Rozdziałtrzeci
Ewelina pozwoliła mi iść do domu dopiero wtedy, kiedy przysięgłam jej na swoje dziewictwo, że na pewno zrobię w sobotę imprezę. I chociaż tak naprawdę nie miałam na to ochoty, byłam cholernie zmęczona i zdołowana całą sytuacją, to nie chciałam sprawiać jej przykrości i odmawiać. Można w sumie powiedzieć, że o cokolwiek ona mnie poprosiła, ja zawsze się zgadzałam. Pisałam za nią wypracowania, dawałam jej odpisywać lekcje, pożyczałam ciuchy i nie prosiłam o ich zwrot, a gdy pracowałyśmy w grupie, brałam zadania na siebie. Nigdy nie odmówiłam jej pomocy. Ja to wszystko po prostu robiłam, mając świadomość, że takie podejście ją uszczęśliwi albo - jak w tym przypadku - pomoże jej. Oczywiste więc było, że kiedy z bluzy mojej przyjaciółki wprost pod nogi polonisty wypadła torebka z trawką, wystarczyło mi jedno jej spojrzenie, żebym powiedziała, że zioło jest moje. Czułam, że tak właśnie postępują prawdziwi przyjaciele. Że wspierają się bez względu na wszystko, a potem się z tego śmieją.
Co prawda mnie do śmiechu na razie nie było, ale wierzyłam, że za kilka tygodni to się zmieni.
Ewelina była moją najlepszą przyjaciółką. Ufałam tylko jej, bo matce - wiecznie zapracowanej i tak samo nieobecnej, matce, która wracała do domu na kilka dni, rzucała na stół pieniądze, przepakowywała walizki i znowu znikała - nie ufałam wcale. Nie byłam taka naiwna, żeby wierzyć, że ona ciągle tylko pracuje. Miałam świadomość, że jej nieobecności spowodowane są również relacjami z mężczyznami. Miałam też świadomość tego, że nie czuje się w obowiązku poświęcać mi swojego czasu. Po śmierci ojca potrzebowała kilku miesięcy, żeby przeobrazić się z poczwarki w motyla. Zmieniła sposób bycia i ubierania się. Zmieniła znajomych. Zmieniła również nasz dom na przestronne mieszkanie w kamienicy w centrum Wrocławia. Jedyne, czego nie zmieniła, to jej zachowanie względem mnie. W dalszym ciągu mnie ignorowała. W dalszym ciągu traktowała nie jak dziecko, ale jak obowiązek do spełnienia.
Kiedy żył ojciec, udawała, że nie widzi tego, co on mi robi. Zawsze, gdy w ruch szedł pas, ona wychodziła z pokoju. Słyszała mój płacz, ale nic sobie z tego nie robiła. Moim niedoścignionym wzorem matczynej miłości była grana przez Gabrielę Kownacką Anna Kwiatkowska z serialu Rodzina zastępcza. Boże, jak ja chciałam, żeby moja matka była taka jak ona. Żeby moja rodzina była taka, jak w tym serialu. Żebym podobnie jak serialowa Majka mogła pogadać z matką o wszystkim i żeby nie było między nami tematów tabu. Jak ja zazdrościłam tym dzieciakom, że słyszą słowa "kocham cię", czują się potrzebne i po prostu kogoś obchodzi, co myślą. Że ktoś o nie dba, a nie poprzez siłę i strach wymaga od nich szacunku i posłuszeństwa. Że ktoś nauczył je mówić "przepraszam", "proszę" i "dziękuję". Że są kochane i zaopiekowane.
