Rozdział trzeci
Fiona
Alamo, Nevada
- Gdzie jesteśmy? - Ściągam brwi, krzywiąc się na widok obskurnego motelu, na którego parking zjeżdża właśnie Delgado.
- W Alamo - odpowiada, po czym gasi silnik i opada plecami na oparcie fotela. - Nie ruszaj się stąd - wydaje oschłe polecenie, opuszczając pojazd i... blokuje wszystkie wyjścia.
Nie odwraca się za siebie, tylko kieruje się żwawym krokiem w stronę szklanych drzwi znajdujących się na parterze piętrowego budynku w kształcie litery L. Znika za nimi, a ja wypuszczam spomiędzy warg wstrzymywany oddech.
Motel.
On chce, żebym spała w motelu.
Chyba oszalał.
Poza tym, czy nie lepiej byłoby się ukryć pośród tłumów, na przykład w takim Las Vegas, a nie w jakiejś dziurze pośrodku niczego, gdzie łatwiej zlokalizować cel?
Niby taki świetny ochroniarz, a logiki u niego za grosz.
Jeszcze raz przesuwam spojrzeniem po motelu i dochodzę do wniosku, że jednak wolę spać w aucie.
***
Zmieniam zdanie, gdy tylko we wnętrzu robi się zbyt ciepło. Nie mogę nawet opuścić szyby!
On naprawdę jest nienormalny!
Przedramieniem ocieram pot z czoła i przechodzę na fotel kierowcy, po czym walę pięścią w okno. Może dupek mnie usłyszy, zanim padnę z przegrzania.
- Hej! - wrzeszczę, gdy w końcu wychodzi z motelu i kieruje się w stronę auta. - Hej!
Delgado patrzy na mnie z jawnym rozbawieniem w oczach, gdy zatrzymuje się tuż obok miejsca kierowcy. Pochyla się i unosi kpiąco brew, ale nic nie mówi. Nie otwiera również auta.
- Jak chcesz mnie zabić, to znajdź jakiś bardziej humanitarny sposób! Zaraz się tu ugotuję!
Parska śmiechem i potrząsa głową, ale na szczęście odblokowuje zamki. Dosłownie sekundę później wyskakuję na parking i wciągam nosem świeże powietrze, przy okazji zaciągając się zapachem mężczyzny. Jedyny plus tej sytuacji jest taki, że nie pachnie orzeźwiająco jak jego brat, tylko... bardziej, bo ja wiem, męsko?
Nie, dupkowato, bo właśnie z tym kojarzy mi się zapach skóry.
- I dlaczego musiałeś wybrać najbardziej obskurny motel w okolicy?
- Jakie jest prawdopodobieństwo, że właśnie w tym hotelu zatrzymałaby się córka milionera? - Spogląda na mnie protekcjonalnie. - Niemal zerowe. Nie będą cię tu szukać.
- W każdym filmie akcji, gdzie ktoś kogoś goni i na niego poluje, wszyscy wybierają najgorsze motele do ukrycia i zostają złapani lub zwiewają w ostatniej chwili.
- W hotelu nie użylibyśmy fałszywek - wyjaśnia ze stoickim spokojem, jakbym go w ogóle nie irytowała, po czym sięga na tylny fotel i zabiera ze środka plecaki; mój i swój. Zanim jednak zamyka auto, zgarnia jeszcze z przodu samochodu pistolet. Tym razem jednak nie wsuwa go w kaburę, bo już jej nie ma, tylko wtyka za pasek spodni na plecach. - Chodź do pokoju. Muszę się przespać kilka godzin - informuje, kładąc dłoń pomiędzy moimi łopatkami.
Oczywiście nie idę w stronę, w którą mnie lekko popycha, tylko zawracam, kierując się do drzwi pasażera.
- Muszę zabrać misia. Otwórz samochód - zarządzam rozkazującym tonem.
