Bóg nie jest chętny. Opowieść o Świadkach. Tom 1 - Steven Erikson

Kup ebooka

55.00 zł
46.00 zł (45,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ TRZECI

W tam­tym cza­sie mala­zań­skimi Pro­win­cjami Pół­noc­nymi na Gena­bac­kis zarzą­dzała pięść Sevitt. Nie wiemy o niej zbyt wiele i zapewne ni­gdy już nie dowiemy się wię­cej. To dziwne, że histo­ria nie­raz prze­suwa się przed naszymi oczami i wszy­scy jeste­śmy usta­wio­nymi w sze­reg świad­kami, ale choć sta­ramy się coś powie­dzieć, tylko jeden na dzie­się­ciu albo nawet dwu­dzie­stu jest w sta­nie choć otwo­rzyć usta. Prze­szłość czę­sto jest niema, ale to, co krzy­czy do nas, żyją­cych w teraź­niej­szo­ści, jest drwiną ze wszyst­kich prze­czuć. Mógł­bym się zało­żyć, że każdy znisz­czony pomnik upa­mięt­nia głu­potę. Mądrość zawsze ginie. Pozo­stają tylko pełne buty wspo­mnie­nia pychy i głu­poty.

O czym to chcia­łem opo­wie­dzieć? Aha, pięść Sevitt...

Caha­gras Pilt Przed­mowa do wstępu, Wstępne myśli na temat rein­ter­pre­ta­cji histo­rii Wielka Biblio­teka w Nowej Morn

Srebrne Jezioro. Pro­win­cja Malyn

Choć przez więk­szą część życia był myśli­wym, przez całą tę noc ani razu nie nasu­nęła mu się myśl o obu­dze­niu innych miesz­kań­ców mia­steczka. Miał już swoje lata. Widział bar­dzo dużo, wystar­cza­jąco wiele, żeby wie­dzieć, że nad­szedł już czas, by odło­żyć łuk, zna­leźć sobie wygodny ganek i sie­dzieć tam jako mil­czący świa­dek, cze­ka­jąc na coś cudow­nego.

Zwie­rzęta miały nawyki. Łatwo było sobie wyobra­zić, że to wszystko, czym są. Żero­wa­nie, roz­mna­ża­nie się, opieka nad mło­dymi. Ucieczka przed nie­bez­pie­czeń­stwem i walka, kiedy nie było innego wyj­ścia. Widział, jak się zacho­wy­wały, gdy się bały, kiedy ogar­niało je prze­ra­że­nie albo cier­piały. Widział nawet, jak ginęły, spa­da­jąc z urwisk w panice, gdy stado zmie­niało się w jedno zwie­rzę, ucie­ka­jące na oślep przed czymś, czego nawet nie widziało.

Widy­wał też inne zwie­rzęta, te, które polo­wały, nie­ubła­ga­nie ści­gały zdo­bycz. Dzięki nim zro­zu­miał, że koniecz­ność jest czę­sto okrutna i bez­li­to­sna.

W życiu ist­niały różne regu­lar­no­ści - nie­które małe, inne zaś tak ogromne, że trudno je było pojąć. Rośliny, zwie­rzęta, ludzie - wszystko musiało się wpa­so­wać w ten wzo­rzec, czy tego chciało, czy nie, czy uzna­wało ten fakt, czy mu zaprze­czało. Czas niósł wszystko naprzód. Można było z nim pły­nąć albo nie.

Nocą, która wła­śnie się koń­czyła, powierzch­nia jeziora odna­la­zła nowy wzo­rzec. Myśliwy ni­gdy dotąd go nie widział. Pod roz­bi­tym pół­księ­ży­cem, spo­wi­tym w srebrny, pło­mienny blask, w nie­ru­cho­mym powie­trzu uno­sił się cichy trzask zde­rza­ją­cych się ze sobą poroży. Przez jezioro pły­nęły karibu. Tysiące, być może dzie­siątki tysięcy.

Pół­nocny brzeg jeziora pora­stał bez­ład­nie skłę­biony pół­nocny las, seria jarów i wąwo­zów bie­gła ze wschodu na zachód niczym pokry­wa­jące zie­mię zmarszczki. Te bli­zny zapewne były tu na długo przed poja­wie­niem się jeziora. Woda odpły­wała z niego, jedy­nie sącząc się przez skalne pod­łoże albo pły­nąc przez szcze­liny i pod­ziemne kory­ta­rze. Pomarsz­czony teren cią­gnął się na pół­noc, wzdłuż wygła­dzo­nej przez ero­zję gra­nicy Pro­me­nady Bogów, prze­cho­dząc w tor­fowe bagni­sko, a wresz­cie w tun­drę, roz­le­głą na setki mil, jeśli nie wię­cej.

Stado miało swoje nawyki, ale nie nale­żała do nich migra­cja tak daleko na połu­dnie. Myśliwy był tego pewien. Karibu zimo­wały w lesie, a wio­sną z reguły wędro­wały na pół­noc, sta­ro­żyt­nymi ścież­kami wio­dą­cymi przez tor­fo­wi­ska, by osta­tecz­nie dotrzeć na pagór­ko­watą tun­drę.

Myśliwy ni­gdy nie zapu­ścił się tak wysoko, ale sły­szał opo­wie­ści żyją­cych na pół­noc­nym wscho­dzie miesz­kań­ców lasu, han­dlu­ją­cych futrami, bursz­ty­nem i dzi­kim ryżem. Nie­kiedy też polo­wał w lesie na karibu.

Stado prze­pra­wiało się przez jezioro pra­wie całą noc. Gdyby to wyda­rzyło się dwa­dzie­ścia lat temu, mógłby popę­dzić do osady, by zwo­łać tylu łow­ców, ilu tylko zdoła. Potem zaczę­łaby się rzeź. Tyle mięsa i skór, kopytne bogac­two.

Doszedł do wnio­sku, że żądza krwi odcho­dzi ostat­nia, ale i ona w końcu odcho­dzi. Zmę­czył się już zabi­ja­niem.

Sie­dział spo­koj­nie, obser­wu­jąc wido­wi­sko w srebr­nym bla­sku księ­życa. Tysiące stwo­rzeń zmie­nio­nych w jedno, które zerwało ze swymi zwią­za­nymi z porami roku nawy­kami. Nie wystar­czyło po pro­stu zasta­na­wiać się, dla­czego do tego doszło. Mogło ist­nieć kil­ka­na­ście róż­nych powo­dów, nie­wy­klu­czone, że waż­nych i god­nych uwagi, ale gdy noc zbli­żała się do końca i zwie­rzęta wygra­mo­liły się na brzeg i roz­pro­szyły, zmie­rza­jąc na połu­dnie poprzez pastwi­ska oraz roz­le­głe obszary poro­śnięte ongiś lasem, jego duszę i myśli zaprząt­nęło coś znacz­nie głęb­szego. Ludzie dostrze­gali w zacho­wa­niu zwie­rząt jedy­nie instynkt, jakby były one nie­wol­ni­kami swo­jej natury.

Być może pod wie­loma wzglę­dami rze­czy­wi­ście nimi były. Ta noc uświa­do­miła jed­nak myśli­wemu, że zwie­rzę - każde zwie­rzę - jest czymś wię­cej niż tylko zbio­rem instynk­tów. W tym aspek­cie nie róż­niły się one od ludzi. Każde z nich żyło wła­snym życiem, tak samo jak ludzie. Znało nadzieję, być może nawet marze­nia. I pożą­da­nie, och, z pew­no­ścią wszyst­kie znały pożą­da­nie.

Nie chcę uto­nąć.

Nie chcę, żeby moje młode uto­nęło albo żeby dopa­dły je wilki.

Nie chcę, żeby strzała zatrzy­mała moje serce. Albo prze­biła mi płuco, od czego zacznę kasłać krwią, osłabnę, zachwieję się na nogach, a wresz­cie padnę na kolana.

Gdy niebo zaczęło jaśnieć, ostatni człon­ko­wie stada opu­ścili jezioro, wyszli na ląd i znik­nęli we mgłach na połu­dniu. Obser­wo­wał zwie­rzęta, czu­jąc wil­goć na policz­kach.

Inni myśliwi się wściekną. Wielu wyru­szy w pościg za sta­dem i zwie­rzęta będą ginęły od ich strzał. Ale naj­bar­dziej nie­bez­pieczna chwila minęła.

Dopiero wtedy zlazł ze skały, pod­niósł wiązkę zabi­tych zajęcy i ruszył przed sie­bie. To było jego ostat­nie polo­wa­nie.

* * *

Gospoda "Pod Trój­no­gim Psem" znaj­do­wała się na samym końcu uliczki, tuż obok jeziora. Po lewej stro­nie miała ulicę Nad­brzeżną, z przodu zaś główną aleję Srebr­nego Jeziora. Poni­żej bal­konu, a nad drzwiami, umiesz­czono ogromną koń­ską czaszkę, pra­wie dwu­krot­nie więk­szą od nor­mal­nej, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o konie z połu­dnia.

Wewnątrz, nad komin­kiem o kamien­nym obra­mo­wa­niu, naprze­ciwko baru wisiała popla­miona od dymu czaszka sza­rego niedź­wie­dzia. Bra­ko­wało jej żuchwy. Nato­miast w samo obmu­ro­wa­nie wmon­to­wano czaszkę Teblora. Wszystko powy­żej linii czoła było w niej zdru­zgo­tane.

Gdy tylko Rant spo­glą­dał na pół­noc, na drugą stronę jeziora, albo na spo­wite mgłą góry na pół­nocnym zacho­dzie, wyobra­żał sobie świat, w któ­rym był kimś małym, nie­god­nym uwagi bestii i wojow­ni­ków. W minio­nych latach, gdy jesz­cze był pra­wie dziec­kiem, fascy­no­wały go trzy czaszki "Pod Trój­no­gim Psem", ale ta fascy­na­cja - podob­nie jak zro­dzone z niej pło­mienne wizje - nie prze­żyła kilku okre­sów przy­śpie­szo­nego wzro­stu, które nade­szły póź­niej. Kilku jego kole­gów w zbli­żo­nym wieku prze­stało się z nim bawić i zaczęło na jego widok ucie­kać.

Wkrótce potem uświa­do­mił sobie inne prawdy. Wszy­scy w mia­steczku wie­dzieli, że jego matkę ogar­nęło sza­leń­stwo. Tak wła­śnie to nazy­wali, ale przez więk­szą część życia Ranta matka była dla niego jedyną prze­wod­niczką po nie­zwy­kłym świe­cie doro­słych, uwa­żał ją więc za cał­ko­wi­cie nor­malną. Doszedł do wnio­sku, że doro­śli mają ukryte twa­rze. Jedną poka­zują za dnia, na uli­cach i w innych miej­scach publicz­nych, drugą zaś nocą, w zaci­szu swych domów.

Przez bar­dzo długi czas nawet czer­wone zęby matki uwa­żał za nor­malne. W końcu jed­nak uświa­do­mił sobie, że takie nie są, gdy ze zdzi­wie­niem usły­szał słowa "uśmiech kurwy, czer­wony od krwa­wego oleju". Dodał je do listy rze­czy, które na razie nie miały dla niego sensu, lecz któ­re­goś dnia go nabiorą.

Nim - według wła­snej rachuby - skoń­czył dzie­więć lat, prze­ra­stał już o głowę naj­wyż­szego doro­słego w Srebr­nym Jezio­rze. Jego dawni kole­dzy dla wła­snej ochrony połą­czyli się w bandę i rzu­cali w niego kamie­niami z dru­giej strony ulicy. Dwa lata póź­niej doro­śli się­gali mu do piersi. Kamie­nie rzu­cane przez daw­nych kole­gów rów­nież zro­biły się więk­sze. Nie­długo potem miesz­kańcy mia­steczka zaczęli go nazy­wać "pół­te­blor­skim kun­dlem". Wyle­wali na niego cały jad, który nagro­ma­dził się w nich od czasu powsta­nia nie­wol­ni­ków.

Rzecz jasna, widział tych nie­wol­ni­ków i z cza­sem zro­zu­miał, że czaszka wbu­do­wana w komi­nek pocho­dziła od Teblora. Przez bar­dzo długi czas nie potra­fił jed­nak połą­czyć tego z wła­snym życiem, okre­sami przy­śpie­szo­nego wzro­stu, coraz szer­szymi barami i wielką siłą.

Powsta­nie było krót­kie, ale krwawe. Teblor­skie dzi­kusy, nie­po­skro­mione przez kaj­dany i łań­cu­chy, przy­były, by wyzwo­lić pobra­tym­ców. Zabiły wszyst­kich, któ­rzy pró­bo­wali ich powstrzy­mać. Wszystko to wyda­rzyło się w ciągu jed­nej nocy. Widział to z jedy­nego okna w swoim pokoju, wycho­dzą­cego na Nad­brzeżną - czer­wone pło­mie­nie, nie­ru­chome posta­cie leżące na ulicy. Od czasu do czasu w oddali roz­brzmie­wał krzyk, od któ­rego prze­bie­gały go ciarki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

DRAMATIS PERSONAE

Rant: Pół-Teblor, bękarci syn Karsy Orlonga

Damisk: myśliwy i tro­pi­ciel

Gower: władca Czar­nych Jhec­ków

Nil­ghan: wojow­nik Czar­nych Jhec­ków

Sar­lis: ludzka matka Ranta

Trójka: Zabój­czyni Shi'gal

Czter­na­sty legion, druga kom­pa­nia

Kapi­tan Mruk: dowódca kom­pa­nii

Trzpień: sier­żant, Trze­cia Dru­żyna

Mor­rut: kapral, Trze­cia Dru­żyna

Gorąc: Trze­cia Dru­żyna

Cał­kiem Spłu­kana: Trze­cia Dru­żyna

Ben­ger: Trze­cia Dru­żyna

Powiedz Nie: Trze­cia Dru­żyna

Krzywe Wier­tło: sier­żant, Czwarta Dru­żyna

Prze­ką­ska: kapral, Czwarta Dru­żyna

Cicha Woda: Czwarta Dru­żyna

Foli­bore: Czwarta Dru­żyna

Koc: Czwarta Dru­żyna

Anyx Zyg­zak: Czwarta Dru­żyna

Shrake: sier­żant, Druga Dru­żyna

Pod­wo­zie: kapral, Druga Dru­żyna

Deli­katny: Druga Dru­żyna

Ten Gło­śny: Druga Dru­żyna

Smu­tas: Druga Dru­żyna

Gli­niany Talerz: Druga Dru­żyna

Teblo­rzy

Delas Fana: córka Karsy Orlonga

Tonith Agra: córka Karsy Orlonga

Karak Thord: wojow­nik i syn Deluma Thorda

Pake Gild: wojow­niczka i córka Owdo­wia­łej Day­liss

Owdo­wiała Day­liss: towa­rzyszka życia nie­ży­ją­cego Bairo­tha Gilda

Valoc: Sunyd, były nie­wol­nik

Elade Tha­ros: wódz wojenny

Sathal: wojow­niczka

Bay­rak: Sunyd, były nie­wol­nik

Galam­bar: Rathyd, wyzwo­li­ciel sunydz­kich nie­wol­ni­ków

Sivith Gyla: Rathydka, wojow­niczka

Toras Vaunt: Rathydka, wojow­niczka

Salan Ardal: naczel­niczka Suny­dów

Kada­rast: Rathyd, wojow­nik

Hesta­lan: Rathydka, wojow­niczka

Bagidde: Rathyd, wojow­nik

Sti Epi­pha­noz: zwia­dow­czyni z Jaskra­wych Węzłów

Inni

Roz­kosz na Kół­kach: star­szy sier­żant regu­lar­nej mala­zań­skiej pie­choty

Koniarz: kapral regu­lar­nej mala­zań­skiej pie­choty

Trand: żoł­nierz regu­lar­nej mala­zań­skiej pie­choty

Odlot: żoł­nierka regu­lar­nej mala­zań­skiej pie­choty

Opak: żoł­nierka regu­lar­nej mala­zań­skiej pie­choty

Sus: żoł­nierka regu­lar­nej mala­zań­skiej pie­choty

Gund Żółty: żoł­nierz regu­lar­nej mala­zań­skiej pie­choty

Nast Forn: porucz­nik, gar­ni­zon ze Srebr­nego Jeziora

Sil­gar Młod­szy: bur­mistrz Srebr­nego Jeziora

Storp: obe­rży­sta i wete­ran

Stwo­rze­nie: łasica

Mni­sisz­czur: mag

Blow­lant: mar­kie­tanka

Varbo: mar­kie­tan

Pięść Sevitt: dowo­dząca Czter­na­stym Legio­nem

Sto­krotka Ban­krut: komen­dant bata­lionu, Czter­na­sty Legion

Trupka: komen­dant bata­lionu, Czter­na­sty Legion

Sło­miany Ogień: kapi­tan, Czter­na­sty Legion

Char­kot: sier­żant, Czter­na­sty Legion

Sul­ban: sier­żant, Czter­na­sty Legion

Bel­lam Nom: sier­żant, Czter­na­sty Legion

Tłu­czek: żoł­nierz pie­choty mor­skiej

Dobra­noc: żoł­nierka pie­choty mor­skiej

Olit Fas: żoł­nierz pie­choty mor­skiej

Splo­to­wiedźma: duch ple­mienny

Nisti­lash: gan­rel­ski czar­no­księż­nik

Suka Wojny: bogini Jhec­ków

Casnock: władca Bia­łych Jhec­ków

Pal­lid: Ogar Cie­nia

Andri­son Balk: komen­dant kom­pa­nii najem­ni­ków

Ara: sier­żant w kom­pa­nii Balka

Patyk: sier­żant w kom­pa­nii Balka

Sugal: sier­żant w kom­pa­nii Balka

Ryk: sier­żant w kom­pa­nii Balka

Stru­piel: mag w kom­pa­nii Balka

Cra­nal: mag w kom­pa­nii Balka

Vist: mag w kom­pa­nii Balka

Klapka: nocny nóż

Bair­dal: nocny nóż

Paunt: nocny nóż

Orule: nocny nóż

Pal­lat: nocny nóż

Burda: nocny nóż

Irik: nocny nóż

Rayle: nocny nóż

Co o tym sądzić? Pan Śmierci nie żyje. Rodzic Wojny spo­czywa w mil­cze­niu w zdru­zgo­ta­nej kryp­cie. Świa­tło i Ciem­ność ucie­kły do Cie­nia, a Cień śni o bla­sku słońca. Domy porzu­cono. Herol­dzi krzy­czą, ale nikt nie sły­szy ich głosu, mura­rze prze­sy­pują pył w znie­czu­lo­nych dło­niach. Kró­lowe pła­czą, a kró­lo­wie się poty­kają. Cały świat utra­cił rów­no­wagę, prawdy umie­rają z każ­dym odde­chem i z każ­dym wypo­wie­dzia­nym sło­wem.

Stara kobieta idzie kory­ta­rzem, zapa­la­jąc świeczki jedną po dru­giej, ale zimny wicher gasi wszyst­kie pło­mie­nie za jej ple­cami.

Teraz jed­nak widzę przed sobą nowe pole bitwy, wita­jące świt zło­wro­gim mil­cze­niem. Wkrótce mrok się roz­pierzch­nie i noc się otrzą­śnie, odsła­nia­jąc dwie armie zwró­cone ku sobie nawza­jem. Cho­rą­gwie łopo­czą niczym skrzy­dła, nad stroj­nymi w pió­ro­pu­sze sze­re­gami unosi się para. Oręż i zbroje lśnią w bla­sku wscho­dzą­cego słońca niczym poroz­rzu­cane po ziemi skarby.

Wtem mię­dzy wro­gami poja­wia się samotna postać, wieża z ciała i nie­ugię­tej woli, żela­zne kości i nazna­czona bli­znami twarz. Męż­czy­zna nie wal­czy za nikogo, ale wszy­scy uznają go za boga. Jest krwa­wym bło­go­sła­wień­stwem wojow­nika i słod­kim poca­łun­kiem kochanka, jest świad­kiem tru­pów i twórcą dzieci. Jest pozła­ca­nym dzio­bem statku histo­rii, pru­ją­cego z furią mor­skie fale, ale mieszka w prze­strzeni mię­dzy kur­ha­nem a men­hi­rem. Jest cięż­kim tupo­tem i lek­kim jak piórko doty­kiem; zim­nym spoj­rze­niem i lot­nym zer­k­nię­ciem. Wszystko mu odda­jemy, wszystko dla niego poświę­camy. W jego imię giną narody, w jego imię uklękną bogo­wie. Jeśli impe­ria spłoną, nie miej­cie pre­ten­sji do niego, podob­nie jak w chwili, gdy odwróci się od was kochanka. Być świad­kiem zna­czy zacząć widzieć. Widzieć zna­czy zacząć wie­dzieć. Wie­dzieć zna­czy się cof­nąć. Ale on stoi spo­koj­nie na dro­dze przy­szło­ści, nie ma oręża ani zbroi. Znam go. Jest Nie­chęt­nym Bogiem, Bez­rad­nym Bogiem, Zabójcą Wszyst­kich i Nikogo.

Wro­gie armie nie ruszają się z miej­sca. Słońce rzuca swój złoty blask na powierzch­nię świata. Czy to będzie dzień nadej­ścia wojny? Prze­ko­namy się...

Hana­scor­dia. Wizje Ostat­niego Pro­roka. Trzeci Apo­kryf Kar­sań­ski (Daru­dży­stan w roku wyzwa­nia Dzi­kiego)

PROLOG

Nad Pła­sko­wy­żem Laede­ron. Pół­nocno-zachod­nia Gena­bac­kis. Tery­to­rium Teblo­rów

Pięli się w górę sześć dni. Około połu­dnia siód­mego dotarli na szczyt skarpy gra­ni­czą­cej z nie­mal pio­nową ścianą lodu, którą od dwóch dni mieli na lewo od sie­bie. Ścianę nazna­czyły ślady daw­nych roz­to­pów, ale na tej wyso­ko­ści zima na­dal trzy­mała góry w moc­nym uści­sku, a dmące w dół turni wichry były białe od szronu i krwa­wiły tęczami w ostrym bla­sku słońca.

