Blondynka wśród łowców tęczy - Beata Pawlikowska

-
Proszę czekać

Roz­dział 1W pasz­czy pi­ra­nii

Po kil­ku go­dzi­nach wę­drów­ki przez dżun­glę by­łam zgrza­na, mo­kra, ob­le­pio­na ku­rzem i li­ść­mi. Naj­dziw­niej­sze jed­nak było to, co dzia­ło się w mo­ich wło­sach. Dla nie­jed­ne­go en­to­mo­lo­ga wi­dok był­by za­chwy­ca­ją­cy: na mo­jej gło­wie po­wsta­ło mi­nia­tu­ro­we zoo. Czu­łam na skó­rze szyb­ko po­ru­sza­ją­ce się od­nó­ża żucz­ków, gą­sie­nic i pa­si­ko­ni­ków, któ­re - zda­je się - były nie mniej ode mnie tym sta­nem rze­czy za­sko­czo­ne.

Lek­kie zdu­mie­nie do­strze­głam też w oczach mo­je­go prze­wod­ni­ka, cho­ciaż tak na­praw­dę to on był je­dy­nym win­nym. Szedł przez cały czas z przo­du, od­naj­du­jąc w gę­stwi­nie ścież­kę albo wy­ci­na­jąc ją wśród splą­ta­nej ro­ślin­no­ści. Za każ­dym ra­zem, kie­dy chciał się do­brze za­mach­nąć, pod­no­sił ma­cze­tę i wa­lił nią w ga­łę­zie zwie­sza­ją­ce się nad nami. Z tych ga­łę­zi, li­ści, pącz­ków kwia­tów i doj­rza­łych owo­ców wy­sy­py­wał się deszcz za­sko­czo­nych taką gwał­tow­no­ścią owa­dów. Le­cąc w dół, sta­ra­ły się ucze­pić roz­ca­pie­rzo­ny­mi łap­ka­mi ja­kiej­kol­wiek rze­czy, któ­ra sta­nę­ła na ich dro­dze - za­nim zde­rzy­ły się z zie­mią. Tak się aku­rat skła­da­ło, że tuż za ma­cze­tą In­dia­ni­na znaj­do­wa­łam się ja. Na mo­jej gło­wie za­par­ko­wa­ło więc kil­ka dzie­siąt­ków chrząsz­czy, tro­pi­kal­nych bie­dro­nek, sto­nóg, pa­si­ko­ni­ków, much, pa­ją­ków, wło­cha­tych li­szek i mró­wek. Zo­sta­ły wy­rzu­co­ne ze swo­ich gniazd, prze­rwa­no im po­si­łek, drzem­kę albo za­lo­ty. Na pew­no nie były za­do­wo­lo­ne. Gdy­by owa­dy umia­ły krzy­czeć, to ich wrzask niósł­by się da­le­ko w dżun­glę.

Ja wła­ści­wie tak­że mia­łam ocho­tę wy­krzy­czeć swój pro­test prze­ciw­ko osad­ni­kom na mo­jej gło­wie, ale w za­ist­nia­łej sy­tu­acji po­sta­no­wi­łam za­cho­wać siły na do­tar­cie do rze­ki.

Pół go­dzi­ny póź­niej do­strze­głam błę­kit nie­ba prze­świe­ca­ją­cy przez drze­wa, a po­tem po­czu­li­śmy cu­dow­ny, orzeź­wia­ją­cy za­pach zgni­łych ryb. Sta­li­śmy nad rze­ką. Przed nami, za błot­ni­stym trzę­sa­wi­skiem cią­gnął się mniej wię­cej dwu­me­tro­wy pas przy­brzeż­ne­go mo­kra­dła. Pod­czas pory desz­czo­wej rze­ka przy­bra­ła, za­le­wa­jąc spo­ry ka­wa­łek dżun­gli. Nie­opo­dal, przy drze­wie, nie­cier­pli­wie chy­bo­ta­ło się in­diań­skie czół­no.

Czas na­glił. Owa­dy na mo­jej gło­wie za­czę­ły zdra­dzać ozna­ki nie­po­ko­ju. Po­czu­łam na szyi czy­jeś skrzy­dła, kil­ka­dzie­siąt pa­zur­ków chwy­ci­ło mnie za ucho. Była to zde­cy­do­wa­nie naj­wyż­sza pora na ką­piel, tym bar­dziej że te­raz, na otwar­tej prze­strze­ni, słoń­ce ob­la­ło nas swo­imi pro­mie­nia­mi jak go­rą­cą zupą. Czu­łam, że je­śli nie za­nu­rzę się na­tych­miast w chłod­nej wo­dzie, zo­sta­nie ze mnie na pia­sku tyl­ko sło­na skwar­ka. Za­nim jed­nak zbli­ży­łam się do wody, za­da­łam mo­je­mu prze­wod­ni­ko­wi sa­kra­men­tal­ne py­ta­nie:

- Czy tu się moż­na ką­pać?

Ama­zoń­skie rze­ki mają do sie­bie to samo, co ama­zoń­skie drze­wa, czy­li są wy­jąt­ko­wo ob­fi­cie za­sie­dlo­ne. Na drze­wach za­do­mo­wi­ły się owa­dy, węże, pta­ki i inne po­dob­ne im zwie­rzę­ta, czę­sto wy­po­sa­żo­ne w wy­myśl­ne na­rzą­dy pasz­czo­we, umoż­li­wia­ją­ce po­zy­ski­wa­nie je­dze­nia z ży­wych osob­ni­ków, tak sła­bo przy­sto­so­wa­nych do obro­ny jak na przy­kład lu­dzie. W rze­kach zaś miesz­ka­nie i nie­ustan­nie za­peł­nia­ją­cą się spi­żar­nię zna­la­zły ta­kie stwo­rzon­ka jak kaj­ma­ny, pi­ra­nie, elek­trycz­ne wę­go­rze czy płaszcz­ki ata­ku­ją­ce swo­je ofia­ry za po­mo­cą za­tru­te­go kol­ca. Za­wsze więc przed ką­pie­lą w no­wym miej­scu trze­ba usta­lić, na ja­kie nie­bez­pie­czeń­stwa czło­wiek może być na­ra­żo­ny. Czy ry­zy­ku­je tyl­ko na­dep­nię­cie na wę­go­rza i po­ra­że­nie prą­dem, czy też zo­sta­nie przy­wi­ta­ny żar­łocz­ny­mi szczę­ka­mi pi­ra­nii, z któ­ry­mi na­wią­że kon­takt - że tak po­wiem - bez­po­śred­ni.

Eloy ro­zej­rzał się, po­wą­chał po­wie­trze, zmarsz­czył czo­ło, a po­tem wy­po­wie­dział upra­gnio­ne trzy sło­wa:

Si, se pu­ede. Tak, moż­na.

Nie cze­ka­łam aż zmie­ni zda­nie. Prze­bie­głam przez trzę­sa­wi­sko, prze­czoł­ga­łam się przez mo­kra­dło, po czym - o roz­ko­szy! - za­nu­rzy­łam się w lek­ko stę­chłej przy­brzeż­nej wo­dzie. Na mo­jej gło­wie na­gle zro­bił się wiel­ki tłok, a po­tem część owa­dzie­go brac­twa wy­plą­ta­ła się spo­mię­dzy mo­ich wło­sów i od­le­cia­ła, a inne roz­po­czę­ły wio­sło­wa­nie z po­wro­tem ku brze­go­wi. Ja po­pły­nę­łam w od­wrot­nym kie­run­ku.