Wiem, że się wkurzy, że wydałam mu polecenie, bo podejrzewam, że akurat to zrobiłby, gdybym normalnie poprosiła. Lubię jednak go denerwować. A bardzo rzadko udaje mi się dostrzec na jego twarzy irytację. Skurczybyk nie tak łatwo daje się podpuścić.
Przewraca oczami, ale otwiera auto i czeka cierpliwie, aż wezmę pluszaka.
Gdy tylko zatrzaskuję drzwi - mocno, aż echo odgłosu roznosi się po niemal pustym parkingu - Delgado mamrocze pod nosem coś o tym, że nie szanuję jego własności.
- Akurat auto należy do mojego ojca, więc...
- Jesteś niedoinformowana. - Spogląda na mnie chłodno. - To moje auto.
Mrużę oczy, po czym wzruszam ramionami.
- Telefon i cała walizka ciuchów też była moja. Ty nie szanujesz mojej własności, więc sam rozumiesz.
- Czyli jesteśmy kwita. - Uśmiecha się półgębkiem i kiwa głową w stronę motelu. - Ruszaj się, Princesa.
- Kwita będziemy, jak twoje auto trafi na złom. - Idę w kierunku obskurnego budynku, tuląc do piersi misia.
Delgado nie komentuje moich słów. Jestem tym odrobinę zaskoczona. Zwykle raczej odgryzał się jakimś dupkowatym komentarzem, a teraz... Milczy. Kiedy zerkam na niego przez ramię, orientuję się, że uważnie przesuwa spojrzeniem po mijanych samochodach i ogólnie całym otoczeniu. Nieprzyjemny dreszcz przebiega mi wzdłuż kręgosłupa na myśl o niebezpieczeństwie, przed którym najwyraźniej musi mnie chronić. Do tej pory sądziłam, że może tylko się zgrywa, próbując mnie przestraszyć.
Przełykam ciężko ślinę, gdy przekręca klucz w zamku i popycha drzwi. Nie pozwala mi wejść pierwszej - sam to robi, każąc mi czekać w progu. Wchodzi w głąb pokoju i zagląda pod dwa jednoosobowe łóżka. Kiwa mi głową dopiero, gdy sprawdza łazienkę na końcu pomieszczenia.
- Tu śpisz. - Wskazuje dłonią łóżko znajdujące się dalej od wejścia.
- Nie położę się na tym. - Aż wstrząsa mną dreszcz obrzydzenia. - Ten materac to pewnie wylęgarnia robaków i innych świństw.
- Okej. - Wzrusza obojętnie ramionami i mija mnie, żeby zamknąć drzwi. Następnie chowa klucz do kieszeni dżinsów i kładzie się na pierwszym łóżku. Przekręca się na bok, w stronę zasłoniętego okna, i... jak gdyby nigdy nic zamyka oczy.
On poważnie zamierza tutaj spać?!
- Chyba o czymś zapomniałeś, Romeo - syczę, szturchając nogą jego buta, bo położył się w pełnym ubraniu. - Miałeś mi coś powiedzieć na pierwszym postoju, więc słucham. - Zaplatam ręce na piersi, trzymając pluszaka pod pachą.
Nie odłożę go, bo jeszcze się czymś ubrudzi.
Mężczyzna unosi jedną powiekę i spogląda na mnie z irytacją.
- Twój ojciec zadarł z niewłaściwymi ludźmi, przez co jesteś w niebezpieczeństwie - wyjaśnia monotonnym, cholernie znudzonym głosem. - A teraz dobranoc.
- Świetnie, po prostu świetnie. Ale może zdradzisz coś więcej. Chcą mnie porwać i sprzedać? Porwać i zabić? Porwać i dostać okup?
Wzdycha głośno z irytacją i przekręca się na plecy. Unosi się na łokciach, przyciska plecy do oparcia i kręci głową z niezadowoleniem.
- Twój ojciec twierdzi, że chcą cię porwać i zażądać okupu - odzywa się spokojnie.
