ROZDZIAŁ TRZECI
W tamtym czasie malazańskimi Prowincjami Północnymi na Genabackis
zarządzała pięść Sevitt. Nie wiemy o niej zbyt wiele i zapewne nigdy już
nie dowiemy się więcej. To dziwne, że historia nieraz przesuwa się przed
naszymi oczami i wszyscy jesteśmy ustawionymi w szereg świadkami, ale
choć staramy się coś powiedzieć, tylko jeden na dziesięciu albo nawet
dwudziestu jest w stanie choć otworzyć usta. Przeszłość często jest
niema, ale to, co krzyczy do nas, żyjących w teraźniejszości, jest
drwiną ze wszystkich przeczuć. Mógłbym się założyć, że każdy zniszczony
pomnik upamiętnia głupotę. Mądrość zawsze ginie. Pozostają tylko pełne
buty wspomnienia pychy i głupoty.
O czym to chciałem opowiedzieć? Aha, pięść Sevitt...
Cahagras Pilt
Przedmowa do wstępu,
Wstępne myśli na temat reinterpretacji historii
Wielka Biblioteka w Nowej Morn
Srebrne Jezioro. Prowincja Malyn
Choć przez większą część życia był myśliwym, przez całą tę noc ani razu
nie nasunęła mu się myśl o obudzeniu innych mieszkańców miasteczka. Miał
już swoje lata. Widział bardzo dużo, wystarczająco wiele, żeby wiedzieć,
że nadszedł już czas, by odłożyć łuk, znaleźć sobie wygodny ganek i siedzieć tam jako milczący świadek, czekając na coś cudownego.
Zwierzęta miały nawyki. Łatwo było sobie wyobrazić, że to wszystko, czym
są. Żerowanie, rozmnażanie się, opieka nad młodymi. Ucieczka przed
niebezpieczeństwem i walka, kiedy nie było innego wyjścia. Widział, jak
się zachowywały, gdy się bały, kiedy ogarniało je przerażenie albo
cierpiały. Widział nawet, jak ginęły, spadając z urwisk w panice, gdy
stado zmieniało się w jedno zwierzę, uciekające na oślep przed czymś,
czego nawet nie widziało.
Widywał też inne zwierzęta, te, które polowały, nieubłaganie ścigały
zdobycz. Dzięki nim zrozumiał, że konieczność jest często okrutna i bezlitosna.
W życiu istniały różne regularności - niektóre małe, inne zaś tak
ogromne, że trudno je było pojąć. Rośliny, zwierzęta, ludzie - wszystko
musiało się wpasować w ten wzorzec, czy tego chciało, czy nie, czy
uznawało ten fakt, czy mu zaprzeczało. Czas niósł wszystko naprzód.
Można było z nim płynąć albo nie.
Nocą, która właśnie się kończyła, powierzchnia jeziora odnalazła nowy
wzorzec. Myśliwy nigdy dotąd go nie widział. Pod rozbitym półksiężycem,
spowitym w srebrny, płomienny blask, w nieruchomym powietrzu unosił się
cichy trzask zderzających się ze sobą poroży. Przez jezioro płynęły
karibu. Tysiące, być może dziesiątki tysięcy.
Północny brzeg jeziora porastał bezładnie skłębiony północny las, seria
jarów i wąwozów biegła ze wschodu na zachód niczym pokrywające ziemię
zmarszczki. Te blizny zapewne były tu na długo przed pojawieniem się
jeziora. Woda odpływała z niego, jedynie sącząc się przez skalne podłoże
albo płynąc przez szczeliny i podziemne korytarze. Pomarszczony teren
ciągnął się na północ, wzdłuż wygładzonej przez erozję granicy Promenady
Bogów, przechodząc w torfowe bagnisko, a wreszcie w tundrę, rozległą na
setki mil, jeśli nie więcej.
Stado miało swoje nawyki, ale nie należała do nich migracja tak daleko
na południe. Myśliwy był tego pewien. Karibu zimowały w lesie, a wiosną
z reguły wędrowały na północ, starożytnymi ścieżkami wiodącymi przez
torfowiska, by ostatecznie dotrzeć na pagórkowatą tundrę.
Myśliwy nigdy nie zapuścił się tak wysoko, ale słyszał opowieści
żyjących na północnym wschodzie mieszkańców lasu, handlujących futrami,
bursztynem i dzikim ryżem. Niekiedy też polował w lesie na karibu.
Stado przeprawiało się przez jezioro prawie całą noc. Gdyby to wydarzyło
się dwadzieścia lat temu, mógłby popędzić do osady, by zwołać tylu
łowców, ilu tylko zdoła. Potem zaczęłaby się rzeź. Tyle mięsa i skór,
kopytne bogactwo.
Doszedł do wniosku, że żądza krwi odchodzi ostatnia, ale i ona w końcu
odchodzi. Zmęczył się już zabijaniem.
Siedział spokojnie, obserwując widowisko w srebrnym blasku księżyca.
Tysiące stworzeń zmienionych w jedno, które zerwało ze swymi związanymi
z porami roku nawykami. Nie wystarczyło po prostu zastanawiać się,
dlaczego do tego doszło. Mogło istnieć kilkanaście różnych powodów,
niewykluczone, że ważnych i godnych uwagi, ale gdy noc zbliżała się do
końca i zwierzęta wygramoliły się na brzeg i rozproszyły, zmierzając na
południe poprzez pastwiska oraz rozległe obszary porośnięte ongiś lasem,
jego duszę i myśli zaprzątnęło coś znacznie głębszego. Ludzie
dostrzegali w zachowaniu zwierząt jedynie instynkt, jakby były one
niewolnikami swojej natury.
Być może pod wieloma względami rzeczywiście nimi były. Ta noc
uświadomiła jednak myśliwemu, że zwierzę - każde zwierzę - jest czymś
więcej niż tylko zbiorem instynktów. W tym aspekcie nie różniły się one
od ludzi. Każde z nich żyło własnym życiem, tak samo jak ludzie. Znało
nadzieję, być może nawet marzenia. I pożądanie, och, z pewnością
wszystkie znały pożądanie.
Nie chcę utonąć.
Nie chcę, żeby moje młode utonęło albo żeby dopadły je wilki.
Nie chcę, żeby strzała zatrzymała moje serce. Albo przebiła mi płuco, od
czego zacznę kasłać krwią, osłabnę, zachwieję się na nogach, a wreszcie
padnę na kolana.
Gdy niebo zaczęło jaśnieć, ostatni członkowie stada opuścili jezioro,
wyszli na ląd i zniknęli we mgłach na południu. Obserwował zwierzęta,
czując wilgoć na policzkach.
Inni myśliwi się wściekną. Wielu wyruszy w pościg za stadem i zwierzęta
będą ginęły od ich strzał. Ale najbardziej niebezpieczna chwila minęła.
Dopiero wtedy zlazł ze skały, podniósł wiązkę zabitych zajęcy i ruszył
przed siebie. To było jego ostatnie polowanie.
* * *
Gospoda "Pod Trójnogim Psem" znajdowała się na samym końcu uliczki, tuż
obok jeziora. Po lewej stronie miała ulicę Nadbrzeżną, z przodu zaś
główną aleję Srebrnego Jeziora. Poniżej balkonu, a nad drzwiami,
umieszczono ogromną końską czaszkę, prawie dwukrotnie większą od
normalnej, przynajmniej jeśli chodzi o konie z południa.
Wewnątrz, nad kominkiem o kamiennym obramowaniu, naprzeciwko baru
wisiała poplamiona od dymu czaszka szarego niedźwiedzia. Brakowało jej
żuchwy. Natomiast w samo obmurowanie wmontowano czaszkę Teblora.
Wszystko powyżej linii czoła było w niej zdruzgotane.
Gdy tylko Rant spoglądał na północ, na drugą stronę jeziora, albo na
spowite mgłą góry na północnym zachodzie, wyobrażał sobie świat, w którym był kimś małym, niegodnym uwagi bestii i wojowników. W minionych
latach, gdy jeszcze był prawie dzieckiem, fascynowały go trzy czaszki
"Pod Trójnogim Psem", ale ta fascynacja - podobnie jak zrodzone z niej
płomienne wizje - nie przeżyła kilku okresów przyśpieszonego wzrostu,
które nadeszły później. Kilku jego kolegów w zbliżonym wieku przestało
się z nim bawić i zaczęło na jego widok uciekać.
Wkrótce potem uświadomił sobie inne prawdy. Wszyscy w miasteczku
wiedzieli, że jego matkę ogarnęło szaleństwo. Tak właśnie to nazywali,
ale przez większą część życia Ranta matka była dla niego jedyną
przewodniczką po niezwykłym świecie dorosłych, uważał ją więc za
całkowicie normalną. Doszedł do wniosku, że dorośli mają ukryte twarze.
Jedną pokazują za dnia, na ulicach i w innych miejscach publicznych,
drugą zaś nocą, w zaciszu swych domów.
Przez bardzo długi czas nawet czerwone zęby matki uważał za normalne. W końcu jednak uświadomił sobie, że takie nie są, gdy ze zdziwieniem
usłyszał słowa "uśmiech kurwy, czerwony od krwawego oleju". Dodał je do
listy rzeczy, które na razie nie miały dla niego sensu, lecz któregoś
dnia go nabiorą.
Nim - według własnej rachuby - skończył dziewięć lat, przerastał już o głowę najwyższego dorosłego w Srebrnym Jeziorze. Jego dawni koledzy dla
własnej ochrony połączyli się w bandę i rzucali w niego kamieniami z drugiej strony ulicy. Dwa lata później dorośli sięgali mu do piersi.
Kamienie rzucane przez dawnych kolegów również zrobiły się większe.
Niedługo potem mieszkańcy miasteczka zaczęli go nazywać "półteblorskim
kundlem". Wylewali na niego cały jad, który nagromadził się w nich od
czasu powstania niewolników.
Rzecz jasna, widział tych niewolników i z czasem zrozumiał, że czaszka
wbudowana w kominek pochodziła od Teblora. Przez bardzo długi czas nie
potrafił jednak połączyć tego z własnym życiem, okresami przyśpieszonego
wzrostu, coraz szerszymi barami i wielką siłą.
Powstanie było krótkie, ale krwawe. Teblorskie dzikusy, nieposkromione
przez kajdany i łańcuchy, przybyły, by wyzwolić pobratymców. Zabiły
wszystkich, którzy próbowali ich powstrzymać. Wszystko to wydarzyło się
w ciągu jednej nocy. Widział to z jedynego okna w swoim pokoju,
wychodzącego na Nadbrzeżną - czerwone płomienie, nieruchome postacie
leżące na ulicy. Od czasu do czasu w oddali rozbrzmiewał krzyk, od
którego przebiegały go ciarki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
DRAMATIS PERSONAE
Rant: Pół-Teblor, bękarci syn Karsy Orlonga
Damisk: myśliwy i tropiciel
Gower: władca Czarnych Jhecków
Nilghan: wojownik Czarnych Jhecków
Sarlis: ludzka matka Ranta
Trójka: Zabójczyni Shi'gal
Czternasty legion, druga kompania
Kapitan Mruk: dowódca kompanii
Trzpień: sierżant, Trzecia Drużyna
Morrut: kapral, Trzecia Drużyna
Gorąc: Trzecia Drużyna
Całkiem Spłukana: Trzecia Drużyna
Benger: Trzecia Drużyna
Powiedz Nie: Trzecia Drużyna
Krzywe Wiertło: sierżant, Czwarta Drużyna
Przekąska: kapral, Czwarta Drużyna
Cicha Woda: Czwarta Drużyna
Folibore: Czwarta Drużyna
Koc: Czwarta Drużyna
Anyx Zygzak: Czwarta Drużyna
Shrake: sierżant, Druga Drużyna
Podwozie: kapral, Druga Drużyna
Delikatny: Druga Drużyna
Ten Głośny: Druga Drużyna
Smutas: Druga Drużyna
Gliniany Talerz: Druga Drużyna
Teblorzy
Delas Fana: córka Karsy Orlonga
Tonith Agra: córka Karsy Orlonga
Karak Thord: wojownik i syn Deluma Thorda
Pake Gild: wojowniczka i córka Owdowiałej Dayliss
Owdowiała Dayliss: towarzyszka życia nieżyjącego Bairotha Gilda
Valoc: Sunyd, były niewolnik
Elade Tharos: wódz wojenny
Sathal: wojowniczka
Bayrak: Sunyd, były niewolnik
Galambar: Rathyd, wyzwoliciel sunydzkich niewolników
Sivith Gyla: Rathydka, wojowniczka
Toras Vaunt: Rathydka, wojowniczka
Salan Ardal: naczelniczka Sunydów
Kadarast: Rathyd, wojownik
Hestalan: Rathydka, wojowniczka
Bagidde: Rathyd, wojownik
Sti Epiphanoz: zwiadowczyni z Jaskrawych Węzłów
Inni
Rozkosz na Kółkach: starszy sierżant regularnej malazańskiej
piechoty
Koniarz: kapral regularnej malazańskiej piechoty
Trand: żołnierz regularnej malazańskiej piechoty
Odlot: żołnierka regularnej malazańskiej piechoty
Opak: żołnierka regularnej malazańskiej piechoty
Sus: żołnierka regularnej malazańskiej piechoty
Gund Żółty: żołnierz regularnej malazańskiej piechoty
Nast Forn: porucznik, garnizon ze Srebrnego Jeziora
Silgar Młodszy: burmistrz Srebrnego Jeziora
Storp: oberżysta i weteran
Stworzenie: łasica
Mnisiszczur: mag
Blowlant: markietanka
Varbo: markietan
Pięść Sevitt: dowodząca Czternastym Legionem
Stokrotka Bankrut: komendant batalionu, Czternasty Legion
Trupka: komendant batalionu, Czternasty Legion
Słomiany Ogień: kapitan, Czternasty Legion
Charkot: sierżant, Czternasty Legion
Sulban: sierżant, Czternasty Legion
Bellam Nom: sierżant, Czternasty Legion
Tłuczek: żołnierz piechoty morskiej
Dobranoc: żołnierka piechoty morskiej
Olit Fas: żołnierz piechoty morskiej
Splotowiedźma: duch plemienny
Nistilash: ganrelski czarnoksiężnik
Suka Wojny: bogini Jhecków
Casnock: władca Białych Jhecków
Pallid: Ogar Cienia
Andrison Balk: komendant kompanii najemników
Ara: sierżant w kompanii Balka
Patyk: sierżant w kompanii Balka
Sugal: sierżant w kompanii Balka
Ryk: sierżant w kompanii Balka
Strupiel: mag w kompanii Balka
Cranal: mag w kompanii Balka
Vist: mag w kompanii Balka
Klapka: nocny nóż
Bairdal: nocny nóż
Paunt: nocny nóż
Orule: nocny nóż
Pallat: nocny nóż
Burda: nocny nóż
Irik: nocny nóż
Rayle: nocny nóż
Co o tym sądzić? Pan Śmierci nie żyje. Rodzic Wojny spoczywa w milczeniu
w zdruzgotanej krypcie. Światło i Ciemność uciekły do Cienia, a Cień śni
o blasku słońca. Domy porzucono. Heroldzi krzyczą, ale nikt nie słyszy
ich głosu, murarze przesypują pył w znieczulonych dłoniach. Królowe
płaczą, a królowie się potykają. Cały świat utracił równowagę, prawdy
umierają z każdym oddechem i z każdym wypowiedzianym słowem.
Stara kobieta idzie korytarzem, zapalając świeczki jedną po drugiej, ale
zimny wicher gasi wszystkie płomienie za jej plecami.
Teraz jednak widzę przed sobą nowe pole bitwy, witające świt złowrogim
milczeniem. Wkrótce mrok się rozpierzchnie i noc się otrząśnie,
odsłaniając dwie armie zwrócone ku sobie nawzajem. Chorągwie łopoczą
niczym skrzydła, nad strojnymi w pióropusze szeregami unosi się para.
Oręż i zbroje lśnią w blasku wschodzącego słońca niczym porozrzucane po
ziemi skarby.
Wtem między wrogami pojawia się samotna postać, wieża z ciała i nieugiętej woli, żelazne kości i naznaczona bliznami twarz. Mężczyzna
nie walczy za nikogo, ale wszyscy uznają go za boga. Jest krwawym
błogosławieństwem wojownika i słodkim pocałunkiem kochanka, jest
świadkiem trupów i twórcą dzieci. Jest pozłacanym dziobem statku
historii, prującego z furią morskie fale, ale mieszka w przestrzeni
między kurhanem a menhirem. Jest ciężkim tupotem i lekkim jak piórko
dotykiem; zimnym spojrzeniem i lotnym zerknięciem. Wszystko mu oddajemy,
wszystko dla niego poświęcamy. W jego imię giną narody, w jego imię
uklękną bogowie. Jeśli imperia spłoną, nie miejcie pretensji do niego,
podobnie jak w chwili, gdy odwróci się od was kochanka. Być świadkiem
znaczy zacząć widzieć. Widzieć znaczy zacząć wiedzieć. Wiedzieć znaczy
się cofnąć. Ale on stoi spokojnie na drodze przyszłości, nie ma oręża
ani zbroi. Znam go. Jest Niechętnym Bogiem, Bezradnym Bogiem, Zabójcą
Wszystkich i Nikogo.
Wrogie armie nie ruszają się z miejsca. Słońce rzuca swój złoty blask na
powierzchnię świata. Czy to będzie dzień nadejścia wojny? Przekonamy
się...
Hanascordia. Wizje Ostatniego Proroka.
Trzeci Apokryf Karsański
(Darudżystan w roku wyzwania Dzikiego)
PROLOG
Nad Płaskowyżem Laederon. Północno-zachodnia Genabackis. Terytorium
Teblorów
Pięli się w górę sześć dni. Około południa siódmego dotarli na szczyt
skarpy graniczącej z niemal pionową ścianą lodu, którą od dwóch dni
mieli na lewo od siebie. Ścianę naznaczyły ślady dawnych roztopów, ale
na tej wysokości zima nadal trzymała góry w mocnym uścisku, a dmące w dół turni wichry były białe od szronu i krwawiły tęczami w ostrym blasku
słońca.
