ROZDZIAŁ 1.
Czasem trudno się zorientować, co jest pospolitym przypadkiem, ulotnym kaprysem losu, a co dotykiem przeznaczenia. Pomimo dziesięcioleci doświadczenia, nawet kapłan Bogini Losu i Przemian miewał z tym trudności.
Niespodzianki zaczęły się od tego, że rejs statkiem kupieckim zakłóciła nagła ulewa i wichura. Deszczowe chmury pojawiły się znienacka, a porywisty wiatr zepchnął żaglowiec na skalistą mieliznę u wybrzeży Królestwa Srebroborskiego. Równie szybko nastąpiło rozpogodzenie, lecz marynarze nie zdołali już uciec z pułapki. Statek został unieruchomiony i zarządzono ewakuację na ląd. Nikt nie był z tego zadowolony. Hen Asvaldur przyjął jednak rzecz relatywnie spokojnie. W tumulcie nikt nie zginął, więc kapłan uważał, że szale szczęścia i nieszczęścia pozostały w równowadze. Siedząc w szalupie, rozglądał się po niebie, ale nic nie zwiastowało kolejnych nieprzyjemności. Resztki ciemnych chmur ginęły już na horyzoncie. Mewy z wrzaskiem krążyły nad żaglowcem i sunącymi do brzegu łodziami, wypatrując okazji do łatwego posiłku.
Kapłan wysiadł z szalupy, zabrał swój skromny plecak oraz okuty kij i poszedł poszukać kapitana. Inni pasażerowie luźną gromadą rozsypali się po plaży. Kobiety przeglądały uratowany z pokładu dobytek. Mężczyźni naradzali się w kilku grupkach, podejrzliwie zerkając w stronę dyskutującej osobno załogi.
Kiedy Asvaldur podszedł, żeby zapytać o dalsze plany, kapitan łypnął na niego niechętnie i zrobił kwaśną minę.
- Rozczarowałeś mnie, kapłanie - oświadczył bez ogródek. - Nie oczekiwałem cudu, ale mógłbyś nam wyjednać odrobinę przychylności Bogini... Tymczasem mamy dziurę w poszyciu, a statek ani drgnie. Nieładnie los sobie zażartował.
Hen cicho westchnął. Mało kto doceniał straszliwe piękno Bogini w całej okazałości. Przeważnie ludzie wyglądali jej litości, a takiej postawy nie pochwalała i nie nagradzała. Niestety uszami swego ulubionego sługi dość często wysłuchiwała podobnych zarzutów. Mógłby zrozumieć te pretensje, gdyby podróżował jako oficjalny mistyczny opiekun przeprawy. W rejs wybrał się jednak incognito, zapłacił za bilet pełną cenę. Kapitan o posłannictwie Asvaldura dowiedział się już po opuszczeniu portu, podczas luźnej konwersacji i kapłan niczego mu nie obiecywał. Zresztą nawet gdyby go proszono, nie przyjąłby zlecenia. Spośród wszystkich bóstw, Panią Losu najtrudniej było obłaskawić modlitwami czy rytuałami. Misja jej wybrańca miała zupełnie inną naturę. Zawsze jednak służył nauką i przestrogą.
- Nie zbluźnij wyrzekaniem, kapitanie - napomniał. - To samo zdarzenie bywa szansą lub klęską. Poradź sobie. Los pomaga tym, którzy sami sobie pomagają.
Rozgoryczony kapitan mruknął coś niezrozumiale przez zęby, splunął na piasek.
- Próbowaliśmy! Sami łajby z tych skał nie ściągniemy. Wyślę bosmana i paru marynarzy do portu przy ujściu rzeki. To tylko rybacka osada, ale może coś w niej uzyskają. Wystarczy, żeby ktoś nas wziął na hol. No i przydałby się sprawny cieśla. Moi połatali już mniejsze uszkodzenia. Ale niepokoi mnie pęknięcie stępki.