Szczyt skarpy był pochyłą, wyszczer­bioną gra­nią, tak stromą, że czwórka Teblo­rów led­wie mogła na niej ustać. Wiatr zawo­dził prze­raź­li­wie, szar­piąc luźne rze­mie­nie broni i wni­ka­jąc pod futra, które mieli na sobie. Od czasu do czasu pró­bo­wał zepchnąć ich w dół, jakby wście­kała go ich bez­czel­ność. Tak wyso­kie góry nie były ich świa­tem. Niebo było tu zbyt bli­skie, a powie­trze za rzad­kie.

Owdo­wiała Day­liss z Teblo­rów cia­śniej otu­liła ramiona wil­czym futrem. Przed nimi strome, usiane gła­zami zbo­cze opa­dało ku masie pokru­szo­nego lodu, pia­sku i śniegu, bie­gną­cej wzdłuż brzegu niczym mur obronny.

Z miej­sca, w któ­rym stali, widzieli, co znaj­duje się za tą przy­po­mi­na­jącą zęby piły barierą, aż po samo jezioro. Lodowe wybrzu­sze­nia wzno­siły się nad jego pła­ską, pokrytą śnie­giem powierzch­nię na podo­bień­stwo wysp. Nie­które pię­trzyły się wysoko niczym for­tece, jakby setka tyra­nów toczyła ze sobą wojnę o wła­dzę nad tym ogrom­nym impe­rium zamar­z­nię­tej wody.

Nikt z nich nie czuł się jesz­cze gotowy, by cokol­wiek powie­dzieć. Owdo­wiała Day­liss unio­sła wzrok i spoj­rzała na pół­noc, mru­żąc powieki. Gdzieś tam jezioro powinno się koń­czyć. Biel cią­gnęła się jed­nak aż po odle­gły hory­zont. Nad tą płasz­czy­zną - nie­wy­raźne niczym chmury - wid­niały naj­wyż­sze tur­nie gór­skiego łań­cu­cha. Ich zwró­cone w stronę połu­dnia stoki były wolne od śniegu. Już sam ten widok był prze­ra­ża­jący. Owdo­wiała Day­liss zwró­ciła się ku mło­demu wodzowi wojen­nemu sto­ją­cemu na prawo od niej.

Na­dal zdu­mie­wała ją myśl, że towa­rzy­szy im Rathyd, jakby tysiąc lat nie­ustan­nych wen­det i wza­jem­nych mor­dów nic nie zna­czyło, a przy­naj­mniej zna­czyło tak nie­wiele, że nie powstrzy­mało tego wodza wojen­nego przed zwró­ce­niem się do Ury­dów w poszu­ki­wa­niu wojow­ni­ków, któ­rzy zechcą wyru­szyć z nim w to miej­sce.

Wszystko się zmie­niało. Przy­glą­dała mu się jesz­cze przez chwilę.

- Zatem twoi współ­ple­mieńcy to zoba­czyli - stwier­dziła wresz­cie.

Elade Tha­ros wsparł się na dwu­ręcz­nym mie­czu, wbi­tym w zeszklony lód wypeł­nia­jący szcze­linę w kamie­niu, na któ­rym stał.

- Kiedy latem obo­zo­wa­li­śmy wysoko, Białe Twa­rze nie były już białe - odpo­wie­dział, kiwa­jąc głową.

Tylko nie­liczni spo­śród Ury­dów, któ­rzy usły­szeli opo­wieść Elade'a, pojęli jej zna­cze­nie. Życie toczyło się powoli, rytm pór roku był nie­zmienny. Jeśli poprzed­nia zima była bar­dziej mroźna, zna­czyło to, że ta, która ją poprze­dzała, musiała być łagod­niej­sza. Jeśli odwilż nad­cho­dziła z prze­rwami, a z gór na pół­nocy przy­by­wały dziwne, cie­płe powiewy, jeśli śnieg sypał codzien­nie, zasy­pu­jąc Teblo­rów grubą war­stwą, jeśli lasy wspi­nały się coraz wyżej na gór­skich sto­kach, a na niżej poło­żo­nych obsza­rach drzewa ginęły latem od suszy i szkod­ni­ków... trzeba było po pro­stu każ­dego lata wybie­rać inne wyso­ko­gór­skie pastwi­sko. Oby­czaje Teblo­rów zmie­niały się, dosto­so­wu­jąc się do nowych warun­ków.

Powta­rzali pół­gęb­kiem, że nowe wie­ści nie są powo­dem do obaw. Och, być może Rathy­dzi - te ich nie­liczne osady, które prze­trwały, ukry­wa­jąc się w nie­do­stęp­nych miej­scach przed wiecz­nie głod­nymi łow­cami nie­wol­ni­ków z połu­dnia - nauczyli się stra­chu jak zbite suki i bali się teraz cieni na nie­bie.

Gdy Elade Tha­ros sły­szał takie słowa, jego obli­cze nie mrocz­niało. Uśmie­chał się tylko, odsła­nia­jąc zęby w bez­gło­śnym gry­ma­sie zło­ści.

- Wszyst­kie dzieci łowiące nie­wol­ni­ków nie żyją - mówił. - Czy nie wie­rzy­cie nawet w te pogło­ski? Czy moje imię nic tutaj nie zna­czy? Jestem Elade Tha­ros, wódz wojenny wszyst­kich Suny­dów i Rathy­dów. Wódz wojenny wol­nych i tych, któ­rzy zaznali kie­dyś nie­woli. Trasę mojego zwy­cię­skiego powrotu do ojczy­stych stron nazna­czyły głowy tysiąca dzieci łowią­cych nie­wol­ni­ków. Każdą z nich nadziano na sunydzką albo rathydzką włócz­nię. - W jego sza­rych oczach poja­wiły się dzi­kie bły­ski pogardy. - Jeśli będę musiał, znajdę garstkę oca­la­łych pha­lydz­kich wojow­ni­ków, żeby towa­rzy­szyli mi w dro­dze na pół­noc.

To roz­strzy­gnęło sprawę. W końcu jaką opo­wieść zaniósłby Elade Tha­ros do znie­na­wi­dzo­nych Pha­ly­dów? "Ury­do­wie ukryli się w cha­tach i nie chcieli mnie wysłu­chać...". Nawet jeśli go nie rozu­mieli, to nie mieli wyboru. Każdy wojow­nik musiał klę­kać przed dumą.

Wódz wojenny Rathy­dów mógł być młody, ale nie był głup­cem.

- Wieczne śniegi się roz­to­piły - stwier­dził Karak Thord. - Już to samo w sobie jest nie­moż­liwe. - Jego lico przy­brało zakło­po­tany wyraz, ale nie patrzył na odle­głe góry. Wle­pił wzrok w jezioro. - Zna­leź­li­śmy odpo­wiedź na pyta­nie, co się z nimi stało. - Zwró­cił się w stronę Elade'a. - A ta zato­piona dolina? Czy zawsze tak wyglą­dała?

- Nie, Karaku z Ury­dów. Tak jest, była tu kie­dyś rzeka, czy­sta i zimna, pły­nąca po zaokrą­glo­nych kamie­niach, małych kamy­kach oraz pia­sku. Na pły­ci­znach zbie­rano tam złoto. Można ją było przejść w bród i woda ni­gdy nie się­gała wyżej niż do bio­der.

- Kiedy tak było? - zapy­tał Karak Thord.

- W cza­sach mojego ojca.

Druga kobieta w ich gru­pie prych­nęła lek­ce­wa­żąco.

- Czy zagłę­bi­łeś się w jego wspo­mnie­niach, wodzu wojenny, żeby spraw­dzić, w któ­rym stu­le­ciu ostat­nio odwie­dził tamto miej­sce?

- Nie, Tonith z Ury­dów. Nie zro­bi­łem tego. Mój ojciec nie żyje. Moja rodzina od dawna miała dar zbie­ra­nia złota. Zapusz­cza­li­śmy się wysoko w góry, gdzie nie docie­rali inni Teblo­rzy. Całe złoto uży­wane w han­dlu przez Teblo­rów zna­la­zła moja rodzina. - Prze­rwał na chwilę, wzru­sza­jąc ramio­nami. - Oczy­wi­ście mia­łem odzie­dzi­czyć to zaję­cie po przod­kach. Moje nauki zaczęły się wcze­śnie. Póź­niej przy­byli łowcy nie­wol­ni­ków i opu­ści­li­śmy połu­dnie. Ci z nas, któ­rym udało się zbiec. A gdy wresz­cie pomy­śle­li­śmy, że jeste­śmy bez­pieczni, zaata­ko­wali nas wojow­nicy. Wtedy zgi­nął mój ojciec.

Owdo­wiała Day­liss raz jesz­cze przyj­rzała się Elade'owi. Poczuła w ustach nagłą suchość.

- Ci wojow­nicy byli Ury­dami, wodzu wojenny.

- To prawda - przy­znał pozba­wio­nym wyrazu gło­sem.

Karak Thord wle­pił w niego spoj­rze­nie sze­roko otwar­tych oczu.

- Moimi kuzy­nami...

- W rze­czy samej - prze­rwał mu Elade. - Nie­trudno było poznać ich imiona. W końcu któż z Ury­dów nie śpiewa na­dal pie­śni o Kar­sie Orlongu, Delu­mie Thor­dzie i Bairo­thu Gil­dzie? - Prze­niósł spoj­rze­nie na Day­liss. - Twoje dzieci, Owdo­wiała, zro­dziły się z nasie­nia Bairo­tha. Czy zali­czasz się do wyznaw­ców tego nowego Roz­trza­ska­nego Boga?

- Za dużo wiesz o Ury­dach - odparła. Za jej sło­wami kryła się groźba mie­cza.

Elade wzru­szył ramio­nami. Ponow­nie skie­ro­wał uwagę na zamar­z­nięte jezioro, lek­ce­wa­żąc ich wszyst­kich oraz temat roz­mowy.

- Przyj­rzy­cie się dobrze - pod­jął. - To, co widzi­cie, nie jest jezio­rem. To zatoka. Za Pro­me­nadą Bogów, gdzie kie­dyś cią­gnęła się tun­dra, teraz jest morze. Wyżyny na zacho­dzie oddzie­lają je od oce­anu. Na wscho­dzie roz­po­ściera się na obsza­rze jed­nej trze­ciej kon­ty­nentu. - Prze­chy­lił głowę. - Co wiem o tym kon­ty­nen­cie? Z pew­no­ścią wię­cej niż któ­re­kol­wiek z was. Wyobra­ża­cie sobie, że żyjemy w małym świe­cie. Te góry i doliny, rów­niny na połu­dniu, a za nimi morze. Ale to nie świat jest mały, tylko wie­dza Teblo­rów o nim.

- Ale nie twoja wie­dza? - zapy­tała Tonith Agra ostrym tonem, suge­ru­ją­cym, że pró­buje zama­sko­wać strach pogardą.

- Byli nie­wol­nicy mieli dużo do powie­dze­nia. Ich wie­dza nas oświe­ciła. Widzia­łem też mapy. - Zato­czył pełen krąg. - Lodowy mur powstrzy­muje morze. W ciągu ostat­nich dwóch dni wspię­li­śmy się na niego od naszej strony. Widzie­li­śmy szcze­liny, oznaki top­nie­nia. Widzie­li­śmy sta­ro­żytne zwie­rzęta, ongiś uwię­zione w lodzie, kłęby cuch­ną­cego futra ster­czące ze ściany. Z każdą wio­sną poja­wiają się nowe, przy­wa­bia­jąc kon­dory i wrony, a nawet Wiel­kie Kruki. Prze­szłość ofe­ruje padli­no­żer­com sutą ucztę. Mimo to, widząc ją, widzimy przy­szłość. Naszą przy­szłość.

Owdo­wiała Day­liss rozu­miała zna­cze­nie nagich turni. Zima świata umie­rała. Zda­wała sobie też sprawę z celu ich podróży. Mieli spraw­dzić, co dzieje się z wodą pocho­dzącą z roz­to­pio­nego lodu. Prze­ko­nać się, dla­czego nie spływa na niżej poło­żone obszary, gdzie każ­dego lata drę­czyła ich susza.

- Gdy ta lodowa tama pęk­nie... - zaczęła wypo­wia­dać słowa prawdy.

Ale wódz wojenny Elade Tha­ros nie zamie­rzał ustą­pić jej prawa do ich wypo­wie­dze­nia.

- Gdy ta lodowa tama pęk­nie, wojow­nicy Ury­dów, świat Teblo­rów się skoń­czy.

- Mówi­łeś o morzu - przy­po­mniał mu Karak Thord. - Dokąd mogli­by­śmy uciec przed morzem?

Elade Tha­ros uśmiech­nął się sze­roko.

- Nie przy­by­łem tylko do Ury­dów. Byłem w wielu róż­nych miej­scach. Zanim skoń­czę, wszyst­kie klany Teblo­rów będą ze mną.

- Z tobą? - zapy­tała Tonith. - Jakie tytuły mie­li­by­śmy ci przy­znać? Wielki wódz wojenny Rathy­dów, wyzwo­li­ciel sunydz­kich i rathydz­kich nie­wol­ni­ków, Zabójca Tysiąca Dzieci z Połu­dnia! Elade Tha­ros! Tak jest! Teraz popro­wa­dzi nas na wojnę z powo­dzią, któ­rej nawet bogo­wie nie zdo­łają powstrzy­mać!

Prze­chy­lił głowę, jakby po raz pierw­szy zoba­czył córkę Karsy Orlonga. Z pew­no­ścią od chwili opusz­cze­nia osady Ury­dów zamie­nili ze sobą bar­dzo nie­wiele słów.

- Tonith Agra, pod twoją cienką skórą uwi­dacz­nia się strach, a wszyst­kie słowa, które wypo­wia­dasz, zdra­dzają twoją nie­pew­ność. - Uniósł rękę, gdy się­gnęła po miecz z krwa­wego drewna. - Wysłu­chaj mnie, Tonith Agra. Strach drę­czy nas wszyst­kich. Każdy wojow­nik, który by temu prze­czył, byłby głup­cem. Wysłu­chaj mnie uważ­nie. Jeśli musimy poczuć lodo­waty wicher prze­ra­że­nia, lepiej, żeby dął nam w plecy.

Umilkł, cze­ka­jąc na odpo­wiedź.

Owdo­wiała Day­liss wydała z sie­bie jakiś dźwięk. Sama nie potra­fi­łaby okre­ślić, co mógłby ozna­czać.

- Uwa­żasz, że jesteś w cie­niu Roz­trza­ska­nego Boga, tak? Że jesteś śla­dem na jego dro­dze. Rathyd, któ­rego ojciec zgi­nął od mie­cza z krwa­wego drewna dzier­żo­nego przez Karsę. Albo Deluma bądź Bairo­tha. A teraz chcesz wyjść z tego cie­nia. Pra­gniesz, by chwała, jaką się okry­jesz, zepchnęła Karsę na bok.

Elade Tha­ros wzru­szył ramio­nami.

- Szu­kam chwały, Owdo­wiała Day­liss, ale jeśli Roz­trza­skany Bóg ode­gra jakąś rolę w tych poszu­ki­wa­niach, to tylko w chwili, gdy prze­bije go mój miecz z krwa­wego drewna. Tonith Agra ma rację. Nie możemy wal­czyć z powo­dzią. Wody nadejdą. Nasze zie­mie zatoną. Ale to będzie tylko począ­tek potopu. Czy jesz­cze tego nie zro­zu­mia­łaś?

Ski­nęła głową.

- Zro­zu­mia­łam, wodzu wojenny Elade Tha­ros. Wody spłyną z naszych gór i pokryją wszyst­kie zie­mie poło­żone na połu­dniu, gdzie miesz­kają dzieci łowiące nie­wol­ni­ków. Znisz­czą je cał­ko­wi­cie.

Potrzą­snął głową.

- Wody ich nie znisz­czą. My to zro­bimy.

Karak Thord wycią­gnął nagle miecz i klęk­nął przed Elade'em Tha­ro­sem, uno­sząc oręż w pozy­cji pozio­mej, wsparty na zwró­co­nych ku górze dło­niach.

- Jestem Karak Thord z Ury­dów. Pro­wadź mnie, wodzu wojenny.

Elade dotknął z uśmie­chem jego mie­cza.

- Doko­nało się.

Po chwili Tonith Agra zro­biła tak samo. Pomimo nie­daw­nego sporu mię­dzy nimi wódz wojenny zaak­cep­to­wał ją bez oporu i bez chwili waha­nia.

Owdo­wiała Day­liss odwró­ciła wzrok, choć wie­działa, że Rathyd patrzy na nią i czeka. Nie chciała ani nie mogła mu się sprze­ci­wiać. W jej żyłach pło­nął gwał­towny ogień. Serce tłu­kło jej mocno. Zacho­wała jed­nak mil­cze­nie, wpa­tru­jąc się w odle­głe zie­mie na połu­dniu.

- Tak - wyszep­tał Elade Tha­ros, który nagle zna­lazł się tuż przy niej. - Przed wodą nadej­dzie ogień.

- Być może to mój mąż zabił two­jego ojca.

- To nie był on. Na wła­sne oczy widzia­łem, jak powa­lił go Karsa Orlong. Z naszych męż­czyzn tylko ja jeden prze­ży­łem atak.

- Rozu­miem.

- Czyżby? - zapy­tał. - Powiedz mi, kim jest ten Roz­trza­skany Bóg? Czy Karsa Orlong wró­cił do ojczy­zny? Czy zwo­łał krew­nia­ków i zdo­był nowych zwo­len­ni­ków? Czy roz­po­czął wielką wojnę z dziećmi z połu­dnia? Nie. Nie zro­bił żad­nej z tych rze­czy. Powiedz mi, Owdo­wiała Day­liss, dla­czego ucze­pi­łaś się tej fał­szy­wej nadziei?

- Bairoth Gild posta­no­wił sta­nąć u jego boku.

- I zapła­cił za to życiem. Zapew­niam, że ja nie będę tak roz­rzutny z moimi zaprzy­się­żo­nymi zwo­len­ni­kami.

Prych­nęła pogar­dli­wie.

- Żaden z nich nie zgi­nie? Jak sobie wyobra­żasz tę wojnę? Czy kiedy ruszymy na połu­dnie, nie poma­lu­jemy twa­rzy na czarno, szaro i biało, wodzu wojenny?

- Mie­li­by­śmy ści­gać wła­sną śmierć? - zapy­tał, uno­sząc brwi. - Owdo­wiała Day­liss, mam zamiar zwy­cię­żyć.

- W woj­nie z połu­dniem? - Pozo­stali przy­glą­dali się i słu­chali ich z uwagą. - Mówi­łeś, że widzia­łeś mapy. Ja też je widzia­łam, Elade Tha­ros, gdy pierw­sza córka Karsy wró­ciła do nas. Nie możemy poko­nać Impe­rium Mala­zań­skiego.

Elade ryk­nął śmie­chem.

- To wykra­cza­łoby nawet poza moje ambi­cje - oznaj­mił. - Ale powiem ci jedno. Pano­wa­nie Impe­rium nad Gena­bac­kis jest słab­sze, niżby się zda­wało. Zwłasz­cza nad zie­miami Gena­ba­rian i Nathij­czy­ków.

Pokrę­ciła głową.

- To roz­róż­nie­nie nic nie zna­czy. Żeby zna­leźć dla naszych ludzi miej­sce na połu­dniu, poza zasię­giem nad­cho­dzą­cych powo­dzi, będziemy musieli zabić ich wszyst­kich. Mala­zań­czy­ków, Nathij­czy­ków, Gena­ba­rian i Kor­hi­vij­czy­ków.

- To prawda, ale tylko Mala­zań­czycy łączą wszyst­kie te ludy w jed­no­li­tego wroga, zdol­nego sta­wić nam czoło na polu bitwy. Na któ­rym spo­tkamy go i zmiaż­dżymy.

- Jeste­śmy łupież­cami, Elade Tha­ros, nie żoł­nie­rzami. Poza tym jest nas za mało.

- Twoje wąt­pli­wo­ści mnie nie znie­chę­cają - odparł z wes­tchnie­niem Ruthyd. - Z chę­cią usły­szał­bym twój głos w naszej radzie wojen­nej. Czy jest nas za mało? Tak. A czy będziemy wal­czyli sami? Nie.

- Nie rozu­miem.

- Owdo­wiała Day­liss, czy przy­się­gniesz mi wier­ność? Czy unie­siesz wysoko swój miecz z krwa­wego drewna, bym mógł go dotknąć? Jeśli tego nie zro­bisz, nasza roz­mowa będzie się musiała zakoń­czyć. W końcu... - cią­gnął z łagod­nym uśmie­chem - ...nie jeste­śmy jesz­cze na radzie wojen­nej. Jeśli masz wąt­pli­wo­ści, wolał­bym, żebyś udzie­liła swego głosu wszyst­kim, któ­rzy je podzie­lają, ale muszą zacho­wać mil­cze­nie.

Wydo­była miecz.

- Zro­bię to - oznaj­miła. - Ale zro­zum mnie dobrze, Elade Tha­ros. Córki Karsy Orlonga podró­żo­wały z naszych krain w miej­sce, gdzie mieszka ich ojciec, Roz­trza­skany Bóg. Wie­lo­krot­nie.

- A mimo to on nic nie robi.

- Elade Tha­ros, on tylko wciąga głę­boko powie­trze.

- W takim razie z chę­cią usły­szę jego okrzyk bojowy.

Nie sądzę.

Nie powie­działa tego na głos. Opa­dła na jedno kolano i unio­sła przed sobą drew­niany miecz.

- Jestem Owdo­wiała Day­liss z Ury­dów. Pro­wadź mnie, wodzu wojenny.

