Bob Marley. Życie. Catch a fire - Timothy White

-
Proszę czekać

BIBLIOGRAFIA

bonus track 1 IRON, LION, ZION PEREŁKI, CIEKAWOSTKI, TAJEMNICE, CZYLI JAK POWSTAWAŁA TA KSIĄŻKA

bonus track 2 DUPPY CONQUEROR POGROMCA DUCHÓW

bonus track 3 KOLIBER Z SIMMER DOWN: HISTORIA BEVERLY KELSO

bonus track 4 "RASTA NIE PRACUJE DLA CIA!" - ODTAJNIONE KOMUNIKATY CIA I DEPARTAMENTU STANU

FRAGMENTY CYTOWANYCH UTWORÓW W ORYGINALE

PODZIĘKOWANIA AUTORA

rozdział pierwszy RIDDIM TRACK ŹRÓDŁA REGGAE I POCZĄTKI RASTA

"Fakty? O Jamajce? Akurat! Jak wspaniale określają to miejscowi, na Jamajce nie ma faktów. Brzmi to poetycko i niesamowicie, ale to stuprocentowa prawda. Bo tak naprawdę nie dotrzesz tam do żadnych faktów. Ani jednego".

Chris Blackwell, 1982

 

 

 

"Fakty i zdarzenia, przedmioty i rzeczy: wszystko to kolosalna bzdura. Posłuchaj - jest tylko jedna prawda - tą prawdą jest Jah Rastafari".

Bob Marley, 1978

 

 

 

"Niektórzy ludzie żyją dla informacji. Niektórzy ludzie żyją dla koncepcji prawdy. A niektórzy żyją dla magii. Informacja opływa Cię wokół, prawda idzie prosto na Ciebie. A magia... przenika Cię na wskroś".

Nernelly, jamajski "Bush Doctor", 1982

 

 

 

Było tuż przed północą. Aplauz publiczności mieszał się z okrzykami rozwścieczonego tłumu, wspinającego się na mury otaczające stadion Rufaro w Salisbury, stolicy Zimbabwe. Nagle zerwał się wiatr i kłęby policyjnego gazu łzawiącego, rozpylanego na tłumy poza stadionem, przedostały się przez barykady. Gaz podrażnił oczy artysty występującego na centralnej scenie. Muzyk, przez moment oszołomiony, zachwiał się i potknął w kłębach śmierdzącego dymu. Żołnierze wymachujący karabinami M-16 odprowadzili go na bok do garderoby. Przetarł oczy mokrą chusteczką.

Koncert w dniu 18 kwietnia 1980 roku był częścią oficjalnych obchodów Dnia Niepodległości nowo powstałego państwa Zimbabwe. Trwał już około dwudziestu minut. Widzowie na stadionie oraz dygnitarze (między nimi marksistowski premier Robert Mugabe i książę Karol), świętujący zniesienie białego kolonialnego terroru, stali się świadkami narodzin innego rodzaju represji. Tysiące wieśniaków i rebeliantów zebrało się przed stadionem na koncert króla reggae, bohatera czarnych bojowników o wolność na całym świecie i najbardziej charyzmatycznego emisariusza idei nowoczesnego panafrykanizmu, Boba Marleya. Słysząc puls reggae płynący ze sceny, wielbiciele, fala za falą, próbowali szturmować bramę. Policja odpowiedziała gazem łzawiącym i nabojami wystrzeliwanymi nad ich głowami. Ludzie nadal napierali na ogrodzenie.

Marley odrzucił ze spuchniętych oczu grube jak liny dready i zerknął w ciemność, za oślepiające światła sceny. Dochodziły go okrzyki, wrzaski i stłumiony łomot policyjnych pałek, z daleka widział powracającą ludzką falę, strącaną uparcie ze stadionowych ogrodzeń. Czarna społeczność miasta przybyła tłumnie, by świętować koniec białej niewoli. Teraz walczyli o proste prawo - by posłuchać reggae.

- Szaleństwo - wymamrotał Marley. Poczuł na lewym ramieniu twardy uchwyt żołnierskiej ręki - odprowadzono go w bezpieczne miejsce. Po trzech kwadransach, gdy przywrócono porządek, wrócił na scenę, by zaśpiewać bojowy hymn. Skomponował tę piosenkę rok wcześniej, zainspirowany rewolucyjną walką tego kraju.

 

Bo władza i rządy

Tylko dzielą nas,

Kiedy w każdej piersi

Serce rytmy gra.

I zobaczysz już niedługo,

Kto w tej walce będzie szczery.

Nie chcę, żeby moi ludzie

Cierpieli.

Natty! Stań i rządź w Zimbabwe.

Afrykanie! Wyzwólcie Zimbabwe.

 

Jednak w głosie Marleya brakowało tym razem typowej dla niego energii i siły. Sceny, których chwilę wcześniej był świadkiem, zrujnowały wizję czarnej afrykańskiej solidarności, w którą wierzył przyjeżdżając do Zimbabwe.

A przecież cztery lata wcześniej, w swoim domu w Kingston na Jamajce, Bob Marley tłumaczył z zapałem, dlaczego on i jego rasta bracia chcą powrócić z Babilonu, krainy bez granic, w której ludzie grzeszą i cierpią, do swojej afrykańskiej ojczyzny, Etiopii. Akcentował słowa, uderzając otwartą dłonią w blat kuchennego stołu: "Ważni w rządzie Jamajki powinni posprzątać brud i slumsy i nakarmić moich ludzi, moje dzieci! - mówił Marley. - Czytam gazety i wstydzę się. Dlatego musimy opuścić to miejsce i wrócić do Afryki. Gdyby Jamajka była moim domem, wtedy kochałbym Jamajkę i nie czułbym, że tak naprawdę to nie jest mój dom. Ja nie chcę walczyć z policją, która rozkręca brutalne rozróby. Ale jeśli oni staną nam na drodze, gdy postanowimy wrócić do Afryki, wtedy osobiście ruszę do walki".

Marley pierwszy raz pojechał do Afryki w grudniu 1978 roku Zobaczył wtedy takie same slumsy i głodne twarze, jakie oglądał na Jamajce. Taki sam skorumpowany rząd twardą ręką trzymał władzę nad biedą. Na afrykańskim kontynencie żaden nowoczesny przywódca polityczny nie był odwoływany ze swojego stanowiska w atmosferze spokoju. Marley z Kenii dotarł do rozdartej wojną Etiopii. Tam dowiedział się, że jego ukochany Hajle Sellasje, człowiek, którego wielbił jak Boga, zmarł w niełasce i nie wiadomo nawet, gdzie został pochowany. Brak jakiegokolwiek szacunku dla byłego cesarza oraz otwarta pogarda, z jaką Etiopczycy wspominali tego człowieka, wywarły na Marleyu wstrząsające wrażenie.

A teraz, w Zimbabwe, ostatecznie rozmywały się wszystkie złudzenia. Dotkliwie bolał go spuchnięty, pozbawiony paznokcia, prawy palec u nogi. Uparcie tłumaczył prasie, że nosi bandaże z powodu piłkarskiej kontuzji, pulsujący ból nieustannie przypominał mu jednak to, co lekarze powtarzali od dwóch lat: wyraź zgodę na amputację palca albo pożegnaj się z życiem. Nie poddając się radykalnemu leczeniu raka, stanął przed perspektywą wyprawy do krainy szczęścia, Syjonu, o wiele wcześniej, niż to zaplanował.

"Rasta nie dopuszcza amputacji - odpowiadał im krótko. - Ja i ja nie zgodzimy się, aby człowieka dzielić na kawałki. Jah, żywy Bóg, Jego Cesarska Mość Hajle Sellasje I, Ras Tafari, Zwycięski Lew Plemienia Judy, dwieście dwudziesty piąty władca trzechtysiącletniego imperium Etiopii, Panów Pan i Królów Król, Spadkobierca Tronu Salomona, on uleczy mnie przez medytacje mojego kielicha ganji, mojej glinianej fajki (cutchie) i mego ciała! Nie zabijesz Jah, nie zabijesz rasta. Rastaman żyje wiecznie!"

Rok wcześniej mógł się jeszcze uratować. Gdyby przestał nazywać lekarzy samfai - jamajskim określeniem z dialektu patois, oznaczającym oszusta, udającego, że posiadł moce obeah (czarów). Gdyby poddał się chemioterapii lub naświetlaniom i pogodził z nieuchronnym faktem, że straci bujną lwią grzywę dreadów... Gdyby nie słuchał pochlebców, którzy nie odstępując go na krok, wmawiali mu, że jest talawa (mocnym, nieustraszonym) Tuff Gong* - jednym z żelaznych palców ręki samego Jah.

Niestety, niekontrolowane, złośliwe komórki rakowe panoszyły się teraz na oślep w jego organizmie, jak wygłodniałe jamajskie szczury, które plądrują drzewa i od środka wyjadają dojrzałe owoce. Podejrzewał, że czeka go jeszcze jeden rok, może dwa lata cierpienia, zanim nadejdzie koniec. Być może odejdzie na łonie białej Ameryki, podczas zbliżającego się tournée. Domyślał się, jakie ironiczne komentarze towarzyszyłyby temu zdarzeniu.

Jako artysta doczekał się wielkiego komercyjnego sukcesu i poważania wśród krytyków w Ameryce i w Europie. Biała młodzież fascynowała się siłą jego etnopolitycznych hymnów reggae, zahipnotyzowana ponadczasowym przesłaniem, które trafiało w głąb serc. Na rodzinnej Jamajce był największą gwiazdą reggae i narodowym bohaterem. Potrafił przykuć uwagę Europejczyków i Amerykanów do czarnych pieśni odkupienia, dał też Jamajczykom wiarę w siebie i kreolską kulturę, w dumnym tańcu ich smutku i uniesienia.

 

Parę godzin później, w Salisbury, był świadkiem opuszczenia flag Rodezji i Wielkiej Brytanii i podniesienia nowego sztandaru Zimbabwe. Wysłuchał salw honorowych z dwudziestu jeden armat. Ale słońce pierwszego dnia wolności nie zdążyło jeszcze schować się za horyzont, a ludzie już zwracali się przeciwko sobie.

W Afryce, na kontynencie mówiących bębnów, kochano go jako apostoła panafrykanizmu, pełnego pasji charyzmatycznego wykonawcę. Patrząc ze sceny na kłębiący się tłum, zrozumiał jednak, że nikt nie słyszał przesłania zawartego w jego muzyce. Być może nigdzie na świecie nie słuchano go z wystarczającą uwagą, by usłyszeć narastające wewnętrzne drżenie... Dawno temu przyjął religijne przesłanie: "nie ma bezpiecznego schronienia na ziemi dla żadnego śmiertelnika...", ale dopiero przed chwilą naprawdę je zrozumiał.

 

Millenarystyczno-mesjański kult rastafarianizmu, który Marley propagował swoją muzyką, ideologiczne podłoże czerpał z nauk orędownika powrotu czarnych do Afryki, Marcusa Mosiaha Garveya. Garvey (nazywany też Mose), urodzony 17 sierpnia 1887 roku w St. Ann's Bay na Jamajce, był jednym z jedenastu dzieciaków zamożnego niegdyś drukarza. Był on potomkiem maronów, jak określano grupę tysiąca pięciuset afrykańskich niewolników uwolnionych przez hiszpańskich plantatorów w 1655 roku, którzy schronili się w niedostępnych rejonach środkowej Jamajki podczas ataku sił Cromwella na wyspę. (Maron to zniekształcone hiszpańskie słowo cimarron, oznaczające niesfornych). Garvey przeprowadził się w wieku parunastu lat do Kingston, gdzie podczas wielkiego strajku drukarzy w 1907 roku zyskał doświadczenie jako organizator wieców związkowych i orator.

Kiedy konflikt został zażegnany (na korzyść pracodawców - związek rozpadł się, a jego skarbnik uciekł z pieniędzmi), Garvey opuścił Jamajkę i przez dłuższy czas podróżował, utrzymując się z dorywczej pracy. Najpierw wylądował na Kostaryce, gdzie wszedł w konflikt z lokalnym brytyjskim konsulem, dotyczący opłakanych warunków pracy dla czarnych. Został całkowicie zignorowany. Pojechał potem do Bocas Del Toro, w Panamie, gdzie zorganizował efemeryczną gazetkę "La Prensa". Następnie odwiedzając Ekwador, Nikaraguę, Honduras, Kolumbię i Wenezuelę, protestował przeciwko wykorzystywaniu taniej siły roboczej w kopalniach i na plantacjach tytoniu. Omawiając z towarzyszami kwestie warunków zatrudnienia, opierał swoje poglądy polityczne na współczuciu dla robotników wykorzystywanych przez biały Zachód.

W 1912 roku podczas podróży do Londynu poznał sudańsko-egipskiego stypendystę Duse Mohammeda Ali, autora cenionej książki In the Land of the Pharaohs. Ich dyskusje pozwoliły mu w nowy sposób spojrzeć na historyczne i religijne znaczenie czarnej diaspory. Inspirowały go także książki Bookera T. Washingtona, a szczególnie Up From Slavery. Jednak najistotniejszy wpływ na Garveya wywarła powieść Ethiopia Unbound - Studies in Race Emancipation Casely'ego Hayforda. Opublikowana w Londynie w 1911 roku, stała się biblią czarnych intelektualistów. Ethiopia Unbound opowiada historię młodego Afrykanina, który po studiach w Anglii wraca do ojczyzny, by zająć się karierą polityczną i walczyć z rasistowskim systemem. Pomysł historii wywodził się z prac misjonarskiego profesora Edwarda Wilmota Blydena z Sierra Leone, uznanego za współczesnego proroka wyzwolenia czarnych.

"Prace takich ludzi, jak Booker T. Washington i W. E. Burghart Du Bois, dotyczą wąskich i specyficznych tematów" - mówi główny bohater książki w scenie w sali wykładowej. - Prace Edwarda Wilmota Blydena są uniwersalne, dotyczą wszystkich ras i ich problemów". Wykładowca opisuje nawet Blydena jako największego żyjącego głosiciela prawdziwego ducha afrykańskiej tożsamości i człowieczeństwa.

Garvey, zainspirowany szczytnymi ideami, na początku lata 1914 roku, zaokrętował się na parowiec w Southampton i piętnastego lipca wrócił na Jamajkę. Nie było go w rodzinnym kraju przez dwa lata. Już po tygodniu pobytu w Kingston założył organizację Universal Negro Improvement and Conservation Association oraz African Communities League. Ich głównym celem było stworzenie niezależnego, choć równego z białym, systemu edukacji dla czarnych Jamajczyków, na wzór Tuskegee Institute Bookera T. Washingtona. Motto stowarzyszenia, wyraźnie zainspirowane wyrywkiem z Ethiopia Unbound, brzmiało: "Jeden Bóg! Jeden cel! Jedno przeznaczenie!"

Usankcjonowana przez Brytyjczyków tradycja identyfikacji z lepszymi sprawiła, że kreolska większość w naiwny i patetyczny sposób dążyła do wspięcia się po drabinie społecznej i uchodzenia za "białych". Jak pisał Garvey: "Kobiety i mężczyźni tak jak ja albo nawet bardziej czarni pod rządami białej dominacji uważali się za białych. Właściwie tylko ja otwarcie używałem określenia "negro", każdy mówił o czarnoskórych "czarnuchy"". Większość kolorowej populacji była wrogo nastawiona wobec Garveya. Jak na ironię największymi entuzjastami jego idei byli burmistrz i katolicki biskup Kingston, obydwaj zupełnie biali.

W 1915 roku Garvey, nieco już zniechęcony, prowadził korespondencję z Bookerem T. Washingtonem. Planowali wtedy osobiste spotkanie w Alabamie, jednak zanim doszło ono do skutku, Washington umarł. Garvey, zmęczony oporem Jamajczyków wobec koncepcji godności czarnych, pojechał w 1916 roku do Stanów. W poszukiwaniu zwolenników odwiedził trzydzieści pięć stanów i wreszcie w Harlemie znalazł podatny grunt. W następnym roku powołał Universal Negro Improvement Association (UNIA) - bratnie stowarzyszenie dla lokalnych polityków, szefów biznesu i ambitnych, świadomych Afroamerykanów. Garvey nie był zadowolony z takiej formuły klubu politycznego, zyskał jednak dzięki niemu zaplecze do rozwijania programu repatriacji czarnych, który uważał za rozwiązanie amerykańskiego i światowego problemu konfliktów rasowych.

Garvey był mistrzem manipulacji medialnej. Sponsorował gazetę "The Negro World", miesięcznik "The Black Man", a także sieć statków pasażerskich, które ochrzcił mianem Black Star Line. Do udziału w UNIA zachęcił dwa miliony osób. Organizował spektakularne marsze i parady na Madison Square Garden, podczas których porywał słuchaczy przemowami pod hasłem "Etiopia, kraj naszych Ojców!" Szukając nowych dróg pozyskania szacunku dla czarnej populacji na całym świecie, wysłał delegację na spotkanie Ligii Narodów w Genewie po zakończeniu I wojny światowej, wnosząc postulat, by część terytoriów odebranych Niemcom przekazywano czarnym Amerykanom w ramach nagrody za ich udział w zwycięstwie.

"My, czarni, wierzymy w Boga Etiopii, nieśmiertelnego Boga - Boga Bogów, Boga Ducha Świętego, Boga Wieczności!" - wykrzykiwał. - W takiego Boga wierzymy, ale powinniśmy czcić go z perspektywy Etiopii". Kraj ten był uważany przez Afrykanów za błogosławioną krainę, kolebkę cywilizacji, sławioną w wielu wersach zarówno Biblii Koptyjskiej, jak i Biblii Króla Jakuba, na przykład w Psalmie 68, 32: "Z Egiptu nadejdą Książęta; Etiopia wyciągnie niedługo ręce do Boga".

Najbardziej nośną przepowiednią Garveya, ogłoszoną prawdopodobnie po raz pierwszy podczas przemówień do jamajskiej biedoty (wtedy już odrzucili go mulaci z klasy średniej i wyższej), było pełne żaru zawołanie: "Patrzcie w stronę Afryki na koronację Czarnego Króla: on będzie Odkupicielem".

Kiedy w 1930 roku Ras Tafari Makonnen, prawnuk króla Saheka Sellasjego z Shoa, został koronowany na cesarza Etiopii i ogłoszony Negusa Negast (Królem Królów), mieszkańcy slumsów Jamajki i wiejska biedota, dla której Garvey był wieszczem i bohaterem, uznały ten fakt za spełnienie przepowiedni odkupienia. Etiopia była dla jamajskich potomków niewolników esencją Afryki, od kiedy w 1784 roku amerykański kaznodzieja, baptysta George Liele, założył na wyspie Etiopski Kościół Baptystyczny.

Wyznawcy Garveya byli olśnieni relacjami gazet z uroczystości koronacyjnych Sellasje I w Addis Abebie. Nie umknął im fakt wybrania przez cesarza symbolicznego tytułu oficjalnego Hajle Sellasje, oznaczającego Siłę Świętej Trójcy. Sellasje twierdził, że pochodzi bezpośrednio od króla Salomona, z tego więc wnioskowali, że musi być tym długo oczekiwanym zbawcą wszystkich pozbawionych ojczyzny Afrykanów.

Wezwanie Garveya ("Patrzcie w stronę Afryki...") jest zwyczajowo cytowane jako hasło zapalne, które pomogło jego zwolennikom powołać do życia grupę wyznaniową. Świat poznał ją jako rastafarianizm (nazwa ta pochodzi od "Ras Tafari", prawdziwego imienia Sellasjego).

W książce Reggae Bloodlines Stephen Davis oświadcza stanowczo: "Ruch rasta zaczął się od Marcusa Garveya". Jednak bazując na ostatnich badaniach historyków, np. Roberta A. Hilla z UCLA, nie ma dowodu na to, żeby Garvey kiedykolwiek głosił przepowiednię o boskim czarnym królu Afryki. Jeśliby to uczynił, byłoby to niezwykłe odstępstwo od jego zwyczajowo stonowanego politycznie stylu. Mimo że czasami odwoływał się w mowach do kościelnej retoryki, nigdy nie przedstawiał się jako duchowny ani prorok.