Asvaldur uprzejmie pokiwał głową, chociaż techniczne szczegóły go nie interesowały.
- Długo to wszystko potrwa? - zadał zasadnicze pytanie.
- Trudno zgadnąć, szanowny panie! - obruszył się kapitan. - Nie dam nawet gwarancji, że popłyniemy dalej. Zależy, jak się chłopcom poszczęści. Chcesz, to idź z nimi, prędzej będziesz wiedział co i jak.
Hen nie lubił tkwić bezczynnie w miejscu, przywykł do swobodnego unoszenia się z prądem zdarzeń. Narzucił plecak na grzbiet i, dzierżąc okuty kij jak laskę podróżną, ruszył w drogę w towarzystwie marynarzy. Kilku pasażerów też się wybrało: niektórzy chcieli zasięgnąć języka, innym nie w smak było koczowanie na plaży.
Problem przerwanej podróży niekoniecznie zmartwił, ale jednak zaskoczył kapłana. Pod wpływem natchnienia zapłacił z góry całą sumę za rejs na południowy wschód, na Wyspy Solemarskie. Zwykle miewał trafne przeczucia, traktował je jak podszepty samej Bogini. Nie przypuszczał zatem, żeby wyprawa na wyspy miała zostać zakłócona; spodziewał się raczej pomyślnych wiatrów. Teraz nie miał przy sobie dość gotówki na zakup konia ani wynajęcie transportu. O zwrot kosztów mógłby się ubiegać w biurze kompanii handlowej. Żeby wyciągnąć większe kwoty pieniędzy, potrzebowałby dostać się do przedstawicielstwa banku. Nie liczył jednak na znalezienie którejkolwiek z tych instytucji w zapyziałym porcie rybackim.
Zastanawiał się poważnie nad możliwym profetycznym znaczeniem przygody. Czy nie nazbyt pochopnie wyruszył w ten rejs? Szedł więc do rybackiej osady, by wybadać sytuację i wypatrywać znaków. Jak powinien postąpić? Trzymać się pierwotnego planu? Zrezygnować? Jeżeli naprawa statku przebiegłaby gładko, mógł uznać incydent za nieznaczący...
Zza wydmy uniosły się ciemne kłęby gęstego dymu. Dwóch marynarzy pobiegło przodem.
- Pali się! - zawołali ze szczytu piaszczystego wzniesienia.
Kapłan wdrapał się za nimi i ze smętną akceptacją obserwował szalejący w porcie żywioł.
- A niech mnie jasny piorun! Żaden cieśla teraz z nami nie pójdzie - burknął bosman.
Hen podzielał jego przemyślenia i nie widział sensu w dalszym zwlekaniu z decyzją. Trudno o czytelniejszy omen! Najwyraźniej nie mógł liczyć, że prędko dotrze na Solemary. Cały bagaż miał przy sobie. Podczas gdy towarzysze zaczęli schodzić po drugiej stronie wydmy, Asvaldur cofnął się za jej szczyt i podążył w głąb lądu. Opuścił przeklinających marynarzy i biadolących pasażerów; ale chyba tego nie zauważyli, całkowicie zajęci obserwacją pożaru. Odszedł, pozostawiając ich własnemu losowi. Znaki prowadziły go już w inną stronę. Poza tym kapłan obawiał się, że znowu ktoś zacznie utyskiwać przeciwko Bogini. Wolał nie dawać im okazji. Już teraz przypuszczał, że kapitan powiedział o kilka słów za dużo...
- Nie poczułem się aż tak obrażony - mruknął na wszelki wypadek pod nosem.
Jeszcze parę razy wspinał się na niskie wydmy. Potem wszedł między drzewa i ruszył po skosie, starając się odnaleźć rzekę. Powędrował piechotą w górę jej nurtu i szedł tak przez kilka dni. Piesza podróż nieco mu się dłużyła, ale późne srebroborskie lato nie męczyło upałami, natomiast noce były nadal dość ciepłe. Hen miał wygodne buty, niewyczerpany zapas bieżącej wody, trochę prowiantu. Resztę zdobywał po drodze. Znajdował dzikie owoce i ptasie gniazda. Pewnego razu udało mu się nałowić raków. Przede wszystkim jednak korzystał z gościnności miejscowych.
