Bóg Rekin. Wyprawa do źródeł magii - Charles Montgomery

Reflow text when sidebars are open.
Do widzenia. Uciekam od cywilizacji, w nadziei, że powrócę mądrzejszy.
Henry Montgomery, list z 1892 roku
Mój plan był prosty - wszystkie przygody zaczynają się prosto, co nie znaczy, że tak samo się kończą. Miałem zamiar podążyć szlakiem mojego pradziada opisanym w Światłości Melanezji, trasą, którą zarówno on, jak i jego poprzednicy przebyli na pokładzie "Southern Cross". Ma się rozumieć, wybrałem podróż statkiem, może jakąś mniejszą łodzią, czółnem i na piechotę. Postanowiłem odnaleźć potomków tych, którzy zabili misjonarzy. Postanowiłem odnaleźć własnych pogan. Postanowiłem pokonać rafy i przebrnąć ostatni odcinek drogi do brzegów Nukapu w wodzie po kolana, żeby stanąć pod krzyżem Pattesona, gdzie ktoś sędziwy i mądry objaśni mi wreszcie więź mitu z historią.
Dokąd jechałem naprawdę? Termin "Melanezja" nie odnosi się do kraju ani konkretnego archipelagu - to kartograficzne odzwierciedlenie pewnej teorii rasistowskiej. Francuski odkrywca Dumont d'Urville ukuł nazwę "Mélanésie" na określenie pasma wysp w zachodniej części Południowego Pacyfiku zasiedlonych przez ciemnoskórą ludność. Greckie słowa melas i nesos oznaczają odpowiednio "czarny" i "wyspa". W przeciwieństwie do Polinezyjczyków (zamieszkujących wiele - poly - wysp na wschodzie) tubylcy napotkani przez d'Urville'a między Nową Gwineą a Fidżi mieli tak ciemną karnację, że Francuz uznał ich za przybyszów z Afryki. Mylił się, nazwa jednak pozostała.
W Światłości Melanezji jest mapa, na którą naniesiono dziesiątki wysp i ani jednego kontynentu. Skali nie podano, ale wyblakła strzałka, wzdłuż której biegnie napis "DO SYDNEY: 1500 mil", wskazuje poza lewy dolny róg. Pozwala to umiejscowić wyspy w samym sercu Mélanésie d'Urville'a. Druk jest tak drobny i spłowiały, że nie sposób go odczytać bez szkła powiększającego. Pod lupą odkryłem, że skupisko konturów w prawym dolnym rogu to Nowe Hebrydy, a rozsypane nad nimi kółeczka to Wyspy Banksa, ojczyzna ducha przodków Qata. Kształty podobne do ślimaków bez skorup, pełznące w kierunku postrzępionego lewego górnego rogu okazały się Wyspami Salomona. I w samym środku nicości, niczym pył na papierze, grupa wysp Santa Cruz. Gdyby wytężyć wyobraźnię, można by dostrzec obok najmniejszej rozmazany napis "Nukapu".
Zanim wyruszymy na poszukiwania, próbujemy snuć fantazje na temat nieznanych miejsc. Z Melanezją zawsze tak było. Pierwszych odkrywców, którzy podobno przybyli na wyspy z Azji dwadzieścia tysięcy lat temu, musiała prowadzić wiara. Mogli tylko wiosłować na wschód, dopóki Papua-Nowa Gwinea nie skryła się za horyzontem. Umieli czytać z fal i gwiazd, ale to wyobraźnia podpowiedziała argonautom Pacyfiku, że za krańcem znanego im świata są jeszcze jakieś wyspy.
Teraz wyobraźnia nie ma już takiego pola do popisu. Kierujemy się internetem i systemami nawigacji satelitarnej. Dowiedziałem się z sieci, że Nowe Hebrydy to obecnie Vanuatu, państwo, które reklamuje się jako "największy raj podatkowy Południowego Pacyfiku". Osiemdziesiąt wysp, cztery pola golfowe i banki gwarantujące absolutną dyskrecję. Archipelag Santa Cruz połączył się z Wyspami Salomona, które przybrały szumną nazwę Wysp Szczęśliwych. Na dość paskudnej stronie oficjalnej państewko pyszni się 992 wyspami szczęśliwymi oraz jedną, za to ogromną anteną satelitarną, z której mieszkańcy Wysp Salomona są bardzo dumni. Nowsze doniesienia skupiają się raczej na skłonności wyspiarzy do puszczania wiosek z dymem i urządzania strzelanin z broni maszynowej. W jednym z nagłówków przeczytałem "Śmierć na ołtarzu". Postanowiłem zacząć w Vanuatu i ułatwić sobie podróż w głąb chaosu.
Oto jak pracują twórcy literatury podróżniczej: nawiązują kontakt z miejscowym biurem turystycznym, obiecują pogodne opowiastki o grze w golfa, zimnym piwie i ludziach, którym uśmiech nie schodzi z twarzy, po czym proszą o darmowe przeloty, noclegi, posiłki i gorzałę. Zwłaszcza gorzałę. Następnie spędzają tygodnie na wylegiwaniu się w świeżo wykrochmalonej pościeli, oglądaniu wiadomości na BBC World i piciu ponczu z guawy. To się nazywa świadczenie usług wzajemnych.
Nie zależy mi na świeżo wykrochmalonej pościeli, ale nie mam nic przeciwko lataniu za darmo, napisałem więc do Ośrodka Informacji Turystycznej Vanuatu, składając w liście obietnice i prosząc o pomoc. Poleciałem boeingiem 747 z Los Angeles na Fidżi - za darmo - po czym złapałem cotygodniowy kurs do Port Vila, stolicy Vanuatu na wyspie Efate. Lot - również darmowy - trwał dwie godziny. Za korzystanie z gratisów trzeba jednak słono zapłacić. Niełatwo się wyrwać ze szponów masowej turystyki.
Było ciemno i mokro, kiedy wysiadłem z samolotu w Port Vila. Pracownica biura turystycznego odebrała mnie ze stanowiska odprawy celnej, wepchnęła do samochodu i wywiozła z dala od świateł lotniska przez las i wzgórza, prosto do ośrodka Le Meridien połączonego z kasynem. Powitała mnie para rozchichotanych nastolatków w hawajskich koszulach, serwując szampana i zakąski. Dostałem bungalow z widokiem na lagunę. Kabina prysznicowa była większa niż samochód i wyposażona w sześć dysz do hydromasażu. Ległem w królewskich piernatach, otworzyłem tom studiów antropologicznych Roberta Henry'ego Codringtona The Melanesians (Melanezyjczycy) i utkwiłem wzrok w rysunkach pogańskich tancerzy. W maskach i przepaskach z liści wyglądali jak potwory z obrazków Maurice'a Sendaka. Poszedłem spać bez kolacji.
O świcie postanowiłem pobiegać dokoła pola golfowego, wzdłuż wysokiego żywopłotu, który oddzielał motłoch od królestwa wykrochmalonej pościeli. Wpadłem do bufetu śniadaniowego i znalazłem miejsce wśród rodzin australijskich bankierów. Bankierzy byli tłuści i wyczerpani, ich żony zatrważająco chude. Ojcowie faszerowali dzieci kiełbaskami, matki sączyły wodę mineralną. Po plecach łaziły im muchy. Jedliśmy suszone śliwki i rogaliki z czekoladą. Przez liście palm sączyły się dźwięki Traviaty.
Po pewnym czasie zadzwoniła pani z biura turystycznego i przedstawiła mi plan zajęć. Najpierw partyjka golfa. Później rejs wokół portu. Zakupy. Gdyby mogła w czymś pomóc, jest do dyspozycji. Proszę się nie krępować. Oblałem się potem.
- Poganie - oznajmiłem. - Szukam pogan.
- Ach tak, mamy trochę zdjęć w ośrodku kultury - odpowiedziała.
- Żywych pogan - uściśliłem.
- Niech się pan nie wygłupia - odparła. - To chrześcijańska wyspa.