Szczyt skarpy był pochyłą, wyszczerbioną granią, tak stromą, że czwórka
Teblorów ledwie mogła na niej ustać. Wiatr zawodził przeraźliwie,
szarpiąc luźne rzemienie broni i wnikając pod futra, które mieli na
sobie. Od czasu do czasu próbował zepchnąć ich w dół, jakby wściekała go
ich bezczelność. Tak wysokie góry nie były ich światem. Niebo było tu
zbyt bliskie, a powietrze za rzadkie.
Owdowiała Dayliss z Teblorów ciaśniej otuliła ramiona wilczym futrem.
Przed nimi strome, usiane głazami zbocze opadało ku masie pokruszonego
lodu, piasku i śniegu, biegnącej wzdłuż brzegu niczym mur obronny.
Z miejsca, w którym stali, widzieli, co znajduje się za tą
przypominającą zęby piły barierą, aż po samo jezioro. Lodowe
wybrzuszenia wznosiły się nad jego płaską, pokrytą śniegiem powierzchnię
na podobieństwo wysp. Niektóre piętrzyły się wysoko niczym fortece,
jakby setka tyranów toczyła ze sobą wojnę o władzę nad tym ogromnym
imperium zamarzniętej wody.
Nikt z nich nie czuł się jeszcze gotowy, by cokolwiek powiedzieć.
Owdowiała Dayliss uniosła wzrok i spojrzała na północ, mrużąc powieki.
Gdzieś tam jezioro powinno się kończyć. Biel ciągnęła się jednak aż po
odległy horyzont. Nad tą płaszczyzną - niewyraźne niczym chmury -
widniały najwyższe turnie górskiego łańcucha. Ich zwrócone w stronę
południa stoki były wolne od śniegu. Już sam ten widok był przerażający.
Owdowiała Dayliss zwróciła się ku młodemu wodzowi wojennemu stojącemu na
prawo od niej.
Nadal zdumiewała ją myśl, że towarzyszy im Rathyd, jakby tysiąc lat
nieustannych wendet i wzajemnych mordów nic nie znaczyło, a przynajmniej
znaczyło tak niewiele, że nie powstrzymało tego wodza wojennego przed
zwróceniem się do Urydów w poszukiwaniu wojowników, którzy zechcą
wyruszyć z nim w to miejsce.
Wszystko się zmieniało. Przyglądała mu się jeszcze przez chwilę.
- Zatem twoi współplemieńcy to zobaczyli - stwierdziła wreszcie.
Elade Tharos wsparł się na dwuręcznym mieczu, wbitym w zeszklony lód
wypełniający szczelinę w kamieniu, na którym stał.
- Kiedy latem obozowaliśmy wysoko, Białe Twarze nie były już białe -
odpowiedział, kiwając głową.
Tylko nieliczni spośród Urydów, którzy usłyszeli opowieść Elade'a,
pojęli jej znaczenie. Życie toczyło się powoli, rytm pór roku był
niezmienny. Jeśli poprzednia zima była bardziej mroźna, znaczyło to, że
ta, która ją poprzedzała, musiała być łagodniejsza. Jeśli odwilż
nadchodziła z przerwami, a z gór na północy przybywały dziwne, ciepłe
powiewy, jeśli śnieg sypał codziennie, zasypując Teblorów grubą warstwą,
jeśli lasy wspinały się coraz wyżej na górskich stokach, a na niżej
położonych obszarach drzewa ginęły latem od suszy i szkodników... trzeba
było po prostu każdego lata wybierać inne wysokogórskie pastwisko.
Obyczaje Teblorów zmieniały się, dostosowując się do nowych warunków.
Powtarzali półgębkiem, że nowe wieści nie są powodem do obaw. Och, być
może Rathydzi - te ich nieliczne osady, które przetrwały, ukrywając się
w niedostępnych miejscach przed wiecznie głodnymi łowcami niewolników z południa - nauczyli się strachu jak zbite suki i bali się teraz cieni na
niebie.
Gdy Elade Tharos słyszał takie słowa, jego oblicze nie mroczniało.
Uśmiechał się tylko, odsłaniając zęby w bezgłośnym grymasie złości.
- Wszystkie dzieci łowiące niewolników nie żyją - mówił. - Czy nie
wierzycie nawet w te pogłoski? Czy moje imię nic tutaj nie znaczy?
Jestem Elade Tharos, wódz wojenny wszystkich Sunydów i Rathydów. Wódz
wojenny wolnych i tych, którzy zaznali kiedyś niewoli. Trasę mojego
zwycięskiego powrotu do ojczystych stron naznaczyły głowy tysiąca dzieci
łowiących niewolników. Każdą z nich nadziano na sunydzką albo rathydzką
włócznię. - W jego szarych oczach pojawiły się dzikie błyski pogardy. -
Jeśli będę musiał, znajdę garstkę ocalałych phalydzkich wojowników, żeby
towarzyszyli mi w drodze na północ.
To rozstrzygnęło sprawę. W końcu jaką opowieść zaniósłby Elade Tharos do
znienawidzonych Phalydów? "Urydowie ukryli się w chatach i nie chcieli
mnie wysłuchać...". Nawet jeśli go nie rozumieli, to nie mieli wyboru.
Każdy wojownik musiał klękać przed dumą.
Wódz wojenny Rathydów mógł być młody, ale nie był głupcem.
- Wieczne śniegi się roztopiły - stwierdził Karak Thord. - Już to samo w sobie jest niemożliwe. - Jego lico przybrało zakłopotany wyraz, ale nie
patrzył na odległe góry. Wlepił wzrok w jezioro. - Znaleźliśmy odpowiedź
na pytanie, co się z nimi stało. - Zwrócił się w stronę Elade'a. - A ta
zatopiona dolina? Czy zawsze tak wyglądała?
- Nie, Karaku z Urydów. Tak jest, była tu kiedyś rzeka, czysta i zimna,
płynąca po zaokrąglonych kamieniach, małych kamykach oraz piasku. Na
płyciznach zbierano tam złoto. Można ją było przejść w bród i woda nigdy
nie sięgała wyżej niż do bioder.
- Kiedy tak było? - zapytał Karak Thord.
- W czasach mojego ojca.
Druga kobieta w ich grupie prychnęła lekceważąco.
- Czy zagłębiłeś się w jego wspomnieniach, wodzu wojenny, żeby
sprawdzić, w którym stuleciu ostatnio odwiedził tamto miejsce?
- Nie, Tonith z Urydów. Nie zrobiłem tego. Mój ojciec nie żyje. Moja
rodzina od dawna miała dar zbierania złota. Zapuszczaliśmy się wysoko w góry, gdzie nie docierali inni Teblorzy. Całe złoto używane w handlu
przez Teblorów znalazła moja rodzina. - Przerwał na chwilę, wzruszając
ramionami. - Oczywiście miałem odziedziczyć to zajęcie po przodkach.
Moje nauki zaczęły się wcześnie. Później przybyli łowcy niewolników i opuściliśmy południe. Ci z nas, którym udało się zbiec. A gdy wreszcie
pomyśleliśmy, że jesteśmy bezpieczni, zaatakowali nas wojownicy. Wtedy
zginął mój ojciec.
Owdowiała Dayliss raz jeszcze przyjrzała się Elade'owi. Poczuła w ustach
nagłą suchość.
- Ci wojownicy byli Urydami, wodzu wojenny.
- To prawda - przyznał pozbawionym wyrazu głosem.
Karak Thord wlepił w niego spojrzenie szeroko otwartych oczu.
- Moimi kuzynami...
- W rzeczy samej - przerwał mu Elade. - Nietrudno było poznać ich
imiona. W końcu któż z Urydów nie śpiewa nadal pieśni o Karsie Orlongu,
Delumie Thordzie i Bairothu Gildzie? - Przeniósł spojrzenie na Dayliss.
- Twoje dzieci, Owdowiała, zrodziły się z nasienia Bairotha. Czy
zaliczasz się do wyznawców tego nowego Roztrzaskanego Boga?
- Za dużo wiesz o Urydach - odparła. Za jej słowami kryła się groźba
miecza.
Elade wzruszył ramionami. Ponownie skierował uwagę na zamarznięte
jezioro, lekceważąc ich wszystkich oraz temat rozmowy.
- Przyjrzycie się dobrze - podjął. - To, co widzicie, nie jest jeziorem.
To zatoka. Za Promenadą Bogów, gdzie kiedyś ciągnęła się tundra, teraz
jest morze. Wyżyny na zachodzie oddzielają je od oceanu. Na wschodzie
rozpościera się na obszarze jednej trzeciej kontynentu. - Przechylił
głowę. - Co wiem o tym kontynencie? Z pewnością więcej niż którekolwiek
z was. Wyobrażacie sobie, że żyjemy w małym świecie. Te góry i doliny,
równiny na południu, a za nimi morze. Ale to nie świat jest mały, tylko
wiedza Teblorów o nim.
- Ale nie twoja wiedza? - zapytała Tonith Agra ostrym tonem,
sugerującym, że próbuje zamaskować strach pogardą.
- Byli niewolnicy mieli dużo do powiedzenia. Ich wiedza nas oświeciła.
Widziałem też mapy. - Zatoczył pełen krąg. - Lodowy mur powstrzymuje
morze. W ciągu ostatnich dwóch dni wspięliśmy się na niego od naszej
strony. Widzieliśmy szczeliny, oznaki topnienia. Widzieliśmy starożytne
zwierzęta, ongiś uwięzione w lodzie, kłęby cuchnącego futra sterczące ze
ściany. Z każdą wiosną pojawiają się nowe, przywabiając kondory i wrony,
a nawet Wielkie Kruki. Przeszłość oferuje padlinożercom sutą ucztę. Mimo
to, widząc ją, widzimy przyszłość. Naszą przyszłość.
Owdowiała Dayliss rozumiała znaczenie nagich turni. Zima świata
umierała. Zdawała sobie też sprawę z celu ich podróży. Mieli sprawdzić,
co dzieje się z wodą pochodzącą z roztopionego lodu. Przekonać się,
dlaczego nie spływa na niżej położone obszary, gdzie każdego lata
dręczyła ich susza.
- Gdy ta lodowa tama pęknie... - zaczęła wypowiadać słowa prawdy.
Ale wódz wojenny Elade Tharos nie zamierzał ustąpić jej prawa do ich
wypowiedzenia.
- Gdy ta lodowa tama pęknie, wojownicy Urydów, świat Teblorów się
skończy.
- Mówiłeś o morzu - przypomniał mu Karak Thord. - Dokąd moglibyśmy uciec
przed morzem?
Elade Tharos uśmiechnął się szeroko.
- Nie przybyłem tylko do Urydów. Byłem w wielu różnych miejscach. Zanim
skończę, wszystkie klany Teblorów będą ze mną.
- Z tobą? - zapytała Tonith. - Jakie tytuły mielibyśmy ci przyznać?
Wielki wódz wojenny Rathydów, wyzwoliciel sunydzkich i rathydzkich
niewolników, Zabójca Tysiąca Dzieci z Południa! Elade Tharos! Tak jest!
Teraz poprowadzi nas na wojnę z powodzią, której nawet bogowie nie
zdołają powstrzymać!
Przechylił głowę, jakby po raz pierwszy zobaczył córkę Karsy Orlonga. Z pewnością od chwili opuszczenia osady Urydów zamienili ze sobą bardzo
niewiele słów.
- Tonith Agra, pod twoją cienką skórą uwidacznia się strach, a wszystkie
słowa, które wypowiadasz, zdradzają twoją niepewność. - Uniósł rękę, gdy
sięgnęła po miecz z krwawego drewna. - Wysłuchaj mnie, Tonith Agra.
Strach dręczy nas wszystkich. Każdy wojownik, który by temu przeczył,
byłby głupcem. Wysłuchaj mnie uważnie. Jeśli musimy poczuć lodowaty
wicher przerażenia, lepiej, żeby dął nam w plecy.
Umilkł, czekając na odpowiedź.
Owdowiała Dayliss wydała z siebie jakiś dźwięk. Sama nie potrafiłaby
określić, co mógłby oznaczać.
- Uważasz, że jesteś w cieniu Roztrzaskanego Boga, tak? Że jesteś śladem
na jego drodze. Rathyd, którego ojciec zginął od miecza z krwawego
drewna dzierżonego przez Karsę. Albo Deluma bądź Bairotha. A teraz
chcesz wyjść z tego cienia. Pragniesz, by chwała, jaką się okryjesz,
zepchnęła Karsę na bok.
Elade Tharos wzruszył ramionami.
- Szukam chwały, Owdowiała Dayliss, ale jeśli Roztrzaskany Bóg odegra
jakąś rolę w tych poszukiwaniach, to tylko w chwili, gdy przebije go mój
miecz z krwawego drewna. Tonith Agra ma rację. Nie możemy walczyć z powodzią. Wody nadejdą. Nasze ziemie zatoną. Ale to będzie tylko
początek potopu. Czy jeszcze tego nie zrozumiałaś?
Skinęła głową.
- Zrozumiałam, wodzu wojenny Elade Tharos. Wody spłyną z naszych gór i pokryją wszystkie ziemie położone na południu, gdzie mieszkają dzieci
łowiące niewolników. Zniszczą je całkowicie.
Potrząsnął głową.
- Wody ich nie zniszczą. My to zrobimy.
Karak Thord wyciągnął nagle miecz i klęknął przed Elade'em Tharosem,
unosząc oręż w pozycji poziomej, wsparty na zwróconych ku górze
dłoniach.
- Jestem Karak Thord z Urydów. Prowadź mnie, wodzu wojenny.
Elade dotknął z uśmiechem jego miecza.
- Dokonało się.
Po chwili Tonith Agra zrobiła tak samo. Pomimo niedawnego sporu między
nimi wódz wojenny zaakceptował ją bez oporu i bez chwili wahania.
Owdowiała Dayliss odwróciła wzrok, choć wiedziała, że Rathyd patrzy na
nią i czeka. Nie chciała ani nie mogła mu się sprzeciwiać. W jej żyłach
płonął gwałtowny ogień. Serce tłukło jej mocno. Zachowała jednak
milczenie, wpatrując się w odległe ziemie na południu.
- Tak - wyszeptał Elade Tharos, który nagle znalazł się tuż przy niej. -
Przed wodą nadejdzie ogień.
- Być może to mój mąż zabił twojego ojca.
- To nie był on. Na własne oczy widziałem, jak powalił go Karsa Orlong.
Z naszych mężczyzn tylko ja jeden przeżyłem atak.
- Rozumiem.
- Czyżby? - zapytał. - Powiedz mi, kim jest ten Roztrzaskany Bóg? Czy
Karsa Orlong wrócił do ojczyzny? Czy zwołał krewniaków i zdobył nowych
zwolenników? Czy rozpoczął wielką wojnę z dziećmi z południa? Nie. Nie
zrobił żadnej z tych rzeczy. Powiedz mi, Owdowiała Dayliss, dlaczego
uczepiłaś się tej fałszywej nadziei?
- Bairoth Gild postanowił stanąć u jego boku.
- I zapłacił za to życiem. Zapewniam, że ja nie będę tak rozrzutny z moimi zaprzysiężonymi zwolennikami.
Prychnęła pogardliwie.
- Żaden z nich nie zginie? Jak sobie wyobrażasz tę wojnę? Czy kiedy
ruszymy na południe, nie pomalujemy twarzy na czarno, szaro i biało,
wodzu wojenny?
- Mielibyśmy ścigać własną śmierć? - zapytał, unosząc brwi. - Owdowiała
Dayliss, mam zamiar zwyciężyć.
- W wojnie z południem? - Pozostali przyglądali się i słuchali ich z uwagą. - Mówiłeś, że widziałeś mapy. Ja też je widziałam, Elade Tharos,
gdy pierwsza córka Karsy wróciła do nas. Nie możemy pokonać Imperium
Malazańskiego.
Elade ryknął śmiechem.
- To wykraczałoby nawet poza moje ambicje - oznajmił. - Ale powiem ci
jedno. Panowanie Imperium nad Genabackis jest słabsze, niżby się
zdawało. Zwłaszcza nad ziemiami Genabarian i Nathijczyków.
Pokręciła głową.
- To rozróżnienie nic nie znaczy. Żeby znaleźć dla naszych ludzi miejsce
na południu, poza zasięgiem nadchodzących powodzi, będziemy musieli
zabić ich wszystkich. Malazańczyków, Nathijczyków, Genabarian i Korhivijczyków.
- To prawda, ale tylko Malazańczycy łączą wszystkie te ludy w jednolitego wroga, zdolnego stawić nam czoło na polu bitwy. Na którym
spotkamy go i zmiażdżymy.
- Jesteśmy łupieżcami, Elade Tharos, nie żołnierzami. Poza tym jest nas
za mało.
- Twoje wątpliwości mnie nie zniechęcają - odparł z westchnieniem
Ruthyd. - Z chęcią usłyszałbym twój głos w naszej radzie wojennej. Czy
jest nas za mało? Tak. A czy będziemy walczyli sami? Nie.
- Nie rozumiem.
- Owdowiała Dayliss, czy przysięgniesz mi wierność? Czy uniesiesz wysoko
swój miecz z krwawego drewna, bym mógł go dotknąć? Jeśli tego nie
zrobisz, nasza rozmowa będzie się musiała zakończyć. W końcu... -
ciągnął z łagodnym uśmiechem - ...nie jesteśmy jeszcze na radzie
wojennej. Jeśli masz wątpliwości, wolałbym, żebyś udzieliła swego głosu
wszystkim, którzy je podzielają, ale muszą zachować milczenie.
Wydobyła miecz.
- Zrobię to - oznajmiła. - Ale zrozum mnie dobrze, Elade Tharos. Córki
Karsy Orlonga podróżowały z naszych krain w miejsce, gdzie mieszka ich
ojciec, Roztrzaskany Bóg. Wielokrotnie.
- A mimo to on nic nie robi.
- Elade Tharos, on tylko wciąga głęboko powietrze.
- W takim razie z chęcią usłyszę jego okrzyk bojowy.
Nie sądzę.
Nie powiedziała tego na głos. Opadła na jedno kolano i uniosła przed
sobą drewniany miecz.
- Jestem Owdowiała Dayliss z Urydów. Prowadź mnie, wodzu wojenny.
