Bóg mnie oczekuje - Michel Quoist

-
Proszę czekać

Aby le­piej zro­zu­mieć du­cha tych roz­wa­żań

Czło­wiek "szu­ka­ją­cy Bo­ga"

Moi dro­dzy czy­tel­ni­cy, dłu­gi czas da­rzy­łem sym­pa­tią wy­ra­że­nie "szu­ka­ją­cy Bo­ga". Przede wszyst­kim dla­te­go, że przy­po­mi­na­ło mi ono mo­ją wła­sną dro­gę, kie­dy to ja­ko mło­dy, za­an­ga­żo­wa­ny w pra­cę za­wo­do­wą chło­pak, usil­nie szu­ka­łem sen­su wła­sne­go ży­cia po­za tym wszyst­kim, cze­go uczo­no mnie o "re­li­gii". Tak­że po­za prak­ty­ka­mi re­li­gij­ny­mi "sprzed So­bo­ru", któ­re sta­now­czo, we­wnętrz­nie od­rzu­ca­łem. Bar­dzo szyb­ko zro­zu­mia­łem, że nie szu­ka­łem ja­kichś wiel­kich idei, a jesz­cze mniej mo­ral­no­ści, lecz szu­ka­łem "Ko­goś".

Otóż ten Ktoś, ko­go pra­gną­łem zna­leźć, nie miał ob­li­cza Bo­ga, o któ­rym mnie uczo­no, ani ob­li­cza Ko­goś, ko­go - jak mi się wy­da­wa­ło - ro­zu­mia­łem. Wy­obra­ża­łem to so­bie i od­kry­wa­łem po­wo­li mi­łość, peł­ną Mi­łość, a więc Bo­ga, któ­ry nie zaj­mu­je się tyl­ko gro­że­niem za­ka­za­mi i ka­ra­niem. Nie Bo­ga, któ­re­go po­win­ni­śmy słu­chać "pod ka­rą cięż­kie­go grze­chu", ina­czej mó­wiąc, nie ta­kie­go, któ­re­go na­le­ża­ło­by ko­chać pod przy­mu­sem. Nie Bo­ga "wszech­mo­gą­ce­go" na ludz­ki spo­sób, tzn. ma­ją­ce­go "wszel­ką wła­dzę", mo­cą któ­rej "spra­wia, że pa­da deszcz i ro­bi się pięk­na po­go­da", ska­zu­je czło­wie­ka "dla je­go do­bra" na strasz­ne cier­pie­nia i bez li­to­ści "przy­wo­łu­je do sie­bie" dziec­ko, któ­re po­win­no żyć.

Wy­ra­że­nie "szu­ka­ją­cy Bo­ga" da­rzy­łem sym­pa­tią rów­nież dla­te­go, że w mo­im prze­ko­na­niu ozna­cza ono wspa­nia­łą wol­ność w po­dą­ża­niu na spo­tka­nie z Nim, aby Go po­znać i wciąż od no­wa po­zna­wać oraz na­wią­zy­wać z Nim re­la­cje mi­ło­ści.

On za­wsze chciał, aby­śmy by­li dla Nie­go nie zdal­nie ste­ro­wa­ny­mi ma­rio­net­ka­mi, nie pod­da­ny­mi nie­wol­ni­ka­mi, lecz "wol­ny­mi part­ne­ra­mi" i, co wię­cej, sy­na­mi!

Dla­cze­go po­trze­ba tak wie­le wy­sił­ku, że­by zna­leźć Bo­ga?

Dla­cze­go więc Bóg tak czę­sto się ukry­wa? Sam te­go do­świad­czy­łem i stwier­dzi­łem póź­niej, że wie­lu lu­dzi cier­pia­ło, po­dob­nie jak ja, z po­wo­du Je­go po­zor­nej nie­obec­no­ści i przy­kre­go mil­cze­nia. Dla­cze­go trze­ba błą­dzić w ciem­no­ści, aby Go zna­leźć? Dla­cze­go jest tak bar­dzo trud­no roz­po­znać Go wśród tych wszyst­kich fał­szy­wych bo­gów, któ­rych lu­dzie - na­wet lu­dzie Ko­ścio­ła - stwa­rza­ją na na­szych oczach, na­ra­ża­jąc na znie­chę­ce­nie licz­nych mi­ło­śni­ków po­szu­ki­wań oraz po­wo­du­jąc po­ja­wie­nie się rów­nie licz­nych "za­wie­dzio­nych" po­szu­ku­ją­cych, któ­rzy zo­bo­jęt­nie­li i utra­ci­li na­dzie­ję lub sta­li się za­go­rza­ły­mi prze­ciw­ni­ka­mi? Pro­blem zo­stał po­sta­wio­ny.