Odłożyłem słuchawkę i wymknąłem się z pokoju, zapomniawszy wyłączyć klimatyzację. Minąłem pokojówkę, pracowników obsługi pola golfowego i strażników ośrodka. Wypadłem za bramę i puściłem się biegiem do miasta.
Port Vila jest chaotyczną, beztroską zbieraniną postkolonialnych blokowisk, sklepów wolnocłowych i francuskich supermarketów. Chciałoby wyglądać jak Tahiti albo Waikiki. W porcie wypełnionym turkusową wodą napatrzyłem się na jachty i różowe paralotnie. W rozproszonych tu i ówdzie tycich cukierenkach tycie, ubrane na różowo księżniczki z tycimi białymi torebkami całowały się w oba policzki. W samym sercu targowiska spotkałem jednak zwaliste melanezyjskie matrony ubrane w stylu zaprowadzonym przed stu laty przez misjonarzy: w luźne kretonowe sukienki a la Mother Hubbard, wzdymające się na wietrze nad bosymi stopami, spływające z obfitych piersi jak draperie. Kobiety miały skórę w odcieniu miedzi lub mocno palonej kawy. Ich afro dorównywały objętością okazałym dyniom.
Na ulicach roiło się od młodzieńców o dzikim wyglądzie, włóczących się po chodnikach albo wrzeszczących do siebie z odsłoniętych pak półciężarówek. Mężczyźni mieli włosy skręcone w luźne dredy, brody zaś posplatane w wymyślne warkoczyki. Groźnie marszczyli brwi w słońcu. Byli żylaści i muskularni. W notesie zapisałem: "wyglądają dziko". Potem jednak ujrzałem ich twarze rozpływające się w szczerym uśmiechu. Trzymali się ukradkiem za ręce. Chichotali jak sztubaki albo hobbici. Z szyi zwisały im małe rzeźbione krzyże.
Zakupy i chichoty były jedynie przykrywką dla prawdziwego biznesu w Port Vila, czyli religii. Miasto pękało w szwach od amerykańskich i australijskich misjonarzy. Spotkałem mormonów w białych, wyprasowanych koszulach i krawatach, srogich Adwentystów Dnia Siódmego, pochłaniających jednego hamburgera za drugim członków Zgromadzeń Bożych, przemawiających językami zielonoświątkowców i charyzmatycznych działaczy ruchu uświęceniowego w służbowych garniturach. Głosili Dobrą Nowinę dosłownie na każdym rogu.
Kiedy stałem pośrodku Kumul Highway, głównej ulicy miasta, i próbowałem się zorientować, gdzie jestem, sznur mikrobusów rozstąpił się przed pryszczatym, białym dwudziestokilkulatkiem. Cudzoziemiec miał na sobie długie buty i powłóczystą szatę; w ręku dzierżył chorągiew ze znakiem krzyża. Jego aryjskie rysy i groźna postura podsunęły mi skojarzenia z przywódcą procesji Ku-Klux-Klanu, był wszakże jeden szkopuł: za człowiekiem w białym kapturze ciągnęła setka ciemnoskórych dzieciaków. Wymachiwały kartkami z wizerunkiem ubranego po ludzku jeża. "Wybaczam ci" - głosił dymek nad głową zwierzątka. Dzieci śpiewały: Jesus hem i numbawam. Hem i luvim yumi - Jezus to Numer Jeden. Kocha Ciebie i mnie.
Widok tej scenki rozczuliłby pierwszych misjonarzy, którzy w XIX wieku nie spotkali się z równie przychylnym przyjęciem. John Williams, pierwszy głosiciel Ewangelii na wyspach Melanezji, ujrzał Nowe Hebrydy w 1839 roku. Reprezentowane przezeń Londyńskie Towarzystwo Misyjne wyznań ewangelickich zdążyło już nawrócić większość Polinezji. Williams sądził, że z Melanezją pójdzie mu równie łatwo. Jego optymizm nie był uzasadniony. Misjonarz powiosłował w towarzystwie pomocnika ku brzegom wyspy Erromango, dzień żeglugi na południe od Efate. Tubylcy wpędzili mężczyzn na mieliznę i ich zatłukli. Widząc, że walka duchowa będzie się toczyć do ostatniego żołnierza, Londyńskie Towarzystwo Misyjne wyekspediowało w roli mięsa armatniego nauczycieli z Polinezji. Dziesiątki Samoańczyków padło na Erromango ofiarą chorób i zdrady, zanim tubylcy dali wreszcie za wygraną i ulegli dwojgu wyznawców Kościoła prezbiteriańskiego Nowej Szkocji. George i Ellen Gordonowie wylądowali na wyspie w 1851 roku. Przez dziesięć lat zdołali nawrócić garstkę miejscowych, popełnili jednak fatalny błąd. Kiedy wybuchła epidemia odry, która zabiła setki mieszkańców Erromango, Gordonowie ogłosili, że Jahwe chciał w ten sposób ukarać wyspiarzy za trwanie w pogaństwie. Małżeństwo zostało oskarżone o wywołanie epidemii, zarąbane toporami i zjedzone.
Wrogość tubylców była w pełni uzasadniona. Drogę na wyspy utorowały misjonarzom istne szumowiny cywilizacji europejskiej. Najpierw przybyli kupcy żądni drewna sandałowego, w które obfitował archipelag. Popyt na aromatyczny surowiec był w Chinach tak wielki, że handlarze próbowali go zdobyć za wszelką cenę. Za to, czego nie zdołali ukraść, płacili toporami i muszkietami. Kiedy zasoby drewna sandałowego były już mocno przetrzebione, Europejczycy zaczęli je pozyskiwać bardziej pomysłowymi metodami. W 1848 roku załoga statku "Terror" porwała mężczyzn z Erromango i sprzedała ich w niewolę odwiecznym wrogom z pobliskiej wyspy Tanna. Inni kupcy doszli do wniosku, że handel można uprościć dzięki eliminacji pośredników. Na jednym ze statków zamknięto w ładowni tubylca z Tanny z marynarzami chorymi na odrę, po czym odesłano z powrotem na wyspę, gdzie ofiarą zarazy padły tysiące jego pobratymców.
Później biali kupcy zaczęli eksploatować samych Melanezyjczyków - uświadomili sobie, że można użyć wyspiarzy do ciężkich robót na plantacjach trzciny cukrowej w stanie Queensland i na Fidżi. Jeśli młodzi ludzie nie chcieli opuścić rodzinnej wyspy dobrowolnie, odławiano ich z czółen na lasso jak dzikie konie, wleczono na statki do transportu robotników i zamykano pod pokładem. Niektórzy blackbirders, czyli "łowcy czarnych ptaszków" - jak nazywano osoby trudniące się tym ponurym rzemiosłem - po prostu zabijali wieśniaków odmawiających współpracy. Czasem przebierali się za misjonarzy, żeby pozyskać zaufanie tubylców. Epidemie i handel żywym towarem zbierały wielkie żniwo wśród rdzennych mieszkańców Nowych Hebrydów.
Wyludnienie ułatwiło ekspansję kupcom i plantatorom z Europy, którzy za kilka bel perkalu albo parę butelek dżinu otrzymywali nieraz tytuł własności do tysięcy akrów gruntu. Wkrótce Europejczycy zaczęli walczyć o ziemię między sobą. Kiedy francuscy plantatorzy zwrócili się do swojego rządu z prośbą o aneksję wysp, misjonarze Kościoła prezbiteriańskiego, rozjuszeni perspektywą przejęcia władzy przez Francuzów (czyli katolików), wystąpili z analogiczną petycją do rządu brytyjskiego. Żadne z państw nie miało ani ochoty, ani pieniędzy na takie przedsięwzięcie, nie zamierzało jednak zrzec się terytorium na korzyść drugiego. Mocarstwa postanowiły więc podzielić się wyspami, decydując się na dziwaczny eksperyment współpracy kolonialnej.