Byłam zazdrosna o to fikcyjne życie, chociaż przecież moje wydawało się naprawdę spoko. W oczach moich rówieśników, ma się rozumieć, bo w moich wcale. Koleżanki ciągle mi mówiły, że ja to mam zajebiście. Zero kontroli, wolna chata, hajs na stole i jeszcze do tego dobrze się uczę. Nie wiedziały, że ten hajs jest wyliczany co do złotówki. Nie wiedziały również, że kiedy one wywijały oczyma, gdy rodzice się o nie troszczyli i kazali im wrócić wcześniej z imprezy, nie ściągać czapek, gdy był mróz, zjeść mięso, ewentualnie zostawić ziemniaki, ja siedziałam w domu sama jak kołek, owinięta w koc. Czasem płakałam, czasem patrzyłam w ścianę. Czułam się samotna i niepotrzebna. Bo nawet gdy moja matka była w pokoju obok, co zdarzało się niezwykle rzadko, to tak naprawdę jej nie było. My się nawet nie mijałyśmy. My się wręcz unikałyśmy. Byłyśmy dla siebie niewidzialne. W pewnym momencie zrozumiałam, że tak jest dobrze. Że nie ma sensu marzyć o tym, żeby było inaczej. Moi rodzice skutecznie obrzydzili mi chęć posiadania własnej rodziny, a ja wiele razy zastanawiałam się, po co powołali mnie na ten świat. Po co, skoro tylko im wadziłam?
- I jeszcze mam się jakąś durną laską zajmować! Pieprzyć to wszystko! Nienawidzę swojego życia!
Z całej siły trzasnęłam drzwiami od lodówki. Albo raczej z bezsilności. Odechciało mi się jeść. Kopnęłam leżący pod moimi nogami plecak i powlokłam się do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko i nakryłam głowę kocem. Chciałam zasnąć i obudzić się kilka lat później, ale upierdliwy głos Stefana Molędy, naszego dyrektora, nie pozwalał mi zasnąć ani na chwilę, bo akurat w tym momencie musiał powtarzać w mojej głowie przebieg dzisiejszej rozmowy.
No po prostu musiał.
Kiedy weszłam do jego gabinetu, stał odwrócony do mnie plecami i wpatrywał się w widok rozpościerający się za oknem. Sprawiał wrażenie dobrotliwego wujaszka, który poczęstuje cukierkiem, a gdy trzeba, pogrozi palcem, jednak większych szkód w twoim życiu nie wyrządzi. Nic bardziej mylnego. Ten pozbawiony włosów na czubku głowy, niespełna sześćdziesięcioletni, nieco otyły mężczyzna, ubierający się zawsze w sweter w romby, przyciasną marynarkę i spodnie niepasujące do reszty, doskonale wiedział, co zrobić, żeby wpędzić ucznia w poczucie winy. Molęda nie krzyczał. Molęda tłumaczył. I robił to w taki sposób, że większość wolałaby zostać trzy razy rozstrzelana lub powieszona.
- Weronika Nowacka. Uczennica trzeciej klasy liceum o profilu humanistycznym. Przewodnicząca, sportsmenka, laureatka wielu konkursów, przyszła dziennikarka. I początkująca dilerka. Widzę, że nie rozmieniasz się na drobne. Usiądź, proszę - przywitał mnie właśnie takimi słowami. Ciekawa byłam, czy nauczył się ich na pamięć, czy to był całkowity spontan.
Zdjęłam plecak, postawiłam go na podłodze i usiadłam na stojącym naprzeciwko masywnego biurka drewnianym krześle. Było niewygodne, pewnie dlatego kazał mi na nim usiąść. To musiała być część mojej kary. Nie miałam pojęcia, co mam zrobić z dłońmi. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to wyginanie palców we wszystkich możliwych kierunkach. Dyrektor również usiadł. Patrzył na mnie. Spuściłam wzrok, czując, że moja twarz robi się gorąca. Serio, mało brakło, żebym zaczęła się bić w pierś i mówić, że to moja wina, moja bardzo wielka wina.
- Trochę napsociłaś - powiedział.
- To się więcej nie powtórzy - wybąkałam.
Nie patrzyłam mu w oczy, wytarty dywan pod moimi znoszonymi trampkami był o wiele ciekawszy. Zastanawiałam się nad tym, ilu podobnych do mnie biedaków siedziało na tym krześle i tak jak ja z ogromnym zainteresowaniem wpatrywało się w tę podróbkę tureckiego dzieła sztuki. Ile wsiąknęło w niego uczniowskiego potu, łez i krwi? Jeżeli liczyć rocznie minimum pięćdziesiąt osób i mnożąc to przez dziesięć lat kadencji dyrektorskiej Molędy, ilość mogła zszokować.
