Bóg przechadzający się w popołudniowym wietrze - Mário de Carvalho


Reflow text when sidebars are open.
Niebo lśni, noc się ociąga, czas jest opieszały, życie mętne, gesty bezsilne. W tęczowym cieniu raz i drugi czytam swoje ulubione księgi, spaceruję, wspominam, fantazjuję, zdumiewam się, ziewam, przysypiam i nieubłaganie się starzeję. Nie potrafię znaleźć upodobania w tej szczęśliwej przeciętności mimo pocieszenia, jakie proponuje mi poeta, który się z nią pogodził. Wiem równie dobrze jak Mówca, że gorzko smakuje bezczynność, gdy zakazano ci działania. Dni mi się dłużą, Marek Aureliusz dokonał żywota, Kommodus rządzi, przeżyłem wszystko, co przeżyłem, cierpię z dala od domu - jak mam być szczęśliwy?
Mara siedzi w niewielkim oddaleniu, na wysokim plecionym krześle obok schodów prowadzących do domu, i wyszywa. Przed chwilą zganiła swoje niewolnice. Teraz śmieje się razem z nimi. Za moment znów je upomni. Nie słyszę jej ze swojego miejsca, ale niemal potrafię odgadnąć przyczynę śmiechów i reprymend. Cieszę się z tego, że Mara jest w pobliżu, że znam tak dobrze, od tylu lat, jej miny i gesty.
Kilka chwil temu bez szczególnego powodu podeszła do mnie ze swoim ulubionym zwierzęciem - po tym, jak w złej godzinie straciła bielusieńką gołębicę, przylatującą, by jeść jej z ręki, stał się nim popielaty kot. Owo dziwne zwierzę, pochodzące ponoć z Egiptu, jest czymś w rodzaju miniaturowej pantery, która zachowała całą drapieżną naturę dzikiej bestii: jest równie nieprzewidywalne jak ona i znajduje przyjemność w okrucieństwie. Czasem usposobione pokojowo stworzenie roztacza wokół siebie aurę lenistwa, jakby zachęcało do niego cały świat, innym razem zaś czai się z pazurami w gotowości, z postawionymi uszami, zjeżoną sierścią i wyszczerzonymi zębami. Nie reaguje na swoje imię i mimo niewielkich rozmiarów budzi respekt stróżujących psów, kiedy staje z nimi oko w oko. Podarował je nam pewien kupiec, by odwdzięczyć się za duże, być może przesadnie wielkie zakupy zrobione u niego przez Marę. Jeśli o mnie chodzi, muszę przyznać, że spoglądam na zwierzę z pewną nieufnością. Nie jest jeszcze częścią domu i nie wiem, czy kiedykolwiek nią będzie...
Mara dziwi się, że ślęczę nad lekturą Tyrrheników, niewyczerpanego źródła etruskich anegdot napisanego przez cesarza Klaudiusza. "Jaką korzyść przyniesie ci ten wysiłek - pyta - skoro prawie nie mamy gości, którym moglibyśmy zaimponować?" Z rozbawioną miną rozwija jeden ze zwojów, czyta kilka linijek na chybił trafił, śmieje się, a na koniec pozwala zwojowi potoczyć się po stole. Kot natychmiast wysuwa swoje ostre pazury, gotów podrzeć pergamin, tak samo jak wcześniej zadrapał ramiona Mary. Mara przytula zwierzę do piersi i odchodzi. Codzienny, znany rytuał, trywialny, ale miły. Mara łagodnie daje mi znać o swojej obecności...
Wciąż przepełnia ją młodzieńcza energia, która zdumiewa mnie po tylu latach. Nigdy nie miała cierpliwości, żeby rozwinąć zwój i pogrążyć się w lekturze, ziewa i przysypia, kiedy każę niewolnikowi, by przeczytał nam kilka akapitów, choćby lekkich i zgrabnie napisanych. Nudzi się w tej prowincjonalnej posiadłości, ale nigdy się do tego nie przyzna. Nie przyjdzie jej do głowy narzekać. "Tam, gdzie Gajusz, tam i Gaja". Tak ją wychowano. Pod jej radosnym, pozornie beztroskim usposobieniem kryją się twarde zasady, zasady naszych przodków, w których drzemie mądrość, ujawniająca się tylko przy poważnych okazjach. Zawsze mogłem liczyć na niezłomną lojalność Mary, mimo że ona sama nie potrafiłaby zdefiniować słowa "lojalność" ani o nim perorować, ani też nigdy nie użyłaby przymiotnika "niezłomna".
Prawdę mówiąc, Etruskowie Klaudiusza niezbyt mnie interesują, a jego proza płynie równie topornie, jak podobno płynęły słowa z jego ust. Ale czytam zwój za zwojem, fragment za fragmentem, pilnie niczym uczeń trudzący się nad szkolnym zadaniem w obawie przed czekającą go rózgą. Nie mam innego powodu, by to robić, poza próbą ukojenia nudy, której nie odczuwałbym, gdybym mógł spożytkować swoje siły na polowaniu, uprawiając ziemię, wznosząc budynki, zarządzając posiadłościami albo podejmując jakąkolwiek aktywność właściwą mojej kondycji. Ale skoro pewnego dnia zacząłem lekturę, czuję teraz, że moim obowiązkiem jest ją ukończyć. Tak mnie wychowano i przyznaję, że taki już jestem. Postanowiłem coś przeczytać? Więc dobrnę do końca!
Na zielonym marmurze okrągłego stołu, przy którym siedzę, czworokątny, wyszczerbiony ubytek rozmazuje widziane z profilu uśmiechnięte oblicze Bachusa, ozdobione winoroślą, starannie wyrzeźbione. Z rowków wyrytych dłutem nie zniknęły - myte i szorowane tyle razy - czarne popioły, w które obrócili wszystko. Barbarzyńcy, oto ślady ich furii. Czy wybrali ten stół na ołtarz dla swoich prymitywnych rytów, podstawę pod płomienie, ruszt dla wnętrzności? A może nie był nawet tym, lecz jedynie bezbronnym obiektem ich szału, zranionym za to, że zdawał się tak ludzki, tak doskonały, co zawsze wywołuje lęk ludów brutalnych i nieokrzesanych.
Na własne oczy widziałem przybycie tego stołu, przywiązanego do jednego z kolumny wozów i zabezpieczonego słomą i chrustem. Mój ojciec był jeszcze młody, ja zaś jako pacholę bawiłem się łukiem. Odczuwał dumę na widok tego zielonego kamienia, żyłkowanego, niepowtarzalnego, sprowadzonego z bardzo daleka. Pamiętam trud grupy niewolników toczących ciężki, okrągły marmur, krok po kroku, aż do altanki, w której teraz siedzę, już wówczas bujnie porośniętej winem. I zadowolenie ojca, dumnego, gładzącego wgłębienia dłuta, opowiadającego o genealogii, czynach i atrybutach Bachusa, bym się ich nauczył.
Po latach i rozpaczliwych wysiłkach, o których opowiem dalej, znów zobaczyłem ten kamień unoszony siłą ramion, widziałem, jak toczy się powoli, aby na koniec, nie bez pomocy lin i dźwigni, znów spocząć na swojej podstawie. Nie był to ten sam marmur: został sprofanowany, porysowany, nadpalony. W tym stanie będzie trwał dalej, przez wieki wieków, bez kolejnych większych zniszczeń i profanacji. Ale za każdym razem, kiedy moja ręka przesuwa się po uszkodzonej powierzchni i czuję chropowate ślady po ciosach oraz oleistość popiołów, moją duszę przeszywa dreszcz strachu, nieokreślonego, lecz gwałtownego.