Słońce osiągnęło najwyższy punkt w swej wędrówce po niebie. Ciszę
zmąciły głuche trzaski, dobiegające znad wielkiej, skutej lodem zatoki
spowitego mgłami śródlądowego morza. Zaczynała się odwilż. Od ściany
lodu, znajdującej się teraz po ich prawej stronie, dobiegał szum wody,
spływającej gdzieś za zielonymi i niebieskimi kolumnami lodu. Ten sam
dźwięk słyszeli popołudniami podczas wspinaczki, kiedy było najcieplej.
Na południu ucieszą się z nagłej odwilży. Lato, powiedzą, susza się
skończy. Widzicie? Nie ma powodu do niepokoju.
Wiedziała, że wkrótce takie niewielkie problemy utracą wszelkie
znaczenie. Kiedy przybędzie wódz wojenny, przynosząc ze sobą obietnicę
zemsty na znienawidzonych dzieciach z południa. Obietnicę wojny.
Gdy wreszcie dotknął jej miecza i wypowiedział słowa akceptacji,
wyprostowała się i wyciągnęła rękę.
- Uznajmy, że to nasza pierwsza rada wojenna.
- Dayliss, to nie jest... - sprzeciwił się Karak Thord.
- Jest - przerwała mu i spojrzała prosto w oczy Elade'a. - Wodzu
wojenny, jest pewna tajemnica, której wszyscy czworo musimy dochować.
Złożymy przysięgę, której nie wolno nam będzie złamać.
- Co to za tajemnica? - zapytała Tonith.
Dayliss wlepiła spojrzenie w wodza wojennego.
- Obiecaj wszystkim klanom Teblorów wojnę z dziećmi z południa. Opowiedz
im o zemście. O sprawiedliwej zapłacie za zbrodnie, jakich dopuścili się
wobec naszego ludu handlarze niewolników i łowcy nagród. O nowych
osadach powstających na naszych ziemiach. O naszych dawnych
zwycięstwach. Zdobądź ich serca, wodzu wojenny, słowami o krwi i chwale.
Tonith stanęła między nimi.
- A co z potopem? Ta wiadomość powinna wystarczyć!
- Wielu nie zechce uwierzyć w nasze słowa - odparła Dayliss. - Zwłaszcza
żyjące na uboczu klany, które mogą uważać, że pory roku się nie
zmieniły, i nic nie wiedzieć o trudach albo niedostatkach.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Ale poruszenia lodu stawały się coraz
głośniejsze.
Wreszcie Elade Tharos skinął głową.
- Jestem skłonny zrobić to, co sugerujesz. Ale jeśli mam zdobyć serca
wszystkich klanów, nie mogę być sam.
- To prawda. Dlatego nasza trójka będzie z tobą, wodzu wojenny.
Reprezentujemy Rathydów, Sunydów oraz Urydów. Już ten szczegół
wystarczy, by przyciągnąć do nas uwagę.
Karak Thord odchrząknął.
- Jeśli znajdziemy jeszcze jakiegoś Phalyda, góry zadrżą ze zdumienia.
Elade Tharos spojrzał na niego.
- Karaku z Urydów, mam wśród swoich zwolenników Phalyda. Pokażemy im
przedstawicieli wszystkich czterech klanów. - Ponownie zwrócił się ku
Owdowiałej Dayliss. - To mądre słowa. Przysięgnijmy wszyscy, że
dochowamy tej tajemnicy, do czasu, gdy wszyscy czworo zgodzimy się, że
pora ją ujawnić.
Zerknął na nich kolejno. Wszyscy skinęli głowami. Nawet Tonith Agra.
Dopiero wtedy ruszyli w drogę powrotną.
Woda spływała w dół jaskiniami ukrytymi pod lśniącymi ścianami z lodu. W coraz cieplejszych promieniach słońca ze skał buchały obłoczki pary.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Złowróżbne początki często przynoszą najstraszliwsze ostrzeżenia.
Powiedzenia głupca
Thenys Bule
Garnizon Mokasyn, Przejście Culverna, w kierunku wschód, północny wschód
od Malybridge, Genabackis
Bezbarwne niebo czyniło świat równie pozbawionym barw. Wiosna wciąż nie
chciała się zacząć. Chaszcze po obu stronach brukowanego traktu nadal
pozostawały chaosem brązu, matowej czerwieni i jeszcze bardziej matowej
żółci. Tu i ówdzie pojawiły się jednak nowe pączki, a lód w rowach i na
położonych za nimi polach ustąpił miejsca wodzie, zbierającej się w szarych kałużach i w płytkich jeziorkach, w których odbijało się
pozbawione wyrazu niebo.
Ktoś - Gorąc nie pamiętał kto - powiedział kiedyś, że świat jest
zwierciadłem nieba, ale takim blaszanym, podrapanym, pełnym plam i chropowatym, drwiącym ze wspaniałości firmamentu. Niewątpliwie coś w tym
było. To dziwne, że słowa pozbawione sensu często najgłębiej zapadały w pamięć, podczas gdy prawdy po prostu porzucano, jakby nie miały żadnego
znaczenia.
Każdy żołnierz, który nie chciał przyznać, że kusi go niebezpieczeństwo,
był kłamcą. Gorąc zaciągnął się do armii, gdy miał piętnaście lat.
Dwadzieścia jeden lat temu. Przez całe swe dorosłe życie uciekał przed
tą prawdą. Nie tylko przed tą jedną. Inne bezużyteczne prawdy czaiły się
w jej cieniu. Przyjemność uzależnionego zawsze łączy się z poczuciem
winy. Niezmiennie widział u swego boku jego wysoki cień, gdy patrzył na
zabitego wroga, wiedząc, że gdyby sprawy potoczyły się inaczej, mógłby
się znaleźć na jego miejscu. Doszedł do wniosku, że życie jest
łatwiejsze, gdy można zabić własny strach, a potem spojrzeć w jego
pobladłą twarz, czekając, aż serce zacznie bić wolniej, a oddech się
uspokoi.
Jutro będzie nowy dzień, nowy strach i nowa twarz, a ulga wypełni mu
żyły niczym najsłodszy z narkotyków.
Był żołnierzem i nie potrafił sobie wyobrazić, by mógł być kimkolwiek
innym. Zginie na polu bitwy, pokazując nieprzyjacielowi swą pobladłą
twarz. Zapewne w ostatniej chwili ujrzy też towarzyszący mu wysoki cień.
Wszyscy wiedzieli, że śmierć jest jedyną prawdą, przed którą nie sposób
uciec.
Za plecami miał położony na północy las. Jego wierzchowiec był zmęczony
i nie byłoby dobrze, gdyby zbyt długo pozostawał w bezruchu, bo
zesztywnieją mu mięśnie. Niemniej Gorąc nadal siedział spokojnie w siodle. Parę chwil nie zabije żadnego z nich. Miał taką nadzieję.
Przynajmniej jego serce zacznie bić wolniej, a oddech się uspokoi.
Gdy z wytartego bruku przed tobą nagle wyłania się duch, nie jesteś w stanie przewidzieć, jakiego figla zamierza ci spłatać. Nie należy
mieszać czarów i ich grot z niewidzialnymi światami, w których umarli z pewnością nie są sami. Także panteon bogów i Ascendentów uwięzionych w swych świątyniach, rozkwitających i więdnących niczym kwiaty, gdy jedna
epoka przechodzi w następną, należy do innego świata niż wszystkie te
nieznające mowy siły, które bytują na pustkowiach i w innych
zapomnianych miejscach.
Wysoka zjawa, która wyłoniła się nagle z wytartych brukowców przed nim,
była niemal całkowicie bezkształtna. Ledwie przypominała człowieka, jej
zarysy były niewyraźne, a w centrum znajdowała się ciemna plama, z której wysuwały się zygzakowate wstęgi czegoś migotliwego, co poruszało
się nerwowo, jakby szukało drogi ucieczki. Całość była matowa jak niebo,
matowa jak jeziora i kałuże.
Czekał, aż zjawa coś powie. Zastanawiał się, dlaczego koń w ogóle na nią
nie reaguje. Gdy chwila się przeciągała, jego umysł wrócił do dawnych
pól bitew. Zwłaszcza do ostatniego. Gorąc zadawał sobie pytanie, czy coś
nie uszło jego uwagi. Coś takiego, jak jego własna śmierć? Czy umarli w ogóle wiedzieli, że nie żyją? Czy odrzucił jakieś wspomnienie w nagłym
spazmie przerażenia i żalu? Gwałtowny ból, gdy grot włóczni wniknął w jego pierś? Straszliwa rana w żołądku albo w gardle, krwawienie z uda?
- Czy zginąłem?
Wierzchowiec poruszył czujnie lewym uchem, czekając na dalsze słowa.
Reakcja zjawy była nieoczekiwana. Zwróciła się w stronę Gorąca,
wypełniając jego pole widzenia swą ciemnością, chaotyczny motek czegoś
otoczył go, uderzając ze wszystkich stron. Mężczyzna zadrżał, gdy
wstążki przemknęły przez jego ciało. Potem nadszedł potężny wstrząs,
który przetoczył się przez niego jak fala. Śledził jego poruszenia wokół
swego ciała i w jego wnętrzu.
Nagle wrażenie zniknęło.
Zamrugał, rozglądając się wkoło. Nie było tu nic poza matowym,
bezbarwnym światem, chłodnym wczesnowiosennym porankiem, cichym szumem
płynącej wody i ledwie wyczuwalnym powiewem. Skierował spojrzenie na
punkt drogi, nad którym przed chwilą unosiła się zjawa. Jego uwagę
przyciągnął jeden z brukowców. Był usmarowany błotem tak samo jak
wszystkie, ale coś różniło go od pozostałych.
- Niech to szlag.
Gorąc zsunął się z konia, zachwiał na nogach pod wpływem wspomnienia
dotyku zjawy, podszedł do brukowca, przykucnął przed nim i wytarł go z błotnistej wody. Pojawiła się wyrzeźbiona w kamieniu twarz. Okrągłe,
puste oczy, wyżłobienia składające się na szorstki, wydłużony trójkąt
nosa oraz usta o opadających kącikach.
- Jebać Genabackis - mruknął. - Jebać Puszczę Culvernijską, jebać
wszystkich umarłych, którzy od dawna nie żyją, jebać zapomniane duchy,
zjawy i wszystko inne. - Odwrócił się i z powrotem wsiadł na czekającego
spokojnie konia. - A przede wszystkim jebać ciebie, kimkolwiek jesteś.
Takie jebanie jeszcze nigdy mi się nie trafiło.
* * *
Po północnej stronie fortu znajdował się porzucony cmentarz, dziwna
mieszanina tolosów i krypt wypełnionych urnami, a także pochylonych, z reguły zapadających się w ziemię płyt nagrobnych, pamiątek po
starożytnych, zapomnianych ludach, o których pamięć zaginęła w pomroce
dziejów. Dawno temu, podczas podboju, gdy malazańska Trzecia Armia
wznosiła tu fortyfikacje, okopy oraz wały ziemne weszły na teren
cmentarza i wiele nagrobków znalazło się na wyrównanym terenie. Na
niektórych stojących kamieniach, konstrukcjach z cegły i pochylonych
płytach nagrobnych zbudowano fundamenty tego, co z początku było
drewnianą palisadą, a teraz przerodziło się w wapienny mur. Wykopane
kości wyrzucono i teraz walały się w wysokiej trawie obok okopu oraz
wału ziemnego. Niektóre nadal były widoczne, ich białe okruchy lśniły
pośród splątanych łodyg.
Budowniczowie się nie patyczkowali, ale takie były wymogi konieczności.
Poza tym cmentarz znajdował się na cholernym pustkowiu, wiele mil od
najbliższego miasteczka. Tylko nieliczne wioski i mniejsze osady
dzieliło od niego mniej niż pół dnia drogi. Co więcej, miejscowych nic
to nie obchodziło. Wszyscy co do jednego zapewniali, że to nie ich
zmarli tu leżą.
Po południowej stronie fortu znajdował się natomiast nowy cmentarz,
pełen małych prostokątnych krypt z kamienia, wybudowanych w genabaryjskim stylu. Był tam też długi kurhan, w którym spoczywały
butwiejące kości kilkuset malazańskich żołnierzy. Porastał go już
niewielki lasek. Wzdłuż tego cmentarza biegł mur fortu, w którym
wybudowano nową bramę. Otaczało go miasteczko, które wyrosło razem z imperialną placówką.
Teren za wschodnim murem służył do ćwiczeń i apeli. Nie wolno tam było
budować domów, ale pozwalano na wypas owiec, dzięki którym trawa nie
wyrastała zbyt wysoko.
Fort zbudowano w odległości stu kroków od rzeki Culvern. W ciągu
dziesięcioleci, które minęły od jego powstania, wiosenne powodzie
stawały się coraz poważniejsze i teraz fort dzieliło od brzegu niespełna
trzydzieści kroków. Na tym wąskim pasie ziemi obozowała Druga Kompania
Czternastego Legionu.
Sierżant, jak każdego ranka, oddalił się od szumu wartko płynącej wody.
Nienawidził tego dźwięku. Ruszył w głąb lądu, omijając fort z lewej
strony, i wkrótce znalazł się w chaszczach porastających opuszczony
cmentarz. Wspominał czasy, gdy zobaczył go po raz pierwszy.
Poważnie ucierpieli w niespodziewanym starciu z Karmazynową Gwardią, a z południa nadeszły wieści, które uczyniły nazwę "Czarny Pies"
przekleństwem. Jednym ze źródeł problemów był fakt, że Podpalaczy Mostów
podzielono. Dwie kompanie wysłano na północny wschód, by wsparły Drugą
Armię, reszta zaś ruszyła w przeciwnym kierunku, do Mott.
Sierżant usiadł na nieco pochylonej płycie nagrobnej i wlepił spojrzenie
w kamienny mur fortu. Pamiętał czasy, gdy nie było tam niczego poza
drewnem i gruzami. Nie zapomniał też, jak bardzo bolały go plecy od
wymachiwania kilofem i łopatą. Rozbijał nagrobki, podczas gdy jego
towarzysze wycięli cały okoliczny zagajnik, by zbudować pierwsze
fortyfikacje.
Powietrze było wtedy ostrzejsze. A może to on się zmienił? Z pewnością
okolica była wówczas bardziej dzika, położona na samej granicy
cywilizowanego osadnictwa. To był dopiero początek okresu, gdy
Podpalaczy Mostów rzucano z jednego koszmaru w drugi. Nadzieja jeszcze
żyła, ale zaczynała robić się krucha.
Od tego czasu pokój przykrył zwodniczym kocem kupców, oberżystów,
rzemieślników, pasterzy owiec, rolników i całą resztę. Kamień zastąpił
drewno, a na pustkowiach wyrosło miasteczko. Nic z tego nie wydawało się
realne.
Nie spodziewał się, że tu wróci. Nie w miejsce, gdzie dwukrotnie brał w rękę łopatę, najpierw, by wybudować fort, a następnie, żeby usypać
kurhan i patrzeć, jak wtaczają do niego pokrytych krwią przyjaciół.
Lojalność żołnierza umiera śmiercią tysiąca cięć, aż wreszcie wydaje
się, że nie sposób odnaleźć jej na nowo. Ani lojalności wobec imperium,
ani wobec dowódcy, ani nawet wobec wiary. Widział, jak jego towarzysze
dezerterowali, znikali bez śladu, nawet sławetni Podpalacze Mostów, zbyt
zdesperowani i samotni w swych myślach, by spojrzeć komukolwiek w oczy.
Jemu również zabrakło do tego cholernie niewiele.
Wiele lat później, daleko na południowy wschód stąd, w strugach deszczu
pod Czarnym Koralem, wielka pięść Dujek Jednoręki nieoficjalnie
rozwiązał Podpalaczy Mostów. Sierżant pamiętał tę chwilę. Stał pośród
ulewy, słuchając szumu gorącej wody spływającej z nieba. Śmiertelnie
Raniony Odprysk Księżyca wisiał niemal prosto nad nimi. Wtedy nauczył
się nienawidzić tego dźwięku.
Powinien postąpić tak samo, jak inni z garstki ocalałych. Po prostu
odejść. Ale on nigdy nie potrafił osiąść nigdzie na stałe. Nawet kuszące
atrakcje Darudżystanu nie zdołały go zatrzymać. Wędrował po świecie,
wracając ciągle w te same miejsca. Nie potrafił pojąć, dlaczego wciąż
prześladuje go myśl o lojalności.
Trudno uznać za zaskoczenie fakt, że znowu znalazł się w szeregach
malazańskiej armii. I czy cokolwiek tu się zmieniło? Drużyny piechoty
morskiej zawsze wyglądały tak samo, pomimo nowych twarzy, głosów,
historii życia i tak dalej. Lata pokojowej służby przerywane paskudnymi
bitwami, niekończąca się oscylacja. Teraz sobie uświadamiał, że zawsze
wygląda to identycznie. Był przekonany, że ostatnia chwila Imperium
Malazańskiego nadejdzie ze śmiercią ostatniego żołnierza piechoty
morskiej w jakiejś bezsensownej bitwie na głębokim zadupiu.
Na zewnątrz nic się nie zmieniło. Ale w głębi umysłu ostatniego byłego
Podpalacza Mostów, który nadal służył Imperium, sytuacja wyglądała
zupełnie inaczej.
Czarny Koral. Po deszczach, po tym, jak zdrapał białą sól ze skórzanego
serdaka i odwrócił spojrzenie suchych oczu od tego, kim był przedtem,
ale nie zdecydował jeszcze, kim zostanie w przyszłości. Wybrał się do
kurhanu. Kopca błyszczącego jak całe bogactwo świata. Zostawił tam swoją
odznakę ze srebra i rubinów. Swój płonący most.
To dziwne, że człowiek, którego nigdy nie spotkał, zmienił go tak
bardzo. Człowiek, który ponoć oddał życie, by odkupić T'lan Imassów.
Itkovianie, który wsławiłeś się swym szalonym gestem i przerażającą
obietnicą. Czy spodziewałeś się, kim cię to uczyni? Wątpię w to. Nie
sądzę, byś poświęcił temu choć jedną przeklętą przez Kaptura myśl, nim
ze spokojem wybaczyłeś to, co niewybaczalne.