Słońce osią­gnęło naj­wyż­szy punkt w swej wędrówce po nie­bie. Ciszę zmą­ciły głu­che trza­ski, dobie­ga­jące znad wiel­kiej, sku­tej lodem zatoki spo­wi­tego mgłami śród­lą­do­wego morza. Zaczy­nała się odwilż. Od ściany lodu, znaj­du­ją­cej się teraz po ich pra­wej stro­nie, dobie­gał szum wody, spły­wa­ją­cej gdzieś za zie­lo­nymi i nie­bieskimi kolum­nami lodu. Ten sam dźwięk sły­szeli popo­łu­dniami pod­czas wspi­naczki, kiedy było naj­cie­plej.

Na połu­dniu ucie­szą się z nagłej odwilży. Lato, powie­dzą, susza się skoń­czy. Widzi­cie? Nie ma powodu do nie­po­koju.

Wie­działa, że wkrótce takie nie­wiel­kie pro­blemy utracą wszel­kie zna­cze­nie. Kiedy przy­bę­dzie wódz wojenny, przy­no­sząc ze sobą obiet­nicę zemsty na znie­na­wi­dzo­nych dzie­ciach z połu­dnia. Obiet­nicę wojny.

Gdy wresz­cie dotknął jej mie­cza i wypo­wie­dział słowa akcep­ta­cji, wypro­sto­wała się i wycią­gnęła rękę.

- Uznajmy, że to nasza pierw­sza rada wojenna.

- Day­liss, to nie jest... - sprze­ci­wił się Karak Thord.

- Jest - prze­rwała mu i spoj­rzała pro­sto w oczy Elade'a. - Wodzu wojenny, jest pewna tajem­nica, któ­rej wszy­scy czworo musimy docho­wać. Zło­żymy przy­sięgę, któ­rej nie wolno nam będzie zła­mać.

- Co to za tajem­nica? - zapy­tała Tonith.

Day­liss wle­piła spoj­rze­nie w wodza wojen­nego.

- Obie­caj wszyst­kim kla­nom Teblo­rów wojnę z dziećmi z połu­dnia. Opo­wiedz im o zemście. O spra­wie­dli­wej zapła­cie za zbrod­nie, jakich dopu­ścili się wobec naszego ludu han­dla­rze nie­wol­ni­ków i łowcy nagród. O nowych osa­dach powsta­ją­cych na naszych zie­miach. O naszych daw­nych zwy­cię­stwach. Zdo­bądź ich serca, wodzu wojenny, sło­wami o krwi i chwale.

Tonith sta­nęła mię­dzy nimi.

- A co z poto­pem? Ta wia­do­mość powinna wystar­czyć!

- Wielu nie zechce uwie­rzyć w nasze słowa - odparła Day­liss. - Zwłasz­cza żyjące na ubo­czu klany, które mogą uwa­żać, że pory roku się nie zmie­niły, i nic nie wie­dzieć o tru­dach albo nie­do­stat­kach.

Przez chwilę nikt się nie odzy­wał. Ale poru­sze­nia lodu sta­wały się coraz gło­śniej­sze.

Wresz­cie Elade Tha­ros ski­nął głową.

- Jestem skłonny zro­bić to, co suge­ru­jesz. Ale jeśli mam zdo­być serca wszyst­kich kla­nów, nie mogę być sam.

- To prawda. Dla­tego nasza trójka będzie z tobą, wodzu wojenny. Repre­zen­tu­jemy Rathy­dów, Suny­dów oraz Ury­dów. Już ten szcze­gół wystar­czy, by przy­cią­gnąć do nas uwagę.

Karak Thord odchrząk­nął.

- Jeśli znaj­dziemy jesz­cze jakie­goś Pha­lyda, góry zadrżą ze zdu­mie­nia.

Elade Tha­ros spoj­rzał na niego.

- Karaku z Ury­dów, mam wśród swo­ich zwo­len­ni­ków Pha­lyda. Poka­żemy im przed­sta­wi­cieli wszyst­kich czte­rech kla­nów. - Ponow­nie zwró­cił się ku Owdo­wia­łej Day­liss. - To mądre słowa. Przy­się­gnijmy wszy­scy, że docho­wamy tej tajem­nicy, do czasu, gdy wszy­scy czworo zgo­dzimy się, że pora ją ujaw­nić.

Zer­k­nął na nich kolejno. Wszy­scy ski­nęli gło­wami. Nawet Tonith Agra.

Dopiero wtedy ruszyli w drogę powrotną.

Woda spły­wała w dół jaski­niami ukry­tymi pod lśnią­cymi ścia­nami z lodu. W coraz cie­plej­szych pro­mie­niach słońca ze skał buchały obłoczki pary.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zło­wróżbne początki czę­sto przy­no­szą naj­strasz­liw­sze ostrze­że­nia.

Powie­dze­nia głupca The­nys Bule

Gar­ni­zon Moka­syn, Przej­ście Culverna, w kie­runku wschód, pół­nocny wschód od Maly­bridge, Gena­bac­kis

Bez­barwne niebo czy­niło świat rów­nie pozba­wio­nym barw. Wio­sna wciąż nie chciała się zacząć. Chasz­cze po obu stro­nach bru­ko­wa­nego traktu na­dal pozo­sta­wały cha­osem brązu, mato­wej czer­wieni i jesz­cze bar­dziej mato­wej żółci. Tu i ówdzie poja­wiły się jed­nak nowe pączki, a lód w rowach i na poło­żo­nych za nimi polach ustą­pił miej­sca wodzie, zbie­ra­ją­cej się w sza­rych kału­żach i w płyt­kich jezior­kach, w któ­rych odbi­jało się pozba­wione wyrazu niebo.

Ktoś - Gorąc nie pamię­tał kto - powie­dział kie­dyś, że świat jest zwier­cia­dłem nieba, ale takim bla­sza­nym, podra­pa­nym, peł­nym plam i chro­po­wa­tym, drwią­cym ze wspa­nia­ło­ści fir­ma­mentu. Nie­wąt­pli­wie coś w tym było. To dziwne, że słowa pozba­wione sensu czę­sto naj­głę­biej zapa­dały w pamięć, pod­czas gdy prawdy po pro­stu porzu­cano, jakby nie miały żad­nego zna­cze­nia.

Każdy żoł­nierz, który nie chciał przy­znać, że kusi go nie­bez­pie­czeń­stwo, był kłamcą. Gorąc zacią­gnął się do armii, gdy miał pięt­na­ście lat. Dwa­dzie­ścia jeden lat temu. Przez całe swe doro­słe życie ucie­kał przed tą prawdą. Nie tylko przed tą jedną. Inne bez­u­ży­teczne prawdy cza­iły się w jej cie­niu. Przy­jem­ność uza­leż­nio­nego zawsze łączy się z poczu­ciem winy. Nie­zmien­nie widział u swego boku jego wysoki cień, gdy patrzył na zabi­tego wroga, wie­dząc, że gdyby sprawy poto­czyły się ina­czej, mógłby się zna­leźć na jego miej­scu. Doszedł do wnio­sku, że życie jest łatwiej­sze, gdy można zabić wła­sny strach, a potem spoj­rzeć w jego pobla­dłą twarz, cze­ka­jąc, aż serce zacznie bić wol­niej, a oddech się uspo­koi.

Jutro będzie nowy dzień, nowy strach i nowa twarz, a ulga wypełni mu żyły niczym naj­słod­szy z nar­ko­ty­ków.

Był żoł­nie­rzem i nie potra­fił sobie wyobra­zić, by mógł być kim­kol­wiek innym. Zgi­nie na polu bitwy, poka­zu­jąc nie­przy­ja­cie­lowi swą pobla­dłą twarz. Zapewne w ostat­niej chwili ujrzy też towa­rzy­szący mu wysoki cień. Wszy­scy wie­dzieli, że śmierć jest jedyną prawdą, przed którą nie spo­sób uciec.

Za ple­cami miał poło­żony na pół­nocy las. Jego wierz­cho­wiec był zmę­czony i nie byłoby dobrze, gdyby zbyt długo pozo­sta­wał w bez­ru­chu, bo zesztyw­nieją mu mię­śnie. Nie­mniej Gorąc na­dal sie­dział spo­koj­nie w sio­dle. Parę chwil nie zabije żad­nego z nich. Miał taką nadzieję. Przy­naj­mniej jego serce zacznie bić wol­niej, a oddech się uspo­koi.

Gdy z wytar­tego bruku przed tobą nagle wyła­nia się duch, nie jesteś w sta­nie prze­wi­dzieć, jakiego figla zamie­rza ci spła­tać. Nie należy mie­szać cza­rów i ich grot z nie­wi­dzial­nymi świa­tami, w któ­rych umarli z pew­no­ścią nie są sami. Także pan­teon bogów i Ascen­den­tów uwię­zio­nych w swych świą­ty­niach, roz­kwi­ta­ją­cych i więd­ną­cych niczym kwiaty, gdy jedna epoka prze­cho­dzi w następną, należy do innego świata niż wszyst­kie te nie­zna­jące mowy siły, które bytują na pust­ko­wiach i w innych zapo­mnia­nych miej­scach.

Wysoka zjawa, która wyło­niła się nagle z wytar­tych bru­kow­ców przed nim, była nie­mal cał­ko­wi­cie bez­kształtna. Led­wie przy­po­mi­nała czło­wieka, jej zarysy były nie­wy­raźne, a w cen­trum znaj­do­wała się ciemna plama, z któ­rej wysu­wały się zyg­za­ko­wate wstęgi cze­goś migo­tli­wego, co poru­szało się ner­wowo, jakby szu­kało drogi ucieczki. Całość była matowa jak niebo, matowa jak jeziora i kałuże.

Cze­kał, aż zjawa coś powie. Zasta­na­wiał się, dla­czego koń w ogóle na nią nie reaguje. Gdy chwila się prze­cią­gała, jego umysł wró­cił do daw­nych pól bitew. Zwłasz­cza do ostat­niego. Gorąc zada­wał sobie pyta­nie, czy coś nie uszło jego uwagi. Coś takiego, jak jego wła­sna śmierć? Czy umarli w ogóle wie­dzieli, że nie żyją? Czy odrzu­cił jakieś wspo­mnie­nie w nagłym spa­zmie prze­ra­że­nia i żalu? Gwał­towny ból, gdy grot włóczni wnik­nął w jego pierś? Strasz­liwa rana w żołądku albo w gar­dle, krwa­wie­nie z uda?

- Czy zgi­ną­łem?

Wierz­cho­wiec poru­szył czuj­nie lewym uchem, cze­ka­jąc na dal­sze słowa.

Reak­cja zjawy była nie­ocze­ki­wana. Zwró­ciła się w stronę Gorąca, wypeł­nia­jąc jego pole widze­nia swą ciem­no­ścią, cha­otyczny motek cze­goś oto­czył go, ude­rza­jąc ze wszyst­kich stron. Męż­czy­zna zadrżał, gdy wstążki prze­mknęły przez jego ciało. Potem nad­szedł potężny wstrząs, który prze­to­czył się przez niego jak fala. Śle­dził jego poru­sze­nia wokół swego ciała i w jego wnę­trzu.

Nagle wra­że­nie znik­nęło.

Zamru­gał, roz­glą­da­jąc się wkoło. Nie było tu nic poza mato­wym, bez­barw­nym świa­tem, chłod­nym wcze­sno­wio­sen­nym poran­kiem, cichym szu­mem pły­ną­cej wody i led­wie wyczu­wal­nym powie­wem. Skie­ro­wał spoj­rze­nie na punkt drogi, nad któ­rym przed chwilą uno­siła się zjawa. Jego uwagę przy­cią­gnął jeden z bru­kow­ców. Był usma­ro­wany bło­tem tak samo jak wszyst­kie, ale coś róż­niło go od pozo­sta­łych.

- Niech to szlag.

Gorąc zsu­nął się z konia, zachwiał na nogach pod wpły­wem wspo­mnie­nia dotyku zjawy, pod­szedł do bru­kowca, przy­kuc­nął przed nim i wytarł go z błot­ni­stej wody. Poja­wiła się wyrzeź­biona w kamie­niu twarz. Okrą­głe, puste oczy, wyżło­bie­nia skła­da­jące się na szorstki, wydłu­żony trój­kąt nosa oraz usta o opa­da­ją­cych kąci­kach.

- Jebać Gena­bac­kis - mruk­nął. - Jebać Pusz­czę Culver­nij­ską, jebać wszyst­kich umar­łych, któ­rzy od dawna nie żyją, jebać zapo­mniane duchy, zjawy i wszystko inne. - Odwró­cił się i z powro­tem wsiadł na cze­ka­ją­cego spo­koj­nie konia. - A przede wszyst­kim jebać cie­bie, kim­kol­wiek jesteś. Takie jeba­nie jesz­cze ni­gdy mi się nie tra­fiło.

* * *

Po pół­noc­nej stro­nie fortu znaj­do­wał się porzu­cony cmen­tarz, dziwna mie­sza­nina tolo­sów i krypt wypeł­nio­nych urnami, a także pochy­lo­nych, z reguły zapa­da­ją­cych się w zie­mię płyt nagrob­nych, pamią­tek po sta­ro­żyt­nych, zapo­mnia­nych ludach, o któ­rych pamięć zagi­nęła w pomroce dzie­jów. Dawno temu, pod­czas pod­boju, gdy mala­zań­ska Trze­cia Armia wzno­siła tu for­ty­fi­ka­cje, okopy oraz wały ziemne weszły na teren cmen­tarza i wiele nagrob­ków zna­la­zło się na wyrów­na­nym tere­nie. Na niektó­rych sto­ją­cych kamie­niach, kon­struk­cjach z cegły i pochy­lo­nych pły­tach nagrob­nych zbu­do­wano fun­da­menty tego, co z początku było drew­nianą pali­sadą, a teraz prze­ro­dziło się w wapienny mur. Wyko­pane kości wyrzu­cono i teraz walały się w wyso­kiej tra­wie obok okopu oraz wału ziem­nego. Nie­które na­dal były widoczne, ich białe okru­chy lśniły pośród splą­ta­nych łodyg.

Budow­ni­czo­wie się nie patycz­ko­wali, ale takie były wymogi koniecz­no­ści. Poza tym cmen­tarz znaj­do­wał się na cho­ler­nym pust­ko­wiu, wiele mil od naj­bliż­szego mia­steczka. Tylko nie­liczne wio­ski i mniej­sze osady dzie­liło od niego mniej niż pół dnia drogi. Co wię­cej, miej­sco­wych nic to nie obcho­dziło. Wszy­scy co do jed­nego zapew­niali, że to nie ich zmarli tu leżą.

Po połu­dnio­wej stro­nie fortu znaj­do­wał się nato­miast nowy cmen­tarz, pełen małych pro­sto­kąt­nych krypt z kamie­nia, wybu­do­wa­nych w gena­ba­ryj­skim stylu. Był tam też długi kur­han, w któ­rym spo­czy­wały butwie­jące kości kil­ku­set mala­zań­skich żoł­nie­rzy. Pora­stał go już nie­wielki lasek. Wzdłuż tego cmen­tarza biegł mur fortu, w któ­rym wybu­do­wano nową bramę. Ota­czało go mia­steczko, które wyro­sło razem z impe­rialną pla­cówką.

Teren za wschod­nim murem słu­żył do ćwi­czeń i apeli. Nie wolno tam było budo­wać domów, ale pozwa­lano na wypas owiec, dzięki któ­rym trawa nie wyra­stała zbyt wysoko.

Fort zbu­do­wano w odle­gło­ści stu kro­ków od rzeki Culvern. W ciągu dzie­się­cio­leci, które minęły od jego powsta­nia, wio­senne powo­dzie sta­wały się coraz poważ­niej­sze i teraz fort dzie­liło od brzegu nie­spełna trzy­dzie­ści kro­ków. Na tym wąskim pasie ziemi obo­zo­wała Druga Kom­pa­nia Czter­na­stego Legionu.

Sier­żant, jak każ­dego ranka, odda­lił się od szumu wartko pły­ną­cej wody. Nie­na­wi­dził tego dźwięku. Ruszył w głąb lądu, omi­ja­jąc fort z lewej strony, i wkrótce zna­lazł się w chasz­czach pora­sta­ją­cych opusz­czony cmen­tarz. Wspo­mi­nał czasy, gdy zoba­czył go po raz pierw­szy.

Poważ­nie ucier­pieli w nie­spo­dzie­wa­nym star­ciu z Kar­ma­zy­nową Gwar­dią, a z połu­dnia nade­szły wie­ści, które uczy­niły nazwę "Czarny Pies" prze­kleń­stwem. Jed­nym ze źró­deł pro­ble­mów był fakt, że Pod­pa­la­czy Mostów podzie­lono. Dwie kom­pa­nie wysłano na pół­nocny wschód, by wsparły Drugą Armię, reszta zaś ruszyła w prze­ciw­nym kie­runku, do Mott.

Sier­żant usiadł na nieco pochy­lo­nej pły­cie nagrob­nej i wle­pił spoj­rze­nie w kamienny mur fortu. Pamię­tał czasy, gdy nie było tam niczego poza drew­nem i gru­zami. Nie zapo­mniał też, jak bar­dzo bolały go plecy od wyma­chi­wa­nia kilo­fem i łopatą. Roz­bi­jał nagrobki, pod­czas gdy jego towa­rzy­sze wycięli cały oko­liczny zagaj­nik, by zbu­do­wać pierw­sze for­ty­fi­ka­cje.

Powie­trze było wtedy ostrzej­sze. A może to on się zmie­nił? Z pew­no­ścią oko­lica była wów­czas bar­dziej dzika, poło­żona na samej gra­nicy cywi­li­zo­wa­nego osad­nic­twa. To był dopiero począ­tek okresu, gdy Pod­pa­la­czy Mostów rzu­cano z jed­nego kosz­maru w drugi. Nadzieja jesz­cze żyła, ale zaczy­nała robić się kru­cha.

Od tego czasu pokój przy­krył zwod­ni­czym kocem kup­ców, obe­rży­stów, rze­mieśl­ni­ków, paste­rzy owiec, rol­ni­ków i całą resztę. Kamień zastą­pił drewno, a na pust­ko­wiach wyro­sło mia­steczko. Nic z tego nie wyda­wało się realne.

Nie spo­dzie­wał się, że tu wróci. Nie w miej­sce, gdzie dwu­krot­nie brał w rękę łopatę, naj­pierw, by wybu­do­wać fort, a następ­nie, żeby usy­pać kur­han i patrzeć, jak wta­czają do niego pokry­tych krwią przy­ja­ciół. Lojal­ność żoł­nie­rza umiera śmier­cią tysiąca cięć, aż wresz­cie wydaje się, że nie spo­sób odna­leźć jej na nowo. Ani lojal­no­ści wobec impe­rium, ani wobec dowódcy, ani nawet wobec wiary. Widział, jak jego towa­rzy­sze dezer­te­ro­wali, zni­kali bez śladu, nawet sła­wetni Pod­pa­la­cze Mostów, zbyt zde­spe­ro­wani i samotni w swych myślach, by spoj­rzeć komu­kol­wiek w oczy. Jemu rów­nież zabra­kło do tego cho­ler­nie nie­wiele.

Wiele lat póź­niej, daleko na połu­dniowy wschód stąd, w stru­gach desz­czu pod Czar­nym Kora­lem, wielka pięść Dujek Jed­no­ręki nie­ofi­cjal­nie roz­wią­zał Pod­pa­la­czy Mostów. Sier­żant pamię­tał tę chwilę. Stał pośród ulewy, słu­cha­jąc szumu gorą­cej wody spły­wa­ją­cej z nieba. Śmier­tel­nie Raniony Odprysk Księ­życa wisiał nie­mal pro­sto nad nimi. Wtedy nauczył się nie­na­wi­dzić tego dźwięku.

Powi­nien postą­pić tak samo, jak inni z garstki oca­la­łych. Po pro­stu odejść. Ale on ni­gdy nie potra­fił osiąść ni­gdzie na stałe. Nawet kuszące atrak­cje Daru­dży­stanu nie zdo­łały go zatrzy­mać. Wędro­wał po świe­cie, wra­ca­jąc cią­gle w te same miej­sca. Nie potra­fił pojąć, dla­czego wciąż prze­śla­duje go myśl o lojal­no­ści.

Trudno uznać za zasko­cze­nie fakt, że znowu zna­lazł się w sze­re­gach mala­zań­skiej armii. I czy cokol­wiek tu się zmie­niło? Dru­żyny pie­choty mor­skiej zawsze wyglą­dały tak samo, pomimo nowych twa­rzy, gło­sów, histo­rii życia i tak dalej. Lata poko­jo­wej służby prze­ry­wane paskud­nymi bitwami, nie­koń­cząca się oscy­la­cja. Teraz sobie uświa­da­miał, że zawsze wygląda to iden­tycz­nie. Był prze­ko­nany, że ostat­nia chwila Impe­rium Mala­zań­skiego nadej­dzie ze śmier­cią ostat­niego żoł­nie­rza pie­choty mor­skiej w jakiejś bez­sen­sow­nej bitwie na głę­bo­kim zadu­piu.

Na zewnątrz nic się nie zmie­niło. Ale w głębi umy­słu ostat­niego byłego Pod­pa­la­cza Mostów, który na­dal słu­żył Impe­rium, sytu­acja wyglą­dała zupeł­nie ina­czej.

Czarny Koral. Po desz­czach, po tym, jak zdra­pał białą sól ze skó­rza­nego ser­daka i odwró­cił spoj­rze­nie suchych oczu od tego, kim był przed­tem, ale nie zde­cy­do­wał jesz­cze, kim zosta­nie w przy­szło­ści. Wybrał się do kur­hanu. Kopca błysz­czą­cego jak całe bogac­two świata. Zosta­wił tam swoją odznakę ze sre­bra i rubi­nów. Swój pło­nący most.

To dziwne, że czło­wiek, któ­rego ni­gdy nie spo­tkał, zmie­nił go tak bar­dzo. Czło­wiek, który ponoć oddał życie, by odku­pić T'lan Imas­sów.

Itko­via­nie, który wsła­wi­łeś się swym sza­lo­nym gestem i prze­ra­ża­jącą obiet­nicą. Czy spo­dzie­wa­łeś się, kim cię to uczyni? Wąt­pię w to. Nie sądzę, byś poświę­cił temu choć jedną prze­klętą przez Kap­tura myśl, nim ze spo­ko­jem wyba­czy­łeś to, co nie­wy­ba­czalne.