Toczący się wielki kamień przypomina mi owego króla Koryntu, który na chwilę zniewolił śmierć, a potem stał się na wieki niewolnikiem przeznaczenia. Któż może mnie zapewnić, że ten zielony marmur, niegdyś powalony na ziemię, znów nie upadnie, tylko zostanie łagodnie przeżarty, w sposób naturalny i niespieszny, przez korozję rytmicznie upływającego czasu? Któż mi zagwarantuje, że tych wiejskich popołudni, tak powolnych i spokojnych, nie spłoszą jeszcze raz grzmoty groźnych wrzasków? Czy to prawda, że to, co minęło, odeszło na zawsze? Pozwólcie mi napawać się beztroską, iluzją, że świat pozostanie na zawsze niewzruszony i niewzruszalny, przywrócony znów do porządku po chwilowym zamieszaniu. Jestem właścicielem ziemskim, jestem Rzymianinem, czytam, kultywuję siebie; moja postawa, moje gesty, słowa i maniery, flegma, moja tunika i toga - są znakami tych czasów. Moja godność. Powaga. Rzymskość. Człowieczeństwo. A z dławiącymi mnie lękami i niepokojami niech rozprawiają się legiony, i to z surowością, do jakiej zostały powołane. Mnie tymczasem pozostały książki...
Ale co musiało się wydarzyć, żeby ci ludzie, nieznający wojennych strategii, dzicy i nieokrzesani, porzucili z krzykiem pustynię, towarzystwo skorpionów i węży, przemierzyli morze na swoich byle jakich okrętach, pozbawionych oczu i ołtarzy dla bogów, i najechali Luzytanię, skąpali ją we krwi, zrównali z ziemią latyfundia i domy, wymordowali tylu ludzi? Jakiż to impet wywołał w nich ich ciemny i mściwy bóg, impet niepozwalający darować drewnu ani kamieniowi, przestępcy ani niewinnemu, człowiekowi wolnemu ani niewolnikowi i mający za jedyny cel niszczenie, zmienianie w pustynię miast i posiadłości rolnych pracowicie wznoszonych przez pokolenia mówiące po łacinie, oddające cześć bogom i szanujące przepisy prawa? Zwycięskie wojska nieprzyjaciół zwykle dokonują grabieży, ale darują życie pokonanym, odbudowują miasta, przyjmują hołdy, przywracają ład. Podporządkowują sobie wszystko, co podbiły, a potem to chronią. Gdy przeminie wojenna zawierucha, na ulice wychodzą patrole czuwające nad przestrzeganiem zasad. Kiedy jednak przez jakieś ziemie przejdą hordy barbarzyńców, pozostawiają po sobie ślad czystej irracjonalności, ustanawiają na powrót pierwotny chaos, który z geniuszu czyni zagrożenie, z pracy perwersję, a z piękna - ściek. Pozostawiają po sobie roztrzaskane kolumny, zdewastowane termy, wybebeszone trupy w jasności pożogi. Nie ma między barbarzyńcami ani jednego męża zdolnego zakrzyknąć: "Darujcie im, to wszystko już jest nasze!". Demoniczny najazd zrównuje wszystko z ziemią, dopóki nie powstrzyma go pierwsze żelazo legionów.
W naszej willi powyrzynali zwierzęta i niewolników, których ciała rozkładały się później na polach, zniszczyli kolumny, pozrywali dachówki, roztrzaskali lary, pozdzierali stare freski ze ścian, użyli mebli i tkanin jako rozpałki; pokruszyli na proszek nawet koła młyńskie z twardej skały. Wyrywali drzewa z korzeniami, zdewastowali winnice, podeptali kwiaty. Wszystkie księgi zostały podarte lub spalone. Nawet na tym niewinnym marmurowym stole zostawili swoje bestialskie ślady. Dlaczego? W imię czego? Gdybym tylko to wiedział, byłbym najmądrzejszym z ludzi i mógłbym skutecznie doradzać innym. Przyczyna tej szalonej żądzy zniszczenia musi być najpilniej strzeżoną tajemnicą. Bogowie nie chcieli mi jej wyjawić, kazali jedynie cierpieć jej konsekwencje.
Kiedy wróciłem, oddziały kawalerii pomocniczej Legionu VII Gemina patrolowały okolicę, zwracały właścicielom zbiegłych niewolników i bez litości krzyżowały na przydrożnych dębach ostatnich zbłąkanych Maurów oraz wszystkich, którzy z nimi współpracowali. Pośród ruin, jęków, miazmatów i upartych serpentyn dymu powracał porządek senatu i ludu rzymskiego. Wrócił mój zarządca, ukrywający się przez długi czas w chatce na odludziu. Powoli odnajdywali się niektórzy niewolnicy, koczujący na polach w oczekiwaniu, aż legiony przywrócą ład, który - jakkolwiek surowy - budził mniejszy lęk niż szalone bułaty zadające ciosy na oślep. Trochę bydła wyłapano na polach, jakby chronił je tam jakiś pasterski bóg.
Niewolnik zarządzający domem posklejał litościwie kawałki larów i poukładał je z czułością na ołtarzu przy drzwiach. Potem położył plecione dywaniki w jedynym niemal nietkniętym pomieszczeniu, zapalił fragment latarni i dopiero wtedy pozwolił wejść mnie i Marze. Był to powrót panów. Służący ustawili się w atrium, niektórzy jeszcze poobijani albo zakrwawieni po dramatycznych przejściach. Ośmiu żołnierzy ulokowało się w tym, co zostało ze spichlerza. Słyszeliśmy w nocy dyszenie mułów i stukanie kopyt o bruk. Ale byliśmy bezpieczni. Przez pozbawione okiennic okna wdzierały się przerażające krzyki ptaków. W bladym świetle księżyca ślady zniszczeń sprawiały jeszcze bardziej ponure wrażenie. Wspólnie z Marą, przytuleni do siebie pod moim płaszczem, postanowiliśmy odtworzyć wszystko dokładnie tak, jak było wcześniej. I o tym Mara mówiła i mówiła, i mówiła, i nie przestała mówić, dopóki nie wzeszło słońce.
Dziś nie ma już zbyt wielu śladów po najeździe. Trudno uwierzyć, że domy wokół odbudowano po tym, jak zostały w dużej mierze zrównane z ziemią. Kiedy nasze pokolenie wymrze, zniknie pamięć o wydarzeniach, za sprawą których w dniach nieszczęścia okolice utonęły we krwi. Pozostaną może wzmianki w księgach, których nikt nie przeczyta, a w końcu i one ulegną zniszczeniu przez okrucieństwo czasu i zaniedbanie ludzi, w najlepszym wypadku. Mara i ja możemy teraz cieszyć się pokojem i mieć nadzieję, że do końca naszych dni nie powtórzą się barbarzyństwa, które mieliśmy nieszczęście oglądać. Do dziś patrzę z nieufnością na wszystkich przybywających od strony oceanu. Ale czy każde niebezpieczeństwo musi nadejść z plaży?
Niedawno zobaczyłem coś, co mnie przeraziło. Był ranek, przyjemny i chłodny, i wbrew swoim zwyczajom poszedłem na daleki spacer brzegiem rzeki. Pochylony nad krzewami mały niewolnik zrywał do worka jeżyny. Nie wszystkie trafiały na mój stół, wiedziałem o tym. Zwykle przymykam oczy na takie drobne przewinienia. Krzaki daje nam natura, nic nie kosztują i nie trzeba ich uprawiać. Starałem się trzymać z daleka, żeby dziecko mnie nie zobaczyło i nie zawstydziło się niepotrzebnie. W pewnym momencie chłopiec przestał zbierać owoce, usiadł, napełnił usta jeżynami, wziął trzcinę i zaczął rysować na piasku: jedna wygięta linia, druga wygięta linia zaczynająca się w tym samym miejscu, która najpierw oddala się od pierwszej, a potem zakręca, by się z nią przeciąć. Trzecia linia łącząca dwie poprzednie. I na koniec punkt: rybie oko.