W 1906 roku utworzono kondominium Nowe Hebrydy. Archipelag otrzymał dwie głowy państwa, dwie biurokracje, dwie policje, dwa odrębne systemy prawne, dwa oddzielne sądy państwowe oraz sąd najwyższy, na którego czele stanął Hiszpan niemówiący płynnie ani po angielsku, ani po francusku. Zapanował chaos i ustrój wkrótce zyskał szyderczą nazwę pandemonium. Przyczynił się jednak do powstania Port Vila, gdzie komisarz brytyjski i konsul francuski wywiesili swoje flagi po przeciwległych stronach portu, urządzali przyjęcia i ze wszystkich sił próbowali zachować pozory dobrego smaku. Zakazali urządzania wyścigów konnych w centrum miasta i zabronili Melanezyjczykom opuszczania domów po zmroku - chyba że plantatorzy potrzebowali asysty swoich czarnych robotników w rozgrywkach karcianych. Kondominium dotrwało do roku 1980, kiedy wyspiarze odzyskali niepodległość i zaczęli się nazywać Ni-Vanuatu - ludźmi z własnego kraju.
Pozostałości schizofrenicznej epoki kondominium nie dały się łatwo usunąć. Z jednej strony Port Vila było miastem melanezyjskim: premier i przedstawiciele biurokracji wywodzili się z Ni-Vanuatu. Wystarczyło spojrzeć na ciemne twarze mieszkańców, na ich dredy, wejść do którejś ze spelunek, gdzie po nocach serwuje się kava-kava - odurzający napój z kłącza miejscowego krzewu zwanego pieprzem metystynowym. Z drugiej strony miasto mogło uchodzić za francuskie. Quiche sprzedawano w każdym sklepie, podobnie jak orzechy kokosowe i pataty. A może Port Vila było angielskie? Bywalcy pubów oglądali transmisje meczów futbolu australijskiego komentowane przez anglojęzycznych spikerów - mimo że barmani porozumiewali się między sobą w pidżynie, lingua franca północno-zachodniego skrawka Melanezji. W Ciné Hickson wyświetlano filmy amerykańskie z francuskim dubbingiem. Właściciele plantacji wpadali z hukiem do miasta, żeby ogołocić supermarket Au Bon Marché z zapasów pasztetu z gęsich wątróbek, po czym ładowali zakupy na półciężarówki pełne umorusanych, ciemnoskórych autostopowiczów.
Byli też trybaliści: z bezlitośnie przekłutymi brwiami, z nosami wysmarowanymi na biało maścią cynkową, z włosami ufarbowanymi w zwariowane blond pasemka, z ciernistymi tatuażami na ramionach. Australijczycy. Przypuścili szturm w samo południe, wysypali się tłumnie ze statku wycieczkowego. Ruszyli na podbój Port Vila z gwałtownością sił ANZAC na półwyspie Gallipoli i niewzruszonym poczuciem misji typowym dla mieszkańców przedmieść, którzy postanowili wybrać się na safari. Obserwowałem ich, stojąc w cieniu pod Domem Kanibali, gdzie przybysze płacili po dziesięć dolarów za możliwość sfotografowania swoich dzieci zanurzonych po pas w olbrzymim kotle w towarzystwie dzierżących włócznie "wojowników" w przepaskach biodrowych. Wojownicy stroili głupawe miny, poszturchując australijskich klientów i pokrzykując figlarnie: "Mmm, tłuściutkie i pyszne!".
W gruncie rzeczy to upokarzające. I nawet bym się poczuł zażenowany, gdyby nie nastawienie Ni-Vanuatu, którzy z zapałem podtrzymywali mit kanibalizmu. Dla nich był to doskonały interes. Albert, pilot łodzi pochodzący z pobliskiej wyspy Lelepa, pochwalił się w pierwszych minutach naszej znajomości, że jego lud stawiał zacięty opór wszelkim próbom nawrócenia. "Mój pradziad urodził się w czasach ciemnoty, przed nadejściem chrześcijan - oznajmił z dumą. - Pierwsi misjonarze, mąż i żona, przypłynęli na wyspę z Anglii. Przywieźli ze sobą dwunastoletniego syna. Moi przodkowie zabili misjonarzy, a potem ich zjedli. Ha, ha! Chłopca oszczędzili. Chcieli go adoptować, ale on wciąż płakał. To było straszne! Nie mogli tego znieść. No to uwiązali mu kamień u szyi, wypłynęli na środek zatoki i wyrzucili go za burtę". Teraz Albert urządza wycieczki do miejsca, w którym utopiono chłopca. Turyści z upodobaniem słuchają jego opowieści o kanibalach, zwłaszcza jeśli ich ofiarą padli misjonarze.
Pogańską przeszłość Port Vila sprowadzono najwyraźniej do groteskowych przedstawień i handlu pamiątkami. Misjonarze wygrali. Wszyscy mają na szyjach krzyże. Skoro jednak miejscowi są chrześcijanami, dlaczego misjonarze wciąż ciągną do Vanuatu? Dlaczego co tydzień organizują na stadionie krucjaty na rzecz światowego przebudzenia? Dlaczego na lotnisku kłębią się mormoni z Utah, w czarnych krawatach i z plakietkami wysłanników Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich? Skąd poczucie misji ewangelizacyjnej na zadbanych twarzach klientów w kolejce po hamburgery w American Way Café, skąd procesje wyśpiewujące alleluja na Kumul Highway?
"Bo ludziom wciąż chodzą po głowie złe myśli! Chcemy im ofiarować to, czego najbardziej potrzebują: czystsze, mocniejsze przesłanie ewangelizacyjne" - powiedziała moja pierwsza znajoma z Port Vila. Kay Rudd mieszkała wraz z mężem Jackiem w wymuskanym, usytuowanym na wzgórzu ośrodku Joy Bible College. Nosiła wiejskie sukienki z nadrukiem w kwiatki. Miała pełne, różowe policzki. Jack ubierał się w luźne garnitury w odcieniu khaki. Byli ciepli, ale zarazem surowi, jak dziadkowie wobec wnuków. Ruddowie byli misjonarzami. Kiedy im oznajmiłem, że szukam pogan, zaprosili mnie do bungalowu na lody.
- Vanuatu uważa się za prawdziwe państwo chrześcijańskie. Ludzie twierdzą, że są chrześcijanami - rzekła Kay - ale to wudu, czarna magia i duchy... tutaj się tego boją jak ognia. Wiesz przecież, kochany, że prawdziwy chrześcijanin nie ma powodów do strachu.
- Bo duchy i magia nie istnieją - wtrąciłem. - Pomagacie ludziom zwalczać przesądy.
Kay westchnęła i posłała mi spojrzenie, z którego wywnioskowałem, że jej cierpliwość się wyczerpuje.
- Tego nie powiedziałam. Zło istnieje naprawdę. Chrześcijanie mają jednak siłę, żeby przełamać jego urok. Jeśli damy ludziom do ręki Biblię w ich własnym języku, odkryją w sobie moc zwalczania czarnej magii.
- Ale wszyscy, których dotąd poznałem w Vila, są już chrześcijanami - odparłem.
- Kotku, wciąż walczymy o dusze wyspiarzy.
Słońce pogrążyło się w koronach figowców. Wśród drzew rozbrzmiewały cykady. W oddali migotały światła domów. Kay odsunęła pucharek z lodami i opowiedziała Podnoszącą na Duchu Historię o wyspie Tanna na południowym krańcu Vanuatu.
W latach czterdziestych XX wieku wydarzyło się tam Coś Bardzo Złego. Kiedy już wszyscy myśleli, że mieszkańcy Tanny porzucili swoje duchy i inne demony, kiedy misjonarze nabrali przekonania, że oddali wyspę pod władzę Chrystusa, pojawił się fałszywy prorok. Facet nazywał się John Frum i ogłosił się kimś w rodzaju mesjasza. Obiecał wyspiarzom, że pewnego dnia powróci na wielkim białym statku wypełnionym po brzegi amerykańskimi dobrami - jeśli porzucą swój Kościół i wrócą do praktyk pogańskich. Tubylcy kupili historię na pniu. Zabili wrota świątyń deskami i przegonili duchownych z wiosek. Nie licząc kilku oddanych kongregacji, Tannę ogarnęła gorączka Johna Fruma. Chrześcijaństwo straciło swój przyczółek na przeszło pół wieku.
