Rozdział 3
Aurora Cartier
Niedzielny poranek spędzam na duszeniu płaczu, chowając twarz w poduszkę. Wspomnienia wczorajszego wieczoru wprawiają mnie w stan jakiegoś obłędu.
Kiedy to się skończy?
Ta ciągła panika.
Lęk, który w ostatnim czasie przybrał na sile.
Gdy pojawiły się pierwsze objawy mojej fobii społecznej, rodzice pomylili je z nieśmiałością. I mylą do dziś. Z tego powodu co roku wyprawiają mi urodziny, zapraszają mnóstwo gości i zmuszają mnie do interakcji z nimi. Nie są w stanie przyjąć do wiadomości, że to nie zwykła nieśmiałość, tylko coś znacznie głębszego. Coś, co zapuściło we mnie korzenie, kiedy jeszcze mieszkałam z moją biologiczną mamą i starszą siostrą.
One we dwie nie interesowały się mną tak, jak tego oczekiwałam. Byłyśmy biedne, więc często chodziłam w brudnych ubraniach, porwanych butach czy rozczochranych włosach.
Dzieci w szkole szybko to zauważyły.
Dzieci w szkole były bezlitosne.
Nigdy nie zapomnę ich spojrzeń - odpychających, pełnych wyższości, jakbym była czymś gorszym, czymś, czego nie warto dotykać. "Czy w twoim domu nie ma mydła?" - pytała jedna z dziewczyn, a inne śmiały się, zakrywając usta dłońmi. "Patrzcie, znowu ma te same spodnie! Może tylko jedne ma?" - rzucał ktoś z końca korytarza. Za każdym razem moje policzki płonęły, a ja faktycznie czułam się winna czegoś, czego nie rozumiałam.
Te doświadczenia zostawiły w moim wnętrzu coś, czego do dziś nie potrafię wyplenić. Czasem łapię się na tym, że patrzę na swoje odbicie w lustrze, szukając tych dawnych śladów - brudu na ubraniach, plam, które mogłyby wywołać szyderstwa. Chociaż teraz mam więcej, niż mogłam sobie wtedy wyobrazić, te dziecięce głosy wciąż do mnie wracają.
To właśnie przez te doświadczenia nauczyłam się milczeć, bo milczenie było jedynym sposobem na przetrwanie. Nie odpowiadałam, nie broniłam się - zamykałam się w sobie. I to zamknięcie trwa do dziś, jak skorupa, która z biegiem lat stała się częścią mnie.
Rodzice adoptowali mnie, gdy miałam dziewięć lat. Byli dla mnie dobrzy, dawali mi to, czego brakowało wcześniej, ale nigdy nie zrozumieli, dlaczego tak trudno mi być "normalną". Dla nich byłam nieśmiałą dziewczyną, która musi "otworzyć się na ludzi". Nie wiedzieli, że byłam zamknięta na głucho, bo kiedyś każde otwarcie kończyło się ciosem.
Wczorajszy wieczór był kolejnym tego przypomnieniem. Każda osoba na tej imprezie, każdy obcy uśmiech i gest były dla mnie zagrożeniem. Teraz nie potrafię odgonić myśli, że patrzą na mnie tak, jak kiedyś tamte dzieci. Że czekają na moment, by wyśmiać to, czego jeszcze w sobie nie widzę.
Czekają na jutro.
Mój pokój rozświetlają promienie słońca przedostające się przez beżowe zasłony. Nie mam pojęcia, która jest godzina. W Wellbridge już o piątej nad ranem wschodzi światło tak mocne, że wydaje się, jakby chciało wypalić wszystkie cienie. Ale we mnie nadal jest noc, a najgorsze, co może mnie spotkać i co mnie spotyka, to bycie wśród ludzi, które w moim wyobrażeniu jest jak stanie pośrodku pola minowego. Każdy krok może okazać się błędem, każda chwila wahania - wybuchem. Staram się więc nie poruszać, nie oddychać zbyt głośno. Udawać, że mnie nie ma. Ale przecież jestem.
Bo nie może mnie nie być.
Muszę być tą, kogo chcą we mnie widzieć rodzice.
W końcu z jakiegoś powodu mnie wybrali. Nie mogę ich zawieść, mimo że robię to przez cały czas.
