Blondynka wśród łowców tęczy - Beata Pawlikowska

Reflow text when sidebars are open.
Po kilku godzinach wędrówki przez dżunglę byłam zgrzana, mokra, oblepiona kurzem i liśćmi. Najdziwniejsze jednak było to, co działo się w moich włosach. Dla niejednego entomologa widok byłby zachwycający: na mojej głowie powstało miniaturowe zoo. Czułam na skórze szybko poruszające się odnóża żuczków, gąsienic i pasikoników, które - zdaje się - były nie mniej ode mnie tym stanem rzeczy zaskoczone.
Lekkie zdumienie dostrzegłam też w oczach mojego przewodnika, chociaż tak naprawdę to on był jedynym winnym. Szedł przez cały czas z przodu, odnajdując w gęstwinie ścieżkę albo wycinając ją wśród splątanej roślinności. Za każdym razem, kiedy chciał się dobrze zamachnąć, podnosił maczetę i walił nią w gałęzie zwieszające się nad nami. Z tych gałęzi, liści, pączków kwiatów i dojrzałych owoców wysypywał się deszcz zaskoczonych taką gwałtownością owadów. Lecąc w dół, starały się uczepić rozcapierzonymi łapkami jakiejkolwiek rzeczy, która stanęła na ich drodze - zanim zderzyły się z ziemią. Tak się akurat składało, że tuż za maczetą Indianina znajdowałam się ja. Na mojej głowie zaparkowało więc kilka dziesiątków chrząszczy, tropikalnych biedronek, stonóg, pasikoników, much, pająków, włochatych liszek i mrówek. Zostały wyrzucone ze swoich gniazd, przerwano im posiłek, drzemkę albo zaloty. Na pewno nie były zadowolone. Gdyby owady umiały krzyczeć, to ich wrzask niósłby się daleko w dżunglę.
Ja właściwie także miałam ochotę wykrzyczeć swój protest przeciwko osadnikom na mojej głowie, ale w zaistniałej sytuacji postanowiłam zachować siły na dotarcie do rzeki.
Pół godziny później dostrzegłam błękit nieba przeświecający przez drzewa, a potem poczuliśmy cudowny, orzeźwiający zapach zgniłych ryb. Staliśmy nad rzeką. Przed nami, za błotnistym trzęsawiskiem ciągnął się mniej więcej dwumetrowy pas przybrzeżnego mokradła. Podczas pory deszczowej rzeka przybrała, zalewając spory kawałek dżungli. Nieopodal, przy drzewie, niecierpliwie chybotało się indiańskie czółno.
Czas naglił. Owady na mojej głowie zaczęły zdradzać oznaki niepokoju. Poczułam na szyi czyjeś skrzydła, kilkadziesiąt pazurków chwyciło mnie za ucho. Była to zdecydowanie najwyższa pora na kąpiel, tym bardziej że teraz, na otwartej przestrzeni, słońce oblało nas swoimi promieniami jak gorącą zupą. Czułam, że jeśli nie zanurzę się natychmiast w chłodnej wodzie, zostanie ze mnie na piasku tylko słona skwarka. Zanim jednak zbliżyłam się do wody, zadałam mojemu przewodnikowi sakramentalne pytanie:
- Czy tu się można kąpać?
Amazońskie rzeki mają do siebie to samo, co amazońskie drzewa, czyli są wyjątkowo obficie zasiedlone. Na drzewach zadomowiły się owady, węże, ptaki i inne podobne im zwierzęta, często wyposażone w wymyślne narządy paszczowe, umożliwiające pozyskiwanie jedzenia z żywych osobników, tak słabo przystosowanych do obrony jak na przykład ludzie. W rzekach zaś mieszkanie i nieustannie zapełniającą się spiżarnię znalazły takie stworzonka jak kajmany, piranie, elektryczne węgorze czy płaszczki atakujące swoje ofiary za pomocą zatrutego kolca. Zawsze więc przed kąpielą w nowym miejscu trzeba ustalić, na jakie niebezpieczeństwa człowiek może być narażony. Czy ryzykuje tylko nadepnięcie na węgorza i porażenie prądem, czy też zostanie przywitany żarłocznymi szczękami piranii, z którymi nawiąże kontakt - że tak powiem - bezpośredni.
Eloy rozejrzał się, powąchał powietrze, zmarszczył czoło, a potem wypowiedział upragnione trzy słowa:
- Si, se puede. Tak, można.
Nie czekałam aż zmieni zdanie. Przebiegłam przez trzęsawisko, przeczołgałam się przez mokradło, po czym - o rozkoszy! - zanurzyłam się w lekko stęchłej przybrzeżnej wodzie. Na mojej głowie nagle zrobił się wielki tłok, a potem część owadziego bractwa wyplątała się spomiędzy moich włosów i odleciała, a inne rozpoczęły wiosłowanie z powrotem ku brzegowi. Ja popłynęłam w odwrotnym kierunku.