- Kto cię nauczył to rysować?
Chłopczyna aż podskoczył i spojrzał na mnie przerażony, z otwartymi ustami, wargami poplamionymi jeżynowym sokiem. Nigdy nie widział pana z tak bliska. Musiałem wydać mu się straszny, groźny niczym gromowładny Jowisz, ukazujący się zza chmur. Uklęknął i wyciągnął ku mnie instynktownie rękę, oferując garść owoców, podczas gdy drugą zasłaniał głowę.
- Wybacz mi, panie. - Wiedział, że powinien czuć się winny, ale nie bardzo rozumiał za co.
- Odpowiedz: kto nauczył cię tego rysunku?
Że jakiś strzygacz, który był w okolicy.
- Jeden z moich?
Nie, to był obcy człowiek, przybywał z daleka i dokądś się udawał. I chłopiec drżał, z trudem powstrzymywał płacz. Przebarwione od jeżyn usta przydawały mu żałosnego wyglądu tragicznego mima.
- Uciekaj!
Puścił się biegiem między krzewami i zniknął, pozostawiając za sobą ścieżkę rozrzuconych jeżyn.
Podeptałem starannie rysunek swoimi ciężkimi butami - została z niego tylko górka wzruszonej ziemi. Bezużyteczny gest. Rzeczywistość nie znika, gdy zniszczy się jej symbol. Być może wiele mil stąd, na drodze strzygacza, pojawią się nowe znaki, ożyją nowe wspomnienia. Czy kongregacja ryby przestała istnieć? Chciałem przekonać samego siebie, że tak, ale cóż mogłem wiedzieć?
Było to niedługo po tym, jak Prozerpin zaskoczył mnie swoją wizytą. Siedziałem na swoim zwykłym miejscu, przy stole z zielonego marmuru, pochylony nad rachunkami. Sprzedałem dwa jugery na obrzeżach moich posiadłości, żeby uwolnić się od sporu o granice gruntów z jednym z sąsiadów obdarzonych temperamentem jak dla mnie zbyt rustykalnym. Uzgodniliśmy cenę mieszaną - w aureusach, miarach oliwy i zwojach lnu. Chciałem sprawdzić wszystko jak najdokładniej, bo niezbyt mu ufałem. Musiałem przeliczyć ceny towarów, więc z rezygnacją usiadłem nad liczydłami i tabliczkami. Kiedy psy zaczęły szczekać i biegać wzdłuż bramy w murze i zjawił się nieznajomy niewolnik odganiający je kosturem, pomyślałem, że to sąsiad przyszedł, by jeszcze raz się pożalić i błagać o obniżenie uzgodnionej stawki. Ale potem, za niewolnikiem, pochylony i bardzo zalękniony psami, ukazał się ten mężczyzna - wysoki, z garbatym nosem, nerwowy - którego znałem tak dobrze i którym trochę pogardzałem. Poczułem niemal bolesną niechęć: Prozerpin! Wstałem, zaniepokojony. Co mogło sprowadzać tu Prozerpina?
Zobaczyłem, jak Mara wyłania się z domu i bardzo spokojnie schodzi po stopniach, uciszając psy. Przywitała się z intruzem. Nie zdradzała najmniejszego zaskoczenia i pozdrowiła Prozerpina tak, jakby widziała go wczoraj. Mara zawsze umiała stanąć na wysokości zadania. On był otulony obszernym azjatyckim płaszczem, haftowanym i bardzo zakurzonym, na głowie zaś miał podróżny kapelusz, który zdjął, by okazać szacunek. Po jego zamaszystych gestach domyśliłem się, że prosi Marę o pozwolenie na wejście swojego orszaku. Mara powiedziała coś głośno i niewolnicy pobiegli otworzyć bramę. Orszak Prozerpina, niosący jego lektykę, przemaszerował pomiędzy mną a Marą, a potem poprowadzono go do stajni. Kiedy wędrowcy szli, utrudzeni i brudni, Prozerpin szukał mnie niespokojnym spojrzeniem. Dokładnie widziałem jego nerwowe oczy i twarz skrzywioną w grymasie wysiłku, kiedy z daleka ujrzał moją postać. Zrobił dwa kroki, wytężył wzrok. Uśmiechnął się. Rozpoznał mnie. Pomachał z roztargnieniem Marze i niemal pobiegł mi na spotkanie.
- Lucjuszu, bądź pozdrowiony! Jak dobrze znów cię widzieć po tylu latach...
Prozerpin stał przede mną w swoim przepastnym płaszczu, mało brakowało, a upadłby mi do nóg. Cóż miałem robić? Nie mogłem źle potraktować tak uprzejmego gościa, choćby i był nieproszony. Nie okazałem niechęci. Zaproponowałem, by skorzystał z łaźni, dotrzymywałem mu towarzystwa, poprosiłem o radę w sprawie swojej transakcji, zaprosiłem do stołu z zielonego marmuru, słuchałem go grzecznie i z uwagą.
Potem kazałem osiodłać dwa muły i zabrałem go na przejażdżkę po moich włościach. Prozerpin nie był specjalnie wrażliwy na uroki wsi, zupełnie umykało mu piękno samotnego dębu korkowego na polanie pożółkłych chaszczy, nigdy nie czytał Hezjoda i przechodził obojętnie przez świątynię natury. Mimo to ciągle cytował Wergiliusza: "Szczęśliwy i ów, kto zna wiejskie bóstwa...".
Próbował zrobić na mnie wrażenie, rozprawiając o Magonie i jego traktacie o rolnictwie. Czy Kartagińczyk, jakim był Mago, miał dość przenikliwości, by wypowiadać się o rolnictwie po tej stronie Morza Śródziemnego?
Kiedy Prozerpin mówił, wyciągał przed siebie otwartą dłoń, prawie dotykając uszu muła, jakby co i rusz energicznie rzucał kośćmi. Niczym nauczyciel retoryki okrągłymi zdaniami rozwodził się również na te tematy, o których nie miał bladego pojęcia.
Zastanawiał się, czy Kartagińczyk mógł aspirować do uniwersalnych wniosków, nawet jeśli chodziło tylko o uprawę winorośli. Poza tym, zauważał, wszyscy wiedzą, że pomyślny wzrost upraw zależy od przychylności lokalnych bóstw, które należy czcić we właściwych miejscach i porach. Jak punickie rytuały, odpowiednie dla punickich bogów, miały przekonać bogów Italii albo tych sprawujących jurysdykcję nad polami Hispanii?
Przypomniałem mu, że Mago był jedynym kartagińskim pisarzem tłumaczonym na łacinę, i to z polecenia senatu, więc jego pisma musiały w sobie coś mieć. W odpowiedzi Prozerpin uraczył mnie elokwentną rozprawką na temat Kartagińczyków, którzy - jak powszechnie wiadomo - pozbawieni są wszelakich zalet.
Pozwoliłem mu dywagować, próbując jednocześnie odgadnąć, co naprawdę go tu sprowadza. Byłem pewien, że skoro zawitał do mnie tak niespodziewanie, widział w tym dla siebie jakąś korzyść. Nie sądziłem, by sama koncepcja bezinteresowności była mu znana. Okazało się, że nie miałem racji. Ani przez chwilę nie wyglądał, jakby zamierzał mnie o cokolwiek prosić albo w jakiś sposób wykorzystać. Nie chciał mnie też urazić ani zranić. Ludzie mali mają w zwyczaju korzystać z nieszczęścia innych, by okazać im swoją wyższość. Jako że nie są przekonani o własnej wartości, próbują budować ją na cudzym cierpieniu, które potrafią wzbudzić aluzjami, ambiwalentnymi uwagami albo niefortunnymi odniesieniami sprawiającymi przykrość rozmówcy. To żywienie się porażką innych poprawia im humor i sprawia przyjemność z powodu, którego nie potrafię zrozumieć. Ale ze strony Prozerpina nie spotkała mnie żadna agresja, lecz jedynie wypowiadane tonem specjalisty - choć muszę przyznać, że użyteczne - rady dotyczące moich interesów, głupstwa na temat rolnictwa, tyrady przeciw Kartagińczykom, jakieś cytaty z Greków zaczerpnięte z podręcznika retoryki, udawane zachwyty przyrodą - i tak przez cały dzień... Zawsze stylem uczonym, wyszukanym, obrazowym i wyniosłym. Ani razu nie napomknął o moim wygnaniu ani nie starał się mnie upokorzyć wspomnieniem moich nieszczęść. Ponieważ znałem go tak dobrze, nie mogłem nie być mu za to wdzięczny. I to drugi raz w życiu.