Wie­lu lu­dzi dzi­siaj na­dal szu­ka sen­su swe­go ży­cia

Mi­mo licz­nych prze­ciw­no­ści i nie­po­wo­dzeń wie­lu lu­dzi dzi­siaj na­dal szu­ka sen­su swe­go ży­cia, czę­sto jed­nak­że po­za śro­do­wi­skiem i miej­sca­mi swe­go dzie­ciń­stwa, gdzie Bo­ga nie zna­leź­li. Usi­łu­ją Go znaj­do­wać, nie­ste­ty, po­za Ko­ścio­łem, któ­ry od­rzu­ca­ją. Za­nie­po­ko­je­ni so­bą, a tak­że Zie­mią - któ­rą po­wo­li nisz­czy­my - wrzu­ce­ni w wir tej pięk­nej i osza­la­łej hi­sto­rii, w któ­rej się zna­leź­li, nie pro­sząc o to, nie mo­gą uwa­żać za praw­dzi­we te­go, że zni­kąd przy­szli i do­ni­kąd zmie­rza­ją.

Nie­któ­rzy spo­śród nich prze­czu­wa­ją więc w so­bie i w świe­cie wy­miar nie­skoń­czo­ny, coś ta­jem­ni­cze­go w sto­sun­ku do ich cia­ła i ser­ca - go­to­we do roz­wo­ju ukry­te ży­cie. Pod­da­ją się więc wska­za­niom mi­strzów, któ­rzy twier­dzą, że po­tra­fią od­kryć drze­mią­ce w nich we­wnętrz­ne ener­gie, po­móc im w roz­wo­ju, sto­su­jąc róż­ne me­to­dy i ćwi­cze­nia in­dy­wi­du­al­ne bądź gru­po­we. Nie­ste­ty, nie szu­ka­ją oni wca­le al­bo prze­sta­li szu­kać "Ko­goś" - Bo­ga. Praw­do­po­dob­nie dla­te­go, że to my nie by­li­śmy zdol­ni spra­wić, aby Go spo­tka­li; my, któ­rzy - być mo­że - jesz­cze zbyt czę­sto my­li­my się co do Je­go toż­sa­mo­ści al­bo szu­ka­my Go tam, gdzie Go nie ma.

Bóg pierw­szy nas szu­ka

Dziś to pięk­ne wy­ra­że­nie "szu­ka­ją­cy Bo­ga" nie urze­ka mnie tak bar­dzo, a je­śli już, to ina­czej. Zro­zu­mia­łem bo­wiem, że to On pierw­szy nas szu­ka. Za­nim my Go po­ko­cha­my - On nas ko­cha. On nas pro­si, za­nim my Go po­pro­si­my. On cho­dzi za na­mi każ­de­go dnia dys­kret­nie, lecz nie­stru­dze­nie.

Od wie­ków, za­nim za­ist­nie­li­śmy, Bóg rze­czy­wi­ście my­ślał o nas "w swo­jej Mi­ło­ści" (por. Flp 1, 8). Jak wszy­scy, któ­rzy ko­cha­ją, za­pra­gnął po­łą­czyć się z na­mi. Za­ko­cha­ny w czło­wie­ku i w świe­cie, w któ­rym on ży­je, ze­słał swe­go Sy­na, aby nam ob­ja­wić swo­ją mi­łość i dać nam swo­je ży­cie, że­by­śmy nim ży­li: "Tak bo­wiem Bóg umi­ło­wał świat, że Sy­na swe­go Jed­no­ro­dzo­ne­go dał..." (J 3, 16). To On przy­szedł, to On do nas mó­wił, to On nas wy­ba­wił z "nie-mi­ło­ści" (grze­chu). On zmar­twych­wstał, na­da­jąc w ten spo­sób na­sze­mu ży­ciu wy­miar wiecz­no­ści, ofia­ro­wu­jąc nam swo­je ży­cie.