Co więcej, był wielkim krytykiem Hajle Sellasjego, postrzegając udaną inwazję Mussoliniego na Etiopię w połowie lat trzydziestych za efekt nieudolności Króla Królów. Mimo że zwolennicy Garveya z UNIA w Harlemie na słynnej ulicznej paradzie wraz z członkami Black Jews, która odbyła się 4 stycznia 1931 roku, uzyskali zgodę na przemarsz z transparentami, na których umieszczono Garveya i Sellasjego, Garvey stał się później otwartym przeciwnikiem tych, którzy głosili świętość cesarza. Na początku 1933 roku nie wyraził zgody na umieszczenie portretu monarchy w swojej siedzibie w Edelweiss Park w Kingston, o co starał się przywódca rastafarian, Leonard Percival Howell. Jak donosi "Jamajca Times" z 25 sierpnia 1934 roku, w przemówieniu inicjującym zjazd UNIA: "Pan Garvey odniósł się również do kultu Ras Tafari, wyrażając się o nim w sposób pogardliwy".

Wygląda więc na to, że inspirujące wezwanie, by "patrzeć w stronę Afryki..." było raczej wypowiedziane przez wielebnego Jamesa Morrisa Webba, duchownego mistyka z Chicago, współpracownika Garveya i autora książki opublikowanej na środkowym zachodzie Stanów w 1919 roku pod tytułem A Black Man Will Be the Coming Universal King, Proven by Biblical History (Czarny człowiek będzie Królem Świata, co udowadnia biblijna historia). Webb wypowiedział te ważkie słowa na zjeździe UNIA we wrześniu 1924 roku.

W przekonaniu większości rastamanów Garvey, jakkolwiek nieumyślnie, stał się ojcem rastafarianizmu; właściwie jednak był dziedzicem tradycji czarnego mistycyzmu, który rozkwitał na Jamajce i na całym świecie.

Duchowym pionierem ruchu powrotu czarnych do Afryki był Alexander Bedward, jamajski uzdrowiciel i zielarz, który podobno dokonywał cudów w Spanish Town na początku XX wieku, głosząc rychłe panowanie czarnych. Jak wielu innych kontrowersyjnych działaczy, w 1921 roku wylądował w psychiatryku, gdzie zmarł w 1933 roku.

Prawdziwą podstawą rastafarianizmu była Holy Piby, Biblia Czarnego Człowieka, opracowana w latach 1913-1917 przez Roberta Athlyię Rogersa z Anguilli. Nieprzypadkowo została ona opublikowana w 1924 roku, w tym samym czasie, gdy wielebny Webb głosił swoje przesłanie. Pastor z Barbadosu, wielebny Charles F. Goodridge, natknął się na tajemną Biblię w Colon, w Panamie. W tym samym czasie w Newark, w stanie New Jersey, przez innych wyznawców opublikowany został spory nakład tej księgi, a stamtąd jej egzemplarze trafiły do Kimberly, w Afryce Południowej. Tam głosiciele panowania czarnych założyli kościół dla pracowników kopalni diamentów, nazwany Afro-Athlican Constructive Church (AACC). Wszystkie te okoliczności doprowadziły do spotkania Goodridge'a z Grace Jenkins Garrison, z którą w 1925 roku wspólnie sprowadził idee Holy Piby na Jamajkę, zakładając tam oddział AACC pod nazwą Hamatic Church.

Ponieważ natychmiast dotknęły ich prześladowania ze strony fundamentalistów, rewiwalistów i bardziej zachowawczych przywódców chrześcijańskich, którzy nie akceptowali ich związków z okultystyczną biblią, Goodridge i Garrison zbiegli do położonej w środku dżungli parafii St. Thomasa we wschodniej Jamajce. Tam właśnie zasiano pierwsze ziarna rastafarianizmu. Pierwsi przywódcy ruchu rasta, między innymi Leonard P. Howell, docierali do ukrytych obozowisk, by czytać Holy Piby - pismo zbliżone do pierwszej Biblii, która podobno została napisana w amharskim języku (przez lata oficjalnym języku Etiopii; jak głosi podanie, pierwszym języku ludzkiego rodzaju). Goodridge i Garrison utrzymywali, że za czasów pierwszych papieży, podczas tłumaczenia i procesu wydawniczego, biali duchowni badacze wypaczyli Biblię Amharską i czarnemu Bogu oraz jego prorokom przypisali kaukaskie pochodzenie. W treści Holy Piby istniał rozdział Mapa losów czarnego człowieka, objaśniający jego zawiłe i wzniosłe przeznaczenie, od czasów Stworzenia po Armagedon.

Wczesne rastafariańskie pieśni i piosenki, między nimi rdzenne, tradycyjne Rasta Man Chant, które Bob Marley nagrał w połowie lat siedemdziesiątych pochodziły właśnie z Holy Piby. Spisane były w języku "glosolalii", rzekomym języku aniołów, który okazał się podobny do rytualnego słownictwa, używanego w latach trzydziestych i czterdziestych podczas mrocznych ceremonii Złotego Świtu przez słynnego angielskiego maga Aleistera Crowleya, zwanego "Wielką Bestią".

Wśród osób, które zgłębiały Holy Piby w St. Thomas, był też wielebny Fitz Balintine Pettersburgh. W 1926 roku propagował on wśród tajemnego Bractwa Piby równie dostojny dokument. Był to Royal Parchment Scroll of Black Supremacy (Królewski Pergamin Czarnego Panowania), który Pettersburgh nazywał "najwyższą księgą królewskich zasad Zachodniego Królestwa Etiopii". Do tej właśnie książki Pettersburgh dołączył przepowiednię wielebnego Jamesa Webba, zapowiadającą nastanie rządów czarnego Boga w nowym etiopskim cesarstwie. W gronie wyznawców panafrykańskich i etiopskich organizacji, między innymi Ethiopian Guild i Brotherhood Mission, które rosły na Jamajce jak grzyby po deszczu, książkę The Royal Parchment Scroll potraktowano bardzo poważnie. Ostatnim kawałkiem w tej teologicznej układance jest książka Promised Key (Obiecany Klucz), zwana też "Biblią Rastafarian". Był to plagiat autorstwa Leonarda P. Howella, oparty na Royal Parchment Scroll. Howell, zdolny hochsztapler, wmówił wiernym, że książka jest starożytnym dziełem, które pochodzi z Accry na Złotym Wybrzeżu, podczas gdy tak naprawdę została przez niego opublikowana na Jamajce w 1935 roku.

Kiedy na Jamajce rozgrywały się te wydarzenia, zapracowany Marcus Garvey, najbardziej znany piewca panafrykańskich nadziei i dążeń, jeździł po Stanach Zjednoczonych ze swoją misją masowej repatriacji czarnych. W 1922 roku razem z trzema innymi działaczami UNIA został aresztowany za podrabianie dokumentów. Garvey, osądzony i skazany w 1923 roku za oszustwo i nieścisłości podatkowe (podobno został wrobiony), po bezskutecznych apelacjach tkwił w federalnym więzieniu w Atlancie aż do 1927 roku, kiedy prezydent Calvin Coolidge uchylił mu wyrok. W grudniu tego samego roku został deportowany, najpierw do Panamy, a potem na Jamajkę - gdzie niemal zabroniono mu wstępu do rodzinnego kraju. W marcu 1926 roku ówczesny zarządca Jamajki pisał do brytyjskiego sekretarza stanu do spraw kolonii, ostrzegając: "Moje obawy zostały potwierdzone przez dwóch członków Rady Legislacyjnej, którzy oświadczyli, że przynajmniej w jednym dystrykcie istnieje nieliczna grupa opozycji religijnej wobec białych, prawdopodobnie podsycana przez Garveya".

Dystrykt, o którym mowa, to St. Thomas, a grupa religijna to Bractwo Piby. Jeśli zaś chodzi o propagandę przeciwko białym, bractwo wierzyło po prostu, że rasa afrykańska, kiedyś wśród wybrańców na ziemi, teraz prześladowana i dręczona, odzyska pewnego dnia łaskę Jah.

Siedemnastego maja 1926 roku "The Daily Gleaner" opublikował skrótowy raport na temat Piby. Dwa dni później gazeta znów pisała: "W Piby, niesamowitej książce opublikowanej i rozprowadzanej w Stanach Zjednoczonych, zawarto nieznane doktryny. Apostołem nowej religii jest podobno Marcus Garvey". Dwudziestego siódmego maja "Gleaner" znów pisał: "Mówi się o masowym zgromadzeniu, powołanym, aby potępić Piby".

Czwartego czerwca cytowano rzecznika UNIA, który dementował pogłoskę, jakoby organizacja Garveya miała cokolwiek wspólnego z Piby. Jednak wobec zbliżającego się za parę tygodni powrotu Garveya na Jamajkę, "Gleaner", prezentujący poglądy wyższej klasy średniej, przedstawiał opinie dyskredytujące Garveya w środowisku czarnych jamajskich duchownych.

Szóstego czerwca na pierwszej stronie "Gleanera" ukazał się artykuł zatytułowany Nowa religia: "Otrzymaliśmy dwie publikacje dotyczące nowej etiopskiej religii, o której ostatnio parokrotnie pisaliśmy. Te książki i broszurki uzupełniają Piby, biblię zwolenników Garveya, która zastępuje im Pismo Święte i w której Elijah nazywany jest Mesjaszem, co z pewnością przeraziłoby tego surowego i bezkompromisowego hebrajczyka. Uczciwie można powiedzieć, że religii tej udało się zdobyć gdzieniegdzie zaledwie paru wyznawców. Parę naiwnych i łatwowiernych osób zostało namówionych do inwestowania w Black Star Line, linię pasażerską, która posiada tylko trzy statki. Nie dopłyną one do żadnego portu bez ubiegania się o pomoc przyjaciół w celu spłacenia długów. Jednak ci sami ludzie niechętni są rozmowie o związkach swojej religii z ich nieszczęsnym przedsięwzięciem finansowym. Inicjatywa ta zostanie całkowicie wyśmiana i obalona na Jamajce. Nawet dla największych prostaków jest zbyt grubymi nićmi szyta".

Kiedy więc Garvey szykował swój powrót do domu, postrzegano go już jako nieodpowiedzialnego, nieuczciwego, godnego najwyższego potępienia i bluźnierczego heretyka, lidera czarnych. Starał się zintegrować niedobitki swych zwolenników, organizując energetyczne spotkania w starej siedzibie UNIA na Jamajce i w Stanach, jednak spotykał się tam z obojętnością. W 1928 roku przemawiał w mrocznej londyńskiej Royal Albert Hall przed niemal pustą salą. W 1935 roku, gdy rozproszyli się jego zwolennicy, a na ukochanej Jamajce czekała go tylko wrogość, Garvey osiedlił się na nowo w Anglii. "Przywództwo znaczy wszystko - ból, krew i śmierć" - tak brzmiało jego osobiste credo. Do 1940 roku stracił wszelkie nadzieje i niebawem pochowano go w angielskiej ziemi.

Jednak w jego rodzimym kraju wiara rastafariańska zapuściła głęboko korzenie. Stopniowo zyskiwała popularność wśród chłopskich najemców jako ruch o podłożu religijnym. Howell mówił swoim ludziom: "Ten człowiek w Anglii (najpierw Jerzy V, potem Edward VIII) to nie jest nasz król! Zatrzymajcie dla siebie ziemie, nie płaćcie podatków, ponieważ nasz Król, Król Wszystkich Królów, został koronowany w Etiopii i jemu należą się wszelkie hołdy!"

Howell i wielu innych rastafariańskich i quasi-rasta liderów podjęli się zadania wyjaśnienia zasad tej całkiem nowej religii. Pomiędzy teoretykami byli H. Archibald Dunkley i Joseph Nathaniel Hibbert, członkowie ultra-tajnego egipsko-masońskiego stowarzyszenia, znanego jako Great Ancient Brotherhood of Silence (Wielkie Starożytne Bractwo Ciszy); Robert Hinds, uczeń Bedwarda; David i Annie M. Harveyowie, założyciele sekty Izraelitów w 1931 roku; i samozwańczy książę Edward Emanuel, który twierdził, że w 1915 roku zstąpił prosto z niebios do parafii St. Elizabeth i jak biblijny Melchizedek nie miał śmiertelnych rodziców. Innymi przywódcami ruchu rasta byli Claudius Henry, Altamont Reed, Paul Ervington i Vernal Davis.

Samozwańczy prorocy ustanowili zestaw reguł dotyczących diety i higieny, który miał obowiązywać wyznawców doktryny. Wzywali wiernych, by powstrzymywali się od picia alkoholu, palenia tytoniu, spożywania wszelkiego mięsa (szczególnie wieprzowiny), a także skorupiaków, ryb bezłuskowych, ślimaków, morskich drapieżników oraz padlinożerców, a także wielu zwykłych przypraw, na przykład soli. Krótko mówiąc, wszystko, co nie było ital, czyli po rastamańsku czyste, naturalne lub bez zanieczyszczeń, zostało zakazane. Nie zezwalali też na czesanie lub obcinanie włosów, cytując święte przykazanie: "Nie będą sobie strzygli głowy do skóry, nie będą golili krajów brody, nie będą nacinali swojego ciała" (Księga Kapłańska 21,5). Ich potargane włosy rosły, matowiały i skręcały się w grube dready, nazywane tak, aby wyśmiewać wstręt innych ludzi do ich wyglądu (z ang. dread - groza, przerażenie). Od tego czasu rzeczownik "dread" przyjął znaczenie świętego słowa. Zioło ganja (utożsamiane z marihuaną) było uznawane za źródło mądrości i siły. Rasta zachęcali, by palić je jako religijny ryt, utrzymując, że znaleziono je na grobie króla Salomona. Cytowali też wersety z Biblii świadczące o świętych właściwościach ziela: "Każesz rosnąć trawie dla bydła i roślinom, by człowiekowi służyły" (Psalm 104,14).

Kult ten potępiał pochodzącą z Jamajki religię Pukumina, podobnie jak wszystkie chrześcijańskie kościoły. Zapewniał, że czarni będą nadrzędną rasą i po Armagedonie będą rządzić wszelkim stworzeniem, jak było im to dane na początku.

Rasta odrzucali zarzuty innych grup religijnych, jakoby występowali przeciwko białym i mulatom. Zapraszali wszystkich do skruchy i przyjęcia Jah (skrót od imienia Jehowa). Wierzyli, że w sekretnym dniu, znanym tylko najwierniejszym, nawróceni wrócą do Etiopii w sobie tylko wiadomy sposób, zostawiając za sobą tropikalny skwar Jamajki, który uznawali za wcielenie piekła na ziemi. Do tego czasu rasta powinni odmawiać uczestniczenia w codziennych manipulacjach i pokusach Babilonu jako strefy zniewolenia ducha.

Biedota przychylnie odebrała przesłanie rasta, ponieważ wiara ta dawała im szansę na nobilitację. Jako rasta mogli teraz w godności czekać na Dzień Sądu, kiedy ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. Do 1934 roku rastafarianizm zyskał wielu wyznawców wśród przedstawicieli niższych klas, szczególnie w getcie Kingston.

W 1938 roku powołano na Jamajce oddział Ethiopian World Federation, organizacji lobbystycznej, stworzonej, by wspierać z zewnątrz walkę Etiopczyków z włoskim faszyzmem. Reakcja ze strony rastamanów i reszty społeczeństwa była entuzjastyczna. W latach 1936-1941, podczas okupacji Mussoliniego, Sellasje przebywał na emigracji. W 1955 roku zadeklarował, że przeznacza pięćset akrów żyznej ziemi ze swoich prywatnych włości dla czarnoskórych osadników z Zachodu, którzy wspierali walkę Etiopii o niepodległość. Jamajscy rastamani zachwycili się tym zaproszeniem i zaczęli nawoływać do wyprawy swoich rodaków, którzy tłumnie migrowali do Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu pracy. "Etiopia tak! Anglia nie! Pozwólcie moim ludziom odejść!"

W międzyczasie Leonard Howell przeniósł wyznawców ze swojej misji Rasta na wzgórzach St. Catherine do odległej posiadłości Pinnacle w Spanish Town, niedaleko Sligoville, gdzie w 1940 roku zakupił opuszczone gospodarstwo. Jego ludzie hodowali tam ganję, podczas gdy on zajmował się trzynastoma żonami. Pewnego ranka oświadczył, że nie Sellasje, lecz on sam jest żyjącym bóstwem i poprosił wszystkich, by zwracali się do niego per Gangunguru Maragh (imię, które stanowi zlepek wyrazów z hindu oznaczających Nauczyciela Słynnej Mądrości, Króla Królów). Ludzie z  najbliższego otoczenia poczuli się lekko zdezorientowani, natomiast władze lokalne wpadły w popłoch. W 1954 roku policja zajęła jego górską jaskinię. Lokalny sąd uznał Howella za niezrównoważonego psychicznie i umieścił go w zakładzie dla psychicznie chorych. Jego osierocone stadko włóczyło się więc w sporych grupach po okolicy Kingston, straszyło mieszkańców swoimi niezwykłymi fryzurami, publicznie paląc zakazaną ganję.

Pod koniec lat pięćdziesiątych inne grupy rasta, nie mogąc doczekać się sprawiedliwości społecznej i duchowego spełnienia, stawały się coraz bardziej agresywne. Jedna z nich chciała przejąć Victoria Park w Kingston, inna przejęła w imię Sellasjego Old Kings House w Spanish Town. Władze potępiały rozróby jako konsekwencje zlotu rasta, który zorganizował książę Emanuel w 1958 roku Na plac w dzielnicy Back-o-Wall w West Kingston przybyły wtedy setki wiernych. Zapłonęły wielkie ogniska, zabrzmiały bębny, odbyły się religijne ceremonie i - jak twierdziły policyjne władze - grożono policjantom ścięciem głowy w ofierze Jah.

Dla pobocznych obserwatorów mogło to wyglądać na najbardziej przerażające wydarzenie w okolicy Kingston od czasu trzęsienia ziemi w zatoce Port Royal w 1692 roku, jednak rastafarianie chcieli po prostu zorganizować Zjednoczony Rastafariański Kościół. Ich wysiłki szły na marne, ponieważ nie mogli dojść do porozumienia, jakie miejsce w całej religii zajmuje Sellasje. Czy rzeczywiście był Bogiem? Bliskim krewnym Boga? Prorokiem, następcą Abrahama, Mojżesza i Jezusa?

Na egzotycznym zjeździe w Kingston, wśród specjalnych, osobiście zaproszonych przez księcia Emanuela gości, był wielebny Claudius Henry, który przyjął imię "Tego, który naprawia wyłom". Poruszony wyszukanymi rytuałami, których był świadkiem, Henry pospiesznie zorganizował Afrykański Kościół Reformowany w West Kingston.

Zapowiedział, że 5 października 1959 roku będzie Dniem Wyzwolenia. Rozpowszechniał ulotki zapewniające, że "na wyjazd do Afryki nie będzie potrzebny paszport", a bilety do Etiopii, ilustrowane wizerunkiem Sellasjego, sprzedawał za szylinga. Kupiono ich tysiące. Wyznaczonego dnia ulice otaczające kościół Henry'ego na Rozalie Avenue zapełniły się oczekującymi całymi rodzinami rastamanów, z których wielu sprzedało cały swój dobytek. Do końca dnia nie pojawił się dla nich żaden środek transportu, a Henry został aresztowany. Upokorzony groził zemstą po uwolnieniu. Wylądował w więzieniu, ponieważ w jego kościele znaleziono wielką skrzynię z bronią - z karabinami, maczetami, dynamitem i amunicją. Walkę kontynuował jego syn, Reynold. W 1960 roku wprowadzono stan wyjątkowy po tym, jak na Red Hills w Kingston zdarzyła się strzelanina pomiędzy rastamanami związanymi z rodziną Henry'ego a oddziałem wojskowym z Royal Hampshire. Trzech guerillas i dwóch żołnierzy zginęło w tej konfrontacji.

Wrogość trwała dalej przez następne dwa lata, kiedy rasta działali pod nazwą Niyamen, na wzór wyjątkowo gwałtownej grupy Niyabingi Order, popieranej podobno przez Sellasjego, która pojawiła się w Etiopii w latach trzydziestych. Rząd zobowiązał policję do przerywania zebrań Niyabingi, co pociągnęło za sobą jeszcze więcej przemocy. W 1963 roku na North Coast niedaleko zatoki Montego Bay ponownie doszło do starć pomiędzy policją a rastamanami i znów było kilka ofiar po obu stronach.

Pomimo represji ze strony władzy, rastafarianizm na Jamajce wciąż się rozwijał. Pod koniec lat sześćdziesiątych zyskał poparcie klasy średniej. Przyciągnął wtedy wielu nowych wyznawców (głównie nastolatków), a także stał się popularny wśród artystów - malarzy, rzeźbiarzy, poetów, tancerzy i muzyków. (Znany rasta poeta Samuel Brown zapewniał ostatnio, że sześciu na dziesięciu Jamajczyków jest rastafarianami).