Ale w 1996 roku pojawił się wreszcie ów biały statek z Ameryki. Na pokładzie był przyjaciel Jacka i Kay. Nazywał się John Rush. Udręczeni pastorzy z Tanny postanowili go uznać za wyczekiwanego zbawiciela. W końcu był Amerykaninem, przybył na wielkim białym statku i co najlepsze - miał na imię John. Okoliczności zanadto się pokrywały z mitem Fruma, żeby ich nie wykorzystać.
- Złapałeś, w czym rzecz? - spytał Jack, zacierając ręce. - John z Ameryki: John-Frum-America! Kiedy statek zacumował w porcie, proroctwo jakby się wypełniło i pastorzy zdali sobie z tego sprawę. Postanowili, że nasz John pójdzie do przywódców ruchu Johna Fruma i powie im, że już nie ma na co czekać. Że Ameryka nie ma zamiaru rozwiązać wszystkich problemów wyspiarzy.
- Nie chciał tego zrobić. Naprawdę nie chciał, żeby go wzięli za Johna Fruma - przerwała mężowi Kay - ale pastorzy go ubłagali. Pojechał więc do Sulphur Bay, ośrodka kultu, i wyobraź sobie, że ludzie Johna Fruma na niego czekali! Rozwinęli przed nim czerwony dywan. Wysypali drogę kwiatami i urządzili wielkie przyjęcie na jego cześć.
- Wizyta Johna okazała się początkiem końca Johna Fruma - powiedział Jack. - Nie ma już śladu po tym kulcie. Prezbiterianie odbudowali kościół w Sulphur Bay. Bóg wrócił. Frum odszedł. Ale nasz John nie domaga się wdzięczności za swój dobry uczynek. Twierdzi, że wszystko jest zasługą mądrego wodza, który wpuścił do wioski chrześcijan.
- Chodzi o wodza Raz. Isaac One, Isaac Raz - rzekła Kay.
- Nazwali go tak, bo nigdy się nie powtarza. Wódz Raz. Prawda, że to urocze?
Isaac One. Zapisałem nazwisko w notesie i westchnąłem ukradkiem. Jeszcze jeden kult z głowy. Ruddowie odznaczali się jednak tak nieodpartym, swojskim urokiem, że nie sposób ich było nie lubić. Od Kay aż biła łuna - po części za sprawą matczynej troskliwości, po części dlatego, że była spocona. Dałem się uściskać na pożegnanie i ruszyłem w stronę portu.
Przechadzałem się wzdłuż spowitego mrokiem nabrzeża, gdzie cienie błąkały się pośród cieni, szepcząc coś niezrozumiale i wybuchając śmiechem. Gdzieś trzeszczał i syczał głośnik, z którego dobiegało smutne zawodzenie chińskich skrzypiec. Światła z jachtów, czółen i odległych wiosek odbijały się w gładkim lustrze wody, jakby port był na krawędzi wszechświata, za którą toczy się straszliwy bój między dobrem a złem, białą i czarną magią - bitwa niewidzialna i bezkształtna, rozbrzmiewająca jednak ustawicznym szczękiem oręża tuż za horyzontem, wypalająca do cna wszelkie życie. Może i tak, a może za krawędzią nie ma nic - w każdym razie tę pustkę można wypełnić jedynie mocą wyobraźni.
Wszyscy płynęli tym szlakiem: poszukiwacze złota lub sławy, w jednej dłoni dzierżąc miecz, a w drugiej często pochodnię, wysłannicy władzy lądowej, doręczyciele iskier ze świętego ogniska. Ileż wspaniałości dźwigał na sobie prąd tej rzeki ku tajemnicom nieznanych ziem!
Joseph Conrad, Jądro ciemności (przeł. Ireneusz Socha)
Moja opowieść powinna się zacząć w Oksfordzie.
Oksford w bladym słońcu przedwiośnia, nieopodal sterczących jak igły z igielnika wież Bodleian Library, za długim murem z piaskowca i łanem wiosennych narcyzów, przez korytarz marmurowej rotundy i w górę, po skrzypiących schodach na poddasze. Tam właśnie znalazłem kopertę, która skłoniła mnie do wyruszenia w podróż.
Pamiętam przysięgę - nie sposób wejść na poddasze Rhodes House ani do żadnej innej części Bodleian Library, jeśli się najpierw nie złoży przysięgi obejmującej między innymi zapewnienie, że nie zaprószy się ognia w księgozbiorze. Rzecz jasna, nie wolno dotykać starych rękopisów gołymi rękami: pokrywający naskórek tłuszcz działa na pomarszczony pergamin jak kwas. Uniosłem dłoń i złożyłem przysięgę.
Zwykła koperta. Znalazłem ją w kartonowym pudle z napisem "c/nz/mel2", pełnym zetlałych listów, wycinków prasowych i artykułów z czasopism. Wewnątrz była kartka pocztowa z Egiptu, ofrankowana w Port Saidzie, z datą 30 stycznia 1884 roku. Na awersie nie widniał żaden obrazek, tylko adres niejakiego Planta, wielebnego prebendarza i wikariusza parafii w Weston-on-Trent. W kopercie był też arkusik kremowego papieru złożony wielokrotnie i zapieczętowany czerwonym woskiem. Pieczęć ktoś złamał.
Obwarowałem się książkami i albumami, żeby ujść spojrzeniom bibliotekarzy, po czym ostrożnie rozwinąłem papier. W środku znalazłem kolejny arkusik poskładany do rozmiarów pudełka zapałek. Też był kiedyś zapieczętowany i tę pieczęć również ktoś złamał. Rozłożyłem kartkę i rzuciłem okiem na jej zawartość.
Zaledwie łyżeczka piasku wymieszanego z wiórami - jakby ktoś wybrał się na plażę, zeskrobał brud z podeszwy i zawinął go w papier. Roztarłem grudkę między palcami. Wióry były tak suche, że rozsypały się w proch. Zajrzałem na drugą stronę. Na odwrocie ktoś napisał: "Piasek i drewno z miejsca, w którym umarł biskup Patteson".
Oto jego historia: Johna Coleridge'a Pattesona, pierwszego biskupa Melanezji, powitano na brzegach maleńkiego atolu Nukapu pewnego słonecznego popołudnia 1871 roku. Zaprowadzono go do chaty krytej palmową strzechą i kazano spocząć na macie splecionej z trawy. Biskup zamknął oczy, jakby gotując się na cios, który roztrzaska mu czaszkę; jakby czekając na śmierć i zmartwychwstanie jako męczennik zachodnich wysp Południowego Pacyfiku. Cios spadł. Co do tego nikt nie ma wątpliwości. Odtąd historia biskupa krążyła w dziesiątkach wersji i wywołała w Anglii poruszenie, które można porównać jedynie ze spekulacjami na temat męczeństwa Livingstone'a w Afryce. Uwaga kapłanów, polityków oraz uczonych zwróciła się w stronę wysp Południowego Pacyfiku. Słano petycje do królowej Wiktorii, żeby położyła kres tym "okropnościom". Wyekspediowano okręt, żeby ostrzelał Nukapu i zrównał wioskę z ziemią. Na drugi koniec świata popłynął kolejny statek z misjonarzami, popłynęły pieniądze, pożeglowali rekruci. Męczeństwo Pattesona kuto w marmurze i uwieczniano na witrażach. Mimo to okoliczności mordu na biskupie wciąż spowija mgła tajemnicy.
Nabrałem szczyptę piasku i zacząłem przesuwać ziarenka między palcami. Nukapu. Wyobraziłem sobie rafę, wyspę i morderstwo, które okazało się przełomem w dziejach Południowego Pacyfiku, złączyło w jedność marzenia o starożytnej cywilizacji, zbrodnie pokolenia łotrów oraz ambicje setek poszukiwaczy doznań duchowych, mojego pradziadka nie wyłączając.