Bóg spo­ty­ka nas w sa­mym cen­trum na­sze­go ży­cia

Dra­mat ludz­ko­ści po­le­ga z pew­no­ścią na tym, że wie­lu lu­dzi nie wie­rzy w ogó­le lub już nie wie­rzy w Bo­ga. Nie spo­tka­li Go ni­g­dy. "Po­śród was stoi Ten, któ­re­go wy nie zna­cie" (J 1, 26)- mó­wił już św. Jan Chrzci­ciel. Jed­nak błą­dzą tak­że licz­ni chrze­ści­ja­nie, któ­rzy wie­rzą w Bo­ga i sta­ra­ją się Go szu­kać... gdzieś da­le­ko, gdy tym­cza­sem On jest bar­dzo bli­sko nas. Cze­ka na nas każ­de­go dnia.

Po­nie­waż nie mo­że­my Bo­ga zo­ba­czyć, do­tknąć, usły­szeć - my­śli­my, że jest On rze­czy­wi­ście dla nas nie­do­stęp­ny. Tym­cza­sem po­wie­dział nam przez Je­zu­sa Chry­stu­sa: "A oto Ja je­stem z wa­mi po wszyst­kie dni, aż do skoń­cze­nia świa­ta" (Mt 28, 20).

Z na­mi, to zna­czy w nas: "Przyj­dzie­my do nie­go, i bę­dzie­my u nie­go prze­by­wać" (J 14, 23). Tak bar­dzo obec­ny w każ­dym i we wszyst­kich, że "włos z gło­wy wam nie zgi­nie, że­by On te­go nie spo­strzegł" (por. Łk 21, 18).

Tak, Bóg spo­ty­ka nas w cen­trum na­sze­go ży­cia: Oj­ciec, że­by co­dzien­nie za­pra­szać nas do cią­głe­go stwa­rza­nia z Nim czło­wie­ka, ludz­ko­ści, świa­ta; Syn, że­by nas od­ry­wać od zła i umac­niać w swej mi­ło­ści; Duch Świę­ty, że­by nam po­ma­gać w bu­do­wa­niu świa­ta spra­wie­dli­wo­ści i po­ko­ju, a z wszyst­kich lu­dzi czy­nić ro­dzi­nę bra­ci.

Chrze­ści­ja­nie w czę­ściach w ży­ciu po­dwój­nym

Na­uczo­no nas, że je­ste­śmy zło­że­ni z du­szy i cia­ła. Był to po­praw­ny i uży­tecz­ny spo­sób my­śle­nia i mó­wie­nia. Jed­nak­że do­pro­wa­dził do roz­dzie­le­nia nas na dwie czę­ści o nie­jed­na­ko­wej war­to­ści. Du­sza sta­ła się pierw­szą czę­ścią, a cia­ło dru­gą, nie­zna­czą­cą, a na­wet prze­szka­dza­ją­cą w na­szym praw­dzi­wym roz­wo­ju. W tej sy­tu­acji za­po­mnie­li­śmy, że je­ste­śmy "ludź­mi", jak na­ucza nas Bi­blia.

Mó­wio­no nam jed­no­cze­śnie, że trze­ba zba­wić du­szę. By to zre­ali­zo­wać, na­le­ża­ło roz­wi­jać ży­cie du­cho­we, nie my­śląc, iż ma­my tyl­ko jed­no ży­cie do prze­ży­cia w świe­cie i w hi­sto­rii, któ­re jest ży­ciem z Je­zu­sem Chry­stu­sem przy­by­łym po­ślu­bić wszyst­ko, co ludz­kie.