Na­resz­cie zmy­łam z sie­bie lep­ki pot, kurz, brud i to wszyst­ko, co zo­sta­wi­ły mi we wło­sach ze­stre­so­wa­ne owa­dy. Woda była męt­na, ko­lo­ru bru­nat­ne­go, na łyd­kach czu­łam ła­sko­ta­nie ko­sma­tych ro­ślin, ale by­łam szczę­śli­wa. Tem­pe­ra­tu­ra cia­ła z sza­lo­nych czter­dzie­stu pię­ciu spa­dła mi do zno­śnych trzy­dzie­stu kil­ku. Chcia­ło mi się śpie­wać i wy­da­ło mi się na­wet, że sły­szę ze­spół in­stru­men­tal­ny, któ­ry go­tów jest mi w tym śpie­wa­niu to­wa­rzy­szyć. Skąd ta mu­zy­ka? Obej­rza­łam się. To Eloy stał na brze­gu i wa­lił ki­jem w zie­mię. Mu­sie­li­śmy ru­szać da­lej.

Od­świe­żo­na, czy­sta i lek­ka jak piór­ko wsia­dłam z Eloy­em do czół­na. Po chwi­li zro­zu­mia­łam, skąd bie­rze się we mnie to uczu­cie lek­ko­ści. By­łam głod­na. Prze­raź­li­wie głod­na. Kisz­ki po ode­gra­niu w mo­ich wnętrz­no­ściach ca­łe­go swo­je­go re­per­tu­aru wal­ców i tang, gra­ły mi te­raz naj­smut­niej­sze­go mar­sza.

Od kil­ku dni ży­wi­li­śmy się tyl­ko wodą z rze­ki i fa­rin­hą, czy­li pra­żo­ną ka­szą z ma­nio­ku, któ­ra pęcz­nie­je w żo­łąd­ku, oszu­ku­jąc głód. Raz tra­fił się ptak, któ­re­go upie­kli­śmy nad ogni­skiem. Mia­łam na­dzie­ję, że nad rze­ką ła­twiej bę­dzie coś zła­pać.

Przez na­stęp­ne dwa dni zło­wi­li­śmy kil­ka ma­łych ryb. Cią­gle by­łam głod­na. Pły­nąc któ­re­goś po­ran­ka wzdłuż ścia­ny dżun­gli, wy­stra­szy­li­śmy ukry­tą w przy­brzeż­nych za­ro­ślach bia­łą jak śnieg cza­plę. Za­nim Eloy zdą­żył chwy­cić za łuk i strza­ły, ptak wzbił się nad wodę ło­po­cząc skrzy­dła­mi i od­le­ciał. Wresz­cie trze­cie­go dnia nasz los się od­mie­nił.

Po­su­wa­li­śmy się w górę rze­ki nie­zbyt szyb­ko, bo je­dy­nym na­pę­dem były wio­sła po­ru­sza­ne na­szy­mi wła­sny­mi mię­śnia­mi. Kto nig­dy nie wio­sło­wał pod prąd, ten nie wie jak szyb­ko omdle­wa­ją ręce, szcze­gól­nie kie­dy z nie­ba leje się na prze­mian tro­pi­kal­ny żar i hu­ra­ga­no­wa ule­wa. My jed­nak pły­nę­li­śmy dziel­nie do przo­du, metr po me­trze, zdo­by­wa­jąc każ­dy ko­lej­ny za­kręt rze­ki. Aż na­gle zo­ba­czy­li­śmy przed sobą fon­tan­nę.

W ama­zoń­skiej rze­ce nie za­kła­da się roz­ryw­ko­wych urzą­dzeń ku ucie­sze ga­piów, a jest tak z dwóch po­wo­dów: bra­ku urzą­dzeń i bra­ku ga­piów. Przez ostat­nich osiem dni nie wi­dzia­łam żad­ne­go ży­we­go stwo­rze­nia oprócz Eloya, od­la­tu­ją­cej cza­pli i kil­ku ryb na moim ha­czy­ku. Była to kra­ina cał­ko­wi­cie bez­lud­na, a zwie­rzę­ta tu miesz­ka­ją­ce nie mają po­trze­by ani bu­do­wać, ani oglą­dać cze­goś tak nie­prak­tycz­ne­go jak fon­tan­na. A jed­nak kil­ka­dzie­siąt me­trów od nas w nie­bo try­skał pió­ro­pusz roz­bry­zgi­wa­nej wody. Wie­lo­ryb? Ależ skąd. By­li­śmy w dżun­gli ama­zoń­skiej na po­łu­dnio­wym krań­cu Gu­ja­ny Bry­tyj­skiej. Je­dy­ne więk­sze cia­ła pły­wa­ją­ce tu­taj w rze­kach na­le­żą do ma­na­tów i del­fi­nów słod­ko­wod­nych. Żad­ne z nich nie wy­pusz­cza z nosa - ani żad­ne­go in­ne­go otwo­ru - fon­tan­ny wody. Moż­na by się za­sta­na­wiać, czy w oko­li­cy nie za­miesz­kał ja­kiś zwa­rio­wa­ny sta­ru­szek, któ­ry po czter­dzie­stu la­tach prze­pra­co­wa­nych w we­so­łych mia­stecz­kach za­pra­gnął spę­dzić resz­tę ży­cia na ło­nie na­tu­ry w Ama­zo­nii, ale z za­wo­do­we­go przy­zwy­cza­je­nia wciąż bu­du­je fon­tan­ny; moż­na by też tłu­ma­czyć sy­tu­ację ist­nie­niem w dżun­gli zja­wisk pa­ra­nor­mal­nych, ale po co. Eloy tyl­ko raz spoj­rzał na fon­tan­nę i od razu wie­dział co jest gra­ne. Tym ra­zem wy­po­wie­dział tyl­ko jed­no sło­wo:

- Pi­ra­nie.

Wię­cej nie było trze­ba.

Pod­pły­nę­li­śmy bli­żej. Z od­le­gło­ści me­tra do­kład­nie wi­dzia­łam fru­wa­ją­ce w po­wie­trzu ry­bie ogo­ny. Pi­ra­nie ata­ku­ją swo­ją zdo­bycz ca­łym sta­dem i w tym leży ich siła. Dru­gim po­wo­dem suk­ce­su są trój­kąt­ne, ostre jak ży­let­ki zęby. Pi­ra­nia bły­ska­wicz­nie zbli­ża się do ofia­ry, wgry­za w jej cia­ło i ucie­ka z peł­nym py­skiem. Po chwi­li wra­ca po wię­cej. Do sza­leń­stwa do­pro­wa­dza ją za­pach i smak krwi. Gru­pa pi­ra­nii pod­pły­wa ukrad­kiem do pta­ka sie­dzą­ce­go na rze­ce, rzu­ca się na nie­go od spodu i ob­gry­za ze wszyst­kie­go, co daje się prze­łknąć. Ptak się bro­ni, wal­czy, sta­ra od­rzu­cić zja­da­ją­ce go żyw­cem po­two­ry, ale ryby mają moc­ne szczę­ki. Nie dają się strzą­snąć, ich ogo­ny fru­wa­ją do­oko­ła pta­ka, ale zęby są głę­bo­ko za­to­pio­ne w jego cie­le. Ak­cja trwa oko­ło mi­nu­ty. Po chwi­li po­wierzch­nia rze­ki znów jest cał­ko­wi­cie spo­koj­na, pi­ra­nie od­pły­wa­ją szu­kać na­stęp­ne­go da­nia, a je­dy­nym śla­dem po tym, co się sta­ło, jest garść piór na wo­dzie.

Po­żar­cie ży­wej kro­wy trwa oko­ło pię­ciu mi­nut i tyle samo po­trzeb­ne jest do zje­dze­nia czło­wie­ka.

Zda­je się, że pi­ra­niom w rze­ce też ostat­nio nie po­wio­dło się po­lo­wa­nie. Było ich tu ze trzy­dzie­ści, ko­tło­wa­ły się, pró­bu­jąc prze­go­nić jed­na dru­gą od nie­zbyt du­żej, moc­no już nad­gry­zio­nej, nie­bie­skiej ryby. Czę­ściej niż za­spo­ko­ić głód uda­wa­ło im się do­stać zę­ba­mi od in­ne­go żar­łocz­nie roz­dzia­wio­ne­go py­ska. Z tego pew­nie po­wo­du - bo zbyt za­ję­te były wal­ką o zdo­bycz - nie do­strze­gły na­sze­go czół­na. Pod­pły­nę­li­śmy bar­dzo bli­sko. Gdy­bym wy­cią­gnę­ła rękę, mo­gła­bym wy­ła­pać ryby co do jed­nej. Nie zro­bi­łam tego jed­nak, słusz­nie się spo­dzie­wa­jąc, że pi­ra­nie by­ły­by szyb­sze i od­pły­nę­ły­by w siną dal ra­zem z mo­imi pal­ca­mi.

Przy­stą­pi­li­śmy wraz z Eloy­em do bi­twy o nie­bie­ską rybę. Pi­ra­nie nie da­wa­ły za wy­gra­ną. Do­pie­ro ma­cha­nie wio­słem tuż nad ich gło­wa­mi - co skoń­czy­ło się na­bi­ciem paru gu­zów - spra­wi­ło, że choć nie­chęt­nie, jed­nak od­pły­nę­ły. Zwy­cię­stwo! Czym prę­dzej wy­ło­wi­li­śmy zdo­bycz. Cuch­nę­ła tak okrop­nie, że cała dżun­gla do­ko­ła nas na mo­ment za­mil­kła z nie­do­wie­rza­nia. Ta ryba mu­sia­ła le­żeć w wo­dzie chy­ba od cza­sów pre­hi­sto­rycz­nych. Była roz­dę­ta i nie­zdro­wo błysz­cza­ły jej wiel­kie oczy. Oczy­wi­ście za­bra­li­śmy ją ze sobą na brzeg.

Czy ktoś bar­dzo głod­ny, kto idzie do lasu na po­szu­ki­wa­nie ry­dza, przej­dzie obo­jęt­nie obok ma­śla­ka? Ra­czej nie. Roz­nie­ci­li­śmy ogni­sko, na­bi­li­śmy śmier­dzą­cą rybę na pa­tyk i w ocze­ki­wa­niu aż się upie­cze, za­ję­li­śmy się urzą­dza­niem obo­zo­wi­ska na noc. Pół go­dzi­ny póź­niej Eloy zdjął rybę znad ognia. Spró­bo­wał. Za­krztu­sił się. Wy­pluł. Spró­bo­wa­łam i ja. Była nie­do­pie­czo­na, śmier­dzą­ca i sma­ko­wa­ła jak na­siąk­nię­ta desz­czem tek­tu­ra. Po­pa­trzy­li­śmy na sie­bie, wy­sku­ba­li­śmy co się dało z naj­mniej ze­psu­tej oko­li­cy ogo­na, a po­tem po­szli­śmy spać.

Ale coś mi nie da­wa­ło spo­ko­ju. Prze­wra­ca­łam się w ha­ma­ku z boku na bok, draż­ni­ło mnie kum­ka­nie żab i pi­łu­ją­ce od­gło­sy cy­kad. Wy­plą­ta­łam się z mo­ski­tie­ry i po­szłam na brzeg. Za­nu­rzy­łam ręce w wo­dzie i na­gle mnie olśni­ło! Co­dzien­nie rano i wie­czo­rem, przed wy­pły­nię­ciem i po dzie­się­ciu go­dzi­nach wio­sło­wa­nia, bra­łam orzeź­wia­ją­cą ką­piel. W bli­skim to­wa­rzy­stwie pi­ra­nii. Dla­cze­go nie kłap­nę­ły mnie do­tąd swo­imi pasz­cza­mi?... Być może Eloy, któ­ry co wie­czór po­pa­try­wał na rze­kę, za­sta­na­wia­jąc się jak mi od­po­wie­dzieć na py­ta­nie "Czy tu się moż­na ką­pać", za­warł ro­zejm z pi­ra­nia­mi, któ­re zgo­dzi­ły się dwa razy dzien­nie od­pu­ścić i nie ata­ko­wać. A może wie­dział, że gdy­bym po ca­ło­dzien­nej pra­cy przy wio­śle, kie­dy brud­na, zgrza­na i zmę­czo­na scho­dzi­łam na ląd, nie mo­gła się wte­dy wy­ką­pać, to i jemu gro­zi­ło­by kłap­nię­cie pasz­czą. Moją. Za­wsze twier­dzi, że ką­piel jest bez­piecz­na. Po­świe­ci­łam la­tar­ką na wodę. Wy­da­wa­ła się spo­koj­na. Pew­nie pi­ra­nie w nocy też śpią.

Wró­ci­łam do przy­ga­sa­ją­ce­go ogni­ska, od­na­la­złam pół­su­ro­we szcząt­ki nie­bie­skiej ryby, po­sy­pa­łam je ka­szą z ma­nio­ku i zja­dłam. Do­pie­ro wte­dy nie­po­kój mi­nął. Po­ło­ży­łam się w ha­ma­ku, za­cią­gnę­łam do­kład­nie mo­ski­tie­rę i za­mknę­łam oczy. By­łam bez­piecz­na. Za­war­li­śmy wła­śnie pakt o wza­jem­nej nie­ty­kal­no­ści. Ja nie będę ich ło­wić, a one nie będą na mnie po­lo­wa­ły. Nie ata­ku­je się prze­cież ko­goś, z kim dzie­li­ło się po­si­łek. Pi­ra­nie w ama­zoń­skiej rze­ce mu­szą o tym wie­dzieć.

Roz­dział 2Płaszcz prze­ciw­desz­czo­wy

Za­wsze za­bie­ra­łam ze sobą po­rząd­ny płaszcz prze­ciw­desz­czo­wy. Po­rząd­ny, to zna­czy taki, któ­ry na pew­no nie prze­ciek­nie, co jest szcze­gól­nie waż­ne w Ama­zo­nii, gdzie po­go­da bywa nie­prze­wi­dy­wal­na. Mo­kłam wie­le razy i w naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cy spo­sób - na przy­kład gdy w środ­ku naj­czar­niej­szej nocy bu­dził mnie lo­do­wa­ty stru­myk wody spły­wa­ją­cy nie­spo­dzie­wa­nie po mo­ich ple­cach. Na­uczy­łam się więc mieć płaszcz prze­ciw­desz­czo­wy za­wsze bli­sko, żeby w ra­zie po­trze­by na­tych­miast po nie­go się­gnąć i skryć się w jego bez­piecz­nie su­chym środ­ku.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia po wie­lu dniach spę­dzo­nych na rze­ce w czół­nie za­uwa­ży­łam dziw­ną rzecz: kie­dy nie­bo po­chmur­nia­ło i zbie­ra­ło się na deszcz, moi prze­wod­ni­cy za­czy­na­li się roz­bie­rać. Zdej­mo­wa­li z sie­bie pra­wie wszyst­ko z wy­jąt­kiem prze­pa­sek bio­dro­wych i czym prę­dzej ubra­nie cho­wa­li pod li­ście albo pod pla­sti­ko­wą płach­tę.

A ja w tym sa­mym cza­sie - czy­li za­nim za­czę­ło pa­dać - czym prę­dzej za­czy­na­łam się ubie­rać i wkła­da­łam na sie­bie oczy­wi­ście mój po­rząd­ny płaszcz prze­ciw­desz­czo­wy. Po­wta­rza­ło się to przez kil­ka dni - kie­dy zbie­ra­ło się na deszcz, In­dia­nie się roz­bie­ra­li, a ja się ubie­ra­łam. Moje za­cho­wa­nie było jak naj­bar­dziej zgod­ne z tym, cze­go mnie na­uczo­no w mie­ście i z prze­ko­na­niem, że przed desz­czem trze­ba się chro­nić. Szyb­ko jed­nak od­kry­łam, że płaszcz prze­ciw­desz­czo­wy jest nie­wy­god­ny, krę­pu­je ru­chy i trud­no w nim wio­sło­wać.

Pew­ne­go dnia po­sta­no­wi­łam za­cho­wać się po in­diań­sku. Kie­dy nie­bo zno­wu zro­bi­ło się sza­re, a na na­sze gło­wy za­czę­ły spa­dać pierw­sze ogrom­ne kro­ple tro­pi­kal­ne­go desz­czu, In­dia­nie się ro­ze­bra­li - i ja też. I wte­dy od­kry­łam, że naj­ge­nial­niej­szym płasz­czem prze­ciw­desz­czo­wym na świe­cie jest ludz­ka skó­ra.

Roz­pę­ta­ła się tak gwał­tow­na ule­wa, że czu­łam się, jak­bym sta­ła pod prysz­ni­cem. Tem­pe­ra­tu­ra po­wie­trza znacz­nie spa­dła, było zim­no, więc dla roz­grzew­ki wio­sło­wa­li­śmy trzy razy szyb­ciej. Po mniej wię­cej pół go­dzi­nie ule­wa mi­nę­ła, chmu­ry się roz­stą­pi­ły i wy­szło słoń­ce. Ani przez chwi­lę nie prze­sta­wa­li­śmy wio­sło­wać. Po twa­rzy ście­ka­ły mi ostat­nie kro­ple desz­czu, któ­re osu­szał lek­ki, cie­pły wiatr. Czu­łam się sil­na, świe­ża i czy­sta.

Dla­cze­go wcze­śniej nie wpa­dłam na ten pro­sty po­mysł?... Czy bia­li lu­dzie boją się roz­to­pić w wo­dzie, któ­ra leci na nich z nie­ba? Przez tyle lat kom­pli­ko­wa­łam so­bie ży­cie, usi­łu­jąc scho­wać się przed pa­da­ją­cym desz­czem, za­wi­ja­jąc się w pe­le­ry­ny i płasz­cze, ku­ląc się pod pa­ra­so­lem albo ka­wał­kiem pla­sti­ko­wej płach­ty.

W tro­pi­kach deszcz jest tak samo na­tu­ral­ną rze­czą jak słoń­ce. Nie trze­ba się go bać ani uni­kać. Kie­dy zo­ba­czy­cie, że zbli­ża się ule­wa, scho­waj­cie su­che ubra­nia na póź­niej, żeby się ogrzać. Naj­lep­szym płasz­czem prze­ciw­desz­czo­wym na świe­cie jest wa­sza wła­sna skó­ra.

Roz­dział 3Ką­piel z pła­zem

Po­dró­że nocą mają szcze­gól­ny urok. Zwłasz­cza wte­dy, kie­dy nic nie wi­dać do­oko­ła. Wia­do­mo tyl­ko, że je­ste­śmy na rze­ce w sa­mym ser­cu ama­zoń­skiej pusz­czy i pły­nie­my przed sie­bie, wio­słu­jąc z ca­łych sił na prze­kór sil­ne­mu prą­do­wi. Z za­ro­śli bły­ska­ją za­sko­czo­ne oczy kaj­ma­nów, o bur­tę ocie­ra się ja­kieś mgli­sto sza­re cia­ło, z dżun­gli do­bie­ga­ją od­gło­sy wal­ki na śmierć i ży­cie. Ja za­ci­skam dło­nie na wio­śle i za­ta­piam się w jed­no­staj­nym ryt­mie ła­god­nych plu­śnięć.

Wresz­cie oko­ło dzie­wią­tej do­tar­li­śmy do wio­ski. Mia­łam tyl­ko trzy ma­rze­nia do­ty­czą­ce ca­łe­go mo­je­go przy­szłe­go ży­cia: móc się umyć, zjeść i za­snąć. Świat w oso­bie In­dian­ki z ple­mie­nia Gu­aji­bo wy­szedł mi na­prze­ciw: po­zwo­li­ła mi roz­wie­sić ha­mak w swo­jej cha­cie, za­pro­si­ła na reszt­kę zupy z ta­pi­ra i po­ka­za­ła becz­kę z desz­czów­ką, w któ­rej mo­głam się wy­ką­pać.

Becz­ka sta­ła na ubo­czu, oto­czo­na czymś w ro­dza­ju wy­so­kie­go pa­ra­wa­nu z cia­sno sple­cio­nych ga­łą­zek. Cała sztu­ka ką­pa­nia się w becz­ce po­le­ga na tym, żeby nie za­nu­rzyć w niej ni­cze­go oprócz na­czy­nia do czer­pa­nia wody. W tej sa­mej desz­czów­ce ką­pać się będą prze­cież dzi­siaj wszy­scy. Ro­ze­bra­łam się i po­la­łam kub­kiem wody.

Co za roz­kosz!... Roz­kosz lo­do­wa­ta i przy­pra­wia­ją­ca o dresz­cze spa­lo­ną słoń­cem skó­rę. Po­la­łam się jesz­cze raz. Się­gnę­łam po my­dło. Być może wło­ży­łam w tę pro­stą czyn­ność zbyt wie­le ra­do­ści, bo na­gle my­dło wy­sko­czy­ło mi z dło­ni i wpa­dło do becz­ki. Pa­ni­ka! Znisz­czę wodę, w któ­rej mie­li się dzi­siaj ką­pać na­stęp­ni! A co gor­sza, zgu­bię je­dy­ne my­dło, ja­kie mi po­zo­sta­ło! Czym prę­dzej za­nu­rzy­łam w becz­ce mniej na­my­dlo­ne ra­mię.

W środ­ku becz­ka była ośli­zgła i peł­na dziw­nych, mięk­kich, omsza­łych far­foc­li. Pi­jaw­ki?... Wzdry­gnę­łam się ze wstrę­tem. W koń­cu wy­ło­wi­łam swój cen­ny ka­wa­łek my­dła i ze­bra­łam z po­wierzch­ni wody pia­nę, któ­ra ze mnie spły­nę­ła. Pod­czas po­śpiesz­ne­go na­my­dla­nia ple­ców coś mnie tknę­ło.

A ra­czej chy­ba ktoś mnie tknął. Chwy­ci­łam za la­tar­kę i spoj­rza­łam na my­dło. Za­mru­ga­ło do mnie czar­ny­mi oczka­mi. A po­tem za­czę­ło kum­kać. Na­tych­miast prze­raź­li­wym kum­ka­niem od­po­wie­dzia­ły dzie­siąt­ki in­nych żab, a ja po­czu­łam się jak ucie­ki­nier na ob­cej pla­ne­cie. Ple­cy na­tar­te ro­pu­chą pa­li­ły mnie ży­wym ogniem, pia­na z wło­sów ście­ka­ła do oczu, a ja po omac­ku usi­ło­wa­łam za­czerp­nąć kub­kiem wody. Do­pie­ro po chwi­li uświa­do­mi­łam so­bie, że wciąż trzy­mam w gar­ści nie­szczę­sną żabę, któ­rą wy­ło­wi­łam z becz­ki. Wy­ba­łu­szo­ny­mi oczka­mi z wy­rzu­tem rzu­ci­ła mi jed­no, ostat­nie spoj­rze­nie i ucie­kła. A jej ku­zyn­ki do­oko­ła dar­ły się tak gło­śno, że do ka­bin­ki z pa­ty­ków za­ło­mo­ta­ła uprzej­ma In­dian­ka. Wszyst­ko w po­rząd­ku? Oczy­wi­ście, że w po­rząd­ku. Byle tyl­ko uda­ło się do­cze­kać rana.

Po tej in­diań­skiej ką­pie­li za­pa­mię­ta­łam do koń­ca ży­cia, że za­wsze przed uży­ciem my­dła na­le­ży spraw­dzić, czy jego gład­ka z na­tu­ry po­wierzch­nia nie jest wy­po­sa­żo­na w gło­wę, nóż­ki i wy­pust­ki ja­do­we.

Roz­dział 4Barsz­cze mo­je­go ży­cia

Spo­tka­łam w ży­ciu trzy barsz­cze, któ­re za­wa­ży­ły na mo­jej przy­szło­ści. Pierw­szy w pusz­czy ama­zoń­skiej ura­to­wał mi ży­cie, dru­gi - afry­kań­ski - otwo­rzył mi oczy, a trze­ci był pol­ski i wra­ca do mnie co roku.

Barszcz ama­zoń­ski

Wę­dro­wa­li­śmy przez dżun­glę przez sześć dłu­gich dni, prze­cho­dząc przez ba­gna, prze­ska­ku­jąc przez urwi­ska na lia­nach, bro­dząc w po­to­kach i sta­cza­jąc nie­zli­czo­ne po­tycz­ki ze skrzy­dla­ty­mi sta­da­mi ma­la­rycz­nych i wam­pi­rycz­nych owa­dów.

Nocą do obo­zo­wi­ska przy­la­ty­wa­ły ogrom­ne nie­to­pe­rze wam­pi­ry. Sta­ra­li­śmy się nie wy­sta­wiać poza ha­mak ani ka­wał­ka na­gie­go cia­ła, bo nie­to­pe­rze ama­zoń­skie lu­bią z nie­go wy­pi­jać krew. W We­ne­zu­eli spo­tka­łam kie­dyś pol­skie­go mi­sjo­na­rza, któ­ry po­ka­zy­wał mi na no­dze bli­zny po ich zę­bach. Wbrew po­zo­rom w pusz­czy nie było trud­no ustrzec się przed nie­to­pe­rza­mi. W nocy chro­ni­ła mnie mo­ski­tie­ra, czy­li szczel­na siat­ka otu­la­ją­ca ha­mak jak ko­kon. W dzień nie­to­pe­rze spa­ły.

Siód­me­go dnia rano do­tar­li­śmy wresz­cie do rze­ki. Tu­taj mie­li cze­kać na nas In­dia­nie z czół­na­mi. Ale nie cze­ka­li.

Moi prze­wod­ni­cy byli chy­ba tak samo za­sko­cze­ni jak ja. Wszy­scy tro­je by­li­śmy zmę­cze­ni, brud­ni i głod­ni. Na­stęp­ny ty­dzień miał być przy­jem­ną prze­jażdż­ką po rze­ce. Mia­łam zaj­mo­wać się wy­łącz­nie ro­bie­niem zdjęć i pi­sa­niem. Tym­cza­sem nad rze­ką na na­sze spo­tka­nie wy­bie­gły tyl­ko mał­py, któ­re opusz­cza­ły się na dłu­gich ra­mio­nach z ga­łę­zi, żeby le­piej nam się przyj­rzeć, krzy­cząc przy tym wnie­bo­gło­sy. Tak go­rą­co mo­gły wi­tać tyl­ko człon­ków wła­snej ro­dzi­ny. Czym prę­dzej po­szłam się wy­ką­pać.

Na śnia­da­nie zje­dli­śmy po ka­wał­ku plac­ka z ma­nio­ku i ta­le­rzu pysz­nej go­rą­cej rzecz­nej wody, w któ­rej pły­wa­ły ości roz­go­to­wa­nej ryby. Co ro­bić da­lej?... Moż­li­wo­ści były trzy: albo za­wró­cić i ma­sze­ro­wać z po­wro­tem przez pusz­czę, li­cząc się z tym, że je­ste­śmy zmę­cze­ni i osła­bie­ni, więc dro­ga może po­trwać na­wet pół­to­ra ty­go­dnia; albo zo­stać tu, na brze­gu rze­ki i cze­kać aż ktoś nas od­naj­dzie; albo wsiąść do dziu­ra­we­go czół­na, któ­re Eku­fa zna­lazł w krza­kach i pły­nąć przed sie­bie. Wy­bra­łam to ostat­nie roz­wią­za­nie. Jesz­cze tego sa­me­go po­po­łu­dnia wy­ru­szy­li­śmy w dro­gę.

Każ­dy na­stęp­ny dzień wy­glą­dał po­dob­nie: wsta­wa­li­śmy oko­ło szó­stej rano, czy­li tuż przed świ­tem. Eku­fa szedł na ryby, jego brat roz­nie­cał ogni­sko, ja go­to­wa­łam. A ra­czej uda­wa­łam, że go­tu­ję, bo czy moż­na przy­rzą­dzić po­si­łek dla trzech do­ro­słych osób, ma­jąc do dys­po­zy­cji gar­nek wody z rze­ki i kil­ka ma­łych pi­ra­nii? Skoń­czy­ły się plac­ki, w wor­ku z pra­żo­ną ka­szą z ma­nio­ku za­lę­gły się czar­ne ro­ba­ki. Daw­no już zje­dli­śmy parę to­re­bek ryżu i ma­ka­ro­nu, któ­re za­bra­li­śmy ze sobą z mia­sta. In­dia­nie nie wy­ru­sza­li na po­lo­wa­nie, bo to ozna­cza­ło­by opóź­nie­nie o co naj­mniej kil­ka dni, a my przez cały czas li­czy­li­śmy na to, że do­go­ni­my In­dian, któ­rzy mie­li na nas cze­kać i któ­rzy naj­praw­do­po­dob­niej znaj­do­wa­li się o kil­ka­na­ście go­dzin dro­gi przed nami.

Były to jed­nak nie­ste­ty wy­jąt­ko­wo dłu­gie i roz­cią­gnię­te w ama­zoń­skiej cza­so­prze­strze­ni go­dzi­ny, któ­rych nie po­tra­fi­li­śmy do­ści­gnąć.

Co­dzien­nie rano wsta­wa­łam głod­na i głod­na wie­czo­rem kła­dłam się spać. In­dia­nie byli le­piej przy­sto­so­wa­ni do ta­kie­go try­bu ży­cia. Wcze­śniej nie raz prze­ży­wa­li okre­sy gło­du, po któ­rych na­stę­po­wał czas wiel­kiej ob­fi­to­ści je­dze­nia. Nie zna­ją cze­goś ta­kie­go jak sklep czy re­stau­ra­cja, gdzie moż­na ku­pić je­dze­nie. Nig­dy w ży­ciu nie wi­dzie­li lo­dów­ki. Całą ich spi­żar­nią jest dżun­gla. Kie­dy przyj­dzie na to czas, pój­dą upo­lo­wać so­bie obiad.

Po czte­rech dniach wpły­nę­li­śmy na więk­szą rze­kę i od­tąd co­dzien­nie przez dzie­sięć go­dzin wio­sło­wa­li­śmy pod prąd. Ra­mio­na omdle­wa­ły, ple­cy i nogi mia­łam spa­lo­ne od słoń­ca, na rę­kach po­ja­wi­ły się bą­ble.

Pią­te­go dnia po po­łu­dniu jak zwy­kle ze­szli­śmy na ląd, żeby roz­bić obo­zo­wi­sko. Eku­fa zło­wił kil­ka ryb, któ­re wrzu­ci­li­śmy do garn­ka z do­dat­kiem szczyp­ty soli i kil­ku li­trów rzecz­nej wody. By­łam głod­na. Nie­prze­rwa­nie od dwóch ty­go­dni by­łam głod­na, ubra­nie zwi­sa­ło ze mnie jak z wie­sza­ka, na ło­dzi bra­ko­wa­ło mi sił. Po­zo­sta­wa­ło tyl­ko jed­no: wy­ru­szyć na po­lo­wa­nie.

Za­rzu­ci­łam so­bie na ra­mię in­diań­ski łuk. Wzię­łam ma­cze­tę do ręki. Otwo­rzy­łam jed­nym ru­chem ple­cak. Wy­cią­gnę­łam dłu­gie spodnie. Wło­ży­łam je na po­gry­zio­ne nogi, po­pra­wi­łam kie­sze­nie i na­gle na­tknę­łam się na cud. W le­wej kie­sze­ni le­ża­ła zmię­to­szo­na i lek­ko wil­got­na - po­dob­nie jak po­zo­sta­ła za­war­tość mo­je­go ple­ca­ka, któ­re­mu nie raz zda­rzy­ło się mok­nąć w desz­czu i po­ran­nej ro­sie - to­reb­ka z zupą. Oca­le­nie!... Ręce trzę­sły mi się ze szczę­ścia, kie­dy pró­bo­wa­łam jak naj­ostroż­niej roz­wi­nąć opa­ko­wa­nie. Było lek­ko stę­chłe, druk tro­chę za­tar­ty, ale bez tru­du od­czy­ta­łam na to­reb­ce na­pis, któ­ry na­peł­nił mnie na­dzie­ją: "Barszcz czer­wo­ny z grzan­ka­mi". Barszcz! - wrzesz­cza­ło moje ser­ce. - Czer­wo­ny! Cu­dow­ny! Z grzan­ka­mi!...

Czym prę­dzej po­bie­głam do rze­ki na­brać wody. Po­wie­si­łam gar­nek nad ogniem i usia­dłam obok jak war­tow­nik, cze­ka­jąc aż się za­go­tu­je. Otwo­rzy­łam to­reb­kę. Pro­szek pod wpły­wem wszech­obec­nej w Ama­zo­nii wil­go­ci za­mie­nił się w grud­ki i była to naj­mniej­sza moż­li­wa por­cja zupy prze­wi­dzia­na na ku­bek go­rą­cej wody, ale w ni­czym mi to nie prze­szka­dza­ło. Nie­cier­pli­wie spró­bo­wa­łam czy da się zjeść na su­ro­wo. Na ję­zy­ku roz­lał mi się cu­dow­ny bu­ra­cza­ny smak, któ­ry po chwi­li za­mie­nił się w pa­lą­cy kwas. Po­łknę­łam czym prę­dzej. Woda za­czy­na­ła szu­mieć. Za­wo­ła­łam Eku­fę, żeby wy­cią­gnął wo­rek z kru­pa­mi ma­nio­ko­wy­mi i przy­niósł trzy ta­le­rze, a po­tem z trium­fem wrzu­ci­łam pro­szek do wody w garn­ku i za­mie­sza­łam. Wy­szły z tego dwa li­try naj­cień­szej i naj­pysz­niej­szej zupy świa­ta. Czer­wo­ny barszcz ser­wo­wa­ny po dwóch ty­go­dniach gło­do­wa­nia, na skra­ju bra­zy­lij­skiej pusz­czy, w to­wa­rzy­stwie dwóch In­dian z ple­mie­nia Wai-Wai. Oca­le­nie. Cud. Szczę­ście.

Barszcz afry­kań­ski

Kil­ka lat temu po­zna­łam pol­skie­go księ­cia Eu­sta­che­go Sa­pie­hę, któ­ry od 1948 roku miesz­kał w Ke­nii. Przy­pły­nął do Mom­ba­sy z dwo­ma do­la­ra­mi i dwu­dzie­sto­ma cen­ta­mi w kie­sze­ni, za­ka­sał rę­ka­wy i za­brał się do pra­cy. Po­tem za­miesz­kał w nie­wiel­kim domu wzo­ro­wa­nym na pol­skich dwor­kach szla­chec­kich, gdzie na ścia­nach wi­sia­ły por­tre­ty przod­ków, któ­re zresz­tą od­na­lazł nie w Pol­sce, ale w Afry­ce. Ksią­żę Sa­pie­ha był za­wo­do­wym my­śli­wym, człon­kiem naj­bar­dziej pre­sti­żo­we­go to­wa­rzy­stwa my­śliw­skie­go Afry­ki Wschod­niej - East Afri­can Pro­fes­sio­nal Hun­ters' As­so­cia­tion. Pro­wa­dził sa­fa­ri, or­ga­ni­zo­wał wy­pra­wy dla łow­ców z Eu­ro­py, po­lo­wał na wszyst­ko - od kró­li­ków po sło­nie, ba­wo­ły, no­so­roż­ce i lwy - z dwo­ma wy­jąt­ka­mi:

- Jak ktoś chciał ży­ra­fę strze­lać, to mó­wi­łem od razu: idź­cie do ko­goś in­ne­go, bo ja nie będę ni­ko­go pro­wa­dził pod ży­ra­fę. Po pierw­sze to nie jest żad­ne tro­feum: nie moż­na tego ani na ścia­nie po­wie­sić, ani po­sta­wić, czy ja wiem... To jest tak cud­ne stwo­rze­nie, a za­bić je tak ła­two!... Nie zga­dza­łem się. I nie po­zwa­la­łem też po­lo­wać na mał­py, na­wet na pa­wia­na, choć to obrzy­dli­we zwie­rzę. Nie zga­dza­łem się i już.

- A sło­nie?

- Sło­nie to naj­mil­sze zwie­rzę­ta, ja­kie znam, ale niech nikt nie my­śli, że są przy­jem­ne i spo­koj­ne, by­najm­niej! Słoń uwa­ża czło­wie­ka za głu­pie­go in­tru­za na swo­im te­re­nie i je­śli jest w do­brym hu­mo­rze, to bę­dzie uda­wał, że go nie wi­dzi, ale jak jest w złym hu­mo­rze, to po­dej­dzie i za­dep­cze na śmierć. Sło­nie są in­te­li­gent­ne i wspa­nia­łe. Szyb­ko się uczą. Do­sko­na­le wie­dzą, że nie gro­zi im żad­ne nie­bez­pie­czeń­stwo ze stro­ny tu­ry­stów, więc zwy­kle nie zwra­ca­ją na nich uwa­gi. Go­rzej, je­śli sło­nia roz­bo­li ząb. Wte­dy nie ra­dzę być bli­sko.

Pol­ski dwo­rek w Afry­ce. Ogród, psy, por­tre­ty przod­ków na ścia­nach, ko­mi­nek. Czy pol­ski ksią­żę go­tu­je w swo­im domu po afry­kań­sku, czy po pol­sku?... Eu­sta­chy Sa­pie­ha zmru­żył groź­nie oczy i za­krzyk­nął:

- U nas w domu w Afry­ce to jest kuch­nia pol­ska! Nie­ste­ty, taka kuch­nia już w Pol­sce nie ist­nie­je, bo to, co je­dzą Po­la­cy w Pol­sce, to nie jest kuch­nia pol­ska, to jest gar­kuch­nia pol­ska! Wszyst­ko jest sztucz­ne! Wszyst­ko! Ja po­rząd­ne­go barsz­czu nie ja­dłem w Pol­sce już od dwu­dzie­stu lat. Wszyst­ko jest ro­bio­ne na sztucz­nych skład­ni­kach, bli­żej temu je­dze­niu jest do fast fo­odu niż do kuch­ni pol­skiej. Do­bre­go chle­ba pol­skie­go nie moż­na do­stać! Wcho­dzę do skle­pu w Pol­sce i pro­szę o py­tlo­wy chleb, a tu mnie py­ta­ją: "Pa­nie, a co to jest py­tlo­wy chleb?...". Wszyst­ko jest zro­bio­ne na za­chód, byle prę­dzej, ma­szy­no­wo, byle tyl­ko sprze­dać. Po­ło­wę trze­ba wy­rzu­cić, bo jest nie­do­go­to­wa­ne, prze­go­to­wa­ne albo bez sma­ku. Ja nie ro­zu­miem kto uczy tych ku­cha­rzy, bo to nie jest pol­ska kuch­nia!

Ksią­żę huk­nął pię­ścią w stół. Mimo że od po­nad pięć­dzie­się­ciu lat miesz­kał w Ke­nii, czę­sto przy­jeż­dżał do Pol­ski. Po­la­cy jeź­dzi­li też do nie­go do Afry­ki.

- Lu­dzie przy­jeż­dża­ją do mnie do Ke­nii i nie mogą się na­dzi­wić: "A co my jemy? Skąd taki do­bry barszcz?...". Po­la­cy! Nig­dy wcze­śniej nie je­dli po­rząd­ne­go pol­skie­go barsz­czu! Skąd taki do­bry barszcz? Jak to skąd? Z domu, zro­bio­ny na za­kwa­sie, dla­te­go taki do­bry!... W Pol­sce do za­kwa­su do­da­je się octu. No, jak jest ocet, to już nie jest pol­ska kuch­nia! Po­rząd­ny za­kwas barsz­cza­ny moż­na no­wo­rod­ko­wi dać do pi­cia i nic mu nie za­szko­dzi!...

Na­tych­miast po­sta­no­wi­łam wy­kraść z afry­kań­skie­go dwo­ru pol­skie­go księ­cia sta­ro­pol­ski prze­pis na za­kwas na barszcz i przy­wieźć go z po­wro­tem do Pol­ski. Nie­ste­ty, ksią­żę ro­ze­śmiał się tyl­ko i po­wie­dział:

- Ja je­stem ze­psu­ty! Ja mam ku­cha­rza! Z nim trze­ba ga­dać.

A ku­charz ga­dać nie chciał. Ta­jem­ni­ca za­kwa­su pol­skie­go księ­cia po­zo­sta­ła na afry­kań­skiej zie­mi. Ale ja szu­kać nie prze­sta­łam.

Barszcz pol­ski

Mniej wię­cej dwa ty­go­dnie przed Wi­gi­lią to naj­lep­szy mo­ment, żeby przy­go­to­wać za­kwas, na któ­rym bę­dzie moż­na po­tem zro­bić praw­dzi­wy pol­ski barszcz. Prze­pis zna­la­złam w sta­ro­pol­skiej kuch­ni mo­ich przy­ja­ciół, gdzie zo­stał wie­lo­krot­nie spraw­dzo­ny na świą­tecz­nym polu wal­ki.

Do przy­go­to­wa­nia za­kwa­su po­trzeb­ne będą: duży ka­mion­ko­wy gar­nek albo szkla­ny słój i tyle bu­ra­ków, żeby wy­peł­ni­ły gar­nek albo słój cał­ko­wi­cie. Su­ro­we bu­ra­ki obie­ra­my ze skór­ki i kro­imy w nie­wiel­kie ka­wał­ki. Wkła­da­my do ka­mion­ki. Do­da­je­my pięt­ki praw­dzi­we­go ra­zo­we­go chle­ba, naj­le­piej pie­czo­ne­go bez po­lep­sza­czy. Na­da­je się do tego celu zwy­kły chleb ra­zo­wy sprze­da­wa­ny bez opa­ko­wa­nia, któ­ry moż­na do­stać w nie­któ­rych pol­skich skle­pach. Do­da­je­my tyl­ko pięt­ki i skór­ki, bez mięk­kie­go miąż­szu. Do­da­je­my czo­snek. Za­le­wa­my prze­go­to­wa­ną, cie­płą wodą, przy­ci­ska­my ta­le­rzem i górę garn­ka albo sło­ja owi­ja­my pa­pie­rem per­ga­mi­no­wym z dziur­ka­mi. Pa­pier chro­ni za­kwas przed nie­pro­szo­ny­mi go­ść­mi. Po mniej wię­cej ty­go­dniu za­glą­da­my do środ­ka. Kie­dy za­kwas ma wy­raź­ny kwa­śny za­pach, jest go­to­wy. Prze­le­wa­my go do bu­te­lek. Wsta­wia­my do lo­dów­ki.

Przy­go­to­wa­nie barsz­czu wi­gi­lij­ne­go: umy­te bu­ra­ki kro­imy na ka­wał­ki i go­tu­je­my. Od­dziel­nie w oso­lo­nej wo­dzie go­tu­je­my włosz­czy­znę z ka­pu­stą (któ­rą póź­niej moż­na wy­ko­rzy­stać do uszek). Od­dziel­nie go­tu­je­my grzy­by z odro­bi­ną soli.

Do wy­wa­ru z bu­ra­ków do­le­wa­my wy­war z wa­rzyw i z grzy­bów. Bu­ra­ki obie­ra­my i ście­ra­my na tar­ce na gru­bych oczkach. Do­da­je­my przy­pra­wy: zie­le an­giel­skie, li­stek lau­ro­wy, pieprz i sól. Moż­na do­dać tro­chę ce­bu­li i czosn­ku. Do go­to­we­go barsz­czu do­le­wa­my za­kwa­su z bu­te­lek - do sma­ku. Im wię­cej za­kwa­su, tym barszcz bę­dzie kwa­śniej­szy.

Uwa­ga: barszcz wi­gi­lij­ny jest po­tra­wą de­li­kat­ną. Każ­de za­go­to­wa­nie po­wo­du­je utra­tę odro­bi­ny ko­lo­ru i sma­ku. Przed po­da­niem barszcz do­pro­wa­dza­my tyl­ko do wrze­nia i na­le­wa­my do pod­grza­nych ta­le­rzy.

Ach, barszcz, po­ezja sma­ku... Jak bar­dzo mi go bra­ko­wa­ło w Wi­gi­lię, któ­rą spę­dza­łam nad Ama­zon­ką!...

PS. Do naj­waż­niej­szych barsz­czy mo­je­go ży­cia:

Chłod­nik a la Blon­dyn­ka

- 2 pęcz­ki bo­twi­ny albo pół ki­lo­gra­ma bu­ra­ków

- 2 świe­że ogór­ki

- 4 ogór­ki ma­ło­sol­ne

- 4 duże kub­ki kwa­śne­go mle­ka albo ke­fi­ru

- pę­czek rzod­kie­wek

- pę­czek szczy­pior­ku

- pę­czek ko­per­ku

- przy­pra­wa wa­rzyw­na, garst­ka ziół

Bu­ra­ki umyć, po­kro­ić na ćwiart­ki i ugo­to­wać w bar­dzo ma­łej ilo­ści wody. Wody po go­to­wa­niu nie wy­le­wać. Bo­twi­nę go­to­wać ra­zem z li­ść­mi. Wy­jąć z wody i ostu­dzić. Rzod­kiew­ki i ogór­ki ma­ło­sol­ne po­kro­ić na pla­ster­ki. Ogór­ki świe­że w kost­kę. Szczy­pior i ko­pe­rek po­sie­kać. Bu­ra­ki obrać ze skór­ki i ze­trzeć na tar­ce, na gru­bych oczkach. Prze­ło­żyć do du­żej szkla­nej mi­ski. Do­dać wa­rzy­wa, wy­mie­szać. Do­sy­pać garst­kę świe­żych albo su­szo­nych ziół. Do­lać zsia­dłe mle­ko i tro­chę czer­wo­nej wody z ugo­to­wa­nych bu­ra­ków.

Wy­cho­dzi z tego bar­dzo czer­wo­ny i bar­dzo gę­sty chłod­nik, któ­ry przed po­da­niem na­le­ży przez parę go­dzin chło­dzić w lo­dów­ce.

Roz­dział 5Wi­gi­lia nad Ama­zon­ką

Boże Na­ro­dze­nie za­sko­czy­ło mnie w czół­nie na Ama­zon­ce. Mó­wię, że mnie "za­sko­czy­ło", po­nie­waż nie było po­prze­dzo­ne żad­ny­mi sy­gna­ła­mi, do któ­rych zdą­ży­łam się już przy­zwy­cza­ić, ta­ki­mi jak mar­z­ną­ca mżaw­ka, szron na tra­wie, kra­ka­nie wron, brak płu­gów od­śnie­ża­ją­cych uli­ce i śli­skie chod­ni­ki. Wła­ści­wie po­wi­nien mnie za­sta­no­wić brak płu­gów, któ­re - po­dob­nie jak w Pol­sce - w Ama­zo­nii się nie po­ja­wia­ją, choć przy­czy­na tego jest zu­peł­nie inna.

Był 23 grud­nia, dusz­ny upał, wil­got­ny skwar, czter­dzie­ści dwa stop­nie w cie­niu. Na śnia­da­nie zje­dli­śmy ka­wa­łek pie­czo­ne­go węża. Miał sie­dem me­trów dłu­go­ści i li­czy­li­śmy na to, że wy­star­czy na wszyst­kie po­sił­ki aż do No­we­go Roku.

Sie­dzia­łam w czół­nie ra­zem z dwo­ma prze­wod­ni­ka­mi, któ­rzy obie­ca­li mnie za­brać do osa­dy In­dian Bora, po­ło­żo­nej z dala od głów­nej rze­ki i nie­utrzy­mu­ją­cej kon­tak­tów z bia­łą cy­wi­li­za­cją. Rze­czy­wi­ście, po kil­ku­dnio­wej po­dró­ży co­raz to mniej­szy­mi rzecz­ka­mi, za­trzy­ma­li­śmy się przy wy­so­kim brze­gu, w któ­rym ma­cze­tą wy­cię­to nie­zgrab­ne stop­nie. Wdra­pa­li­śmy się na górę. Zo­sta­ło tyl­ko kil­ka opu­sto­sza­łych chat. Po­kry­cie da­chów sple­cio­ne z li­ści pal­mo­wych nie zdą­ży­ło jesz­cze zżółk­nąć, w za­ga­szo­nych ogni­skach wciąż le­ża­ły czar­ne głow­nie, na ty­łach naj­więk­szej cha­ty wciąż sta­ło drew­nia­ne rusz­to­wa­nie słu­żą­ce In­dia­nom jako wę­dzar­nia. Lu­dzie jed­nak zni­kli. Naj­wi­docz­niej bia­ła cy­wi­li­za­cja, od któ­rej sta­ra­li się od­ciąć, po­de­szła tak bli­sko, że po­sta­no­wi­li osie­dlić się głę­biej w pusz­czy i tam szu­kać spo­ko­ju.

Zro­bi­li­śmy w opusz­czo­nej osa­dzie krót­ki po­stój, zje­dli­śmy po kil­ka cen­ty­me­trów pie­czo­ne­go węża, a po­tem za­pa­ko­wa­łam się z po­wro­tem do ło­dzi, po­rzu­ca­jąc na­dzie­ję na ja­kąś od­mia­nę w ja­dło­spi­sie. Ale je­den z mo­ich prze­wod­ni­ków na­gle po­wie­dział:

- Nie­da­le­ko stąd jest na­stęp­na wio­ska.

- Co zna­czy "nie­da­le­ko"?

In­dia­nin po­pa­trzył w nie­bo, po­tem na swo­je sto­py i od­po­wie­dział:

- Ja­kieś... kil­ka go­dzin.