Zwykle wszędzie potrafił się dogadać. Miał krzepkie ciało, jasną cerę i mocne dłonie. Chłopstwu wydawał się uspokajająco zwyczajny. Choć wyróżniał się schludnym strojem i aurą niezniszczonego zdrowia, to nie miał w sobie onieśmielającej wielkopańskości. Wyglądał na trzydzieści parę lat, ani niepoważnie młodo, ani nazbyt staro. W towarzystwo mieszczan wpasowywał się niemal idealnie, chociaż nie przechodził zupełnie niepostrzeżenie. Ludzie często zapamiętywali go przez wysoki wzrost i intensywnie złocistą brodę. W razie potrzeby umiał porozmawiać także ze szlachetnie urodzonymi; przejawiał dość obycia i elokwencji, aby nie przepędzali go jak pospolitego kmiotka.
Próbował się trochę rozpytać w mijanych gospodarstwach. Ucieszył się na wieść, że od większego miasta, Lepic, dzielił go już tylko dzień marszu. Zamierzał od razu wypłacić dość pieniędzy, żeby wynagrodzić sobie trudy nieplanowanej przechadzki. Trochę powydawać na przyjemności. A potem ponownie przemyśleć, czy wyprawa na Wyspy Solemarskie to w ogóle dobry pomysł.
Nazajutrz wiejska droga wyprowadziła go na solidny, kamienny trakt. Rozejrzał się. Widział już zarys murów Lepic, ale okolica zdawała się dziwnie wyludniona. Ciągle nie napotkał innych wędrowców, a jedynie kilku obdartusów stawiających szałas pod przydrożnymi drzewami. Spostrzegłszy, że taksują go nieco zbyt natarczywymi spojrzeniami, stuknął głośno okuciem kija, zmarszczył groźnie brwi. Potem żwawo pomaszerował ku miastu.
Pod samymi Lepicami nareszcie ujrzał więcej osób, jednak szybko okazało się, że to bynajmniej nie byli podróżni. Bramy strzegł zbrojny oddział. Naprzeciw zaś zebrało się kilka postaci w obszernych, nasączonych wonnościami pelerynach z kapturami. Ludzie ci dodatkowo zasłonili twarze zawojami płótna, tak że widoczne pozostawały tylko ich przekrwione oczy. Ustawiali ciągnięte przez muły dwukołowe wozy w kolejce do wjazdu. Wrota uchylono specjalnie na ich przybycie i właśnie z wolna podnoszono kratę.
Zdumiony Asvaldur podszedł bliżej. Z pewnością działo się tu coś niezwykłego. Dopiero teraz otwierano miejskie bramy? Był już przecież środek dnia.
- Gdzie leziesz, durniu?! - wrzasnął jeden ze strażników. Potrząsnął przy tym pałką, wymownie wskazując kierunek do odwrotu. - Od tygodnia nie ma wjazdu do Lepic! Z rozkazu jego królewskiej mości!
Hen przystanął. Nie wystraszył się, ale też nie zrozumiał natury problemu. Zwrócił się do najbliższej postaci w dziwnym stroju.
- Co tu się dzieje? - zapytał zdumiony.
- Kwarantanna, panie - wyjaśnił ochrypłym głosem medyk. - Jeszcze przynajmniej przez dwa tygodnie... Trupy trzeba pozbierać i spalić. Miasto dobrze ziołami okadzić. Może być, że morowe powietrze przenika przez mury. Nierozsądnie się tu kręcić. Odejdź, pókiś zdrów.
Strażnicy zaczynali się irytować, więc Asvaldur posłusznie zawrócił, skąd przyszedł. Mijani wcześniej żebracy na jego widok złośliwie zarechotali. Ponownie przyspieszył kroku, aby nie mieli czasu zorganizować napaści.
