Bóg gitary. Eric Clapton. Biografia - Paul Scott

Reflow text when sidebars are open.
Tuż przed Gwiazdką 1974 roku Eric Clapton stał samotnie na środku sceny londyńskiej sali koncertowej Hammersmith Odeon. Oślepiony blaskiem reflektorów spoglądał załzawionymi oczami w tłum, zastanawiając się, czy niemilknące dudnienie w czaszce to tylko szaleńcze tupanie trzech i pół tysiąca fanów na widowni, czy raczej znany już, potężny ból głowy po butelce koniaku marki Courvoisier, którą zwykle wypijał przed wyjściem do wielbiącej go publiczności. Teraz łoskot powoli cichł, a fani zajmowali z powrotem miejsca, czekając na dalszy ciąg koncertu. Nagle gdzieś z tyłu dobiegł zdławiony krzyk, najpierw niewyraźny, potem coraz głośniejszy i śmielszy: "Clapton jest bogiem!" - huczał donośnie głos. "Clapton jest bogiem!". W mgnieniu oka tłum ponownie zerwał się na nogi, klaszcząc, krzycząc, wiwatując. Clapton przyglądał się temu w milczeniu, a potem przełożył pasek od gitary przez głowę, ujął instrument w dłonie i powoli położył go na scenie przed sobą, jakby składał ofiarę hordom najeźdźców. Podszedł do mikrofonu, wyciągając błagalnie ręce.
- Nie jestem bogiem - powiedział niemal z rozpaczą. - Jestem tylko gitarzystą.
W ostatnich latach stało się rytuałem, że w każdego sylwestra Clapton i kilku jego kumpli muzyków grają koncert dla rodziny, przyjaciół i przechodzących terapię pacjentów w państwowym ośrodku Woking Leisure Centre znajdującym się niedaleko domu artysty w Surrey. To prywatna impreza, wyłącznie za zaproszeniami i absolutnie bez alkoholu. Z wyłożonej parkietem sali gimnastycznej zabierane są siatki do badmintona i halowej piłki nożnej, a Clapton z przyjaciółmi wchodzą na prowizoryczną scenę, by zaśpiewać surowe wersje kilku bluesowych standardów: Sweet Home Chicago Roberta Johnsona i Stormy Monday, kawałek T-Bone'a Walkera, zupełnie niepasujący do jednego z najsłynniejszych futbolowych hymnów You'll Never Walk Alone. Wieczór odbywa się w atmosferze szkolnej dyskoteki na zakończenie roku albo organizowanego tanim kosztem wesela. W powietrzu unosi się smrodek chlorowanej wody ze znajdującego się obok basenu, pomieszany z jedyną w swoim rodzaju wonią środka do dezynfekcji i sportowych butów. Jest tu także coś z karaoke, nawet kiedy zespół gra jeden z oryginalnych kawałków Claptona. Pomyłki, zapominanie tekstów i sfałszowane akordy to także element całości. Koło północy, przed wspólnie odśpiewaną Auld Lang Syne, Eric odmawia na głos pierwsze wersy Modlitwy o pogodę ducha - mantry Anonimowych Alkoholików i podstawy programu dwunastu kroków. "Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego".
Clapton zawsze wyobrażał sobie siebie jako samotnego bluesmana, człowieka z gitarą stającego przeciwko całemu światu. Uważał, że nie różni się od swoich idoli, facetów z delty Missisipi, takich jak Robert Johnson i Son House - pozbawionych korzeni samotnych wędrowców. Utrwalał w sobie romantyczny obraz bluesmana grającego za drobne na ulicach, za drinki w barach i klubach ogrzewanych piecykami naftowymi. Dlatego tak uwielbia kończący rok występ w Woking. Tam przynajmniej nie ma kontrolowanego przez komputer oświetlenia, reklamy, nieszczerej korporacyjnej gadki i spotkań ze sponsorami. Może wtedy wrócić do czasów, kiedy grał za napiwki dla klientów pubów w Richmond, śpiewając kawałek San Francisco Bay Blues Jessego Fullera i napisany przez Jimmy'ego Coxa - Nobody Knows You When You're Down and Out. Romans Claptona z bluesem to najpoważniejszy związek w jego życiu. W muzyce z Missisipi i Chicago słyszy bowiem tęsknotę, głęboką samotność, gniew i rozpacz, które zna z długich okresów swojego siedemdziesięcioletniego życia. Życia naznaczonego niepełnymi i dysfunkcyjnymi relacjami z ludźmi, w którym blues pozostawał jedyną stałą. Dawał Claptonowi możliwość ekspresji i poczucie sensu. Na innym kontynencie, w muzyce żyjących i zmarłych mężczyzn oraz kobiet znalazł swoje dziedzictwo, sposób na przetrwanie, na zrozumienie i wyrażenie swego poczucia niedopasowania. W tej muzyce jak w żadnej innej Clapton - outsider, nieślubne dziecko, odrzucony syn - znalazł świadomość przynależności, która przedtem mu umykała, i dzięki niej szansę na ostateczne odkupienie.