Wtedy nie wiedział o tym zbyt wiele, ale podczas swych niemal
bezcelowych wędrówek wrócił do Czarnego Koralu, by zobaczyć, co
uczyniono z miejscem, w którym umarli Podpalacze Mostów. I wtedy ujrzał
na własne oczy narodziny boga, wiary i nierealnego marzenia.
Nadal nie mrugnąłeś, prawda? Narodzony przed chwilą spotkałeś
nadchodzącą śmierć, uśmiechając się z ironią. Tak wielu z nas było
gotowych cię bronić. Dziwny przymus lojalności, nie wobec ciebie, lecz
wobec idei, której wcieleniem byłeś.
Żadne prześladowania, żadne cierpienia, uczucia, przerażenie ani żądza,
nic we wszystkich światach, realnych i wyimaginowanych, nie mogło
odrzucić ani unieważnić tej upragnionej wizji.
Odkupienie.
To była lojalność, której żaden śmiertelnik nie mógł podważyć,
pragnienie, do którego musieli się w końcu zwrócić, gdy wszystko inne
okazało się niezadowalające i pozbawione znaczenia, a nawet najdłuższe
życie zbliżało się wreszcie do końca.
Przez wszystkie te lata, najpierw jako żołnierz między żołnierzami, a później jako wędrowiec wśród obcych, zatrzymywał swe spojrzenie na morzu
nieprzeliczonych twarzy i w każdej z nich dostrzegał to samo pragnienie.
Często zamaskowane bądź ukryte, lecz nigdy w wystarczającym stopniu.
Często też odrzucane, z wyzywającą śmiałością bądź niepewnym
zażenowaniem. W innych zaś przypadkach stępione przez pijaństwo bądź
narkotyk.
Tęsknota. Przyjrzyjcie się tłumowi, w dowolnym miejscu, a z pewnością ją
zauważycie. Pomalujcie ją na dowolnie wybrany kolor - żałoby, nostalgii,
melancholii, wspomnień, wszystko to są tylko różne formy, poetyckie
odbicia.
A oto odkupiciel. To, co wam przynosi, spełni wasze pragnienia. Jeśli
tylko go poprosicie.
Okazało się jednak, że nie był jeszcze gotowy o to prosić. A nawet gdyby
był, co by się wtedy wydarzyło? Jak to by wyglądało? Co się dzieje, gdy
to pragnienie wreszcie zostaje zaspokojone? Czy zbawienie jest czymś,
czego należy się bać, utratą ostatniego powodu do życia? Czy pragnienie
odkupienia niczym się nie różni od pragnienia śmierci? Czy raczej jest
jego diametralnym przeciwieństwem?
Jego uwagę przyciągnęło jakieś odległe poruszenie. Ze wschodu zbliżał
się Gorąc, jeden z jego nocnych noży. Zatem wykonał zadanie. Niemniej
warto będzie wysłuchać jego raportu, zanim nadejdzie wezwanie na
zbiórkę.
Sierżant zatrzymał się, wspierając dłonie na biodrach, i rozprostował
plecy. Dwa dni temu wykopał kolejny dół, niedaleko stąd. Żeby znowu
zasypać ziemią znajome twarze. Dobranoc wszystkim.
* * *
Gorąc zauważył, że jego sierżant stoi pośród starych grobów, i zjechał
ze ścieżki, ruszając w jego stronę. Szczerze mówiąc, nadal myślał o zjawie. Trudno mu było oderwać od niej myśli. Nic w tym rodzaju nigdy
dotąd go nie spotkało. Powinien się przestraszyć, ale tak się nie stało.
Powinien cofnąć się trwożnie przed jej objęciami, lecz tego nie zrobił.
Niewykluczone też, że ta kamienna głowa, wbita głęboko w ziemię -
obecnie element brukowanego traktu imperialnego - nie miała nic
wspólnego z tajemniczą istotą.
Myślał o żołnierskiej żądzy, o zimnym blasku w oczach, o kłopotach, w jakie często pakowali się żołnierze, gdy już odłożyli miecz. Źródłem
tych myśli był mężczyzna, który czekał na niego na skraju cmentarza.
Ktoś, kto zbyt długo już służył w armii, ale nie miał dokąd pójść.
Gorąc ściągnął wodze i zsiadł na ziemię. Następnie spętał konia i podszedł do sierżanta.
- Było tak, jak myślałeś, Trzpień.
- I?
- Sprawa załatwiona. - Gorąc wzruszył ramionami. - Właściwie nie
musiałem się wysilać. I tak już był bliski śmierci. Jedyne, co trzymało
go przy życiu, to cały ten gniew. Całkiem możliwe, że próbował mi
podziękować za to, że go zabiłem, ale nie mógł nic powiedzieć, bo krew
wypełniła mu usta.
Trzpień skrzywił się i odwrócił wzrok.
- To bardzo pocieszająca myśl.
- Też mi to przyszło do głowy - przyznał bez oporu Gorąc. Po chwili
wzruszył ramionami. - Lepiej zaprowadzę konia do stajni. Później pójdę
do namiotu i walnę się spać...
- Jeszcze nie - przerwał mu sierżant. - Kapitan wzywa nas na spotkanie.
- Kurwa, nowe rozkazy? Dopiero co porządnie oberwaliśmy. Nadal liżemy
rany i ignorujemy puste miejsca przy stole, kiedy gramy w karty. Niech
to chuj, z kompanii zostały tylko trzy drużyny, a oni znowu wysyłają nas
do akcji?
Trzpień wzruszył ramionami.
Gorąc milczał przez parę chwil, nie spuszczając go z oka. Wreszcie
rozejrzał się wkoło.
- Od tego miejsca przechodzą mnie ciarki. No wiesz, ciała na polu walki
to co innego. Wszyscy je znamy. Taką mamy robotę, więc musimy się do
tego przyzwyczaić, tak? Ale cmentarze? Całe pokolenia umarłych, jedne na
drugich. Zbierają się od stuleci. To przygnębiające.
- Naprawdę? - zapytał sierżant, przyglądając się mu z niemożliwą do
odczytania miną.
- To pachnie... Bo ja wiem? Daremnością?
- A dlaczego nie ciągłością?
Żołnierz zadrżał.
- Jasne. Ciągłością śmierci. - Zawahał się. - Sierżancie, myślisz czasem
o bogach?
- Nie. A powinienem?
- No wiesz, czy to oni nas stworzyli? A jeśli tak, to po chuja? A jakby
tego było mało, ciągle mieszają się w nasze sprawy. Jakby nie mogli nas
zostawić w spokoju i pozwolić nam żyć po swojemu. Jakby byli cholernymi
przyzwoitkami, które nie chcą wyjść z fety. Wyobraź sobie, że
poczuliście coś do siebie z jakąś ślicznotką i rozglądacie się za
krzakami, w których moglibyście się ukryć, aż tu nagle... - Umilkł,
widząc wyraz niedowierzania na twarzy sierżanta. Potarł twarz i uśmiechnął się z zażenowaniem. - Niech mnie Etkar, ależ jestem zmęczony.
- Odprowadź konia do stajni, Gorąc - polecił Trzpień. - Może zdążysz coś
przekąsić, nim zacznie się spotkanie.
- Aha, chętnie to zrobię.
- Gratuluję... udanej misji.
Gorąc skinął głową i wrócił do wierzchowca.
* * *
Słońce było jaśniejszą plamą bieli na białym niebie. Południe jeszcze
nie nadeszło. W tle było słychać szmer wody płynącej wąskim rowem
biegnącym równolegle do muru. Kogut piejący od świtu nagle wydał z siebie zdławiony dźwięk, po czym umilkł złowrogo.
Cicha Woda patrzyła na potężnie zbudowanego żołnierza wkładającego
kolczą koszulę. Jak zwykle długie, brudne włosy plątały się w żelazne
ogniwa, co często kończyło się ich wyrwaniem. Gdy kolczuga ze
szmelcowanego na niebiesko żelaza pokryła jego pierś, tu i ówdzie
sterczały z niej złote loki. Nigdy nawet nie mruknął, kiedy to robił,
ale ból był wystarczająco silny, by jego pokryta dziobami twarz
czerwieniała, a niebieskie oczy zachodziły łzami.
Kiedy kolcza koszula spoczęła na jego pochyłych już ramionach, sięgnął
po miecz, który miał u pasa. W jakiś sposób długie pasma rzadkich
rudoblond włosów zaplątały się również w okucia pochwy miecza. Zacisnął
mocno pas, podrapał się po płaskim, krzywym nosie, ukradkiem ocierając
łzę spływającą z lewego oka, poświęcił jeszcze chwilę na strzepnięcie
brudu z wytartych, skórzanych nogawic i zwrócił się w stronę kobiety.
- Na kolano Etkara, Folibore, idziemy tylko do namiotu dowodzenia. -
Wskazała na centralny plac apelowy obozowiska. - Jest tam, gdzie był
przedtem.
- Zawsze uważałem, że przygotowania ratują żołnierzom życie, Cicha. -
Spojrzał we wskazanym kierunku. - Poza tym często najbardziej zdradliwe
są te ścieżki, które wydają się łatwe. Czy powinniśmy zawołać Koca? Jest
w latrynie.
Cicha Woda się skrzywiła. Koc budził w niej niepokój.
- Jak długo już tam siedzi?
Folibore wzruszył ramionami.
- Nigdy nie wiadomo, ile to potrwa.
- Dlaczego? Coś mu dolega?
- Nie. Już ci mówiłem. Jest w latrynie. - Przerwał na chwilę. - W środku. Wpadł mu tam amulet, który dostał od babci.
- Ten amulet z inskrypcją? Napisem "Zabijcie tego chłopca, nim
dorośnie"? Co to ma być za pamiątka? Wiesz, że Koc ma nie po kolei w głowie.
Folibore raz jeszcze wzruszył ramionami z wyraźnie zażenowaną miną.
- Mniejsza z tym - uspokoiła go Cicha Woda. - Chodźmy. Wątpię, by
kapitan się ucieszył na widok Koca pokrytego gównem.
Ruszyli w drogę.
- Nie przejmuj się innymi - rzekł jej Folibore. - Ja lubię twój
naturalny dowcip.
- Co lubisz?
- Twój naturalny dowcip.
Spojrzała na niego bez zrozumienia. Ciężcy byli dziwni. Dlaczego
właściwie zakute w stal pięści każdej drużyny zachowywały się tak
osobliwie? Miały tylko jedno zadanie do wykonania. Rzucić się w nadciągający wir walki. Stanąć na czele, przyjąć na siebie ciężar ataku,
a potem oddać ciosy. To proste.
- Nawet nie musicie umieć czytać - stwierdziła.
- Ty znowu o tym, Cicha? Posłuchaj, czytanie nie jest trudne. Liczy się
to, co robisz ze słowami w swojej głowie. Zastanów się. Dziesięć osób
może przeczytać te same cholerne słowa i zinterpretować je na dziesięć
różnych sposobów.
- Aha.
- Dlatego zasady mówią, żeby nie wydawać ciężkim rozkazów na piśmie.
- Bo zbijają was z tropu.
- Zgadza się. Gubimy się w permutacjach, niuansach, wnioskowaniach i założeniach. To przysparza nam problemów. Co kapitan właściwie miał na
myśli, kiedy napisał, powiedzmy, "Załatwcie ich"? Kogo mamy załatwić?
Co, jeśli podpadłem jakiemuś lichwiarzowi i on obiecał nagrodę temu, kto
mnie załatwi? Czy w takim przypadku nie powinienem się bać? Zakładając,
że wziąłbym ten rozkaz do siebie, oczywiście.
Przyjrzała mu się po raz kolejny. Był stanowczo za duży, miał guzowate
czoło, masywną, kanciastą głowę, długie, rzadkie włosy, płaską twarz w większej części porośniętą rudą brodą, wielki, złamany nochal i małe,
niebieskie oczka o wyjątkowo delikatnych rzęsach.
- Chcesz powiedzieć, że to właśnie spotkało Pierwszą Drużynę? Ciężcy
dostali w ręce rozkazy na piśmie i nim minęła połowa dzwonu, wszyscy już
nie żyli?
- Nie chcę powiedzieć niczego w tym rodzaju - zaprzeczył. - To po prostu
jedna z długiej listy możliwości. Zapewne znasz je wszystkie lepiej ode
mnie.
- A co twoim zdaniem stało się z Pierwszą, Folibore?
- Mnie o to pytasz? Skąd mam wiedzieć? Skąd ktokolwiek miałby to
wiedzieć?
Skrzywiła się ze złością.
- Ktoś wie.
- Ciągle to powtarzasz. Posłuchaj, zapomnij o Pierwszej. Nie żyją. Już
po nich. Paskudna sprawa.
- A właściwie jaka sprawa?
- Paskudna, oczywiście.
Gdy zbliżali się do namiotu dowodzenia, zatrzymał ich kapral Przekąska.
- Właśnie was szukałem!
Cicha Woda skrzywiła się, gdy Folibore obrzucił ją znaczącym
spojrzeniem. Te jego ostrzeżenia przed łatwymi ścieżkami.
Przekąska spróbował zacisnąć pas, łapiąc się za pokaźne brzuszysko,
jakby był zaskoczony, że je ma.
- Gdzie Koc? - zapytał. - Będziemy potrzebowali całej drużyny. Kapitan
czeka.
- Jest w latrynie - wyjaśniła Cicha Woda. - Pływa w szczynach i w gównie, szukając swojego amuletu.
- Tego, którym zatyka sobie dupę?
- Zgadłeś - odparła Cicha Woda.
- Tego, który kiedyś wystrzelił stamtąd na słupie ognia?
- Najlepszy płonący pierd, jaki w życiu widziałem. - Folibore skinął z powagą głową. - Idę o zakład, że nadal żałujesz, że cię to ominęło.
- Nie użyłbym słowa "żałuję" - sprzeciwił się Przekąska. - W takim razie
idźcie po niego. Oboje, żeby nie mógł się sprzeciwiać.
- W takim przypadku wszyscy troje się spóźnimy - zauważył Folibore. -
Może ponownie rozważyłbyś ten rozkaz, kapralu, biorąc pod uwagę, że
przewinienie stałoby się cięższe? Zamiast jednego nieobecnego żołnierza
nagle byłoby troje. To połowa Czwartej Drużyny, kapralu.
- Więcej niż połowa - dodała Cicha Woda. - Anyx Zygzak nikt nie widział
od wielu dni.
- Anyx nadal jest w naszej drużynie? - zapytał Przekąska, unosząc
krzaczaste brwi. - Myślałem, że ją przenieśli.
- Przenieśli? - zdziwiła się Cicha Woda.
Brwi się ściągnęły.
- Nie zrobili tego?
- Czy nie przysłali takiego rozkazu?
- Nie widziałem go. - Kapral rozpostarł dłonie. - I nagle się okazało,
że Anyx Zygzak przenieśli!
- Nic dziwnego, że nikt jej nie widział - dodał Folibore.
- Chwileczkę, Przekąska - odezwała się Cicha Woda. - Jesteś naszym
kapralem. Czy nie powinni cię powiadamiać o wszystkich przeniesieniach i tak dalej? Nie można powiedzieć, że sierżant o niczym nas nie informuje.
Przekąska gapił się na nią z niedowierzaniem. Jego mięsista twarz
poczerwieniała.
- Jasne! Tak to właśnie wygląda, ty durna czarownico! Nigdy nas o niczym
nie informuje!
- Tak czy inaczej, to więcej niż połowa - nie ustępowała Cicha Woda. -
Ciężki ma rację. Kto reprezentuje Czwartą Drużynę? Kapral i sierżant.
Reszta kąpie się w pierdolonej latrynie. To nie będzie ładnie pachniało,
gdy zapytają sierżanta, gdzie jest jego drużyna, a on będzie mógł tylko
wzruszyć ramionami!
- Och, Cicha - odezwał się Folibore. - Muszę ci powiedzieć, że śmieję
się w duchu.
- Słucham?
- Ta niewinna mina na twojej słodkiej twarzy. Ach... - dodał, oglądając
się przez ramię. - Oto i ona.
Cicha Woda i Przekąska również się odwrócili i zobaczyli Anyx Zygzak,
zmierzającą nieśpiesznie w kierunku namiotu dowodzenia. Kapral wystąpił
z grupy.
- Anyx! Tutaj, do cholery!
Nie ruszyła prosto w ich stronę, niemniej nie zabrakło jej wiele. Miała
bladą twarz, ale Anyx zawsze była blada. Co prawda, spuszczała wzrok
nieco bardziej niż zwykle. Anyx Zygzak od urodzenia była przeklęta
słabym zdrowiem.
- Biedna Anyx - stwierdziła Cicha Woda, gdy kobieta podeszła bliżej.
- Czemu miałabym być biedna? - obruszyła się Anyx. - Dlaczego wszyscy na
mnie patrzycie?
- Kapral Przekąska mówił, że cię przenieśli - wyjaśnił Folibore.
- Naprawdę? Och, dzięki bogom.
- Nie - warknął Przekąska. - Nigdzie cię nie przenieśli, do cholery. Po
prostu zgubiłaś się na kilka dni.
- Nieprawda. Cały czas wiedziałam, gdzie jestem. Posłuchaj, czy kazano
Niedobitej Kompanii się zebrać?
- Nie lubimy tej nazwy - oznajmił Przekąska.
- Kto to są my? - zapytała Anyx. - Z pewnością nie ci, którzy tak nas
nazywają. To by znaczyło prawie wszyscy, kapralu.
Ich rozmowę przerwał sierżant Krzywe Wiertło, wychodząc z namiotu
dowodzenia.
- Wszyscy są obecni, sierżancie - odezwał się nagle podenerwowany
Przekąska. - Poza Kocem, który sra amuletami w latrynie. To znaczy...
- Chodzi mu o to, że Koc ugrzązł w sraczu na dłużej - przerwała mu
miłosiernie Cicha Woda.
- Och - rzekł Folibore. - Kocham cię, Cicha.
- Słucham? - burknęła. - O czym to mówiłam? - Ponownie spojrzała na
Krzywe Wiertło. - Rzecz w tym, sierżancie, że nieobecność Koca nie jest
żadną stratą dla tego spotkania, bo bez amuletu i tak nie potrafi
gwizdać tyłkiem.
- Kapitanowi to nie zaimponowało - zaczęła Anyx.