Wtedy nie wie­dział o tym zbyt wiele, ale pod­czas swych nie­mal bez­ce­lo­wych wędró­wek wró­cił do Czar­nego Koralu, by zoba­czyć, co uczy­niono z miej­scem, w któ­rym umarli Pod­pa­la­cze Mostów. I wtedy ujrzał na wła­sne oczy naro­dziny boga, wiary i nie­re­al­nego marze­nia.

Na­dal nie mru­gną­łeś, prawda? Naro­dzony przed chwilą spo­tka­łeś nad­cho­dzącą śmierć, uśmie­cha­jąc się z iro­nią. Tak wielu z nas było goto­wych cię bro­nić. Dziwny przy­mus lojal­no­ści, nie wobec cie­bie, lecz wobec idei, któ­rej wcie­le­niem byłeś.

Żadne prze­śla­do­wa­nia, żadne cier­pie­nia, uczu­cia, prze­ra­że­nie ani żądza, nic we wszyst­kich świa­tach, real­nych i wyima­gi­no­wa­nych, nie mogło odrzu­cić ani unie­waż­nić tej upra­gnio­nej wizji.

Odku­pie­nie.

To była lojal­ność, któ­rej żaden śmier­tel­nik nie mógł pod­wa­żyć, pra­gnie­nie, do któ­rego musieli się w końcu zwró­cić, gdy wszystko inne oka­zało się nie­za­do­wa­la­jące i pozba­wione zna­cze­nia, a nawet naj­dłuż­sze życie zbli­żało się wresz­cie do końca.

Przez wszyst­kie te lata, naj­pierw jako żoł­nierz mię­dzy żoł­nierzami, a póź­niej jako wędro­wiec wśród obcych, zatrzy­my­wał swe spoj­rze­nie na morzu nie­prze­li­czo­nych twa­rzy i w każ­dej z nich dostrze­gał to samo pra­gnie­nie. Czę­sto zama­sko­wane bądź ukryte, lecz ni­gdy w wystar­cza­ją­cym stop­niu. Czę­sto też odrzu­cane, z wyzy­wa­jącą śmia­ło­ścią bądź nie­pew­nym zaże­no­wa­niem. W innych zaś przy­pad­kach stę­pione przez pijań­stwo bądź nar­ko­tyk.

Tęsk­nota. Przyj­rzyj­cie się tłu­mowi, w dowol­nym miej­scu, a z pew­no­ścią ją zauwa­ży­cie. Poma­luj­cie ją na dowol­nie wybrany kolor - żałoby, nostal­gii, melan­cho­lii, wspo­mnień, wszystko to są tylko różne formy, poetyc­kie odbi­cia.

A oto odku­pi­ciel. To, co wam przy­nosi, spełni wasze pra­gnie­nia. Jeśli tylko go popro­si­cie.

Oka­zało się jed­nak, że nie był jesz­cze gotowy o to pro­sić. A nawet gdyby był, co by się wtedy wyda­rzyło? Jak to by wyglą­dało? Co się dzieje, gdy to pra­gnie­nie wresz­cie zostaje zaspo­ko­jone? Czy zba­wie­nie jest czymś, czego należy się bać, utratą ostat­niego powodu do życia? Czy pra­gnie­nie odku­pie­nia niczym się nie różni od pra­gnie­nia śmierci? Czy raczej jest jego dia­me­tral­nym prze­ci­wień­stwem?

Jego uwagę przy­cią­gnęło jakieś odle­głe poru­sze­nie. Ze wschodu zbli­żał się Gorąc, jeden z jego noc­nych noży. Zatem wyko­nał zada­nie. Nie­mniej warto będzie wysłu­chać jego raportu, zanim nadej­dzie wezwa­nie na zbiórkę.

Sier­żant zatrzy­mał się, wspie­ra­jąc dło­nie na bio­drach, i roz­pro­sto­wał plecy. Dwa dni temu wyko­pał kolejny dół, nie­da­leko stąd. Żeby znowu zasy­pać zie­mią zna­jome twa­rze. Dobra­noc wszyst­kim.

* * *

Gorąc zauwa­żył, że jego sier­żant stoi pośród sta­rych gro­bów, i zje­chał ze ścieżki, rusza­jąc w jego stronę. Szcze­rze mówiąc, na­dal myślał o zja­wie. Trudno mu było ode­rwać od niej myśli. Nic w tym rodzaju ni­gdy dotąd go nie spo­tkało. Powi­nien się prze­stra­szyć, ale tak się nie stało. Powi­nien cof­nąć się trwoż­nie przed jej obję­ciami, lecz tego nie zro­bił. Nie­wy­klu­czone też, że ta kamienna głowa, wbita głę­boko w zie­mię - obec­nie ele­ment bru­ko­wa­nego traktu impe­rial­nego - nie miała nic wspól­nego z tajem­ni­czą istotą.

Myślał o żoł­nier­skiej żądzy, o zim­nym bla­sku w oczach, o kło­po­tach, w jakie czę­sto pako­wali się żoł­nie­rze, gdy już odło­żyli miecz. Źró­dłem tych myśli był męż­czy­zna, który cze­kał na niego na skraju cmen­ta­rza. Ktoś, kto zbyt długo już słu­żył w armii, ale nie miał dokąd pójść.

Gorąc ścią­gnął wodze i zsiadł na zie­mię. Następ­nie spę­tał konia i pod­szedł do sier­żanta.

- Było tak, jak myśla­łeś, Trzpień.

- I?

- Sprawa zała­twiona. - Gorąc wzru­szył ramio­nami. - Wła­ści­wie nie musia­łem się wysi­lać. I tak już był bli­ski śmierci. Jedyne, co trzy­mało go przy życiu, to cały ten gniew. Cał­kiem moż­liwe, że pró­bo­wał mi podzię­ko­wać za to, że go zabi­łem, ale nie mógł nic powie­dzieć, bo krew wypeł­niła mu usta.

Trzpień skrzy­wił się i odwró­cił wzrok.

- To bar­dzo pocie­sza­jąca myśl.

- Też mi to przy­szło do głowy - przy­znał bez oporu Gorąc. Po chwili wzru­szył ramio­nami. - Lepiej zapro­wa­dzę konia do stajni. Póź­niej pójdę do namiotu i walnę się spać...

- Jesz­cze nie - prze­rwał mu sier­żant. - Kapi­tan wzywa nas na spo­tka­nie.

- Kurwa, nowe roz­kazy? Dopiero co porząd­nie obe­rwa­li­śmy. Na­dal liżemy rany i igno­ru­jemy puste miej­sca przy stole, kiedy gramy w karty. Niech to chuj, z kom­pa­nii zostały tylko trzy dru­żyny, a oni znowu wysy­łają nas do akcji?

Trzpień wzru­szył ramio­nami.

Gorąc mil­czał przez parę chwil, nie spusz­cza­jąc go z oka. Wresz­cie rozej­rzał się wkoło.

- Od tego miej­sca prze­cho­dzą mnie ciarki. No wiesz, ciała na polu walki to co innego. Wszy­scy je znamy. Taką mamy robotę, więc musimy się do tego przy­zwy­czaić, tak? Ale cmen­ta­rze? Całe poko­le­nia umar­łych, jedne na dru­gich. Zbie­rają się od stu­leci. To przy­gnę­bia­jące.

- Naprawdę? - zapy­tał sier­żant, przy­glą­da­jąc się mu z nie­moż­liwą do odczy­ta­nia miną.

- To pach­nie... Bo ja wiem? Darem­no­ścią?

- A dla­czego nie cią­gło­ścią?

Żoł­nierz zadrżał.

- Jasne. Cią­gło­ścią śmierci. - Zawa­hał się. - Sier­żan­cie, myślisz cza­sem o bogach?

- Nie. A powi­nie­nem?

- No wiesz, czy to oni nas stwo­rzyli? A jeśli tak, to po chuja? A jakby tego było mało, cią­gle mie­szają się w nasze sprawy. Jakby nie mogli nas zosta­wić w spo­koju i pozwo­lić nam żyć po swo­jemu. Jakby byli cho­ler­nymi przy­zwo­it­kami, które nie chcą wyjść z fety. Wyobraź sobie, że poczu­li­ście coś do sie­bie z jakąś ślicz­notką i roz­glą­da­cie się za krza­kami, w któ­rych mogli­by­ście się ukryć, aż tu nagle... - Umilkł, widząc wyraz nie­do­wie­rza­nia na twa­rzy sier­żanta. Potarł twarz i uśmiech­nął się z zaże­no­wa­niem. - Niech mnie Etkar, ależ jestem zmę­czony.

- Odpro­wadź konia do stajni, Gorąc - pole­cił Trzpień. - Może zdą­żysz coś prze­ką­sić, nim zacznie się spo­tka­nie.

- Aha, chęt­nie to zro­bię.

- Gra­tu­luję... uda­nej misji.

Gorąc ski­nął głową i wró­cił do wierz­chowca.

* * *

Słońce było jaśniej­szą plamą bieli na bia­łym nie­bie. Połu­dnie jesz­cze nie nade­szło. W tle było sły­chać szmer wody pły­ną­cej wąskim rowem bie­gną­cym rów­no­le­gle do muru. Kogut pie­jący od świtu nagle wydał z sie­bie zdła­wiony dźwięk, po czym umilkł zło­wrogo.

Cicha Woda patrzyła na potęż­nie zbu­do­wa­nego żoł­nie­rza wkła­da­ją­cego kol­czą koszulę. Jak zwy­kle dłu­gie, brudne włosy plą­tały się w żela­zne ogniwa, co czę­sto koń­czyło się ich wyrwa­niem. Gdy kol­czuga ze szmel­co­wa­nego na nie­bie­sko żelaza pokryła jego pierś, tu i ówdzie ster­czały z niej złote loki. Ni­gdy nawet nie mruk­nął, kiedy to robił, ale ból był wystar­cza­jąco silny, by jego pokryta dzio­bami twarz czer­wie­niała, a nie­bie­skie oczy zacho­dziły łzami.

Kiedy kol­cza koszula spo­częła na jego pochy­łych już ramio­nach, się­gnął po miecz, który miał u pasa. W jakiś spo­sób dłu­gie pasma rzad­kich rudo­blond wło­sów zaplą­tały się rów­nież w oku­cia pochwy mie­cza. Zaci­snął mocno pas, podra­pał się po pła­skim, krzy­wym nosie, ukrad­kiem ocie­ra­jąc łzę spły­wa­jącą z lewego oka, poświę­cił jesz­cze chwilę na strzep­nię­cie brudu z wytar­tych, skó­rza­nych noga­wic i zwró­cił się w stronę kobiety.

- Na kolano Etkara, Foli­bore, idziemy tylko do namiotu dowo­dze­nia. - Wska­zała na cen­tralny plac ape­lowy obo­zo­wi­ska. - Jest tam, gdzie był przed­tem.

- Zawsze uwa­ża­łem, że przy­go­to­wa­nia ratują żoł­nie­rzom życie, Cicha. - Spoj­rzał we wska­za­nym kie­runku. - Poza tym czę­sto naj­bar­dziej zdra­dliwe są te ścieżki, które wydają się łatwe. Czy powin­ni­śmy zawo­łać Koca? Jest w latry­nie.

Cicha Woda się skrzy­wiła. Koc budził w niej nie­po­kój.

- Jak długo już tam sie­dzi?

Foli­bore wzru­szył ramio­nami.

- Ni­gdy nie wia­domo, ile to potrwa.

- Dla­czego? Coś mu dolega?

- Nie. Już ci mówi­łem. Jest w latry­nie. - Prze­rwał na chwilę. - W środku. Wpadł mu tam amu­let, który dostał od babci.

- Ten amu­let z inskryp­cją? Napi­sem "Zabij­cie tego chłopca, nim doro­śnie"? Co to ma być za pamiątka? Wiesz, że Koc ma nie po kolei w gło­wie.

Foli­bore raz jesz­cze wzru­szył ramio­nami z wyraź­nie zaże­no­waną miną.

- Mniej­sza z tym - uspo­ko­iła go Cicha Woda. - Chodźmy. Wąt­pię, by kapi­tan się ucie­szył na widok Koca pokry­tego gów­nem.

Ruszyli w drogę.

- Nie przej­muj się innymi - rzekł jej Foli­bore. - Ja lubię twój natu­ralny dow­cip.

- Co lubisz?

- Twój natu­ralny dow­cip.

Spoj­rzała na niego bez zro­zu­mie­nia. Ciężcy byli dziwni. Dla­czego wła­ści­wie zakute w stal pię­ści każ­dej dru­żyny zacho­wy­wały się tak oso­bli­wie? Miały tylko jedno zada­nie do wyko­na­nia. Rzu­cić się w nad­cią­ga­jący wir walki. Sta­nąć na czele, przy­jąć na sie­bie cię­żar ataku, a potem oddać ciosy. To pro­ste.

- Nawet nie musi­cie umieć czy­tać - stwier­dziła.

- Ty znowu o tym, Cicha? Posłu­chaj, czy­ta­nie nie jest trudne. Liczy się to, co robisz ze sło­wami w swo­jej gło­wie. Zasta­nów się. Dzie­sięć osób może prze­czy­tać te same cho­lerne słowa i zin­ter­pre­to­wać je na dzie­sięć róż­nych spo­so­bów.

- Aha.

- Dla­tego zasady mówią, żeby nie wyda­wać cięż­kim roz­ka­zów na piśmie.

- Bo zbi­jają was z tropu.

- Zga­dza się. Gubimy się w per­mu­ta­cjach, niu­an­sach, wnio­sko­wa­niach i zało­że­niach. To przy­spa­rza nam pro­ble­mów. Co kapi­tan wła­ści­wie miał na myśli, kiedy napi­sał, powiedzmy, "Zała­tw­cie ich"? Kogo mamy zała­twić? Co, jeśli pod­pa­dłem jakie­muś lichwia­rzowi i on obie­cał nagrodę temu, kto mnie zała­twi? Czy w takim przy­padku nie powi­nie­nem się bać? Zakła­da­jąc, że wziął­bym ten roz­kaz do sie­bie, oczy­wi­ście.

Przyj­rzała mu się po raz kolejny. Był sta­now­czo za duży, miał guzo­wate czoło, masywną, kan­cia­stą głowę, dłu­gie, rzad­kie włosy, pła­ską twarz w więk­szej czę­ści poro­śniętą rudą brodą, wielki, zła­many nochal i małe, nie­bie­skie oczka o wyjąt­kowo deli­kat­nych rzę­sach.

- Chcesz powie­dzieć, że to wła­śnie spo­tkało Pierw­szą Dru­żynę? Ciężcy dostali w ręce roz­kazy na piśmie i nim minęła połowa dzwonu, wszy­scy już nie żyli?

- Nie chcę powie­dzieć niczego w tym rodzaju - zaprze­czył. - To po pro­stu jedna z dłu­giej listy moż­li­wo­ści. Zapewne znasz je wszyst­kie lepiej ode mnie.

- A co twoim zda­niem stało się z Pierw­szą, Foli­bore?

- Mnie o to pytasz? Skąd mam wie­dzieć? Skąd kto­kol­wiek miałby to wie­dzieć?

Skrzy­wiła się ze zło­ścią.

- Ktoś wie.

- Cią­gle to powta­rzasz. Posłu­chaj, zapo­mnij o Pierw­szej. Nie żyją. Już po nich. Paskudna sprawa.

- A wła­ści­wie jaka sprawa?

- Paskudna, oczy­wi­ście.

Gdy zbli­żali się do namiotu dowo­dze­nia, zatrzy­mał ich kapral Prze­ką­ska.

- Wła­śnie was szu­ka­łem!

Cicha Woda skrzy­wiła się, gdy Foli­bore obrzu­cił ją zna­czą­cym spoj­rze­niem. Te jego ostrze­że­nia przed łatwymi ścież­kami.

Prze­ką­ska spró­bo­wał zaci­snąć pas, łapiąc się za pokaźne brzu­szy­sko, jakby był zasko­czony, że je ma.

- Gdzie Koc? - zapy­tał. - Będziemy potrze­bo­wali całej dru­żyny. Kapi­tan czeka.

- Jest w latry­nie - wyja­śniła Cicha Woda. - Pływa w szczy­nach i w gów­nie, szu­ka­jąc swo­jego amu­letu.

- Tego, któ­rym zatyka sobie dupę?

- Zga­dłeś - odparła Cicha Woda.

- Tego, który kie­dyś wystrze­lił stam­tąd na słu­pie ognia?

- Naj­lep­szy pło­nący pierd, jaki w życiu widzia­łem. - Foli­bore ski­nął z powagą głową. - Idę o zakład, że na­dal żału­jesz, że cię to omi­nęło.

- Nie użył­bym słowa "żałuję" - sprze­ci­wił się Prze­ką­ska. - W takim razie idź­cie po niego. Oboje, żeby nie mógł się sprze­ci­wiać.

- W takim przy­padku wszy­scy troje się spóź­nimy - zauwa­żył Foli­bore. - Może ponow­nie roz­wa­żył­byś ten roz­kaz, kapralu, bio­rąc pod uwagę, że prze­wi­nie­nie sta­łoby się cięż­sze? Zamiast jed­nego nie­obec­nego żoł­nie­rza nagle byłoby troje. To połowa Czwar­tej Dru­żyny, kapralu.

- Wię­cej niż połowa - dodała Cicha Woda. - Anyx Zyg­zak nikt nie widział od wielu dni.

- Anyx na­dal jest w naszej dru­ży­nie? - zapy­tał Prze­ką­ska, uno­sząc krza­cza­ste brwi. - Myśla­łem, że ją prze­nie­śli.

- Prze­nie­śli? - zdzi­wiła się Cicha Woda.

Brwi się ścią­gnęły.

- Nie zro­bili tego?

- Czy nie przy­słali takiego roz­kazu?

- Nie widzia­łem go. - Kapral roz­po­starł dło­nie. - I nagle się oka­zało, że Anyx Zyg­zak prze­nie­śli!

- Nic dziw­nego, że nikt jej nie widział - dodał Foli­bore.

- Chwi­leczkę, Prze­ką­ska - ode­zwała się Cicha Woda. - Jesteś naszym kapra­lem. Czy nie powinni cię powia­da­miać o wszyst­kich prze­nie­sie­niach i tak dalej? Nie można powie­dzieć, że sier­żant o niczym nas nie infor­muje.

Prze­ką­ska gapił się na nią z nie­do­wie­rza­niem. Jego mię­si­sta twarz poczer­wie­niała.

- Jasne! Tak to wła­śnie wygląda, ty durna cza­row­nico! Ni­gdy nas o niczym nie infor­muje!

- Tak czy ina­czej, to wię­cej niż połowa - nie ustę­po­wała Cicha Woda. - Ciężki ma rację. Kto repre­zen­tuje Czwartą Dru­żynę? Kapral i sier­żant. Reszta kąpie się w pier­do­lo­nej latry­nie. To nie będzie ład­nie pach­niało, gdy zapy­tają sier­żanta, gdzie jest jego dru­żyna, a on będzie mógł tylko wzru­szyć ramio­nami!

- Och, Cicha - ode­zwał się Foli­bore. - Muszę ci powie­dzieć, że śmieję się w duchu.

- Słu­cham?

- Ta nie­winna mina na two­jej słod­kiej twa­rzy. Ach... - dodał, oglą­da­jąc się przez ramię. - Oto i ona.

Cicha Woda i Prze­ką­ska rów­nież się odwró­cili i zoba­czyli Anyx Zyg­zak, zmie­rza­jącą nie­śpiesz­nie w kie­runku namiotu dowo­dze­nia. Kapral wystą­pił z grupy.

- Anyx! Tutaj, do cho­lery!

Nie ruszyła pro­sto w ich stronę, nie­mniej nie zabra­kło jej wiele. Miała bladą twarz, ale Anyx zawsze była blada. Co prawda, spusz­czała wzrok nieco bar­dziej niż zwy­kle. Anyx Zyg­zak od uro­dze­nia była prze­klęta sła­bym zdro­wiem.

- Biedna Anyx - stwier­dziła Cicha Woda, gdy kobieta pode­szła bli­żej.

- Czemu mia­ła­bym być biedna? - obru­szyła się Anyx. - Dla­czego wszy­scy na mnie patrzy­cie?

- Kapral Prze­ką­ska mówił, że cię prze­nie­śli - wyja­śnił Foli­bore.

- Naprawdę? Och, dzięki bogom.

- Nie - wark­nął Prze­ką­ska. - Ni­gdzie cię nie prze­nie­śli, do cho­lery. Po pro­stu zgu­bi­łaś się na kilka dni.

- Nie­prawda. Cały czas wie­dzia­łam, gdzie jestem. Posłu­chaj, czy kazano Nie­do­bi­tej Kom­pa­nii się zebrać?

- Nie lubimy tej nazwy - oznaj­mił Prze­ką­ska.

- Kto to są my? - zapy­tała Anyx. - Z pew­no­ścią nie ci, któ­rzy tak nas nazy­wają. To by zna­czyło pra­wie wszy­scy, kapralu.

Ich roz­mowę prze­rwał sier­żant Krzywe Wier­tło, wycho­dząc z namiotu dowo­dze­nia.

- Wszy­scy są obecni, sier­żan­cie - ode­zwał się nagle pode­ner­wo­wany Prze­ką­ska. - Poza Kocem, który sra amu­le­tami w latry­nie. To zna­czy...

- Cho­dzi mu o to, że Koc ugrzązł w sra­czu na dłu­żej - prze­rwała mu miło­sier­nie Cicha Woda.

- Och - rzekł Foli­bore. - Kocham cię, Cicha.

- Słu­cham? - burk­nęła. - O czym to mówi­łam? - Ponow­nie spoj­rzała na Krzywe Wier­tło. - Rzecz w tym, sier­żan­cie, że nie­obec­ność Koca nie jest żadną stratą dla tego spo­tka­nia, bo bez amu­letu i tak nie potrafi gwiz­dać tył­kiem.