Nareszcie zmyłam z siebie lepki pot, kurz, brud i to wszystko, co zostawiły mi we włosach zestresowane owady. Woda była mętna, koloru brunatnego, na łydkach czułam łaskotanie kosmatych roślin, ale byłam szczęśliwa. Temperatura ciała z szalonych czterdziestu pięciu spadła mi do znośnych trzydziestu kilku. Chciało mi się śpiewać i wydało mi się nawet, że słyszę zespół instrumentalny, który gotów jest mi w tym śpiewaniu towarzyszyć. Skąd ta muzyka? Obejrzałam się. To Eloy stał na brzegu i walił kijem w ziemię. Musieliśmy ruszać dalej.
Odświeżona, czysta i lekka jak piórko wsiadłam z Eloyem do czółna. Po chwili zrozumiałam, skąd bierze się we mnie to uczucie lekkości. Byłam głodna. Przeraźliwie głodna. Kiszki po odegraniu w moich wnętrznościach całego swojego repertuaru walców i tang, grały mi teraz najsmutniejszego marsza.
Od kilku dni żywiliśmy się tylko wodą z rzeki i farinhą, czyli prażoną kaszą z manioku, która pęcznieje w żołądku, oszukując głód. Raz trafił się ptak, którego upiekliśmy nad ogniskiem. Miałam nadzieję, że nad rzeką łatwiej będzie coś złapać.
Przez następne dwa dni złowiliśmy kilka małych ryb. Ciągle byłam głodna. Płynąc któregoś poranka wzdłuż ściany dżungli, wystraszyliśmy ukrytą w przybrzeżnych zaroślach białą jak śnieg czaplę. Zanim Eloy zdążył chwycić za łuk i strzały, ptak wzbił się nad wodę łopocząc skrzydłami i odleciał. Wreszcie trzeciego dnia nasz los się odmienił.
Posuwaliśmy się w górę rzeki niezbyt szybko, bo jedynym napędem były wiosła poruszane naszymi własnymi mięśniami. Kto nigdy nie wiosłował pod prąd, ten nie wie jak szybko omdlewają ręce, szczególnie kiedy z nieba leje się na przemian tropikalny żar i huraganowa ulewa. My jednak płynęliśmy dzielnie do przodu, metr po metrze, zdobywając każdy kolejny zakręt rzeki. Aż nagle zobaczyliśmy przed sobą fontannę.
W amazońskiej rzece nie zakłada się rozrywkowych urządzeń ku uciesze gapiów, a jest tak z dwóch powodów: braku urządzeń i braku gapiów. Przez ostatnich osiem dni nie widziałam żadnego żywego stworzenia oprócz Eloya, odlatującej czapli i kilku ryb na moim haczyku. Była to kraina całkowicie bezludna, a zwierzęta tu mieszkające nie mają potrzeby ani budować, ani oglądać czegoś tak niepraktycznego jak fontanna. A jednak kilkadziesiąt metrów od nas w niebo tryskał pióropusz rozbryzgiwanej wody. Wieloryb? Ależ skąd. Byliśmy w dżungli amazońskiej na południowym krańcu Gujany Brytyjskiej. Jedyne większe ciała pływające tutaj w rzekach należą do manatów i delfinów słodkowodnych. Żadne z nich nie wypuszcza z nosa - ani żadnego innego otworu - fontanny wody. Można by się zastanawiać, czy w okolicy nie zamieszkał jakiś zwariowany staruszek, który po czterdziestu latach przepracowanych w wesołych miasteczkach zapragnął spędzić resztę życia na łonie natury w Amazonii, ale z zawodowego przyzwyczajenia wciąż buduje fontanny; można by też tłumaczyć sytuację istnieniem w dżungli zjawisk paranormalnych, ale po co. Eloy tylko raz spojrzał na fontannę i od razu wiedział co jest grane. Tym razem wypowiedział tylko jedno słowo:
- Piranie.
Więcej nie było trzeba.
Podpłynęliśmy bliżej. Z odległości metra dokładnie widziałam fruwające w powietrzu rybie ogony. Piranie atakują swoją zdobycz całym stadem i w tym leży ich siła. Drugim powodem sukcesu są trójkątne, ostre jak żyletki zęby. Pirania błyskawicznie zbliża się do ofiary, wgryza w jej ciało i ucieka z pełnym pyskiem. Po chwili wraca po więcej. Do szaleństwa doprowadza ją zapach i smak krwi. Grupa piranii podpływa ukradkiem do ptaka siedzącego na rzece, rzuca się na niego od spodu i obgryza ze wszystkiego, co daje się przełknąć. Ptak się broni, walczy, stara odrzucić zjadające go żywcem potwory, ale ryby mają mocne szczęki. Nie dają się strząsnąć, ich ogony fruwają dookoła ptaka, ale zęby są głęboko zatopione w jego ciele. Akcja trwa około minuty. Po chwili powierzchnia rzeki znów jest całkowicie spokojna, piranie odpływają szukać następnego dania, a jedynym śladem po tym, co się stało, jest garść piór na wodzie.