Hajle Sellasje złożył oficjalną wizytę na Jamajce 21 kwietnia 1966 roku Na płycie lotniska tłum około stu tysięcy rastafarian otoczył jego samolot. Sellasje pozostał w kabinie przez pół godziny po wylądowaniu, przestraszony nieoczekiwanie gorącym przyjęciem. Dopiero przywódcy rasta, Mortimo Planno (późniejszemu guru Marleya), udało się opanować tłum.

Podczas wizyty Sellasje nie wydał żadnego oficjalnego komentarza na temat swej roli duchowej w życiu jamajskiej grupy religijnej. W środowisku rastamanów szybko jednak rozeszła się plotka, jakoby cesarz przekazał seniorom ruchu instrukcję, by "uwolnić Jamajkę przed wyjazdem do Etiopii". Pogłoska ta miała w efekcie kojący wpływ na zniecierpliwione środowisko rasta, ponieważ w gruncie rzeczy najbardziej obawiało się ono wyznaczenia ostatecznej daty ucieczki z Babilonu. Wobec takiej sugestii rasta wzmogli zaangażowanie polityczne, które zresztą szybko skupiło się na żądaniu zalegalizowania ganji.

Konopie, nazywane w amharskiej Biblii kan, w Indiach ganja, a w Azji hemp, zostały przywiezione do Nowego Świata przez Hiszpanów około 1545 roku Brytania oferowała kolonialnym plantatorom hojne dopłaty, by zachęcić ich do uprawiania tej rośliny, co miało złamać rosyjski monopol na len, którego włókna były używane głównie do produkcji lin. W dzisiejszych czasach ocenia się, że około sześćdziesiąt pięć procent dorosłej populacji Jamajki i osiemdziesiąt procent Jamajczyków poniżej dwudziestego pierwszego roku życia próbowało ganji. Ubodzy, ale przedsiębiorczy rastafarianie uprawiają i sprzedają konopie, ponieważ jest to dla nich świetne źródło dochodu. Uprawa i zbiór ziół wymaga od nich o wiele mniej zachodu niż harówka w jamajskich kopalniach boksytu.

Policja nadal nękała rastafarian, głównie z powodu marihuany, która na Jamajce jest nielegalna, ale także z powodu ich dziwnej aparycji oraz wywrotowych politycznych i religijnych poglądów. Władza z upodobaniem trzyma na celowniku pieśniarzy reggae, których pieśni opowiadają o gniewie Jah i moralnym zepsuciu rządzących elit.

Wierni mówią, że potrzeba wiele wiary, aby być rastafarianinem. Wizje i medytacje Jah są podważane na każdym kroku, nawet w Afryce. Jednak rastafarianie twierdzą, że Biblia zapowiada wielkie zamieszanie przed upadkiem Babilonu. Fałszywe szakale podniosą nawoływania, a szukający prawdy trafią przez nich w ślepy zaułek. Tak więc ośmieszanie i represje jedynie potwierdzają prawdę rastafariańskiej ewangelii.

Wiara rasta została rozpropagowana po całym świecie poza Jamajką, głównie dzięki misji muzycznej Boba Marleya i Wailersów. Jednak reggae, które niosło w świat przesłanie rasta, potrzebowało paru lat, by dojrzeć do swej roli.

Jeśli chodzi o jamajski rynek muzyczny, słowo "reggae" zostało po raz pierwszy użyte na tanecznym singlu Do the Reggay Tootsa i The Maytals, wydanym w 1968 roku przez Pyramid. Niektórzy wierzą, że termin ten pochodzi od Regga, nazwy plemienia mieszkającego nad jeziorem Tanganika, mówiącego w narzeczu bantu. Według innych jest to odmienna wersja słowa streggae, które w kingstońskim slangu ulicznym oznacza prostytutkę. Bob Marley twierdził, że słowo ma hiszpańskie pochodzenie i oznacza "króla muzyki". Weteran jamajskich studiów nagraniowych, Hux Brown, podaje prostszą i być może najbardziej prawdopodobną wersję. "Jest to opis samego rytmu" - mówi gitarzysta, który grał na hitowym, zabarwionym reggae singlu Paula Simona Mother and Child Reunion z 1972 roku; człowiek, któremu przypisuje się wynalezienie strunowego trylu, odpowiedzialnego za sukces singla Simona i wielu innych jamajskich hitów z tamtych lat. "To tylko zabawa, dowcipne słowo, które oznacza poszarpany rytm i wyczucie słowa. Żadne inne znaczenie tego słowa nie ma tu nic do rzeczy".

Od początku lat dwudziestych XX wieku przez całe dekady dominującą muzyką na Karaibach było pochodzące z Trynidadu calypso. Wykonawcy z wyspy śpiewali głównie melodyjne, modne i często nieprzyzwoite ludowe piosenki w afrykańsko-francuskim slangu patois, jednak stopniowo przestawili się na angielski, ponieważ muzyka zaczęła przyciągać zainteresowanie amerykańskich wytwórni płytowych, na przykład Decca i Bluebird. Co roku na Trynidadzie, na specjalnych karnawałowych festiwalach, o tytuł króla calypso rywalizowali: King Radio, Growling Tiger, Lord Beginner, William the Conqueror, Attila the Hun i Lord Executor. Kiedy ich muzyka została odkryta przez Amerykanów i promowana jako nowinka, muzycy calypso, jak na przykład Attila (Raymond Quevedo) i Lord Executor (Phillip Garcia), znaleźli się nagle w transmitowanych na żywo amerykańskich programach, z takimi gwiazdami, jak Bing Crosby i Rudy Vallee. Podczas karaibskiej trasy po Stanach Zjednoczonych w czasie II wojny światowej komik Morey Amsterdam usłyszał dowcipną piosenkę Lorda Invadera (Rum and Coca-Cola) o kulturowych zawirowaniach spowodowanych przez amerykańskich żołnierzy stacjonujących na Trynidadzie i podesłał ją Andrews Sisters.

Lata po II wojnie światowej to czas pojawienia się różnych odmian muzyki karaibskiej, szczególnie muzyki steel-pan z Trynidadu i Tobago, który to styl został rozwinięty przez Ellie Mannette'a (pierwszego człowieka, który zastosował beczki po oleju jako instrument), Winstona "Spree" Simona i Neville'a Julesa.

Steel-pan stał się akompaniamentem dla bardziej żywej i komercyjnej wersji calypso, spopularyzowanej przez takich artystów, jak Aldwyn "Lord Kitchener" Roberts i Slinger "the Mighty Sparrow" Francisco. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych muzycy jamajscy zaczęli łączyć steel-pan z calypso i z rdzennym ludowym rytmem mento (Jamaica Farewell Harry'ego Belafonte'a była najpierw piosenką mento), dając podwaliny agresywnej mieszance, która zawierała również elementy muzyki południowoafrykańskiej i perkusyjnego brzmienia podobnego do nigeryjskiej muzyki highlife.

Dokładnie w tym samym czasie (w latach 1950-1959) młodzi jamajczycy odwracali się od amerykańskiego popu dostarczanego przez stacje nadawcze Radio Jamaica Rediffusion (RJR) oraz Jamaica Broadcasting Corporation (JBC). Jeśli pozwalały na to warunki pogodowe, słuchali raczej muzyki nadawanej przez nowoorleańskie stacje, m.in. potężną stację WINZ z Miami, na playliście której były piosenki Amosa Milburna, Roscoe'a Gordona i Louisa Jordana. Mogli utożsamić się z Milburnem jęczącym o Bad, Bad Whiskey (Złej, złej whisky) albo z Fatsem Domino lamentującym w Walking Blues. Mitch Miller śpiewający Tzena, Tzena, Tzena miał u nich mniejsze powodzenie. Jamajczycy kochali amerykańskiego bluesa, ale naprawdę oszaleli, kiedy Fats Domino, Smiley Lewis, Huey Smith i Clowns, Lloyd Price i inni nowoorleańscy artyści dopracowali dźwięk, dodając wyjątkowe rockowe rytmy Crescent City. Było to nowe podejście do rhythm'n'bluesa, tempo ucieleśniało funeralne obrzędy wczesnego jazzu i latynoskie patenty pianistyczne Jelly'ego Rolla Mortona, rumbę, sambę i mambo Pereza Prado, boogie-woogie Kida Stormy'ego Weathera, Sullivana Rocka, Roberta Bertranda, Archibalda, Championa Jacka Dupreego i Professora Longhaira oraz tradycyjne śpiewy czarnych wspólnot Mardi Gras (znane jako "Indian" Tribes).

Jamajscy muzycy zaczęli grać amerykańskie hity r'n'b, co odważniejsi mieszali je z jazzową przekorą - szczególnie z wszechobecnymi sekcjami trąbek - i w ten sposób około 1956 roku stworzyli hybrydową miksturę ochrzczoną ska.

Ernest Ranglin, wspaniały gitarzysta o jamajskich korzeniach, który grał z Wailersami na klasykach ska, na przykład Love and AffectionCry To Me, mówi, że nazwa stylu powstała z powiedzonka muzyków o skat! skat! skat! - skrobiącej gitarze.

Właściwie w ciągu jednej nocy ska zapoczątkowała wielki fenomen Jamajki - sound system. Przedsiębiorczy didżeje, mający dostęp do dobrych amerykańskich singli, montowali w małych furgonetkach porządne głośniki i kręcili się po wyspie od gór po sawannę, puszczając najnowsze utwory Fata Mana i Joe'go Jonesa albo kawałki lokalnych artystów, np. Kentricka "Lorda Kreatora" Patricka albo Strangera Cole'a. Dla dodatkowego efektu, podróżujący didżeje przybierali komiczne pseudonimy, podobne do pseudonimów wczesnych muzyków calypso: King Edwards, V-Rocket, Sir Coxsone Downbeat, Prince Buster. Na potańcówkach pod chmurką występowali w złoconych marynarkach, czarnych skórzanych czapeczkach ą la Dracula, płaszczach imitujących gronostaje, maskach Lone'a Rangersa i przeładowanych górskim kryształem koronach. Jedną ręką trzymali pod pachą pudło najświeższych singli, drugą wymachiwali zdobionym pistoletem albo maczetą. Konkurencja między didżejami była wielka. Walcząc o najnowszy amerykański lub jamajski singiel, kamuflowali się do tego stopnia, że zdrapywali z płyt naklejki z nazwiskiem artysty albo zaklejali je czarnym papierem. Kiedy nie znało się nazwiska artysty ani producenta singla, który ostatnio robił furorę, trudniej było dotrzymać kroku konkurencji. Strony konfliktu często rozwiązywały swoje spory w bocznej uliczce za pomocą pistoletów albo ostrych jak brzytwa niemieckich scyzoryków.

Szaleństwo ska przeniosło się pod koniec lat pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych XX stulecia do Londynu. Rosnąca populacja emigrantów z dzielnicy West Indian oraz Brytyjczycy śledzący trendy zapełniali shebeens (obskurne, nielegalne klubiki w podziemiach). Tańczyli do sound systemów, popijali piwo "Long Life Lager", palili ganję i wczuwali się w klimat stworzony przez nagrania z wyspy i tłumy gości. W Zjednoczonym Królestwie muzyka ska zaczęła być znana jako bluebeat. Nazwa nawiązywała do wytwórni płytowej Melodisc Records Blue Beat, która wydawała utwory jamajskich artystów: Laurel Aitken and the Carib Beats, Basil Gabbidon's Mellow Larks czy Desmond Dekker and the Aces. Angielski klawiszowiec Georgie Fame, zachęcony przez jamajską publikę, dodał do programu swych występów w londyńskim klubie Flamingo fragmenty najnowszych wydawnictw Blue Beat. Nagrał nawet parę singli opartych na ska i wydał je w wytwórni r'n'b. Najlepsze z nich to Orange StreetJA Blues. W tym samym czasie jamajscy muzycy słuchali w Londynie jazzowego klawiszowca Jimmy'ego Smitha i saksofonisty Lou Donaldsona. Wrócili na Jamajkę bogatsi o nowe doświadczenia.

Jednak muzyka ska pozostałaby tylko ciekawostką dla fanów, gdyby nie wysiłki białego Jamajczyka o angielsko-arystokratycznych korzeniach, Chrisa Blackwella. Traktując swe przedsięwzięcie jako czyste hobby, założył maleńką sieć dystrybucji dla muzyki etnicznej. Miał jednak przeczucie, że jamajska odpowiedź na bluesa może zyskać spore zainteresowanie.

W 1962 roku Blackwell przeniósł swoją maleńką firmę Blue Mountain/Island do Anglii, zakupił taśmy z muzyką wyprodukowaną w Kingston i wydał je w Wielkiej Brytanii między innymi w wytwórniach Black Swan, Jump Up, Sue i macierzystym Island. Wśród pierwszych artystów, których nagrania opublikował, byli: Jimmy Cliff, "Lord Creator", Wilfred "Jackie" Edwards, Blues Busters, Derrick Morgan, puzonista Don Drummond i Skatalites oraz Bob Marley, który pierwsze single dla Island wydawał jako Robert Marley.

W Anglii Blackwell trafił ze swoimi nagraniami z Jamajki w gusta podatnych na modę modsów i młodych skinheadów. Największy sukces czekał go jednak w Stanach w 1964 roku. Jego dziwaczna podopieczna Millie Small nagrała wtedy hitowy singiel My Boy Lollipop, na którym zagrał gitarzysta Skatalites Ernest Ranglin i nieznany z nazwiska harfista z grupy Jimmy'ego Powella - Five Dimensions.

Wielkie sukcesy w jamajskich sound systemach odnosił kawałek Stay and Ketch It Again! Gość, który stał za pulpitem i zapowiadał Dona Drummonda Jet Stream albo lekko sprośny kawałek Wailersów Jerk In Time, rozgrzewał zapalonych tancerzy okrzykami: "Coś dla kobiet! Teraz skacz!" Już wkrótce każdy rozrabiaka z getta i każda wiejska sierotka marzyli o tym, by usłyszeć swój własny głos w głośniku basowym.

Na przełomie lat 1963 i 1964 pierwszy singiel Wailersów, Simmer Down, stał się wielkim hitem na Jamajce. Tekst piosenki nawoływał młodych huliganów z wyspy, by poskromili swe temperamenty i pomogli zatrzymać wojnę gangów oraz dzikie bezprawie, które osiągało już rozmiary epidemii. Niestety nagranie to, a także kolejne piosenki - Rude BoyJail Mouse stwarzały dwuznaczny mit ulicznych rozrabiaków.

Około 1966 roku muzyka ska-bluebeat zmierzała do stylu, który świat poznał jako rock-steady. Dominujące trąbki, puzony i saksofony tenorowe zmieszały się z tłem, elektryczny bas wybił się na pierwszy plan, a gitara zaczęła pewniej akcentować pulsujący rytm. Częściej pojawiała się solowa linia wokalu. Najbardziej typowym ówczesnym przedstawicielem gatunku jest taneczny hit Altona Ellisa Rock Steady. Ska rozwinęło się w kierunku rock-steady dzięki nowym jamajskim talentom muzycznym.

"Kolesie na bieżącej fali okradali starszych muzyków - powiedział Bob Marley w wywiadzie w 1975 roku. - Tamci się wkurzali i przestawali grać. Więc muzyka zmieniała się, młodsi i bardziej głodni wypierali starszych. My kochaliśmy Jamesa Browna i wasze funkowe klimaty. Szukaliśmy skarbów w wielkiej amerykańskiej szafie muzycznej. Nie chcieliśmy już więcej grać w wolnym tempie ska. Młodzi muzycy czuli coś nowego - nadchodziło rock-steady! Ale czad! Du-du-du-du-du... nadszedł czas rock-steady!"

Marley trafił idealnie, widząc udział Jamesa Browna w tych zmianach, ponieważ R&B było tym dla ska, co soul dla rock-steady. Kiedy Jimi Hendrix i Sly Stone dorzucili nieco adrenaliny do soulu, Wailersi gotowi byli zrobić to samo z rock-steady.

Na początku lat siedemdziesiątych XX wieku amerykańska lista Top 40 gościła parę hitów rock-steady i reggae - przede wszystkim antykolonialną diatrybę Desmonda Dekkera and the Aces, Israelites z 1969 roku, i radosny kawałek Jimmy'ego Cliffa, Wonderful World, Beautiful People z 1970 roku. Kupujący te płyty nie mieli bladego pojęcia, co ten rodzaj muzyki sobą reprezentuje. Jednak amerykańscy i brytyjscy muzycy dobrze wsłuchali się w dźwięk pieniądza pobrzmiewający w tle za wyjątkowym brzmieniem, wyczuciem tematu i rytmu reggae. Zaczęli tworzyć własne piosenki w tym stylu. W 1971 roku Paul Simon nagrał Mother and Child Reunion w Dymanic Studios Byrona Lee w Kingston. Po nim ruszyła lawina dochodowej działalności muzycznej pod hasłem reggae, wciągając wybitnych artystów grających rocka, r'n'b, punk, disco, funky oraz new wave - m.in. Stevie Wondera, Paula McCartneya, Elvisa Costello, Boney M, 10cc, Rolling Stonesów, Lindę Ronstadt, Abbę, Staple Singers i The Clash. W 1974 roku Eric Clapton doszedł do pierwszego miejsca listy przebojów w Stanach i Wielkiej Brytanii z własną wersją marleyowskiej spowiedzi slumsów, I Shot the Sheriff. W latach 1979-1980 powstało nowe brzmienie stworzone przez wielorasowe zespoły brytyjskie, na przykład Specials, Madness i English Beat, które łączyły powracające ska i błazeńską energię punk-rocka.

Hipnotyczne i porywające piosenki Boba Marleya i Wailersów kojarzono często z konfliktami Trzeciego Świata. Wyobraźnię słuchaczy podsycały nieznane powszechnie zasady rastafariańskiej wiary, a także symbole i maksymy żywcem wyjęte z jamajskiej i afrykańskiej tradycji. Kiedy Wailersi okazali się kimś więcej niż tylko efemerydą jamajskiego rocka, ich muzyka skupiła się na problemach społecznych wyspy. W Rebel Music (3 O'clock Road Block) znalazł się dosadny opis policyjnych nagonek na rastafarian; z Them Belly Full (But We Hungry) demokratyczno-socjalistyczny reżim premiera Michaela Manleya mógł wyczytać, że pozbawiona praw obywatelskich ludność getta to niestabilna i potężna siła polityczna.

Jednak nikt na Jamajce nie spodziewał się tak wielkiego oddziaływania na całym świecie muzyki Marleya i spółki. Wailersi odnieśli stosunkowo duży komercyjny sukces na Karaibach podczas kolejnych faz rozwoju jamajskiego rocka. Po podpisaniu w 1972 roku kontraktu z wytwórnią Island Records, Wailersi wydali jedenaście dobrze przyjętych albumów, które były sprzedawane przez Island prawie we wszystkich krajach (również Peter Tosh i Bunny Wailer, którzy opuścili zespół w 1975 roku wydali liczne płyty solowe). Piosenki Wailersów, żarliwe zaklęcia śpiewane w lirycznym patois, stały się światową rewelacją, a Marleya okrzyknięto muzycznym i socjologicznym zjawiskiem. Od 1976 roku bilety na wszystkie koncerty Wailersów sprzedawały się do ostatniego miejsca, a podróżowali oni do Stanów Zjednoczonych, Kanady, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch (w 1980 roku sto tysięcy osób przyszło tam na jeden koncert), Niemiec Zachodnich, Hiszpanii, Skandynawii, Irlandii, Holandii, Belgii, Szwajcarii, Japonii, Australii i Nowej Zelandii, Wybrzeża Kości Słoniowej i Gabonu. Do dnia dzisiejszego sprzedano na świecie płyty Wailersów o wartości około dwustu czterdziestu milionów dolarów, osiągając również wysokie wyniki w krajach, w których Wailersi nigdy nie koncertowali: Brazylii, Senegalu, Ghanie, Nigerii, na Tajwanie i Filipinach. Podczas podróży do Ameryki Południowej, Afryki, Stanów Zjednoczonych, Europy i oczywiście na Karaibach sam Marley oblegany był przez tłumy jak mityczny bohater.

Mimo że swymi piosenkami, pełnymi odniesień do Trzeciego Świata i rewolucji społecznej, z łatwością przykuwał uwagę tłumów, ironią pozostaje fakt, iż poglądy polityczne Marleya nigdy nie były w pełni określone. To zresztą najmniej kłopotliwy aspekt obrazu człowieka, który celowo komplikował swój i tak już niejasny wizerunek. W historii Boba Marleya czai się ogromnie dużo niewyjaśnionych kwestii. Wydawał się uosabiać magiczne moce Anancy, niesfornego pająka z afrykańskich przypowieści, wcielającego się w różne postacie, sprytnego na tyle, że potrafił zwieść samą Najwyższą Istotę. (Historie o Anancy zostały przywiezione w XVII wieku przez niewolników, lud Akan ze Złotego Wybrzeża - dzisiejszej Ghany - i przekazywane były przez pokolenia w trzech dialektach: twi-ashanti, fanti, akwapim; są one najważniejszym źródłem pochodzenia jamajskiego patois). Marley stał się dla swego ludu symboliczną, ponadczasową postacią, podobnie jak Anancy ewoluował w umysłach niewolników od ludowej przypowieści do symbolu wspaniałej odwagi, która pozwala pozornie słabej istocie przechytrzyć potężnego wroga.