- Kapi­ta­nowi to nie zaim­po­no­wało - zaczęła Anyx.

Chrząk­nię­cie sier­żanta uci­szyło ją i pozo­sta­łych żoł­nie­rzy z Czwar­tej Dru­żyny. Wszy­scy gapili się na sier­żanta, który z kolei spo­glą­dał na w prze­wa­ża­ją­cej czę­ści białe niebo. Po chwili zamknął łagodne piwne oczy i uszczyp­nął się w wielki nochal. Następ­nie odwró­cił się i ruszył z powro­tem do namiotu dowo­dze­nia, lek­kim ski­nie­niem naka­zu­jąc im podą­żyć za sobą.

Cicha Woda wymie­rzyła Prze­ką­sce szyb­kiego sztur­chańca w bark.

- Za nim, idioto. Wszystko będzie dobrze.

* * *

W namio­cie dowo­dze­nia pano­wał ścisk. Ponie­waż jed­nak zja­wili się wszy­scy żoł­nie­rze Dru­giej Kom­pa­nii Czter­na­stego Legionu, poza tylko jed­nym, powinno być tu znacz­nie tłocz­niej. Wła­ści­wie to nie powinno być szans, by się tu zmie­ścili. Cicha Woda spró­bo­wała sobie wyobra­zić dwa­na­ście dru­żyn wepchnię­tych do namiotu. Musiała powstrzy­mać uśmiech, gdy prze­su­nęła się pod bre­zen­tową ścianę, by się o nią oprzeć, jak miała w zwy­czaju. Nie powinna się uśmie­chać, bio­rąc pod uwagę nie­wielką liczeb­ność kom­pa­nii. Bar­dzo wielu twa­rzy ni­gdy już nie zoba­czy.

Przez krótką chwilę zasta­na­wiała się, co wła­ści­wie jest z nią nie tak. Nastroje były bar­dzo kiep­skie. Nic w tym dziw­nego. Kapi­ta­nowi zostały tylko trzy nie­pełne dru­żyny, przy­naj­mniej do chwili przy­by­cia nowych rekru­tów. A kiedy będzie to moż­liwe? Zapewne ni­gdy. Powinna też myśleć o pole­głych przy­ja­cio­łach. Na tym wła­śnie pole­gał pro­blem. Ni­gdy o nich nie myślała, ponie­waż nie żyli.

Skrzy­żo­wała ramiona na pier­siach, patrząc, jak kapi­tan prze­suwa wzro­kiem po pier­ście­niu żoł­nie­rzy pie­choty mor­skiej. Za chwilę wsta­nie i zacznie mówić. Wtedy wszy­scy, któ­rzy ni­gdy go nie spo­tkali i znali go tylko z imie­nia, będą gapić się nań ze zdu­mie­niem.

Kapi­tan nosił to imię od uro­dze­nia. Nie było innej moż­li­wo­ści. Nawet od dawna nie­ży­jący Wyłam Ząb nie potra­fiłby wymy­ślić takiego prze­zwi­ska. Nie dla tego czło­wieka. Było zbyt idio­tyczne, by dało się to pojąć. Przy­glą­dała mu się uważ­nie. Spraw­dził stan lawen­do­wej jedwab­nej koszuli, popra­wił man­kiety, a następ­nie przyj­rzał się cien­kim skó­rza­nym ręka­wicz­kom osła­nia­ją­cym dłu­gie, cien­kie palce. Nagle zerwał się ze stołka szyb­kim, płyn­nym ruchem, uniósł lewą dłoń do ucha i zatrze­po­tał pal­cami. Czer­wone wargi na uma­lo­wa­nej, bla­dej jak śmierć twa­rzy roz­cią­gnęły się w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Witaj­cie, naj­drożsi żoł­nie­rze.

Tak jest, panie i pano­wie, to jest Mruk, nasz uko­chany kapi­tan.

* * *

Cał­kiem Spłu­kana trzy­mała się tak daleko od swego sier­żanta, jak to tylko było moż­liwe. Mię­dzy nią a nim stali Gorąc, Ben­ger i kapral Mor­rut. Wepchnę­łaby tam rów­nież Powiedz Nie, ale ona była lewo­ręczna, zawsze wal­czyła u lewego boku Spłu­ka­nej i nic nie mogło zmie­nić jej przy­zwy­cza­jeń.

Nie cho­dziło o to, że nie lubiła sier­żanta albo mu nie ufała. Nic z tych rze­czy. Cho­dziło o to, że śmier­dział. A wła­ści­wie nie on sam, tylko jego koszula.

Sły­szała pogło­ski, że Trzpień jest ostat­nim żyją­cym Pod­pa­la­czem Mostów, ale wąt­piła, by kie­dy­kol­wiek słu­żył w tej osła­wio­nej jed­no­stce. Takie plotki zawsze powta­rzano o żoł­nier­zach cechu­ją­cych się szcze­gól­nym sto­sun­kiem do służby. Ludzie tego potrze­bo­wali. Zwłasz­cza mala­zań­scy żoł­nie­rze.

Nie­sa­mo­wite alu­zje, oso­bliwe tajem­nice, powta­rzane szep­tem opo­wie­ści o samot­nej postaci, która wędro­wała ciemną nocą wokół obozu, roz­ma­wia­jąc z Koń­skimi Duchami Kom­pa­nii Śmierci. Z samym Sui Etka­rem, chro­mym straż­ni­kiem Bramy Śmierci.

Ludzie twier­dzili, że tylko ostatni żyjący Pod­pa­lacz Mostów mógłby się obra­cać w takim towa­rzy­stwie. Sta­rzy przy­ja­ciele, od dawna nie­ży­jący, ich ciała rzad­kie jak mgła, a konie pokryte szro­nem. Towa­rzy­sze broni na­dal zbru­kani krwią swo­jej śmierci, prze­rzu­ca­jący się żar­tami z sier­żan­tem we wło­sie­nicy cuch­ną­cej tru­pem.

Ona jed­nak ni­gdy nie widziała, by Trzpień wałę­sał się po polach, gada­jąc z duchami. A jego wło­sien­nica śmier­działa tru­pem, ponie­waż zro­bił ją z wło­sów matki albo może babci. To jed­nak rów­nież mógł być wymysł. Kto chciałby nosić coś takiego? Trzpień cza­sami zacho­wy­wał się dziw­nie, ale nie był sza­leń­cem. Z dru­giej strony ta wło­sien­nica skądś się wzięła. Była czę­ściowo siwa, czę­ściowo czarna i zmię­to­szona. Nie­wy­klu­czone, że rze­czy­wi­ście zro­biono ją z wło­sów sta­rej kobiety.

Cóż jed­nak za poży­tek z takich wyja­śnień? Wie­dza o pocho­dze­niu koszuli nie zmieni jej smrodu. Co wię­cej, Pod­pa­la­cze Mostów mieli ponoć tatu­aże na czo­łach - pło­nące mosty oczy­wi­ście - a na wyso­kim czole Trzpie­nia wid­niały tylko dzioby, które mogły się wziąć skąd­kol­wiek. Jakaś cho­roba w dzie­ciń­stwie wyda­wała się znacz­nie praw­do­po­dob­niej­szą przy­czyną niż amu­ni­cja Moran­thów. Zresztą od dzie­się­ciu lat takiej amu­ni­cji ni­gdzie nie widziano.

Pod­pa­la­cze Mostów, Łowcy Kości, Wrony Col­ta­ine'a. W swej histo­rii Impe­rium Mala­zań­skie stra­ciło wiele armii. Wszy­scy zgi­nęli, ale o nich nie zapo­mniano. Na tym wła­śnie pole­gał pro­blem. Umarli potrze­bo­wali zapo­mnie­nia, ale, jak powta­rzała Powiedz Nie, pamięć to jedno, a powód, dla któ­rego się pamięta, to coś cał­kiem innego.

Zer­k­nęła na ciężką, zawsze sto­jącą po jej lewej stro­nie. Powiedz Nie odwza­jem­niła jej spoj­rze­nie i wzru­szyła ramio­nami.

Rze­czy­wi­ście zawsze tak mówiła, ale co to wła­ści­wie zna­czyło, na wszyst­kie czarne pióra świata?

Kapi­tan Mruk zakoń­czył przy­go­to­wa­nia i wstał.

* * *

Deli­katny i Ten Gło­śny z Dru­giej Dru­żyny posta­no­wili usiąść na tej samej ławce. Trudno im było się na niej zmie­ścić, bo obaj byli potęż­nymi męż­czy­znami, ale żaden nie zamie­rzał się posu­nąć. Toczyli tyta­niczny bój w pozy­cji sie­dzą­cej. Obaj napie­rali na prze­ciw­nika bar­kami, bio­drami i udami, pró­bu­jąc zepchnąć go z ławki.

Oddy­chali coraz gło­śniej, świsz­cząc przez noz­drza. Ławka skrzy­piała pod ich cię­ża­rem. Nie patrzyli na sie­bie nawza­jem. To niczemu by nie słu­żyło. Nawet ich twa­rze były podobne - spo­kojne, fleg­ma­tyczne, nazna­czone bli­znami i bro­date. Mieli też małe oczka, pła­skie nosy i usta naj­wy­raź­niej nie­zdolne do uśmie­chu.

Smu­tas stał nie­mal w zasięgu ręki Tego Gło­śnego, nieco za resztą dru­żyny Shrake. Przy­glą­dał się z uwagą ich rywa­li­za­cji. Prze­nie­siono go z Pierw­szej Kom­pa­nii, gdy nie­do­bitki roz­dzie­lano mię­dzy dru­żyny Dru­giej. Przed­tem był żoł­nie­rzem regu­lar­nej pie­choty w Sie­dem­na­stej Armii, aż do chwili, gdy wybuchł bunt w Gris, który stłu­miono kosz­tem życia połowy żoł­nie­rzy cho­ler­nego legionu. Smu­tas miał talent do prze­trwa­nia, który prze­stał być czymś korzyst­nym. Ota­czała go sława kogoś, kto zosta­wia za sobą spu­sto­sze­nie. Nic dziw­nego, że jakoś nie mógł się docze­kać miłego przy­wi­ta­nia w nowej dru­ży­nie.

W walce z Bal­kiem spi­sał się jed­nak nie­źle. To przy­naj­mniej świad­czyło na jego korzyść. Nie spo­sób było wąt­pić w jego odwagę. Zdo­łał nawet zatrzy­mać tar­czą włócz­nię wymie­rzoną w pierś kaprala Pod­wo­zia, czym zasłu­żył na jego podzię­ko­wa­nie pod posta­cią nie­chęt­nego ski­nie­nia głową. Chyba że kapral po pro­stu opu­ścił wzrok, żeby się upew­nić, czy nie został ranny.

Tak czy ina­czej, więk­szą część roboty wyko­nała dwójka cięż­kich. Oka­zało się, że Deli­katny i Ten Gło­śny są skłonni do rywa­li­za­cji, zwłasz­cza pod­czas bitwy. W grun­cie rze­czy Smu­tas zaczy­nał sobie uświa­da­miać, że ta rywa­li­za­cja prze­kro­czyła gra­nice pato­lo­gii, prze­ra­dza­jąc się w gorącą nie­na­wiść. Dwaj męż­czyźni nie odzy­wali się do sie­bie ani sło­wem. Ni­gdy na sie­bie nie patrzyli. Nie jedli razem w kan­ty­nie. A mimo to zawsze byli bli­sko sie­bie, pil­nu­jąc, by prze­ciw­nik nie zdo­był prze­wagi.

Smu­tas pomy­ślał, że kogoś mniej pecho­wego mogłoby to śmie­szyć. W nim nie­usta­jąca walka mię­dzy dwoma cięż­kimi budziła coś w rodzaju cho­ro­bli­wej fascy­na­cji. W tej chwili nie mógł się docze­kać, kiedy ławka pod nimi się roz­leci.

* * *

- Nie­stety, w każ­dej oko­licy można spo­tkać ban­dy­tów - oznaj­mił Mruk, zakoń­czyw­szy cie­płe przy­wi­ta­nie. Następ­nie uniósł ręce, by powstrzy­mać sprze­ciwy, mimo że Cicha Woda nie zauwa­żyła, by kto­kol­wiek miał zamiar je zgła­szać. - Wiem, kochani, wiem! Jak czę­sto zda­rzają się ban­dyci, któ­rzy są w sta­nie wysta­wić oddział rów­na­jący się w prak­tyce kom­pa­nii dobrze wyekwi­po­wa­nych, świet­nie wyszko­lo­nych i nad­zwy­czaj­nie zdy­scy­pli­no­wa­nych żoł­nie­rzy? Nie­mniej pięść ostat­niej nocy ponow­nie mnie zapew­niła, że raporty zwia­dow­ców nic nie wspo­mi­nały o impo­nu­ją­cej sile oddziału Balka. - Prze­rwał, by przyj­rzeć się ota­cza­ją­cym go twa­rzom. - Dla­tego nasza kom­pa­nia zapła­ciła bar­dzo wysoką cenę za poko­na­nie go.

- Wcale go nie poko­na­li­śmy - sprze­ci­wiła się sier­żant Shrake z Dru­giej Dru­żyny, pocią­ga­jąc się za jedyny kosmyk dłu­gich, czar­nych wło­sów. Jej leniwe spoj­rze­nie skie­ro­wało się na Trzpie­nia. - Nikogo z nas nie byłoby tutaj, gdy­by­śmy nie poj­mali samego Balka, a jego żoł­nie­rze nie wyka­za­liby się zaska­ku­jącą lojal­no­ścią, odkła­da­jąc broń, gdy Trzpień przy­sta­wił mu nóż do gar­dła.

- Shrake, zapew­niam, że wła­śnie mia­łem przejść do pochwa­le­nia Trze­ciej Dru­żyny za impo­nu­jący wyczyn, jakim było poj­ma­nie herszta ban­dy­tów - odparł z uśmie­chem Mruk.

- To od początku był twój plan, kapi­ta­nie - ode­zwał się kapral Mor­rut, jak zwy­kle zaj­mu­jący pozy­cję obok swo­jego sier­żanta. - Trzpień zawsze powta­rza, że trzeba uzna­wać zasługi innych.

- Mówiąc ści­ślej, cho­dziło o ucię­cie głowy węża - odparł Mruk. Pomimo swych eks­cen­trycz­nych zacho­wań nie lubił się prze­chwa­lać.

- Chyba nie ują­łeś tego zbyt szczę­śli­wie - zauwa­żyła Cicha Woda.

- Ponie­waż było oczy­wi­ste, że zastępcy Balka będą w sta­nie kon­ty­nu­ować walkę, jego śmierć nie popra­wi­łaby zbyt­nio sytu­acji. - Nato­miast... - ponow­nie uniósł lewą dłoń do ucha - ...słowa Trzpie­nia, który zagro­ził, że go zabije, ale tego nie zro­bił, wywo­łały nad­zwy­czaj dobro­czynny sku­tek. Krótko mówiąc, moi dro­dzy, mie­li­śmy kurew­skiego farta.

Tym razem wszy­scy poki­wali gło­wami.

* * *

Cicha Woda z reguły nosiła podartą apaszkę, pas nie­bar­wio­nego płótna, któ­rym nie­gdyś owią­zano oczy trupa. Trup go nie potrze­bo­wał, bo w kryp­cie i tak było ciemno, nawet jeśli przez szcze­liny mię­dzy kamie­niami kur­hanu do środka wni­kała odro­bina dzien­nego świa­tła. Zresztą umarli nie potrze­bo­wali oczu, żeby widzieć, nie było więc sensu ich prze­wią­zy­wać. Miała talent do logicz­nego myśle­nia.

Przy­po­mniała sobie, że w kur­ha­nie towa­rzy­szył jej stary kum­pel Bre­noch. Pro­blem z ogra­bia­niem krypt i innymi tego typu czyn­no­ściami pole­gał na tym, że zawsze się oka­zy­wało, że inny rabuś dotarł tam wcze­śniej. W nie­któ­rych oko­li­cach rabo­wa­nie gro­bów było zbrod­nią karaną śmier­cią. Cicha Woda była za tym, zwłasz­cza jeśli dzięki temu miała szansę choć raz zna­leźć cho­lerny kur­han, któ­rego ktoś nie splą­dro­wał przed nią.

Bre­noch roz­gar­niał nogą jakieś śmieci przy końcu krypty, gdzie kopu­la­sty sufit opa­dał. Nagle oznaj­mił, że coś zauwa­żył. Pozwo­liła mu się tym zająć. Sama zatrzy­mała się z satys­fak­cją przy otwar­tym sar­ko­fagu, patrząc na ślady łomu na wapien­nym obrzeżu. Skur­wy­syń­ski zło­dziej, który ich wyprze­dził, pod­wa­żył pokrywę i zrzu­cił ją po dru­giej stro­nie, gdzie się roz­trza­skała. Ten szcze­gół był inte­re­su­jący tylko dla­tego, że przy­po­mniał jej, że kiedy następ­nym razem wedrą się do kur­hanu, powinni przy­nieść ze sobą parę łomów. Powo­dem jej zado­wo­le­nia było zmu­mi­fi­ko­wane ciało cza­row­nicy oraz ładne płótno, któ­rym je nakryto.

Więk­szość rabu­siów była męż­czy­znami, a męż­czyźni nie znali się na ład­nych rze­czach. Nawet jeśli płó­cienne całuny były pokryte okrusz­kami wyschnię­tej skóry oraz pla­mami tajem­ni­czego płynu, który wycieka z umar­łych - jej matka nazy­wała go "mio­dem Kap­tura" - płótno pozo­sta­wało płót­nem, a płótno jest ładne.

Dla­tego Cicha Woda zdjęła pas tka­niny z oczu trupa i w ten spo­sób zna­la­zła dwie złote monety, które leżały pod spodem zgrab­nie wci­śnięte w oczo­doły. Szybko je ukryła, ale Bre­noch coś zauwa­żył i zro­bił się podejrz­liwy. W końcu powie­działa mu o mone­tach, bo miała już dość jego uty­ski­wa­nia. Wściekł się, potem opa­no­wała go zazdrość, a wresz­cie chci­wość. Na koniec musiała go zabić, bo ukradł te cho­lerne monety, nawet jeśli zapew­niał, że tego nie zro­bił. Biedny Bre­noch dołą­czył do dłu­giej listy jej byłych kum­pli.

Obec­nie Cicha Woda nosiła tę apaszkę po to, by ukryć sznur wyta­tu­owany na jej szyi. Nie­któ­rzy mogliby błęd­nie uznać go za pętlę, co było głu­pie, bo tatu­owa­nie sobie pętli było pro­sze­niem się o kło­poty. Nato­miast złoty sznur gru­bo­ści palca, ota­cza­jący szyję i nie­ma­jący początku ani końca, sym­bo­li­zo­wał jej zawód oraz goto­wość zabi­cia tylu ludzi, ilu będzie trzeba. To było ele­ganc­kie.

Z zaję­ciem skry­to­bójcy łączyło się pewne ryzyko. Nie zde­cy­do­wa­łaby się na ten zawód, gdyby nie jej noc obja­wie­nia. Który ze sta­rych kum­pli to był? Aha, Fil­bin. Znał tro­chę cza­ro­dziej­skich sztu­czek. To była Rashan, słodka magia cieni. Gdy w wol­nej chwili pró­bo­wał nauczyć ją paru rze­czy, nagle coś sobie uświa­do­miła.

Moim patro­nem jest Koty­lion. Pan Skry­to­bój­ców. Ale chwi­leczkę, on był tylko połową cało­ści, czyż nie tak? On i Tron Cie­nia wspól­nie stwo­rzyli impe­rium. Szty­let i magia. Złą­czone w jedno. Sznur i Cień. Ale dla­czego to mia­łoby być dwóch ludzi? Mag­skry­to­bójca! Czemu nikt przed­tem na to nie wpadł?

Będzie pierw­sza. Pierw­sza i naj­lep­sza. Nauczy się wszyst­kiego od Fil­bina, zanim... No cóż, biedny Fil­bin.

Klu­czem było zacho­wa­nie magii w tajem­nicy. Dla­tego tatuaż był uży­teczny, choć w pierw­szej chwili mógł się wyda­wać idio­tyczny. Wyobraź­cie sobie kogoś, kto otwar­cie ogła­sza, że czci Pana Skry­to­bój­ców! Któż zro­biłby coś takiego? Ona by zro­biła, zwłasz­cza że to była bar­dzo uży­teczna zmyłka.

Jeśli wiesz, że ktoś jest zabójcą i może cię zała­twić, sku­piasz się na środ­kach obrony przed skry­to­bój­czymi zama­chami, a to otwiera ścieżkę przed magią cie­nia. Nim zdą­żysz się zorien­to­wać, wyjdę z cie­nia, który rzu­casz, i ciach­ciach­ciach!

Krzywe Wier­tło wie­dział, jak cenna jest Cicha Woda, i wyko­rzy­sty­wał ją odpo­wied­nio. Ni­gdy nie pytał, dla­czego zacią­gnęła się do mala­zań­skiej pie­choty mor­skiej, pod­czas gdy mogła żyć dys­kret­nie i w dostatku, w któ­rymś z wiel­kich miast impe­rium, przyj­mu­jąc kon­trakty od wiecz­nie odda­ją­cej się wen­de­tom szlachty. Mogła ubie­rać się w jedwa­bie i dbać o to, by jej kru­czo­czarne włosy były dłu­gie, czy­ste i błysz­czące. Co wię­cej, umiała być zmy­słowa, a przy­naj­mniej była pewna, że to umie, ale w pie­cho­cie mor­skiej nie było zapo­trze­bo­wa­nia na zmy­sło­wość. Nikt ni­gdy nie oka­zał jej zain­te­re­so­wa­nia.

Zda­rzało się już, że w pie­cho­cie mor­skiej słu­żyli skry­to­bójcy. Moczy­gęba, Lurvin Wodne Dziecko i Kalam Mekhar. Prę­dzej czy póź­niej trzeba było wyko­nać nocną robotę i Krzywe Wier­tło zle­cał ją jej.