Miałem dziesięć lat, kiedy dotarł do mnie pierwszy strzęp tej historii. Mój ojciec, który spędził większość życia na morzu, znalazł ostatnią przystań na zachodnim wybrzeżu Kanady. Namówił matkę do kupna pastwisk i lasu na wyspie Vancouver. Wyciął stare jodły, obsiał pola koniczyną, zbudował oborę dla swoich herefordów i umarł.
Kilka tygodni po pogrzebie matka odkryła ojcowskie szpargały w kącie poddasza. Przytaszczyła czarną cynową skrzynię do jadalni, ustawiła na stole i zaczęła przetrząsać. Pamiętam jej zatroskany wyraz twarzy. Teraz już wiem, że z przerażeniem obserwowała, jak ojciec powoli gasł, dryfując po morzu wspomnień. Chciała, żebyśmy z bratem przejęli coś po ojcu - coś, co nam przypomni, że jesteśmy częścią historii, która nie skończyła się z jego śmiercią, historii, która powiąże nas z nim, a przynajmniej z jego nazwiskiem.
Zawartość skrzyni nie była imponująca. Mój ojciec wypłynął na morze po raz pierwszy, kiedy miał piętnaście lat. Podczas drugiej wojny światowej służył na okrętach wojennych na Atlantyku i Oceanie Indyjskim, uciekał przed niemieckimi łodziami podwodnymi na Morzu Śródziemnym. Karmił rekiny resztkami z obiadu u wybrzeży Sycylii. W jednym z listów, nadanym w Kapsztadzie, opisał starcie z bawołem w Mozambiku. Co jeszcze? Miał kiedyś dziewczynę w Atenach. Kupił kamerę Super 8 w Tokio. Spędził na morzu dziesiątki lat, ale szpargały odnalezione w skrzyni nie pomogły nam wypełnić białych plam w jego życiu. Jakby nie chciał, żeby ktokolwiek poznał jego historię.
W skrzyni były też jednak inne opowieści. Dzienniki. Skrawki papieru. Wycinki prasowe z czasów wiktoriańskich. Zdjęcia rezydencji z kamienia w Irlandii i Indiach. Żołnierzy w czołgach. Popołudniowych herbatek na rozległych trawnikach. Wózków ciągnionych przez wielbłądy. Były książki o Bogu: niezliczone tomy rozważań teologicznych i ojcowskich porad dla chrześcijan, kieszonkowych książeczek o tytułach w rodzaju Widzenia lub Podróż życia oraz przewodników dla młodych misjonarzy w odległych koloniach. Na kilku okładkach przedstawiono tę samą scenkę marynistyczną: okręt żaglowy dopływa do wyspy zasiedlonej przez przysadzistych tubylców. Morze jest spienione, ale słonko uśmiecha się z góry do pasażera na dziobie wymachującego w stronę brzegu otwartą Biblią.
To były pisma pradziadka. W przeciwieństwie do mojego ojca przewielebny Henry Hutchinson Montgomery dołożył wszelkich starań, aby potomni zachowali go w łaskawej pamięci. Mimo że spoczął w mogile w 1932 roku, w istocie zawsze był głową naszej rodziny. Spoglądał na nas z portretu nad stołem w jadalni, żeglując po purpurowych falach, oddanych zamaszystymi pociągnięciami pędzla. Z ramion zwisał mu błękitny płaszcz marynarki królewskiej, oblamowany pysznymi kwietnymi ornamentami. Pierś pradziadka zdobiły medal wielkości naleśnika oraz złoty krzyż. Twarz wysmagana wiatrami, policzki zapadnięte ze starości, posturę znamionowała jednak jakaś wzniosła, a zarazem władcza godność. Siwa broda była starannie przystrzyżona i ufryzowana. Nie patrzył wprost - jego długi nos tkwił w jakiejś książce, być może modlitewniku. Biskup miał na głowie złotą, spiczastą mitrę. Nigdy nie przeklinaliśmy w jego obecności.
Pod tym właśnie portretem myszkowałem w czarnej skrzyni, żeby natrafić na opowieść, przez którą wszelkie tajemnice ojca poszły w niepamięć. Z zewnątrz wyglądała niepozornie: kieszonkowy tomik oprawny w niebieskie płótno, odrobinę postrzępiony na brzegach. W okładce wciśniętej między inne zapomniane woluminy i przez to trochę wyświeconej odbijał się blask lampy. W poprzek biegł tytuł tłoczony złotymi literami, lśniącymi jak nowe:
The Light of Melanesia (Światłość Melanezji).
Papier kruszył się w rękach i miał lekko przydymiony odcień. Na niektórych stronach widniały motywy kwiatowe, ornamenty naśladujące bluszcz i wizerunki syren. Druk zdążył wyblaknąć. Zdjęcia były jednak fascynujące. Spłowiałe fotografie przedstawiały muskularnych czarnoskórych mężczyzn ściskających w rękach włócznie lub drzemiących w tradycyjnych smukłych czółnach z bocznymi pływakami. Mężczyźni byli nadzy, nie licząc piór zatkniętych w kędzierzawych włosach na podobieństwo pawiego ogona, ozdób z muszli albo kości zwisających z płatków uszu i nosów oraz sterczących z lędźwi zdumiewających osłon na fallusy. Kobiety z obnażonymi piersiami wyłaniały się ze spokojnych lagun jak cienie. Grupka rosłych, barczystych mężczyzn niosła długi pal ozdobiony spiralnie nawiniętymi płacidłami z ptasich piór. I wreszcie statek, trójmasztowiec zakotwiczony nieopodal chat plecionych z trawy, na tle bujnej dżungli.
Tekst był trudny. Nie przeczytałem go w całości, tyle tylko, żeby się zorientować, że mam przed sobą opis podróży sprzed ponad stu lat, z czasów, kiedy świat był miejscem dzikim i zdradliwym, kiedy biali ludzie w cylindrach i krawatach stawali twarzą w twarz z okrutnymi tubylcami na skalistych brzegach dalekich wysp, kiedy w krainie ciemności wciąż władały potężne duchy i czarna magia - wtedy właśnie biskup poszedł w ślady umęczonego Pattesona i dotarł w najodleglejszy zakątek Południowego Pacyfiku. Na tę wyprawę wysłał go sam Pan Bóg. Oto co zdołałem sklecić z tej historii na podstawie przeczytanych urywków:
W 1889 roku imperium brytyjskie sięgnęło szczytu swej potęgi. Miało władzę nad jedną piątą świata, większość tego obszaru była jednak poza zasięgiem duchowego przewodnictwa Kościoła anglikańskiego. Arcybiskup Canterbury wyświęcił czterdziestodwuletniego Henry'ego Montgomery'ego na biskupa Tasmanii i wysłał go na rubieże imperium. Biskup czuł się wspaniale na antypodach, które przypominały mu Kornwalię rzuconą nieopodal wybrzeży Australii. Miał do dyspozycji wygodną posiadłość i wielką katedrę z kamienia. Żona powiła mu czworo dzieci. Po trzech latach rzucił jednak wszystko. Zamustrował się na parowiec płynący na Nową Zelandię, skąd ruszył w stronę zwrotnika Koziorożca na pokładzie szkunera misyjnego "Southern Cross". Cel: głosić chwałę Boga Jedynego niewiernym z archipelagu Melanezji, setek wysp pogrążonych w strachu, przemocy oraz - co w równym stopniu szokowało wiktoriańskich misjonarzy - w goliźnie, wielożeństwie i nieróbstwie.
Biskup wyliczył po kolei wszystkie okropieństwa tej najniebezpieczniejszej misji na świecie. Na brzegach wysp rozproszonych w promieniu tysiąca dwustu mil pomiędzy Fidżi i Nową Gwineą zgładzono już dziesiątki kupców i głosicieli Ewangelii. Niektórych, wśród nich Pattesona, zatłuczono kijami. Innych dosięgły strzały wyposażone w groty z ludzkich kości. Jeszcze innych trzymano pod wodą, dopóki nie przestali się rzucać. Najwięksi pechowcy zostali ugotowani i zjedzeni. Tubylcy nie mieli litości także dla siebie nawzajem. Plaga łowców głów ruszyła z Nowej Gwinei na wschód i dosięgła Wysp Salomona. Całe wsie znikały z powierzchni ziemi. Kolekcjonerzy czaszek z Nowej Georgii spustoszyli setki kilometrów wybrzeża. Stare kobiety mordowały własne wnuki.