- Zwróć uwagę - mówiłem - że tym razem to nie Kartagińczycy na nas napadli. Zrobili to Maurowie z Tingitany.
- Na jedno wychodzi: Kartagińczycy, Maurowie... Z tej samej gliny ulepieni. Ta zła strona mare nostrum.
Do kolacji Prozerpin wystroił się w ciemne jedwabie i sowicie skropił wytwornymi perfumami. Chciał w ten sposób okazać nam szacunek, mimo iż wiedział, że podczas posiłków hołdujemy umiarkowaniu i skromności. Mara, zgodnie z dawnym zwyczajem przekazanym jej jeszcze przez matkę, jada na siedząco obok triklinium, jest to dla niej równie naturalne jak archaiczny zwrot "przyjacielu", którego używa wobec mnie. Na stół wjechały jedynie króliki, grzyby, rzeczne ryby, chleb i regionalne garum. Wino - wyłącznie nasze. Usługiwał nam stary niewolnik, który podawał do stołu mojemu ojcu. Za oświetlenie służyły trzy lampki, nic poza tym. Rozkazałem tylko, by amfory i sztućce były srebrne i by przyniesiono laski cynamonu w miseczce, równie egzotyczne, co jedwabie Prozerpina - nie chciałem, by wziął naszą prostotę za oznakę skąpstwa.
Przy stole wręczył mi prezent. Wygłosił przy tym krótkie przemówienie, w którym podziękował za gościnę. Przywiózł mi opakowaną w skórę kopię Katona Kuriacjusza Materna i podał mi ją uroczyście. Uprzejmie mu podziękowałem. Mara dodała kilka miłych słów, rozwijając z roztargnieniem zwoje.
- Nie czytałem, ale uznałem, że sprawi ci przyjemność - powiedział Prozerpin.
Był to rzeczywiście zacny podarek. A ta kopia - zwoje, uchwyty z rzeźbionego egzotycznego drewna, skórzane etui - musiała sporo kosztować.
Podczas rozmowy opowiedział nam, że wybrał się z Tarcisis do Vipaski, żeby załatwić tam formalności prawne dla pewnej wdowy, swojej klientki. Moja posiadłość nie leży na trasie do Vipaski, Prozerpin musiał znacznie nadłożyć drogi, zejść z patrolowanych traktów tylko po to, by mnie odwiedzić. Przybył tu z obawą: prawdę mówiąc, spodziewał się, że przyjmiemy go niechętnie albo zadzierając nosa, ale nasza prostolinijność, jak sam twierdził, bardzo go wzruszyła.
Opowiedział nam ze szczegółami o swojej podróży i drobiazgowo wyjaśnił jej przyczyny. Od czasu do czasu spoglądałem ukradkiem na Marę, pytając ją wzrokiem: "Czego on od nas chce?". Mara, jak zwykle subtelna, rozumiała mój niepokój i nie dawała rozmowie zgasnąć. Kiedy tylko Prozerpin robił pauzę, spieszyła z jakimś komentarzem albo pytaniem, utrzymując konwersację z dala od tematu, który - jak dobrze wiedziała - mógłby mnie zranić. Tarcisis.
Mara była niezwykle taktowna... Ale przekonałem się, że także Prozerpin uważał, by nie wspominać o zdarzeniach, w których uczestniczyłem przed laty. I to nie tylko dlatego, że nie miał zbyt wielu okazji, gdyż Mara starannie kierowała rozmową, ale i ponieważ sam wyraźnie tego nie chciał. Z ręką na sercu - nie przychodzi mi do głowy zbyt wiele pochwał dla Prozerpina. Zawsze czułem wobec niego jakąś nieprzyjemną pogardę i nie wątpię, że on o tym wiedział. Ale muszę przyznać, że w jego zmiennej, interesownej i sprytnej naturze były resztki szlachetności, które nie pozwalały mu mnie zawstydzać.
Czy nie byłem ciekaw wieści z Tarcisis? W środku, chociaż nie dawałem tego po sobie poznać, aż płonąłem z ciekawości. Ale jednocześnie przerażała mnie myśl, że temat zostanie choćby wspomniany, na dodatek przez Prozerpina. Chciałem ponad wszystko zachować spokój. Byłoby to wielkim okrucieństwem, gdyby ktoś zaczął rozdrapywać moje stare rany, kiedy czułem się tak bezbronny.
Jednak Mara i Prozerpin, każde ze swojej strony, jakby łączyło ich jakieś sekretne porozumienie, ledwo wspomnieli o Tarcisis jako odnośniku geograficznym: miejsce rozpoczęcia podróży, jej zakończenia, punkt w przestrzeni, nic poza tym. Domyślam się, że Mara pragnęła dowiedzieć się tylu rzeczy, Prozerpin zaś z rozkoszą zabłysnąłby w moim triklinium typową dla siebie złośliwością, z jaką relacjonował zwykle życie innych. Ale zdarzył się cud. Nie zaspokoiłem wprawdzie swojej ciekawości, lecz moja duma - a to najważniejsze - nie została urażona.
W pewnej chwili Prozerpin, któremu już trochę plątał się język, zaczął mnie wychwalać:
- Nigdy, słyszysz, Lucjuszu, nigdy nie spotkałem sędziego tak prawego i mądrego jak ty. A nie jestem już najmłodszy...
- Nie wygrałeś zbyt wielu spraw w moim trybunale...
- Ja nie, ale wygrała sprawiedliwość! Nie, w tamtym mieście nigdy nie było bardziej niezłomnego sędziego, Lucjuszu.
I nieco trzęsącymi się rękami Prozerpin wyciągnął ku mnie kubek w szczerym pozdrowieniu. Nie upierał się przy wspominaniu procesów z innych czasów, wiedział bowiem lepiej niż ktokolwiek, że jedna z tamtych spraw była przyczyną mojej goryczy i mojego nieszczęścia... Za to zaczął rozwodzić się w podniosłych zdaniach nad sensem istnienia i życiowymi zasadami pozwalającymi stawić czoła zmiennemu losowi.
Pod koniec wieczoru wypytywał mnie jeszcze o różne kwestie związane z mitologią. Dopiero wtedy nie bez ulgi stwierdziłem, że nie zrobił już żadnej aluzji do Junii Kantaber...
- Uważasz, Lucjuszu, że Minos, gdy oszczędził Minotaura i kazał go zamknąć w labiryncie, przewidział już z natchnienia bogów czyny Tezeusza, czy wręcz przeciwnie, chciał zachować potwora, żeby utrzymać żywą pamięć o winie Pazyfae?
Odpowiadałem mu to, co akurat przychodziło mi do głowy. Zostałem poddany przesłuchaniu, coraz łagodniejszemu, w sprawach tyczących się Achillesa, Prokulusa, Morfeusza, Alkinoe i Siedmiu przeciw Tebom. Prozerpin nie słyszał już moich ostatnich opinii. Przestał kiwać głową, a jego podbródek zastygł przyklejony do piersi. Mara przywołała niewolników, żeby zanieśli go do pokoju.