Pożarcie żywej krowy trwa około pięciu minut i tyle samo potrzebne jest do zjedzenia człowieka.
Zdaje się, że piraniom w rzece też ostatnio nie powiodło się polowanie. Było ich tu ze trzydzieści, kotłowały się, próbując przegonić jedna drugą od niezbyt dużej, mocno już nadgryzionej, niebieskiej ryby. Częściej niż zaspokoić głód udawało im się dostać zębami od innego żarłocznie rozdziawionego pyska. Z tego pewnie powodu - bo zbyt zajęte były walką o zdobycz - nie dostrzegły naszego czółna. Podpłynęliśmy bardzo blisko. Gdybym wyciągnęła rękę, mogłabym wyłapać ryby co do jednej. Nie zrobiłam tego jednak, słusznie się spodziewając, że piranie byłyby szybsze i odpłynęłyby w siną dal razem z moimi palcami.
Przystąpiliśmy wraz z Eloyem do bitwy o niebieską rybę. Piranie nie dawały za wygraną. Dopiero machanie wiosłem tuż nad ich głowami - co skończyło się nabiciem paru guzów - sprawiło, że choć niechętnie, jednak odpłynęły. Zwycięstwo! Czym prędzej wyłowiliśmy zdobycz. Cuchnęła tak okropnie, że cała dżungla dokoła nas na moment zamilkła z niedowierzania. Ta ryba musiała leżeć w wodzie chyba od czasów prehistorycznych. Była rozdęta i niezdrowo błyszczały jej wielkie oczy. Oczywiście zabraliśmy ją ze sobą na brzeg.
Czy ktoś bardzo głodny, kto idzie do lasu na poszukiwanie rydza, przejdzie obojętnie obok maślaka? Raczej nie. Roznieciliśmy ognisko, nabiliśmy śmierdzącą rybę na patyk i w oczekiwaniu aż się upiecze, zajęliśmy się urządzaniem obozowiska na noc. Pół godziny później Eloy zdjął rybę znad ognia. Spróbował. Zakrztusił się. Wypluł. Spróbowałam i ja. Była niedopieczona, śmierdząca i smakowała jak nasiąknięta deszczem tektura. Popatrzyliśmy na siebie, wyskubaliśmy co się dało z najmniej zepsutej okolicy ogona, a potem poszliśmy spać.
Ale coś mi nie dawało spokoju. Przewracałam się w hamaku z boku na bok, drażniło mnie kumkanie żab i piłujące odgłosy cykad. Wyplątałam się z moskitiery i poszłam na brzeg. Zanurzyłam ręce w wodzie i nagle mnie olśniło! Codziennie rano i wieczorem, przed wypłynięciem i po dziesięciu godzinach wiosłowania, brałam orzeźwiającą kąpiel. W bliskim towarzystwie piranii. Dlaczego nie kłapnęły mnie dotąd swoimi paszczami?... Być może Eloy, który co wieczór popatrywał na rzekę, zastanawiając się jak mi odpowiedzieć na pytanie "Czy tu się można kąpać", zawarł rozejm z piraniami, które zgodziły się dwa razy dziennie odpuścić i nie atakować. A może wiedział, że gdybym po całodziennej pracy przy wiośle, kiedy brudna, zgrzana i zmęczona schodziłam na ląd, nie mogła się wtedy wykąpać, to i jemu groziłoby kłapnięcie paszczą. Moją. Zawsze twierdzi, że kąpiel jest bezpieczna. Poświeciłam latarką na wodę. Wydawała się spokojna. Pewnie piranie w nocy też śpią.
Wróciłam do przygasającego ogniska, odnalazłam półsurowe szczątki niebieskiej ryby, posypałam je kaszą z manioku i zjadłam. Dopiero wtedy niepokój minął. Położyłam się w hamaku, zaciągnęłam dokładnie moskitierę i zamknęłam oczy. Byłam bezpieczna. Zawarliśmy właśnie pakt o wzajemnej nietykalności. Ja nie będę ich łowić, a one nie będą na mnie polowały. Nie atakuje się przecież kogoś, z kim dzieliło się posiłek. Piranie w amazońskiej rzece muszą o tym wiedzieć.