Biskup nie miał wątpliwości, że Szatan pojawił się na wyspach na długo przed przybyciem misjonarzy. O jego obecności świadczyły nie tylko wojna i przemoc: Zły wyposażył swoje sługi w najposępniejszą władzę. Czarna magia pleniła się jak chwast. Czarownik potrafił zabić przez rzucenie w człowieka garści pajęczyn. Ludzie czcili rekiny, kamienie, niewidzialne duchy i umarłych, którzy wciąż domagali się krwawych ofiar. Dżungle Melanezji rozbrzmiewały śpiewem wyznawców.
W mojej chłopięcej wyobraźni Melanezja jawiła się jako miejsce złowieszcze i magiczne. Na wyspach Południowego Pacyfiku istotnie doszło do starcia Dobra ze Złem, a w 1892 roku Dobro potrzebowało nowego bohatera: od mordu na biskupie Pattesonie minęło już dwadzieścia lat. Jego następcę zmogły choroby tropikalne, zmuszając do powrotu do Anglii. Archipelag na gwałt potrzebował biskupa. Biali kapłani, których "Southern Cross" wyrzucił na brzeg tylu niegościnnych wysp, rozpaczliwie szukali wsparcia. Trzeba było przekonać tubylców, że ich więź z Wszechmocnym wciąż trwa. Misję należało pociągnąć dalej w głąb archipelagu krwawych rytuałów i bulgoczących wulkanów, żeby męczeństwo Pattesona i innych chrześcijan nie poszło na marne. Mój pradziad nie miał wyboru: musiał ruszyć w daleką podróż śladami swoich bohaterów.
Henry Montgomery napisał do swoich dzieci z pokładu "Southern Cross". "Pamiętajcie - napomniał bliskich - że wasz ojciec nawiedził wszystkie wyspy, że jego serce wyszło naprzeciw mieszkańcom tych pustkowi, modląc się o przywrócenie ich wierze w Boga Ojca i Syna Bożego, Jezusa Chrystusa". Uświadomił dzieciom, że są wyjątkowe. "Nauczyłem was, że musimy być czyści, cnotliwi i prawi, jesteśmy bowiem uczniami Chrystusa; nie ma jednak lepszej zachęty do godziwego żywota niż wspaniała tradycja rodzinna. Wywodzicie się z rodu dżentelmenów; macie świadomość, że to słowo oznacza nie tylko zewnętrzną ogładę: świadczy o zacnym i pełnym ogłady umyśle, który brzydzi się i gardzi wszystkim, co niegodne, podłe i grzeszne".
Matce zależało, żebym przyswoił tę część rodzinnej historii. Przez lata trzymałem się ściśle wskazówek biskupa. Czasem, po godzinach spędzonych na roztrząsaniu gnoju od naszych herefordów, zrzucałem w progu gumiaki i szedłem na palcach do jadalni, żeby popatrzeć na starca i utwierdzić się w przekonaniu o mojej łączności ze wspaniałym i godnym światem duchowym, tak bardzo odległym od przyziemnej, brudnej i obmierzłej rzeczywistości naszego gospodarstwa.
Nie myślałem zbyt wiele o sprawach religii ani o tym, że podróż biskupa nie zawsze była naznaczona heroizmem. Nie przyszło mi do głowy, że w jego historii jest także miejsce na spór, na interpretację, na mit. Wyobrażałem sobie po prostu szkuner płynący pod pełnymi żaglami po bezkresnym, kuszącym oceanie oraz setki tysięcy czających się w cieniu palm kanibali, czarowników i duchów. Pozwoliłem historii biskupa wzbierać i przewalać się falą w moich marzeniach, zostawić w nich ślad równie żywy i trwały, jak Księga dżungli, Wyspa skarbów i Gwiezdne wojny. Tak było przez dwadzieścia lat, jeszcze długo po tym, jak odrzuciłem nauki Kościoła, długo po tym, jak odesłałem mojego rodzinnego boga do panteonu wyimaginowanych bohaterów.
Czasem jednak historia powraca i domaga się naszej uwagi - trzeba wówczas podjąć decyzję, czy utrzymać ją przy życiu, czy pozwolić jej zgasnąć. W wieku trzydziestu dwóch lat odkryłem ponownie Światłość Melanezji. Tym razem przeczytałem ją uważnie i w całości. Biskup i jego bracia w duchowych przygodach przestali uchodzić w moich oczach za bohaterów. Ich przekonania wydały mi się dziecinne, ich Boga uznałem za mrzonkę, ich krucjatę, której celem było kupczenie swoją wiarą na drugim końcu świata, za przejaw skrajnego rasizmu. Upływ lat oraz mój postkolonialny sceptycyzm zniszczyły mit pradziadka i rzuciły go na pastwę ognia. Melanezja z chłopięcych snów znalazła się na krawędzi zagłady. Wyspy stały się moją obsesją. Szukałem specjalistów od Oceanii, teologów, historyków misji, wszystkich, którzy odsłoniliby przede mną kawałek prawdziwej historii: nie tylko mojego pradziada i jego wiktoriańskiego bractwa, lecz także wysp, na których ci postanowili wprowadzić zmiany. Żeby wyjaśnić zagadkę, poleciałem do Anglii. Sądziłem, że dokończę historię, po czym odłożę ją do lamusa na dobre.
Zacząłem w Lambeth Palace, ceglanej fortecy arcybiskupa Canterbury położonej na południowym brzegu Tamizy. Przestudiowałem w tamtejszej bibliotece setki arkuszy korespondencji kościelnej; przekonałem się, że wiktoriańscy biskupi co do jednego nie potrafili pisać czytelnie. Wsiadłem w pociąg do Oksfordu. Złożyłem przysięgę w Bodleian Library. Doczekałem się nagrody, myszkując na poddaszu Rhodes House. Przeszukałem setki pudeł pełnych notatek i sprawozdań z misji w Melanezji, dzienników pokładowych z "Southern Cross" oraz niezliczonych doniesień o mordzie na Pattesonie. Znalazłem rysunki w pudełku po butach: wyblakłe szkice włóczni, czółen i rzeźbionych wioseł. Były też dzienniki z opisami mglistych poranków i rzezi na plażach pokrytych żółtawym piaskiem. Gorzkie świadectwa grzechów, jakich dopuszczali się niektórzy misjonarze: jeden z duchownych ubolewał nad "pokusami na bezludnej wyspie". Przekopywanie się przez ten kram przypominało myszkowanie w najgłębszych zakamarkach mojej pamięci. Wszystkie zdjęcia, wszystkie opowieści zdawały się dziwnie znajome, jakby wywiedzione z historii, którą powtarzałem sobie od lat - tyle że w nieco odmiennym kształcie.
Zaczęło się od trzech bohaterów Światłości Melanezji: George'a Augustusa Selwyna, groźnego wizjonera, który wysnuł plan wydobycia Melanezji z mroku; Johna Coleridge'a Pattesona, który zapłacił życiem za swą miłość do wyspiarzy; oraz Roberta Henry'ego Codringtona, którego ciekawość zamiast zniszczyć duchy - ożywiła je na dobre. Podobnie jak mój pradziad, byli ludźmi uprzywilejowanymi, wykształconymi w angielskich szkołach publicznych, przekonanymi, że chwała imperium będzie trwać dopóty, dopóki w asortymencie towarów eksportowych da się uwzględnić Boga.
Ich przywódcą był Selwyn. Ten wychowanek Eton i Cambridge miał zaledwie trzydzieści dwa lata, kiedy został biskupem Nowej Zelandii. Był zwolennikiem tradycyjnego Kościoła Wysokiego i żarliwym wyznawcą idei sukcesji apostolskiej. Miał poczucie, że biskupi Kościoła anglikańskiego - podobnie jak biskupi w hierarchii Kościoła rzymskokatolickiego - są prawowitymi namiestnikami Boga, a tym samym spadkobiercami apostołów Chrystusa. Snuł marzenia, że "Kościół anglikański zapanuje wkrótce na całej Ziemi".