- Wiem, że to się więcej nie powtórzy - powiedział Molęda, na którego ja w dalszym ciągu nie patrzyłam. - Jednak skoro już się zdarzyło, należałoby o tym porozmawiać. Wyciągnąć wnioski. Przeanalizować tę sytuację. Zapytać, czy naprawdę musiało do tego dojść. Zastanowić się również nad tym, jakie konsekwencje mogą pojawić się w przyszłości.
O. Mój. Boże. Przecież on będzie analizował i wyciągał te wnioski do przyszłego tygodnia. A konsekwencje? No wiadomo, że za chwilę przeniesiemy się w przyszłość, która będzie jawiła się dla mnie w bardzo czarnych barwach. Na pewno nie zdam matury, zajdę w ciążę, oddam dziecko do adopcji, pójdę do więzienia, zrobię sobie osiem tatuaży, a kiedy wyjdę na wolność, będę stara i pomarszczona jak niewyprasowana koszula, moje tatuaże przestaną być modne i na pewno żaden porządny facet nie będzie mnie chciał. Wstydem będzie, jeśli nieporządni również się mną nie zainteresują. Skończę na melinie. Umrę z głodu. Pochowają mnie jako bezimienną alkoholiczkę. Albo zeżrą mnie szczury.
Wizja ta nie wzięła się w mojej głowie z powietrza. Poprzedniego wieczora oglądałam dokument o bezdomnej, która opowiadała o swoim życiu i mówiła, że kiedyś była dobrą uczennicą, miała narzeczonego, świetną pracę i upatrzoną suknię ślubną. Tylko coś poszło nie tak i skończyła w pustostanie. Chociaż ja narzeczonego, pracy ani pomysłu na suknię ślubną nie miałam, to i tak przełożyłam to na siebie w skali jeden do jednego.
- Ale my, Weroniko, nie będziemy tego robić - powiedział dyrektor.
- Ale czego nie będziemy robić? - zapytałam i w końcu na niego spojrzałam. Byłam tak pogrążona w myśleniu o tych szczurach, że przestałam go słuchać jakieś dwie minuty temu.
- Nie będziemy się nad tobą pastwić. Jesteś bardzo dobrą uczennicą i nie sprawiałaś do tej pory kłopotów. Rozumiem również twój młody wiek i wynikającą z niego naiwność. A także to, jaki mogą mieć na ciebie wpływ rówieśnicy - bardzo mocno zaakcentował dwa ostatnie słowa, a potem dodał: - Sam również kiedyś byłem młody, chociaż mam świadomość, że komuś w twoim wieku może się wydawać, że zawsze byłem stary. Nic bardziej mylnego. Kiedyś naprawdę miałem tyle samo lat co ty - zaśmiał się ze swojego własnego żartu i ciągnął: - Jednak ufam, że to, co miało miejsce, więcej się nie powtórzy. Ufam, że się po prostu pogubiłaś gdzieś po drodze.
- Może być pan pewien, że to się nigdy więcej nie powtórzy. - O matko jedyna, pomyślałam, chyba mi się upiecze. W moim sercu wezbrała nadzieja i miłość do dyrektora Molędy. Chyba mu jutro przyniosę laurkę. I bombonierkę.
- Jednak nie mogę ot tak spuścić na to wszystko zasłony milczenia, dlatego...
Po tym złowieszczym "dlatego" usłyszałam, że zostaję zawieszona w prawach ucznia. Jakoś do tej pory miałam bardzo mylne wyobrażenie na temat tego, z czym to się tak naprawdę je. Albo inaczej: kompletnie mnie to nie obchodziło. Bo niby dlaczego miałoby obchodzić?