Nosiła apaszkę z uwagi na skrom­ność, a także dla­tego, że nie chciała stra­szyć innych żoł­nie­rzy. Wszy­scy wie­dzieli o jej tatu­ażu, ale z jakie­goś powodu ten widok przy­pra­wiał ich o dresz­cze. Chyba że to nie tatuaż spra­wiał, że robili się dziw­nie ner­wowi, gdy spoj­rzeli na jej szyję, lecz dwie bliź­nia­cze plamy z miodu Kap­tura na apaszce, wyglą­da­jące jak oczy. Oczy­wi­ście nie mogły nimi być. Nawet umarli nie potra­fili patrzeć przez złote monety, nie­praw­daż?

Zawsze się zasta­na­wiała, gdzie Bre­noch ukrył te monety. Pew­nie je połknął. Szkoda, że wtedy o tym nie pomy­ślała. Mogłaby roz­pruć mu brzuch i je odzy­skać.

* * *

- To nie było zbyt zabawne - poskar­żył się Prze­ką­ska, gdy wra­cali do nie­wiel­kiego kręgu namio­tów nale­żą­cych do ich dru­żyny. W kosza­rach było mnó­stwo miej­sca, ale nikt z oca­la­łych nie chciał spać tam, gdzie nie sły­szało się niczego poza echami pustki.

- Ni­gdy nie jest - skwi­to­wała Anyx Zyg­zak. - Srebrne Jezioro. Czy nie tam wybu­chło powsta­nie Teblo­rów? Sły­sza­łam, że spło­nęła wtedy połowa mia­steczka, a wraz z han­dlem nie­wol­ni­kami skoń­czył się dopływ pie­nię­dzy. Czemu mie­liby nas tam potrze­bo­wać?

- Roz­kazy są skom­pli­ko­wane - odparł Foli­bore. Cicha Woda zer­k­nęła na niego i zauwa­żyła, że zmarsz­czył czoło.

- Nie są - sprze­ci­wiła się. - Mamy wzmoc­nić tam­tej­szy gar­ni­zon. Bez­ter­mi­nowo.

Ciężki pokrę­cił głową.

- W tym wła­śnie pro­blem. Jak długo trwa "bez­ter­mi­nowo"? Możemy tam się zesta­rzeć, mar­no­wać lata, aż umrzemy i pocho­wają nas w okrop­nym kopcu. No wiesz, zimy nad polo­dow­co­wym jezio­rem są surowe. Umar­łym i tak zawsze jest zimno, po co dodat­kowo pogar­szać sprawę? To mi się nie podoba. Poza tym uwa­żam, że kapi­tan nie wyra­ził się wystar­cza­jąco pre­cy­zyj­nie. Podobno gar­ni­zon prze­rze­dzili nie­wol­nicy. Ilu żoł­nie­rzy zostało? Sied­miu? Mówiąc ści­śle, to oni wzmoc­nią nas, a nie my ich.

Ich sier­żant szedł kilka kro­ków przed nimi, ale jak zwy­kle nie pró­bo­wał niczego wyja­śniać.

- Jedziemy na pół­noc, nad Srebrne Jezioro, Foli­bore - nie ustę­po­wał Prze­ką­ska. - To wszystko, co potrze­bu­jesz wie­dzieć.

- W takim razie dla­czego Mruk popro­sił Trzpie­nia, żeby zacze­kał? Chciał z nim poroz­ma­wiać w cztery oczy? W tym kryją się impli­ka­cje, można z tego wycią­gnąć wnio­ski.

- Trzpień to Trzpień - odparła Anyx Zyg­zak, jakby to wszystko wyja­śniało.

Foli­bore przyj­rzał się jej uważ­nie, ale nic nie powie­dział.

Gdy przy­byli do obozu, poło­żo­nego tuż za zachod­nim murem fortu, Koc był przy ogni­sku. Goto­wał her­batę. Anyx zakrztu­siła się gło­śno i wyco­fała do namiotu. Krzywe Wier­tło zro­bił to samo, tylko bez krztu­sze­nia. Znik­nął w namio­cie bez słowa. Prze­ką­ska poszedł po swój bla­szany kubek, ale prze­cho­dząc obok Koca, naj­wy­raź­niej zmie­nił zda­nie i ruszył do poło­żo­nej nie­da­leko "Gospody Kupiec­kiej", zasła­nia­jąc usta i nos.

Foli­bore usiadł na kło­dzie obok dru­giego cięż­kiego.

- Śmier­dzisz, Koc.

- Ale to trium­falny smród.

- To zna­czy, że go zna­la­złeś?

- Zdu­miał­byś się, co można zna­leźć, kiedy bro­dzi się z sitem w rękach po kolana w gów­nie i szczy­nach.

- Z sitem? - zdzi­wiła się Cicha Woda, trzy­ma­jąc się na dystans. - Skąd wzią­łeś sito?

- Poży­czy­łem od Gli­nia­nego Tale­rza - odpo­wie­dział Koc.

- A czy on o tym wie?

- Nie musi. Już mu je odda­łem.

W tej samej chwili usły­szeli ryk wście­kło­ści, dobie­ga­jący od obo­zo­wi­ska Dru­giej Dru­żyny. Troje żoł­nie­rzy spoj­rzało w tam­tym kie­runku, ale tylko na jakieś ude­rze­nie serca.

- Jak rozu­miem, nie wyczy­ści­łeś go - zauwa­żyła Cicha Woda.

- Czy wyglą­dam na czy­stego?

- W for­cie jest stud­nia.

- Nie dopu­ści­liby mnie do niej. Gar­ni­zo­nowi war­tow­nicy nas nie lubią.

Her­bata była gotowa. Foli­bore wycią­gnął kubek, a Koc wyka­zał się dobrymi manie­rami, wypeł­nia­jąc go przed wła­snym. Podobne gesty były dziwne. Cicha Woda nie ufała dobrze wycho­wa­nym ludziom. Tak­tow­nym, miłym i pomoc­nym. Co było z nimi nie w porządku? Na pewno coś. Była tego pewna.

- Dosta­li­śmy nowe roz­kazy - oznaj­mił Foli­bore, dmu­cha­jąc na her­batę. - Srebrne Jezioro.

- To nie­po­ko­jące - stwier­dził Koc.

- Wiem - zgo­dził się drugi ciężki. - Mówi­łem im, ale nikt nie chciał mnie słu­chać. A kapi­tan zatrzy­mał Trzpie­nia, żeby poroz­ma­wiać z nim na osob­no­ści.

- To jesz­cze gorzej.

- Tak wła­śnie powie­dzia­łem.

Koc wydął uma­zane gów­nem policzki.

- Srebrne Jezioro. Tam Bóg o Roz­trza­ska­nym Obli­czu po raz pierw­szy starł się z impe­rium.

- Co takiego? - zdu­miała się Cicha Woda.

- Też chcia­łem o tym wspo­mnieć, ale i tak nikt mnie nie słu­chał - oznaj­mił Foli­bore.

- Koc... - Cicha Woda zro­biła krok w jego stronę, ale zaraz się cof­nęła. - Co przed chwilą powie­dzia­łeś?

- Bóg o Roz...

- Masz na myśli Tobla­kai. Ale on wyło­nił się z popio­łów rebe­lii sha'ik. W Sied­miu Mia­stach na Raraku, nie nad pier­do­lo­nym Srebr­nym Jezio­rem.

- Nad Srebr­nym Jezio­rem - upie­rał się Koc. - To było jesz­cze przed Raraku. Nie jest też praw­dzi­wym Tobla­kai, tylko Teblo­rem. To zgraja ciem­nych, upa­dłych dzi­ku­sów, miesz­ka­ją­cych w górach na pół­noc od jeziora. Pamię­tasz opo­wieść o Ataku Idio­tów? Trzech Teblo­rów pró­bo­wało zdo­być gar­ni­zo­nowe mia­sto. To było nad Srebr­nym Jezio­rem.

- Naprawdę? Myśla­łam, że w Sto­pie Nosi­ciela.

- Stopa Nosi­ciela jesz­cze wtedy nie ist­niała - wyja­śnił Koc. - Osad­nicy docie­rali tylko do Srebr­nego Jeziora. - Tam wła­śnie wyda­rzył się Atak Idio­tów, Cicha. Dowo­dził nim ten, kto póź­niej został Bogiem o Roz­trza­ska­nym Obli­czu.

- Omeny... - mam­ro­tał Foli­bore w prze­rwach mię­dzy siorb­nię­ciami. - Per­mu­ta­cje... impli­ka­cje... tajem­nice poru­sza­jące się pod zwod­ni­czo spo­kojną taflą.

- Jeden z tych trzech myślał, że jest psem.

Cicha Woda spoj­rzała na niego ze zdzi­wie­niem.

- A co to wła­ści­wie zna­czy?

- Trudno wyczuć - odparł Koc, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Ale coś z pew­no­ścią zna­czy - dodał Foli­bore.

Obaj męż­czyźni poki­wali gło­wami i wró­cili do picia her­baty.

Cicha Woda potrzą­snęła głową.

- Myśla­łam, że Atak Idio­tów wyda­rzył się, bo ja wiem, ze sto lat temu. Z pew­no­ścią nie w Sto­pie Nosi­ciela, bo, jak mówisz, to nowa osada - dodała. - Ma dopiero dzie­sięć lat. Nie wiem, dla­czego myśla­łam, że to było tam, skoro uwa­żam, że było sto lat temu. Ale z dru­giej strony nie wiem zbyt wiele o pół­noc­nych osa­dach, prawda?

- Naj­wy­raź­niej nie wiesz - zgo­dził się Koc.

Skrzy­wiła się.

- Nie musisz mi tego tak wypo­mi­nać. Rzecz w tym, że ni­gdy nie łączy­łam Tobla­kai z Ata­kiem Idio­tów. Ani w ogóle z niczym na Gena­bac­kis. Mówisz, że jest Teblo­rem? Z któ­rego klanu? Z Suny­dów czy z Rathy­dów?

- Z żad­nego z nich - odpo­wie­dział Foli­bore, uno­sząc kubek, by nalano mu wię­cej her­baty. Koc speł­nił jego prośbę. - Dalej na pół­nocy, wysoko w górach, miesz­kają inne klany. Suny­dów i Rathy­dów prze­rze­dzili han­dla­rze nie­wol­ni­kami, choć oka­zało się, że tro­chę ich jesz­cze zostało. Powsta­nie było w rze­czy­wi­sto­ści wyzwo­le­niem przez krew­nia­ków. Jeśli mam zga­dy­wać, prze­no­szą nas do Srebr­nego Jeziora, bo coś pod­eks­cy­to­wało Teblo­rów. Po raz kolejny.

- Tym razem pod­eks­cy­to­wał ich Bóg o Roz­trza­ska­nym Obli­czu - zasu­ge­ro­wał Koc.

- Słu­cham? On tu jest?

- Nie, Cicha, nie ma go tu. - Śmier­dzący ciężki zmarsz­czył brwi. - Przy­naj­mniej nic o tym nie sły­sza­łem. - Ale z dru­giej strony, kto wie, gdzie krążą bogo­wie i czym się zaj­mują?

- Bóg o Roz­trza­ska­nym Obli­czu mieszka w cha­cie pod Daru­dży­sta­nem - oznaj­mił Foli­bore.

Cicha Woda spoj­rzała na niego ze zdu­mie­niem.

- Naprawdę? A po co, do chuja? Co wła­ści­wie tam robi?

- Nikt tego nie wie - odpo­wie­dział Foli­bore. - Nie ruszył się stam­tąd od lat. Mówią, że nie przyj­muje Ascen­den­cji. Że bije swo­ich wyznaw­ców, gdy tylko jacyś się zja­wią. Wiesz, jaki sku­tek to wywo­łuje? Zwa­bia kolej­nych czci­cieli. Wiem, to nie ma sensu. Nic, co robimy, ni­gdy go nie miało. I ni­gdy nie będzie miało. Możesz kogoś prze­gnać. Ale on następ­nego dnia wróci z kil­koma kum­plami.

Męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami.

- Jestem pewien, że kult upo­wszech­nił się już wśród Teblo­rów - dodał Koc.

- Och - wyszep­tał Foli­bore. - Masz rację.

Poły namiotu Anyx Zyg­zak poru­szyły się gło­śno . Kobieta wysta­wiła głowę na zewnątrz.

- Mogli­by­ście się wresz­cie zamknąć? Chcę się tro­chę prze­spać.

- Jest śro­dek dnia, Anyx! - wark­nęła Cicha Woda. - W tym namio­cie musi być cho­ler­nie gorąco!

- Dla­tego chcia­łam, żeby­śmy roz­bili obóz po wschod­niej stro­nie fortu.

- Wtedy słońce świe­ci­łoby na nas o świ­cie i budzi­li­by­śmy się spo­ceni. Mówi­li­śmy ci o tym.

- A ja wam mówi­łam, że zawsze wcze­śnie wstaję!

- To roz­bij namiot po dru­giej stro­nie!

- Może wła­śnie tak zro­bię! - odpo­wie­działa i scho­wała głowę.

Na parę chwil zapa­dła cisza.

- Zna­la­złeś wresz­cie bez­pieczne miej­sce dla amu­letu? - zapy­tała wresz­cie Koca Cicha Woda.

- Chcesz zoba­czyć ogni­stego pierda?

* * *

Kapi­tan Mruk spa­ce­ro­wał w kółko.

- Mimo to chciał­bym zoba­czyć, jak pró­bu­jesz to zro­bić.

Zatrzy­mał się, by przyj­rzeć się z uwagą sier­żan­towi Trzpie­niowi. Praw­dziwy były Pod­pa­lacz Mostów. Dziwne, nie­praw­daż? Wyglą­dał cał­ko­wi­cie nor­mal­nie, pomi­ja­jąc tę cuch­nącą wło­sie­nicę. Mruka zawsze zachwy­cały eks­tra­wa­ganc­kie stroje, ale są pewne gra­nice.

Nie­mniej męż­czy­zna, który sie­dział sku­lony na krze­śle sio­dło­wym, był jedną z legend. Nie zali­czał się do tych naj­sław­niej­szych, ale tylko on pozo­stał przy życiu, a to samo w sobie zapew­niało pewien pre­stiż. Ponie­kąd. Był ostat­nim Pod­pa­la­czem Mostów, a być może rów­nież naj­mniej waż­nym. Z pew­no­ścią wią­zało się to ze szcze­gól­nym spoj­rze­niem na świat. To mogło tłu­ma­czyć, dla­czego Trzpień jest naj­bar­dziej lako­nicz­nym czło­wie­kiem, jakiego Mruk w życiu spo­tkał.

- Spró­bu­jesz, prawda?

- Jest jesz­cze kwe­stia lojal­no­ści, kapi­ta­nie.

Mruk obró­cił się zgrab­nie na jed­nej nodze i znowu zaczął spa­ce­ro­wać w kółko.

- Być może cię to zdziwi, mój drogi, ale bar­dzo mało przej­muję się tą kwe­stią. - Zatrzy­mał się i zer­k­nął na sier­żanta. - Zasta­na­wiasz się, dla­czego? - pod­jął, uno­sząc jedną brew. - To prawda, że cie­ka­wość jest cnotą. W związku z tym zaspo­koję twoją. Naj­pierw jed­nak muszę przy­znać, że tro­chę się nie­po­koję, jak moja kom­pa­nia przyj­mie tę wia­do­mość.

- Przyj­mie ją - zapew­nił Trzpień.

- Ach! Wotum zaufa­nia? Cóż za ulga!

- Przyj­mie ją, kapi­ta­nie. Inna sprawa, czy będzie mogła z nią żyć.

- Och. Hmm, dostrze­gam róż­nicę. - Roz­pro­mie­nił się. - Ale z dru­giej strony mądre, uspo­ka­ja­jące słowa z two­ich ust? Z pew­no­ścią to z nawiązką wystar­czy... Ojej, nie spra­wiasz wra­że­nia prze­ko­na­nego.

- Mogę z tym żyć - odparł sier­żant po paru chwi­lach.

Słowa tak cał­ko­wi­cie pozba­wione wszel­kiej into­na­cji z pew­no­ścią nie mogły uspo­koić słu­cha­cza.

- Och, sło­dy­czy. To pod­waża moją wiarę.

- Dostrze­gam to, kapi­ta­nie.

Po krót­kiej chwili Mruk roz­po­starł dło­nie.

- Posłu­chaj nas tylko! Znowu nie­po­trzeb­nie wybie­gamy naprzód! Nie mar­twmy się na zapas, jak to mówią. I słusz­nie. Pierw­sze pyta­nie, i w związku z tym jedyne, jakie wymaga odpo­wie­dzi już w tej chwili, brzmi nastę­pu­jąco: "Czy zgo­dzisz się to zro­bić, sier­żan­cie Trzpień?".

Były Pod­pa­lacz Mostów wstał z krze­sła i zaczął ugnia­tać krzyż.

- To nie będzie łatwe.

- Tak?

Trzpień wzru­szył ramio­nami.

- Przed­sta­wi­łem się, przy­sta­wia­jąc mu nóż do gar­dła, kapi­ta­nie.

- Co było, to było!

- A teraz pra­gniesz, by jego kom­pa­nia połą­czyła się z naszą.

- Z pew­no­ścią. Czyż to nie byłoby roz­wią­za­nie godne poematu?

- Oczy­wi­ście. Jak łyk tru­ci­zny dla duszy, kapi­ta­nie.

Mruk pobladł.

- Ojej, jakiego rodzaju poezję czy­tasz? Ale mniej­sza z tym. To ele­ganc­kie roz­wią­za­nie pro­blemu naszej zmniej­szo­nej liczeb­no­ści.

- Nie zapo­mi­naj, że to oni zmniej­szyli tę liczeb­ność, kapi­ta­nie.

- Co było, to było!

Trzpień gapił się na prze­ło­żo­nego, jakby na­dal nie był pewny, co o nim sądzić.

- Wspo­mi­na­łeś coś o pew­no­ści sie­bie.

- W rze­czy samej. Cho­dzi o pozy­cję spo­łeczną Balka, sier­żan­cie. Jeste­śmy do sie­bie podobni.

- Naprawdę?

- Ranga, mój drogi. Ranga. Pewne cnoty nie zni­kają.

- Masz na myśli jego rangę, kapi­ta­nie? - zapy­tał Trzpień po chwili mil­cze­nia.

- Ach... no tak, wiem. Porucz­nik Balk. To brzmi atrak­cyj­nie.

- Tak jest, kapi­ta­nie.

- Trzpień, rozu­miesz, że to ty musisz go popro­sić. Z całą pew­no­ścią nie ja.

- Nie rozu­miem.

- To był twój nóż! Ty zmu­si­łeś ich do kapi­tu­la­cji.

- To czyni mnie ich ulu­bio­nym żoł­nie­rzem pie­choty mor­skiej, czyż nie tak?

- No cóż, gdy­byś pode­rżnął Bal­kowi gar­dło... - Trzpień nie prze­sta­wał się na niego gapić, aż wresz­cie Mruk uświa­do­mił sobie z wes­tchnie­niem, że potrzebne będzie coś bar­dziej bez­po­śred­niego. Spoj­rzał żoł­nie­rzowi pro­sto w oczy. - Sier­żan­cie, gdy­bym to ja w tam­tej chwili przy­sta­wił Bal­kowi nóż do gar­dła, ode­rżnął­bym mu głowę - oznaj­mił nieco spo­koj­niej­szym tonem.

Trzpień otwo­rzył sze­rzej oczy. Cisza się prze­cią­gała. Wresz­cie odchrząk­nął.

- W porządku, popro­szę go.

Mruk uśmiech­nął się wyraź­nie uspo­ko­jony.

- Zna­ko­mi­cie, mój drogi sier­żan­cie Trzpień!

Były Pod­pa­lacz Mostów zatrzy­mał się przy wyj­ściu z namiotu i obej­rzał za sie­bie.

- Kapi­ta­nie?

- Słu­cham?

- Czy kie­dyś zmo­czy­łeś sobie ręce... w ten spo­sób?

- Sło­dy­czy! Wię­cej razy, niż potra­fię zli­czyć.

Trzpień mu nie odpo­wie­dział. Ski­nął tylko głową i wyszedł z namiotu.

Mruk zadał sobie pyta­nie, dla­czego takie wyzna­nia zaska­kują jego pod­ko­mend­nych. Żoł­nie­rze powinni mieć grub­szą skórę. To bar­dzo dziwne.

Wzru­szył ramio­nami, usiadł za ofi­cer­skim biur­kiem, uniósł lusterko i, nucąc cicho, zajął się malo­wa­niem ust.

ROZDZIAŁ DRUGI

Zawsze coś się dzieje. Dla­tego cier­pie­nie nie zna odpo­czynku.

Karsa Orlong

Dowódca ban­dy­tów, Balk, sie­dział zgar­biony na drew­nia­nej ławie w celi, wsparty ple­cami o kamienny mur. Cela - podob­nie jak trzy pozo­stałe - znaj­do­wała się naprze­ciwko koszar, które prze­ro­biono na wię­zie­nie dla poj­ma­nych człon­ków bandy. W celach z reguły trzy­mano mor­der­ców albo pija­ków, żoł­nie­rzy z kom­pa­nii, któ­rych zacho­wa­nie wyma­gało sko­ry­go­wa­nia. Na ogół za pomocą pię­ści, bo pode­rżnię­cie gar­dła zda­rzało się rzadko.

Trzpień kazał straż­ni­kowi opu­ścić kory­tarz i przy­cią­gnął jego sto­łek do krat. Balk zer­k­nął na niego, po czym znowu wle­pił spoj­rze­nie w pod­łogę. Trzy mar­twe szczury leżały tam w małym sto­siku. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że prze­trą­cono im karki.

Coś w tej sce­nie spra­wiło, że Trzpień zmarsz­czył brwi.

- Chyba nie jesteś nekro­mantą, co?

Ujrzał prze­lotny błysk odsło­nię­tych zębów.

- Nie jestem.

Uspo­ko­jony tym zapew­nie­niem sier­żant usiadł na stołku.