A nawet gdy mówię im to, jak naprawdę się czuję, oni mnie nie słuchają.
Odwracam się na plecy i zdejmuję poduszkę z mokrej twarzy. Mój wzrok pada na biały sufit, na którym, gdy jest ciemno, widać rozgwieżdżone niebo.
To niebo to jedyna rzecz w moim pokoju, która wydaje się prawdziwie moja. Naklejki fosforyzujące, które przyklejałam na sufit, mając dwanaście lat, wciąż tam są. Nierówno rozmieszczone, bo wtedy nikt nie pomógł mi ich ułożyć. W ciemności ożywają, przypominając mi, że kiedyś marzyłam o czymś więcej niż tylko o przetrwaniu.
Reszta pokoju to obraz kontrolowanego porządku, niemal sterylnej harmonii. Białe ściany, gładkie i nienaruszone, tworzą przestrzeń, w której każdy cień rzuca się w oczy. Beżowe zasłony, dopasowane do miękkiego dywanu, tłumią światło i dźwięki, próbujące odgrodzić mnie od świata za oknem.
Łóżko, na którym leżę, jest przykryte narzutą w odcieniu kawy z mlekiem, a na niej starannie ułożone są poduszki w różnych odcieniach bieli i kremu. Pod nimi skrywa się chaos - zmięta pościel, która zdradza moje bezsenne noce.
W rogu pokoju stoi toaletka, idealnie uporządkowana. Flakoniki perfum, których nigdy nie używam, ustawione w równym rzędzie, obok szczotki do włosów i pudełka na biżuterię. Lusterko odbija promienie słońca, rozpraszając światło na ścianach, aby nadać temu miejscu trochę życia.
Na biurku leżą książki - te, które muszę czytać do szkoły, i te, które chciałabym przeczytać, gdybym potrafiła się skupić. Zeszyty z równiutkimi notatkami są poukładane w stos, a obok nich stoi kubek z długopisami i ołówkami, idealnie zaostrzonymi.
Mimo to pokój wydaje się pusty. Jakby był tylko scenografią, atrapą przestrzeni, w której powinna mieszkać osiemnastolatka. Ale w tej przestrzeni nie ma mnie. Jest tylko ktoś, kim staram się - dla rodziców, dla szkoły, dla świata.
Patrzę na sufit jeszcze przez chwilę, a potem zamykam oczy. Te fosforyzujące gwiazdy są jedynym dowodem, że kiedyś chciałam czegoś więcej. Teraz ich światło wydaje mi się równie odległe jak prawdziwe gwiazdy na nocnym niebie.
Przewracam się z boku na bok, a wtedy słyszę ciche pukanie do drzwi. Nim zdążę odpowiedzieć, te uchylają się lekko. W ich progu zauważam kapcie mamy, a potem jej sylwetka wychyla się przez szparę, powodując, że na moment brakuje mi oddechu.
To nie tak, że się jej boję, bo moja matka to naprawdę cudowna kobieta. Po prostu jest mi wstyd. Wstyd za to, co wczoraj zrobiłam, a raczej czego nie zrobiłam. Nie stanęłam na wysokości zadania.
Nie spełniłam jej oczekiwań, a przecież obiecałam, że tym razem będzie inaczej.
- Mogę wejść? Przyniosłam ci śniadanie. - Jej delikatny ton głosu kontrastuje z postawą, którą przybiera.
Jak zwykle prezentuje się nienagannie. Ma idealnie wyprostowane blond włosy, które schowała za ucho. Granatowy garnitur i białą koszulkę, na której widnieje jakiś napis. I to ten jeden szczegół przyciąga mój wzrok bardziej niż cokolwiek innego. "You can do it" - mówi czerwony font na idealnie wyprasowanej tkaninie. Słowa, które w jej wypadku brzmią jak mantra, a w moim - jak oskarżenie.
Kiwam głową w odpowiedzi, unosząc się na łokciach. Mama wchodzi do środka, stawiając tacę na biurku. Na niej widzę filiżankę z parującą herbatą, kromkę chleba z dżemem malinowym i kilka plasterków sera. Wiem, że to jej sposób, by powiedzieć "przepraszam" za cokolwiek, co mogło mnie zranić, nawet jeśli nigdy tego nie przyzna.