To dla­te­go wie­lu chrze­ści­jan dłu­go ży­ło po­dwój­nym ży­ciem: re­li­gij­nym i świec­kim. By­li oni obec­ni w ko­ścio­łach, a na­wet w za­kry­stiach. Znaj­du­jąc się mię­dzy wie­rzą­cy­mi, spo­dzie­wa­li się, że spo­tka­ją Bo­ga. Na­stęp­nie wra­ca­li "do świa­ta", że­by żyć jak in­ni. O ży­ciu tym my­śle­li, że nie ma ono nic wspól­ne­go z Je­zu­sem Chry­stu­sem, po­nie­waż jest "świec­kie", a na­wet wio­dą­ce do zgu­by.

Nie­któ­rzy od cza­su do cza­su ofia­ro­wy­wa­li je Bo­gu jak po­da­rek, któ­ry się bie­rze i da­je, ale któ­ry nie jest da­rem sa­me­go sie­bie. Jesz­cze in­ni, ci naj­bar­dziej szla­chet­ni, prze­świad­cze­ni, że "po­sia­da­ją Bo­ga", usi­ło­wa­li nieść Go w ob­cy świat... gdzie był on nie­obec­ny.

Chrze­ści­ja­nie uni­ka­ją śmier­tel­ne­go błę­du, ja­kim jest prze­ży­wa­nie wie­lu ro­dza­jów ży­cia

Przed sa­mym So­bo­rem księ­ża - nie­kie­dy trak­to­wa­ni przez nie­któ­rych nie­uf­nie - mó­wi­li chrze­ści­ja­nom, że na­śla­do­wa­nie Je­zu­sa Chry­stu­sa nie po­le­ga je­dy­nie na spo­ty­ka­niu Go w ko­ścio­łach pod­czas prak­tyk re­li­gij­nych, ale tak­że na wszyst­kich dro­gach hi­sto­rii, któ­re cią­gle prze­mie­rza, wy­cią­ga­jąc do nas rę­kę. Wie­lu przy­łą­czy­ło się do Nie­go, aby ra­zem z Nim pra­co­wać. On cze­kał na nich, re­ali­zu­jąc ko­lej­no w każ­dym ludz­kim ży­ciu swą ta­jem­ni­cę stwo­rze­nia, wcie­le­nia i od­ku­pie­nia. Jed­no­cze­śnie za­pra­szał ich do do­kład­ne­go speł­nia­nia z Nim i fi­na­li­zo­wa­nia w cza­sie mi­sji, Któ­rą Mu po­wie­rzył Je­go Oj­ciec.

Od­kry­wa­li oni wte­dy od no­wa świat, któ­ry na­zbyt czę­sto sta­wał się bez nich. Ule­cze­ni ze swej śle­po­ty przez Je­zu­sa, uj­rze­li Go zu­peł­nie in­ny­mi ocza­mi. Po­zna­li lu­dzi "za­an­ga­żo­wa­nych", wie­rzą­cych lub nie­wie­rzą­cych, i po­łą­czy­li się z ni­mi w wal­ce o lep­szy świat. I z ob­cych, ja­ki­mi przed­tem by­li, na no­wo sta­li się "ludź­mi na­tu­ra­li­zo­wa­ny­mi", brać­mi Je­zu­sa Chry­stu­sa.

Nie­któ­rzy my­śle­li, że na­le­ża­ło­by dzia­łać, mó­wić, że­by od­kry­wać Je­zu­sa od­zy­ska­nym bra­ciom, któ­rzy Go nie zna­li. In­ni, że trze­ba by dłu­go "doj­rze­wać", za­nim wy­da się owo­ce. Nie­waż­ne! Istot­ne jest, że włą­czy­li się w koń­cu w ten pro­ces i zo­sta­li oświe­ce­ni Przez Ewan­ge­lię, że­by za­cząć żyć swą wia­rą w ca­łym ży­ciu.