- Czyli mógłby im dać kasę i mieć spokój, ale nie. Po co przepłacać - mamroczę tym razem bardziej do siebie i odwracam głowę w stronę łazienki.
Nie chcę, żeby widział, że to mnie boli.
Delgado parska suchym śmiechem.
- Tak, bo płacenie tego typu ludziom to dobre wyjście. Jesteś cholernie naiwna, Princesa, podobnie jak twój ojciec.
- Mój ojciec jest naiwny? - pytam, zerkając na niego kątem oka. - Pierwsze słyszę.
- Owszem, kurewsko naiwny, skoro myśli, że im zależy na okupie - prycha i kręci głową, jakby irytowało go zachowanie mojego taty. - Są ważniejsze rzeczy niż pieniądze.
Marszczę brwi, próbując jakoś zrozumieć, czego dokładnie ci ludzie chcą, ale jeżeli nie pieniędzy, to czego innego? Zemsty?
- Niby co dla takich ludzi jest ważniejsze od kasy? Za bogactwem idzie władza, kolejny narkotyk zadufanych w sobie bogaczy.
Delgado przygląda mi się przez chwilę w ciszy, jakby zastanawiał się, czy powiedzieć mi coś więcej. Mam wrażenie, że ze sobą walczy. Z niechęcią do mnie i jeszcze czymś, co być może związane jest z moim bezpieczeństwem.
W końcu wzdycha cicho i się odzywa:
- A co, jeśli ci ludzie już mają pieniądze? - Unosi brew. - Większe niż twój ojciec?
Wzruszam ramionami.
- Nie jesteś głupia, Princesa. Rusz głową, zamiast czekać, aż dostaniesz wszystko na pierdolonej tacy.
Spoglądam na niego z irytacją.
- Myślisz, że wszystko dostaję na tacy?
- A nie? - kpi. - Fiona chce studiować w Ivy League? Fiona studiuje w Ivy League. Fiona chce nowego mercedesa, bo tamten, co dostała go pół roku wcześniej, już jej się znudził? Fiona dostaje nowego merola. - Wystawia kolejne palce. - Fiona zażyczyła sobie wakacji na Bali w zeszłym roku? Proszę bardzo, Fiona dostała. Mam wymieniać dalej?
Broda mi drży, ale nie dlatego, że chce mi się płakać, a dlatego, że on nic nie rozumie. Nie widzi, jaka jest prawda.
- A jak Fiona chciała iść do normalnej podstawówki i jej zabroniono, bo nie wypada córce milionera, to było dobrze, prawda? Jak Fiona chciała pierwszy samochód z drugiej ręki, żeby mogła nim trochę poszaleć i nie przejmować się, że zmarnuje fortunę, jak go rozwali, to jak tak można? Jeszcze stanie mi się krzywda. Jak latem Fiona chciała na festiwal muzyczny, to nie, bo za dużo ludzi i niebezpiecznie. Lepiej prywatna rezydencja na Bali.
- Ach... - Kiwa z udawanym zrozumieniem głową. - Czyli nie dostałaś tego, czego chciałaś, więc postanowiłaś mimo wszystko korzystać z forsy tatusia, tak? Bardzo wygodne. - Uśmiecha się kpiąco. - O ile mnie nie myli, nie jesteś ubezwłasnowolniona. Gdyby nie podobało ci się twoje życie, poszłabyś do pracy, byleby żyć tak, jak tego chcesz.
Wstrzymuję oddech i mrugam.
Łatwo mu powiedzieć: rób, co chcesz. Bo on może robić sobie, co chce.
Otwieram usta, ale po sekundzie je zamykam i bez słowa idę do łazienki. Nie mam ochoty się przed nim tłumaczyć. On nie zrozumie, bo nie chce tego zrobić. W jego oczach zawsze pozostanę pieprzoną księżniczką, która na kiwnięcie palcem ma świat u stóp.
Jak tylko zatrzaskuję za sobą drzwi łazienki, opieram się o nie plecami i wypuszczam urywany oddech.