Jednak to nie ona powinna przepraszać, tylko ja. To ja popsułam ten jeden wieczór.
- Myślałam, że będziesz głodna - mówi z uśmiechem, który jest tak subtelny, że przypomina pęknięcie w lodzie. Jej oczy prześlizgują się po moim pokoju i zatrzymują na stosie książek.
- Dzięki - odpowiadam cicho, unikając jej spojrzenia.
Milczymy. Ona stoi, czekając na coś więcej, natomiast ja siedzę, próbując ukryć swoje nerwowe ruchy.
- Auroro, wiesz, że wczoraj nikt się na ciebie nie gniewał, prawda? - zaczyna ostrożnie, aby żadne słowo nie wydało mi się krokiem przez pole minowe. - Chcieliśmy tylko, żebyś się dobrze bawiła.
Zaciskam dłonie na krawędzi koca, czując znajomy ciężar rosnący w klatce piersiowej.
- Wiem - mówię, chociaż wcale nie wiem. Wczoraj widziałam ich spojrzenia. Zbyt długie, zbyt uważne. Jak gdyby wszyscy zauważyli, że tu nie pasuję.
Mama przygląda mi się przez chwilę, a potem robi krok w moją stronę i kładzie dłoń na mojej. Jest ciepła, ale jej dotyk sprawia, że czuję się jeszcze bardziej naga, jakby widziała wszystko, czego tak desperacko staram się nie pokazywać.
- I to ja przepraszam, mamo. Nie powinnam tak się zachowywać. Przepraszam, że spanikowałam.
- A przedtem jeszcze schowałaś się w szafie...
Przełykam gulę w gardle.
- Naprawdę jest aż tak źle? - pyta, ściskając moją dłoń.
Układam usta w wąską linię i mrugam, żeby ponownie się nie rozpłakać.
Mogę powiedzieć prawdę, ale nie mam pojęcia, czy to coś da.
W końcu mówiłam ją wiele razy.
Może, kiedy zacznę kłamać, to te kłamstwa wreszcie zmaterializują się w fizycznym świecie.
Pociągam nosem, potrząsając niewinnie głową.
- Nie wiem - wyznaję. Nie jest to coś, co chciało wydobyć się z mojego gardła, jednak na nic innego mnie nie stać.
Dziś nie mam siły walczyć.
Mama unosi dłoń i przykłada ją do mojego policzka. Kciukiem wyciera znajdującą się na nim łzę, po czym przysuwa się do mnie i otula ramionami. Do moich nozdrzy dociera jej zapach. Są to drogie perfumy pachnące jaśminem. Trzymam się jej, czując, jak jej obecność wypełnia mnie po brzegi, jest jak balsam na zranioną duszę. W jej objęciach nie muszę nic mówić. Jej milczenie to wszystko - zrozumienie, troska, czułość, której nie potrafię znaleźć w słowach.
- Przepraszam - powtarzam, na co ona jeszcze mocniej mnie obejmuje.
- Kocham cię, Auroro - szepcze, a ja czuję na języku słoną ciecz.
Tara Cartier może wydawać się kobietą chłodną, pogrążoną w sztywnych zasadach biznesu, kierującą się logiką i zimną kalkulacją, z łatwością podejmującą decyzje, które potrafią zaważyć na losach milionów. Jej twarz nie zdradza emocji, a spojrzenie jest tak przenikliwe, że ma się wrażenie, jakby widziała wszystko, nawet to, co nie zostało wypowiedziane na głos. W świecie, w którym funkcjonuje, nie ma miejsca na słabości. Jest mistrzynią w grze, która wymaga pewności siebie i nieustannego kontrolowania sytuacji.
Ale mimo tego wszystkiego w jej gestach, w delikatności, z jaką mnie przytula, kryje się coś zupełnie innego. To ona, chociaż sama nie daje po sobie tego poznać, ma w sobie ogromną wrażliwość. W jej oczach jest ludzka strona, którą ukrywa przed światem, obawiając się, że zostanie wykorzystana. To nie jest tylko maska. To tarcza chroniąca ją przed zranieniem, które mogłoby przyjść zbyt łatwo, gdyby tylko dała się poznać do końca.