Ozię­bli chrze­ści­ja­nie, któ­rzy wąt­pią i znie­chę­ca­ją się

Sto­sun­ko­wo ła­two jest pro­sić Bo­ga, że­by usta­no­wił swo­je "kró­le­stwo" na zie­mi, ale o wie­le trud­niej jest każ­de­go dnia współ­dzia­łać z Je­zu­sem Chry­stu­sem i Du­chem Świę­tym, aby ono przy­szło. Dziś nie­któ­rzy chrze­ści­ja­nie, wo­bec ol­brzy­mich prze­szkód, w ob­li­czu po­dzie­lo­nej ludz­ko­ści i w spo­łe­czeń­stwie, w któ­rym sys­te­my po­li­tycz­ne, spo­łecz­ne i eko­no­micz­ne w bo­le­snym two­rze­niu po­szu­ku­ją swej rów­no­wa­gi, na no­wo wąt­pią i znie­chę­ca­ją się. Jest tak du­żo rze­czy do zro­bie­nia - my­ślą - a my pra­wie nic nie ro­bi­my. Efek­ty, któ­re za­uwa­ża­my, to za­le­d­wie kil­ka ka­mie­ni do­ło­żo­nych do bu­do­wy świa­ta!

Licz­ni za­wie­dze­ni wal­ką "wy­co­fu­ją się", znaj­du­jąc uspra­wie­dli­wie­nie w sa­mej wie­rze. Czyż nie trze­ba zno­wu wró­cić do "isto­ty"? Spo­ty­ka­ją oni "wier­nych", któ­rzy nie we­szli na po­le wal­ki, za­do­wa­la­jąc się nie­zbęd­nym za­an­ga­żo­wa­niem we wspól­no­ty, ale bez więk­sze­go ry­zy­ka. Uwa­ża­ją się oni za bar­dziej "czy­stych" od tych, któ­rzy wal­czy­li, zo­sta­li zra­nie­ni i być mo­że na­wet "ubru­dzi­li się w świe­cie". Nie­któ­rzy, znie­chę­ce­ni licz­ny­mi nie­po­wo­dze­nia­mi, ule­ga­ją więc sub­tel­nej i wy­god­nej po­ku­sie prze­świad­cze­nia, że sta­ną się lep­si, chro­niąc się i od­ci­na­jąc od te­go "złe­go" świa­ta. Ja­każ wiel­ka po­mył­ka! Ża­den chrze­ści­ja­nin nie mo­że prze­ży­wać au­ten­tycz­nie swe­go chrze­ści­jań­skie­go ży­cia, je­śli nie zjed­no­czy się z Je­zu­sem Chry­stu­sem, któ­ry go ocze­ku­je we wszyst­kich wy­mia­rach ludz­kiej przy­go­dy, że­by z nim re­ali­zo­wać od­wiecz­ne pra­gnie­nie Oj­ca, "aby wszyst­ko zjed­no­czyć w Chry­stu­sie ja­ko gło­wie: to, co w nie­bio­sach, i to, co na zie­mi" (Ef 1, 10)[1].

Mój oso­bi­sty wkład w po­ma­ga­nie nie­któ­rym chrze­ści­ja­nom w od­naj­dy­wa­niu Je­zu­sa Chry­stu­sa w cen­trum ich ży­cia

Dro­dzy czy­tel­ni­cy, czy nie po­win­ni­śmy czy­nić ol­brzy­mich wy­sił­ków, że­by za­chę­cić od no­wa chrze­ści­jan do "an­ga­żo­wa­nia się w to, co do­cze­sne", po­nie­waż oni w tym ży­ją i Chry­stus ich tam cze­ka? My­ślę, że tak, i chciał­bym przez tę książ­kę uczest­ni­czyć w tym wy­sił­ku.

Bądź­my szcze­rzy, wszyst­kim nam jest bar­dzo trud­no spo­ty­kać Je­zu­sa Chry­stu­sa w ca­łym na­szym ży­ciu. Śle­pi i głu­si nie za­uwa­ża­my, że da­je nam znak i nie sły­szy­my, że nas wzy­wa. Po­win­ni­śmy Go ze wszyst­kich sił pro­sić, by nas uzdro­wił ze śle­po­ty i głu­cho­ty, ale po­win­ni­śmy się też ćwi­czyć, że­by Go le­piej wi­dzieć i le­piej sły­szeć, aby Mu le­piej słu­żyć, od­da­jąc się wszyst­kim na­szym bra­ciom.

Pro­po­nu­ję wam obec­nie kil­ka­na­ście "prak­tycz­nych ćwi­czeń", aby ten cel rze­czy­wi­ście osią­gnąć.