Chrząknięcie sierżanta uciszyło ją i pozostałych żołnierzy z Czwartej
Drużyny. Wszyscy gapili się na sierżanta, który z kolei spoglądał na w przeważającej części białe niebo. Po chwili zamknął łagodne piwne oczy i uszczypnął się w wielki nochal. Następnie odwrócił się i ruszył z powrotem do namiotu dowodzenia, lekkim skinieniem nakazując im podążyć
za sobą.
Cicha Woda wymierzyła Przekąsce szybkiego szturchańca w bark.
- Za nim, idioto. Wszystko będzie dobrze.
* * *
W namiocie dowodzenia panował ścisk. Ponieważ jednak zjawili się wszyscy
żołnierze Drugiej Kompanii Czternastego Legionu, poza tylko jednym,
powinno być tu znacznie tłoczniej. Właściwie to nie powinno być szans,
by się tu zmieścili. Cicha Woda spróbowała sobie wyobrazić dwanaście
drużyn wepchniętych do namiotu. Musiała powstrzymać uśmiech, gdy
przesunęła się pod brezentową ścianę, by się o nią oprzeć, jak miała w zwyczaju. Nie powinna się uśmiechać, biorąc pod uwagę niewielką
liczebność kompanii. Bardzo wielu twarzy nigdy już nie zobaczy.
Przez krótką chwilę zastanawiała się, co właściwie jest z nią nie tak.
Nastroje były bardzo kiepskie. Nic w tym dziwnego. Kapitanowi zostały
tylko trzy niepełne drużyny, przynajmniej do chwili przybycia nowych
rekrutów. A kiedy będzie to możliwe? Zapewne nigdy. Powinna też myśleć o poległych przyjaciołach. Na tym właśnie polegał problem. Nigdy o nich
nie myślała, ponieważ nie żyli.
Skrzyżowała ramiona na piersiach, patrząc, jak kapitan przesuwa wzrokiem
po pierścieniu żołnierzy piechoty morskiej. Za chwilę wstanie i zacznie
mówić. Wtedy wszyscy, którzy nigdy go nie spotkali i znali go tylko z imienia, będą gapić się nań ze zdumieniem.
Kapitan nosił to imię od urodzenia. Nie było innej możliwości. Nawet od
dawna nieżyjący Wyłam Ząb nie potrafiłby wymyślić takiego przezwiska.
Nie dla tego człowieka. Było zbyt idiotyczne, by dało się to pojąć.
Przyglądała mu się uważnie. Sprawdził stan lawendowej jedwabnej koszuli,
poprawił mankiety, a następnie przyjrzał się cienkim skórzanym
rękawiczkom osłaniającym długie, cienkie palce. Nagle zerwał się ze
stołka szybkim, płynnym ruchem, uniósł lewą dłoń do ucha i zatrzepotał
palcami. Czerwone wargi na umalowanej, bladej jak śmierć twarzy
rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
- Witajcie, najdrożsi żołnierze.
Tak jest, panie i panowie, to jest Mruk, nasz ukochany kapitan.
* * *
Całkiem Spłukana trzymała się tak daleko od swego sierżanta, jak to
tylko było możliwe. Między nią a nim stali Gorąc, Benger i kapral
Morrut. Wepchnęłaby tam również Powiedz Nie, ale ona była leworęczna,
zawsze walczyła u lewego boku Spłukanej i nic nie mogło zmienić jej
przyzwyczajeń.
Nie chodziło o to, że nie lubiła sierżanta albo mu nie ufała. Nic z tych
rzeczy. Chodziło o to, że śmierdział. A właściwie nie on sam, tylko jego
koszula.
Słyszała pogłoski, że Trzpień jest ostatnim żyjącym Podpalaczem Mostów,
ale wątpiła, by kiedykolwiek służył w tej osławionej jednostce. Takie
plotki zawsze powtarzano o żołnierzach cechujących się szczególnym
stosunkiem do służby. Ludzie tego potrzebowali. Zwłaszcza malazańscy
żołnierze.
Niesamowite aluzje, osobliwe tajemnice, powtarzane szeptem opowieści o samotnej postaci, która wędrowała ciemną nocą wokół obozu, rozmawiając z Końskimi Duchami Kompanii Śmierci. Z samym Sui Etkarem, chromym
strażnikiem Bramy Śmierci.
Ludzie twierdzili, że tylko ostatni żyjący Podpalacz Mostów mógłby się
obracać w takim towarzystwie. Starzy przyjaciele, od dawna nieżyjący,
ich ciała rzadkie jak mgła, a konie pokryte szronem. Towarzysze broni
nadal zbrukani krwią swojej śmierci, przerzucający się żartami z sierżantem we włosienicy cuchnącej trupem.
Ona jednak nigdy nie widziała, by Trzpień wałęsał się po polach, gadając
z duchami. A jego włosiennica śmierdziała trupem, ponieważ zrobił ją z włosów matki albo może babci. To jednak również mógł być wymysł. Kto
chciałby nosić coś takiego? Trzpień czasami zachowywał się dziwnie, ale
nie był szaleńcem. Z drugiej strony ta włosiennica skądś się wzięła.
Była częściowo siwa, częściowo czarna i zmiętoszona. Niewykluczone, że
rzeczywiście zrobiono ją z włosów starej kobiety.
Cóż jednak za pożytek z takich wyjaśnień? Wiedza o pochodzeniu koszuli
nie zmieni jej smrodu. Co więcej, Podpalacze Mostów mieli ponoć tatuaże
na czołach - płonące mosty oczywiście - a na wysokim czole Trzpienia
widniały tylko dzioby, które mogły się wziąć skądkolwiek. Jakaś choroba
w dzieciństwie wydawała się znacznie prawdopodobniejszą przyczyną niż
amunicja Moranthów. Zresztą od dziesięciu lat takiej amunicji nigdzie
nie widziano.
Podpalacze Mostów, Łowcy Kości, Wrony Coltaine'a. W swej historii
Imperium Malazańskie straciło wiele armii. Wszyscy zginęli, ale o nich
nie zapomniano. Na tym właśnie polegał problem. Umarli potrzebowali
zapomnienia, ale, jak powtarzała Powiedz Nie, pamięć to jedno, a powód,
dla którego się pamięta, to coś całkiem innego.
Zerknęła na ciężką, zawsze stojącą po jej lewej stronie. Powiedz Nie
odwzajemniła jej spojrzenie i wzruszyła ramionami.
Rzeczywiście zawsze tak mówiła, ale co to właściwie znaczyło, na
wszystkie czarne pióra świata?
Kapitan Mruk zakończył przygotowania i wstał.
* * *
Delikatny i Ten Głośny z Drugiej Drużyny postanowili usiąść na tej samej
ławce. Trudno im było się na niej zmieścić, bo obaj byli potężnymi
mężczyznami, ale żaden nie zamierzał się posunąć. Toczyli tytaniczny bój
w pozycji siedzącej. Obaj napierali na przeciwnika barkami, biodrami i udami, próbując zepchnąć go z ławki.
Oddychali coraz głośniej, świszcząc przez nozdrza. Ławka skrzypiała pod
ich ciężarem. Nie patrzyli na siebie nawzajem. To niczemu by nie
służyło. Nawet ich twarze były podobne - spokojne, flegmatyczne,
naznaczone bliznami i brodate. Mieli też małe oczka, płaskie nosy i usta
najwyraźniej niezdolne do uśmiechu.
Smutas stał niemal w zasięgu ręki Tego Głośnego, nieco za resztą drużyny
Shrake. Przyglądał się z uwagą ich rywalizacji. Przeniesiono go z Pierwszej Kompanii, gdy niedobitki rozdzielano między drużyny Drugiej.
Przedtem był żołnierzem regularnej piechoty w Siedemnastej Armii, aż do
chwili, gdy wybuchł bunt w Gris, który stłumiono kosztem życia połowy
żołnierzy cholernego legionu. Smutas miał talent do przetrwania, który
przestał być czymś korzystnym. Otaczała go sława kogoś, kto zostawia za
sobą spustoszenie. Nic dziwnego, że jakoś nie mógł się doczekać miłego
przywitania w nowej drużynie.
W walce z Balkiem spisał się jednak nieźle. To przynajmniej świadczyło
na jego korzyść. Nie sposób było wątpić w jego odwagę. Zdołał nawet
zatrzymać tarczą włócznię wymierzoną w pierś kaprala Podwozia, czym
zasłużył na jego podziękowanie pod postacią niechętnego skinienia głową.
Chyba że kapral po prostu opuścił wzrok, żeby się upewnić, czy nie
został ranny.
Tak czy inaczej, większą część roboty wykonała dwójka ciężkich. Okazało
się, że Delikatny i Ten Głośny są skłonni do rywalizacji, zwłaszcza
podczas bitwy. W gruncie rzeczy Smutas zaczynał sobie uświadamiać, że ta
rywalizacja przekroczyła granice patologii, przeradzając się w gorącą
nienawiść. Dwaj mężczyźni nie odzywali się do siebie ani słowem. Nigdy
na siebie nie patrzyli. Nie jedli razem w kantynie. A mimo to zawsze
byli blisko siebie, pilnując, by przeciwnik nie zdobył przewagi.
Smutas pomyślał, że kogoś mniej pechowego mogłoby to śmieszyć. W nim
nieustająca walka między dwoma ciężkimi budziła coś w rodzaju
chorobliwej fascynacji. W tej chwili nie mógł się doczekać, kiedy ławka
pod nimi się rozleci.
* * *
- Niestety, w każdej okolicy można spotkać bandytów - oznajmił Mruk,
zakończywszy ciepłe przywitanie. Następnie uniósł ręce, by powstrzymać
sprzeciwy, mimo że Cicha Woda nie zauważyła, by ktokolwiek miał zamiar
je zgłaszać. - Wiem, kochani, wiem! Jak często zdarzają się bandyci,
którzy są w stanie wystawić oddział równający się w praktyce kompanii
dobrze wyekwipowanych, świetnie wyszkolonych i nadzwyczajnie
zdyscyplinowanych żołnierzy? Niemniej pięść ostatniej nocy ponownie mnie
zapewniła, że raporty zwiadowców nic nie wspominały o imponującej sile
oddziału Balka. - Przerwał, by przyjrzeć się otaczającym go twarzom. -
Dlatego nasza kompania zapłaciła bardzo wysoką cenę za pokonanie go.
- Wcale go nie pokonaliśmy - sprzeciwiła się sierżant Shrake z Drugiej
Drużyny, pociągając się za jedyny kosmyk długich, czarnych włosów. Jej
leniwe spojrzenie skierowało się na Trzpienia. - Nikogo z nas nie byłoby
tutaj, gdybyśmy nie pojmali samego Balka, a jego żołnierze nie
wykazaliby się zaskakującą lojalnością, odkładając broń, gdy Trzpień
przystawił mu nóż do gardła.
- Shrake, zapewniam, że właśnie miałem przejść do pochwalenia Trzeciej
Drużyny za imponujący wyczyn, jakim było pojmanie herszta bandytów -
odparł z uśmiechem Mruk.
- To od początku był twój plan, kapitanie - odezwał się kapral Morrut,
jak zwykle zajmujący pozycję obok swojego sierżanta. - Trzpień zawsze
powtarza, że trzeba uznawać zasługi innych.
- Mówiąc ściślej, chodziło o ucięcie głowy węża - odparł Mruk. Pomimo
swych ekscentrycznych zachowań nie lubił się przechwalać.
- Chyba nie ująłeś tego zbyt szczęśliwie - zauważyła Cicha Woda.
- Ponieważ było oczywiste, że zastępcy Balka będą w stanie kontynuować
walkę, jego śmierć nie poprawiłaby zbytnio sytuacji. - Natomiast... -
ponownie uniósł lewą dłoń do ucha - ...słowa Trzpienia, który zagroził,
że go zabije, ale tego nie zrobił, wywołały nadzwyczaj dobroczynny
skutek. Krótko mówiąc, moi drodzy, mieliśmy kurewskiego farta.
Tym razem wszyscy pokiwali głowami.
* * *
Cicha Woda z reguły nosiła podartą apaszkę, pas niebarwionego płótna,
którym niegdyś owiązano oczy trupa. Trup go nie potrzebował, bo w krypcie i tak było ciemno, nawet jeśli przez szczeliny między kamieniami
kurhanu do środka wnikała odrobina dziennego światła. Zresztą umarli nie
potrzebowali oczu, żeby widzieć, nie było więc sensu ich przewiązywać.
Miała talent do logicznego myślenia.
Przypomniała sobie, że w kurhanie towarzyszył jej stary kumpel Brenoch.
Problem z ograbianiem krypt i innymi tego typu czynnościami polegał na
tym, że zawsze się okazywało, że inny rabuś dotarł tam wcześniej. W niektórych okolicach rabowanie grobów było zbrodnią karaną śmiercią.
Cicha Woda była za tym, zwłaszcza jeśli dzięki temu miała szansę choć
raz znaleźć cholerny kurhan, którego ktoś nie splądrował przed nią.
Brenoch rozgarniał nogą jakieś śmieci przy końcu krypty, gdzie kopulasty
sufit opadał. Nagle oznajmił, że coś zauważył. Pozwoliła mu się tym
zająć. Sama zatrzymała się z satysfakcją przy otwartym sarkofagu,
patrząc na ślady łomu na wapiennym obrzeżu. Skurwysyński złodziej, który
ich wyprzedził, podważył pokrywę i zrzucił ją po drugiej stronie, gdzie
się roztrzaskała. Ten szczegół był interesujący tylko dlatego, że
przypomniał jej, że kiedy następnym razem wedrą się do kurhanu, powinni
przynieść ze sobą parę łomów. Powodem jej zadowolenia było zmumifikowane
ciało czarownicy oraz ładne płótno, którym je nakryto.
Większość rabusiów była mężczyznami, a mężczyźni nie znali się na
ładnych rzeczach. Nawet jeśli płócienne całuny były pokryte okruszkami
wyschniętej skóry oraz plamami tajemniczego płynu, który wycieka z umarłych - jej matka nazywała go "miodem Kaptura" - płótno pozostawało
płótnem, a płótno jest ładne.
Dlatego Cicha Woda zdjęła pas tkaniny z oczu trupa i w ten sposób
znalazła dwie złote monety, które leżały pod spodem zgrabnie wciśnięte w oczodoły. Szybko je ukryła, ale Brenoch coś zauważył i zrobił się
podejrzliwy. W końcu powiedziała mu o monetach, bo miała już dość jego
utyskiwania. Wściekł się, potem opanowała go zazdrość, a wreszcie
chciwość. Na koniec musiała go zabić, bo ukradł te cholerne monety,
nawet jeśli zapewniał, że tego nie zrobił. Biedny Brenoch dołączył do
długiej listy jej byłych kumpli.
Obecnie Cicha Woda nosiła tę apaszkę po to, by ukryć sznur wytatuowany
na jej szyi. Niektórzy mogliby błędnie uznać go za pętlę, co było
głupie, bo tatuowanie sobie pętli było proszeniem się o kłopoty.
Natomiast złoty sznur grubości palca, otaczający szyję i niemający
początku ani końca, symbolizował jej zawód oraz gotowość zabicia tylu
ludzi, ilu będzie trzeba. To było eleganckie.
Z zajęciem skrytobójcy łączyło się pewne ryzyko. Nie zdecydowałaby się
na ten zawód, gdyby nie jej noc objawienia. Który ze starych kumpli to
był? Aha, Filbin. Znał trochę czarodziejskich sztuczek. To była Rashan,
słodka magia cieni. Gdy w wolnej chwili próbował nauczyć ją paru rzeczy,
nagle coś sobie uświadomiła.
Moim patronem jest Kotylion. Pan Skrytobójców. Ale chwileczkę, on był
tylko połową całości, czyż nie tak? On i Tron Cienia wspólnie stworzyli
imperium. Sztylet i magia. Złączone w jedno. Sznur i Cień. Ale dlaczego
to miałoby być dwóch ludzi? Magskrytobójca! Czemu nikt przedtem na to
nie wpadł?
Będzie pierwsza. Pierwsza i najlepsza. Nauczy się wszystkiego od
Filbina, zanim... No cóż, biedny Filbin.
Kluczem było zachowanie magii w tajemnicy. Dlatego tatuaż był użyteczny,
choć w pierwszej chwili mógł się wydawać idiotyczny. Wyobraźcie sobie
kogoś, kto otwarcie ogłasza, że czci Pana Skrytobójców! Któż zrobiłby
coś takiego? Ona by zrobiła, zwłaszcza że to była bardzo użyteczna
zmyłka.
Jeśli wiesz, że ktoś jest zabójcą i może cię załatwić, skupiasz się na
środkach obrony przed skrytobójczymi zamachami, a to otwiera ścieżkę
przed magią cienia. Nim zdążysz się zorientować, wyjdę z cienia, który
rzucasz, i ciachciachciach!
Krzywe Wiertło wiedział, jak cenna jest Cicha Woda, i wykorzystywał ją
odpowiednio. Nigdy nie pytał, dlaczego zaciągnęła się do malazańskiej
piechoty morskiej, podczas gdy mogła żyć dyskretnie i w dostatku, w którymś z wielkich miast imperium, przyjmując kontrakty od wiecznie
oddającej się wendetom szlachty. Mogła ubierać się w jedwabie i dbać o to, by jej kruczoczarne włosy były długie, czyste i błyszczące. Co
więcej, umiała być zmysłowa, a przynajmniej była pewna, że to umie, ale
w piechocie morskiej nie było zapotrzebowania na zmysłowość. Nikt nigdy
nie okazał jej zainteresowania.
Zdarzało się już, że w piechocie morskiej służyli skrytobójcy.
Moczygęba, Lurvin Wodne Dziecko i Kalam Mekhar. Prędzej czy później
trzeba było wykonać nocną robotę i Krzywe Wiertło zlecał ją jej.
Nosiła apaszkę z uwagi na skromność, a także dlatego, że nie chciała
straszyć innych żołnierzy. Wszyscy wiedzieli o jej tatuażu, ale z jakiegoś powodu ten widok przyprawiał ich o dreszcze. Chyba że to nie
tatuaż sprawiał, że robili się dziwnie nerwowi, gdy spojrzeli na jej
szyję, lecz dwie bliźniacze plamy z miodu Kaptura na apaszce,
wyglądające jak oczy. Oczywiście nie mogły nimi być. Nawet umarli nie
potrafili patrzeć przez złote monety, nieprawdaż?