- Nie mogę iść na studniówkę? - zapytałam, kiedy dyrektor Molęda wyjaśnił mi, na czym polega moja kara. - Mam chodzić do szkoły jak do tej pory, uczyć się, pisać sprawdziany, ale nie pozwala mi pan iść na bal maturalny? - Tak naprawdę to wszystkie inne nałożone na mnie sankcje obchodziły mnie w tym momencie średnio lub wcale. No ale, na litość boską, studniówka?
- Studniówka to przywilej. Dopóki nie zobaczę, że zrozumiałaś, że twoje postępowanie było złe, nie ma mojej zgody na to, abyś uczestniczyła w tej imprezie. Pocieszające jest jednak to, że do balu zostały cztery miesiące. To bardzo dużo czasu na zrozumienie. I na zmianę mojej decyzji.
- Skąd pan, do cholery, będzie wiedział, że cokolwiek zrozumiałam?! - Dopiero gdy wyartykułowałam to pytanie, zdałam sobie sprawę z tego, że nieco mnie poniosło z barwą głosu i doborem słów, ale byłam tak wściekła, że nie miałam zamiaru za cokolwiek go przepraszać. Nadzieja umarła, miłość się ulotniła, a laurka, którą miałam mu podarować, spłonęła w piekielnym ogniu. Bombonierkę, owszem, kupię. Sobie. Na pocieszenie.
- Rozumiem twój gniew, niemniej nie jest on dobrym doradcą, dlatego proponuję, byś zachowała większy spokój. - Pokrętnie zasugerował, żebym stonowała.
- Zabrania mi pan iść na bal maturalny! Marzyłam o tym! - Na końcu języka miałam to, żeby mu powiedzieć, że sukienka wisi w szafie, a kosmetyczka i fryzjerka są już umówione. Nie miałam tylko partnera, ale to akurat był szczegół. Zawsze znajdzie się ktoś na darmową wyżerkę i tańce. W ostateczności pójdę sama i też będę się świetnie bawiła.
A, nie, wróć! Nigdzie nie pójdę!
- Proponuję, żebyś posłuchała mnie do końca. Możesz to zrobić? - Dyrektor patrzył na mnie, miałam wrażenie, z lekkim rozbawieniem. Prostak.
- Mogę - powiedziałam, chociaż tak naprawdę chciałam powiedzieć, że nie, wcale nie mogę. Zaplotłam ręce na piersiach, skrzyżowałam nogi w kostkach i spojrzałam na niego z wściekłością.
- Wspaniale. - Klasnął w dłonie. - Zapytałaś o to, skąd będę wiedział, czy cokolwiek zrozumiałaś. Ano stąd, że od najbliższego poniedziałku po skończonych lekcjach będziesz odwiedzała Sylwię.
- Sylwię? Kim jest Sylwia? Jakimś psychologiem? - zapytałam.
- Sylwia jest dwa lata starszą od ciebie dziewczyną.
- No i? Co ja mam z tym wspólnego?
- Sylwia choruje na stwardnienie zanikowe boczne. Słyszałaś o tym?
Pokręciłam głową, bo nawet jeśli coś słyszałam, to w tym momencie władzę nad moim umysłem sprawował szok i na pewno nie byłabym w stanie niczego sobie przypomnieć. Również tego, co jadłam dziś na śniadanie.
- Pozwól, że ci to wyjaśnię - powiedział Molęda. - Stwardnienie zanikowe boczne jest bardzo często mylone ze stwardnieniem rozsianym, ale to dwie różne choroby. Stwardnienie rozsiane to choroba, która wcześnie rozpoznana, pozwala na szybkie rozpoczęcie leczenia i spowolnienie postępu oraz złagodzenie objawów. Natomiast stwardnienie zanikowe boczne to choroba nieuleczalna, a możliwości terapeutyczne są bardzo ograniczone. Jej średni czas trwania to cztery lata. Prowadzi do stopniowej utraty umiejętności mówienia, poruszania się, połykania oraz oddychania. Chorzy umierają z powodu niewydolności oddechowej. Zazwyczaj chorują ludzie w średnim wieku, jednak w bardzo rzadkich przypadkach choroba może pojawić się również u młodszych. - Nie umknęło mojej uwadze, że mówiąc to, Molęda bardzo posmutniał. - Sylwia ma teraz dwadzieścia lat. Postawiono jej diagnozę trzy lata temu. Rok później, w październiku dwa tysiące trzynastego, straciła władzę w nogach. Jak wiesz, mamy wrzesień roku dwa tysiące piętnastego, a ona od trzech miesięcy jest przykuta do łóżka.