Jeszcze przez moment rozmawialiśmy z Marą o głupstwach. Żadne z nas nie wspomniało o Prozerpinie ani o Tarcisis. Później, w łożu, przypomniałem sobie raz jeszcze pytania, które bardzo pragnąłbym zadać, a jednak moja duma oraz uprzejmość Mary i Prozerpina na to nie pozwoliły. Spałem niewiele i niespokojnie, marząc tylko o tym, żeby gość już odjechał.
Zgodnie ze zwyczajem chciałem wstać przed wszystkimi: pan powinien być na nogach wcześniej niż jego niewolnicy. Tak było zawsze w moim domu i w domu mojego ojca. Służba jednak zdążyła już rozpalić ogień w kuchni, a kiedy pokazałem się w atrium, orszak Prozerpina miał zaraz ruszać w drogę. Rozkazałem, żeby zaopatrzono go w prowiant na cały dzień, i wzmocniłem jego eskortę o czterech uzbrojonych młodzieńców. Żegnał się tak wylewnie, że niewiele brakowało, a przed odjazdem zacząłby całować moją ziemię.
Tego ranka nie przyjmowałem nikogo. Kazałem przekazać jałmużnę tym kilku klientom, którzy się zapowiedzieli, i usiadłem przy stoliku z zielonego marmuru z trzciną, kałamarzem i nowym papirusem. Po wizycie Prozerpina, być może aby wreszcie wypowiedzieć to, co zostało przemilczane, postanowiłem napisać o zdarzeniach, które zaszły w Tarcisis, gdy byłem tam duumwirem. A to, czego nie zdołam sobie przypomnieć, zmyślę bez najmniejszych skrupułów. Wyobraźnia bywa czasem podporą prawdy. Możliwe, że podczas pisania zyskam spokój ducha, którego tak bardzo mi brakuje. Chciałbym jednak przede wszystkim, żeby ta księga była lekcją dla tego, kto ją przeczyta. Postaram się więc być zrozumiały, precyzyjny, uważny, prawdomówny, zręczny, pełen fantazji - i oby tak natchnęła mnie opatrzność. Nie pogardzę też interwencją pewnego boga, który, jak się wydaje, na samym początku przechadzał się po ogrodzie w popołudniowym wietrze.
W 213 roku ery Augusta, 928 od założenia Miasta, za rządów cesarza Marka Aureliusza Antoninusa, byłem duumwirem w Tarcisis po raz drugi i sprawowałem swój urząd razem z Gajuszem Cecyliuszem Tryfenem, szanowanym obywatelem, który zmarł nagle w niecodziennych okolicznościach.
Tryfen był duumwirem jowialnym, rozrzutnym, dobrodusznym; bardzo kochał igrzyska. Spędzał więcej czasu przy posiłkach niż w termach, o trybunale nawet nie wspomnę, co tłumaczyło jego otyłość i pasowało do charakteru. Spał dużo. Czytał niewiele. Myślał jeszcze mniej. Gadał bez końca. Trudne kwestie zawsze odkładał na jutro. Umiał żyć w zgodzie z duchem czasu i omijać wynikające z tego pułapki. Nie wtrącał się nigdy w moje kompetencje, ale czuł wdzięczność, kiedy było odwrotnie. Utrzymywał dobre stosunki z gubernatorem Sekstusem Tygidiuszem Perennisem, co wymagało taktu, cierpliwości i dyplomatycznego talentu. Wszystko to uzasadniało dość dużą popularność, jaką się cieszył - i która częściowo rozciągała się również na mnie.
A jednak igrzyska, które urządził kilka lat wcześniej, podczas jednego ze swoich poprzednich duumwiratów, mające uczcić pierwszy triumf cesarza nad Markomanami, zakończyły się prawdziwą katastrofą. Ponieważ nie mieliśmy tu cyrku, a święto zbliżało się nieubłaganie, nakazał wybudować amfiteatr z drewna, przypominający z wyglądu - choć już nie wielkością - ten wzniesiony niegdyś przez Wespazjana w Rzymie, w ogrodach Złotego Domu. Sprowadzono dzikie zwierzęta i gladiatorów z Emerity, woźniców z Mirobrigi i zastępy linoskoczków z rozmaitych stron Hispanii. Obiekt nie doczekał jednak igrzysk, bo trybuny zawaliły się, gdy tylko Tryfen rzucił chusteczkę na arenę, jakby to był znak wzywający materię do buntu. Zginęło wielu ludzi, a nieliczna miejska kohorta do późna w nocy rozpaczliwie polowała na ulicach Tarcisis na niedźwiedzie i molosy. Ci, którzy wznieśli amfiteatr, zniknęli i nigdy więcej ich nie widziano.
Gubernator w swym liście surowo potępił władze miasta i rozkazał wypłacić odszkodowania rodzinom ofiar, zgodnie z kategorią każdej z nich, chociaż igrzyska nie odbyły się - w ścisłym sensie tego słowa - z publicznej inicjatywy. Spadł na nas deszcz pretensji i żądań. Coś podobnego wydarzyło się w Rzymie, kiedy zawaliło się rusztowanie Circus Maximus i zabiło tysiąc stu dwunastu niewinnych widzów na oczach cesarza Antoninusa Piusa. Miasto wypłaciło zadośćuczynienia.
Jednocześnie zaczęły krążyć epigramaty, niezwykle impertynenckie, obarczające winą za zawalenie się cyrku tuszę duumwira. Od tamtej pory Tryfen jeszcze bardziej utwierdził się w przekonaniu, że nie powinien podejmować żadnych decyzji. Owa tragedia stała się dla mnie precedensem pozwalającym uniknąć organizowania kolejnych igrzysk, poleciłem natomiast zbudować amfiteatr, którego nie ukończono podczas mojego urzędowania, gdyż wszystkie kamienie, a nawet posągi i płyty nagrobne zostały użyte do odbudowy murów.
Niespodziewana śmierć Tryfena wzbudziła absurdalne komentarze: niektórzy uważali, że bogowie pokarali go za przesadnie przyjemne życie, inni upatrywali w tym nagłym i pozbawionym bólu odejściu oczywistej interwencji Apollina. Ogólnie wszyscy rozpaczali po odejściu władcy wywodzącego się z szanowanych rodów, uśmiechniętego, skorego do wydatków, zaprzyjaźnionego z gubernatorem, duumwira, do którego nikt nie żywił szczególnej nienawiści.
Śmierć zaskoczyła go podczas publicznej lektury w domu decemwira o imieniu Apitus. Wedle zwyczaju spotkaniu przewodniczył jeden z duumwirów. Zwykle to mnie przypadał w udziale ten zaszczyt czy też, mówiąc szczerze, udręka. Tamtego dnia jednak wolałem przyjąć niejakiego Airhana, dopiero co przybyłego do Tarcisis, który wielce dyskretnie i zwracając uwagę na pilny charakter sprawy, prosił mnie o zapłatę za wieści, jakie przywoził z południa. Tryfen rozsiadł się więc wygodnie zamiast mnie na podwyższeniu, na specjalnym krześle zarezerwowanym dla duumwira.
Z opowieści wiem, że sesja, nużąca do granic możliwości, przebiegła całkiem zwyczajnie. Pierwszy orator obwieścił, że przeczyta rozważania na sławetny temat zaproponowany już przez Demostenesa w Atenach, dotyczący sprzedaży osła albo cienia osła, omówiony szczegółowo przez wszystkich jurystów.
Obecni usadowili się, by przecierpieć mowę o ośle, po której przyszedł czas na dialog o wielkoduszności cezarów i na poemat heroiczny o oblężeniu Numancji. Podczas posiedzenia wielu ziewało albo przysypiało, nikt więc się nie zdziwił, kiedy głowa Tryfena opadła i zawisła przechylona na bok, podtrzymywana tylko przez oparcie krzesła, ani kiedy jego stopy, mocno wyciągnięte, odepchnęły podnóżek. Dopiero kilka godzin później, gdy sesja dobiegła końca i próbowano obudzić duumwira, najpierw łagodnie, a później z narastającą gwałtownością, jego towarzysze doszli do wniosku, że śmierć - cytując ich słowa - zlitowała się nad nim i oszczędziła mu całego tego potoku słów i gestów.