- To tyle odnośnie odpoczynku - wysapał ze zniecierpliwieniem.
Niejasno przypominał sobie, że trakt łączył Lepice z rezydencją jakiegoś możnowładcy. Zaczynało mu też świtać skojarzenie, że wkrótce powinien minąć zalesiony pagórek, dalej będzie rzeka, a nad nią przyzwoita gospoda. Faktycznie po przeszło godzinie marszu ujrzał dym unoszący się z komina znajomo wyglądającego zajazdu. Gotów był wysupłać ostatnie monety z sakiewki, żeby nareszcie zaznać wygód. Zawahał się jednak...
Kiedy nareszcie rozpoznał okolicę, powróciły wspomnienia z uprzedniego pobytu w tym regionie. Krótkiego, nerwowego i zakończonego ucieczką przez hrabiowskie puszcze. Spojrzał wzdłuż drogi. Za niewysokim mostem trasa biegła dalej wśród łąk, wiodąc w stronę ciemnej ściany lasów. Wszystko się zgadzało.
Przysiadł na przydrożnym głazie i rozejrzał się nieufnie. Na trakcie nie dostrzegał żywego ducha. Kwarantanny nie nałożono przecież dzisiaj. Chłopstwo tradycyjnie o niczym nie wiedziało, ale wśród ciekawskich kupców wieść o blokadzie Lepic z pewnością prędko się rozniosła. Ruch w zajeździe powinien więc być mały albo żaden. Asvaldur z zasady nie wracał tam, gdzie już raz zaniósł Płomień, przynajmniej do czasu kolejnego błogosławieństwa. Ktoś mógł go rozpoznać. Nie miał jednak wielkiego wyboru; miasto było zamknięte. Musiałby spać w krzakach, nasłuchując, czy wygłodniali żebracy nie skradają się po niekoniecznie dobrowolną jałmużnę. Zresztą miał naprawdę dość tułaczki i czuł się nieco rozbity. Już go bolały stopy. Kolana też. Roztarł dłonie. Nawet nadgarstki... Właściwie wszystkie kości.
"Och, nie...!"
- Za wcześnie! Tak szybko...? - wyrwało mu się, ale zaraz zacisnął usta.
Utyskiwanie nie przystoi kapłanowi. Był jednak szczerze zdumiony. Po zaledwie dwóch latach? W niemal tym samym miejscu? Poprzednio Hen skutecznie umknął i nikt nie sięgnął po moc, dla której bywał naczyniem...
- O, przewrotny losie! - westchnął i usłyszał cichutki, perlisty śmiech. Bogini doceniła komplement.
Zagnała go tutaj celowo, teraz to było oczywiste. Pech za pechem. Sztorm, pożar, zaraza. Tyle splotów okoliczności... Kto tak bardzo zasługiwał na kolejną szansę? Dwa lata temu ta sama gospoda dała Asvaldurowi schronienie przed ludzkim wzrokiem, ale potem spłoszył go tłum podróżnych. Popełnił błąd, wyruszając w knieje na kupieckim wozie. Noc zastała go na szlaku. Ledwie się wówczas wywinął.
Zacisnął palce na kiju i wstał. Na razie ból pozostawał tępy, stłumiony i nie upośledzał sprawności, ale wkrótce miał się nieznośnie nasilić. Pierwsza faza zawsze była najtrudniejsza. Aby przetrwać trudy rozpalania Płomienia, Hen potrzebował wytchnienia, bezpiecznej izby i, co najważniejsze, samotności. Oby karczmarz dysponował wolnym pokojem. Podjąwszy decyzję, kapłan zaczął pospiesznie schodzić ku gospodzie. W obejściu kręciło się parę osób: ktoś wnosił wodę do stajni, rozczochrana kobieta wracała znad rzeki z koszem prania, umorusany dzieciak dłubał patykiem w piachu. Asvaldur zerknął na słońce. Do zmierzchu pozostało jeszcze kilka godzin.
- No, lepiej nie wzbudzać zainteresowania. Trzymać fason - mruknął, wycierając rękawem pot z twarzy.
Zmusił się do uspokojenia kroku, wyprostował plecy. Do gospody wszedł z podniesioną głową. Rozejrzał się z lekkim uśmiechem, jakby w poszukiwaniu znajomych. We wspólnej sali znalazł tylko kłótliwe małżeństwo mieszczan i dwóch starszych mężczyzn zajętych cichą rozmową nad piwem. Nikt poza właścicielem karczmy nie poświęcił przybyszowi większej uwagi. Oceniwszy strój nowego gościa jako ponadprzeciętnej jakości, gospodarz z widocznym rozczarowaniem przyjął prośbę o możliwie tani, choć osobny pokój. Wskazał Henowi ciasną, ciemną izdebkę z małym oknem bez przesłony, jedynie z drewnianą okiennicą.
- Z pewnością wolałby jegomość coś lepszego - nalegał. - Z wygodnym posłaniem. Oknami z oliwioną błoną. Pokażę...
- Nie, nie, bardzo dobrze. Nie potrzeba mi wiele. Tylko wypoczynku i odosobnienia. Muszę zrobić przystanek, bo strzyka mnie w lędźwiach. Poleżę, wygrzeję plecy.
- Jak moją babkę połamało w krzyżu, zaległa w pierzynach na dwa miesiące - burknął gospodarz. - Ale od twardego siennika tylko nowe bóle wejdą. Kilka groszy więcej jegomość sypnie i...
Asvaldur nie słuchał, ściągnął już plecak i ustawił przy łóżku. Oparł kij o ścianę.
- Obejdzie się - orzekł. - Jestem pewien, że za parę dni wszystko minie.
- A jak sobie jegomość życzy - zniechęcił się karczmarz. - Skoro postanowione, będzie płatne z góry za dwie noce.
Hen wysupłał monety z niepokojąco lekkiego trzosika. Poprosił jeszcze o wodę do mycia, piwo, bochen chleba i pęto kiełbasy. Odbierając kolację, marudnym tonem powtórzył rozczochranej gospodyni, że życzy sobie mieć spokój do rana. Potem zamknął pokój od wewnątrz. Same drzwi zbito solidnie, ale nie podobała mu się szpara przy podłodze. Odsunął łóżko jak najdalej od wejścia. Odetchnął. Poczuł się bezpiecznie, ale gdy opadły emocje, coraz wyraźniej dochodził do głosu potężniejący nieuchronnie ból. Kapłan kręcił się po pokoju z gracją starca. Jak dobrze, że nikt go teraz nie oglądał! Zwykłe czynności wykonywał w żółwim tempie. Zanim się umył, najadł i przebrał, chmury na zachodzie pokryły się oranżem. Asvaldur zamknął okiennicę i ostrożnie, niemal po omacku wycofał się na łóżko. Usiadł w ciemnej izbie i czekał, by ujrzeć cud. Wkrótce w mroku dostrzegł zarys swoich dłoni. Błogosławieństwo rozpalało kości, nie żarem, nie gorączką, lecz bólem i złotym blaskiem. Mistyczne światło od wewnątrz przenikało przez tkanki i skórę. Płomień Przemiany.
Asvaldur poniósł ręce do oczu, niezmiennie zafascynowany widokiem. Szeptał nieskładne słowa podziwu, poddaństwa i akceptacji. Nigdy nie ułożył żadnej modlitwy do swojej Bogini. Mówił z serca, z potrzeby chwili; chyba lubiła tę formę spontanicznej adoracji.
Nasyciwszy wzrok, kapłan jak najszczelniej otulił się kocem, głowę złożył jak najdalej od drzwi. Usilnie starał się zasnąć. Poczuł na czole i powiekach chłodny, łaskawy dotyk. Niespodziewana ulga pozwoliła mu zapaść w kojący sen.