To może tłumaczyć jego reakcję na błąd urzędniczy w patencie, w którym desygnowano go na nową diecezję. Terytorium podległe Selwynowi powinno było sięgać tuż za Wyspę Północną Nowej Zelandii - około 34 stopni na południe od równika. Ktoś jednak nabazgrał "34 stopnie szerokości północnej" zamiast "południowej". W ten sposób pociągnął terytorium tysiące mil morskich na północ, przez całą Melanezję, przez równik i zwrotnik Koziorożca, daleko poza Hawaje. Był to ewidentny błąd, Selwyn okazał się jednak równie ambitny jak skłonny do samowoli. Podczas podróży z Anglii na południe do Nowej Zelandii studiował nawigację i gramatykę języka polinezyjskiego. Przez sześć lat od chwili przybycia na misję uczestniczył w wypadach Królewskiej Marynarki Wojennej w głąb Melanezji. Zyskał wielu przyjaciół wśród tamtejszych wodzów, mamiąc ich darami w postaci haczyków na ryby, siekier i perkalu; przekonywał ich, by oddali pod jego pieczę najbardziej obiecujących młodzieńców i pozwolili ich zabrać do jego chrześcijańskiej szkoły w Nowej Zelandii. (Większość kandydatów pozyskał za jeszcze hojniejsze dostawy siekier i haczyków. Wyspiarze tak mocno skojarzyli ów handel z osobą biskupa, że pomylili jego tytuł z wyrazem fishhook. Nazywali go bishhooka. Z najsilniejszych chłopców, którzy nie padli ofiarą grypy lub czerwonki i nie umarli z tęsknoty za domem, stworzył armię ciemnoskórych apostołów, po czym odesłał ich z Nowej Zelandii na wyspy, gdzie głoszenie Ewangelii spotykało się najczęściej z ostracyzmem; czasem nawet groziło śmiercią.
Selwyn robił z początku niewielkie postępy, a musiał się śpieszyć. Misjonarze Kościołów katolickiego i prezbiteriańskiego napływali na wyspy Pacyfiku z Tahiti i Tonga i z zapałem podkradali mu kandydatów. Potrzebował pomocy. W 1855 roku wrócił do Anglii, żeby nawoływać do wsparcia swojej misji. Jego kazania natchnęły pewnego młodzieńca o nieposzlakowanej opinii. John Coleridge Patteson, syn sędziego, niegdyś kapitan słynnej drużyny krykieta w Eton, był też wikarym i językoznawcą. To ostatnie mogło się okazać przydatne: potencjalni neofici Selwyna mówili w ponad stu rozmaitych językach. Patteson nie miał nawet trzydziestu lat, kiedy popłynął z Selwynem do Nowej Zelandii, potem zaś ku nieznanym wyspom na pokładzie statku misyjnego "Southern Cross". W 1861 roku Selwyn przekazał Pattesonowi misję i wyświęcił go na pierwszego biskupa Melanezji.
Uczeń okazał się ambitniejszy od mistrza. Rok w rok zapuszczał się coraz dalej w głąb archipelagu. Podpływał do każdej nowej wyspy w spuszczanej ze statku szalupie, z upchniętym w kapelusz notesem pełnym niezbędnych słówek i sznurem prezentów na szyi. Wyuczył się kilkudziesięciu miejscowych języków i próbował objaśnić wyspiarzom, że mają mylne poglądy na naturę wszechrzeczy. Opowiadał, że jeśli podporządkują się władzy jego bóstwa, będą żyć po śmierci; w przeciwnym razie czekają ich wieczny ból i cierpienie. Potem zabierał ze sobą ich dzieci.
W Nowej Zelandii, później zaś w nowej siedzibie misji, sześćset mil na północ, na wyspie Norfolk chłopcy poznawali czcigodne rytuały Kościoła anglikańskiego, nie wspominając już o towarzyskiej ogładzie wpajanej im przez wychowanków Eton. Uczyli się zapinać guziki i wiązać sznurowadła, posługiwać nożem i widelcem, czytać, modlić, śpiewać hymny i grać w krykieta, ale też szeptali o świecie, który zostawili za sobą. Robert Henry Codrington, trzeci bohater Światłości Melanezji i dyrektor szkoły misyjnej, przysłuchiwał się ich opowieściom. Codrington był uczonym, profesorem Oksfordu, prawdziwym erudytą, a zarazem człowiekiem niespotykanie skromnym. Uczniowie mieli do niego zaufanie, on zaś zbierał ich sekrety z łapczywością skazanego na zesłanie akademika. Część tych sekretów przekazał mojemu pradziadkowi. Resztę przelał na papier - sporo jego notatek i szkiców spoczęło w zapomnieniu na poddaszu Rhodes House. Znalazłem je: przeniosły mnie w ekscytujący świat sił nadprzyrodzonych, gdzie duchy szły ramię w ramię z żywymi ludźmi, a cuda zdarzały się bezustannie.
Chłopcy opowiedzieli Codringtonowi o mana, niewidzialnej mocy, która przenika istotę życia, wszystkie przedmioty, ludzi oraz ich działania. Pojawia się znienacka. Pomaga przemówić duchom przodków. Ma zdolność skupiania się pod postacią dobra lub zła. Każdy ma w sobie trochę mana. Mieszkańcy Nowej Georgii byli przekonani, że siedliskiem mana jest głowa. Dlatego właśnie odcinali głowy swoim wrogom i zabierali je z sobą do domu. Jeśli się nad tym dobrze zastanowić, postępowali całkiem rozsądnie: głowa pełna mana to przecież najcenniejszy skarb.
Melanezyjczycy nie znali pojęcia istoty wyższej, wyspy roiły się jednak od duchów związanych z pojedynczym kamieniem, miejscem, zwierzęciem, a nawet słowem. Czasem można było usłyszeć ich wycie i skowyt w mrokach nocy. Bywało, że w przepastnej, splątanej gęstwie figowców duchy zdradzały swe tajemnice członkom tajnych bractw, którzy zwracali się do nich o radę. Chłopcy opowiadali Codringtonowi o Qacie, duchu przodków czczonym na dziesiątkach wysp, który zawsze był gotów pośpieszyć z pomocą morskim wędrowcom. "Qacie! - wołali mężczyźni ze swych czółen. - Niech tak będzie! Niech moja i twoja łódź zmieni się w wieloryba, w latającą rybę, w orła; niech skacze po falach, niech płynie naprzód, niech dotrze do mojej krainy". I Qat uspokajał morze, prowadząc wędrowców do domu.
Duchy innych przodków zamieszkiwały ciała rekinów, krokodyli, ośmiornic, węży i ptaków. Dzięki wiedzy tajemnej człowiek mógł wkraść się w łaski przodka-rekina i go przywołać, żeby zagonił w sieć całą ławicę ryb. Albo pożarł nieprzyjaciół. Przodkowie odpłacali się swoim czcicielom równie gorliwie jak Bóg ze Starego Testamentu. Bóg starł na proch wrogów Mojżesza, a duchy przodków pomagały Melanezyjczykom zatapiać czółna nieprzyjaciół.
W Melanezji były tysiące duchów świętych, nie jeden. Duchowość Melanezyjczyków miała charakter egalitarny. Każdy, kto miał odpowiednie umiejętności, mógł odwrócić klątwę, znaleźć magiczne lekarstwo i przebłagać pomocnego ducha. Każdy mógł zebrać mana i nadać jej właściwy kierunek. Królestwo duszy nie znajdowało się w niebie. Było wszędzie dokoła. Było w tobie.