A co mnie to wszystko obchodzi?, myślałam w trakcie jego przemowy. Co mnie obchodzi jakaś laska, której nie znam i nie mam ochoty poznawać? Co mnie obchodzi jej życie i jej choroba? Mną się nikt nigdy nie przejmował, to ja mam się kimś przejmować?
Molęda zamilkł, a ja zastanawiałam się, co on, do cholery, chce osiągnąć, zmuszając mnie do kontaktu z kimś takim jak ta dziewczyna. Bo to przecież nie było nic innego jak zmuszanie mnie do czegoś, czego robić nie zamierzałam. I czy on w ogóle mógł tak postępować? Czy nie przekraczał w tym momencie swoich kompetencji? Niestety, nie wiedziałam tego.
- Nie sądzę, żebym nadawała się do czegoś takiego - powiedziałam.
- Skąd taki wniosek? Uważasz, że nie będziesz umiała rozmawiać z Sylwią? A może uważasz, że wspólne oglądanie filmów również wymaga jakichś wielkich umiejętności?
- To nie o to chodzi - wybąkałam.
- A o co? - zapytał Molęda. Świdrował mnie przy tym spojrzeniem tak, jakby chciał przewiercić na wylot. To było strasznie dziwne.
Wbiłam wzrok w swoje dłonie. Nie wiedziałam, jak mam nazwać to, co się ze mną działo i co w tym momencie czułam. Dystans, obrzydzenie, a może strach, że ta nieznajoma zarazi mnie swoją chorobą? Dlaczego pojawiły się we mnie takie myśli i opór, skoro dzięki wyrażeniu zgody mogłam poprawić swoje notowania u dyrektora? To było kompletnie irracjonalne, tylko że ja nie potrafiłam się przed tym powstrzymać.
- Miałaś kiedyś do czynienia z kimś niepełnosprawnym? - zapytał dyrektor.
- Nie.
- Twoje obawy są więc zupełnie bezpodstawne, chociaż je rozumiem. Sylwia to bardzo wesoła osoba. Naprawdę. Pomimo choroby stara się żyć, czerpiąc radość ze wszystkiego, co ją otacza. Jestem pewien, że się zaprzyjaźnicie. Jestem również pewien, że wiele się dzięki niej i od niej nauczysz. A ona od ciebie.
- Ale panie dyrektorze, czy ja naprawdę muszę to robić? Nie mogę zrobić czegoś innego? Na przykład posprzątać terenu wokół szkoły? - Miałam świadomość, że zabrzmiało to tak, jakbym powiedziała, że mogę skakać na jednej nodze nad samo morze. Niech stracę, z powrotem też. No aż tak się poświęcę.
- Doceniam twoje poświęcenie, jednak jeśli chcesz odzyskać swoje prawa, to musisz. Chociaż wolałbym, żebyś chciała. I pamiętaj o jednej, bardzo ważnej rzeczy: dobre uczynki nie są łatwe, ale przynoszą mnóstwo radości. Twoja mama również przychyla się do mojego pomysłu. Ponadto bardzo ubolewa nad tym, co się stało - powiedział Molęda, a ja prychnęłam. To już była przesada.