- On nie żyje - oznaj­mił.

- Kto?

- Samo­zwań­czy baron Rinagg z Lasu Głupca. Naj­wy­raź­niej był poważ­nie chory. Umie­ra­jący. Ale zanim umarł, wycią­gnę­li­śmy z niego wszystko, czego potrze­bo­wa­li­śmy.

- A czego od niego potrze­bo­wa­li­ście, sier­żan­cie?

- Miał na cie­bie coś, co wystar­czyło, by zmu­sić cię do współ­pracy.

- Współ­pracy w czym?

Trzpień wzru­szył ramio­nami.

- Jak rozu­miem, byli­ście kom­pa­nią najem­ni­ków, ale to, co zaczęło się jako stan­dar­dowy kon­trakt, prze­ro­dziło się w coś innego. W ban­dy­tyzm.

Balk ponow­nie uniósł wzrok. Jego oczy były led­wie widoczne w wypeł­nia­ją­cym celę pół­mroku.

- Baron korzy­stał ze swo­ich praw do wła­da­nia regio­nem. Podatki i myta. To nie jest ban­dy­tyzm.

- Aha, rozu­miem to - odparł Trzpień. - Ale podatki i myta pobiera impe­rium. A jeśli impe­rium mia­nuje miej­sco­wego zarządcę, on rów­nież prze­ka­zuje więk­szą część docho­dów miej­sco­wemu poborcy. Nikt nie mia­no­wał Rinagga i on nie odda­wał nikomu ani gro­sza.

- Baron był kie­dyś żoł­nie­rzem - nie ustę­po­wał Balk. - Wal­czył z najeźdź­cami.

- Ale prze­grał.

Obaj męż­czyźni umil­kli na chwilę. Wresz­cie sier­żant wstał i potarł twarz, po czym prze­cią­gnął się i skrzy­wił lekko.

- Jesteś szlach­ci­cem, tak przy­naj­mniej sądzi mój kapi­tan. Czło­wie­kiem honoru. Twoi ludzie z pew­no­ścią zga­dzają się z tą opi­nią.

- Nie powinni kapi­tu­lo­wać - stwier­dził Balk.

- Gdy­bym cię zabił, z pew­no­ścią by tego nie zro­bili.

- I wtedy byście prze­grali.

- Zapewne. Dla­tego muszę zadać sobie pyta­nie: po co wybra­łeś się do Lasu Głupca z kom­pa­nią zło­żoną z czte­ry­stu wete­ra­nów? Impe­rium nie wynaj­muje zacięż­nych żoł­nie­rzy, a z pew­no­ścią nie cho­dziło ci o pie­nią­dze Rinagga. Nie na początku.

- Dla­czego tak uwa­żasz?

- Dla­tego że on był nikim. Nawet jeśli pobie­rał podatki od kara­wan i drwali na wscho­dzie, nie mógł sobie pozwo­lić na pła­ce­nie wam przez dłuż­szy czas. Cokol­wiek miał na cie­bie, to musiało być na tyle poważne, że pogo­dzi­łeś się ze stra­tami. Zapewne cały czas pokry­wa­łeś wydatki z wła­snej kie­szeni.

Balk odwró­cił wzrok, uda­jąc, że wpa­truje się w ścianę.

- Dużo wiesz o kom­pa­niach najem­ni­ków, sier­żan­cie?

- Kilka razy się z nimi spo­ty­ka­łem. Wiele lat temu. Więk­szość z nich led­wie wycho­dziła na swoje, nawet jeśli mieli dobry kon­trakt. Jeśli poka­zało się im zakutą w stal pięść, z reguły zwie­wali. Tylko szcze­gólny rodzaj głup­ców jest gotowy ginąć dla pie­nię­dzy. Poza nie­licz­nymi wyjąt­kami koń­czyło się na tym, że impe­rium wyku­py­wało kom­pa­nię i ją roz­wią­zy­wało.

- A co z tymi lep­szymi?

Trzpień oparł się ple­cami o ścianę naprze­ciwko krat i skrzy­żo­wał ręce na piersi.

- Były dwie, może trzy.

- Eliń­skie Tar­cze? Tuli­pań­ski Hufiec? Bursz­tyn?

- To wszystko karzełki - odparł sier­żant, uśmie­cha­jąc się szy­der­czo.

- Jesteś dur­niem. Ni­gdy się z nimi nie zetkną­łeś, prawda? Tuli­pań­ski Hufiec składa się z ośmiu kom­pa­nii...

- Czasy dobrych najem­ni­ków dawno minęły, Balk. To prawda, twoja kom­pa­nia mogła roz­kwa­sić nam nos i zro­biła to, ale tylko dla­tego, że byli­śmy w nie­peł­nym sta­nie, a w dodatku źle poin­for­mo­wani. Spo­dzie­wa­li­śmy się, że mamy prze­ciwko sobie może z setkę nie­udacz­ni­ków.

- Sta­nę­li­ście do bitwy ze wszyst­kim, co mie­li­ście.

- Tak. Byli­śmy zbyt pewni sie­bie. Gdy­by­śmy mieli lep­sze infor­ma­cje, wasi żoł­nie­rze obu­dzi­liby się rano i zoba­czyli, że wszy­scy ich ofi­ce­ro­wie nie żyją, w tym rów­nież ty i twój baron.

- Zatem nie otwarta walka, tylko noże pośród nocy.

- Tak jest. Szyb­kie i słod­kie.

- Naprawdę nic nie wiesz...

- Och, Balk - prze­rwał mu Trzpień, wspie­ra­jąc głowę o ścianę. - Kar­ma­zy­nowa Gwar­dia. Szare Mie­cze. - Prze­chy­lił głowę. - Mot­tań­scy Pospo­li­tacy? Szcze­rze mówiąc, nie jestem pewien, czy ich liczyć. To było raczej ple­mię niż kom­pa­nia. W dodatku wtar­gnę­li­śmy na ich teren.

- Kła­miesz.

- Nie liczył­bym też Tiste Andii z Odpry­sku Księ­życa - cią­gnął Trzpień. - Wła­ści­wie nie byli najem­ni­kami. Nie brali pie­nię­dzy od nikogo. Jeśli zaś cho­dzi o Szare Mie­cze, no cóż, na szczę­ście nie wal­czy­li­śmy z nimi. Sta­li­śmy po tej samej stro­nie. Wyzwo­le­nie Capu­stanu... Ni­gdy nie zapo­mnę tego dnia.

Balk wstał i zbli­żył się do krat.

- Naprawdę myślisz, że ci uwie­rzę, sier­żan­cie? Po co te gierki?

- Nie sądzę, bym ci ufał, Balk - odparł Trzpień, przy­glą­da­jąc się więź­niowi spod opa­da­ją­cych powiek. - Ale kapi­tan Mruk ma dla cie­bie pro­po­zy­cję. Twój poprzedni pra­co­dawca nie żyje. Druga Kom­pa­nia jest w nie­peł­nym sta­nie, a musimy stwo­rzyć gar­ni­zon w Srebr­nym Jezio­rze. Miej­scowa pięść zaak­cep­to­wała sze­ścio­mie­sięczny kon­trakt. Zaro­bisz wystar­cza­jąco dużo, by powe­to­wać straty. W hie­rar­chii dowo­dze­nia otrzy­masz sto­pień porucz­nika.

- Kon­trakt? Nie roz­wią­że­cie nas i nie wcie­li­cie do legionu?

Trzpień odsu­nął się od ściany i ruszył ku wyj­ściu. Nie miał zwy­czaju się powta­rzać.

- Jak już zde­cy­du­jesz, zawia­dom straż­nika.

* * *

- To sprzeczne z jego naturą - oznaj­miła Cicha Woda.

- A na czym mia­łaby pole­gać ta natura? - zapy­tał Smu­tas, pochy­la­jąc się, by zebrać dre­wienka. - Biała farba scho­dzi.

- To nie jest farba. To ołów - wyja­śnił Gli­niany Talerz. - Jeśli nie prze­sta­niesz ich zbie­rać, ręce zro­bią ci się sine, a potem zgniją i odpadną. Ale tobie będzie już wszystko jedno, bo przed­tem osza­le­jesz. - Wska­zał pal­cem Anyx Zyg­zak. - Mówi­łem ci, że potrze­bu­jesz porząd­nej farby, Anyx. Kru­szony wapień, pta­sie gówno i kilka kro­pel lnia­nego oleju. A jesz­cze lepiej byłoby pozło­cić te cho­ler­stwa.

- Czy mógł­byś łaska­wie zamknąć jadaczkę? - zapy­tała spo­koj­nie Anyx. - Daj mu pomy­śleć.

- Ben­ger nie umie myśleć - odpo­wie­dział Gli­niany Talerz.

Cicha Woda jęk­nęła i potarła powieki.

- W tym tkwi pro­blem - przy­znała. - Posłu­chaj, Anyx, wystru­gane kawałki drewna nie są Talią Smo­ków, bez względu na to, jak je nazwiesz. A cały sens Gam­bitu Skrzypka polega na tym, że to gra w karty, do któ­rej używa się Talii Smo­ków.

- Masz taką talię, Cicha? - zapy­tała Anyx. - W ogóle kie­dyś ją widzia­łaś?

- Raz. W G'danis­ba­nie. Trzy­palcy Herahv, chwilę przed dezer­cją. Zanim znik­nął, powie­dział, że zna­lazł starą Ścieżkę Dłoni. Biedny Herahv.

- Ha, ha, ha - roze­śmiał się Gli­niany Talerz.

Cicha Woda łyp­nęła na niego ze zło­ścią.

- Co znowu?

- Facet, który miał tylko trzy palce, wyru­szył na poszu­ki­wa­nia dłoni. Ha, ha, ha!

Ben­ger wypro­sto­wał się i poło­żył na stole dysk.

- Odpo­wia­dam Panią.

- To na­dal Kom­pa­nia Śmierci - zauwa­żył Gli­niany Talerz. - Nie możesz wygrać, jeśli cały czas cho­wasz się za Bramą.

- O zwy­cię­stwie pomy­ślę póź­niej - odparł Ben­ger. Wziął kufel i pocią­gnął długi łyk.

Cicha Woda wydała dźwięk, który miał wyra­żać weso­łość, ale zabrzmiał, jakby coś uwię­zło jej w gar­dle. Rów­nież pocią­gnęła z kufla, zada­jąc sobie pyta­nie, dla­czego cią­gle zda­rzają się jej takie rze­czy.

- Na razie sku­pia się na prze­trwa­niu, tak? Jak już mówi­łam, to sprzeczne z jego naturą. Przy­ci­śnij Ben­gera do ściany, a zacznie szu­kać okna, które mógłby zamknąć.

- Jeśli mnie przy­ci­śniesz do ściany, zro­bię to samo - zauwa­żył Gli­niany Talerz i poło­żył na bla­cie dwa dre­wienka. - Icari zama­zuje prze­szłość, pozwa­la­jąc mi grać swo­bod­nie. Nie­ko­chana Kobieta, żeby zła­mać Panią.

Smu­tas zmarsz­czył brwi i wsu­nął do gry swoje dre­wienko.

- Czarne Pióra z flanki.

- Wszy­scy prze­ciwko mnie! - wysy­czał Ben­ger. - Zrób coś, Cicha!

- Kto mnie mia­no­wał twoją przy­ja­ciółką? Ale jeśli dasz mi tę Kora­bas, którą ukry­wasz w kupce...

- Nie wolno się zamie­niać! - zawo­łał Gli­niany Talerz.

- Kto tak powie­dział? - sprze­ci­wiła się Cicha Woda.

- Na tym polega pro­blem z grą, w któ­rej nie ma zasad - poskar­żyła się Anyx Zyg­zak. - W każ­dej kom­pa­nii, w któ­rej słu­ży­łam, znali inną wer­sję.

- Ale nasza wer­sja jest ofi­cjalna - oznaj­mił Gli­niany Talerz.

- Nie ma żad­nej ofi­cjal­nej wer­sji!

Ben­ger dys­kret­nie pchnął Kora­bas po bla­cie. Dre­wienko znik­nęło w pra­wej dłoni Cichej Wody.

- No pro­szę - stwier­dziła kobieta. - To nie było takie trudne, co?

- Zabra­łaś mi zwy­cię­stwo - mruk­nął Ben­ger. - Ale przy­naj­mniej nie będę ostatni.

- To prawda - zgo­dziła się Cicha Woda. - Kładę Kościół Węgo­rza. Nie­mru­ga­jące Oko, Pana Ome­nów. Nie­ko­chana Kobieta odwraca się, a Całun opada. Łzy spły­wają do Rzeki, która wypływa przez Bramę. Ta kata­stro­falna powódź wypeł­nia prze­rze­dzone sze­regi Kom­pa­nii Śmierci. Wszy­scy omi­ja­cie kolejkę z powodu zamie­sza­nia i oto nad­cho­dzi Kora­bas, Zabój­czyni Magii. Świat się koń­czy. Wygry­wam!

- Dałeś jej zwy­cię­stwo! - wark­nął ze zło­ścią Gli­niany Talerz.

- Tak jest! - odpo­wie­dział Ben­ger. - Po to, żebyś skoń­czył ostatni! A teraz daj mi Żyją­cego Dwa Razy. Następ­nym razem ja zaczy­nam grę, bo zwy­cię­stwo przez Kora­bas zrzuca ją z pie­de­stału.

- Nie chcę już dłu­żej grać - oznaj­mił Gli­niany Talerz. - Poli­tyka, zdrada i pod­stępy, czemu mnie to dziwi?

- Jak sobie życzysz - odparła Anyx Zyg­zak. - Daj­cie mi wszyst­kie dre­wienka. Trzeba je poma­lo­wać na nowo.

- Tylko pamię­taj, kto ma Żyją­cego Dwa Razy.

- Będę pamię­tała, Ben­ger. Być może.

- Jeśli mnie oszu­kasz, prze­klnę cię, Anyx.

- Pro­szę bar­dzo. Muszę wypró­bo­wać Żela­zną Pasz­czę. Będziesz rów­nie dobrym celem, jak każdy inny.

- To kiep­ska groźba - odrzekł z uśmie­chem Ben­ger. - Wyna­la­zek, który nawet nie działa. A poza tym głu­pio wygląda.

Anyx zagar­nęła przed­ra­mie­niem wszyst­kie dre­wienka, wsy­pu­jąc je do skó­rza­nego woreczka, który następ­nie mocno zawią­zała.

- Zapa­mię­taj­cie sobie wszy­scy słowa Ben­gera. Będzie mógł je powtó­rzyć nad swoim gro­bem. A przy­naj­mniej nad kop­cem, w któ­rym spo­cznie kilka kawał­ków, które z niego zostaną.

- Biedny Ben­ger - wtrą­ciła Cicha Woda.

Gli­niany Talerz ści­skał w dło­niach kufel ale.

- To Koca powinno się prze­kląć. Ben­ger, w następ­nej grze sprzy­mie­rzę się z tobą, jeśli rzu­cisz klą­twę na tę cuch­nącą kupę oży­wio­nego gówna.

- Nie potrze­buję sprzy­mie­rzeń­ców. Mam Żyją­cego Dwa Razy.

- Być może - zasta­no­wiła się Anyx Zyg­zak. - Prze­kli­na­nie ludzi nie przy­spo­rzy ci przy­ja­ciół. Poza tym podobno jesteś uzdro­wi­cie­lem, a nie rzu­ca­ją­cym klą­twy skur­wie­lem?

- Rzu­ca­ją­cym klą­twy skur­wie­lem?

- Tym z pew­no­ścią jest Koc - zauwa­żył Gli­niany Talerz.

Wszy­scy par­sk­nęli śmie­chem, poza Cichą Wodą, która zasta­na­wiała się, co ich tak bawi.

W "Gospo­dzie Kupiec­kiej" było tłoczno, ale nie aż tak, jak w jesz­cze nie­daw­nych cza­sach. Była tu więk­szość żoł­nie­rzy z trzech dru­żyn. Wszy­scy ciężcy sie­dzieli przy jed­nym stole, spie­ra­jąc się o coś. Jedy­nym sier­żan­tem, któ­rego Cicha Woda widziała z miej­sca, które zajęła, był dowódca jej dru­żyny, Krzywe Wier­tło. Sie­dział przy małym sto­liku, mając za towa­rzy­stwo tylko kufel ale.

Nie cho­dzi o to, że nikt go nie lubi, pomy­ślała z przy­gnę­bie­niem. Po pro­stu nikt go nie zna. To zna­czy wszy­scy go znali, ale nie naprawdę. Przez wszyst­kie te lata poznali go w wystar­cza­ją­cym stop­niu, by sobie uświa­do­mić, że go nie znają. Tak wła­śnie powinna była to ująć.

Kaprale mieli wła­sny sto­lik. Gorąc zajął czwarte krze­sło, ale trzy­mał się na dystans od Mor­ruta, Pod­wo­zia i Prze­ką­ski. Pew­nie nie zna­lazł innego miej­sca. Pra­co­wała z nim kie­dyś. Był kom­pe­tentny. Jeden z ostat­nich sape­rów, lecz rów­nież nocny nóż, bo sape­rzy nie mieli już takiego zna­cze­nia jak kie­dyś. Mieli tro­chę poci­sków, ale wszyst­kie były dość nie­bez­pieczne w uży­ciu. Nie pro­du­ko­wali ich Moran­tho­wie, oczy­wi­ście. To były tylko impe­rialne kopie. Gorąc zawsze się na nie skar­żył. Co czwarty oka­zy­wał się nie­wy­bu­chem. Rzecz jasna, tylko w przy­bli­że­niu. A zapa­la­cze cza­sami wybu­chały w rękach. To nie było dobre. Cicha Woda nie rozu­miała sape­rów.

Zacho­wała wyra­zi­ste wspo­mnie­nie z ostat­niej bitwy. To było na skrzy­dle, tuż przy gra­nicy drzew. Pitham­bra z Siód­mej Dru­żyny miał tylko jed­nego prze­bi­ja­cza, a zaata­ko­wało go sze­ściu wro­gów. Rzu­cił im pocisk pod nogi, ale gli­niana sko­rupa była za gruba, jak tłu­ma­czył póź­niej Gorąc. Prze­bi­jacz odbił się, zamiast wybuch­nąć, i w następ­nej chwili Pitham­bra zgi­nął. Póź­niej ktoś nadep­nął na pocisk i stra­cił obie nogi. Za mało i za późno.

Przy­po­mniała sobie, że tak wła­śnie wtedy powie­działa, wska­zu­jąc na bez­no­giego ban­dytę, który umarł natych­miast. Ci, któ­rzy ją usły­szeli, roze­śmiali się z jakie­goś powodu. Po zasta­no­wie­niu zasę­piła się jesz­cze bar­dziej. Śmiali się, mimo że ich kom­pa­nia dosta­wała łomot. A kiedy ktoś opo­wia­dał teraz o całej tej sce­nie, opi­su­jąc ban­dytę, któ­remu nadali imię "Za Mało i Za Późno", wszy­scy recho­tali znowu.

Mala­zań­ska pie­chota mor­ska miała ten­den­cję do śmia­nia się z nie­wła­ści­wych rze­czy. Cicha Woda nie potra­fiła tego pojąć. Śmieszne było to, jak okra­dła umarłą cza­row­nicę.

Tak czy ina­czej, biedny Pitham­bra.

Ben­ger i Gli­niany Talerz wstali i się odda­lili. Smu­tas po chwili podą­żył za ich przy­kła­dem. Została tylko Anyx Zyg­zak. Cicha Woda przyj­rzała się jej.

- Wyglą­dasz nie­zdrowo.

- Cią­gle mi powta­rzasz, że wyglą­dam nie­zdrowo - poskar­żyła się Anyx. - Mogła­byś wresz­cie prze­stać. Tak się składa, że mam por­ce­la­nową cerę.

- Jaką?

Anyx pogła­skała swój poli­czek i zatrze­po­tała rzę­sami.

- Kre­mową...

- Bez­barwną.

- Deli­katną.

- Tru­pią.

Anyx umil­kła.

- Mów dalej - zachę­ciła Cicha Woda. - Usłyszmy, co masz do powie­dze­nia o tych wor­kach pod oczami.

- Mam je po matce.

- W takim razie dla­czego je nosisz?

Anyx zmarsz­czyła brwi.

- Już ci powie­dzia­łam. Mam je po matce!

- Po co ci je dała i dla­czego zgo­dzi­łaś się je przy­jąć? Co ci powie­działa? "Weź je, kocha­nie, zmę­czy­łam się już ich nosze­niem". A ty odpowie­działaś "Tak, mamo", a teraz wyglą­dasz, jak­byś żyła pod kamie­niem.

- Tylko się zgry­wasz, Cicha, prawda? Świet­nie ci wycho­dzi. Wszy­scy ciężcy uwie­rzyli.

- Uwie­rzyli w co?

- Że jesteś tępa jak ni­gdy nie­ostrzony nóż.

- Szkoda, że nie wstą­pi­łam do Szponu. Wtedy nie musia­ła­bym słu­chać tych wszyst­kich obelg. W Szpo­nie roz­ma­wiają tylko o zabi­ja­niu, bo wła­ści­wie o czym innym warto roz­ma­wiać? Zwłasz­cza kiedy jest się w Szpo­nie.

- Gorąc był szpo­nem - poin­for­mo­wała ją Anyx Zyg­zak. - Bar­dzo moż­liwe, że na­dal nim jest.

- Gorąc? Nie wie­rzę w to. On ni­gdy nie mówi o zabi­ja­niu.

Zer­k­nęła na męż­czy­znę sie­dzą­cego obok kaprali, ale nie z nimi. Coś wyraź­nie powie­działo mu, że na niego patrzy, bo odwró­cił się i spoj­rzał jej w oczy, a potem się skrzy­wił. Odpo­wie­działa mu podob­nym gry­ma­sem i prze­nio­sła spoj­rze­nie na Anyx, wkła­da­jącą sobie do ust zwi­tek rdza­wego liścia. - Wczo­raj po połu­dniu mówił tylko o tym, że coś w nim ska­cze.