Żadna analiza życia Erica Claptona nie wyjaśni w pełni, jak i dlaczego właśnie ta muzyka wywarła nań tak ogromny i znaczący wpływ. Ale pojawiła się, kiedy potrzebował jej najbardziej, był na nią otwarty, poszukiwał czegoś, co byłoby dla niego liną ratunkową i kotwicą. W międzyczasie romansował oczywiście z innymi gatunkami, jednak blues jest podstawą, na której budował karierę. Może dlatego nie zaskakuje, że związek Claptona z muzyką tak pierwotną, duchową i silną, wzbudzającą niemal religijną pasję sprawił, iż właśnie jego - jako orędownika bluesa i supergwiazdę jednocześnie - uhonorowano graffiti "Clapton jest bogiem", które po raz pierwszy pojawiło się w 1965 roku w Londynie. Clapton został idolem wielu białych brytyjskich nastolatków odkrywających i dających nowe życie muzyce, która w kraju swoich narodzin otrzymywała właśnie ostatnie namaszczenie. Z powodu sławy to właśnie Clapton, podobnie jak kiedyś Elvis Presley, musiał przyjąć na siebie ciężar oskarżeń o kulturową kradzież. Ale przecież nie można było nazwać go złodziejem muzyki Roberta Johnsona i Big Billa Broonzy'ego bardziej niż Presleya złodziejem dziedzictwa Arthura "Big Boya" Crudupa. Gdyby zabroniono Claptonowi śpiewać i grać muzykę Afroamerykanów, jak daleko należałoby przesunąć podobne zakazy? Czy studentom konserwatorium w Lagos zakazano by grania Bacha? Słuchacz nie może utożsamiać muzyki z jej rasowym, politycznym i kulturowym tłem, zanim pozwoli jej wejść do swojej świadomości. To dopiero byłaby zbrodnia.
Dla Claptona w muzyce nigdy nie liczył się kolor skóry. W przeciwieństwie do innego białego adepta bluesa, Steviego Raya Vaughana, Eric nigdy nie chciał być czarny. Nie motywuje go świadomość społeczna czy polityczna. Historia, która ukształtowała jego ukochaną muzykę, nie dotyka go tak mocno i głęboko jak istota ludzkich emocji, o których opowiada. Clapton nie postrzega swojej misji w kategoriach ludzi, którzy jako pierwsi grali bluesa - liczy się tylko to, co grali. Wspólne doświadczenie miłości, straty, zazdrości i pożądania silnie wiąże Erica z jego bluesowymi przodkami. I tak naprawdę jest on równie ważny dla bluesowej tradycji jak ci, których podobno z niej okradł. Są też inni Brytyjczycy, na przykład Alexis Korner i John Mayall, których wkład w historię bluesa jest nieoceniony, ale to właśnie Clapton jako pierwszy wysłał tę muzykę z powrotem do kraju, który niemal zapomniał o jednym ze swoich najważniejszych tworów. Nawet jeśli udało mu się osiągnąć tylko jedno - pomógł Ameryce na nowo odkryć zapomniane dziedzictwo - powinno mu to zapewnić poczesne miejsce w historii muzyki popularnej. Dzięki temu bowiem muzycy tacy jak Muddy Waters, B.B. King, Otis Rush i Buddy Guy odzyskali należną im pozycję, której długo im odmawiano. Wpływ Claptona odczuwalny będzie w muzyce jeszcze przez wiele następnych pokoleń.