Mimo to ostatni mówca, Prozerpin, został oskarżony, nie bez złośliwych śmieszków, o wygłoszenie apostrof śmiertelnych dla uszu wysokiego urzędnika, a młodzi żartownisie ukuli nawet dla niego przydomek na podstawie greckiego neologizmu, oznaczający "ten od feralnych słów".
Nie jest mi do śmiechu, kiedy opowiadam o tych zdarzeniach i ich żartobliwej formie, nie zamierzam też rozśmieszać czytelnika, kimkolwiek będzie. Chcę tylko podkreślić beztroskę, pozbawioną respektu, w pewnym sensie szaloną, jednak w żadnym wypadku bezbożną, która wówczas panowała w Tarcisis. Najznamienitsze osobistości niczego nie brały poważnie, a plebs nie brał poważnie najznamienitszych osobistości. I wśród tej radosnej nieodpowiedzialności wszyscy czuli się, jakby siedzieli pod wielkim kloszem, przezroczystym, ale solidnym, nad którym czuwały opiekuńcze bóstwa. Nikomu nie przyszło do głowy, że boskość imperatora nie rozciąga się poza świątynne mury, a władzę senatu i ludu gwarantuje jedynie Legion VII Gemina, obozujący dziewięćset mil od nas, i że w samych murach kiełkuje już kąkol, od chwili gdy przez bramę wszedł pewien mężczyzna, niepozorny z wyglądu, ale posługujący się skrzydlatymi słowami.
To od Airhana dowiedziałem się o jego istnieniu, napomknął o nim jakby przy okazji, mimochodem.
- Podobno przybył tu jakiś cudzoziemiec podający się za handlarza bakaliami...
- Jak go zwą?
- Milkion albo Melkion, nie jestem pewien...
Potem zmienił temat, nie dodawszy żadnych szczegółów. Nie przywiązywałem większej wagi do wieści o tym wędrowcu. Wtedy martwiło mnie co innego - i dlatego właśnie chciałem zobaczyć się a Airhanem - a mianowicie perturbacje po drugiej stronie cieśniny. Zdawało się - potwierdzały to jego półsłówka - że sytuacja jest poważna.
Ów Airhan był moim informatorem, informatorem moich poprzedników i zapewne nie tylko naszym. Nigdy go nie lubiłem, co absolutnie mu nie przeszkadzało, dopóki mu płaciłem i nie przejawiałem nadmiernej ciekawości odnośnie do tego, co można by nazwać jego sposobem zarabiania na życie. Przyzwyczajony do nienawiści, Airhan nie oczekiwał od ludzi innych uczuć, nawet jeśli byli oni względnie potężni, jak ja wówczas.
Wydzielał ostrą woń prymitywnie wyprawianej skóry i stajni pełnej zwierząt. Gdy tylko przestępował próg, w moim pomieszczeniu zaczynał unosić się ten uparty odór - przesiąkały nim nawet najmniejsze i najbardziej przypadkowe przedmioty i wydzielały go jeszcze długo po odejściu Airhana. Nawet wosk z tabliczek zdradzał kontakt z tym mężczyzną.
Niejasna była nacja, z której się wywodził, i działalność, której się oddawał, słowa zaś, którymi przemawiał, chociaż pozbawione powagi wróżb wyroczni, rzadko dawały się interpretować jednoznaczne. Odziewał się w co popadnie, prawie w łachmany, brodę miał w nieładzie, szeroki tułów, krótkie ramiona; przypominał jednego z pracowników portowych, zahartowanych ciężką pracą i fermentowanymi napojami. Nie mógł ani chwili ustać spokojnie naprzeciwko mnie, w tablinum pretora. A to robił krok w stronę okna, a to w moją stronę, nagle odwracał się do mnie plecami, by za chwilę chuchnąć mi w twarz swoim oddechem trącącym saletrą. Spojrzenie skakało mu nieustannie z kąta w kąt, jakby obawiał się, że gdzieś w ciemnym zakamarku czyha na niego niebezpieczeństwo. Nigdy też nie zbliżał ramion do tułowia - trzymał je zawsze uniesione i rozwarte w zamaszystych, teatralnych gestach, kontrastujących z cichym i monotonnym tonem jego głosu.
Zrozumiałem, że hordy zeszły z gór Atlasu i wyłoniły się z pustyni, popychane głodem albo naciskane przez wojownicze ludy, i rozlały na równinach na drugim brzegu Calpe. Volubilis i Septem Fratres nie czuły się bezpiecznie, zbierały oddziały ochotników i błagały o posiłki. Na plażach i morzach czaiło się zagrożenie w postaci małych okrętów o lichej konstrukcji, wypełnionych po brzegi ludźmi, którzy podobno spalili już statek handlowy i ośmielili się nawet napaść na biremę w pobliżu Lixus.
Airhan słyszał jednak te plotki w Gades, gdzie życie płynęło normalnie. Niczego nie widział na własne oczy. Opowieści krążyły, ludzie w portach je rozpowszechniali, podkolorowując i przeinaczając, a mojemu informatorowi brakowało precyzyjnych danych. Historię o napadzie na biremę zasłyszał w Vipasce, daleko od wybrzeża. Inne mogły być tylko pogłoskami, które - nie wiedzieć czemu - obiegają niekiedy wioski i miasta, żeby zaspokoić ludzką potrzebę konfabulacji nawet na podstawie drobnych zdarzeń, a potem popadają w niepamięć albo zostają zastąpione kolejną nowiną.
W sekrecie przypomniał mi - a na jego twarzy malował się niepokój, jakby zdradzał mi jakąś tajemnicę, chociaż wiedziałem o tym lepiej niż on - że siły wojskowe dostępne na całym południu były nikłe, a właściwie prawie ich nie było. Stróżowie, strażnicy, trochę niewolników będących własnością publiczną i niewiele więcej. Berberyjska rebelia, gdyby okazała się prawdą, zastałaby półwysep bezbronny. Tymczasem, jeśli sobie tego życzę, on może wybrać się niezwłocznie na wybrzeża afrykańskie, by zebrać bardziej szczegółowe informacje.
Nie miałem wątpliwości, że propozycja Airhana była sposobem na wytargowanie lepszej zapłaty. On i tak zamierzał wyruszyć w drogę, miał do załatwienia swoje ciemne interesy, w których naturę nigdy nie chciałem wnikać, mające chyba związek z przemytem metali szlachetnych na szkodę skarbców Rzymu. Ale starał się mnie przekonać, że zrobi to w bezinteresownej misji, dla dobra państwa. Dałem mu dwieście pięćdziesiąt sestercji. Czekał na więcej, wiercąc się z zażenowaniem i spoglądając na mnie błagalnie. Wręczyłem mu jeszcze pięćdziesiąt. Airhan westchnął i wsunął monety, jedną po drugiej, w długi skórzany pasek wyposażony w sekretny otwór. Właśnie podczas tej żmudnej operacji wspomniał jeszcze raz o cudzoziemcu, handlarzu bakaliami.
- Mówią, że jest protegowanym Maksymusa Kantabera.
- I co w związku z tym? Co z nim?
- Nic szczególnego, duumwirze. Jest bardzo przesądny i ma dar przekonywania. Chciałem tylko, żebyś wiedział o wszystkim...
Potem mówił coś o pogodzie, o tym, że musi się polecić swoim bóstwom opiekuńczym, pozdrowił mnie, pokłonił się z szacunkiem popiersiu Marka Aureliusza i wyszedł. Następnego dnia dowiedziałem się, że wyruszył w drogę bardzo wcześnie rano, zabierając swoje zwierzęta i niewolników.