Kiedy niewolnicy opowiadali w patois historie o Anancy w obecności swoich ciemiężców, podbudowywali poczucie własnej wartości żartując z nieznających ich języka nadzorców. Opowiadanie baśni pomagało utrwalać bogate afrykańskie dziedzictwo kulturowe, od którego niewolnicy byli odcięci. Sztuka opowiadania historii jest wysoko ceniona w jamajskiej kulturze, a umiejętnie opowiadający zręcznie zacierają granice pomiędzy parokrotnie opowiedzianą historią a osobistym doświadczeniem. Najlepsze opowieści w koronkowy i groteskowy sposób opisują walkę z siłami nadprzyrodzonymi. W tak ubogim kraju, jak Jamajka, osobista mistyka jest wysoko cenioną społeczną walutą - może zagwarantować trwały szacunek u innych. Każdy, kto kryje jakąś tajemnicę, zyskuje wiele w oczach innych.

Właśnie takim człowiekiem był Bob Marley. Obsesyjnie dyskretny w sprawach prywatnych, podczas całego życia poświęcał wiele czasu i energii na budowanie subtelnej zasłony kryjącej jego cenne mistyczne wnętrze. Przez lata upierał się na przykład, że on i jego rodzice urodzili się w Afryce. Żadna z osób, które miały styczność z Marleyem, nawet bardzo bliską, nie znała pełnego wizerunku tego człowieka. Przez całe lata stworzył wokół siebie sieć poufnych, niezgłębionych i ograniczonych stref dostępu, które przekraczały związki biznesowe, dotyczyły relacji pozamałżeńskich, spraw codziennych i niecodziennych, a także współpracy nad piosenkami. W późniejszych latach robił podobno sprytne uniki, aby chronić swe prawa autorskie, podpisując piosenki nazwiskami osób ze swojej świty lub kumpli z getta.

Rodacy kochali jego nieodgadnioną naturę i nieprzewidywalne zachowanie. Zachwycali się jego awansem z zupełnej biedy do statusu jednej z najbardziej cenionych postaci Karaibów. Oczarowani byli sugestywnymi historiami, które opowiadał - na przykład przerażającą wizją Burnin' and Lootin', w której człowiek, niewinna ofiara stanu wojny i niespokojnych czasów, orientuje się, że jego życie jest w rękach przypadkowych żołnierzy.

Najbardziej zadziwiającą kwestią w karierze Marleya jest jednak fakt, że jego wielbiciele na całym świecie nie musieli wiele wiedzieć na temat zaangażowanych treści w jego muzyce i jej ukrytych znaczeniach oraz roli, jaką w tym wszystkim odgrywał rastafarianizm i tradycyjna jamajska kultura. Jedna z jego najbardziej żywiołowych piosenek, Small Axe, jest niezwykle sugestywnym przykładem mądrości reggae. Pozornie prosta alegoria, w której drwal informuje wielkie drzewo, że niebawem zostanie ścięte, jest tak naprawdę fascynującą, wielowarstwową alegorią, łatwo odczytywaną przez Jamajczyków, nieco mniej jasną dla innych słuchaczy. Small Axe jest nie tylko ostrzeżeniem dla wszystkich agresorów na całym świecie, że ludzie Trzeciego Świata pewnego dnia przytną ich wybujałe ambicje, ale też zuchwałą aluzją do jamajskiego przemysłu płytowego. Piosenka napisana przez Marleya i słynnego producenta z Kingston, Lee Perry'ego, odnosiła się do Big T'ree, rządzącej niepodzielnie na wyspie trójcy fonograficznej - Dynamic, Federal i Studio One. Wizja ścinania drzewa, wraz z wymówką, że dzieje się to na życzenie Pana, stanowi odniesienie do dawnych plantatorskich czasów, kiedy to niewolnicy zmuszeni do wycinania ogromnych drzew bawełnianych, które uważali za święte, kropili ich korzenie rumem i śpiewali im pieśń magiczną. Robili tak, by zapewnić duchy zamieszkujące drzewo, że niewolnik nie jest pomysłodawcą tego zniszczenia, a jedynie wykonawcą woli swojego pana.

Rodacy kochali i wielbili Marleya jeszcze bardziej za to, że tak wiele osób na całym świecie, nie do końca rozumiejąc złożoność jego przesłania, uwielbiało jego płyty i szanowało go jako rewolucyjnego rastamana. Rozumiano podniosłość jego dokonań i szanowano jego mistyczne dzieło. Był szamanem, apostołem samego Jah, strofował grzesznych, groził tym, którzy szkodzą, i docierał do prawdy tajemnym językiem, którego niewprawne ucho nie było w stanie rozszyfrować.

Dla zwykłego słuchacza spoza Jamajki, który nie ma pojęcia, że piosenka cytuje wiejskie przysłowie, odniesienia do karmy, którą są karmione kurczaki w piosence Who the Cap Fit, są całkowicie niezrozumiałe.

Tekst przywołuje obraz farmera, który rzuca zwierzętom ziarno, mówiąc: "Nie nazywaj się kurczakiem tylko dlatego, że jesz moje jedzenie. Nigdy nie mówiłem, że karmię tylko kurczaki!" co znaczy: "Twoje zachowanie świadczy o Tobie, a nie to, co o sobie mówisz".

W tradycji jamajskich przypowieści takie maksymy i przysłowia rzadko są używane w potocznej rozmowie. Zazwyczaj są kierowane przez rodzica do dziecka, przez starszą osobę do młodszej, przez nauczyciela do ucznia, przez mówcę do słuchaczy. W przypowieściach ludowych często pojawiał się zalążek protestów społecznych, gdyż niewolnicy zwykli wykorzystywać potyczki z nadzorcami, by przemycać sprytne porady, np.: "Skop sługę, będzie zalękniony, nakarm go, a ugryzie", co można tłumaczyć jako "Traktuj swego podwładnego źle, a będzie się ciebie bał, traktuj go dobrze, a upomni się o swoje prawa".

Największymi strażnikami jamajskiej tradycji i ludowej mądrości byli czarownicy, znani jako obeahmen (z dialektu twi nazywani obayi - magiczny, czarodziejski) i myalmen (z dialektu hausa, gdzie słowo maye oznacza czarodzieja). Obeah to praktyka wykorzystująca moc duppies - duchów umarłych, aby szkodzić lub pomagać ludziom, a także wywoływać pewne zdarzenia. Myalman ma moc krzyżowania złowrogich planów albo neutralizowania zła za pomocą duppies. W czasach kolonialnych jamajscy niewolnicy obu płci zbierali się w dużych grupach wraz z obeahmenmyalmen, by rzucać urok na swoich prześladowców.

Czarownicy są również postrzegani jako zakulisowi stratedzy wojenni, którzy stymulowali niewolników do najważniejszych buntów, jak na przykład te w parafii St. Mary w latach 1760, 1765 i 1766, gdy tysiące niewolników walczyło w desperacji przeciwko brytyjskim kolonizatorom. Co ważne, były to pierwsze powstania niewolników, które dążyły raczej do ustanowienia nowego porządku niż do odbudowania afrykańskiej przeszłości.

W całym Trzecim Świecie Bob Marley był postrzegany jako współczesny myalmen, który posiadł moc i środki, by walczyć ze złem w sposób teoretyczny i praktyczny. Był, jak sam siebie nazywał, duppy conqueror - pogromcą ducha. Pod koniec lat sześćdziesiątych, po krótkim zatrzymaniu przez policję w Kingston za posiadanie marihuany, nagrał piosenkę Duppy Conqueror. Sparafrazował w niej tradycyjne jamajskie powiedzonko uliczne: "If yuh bullbucker, me duppy conqueror" ("Kiedy mnie atakujecie, jestem pogromcą ducha").

Według wierzeń ludu Akan, od którego pochodzi większość czarnych mieszkańców Jamajki, człowiek posiada trzy rodzaje duszy: duszę życia, przysłaną przez Najwyższego Stwórcę zaraz po narodzeniu, duszę osobowości, która określa jego przeznaczenie, i duszę ducha (duppy - strażnika), która chroni jego świadomość i pozostaje po człowieku, kiedy jego ciało idzie do ziemi, a dusza życia wraca do Boga. Istnieją dobrotliwe i złośliwe duchy, jednak wszystkie budzą lęk z powodu swojej nieprzewidywalności i faktu, że mogą być wyznaczone do groźnych zadań przez moc czarownika obeah.

W trzy dni po śmierci człowieka znad jego grobu unosi się dym. Ten dym to jego duch (duppy), zdolny, podobnie jak pająk Anancy, przybierać różne, zarówno ludzkie, jak i zwierzęce formy. Duch ten jest zdolny do każdego rodzaju wybryku. Posiadając wiele cech istoty żyjącej, może mówić, śmiać się, gwizdać, śpiewać, palić, gotować, a nawet jeździć na koniu lub na ośle, co prawda siedząc z głową do tyłu, trzymając zamiast wodzy ogon zwierzęcia. Żeby zobaczyć duppy, człowiek musi wetrzeć w oko psią łzę i popatrzeć przez lewe ramię. Kiedy duppy jest zesłany na kogoś przez obeahmana, poza wywoływaniem zamieszania może powalić go, spowodować ciężką lub śmiertelną chorobę, a co najgorsze - pozbawić go cienia.

Misją rastafarian było wykorzenienie takich odrażających wierzeń i zastąpienie ich objawieniem Jah Rastafari, Jego Cesarskiej Mości Hajle Sellasjego. Zachęcali przy tym ludzi do palenia dżointów z marihuany (ręcznie zwijanych, o rozmiarze cygara), a także naładowanych zielem wodnych fajek chilums, co - jak mówił Marley - wspomagało "medytacje nad prawdą".

Muzyka Wailersów wykorzystywała język, tradycję i idiomy prostego, wiejskiego ludu Jamajki, by tłumaczyć przesłanie rastafarian. Mówiła o nadejściu najwyższej formy stworzenia, w której nie ma szans żaden fałszywy dogmat, żadne zło, gdzie nie ma złych duchów, czarowników ani nawet samego Screwface - Krzywomordego (jamajscy wieśniacy takim imieniem nazywali szatana). Rastafarianie, najwięksi czarni pariasi, tłumaczyli, że niewola i przebudzenie wygnanego z ojczyzny czarnego człowieka oraz jego walka, by wrócić do Afryki - są duchowym odbiciem drogi każdego człowieka przez cierpienie do zbawienia. Ta podróż odzwierciedla mistyczną wędrówkę duszy życia na ziemi i jej powrotu do Jah. Problem w tym, że dyskusję pomiędzy rastafarianami a ich potencjalnymi wyznawcami nieustannie zakłócały zabobony. Nad rastafarianami ciążyła opinia potencjalnych wyznawców zła, czarowników, którymi straszy się jamajskie dzieci.

Niektórych mieszkańców Jamajki cieszy fakt, że Bob Marley doczekał się uznania, a jego dobry duch opiekuńczy wciąż czuwa nad wyspą jako siła dobra. Inni uważają, że jego odejście to znak nadchodzącego Armagedonu, gdy z ziemi są zabierani najlepsi, siły zła wyznaczają czas porachunków, a Jah wtrąca diabła i jego pomocników do bezdennej otchłani.

W tak niepewnych czasach wielu słabych ludzi wybiera podejrzane ścieżki. Niektórzy wieśniacy na Jamajce twierdzą, że obeahmen wracają na jamajskie cmentarze, rozrzucają na grobach pieprz i terpentynę i wzywają duchy zmarłych krewnych do udziału w tajemnych aktach chaosu i zemsty.

Jednak rastafarianie śmieją się z tych niedorzecznych opowieści i nazywają je bloodclot (pogańskie słowo potępienia, pochodzące od menstruacji lub skrawków szmat, którymi wycierali się niewolnicy po ciężkim pobiciu). Przypominają pełne nadziei słowa Redemption Song Boba Marleya:

 

Starych piratów zgraja

Porwała, sprzedała nas

Chwilę po ucieczce

Z bezkresnego dna.

Lecz me ręce siły pełne,

Pan dał im wielką moc.

W moich braciach wielka siła

I zwycięstwo jest!

Stań tu, śpiewaj tak:

To pieśń wolności,

Wszystko to, co mam:

Odkupienia pieśń,

Odkupienia pieśń.

Wyzwólcie się z mentalnej niewoli,

Sam wolność możesz sobie dać,

Nie bój się atomowych wojen,

Bo nie one zatrzymają czas.

Ilu zginąć ma proroków,

Nim ockniemy wreszcie się?

Bo jest tylko jeden sposób,

By dopisać Księgę tę...

 

W kwietniu 1981 roku Bob Marley został uhonorowany Orderem Zasługi Jamajki, jednym z najwyższych odznaczeń wręczanych w uznaniu za zasługi dla kultury narodowej. Miesiąc później przegrał walkę z rakiem mózgu, wątroby i płuca, a jego ciało złożono w trumnie z brązu w National Heroes Arena w Kingston. Ogolono mu jego wychudzoną twarz, a dready, które stracił z powodu naświetlań, naszyto na perukę i nałożono mu na głowę.

W jednej ręce trzyma teraz Biblię otwartą na Psalmie Dwudziestym Trzecim, drugą składa na swoim wiernym elektrycznym Gibsonie.

Rok wcześniej zagrał w Afryce specjalny koncert dla Zimbabwe. Odkrył wtedy, że jego ostatni singiel, Survival, został bez pardonu nagrany w paru wersjach przez znanych lokalnych artystów, kierowanych szacunkiem, podziwem i rzecz jasna chęcią zysku. Sprzedawał się świetnie od Nigerii po Senegal. Tysiące fanów otaczało go z uwielbieniem, a z ich uśmiechów można było zbudować pomost do Afryki, o jakim zawsze marzyli rastafarianie. Podobne, chociaż nieco bardziej mroczne widowisko rozegrało się podczas jego uroczystości pogrzebowych na National Arena. Dziesiątki tysięcy żałobników - Afrykanów, Amerykanów, Europejczyków, Jamajczyków - zgromadziło się wokół strzeżonej przez uzbrojonych żołnierzy trumny. Z głośników pobrzmiewały utwory nagrane przez lokalnych muzyków w hołdzie Marleyowi.

Jego Eminencja Abouna Yeshaq prowadził oficjalne uroczystości pogrzebowe. Główny gubernator Jamajki, Florizel Glasspole, i lider partii opozycyjnej, Michael Manley, czytali fragmenty Biblii. Szanowny Edward Seaga wychwalał zasługi Roberta Nesty Marleya.

Wailersi zagrali na pogrzebie niektóre kompozycje Marleya, a w chórkach zaśpiewało I-Threes, kobiece trio wokalne, z udziałem Rity Marley. Zagrali też dla niego Melody Makers, grupa czworga dzieci Boba i Rity (Marley uznał wszystkich swoich dziesięciu potomków, których miał z różnymi kobietami, jednak niektórzy jego krewni twierdzą, że miał ich aż dwudziestu dwóch). Jedną z jego ostatnich kompozycji, Coming In From the Cold, zaśpiewała matka Marleya, Cedella.

Trumnę postawiono na ciężarówce i zawieziono powoli do odległej o niemal dwieście kilometrów rodzinnej parafii Marleya, St. Ann (na Jamajce jest czternaście parafii). Tam, w litej skale, rastafarianie wykuli dla niego grobowiec.

Dla człowieka, jakim był Bob Marley, życie i Jah było jednym i tym samym. Postrzegał Jah jako dar od życia, wierzył, że on sam również może być wieczny, że nigdy nie będzie nikogo takiego jak on. Wierzył w wyjątkowość daną przez Jah każdemu mężczyźnie i kobiecie. Ufał, że to, co usiłujemy z tym darem zrobić, to nasz jedyny dar dla niego. Wierzył, że właśnie proces tych starań staje się z czasem czystą prawdą.

Zdarzało się już, że w upadającej lub zniewolonej kulturze pojawiał się ktoś, kto interpretował na nowo stare symbole i wierzenia oraz dodawał im nowego znaczenia. Jednostki często podejmowały się takiego zadania w sposób nieświadomy, za sprawą niezwykłego zmysłu i proroczego daru. Naród często uznawał taką osobę za instrument nowego źródła wiedzy, który wskazuje nowy kierunek i nowy porządek.

Dla Jamajczyków i całego Trzeciego Świata Bob Marley był prorokiem. Twierdził, że tę rolę wyznaczyli mu duchowi wysłannicy, którzy nawiedzili go w snach. Jak opowiadał, bał się odpowiedzialności, ale postanowił wziąć ją na siebie. "Jah podaje rękę każdemu, a mnie wskazał drogę"- wyjaśniał.

Bob Marley - człowiek o wyglądzie wychudzonego lwa, który poruszał się jak pająk i żył jak duch - zmarł pokonany przez niszczącą wewnętrzną siłę. Oto niepokojąca historia o zasłonie, która skrywa czystą wiedzę, o wielkim pędzie do prawdy oraz wszechobecnej magii.

* Po śmierci Boba Bunny Wailer utrzymywał, że to określenie wzięło się od "Tuff Gang" - nazwy bandy, której przewodził Bunny. Marley zapracował na imię Tuff Gong odwagą w ulicznych bójkach. Przezwisko - "Gong" nadano też wczesnemu przywódcy rastafarian, Leonardowi Howellowi. Znaczenie tego przydomku zostało wzmocnione przez zwyczaj, wedle którego wchodząc do domu rastafarian uderzasz w gong wiszący przy drzwiach, aby oznajmić o swoim przybyciu.

rozdział siedemnasty TIME WILL TELL WALKA SPADKOBIERCÓW I NADZIEJA NA PRZYSZŁOŚĆ

rozdział drugi HAJLE SELLASJE ŻYCIE CESARZA I HISTORIA ETIOPII

Dwudziestego trzeciego lipca 1892 roku w Ejarsa Gora, około osiemnastu kilometrów od żyznej krainy Harar, urodziło się dziecko. Przy okrągłym domu o wiklinowym, stożkowym dachu, pośród spalonej na popiół ziemi stał, trzymając straż, szlachetny człowiek o surowej twarzy. Mężczyzna słuchał pierwszych okrzyków dziecka, walczącego o oddech i życie. Miał na sobie czarną tunikę, na jej tle odznaczał się lśniący sztylet w czarnej oprawie. Na biodrach przewiązał pas z nabojami, zatknął za niego pistolet o rękojeści z kości słoniowej. Jego głowę zdobił włoski kapelusz ze sztywnego czarnego filcu.

Z tyłu uzbrojony mężczyzna trzymał wysoko nad głową zakurzoną drogocenną strzelbę swojego pana w szkarłatnej, bawełnianej kaburze. Na zboczu, w pewnym oddaleniu od domu, stali w kręgu żołnierze w galowych mundurach, z naładowanymi karabinami w rękach. Za nimi tłum wieśniaków pogrążył się w modlitwie. Gorące podmuchy znad pustyni przynosiły jeszcze gorętsze modlitwy zemas do chłodnych pokoi w domu.

A w środku, pod czujnym okiem duchownych, ściskających długie malwamiyas (pałeczki modlitewne), lekarze i służba krzątali się wokół matki. Służący szybko, cicho i dyskretnie spełniali wszystkie polecenia. Skupiali na swej pracy wielką uwagę, wiedzieli bowiem, że ich życie zależało od tego, jak obsłużą swoją panią w tej wyjątkowej dla niej chwili, na ostatnim etapie porodu. Byli na granicy paniki. Kiedy dziecko wreszcie przyszło na świat, a jego maleńkie ciałko lekko parowało, niemal nie zauważyli jego pierwszych prychnięć i pojękiwań.

Piskliwe krzyki maleńkiego śniadego chłopczyka wywołały ogromne zamieszanie - wszystkie ręce zajmowały się teraz przygotowaniem dziecka do ojcowskiej wizyty. Podczas kąpieli, nacierania olejkami i tradycyjnego pomazania świętym topionym masłem oczy służących zaszkliły się od łez ulgi. Po chwili uszy wszystkich poraziły salwy z setek karabinów, które rozniosły się ze wzgórza na wzgórze, świętując nadejście Tafari Makonnena, syna gubernatora Ras* Makonnena z Harar, za panowania cesarza Menelika II, oraz żony Makonnena, Woyzaro Yashimabet.

