Blondynka w Chinach - Beata Pawlikowska

Reflow text when sidebars are open.
Wsiąkam. Zanurzam się. Jak kropla wody, która z deszczem wpada do oceanu. Nie wiem już jak było w mojej chmurze, jakie tam było powietrze i kolory. Nie pamiętam zapachu poranków i wieczornego lasu. Ani smaku herbaty parzonej w szklanym dzbanku. Ani rytmu, jaki moje palce wybijały na klawiaturze komputera, kiedy pracowałam nad rozdziałem nowej książki. Nie pamiętam nic, bo nie chcę pamiętać.
Kiedy wyruszam w podróż, zapominam o miejscu, z którego przybyłam. Nie zabieram rozmów ani zdarzeń, przyzwyczajeń ani ulubionych przekąsek. Czuję się jak skoczek na szczycie niebotycznej trampoliny, który wie tylko tyle, że w dole znajduje się ocean na tyle głęboki, że może do niego wskoczyć.
Nabieram więc powietrza w płuca i czuję drżenie na całej skórze. Tak działa podróżniczy eliksir. Czuję go w każdej komórce ciała.
To dziki sok składający się ze strachu, ciekawości, radości i oczekiwania. Wiem, że niczego nie wiem i że wszystko może się zdarzyć. Opuszczam bezpieczne i znajome miejsce, zostawiam wygodny fotel i wszystko, czym lubię zajmować się na co dzień. Wkraczam w świat kompletnie nieznany, nowy, nieprzewidywalny. Być może będę ryzykować życiem, może ulegnę chorobie, może spotkam złych ludzi.
Na pewno będę się też zachwycać rzeczami, których istnienia dzisiaj nawet nie mogłabym zgadnąć - zaskakującymi smakami owoców i potraw, blaskiem słońca i widokiem nieba w innej szerokości geograficznej. Wiem, że przeżyję chwile oszałamiającego piękna, zaznam przyjaźni i ludzkiej dobroci. Ale też zmęczenia, zimna, obezwładniającego upału i głodu. To wszystko tworzy mieszankę tak fascynującą, jednocześnie cudowną i straszną, że czuję się jak astronauta przed wyprawą w kosmos.
Wiem tylko tyle, że będę poznawać nieznane, uczyć się, podziwiać, bać i odkrywać prawdę we wszystkich wymiarach - prawdę o ludziach, ich obyczajach, sposobie myśleniu, kuchni i historii, ale także prawdę o sobie - moich ograniczeniach i sile, na jaką potrafię się zdobyć.
Tak jest przed każdą podróżą. Do chwili, kiedy przychodzi moment jej rozpoczęcia.
Wtedy wszystko dzieje się już samo. Wpadam jak kropla deszczu do oceanu i uczę się pływać.
W małych wioskach i wielkich miastach - takich jak Szanghaj na fotografii po prawej stronie - spotykałam niezwykłych ludzi
Dzielnica Pudong - finansowe serce Szanghaju nad brzegiem rzeki Huangpu. Najwyższy budynek z kulami to Oriental Pearl Tower, czyli Perłowa Wieża telewizyjna o wysokości 468 m
Zbiegłam po schodach, kupiłam bilet w automacie, przeszłam przez bramkę. Jak co dzień rano minęłam wielkie podświetlone reklamy, na których dziewczyna w krótkich spodenkach i różowym kapeluszu promowała najnowszy model sportowych butów. Zeszłam na dół na peron, rzuciłam okiem na tablice, żeby się upewnić, że stoję po właściwej stronie i nagle... Uświadomiłam sobie, że jestem tu u siebie!
Byłam w Szanghaju dopiero trzeci dzień, ale czułam się u siebie! To niesamowite jak szybko można stać się częścią zupełnie innego świata. Jeszcze trzy dni temu Szanghaj był dla mnie tylko wielkim, obcym miastem, o którym nie wiedziałam nic z wyjątkiem tego, co można przeczytać w przewodniku. Ale białe strony zadrukowane równymi rzędami liter w niczym nie przypominają ruchliwych ulic, zapachu miejskich toalet albo zaułków, gdzie leżą czerwone z gorąca pieczone kaczki.
Pamiętam pierwszą podróż metrem w Szanghaju. Przez kilkanaście minut rozgryzałam system. Jak kupić bilet w automacie wyświetlającym tylko chińskie znaki, jak przejść przez bramkę, jak znaleźć docelową stację na jedenastu liniach.
Uczyłam się chińskich słów i wyrażeń. Jak zamówić herbatę i ryż z warzywami, prosić o rachunek, dziękować.
Drugiego dnia już wiedziałam jak przełączyć w automacie chińskie znaki na język angielski. W kieszeni miałam przygotowane cztery monety. Znałam drogę na peron i pamiętałam kolejność stacji.
Trzeciego dnia byłam już u siebie. I to właśnie jest niezwykłe. Ludzie patrzą na mnie i myślą, że tu mieszkam. Pracuję w jakiejś dużej firmie albo może prowadzę własne studio artystyczne. Wsiadam do metra, czytam książkę. Wiem gdzie wysiąść. To niesamowite, że można tak szybko poznać - a właściwie zawrzeć znajomość i zaprzyjaźnić się z nowym miejscem i nauczyć się być w nim tubylcem!
Metro w Szanghaju - dwanaście linii, 273 stacje i ponad 420 km torów, czyli najdłuższa sieć na świecie
I jakie zabawne z tej perspektywy wydaje się to, że kiedy człowiek próbuje sobie wyobrazić siebie w obcym mieście, czuje lęk i bezradność. Tymczasem wszystkie miasta na świecie są podobne. Ulica - dom - środek transportu - przechodnie. Sklepy - restauracje - przystanki. Wystarczy kilka godzin, żeby je oswoić. Albo jeszcze lepiej: pozwolić, żeby ono oswoiło ciebie.
Ja tak zwykle robię. Tak też zrobiłam w Szanghaju pierwszego dnia.
Wiedziałam, że nawet gdybym szła krok w krok za trasą zaznaczoną na mapie, to i tak zabłądzę. Miasto zawsze mnie wciąga w labirynt, przed którym nie próbuję się bronić. Wiem, że kiedy przestanę podążać za mapą, a nawet kiedy pójdę tam, gdzie na mapie nie ma już nic, ale mnie nieodparcie coś tam ciągnie, to znajdę to, czego nie szukałam, bo nie miałam pojęcia o tym, że istnieje, ale co miasto samo chciało mi pokazać.
I tak też się stało. Wysiadłam na stacji metra. Rozejrzałam się. Nie pamiętałam nawet, w którą stronę powinnam się skierować zgodnie ze wskazówkami z przewodnika. Bez namysłu ruszyłam w prawo, a potem zrobiłam coś, co zawsze robię i co zwykle bardzo komplikuje mi drogę powrotną, a mianowicie skręciłam kilka razy - to tu, to tam, przy sklepie z czerwonymi lampionami, przy rozwieszonym praniu, przy niebieskim rowerze - wszędzie, gdzie akurat miałam ochotę skręcić.
Szłam nie myśląc o niczym szczególnym, nie starając się zapamiętać drogi i nie patrząc na zegarek aż nagle... Wpadłam w Magiczny Zaułek. Między czerwone książeczki z cytatami przywódcy Mao, nefrytowe naszyjniki z Tybetu a stare podróżne kufry i kalendarze. Aż westchnęłam z zachwytu.
Uwielbiam takie miejsca. To nie był zwykły targ staroci, gdzie wystawia się przedmioty, między którymi krążą turyści z pękatymi portfelami, zaczepiani przez handlarzy i targujący się o lepszą cenę.
Uliczka była wąska i z obu stron ciasno zastawiona rupieciami, wyglądającymi tak, jakby trwała właśnie gigantyczna przeprowadzka z przeszłości. Kupić można było nie tylko kolorowe plakaty szanghajskich piękności z lat dwudziestych, stare talie kart i drewniane głowy Buddy. Zdawało się, że do kupienia są też sprzedawcy, którzy siedzieli wsparci na łokciach z filiżankami herbaty w dłoniach, paląc papierosy, rozmawiając albo po prostu patrząc w zamyśleniu na figury szachów. Byli tak samo zatopieni w milczeniu i złocistych pyłkach kurzu, równie nierealni i niedzisiejsi jak imbryki sprzed stu lat. Oni wcale nie chcieli niczego sprzedać. Mieli ochotę tylko być tu pomiędzy wspomnieniami z przeszłości, jak gdyby udało im się stworzyć wirtualną rzeczywistość. Grę komputerową, która rozgrywała się wewnątrz ich połączonych umysłów, a więc była widoczna i dostępna tylko dla nich.
Byłam tam jedyną nie Chinką i osobą z zewnątrz, ale nikomu to chyba nie przeszkadzało. Był cudowny sierpniowy dzień, pełen słońca, ciepłego wiatru i zapachu dojrzałych owoców. Miałam dziwne wrażenie, że jeśli pójdę dalej, znajdę się nie tylko między stołami z pamiątkami z dawnego Szanghaju, ale także zostanę przez to miasto porwana w inny wymiar. I bez wahania zrobiłam krok naprzód.
Zdarza mi się to czasem podczas podróży. Przełączam się na tak intensywne doświadczanie świata istniejącego dookoła, że przestaję być sobą w ludzkiej postaci. Mam wrażenie, że jestem wtedy istotą pozbawioną ciała, która wskakuje do ludzkich umysłów i patrzy na świat ich oczami. To fascynujące i niekontrolowane doznanie. Nie staram się tego robić świadomie. To po prostu dzieje się samo. Przez kilka godzin poruszam się w przedziwnej przestrzeni, gromadząc emocje, myśli, przeżycia, zapominając o reszcie świata, jedzeniu i odpoczynku. Z aparatem fotograficznym w rękach.
Kolorowe tablice rejestracyjne z chińskimi znakami, fotografie Mao Tse-tunga, biało-błękitne wazy z dynastii Ming, puszki i puzderka, pudełka, pudełeczka, wachlarze, filiżanki, banknoty, półmiski, torebki, bukłaki, globusy, walizki, aparaty telefoniczne, złote kaczki, lwy i smoki, figurki Konfucjusza i Buddy, monety z dziurkami i maski, kalendarze, buddyjskie misy, fajki do palenia opium, pocztówki, bransoletki. Czego tam nie było!... Pałeczki do jedzenia ryżu, wazony, postaci z armii terakotowej, buddyjskie różańce, reklamy, ślubne fotografie, liczydła i domino z kości słoniowej, igły do akupunktury i medyczne mapy ludzkiego ciała, kadzidełka, lalki i końskie łby. Piętrzące się w pozornie nieuporządkowanym chaosie, jednocześnie obecne i nieobecne, prawdziwe, ale nie z tego świata.
Straciłam poczucie czasu, zapomniałam gdzie jestem. Skoncentrowałam się na patrzeniu i wycinaniu fragmentów obrazu, które zostaną zapisane jako fotografie na karcie pamięci.
Kiedy ocknęłam się kilka godzin później, stałam przed szklanymi drzwiami z obiecująco brzmiącym napisem: cha.
Pchnęłam szklane drzwi i weszłam do środka. Cha znaczy "herbata", a ja znalazłam się właśnie w najbardziej niezwykłej herbaciarni świata.
- Nihao - powiedziałam nieśmiało. - Dzień dobry.
- Nihao! - odrzekł natychmiast z uśmiechem właściciel, pan Zhong.
- Wo yao cha - powiedziałam po chińsku. - Chciałabym się napić herbaty.
- Q?, q? - zgodził się z radością pan Zhong. - Tak, tak! Proszę bardzo!
Wskazał na jedyne krzesło przy jedynym stoliku, który był w dodatku zrobiony z pnia drzewa. Usiadłam. Dopiero kiedy zdjęłam z ramion plecak, poczułam jakie są obolałe. Wyciągnęłam nogi. Westchnęłam z lubością.
Herbaciarnia była maleńka i połączona z domem. Bardzo często widziałam takie miniprzedsiębiorstwa urządzone we wnętrzu prywatnego mieszkania - nie tylko w Chinach, ale też w innych krajach azjatyckich, w Ameryce Południowej i w Afryce. Ludzi nie stać na to, żeby wynająć lokal i założyć w nim bar albo sklep. Jeżeli jednak ktoś ma szczęście mieszkać na parterze przy ulicy, to wystarczy otworzyć szeroko drzwi, a łóżko przestawić do następnego pokoju. Miejsce pracy staje się wtedy jednocześnie miejscem zamieszkania, ale ma to swoje zalety. Na przykład taką, że przez cały dzień można być blisko rodziny - tak jak pan Zhong, którego żona w pomarańczowej sukience pochylała się nad córką zajętą odrabianiem lekcji.
Od podłogi aż po sufit na półkach leżały różne odmiany herbat - w blaszanych puszkach, szklanych słojach i oczywiście w podstarzałych krążkach zawiniętych w papier, bo tak się przechowuje czerwoną herbatę, czyli pu-erh. Miejsce do picia herbaty jest w Chinach zawsze jednocześnie sklepem, a właściwie powinnam powiedzieć to inaczej: sklep z herbatą pełni też czasem funkcję miejsca, gdzie można się jej napić. I nie jest to przypadek łatwy do znalezienia, ale do tego wrócę później.
Na razie z wielką przyjemnością po prostu siedziałam i patrzyłam jak pan Zhong parzy dla mnie herbatę.
Pan Zhong zniknął za kotarą spiętą klamerką do suszenia prania i wrócił po chwili z czajnikiem świeżo zagotowanej wody. Zaparzył herbatę w specjalnym dzbanku z sitkiem. Nalał mi pierwszą maleńką czarkę.
Herbata miała nieco łagodny, odrobinę cierpki smak, ale po przełknięciu w gardle zostawała niezwykła, ciepła nuta miodu.
- Oolong żeńszeniowa! - rozpoznałam od razu. Tylko ona tak smakuje.
- Tak - potwierdził pan Zhong. - Dobra?
- Tin tin hau! - odrzekłam bez wahania i roześmiałam się.
Różne odmiany herbaty. Po lewej na dole: specjalne gatunki białej herbaty, które rozkwitają po zaparzeniu
Nie wiem dlaczego na początku nie mogłam zapamiętać tych słów. Tin tin hau znaczy "bardzo dobre" i jest to wyrażenie ogromnie przydatne podczas podróży.
Miło jest mówić to sprzedawcy pieczonych karaluchów i sędziwej Chince, która pozwala sfotografować swoje zmniejszone stopy. Ale z jakiegoś powodu te słowa wypadały mi z pamięci w sytuacji kiedy były potrzebne, więc marszczyłam wtedy czoło usiłując je sobie przypomnieć i mówiłam coś w rodzaju:
- Ha ha tom!
Albo:
- Tu tu miau!
Jak to było?!... Coś ze zwierzętami. Miau miau? Mu mu?...
Odpowiadało mi zwykle niepewne spojrzenie i grzeczny uśmiech. Chwytałam za kieszeń, wydobywałam z niej kartkę z podręcznymi słówkami.
- Tin tin hau! - mówiłam z ulgą, uderzając się w czoło. - Tin tin hau!
A potem znów błyskawicznie gubiłam te słowa z pamięci i kiedy znów trzeba było za coś podziękować lub coś pochwalić, mrugałam oczami, czując pustkę w głowie i próbowałam:
- Miau miau? Hau hau?
Wszyscy moi rozmówcy byli bardzo wyrozumiali. Pan Zhong też.
Drewniany stolik z wydrążonegopnia, w którego wnętrzu pływała złota rybka!
Gdzie ja właściwie piłam pierwszą herbatę oolong żeńszeniową?... Tak, to musiało być w Pekinie wiele dni i wiele światów temu. Nic jeszcze wtedy nie wiedziałam o Chinach, bo prawie wszystko, co słyszałam o tym kraju w Polsce, okazało się nieprawdą.
Myślałam, że Chiny to smutny komunistyczny kraj z uciskanymi obywatelami, którym zabrania się mieć więcej niż jedno dziecko. Myślałam, że w Pekinie jest dziewięć milionów rowerów, a na każdej ulicy jest pijalnia herbaty. Myślałam, że Chinach panuje tłok i ścisk, nie ma dostępu do Internetu, a ludzie noszą szare mundurki. Myślałam, że czarna herbata jest czarna, a czerwona jest czerwona. Myślałam, że...
O, o! Moje myśli stanęły nagle jak wryte. W stoliku zauważyłam wyraźny ruch. Tak, wewnątrz stolika coś się ruszało! Już wcześniej wydawało mi się, że ten stolik ma w sobie coś osobliwego, bo był zrobiony z pnia drzewa, ale dziwnie pozawijany folią plastikową.
Pochyliłam się ostrożnie.
Pod szklanym blatem coś żyło. Nie był to kornik ani ślizgający się promień słońca. Była to najprawdziwsza, żywa, długa i błyszcząca złota ryba! Potrząsnęłam z niedowierzaniem głową.
Wyobraźcie sobie pień egzotycznego, pomarańczowego drzewa o pofałdowanej korze. Miał pół metra wysokości i wydrążony środek. Był wyłożony folią i napełniony wodą, w której pływała złota rybka! A nad nią leżał szklany blat. Widzieliście kiedyś taki stół?
Chiny to najbardziej zdumiewający kraj, jaki można sobie wyobrazić. Chyba nic nie jest w nim takie, jak wydaje się ludziom w Europie. Podczas tej podróży dziwiłam się codziennie i po kilku tygodniach najbardziej zaskoczyłoby mnie chyba to, że nic mnie nie zaskakuje. Ale tak się nie zdarzyło. A zaczęło się już pierwszego ranka po wylądowaniu. Zacznę więc od początku.
Poranne ćwiczenia w parku przy świątyni. Chińczycy uprawiają wiele form ruchu i gimnastyki, bo wiedzą, że trzeba dbać o ciało i duszę
Zimowe poranki w Pekinie bywają mroźne. W chłodnym świetle świtu pojawiają się pierwsi ludzie. Otuleni w watowane kufajki, skuleni na siodełkach rowerów, w czakach i szalikach zakrywających część twarz, jadą powoli ulicami pustego miasta. Jest jeszcze bardzo wcześnie. Słońce wisi nisko nad horyzontem i odbija się od szprych złocistymi refleksami.
Otworzyłam oczy. To tylko sen. Nie wiem skąd wzięło się we mnie takie wyobrażenie stolicy Chin. Nigdy wcześniej tu nie byłam. A teraz, kiedy samolot zniżał się do lądowania na lotnisku Pudong, czułam nie tylko ciekawość i dreszcz oczekiwania, ale także ogarniającą mnie pewność, że Pekin nie będzie wyglądał tak, jak w mojej wizji. Choćby dlatego, że jest środek gorącego lata, sierpniowy, upalny dzień pełen brzoskwiń i bakłażanów. Pekińczyków i kapusty pekińskiej. Rowerów i świeżo parzonej herbaty. Mgły i drobnego, siąpiącego deszczu.
Deszcz?!... Znów dałam się ponieść wyobraźni, którą skutecznie gasiła zimna chińska mżawka. W oczekiwaniu na rowery, herbatę, pekińczyki i równie pekińską kapustę wtuliłam się w okno autobusu i dałam się porwać do centrum.
W niedzielę o siódmej rano byłam w wielu miastach świata. Po pustych ulicach niesie się zwykle wołanie radosnych ptaków. To jest czas, kiedy liść może swobodnie frunąć nad jezdnią, popychany przez wiatr, a długie promienie wschodzącego słońca bez pośpiechu przeciągają się na przejściach dla pieszych. W Pekinie jednak było chyba trochę inaczej.
Dookoła Świątyni Nieba Tiantán jest wielki park. A w tym wielkim parku od świtu panował wielki gwar. Ludzie krążyli, machali rękami, pochylali się nad czymś z zainteresowaniem. Podeszłam bliżej. Grupa w luźnych kimonach ćwiczyła w skupieniu tai chi. Miękkimi ruchami przestępowali z jednej nogi na drugą, poruszając przy tym ramionami tak, jakby trzymali w nich delikatne wachlarze albo jakby rozwieszali na niewidzialnych kołkach równie niewidzialną pajęczynę. Wszyscy na raz, zgodnym rytmem, z przymkniętymi oczami, jak czarodzieje porannego brzasku.
Nieco dalej na trawniku kobiety z mieczami trenowały pchnięcia i pozycje. Miecze były prawdziwe, o długich stalowych ostrzach błyszczących w słońcu. Czy potraficie sobie wyobrazić taką scenę w Norwegii albo Stanach Zjednoczonych?... Instruktorka z czarnymi włosami upiętymi w kok mówiła:
- Stopa dalej do tyłu! Wyprostuj kolano! Ramię musi być przedłużeniem kręgosłupa!