Chcę do domu.
***
Kiedy wracam do pokoju, Delgado już śpi. Na plecach i z pistoletem ułożonym na brzuchu. Nie trzyma go między palcami, ale położył na nim luźno dłoń. Przełykam głośno ślinę, próbując nie wydać z siebie żadnego, nawet najmniejszego odgłosu. Broń widywałam do tej pory jedynie na filmach. Nigdy nie widziałam żadnej na żywo, a fakt, że znajduje się tak blisko mnie, ani trochę nie sprawia, że czuję się bezpieczna. Zmuszam się do oderwania wzroku od czarnego metalu i skupiam go na twarzy mężczyzny.
Teraz, gdy śpi, wydaje się młodszy niż w rzeczywistości. Na jego skórze na próżno szukać zmarszczek. Śpi spokojnie, a jego tors unosi się powoli pod wpływem miarowego oddechu. Nie mam pojęcia, jakim cudem on tak po prostu zasnął. I nie rozumiem, dlaczego ojciec wysłał mnie tylko z jednym ochroniarzem, skoro najwyraźniej znajduję się w niebezpieczeństwie. To jest dla mnie kompletnie nielogiczne. Szczególnie że wszystko może się zdarzyć, gdy Delgado w najlepsze ucina sobie drzemkę.
Prostuję się jak struna i wstrzymuję oddech, dostrzegając nagle cień za zasłoną. Gapię się szeroko otwartymi oczami na okno, podczas gdy ktoś po drugiej stronie próbuje zajrzeć do środka. Bez większego zastanowienia rzucam się w stronę Delgado i... Natychmiast tego żałuję.
Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, ale w jednej sekundzie potrząsam go za ramię, a w następnej zamieram w bezruchu z lufą przyciśniętą do brzucha.
- Pojebało cię? - syczy, odsuwając broń. - Nigdy mnie tak, kurwa, nie budź.
- K-ktoś jest za o-oknem - wyduszam, czując, że po policzku spływa mi łza. Nie wiem, czy to przez strach przed nieznajomym zza drzwi, czy może reakcja na to, że przed sekundą prawie zostałam postrzelona.
Delgado ściąga brwi na ułamek sekundy, po czym odwraca głowę w stronę okna. Doskonale widzę, jak napina mięśnie pleców i zaciska mocno szczękę.
- Schowaj się za łóżko - wydaje polecenie, wstając.
Nie potrafię się ruszyć - zupełnie tak, jakbym wrosła w podłogę. Gapię się tylko na to, jak mężczyzna podchodzi do drzwi i wygląda przez wizjer. Odbezpiecza broń, ciche kliknięcie w wypełnionym moim przyspieszonym oddechem pokoju zdaje się głośniejsze niż wybuch bomby. Serce mi gwałtownie przyspiesza, gdy Delgado sięga do kieszeni spodni i wyciąga z nich klucz.
- Nie - protestuję piskliwie. Przerażenie chwyta mnie za gardło i mocno ściska.
Ochroniarz zerka przez ramię i kiwnięciem nakazuje ukrycie się. Natychmiast potrząsam głową, na co klnie bezgłośnie. Na szczęście chyba rezygnuje z otwarcia drzwi, tylko podchodzi do okna i lufą odsuwa nieznacznie zasłonę. Nie mam pojęcia, co widzi po drugiej stronie, a raczej kogo, ale ktokolwiek to jest, sprawia, że Delgado wycofuje się w głąb pomieszczenia. Zgarnia po cichu plecaki i spogląda na mnie z chłodnym, pełnym skupienia wyrazem twarzy.
- Wyjdę pierwszy przez okno - informuje ściszonym głosem, zniżając głowę tak, że niemal stykamy się nosami. - Potem ty wyjdziesz i ukryjesz się za kontenerami na śmieci, a ja pójdę po auto i po ciebie podjadę.