Tryfen uwzględnił w testamencie połowę miasta, wyzwolił sporo niewolników, zostawił pieniądze na świątynie i sanktuaria oraz poczynił inne hojne darowizny. Na jego uroczystościach pogrzebowych zjawiły się tłumy. Mnie zapisał trzy greckie księgi ze swojej biblioteki: dwie, nieznanego autorstwa, dotyczyły medycyny, trzecią zaś była Tyrrhenika Klaudiusza. Wychwalał mnie też w kwiecistych słowach, które przyniosły mi jeszcze większą radość niż książki. Mimo że testament Tryfena został wcześniej publicznie odczytany już wiele razy - w jego triklinium, w termach, na forum - nigdy nie podejrzewałem, że po jego śmierci tyle przyjemności sprawią mi te starannie ułożone i niepozbawione przesady zdania, w których zasługami ustępowałem jedynie imperatorowi. Takie już są te drobne ludzkie ułomności, a próżność do nich należy. Potępiam je, wypieram się ich, ale wyznaję, że nie jestem ich pozbawiony. Chełpiłem się słowami podyktowanymi przez Tryfena, ja, który zwykle niecierpliwiłem się jego dywagacjami i musiałem ukrywać śmiech, kiedy pewnego dnia oznajmił mi, że zamierza dodać tytuł "filozof", a może nawet i "święty" do swojego epitafium... A potem Tryfen zmarł, jego prochy miały zostać przewiezione daleko i wrzucone do Anasu. Niech spoczywa w pokoju, z honorami filozofa, a nawet świętego, bo czemuż by nie?
Decemwir Poncjusz Welucjusz Modiusz wygłosił kwiecistą i długą mowę pogrzebową opartą na znanych przykładach - wplótł cytaty z Plutarcha, dwa zdania z Tyberiusza Grakcha i skradł bezwstydnie całe ustępy z Cycerona. Nawet jeśli Tryfen nie zasłużył na te pochwały za życia, z pewnością był ich godzien po śmierci. Jakie ma znaczenie to, czy mowa pogrzebowa całkowicie przystaje do osoby, której składamy hołd? Kto może wiedzieć, kim naprawdę był człowiek za życia? Gdyby śmierć nie zabrała go tak wcześnie, może Tryfen byłby właśnie taki, jak opiewano go w ostatnim pożegnaniu, może naprawdę dokonałby tego wszystkiego, co mu przypisywano. To nie do człowieka, który żył i którego szczątki spoczywają na stosie pogrzebowym w swojej nieruchomej materialności, skierowane są żałobne pochwały. Odzwierciedlają one raczej projekt człowieka, który mógłby ziścić się w sprzyjających okolicznościach. Wszyscy, z samym zainteresowanym włącznie, woleliby obcować z tym ostatnim. Można więc, a wręcz należy go przywołać. Hołd, tak dopracowany jak ten, przysparza chwały temu, kto go składa, tym, którzy go słuchają, i całemu miastu, bo dodaje mu splendoru ujawnieniem jeszcze jednego znamienitego obywatela, teraz niefortunnie już nieżyjącego, z którego istnienia miasto, nie do końca z własnej winy, nawet nie zdawało sobie sprawy.
W takim stanie ducha - a przynajmniej podobnym - uczestnicy uroczystości słuchali, przejęci do głębi, pochwał zawartych w mowie żałobnej. Chociaż Poncjusz miał głos ochrypły, potrafił dopasować frazę do poruszanych tematów, dawkować gesty w stosunku do przeżywanych emocji, korzystać z cudzych tekstów dla własnej chwały. Szkoda tylko, że nie mówił krócej...
Kiedy w końcu jeden z wyzwoleńców Tryfena podszedł z długą pochodnią podpalić stos pogrzebowy, zdarzyło się coś, co ja sam przypisałem czystemu przypadkowi, ale co wywołało wśród obecnych chęć ucieczki, a nawet okrzyki przerażenia. Dwa z górnych polan stosu, tych podtrzymujących trumnę, ześlizgnęły się na ziemię, chociaż nikt ich nie dotykał. Połowa ciała zmarłego wysunęła się z trumny: ramię zawisło bezwładnie i Tryfen został spopielony w tej rozpaczliwej pozie.
Nie przywiązywałem zbyt dużej wagi do plotek, które natychmiast zaczęły krążyć po mieście, interpretujących to wydarzenie jako zły omen. Proste dusze zawsze są skłonne do wynajdywania przepowiedni, wróżenia przyszłych konsekwencji z każdego najmniejszego wypadku, a często umykają im prawdziwe wróżebne znaki, czytelne tylko dla natchnionych wieszczów i tych, którzy potrafią interpretować sybilijskie księgi.
Wciąż jeszcze tliły się polana, a chór płaczek wznosił do nieba swoje przerażające lamenty, kiedy ja, albo osobiście, korzystając z ich obecności na ceremonii, albo przez liktorów, zwołałem decemwirów z całej kurii do pretorium. Wszyscy mamrotali pod nosem protesty i próbowali się wymówić, argumentując, że to dzień żalu i opłakiwania zmarłego, że w togach żałobnych nie godzi się pełnić funkcji publicznych, że byłoby niegrzecznie nie stawić się na stypie, że zebranie nie zostało zwołane w odpowiedni sposób. Nie chciałem słuchać wykrętów i podtrzymałem wezwanie. Mieli się stawić w pretorium przed upływem godziny.
Czekałem na nich, wyglądając przez jedno z okien na najwyższym piętrze bazyliki. Na forum lud tworzył różne grupki. Przemaszerowała obok nich, nie wiadomo dokąd, formacja uzbrojonych strażników: stukali w rytm marszu podkutymi butami o bruk. Aulus Manliusz, centurion w służbie miasta, a oprócz tego również prefekt pod rozkazami pretora, przemierzył decumanus wyprostowany, dumnie prezentując wszystkie łańcuchy na pancerzu, przeciął forum, odpowiedział na pozdrowienie patrolu i ruszył powoli w stronę schodów bazyliki.
Aulus był w mieście człowiekiem instytucją. Służył z ojcem Tryfena w czasie kampanii w Dacji. Pewnego dnia, podczas szturmu barbarzyńców, nieprzyjacielski jeździec próbował wedrzeć się przez palisadę i został natychmiast podziurawiony strzałami. Jego koń upadł na Aulusa, centuriona dziesiątej kohorty wojowników z Hispanii, i zmiażdżył mu lewe ramię. Na szczęście ręki nie trzeba było amputować, Aulus jednak nigdy więcej nie zdołał nią poruszyć. Ojciec Tryfena, który nie wrócił z tej kampanii żywy, pożałował wtedy centuriona i wysłał go do Tarcisis, polecając go kurii. Mianowano go prefektem i dowódcą miejskiej kohorty, którą on, z własnej inicjatywy, powiększył i uporządkował. Był człowiekiem wysokim, chudym, małomównym i ślepo wiernym zwierzchnikom. Do tego stopnia, że złośliwi nazywali go "psem Sabinusa" - w nawiązaniu do zwierzęcia, które skoczyło do Tybru za zwłokami pana, zrzuconymi na rozkaz Sejana ze Schodów Gemońskich.
Forum ożywało. Kupcy rozkładali swoje kramy. W jednym z rogów pojawił się poeta Korneliusz Lukullus, idący ciężkim krokiem; przez długą chwilę przyglądał się pod słońce kurczakowi, a potem oddał go sprzedawcy i ruszył, by pogrozić pięścią grupie podobnych mu próżniaków. Przybyli też heroldzi i linoskoczkowie. Co i raz wybuchały jakieś sprzeczki, a na koniec wszyscy się godzili. A urzędników mojego magistratu wciąż nie było.