Dziecko to miało być bezpośrednim potomkiem biblijnego króla Salomona z Jeruzalem i królowej Makedy z Saby, z południowej Etiopii. Rzeczywiście, jego drzewo genealogiczne zostało doprowadzone aż do szacownego dziadka Salomona, Jessego. Przez wiele lat kapłani i astrologowie Ras Makonnena przepowiadali te narodziny. W 1399 roku Neptun i Pluton zaczęły powolną wędrówkę w swoim kierunku, obie planety podróżowały wzdłuż linii heliocentrycznej przez czterysta dziewięćdziesiąt trzy lata. W lipcu 1892 roku uaktywniły się inne ciała niebieskie, wpływając w magiczny sposób na znak Lwa, który odpowiadał biblijnemu domowi Judy, czwartego syna Jakuba, urodzonego w tym samym miesiącu.

Mędrcy mówili, że przed narodzinami Tafari Makonnena Etiopię nawiedzi wielka susza, która zacznie się w 1889 roku, mimo że kraj cieszy się dwiema porami deszczowymi. Ewentualny powrót deszczu określi tożsamość i przeznaczenie dziecka, jak to było zapisane u Izajasza: "Albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany, na Jego barkach spoczęła władza. Nazwano Go imieniem: Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju" (Iz 9, 6).

Kiedy przygotowania zostały zakończone, przyprowadzono osiodłanego muła, aby zawiózł Ras Makonnena do odległych o parę kroków drzwi frontowych domu. Makonnen wszedł do środka, wziął na ręce wyjątkowe dziecko i tak, jak wszyscy jego przodkowie z rodu Yashimabet, ofiarował mu szczerą modlitwę w intencji szczęśliwego dzieciństwa. Kapłani odmówili podobne modlitwy, aby odgonić złe duchy i buda - ludzkich agentów złego oka, którzy zamieniają się w nocy w krwiożercze hieny.

Zwyczajowo sztywny i milczący Ras wymamrotał parę słów pocieszenia i uznania w stronę Yashimabet, która podziękowała mu słabym głosem. Następnie odjechał na swoim mule, a jego służba i żołnierze tuż za nim. Skierowali się do miasta Harar, położonego w dolinie. Podczas podróży zatrzymali się na tradycyjny posiłek, złożony z ostrego gulaszu z wołowiny (wat), jedzonego tradycyjnie z chłonącym sos chlebem (injera), popijanego słodkim winem i mocnym piwem (talla).

Kiedy Ras Makonnen dotarł do głównej drogi prowadzącej do Harar, na jego tunikę spadło kilka kropel deszczu. Służący pośpieszyli do swego pana, aby nakryć go czarnym wełnianym płaszczem z kapturem (barnos), tradycyjnie noszonym przez bogaczy podczas letniej pory deszczowej. Zagłębiony w kontemplacji, nie zauważył nawet mżawki ani usłużnych gestów. Zastanawiał się, czy jego dziecko dożyje wieku męskiego. Rozmyślał, dlaczego tylu jego poprzednich potomków zmarło jeszcze w kołysce? Czy jego nasienie było przeklęte przez demona, zara, zesłanego przez czarnoksiężników, by zakpić z jego ambicji? A może przekupieni służący truli dzieci zabójczą kawą? A jeśli syn przetrwa i dorośnie, czy powiedzie mu się lepiej niż ojcu i czy zapewni on cesarską koronę dla rodu Makonnenów? A może wolą Boga jest, żeby doszedł tak wysoko jak ojciec - ale nie dalej - i nauczył ich dumną rodzinę prawdziwej pokory?

Nie było przecież gwarancji, że chłopiec przejmie władzę, nawet jako bezpośredni potomek Jessego i Salomona i praprawnuk króla Sahela Sellasjego, regionalnego władcy prowincji Shoa, który, jak głosiła najświętsza etiopska księga, Kebra Nagast, narzucił swą wolę silnemu ludowi Galla, prowadził negocjacje z zachodnimi monarchami (między innymi z królową Wiktorią) i pielęgnował tradycję, odpowiedzialność oraz chwałę dynastii Salomonidów.

Makonnen wiedział, że w tym kraju wśród ludzi władzy dominowało oszustwo, nieuczciwość i niskie uczynki. Jeśli jego syn przeżyje, to będzie musiał wiele się nauczyć na temat odpowiedzialności szlachetnego pochodzenia i o posłuszeństwie oraz sztuce manipulacji. Mimo że Menelik II był jego ukochanym kuzynem, człowiekiem, któremu obiecał dozgonną wdzięczność, jego żona, cesarzowa Taitu pozostawała knującą żmiją. Nic nie mogło powstrzymać jej przed osadzeniem któregoś ze swoich potomków na tronie po śmierci starzejącego się cesarza.

Deszcz się nasilał. Kiedy gubernator przekroczył wraz ze swym orszakiem bujne granice durra, nagły podmuch silnego wiatru rozgarnął krzewy i wygonił z nich ptactwo, które chowało się przy drodze. Orszak skrył się w gaju mango, aby przetrwać najcięższą ulewę.

Przejeżdżając na mule pod drzewem Ras, pogrążony w rozmyślaniach, sięgnął po dojrzały, czerwony owoc mango. Jego żołnierze zamarli w przerażeniu. Niezwykłe było wśród etiopskiej szlachty, wykonywanie samodzielnie jakiekolwiek czynności, a szczególnie tak prozaicznej, jak zrywanie owoców. Ras Makonnen wgryzł się głęboko w dojrzały owoc, a słodki sok pociekł mu po twarzy. Miał właśnie przełknąć smakowity miąższ, gdy na języku poczuł dziwne drażnienie. Splunął i przyjrzał się owocowi, który trzymał w ręku: z żółtej połówki mango wyłaził wielki szary robak...

Makonnen z obrzydzeniem wyrzucił resztę owocu i znów splunął. Wytarł sobie natychmiast wnętrze ust płaszczem. Silny podmuch wiatru i deszczu odrzucił skrywające ich gałęzie mango, a ciemne jak węgiel niebo przecięła jasna błyskawica. Wtedy do księcia dotarło, że drzewa wołały o pomoc. Ulewa zrywała dojrzałe owoce z ich gałęzi, a burza roznosiła je po całej okolicy.

Susza się skończyła! Makonnen ucieszył się w duchu, ale po chwili na jego twarz powrócił chmurny cień. Faktycznie, tym dziwnym i magicznym narodzinom towarzyszyły znamienne znaki i przepowiednie, jednak wiele z nich przeczyło sobie nawzajem. Nadszedł deszcz, kończyła się susza, ale zepsuty owoc i kościste palce błyskawicy to był zły omen. Makonnen chciał wierzyć bezgranicznie w wypełnienie przepowiedni, jednak nie był w stanie. Chciał przekląć Boga za jego okrutne wahanie. Jednak coś sprawiło, że ugryzł się w język.

Deszcz jeszcze się nasilił i nietrwała zasłona z drzew już im nie wystarczała. Wyprawa ruszyła więc dalej do Harar, a każdy ze służących księcia miał tak samo niepewną minę jak ich pan.

 

Makonnen zadecydował, że młody Tafari będzie korzystał zarówno z tradycyjnego, jak i europejskiego wykształcenia. Taki wybór wydawał się całkowicie niezwykły dla wyizolowanych, etnocentrycznych obywateli Etiopii końca XIX wieku. Obywatele państwa, których przodkowie pochodzili głównie z krajów arabskich, dzielili się na dwie rodziny pod względem językowym - kuszycką i semicką. Galla (lud matki Tafariego) byli najbardziej niezwykli z Kuszytów, a Amharowie z Shoa najbardziej wpływowi z Semitów, z oddzielnym językiem, polityką i religią (autonomicznym ortodoksyjnym Etiopskim Kościołem Chrześcijańskim lub Kościołem Koptyjskim; kiedy Tafari dorósł, ten drugi zyskał w Etiopii dominację).

Tafariego, jako amharskiego szlachcica wychowywano na wypieszczonego młodego księcia, który pewnego dnia miał poślubić szlachciankę (woyzaro) lub utytułowaną damę. Makonnen, który w sprawach państwowych odbywał wiele podróży do Europy (uczestniczył np. w koronacji króla Jerzego VII w Anglii), dzielił przekonanie Menelika, że znajomość europejskiej polityki, handlu i kultury była niezbędna, jeśli Etiopia miała kiedykolwiek obudzić się z feudalnej upadłości i przyłączyć do rodziny nowoczesnych państw. Makonnen wynajął więc francuskiego nauczyciela z Gwadelupy, dr Vitalena, a potem zaprosił Abbę Samuela, Etiopczyka pracującego we francuskiej misji, aby zapewnił jego synowi solidne zachodnie wykształcenie.

Makonnen był również przekonany, że przyszły Ras musi nauczyć się akceptować i doceniać swą niezwykłą godność i wyższość nad poddanymi, którą zapewniało mu pochodzenie z dynastii Salomona. Uważał, że bojaźń wieśniaków i właścicieli ziemskich w obecności królewskiej rodziny była naturalnym i odpowiednim wyrazem szacunku, a także znakiem łaski ze strony Boga. Amharski arystokrata, zasobny w rozległe, nieopodatkowane grunta odziedziczone po przodkach, a także wzbogacony o podarki od cesarza, powinien z wiarą w boskie prawa narzucać surowe zasady zarządcom swoich własności i zatrudniać żołnierzy (Makonnen miał ponad sześć tysięcy żołnierzy w swej prywatnej armii), aby chronić swe włości, a także pobierać opłaty i podatki. Kasta uprzywilejowana powinna troszczyć się o utrzymanie porządku społecznego, opartego na lojalności i wiernym poddaniu swego ludu, okazując jednocześnie taki sam szacunek i oddanie cesarzowi. Makonnen poświęcił całe życie na zgłębianie bolesnej lekcji - "Kto nie potrafi rozpoznać i ujarzmić siły w sobie samym lub w innych, przegra z nią. Kto nie wie, jak ujarzmić swą własną siłę, zostanie przez nią pokonany".

Od samego początku Tafari zdawał sobie sprawę z przedziwnego rozdźwięku pomiędzy entuzjazmem jego ojca do Europy - szczególnie zachwytem nad porządkiem socjalnym i mobilnością zachodniego społeczeństwa - a tradycją amharską, którą niezależnie od tego kultywował, utrzymując w domu sztywne, szlacheckie zasady. W końcu zrozumiał: jego celem było pogodzenie tych sprzecznych elementów w swoim świecie, tak by się nie wykluczały.

Szybko okazało się, że w tych kwestiach pozostanie mu decydować samemu. Jego matka, Yashimabet, zmarła dwa lata po jego urodzeniu, a jego ojciec, kochający, ale wyjątkowo powściągliwy człowiek, większość czasu spędzał na służbowych wyjazdach albo zajmował się sędziowaniem w Hararze. Rozgoryczony samotnością, Tafari nienawidził matkę za to, że go opuściła, podziwiał za to niedostępnego ojca za jego wolność od sentymentalnych związków i zobowiązań. W wielu względach był bardzo podobny do ojca: podobnie jak on przekonany o budujących walorach kulturalnych związków z Zachodem, dzielił jego szacunek i głód władzy, a także jego zimny i powściągliwy temperament. Już jako młody chłopiec Tafari wypracował w sobie osobowość rasowego arystokraty.

Biorąc to pod uwagę, Makonnen wyznaczył swego trzynastoletniego syna na bardzo honorowe stanowisko Dejazmatch, Strażnika Drzwi, w prowincji Harar. Rok później, w 1906 roku, dumny ojciec umarł.

Kiedy nadszedł czas próby, młody Tafari zaczął od sprawdzenia z niezwykłą pewnością siebie, czy wszystkie materialne i polityczne dobra jego zmarłego ojca przechodzą w jego ręce. Następnie wykorzystał swoją niechęć do kobiet, by zmierzyć się z dwiema przeciwniczkami: cesarzową Taitu i jej córką Zauditu.

Taitu zależało na tym, by stanowisko gubernatora po zmarłym ojcu przejął Yelma Makonnen, jego syn z pierwszego małżeństwa. Tafari (syn drugiej żony Makonnena) był wściekły i załamany z powodu zaszczytów, które miały przypaść Yelmie. Zbyt dobrze rozumiał jednak nepotyzm etiopskich polityków, aby nie wiedzieć, dlaczego przyjęto taką strategię: pierwsza żona jego ojca była kuzynką Taitu, a jej schorowany starszy mąż sprzyjał Tafariemu, Taitu zaś zależało na zapewnieniu tronu dla swojej rodziny - to był pierwszy ruch, który miał doprowadzić ją do tego celu.

Kiedy więc Yelma objął gubernię Harar i całą armię, Tafari musiał się zadowolić pomniejszą prowincją Selale, małym i niewiele znaczącym zakątkiem królestwa, znajdującym się na północny zachód od cesarskiego miasta Addis Abeba. Aby go kompletnie zneutralizować, Taitu postanowiła, by Tafari zarządzał prowincją zdalnie, rezydując w pałacu Menelika.

Na przekór wszystkiemu, właśnie ta decyzja okazała się dla niego bardzo korzystna. Zmuszony do życia w atmosferze nieprzerwanej intrygi, walki o tron, Tafari obserwował węże w ich własnym gnieździe i zyskiwał bezcenną wiedzę.

Słabe zdrowie Menelika nieustannie się pogarszało, a w 1908 roku przeżył udar. Tafari, jego ostatni zwolennik, został wysłany nad południowe granice Etiopii na stanowisko gubernatora prowincji Sidamo. Wraz z tą nominacją otrzymał trzy tysiące żołnierzy oraz cyniczne rady babci ze strony matki, Woyzaro Wallaty Giyorgis, która została razem z nim zesłana. Kiedy więc Tafari spokojnie uczył się rządzenia w swoim odległym terytorium, Taitu walczyła zaciekle z kolejnymi spiskami w Addis Abebie.

Rok wcześniej Menelik wyznaczył na następcę swego błyskotliwego dwunastoletniego wnuka, Lij Yasu. Taitu starała się natomiast przeforsować kandydaturę jednej z córek Menelika, Zauditu, bardziej podatnej na wpływy. W tym czasie zmarł brat przyrodni Tafariego, Yelma, i zarząd nad Hararem pozostał wolny. W 1910 roku, wzmacniając swą polityczną siłę i jednocząc się z innymi książętami, Tafari odzyskał dziedziczne stanowisko. Wspierany przez nowych towarzyszy posuwał się dalej i otoczył wojskiem pałac cesarski. Poinformował wtedy uprzejmie, ale jednoznacznie Taitu, że od tego momentu jej obowiązki na dworze ograniczą się do pielęgnowania sparaliżowanego Menelika, a władza zostanie na pewien czas przekazana sprzyjającemu Tafariemu, Ras Tasammie.

Na tamten moment tak odważne ruchy wystarczyły, jednak w 1911 roku Tasamma zmarł i Lij Yasu zaczął znów intensywnie starać się o tron. W 1913 roku Menelik oddał w końcu władzę, natomiast Lij Yasu nie mógł być koronowany, ponieważ odważył się sprzeciwić wielkiej władzy Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego i przeszedł na islam. Kościół i możnowładcy Shoan walczyli długo, aby zdyskredytować Yasu i w 1917 roku postanowili nominować na cesarzową Zauditu.

Kiedy marionetkowa cesarzowa znalazła się w politycznych tarapatach, wyznawcy islamu prowadzeni przez wydziedziczonego Lij Yasu starali się podważyć trzechtysiącletnie dziedzictwo Salomona. Jednak dwudziestopięcioletni Tafari, który w uznaniu lojalności nazywany był od tego czasu przez kościół Ras, przeczekał panowanie Zauditu i został mianowany na następcę tronu. Niezwykle przystojny, wyjątkowo wyrafinowany w mowie i dostojny, wydawał się idealnym kandydatem kościoła i frakcji Shoan. Był bliski spełnienia swego celu. Przez następne trzynaście lat Tafari starał się wzmocnić swą polityczną siłę.

Zgromadził sztab wiernych współpracowników i obsadził ich na stanowiskach w Addis Abebie. Wprowadził biurokrację w stylu europejskim, sprowadzał doradców i urzędników z Zachodu. W 1923 roku wprowadził Etiopię do Zgromadzenia Narodów Zjednoczonych. Wraz z niezwykłą świtą, w skład której wchodziły zebry i lwy, odbywał wiele zagranicznych podróży. Stał się postacią utożsamianą na międzynarodowej scenie z egzotyczną, enigmatyczną Etiopią. Kiedy zaś wracał z takich podróży, do cesarskiego pałacu wiózł go europejską limuzyną szofer - co było taką samą rzadkością w Etiopii, jak widok lwa na Zachodzie.

W tym czasie wytropił i ukarał swoich wrogów. Zdetronizowany Lij Yasu został schwytany w 1921 roku i wtrącony do więzienia, gdzie specjalnie dla niego Tafari kazał wykuć złote łańcuchy. Yasu był dobrze karmiony i pozwalano mu na kontakty z konkubinami w dowolnym czasie. Rzeczywiście mógł mieć wszystko, co zechce; musiał jedynie pozostawać w zamknięciu. Pozostawał w takiej luksusowej niewoli przez dwanaście lat, aż do śmierci.

W 1926 roku Habte Giorgis, minister wojny, który sprzeciwiał się szybkim awansom Ras Tafariego, zmarł z przyczyn naturalnych - przynajmniej tak twierdzono. Ras Tafari szybko skonfiskował jego prywatne włości i zapewnił sobie dowództwo nad jego szesnastotysięczną armią, którą zatrudnił do walki przeciwko ostatnim poplecznikom cesarzowej Zauditu. "Skrada się jak mysz, ale ma szczęki lwa" - komentowali jego poczynania w tym roku inni szlachetnie urodzeni.

Ras Tafari stał się najbardziej wpływowym człowiekiem Etiopii i nalegał, aby Zauditu koronowała go na negusa (króla). Groził, że jeśli ośmieli się sama tego nie zrobić, ściągnie ją z tronu. Próbując po raz ostatni pokrzyżować mu plany, Zauditu wysłała wielką armię swojego męża przeciwko siłom Tafariego, jednak armia została pokonana, a mąż zginął. Drugiego kwietnia 1930 roku, dwa dni po zwycięstwie Tafariego, w okolicznościach, które do dziś pozostają niewyjaśnione, umarła cesarzowa Zauditu.

Lud Etiopii mógł być pewien jednego: wbrew wszelkim przeszkodom, szczupły, pozornie delikatny mężczyzna, o wzroście około stu sześćdziesięciu czterech centymetrów, który rzadko podnosił głos, człowiek bez mocnych powiązań, które ułatwiłyby mu polityczny sukces i bez wpływowych rodziców, których stracił dwadzieścia lat wcześniej, w niezwykły sposób podołał wyzwaniu, przechytrzył i w końcu pokonał wszystkich swoich przeciwników.

W Addis Abebie wybuchły plotki, że nawet bliscy i zaufani doradcy Ras Tafariego boją się go panicznie. Mówiono, że obawiają się podać mu rękę albo spojrzeć prosto w oczy. Jego nieprzenikniona twarz, ostro zakończony nos, gęsta broda i świdrujące, niemal czarne oczy w oprawie gęstych, nieposkromionych włosów robiły swoje.

Wielu jego rodaków przypominało sobie biblijną przepowiednię o tym, że po zakończeniu ostatniej wojny Król Królów z rodu Jessego, człowiek, którego oczy będą jak żywe pochodnie, a włosy jak żywa wełna, który będzie miał czarne stopy jak topiony mosiądz, zostanie ukoronowany w kraju Dawida. Taki władca pokona śmierć, a gdy nadejdzie czas Sądu Ostatecznego, obali tron Babilonu, pokona wszystkich pretendentów do tymczasowej władzy i ich zwolenników strąci w otchłań.

O dzieciństwie Tafariego zaczęły krążyć niesamowite opowieści - najdziwniejsze z nich o jego prawdopodobnej umiejętności rozmowy ze zwierzętami. Jak twierdzono, w młodości wielokrotnie był widywany w buszu z leopardami i lwami. Dzikie bestie łagodniały u jego stóp, tak jak posłusznie słuchały przed wiekami osławionego etiopskiego mnicha, świętego Abbo. Opowiadano też, że jako uczeń był bardzo zdolny i błyskotliwy, jednak najbardziej zaskakiwał księży głębią swojej wiedzy dotyczącej spraw religijnych i mistycznych.

