Bóg mnie oczekuje - Michel Quoist

Reflow text when sidebars are open.
Moi drodzy czytelnicy, długi czas darzyłem sympatią wyrażenie "szukający Boga". Przede wszystkim dlatego, że przypominało mi ono moją własną drogę, kiedy to jako młody, zaangażowany w pracę zawodową chłopak, usilnie szukałem sensu własnego życia poza tym wszystkim, czego uczono mnie o "religii". Także poza praktykami religijnymi "sprzed Soboru", które stanowczo, wewnętrznie odrzucałem. Bardzo szybko zrozumiałem, że nie szukałem jakichś wielkich idei, a jeszcze mniej moralności, lecz szukałem "Kogoś".
Otóż ten Ktoś, kogo pragnąłem znaleźć, nie miał oblicza Boga, o którym mnie uczono, ani oblicza Kogoś, kogo - jak mi się wydawało - rozumiałem. Wyobrażałem to sobie i odkrywałem powoli miłość, pełną Miłość, a więc Boga, który nie zajmuje się tylko grożeniem zakazami i karaniem. Nie Boga, którego powinniśmy słuchać "pod karą ciężkiego grzechu", inaczej mówiąc, nie takiego, którego należałoby kochać pod przymusem. Nie Boga "wszechmogącego" na ludzki sposób, tzn. mającego "wszelką władzę", mocą której "sprawia, że pada deszcz i robi się piękna pogoda", skazuje człowieka "dla jego dobra" na straszne cierpienia i bez litości "przywołuje do siebie" dziecko, które powinno żyć.
Wyrażenie "szukający Boga" darzyłem sympatią również dlatego, że w moim przekonaniu oznacza ono wspaniałą wolność w podążaniu na spotkanie z Nim, aby Go poznać i wciąż od nowa poznawać oraz nawiązywać z Nim relacje miłości.
On zawsze chciał, abyśmy byli dla Niego nie zdalnie sterowanymi marionetkami, nie poddanymi niewolnikami, lecz "wolnymi partnerami" i, co więcej, synami!
Dlaczego więc Bóg tak często się ukrywa? Sam tego doświadczyłem i stwierdziłem później, że wielu ludzi cierpiało, podobnie jak ja, z powodu Jego pozornej nieobecności i przykrego milczenia. Dlaczego trzeba błądzić w ciemności, aby Go znaleźć? Dlaczego jest tak bardzo trudno rozpoznać Go wśród tych wszystkich fałszywych bogów, których ludzie - nawet ludzie Kościoła - stwarzają na naszych oczach, narażając na zniechęcenie licznych miłośników poszukiwań oraz powodując pojawienie się równie licznych "zawiedzionych" poszukujących, którzy zobojętnieli i utracili nadzieję lub stali się zagorzałymi przeciwnikami? Problem został postawiony.
Mimo licznych przeciwności i niepowodzeń wielu ludzi dzisiaj nadal szuka sensu swego życia, często jednakże poza środowiskiem i miejscami swego dzieciństwa, gdzie Boga nie znaleźli. Usiłują Go znajdować, niestety, poza Kościołem, który odrzucają. Zaniepokojeni sobą, a także Ziemią - którą powoli niszczymy - wrzuceni w wir tej pięknej i oszalałej historii, w której się znaleźli, nie prosząc o to, nie mogą uważać za prawdziwe tego, że znikąd przyszli i donikąd zmierzają.
Niektórzy spośród nich przeczuwają więc w sobie i w świecie wymiar nieskończony, coś tajemniczego w stosunku do ich ciała i serca - gotowe do rozwoju ukryte życie. Poddają się więc wskazaniom mistrzów, którzy twierdzą, że potrafią odkryć drzemiące w nich wewnętrzne energie, pomóc im w rozwoju, stosując różne metody i ćwiczenia indywidualne bądź grupowe. Niestety, nie szukają oni wcale albo przestali szukać "Kogoś" - Boga. Prawdopodobnie dlatego, że to my nie byliśmy zdolni sprawić, aby Go spotkali; my, którzy - być może - jeszcze zbyt często mylimy się co do Jego tożsamości albo szukamy Go tam, gdzie Go nie ma.
Dziś to piękne wyrażenie "szukający Boga" nie urzeka mnie tak bardzo, a jeśli już, to inaczej. Zrozumiałem bowiem, że to On pierwszy nas szuka. Zanim my Go pokochamy - On nas kocha. On nas prosi, zanim my Go poprosimy. On chodzi za nami każdego dnia dyskretnie, lecz niestrudzenie.
Od wieków, zanim zaistnieliśmy, Bóg rzeczywiście myślał o nas "w swojej Miłości" (por. Flp 1, 8). Jak wszyscy, którzy kochają, zapragnął połączyć się z nami. Zakochany w człowieku i w świecie, w którym on żyje, zesłał swego Syna, aby nam objawić swoją miłość i dać nam swoje życie, żebyśmy nim żyli: "Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał..." (J 3, 16). To On przyszedł, to On do nas mówił, to On nas wybawił z "nie-miłości" (grzechu). On zmartwychwstał, nadając w ten sposób naszemu życiu wymiar wieczności, ofiarowując nam swoje życie.
Dramat ludzkości polega z pewnością na tym, że wielu ludzi nie wierzy w ogóle lub już nie wierzy w Boga. Nie spotkali Go nigdy. "Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie" (J 1, 26)- mówił już św. Jan Chrzciciel. Jednak błądzą także liczni chrześcijanie, którzy wierzą w Boga i starają się Go szukać... gdzieś daleko, gdy tymczasem On jest bardzo blisko nas. Czeka na nas każdego dnia.
Ponieważ nie możemy Boga zobaczyć, dotknąć, usłyszeć - myślimy, że jest On rzeczywiście dla nas niedostępny. Tymczasem powiedział nam przez Jezusa Chrystusa: "A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata" (Mt 28, 20).
Z nami, to znaczy w nas: "Przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać" (J 14, 23). Tak bardzo obecny w każdym i we wszystkich, że "włos z głowy wam nie zginie, żeby On tego nie spostrzegł" (por. Łk 21, 18).
Tak, Bóg spotyka nas w centrum naszego życia: Ojciec, żeby codziennie zapraszać nas do ciągłego stwarzania z Nim człowieka, ludzkości, świata; Syn, żeby nas odrywać od zła i umacniać w swej miłości; Duch Święty, żeby nam pomagać w budowaniu świata sprawiedliwości i pokoju, a z wszystkich ludzi czynić rodzinę braci.
Nauczono nas, że jesteśmy złożeni z duszy i ciała. Był to poprawny i użyteczny sposób myślenia i mówienia. Jednakże doprowadził do rozdzielenia nas na dwie części o niejednakowej wartości. Dusza stała się pierwszą częścią, a ciało drugą, nieznaczącą, a nawet przeszkadzającą w naszym prawdziwym rozwoju. W tej sytuacji zapomnieliśmy, że jesteśmy "ludźmi", jak naucza nas Biblia.
Mówiono nam jednocześnie, że trzeba zbawić duszę. By to zrealizować, należało rozwijać życie duchowe, nie myśląc, iż mamy tylko jedno życie do przeżycia w świecie i w historii, które jest życiem z Jezusem Chrystusem przybyłym poślubić wszystko, co ludzkie.
To dlatego wielu chrześcijan długo żyło podwójnym życiem: religijnym i świeckim. Byli oni obecni w kościołach, a nawet w zakrystiach. Znajdując się między wierzącymi, spodziewali się, że spotkają Boga. Następnie wracali "do świata", żeby żyć jak inni. O życiu tym myśleli, że nie ma ono nic wspólnego z Jezusem Chrystusem, ponieważ jest "świeckie", a nawet wiodące do zguby.
Niektórzy od czasu do czasu ofiarowywali je Bogu jak podarek, który się bierze i daje, ale który nie jest darem samego siebie. Jeszcze inni, ci najbardziej szlachetni, przeświadczeni, że "posiadają Boga", usiłowali nieść Go w obcy świat... gdzie był on nieobecny.
Przed samym Soborem księża - niekiedy traktowani przez niektórych nieufnie - mówili chrześcijanom, że naśladowanie Jezusa Chrystusa nie polega jedynie na spotykaniu Go w kościołach podczas praktyk religijnych, ale także na wszystkich drogach historii, które ciągle przemierza, wyciągając do nas rękę. Wielu przyłączyło się do Niego, aby razem z Nim pracować. On czekał na nich, realizując kolejno w każdym ludzkim życiu swą tajemnicę stworzenia, wcielenia i odkupienia. Jednocześnie zapraszał ich do dokładnego spełniania z Nim i finalizowania w czasie misji, Którą Mu powierzył Jego Ojciec.
Odkrywali oni wtedy od nowa świat, który nazbyt często stawał się bez nich. Uleczeni ze swej ślepoty przez Jezusa, ujrzeli Go zupełnie innymi oczami. Poznali ludzi "zaangażowanych", wierzących lub niewierzących, i połączyli się z nimi w walce o lepszy świat. I z obcych, jakimi przedtem byli, na nowo stali się "ludźmi naturalizowanymi", braćmi Jezusa Chrystusa.
Niektórzy myśleli, że należałoby działać, mówić, żeby odkrywać Jezusa odzyskanym braciom, którzy Go nie znali. Inni, że trzeba by długo "dojrzewać", zanim wyda się owoce. Nieważne! Istotne jest, że włączyli się w końcu w ten proces i zostali oświeceni Przez Ewangelię, żeby zacząć żyć swą wiarą w całym życiu.
Stosunkowo łatwo jest prosić Boga, żeby ustanowił swoje "królestwo" na ziemi, ale o wiele trudniej jest każdego dnia współdziałać z Jezusem Chrystusem i Duchem Świętym, aby ono przyszło. Dziś niektórzy chrześcijanie, wobec olbrzymich przeszkód, w obliczu podzielonej ludzkości i w społeczeństwie, w którym systemy polityczne, społeczne i ekonomiczne w bolesnym tworzeniu poszukują swej równowagi, na nowo wątpią i zniechęcają się. Jest tak dużo rzeczy do zrobienia - myślą - a my prawie nic nie robimy. Efekty, które zauważamy, to zaledwie kilka kamieni dołożonych do budowy świata!
Liczni zawiedzeni walką "wycofują się", znajdując usprawiedliwienie w samej wierze. Czyż nie trzeba znowu wrócić do "istoty"? Spotykają oni "wiernych", którzy nie weszli na pole walki, zadowalając się niezbędnym zaangażowaniem we wspólnoty, ale bez większego ryzyka. Uważają się oni za bardziej "czystych" od tych, którzy walczyli, zostali zranieni i być może nawet "ubrudzili się w świecie". Niektórzy, zniechęceni licznymi niepowodzeniami, ulegają więc subtelnej i wygodnej pokusie przeświadczenia, że staną się lepsi, chroniąc się i odcinając od tego "złego" świata. Jakaż wielka pomyłka! Żaden chrześcijanin nie może przeżywać autentycznie swego chrześcijańskiego życia, jeśli nie zjednoczy się z Jezusem Chrystusem, który go oczekuje we wszystkich wymiarach ludzkiej przygody, żeby z nim realizować odwieczne pragnienie Ojca, "aby wszystko zjednoczyć w Chrystusie jako głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi" (Ef 1, 10)[1].
Drodzy czytelnicy, czy nie powinniśmy czynić olbrzymich wysiłków, żeby zachęcić od nowa chrześcijan do "angażowania się w to, co doczesne", ponieważ oni w tym żyją i Chrystus ich tam czeka? Myślę, że tak, i chciałbym przez tę książkę uczestniczyć w tym wysiłku.
Bądźmy szczerzy, wszystkim nam jest bardzo trudno spotykać Jezusa Chrystusa w całym naszym życiu. Ślepi i głusi nie zauważamy, że daje nam znak i nie słyszymy, że nas wzywa. Powinniśmy Go ze wszystkich sił prosić, by nas uzdrowił ze ślepoty i głuchoty, ale powinniśmy się też ćwiczyć, żeby Go lepiej widzieć i lepiej słyszeć, aby Mu lepiej służyć, oddając się wszystkim naszym braciom.
Proponuję wam obecnie kilkanaście "praktycznych ćwiczeń", aby ten cel rzeczywiście osiągnąć.
Każdy rozdział zawiera przedstawienie jakiegoś wydarzenia lub sytuacji, po którym następuje kilka refleksji w świetle wiary. Całość kończy krótka modlitwa. W ten sposób, bez pretensji do naukowości, próbuję odtwarzać możliwie jak najwierniej kolejne kroki, które od mojego spotkania Pana podejmowałem sam, z inną osobą, z małżeństwem bądź z grupą chrześcijan.
Jak wszystkie "przykłady", tak i moje, są niewystarczające pod pewnym względem. Nie tworzą one jakiegoś logicznie uporządkowanego zbioru. Można było wybrać inne sytuacje, poczynić inne refleksje, inaczej się modlić. Mają one wszakże tę zaletę, że nie są "przykładami wymyślonymi". Zawsze byłem przeciwny wyobrażaniu sobie życia. Są to momenty prawdziwego życia oraz "rewizji" życia.
Te "praktyczne ćwiczenia" są niekompletne również dlatego, iż z natury rzeczy brak w nich reakcji osób, których dotyczą, ich poszukiwań, odkryć, ich postępującego uświadamiania sobie obecności Chrystusa w świecie, ewolucji ich myślenia i ich wiary. Chodzi więc tylko o kilka ścieżek, którymi należy przejść aż do końca. Jednak pozwólcie mi powtórzyć, że jeżeli te stronice zachęcą niektórych chrześcijan do szukania Jezusa Chrystusa w ciszy oczekującego na nich w centrum życia, jeżeli pomogą im poznać Go i skłonią do połączenia się z Nim oraz zaangażowania w zbawianie razem z Nim "każdego człowieka i wszystkich ludzi" - będę bardzo uradowany.
Michel QUOIST
Pierwsze wydanie cyfrowe "Bóg mnie oczekuje" w Polsce (a może i w Europie!) w pełnym zakresie odzwierciedla pisownię oryginału. Jest ona bardzo specyficzna. Michel Quoist posłużył się nie tylko niezliczoną liczbą cudzysłowów, trójkropków, stawianych po niedokończonych zdaniach średników, ale też pogrubień i pochyleń tekstu. Świadomie wykorzystał ponadto różnorodne odstępy od marginesu, jak również pisownię całych wyrazów dużymi literami.
Zastosowanie tych wszystkich dodatkowych środków wyrazu daje obraz autora, który poprzez znaki graficzne usiłuje wyrazić autentyczne przeżycie wiary i podarować jej cząstkę czytelnikowi.
Niniejszy zbiór nie jest zbiorem kazań lub wykładów, ale impresyjnym zapisem drogi duchowej. Czytelnik może na nią wejść z autorem na dowolnym z jej wyrażonych w spisie treści etapów. Jednocześnie Michel Quoist wpisuje się tym zbiorem w tradycję chrześcijańskich ćwiczeń duchowych.
Jak przedstawia to sam we wstępie:
"Bądźmy szczerzy, wszystkim nam jest bardzo trudno spotykać Jezusa Chrystusa w całym naszym życiu. Ślepi i głusi nie zauważamy, że daje nam znak i nie słyszymy, że nas woła. Powinniśmy Go ze wszystkich sił prosić, by nas uzdrowił ze ślepoty i głuchoty, ale powinniśmy się też ćwiczyć, żeby Go lepiej widzieć i lepiej słyszeć, aby Mu lepiej służyć, oddając się wszystkim naszym braciom.
Proponuję wam obecnie kilkanaście "praktycznych ćwiczeń", aby ten cel rzeczywiście osiągnąć.
Każdy rozdział zawiera przedstawienie jakiegoś wydarzenia lub sytuacji, po którym następuje kilka refleksji w świetle wiary. Całość kończy krótka modlitwa. W ten sposób, bez pretensji do naukowości, próbuję odtwarzać możliwie jak najwierniej kolejne kroki, które od mojego spotkania Pana podejmowałem sam, z inną osobą, z małżeństwem bądź z grupą chrześcijan."
W stosunku do wydania papierowego sprzed dwóch dekad (Wydawnictwo Sióstr Loretanek) w niniejszym wydaniu zostało uwspółcześnione słownictwo, przy czym nienaruszone pozostały cytaty biblijne.
Czy jest sens wracać do Michela Quoist'a? Nie tylko, że jest to autor cytowany przy różnych okazjach przez polskich księży i obecny duchowo w mediach społecznościowych, ale ponadto współczesna Polska istotnie zbliżyła się do obrazu Francji wyłaniającego się z jego "praktycznych ćwiczeń". Dziś jeszcze lepiej zrozumiemy problemy napięć tworzonych przez ustrój, w którym Michel Quoist urodził się, dojrzał i żył.
Dopiero teraz stało się dla nas w pełni zrozumiałe:
- na czym polega problem różnicy między "uśmiechem kupieckim" a "uśmiechem chrześcijańskim", podobnie jak to,
- czym właściwie "jesteśmy przeciążeni",
- czy też, jak wielu "naszych małżonków nie jest chrześcijanami" lub wreszcie,
- jak wielu "moich rodziców rozwiodło się".
Michel Quoist dopiero zaczął być dla nas w Polsce aktualny.
Niniejszą edycję poświęcam pamięci tłumacza oryginału, mojego Ojca, Ryszarda Żerańskiego.
Paweł Żerański
Warszawa, 7 stycznia 2020 r.