Tara Cartier jest w stanie przejść przez najtrudniejsze negocjacje, zbudować imperium, ale w chwili, gdy rozmawia ze mną, w jej sercu pojawia się miejsce dla mnie. Czułość, którą nosi, choć ukryta głęboko, sprawia, że w jej obecności czuję się bezpieczna, bo jej siła i determinacja mają chronić nie tylko jej interesy, ale i mnie.
Zupełnie nie przypomina mojej biologicznej matki - Susanny Morgan. Ta, w przeciwieństwie do niej, nie dbała o mnie. Nie interesowała się mną. Zawsze wybierała alkohol ponad własne dzieci, a jej miłość była tak ulotna jak obietnice, które składała, by chwilę później je łamać. Jej obecność w domu była jak ciężka mgła - nie wiadomo, czy sprawiała, że czułam się bezpiecznie, czy też utwierdzała mnie w przekonaniu, że nigdzie nie ma schronienia. Każdy dzień to była walka o uwagę, o odrobinę ciepła, które nigdy nie nadchodziły. W jej oczach widziałam zmęczenie, a może zniechęcenie, które nie miało nic wspólnego z miłością matki.
W przeciwieństwie do Tary moja biologiczna matka nie widziała we mnie niczego, co mogłoby ją wzruszyć. Byłam tylko kolejnym obowiązkiem w jej życiu, czymś, co trzeba było zignorować, zamieść pod dywan, bo jej własne problemy były ważniejsze. Nie rozumiałam wtedy, dlaczego tak się działo. Dlaczego jej życie zawsze kręciło się wokół jej uzależnienia, a nie wokół mnie i mojej siostry. Nigdy nie wiedziałam, co to znaczy być dla kogoś priorytetem, być kochaną nie tylko poprzez słowa, ale czyny.
Tara była zupełnie inna. Choć również nie była idealna, jej miłość była inna - nieobciążona brakiem zainteresowania, nie wynikała z obowiązku. Była czymś, co płynęło od niej naturalnie, chociaż ukryte pod twardą powłoką. W jej spojrzeniu nie było miejsca na obojętność. I chociaż wydawała się osobą, która nigdy nie potrzebuje pomocy, kiedy patrzę na nią, widzę coś, co w mojej biologicznej matce było nieobecne - odpowiedzialność, determinację, ale też ogromną troskę. Właśnie tego mi brakowało wtedy, w tamtym mrocznym domu.
A potem w domu dziecka.
- Czy tata jest na mnie zły? - Odsuwam się od mamy, aby na nią popatrzeć.
Jest piękna. Wygląda jak lalka z porcelany. Ma rosyjską urodę, choć z Europą ma niewiele wspólnego. Jej skóra jest jasna, niemal przezroczysta, z delikatnym odcieniem różu na policzkach, jakby nigdy nie zaznała zmęczenia. Jej twarz to połączenie chłodnej urody z ukrytą wewnątrz siłą. Duże jasnozielone oczy, pełne powagi, ale i jakiejś niezrozumiałej łagodności, które czasem zdradzają, że pod tą zewnętrzną twardością kryje się wrażliwość. Nos prosty, delikatnie zadarty, zmysłowe usta, które rzadko się uśmiechają, ale kiedy to robią, czuję, jak cały pokój rozjaśnia się ciepłem.
Momentami żałuję, że nie urodziła mnie naprawdę.
Może, gdybym odziedziczyła jej geny, nie byłabym teraz dziwadłem.
- Oczywiście, że nie - odpowiada pewnie, odgarniając z mojej twarzy kosmyki włosów. - Tata tak samo jak ja bardzo cię kocha i nigdy nie jest na ciebie zły. Co to za pytanie? - Śmieje się.
Dla mnie to pytanie jest całkiem normalne.
Kiedyś każdy był na mnie zły.
Za każdy oddech, który z siebie wydobyłam w momencie, w którym nie powinnam tego robić.
Wzruszam ramionami, uśmiechając się słabo.
- Och, skarbie. - Wzdycha. - Wiesz, że moglibyśmy skoczyć dla ciebie w ogień, prawda? Musisz nam zaufać. Powiedz, czego tak bardzo się boisz, a ja obiecuję, że wraz z tatą pozbędziemy się tego.
Myślę, że najlepiej byłoby pozbyć się mnie.