Cytował nie tylko dowolne fragmenty Kebra Nagast, ale także Księgę Kufale, Księgę Enocha, Pasterza Hermana, Judyty, Eklezjastesa, Tobiasza, Matshafa Berhan (Księgę Światła), Szóstą i Siódmą Księgę Mojżesza, Księgi Edenu (potajemnie odłączone od Księgi Rodzaju w zamierzchłych czasach), wszystkie trzydzieści jeden ksiąg hebrajskiej Biblii, dwadzieścia jeden ksiąg kanonicznych Nowego Testamentu i wiele innych apokryfów i prac duchowych.

Według pewnej opowieści niedługo po śmierci ojca Tafariego odwiedził go lokalny duchowny, by zapytać, jak zdobył tak rozległą wiedzę. Tafari powiedział, że większość tej wiedzy dotarła do niego w momencie chrztu, przeprowadzonego według tradycji w czterdziestym dniu jego życia. Kapłan, który przewodził ceremonii, otworzył oczy Tafariego pierwszym dotknięciem świętego chrztu i wszystko, co się potem działo, było zrozumiałe dla niemowlęcia tak, jak dla osoby dorosłej. Pamięta, że kapłan wymówił jego imię, a potem podał jego drugie imię z chrztu. Następnie delikatnie dmuchnął mu w twarz, aby odpędzić złe duchy. Tafari twierdził, iż w tym momencie poczuł, że spowija go złota fala, a kiedy kapłan skropił go święconą wodą, dotykając jego czoła, piersi, ramion i wszystkich innych tradycyjnie opisanych trzydziestu siedmiu miejsc, poczuł, jak wzrasta w nim wiedza, która napełnia go jak krew i tworzy w nim poczucie zrozumienia wielkiej tajemnicy Stworzenia - ostatecznego celu każdego człowieka.

Jednak w następnych tygodniach wiedza i to specyficzne poczucie oświecenia zaczęło zanikać.

- A kiedy powróciło? - zapytał ksiądz.

- Kiedy ptaki, zwierzęta, a nawet owady zaczęły go pozdrawiać i mówić do niego, przypominając mu to, co już wiedział - odpowiedział Tafari.

- Jakie zwierzę przemówiło do niego jako pierwsze?

Tafari poprosił o kartkę papieru, pastele i z niezwykłą łatwością zaczął malować ptaka, który przypominał gołębia z egzotycznymi, niezwykle kolorowymi piórami. Duchowny właśnie miał pytać Tafariego, jaki to ptak, kiedy ku jego zdumieniu gołąb sfrunął z kartki i wyleciał przez najbliższe okno, znikając w błękicie nieba.

Wieści o niezwykłym synu gubernatora rozeszły się szybko, choć dyskretnie, wśród liqe kahnat (najważniejszych duchownych) w prowincji. Podobno zorganizowali wiele potajemnych spotkań, aby zadać mu różne pytania, a także złapać go na jakimś bluźnierczym lub pogańskim uczynku.

Podczas jednego z takich spotkań chłopak jasno powiedział, że miał styczność z tajnymi manuskryptami Abby Aragawi i innych koptyjskich mnichów, znanych jako "Dziewięciu Świętych", którzy przybyli do Etiopii w 480 roku n.e. i założyli tam pierwsze klasztory w prowincji Tigre. Przyznał również, że zetknął się z okultystycznym zastosowaniem urim i tummim oraz mezuzah, a także wykorzystaniem magicznych słów gematrianotarikon w egipskiej nekromancji oraz z magicznymi imionami Adonai, El i Elohi. Wykazywał wiedzę kabalistycznych doktryn, pism Gilgamesza, pogańskich rytuałów bogini Isis, węża Arwe i abisyńskich bogów ziemi (Meder), morza (Beher) i wojny (Mahrem), a także tajemnic astronomii i numerologii. Co jednak najważniejsze, Tafari wykazał się przed duchownymi zrozumieniem podstawowych przesłań Egipskiej Księgi Umarłych i Egipskiej Księgi Dwóch Dróg.

W starożytnym egipskim lub koptyjskim języku słowo określające maga brzmiało "pisarz Domu Życia". Tak określani ludzie znani byli ze swojej ogłady, mądrości, działania bez pokrętnych celów, a umiejętność odczyniania złych energii, której spodziewali się po nich inni, była częścią ich codzienności. Istniały jednak pewne formalne rytuały, zarezerwowane jedynie na potrzeby najpoważniejszych ceremonii, między innymi Heb-Sed Festiwal, podczas którego faraon sprawujący trzydzieści lat władzę podróżował do Sakkarah, trzydzieści mil od wielkich piramid. Tam, w świętym miejscu, otoczonym ogromnymi budowlami, starzejący się faraon skakał, biegał, siłował się, tańczył i nagle stawał się cudownie odmłodzony, łapiąc młodzieńczy wigor. Istniał też ceremoniał znany jako "tłuczenie czerwonych dzbanów", w którym czerwone gliniane misy z Teb i ludzkie figurki z Sakkarah były rozbijane w skrupulatny sposób, aby osłabić lub nawet zniszczyć wrogów władcy.

Rytuały te były przeprowadzane pod nadzorem doświadczonych koptyjskich magów, tych samych, którzy wcześniej na prośbę faraonów wykorzystywali magiczną moc przeciwko Mojżeszowi i Aaronowi w magicznym pojedynku. Pojedynek był sprawdzianem na to, czy faktycznie mieli bezpośredni kontakt ze słowami Boga, gdy prosili, by Egipcjanie puścili wolno Izraelitów. Egipcjanie wierzyli, że przy odpowiednich zaklęciach, odmówionych w Domu Życia, możliwości magii są nieograniczone.

U podstaw magii zawsze leżało słowo. Wypowiedzenie lub zapisanie odpowiedniego słowa sprawiało, że rzeczy zaczynały się dziać. W Egipcie nazwy miały niezwykłe znaczenie. Wielu Egipcjan nosiło różne imiona, wśród których tylko jedno było ich prawdziwym imieniem. Jeśli było to możliwe, nigdy nie zdradzali go innym. Zaklęcia mogły działać jedynie wtedy, niezależnie od tego, jak pieczołowicie je przygotowywano, gdy były kierowane do osoby pod jej prawdziwym imieniem. O ludziach tak potężnych jak faraon mówiono, że tylko matka zna ich prawdziwe imię.

Tafari powiedział duchownym, że nikt nie znał jego prawdziwego imienia. Pewnego dnia stary opat (abmnet) spytał Tafariego, czy może obejrzeć jego dłoń. Opowiadał potem, że na dłoni miał stygmaty, a jego linia życia zataczała krąg wokół własnej osi, układając się w znak nieskończoności. Tafari szepnął duchownemu coś do ucha i starszy człowiek natychmiast pobladł. Wyszedł z pokoju zszokowany i nie chciał już do niego wrócić ani z nikim rozmawiać.

Tafari zakończył swoje spotkania z duchownymi i naukowcami opowiadając im historię króla Salomona z Jeruzalem, który przyszedł zabiegać o względy królowej Makedy z Saby, tak jakby sam był świadkiem tych wydarzeń. Podobno duchowni słuchali oniemiali przez wiele godzin, ani razu nie przerywając jego opowieści, zdumieni niezwykłą znajomością starych dziejów, jaką zaprezentował młodzieniec.

Chłopak mówił wolno, starając się nie uronić żadnego szczegółu. Opisywał wschód słońca tego dnia, pogodę, jaka wtedy panowała, otaczające scenerię budynki, wystrój wnętrz w pałacach i domach niewolników, drażniący, nie do zniesienia kurz w miastach i fale gorąca, napływające z rozległej pustyni późnym popołudniem. Opisywał stroje, sposób mówienia, zachowania, a nawet dietę czcigodnych postaci, pojawiających się w jego opowieści. Szczególną uwagę zwracał na opis emocji, powoli odsłaniał złożone szczegóły kolejnych wydarzeń - wszystko to stanowiło niezwykle zajmującą historię.

Tafari wyjaśnił, że zachwycająca i bogata królowa Makeda usłyszała o wspaniałym królu Salomonie od etiopskiego kupca, księcia Tamrina, który posiadał niemal czterysta statków i karawan oraz pięćset wielbłądów. Po powrocie z podróży handlowej do Jeruzalem, dokąd zawiózł hebrajskiemu królowi spore ilości kości słoniowej, czerwonego złota i szafirów, Tamrin opowiedział królowej o jego wspaniałych świątyniach i pałacach, a także o jego dobroci i sprawiedliwości, którą wsławił się sądząc poddanych.

Zafascynowana królowa postanowiła odwiedzić wielkiego króla i przygotowała wyprawę. Tamrin stanął na jej czele jako kapitan, przewodząc karawanie ośmiuset obładowanych wielbłądów i ogromnej liczbie służących. Kiedy przybyli do Jeruzalem, królowa została powitana w pałacach przez Salomona, który oczarował ją gościnnością i zachwycił swą mądrością. Salomon namówił ją, by porzuciła wiarę w Słońce stała się wyznawczynią prawdziwego Boga, Boga Izraela, którego imienia nigdy nie można wymawiać.

Kiedy w końcu królowa dziewica oświadczyła, że zamierza zawieźć całą tę wiedzę do swojego ludu, Salomon, zakochany w Makedzie, przekonał ją, żeby została u niego jeszcze przez jakiś czas i uzupełniła nauki. Ostatniego wieczoru w pałacu odbył się pożegnalny bankiet o niebywałym splendorze, po którym Salomon poprosił, aby spędzili razem noc. Królowa odmówiła, błagając, by przysiągł, że nie weźmie jej siłą. Zgodził się pod warunkiem, że i ona niczego więcej już od niego nie weźmie. Salomon zaspokoił swoją żądzę z niewolnicą. Jednak nocą królowa wstała, by napić się wody ze zbiornika w swojej sypialni. Salomon obserwował jej poczynania, udając, że śpi. Kiedy Makeda zaspokoiła pragnienie, podszedł do niej i oznajmił, że złamała przysięgę, biorąc sobie tak drogocenną w tym pustynnym kraju wodę. Nie miała więc wyboru - musiała mu ulec.

Następnego ranka Salomon dał jej pierścień, na którym wygrawerowano pieczęć Lwa Judy, polecając, by przekazała go swojemu pierworodnemu synowi. Kiedy chłopiec podrośnie, miała wysłać go do niego na nauki. Podczas długiej podróży do Etiopii Makeda urodziła synka imieniem Ebna Hakim, co znaczyło Syn Mądrego Człowieka.

Dorastając w Sebie, Ebna był obiektem docinków kolegów ze względu na swe pozamałżeńskie pochodzenie. Jako nastolatek miał już dość dokuczania i przykrości. Zły i zagubiony, zdobył się wreszcie na odwagę, której mu wcześniej brakowało, i zapytał matkę o swojego nieznanego ojca. Ona z radością opowiedziała mu o Salomonie i podarowała mu jego pierścień.

Elegancki i prosty pierścień nie przypominał żadnego z pierścieni, które Ebna wcześniej widział. Najpierw opierał się, kiedy Makeda nalegała, by włożył go na palec, ale w końcu sam po niego sięgnął. Poczuł jego silne działanie, jakby opanowała go dziwna, płonąca energia. Nie chciał, by matka zauważyła jego emocje, starał się opanować niepokój, jednak nie mógł poskromić wzburzenia i strasznie trzęsły mu się ręce. Z rumieńcami na twarzy, spocony, zerwał pierścień z palca i chciał oddać go Makedzie. Królowa odmówiła. "To pierścień mężczyzny i dar króla" - powiedziała synowi, a potem wysłała go do ojca na nauki.

Kiedy Ebna stanął przed królem, początkowo ku swej rozpaczy i zdumieniu został odrzucony, ponieważ Salomon uznał go za oszusta. "Poznałbym swojego syna - zagrzmiał - ponieważ nosiłby mój pierścień!" Ebna zawstydzony pokazał mu pierścień, a gniew jego ojca zmienił się w smutek. "Boisz się jego mocy! - powiedział Salomon. - A jego moc pochodzi od ciebie. Musisz nauczyć się stawiać czoła przeznaczeniu".

Ebna spędził wiele szczęśliwych lat na dworze Salomona, ale w końcu zdecydował, że powróci w góry do kraju swojej matki. Król, rozczarowany utratą następcy (ponieważ Rehoboam, najstarszy jego syn, był lekkoduchem), pozwolił mu na wyjazd pod warunkiem, że weźmie ze sobą najzdolniejszych synów jego prywatnych doradców, aby nauczali prawa hebrajskiego w Etiopii. Ebna nie miał nic przeciwko temu, jednak doradcy i ich synowie sprzeciwili się temu planowi. Uważali, że znajdą się poza zasięgiem boskiej łaski i ochrony, jeśli opuszczą Izrael.

Rozzłoszczony ich niesubordynacją Salomon zesłał młodych buntowników na święte wygnanie. Poddali się, ale obiecali zemstę. Azariaz (znany jako Eleazar), syn duchownego Zadoka, uknuł plan, by wykraść Arkę Przymierza i wywieźć ją do Etiopii.

Kiedy Salomon zdał sobie sprawę z tego, co się wydarzyło, wysłał żołnierzy, by zatrzymali karawany. Jahwe, rozgniewany rozpasaniem i próżnością Salomona, oszołomił jeźdźców królewskiej gwardii, a podróżnikom pomógł przemieścić się tak szybko, że przybyli na miejsce całe miesiące wcześniej, niż planowali.

"W ten sposób, za błogosławieństwem Jahwe, Arka znalazła nowy, stały dom w Etiopii" - wyjaśnił duchownym Tafari pod koniec swego monologu. Ebna, z pierścieniem Salomona na palcu, ogłosił się cesarzem, przyjmując imię Menelika.

Duchowni, początkowo onieśmieleni siłą i pięknem opowieści Tafariego, stopniowo zaczęli mu zazdrościć i z podejrzliwością zastanawiali się nad mnogością detali, w które młodzieniec ubrał biblijne opowieści. Zażądali, by przedstawił im źródła tych informacji.

Zamiast odpowiedzieć na to pytanie, Tafari zwrócił się do mnicha, który służył w katedrze Axum, gdzie przechowywano Arkę. (Zdarzenie to opowiadali mnisi z Axum w wywiadzie dla "New Jork Timesa" z 27 stycznia 1998 roku). Tafari opisał mu w najmniejszych detalach kedusta kedussan, najświętsze miejsce w tajemnej części świątyni, gdzie trzymany jest tabbot - Arka. Zacytował zapisane na niej napisy. Mnich, bliski omdlenia zakrył podobno uszy, by nie słyszeć tych bluźnierczych rewelacji, podawanych przez Tafariego. Reszta mnichów rozbiegła się w popłochu.

Później zawarli pomiędzy sobą tajemny pakt, aby zapobiec w każdy możliwy sposób temu, by młody Tafari doszedł w ich kraju do władzy. Był zbyt niebezpieczny, niebezpieczny ponad wszelką miarę.

 

Opowieści o spotkaniach Tafariego z duchownymi, o jego tajemnej wiedzy i niezwykłej mocy rozchodziły się po Etiopii jak pożoga. W listopadzie 1930 roku kraj szykował się do zaprzysiężenia i koronacji Tafariego, co miało być największym i najbardziej podniosłym wydarzeniem Afryki.

Narodowym prawem każdy lew, który przebywał na terenie tego kraju, należał do cesarza, Zwycięskiego Lwa Plemienia Judy. Na parę miesięcy przed koronacją przewieziono do Londynu zwoje lwiej skóry, aby tam, u krawca na Bond Street, uszyć z nich cesarskie szaty. Wysłannicy Tafariego zakupili w Europie złoto i klejnoty warte milion dolarów. Wysłano je również do Londynu, gdzie miały zostać oprawione w dwóch cesarskich koronach, przedstawiających pieczęć Salomona i herb Lwa Judy. Korona miała być gotowa i dostarczona do Addis Abeby w czasie wystarczającym na to, by koptyjscy duchowni modlili się nad nią przez zwyczajowe dwadzieścia jeden dni przed koronacją. Aby zapewnić cesarzowi i cesarzowej transport, wynajęto z Niemiec karocę cesarza Wilhelma II, a także śnieżnobiałe habsburskie ogiery oraz austriackiego koniuszego, którego zatrudniał wcześniej cesarz Franciszek Józef.

W Addis Abebie zbudowano nowe i poszerzono istniejące drogi. Postawiono wiele nowych budynków, pomników, sklepionych przejazdów i monumentów, które upamiętniać miały tę okazję, zaplanowaną na drugiego listopada. Wysłano zaproszenia do dygnitarzy na całym świecie, a goście zaczęli zjeżdżać się już w połowie października. Przypływali statkami do portu w Dżibuti w Zatoce Adeńskiej, w ówcześnie francuskiej Somalii, a kolejne tysiąc dwieście pięćdziesiąt kilometrów do górzystego środka Etiopii przebywali koleją, zbudowaną specjalnie dla nich. Pod koniec miesiąca przybył Isaburo Yoshida z Japonii, marszałek Franchet d'Esperey z Francji, admirał książe Udine z Włoch, z Grecji książe P. Metaxas, baron H.K.C. Bildt ze Szwecji, Muhammad Tawfiq Nasim Pasha z Egiptu i brytyjski książe Gloucester, który przybył z jednotonowym ciastem weselnym. Niemiecki prezydent von Hindenburg przesłał pięćset butelek wyśmienitego czerwonego reńskiego wina, a francuski rząd użyczył swego samolotu. Specjalny wysłannik amerykańskiego prezydenta Herberta Hoovera, Herman Murray Jacoby, wywołał największe emocje - poza podpisanymi i pięknie oprawionymi portretami prezydenta, przywiózł cały komplet nieoficjalnych prezentów, a wśród nich lodówkę elektryczną, czerwoną maszynę do pisania ozdobioną cesarskim godłem, konsolę złożoną z adapteru i radia, setkę płyt z amerykańską muzyką (tzw. Składankę prezydenta Hoovera), sadzonki amarylisu wyhodowane przez amerykański departament rolnictwa, oprawione roczniki "National Geografic", między innymi z reportażami z Abisynii, a także kopie trzech filmów: Ben Hur, Król królówZ ptakami na biegunie południowym.

W dniu poprzedzającym koronację odbyły się uroczystości odsłonięcia pomnika Menelika II przed katedrą św. Jerzego, w której odbywało się całonocne czuwanie przed ceremonią. Negus Ras Tafari i jego żona Woyzaro Menen modlili się wspólnie z odświętnie ubranymi duchownymi, którzy tańczyli, bili w bębny przy dźwiękach harf, lir, tamburynów, czyneli i jednostrunowej masanko. Co pewien czas pachnąca kadzidłami świątynia rozbrzmiewała głosami rytmicznego klaskania żeńskiego chóru, które towarzyszyło hymnom. Na zewnątrz, na stopniach świątyni, szlachcice i dyplomaci stali ze świecami w rękach.

O mglistym poranku w niedzielę 2 listopada 1930 roku, przed siódmą rano, większość z siedmiuset oficjalnych gości zajęła miejsca w luksusowo udekorowanym zachodnim skrzydle katedry. Ubrani w lwie skóry afrykańscy feudałowie siedzieli ramię w ramię z zachodnimi dygnitarzami w mundurach. Tuż po siódmej trzydzieści ogromne wrota najświętszej ze świętych katedr otworzyły się i weszła przez nie setka śpiewających kapłanów, za nimi zaś ubrany w białą jedwabną świąteczną szatę kroczył Negus. Podszedł do dekorowanego złotem baldachimu na środku świątyni i lekko usiadł na swoim czerwono-złotym tronie. Liturgia amharska odprawiona została przez Abuna Kyrila, arcybiskupa Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego, któremu asystował koptyjski patriarcha Aleksandrii.

Jego wysokość powstał, by złożyć przysięgę posłuszeństwa Kościołowi i narodowi. Obiecał przedkładać dobro swoich poddanych nad wszelkie własne potrzeby. Podczas składania kolejnych deklaracji otrzymywał symbole swej cesarskiej władzy: insygnia królewskie, szkarłatne i wyszywane złotem szaty, wysadzaną klejnotami szablę, berło i cesarskie jabłko, pierścień Salomona, dwa diamentowe pierścienie i dwa złote lancety. Podszedł Abuna do niego i powtarzając wersy, które datowały się z czasów koronacji Dawida przez Samuela i Salomona przez Natana i Zadoka, natarł skroń Tafariego olejem i koronował go jako Hajle Sellasjego I, Siłę Świętej Trójcy, dwieście dwudziestego piątego cesarza dynastii Salomona, Wybrańca Boga, Pana Panów, Króla Królów, Zwycięskiego Lwa Plemienia Judy. Abuna zakończył ten rytuał błogosławieństwem: "Bóg może sprawić, by ta korona była koroną świętą i pełną chwały. Dzięki łasce i błogosławieństwu, które Ci podarowaliśmy, możesz mieć niezachwianą wiarę i czyste serce i możesz odziedziczyć tę koronę na wieki. Niech tak będzie".