Zawsze zabierałam ze sobą porządny płaszcz przeciwdeszczowy. Porządny, to znaczy taki, który na pewno nie przecieknie, co jest szczególnie ważne w Amazonii, gdzie pogoda bywa nieprzewidywalna. Mokłam wiele razy i w najbardziej przerażający sposób - na przykład gdy w środku najczarniejszej nocy budził mnie lodowaty strumyk wody spływający niespodziewanie po moich plecach. Nauczyłam się więc mieć płaszcz przeciwdeszczowy zawsze blisko, żeby w razie potrzeby natychmiast po niego sięgnąć i skryć się w jego bezpiecznie suchym środku.
Pewnego popołudnia po wielu dniach spędzonych na rzece w czółnie zauważyłam dziwną rzecz: kiedy niebo pochmurniało i zbierało się na deszcz, moi przewodnicy zaczynali się rozbierać. Zdejmowali z siebie prawie wszystko z wyjątkiem przepasek biodrowych i czym prędzej ubranie chowali pod liście albo pod plastikową płachtę.
A ja w tym samym czasie - czyli zanim zaczęło padać - czym prędzej zaczynałam się ubierać i wkładałam na siebie oczywiście mój porządny płaszcz przeciwdeszczowy. Powtarzało się to przez kilka dni - kiedy zbierało się na deszcz, Indianie się rozbierali, a ja się ubierałam. Moje zachowanie było jak najbardziej zgodne z tym, czego mnie nauczono w mieście i z przekonaniem, że przed deszczem trzeba się chronić. Szybko jednak odkryłam, że płaszcz przeciwdeszczowy jest niewygodny, krępuje ruchy i trudno w nim wiosłować.
Pewnego dnia postanowiłam zachować się po indiańsku. Kiedy niebo znowu zrobiło się szare, a na nasze głowy zaczęły spadać pierwsze ogromne krople tropikalnego deszczu, Indianie się rozebrali - i ja też. I wtedy odkryłam, że najgenialniejszym płaszczem przeciwdeszczowym na świecie jest ludzka skóra.
Rozpętała się tak gwałtowna ulewa, że czułam się, jakbym stała pod prysznicem. Temperatura powietrza znacznie spadła, było zimno, więc dla rozgrzewki wiosłowaliśmy trzy razy szybciej. Po mniej więcej pół godzinie ulewa minęła, chmury się rozstąpiły i wyszło słońce. Ani przez chwilę nie przestawaliśmy wiosłować. Po twarzy ściekały mi ostatnie krople deszczu, które osuszał lekki, ciepły wiatr. Czułam się silna, świeża i czysta.
Dlaczego wcześniej nie wpadłam na ten prosty pomysł?... Czy biali ludzie boją się roztopić w wodzie, która leci na nich z nieba? Przez tyle lat komplikowałam sobie życie, usiłując schować się przed padającym deszczem, zawijając się w peleryny i płaszcze, kuląc się pod parasolem albo kawałkiem plastikowej płachty.
W tropikach deszcz jest tak samo naturalną rzeczą jak słońce. Nie trzeba się go bać ani unikać. Kiedy zobaczycie, że zbliża się ulewa, schowajcie suche ubrania na później, żeby się ogrzać. Najlepszym płaszczem przeciwdeszczowym na świecie jest wasza własna skóra.
Podróże nocą mają szczególny urok. Zwłaszcza wtedy, kiedy nic nie widać dookoła. Wiadomo tylko, że jesteśmy na rzece w samym sercu amazońskiej puszczy i płyniemy przed siebie, wiosłując z całych sił na przekór silnemu prądowi. Z zarośli błyskają zaskoczone oczy kajmanów, o burtę ociera się jakieś mglisto szare ciało, z dżungli dobiegają odgłosy walki na śmierć i życie. Ja zaciskam dłonie na wiośle i zatapiam się w jednostajnym rytmie łagodnych pluśnięć.
Wreszcie około dziewiątej dotarliśmy do wioski. Miałam tylko trzy marzenia dotyczące całego mojego przyszłego życia: móc się umyć, zjeść i zasnąć. Świat w osobie Indianki z plemienia Guajibo wyszedł mi naprzeciw: pozwoliła mi rozwiesić hamak w swojej chacie, zaprosiła na resztkę zupy z tapira i pokazała beczkę z deszczówką, w której mogłam się wykąpać.
Beczka stała na uboczu, otoczona czymś w rodzaju wysokiego parawanu z ciasno splecionych gałązek. Cała sztuka kąpania się w beczce polega na tym, żeby nie zanurzyć w niej niczego oprócz naczynia do czerpania wody. W tej samej deszczówce kąpać się będą przecież dzisiaj wszyscy. Rozebrałam się i polałam kubkiem wody.
Co za rozkosz!... Rozkosz lodowata i przyprawiająca o dreszcze spaloną słońcem skórę. Polałam się jeszcze raz. Sięgnęłam po mydło. Być może włożyłam w tę prostą czynność zbyt wiele radości, bo nagle mydło wyskoczyło mi z dłoni i wpadło do beczki. Panika! Zniszczę wodę, w której mieli się dzisiaj kąpać następni! A co gorsza, zgubię jedyne mydło, jakie mi pozostało! Czym prędzej zanurzyłam w beczce mniej namydlone ramię.
W środku beczka była oślizgła i pełna dziwnych, miękkich, omszałych farfocli. Pijawki?... Wzdrygnęłam się ze wstrętem. W końcu wyłowiłam swój cenny kawałek mydła i zebrałam z powierzchni wody pianę, która ze mnie spłynęła. Podczas pośpiesznego namydlania pleców coś mnie tknęło.
A raczej chyba ktoś mnie tknął. Chwyciłam za latarkę i spojrzałam na mydło. Zamrugało do mnie czarnymi oczkami. A potem zaczęło kumkać. Natychmiast przeraźliwym kumkaniem odpowiedziały dziesiątki innych żab, a ja poczułam się jak uciekinier na obcej planecie. Plecy natarte ropuchą paliły mnie żywym ogniem, piana z włosów ściekała do oczu, a ja po omacku usiłowałam zaczerpnąć kubkiem wody. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że wciąż trzymam w garści nieszczęsną żabę, którą wyłowiłam z beczki. Wybałuszonymi oczkami z wyrzutem rzuciła mi jedno, ostatnie spojrzenie i uciekła. A jej kuzynki dookoła darły się tak głośno, że do kabinki z patyków załomotała uprzejma Indianka. Wszystko w porządku? Oczywiście, że w porządku. Byle tylko udało się doczekać rana.
Po tej indiańskiej kąpieli zapamiętałam do końca życia, że zawsze przed użyciem mydła należy sprawdzić, czy jego gładka z natury powierzchnia nie jest wyposażona w głowę, nóżki i wypustki jadowe.
Spotkałam w życiu trzy barszcze, które zaważyły na mojej przyszłości. Pierwszy w puszczy amazońskiej uratował mi życie, drugi - afrykański - otworzył mi oczy, a trzeci był polski i wraca do mnie co roku.
Barszcz amazoński
Wędrowaliśmy przez dżunglę przez sześć długich dni, przechodząc przez bagna, przeskakując przez urwiska na lianach, brodząc w potokach i staczając niezliczone potyczki ze skrzydlatymi stadami malarycznych i wampirycznych owadów.
Nocą do obozowiska przylatywały ogromne nietoperze wampiry. Staraliśmy się nie wystawiać poza hamak ani kawałka nagiego ciała, bo nietoperze amazońskie lubią z niego wypijać krew. W Wenezueli spotkałam kiedyś polskiego misjonarza, który pokazywał mi na nodze blizny po ich zębach. Wbrew pozorom w puszczy nie było trudno ustrzec się przed nietoperzami. W nocy chroniła mnie moskitiera, czyli szczelna siatka otulająca hamak jak kokon. W dzień nietoperze spały.
Siódmego dnia rano dotarliśmy wreszcie do rzeki. Tutaj mieli czekać na nas Indianie z czółnami. Ale nie czekali.
Moi przewodnicy byli chyba tak samo zaskoczeni jak ja. Wszyscy troje byliśmy zmęczeni, brudni i głodni. Następny tydzień miał być przyjemną przejażdżką po rzece. Miałam zajmować się wyłącznie robieniem zdjęć i pisaniem. Tymczasem nad rzeką na nasze spotkanie wybiegły tylko małpy, które opuszczały się na długich ramionach z gałęzi, żeby lepiej nam się przyjrzeć, krzycząc przy tym wniebogłosy. Tak gorąco mogły witać tylko członków własnej rodziny. Czym prędzej poszłam się wykąpać.
Na śniadanie zjedliśmy po kawałku placka z manioku i talerzu pysznej gorącej rzecznej wody, w której pływały ości rozgotowanej ryby. Co robić dalej?... Możliwości były trzy: albo zawrócić i maszerować z powrotem przez puszczę, licząc się z tym, że jesteśmy zmęczeni i osłabieni, więc droga może potrwać nawet półtora tygodnia; albo zostać tu, na brzegu rzeki i czekać aż ktoś nas odnajdzie; albo wsiąść do dziurawego czółna, które Ekufa znalazł w krzakach i płynąć przed siebie. Wybrałam to ostatnie rozwiązanie. Jeszcze tego samego popołudnia wyruszyliśmy w drogę.
Każdy następny dzień wyglądał podobnie: wstawaliśmy około szóstej rano, czyli tuż przed świtem. Ekufa szedł na ryby, jego brat rozniecał ognisko, ja gotowałam. A raczej udawałam, że gotuję, bo czy można przyrządzić posiłek dla trzech dorosłych osób, mając do dyspozycji garnek wody z rzeki i kilka małych piranii? Skończyły się placki, w worku z prażoną kaszą z manioku zalęgły się czarne robaki. Dawno już zjedliśmy parę torebek ryżu i makaronu, które zabraliśmy ze sobą z miasta. Indianie nie wyruszali na polowanie, bo to oznaczałoby opóźnienie o co najmniej kilka dni, a my przez cały czas liczyliśmy na to, że dogonimy Indian, którzy mieli na nas czekać i którzy najprawdopodobniej znajdowali się o kilkanaście godzin drogi przed nami.
Były to jednak niestety wyjątkowo długie i rozciągnięte w amazońskiej czasoprzestrzeni godziny, których nie potrafiliśmy doścignąć.
Codziennie rano wstawałam głodna i głodna wieczorem kładłam się spać. Indianie byli lepiej przystosowani do takiego trybu życia. Wcześniej nie raz przeżywali okresy głodu, po których następował czas wielkiej obfitości jedzenia. Nie znają czegoś takiego jak sklep czy restauracja, gdzie można kupić jedzenie. Nigdy w życiu nie widzieli lodówki. Całą ich spiżarnią jest dżungla. Kiedy przyjdzie na to czas, pójdą upolować sobie obiad.
Po czterech dniach wpłynęliśmy na większą rzekę i odtąd codziennie przez dziesięć godzin wiosłowaliśmy pod prąd. Ramiona omdlewały, plecy i nogi miałam spalone od słońca, na rękach pojawiły się bąble.
Piątego dnia po południu jak zwykle zeszliśmy na ląd, żeby rozbić obozowisko. Ekufa złowił kilka ryb, które wrzuciliśmy do garnka z dodatkiem szczypty soli i kilku litrów rzecznej wody. Byłam głodna. Nieprzerwanie od dwóch tygodni byłam głodna, ubranie zwisało ze mnie jak z wieszaka, na łodzi brakowało mi sił. Pozostawało tylko jedno: wyruszyć na polowanie.
Zarzuciłam sobie na ramię indiański łuk. Wzięłam maczetę do ręki. Otworzyłam jednym ruchem plecak. Wyciągnęłam długie spodnie. Włożyłam je na pogryzione nogi, poprawiłam kieszenie i nagle natknęłam się na cud. W lewej kieszeni leżała zmiętoszona i lekko wilgotna - podobnie jak pozostała zawartość mojego plecaka, któremu nie raz zdarzyło się moknąć w deszczu i porannej rosie - torebka z zupą. Ocalenie!... Ręce trzęsły mi się ze szczęścia, kiedy próbowałam jak najostrożniej rozwinąć opakowanie. Było lekko stęchłe, druk trochę zatarty, ale bez trudu odczytałam na torebce napis, który napełnił mnie nadzieją: "Barszcz czerwony z grzankami". Barszcz! - wrzeszczało moje serce. - Czerwony! Cudowny! Z grzankami!...
Czym prędzej pobiegłam do rzeki nabrać wody. Powiesiłam garnek nad ogniem i usiadłam obok jak wartownik, czekając aż się zagotuje. Otworzyłam torebkę. Proszek pod wpływem wszechobecnej w Amazonii wilgoci zamienił się w grudki i była to najmniejsza możliwa porcja zupy przewidziana na kubek gorącej wody, ale w niczym mi to nie przeszkadzało. Niecierpliwie spróbowałam czy da się zjeść na surowo. Na języku rozlał mi się cudowny buraczany smak, który po chwili zamienił się w palący kwas. Połknęłam czym prędzej. Woda zaczynała szumieć. Zawołałam Ekufę, żeby wyciągnął worek z krupami maniokowymi i przyniósł trzy talerze, a potem z triumfem wrzuciłam proszek do wody w garnku i zamieszałam. Wyszły z tego dwa litry najcieńszej i najpyszniejszej zupy świata. Czerwony barszcz serwowany po dwóch tygodniach głodowania, na skraju brazylijskiej puszczy, w towarzystwie dwóch Indian z plemienia Wai-Wai. Ocalenie. Cud. Szczęście.
Barszcz afrykański
Kilka lat temu poznałam polskiego księcia Eustachego Sapiehę, który od 1948 roku mieszkał w Kenii. Przypłynął do Mombasy z dwoma dolarami i dwudziestoma centami w kieszeni, zakasał rękawy i zabrał się do pracy. Potem zamieszkał w niewielkim domu wzorowanym na polskich dworkach szlacheckich, gdzie na ścianach wisiały portrety przodków, które zresztą odnalazł nie w Polsce, ale w Afryce. Książę Sapieha był zawodowym myśliwym, członkiem najbardziej prestiżowego towarzystwa myśliwskiego Afryki Wschodniej - East African Professional Hunters' Association. Prowadził safari, organizował wyprawy dla łowców z Europy, polował na wszystko - od królików po słonie, bawoły, nosorożce i lwy - z dwoma wyjątkami:
- Jak ktoś chciał żyrafę strzelać, to mówiłem od razu: idźcie do kogoś innego, bo ja nie będę nikogo prowadził pod żyrafę. Po pierwsze to nie jest żadne trofeum: nie można tego ani na ścianie powiesić, ani postawić, czy ja wiem... To jest tak cudne stworzenie, a zabić je tak łatwo!... Nie zgadzałem się. I nie pozwalałem też polować na małpy, nawet na pawiana, choć to obrzydliwe zwierzę. Nie zgadzałem się i już.
- A słonie?
- Słonie to najmilsze zwierzęta, jakie znam, ale niech nikt nie myśli, że są przyjemne i spokojne, bynajmniej! Słoń uważa człowieka za głupiego intruza na swoim terenie i jeśli jest w dobrym humorze, to będzie udawał, że go nie widzi, ale jak jest w złym humorze, to podejdzie i zadepcze na śmierć. Słonie są inteligentne i wspaniałe. Szybko się uczą. Doskonale wiedzą, że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo ze strony turystów, więc zwykle nie zwracają na nich uwagi. Gorzej, jeśli słonia rozboli ząb. Wtedy nie radzę być blisko.
Polski dworek w Afryce. Ogród, psy, portrety przodków na ścianach, kominek. Czy polski książę gotuje w swoim domu po afrykańsku, czy po polsku?... Eustachy Sapieha zmrużył groźnie oczy i zakrzyknął:
- U nas w domu w Afryce to jest kuchnia polska! Niestety, taka kuchnia już w Polsce nie istnieje, bo to, co jedzą Polacy w Polsce, to nie jest kuchnia polska, to jest garkuchnia polska! Wszystko jest sztuczne! Wszystko! Ja porządnego barszczu nie jadłem w Polsce już od dwudziestu lat. Wszystko jest robione na sztucznych składnikach, bliżej temu jedzeniu jest do fast foodu niż do kuchni polskiej. Dobrego chleba polskiego nie można dostać! Wchodzę do sklepu w Polsce i proszę o pytlowy chleb, a tu mnie pytają: "Panie, a co to jest pytlowy chleb?...". Wszystko jest zrobione na zachód, byle prędzej, maszynowo, byle tylko sprzedać. Połowę trzeba wyrzucić, bo jest niedogotowane, przegotowane albo bez smaku. Ja nie rozumiem kto uczy tych kucharzy, bo to nie jest polska kuchnia!
Książę huknął pięścią w stół. Mimo że od ponad pięćdziesięciu lat mieszkał w Kenii, często przyjeżdżał do Polski. Polacy jeździli też do niego do Afryki.
- Ludzie przyjeżdżają do mnie do Kenii i nie mogą się nadziwić: "A co my jemy? Skąd taki dobry barszcz?...". Polacy! Nigdy wcześniej nie jedli porządnego polskiego barszczu! Skąd taki dobry barszcz? Jak to skąd? Z domu, zrobiony na zakwasie, dlatego taki dobry!... W Polsce do zakwasu dodaje się octu. No, jak jest ocet, to już nie jest polska kuchnia! Porządny zakwas barszczany można noworodkowi dać do picia i nic mu nie zaszkodzi!...
Natychmiast postanowiłam wykraść z afrykańskiego dworu polskiego księcia staropolski przepis na zakwas na barszcz i przywieźć go z powrotem do Polski. Niestety, książę roześmiał się tylko i powiedział:
- Ja jestem zepsuty! Ja mam kucharza! Z nim trzeba gadać.
A kucharz gadać nie chciał. Tajemnica zakwasu polskiego księcia pozostała na afrykańskiej ziemi. Ale ja szukać nie przestałam.
Barszcz polski
Mniej więcej dwa tygodnie przed Wigilią to najlepszy moment, żeby przygotować zakwas, na którym będzie można potem zrobić prawdziwy polski barszcz. Przepis znalazłam w staropolskiej kuchni moich przyjaciół, gdzie został wielokrotnie sprawdzony na świątecznym polu walki.
Do przygotowania zakwasu potrzebne będą: duży kamionkowy garnek albo szklany słój i tyle buraków, żeby wypełniły garnek albo słój całkowicie. Surowe buraki obieramy ze skórki i kroimy w niewielkie kawałki. Wkładamy do kamionki. Dodajemy piętki prawdziwego razowego chleba, najlepiej pieczonego bez polepszaczy. Nadaje się do tego celu zwykły chleb razowy sprzedawany bez opakowania, który można dostać w niektórych polskich sklepach. Dodajemy tylko piętki i skórki, bez miękkiego miąższu. Dodajemy czosnek. Zalewamy przegotowaną, ciepłą wodą, przyciskamy talerzem i górę garnka albo słoja owijamy papierem pergaminowym z dziurkami. Papier chroni zakwas przed nieproszonymi gośćmi. Po mniej więcej tygodniu zaglądamy do środka. Kiedy zakwas ma wyraźny kwaśny zapach, jest gotowy. Przelewamy go do butelek. Wstawiamy do lodówki.
Przygotowanie barszczu wigilijnego: umyte buraki kroimy na kawałki i gotujemy. Oddzielnie w osolonej wodzie gotujemy włoszczyznę z kapustą (którą później można wykorzystać do uszek). Oddzielnie gotujemy grzyby z odrobiną soli.
Do wywaru z buraków dolewamy wywar z warzyw i z grzybów. Buraki obieramy i ścieramy na tarce na grubych oczkach. Dodajemy przyprawy: ziele angielskie, listek laurowy, pieprz i sól. Można dodać trochę cebuli i czosnku. Do gotowego barszczu dolewamy zakwasu z butelek - do smaku. Im więcej zakwasu, tym barszcz będzie kwaśniejszy.
Uwaga: barszcz wigilijny jest potrawą delikatną. Każde zagotowanie powoduje utratę odrobiny koloru i smaku. Przed podaniem barszcz doprowadzamy tylko do wrzenia i nalewamy do podgrzanych talerzy.
Ach, barszcz, poezja smaku... Jak bardzo mi go brakowało w Wigilię, którą spędzałam nad Amazonką!...
PS. Do najważniejszych barszczy mojego życia:
Chłodnik a la Blondynka
- 2 pęczki botwiny albo pół kilograma buraków
- 2 świeże ogórki
- 4 ogórki małosolne
- 4 duże kubki kwaśnego mleka albo kefiru
- pęczek rzodkiewek
- pęczek szczypiorku
- pęczek koperku
- przyprawa warzywna, garstka ziół
Buraki umyć, pokroić na ćwiartki i ugotować w bardzo małej ilości wody. Wody po gotowaniu nie wylewać. Botwinę gotować razem z liśćmi. Wyjąć z wody i ostudzić. Rzodkiewki i ogórki małosolne pokroić na plasterki. Ogórki świeże w kostkę. Szczypior i koperek posiekać. Buraki obrać ze skórki i zetrzeć na tarce, na grubych oczkach. Przełożyć do dużej szklanej miski. Dodać warzywa, wymieszać. Dosypać garstkę świeżych albo suszonych ziół. Dolać zsiadłe mleko i trochę czerwonej wody z ugotowanych buraków.
Wychodzi z tego bardzo czerwony i bardzo gęsty chłodnik, który przed podaniem należy przez parę godzin chłodzić w lodówce.
Boże Narodzenie zaskoczyło mnie w czółnie na Amazonce. Mówię, że mnie "zaskoczyło", ponieważ nie było poprzedzone żadnymi sygnałami, do których zdążyłam się już przyzwyczaić, takimi jak marznąca mżawka, szron na trawie, krakanie wron, brak pługów odśnieżających ulice i śliskie chodniki. Właściwie powinien mnie zastanowić brak pługów, które - podobnie jak w Polsce - w Amazonii się nie pojawiają, choć przyczyna tego jest zupełnie inna.
Był 23 grudnia, duszny upał, wilgotny skwar, czterdzieści dwa stopnie w cieniu. Na śniadanie zjedliśmy kawałek pieczonego węża. Miał siedem metrów długości i liczyliśmy na to, że wystarczy na wszystkie posiłki aż do Nowego Roku.
Siedziałam w czółnie razem z dwoma przewodnikami, którzy obiecali mnie zabrać do osady Indian Bora, położonej z dala od głównej rzeki i nieutrzymującej kontaktów z białą cywilizacją. Rzeczywiście, po kilkudniowej podróży coraz to mniejszymi rzeczkami, zatrzymaliśmy się przy wysokim brzegu, w którym maczetą wycięto niezgrabne stopnie. Wdrapaliśmy się na górę. Zostało tylko kilka opustoszałych chat. Pokrycie dachów splecione z liści palmowych nie zdążyło jeszcze zżółknąć, w zagaszonych ogniskach wciąż leżały czarne głownie, na tyłach największej chaty wciąż stało drewniane rusztowanie służące Indianom jako wędzarnia. Ludzie jednak znikli. Najwidoczniej biała cywilizacja, od której starali się odciąć, podeszła tak blisko, że postanowili osiedlić się głębiej w puszczy i tam szukać spokoju.
Zrobiliśmy w opuszczonej osadzie krótki postój, zjedliśmy po kilka centymetrów pieczonego węża, a potem zapakowałam się z powrotem do łodzi, porzucając nadzieję na jakąś odmianę w jadłospisie. Ale jeden z moich przewodników nagle powiedział:
- Niedaleko stąd jest następna wioska.
- Co znaczy "niedaleko"?
Indianin popatrzył w niebo, potem na swoje stopy i odpowiedział:
- Jakieś... kilka godzin.