- Co w nim ska­cze?

- Coś. Wewnątrz jego ciała. To w tę, to w tamtą.

- Jakie coś?

- Pew­nie ska­czące.

Anyx przy­mru­żyła powieki. Jej oczy nagle utra­ciły wszelki wyraz.

- To musi być gra.

- Mówisz o Gorącu? On nie umie grać. A poza tym teraz coś w nim ska­cze.

- Nie robi takiego wra­że­nia. Wygląda na sen­nego.

- Pytał mnie też o to, czy duchy, zjawy i bogo­wie lubią się pier­do­lić ze śmier­tel­ni­kami i co by się stało, gdyby któ­raś z nich lubiła?

Anyx splu­nęła brą­zową śliną do pustego kufla sto­ją­cego na bla­cie, przyj­rzała się naczy­niu i odsu­nęła je na bok.

- I co mu powie­dzia­łaś, Cicha?

- To, co powie­dzie­liby wszy­scy.

- To zna­czy?

- Nie, Gorąc, nie chcę się z tobą pier­do­lić. Spier­da­laj.

Anyx poki­wała głową.

- Z tym trudno się spie­rać. Zatem... którą z nich jesteś?

- Słu­cham?

- Duchem, zjawą czy bogiem? To zna­czy bogi­nią.

- Nie pier­do­li­łam się z nim, więc to nie mogłam być ja.

- Myślisz, że to naprawdę się wyda­rzyło?

- Z Gorą­cem? Kto chciałby zro­bić coś takiego? Nie, po pro­stu pró­bo­wał mnie pode­rwać. - Oparła się wygod­nie i skrzy­żo­wała ramiona na pier­siach. - To świad­czy, że nie jest szpo­nem i ni­gdy nim nie był.

- Masz tro­chę racji - przy­znała Anyx. - W końcu w ogóle nie ma w sobie magii. No wiesz, więk­szość szpo­nów ją ma.

- Naprawdę?

- Oczy­wi­ście. Są maga­mi­skry­to­bój­cami, Cicha. To waru­nek wyma­gany przy przy­ję­ciu do orga­ni­za­cji.

Cicha Woda wle­piła spoj­rze­nie w Anyx. Wydała z sie­bie dźwięk, który ozna­czał... coś z pew­no­ścią ozna­czał, ale druga kobieta nie potra­fiła okre­ślić co.

- Cho­lera! - zaklęła po chwili. - Zawsze tak jest! Tak samo jak z kur­ha­nami! Zawsze ktoś mnie wyprze­dzi!

Gli­niany Talerz odwró­cił się nagle, zła­pał kufel, wypił całą zawar­tość, odsta­wił naczy­nie i wyszedł.

Cicha Woda zer­k­nęła na naczy­nie, a potem na Anyx, która prze­nio­sła wzrok na nią, a następ­nie z powro­tem na kufel. Przez pewien czas obie gapiły się na niego. Po dłuż­szej chwili Anyx wstała i zarzu­ciła na ramię torbę z dre­wien­kami.

- Muszę zająć się malo­wa­niem.

- Farbą oło­wiową?

- Czemu by nie? Mam cały słoik tego syfu. Po pro­stu nie powinno się ich cią­gle doty­kać.

- Może wła­śnie dla­tego masz taką nie­zdrową cerę, Anyx.

- Por­ce­la­nową.

* * *

Sier­żant Shrake zanu­rzyła w winie koniec war­ko­cza, a potem wło­żyła go do peł­nych ust i possała.

- Musisz to robić? - zapy­tał Smu­tas.

- Rzu­ca­ły­śmy knyk­cie - odparła z wło­sami w ustach. Zaczęła je żuć. - Prze­gra­łam.

- Poza tym twoja dru­żyna miała za niski stan.

- To już się przed­tem zda­rzało, Smu­tas. Twoja repu­ta­cja cię poprze­dza. I to nie jest dobra repu­ta­cja.

- Nic się nie zmie­niło - mruk­nął Smu­tas z wyraźną iry­ta­cją. Nie poma­gał mu też fakt, że był tro­chę pijany. Fart to fart. Pocią­gnię­cie Pani. Aż nagle ktoś doszedł do wnio­sku, że to wszy­scy wokół mnie dostają Pchnię­cie Pana. To nie­spra­wie­dliwe.

- Masz rację - zgo­dziła się Shrake. - Prawo spra­wie­dli­wo­ści zła­mano. Suge­ruję, żebyś napi­sał skargę do wszech­świata. Oczy­wi­ście naj­le­piej będzie wydra­pać ją na kawałku gli­nia­nego naczy­nia i wrzu­cić do studni. Sły­sza­łam, że to działa nie­za­wod­nie.

- Naprawdę powin­naś uznać mnie za swój amu­let.

- Zro­bi­ła­bym to, gdy­byś miał w sobie choć odro­binę czaru. Kło­pot w tym, że jesteś naprawdę brzydki. Smu­tas. A poza tym prze­sze­dłeś do nas z tym imie­niem, a to zna­czy, że na nie zasłu­ży­łeś.

- Zasłu­ży­łem na nie, bo stra­ci­łem bar­dzo wielu przy­ja­ciół. Zresztą w tym twoim nie­szczę­snym wszech­świe­cie nie ma żad­nych praw.

Shrake ponow­nie zanu­rzyła war­kocz w winie i zamie­szała płyn.

- Mój wszech­świat wcale nie jest nie­szczę­sny. Pełno w nim kwia­tów, łąk i motyli, lata­ją­cych w pro­mie­niach słońca w cie­pły letni dzień. Chciał­byś się do niego dostać?

- Gdy­bym tylko mógł.

- To się nie zda­rzy. Jesteś za brzydki. A teraz jeste­śmy ska­zani na cie­bie. Jeśli nas prze­ży­jesz, Smu­tas, przy­się­gam że zła­mię Straż­ni­kowi Bramy drugą nogę, żeby wró­cić do świata żywych i cię stra­szyć aż do końca two­jego życia poca­ło­wa­nego przez Panią dupo­liza. I przy­pro­wa­dzę ze sobą pie­chotę mor­ską.

Przez chwilę gapił się na nią ze zło­ścią, gdy znowu wsa­dziła sobie war­kocz do ust i zaczęła gło­śno ssać.

- Mam nadzieję, że się zakrztu­sisz.

- Czuwa nade mną mój fart. Czy raczej twój. A teraz idź wypić jesz­cze tro­chę i narzy­gać na kogoś innego. Cze­kam na Trzpie­nia.

Wstał, zachwiał się lekko, a potem ruszył w stronę wyj­ścia z taką god­no­ścią, na jaką mógł się zdo­być. I tak nie lubił "Kupiec­kiej Gospody", a już szcze­gól­nie nocą przed wyru­sze­niem w drogę. Co gor­sza, tym razem coś tu było nie w porządku. Nie potra­fił okre­ślić co, ale podobne wra­że­nie nawie­dzało go już nie­jed­no­krot­nie. Zwy­kle poprze­dza­jąc kata­strofę. Ale z dru­giej strony lepiej było nikomu o tym nie wspo­mi­nać, zwłasz­cza że kiedy ostat­nio miał takie wra­że­nie, następ­nego dnia mieli się poli­czyć z setką nie­groź­nych ban­dy­tów.

Jego życie naj­wy­raź­niej wkro­czyło na nową tra­jek­to­rię. Zsu­wał się ze scho­dów krok po kroku.

Gdy już zna­lazł się na dwo­rze, zatrzy­mał się, pozwa­la­jąc, by omyło go zimne tchnie­nie nocy. Doszedł do wnio­sku, że nie­na­wi­dzi sier­żant Shrake, z jej mokrym od wina war­ko­czem, wiel­kimi, mla­ska­ją­cymi ustami, oczami leni­wymi i pozba­wio­nymi wyrazu jak powierzch­nia stawu, spi­cza­stym pod­bród­kiem, wydatną żuchwą, kości­stą klatką pier­siową oraz stopą zwró­coną nieco ku wewnątrz, przez co kro­czyła nie­pew­nie, mimo że żwawo poru­szała tył­kiem. Jesz­cze bar­dziej wście­kała go jej inte­li­gen­cja, sar­kazm sączący się z niej niczym jad ze żmii. Najbar­dziej jed­nak nie­na­wi­dził tego, jak spraw­nie machała swym wiel­kim mie­czem. Kto by pomy­ślał, że mogła prze­ciąć dużego męż­czy­znę pra­wie wpół na wyso­ko­ści piersi! Nie uwie­rzyłby w to, gdyby nie widział tego na wła­sne oczy.

To było chwilę po tym, jak ura­to­wał życie kaprala Pod­wo­zia. A może chwilę przed tym. Jedno albo dru­gie. To prawda, że miała dość potężne bary, ale to nogi dały jej siłę, gdy zatrzy­mała się na końcu nagłej szarży - nad­bie­gła z boku i w ogóle jej nie widział, a do tego z jakie­goś powodu prze­ciw­nik uniósł obie ręce i cięła go pod nimi. Żebra pękały jak stu­ka­cze sapera. Trzask! Trzask! Trzask! Potem try­snęła krew i zadła­wił się szkar­łat­nym pły­nem.

Tak jest, nie­na­wi­dził jej. Nie­na­wi­dził jej tak bar­dzo, że niczego nie pra­gnął bar­dziej, niż to, żeby ją prze­le­cieć.

Ale brzydcy męż­czyźni nie mieli szczę­ścia z takimi kobie­tami. Z tego powodu nie­na­wi­dził jej jesz­cze bar­dziej. Tak wyglą­dała prawda. Ten nie­szczę­sny wszech­świat zawsze poka­zy­wał mu swe naj­smut­niej­sze obli­cze.

Zato­czył się, gdy nagle go olśniło.

Twój wszech­świat, Smu­tas? To twoje wierne odbi­cie. To wszystko, czym jest i czym kie­dy­kol­wiek będzie. Bądź męż­czy­zną i przyj­mij to do wia­do­mo­ści!

Zaraza na czarne pióra pocią­gnię­cia Pani. Gdy nadej­dzie następna bitwa, następne star­cie, czy cokol­wiek, rzuci się do walki, modląc się o pchnię­cie Pana. Skończ z tym. Skończ z tym wszyst­kim, do cho­lery!

Osu­nął się na kolana i zwy­mio­to­wał.

* * *

- W tym wszyst­kim cho­dzi o wyż­sze dobro - tłu­ma­czył Koc. - A jeśli to ozna­cza, że trzeba przy­kuć bandę bied­nych dur­niów do cho­ler­nego muru, no cóż, lep­sze to, niż żeby cały kon­ty­nent zalały wody i uto­nęły tysiące ludzi.

- Łatwo ci mówić - skwi­to­wała Cał­kiem Spłu­kana. - Cie­bie nie przy­kuli do Sztor­mo­wego Muru.

- Mówi­łem o zasa­dach, Spłu­kana. O to cho­dziło w całej tej dys­pu­cie.

- Ale twoje zasady to tylko kolejna przy­krywka masku­jąca paskudne szcze­góły, Koc. Dla­tego uwa­żam, że Kamienny Wojow­nik postą­pił słusz­nie.

- Nie wiemy, co naprawdę zro­bił - zauwa­żył Foli­bore.

Zwró­ciła się w jego stronę.

- To dla cie­bie typowe. Może cię to zdzi­wić, ale igno­ran­cja nie dowo­dzi słusz­no­ści two­ich argu­men­tów. Pod­kre­śla tylko ich sła­bość, nie wspo­mi­na­jąc już o prze­ra­ża­ją­cych bra­kach w wykształ­ce­niu.

Foli­bore zamru­gał.

- Nato­miast ty sku­piasz się na ata­kach oso­bi­stych, ostat­niej obro­nie tego, czego nie da się obro­nić.

- Mylisz się. Moja ostat­nia obrona to cios pię­ścią w twoją gębę.

- Ha! - zawo­łał Koc. - Czyż fizyczna prze­moc nie jest ulu­bio­nym roz­wią­za­niem inte­lek­tu­al­nie ogra­ni­czo­nych?

Wska­zała na niego pal­cem.

- Tak jest! A co zro­bił Kamienny Wojow­nik na Sztor­mo­wym Murze? Prze­stał wal­czyć! Dzięki niemu zabi­ja­nie i umie­ra­nie wresz­cie się skoń­czyło!

- I z napły­wem lodo­wa­tych wód... - zain­to­no­wała Powiedz Nie - ...białe fale nisz­czą wszystko / aż kamień zostaje sam. / Na sło­no­grzy­wych koniach jadą / wokół samot­nej wieży. Czy chce­cie połknąć serce / Upa­dłego Boga? / Wejść na górę, by zmie­rzyć się / z jego piękną, zała­maną córką? / Spójrz­cie na gra­ni­towy miecz / który już się nie unosi...

Ciężcy umil­kli. Oczy nie­któ­rych powil­got­niały.

Foli­bore wes­tchnął i oparł się wygod­niej. Wystar­czała odro­bina poezji, żeby powstrzy­mać uży­cie pię­ści.

- Jak to idzie dalej? - zapy­tał ochry­płym gło­sem Koc.

Powiedz Nie wzru­szyła ramio­nami.

- Szcze­rze mówiąc, nie pamię­tam.

- Coś o "ośle­pio­nym oku" - zasu­ge­ro­wał Deli­katny.

- To nie ta pieśń - wark­nął Ten Gło­śny, łypiąc na niego ze zło­ścią - Tamta to "Duma o Ipshanku".

- Nie­prawda - sprze­ci­wił się Deli­katny. - "Duma o Ipshanku" jest w ryt­mie czte­ry­trzycz­tery i potrze­buje bębna z kła obni­żo­nego o oktawę...

- Nie bez kon­tra­punktu tańca tupią­cych pięt!

- Tylko w Dal Honie! Taniec tupią­cych pięt nikogo nie obcho­dzi, ty cho­lerny dur­niu!

Foli­bore zdu­miał wszyst­kich, ude­rza­jąc pię­ścią w stół. Wino i ale roz­lały się na blat.

- Dys­ku­tu­jemy o zasa­dach, na któ­rych opie­rają się praw­dziwe etyczne cnoty, przy­ja­ciele. Cał­kiem Spłu­kana posta­no­wiła sku­pić się na losie Kamien­nego Wojow­nika na Sztor­mo­wym Murze oraz na Poto­pie Łez, który następ­nie oczy­ścił Kolanse. Czy mogę w odpo­wie­dzi powo­łać się na przy­kład tych, któ­rzy nie mieli świad­ków...

- Znowu to samo! - poskar­żyła się Cał­kiem Spłu­kana. Cho­lerny Upa­dek Łow­ców Kości wyda­rzył się bez świad­ków, skąd więc mamy wie­dzieć, co naprawdę się stało? Ta histo­ria jest cał­ko­wi­cie fał­szywa! Nie, gorzej niż fał­szywa! Jest wymy­ślona!

Koc pod­niósł się nieco z krze­sła, odsła­nia­jąc zęby.

- A co jest złego w wymy­ślo­nych histo­riach?

- Nie wiemy, co nas czeka... - zaśpie­wała nagle Powiedz Nie - ...na końcu magicz­nej drogi / gdzie skrzy­dła nie dadzą schro­nie­nia...

Ponow­nie, dopóki kon­ty­nu­owała, pano­wał spo­kój. Foli­bore wie­dział jed­nak, że przed nimi długa noc. Zer­k­nął na Powiedz Nie, modląc się do wszyst­kich bogów, by znała na pamięć wystar­cza­jąco wiele wzru­sza­ją­cej poezji.

* * *

Shrake zauwa­żyła, że Trzpień wszedł do gospody i ruszył ku jej sto­li­kowi. W tej samej chwili Krzywe Wier­tło wstał z krze­sła i rów­nież skie­ro­wał się ku niej. Krzywe Wier­tło pierw­szy dotarł do celu. Shrake odsu­nęła nogą krze­sło od sto­lika. Męż­czy­zna usiadł na nim i podzię­ko­wał jej krót­kim ski­nie­niem głowy.

- To nikomu się nie spodoba - stwier­dził, spo­glą­da­jąc na Trzpie­nia, który przy­cią­gnął sobie dru­gie krze­sło.

- Smu­tas się upił - dodała Shrake.

- I co z tego? - zapy­tał Krzywe Wier­tło z zasę­pioną miną.

- Smu­tas.

- Sły­sza­łem cię. Pytam: co z tego?

- Stare opo­wie­ści mówią prawdę. Teraz mamy dowód. Kiedy ma się zro­bić paskud­nie, Smu­tas zawsze upija się pierw­szy.

- Wcale nie robi się paskud­nie.

- Na razie.

- W takim razie szkoda, że nie mogłaś odwró­cić jego uwagi - stwier­dził po chwili Krzywe Wier­tło.

- Już ci mówi­łam, Wier­tło. To zły pomysł. Posłu­chaj, i tak trudno mi się powstrzy­mać. Jest jak... szcze­nia­czek.

Trzpień i Krzywe Wier­tło wymie­nili spoj­rze­nia.

- Odpier­dol­cie się obaj. Nie powinno się łapać za kro­cze żoł­nie­rzy ze swo­jej dru­żyny i świet­nie o tym wie­cie.

Przy­szedł obsłu­gu­jący, posta­wił na bla­cie dzba­nek taniego wina i się odda­lił.

- Zapo­mniał o kub­kach dla was - zauwa­żyła Shrake, osła­nia­jąc dłońmi swój, żeby nie przy­szły im do głowy jakieś głu­pie pomy­sły. - Ale może­cie na zmianę pocią­gać z dzbana, prawda?

- To zna­czy, że sztuczka z war­ko­czem nie zadzia­łała? - zapy­tał.

- Och, wyda­wał z sie­bie dźwięki mające wyra­żać nie­smak, ale nie potra­fił ode­rwać od niego spoj­rze­nia. Ina­czej mówiąc, sku­tek był odwrotny od ocze­ki­wa­nego. Może gdy­bym zaczęła dłu­bać w nosie... ale nie, nic nie skut­kuje. Jeste­śmy jak dwa magnesy poło­żone na bla­cie. Cały czas powoli zbli­żamy się do sie­bie. Już wkrótce... Trzask!

- Zwie­rzę o dwóch grzbie­tach i czte­rech nogach - skwi­to­wał Krzywe Wier­tło. - Małe Shrake, małe Smu­tasy.

- A czy powie­dzia­łaś mu, że jest obrzy­dliwy? - zapy­tał Trzpień.

- Powie­dzia­łam, że jest brzydki.

- Następ­nym razem spró­buj obrzy­dli­wego.

Krzywe Wier­tło wypu­ścił gło­śno powie­trze przez noz­drza.

- Słowa nie zmie­nią faktu, że jest cał­kiem atrak­cyjny. Przy­naj­mniej dla cie­bie, Shrake. Gdy­bym ja musiał codzien­nie oglą­dać tę gębę, chyba bym się powie­sił.

- To dla­tego, że wszyst­kich nie­na­wi­dzisz.

- Nie­prawda, Shrake. Po pro­stu wszy­scy mnie nudzą. - Nagle zamru­gał. - Nie mówię o obec­nych.

Trzpień odchrząk­nął.

- Porucz­nik Balk popro­wa­dzi swoją kolumnę. Po dro­dze do Srebr­nego Jeziora będziemy obo­zo­wali w pew­nej odle­gło­ści od nich, ale i tak spo­dzie­wam się wyzwisk, a być może nawet paru bójek. Musimy trzy­mać naszych żoł­nie­rzy na krót­kiej smy­czy. Kapi­tan chce, żeby wszy­scy to zro­zu­mieli. Posiłki będziemy spo­ży­wać wspól­nie.

Shrake oparła się wygod­nie i zaczęła moczyć war­kocz w winie. Nagle wycią­gnęła go z gry­ma­sem zło­ści.

- Prze­wi­duję walną bitwę o jedze­nie, ze stra­tami po obu stro­nach. Suge­ruję, żeby­śmy zaczęli pierwsi. Niech Gorąc wbije stu­ka­cze w parę bułek. Wiem, że one służą do pło­sze­nia koni, ale jeśli któ­ryś wybuch­nie komuś w ustach, to będzie nie­zła nie­spo­dzianka.

- Impe­rium nie jest już takie jak kie­dyś - stwier­dził z wes­tchnie­niem Krzywe Wier­tło. - Opłaca najem­ni­ków. I, jakby tego było mało, takich, z któ­rymi dopiero co wal­czyło.

- Ich poprzedni pra­co­dawca nie żyje - zauwa­żył Trzpień.

- Spójrz na nas - odparła Shrake. - Zostało nas troje.

- Dzięki temu narady są krót­sze - zauwa­żył Krzywe Wier­tło i uniósł rękę. - Wiem, to było w złym guście. Prze­pra­szam. Powin­ni­śmy być jak Cicha Woda.

Shrake unio­sła brwi.

- Cicha Woda? Ta twoja magiczka z nożem?

- Nikt nie wie, że ona włada magią - odrzekł Krzywe Wier­tło.

- Co ty gadasz? Wszy­scy o tym wie­dzą!

- Ale ona nie wie, że wie­dzą.

- To zna­czy, że jest idiotką - skwi­to­wała Shrake. - Czy tym wła­śnie mamy się stać? Idio­tami?

- Ona nie widzi ota­cza­ją­cego ją świata - wyja­śnił Krzywe Wier­tło. - Ani tych, któ­rzy go zamiesz­kują. Żyje we wła­snym, małym miej­scu. I cóż to za miej­sce! Pełno w nim mar­twych kum­pli, a także żywych kum­pli, któ­rzy wkrótce będą mar­twi. Nic poza tym nie ist­nieje. - Oparł się wygod­niej. - Zazdrosz­czę jej.

Shrake ponow­nie zanu­rzyła war­kocz w winie, po czym zaczęła go ssać.

Dwaj sie­dzący przy sto­liku żoł­nie­rze przy­glą­dali się jej uważ­nie.

Skrzy­wiła się i wycią­gnęła war­kocz z ust.

- Pier­do­leni męż­czyźni. Wszy­scy jeste­ście tacy sami.