Każ­dy roz­dział za­wie­ra przed­sta­wie­nie ja­kie­goś wy­da­rze­nia lub sy­tu­acji, po któ­rym na­stę­pu­je kil­ka re­flek­sji w świe­tle wia­ry. Ca­łość koń­czy krót­ka mo­dli­twa. W ten spo­sób, bez pre­ten­sji do na­uko­wo­ści, pró­bu­ję od­twa­rzać moż­li­wie jak naj­wier­niej ko­lej­ne kro­ki, któ­re od mo­je­go spo­tka­nia Pa­na po­dej­mo­wa­łem sam, z in­ną oso­bą, z mał­żeń­stwem bądź z gru­pą chrze­ści­jan.

Jak wszyst­kie "przy­kła­dy", tak i mo­je, są nie­wy­star­cza­ją­ce pod pew­nym wzglę­dem. Nie two­rzą one ja­kie­goś lo­gicz­nie upo­rząd­ko­wa­ne­go zbio­ru. Moż­na by­ło wy­brać in­ne sy­tu­acje, po­czy­nić in­ne re­flek­sje, ina­czej się mo­dlić. Ma­ją one wszak­że tę za­le­tę, że nie są "przy­kła­da­mi wy­my­ślo­ny­mi". Za­wsze by­łem prze­ciw­ny wy­obra­ża­niu so­bie ży­cia. Są to mo­men­ty praw­dzi­we­go ży­cia oraz "re­wi­zji" ży­cia.

Te "prak­tycz­ne ćwi­cze­nia" są nie­kom­plet­ne rów­nież dla­te­go, iż z na­tu­ry rze­czy brak w nich re­ak­cji osób, któ­rych do­ty­czą, ich po­szu­ki­wań, od­kryć, ich po­stę­pu­ją­ce­go uświa­da­mia­nia so­bie obec­no­ści Chry­stu­sa w świe­cie, ewo­lu­cji ich my­śle­nia i ich wia­ry. Cho­dzi więc tyl­ko o kil­ka ście­żek, któ­ry­mi na­le­ży przejść aż do koń­ca. Jed­nak po­zwól­cie mi po­wtó­rzyć, że je­że­li te stro­ni­ce za­chę­cą nie­któ­rych chrze­ści­jan do szu­ka­nia Je­zu­sa Chry­stu­sa w ci­szy ocze­ku­ją­ce­go na nich w cen­trum ży­cia, je­że­li po­mo­gą im po­znać Go i skło­nią do po­łą­cze­nia się z Nim oraz za­an­ga­żo­wa­nia w zba­wia­nie ra­zem z Nim "każ­de­go czło­wie­ka i wszyst­kich lu­dzi" - bę­dę bar­dzo ura­do­wa­ny.

Mi­chel QU­OIST

Od re­dak­to­ra pol­skie­go wy­da­nia cy­fro­we­go

Pierw­sze wy­da­nie cy­fro­we "Bóg mnie ocze­ku­je" w Pol­sce (a mo­że i w Eu­ro­pie!) w peł­nym za­kre­sie od­zwier­cie­dla pi­sow­nię ory­gi­na­łu. Jest ona bar­dzo spe­cy­ficz­na. Mi­chel Qu­oist po­słu­żył się nie tyl­ko nie­zli­czo­ną licz­bą cu­dzy­sło­wów, trój­krop­ków, sta­wia­nych po nie­do­koń­czo­nych zda­niach śred­ni­ków, ale też po­gru­bień i po­chy­leń tek­stu. Świa­do­mie wy­ko­rzy­stał po­nad­to róż­no­rod­ne od­stę­py od mar­gi­ne­su, jak rów­nież pi­sow­nię ca­łych wy­ra­zów du­ży­mi li­te­ra­mi.

Za­sto­so­wa­nie tych wszyst­kich do­dat­ko­wych środ­ków wy­ra­zu da­je ob­raz au­to­ra, któ­ry po­przez zna­ki gra­ficz­ne usi­łu­je wy­ra­zić au­ten­tycz­ne prze­ży­cie wia­ry i po­da­ro­wać jej cząst­kę czy­tel­ni­ko­wi.

Ni­niej­szy zbiór nie jest zbio­rem ka­zań lub wy­kła­dów, ale im­pre­syj­nym za­pi­sem dro­gi du­cho­wej. Czy­tel­nik mo­że na nią wejść z au­to­rem na do­wol­nym z jej wy­ra­żo­nych w spi­sie tre­ści eta­pów. Jed­no­cze­śnie Mi­chel Qu­oist wpi­su­je się tym zbio­rem w tra­dy­cję chrze­ści­jań­skich ćwi­czeń du­cho­wych.

Jak przed­sta­wia to sam we wstę­pie:

"Bądź­my szcze­rzy, wszyst­kim nam jest bar­dzo trud­no spo­ty­kać Je­zu­sa Chry­stu­sa w ca­łym na­szym ży­ciu. Śle­pi i głu­si nie za­uwa­ża­my, że da­je nam znak i nie sły­szy­my, że nas wo­ła. Po­win­ni­śmy Go ze wszyst­kich sił pro­sić, by nas uzdro­wił ze śle­po­ty i głu­cho­ty, ale po­win­ni­śmy się też ćwi­czyć, że­by Go le­piej wi­dzieć i le­piej sły­szeć, aby Mu le­piej słu­żyć, od­da­jąc się wszyst­kim na­szym bra­ciom.

Pro­po­nu­ję wam obec­nie kil­ka­na­ście "prak­tycz­nych ćwi­czeń", aby ten cel rze­czy­wi­ście osią­gnąć.

Każ­dy roz­dział za­wie­ra przed­sta­wie­nie ja­kie­goś wy­da­rze­nia lub sy­tu­acji, po któ­rym na­stę­pu­je kil­ka re­flek­sji w świe­tle wia­ry. Ca­łość koń­czy krót­ka mo­dli­twa. W ten spo­sób, bez pre­ten­sji do na­uko­wo­ści, pró­bu­ję od­twa­rzać moż­li­wie jak naj­wier­niej ko­lej­ne kro­ki, któ­re od mo­je­go spo­tka­nia Pa­na po­dej­mo­wa­łem sam, z in­ną oso­bą, z mał­żeń­stwem bądź z gru­pą chrze­ści­jan."

W sto­sun­ku do wy­da­nia pa­pie­ro­we­go sprzed dwóch de­kad (Wy­daw­nic­two Sióstr Lo­re­ta­nek) w ni­niej­szym wy­da­niu zo­sta­ło uwspół­cze­śnio­ne słow­nic­two, przy czym nie­na­ru­szo­ne po­zo­sta­ły cy­ta­ty bi­blij­ne.

Czy jest sens wra­cać do Mi­che­la Qu­oist'a? Nie tyl­ko, że jest to au­tor cy­to­wa­ny przy róż­nych oka­zjach przez pol­skich księ­ży i obec­ny du­cho­wo w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, ale po­nad­to współ­cze­sna Pol­ska istot­nie zbli­ży­ła się do ob­ra­zu Fran­cji wy­ła­nia­ją­ce­go się z je­go "prak­tycz­nych ćwi­czeń". Dziś jesz­cze le­piej zro­zu­mie­my pro­ble­my na­pięć two­rzo­nych przez ustrój, w któ­rym Mi­chel Qu­oist uro­dził się, doj­rzał i żył.

Do­pie­ro te­raz sta­ło się dla nas w peł­ni zro­zu­mia­łe:

- na czym po­le­ga pro­blem róż­ni­cy mię­dzy "uśmie­chem ku­piec­kim" a "uśmie­chem chrze­ści­jań­skim", po­dob­nie jak to,

- czym wła­ści­wie "je­ste­śmy prze­cią­że­ni",

- czy też, jak wie­lu "na­szych mał­żon­ków nie jest chrze­ści­ja­na­mi" lub wresz­cie,

- jak wie­lu "mo­ich ro­dzi­ców roz­wio­dło się".

Mi­chel Qu­oist do­pie­ro za­czął być dla nas w Pol­sce ak­tu­al­ny.

Ni­niej­szą edy­cję po­świę­cam pa­mię­ci tłu­ma­cza ory­gi­na­łu, mo­je­go Oj­ca, Ry­szar­da Że­rań­skie­go.

Pa­weł Że­rań­ski

War­sza­wa, 7 stycz­nia 2020 r.