Zawsze się zastanawiała, gdzie Brenoch ukrył te monety. Pewnie je
połknął. Szkoda, że wtedy o tym nie pomyślała. Mogłaby rozpruć mu brzuch
i je odzyskać.
* * *
- To nie było zbyt zabawne - poskarżył się Przekąska, gdy wracali do
niewielkiego kręgu namiotów należących do ich drużyny. W koszarach było
mnóstwo miejsca, ale nikt z ocalałych nie chciał spać tam, gdzie nie
słyszało się niczego poza echami pustki.
- Nigdy nie jest - skwitowała Anyx Zygzak. - Srebrne Jezioro. Czy nie
tam wybuchło powstanie Teblorów? Słyszałam, że spłonęła wtedy połowa
miasteczka, a wraz z handlem niewolnikami skończył się dopływ pieniędzy.
Czemu mieliby nas tam potrzebować?
- Rozkazy są skomplikowane - odparł Folibore. Cicha Woda zerknęła na
niego i zauważyła, że zmarszczył czoło.
- Nie są - sprzeciwiła się. - Mamy wzmocnić tamtejszy garnizon.
Bezterminowo.
Ciężki pokręcił głową.
- W tym właśnie problem. Jak długo trwa "bezterminowo"? Możemy tam się
zestarzeć, marnować lata, aż umrzemy i pochowają nas w okropnym kopcu.
No wiesz, zimy nad polodowcowym jeziorem są surowe. Umarłym i tak zawsze
jest zimno, po co dodatkowo pogarszać sprawę? To mi się nie podoba. Poza
tym uważam, że kapitan nie wyraził się wystarczająco precyzyjnie.
Podobno garnizon przerzedzili niewolnicy. Ilu żołnierzy zostało?
Siedmiu? Mówiąc ściśle, to oni wzmocnią nas, a nie my ich.
Ich sierżant szedł kilka kroków przed nimi, ale jak zwykle nie próbował
niczego wyjaśniać.
- Jedziemy na północ, nad Srebrne Jezioro, Folibore - nie ustępował
Przekąska. - To wszystko, co potrzebujesz wiedzieć.
- W takim razie dlaczego Mruk poprosił Trzpienia, żeby zaczekał? Chciał
z nim porozmawiać w cztery oczy? W tym kryją się implikacje, można z tego wyciągnąć wnioski.
- Trzpień to Trzpień - odparła Anyx Zygzak, jakby to wszystko
wyjaśniało.
Folibore przyjrzał się jej uważnie, ale nic nie powiedział.
Gdy przybyli do obozu, położonego tuż za zachodnim murem fortu, Koc był
przy ognisku. Gotował herbatę. Anyx zakrztusiła się głośno i wycofała do
namiotu. Krzywe Wiertło zrobił to samo, tylko bez krztuszenia. Zniknął w namiocie bez słowa. Przekąska poszedł po swój blaszany kubek, ale
przechodząc obok Koca, najwyraźniej zmienił zdanie i ruszył do położonej
niedaleko "Gospody Kupieckiej", zasłaniając usta i nos.
Folibore usiadł na kłodzie obok drugiego ciężkiego.
- Śmierdzisz, Koc.
- Ale to triumfalny smród.
- To znaczy, że go znalazłeś?
- Zdumiałbyś się, co można znaleźć, kiedy brodzi się z sitem w rękach po
kolana w gównie i szczynach.
- Z sitem? - zdziwiła się Cicha Woda, trzymając się na dystans. - Skąd
wziąłeś sito?
- Pożyczyłem od Glinianego Talerza - odpowiedział Koc.
- A czy on o tym wie?
- Nie musi. Już mu je oddałem.
W tej samej chwili usłyszeli ryk wściekłości, dobiegający od obozowiska
Drugiej Drużyny. Troje żołnierzy spojrzało w tamtym kierunku, ale tylko
na jakieś uderzenie serca.
- Jak rozumiem, nie wyczyściłeś go - zauważyła Cicha Woda.
- Czy wyglądam na czystego?
- W forcie jest studnia.
- Nie dopuściliby mnie do niej. Garnizonowi wartownicy nas nie lubią.
Herbata była gotowa. Folibore wyciągnął kubek, a Koc wykazał się dobrymi
manierami, wypełniając go przed własnym. Podobne gesty były dziwne.
Cicha Woda nie ufała dobrze wychowanym ludziom. Taktownym, miłym i pomocnym. Co było z nimi nie w porządku? Na pewno coś. Była tego pewna.
- Dostaliśmy nowe rozkazy - oznajmił Folibore, dmuchając na herbatę. -
Srebrne Jezioro.
- To niepokojące - stwierdził Koc.
- Wiem - zgodził się drugi ciężki. - Mówiłem im, ale nikt nie chciał
mnie słuchać. A kapitan zatrzymał Trzpienia, żeby porozmawiać z nim na
osobności.
- To jeszcze gorzej.
- Tak właśnie powiedziałem.
Koc wydął umazane gównem policzki.
- Srebrne Jezioro. Tam Bóg o Roztrzaskanym Obliczu po raz pierwszy starł
się z imperium.
- Co takiego? - zdumiała się Cicha Woda.
- Też chciałem o tym wspomnieć, ale i tak nikt mnie nie słuchał -
oznajmił Folibore.
- Koc... - Cicha Woda zrobiła krok w jego stronę, ale zaraz się cofnęła.
- Co przed chwilą powiedziałeś?
- Bóg o Roz...
- Masz na myśli Toblakai. Ale on wyłonił się z popiołów rebelii sha'ik.
W Siedmiu Miastach na Raraku, nie nad pierdolonym Srebrnym Jeziorem.
- Nad Srebrnym Jeziorem - upierał się Koc. - To było jeszcze przed
Raraku. Nie jest też prawdziwym Toblakai, tylko Teblorem. To zgraja
ciemnych, upadłych dzikusów, mieszkających w górach na północ od
jeziora. Pamiętasz opowieść o Ataku Idiotów? Trzech Teblorów próbowało
zdobyć garnizonowe miasto. To było nad Srebrnym Jeziorem.
- Naprawdę? Myślałam, że w Stopie Nosiciela.
- Stopa Nosiciela jeszcze wtedy nie istniała - wyjaśnił Koc. - Osadnicy
docierali tylko do Srebrnego Jeziora. - Tam właśnie wydarzył się Atak
Idiotów, Cicha. Dowodził nim ten, kto później został Bogiem o Roztrzaskanym Obliczu.
- Omeny... - mamrotał Folibore w przerwach między siorbnięciami. -
Permutacje... implikacje... tajemnice poruszające się pod zwodniczo
spokojną taflą.
- Jeden z tych trzech myślał, że jest psem.
Cicha Woda spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- A co to właściwie znaczy?
- Trudno wyczuć - odparł Koc, wzruszając ramionami.
- Ale coś z pewnością znaczy - dodał Folibore.
Obaj mężczyźni pokiwali głowami i wrócili do picia herbaty.
Cicha Woda potrząsnęła głową.
- Myślałam, że Atak Idiotów wydarzył się, bo ja wiem, ze sto lat temu. Z pewnością nie w Stopie Nosiciela, bo, jak mówisz, to nowa osada -
dodała. - Ma dopiero dziesięć lat. Nie wiem, dlaczego myślałam, że to
było tam, skoro uważam, że było sto lat temu. Ale z drugiej strony nie
wiem zbyt wiele o północnych osadach, prawda?
- Najwyraźniej nie wiesz - zgodził się Koc.
Skrzywiła się.
- Nie musisz mi tego tak wypominać. Rzecz w tym, że nigdy nie łączyłam
Toblakai z Atakiem Idiotów. Ani w ogóle z niczym na Genabackis. Mówisz,
że jest Teblorem? Z którego klanu? Z Sunydów czy z Rathydów?
- Z żadnego z nich - odpowiedział Folibore, unosząc kubek, by nalano mu
więcej herbaty. Koc spełnił jego prośbę. - Dalej na północy, wysoko w górach, mieszkają inne klany. Sunydów i Rathydów przerzedzili handlarze
niewolnikami, choć okazało się, że trochę ich jeszcze zostało. Powstanie
było w rzeczywistości wyzwoleniem przez krewniaków. Jeśli mam zgadywać,
przenoszą nas do Srebrnego Jeziora, bo coś podekscytowało Teblorów. Po
raz kolejny.
- Tym razem podekscytował ich Bóg o Roztrzaskanym Obliczu - zasugerował
Koc.
- Słucham? On tu jest?
- Nie, Cicha, nie ma go tu. - Śmierdzący ciężki zmarszczył brwi. -
Przynajmniej nic o tym nie słyszałem. - Ale z drugiej strony, kto wie,
gdzie krążą bogowie i czym się zajmują?
- Bóg o Roztrzaskanym Obliczu mieszka w chacie pod Darudżystanem -
oznajmił Folibore.
Cicha Woda spojrzała na niego ze zdumieniem.
- Naprawdę? A po co, do chuja? Co właściwie tam robi?
- Nikt tego nie wie - odpowiedział Folibore. - Nie ruszył się stamtąd od
lat. Mówią, że nie przyjmuje Ascendencji. Że bije swoich wyznawców, gdy
tylko jacyś się zjawią. Wiesz, jaki skutek to wywołuje? Zwabia kolejnych
czcicieli. Wiem, to nie ma sensu. Nic, co robimy, nigdy go nie miało. I nigdy nie będzie miało. Możesz kogoś przegnać. Ale on następnego dnia
wróci z kilkoma kumplami.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Jestem pewien, że kult upowszechnił się już wśród Teblorów - dodał
Koc.
- Och - wyszeptał Folibore. - Masz rację.
Poły namiotu Anyx Zygzak poruszyły się głośno . Kobieta wystawiła głowę
na zewnątrz.
- Moglibyście się wreszcie zamknąć? Chcę się trochę przespać.
- Jest środek dnia, Anyx! - warknęła Cicha Woda. - W tym namiocie musi
być cholernie gorąco!
- Dlatego chciałam, żebyśmy rozbili obóz po wschodniej stronie fortu.
- Wtedy słońce świeciłoby na nas o świcie i budzilibyśmy się spoceni.
Mówiliśmy ci o tym.
- A ja wam mówiłam, że zawsze wcześnie wstaję!
- To rozbij namiot po drugiej stronie!
- Może właśnie tak zrobię! - odpowiedziała i schowała głowę.
Na parę chwil zapadła cisza.
- Znalazłeś wreszcie bezpieczne miejsce dla amuletu? - zapytała wreszcie
Koca Cicha Woda.
- Chcesz zobaczyć ognistego pierda?
* * *
Kapitan Mruk spacerował w kółko.
- Mimo to chciałbym zobaczyć, jak próbujesz to zrobić.
Zatrzymał się, by przyjrzeć się z uwagą sierżantowi Trzpieniowi.
Prawdziwy były Podpalacz Mostów. Dziwne, nieprawdaż? Wyglądał całkowicie
normalnie, pomijając tę cuchnącą włosienicę. Mruka zawsze zachwycały
ekstrawaganckie stroje, ale są pewne granice.
Niemniej mężczyzna, który siedział skulony na krześle siodłowym, był
jedną z legend. Nie zaliczał się do tych najsławniejszych, ale tylko on
pozostał przy życiu, a to samo w sobie zapewniało pewien prestiż.
Poniekąd. Był ostatnim Podpalaczem Mostów, a być może również najmniej
ważnym. Z pewnością wiązało się to ze szczególnym spojrzeniem na świat.
To mogło tłumaczyć, dlaczego Trzpień jest najbardziej lakonicznym
człowiekiem, jakiego Mruk w życiu spotkał.
- Spróbujesz, prawda?
- Jest jeszcze kwestia lojalności, kapitanie.
Mruk obrócił się zgrabnie na jednej nodze i znowu zaczął spacerować w kółko.
- Być może cię to zdziwi, mój drogi, ale bardzo mało przejmuję się tą
kwestią. - Zatrzymał się i zerknął na sierżanta. - Zastanawiasz się,
dlaczego? - podjął, unosząc jedną brew. - To prawda, że ciekawość jest
cnotą. W związku z tym zaspokoję twoją. Najpierw jednak muszę przyznać,
że trochę się niepokoję, jak moja kompania przyjmie tę wiadomość.
- Przyjmie ją - zapewnił Trzpień.
- Ach! Wotum zaufania? Cóż za ulga!
- Przyjmie ją, kapitanie. Inna sprawa, czy będzie mogła z nią żyć.
- Och. Hmm, dostrzegam różnicę. - Rozpromienił się. - Ale z drugiej
strony mądre, uspokajające słowa z twoich ust? Z pewnością to z nawiązką
wystarczy... Ojej, nie sprawiasz wrażenia przekonanego.
- Mogę z tym żyć - odparł sierżant po paru chwilach.
Słowa tak całkowicie pozbawione wszelkiej intonacji z pewnością nie
mogły uspokoić słuchacza.
- Och, słodyczy. To podważa moją wiarę.
- Dostrzegam to, kapitanie.
Po krótkiej chwili Mruk rozpostarł dłonie.
- Posłuchaj nas tylko! Znowu niepotrzebnie wybiegamy naprzód! Nie
martwmy się na zapas, jak to mówią. I słusznie. Pierwsze pytanie, i w związku z tym jedyne, jakie wymaga odpowiedzi już w tej chwili, brzmi
następująco: "Czy zgodzisz się to zrobić, sierżancie Trzpień?".
Były Podpalacz Mostów wstał z krzesła i zaczął ugniatać krzyż.
- To nie będzie łatwe.
- Tak?
Trzpień wzruszył ramionami.
- Przedstawiłem się, przystawiając mu nóż do gardła, kapitanie.
- Co było, to było!
- A teraz pragniesz, by jego kompania połączyła się z naszą.
- Z pewnością. Czyż to nie byłoby rozwiązanie godne poematu?
- Oczywiście. Jak łyk trucizny dla duszy, kapitanie.
Mruk pobladł.
- Ojej, jakiego rodzaju poezję czytasz? Ale mniejsza z tym. To
eleganckie rozwiązanie problemu naszej zmniejszonej liczebności.
- Nie zapominaj, że to oni zmniejszyli tę liczebność, kapitanie.
- Co było, to było!
Trzpień gapił się na przełożonego, jakby nadal nie był pewny, co o nim
sądzić.
- Wspominałeś coś o pewności siebie.
- W rzeczy samej. Chodzi o pozycję społeczną Balka, sierżancie. Jesteśmy
do siebie podobni.
- Naprawdę?
- Ranga, mój drogi. Ranga. Pewne cnoty nie znikają.
- Masz na myśli jego rangę, kapitanie? - zapytał Trzpień po chwili
milczenia.
- Ach... no tak, wiem. Porucznik Balk. To brzmi atrakcyjnie.
- Tak jest, kapitanie.
- Trzpień, rozumiesz, że to ty musisz go poprosić. Z całą pewnością nie
ja.
- Nie rozumiem.
- To był twój nóż! Ty zmusiłeś ich do kapitulacji.
- To czyni mnie ich ulubionym żołnierzem piechoty morskiej, czyż nie
tak?
- No cóż, gdybyś poderżnął Balkowi gardło... - Trzpień nie przestawał
się na niego gapić, aż wreszcie Mruk uświadomił sobie z westchnieniem,
że potrzebne będzie coś bardziej bezpośredniego. Spojrzał żołnierzowi
prosto w oczy. - Sierżancie, gdybym to ja w tamtej chwili przystawił
Balkowi nóż do gardła, oderżnąłbym mu głowę - oznajmił nieco
spokojniejszym tonem.
Trzpień otworzył szerzej oczy. Cisza się przeciągała. Wreszcie
odchrząknął.
- W porządku, poproszę go.
Mruk uśmiechnął się wyraźnie uspokojony.
- Znakomicie, mój drogi sierżancie Trzpień!
Były Podpalacz Mostów zatrzymał się przy wyjściu z namiotu i obejrzał za
siebie.
- Kapitanie?
- Słucham?
- Czy kiedyś zmoczyłeś sobie ręce... w ten sposób?
- Słodyczy! Więcej razy, niż potrafię zliczyć.
Trzpień mu nie odpowiedział. Skinął tylko głową i wyszedł z namiotu.
Mruk zadał sobie pytanie, dlaczego takie wyznania zaskakują jego
podkomendnych. Żołnierze powinni mieć grubszą skórę. To bardzo dziwne.
Wzruszył ramionami, usiadł za oficerskim biurkiem, uniósł lusterko i,
nucąc cicho, zajął się malowaniem ust.
ROZDZIAŁ DRUGI
Zawsze coś się dzieje. Dlatego cierpienie nie zna odpoczynku.
Karsa Orlong
Dowódca bandytów, Balk, siedział zgarbiony na drewnianej ławie w celi,
wsparty plecami o kamienny mur. Cela - podobnie jak trzy pozostałe -
znajdowała się naprzeciwko koszar, które przerobiono na więzienie dla
pojmanych członków bandy. W celach z reguły trzymano morderców albo
pijaków, żołnierzy z kompanii, których zachowanie wymagało skorygowania.
Na ogół za pomocą pięści, bo poderżnięcie gardła zdarzało się rzadko.
Trzpień kazał strażnikowi opuścić korytarz i przyciągnął jego stołek do
krat. Balk zerknął na niego, po czym znowu wlepił spojrzenie w podłogę.
Trzy martwe szczury leżały tam w małym stosiku. Nie ulegało wątpliwości,
że przetrącono im karki.
Coś w tej scenie sprawiło, że Trzpień zmarszczył brwi.
- Chyba nie jesteś nekromantą, co?
Ujrzał przelotny błysk odsłoniętych zębów.
- Nie jestem.
Uspokojony tym zapewnieniem sierżant usiadł na stołku.
- On nie żyje - oznajmił.
- Kto?
- Samozwańczy baron Rinagg z Lasu Głupca. Najwyraźniej był poważnie
chory. Umierający. Ale zanim umarł, wyciągnęliśmy z niego wszystko,
czego potrzebowaliśmy.
- A czego od niego potrzebowaliście, sierżancie?
- Miał na ciebie coś, co wystarczyło, by zmusić cię do współpracy.
- Współpracy w czym?
Trzpień wzruszył ramionami.
- Jak rozumiem, byliście kompanią najemników, ale to, co zaczęło się
jako standardowy kontrakt, przerodziło się w coś innego. W bandytyzm.
Balk ponownie uniósł wzrok. Jego oczy były ledwie widoczne w wypełniającym celę półmroku.
- Baron korzystał ze swoich praw do władania regionem. Podatki i myta.
To nie jest bandytyzm.
- Aha, rozumiem to - odparł Trzpień. - Ale podatki i myta pobiera
imperium. A jeśli imperium mianuje miejscowego zarządcę, on również
przekazuje większą część dochodów miejscowemu poborcy. Nikt nie mianował
Rinagga i on nie oddawał nikomu ani grosza.
- Baron był kiedyś żołnierzem - nie ustępował Balk. - Walczył z najeźdźcami.
- Ale przegrał.
Obaj mężczyźni umilkli na chwilę. Wreszcie sierżant wstał i potarł
twarz, po czym przeciągnął się i skrzywił lekko.
- Jesteś szlachcicem, tak przynajmniej sądzi mój kapitan. Człowiekiem
honoru. Twoi ludzie z pewnością zgadzają się z tą opinią.
- Nie powinni kapitulować - stwierdził Balk.
- Gdybym cię zabił, z pewnością by tego nie zrobili.
- I wtedy byście przegrali.
- Zapewne. Dlatego muszę zadać sobie pytanie: po co wybrałeś się do Lasu
Głupca z kompanią złożoną z czterystu weteranów? Imperium nie wynajmuje
zaciężnych żołnierzy, a z pewnością nie chodziło ci o pieniądze Rinagga.
Nie na początku.
- Dlaczego tak uważasz?
- Dlatego że on był nikim. Nawet jeśli pobierał podatki od karawan i drwali na wschodzie, nie mógł sobie pozwolić na płacenie wam przez
dłuższy czas. Cokolwiek miał na ciebie, to musiało być na tyle poważne,
że pogodziłeś się ze stratami. Zapewne cały czas pokrywałeś wydatki z własnej kieszeni.
Balk odwrócił wzrok, udając, że wpatruje się w ścianę.
- Dużo wiesz o kompaniach najemników, sierżancie?
- Kilka razy się z nimi spotykałem. Wiele lat temu. Większość z nich
ledwie wychodziła na swoje, nawet jeśli mieli dobry kontrakt. Jeśli
pokazało się im zakutą w stal pięść, z reguły zwiewali. Tylko szczególny
rodzaj głupców jest gotowy ginąć dla pieniędzy. Poza nielicznymi
wyjątkami kończyło się na tym, że imperium wykupywało kompanię i ją
rozwiązywało.
- A co z tymi lepszymi?
Trzpień oparł się plecami o ścianę naprzeciwko krat i skrzyżował ręce na
piersi.
- Były dwie, może trzy.
- Elińskie Tarcze? Tulipański Hufiec? Bursztyn?
- To wszystko karzełki - odparł sierżant, uśmiechając się szyderczo.
- Jesteś durniem. Nigdy się z nimi nie zetknąłeś, prawda? Tulipański
Hufiec składa się z ośmiu kompanii...
- Czasy dobrych najemników dawno minęły, Balk. To prawda, twoja kompania
mogła rozkwasić nam nos i zrobiła to, ale tylko dlatego, że byliśmy w niepełnym stanie, a w dodatku źle poinformowani. Spodziewaliśmy się, że
mamy przeciwko sobie może z setkę nieudaczników.
- Stanęliście do bitwy ze wszystkim, co mieliście.
- Tak. Byliśmy zbyt pewni siebie. Gdybyśmy mieli lepsze informacje, wasi
żołnierze obudziliby się rano i zobaczyli, że wszyscy ich oficerowie nie
żyją, w tym również ty i twój baron.
- Zatem nie otwarta walka, tylko noże pośród nocy.
- Tak jest. Szybkie i słodkie.
- Naprawdę nic nie wiesz...
- Och, Balk - przerwał mu Trzpień, wspierając głowę o ścianę. -
Karmazynowa Gwardia. Szare Miecze. - Przechylił głowę. - Mottańscy
Pospolitacy? Szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy ich liczyć. To było
raczej plemię niż kompania. W dodatku wtargnęliśmy na ich teren.
- Kłamiesz.
- Nie liczyłbym też Tiste Andii z Odprysku Księżyca - ciągnął Trzpień. -
Właściwie nie byli najemnikami. Nie brali pieniędzy od nikogo. Jeśli zaś
chodzi o Szare Miecze, no cóż, na szczęście nie walczyliśmy z nimi.
Staliśmy po tej samej stronie. Wyzwolenie Capustanu... Nigdy nie zapomnę
tego dnia.
Balk wstał i zbliżył się do krat.
- Naprawdę myślisz, że ci uwierzę, sierżancie? Po co te gierki?
- Nie sądzę, bym ci ufał, Balk - odparł Trzpień, przyglądając się
więźniowi spod opadających powiek. - Ale kapitan Mruk ma dla ciebie
propozycję. Twój poprzedni pracodawca nie żyje. Druga Kompania jest w niepełnym stanie, a musimy stworzyć garnizon w Srebrnym Jeziorze.
Miejscowa pięść zaakceptowała sześciomiesięczny kontrakt. Zarobisz
wystarczająco dużo, by powetować straty. W hierarchii dowodzenia
otrzymasz stopień porucznika.
- Kontrakt? Nie rozwiążecie nas i nie wcielicie do legionu?
Trzpień odsunął się od ściany i ruszył ku wyjściu. Nie miał zwyczaju się
powtarzać.
- Jak już zdecydujesz, zawiadom strażnika.
* * *
- To sprzeczne z jego naturą - oznajmiła Cicha Woda.
- A na czym miałaby polegać ta natura? - zapytał Smutas, pochylając się,
by zebrać drewienka. - Biała farba schodzi.
- To nie jest farba. To ołów - wyjaśnił Gliniany Talerz. - Jeśli nie
przestaniesz ich zbierać, ręce zrobią ci się sine, a potem zgniją i odpadną. Ale tobie będzie już wszystko jedno, bo przedtem oszalejesz. -
Wskazał palcem Anyx Zygzak. - Mówiłem ci, że potrzebujesz porządnej
farby, Anyx. Kruszony wapień, ptasie gówno i kilka kropel lnianego
oleju. A jeszcze lepiej byłoby pozłocić te cholerstwa.
- Czy mógłbyś łaskawie zamknąć jadaczkę? - zapytała spokojnie Anyx. -
Daj mu pomyśleć.
- Benger nie umie myśleć - odpowiedział Gliniany Talerz.
Cicha Woda jęknęła i potarła powieki.
- W tym tkwi problem - przyznała. - Posłuchaj, Anyx, wystrugane kawałki
drewna nie są Talią Smoków, bez względu na to, jak je nazwiesz. A cały
sens Gambitu Skrzypka polega na tym, że to gra w karty, do której używa
się Talii Smoków.
- Masz taką talię, Cicha? - zapytała Anyx. - W ogóle kiedyś ją
widziałaś?
- Raz. W G'danisbanie. Trzypalcy Herahv, chwilę przed dezercją. Zanim
zniknął, powiedział, że znalazł starą Ścieżkę Dłoni. Biedny Herahv.
- Ha, ha, ha - roześmiał się Gliniany Talerz.
Cicha Woda łypnęła na niego ze złością.
- Co znowu?
- Facet, który miał tylko trzy palce, wyruszył na poszukiwania dłoni.
Ha, ha, ha!
Benger wyprostował się i położył na stole dysk.
- Odpowiadam Panią.
- To nadal Kompania Śmierci - zauważył Gliniany Talerz. - Nie możesz
wygrać, jeśli cały czas chowasz się za Bramą.
- O zwycięstwie pomyślę później - odparł Benger. Wziął kufel i pociągnął
długi łyk.
Cicha Woda wydała dźwięk, który miał wyrażać wesołość, ale zabrzmiał,
jakby coś uwięzło jej w gardle. Również pociągnęła z kufla, zadając
sobie pytanie, dlaczego ciągle zdarzają się jej takie rzeczy.
- Na razie skupia się na przetrwaniu, tak? Jak już mówiłam, to sprzeczne
z jego naturą. Przyciśnij Bengera do ściany, a zacznie szukać okna,
które mógłby zamknąć.
- Jeśli mnie przyciśniesz do ściany, zrobię to samo - zauważył Gliniany
Talerz i położył na blacie dwa drewienka. - Icari zamazuje przeszłość,
pozwalając mi grać swobodnie. Niekochana Kobieta, żeby złamać Panią.
Smutas zmarszczył brwi i wsunął do gry swoje drewienko.
- Czarne Pióra z flanki.
- Wszyscy przeciwko mnie! - wysyczał Benger. - Zrób coś, Cicha!
- Kto mnie mianował twoją przyjaciółką? Ale jeśli dasz mi tę Korabas,
którą ukrywasz w kupce...
- Nie wolno się zamieniać! - zawołał Gliniany Talerz.
- Kto tak powiedział? - sprzeciwiła się Cicha Woda.
- Na tym polega problem z grą, w której nie ma zasad - poskarżyła się
Anyx Zygzak. - W każdej kompanii, w której służyłam, znali inną wersję.
- Ale nasza wersja jest oficjalna - oznajmił Gliniany Talerz.
- Nie ma żadnej oficjalnej wersji!
Benger dyskretnie pchnął Korabas po blacie. Drewienko zniknęło w prawej
dłoni Cichej Wody.
- No proszę - stwierdziła kobieta. - To nie było takie trudne, co?
- Zabrałaś mi zwycięstwo - mruknął Benger. - Ale przynajmniej nie będę
ostatni.
- To prawda - zgodziła się Cicha Woda. - Kładę Kościół Węgorza.
Niemrugające Oko, Pana Omenów. Niekochana Kobieta odwraca się, a Całun
opada. Łzy spływają do Rzeki, która wypływa przez Bramę. Ta
katastrofalna powódź wypełnia przerzedzone szeregi Kompanii Śmierci.
Wszyscy omijacie kolejkę z powodu zamieszania i oto nadchodzi Korabas,
Zabójczyni Magii. Świat się kończy. Wygrywam!
- Dałeś jej zwycięstwo! - warknął ze złością Gliniany Talerz.
- Tak jest! - odpowiedział Benger. - Po to, żebyś skończył ostatni! A teraz daj mi Żyjącego Dwa Razy. Następnym razem ja zaczynam grę, bo
zwycięstwo przez Korabas zrzuca ją z piedestału.
- Nie chcę już dłużej grać - oznajmił Gliniany Talerz. - Polityka,
zdrada i podstępy, czemu mnie to dziwi?
- Jak sobie życzysz - odparła Anyx Zygzak. - Dajcie mi wszystkie
drewienka. Trzeba je pomalować na nowo.
- Tylko pamiętaj, kto ma Żyjącego Dwa Razy.
- Będę pamiętała, Benger. Być może.
- Jeśli mnie oszukasz, przeklnę cię, Anyx.
- Proszę bardzo. Muszę wypróbować Żelazną Paszczę. Będziesz równie
dobrym celem, jak każdy inny.
- To kiepska groźba - odrzekł z uśmiechem Benger. - Wynalazek, który
nawet nie działa. A poza tym głupio wygląda.
Anyx zagarnęła przedramieniem wszystkie drewienka, wsypując je do
skórzanego woreczka, który następnie mocno zawiązała.
- Zapamiętajcie sobie wszyscy słowa Bengera. Będzie mógł je powtórzyć
nad swoim grobem. A przynajmniej nad kopcem, w którym spocznie kilka
kawałków, które z niego zostaną.
- Biedny Benger - wtrąciła Cicha Woda.
Gliniany Talerz ściskał w dłoniach kufel ale.
- To Koca powinno się przekląć. Benger, w następnej grze sprzymierzę się
z tobą, jeśli rzucisz klątwę na tę cuchnącą kupę ożywionego gówna.
- Nie potrzebuję sprzymierzeńców. Mam Żyjącego Dwa Razy.
- Być może - zastanowiła się Anyx Zygzak. - Przeklinanie ludzi nie
przysporzy ci przyjaciół. Poza tym podobno jesteś uzdrowicielem, a nie
rzucającym klątwy skurwielem?
- Rzucającym klątwy skurwielem?
- Tym z pewnością jest Koc - zauważył Gliniany Talerz.
Wszyscy parsknęli śmiechem, poza Cichą Wodą, która zastanawiała się, co
ich tak bawi.
W "Gospodzie Kupieckiej" było tłoczno, ale nie aż tak, jak w jeszcze
niedawnych czasach. Była tu większość żołnierzy z trzech drużyn. Wszyscy
ciężcy siedzieli przy jednym stole, spierając się o coś. Jedynym
sierżantem, którego Cicha Woda widziała z miejsca, które zajęła, był
dowódca jej drużyny, Krzywe Wiertło. Siedział przy małym stoliku, mając
za towarzystwo tylko kufel ale.
Nie chodzi o to, że nikt go nie lubi, pomyślała z przygnębieniem. Po
prostu nikt go nie zna. To znaczy wszyscy go znali, ale nie naprawdę.
Przez wszystkie te lata poznali go w wystarczającym stopniu, by sobie
uświadomić, że go nie znają. Tak właśnie powinna była to ująć.
Kaprale mieli własny stolik. Gorąc zajął czwarte krzesło, ale trzymał
się na dystans od Morruta, Podwozia i Przekąski. Pewnie nie znalazł
innego miejsca. Pracowała z nim kiedyś. Był kompetentny. Jeden z ostatnich saperów, lecz również nocny nóż, bo saperzy nie mieli już
takiego znaczenia jak kiedyś. Mieli trochę pocisków, ale wszystkie były
dość niebezpieczne w użyciu. Nie produkowali ich Moranthowie,
oczywiście. To były tylko imperialne kopie. Gorąc zawsze się na nie
skarżył. Co czwarty okazywał się niewybuchem. Rzecz jasna, tylko w przybliżeniu. A zapalacze czasami wybuchały w rękach. To nie było dobre.
Cicha Woda nie rozumiała saperów.
Zachowała wyraziste wspomnienie z ostatniej bitwy. To było na skrzydle,
tuż przy granicy drzew. Pithambra z Siódmej Drużyny miał tylko jednego
przebijacza, a zaatakowało go sześciu wrogów. Rzucił im pocisk pod nogi,
ale gliniana skorupa była za gruba, jak tłumaczył później Gorąc.
Przebijacz odbił się, zamiast wybuchnąć, i w następnej chwili Pithambra
zginął. Później ktoś nadepnął na pocisk i stracił obie nogi. Za mało i za późno.
Przypomniała sobie, że tak właśnie wtedy powiedziała, wskazując na
beznogiego bandytę, który umarł natychmiast. Ci, którzy ją usłyszeli,
roześmiali się z jakiegoś powodu. Po zastanowieniu zasępiła się jeszcze
bardziej. Śmiali się, mimo że ich kompania dostawała łomot. A kiedy ktoś
opowiadał teraz o całej tej scenie, opisując bandytę, któremu nadali
imię "Za Mało i Za Późno", wszyscy rechotali znowu.
Malazańska piechota morska miała tendencję do śmiania się z niewłaściwych rzeczy. Cicha Woda nie potrafiła tego pojąć. Śmieszne było
to, jak okradła umarłą czarownicę.
Tak czy inaczej, biedny Pithambra.
Benger i Gliniany Talerz wstali i się oddalili. Smutas po chwili podążył
za ich przykładem. Została tylko Anyx Zygzak. Cicha Woda przyjrzała się
jej.
- Wyglądasz niezdrowo.
- Ciągle mi powtarzasz, że wyglądam niezdrowo - poskarżyła się Anyx. -
Mogłabyś wreszcie przestać. Tak się składa, że mam porcelanową cerę.
- Jaką?
Anyx pogłaskała swój policzek i zatrzepotała rzęsami.
- Kremową...
- Bezbarwną.
- Delikatną.
- Trupią.
Anyx umilkła.
- Mów dalej - zachęciła Cicha Woda. - Usłyszmy, co masz do powiedzenia o tych workach pod oczami.
- Mam je po matce.
- W takim razie dlaczego je nosisz?
Anyx zmarszczyła brwi.
- Już ci powiedziałam. Mam je po matce!
- Po co ci je dała i dlaczego zgodziłaś się je przyjąć? Co ci
powiedziała? "Weź je, kochanie, zmęczyłam się już ich noszeniem". A ty
odpowiedziałaś "Tak, mamo", a teraz wyglądasz, jakbyś żyła pod
kamieniem.
- Tylko się zgrywasz, Cicha, prawda? Świetnie ci wychodzi. Wszyscy
ciężcy uwierzyli.
- Uwierzyli w co?
- Że jesteś tępa jak nigdy nieostrzony nóż.
- Szkoda, że nie wstąpiłam do Szponu. Wtedy nie musiałabym słuchać tych
wszystkich obelg. W Szponie rozmawiają tylko o zabijaniu, bo właściwie o czym innym warto rozmawiać? Zwłaszcza kiedy jest się w Szponie.
- Gorąc był szponem - poinformowała ją Anyx Zygzak. - Bardzo możliwe, że
nadal nim jest.
- Gorąc? Nie wierzę w to. On nigdy nie mówi o zabijaniu.
Zerknęła na mężczyznę siedzącego obok kaprali, ale nie z nimi. Coś
wyraźnie powiedziało mu, że na niego patrzy, bo odwrócił się i spojrzał
jej w oczy, a potem się skrzywił. Odpowiedziała mu podobnym grymasem i przeniosła spojrzenie na Anyx, wkładającą sobie do ust zwitek rdzawego
liścia. - Wczoraj po południu mówił tylko o tym, że coś w nim skacze.
- Co w nim skacze?
- Coś. Wewnątrz jego ciała. To w tę, to w tamtą.
- Jakie coś?
- Pewnie skaczące.
Anyx przymrużyła powieki. Jej oczy nagle utraciły wszelki wyraz.
- To musi być gra.
- Mówisz o Gorącu? On nie umie grać. A poza tym teraz coś w nim skacze.
- Nie robi takiego wrażenia. Wygląda na sennego.
