne, pseu­do­oso­bowe byty.

Psy­cho­ana­liza burzy zatem to, co jest w czło­wieku jed­no­litą cało­ścią, sta­wia­jąc sobie w końcu za zada­nie zre­kon­stru­owa­nie go z poszcze­gól­nych czę­ści. Ten ato­mi­styczny punkt widze­nia widać szcze­gól­nie wyraź­nie we freu­dow­skiej teo­rii zakła­da­ją­cej, że ego jest zbu­do­wane z "popę­dów ego". Zgod­nie z nią to, co tłumi i cen­zo­ruje popędy, samo jest popę­do­wo­ścią. Przyj­rzyjmy się nastę­pu­ją­cemu stwier­dze­niu Freuda zaczerp­nię­temu z jego Trzech roz­praw z teo­rii sek­su­al­nej: "Pro­duk­cja pobu­dze­nia sek­su­al­nego (...) dostar­cza zapa­sów ener­gii wyko­rzy­sty­wa­nej w więk­szo­ści do celów innych niż sek­su­alne, to zna­czy (...) (za sprawą wypar­cia (...)) do budo­wa­nia póź­niej­szych ogra­ni­czeń sek­su­al­nych"1. W moim odczu­ciu rów­nie dobrze można by utrzy­my­wać, że budow­ni­czy, który wzniósł gmach z cegieł, sam jest z nich zbu­do­wany, bowiem to, co ma ogra­ni­czać sek­su­al­ność, nie może jed­no­cze­śnie samo być sek­su­al­no­ścią. W porów­na­niu tym ude­rza­jący jest mate­ria­lizm prze­ni­ka­jący psy­cho­ana­li­tyczny spo­sób myśle­nia, który też osta­tecz­nie tłu­ma­czy cha­rak­te­ry­zu­jący je ato­mizm.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki