Blondynka w Meksyku - Beata Pawlikowska

-
Proszę czekać

Ciudad de Mexico

Rozejrzałam się ze zdumieniem. Wagon był pełen kobiet. Wszystkie miały czarne włosy i ciemne oczy, a poza tym były każdego możliwego wzrostu i wieku. Nastolatki w krótkich spódniczkach i poważne matrony z siatkami, dziewczyny z warkoczami, chichoczące uczennice i zamyślone artystki. Staruszki o pomarszczonych twarzach i młode, dynamiczne kobiety zatrudnione w korporacjach.

Były ładne i brzydkie, grube i chude, w czapkach i bez, w butach na obcasach i w baletkach, ale wszystkie były kobietami! W wagonie metra to widok niezwykły i całkiem zaskakujący.

Człowiek jest przyzwyczajony do tego, że w przestrzeni publicznej spotyka różnych ludzi. Na tym polega fantastyczna rozmaitość świata, że żyją w nim zarówno szewcy, jak i dyrektorzy banków, są ludzie ubierający się na czarno i noszący różowe podkoszulki, są wyzywający młodzieńcy w skórzanych kurtkach, pracowici kujoni z książkami, zmęczone urzędniczki i pozytywnie nakręceni agenci ubezpieczeniowi. Są wszyscy - duzi i mali, zmartwieni i zadowoleni, w obowiązkowej drodze do pracy albo radosnym wypadzie do kina. Są rozmaici, mają różne plany i wyrazy twarzy. Są zarówno kobietami, jak i mężczyznami, wspólnie tworząc kompletną całość zwaną społeczeństwem.

A tu nagle z tej całości została wycięta połowa. Rozglądałam się więc ze zdumieniem, usiłując sobie przypomnieć jak i kiedy to się stało.

Zeszłam schodami w dół do meksykańskiego metra. To jedna z największych podziemnych sieci na świecie, przewożąca codziennie ponad cztery i pół miliona ludzi. Większe jest tylko metro w Nowym Jorku, Moskwie i Tokio.

W podziemnych korytarzach istnieje drugie miasto, jeszcze bardziej fascynujące niż to na powierzchni, bo chociaż zostało stworzone tylko po to, żeby obsługiwać pasażerów przemierzających kilometry połączeń i stacji, ktoś dba o to, żeby było to miejsce inspirujące i ponadtransportowe. Jest to jednocześnie muzeum i galeria sztuki, gdzie wystawiane są na przykład fotografie pokazujące maleńkie rzeczy w gigantycznym powiększeniu albo powszechnie znane przedmioty prześwietlone promieniami rentgena.

Kiedy szłam łącznikiem między przesiadkowymi stacjami metra, zdziwiłam się, że część korytarza jest całkowicie ciemna, jak gdyby ktoś zapomniał wmontować żarówki. Spojrzałam do góry i zobaczyłam niebo! Korytarz został specjalnie tak zaprojektowany, żeby na suficie umieścić konstelacje migoczących gwiazd.

Ach, tak!... Teraz sobie przypomniałam. Kiedy dotarłam do przejścia na peron, podążając za śpieszącym w tamtą stronę tłumem lokalesów, nagle drogę zagrodził mi szlaban. W tym miejscu masa ludzi była rozdzielana na dwa strumienie. Nie zastanawiając się długo ruszyłam w stronę wskazaną mi przez policjantkę. I tak właśnie wylądowałam na peronie, przy którym po chwili pojawił się kosmiczny pociąg złożony z pomarańczowych wagonów.

Meksykańskie metro jest szybkie, czyste i ciche. Pociągi co minutę wpływają na stację jak stalowe węgorze, z ochotą połykając tysiące ludzi i wypluwając ich na następnych przystankach. Wieczne nienasycenie za cenę trzech peso, bo tyle kosztuje bilet do dowolnej stacji w całym mieście. Jest to najtańszy bilet do metra na świecie.

Stanęłam więc na peronie, a kiedy otworzyły się drzwi, wsiadłam do środka. W towarzystwie setek innych pasażerów oraz jednego wspomnienia.

Kilkanaście lat wcześniej też stałam na peronie meksykańskiego metra. Wsłuchiwałam się w rozmowy toczone dookoła po hiszpańsku, przyglądałam się potomkom Azteków i Majów, a potem niespodziewanie na peron wpłynął pociąg, otworzyły się drzwi, a ja zostałam porwana przez nurt nacierających pasażerów. Było ich tak wielu, że nie mogłam wykonać świadomie żadnego kroku, i być może nie miałabym nawet takiej potrzeby - bo w końcu wszyscy chcieliśmy wsiąść do wagonu i pojechać dalej - gdyby nie to, że poczułam na sobie nagle czyjeś dłonie.

Mnóstwo dłoni!

Przylepionych do mnie, dotykających i poruszających się!!...

Tłok był tak wielki, że nie mogłam się odsunąć ani zobaczyć twarzy ludzi dookoła. Wszyscy stali ściśnięci jak sardynki, biodro przy biodrze, ramię przy ramieniu, głowa przy głowie. I te dłonie, sięgające nie wiadomo skąd i jakim cudem odnajdujące na tyle wolnej przestrzeni, żeby błądzić palcami po moim ciele!!...

Pociąg zatrzymał się w końcu na następnej stacji. Czym prędzej wyzwoliłam się z tłumu, smyrgnęłam na drugi koniec wagonu i przycisnęłam się do ściany. Przynajmniej z jednej strony byłam bezpieczna.

Zdaje się, że meksykańscy mężczyźni mieli zbyt ruchliwe dłonie nie tylko w stosunku do gościnnie podróżujących metrem blondynek.

Rozejrzałam się jeszcze raz po całkowicie feministycznym wagonie metra i nagle mnie olśniło.

- Se?orita - odezwałam się do dziewczyny w zielonej sukience. - Dlaczego tu są same kobiety?

- To jest wagon dla kobiet - odrzekła takim tonem, jakby to było oczywiste.

- Ale dlaczego to jest wagon dla kobiet? - naciskałam.

- Żeby kobiety czuły się bezpiecznie - wtrąciła stojąca nieopodal Meksykanka uczesana w koński ogon.

Z podziwem spojrzałam na jej grzywkę. To się nie zmieniło od dwudziestu lat, czyli od czasu, kiedy byłam w Meksyku po raz pierwszy. I tak samo jak wtedy, budziło we mnie zdumienie pomieszane z respektem i rozbawieniem.

Meksykańska grzywka wygląda jak rulon przypięty do czoła. Jak część fryzury, która przypadkiem dostała się pod drogowy walec i została na nim zapieczona gorącym asfaltem. Jak opakowanie zdjęte z połcia baleronu. Jak pamiątka po wielkiej rurze, na której przez przypadek została wzorowana.

Najprawdopodobniej sposób wykonania meksykańskiej grzywki nie zmienił się od ponad dwudziestu lat. Domyślam się, ze modna Meksykanka nawija wilgotne włosy nad czołem na długi gruby wałek, potem je suszy, oblewa lakierem i tak zostawia. Bez wałka, oczywiście.

Meksykańska grzywka to wybitny przykład środkowoamerykańskiego wkładu w rozwój światowego fryzjerstwa.

- Słucham? - zamrugałam oczami, bo śledzenie historii meksykańskiej grzywki wyrzuciło mnie chwilowo z orbity rzeczywistości.

- Los hombres mexicanos - powtórzyła Meksykanka, znacząco potrząsając grzywką - mężczyźni meksykańscy nie mają szacunku dla kobiet. Czasami traktują je instrumentalnie.

- Instrumentalnie? - podniosłam brwi, bo mimo woli wyobraziłam sobie orkiestrę pełną wiolonczeli w kształcie kobiet.

- Si, si![1] - odezwały się kobiety z innych części wagonu i przysunęły się bliżej, żeby dorzucić kilka słów prawdy od siebie.

- Ja zawsze nosiłam ze sobą agrafkę! - powiedziała elegancka dziewczyna w butach na wysokich obcasach.

- Agrafkę?!

- Otwartą agrafkę, bo tylko w ten sposób mogłam się obronić przed niechcianymi zalotami w autobusie!

Otworzyłam szeroko oczy.

- Dobry sposób! - pochwaliła starsza pani. - Szkoda, że sama na to nie wpadłam!

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Si - (hiszp.) Tak.