Kiedy najstarszy syn Sellasjego, koronowany książe Asfa Wossen, ukląkł przed cesarzem w geście najgłębszego szacunku, przed katedrą zagrzmiała salwa ze stu jeden dział. Przez następne dni w Addis Abebie i innych częściach cesarstwa odbywały się uroczystości i zabawa, w którą włączyli się zarówno wieśniacy, jak i mieszkańcy miast, którzy nie mieli dostępu do uroczystości koronacyjnych i najbliższych okolic katedry. Korespondenci prasowi z całego świata dokładnie opisywali wszystkie wydarzenia.

W Afryce Sellasje został okrzyknięty największym współczesnym monarchą i symbolem wielkiego potencjału tego kontynentu. Mieszkańcy Harlemu w Stanach Zjednoczonych opanowali sale kinowe, aby oglądać doniesienia kroniki na temat tych wydarzeń. Na Karaibach i w innych zachodnich krajach koronacja Sellasjego odczytywana była jako żywy dowód dla wszystkich kolorowych, że oto spełnia się przepowiednia Garveya dotycząca powrotu do Afryki i że nadzieje rastafarian na dzień Odkupienia są bliższe realizacji.

Dla zwolenników Garveya Hajle Sellasje I stał się największym bohaterem. Dla rastafarian był on żyjącym Bogiem Abrahama i Izaaka, którego imienia nie można wymawiać.

Wkrótce po koronacji Sellasje zapoczątkował kampanię wprowadzania instytucji demokratycznych i wyprowadzania Etiopii z jej feudalnej przeszłości. Nowa konstytucja, przyjęta w 1931 roku, zmieniła status dwudziestosześciomilionowej ludności Etiopii z poddanych możnowładców na obywateli cesarstwa.

Podejmując wysiłek, by wprowadzić ubogie, w większości wiejskie społeczeństwo analfabetów w dwudziesty wiek, stworzono system szkół średnich i podstawowych. Przestarzały system własności ziemskiej został zreformowany, zniesiono niewolnictwo. Wzmocniono służby publiczne, zbudowano więcej dróg i zainicjowano inne publiczne projekty. Jednak w kraju o powierzchni ośmiuset czterdziestu pięciu tysięcy kilometrów kwadratowych, którego podzielone na plemiona społeczeństwo mówiło w ponad dwóch tysiącach różnych języków i dialektów, postęp nie odbywał się w szybkim tempie.

Złowieszczy cień faszyzmu, który zawisł w latach trzydziestych XX wieku nad Europą, nagle zagroził również Etiopii. W 1934 roku Benito Mussolini postanowił rozszerzyć kolonialne wpływy w Afryce poza Erytreę i Somalię. Sellasje zwrócił się o pomoc do Ligi Narodów, jednak jego apel został zignorowany. W październiku 1935 roku Etiopia została zaatakowana. Niedługo potem uległa Addis Abeba, a w 1936 roku Sellasje skorzystał z azylu - przez Jeruzalem, gdzie odbył modły, wyjechał do Wielkiej Brytanii. W czerwcu tego samego roku wygłosił w Lidze Narodów w Genewie płomienne i pełne godności przemówienie, oskarżając delegatów o tchórzostwo. "Bóg i historia zapamiętają wasz wybór - powiedział. - Dziś chodzi o nas. Jutro być może wasza kolej".

W maju 1940 roku Winston Churchill wyzwolił cesarza z trosk. Włochy formalnie przystąpiły do II wojny światowej jako wrogowie Wielkiej Brytanii. Brytyjskie siły pomogły cesarzowi przedostać się bez rozgłosu do Chartumu i Sellasje wkrótce zorganizował na pustyniach Sudanu własną armię. W pięć lat po przejęciu miasta przez Włochów, 5 maja 1941 roku cesarz z triumfem wkroczył do Addis Abeby. Pragnąc kontynuować swe reformy i wprowadzać nowoczesność, zbudował dwieście nowych szkół, a także próbował ożywić niemrawą gospodarkę, otwierając nowy port na wybrzeżu Morza Czerwonego.

Sellasje ustanowił w 1955 roku nową konstytucję, która gwarantowała głosowanie powszechne i takie same prawa dla wszystkich, którzy znaleźli się pod jego jurysdykcją. Dokument zawierał jednak kluczowe sformułowanie: "Z racji Jego Cesarskiej Krwi, a także otrzymanego przez Niego namaszczenia, osoba Cesarza jest Święta. Jego godność jest niezaprzeczalna, a Jego moc nie do pokonania".

Pięć lat później, kiedy Sellasje odbywał oficjalną wizytę w Brazylii, odbyła się pałacowa próba przejęcia władzy, inspirowana przez jego syna, koronowanego księcia Asfę Wossena.

Cesarz wrócił, by stłumić bunt i powiesić jego przywódcę, szefa cesarskiej ochrony. Księcia puszczono wolno, co było aktem łaski przypominającym łagodne potraktowanie pokonanych oddziałów włoskich w 1942 roku Sellasje po raz pierwszy poczuł mroźny polityczny wiatr, który zaburzył spokój w jego królestwie.

Podstawowym celem przewrotu miało być ustanowienie nowego reżimu, który przyśpieszyłby rozwój socjalny i ekonomiczny. Sellasje zaczął regularnie zwracać się w radiowych mowach do narodu, w których informował swoich rodaków o najnowszych programach działania i polityce. W opinii społecznej działania te następowały rzadko i za późno. Na początku lat siedemdziesiątych mała grupka etiopskiej elity intelektualnej zaczęła nabierać coraz większego znaczenia. Działo się to w czasie, gdy tak zwany Róg Afryki stawał się jednym z najbardziej strategicznie ważnych i politycznie niepewnych regionów świata. Stany Zjednoczone wysłały pomoc wojskową, by wzmocnić etiopską armię, a Związek Radziecki przesunął tymczasem swe siły do odwiecznego wroga Etiopii, Somalii, i wspierał walkę secesjonistów w Erytreii.

W tym czasie wśród społeczeństwa rosło wielkie niezadowolenie, spowodowane skrajnie podłymi warunkami życia i wciąż rosnącymi cenami. Kiedy w 1973 roku susza w dwóch północnych prowincjach spowodowała śmierć około stu tysięcy osób, niezadowolenie i wściekłość na nieudolność rządu wzrosły jeszcze bardziej. Armia złożona z wieśniaków domagała się podwyżek, rozwścieczona stylem życia cesarza, który żył w przepychu wśród skrajnej biedy i rzekomo przemycał do banków w Szwajcarii miliardy dolarów (czego nigdy mu nie udowodniono).

Siły rewolucyjne zjednoczyły się i w deszczowy czwartkowy poranek 12 września 1974 roku zapukały do bram cesarskiego pałacu. Mijał właśnie tydzień ponurej i wilgotnej pogody, wypełniony dla cesarza śledzeniem telewizyjnych raportów z aresztowań jego ministrów i przyjaciół. Paru krewnych uciekło przed rewolucyjnym gniewem, a w szpitalu w Szwajcarii książe Asfa Wossen dochodził do zdrowia po wylewie. Większość klanu Makonnenów i ich otoczenia siedziała w więzieniu lub została stracona.

O wyznaczonej godzinie cesarz ubrany w galowy mundur stanął na tle ozdobnej mapy Etiopii, w Pałacu Jubileuszowym i powitał oddział buntowników. Poprzez tłum krzyczący: "Złodziej!" poprowadzono go do wojskowych baraków. W wełnianym mundurze zamknięto go w brudnej, okratowanej celi, ze skromnym zimnym posiłkiem, po którym chodziły karaluchy. Ukląkł i zaczął się modlić.

Parę miesięcy później osiemdziesięciodwuletni Hajle Sellasje I powrócił do Pałacu Jubileuszowego, gdzie do końca swych dni był przetrzymywany w małym apartamencie.

Jak podają rządowe raporty, zegar wybił siódmą rano, kiedy 27 sierpnia 1975 roku służący ze szlochem padł na podłogę koło łóżka Lwa Judy. Książę Asfa Wossen wydał w Londynie pisemne oświadczenie stwierdzające, że "Międzynarodowy Czerwony Krzyż i niezależni lekarze zostaną dopuszczeni do autopsji, aby jednoznacznie potwierdzić przyczyny śmierci ojca Etiopii i Afryki".

Ani w katedrze świętego Jerzego, ani w żadnym innym miejscu Etiopii nie odbyły się żadne uroczystości pogrzebowe.

Pomimo intensywnych poszukiwań prowadzonych przez zewnętrznych ekspertów w ciągu następnych lat nie udało się ustalić miejsca pochówku Hajle Sellasjego I*. Nikt też nie odnalazł świętego pierścienia Salomona.

Na Karaibach, na Jamajce, oddani wyznawcy rastafarianizmu uśmiechali się znacząco. "Nie można pogrzebać Jah" - mówili.

 

* Podobno w połowie lat 90. XX stulecia, parę lat po dokonanym w 1991 roku marksistowskim przewrocie dyktatora podpułkownika Mengistu Hajle Mariam, odkryto zwłoki Sellasjego. Zabezpieczono je i dyskretnie umieszczono w szklanym schowku w krypcie kościoła Bhata w Addis Abebie, niedaleko marmurowego grobu przodka Sellasjego, cesarza Menelika II. W 1996 roku nowy rząd etiopskiego premiera Melesa Zenawi odmówił ustanowienia honorowego miejsca spoczynku Sellasjego a także zorganizowania mu cesarskiego pogrzebu. Pomimo próśb jego wyznawców nie przystał także na to, by ustanowić narodowe święto ku czci Sellasjego.

wstęp autora TO DOPIERO POCZĄTEK...

Książka ta przesiąknięta jest niezwykłą atmosferą złożonego systemu wiary i duchowości Boba Marleya. Zakładając, że wszystkie opowieści najbliższych Marleya są prawdziwe, jego historia potoczyła się właśnie tak, jak to opisałem. Nie ma tu sfabrykowanych faktów. Poza zbadaniem istniejących dokumentów i zapisków, co wiązało się z dokładnym przekopaniem czterdziestu roczników jamajskiego dziennika "Daily Gleaner" w Instytucie Jamajki w Kingston i w Instytucie Badań w Study of Man w Nowym Jorku, a także każdego innego artykułu opublikowanego na Jamajce, w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych na temat Jamajki, Boba Marleya lub reggae - fakty zaczerpnięte z tych źródeł wzbogacone są o wywiady, które przeprowadziłem z Bobem (rozmawiałem z nim mniej więcej dwadzieścia razy podczas różnych okazji) od 1975 do 1981 roku, a także o wywiady, które przez lata prowadziłem z innymi członkami The Wailers, producentami zespołu, współpracującymi z nim muzykami, różnymi innymi współpracownikami, pracownikami wytwórni płytowych, ochraniarzami i obsługą techniczną koncertów, a także z jego rodziną i przyjaciółmi. Rozmawiałem też z ważnymi osobistościami przemysłu muzycznego Jamajki, politykami (którzy również mieli osobisty wpływ na jamajską muzykę), nestorami rasta, mieszkańcami wsi, małomiasteczkowymi kaznodziejami, pracownikami socjalnymi, socjologami, opryszkami z getta i kobietami z buszu.

Przed dziennikarzem lub biografem, który stara się zgłębić i opisać historię Jamajki lub któregoś z jej synów, staje zawiły problem: zazwyczaj trudno jest natrafić na precyzyjne dokumenty. Na przykład dokładna data urodzin Marleya nie zostanie nigdy dokładnie określona. W jego pierwszym paszporcie (nr 57778, wydanym 6 marca 1964 roku, użytym po raz pierwszy w podróży 11 lutego 1966 roku) data urodzenia Boba Marleya to 6 kwietnia 1945 roku. Cedella Marley Booker, matka Boba, mówiła mi przy wielu okazjach, że "o ile dobrze pamięta", Bob urodził się dwa miesiące przed tą datą. Mieszkała wtedy w jakiejś zapadłej miejscowości, skąd wybranie się do najbliższego urzędu, aby zarejestrować dziecko, zabrało jej kilka tygodni. Ponieważ była nieśmiałą młodą kobietą, nie chciała "mieć z nimi [urzędnikami] żadnych kłopotów". (Aż do dzisiejszego dnia wielu jamajskich wieśniaków, a nawet ludzi pochodzących z miejskiej biedoty nie potrafi dokładnie powiedzieć, kiedy, gdzie i z jakich rodziców przyszli na świat).

Parę skrupulatnych badań jamajskich archiwów i wszelkich dostępnych dokumentów pozwoliło na sporządzenie aktu urodzenia Boba Marleya, na którą to wiadomość jego rastafariańscy ziomkowie kiwają z powątpiewaniem głową, wierząc, że Marley, podobnie jak cesarz Hajle Sellasje I z Etiopii, nigdy się nie narodził i nie może umrzeć. ("On to dziedziczy dziedzictwo Jah, on więc nie może umrzeć. Rasta nie boi się śmierci, bo Rasta nigdy nie rodzi się i nigdy nie umiera").

Podobne trudności pojawiają się, kiedy trzeba określić datę ukazania się większości jamajskich singli i płyt długogrających, ponieważ rzadko kiedy - jeśli w ogóle - je archiwizowano. Single wydawane były na wielu wstępnych etapach, zanim dotarły do naprawdę szerokiej publiczności. Tak więc daty nagrania płyt zawarte w tej książce, jeśli nie mają odpowiedniej adnotacji w tekście, dotyczą wydania tych płyt na Jamajce, a nie w Wielkiej Brytanii, gdzie wznawia się wiele jamajskich hitów. Informacje te ustalałem, zawężając datę wydania do miesiąca dzięki rozmowie z producentem bądź muzykiem, a najlepiej z jednym i drugim. (Na końcu książki znajduje się obszerna dyskografia The Wailers i ich wielkiego muzycznego drzewa genealogicznego).

W książce używany jest często jamajski język "patois", którego rytm jest wyjątkowy. Jeśli chodzi o pisownię i znaczenie wielu słów z patois, które znalazły się tekście, konfrontowałem swoją wiedzę ze słownikiem Jamajskiego Angielskiego Cambridge University Press (wydanym przez F. G. Cassidy i R. B. Le Page), bez którego nigdy nie przebrnąłbym przez wiele moich wywiadów. Zapis tego dialektu jest bliski dowolnemu stylowi przyjętemu przez "Daily Gleaner", jamajski dziennik o stupięćdziesięcioośmioletniej tradycji.

W ostatniej części książki znalazły się wzmianki o podejrzeniach wielu jamajskich rastafarian dotyczących inwigilacji ich środowiska, a szczególnie otoczenia Boba Marleya przez CIA w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Dzięki mojemu wnioskowi na podstawie ustawy o wolności informacji (5 U.S.C. 522) otrzymałem w latach 1982-1983 dokumentację z CIA potwierdzającą, że ta i inne agencje rządowe USA rzeczywiście zbierały informacje o jamajskiej scenie reggae, ruchu rastafariańskim i działalności Boba Marleya.

Do poprawionego i poszerzonego wydania książki z 1991 roku, przyczyniły się nowe dane, notatki i zapiski zbierane przez dziewięć lat, a także sporo dodatkowych wywiadów - wiele z nich wyjaśniło wcześniejsze nieścisłości. Na przykład w ciągu ostatnich dwudziestu lat powszechnie wiadomo było, że w klasyku ska My Boy Lollipop na harmonijce grał Rod Stewart. Jak twierdzi Rod: "To nie ja, kolego! Wydaje mi się, że to ten koleś (Peter Hogman), który po pracy ze mną przyłączył się do tej r'n'b kapeli, Jimmy Powell and The Five Dimensions, na początku lat sześćdziesiątych. Nie zagrałbym tak dobrze jak on, ale on miał taką samą pieprzoną fryzurkę jak ja - co mnie w tym wszystkim najbardziej wkurzało". Przez lata dotarło też do mnie parę osób ze źródłowymi informacjami, oferując nową wiedzę i pomagając w uzupełnieniu mojej dokumentacji. Jednak Marleya opinie, wspomnienia, interpretacje i przekonania były dla mnie cenniejsze niż czyste fakty i zestawienie sprzecznych poglądów. Egzotyczne wspominki, zaciekle bronione doktryny i nieznane systemy wiary mają wielki wpływ na zawartość i przesłanie tej książki. W ten sposób książka oparta została na trzech filarach, a są to: Bob Marley, Jamajka i siła wiary. Kiedy czytelnik zasmakuje w surowej prawdzie i zakulisowych historiach Riddim Track, zapraszam go, aby wkroczył do świata Boba Marleya akceptując właśnie ten rodzaj magii.

Fantastyczne zdarzenia i nieprawdopodobne zbiegi okoliczności nie są w tej książce rzadkie. W rozdziale na temat Hajle Sellasjego objaśnione są wierzenia etiopskich wieśniaków i ich równie żarliwych w wierze przywódców pod rządami Selassjego. Wiele bohaterskich przypowieści i podań o jego nadnaturalnych mocach było prawdopodobnie preparowanych przez samego cesarza, a następnie pokornie rozpowszechnianych przez władze centralne i koptyjskich kapłanów. Dalsze wyjaśnienia i szczegóły zawarte w ostatniej części książki wywodzą się z wieloletnich nauk licznych znamienitych jamajskich magów, znachorów i artystów oraz rastafariańskich i quasi-rastafariańskich przywódców, m.in. Roberta Athlyi Rogersa, Leonarda Percivala Howella, B. L. Wilsona, H. Archibalda Dunkleya i Claudiusa Henry'ego - często przefiltrowanych przez wspomnienia i osobisty katechizm Boba Marleya, a także jego bliskich krewnych i znajomych.

Kwestię, czy uwierzyć w te nadprzyrodzone wydarzenia, zostawiam czytelnikowi. Ja pragnę przedstawić tę historię z subiektywnego punktu widzenia jej protagonisty, udowadniając, że ludzie z otoczenia Hajle Selassjego i Boba Marleya, w przeszłości i w dniu dzisiejszym, rzeczywiście wierzyli w magię i wiedli swe życie w zgodzie z tą właśnie wiarą.

Wydanie książki z 1992 roku zawierało masę uzupełnień, dodatków do dyskografii i fascynujących nowych wiadomości [jak na przykład fakt, że singiel Marleya One Cup of Coffee z 1963 roku był tak naprawdę coverem teksańskiego przeboju country Claude'a Graya z 1961 roku I'll Just Have A Cup of Coffee (Then I'll Go)]. Wydanie z 1994 roku zawarło jeszcze więcej uzupełnień, sprostowań i nowych punktów widzenia. Na przykład mimo że Coxsone początkowo twierdził, iż wtrącone adnotacje Scorchera na wczesnym singlu Wailersów to po prostu "uwagi o rytmie", okazuje się, że dotyczyły również praw autorskich, ponieważ producent wyjawił ostatnio gazecie "Billboard", że Scorcher to jego pseudonim uznany przez UK Performing Rights Society i inne agencje praw autorskich. BMI rejestruje na przykład Dodda jako autora stu czterdziestu jeden piosenek, m.in. Simmer Down i innych utworów Wailersów, pomimo że Marley wygrał konkurs talentów Opportunity Knocks swoim solowym wykonaniem Simmer Down, dwa lata przed tym, jak nagrał ten utwór z Doddem i The Wailers. "A kto to jest, do cholery, Scorcher?" - rzuciła w rozdrażnieniu Rita Marley, dodając, że według jej wiedzy Dodd uzurpował sobie prawa do kilku standardów ska autorstwa jej męża. "Bob miał z tym problem".

Wielką częścią radości, jaką daje status fana reggae i Wailersów, jest odkrywanie ich złożonego świata, z mrocznych, sprzecznych i kontrastujących ze sobą perspektyw. Dlatego właśnie każde kolejne wydanie tej książki jest inne i zawsze zawiera tak wiele nowych informacji, ile tylko udało mi się zdobyć. Znacznie poszerzona wersja książki z 1998 roku jest uzupełniona o zapis moich kolejnych wywiadów, badań i poszukiwań w archiwach podczas kolejnego dziesięciolecia podróży na Karaiby i do Anglii, a także informacje dostarczone przez kolekcjonerów i archiwistów-amatorów, którzy myszkują w obszernych zbiorach nagraniowych Wailersów. Nowe spojrzenie pochodzi również od dzieci Marleya, ciekawa jest obserwacja tego, jak odnajdują one swoje miejsce w przyszłości. Niestety, czytelnik dowie się również o pożałowania godnych zakulisowych potyczkach, które toczyły się w świecie Marleya i Wailersów, a także o paskudnych manipulacjach dziedzictwem Marleya. Dokładna dokumentacja i tło toczących się procesów znajduje się w końcowym dodatku do książki.