W końcu ich zobaczyłem - przybywali, lektyka za lektyką, w otoczeniu swoich niewolników, wyzwoleńców, klientów i przygodnych przechodniów. Szare i brązowe tony ich żałobnych szat tworzyły ciemną linię kontrastującą z różnobarwnym tłumem spacerującym po forum. W końcu ciemne togi zgromadziły się u podnóża schodów, przypominało to oliwki na dnie naczynia. Decemwirowie wysiedli z lektyk, forum znów zawibrowało mieszaniną kolorów, a szacowni mężowie ruszyli po schodach ze spuszczonymi głowami, poważni, podejrzliwi, znikając mi z pola widzenia.
Kiedy weszli do sali naszej kurii, czekałem już na nich, stojąc przy moim oficjalnym krześle. Obok mnie znajdowało się puste siedzenie Tryfena. Otaczały je, jak zwykle, ustawione w półokręgu krzesła dla decemwirów. Schodzili się, rozmawiając w małych, nieformalnych grupkach. Niezadowoleni z niespodziewanie zwołanego zebrania, zachowywali się tak, jakby nie przywiązywali do niego większej wagi. Niektórzy nawet nie usiedli. Ci, którzy to zrobili po tym, jak Poncjusz pozdrowił mnie skinieniem głowy, nie zaczekali, aż to ja poproszę ich, by zajęli miejsca. W sali wybrzmiewały jeszcze końcówki urwanych rozmów, kiedy Poncjusz usadowił się wygodnie, odkaszlnął i uśmiechnął się do mnie z wyższością.
- A więc co rozkażesz, Lucjuszu Waleriuszu?
Miałem odpowiedzieć, kiedy Poncjusz odwrócił się nagle. Bliźniacy Gobiti przerwali swoje szepty i spoważnieli, poprawili togi i usiedli prosto. W tamtym momencie nie widziałem twarzy Poncjusza, ale domyślałem się, że uśmiechnął się jeszcze bardziej stanowczo, jak ktoś, kto potrafi rozkazywać, nie wypowiadając ani słowa. Zawsze podziwiałem to, jaki respekt wzbudza Poncjusz samą swoją obecnością, jak łagodnie zmusza wszystkich do posłuchu jedynie spojrzeniem albo gestem. Bogowie obdarzyli go tym darem bez wątpienia po to, by zrekompensować wady, których mu nie skąpili. Z nowym wariantem swojego uśmiechu Poncjusz zwrócił się do mnie:
- Co mówiłeś, Lucjuszu?
- Nic jeszcze nie powiedziałem. Wydaje mi się oczywiste, że po śmierci jednego z duumwirów stajemy wobec konieczności wyboru jego następcy.
Poncjusz pogłaskał się po brodzie, jakby się nad czymś zastanawiał. Pozostali spoglądali po sobie. Nagle zaczęli mówić wszyscy naraz i w tym samym tonie.
Że nie, że nie trzeba tego robić, że podziwiają moją uczciwość, ale nie ma takiej potrzeby. Pozostało sześć miesięcy do końca kadencji, miasto nie powinno teraz ponosić wydatków związanych z wyborami, urządzać ceremonii, tracić energii i wprowadzać zamieszania. A przecież nie brakowało precedensów. Ktoś przywołał przykład Tyberiusza Nera, który od pewnego momentu w podobnych okolicznościach samodzielnie był konsulem.
W skrócie: Poncjusz wyłożył starannie wszystkie wady natychmiastowego wyłonienia następcy. Kuria mu wtórowała.
Przypomniałem im, co działo się po drugiej stronie cieśniny, niebezpieczeństwo, jakie nam groziło, i konieczność ustanowienia sprawnego rządu dla Tarcisis. Wszyscy minimalizowali groźbę najazdu Maurów z Afryki. Powołałem się na raporty Airhana. Nikt nie potraktował ich poważnie.
Że Afryka jest daleko, argumentowali, że mój informator przesadza, że Maurowie nie ośmielą się napaść Luzytanii po nauczce, jaką ostatnio dostali, że w najgorszym razie powstrzymają ich mury Volubilis, że zawsze znajdzie się szwadron, który zatopi ich statki.
- Nie martw się, Lucjuszu, podobne nieszczęście na pewno nie wydarzy się akurat za twoich rządów - dokończył Apitus, podkreślając swoje słowa stanowczymi gestami.
Poncjusz sprytnie skorzystał z zamieszania i spróbował odwrócić mój argument:
- Ale przypuśćmy, Lucjuszu, że twoje obawy są słuszne, że miastu rzeczywiście zagraża niebezpieczeństwo. W takim wypadku wydaje się oczywiste, że jakiekolwiek polityczne zamieszanie, choćby najmniejsze, jest niewskazane.
- Prawo jest po to, by go przestrzegać.
- Ależ, Lucjuszu, najważniejsze dla nas prawo to prawo dyktowane przez zdrowy rozsądek...
- Jest jeszcze kilka nieobsadzonych urzędów...
- Edylów? Mój drogi Lucjuszu, kimże są edylowie? To urząd, do którego aspirują synowie wyzwoleńców... choć i oni byliby bardziej kompetentni od tych, co sprawują teraz władzę.
- Skoro o tym mowa, nie jestem w najlepszych stosunkach z gubernatorem.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Przypomnieli sobie z zadowoleniem odpowiedź - cytat z Tyberiusza - jaką wysłałem do Emerity, kiedy Sekstus Perennis zażądał od Tarcisis zbyt obciążającego, bandyckiego trybutu: "Dobry pasterz strzyże swoje owce, a nie obdziera ze skóry". Jednocześnie wystąpiłem o cesarskiego kuratora, co wówczas jeszcze praktykowano w imperium, choć bez entuzjazmu gubernatorów. Perennis nie odpowiedział, ale dał do zrozumienia, że nie chce więcej o mnie słyszeć.
- Istnieją drogi, które prowadzą do Rzymu z ominięciem Emerity - zaczął filozofować Poncjusz, spokojny, z dłońmi skrzyżowanymi na okrągłym brzuchu.
Byli gotowi zaprzeczyć mi we wszystkim, kierowani umiejętnie przez Poncjusza Modiusza. Zapanował wśród nich nastrój niemal wesołkowatej obojętności wobec tego, na czym - jak sądziłem - powinno zależeć nam wszystkim. Może pospieszyłem się ze zwoływaniem moich urzędników w sposób tak nagły, co wzmogło jeszcze ich indolencję i sprowokowało złą wolę. Ale byłem najważniejszym urzędnikiem w mieście i zamierzałem pokazać to bardzo dobitnie. Mieliśmy obowiązki do wypełnienia, prawo regulujące nasze poczynania, więź lojalności łączącą nas z imperatorem oraz niebezpieczeństwa, którym należało stawić czoło.
Zrozumiałem, że będę musiał pójść na pewne ustępstwa, nie uchybiając jednak porządkowi prawnemu naszego miasta.
- Może powinienem napisać do imperatora, żeby zatwierdził to, co postanowimy...
- Dobrze. Napiszmy do Rzymu. Wiemy, że masz względy u princepsa - powiedział Poncjusz leniwie. - Potem, na kolejnym zgromadzeniu, wrócimy do sprawy.
- Nie ma mowy!
Poncjusz zdążył już zarzucić połę togi na ramię i pochylić się do przodu, żeby wstać, kiedy dotarły do niego moje słowa. Niezadowolony, opadł z powrotem na siedzenie i uważnie otaksował mnie wzrokiem. Musiał uznać, że jestem wściekły i zdolny wymusić poparcie dla swoich decyzji. Przyznaję, że drżały mi ręce. Poncjusz wydał z siebie westchnienie pełne politowania, uniósł dłonie w pojednawczym geście i zaczął mamrotać usprawiedliwienia:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji