Duszpasterz na czas stanu nadzwyczajnego
Wprowadzenie
"Nikt nas nie uczył duszpasterstwa stanów nadzwyczajnych" - ubolewał na łamach "Tygodnika Powszechnego" w kwietniu 2020 roku publicysta ksiądz profesor Andrzej Draguła. Przed czytelnikiem tymczasem zbiór prawie kilkudziesięciu homilii tego Autora wygłoszonych między 10 maja 2020 roku a 30 października 2022 roku - homilii właśnie na czas stanu nadzwyczajnego.
Pandemia, która przyszła nagle, wprowadziła bezpośrednie zagrożenie dla najbardziej podstawowych z ludzkich wartości - zdrowia i życia. Na brak poczucia bezpieczeństwa nałożyły się kwarantanna i ograniczenia administracyjne dotyczące codziennej aktywności ludzi. Wszystko to stało się źródłem zapaści w wielu wymiarach: jednostkowym, rodzinnym, społecznym. Do tego Kościół na skutek ujawnianych przypadków nadużyć seksualnych wśród duchownych, w pewnym stopniu także przez nie zawsze akceptowany sojusz tronu i ołtarza traci wiarygodność, w efekcie przekazywane przez niego normy i wartości przestają być zasobem trwałym; wiara wielu Polaków przenosi się poza wspólnotę, spada liczba osób praktykujących w grupie ludzi młodych, zniechęconych brakiem rozliczenia skandali pedofilskich, obrażaniem osób LGBT, lekceważeniem ważnego dla tego pokolenia kryzysu klimatycznego - określanego w kręgach duszpasterzy jako chwilowa moda.
Podążając za lekturą biblijnych czytań, ksiądz profesor Andrzej Draguła interpretuje ich sens i aktualność dla czytelnika i słuchacza czasu pandemii i kryzysu Kościoła, słuchacza zatroskanego o zdrowie swoje i najbliższych, przerażonego ofiarami dotkniętymi nieznanym wirusem, człowieka na kwarantannie z powodu zakażenia COVID, człowieka przytłoczonego niepewnością, strachem, bezsilnością, wyrwanego przez pandemię z iluzji wszechmocy. Nie tylko diagnozuje dolegliwości początku trzeciej dekady XXI wieku, ale przede wszystkim nazywa lęki słuchacza, który znalazł się w sytuacji stanu nadzwyczajnego. Próbuje jednak wpuścić w mrok wierzących jakieś światło, by mogło oświetlić drogę. Mówi o tym, co jest istotą wiary, do czego się odwoływać w sytuacji życiowych wyborów. Inspirowane Ewangelią homilie księdza Andrzeja Draguły otwierają odbiorcę na życie przepełnione nadzieją, uczą kwestii fundamentalnych: odpowiedzialnej wolności oraz miłości do Boga i drugiego człowieka, wiele w nich też myśli o ufności i więzi oraz o znaczeniu wspólnoty dla przeżywania wiary.
W homilii z 3 czerwca 2021 roku czytamy:
Coraz trudniej być wierzącym nie tylko dorosłym, ale także młodzieży - może przede wszystkim - i dzieciom. Wierzyć i chodzić do Kościoła to - jak by powiedzieli młodzi - coraz częściej obciach. Chrześcijaństwo staje się kontrkulturową mniejszością. Dzisiaj, kiedy religia przestała być wspierana przez procesy społeczne, koniecznością staje się budowanie osobistej, głębokiej, świadomej i dojrzałej więzi z Jezusem. Takiej więzi, która przetrwa w niesprzyjających okolicznościach. Więzi, która w sytuacji ewentualnego kryzysu przerodzi się w głód Boga, a nie zgodzi się na jakieś minimum religijnego zadowolenia. Więzi, która potrafi poza słabością Kościoła dostrzec jego świętość.
W innym miejscu - w homilii z 10 października 2021 roku - ksiądz Draguła mówi:
Różewicz opowiadał, że stracił wiarę, ponieważ katecheta wyrzucił go z religii, gdy ten zapytał go o Trójcę Świętą. Mógłby się dzisiaj stać patronem wszystkich zgorszonych Kościołem, a przynajmniej odchodzącej z Kościoła młodzieży, która - podobnie jak to było z młodym Różewiczem - nie znajduje w Kościele przestrzeni dla intelektualnych dylematów wiary. [...] Ale Różewicz - choć zdystansował się do instytucji Kościoła - nie zwolnił się ze sporu z Bogiem, który milczał, "gdzieś między krzesłem łóżkiem / i stołem zapodział się", nie odpowiadał, wymykał się, ginął, "zawieruszył się / na skrzyżowaniu / fides et ratio", oddalał. A ten wciąż Go tropił. Dzisiaj żyjemy w epoce sporu o Kościół, ale nie sporu o wiarę. Wystarczy spojrzeć na repertuar teatrów w Polsce. Dużo tam krytycznych spektakli o Kościele i prawie wcale nie ma pytań o Boga. I choć rozumiem, dlaczego tak jest, brak mi sporu o Boga, brak mi Różewiczów, którzy nie rezygnują wobec milczenia Boga i potrafią dać wobec świata świadectwo swoich trudnych poszukiwań. Tak, Różewicza odnajduję w dzisiejszym obrazie młodzieńca, który przychodzi z pytaniem o życie wieczne. Młodzieniec usłyszał odpowiedź, której nie rozumiał, nie zaakceptował, przecież domagała się ona od niego radykalnej zmiany życia. I odszedł zasmucony. Znamy to doświadczenie, gdy wiara domaga się od nas porzucenia tego, do czego tak bardzo się przyzwyczailiśmy, choć niekoniecznie musi to być bogactwo. Różewicz spotyka Chrystusa inaczej - jako tego, który kładzie palec na ustach, który zamazuje litery, który milczy. Ale czy Różewicz odchodzi zasmucony? Czy się poddaje? I czy Bóg jest przez to mniej obecny? Czy Go naprawdę nie ma? Czy Go nigdy nie było?
Wobec licznych dziś w Polsce przypadków dokonywania aktu apostazji Kaznodzieja zadaje swoim słuchaczom czasem prawdziwie prowokacyjne pytania przypominające formą katechetyczny rachunek sumienia, przenosi tym samym akcent z tych, którzy odeszli, na tych, którzy zostali i muszą udźwignąć ciężar odejścia innych: Co mówisz, Kościele, sam o sobie? Czy nie mówisz czasami zbyt często wcale nie doświadczeniem Chrystusa, ale przede wszystkim przykazaniami, normami, obowiązkami, postami, zaświadczeniami, za którymi nie widać już i nie doświadcza się już Chrystusa? Czy my - Kościół - wiemy, czym jesteśmy? Kim jesteśmy? Czy my - katolicy w Polsce - jesteśmy tymi, którzy są postrzegani jako nosiciele iskry nadziei, miłości i miłosierdzia? Ci, którzy ją rozpalają? Rozdmuchują w ogień? Czy pali nas miłość? Jaki to ogień da się z nas wykrzesać? Czy rozświetli on mroki świata? Czy rozświetli mroki "ciemnej nocy" Kościoła? Co jest siłą Ewangelii? Co jest siłą wiary, która jest na niej budowana? Czy świat i jego wydarzenia są od Boga niezależne? Czy może Bóg wszystkim kieruje i to, co się wydarza, jest wyrazem Jego wszechmocnej woli, na którą człowiek nie ma wpływu? Czy księża są jeszcze światu potrzebni? Po co kapłaństwo dzisiaj? W trudnym czasie odejść ksiądz Draguła przestrzega katolików przed "religijnym egoizmem" objawiającym się przekonaniem, że "Pan Jezus to na pewno pozostał z nami, a za nimi - tymi odchodzącymi - nie poszedł. Ale skąd ta pewność?" - zadaje prowokacyjnie pytanie Autor - by zaraz spointować:
To prawda, że ludzie szli za Jezusem, ale prawdą jest także to, że On szedł do nich, "do sąsiednich miejscowości" (Mk 1,38). Zawsze jest jakieś "gdzie indziej", do którego zmierza Jezus. Bo po to wyszedł, by wędrować, szukać, co zginęło, być gdzie indziej, niż się spodziewamy. Więc dokąd prowadzi nas teraz? Na jakiej pustyni możemy go znaleźć? Gdzie jest ta Galilea, po której chodzi?
"Dragułowe homilie" pełne są językowych znaków indywidualnej obecności Autora, który nie tylko skrzętnie rejestruje podsłuchane rozterki słuchaczy, ale dzieli się własnymi wątpliwościami. W wielu miejscach znajdziemy tu zdania w rodzaju: "A ja się właściwie dziwię Jezusowi, że On się dziwił uczniom, że oni się dziwili"; "Ewangelia mnie zaskakuje. Wciąż mnie zaskakuje nowym odczytaniem tekstów, które - zdawałoby się - znam na pamięć i wszystko o nich wiem"; "Muszę przyznać, że przez wiele lat nie zdawałem sobie sprawy z bliskości znaczeniowej tych dwóch czasowników".
Homilie pierwotnie były przygotowane, co oczywiste, do wygłoszenia - przelane na papier noszą znamiona tej subtelnej kolokwialności zarówno w sferze leksyki, jak i składni: "Coś z tą Jezusową przypowieścią [...] jest nie tak..."; "Czy można pragnąć dobra dla kogoś, kogo jednocześnie się nie lubi? Ano można..."; "Jak się człowiek uprze, to zdzierży nie tylko czterdzieści dni, ale więcej...". To lektura naprawdę przyjemna, a jednocześnie wymagająca. Kaznodzieja mówi językiem nam bliskim i to sprawia, że czyta się ją z zapartym tchem. Jednocześnie jednak wiele tu odwołań stawiających czytelnika przed wyzwaniem intelektualnego skupienia. Zaludniają homilie święci i ojcowie Kościoła (np. św. Katarzyna ze Sieny, św. Hieronim, św. Jan Chryzostom, św. Augustyn), papieże (Jan Paweł II, Benedykt XVI i Franciszek), prozaicy i poeci (m.in. Tadeusz Różewicz, ks. Janusz St. Pasierb, Anna Kamieńska, Jerzy Ficowski, Olga Tokarczuk), myśliciele i uczeni (np. Zygmunt Bauman, Thomas Nagel, Blaise Pascal, Roberto Calasso, Gabriel Le Bras) - wszyscy oni okazują się pomocni, by dać słuchaczom nadzieję w czasach, gdy o nadziei mówi się mało.
To, co mnie - polonistkę - w homiliach ujmuje szczególnie, to wrażliwość ich Autora na słowa - jego migotliwe znaczenia, warstwy semantyczne i związki etymologiczne między nimi (jak zauważone przy okazji homilii wielkosobotniej pokrewieństwo czasowników "krzesać" i "wskrzeszać"), ukryty w ich formie pierwotny sens. Oddają tę wrażliwość na przykład rozważania o różnicy między "turystą" i "włóczęgą". Turysta - mówi trochę za Zygmuntem Baumanem Draguła - "jest konsumentem chwil i miejsc. Wszystkie są dla niego tak samo atrakcyjne, a on jest ich kolekcjonerem. [...] Turysta opuszcza dom, bo chce, włóczęga - bo musi, bo tam, gdzie jest, nie jest mile widziany. [...]. I turysta, i włóczęga nigdzie nie zabawią długo. Każdy ich pobyt w jakimś miejscu jest tylko epizodem". Refleksja z gruntu lingwistyczna prowadzi jednak wprost do pytania teologicznego: Czy w świecie włóczęgi i turysty możliwa jest wiara?
W zebranych w tomie homiliach widoczny jest rys swoistej literackości. Ksiądz profesor Andrzej Draguła jest też przecież publicystą - publicystyczny talent, lekkie pióro widać także w homiliach zapełnionych celnymi i jednocześnie zaskakującymi, zmuszającymi do myślenia metaforami, jak zapożyczona z książki Raj na ziemi francuskiego intelektualisty katolickiego Fabrice'a Hadjadja libido coeli ("pożądanie nieba") czy przytoczona za Tertulianem metafora "ciała - zawiasu zbawienia": "jak zawiasy podtrzymują drzwi, tak ciało jest filarem, który podtrzymuje architekturę naszej wolności i naszego zbawienia".
Homilie w zbiorze ujęte są w piękne, napisane z rozmachem frazy narracyjne. Dla przybliżenia realiów opisanych w biblijnych czytaniach znalazły się tu obrazowe opisy, jak we fragmencie o pustyni:
Żeby dobrze zrozumieć dzisiejsze czytania - lekcję z Izajasza i początek Ewangelii wg św. Marka - trzeba by stanąć pośrodku palestyńskiego krajobrazu, którego większość z nas nie zna i nie widziała na własne oczy. Ale od czego jest wyobraźnia? Tamtejsze pustynie wyglądają trochę inaczej niż piaski Sahary, które stały się emblematycznym wyobrażeniem pustyni. To skaliste, górzyste pustkowia, czasami przechodzące w trawiasty step, gdzieniegdzie poprzerywane pasami zieleni rozkwitającej przy rzekach, które płyną tylko okresowo. O takiej właśnie pustyni mówi prorok Izajasz. Pełno na niej urwisk i stromych zboczy. Droga prowadząca przez takie pustkowie była kręta, schodziła w dół i pięła się w górę, przekraczając kolejne doliny, wzgórza i pagórki.
Warto po zbiór homilii sięgnąć. To jest książka dla ludzi myślących i łaknących nadziei. Osobom wierzącym i praktykującym, lecz przeżywającym kryzys poczucia religijnego bezpieczeństwa doda sił i odwagi. A gdyby trafili na nią ci, którzy odeszli, może odnajdą w niej sens powrotu.
Dorota Zdunkiewicz-Jedynak