Praca nad uaktualnianiem i poprawianiem tekstu miała miejsce, podczas gdy realizowałem marzenie życia: pierwsze w piśmie "Billboard" zestawienie najlepszych albumów Reggae, które zadebiutowało 5 lutego 1994 roku - na dzień przed czterdziestymi dziewiątymi urodzinami Boba Marleya. (Bardzo chciałem utrzymać to zestawienie aż do jego pięćdziesiątych urodzin). Siedem miesięcy wcześniej w specjalnym dodatku do "Billboardu" poświęconym temu stylowi muzyki, zapowiadając to historyczne zestawienie napisałem: "Kiedy zaczynałem pracę jako redaktor naczelny "Billboardu" w 1991 roku, moim osobistym i profesjonalnym celem było doprowadzenie do ukazania się w "Billboardzie" zestawień muzyki reggae. Te listy są dowodem na to, jak świetnie sprzedaje się teraz ta muzyka, jako jeden z mainstreamowych gatunków. Redakcja "Billboardu" jest gotowa pomóc wszelkiej muzyce z Karaibów rozkwitnąć i rozwinąć się, dokumentując jej ścieżki i śledząc jej dokonania na listach przebojów. Jak śpiewał kiedyś Bob Marley: "Myślisz, że to koniec, a to dopiero początek!""

 

Timothy White

Boston, czerwiec 1991

 

wstęp do polskiego wydania Z ISKRY GWIAZDA

Reggae-Rastafari to para pojęć w nowej epoce powszechnie oczywistych i zrozumiałych. Musiało jednak minąć kilka pokoleń, nim zagościły one w potocznej świadomości. Pierwszą płytę reggae przywiózł mi z Londynu kolega, polecając uwadze jako coś zupełnie innego niż to, czego słuchaliśmy do tamtej pory. Bob Marley & The Wailers - Rastaman Vibration. To był szok i coś więcej niż tylko muzyka. Tajemnicze brzmienie i niespotykana nigdy przedtem pulsacja stały się podstawą nowych zainteresowań. W dość krótkim czasie okazało się, że rastamańskie wibracje stanowią rozległą domenę, niezwykle bogatą i zróżnicowaną. Ze Szwecji przyjechało Catch a Fire, z Francji The Birth of a Legend. Krąg fanów Marleya szybko się podzielił na tych, którzy słuchali kolejnych jego albumów, i tych, którzy słuchali też innych wykonawców. Solowe płyty Wailersów, Petera Tosha i Bunny Wailera konkurowały z dokonaniami jamajskich i brytyjskich artystów, takich jak Aswad, Burning Spear, Steel Pulse, Culture, Misty in Roots, UB 40, Linton Kwesi Johnson, Jimmy Cliff, Matumbi, Toots & The Maytals, Third World, Ras Michael & The Sons of Negus, Abyssynians, Cimarons, Count Ossie & The Mystic Revelation of Rastafari, Gladiators. Wszystkich wymienić niepodobna, jako że z wyjazdów za granicę każdy przywoził nie jedną płytę, ale całe kolekcje. Tak dowiadywaliśmy się, że istnieje w reggae jej wersja dub oraz równolegle ska i rock-steady, a oprócz śpiewaków są na reggae scenie obecni dee-jay'e i toasterzy, że może być reggae instrumentalne, taneczne, medytacyjne, transowe. Reggae blues, reggae jazz, reggae funk, reggae pop i disco. Wszystko to było na tyle odległe i egzotyczne, że sprawiało wrażenie jakiejś ezoterycznej dziedziny wiedzy. Nieobecne w radiu i tym bardziej w telewizji stanowiło żywą alternatywę wobec dominujących wzorów kulturowych. I natchnienie dla powodowanych potrzebą poszukiwań.

W Polsce, dla większości przyszłych fanów i późniejszych słuchających reggae, pierwsze wieści na temat tej muzyki dotarły po śmierci Boba Marleya. W tamtych czasach data Jego urodzin nie była znana, źródła podawały różne terminy. Wkrótce powstały cykle koncertów, opatrywanych tak kolokwialnymi tytułami, jak: Marlejki, Róbrege, Reggae Gdzieś Tam, Reggae Is King i im podobne. Reggae w Polsce okazało się być czymś innym niż wiodące nurty myśli i propagandy, a przy tym były nowym narzędziem walki z systemem. Takie nadeszły czasy, że zamiast wdawać się w spory i konflikty, artyści tworzyli własną wizję świata, skierowaną w przyszłość i zakorzenioną w tradycji bliskiej i osobistej. Timothy White, pisząc swoje uwagi o reggae na świecie, nie mógł o tym wiedzieć (bo niby skąd?), że liczba polskich wykonawców wkrótce przekroczy setkę. (Ich historia chyba już nigdy nie będzie opowiedziana w całości). Opisał po jednym wykonawcy z wielu innych krajów - i chwała mu za to. Udokumentował bowiem w ten sposób międzykulturowy charakter artystycznej misji Boba Marleya i rozległy horyzont, w jakim jest odczytane Jego przesłanie. Może nie miał już czasu, by skierować swe intencje jeszcze bardziej na Wschód. Nikt mu nie powiedział, że przy dźwiękach reggae rozpadał się Berliński Mur i rozpoczynała się Aksamitna Rewolucja. Dziś już nikogo nie dziwi reggae ruskie ni czeskie, ni niemieckie. Ale wtedy były to pojęcia spoza granic wyobraźni. W nowej epoce jest już trochę inaczej. Śmiem wątpić, czy jest jeszcze na świecie jakiś zakątek, gdzie imię Marleya byłoby obce, podobnie jak Jego muzyka. Książka Timothy White'a Catch a Fire jeszcze bardziej nam przybliża osobę Króla Reggae i Proroka Rasta, ukazując wiele analogii do naszych czasów. Ostatecznie reggae miało tu swą medialną premierę dopiero w połowie lat osiemdziesiątych minionego wieku, choć w niektórych środowiskach było słuchane i wcześniej. Szczególnie tam, gdzie spotkania miały międzynarodowy charakter, reggae było szczególnym pretekstem nawiązywania kontaktów, wymiany wrażeń, myśli, poglądów i opinii. Dochodziły do tego artykuły z prasy nie tylko muzycznej, książki, również takie, których Timothy White nie wymienia w swej bibliografii (Horace Campbell, Rasta and Resistance; Ian McCann, Bob Marley in His Own Words), publikacje, prace naukowe, filmy i to wszystko, co nazywamy reggae kulturą. Nagrania z koncertów, audio i video, są dziś osobnym działem wielu bibliografii związanych z tym tematem. Timothy White w rozdziale "Small Axe" biografii Boba Marleya opisuje sytuację znaną z filmu The Harder They Come, którego twórcy pojawiają się również na kartach książki. Pomysł, by tytuły poszczególnych rozdziałów zapożyczyć od piosenek Marleya, sam w sobie stanowić może scenariusz dla niejednej audycji. Myślę sobie, że Catch a Fire, której autorem jest Timothy White, spełni kiedyś rolę nie mniejszą od tej, jaką dawniej spełniła płyta Catch a Fire czy Rastaman Vibration. O tyle jest to teraz łatwiejsze, że możemy mieć w tym samym momencie treść książki i muzykę, która jej towarzyszy. A z samej muzyki możemy wysnuć własną opowieść, osobistą historię, pełną analogii i podobieństw do tego, co w książce stanowi motyw przewodni. Dokument odczytany jako fabuła zachowuje w sobie niezmiennie tę samą, uniwersalną moc i siłę, a przy tym nie musi zachwycać. Co szczególnie przyciąga naszą uwagę, to drobiazgi nie mające poza Jamajką swego odpowiednika. Te wszystkie dygresje na temat czarów i magii stanowią dziś ciekawostki raczej etnograficzne niż metafizyczne, ale bez nich reggae nie byłoby tym, czym jest teraz. I nie byłoby tego wszystkiego bez Boba Marleya. Lat minęło już ponad trzydzieści, odkąd po raz pierwszy zagościł w mediach. Timothy White okazał się być pomocnym sojusznikiem w tym, co obecnie możemy określić jako drogę ku obiektywnej sztuce. Tam, gdzie poznanie jest kwestią czynienia, istnieją potrzeby jako korzenie natury i źródła natchnienia. To, co oryginalne, pozostaje uniwersalne, tak samo teraz, jak kiedyś. Robert Nesta Marley, jako medio asiento, pozostaje otwarty na kolejne interpretacje, w miarę których zyskując na pewności tracimy na wyraźności, sytuując się na pograniczu legendy i mitu. Mówiąc filozoficznie, udało mu się zebrać rozproszone iskry bytu i stworzyć dla nich naczynie. Niewidzialne a przecież istniejące fizycznie i realnie. I potencjalnie dostępne każdemu chcącemu poświęcić mu swą uwagę. W starej szkole filozofii automatycznie zyskałoby status duchowego. Jedna z definicji reggae podaje, że jest ona muzycznym wykładem Biblii. Księga Chwały Królów i Królowych Etiopii, Kebra Nagast, zaginiona Biblia Mądrości Rastafarian i Wiary z Etiopii i Jamajki, zawiera jako dodatek cytaty z utworów Marleya tożsame z biblijnymi wersetami. W takim świetle spory o autorstwo poszczególnych piosenek, tak precyzyjnie i drobiazgowo przedstawione przez Timothy White'a, nabierają szczególnego znaczenia. Łatwo bowiem popaść w mistycyzm mając do dyspozycji zamglony obraz, na jakim pojawia się Marley wśród idoli rocka czy ikon masowej popkultury. Nie ma chyba takiego tematu społecznej debaty, jakiego by nie można było opatrzyć muzycznym reggae komentarzem.

I choć wiele sugestii zawartych w pracy White'a pozbawia nas owego pierwotnego wglądu, jaki zwykle towarzyszy inicjacji w jakąś dziedzinę sztuki, nie zmienia to jednak uniwersalnego jej charakteru i funkcji, jaką jeszcze ma do spełnienia. Jak sam autor przyznaje, jest jednym z wielu wypowiadających się na ten temat. Dodając to, co i dla nas pozostaje tajemnicą, otrzymujemy nową możliwość zareagowania i ponownego odkrycia czegoś, co wydawało się zapadłe w niepamięć, co wywiera wpływ anonimowy, niewidoczny - lecz nie do końca - a przy tym konkretny w swych konsekwencjach i radykalny, co jednocześnie zmienia naszą wrażliwość i percepcję. Bo nie można już słuchać i słyszeć tak, jak przedtem, zanim spotkało się reggae.

Co ciekawe, święto tej muzyki celebrowane jest coraz częściej w okresie karnawału, w związku z kolejną rocznicą urodzin Marleya. To również jeden z aspektów zwycięstwa życia nad śmiercią, niejednokrotnie podkreślany w Jego przesłaniu.

Pozytywna Wibracja Rastamana trwa na przekór upływowi czasu, dostarczając nam coraz to nowszych bodźców, doznań i doświadczeń.

 

 

 

Sławomir Gołaszewski

Warszawa, 21/22 IV 2007 rok

 

nota do najnowszego wydania DOGONIĆ PRZEZNACZENIE

Uwielbiałam obserwować twarz Tima, kiedy puszczał mi taśmy ze swoich wywiadów z Bobem Marleyem. Uśmiechał się od ucha do ucha, patrzył na mnie z oczekiwaniem i czekał na moje reakcje po błyskotliwych wypowiedziach muzyka. A na mojej twarzy czaiła się dezorientacja i pustka... Nie rozumiałam ani słowa. Tim tłumaczył mi wtedy (ze swoim irlandzko-jamajskim akcentem) barwny dialekt patois, jakim posługiwał się Bob. W ten sposób mogłam podzielić jego radość. Bob Marley był przecież bohaterem Timothy White'a. Zawładnął jego wyobraźnią.

Tim, irlandzko/francusko/kanadyjsko/amerykański dziennikarz, postanowił poświęcić całe lata siedemdziesiąte na tropienie śladów Marleya. Wiedział bardzo wiele o jego muzyce. Kiedy Tim w swoich białych bucikach (a może nawet i w krawacie) przybył po raz kolejny po materiały na Jamajkę i znalazł się w maleńkiej górskiej wiosce, miejscowi pomyśleli, że odwiedził ich Książę Karol. Tim nie wydawał się typowym wielbicielem Marleya i reggae, jednak jego wyczucie, współodczuwanie i pasja do muzyki zdobywały ludzkie serca. Ku zdumieniu wielu nigdy nie palił fai (choć z przyjemnością pochłaniał spore ilości piwa), nigdy też nie przyjął stylu rasta. Był jednak tak bezpośredni, entuzjastyczny i zaangażowany w swoją pracę, że świetnie odnajdywał się w świecie Marleya.

Kiedy Marley umarł, Tim był zrozpaczony. W młodym wieku stracił ojca i przez całe życie szukał go w innych. Mimo że Marley był od niego starszy tylko o siedem lat, stał się jednym z jego bliskich znajomych (na stopie zawodowej). Tim odszedł właśnie z magazynu "Rolling Stone", gdzie przez lata pracował. Przeszedł wtedy kryzys tożsamości - był on na tyle poważny, że w tych czasach zmienił się nawet jego podpis. Rozpoznał wtedy swoją życiową misję - napisanie tej książki.

Miał trudności finansowe, jego sytuacja zawodowa jako niezależnego autora była niepewna, nie dysponował już kartą kredytową "Rolling Stone'a" i nie miał szansy na otrzymanie własnej (raty za uczelnię spłacał od przypadku do przypadku... wierzył, że "jakoś to będzie", jak mówią rastafarianie). W takich właśnie okolicznościach Tim rozpoczął powolny i mozolny proces zbierania materiałów, przeprowadzania wywiadów i pisania tej książki. Często brakowało mu pieniędzy, czasami nie miał na jedzenie. Oszukał go pomocnik przeszukujący dla niego archiwa (zmuszony był walczyć z nim w sądzie i wygrał), co tylko przedłużyło pracę nad książką i wywołało niepotrzebne stresy. Jednak podczas prac zdarzały się też niezwykle zaskakujące, a można nawet powiedzieć magiczne sytuacje.

Kiedyś spacerowałam po Charles Street w okolicach mojego domu w Bostonie. Na wystawie antykwariatu zobaczyłam plakat Marcusa Garveya z lat czterdziestych, przedstawiający go na pokładzie statku, płynącego prawdopodobnie w stronę Afryki. Tim odebrał to jako magiczny znak i postanowił (mimo że nie było go na to stać) kupić tę wyjątkową pamiątkę i podarować ją ludowi Jamajki. Kiedy następnym razem wybrał się do Jamajki po materiały, oficjalnie przekazał plakat do narodowych archiwów na ręce premiera Edwarda Seagi. Pod koniec tej podróży utknął na lotnisku w Kingston - spóźnił się na samolot, zabrakło mu też pięćdziesięciu dolarów, by kupić nowy bilet. Znów zdarzył się mały cud. Jamajska kobieta (Tim mógłby ją nazwać aniołem) podeszła do niego ze swoim dzieckiem i spytała: "Timothy White?" Ta całkowicie obca osoba wręczyła mu potrzebne pieniądze i poszła sobie. Tim odczuwał taką ulgę i był jej tak wdzięczny, że dostał się do samolotu, iż dopiero później zdał sobie sprawę, że cała sytuacja była całkowicie niewytłumaczalna.

27 lipca 2002 roku mój mąż w wieku pięćdziesięciu lat przeszedł zawał serca, po którym zmarł. Tim zawsze mówił, że jego książka opowiada o "osobistym przeznaczeniu". Zawsze uważał, że przeznaczenie nie jest nam podawane na tacy, że musimy za nim podążać jak za uciekającym pociągiem. Biegniemy, aż bolą nas nogi, aż nawalają płuca - jeśli mamy wyjątkowe szczęście, zdołamy je dopaść. Wtedy żyjemy prawdziwie swoim życiem. Tim kochał Marleya nie tylko za to, że Marley zdążył na ten pociąg, ale za to, że stał się jego maszynistą. Na szczęście Tim w swoim krótkim życiu również tego dokonał. Żył i pracował tak intensywnie, że odmieniał życie innych ludzi. W świecie muzyki stał się autorytetem, walczył o prawa artystów, stał się niezmordowanym i wiernym kronikarzem ich historii. Był też ukochanym ojcem naszych bliźniaków, Alexandra i Christophera. Dla nich i dla mnie na zawsze pozostanie bohaterem.

Tim dokonał jeszcze jednej niezwykłej rzeczy. Od pierwszego wydania książki Catch a Fire - Życie Boba Marleya, w 1983 roku, nieustannie nad nią pracował. Za zgodą i z pomocą swoich wydawców dokonywał w niej ogromnych przeróbek. Ukazało się ponad trzydzieści jej wznowień, z których każde odmieniało książkę, sprawiając, że w świecie reggae uzyskała niemal status Biblii. Jest teraz dłuższa o prawie dwieście stron, wydawana była na całym świecie w co najmniej siedmiu językach. Zyskała prestiżowe nagrody, wyznaczyła nowy standard biografii muzycznych, szczególnie wśród książek o muzyce rockowej i popowej.

Z oddaniem dbamy, by dzieło Tima pozostało wciąż żywe i aktualne. Pragnę więc podziękować osobom, które przyczyniły się do prac nad najnowszym wydaniem, a  szczególnie: przyjacielowi i wydawcy Tima, Chrisowi Charlesworthowi z Omnibus Press, Vanessie Mobley i Sadie Stein z Henry Holt and Company, Harry'emu Hawke za jego poświęcenie i dokładność przy nanoszeniu poprawek, wszechstronnie uzdolnionemu Janowi Morrisowi za wyjątkowy wysiłek, Williamowi Whitworthowi za cenne rady i Vivien Goldman za jej oddanie i wsparcie, fachową poradę i wspaniałe usposobienie.

Do niedawna Jamajka była dla mnie jak bliski krewny Tima, o którym wiele słyszałam, ale którego nigdy nie widziałam. Minęło wiele lat, zanim zebrałam się na wyjazd do tego miejsca. Kiedy jednak tam się znalazłam, poczułam się jak u siebie w domu. Nigdy nie myślałam, że stanę w maleńkim pomieszczeniu, w którym został pochowany Bob Marley (sześć stóp pod ziemią wedle swojego życzenia). Odbyłam zwariowaną podróż ciężarówką do Nine Miles z Dianie Jobson (przyjaciółką i prawniczką Marleya). Zniesmaczona atakami Amerykanów na Bliskim Wschodzie, przez całą drogę dyskutowała ze mną o polityce. Kipiała z wściekłości i właściwie nie mogłam mieć jej tego za złe. Inni - moi synowie, jej syn i przyjaciele - pojechali wygodnie busem z hotelu Goldeneye, gdzie zatrzymaliśmy się dzięki hojności jego właściciela, Chrisa Blackwella. Od śmierci Tima minął rok i nie wróciłam jeszcze do stanu emocjonalnej równowagi.

Po uciążliwej podróży stanęłam nad grobem ze łzami w oczach. Widząc mój smutek, jakiś rastaman zaproponował mi faję, zakładając, że płaczę nad stratą Marleya. Tak było, ale płakałam również po utracie męża, nad utratą ważnych postaci, które mogły tak wiele zmienić w złym świecie. Od tamtego czasu mój smutek ukoiło przekonanie, że ich głosy wciąż brzmią z dawną siłą - Bob Marley przemawia przez wspaniałą muzykę, a Timothy White przez siłę swoich słów.

Tim bardzo często spotykał się z fanami książki, wśród których byli zarówno Bono z U2, jak i nasz listonosz. W naszym domu zapanowała wielka radość, kiedy Tim dowiedział się, że książka znalazła się na liście lektur Uniwersytetu Harvarda. Cieszył się równie mocno, kiedy przyjaciel przywiózł mu z jamajskiego prowincjonalnego targu wyczytany do cna egzemplarz. Książka podpisana była chyba przez sto osób, tak jakby każdy czytelnik zostawiał na niej swój ślad. Nic nie mogło bardziej wzruszyć Tima, ponieważ wiedział, że historia opowiedziana w książce może inspirować. Wierzył w siłę talentu, który może przynieść innym nadzieję.

 

Judy Garlan White

Boston, luty 2006