- Pytał mnie też o to, czy duchy, zjawy i bogowie lubią się pierdolić ze
śmiertelnikami i co by się stało, gdyby któraś z nich lubiła?
Anyx splunęła brązową śliną do pustego kufla stojącego na blacie,
przyjrzała się naczyniu i odsunęła je na bok.
- I co mu powiedziałaś, Cicha?
- To, co powiedzieliby wszyscy.
- To znaczy?
- Nie, Gorąc, nie chcę się z tobą pierdolić. Spierdalaj.
Anyx pokiwała głową.
- Z tym trudno się spierać. Zatem... którą z nich jesteś?
- Słucham?
- Duchem, zjawą czy bogiem? To znaczy boginią.
- Nie pierdoliłam się z nim, więc to nie mogłam być ja.
- Myślisz, że to naprawdę się wydarzyło?
- Z Gorącem? Kto chciałby zrobić coś takiego? Nie, po prostu próbował
mnie poderwać. - Oparła się wygodnie i skrzyżowała ramiona na piersiach.
- To świadczy, że nie jest szponem i nigdy nim nie był.
- Masz trochę racji - przyznała Anyx. - W końcu w ogóle nie ma w sobie
magii. No wiesz, większość szponów ją ma.
- Naprawdę?
- Oczywiście. Są magamiskrytobójcami, Cicha. To warunek wymagany przy
przyjęciu do organizacji.
Cicha Woda wlepiła spojrzenie w Anyx. Wydała z siebie dźwięk, który
oznaczał... coś z pewnością oznaczał, ale druga kobieta nie potrafiła
określić co.
- Cholera! - zaklęła po chwili. - Zawsze tak jest! Tak samo jak z kurhanami! Zawsze ktoś mnie wyprzedzi!
Gliniany Talerz odwrócił się nagle, złapał kufel, wypił całą zawartość,
odstawił naczynie i wyszedł.
Cicha Woda zerknęła na naczynie, a potem na Anyx, która przeniosła wzrok
na nią, a następnie z powrotem na kufel. Przez pewien czas obie gapiły
się na niego. Po dłuższej chwili Anyx wstała i zarzuciła na ramię torbę
z drewienkami.
- Muszę zająć się malowaniem.
- Farbą ołowiową?
- Czemu by nie? Mam cały słoik tego syfu. Po prostu nie powinno się ich
ciągle dotykać.
- Może właśnie dlatego masz taką niezdrową cerę, Anyx.
- Porcelanową.
* * *
Sierżant Shrake zanurzyła w winie koniec warkocza, a potem włożyła go do
pełnych ust i possała.
- Musisz to robić? - zapytał Smutas.
- Rzucałyśmy knykcie - odparła z włosami w ustach. Zaczęła je żuć. -
Przegrałam.
- Poza tym twoja drużyna miała za niski stan.
- To już się przedtem zdarzało, Smutas. Twoja reputacja cię poprzedza. I to nie jest dobra reputacja.
- Nic się nie zmieniło - mruknął Smutas z wyraźną irytacją. Nie pomagał
mu też fakt, że był trochę pijany. Fart to fart. Pociągnięcie Pani. Aż
nagle ktoś doszedł do wniosku, że to wszyscy wokół mnie dostają
Pchnięcie Pana. To niesprawiedliwe.
- Masz rację - zgodziła się Shrake. - Prawo sprawiedliwości złamano.
Sugeruję, żebyś napisał skargę do wszechświata. Oczywiście najlepiej
będzie wydrapać ją na kawałku glinianego naczynia i wrzucić do studni.
Słyszałam, że to działa niezawodnie.
- Naprawdę powinnaś uznać mnie za swój amulet.
- Zrobiłabym to, gdybyś miał w sobie choć odrobinę czaru. Kłopot w tym,
że jesteś naprawdę brzydki. Smutas. A poza tym przeszedłeś do nas z tym
imieniem, a to znaczy, że na nie zasłużyłeś.
- Zasłużyłem na nie, bo straciłem bardzo wielu przyjaciół. Zresztą w tym
twoim nieszczęsnym wszechświecie nie ma żadnych praw.
Shrake ponownie zanurzyła warkocz w winie i zamieszała płyn.
- Mój wszechświat wcale nie jest nieszczęsny. Pełno w nim kwiatów, łąk i motyli, latających w promieniach słońca w ciepły letni dzień. Chciałbyś
się do niego dostać?
- Gdybym tylko mógł.
- To się nie zdarzy. Jesteś za brzydki. A teraz jesteśmy skazani na
ciebie. Jeśli nas przeżyjesz, Smutas, przysięgam że złamię Strażnikowi
Bramy drugą nogę, żeby wrócić do świata żywych i cię straszyć aż do
końca twojego życia pocałowanego przez Panią dupoliza. I przyprowadzę ze
sobą piechotę morską.
Przez chwilę gapił się na nią ze złością, gdy znowu wsadziła sobie
warkocz do ust i zaczęła głośno ssać.
- Mam nadzieję, że się zakrztusisz.
- Czuwa nade mną mój fart. Czy raczej twój. A teraz idź wypić jeszcze
trochę i narzygać na kogoś innego. Czekam na Trzpienia.
Wstał, zachwiał się lekko, a potem ruszył w stronę wyjścia z taką
godnością, na jaką mógł się zdobyć. I tak nie lubił "Kupieckiej
Gospody", a już szczególnie nocą przed wyruszeniem w drogę. Co gorsza,
tym razem coś tu było nie w porządku. Nie potrafił określić co, ale
podobne wrażenie nawiedzało go już niejednokrotnie. Zwykle poprzedzając
katastrofę. Ale z drugiej strony lepiej było nikomu o tym nie wspominać,
zwłaszcza że kiedy ostatnio miał takie wrażenie, następnego dnia mieli
się policzyć z setką niegroźnych bandytów.
Jego życie najwyraźniej wkroczyło na nową trajektorię. Zsuwał się ze
schodów krok po kroku.
Gdy już znalazł się na dworze, zatrzymał się, pozwalając, by omyło go
zimne tchnienie nocy. Doszedł do wniosku, że nienawidzi sierżant Shrake,
z jej mokrym od wina warkoczem, wielkimi, mlaskającymi ustami, oczami
leniwymi i pozbawionymi wyrazu jak powierzchnia stawu, spiczastym
podbródkiem, wydatną żuchwą, kościstą klatką piersiową oraz stopą
zwróconą nieco ku wewnątrz, przez co kroczyła niepewnie, mimo że żwawo
poruszała tyłkiem. Jeszcze bardziej wściekała go jej inteligencja,
sarkazm sączący się z niej niczym jad ze żmii. Najbardziej jednak
nienawidził tego, jak sprawnie machała swym wielkim mieczem. Kto by
pomyślał, że mogła przeciąć dużego mężczyznę prawie wpół na wysokości
piersi! Nie uwierzyłby w to, gdyby nie widział tego na własne oczy.
To było chwilę po tym, jak uratował życie kaprala Podwozia. A może
chwilę przed tym. Jedno albo drugie. To prawda, że miała dość potężne
bary, ale to nogi dały jej siłę, gdy zatrzymała się na końcu nagłej
szarży - nadbiegła z boku i w ogóle jej nie widział, a do tego z jakiegoś powodu przeciwnik uniósł obie ręce i cięła go pod nimi. Żebra
pękały jak stukacze sapera. Trzask! Trzask! Trzask! Potem trysnęła krew
i zadławił się szkarłatnym płynem.
Tak jest, nienawidził jej. Nienawidził jej tak bardzo, że niczego nie
pragnął bardziej, niż to, żeby ją przelecieć.
Ale brzydcy mężczyźni nie mieli szczęścia z takimi kobietami. Z tego
powodu nienawidził jej jeszcze bardziej. Tak wyglądała prawda. Ten
nieszczęsny wszechświat zawsze pokazywał mu swe najsmutniejsze oblicze.
Zatoczył się, gdy nagle go olśniło.
Twój wszechświat, Smutas? To twoje wierne odbicie. To wszystko, czym
jest i czym kiedykolwiek będzie. Bądź mężczyzną i przyjmij to do
wiadomości!
Zaraza na czarne pióra pociągnięcia Pani. Gdy nadejdzie następna bitwa,
następne starcie, czy cokolwiek, rzuci się do walki, modląc się o pchnięcie Pana. Skończ z tym. Skończ z tym wszystkim, do cholery!
Osunął się na kolana i zwymiotował.
* * *
- W tym wszystkim chodzi o wyższe dobro - tłumaczył Koc. - A jeśli to
oznacza, że trzeba przykuć bandę biednych durniów do cholernego muru, no
cóż, lepsze to, niż żeby cały kontynent zalały wody i utonęły tysiące
ludzi.
- Łatwo ci mówić - skwitowała Całkiem Spłukana. - Ciebie nie przykuli do
Sztormowego Muru.
- Mówiłem o zasadach, Spłukana. O to chodziło w całej tej dyspucie.
- Ale twoje zasady to tylko kolejna przykrywka maskująca paskudne
szczegóły, Koc. Dlatego uważam, że Kamienny Wojownik postąpił słusznie.
- Nie wiemy, co naprawdę zrobił - zauważył Folibore.
Zwróciła się w jego stronę.
- To dla ciebie typowe. Może cię to zdziwić, ale ignorancja nie dowodzi
słuszności twoich argumentów. Podkreśla tylko ich słabość, nie
wspominając już o przerażających brakach w wykształceniu.
Folibore zamrugał.
- Natomiast ty skupiasz się na atakach osobistych, ostatniej obronie
tego, czego nie da się obronić.
- Mylisz się. Moja ostatnia obrona to cios pięścią w twoją gębę.
- Ha! - zawołał Koc. - Czyż fizyczna przemoc nie jest ulubionym
rozwiązaniem intelektualnie ograniczonych?
Wskazała na niego palcem.
- Tak jest! A co zrobił Kamienny Wojownik na Sztormowym Murze? Przestał
walczyć! Dzięki niemu zabijanie i umieranie wreszcie się skończyło!
- I z napływem lodowatych wód... - zaintonowała Powiedz Nie - ...białe
fale niszczą wszystko / aż kamień zostaje sam. / Na słonogrzywych
koniach jadą / wokół samotnej wieży. Czy chcecie połknąć serce /
Upadłego Boga? / Wejść na górę, by zmierzyć się / z jego piękną, załamaną
córką? / Spójrzcie na granitowy miecz / który już się nie unosi...
Ciężcy umilkli. Oczy niektórych powilgotniały.
Folibore westchnął i oparł się wygodniej. Wystarczała odrobina poezji,
żeby powstrzymać użycie pięści.
- Jak to idzie dalej? - zapytał ochrypłym głosem Koc.
Powiedz Nie wzruszyła ramionami.
- Szczerze mówiąc, nie pamiętam.
- Coś o "oślepionym oku" - zasugerował Delikatny.
- To nie ta pieśń - warknął Ten Głośny, łypiąc na niego ze złością -
Tamta to "Duma o Ipshanku".
- Nieprawda - sprzeciwił się Delikatny. - "Duma o Ipshanku" jest w rytmie czterytrzycztery i potrzebuje bębna z kła obniżonego o oktawę...
- Nie bez kontrapunktu tańca tupiących pięt!
- Tylko w Dal Honie! Taniec tupiących pięt nikogo nie obchodzi, ty
cholerny durniu!
Folibore zdumiał wszystkich, uderzając pięścią w stół. Wino i ale
rozlały się na blat.
- Dyskutujemy o zasadach, na których opierają się prawdziwe etyczne
cnoty, przyjaciele. Całkiem Spłukana postanowiła skupić się na losie
Kamiennego Wojownika na Sztormowym Murze oraz na Potopie Łez, który
następnie oczyścił Kolanse. Czy mogę w odpowiedzi powołać się na
przykład tych, którzy nie mieli świadków...
- Znowu to samo! - poskarżyła się Całkiem Spłukana. Cholerny Upadek
Łowców Kości wydarzył się bez świadków, skąd więc mamy wiedzieć, co
naprawdę się stało? Ta historia jest całkowicie fałszywa! Nie, gorzej
niż fałszywa! Jest wymyślona!
Koc podniósł się nieco z krzesła, odsłaniając zęby.
- A co jest złego w wymyślonych historiach?
- Nie wiemy, co nas czeka... - zaśpiewała nagle Powiedz Nie - ...na
końcu magicznej drogi / gdzie skrzydła nie dadzą schronienia...
Ponownie, dopóki kontynuowała, panował spokój. Folibore wiedział jednak,
że przed nimi długa noc. Zerknął na Powiedz Nie, modląc się do
wszystkich bogów, by znała na pamięć wystarczająco wiele wzruszającej
poezji.
* * *
Shrake zauważyła, że Trzpień wszedł do gospody i ruszył ku jej
stolikowi. W tej samej chwili Krzywe Wiertło wstał z krzesła i również
skierował się ku niej. Krzywe Wiertło pierwszy dotarł do celu. Shrake
odsunęła nogą krzesło od stolika. Mężczyzna usiadł na nim i podziękował
jej krótkim skinieniem głowy.
- To nikomu się nie spodoba - stwierdził, spoglądając na Trzpienia,
który przyciągnął sobie drugie krzesło.
- Smutas się upił - dodała Shrake.
- I co z tego? - zapytał Krzywe Wiertło z zasępioną miną.
- Smutas.
- Słyszałem cię. Pytam: co z tego?
- Stare opowieści mówią prawdę. Teraz mamy dowód. Kiedy ma się zrobić
paskudnie, Smutas zawsze upija się pierwszy.
- Wcale nie robi się paskudnie.
- Na razie.
- W takim razie szkoda, że nie mogłaś odwrócić jego uwagi - stwierdził
po chwili Krzywe Wiertło.
- Już ci mówiłam, Wiertło. To zły pomysł. Posłuchaj, i tak trudno mi się
powstrzymać. Jest jak... szczeniaczek.
Trzpień i Krzywe Wiertło wymienili spojrzenia.
- Odpierdolcie się obaj. Nie powinno się łapać za krocze żołnierzy ze
swojej drużyny i świetnie o tym wiecie.
Przyszedł obsługujący, postawił na blacie dzbanek taniego wina i się
oddalił.
- Zapomniał o kubkach dla was - zauważyła Shrake, osłaniając dłońmi
swój, żeby nie przyszły im do głowy jakieś głupie pomysły. - Ale możecie
na zmianę pociągać z dzbana, prawda?
- To znaczy, że sztuczka z warkoczem nie zadziałała? - zapytał.
- Och, wydawał z siebie dźwięki mające wyrażać niesmak, ale nie potrafił
oderwać od niego spojrzenia. Inaczej mówiąc, skutek był odwrotny od
oczekiwanego. Może gdybym zaczęła dłubać w nosie... ale nie, nic nie
skutkuje. Jesteśmy jak dwa magnesy położone na blacie. Cały czas powoli
zbliżamy się do siebie. Już wkrótce... Trzask!
- Zwierzę o dwóch grzbietach i czterech nogach - skwitował Krzywe
Wiertło. - Małe Shrake, małe Smutasy.
- A czy powiedziałaś mu, że jest obrzydliwy? - zapytał Trzpień.
- Powiedziałam, że jest brzydki.
- Następnym razem spróbuj obrzydliwego.
Krzywe Wiertło wypuścił głośno powietrze przez nozdrza.
- Słowa nie zmienią faktu, że jest całkiem atrakcyjny. Przynajmniej dla
ciebie, Shrake. Gdybym ja musiał codziennie oglądać tę gębę, chyba bym
się powiesił.
- To dlatego, że wszystkich nienawidzisz.
- Nieprawda, Shrake. Po prostu wszyscy mnie nudzą. - Nagle zamrugał. -
Nie mówię o obecnych.
Trzpień odchrząknął.
- Porucznik Balk poprowadzi swoją kolumnę. Po drodze do Srebrnego
Jeziora będziemy obozowali w pewnej odległości od nich, ale i tak
spodziewam się wyzwisk, a być może nawet paru bójek. Musimy trzymać
naszych żołnierzy na krótkiej smyczy. Kapitan chce, żeby wszyscy to
zrozumieli. Posiłki będziemy spożywać wspólnie.
Shrake oparła się wygodnie i zaczęła moczyć warkocz w winie. Nagle
wyciągnęła go z grymasem złości.
- Przewiduję walną bitwę o jedzenie, ze stratami po obu stronach.
Sugeruję, żebyśmy zaczęli pierwsi. Niech Gorąc wbije stukacze w parę
bułek. Wiem, że one służą do płoszenia koni, ale jeśli któryś wybuchnie
komuś w ustach, to będzie niezła niespodzianka.
- Imperium nie jest już takie jak kiedyś - stwierdził z westchnieniem
Krzywe Wiertło. - Opłaca najemników. I, jakby tego było mało, takich, z którymi dopiero co walczyło.
- Ich poprzedni pracodawca nie żyje - zauważył Trzpień.
- Spójrz na nas - odparła Shrake. - Zostało nas troje.
- Dzięki temu narady są krótsze - zauważył Krzywe Wiertło i uniósł rękę.
- Wiem, to było w złym guście. Przepraszam. Powinniśmy być jak Cicha
Woda.
Shrake uniosła brwi.
- Cicha Woda? Ta twoja magiczka z nożem?
- Nikt nie wie, że ona włada magią - odrzekł Krzywe Wiertło.
- Co ty gadasz? Wszyscy o tym wiedzą!
- Ale ona nie wie, że wiedzą.
- To znaczy, że jest idiotką - skwitowała Shrake. - Czy tym właśnie mamy
się stać? Idiotami?
- Ona nie widzi otaczającego ją świata - wyjaśnił Krzywe Wiertło. - Ani
tych, którzy go zamieszkują. Żyje we własnym, małym miejscu. I cóż to za
miejsce! Pełno w nim martwych kumpli, a także żywych kumpli, którzy
wkrótce będą martwi. Nic poza tym nie istnieje. - Oparł się wygodniej. -
Zazdroszczę jej.
Shrake ponownie zanurzyła warkocz w winie, po czym zaczęła go ssać.
Dwaj siedzący przy stoliku żołnierze przyglądali się jej uważnie.
Skrzywiła się i wyciągnęła warkocz z ust.
- Pierdoleni mężczyźni. Wszyscy jesteście tacy sami.