Chcę zaprzeczyć i poprosić go, żeby nawet na chwilę nie zostawiał mnie samej, ale gdzieś między paniką i strachem odzywa się głos, że powinnam go posłuchać i że wtedy wszystko będzie dobrze.
Kiwam nerwowo głową, kolejny raz wstrzymując oddech.
Tak bardzo chcę, żeby to był tylko zły sen.
Odnoszę wrażenie, że w orzechowych oczach mężczyzny błyska ulga w reakcji na brak protestu z mojej strony. Nie wiem, dlaczego, ale to sprawia, że minimalnie się uspokajam.
Delgado wpycha mnie do łazienki, po czym staje na toalecie, odryglowuje niewielkie okno i wygląda na zewnątrz. Mija kilka długich sekund, zanim podciąga się o brzeg i wyrzuca swój plecak. Kiedy sięga po mój, marszczy brwi i wskazuje palcem na misia, którego kurczowo do siebie przyciskam. Bezgłośnie nakazuje mi go schować do plecaka.
Nie protestuję.
Serce bije mi gwałtownie w piersi, gdy staram się zrobić to bezszelestnie. Pluszak ledwo mieści się do wypchanego po brzegi materiału, ale na szczęście udaje mi się zapiąć suwak. Delgado natychmiast odbiera ode mnie bagaż i wystawia go przez okno na ziemię. Przez chwilę się waha, aż wreszcie kręci głową i przeklina.
- Dasz radę się podciągnąć? - pyta szeptem, obrzucając mnie uważnym spojrzeniem. - Stań obok mnie na toalecie. - Chyba uznaje, że nie będę w stanie tego zrobić. Okno jest dość wysoko, a ja, cóż, jestem niska.
Gdy tylko się do niego zbliżam, obejmuje mnie ramieniem w pasie, żebym nie straciła równowagi. Przysuwa gorące wargi do mojego ucha i szepcze:
- Wyjdziesz pierwsza i kiedy tylko staniesz na nogi, masz się schować za kontenerem. Nawet nie waż się ruszać plecaków. - Ściska mnie mocniej za biodro. - Mówię poważnie. Jeśli powiem ci, że masz uciekać, to uciekasz. Żadnego wracania się po jebanego pluszaka, bo nie zamierzam wkładać ci go do trumny.
Gdy ten obraz pojawia mi się przed oczami. Obraz Delgado nad moim martwym ciałem, wstrząsa mną spazm strachu. Nie mam zamiaru protestować. Zrobię wszystko, co mi każe. Aktualnie nawet nie myślę o tym, żeby go denerwować swoim zachowaniem i nieposłuszeństwem.
Przesuwa mnie przed siebie i obejmuje stanowczo w biodrach. Automatycznie zaciskam palce na brzegu okna, a mężczyzna bez problemu mnie unosi. Mój tyłek jest teraz na wysokości jego klatki piersiowej, czuję na pośladkach, jak umięśniony tors unosi się pod wpływem przyspieszonego oddechu. Nie skupiam się jednak na tym, bo Delgado syczy, że mam się pospieszyć.
Przenoszę ręce na zewnętrzny mur i zaciskam na nim palce, żeby jakoś złapać stabilność i równowagę. Prostuję ręce w łokciach w momencie, gdy moja głowa wystaje na zewnątrz. Delgado poleca cicho, żeby się odwróciła i usiadła na ramie, a następnie przerzuciła nogi i skoczyła.
Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić, ale adrenalina krążąca w moich żyłach zdecydowanie mi w tym pomaga. Bez zająknięcia wykonuję polecenia ochroniarza - o dziwo dość sprawnie - a kiedy moje nogi stykają się z twardym podłożem, oddycham z niemałą ulgą. Na ułamek sekundy pozwalam sobie na uśmiech, który znika jednak w tej samej chwili, w której do moich uszu dociera głośny trzask z wnętrza pokoju.
- Kurwa. - Siarczyste przekleństwa Delgado to ostatnie, co słyszę, zanim zatrzaskuje okno.