- I czuje się rozczarowana moją osobą, jest jej wstyd, i nie ma pojęcia, jak do tego doszło, w końcu w wychowanie mnie włożyła tak wiele siły. Aha, i oczywiście nie jest w stanie wyrwać się z pracy, żeby przyjechać i przywołać mnie do porządku. Wiem. Usłyszałam to wczoraj dziesięć razy przez telefon - sarknęłam. Przysięgam, że gdyby nie to, że tak bardzo zależało mi na tym, aby pójść na studniówkę i przystąpić do matury, żeby dostać się na moje wymarzone dziennikarstwo, pokazałabym dyrektorowi środkowy palec, zrzuciła z jego biurka wszystkie dokumenty i kazała mu spieprzać. A potem z wysoko uniesioną głową opuściła ten burdel zwany potocznie szkołą. - Czyli jak będę chodziła do tej dziewczyny, to istnieje szansa, że będę mogła iść na studniówkę? - zapytałam. Czułam się pokonana.
- Istnieje taka szansa - odpowiedział.
- Dobrze - wycedziłam - zrobię to.
Molęda przez chwilę tylko na mnie patrzył, co strasznie mnie irytowało. A potem przesunął w moją stronę małą kwadratową karteczkę. Wzięłam ją. Widniał na niej adres tej dziewczyny.
- Psie Pole? No szkoda, że nie Zakopane.
- Chyba masz migawkę? - zapytał.
- Słucham?
- Przepraszam - zaśmiał się - pomimo tego, że mieszkam we Wrocławiu od tylu lat, ciągle zapominam o tym, że moja rodzima gwara tutaj nie obowiązuje. Chodziło mi o bilet miesięczny. Masz?
- Mam.
- Świetnie. Została jeszcze jedna kwestia. Tym razem ufam, że spodoba ci się to, co usłyszysz.
Wątpię, pomyślałam, ale nie odezwałam się słowem. Byłam taka zła, że wolałam się ugryźć w język, niż palnąć jakąś głupotę.
- Jak już wcześniej wspomniałem, jesteś zawieszona w prawach ucznia, tym samym nie możesz redagować szkolnej gazetki, co, sądząc po twojej minie, sprawia ci przykrość. Nie dziwię się. Potrafisz pisać. Dlatego chciałbym, żebyś opisywała w tym kajecie czas spędzony z Sylwią. Wszystkie swoje przemyślenia. Wszystko, co ci tylko przyjdzie do głowy. To dla mnie bardzo ważne.
Molęda przesunął w moją stronę oprawiony w skórę notes. Nie mogłam nie docenić tego małego dzieła sztuki. Ciemnobrązowa, bardzo gładka w dotyku okładka, mnóstwo kolorowych tasiemek służących do zaznaczania stron i kremowy papier, który samym swoim wyglądem zachęcał do tego, żeby zacząć po nim pisać. Nawet przez moment nie zastanowiłam się nad tą prośbą i po prostu schowałam dziennik do plecaka. Chciałam już stąd wyjść i jeśli zgoda na kolejne żądanie dyrektora miała mi w tym pomóc, to bardzo proszę. Pobawię się w pisarkę.
- To wszystko, jesteś wolna, chociaż mam świadomość, że możesz się czuć jak więźniarka. - Jeśli to jego zdaniem miał być żart, to nie był śmieszny.
Wstałam z krzesła, zarzuciłam plecak na ramię, powstrzymałam się jednak przed tym, żeby nasunąć na głowę kaptur. Nim wyszłam z gabinetu, zadałam dyrektorowi pytanie:
- Jak długo mam do niej chodzić?
- Aż zrozumiesz.
- Że zrobiłam źle, przynosząc do szkoły narkotyki? Ja już to rozumiem. Musi mi pan uwierzyć.
- To też. Ale chciałbym jeszcze, żebyś zrozumiała coś innego.
- Co niby?
- Chciałbym, żebyś zrozumiała, na czym polega prawdziwa przyjaźń. To taka moja długofalowa praca domowa dla ciebie.
Nie wiem, jakim cudem powstrzymałam się przed tym, żeby nie prychnąć z pogardą. Doskonale wiedziałam, czym jest prawdziwa przyjaźń. Między innymi właśnie dlatego z nim gadałam.
Prawdziwa przyjaźń to poświęcenie.