A jednak duchy - jakkolwiek liczne i potężne - rozpoczęły odwrót niemal natychmiast po ukazaniu się najważniejszego dzieła Codringtona, rozprawy antropologicznej Melanezyjczycy, która upowszechniła imiona tamtejszych bóstw wśród uczonych na całym świecie. Nawróceni mieszkańcy Melanezji wstydzili się coraz bardziej swoich tańców, tajnych bractw i duchów. Posługując się angielską odmianą pidżynu, utworzoną na podstawie języka kupców, zaczęli nazywać przodków imieniem wywiedzionym z języka białego człowieka: devil-devils. Po powrocie do domu bogatsi o nowe nauki uczniowie niszczyli ołtarze, bezcześcili święte miejsca i wrzucali diabelskie kamienie do morza.
Wyspy Melanezji stopniowo dostawały się pod władzę konkurujących ze sobą stowarzyszeń misyjnych. Bywało, że anglikanie targowali się o nowe Królestwo Boże z prezbiterianami i katolikami. Z czasem jednak zerwano wszelkie porozumienia, wyspy przechodziły z rąk do rąk, a na ich brzegach jak grzyby po deszczu wyrastały kryte palmowymi liśćmi katedry - na obszarze półtora miliona mil kwadratowych oceanu między Nową Zelandią a Nową Gwineą. Krótko przed tym, jak Henry Montgomery sforsował rafę u wybrzeży Nukapu, by złożyć hołd duszy Pattesona, w miejscu ostatniego postoju męczennika wzniesiono potężny krzyż z żelaza. Pradziad uznał, że mordercy Pattesona się nawrócili. Być może dlatego opuścił Melanezję po zaledwie trzymiesięcznej podróży przez archipelag - no cóż, mrożąca krew w żyłach przygoda, o której roiłem w dzieciństwie, nie przypadła mu w udziale. Mój pradziad był przede wszystkim gawędziarzem. Wrócił do domu, żeby pisać, żeby wysławiać bohaterów swej misji. Tymczasem duchy zaklęte w rekiny oraz przodkowie, którzy przez tysiące lat sprawowali pieczę nad Melanezyjczykami, znaleźli się w cieniu nowego bóstwa, a prastara wiedza wyspiarzy legła ugorem w akademickich notatkach Codringtona.
Mimo to jakiś skrawek Melanezji towarzyszył misjonarzom w drodze powrotnej na dżdżystą Północ. Dostrzegłem to w portrecie pradziadka, w jego wzroku, którym próbował przeniknąć cienie w poszukiwaniu niewidzialnego światła. Dostrzegłem to w jego pismach, które po jego krótkiej podróży do krainy magii nie były już takie jak przedtem. Pradziad zawsze twierdził, że Apokalipsa, czyli Objawienie świętego Jana, będzie się rozgrywać w każdej epoce ludzkości. Kiedyś być może traktował to jako metaforę. Do czasu. W Melanezji doszedł do wniosku, że siły nadprzyrodzone istnieją naprawdę i zwykle są udziałem Szatana. Zaklęcia czarowników mające sprowadzić na kogoś śmierć lub chorobę były przejawem woli Złego. Pradziad napisał: "Nie mam żadnych powodów, by w to wątpić, co więcej, wydaje mi się całkiem logiczne, że Szatan, z którym tych pogan łączy ścisła więź, sprawuje nad częścią z nich swą zgubną władzę".
Henry Montgomery był dumny z racjonalistycznej tradycji swego Kościoła, powrócił jednak na Tasmanię, a później do Anglii jako mistyk, wiedziony rozpaczliwym pragnieniem ujrzenia Boga. Był przekonany, że chłodny klimat Anglii utrudnia jej mieszkańcom zjednoczenie ze światem nadprzyrodzonym. Ubolewał, że "im bliżej równika, tym łatwiej ludzkości dostrzec niewidzialne: im dalej od równika, tym trudniej to uczynić".
Musiał czekać lata, zanim Bóg mu się objawił. Ale wreszcie się doczekał, gdy już stary schronił się w rodzinnej posiadłości Donegal w Irlandii, po udzieleniu setek komunii, odśpiewaniu tysięcy hymnów, odprawieniu tysięcy modłów. Henry przechadzał się po swoim ogrodzie z widokiem na wzburzone fale zatoki Lough Foyle skąpane w pierwszym blasku świtu. Był gotów.
Najpierw, spomiędzy krzewów róż, wyłoniły się po kolei duchy przodków. Henry nie miał się czego bać. Przemawiały do niego z szacunkiem. Spojrzały na jego dzieło i uznały, że było dobre. Ogród spowił się mglistym całunem. Żonkile i przebiśniegi zaczęły się kołysać, jakby szepcząc ze sobą w tajemnym języku kwiatów. Przodkowie unieśli wzrok i dłonie w stronę niewidzialnego ducha i polecili Henry'emu udać się czym prędzej do kamiennego kościoła, który zbudowali niegdyś wśród dębów. Pradziad stanął u wrót świątyni, pchnął wysłużone, sękate drzwi i wśliznął się do środka. Wtedy właśnie poczuł na sobie wzrok Boga. Padł na kamienną posadzkę i zamknął oczy. Bóg spytał Henry'ego, jak niegdyś Abrahama: "Miłujesz mnie?". Henry nie odezwał się ani słowem. Nie był w stanie poruszyć ustami. Zdołał tylko zapłakać ze wstydu i trwogi, pewny, że Bóg uzna to za odpowiedź. Ocknął się w świetle wielkanocnego poranka, czując przypływ nowych sił, gotów do pielgrzymki, którą niegdyś odbył do Melanezji i której szlakiem chciał teraz podążyć w niebiosa.
Opowieści o widzeniach są jak mgła i plotki. Nie dają żadnego punktu zaczepienia. W Oksfordzie znalazłem coś konkretniejszego. Zawiniątko z piaskiem. Nazwę mojej wyspy. Nukapu było ostatnim przyczółkiem dawnej Melanezji, siedzibą ducha, który poprowadził mojego pradziadka przez morze i z pewnością istniał. Skoro na Nukapu skrzyżowały się drogi mitów, niewykluczone, że można je tam zmierzyć właściwą miarą. Złożyłem zawiniątko i wsunąłem do koperty.
Opuściłem Oksford w niedzielę. Nad wzgórzami przetaczała się burza. Wiatr przygiął do ziemi pierwsze tej wiosny krokusy. Dzwony katedry wzywały wiernych do spożycia ciała i krwi Chrystusa, żeby oczyścić dusze i przygotować je na przyjęcie Pana. Dzwoniły i dzwoniły, ale nikt nie przychodził. Pomaszerowałem na dworzec kolejowy, myśląc o kanibalach, tańcach rytualnych, przodkach, którzy zamiast zniknąć po śmierci, postanowili zamieszkać w skałach, rekinach, świętych gajach i gwałtownych burzach.
Co się stało z wyspami, których oblicze chciała odmienić dżentelmeńska kompania mojego pradziada? Kto teraz jest górą w batalii o dusze, skoro święty ogień przygasł w samym sercu imperium? Choć miałem świadomość, że ulegam romantycznej wizji powrotu do korzeni - i to w najgorszym z możliwych wydań - choć byłem pewny, że mity ludów Melanezji są równie zwodnicze jak wierzenia hołubione przez moich przodków, puściłem wodze fantazji i wyobraziłem sobie wyspę, gdzie imperium i Ewangelia nie wygrały nigdy, gdzie dudnienie bębnów, malowidła na skórze i rytuał piętnowania świadczą o żywotności kultury, którą misjonarze próbowali zniszczyć. Wyobraziłem sobie bosonogich mistyków ujawniających tajemną światłość swojej magii. Snułem wizje jeszcze potężniejsze niż widzenie pradziada. Serce waliło mi jak młotem: dałem się ponieść gwałtownym rojeniom o sekretach ukrytych wśród fal, uporczywej myśli, że Światłość Melanezji nie jest niczym więcej jak zalążkiem pewnej historii. Wsiadłem w ekspres na dworzec Paddington. Pociąg wyrwał się do przodu. Krople deszczu spływały po szybie, mącąc widok wież Oksfordu, zasnutego chmurami nieba i leniwie płynącej Tamizy. Słyszałem tylko miarowy stukot kół i podszepty wyobraźni. Nukapu. Jechałem na południe.