Alaric Ross
- Pierdolisz kocopoły, stary... Tara Cartier nie mogła wpaść na tak pojebany pomysł. Pewnie to jakaś pułapka. Albo robisz sobie z nas beczkę. - Ethan patrzy na mnie wymownie, a potem przenosi wzrok na opierającą się o maskę jego czarnego BMW Larę. - Prawda? - zwraca się do niej, ale ona najpewniej nas nie słucha, ponieważ z nosem utkwionym w ekranie telefonu i tą swoją wiecznie obojętną miną odpisuje na wiadomości.
A jednak przekrzywia głowę, jak gdyby tylko jednym uchem rejestrowała nasze słowa, i w końcu wzrusza ramionami.
- Tara Cartier nie jest głupia - mruczy, nie odrywając wzroku od telefonu. - Jeśli to rzeczywiście jej pomysł, to nie dlatego, że jest pojebany. Raczej dlatego, że ma w tym jakiś interes. Zawsze ma.
Ethan parska, machając ręką, jakby chciał przegnać jej słowa z powietrza, na co ja wyjmuję z kieszeni swoich ciemnych spodni zgniecioną na kilka razy kartkę.
- Jej interesem jest córka - stwierdzam, rozprostowując arkusz, na którym znajduje się umowa.
Tara przysłała mi ją przez swojego szofera. Nie miałem czasu jej przeczytać, bo spieszyłem się do klubu, ale podpisałem ją bez większego zastanowienia. Gdy rozkładam papier, moje oczy przesuwają się po schludnych linijkach tekstu. Treść jest jasna, a jednocześnie tak absurdalna, że muszę przeczytać ją dwa razy, a kiedy to robię, wybucham gromkim śmiechem, który roznosi się po prawie pustej polanie.
Ethan pochyla się bliżej, wyrywając mi dokument z rąk. Jego brwi unoszą się, gdy przebiega wzrokiem po pierwszych słowach.
- Że co, kurwa? - rzuca, patrząc na mnie, jakbym osobiście wymyślił cały ten plan. - "Zapewnienie towarzystwa Aurorze Cartier, wspieranie jej w nawiązywaniu przyjaźni..." - czyta, a potem spogląda na mnie z mieszaniną niedowierzania i rozbawienia. - Stary, masz w tej umowie wpisane, że masz zostać jej... kumplem?
- I to na chwilę - dodaje Lara, wyrywając mu papier z dłoni. Czyta cicho przez kilka sekund, po czym marszczy czoło i kręci głową. - A potem masz zniknąć z jej życia.
- Dokładnie - potwierdzam, wzruszając niedbale ramionami. - Ma to wyglądać naturalnie. Przychodzę, pomagam jej ogarnąć życie towarzyskie, a potem stopniowo się wycofuję. Żadnych dramatów, żadnych pożegnań.
Ethan wybucha śmiechem.
- Człowieku, to brzmi jak jakaś popieprzona wersja serialu Niania w akcji! Co ty z tego w ogóle masz?
Lara spogląda na mnie przez ramię z tym swoim nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
- Coś musiałeś dostać w zamian. Tara Cartier nie oferuje nic za darmo.
Przez chwilę milczę, zaciskając szczęki. Ethan i Lara wpatrują się we mnie, czekając na odpowiedź, a ja w końcu cedzę:
- Pieniądze. Poza tym... To pomoże mi zbliżyć się do tej rodziny i zniszczyć ją od środka. - Uśmiecham się, jednak w tym uśmiechu nie ma cienia radości. Jest chłodny, wyrachowany, bardziej maska niż wyraz emocji. - Dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. Macie tam napisane.
Ethan gwiżdże cicho, przysuwając się bliżej i stukając palcem w dokument.
- Dwadzieścia pięć koła za to, żebyś został czyimś kumplem? - Unosi brew, patrząc na mnie z niedowierzaniem. - Alaric, stary, nie wiem, czy to bardziej popieprzone, czy genialne.
- Popieprzone jest to, że będzie musiał udawać licealistę w Elite International School - podsumowuje Lara, unosząc dokument na wysokość twarzy, by przypomnieć mi każdą z jego absurdalnych klauzul. Jej głos brzmi chłodno, ale dostrzegam cień rozbawienia w kąciku jej ust.
- Coś ci się nie podoba? - rzucam zadziornie.
- Wszystko mi się nie podoba - odcina się, składając papier z precyzją, jakby było to origami. - Bo to nie ma prawa się udać. Myślisz, że wystarczy trochę kasy, kilka fałszywych uśmiechów i towarzyszenie tej dziewczynie na lunchach, żebyś nagle stał się jej najlepszym kumplem?
Ethan parska śmiechem, przeczesując dłonią włosy.
- Nawet nie kumplem. Mentorem. Towarzyszem. Aniołem stróżem w szkolnej stołówce. - Kręci głową, a jego głos ocieka sarkazmem. - To brzmi jak kiepski scenariusz do komedii romantycznej.
- Może tak, a może nie - odpowiadam spokojnie, ignorując ich kpiny. - Ale Tara Cartier ma w tym jakiś cel, a skoro jest gotowa płacić tyle, to znaczy, że to dla niej ważne. Aurora to jej pięta achillesowa.
- A ty chcesz to wykorzystać - rzuca rudowłosa, patrząc na mnie z nagłym chłodem w oczach. - Fajnie, Alaric. Naprawdę fajnie.
Lara Preston nie jest typem dziewczyny, którą łatwo przejrzeć. Na pierwszy rzut oka może wydawać się chłodna, wycofana, z tym swoim wiecznie obojętnym spojrzeniem i cichymi komentarzami, które wbijają się pod skórę, zanim zdążysz zauważyć, że to boli. Jest ostra jak brzytwa, ale tylko dlatego, że życie nauczyło ją, że miękkość to słabość.
Lara była dzieckiem chaosu. Wychowana w domu, gdzie krzyki były codziennością, a ciepło rodzinne istniało tylko w filmach, nauczyła się, jak przetrwać wśród zgliszczy. Alkohol, sponiewieranie, wyzwiska, drzwi trzaskające o trzeciej nad ranem - to wszystko mogło ją złamać. Ale nie złamało.
Zamiast tego ukształtowało ją na kogoś, kto potrafił czytać z ludzi jak z książki. Jedno spojrzenie, jedno słowo - tyle jej wystarczyło, żeby wiedzieć, kim jesteś i czy warto ci ufać. Nie była ufna, bo w jej świecie zaufanie to przywilej, na który niewielu zasługiwało. A mimo to była... dobra.
Lara ma w sobie dziwną mieszankę siły i delikatności, którą widziało się tylko wtedy, gdy myślała, że nikt nie patrzy. Pomaga tym, którzy tego potrzebują, choć robi to tak, jakby łaska była ostatnią rzeczą, jaką chce okazać. Pod jej sarkastycznymi komentarzami kryje się troska, tak głęboko zakorzeniona, że wydaje się wręcz niechętna.
Nie mówi o sobie dużo, ale wiem, że to, co przeszła, było cięższe, niż kiedykolwiek przyznała. Wystarczyło spojrzeć w jej oczy - przenikliwe, pełne ostrożności, wciąż czekające na kolejny cios. A jednak, mimo wszystko, ma w sobie coś, co trzyma nas wszystkich razem. Jest tą osobą, która rzuci ci prawdę prosto w twarz, nawet jeśli ta zaboli. Zwłaszcza jeśli boli.
I jest pieprzoną feministką. Ale nie taką z transparentami i okrzykami na ulicach, chociaż pewnie i to by zrobiła, gdyby coś naprawdę ją wkurzyło. Lara walczy po cichu. Jej bunt jest subtelny, ale nie mniej skuteczny. Nie będzie się tłumaczyć z tego, kim jest. Nie przeprosi za to, że jest zbyt głośna, zbyt mądra, zbyt niezależna.
W jej świecie feministka to ktoś, kto nie pozwoli nikomu wmówić sobie, że jest mniej wart. Ktoś, kto nie prosi o miejsce przy stole - po prostu je zajmuje. Kiedy Ethan rzuca jakiś seksistowski komentarz, patrzy na niego z taką miną, że chłopak sam się z tego śmieje, zanim zdąży dokończyć. Kiedy Lara widzi dziewczynę, która się boi, jest pierwsza, żeby powiedzieć jej, by podniosła głowę i spojrzała światu prosto w oczy.
Ale to nie znaczy, że jest idealna. Lara ma swoje demony, swoje słabości, których nikt nie widzi. Może to przez to, że tak uparcie trzyma wszystkich na dystans. A może dlatego, że tak bardzo stara się być silna, że czasem zapomina, że ma prawo być słaba.
I to właśnie w niej jest najbardziej fascynujące. Nie jej ostrość, nie jej sarkazm, nie te wszystkie warstwy, za którymi się chroni. To ta niewidzialna walka, którą toczy każdego dnia. Walka o to, żeby być sobą w świecie, który próbował ją złamać na tysiąc sposobów. Walka o to, żeby nie stać się tym, czym była jej rodzina.
Lara Preston nie jest łatwa. Ale może właśnie dlatego nie można przestać jej podziwiać.
Ethan coś o tym wie.
Wzruszam ramionami na jej słowa.
- To tylko biznes.
- Ale dziewczyna to nie biznes, idioto - wybucha, odrzucając zmięty dokument w moją stronę. Jej oczy błyszczą gniewem, jaki rzadko u niej widuję. - Może jest samotna, może potrzebuje przyjaciela, ale ty? Ty zamierzasz wbić jej nóż w plecy.
- Nie interesuje mnie, co myślisz - odpowiadam twardo, choć w środku coś we mnie zadrgało. - Mam plan. I zamierzam go zrealizować. Chyba zapominałaś, co zrobił jej ojciec.
Dziewczyna prycha, przewracając oczami.
- Serio? Będziemy zwalać winę rodziców na ich dzieci? To może chcesz mi powiedzieć, że to, jak mnie traktował ojciec, było moją winą, bo nie byłam chłopakiem?
Nie to miałem na myśli, ale jej tego nie mówię, bo odwraca się i rusza w kierunku wejścia do klubu. Waldorf staje obok mnie i poklepuje mnie po plecach.
- Masz moje błogosławieństwo. Olej ją. - Rzuca mi krzywy uśmiech.
Potem idzie za Larą, a ja zostaję sam, patrząc na wejście do klubu motocyklowego, który od lat był sercem naszej działalności - i naszego upadku.
Drzwi wejściowe wyglądają na zwykłe, drewniane, nawet nieco zniszczone, ale kiedy przekracza się ich próg, wchodzi się do innego świata. W środku ściany są czarne, zdobione graffiti, które przypomina sztukę uliczną, a nie wandalizm. Światła są przytłumione, tworzą mroczny półmrok, który ukrywa więcej, niż ujawnia. W powietrzu unosi się zapach benzyny, alkoholu i dymu papierosowego, i jest tak gęsty, że zdaje się, że można go dotknąć.
Klub jest duży, podzielony na kilka sekcji. Po lewej stronie znajduje się bar - zrobiony z surowego drewna, którego lakier już dawno stracił połysk. Za barem stoi Daisy, z papierosem w ustach, i nalewa whiskey do szklanki, choć wydaje się bardziej zainteresowana rozmową z kimś po drugiej stronie. Po prawej widać stoły bilardowe i kanapy obite skórą, większość z nich zajęta jest przez ludzi, których nikt nie chciałby spotkać w ciemnej uliczce.
Na samym środku przestrzeni stoi coś w rodzaju podium - miejsce, gdzie odbywają się najbardziej szalone zakłady, walki na pięści, a czasem nawet wyścigi na minichopperach, które ktoś wprowadził dla żartu. Kiedy tam stoisz, czujesz, że to nie jest zwykłe miejsce. To terytorium. Teren rządzący się własnymi zasadami, których łamanie kończy się źle.
Na ścianach wiszą flagi z emblematem klubu Golden Scars - czaszką w motocyklowym kasku, otoczoną płomieniami. To symbol tego miejsca, którego członkowie byli czymś więcej niż tylko grupą motocyklistów. To była rodzina. Toksyczna, niebezpieczna, ale dla niektórych jedyna.
Dźwięk silników rozbrzmiewa zza budynku, zwiastując przyjazd kolejnych członków. Wszyscy wiedzą, że nie wchodzi się tutaj przypadkiem. Każdy, kto przestępuje ten próg, ma jakąś historię, cel albo dług do spłacenia.
Patrzę na Larę, która stoi teraz przy barze, popijając drinka z wysokiej szklanki. Jest częścią tego świata, choć tak różną od niego. Mocna i pewna siebie, a jednocześnie... zbyt dobra, żeby się tu znaleźć.
Chowam do kieszeni umowę, która zaczyna mi ciążyć. Ignoruję to uczucie. Gdy wchodzę dalej, podbija do mnie Juliett. Bez słowa łapie mnie za rękę i prowadzi w sobie znanym kierunku. Zaciska smukłe palce na moim nadgarstku, jej dotyk jest zimny i zdecydowany. Przez chwilę nic nie mówi, patrzy tylko na mnie spod ciemnych rzęs, z cieniem uśmiechu, który jest bardziej wyzwaniem niż zaproszeniem. W jej spojrzeniu czai mieszanina arogancji i niecierpliwości, bo według niej każda sekunda zwłoki jest stratą czasu.
Prowadzi mnie przez tłum w klubie, manewrując między ludźmi z precyzją osoby, która zna to miejsce na wylot. Czuje się tu swobodnie, ponieważ jest jego królową. Jej krótka skórzana kurtka błyszczy w świetle neonów, a zapach perfum - słodki, ale z ostrą nutą - unosi się w powietrzu.
Nie pytam, dokąd idziemy, choć wiem, co planuje. To widać w sposobie, w jaki się porusza, po tym pewnym siebie kroku, który podkreśla, że to ona tu rządzi.
Przechodzimy przez boczne drzwi, które prowadzą na wąski korytarz. Ściany są tu pokryte graffiti - kolorowe plamy, które w przytłumionym świetle wyglądają jak rozmyte cienie. W oddali słychać przytłumione dźwięki muzyki i śmiechu, ale tutaj panuje cisza, tylko nasze kroki odbijają się echem.
Juliett ani razu się nie odwraca, ale jej dłoń na moim nadgarstku zaciska się mocniej, jakby się obawiała, że mogę się wycofać. Nie robię tego. Nie wycofuję się. Idę za nią, chociaż w głowie wirują mi myśli.
Docieramy do drzwi na końcu korytarza. Otwiera je jednym ruchem, a ja widzę niewielkie pomieszczenie. Jest w nim tylko kanapa, niski stolik, na którym stoi kilka pustych butelek, i przygaszone światło, nadające całemu miejscu intymny, niemal teatralny klimat.
Blondynka zamyka za nami drzwi i w końcu odwraca się do mnie. W jej oczach jest ten sam cień wyzwania, ale teraz dochodzi pewność, że kontroluje sytuację.
- To twój moment, Alaric - mówi cicho, niemal szeptem. Robi krok w moją stronę, a ja czuję, jak przestrzeń między nami się kurczy, jak powietrze staje się cięższe. - Pytanie tylko, czy potrafisz go wykorzystać.
Nie odpowiadam. W tej chwili słowa są zbędne.
Dziewczyna kładzie dłoń na moim torsie, po czym zaczyna nią błądzić po całym moim ciele. Nie spuszczam z niej wzroku, nawet kiedy zsuwa z ramion skórzaną kurtkę, która ląduje gdzieś za nią. Koronkowy stanik bralette ledwo zakrywa jej piersi, a krótką spódniczkę mogłaby równie dobrze zostawić przy drzwiach. W jej oczach jest znacznie więcej niż pożądanie - gra, która wymaga mojego zaangażowania.
Robi kolejny krok do przodu i między nami nie zostaje już nic poza powietrzem, które staje się coraz bardziej elektryczne. Jej dłoń przesuwa się na moją szyję, delikatnie, ale wystarczająco stanowczo, bym poczuł, że w tej chwili to ona ustala zasady.
- Coś cię powstrzymuje? - pyta cicho, niemal z rozbawieniem, ale jej głos drży tak subtelnie, że ledwie to zauważam. - Albo się boisz, że ktoś nas tu nakryje?
Jej usta unoszą się w półuśmiechu, tym ironicznym grymasie, który zawsze na mnie działa. Nie odpowiadam, zamiast tego łapię ją za biodra i przyciągam bliżej.
- Powiem ci jedno, Juliett - mówię niskim głosem, moje słowa są ostre, jakby każde z nich ważyło tonę. - Jeśli grasz, to lepiej miej pewność, że wiesz, jak skończy się ta rozgrywka.