Po przejściu na emeryturę Chińczycy wciąż żyją aktywnie - uczą się grać na instrumentach, piszą poezję i uprawiają sport
A ubrana na różowo wojowniczka posłusznie napinała ciało i sięgała mieczem do liści kołyszących się na drzewie.
Poszłam dalej. Wszędzie dookoła ludzie byli pochłonięci jakimiś zajęciami. Najdziwniejsze jednak było to, że wszyscy byli emerytami!
W pierwszej chwili nie zwróciłam na to uwagi, chyba dlatego, że w Europie emeryci zachowują się raczej statycznie i głównie siedzą na ławkach, a jeśli chodzą, to bardzo powoli.
A tutaj wszystko tętniło życiem! Im bardziej się rozglądałam, tym mocniej byłam zdumiona. Średnia wieku Chińczyków w parku wynosiła około siedemdziesięciu lat. Nikt nie siedział bezczynnie. To nie był park emerytów, tylko miejsce spotkań najbardziej aktywnych siedemdziesięciolatków świata!
Rozmawiali, śmiali się, grali na chińskich gitarach, skrzypcach i innych tradycyjnych instrumentach, ćwiczyli sztuki walki, układy gimnastyczne z wachlarzami i mieczami, grali w karty, domino albo warcaby, recytowali poezje. Niektórzy na wózkach inwalidzkich albo podpierając się kulami, ale schludnie ubrani, szczupli, uśmiechnięci i zadowoleni! Chyba nigdy wcześniej nie widziałam tak wielu tryskających zdrowiem i energią ludzi po sześćdziesiątce!
Co może lepiej świadczyć o duszy narodu niż przypadkowo spotkani ludzie? A szczególnie ludzie w wieku nazywanym "poprodukcyjnym", tak jakby wartość człowieka można było zmierzyć ilością wytworzonych przez niego dóbr. W Polsce o emerytach i rencistach słyszałam wtedy, kiedy trzeba było "rewaloryzować renty" albo przy okazji zachęcania ich do uczenia się w uniwersytetach trzeciego wieku. Tutaj nikogo nie trzeba było zachęcać.
Był to po prostu klub wspólnych zainteresowań. I dla wszystkich było oczywiste, że przez całe życie warto rozwijać umysł i ćwiczyć ciało. Nieważne czy masz dwadzieścia lat czy osiemdziesiąt, dbaj o swoją życiową energię, z którą przychodzisz na świat i dzięki której cieszysz się dobrym zdrowiem.
Byłam w Chinach dopiero od dwóch godzin, ale mój podziw i szacunek rósł z prędkością bambusa. Jak wiadomo, bambus to jedna z najszybciej rosnących roślin na świecie. Niektóre gatunki rosną z prędkością ponad stu centymetrów na dobę. I wcale nie dziwi mnie fakt, że bambus pochodzi właśnie z Chin.
Takie (i inne) symbole Chin sprzedaje się na Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie
Na chińskim niebie słońce walczyło z chmurami, a ja otworzyłam w przypadkowym miejscu małą czerwoną książeczkę i przeczytałam:
Naucz się "grać na fortepianie". Podczas gry trzeba używać wszystkich dziesięciu palców. Nie wystarczy poruszać niektórymi palcami, podczas gdy pozostałe odpoczywają. Jeśli jednak jednocześnie wszystkimi palcami naciśniesz klawisze, też nie powstanie muzyka. Żeby stworzyć piękną muzykę, wszystkie palce powinny poruszać się we wspólnym rytmie i współpracować.
Komitet Partii powinien mocno trzymać w dłoniach główne zadanie, a jednocześnie zorganizować pracę nad innymi celami. Musimy umieć pracować nad wieloma rzeczami. Nie możemy koncentrować się na wybranych problemach, pomijając inne.
Jeśli pojawi się problem, musimy się nim zająć i rozwiązać go zgodnie z metodą gry na fortepianie.
Niektórzy potrafią grać pięknie, inni gorzej, i dlatego właśnie tak różne mogą być melodie, które powstają.
Na okładce czerwonej książeczki było złote słońce, wewnątrz którego uśmiechał się przewodniczący Mao. Potem hasło "Robotnicy wszystkich krajów, łączcie się!" A potem kilkadziesiąt stron kolorowych fotografii, na których przywódca komunistycznych Chin był pokazany jako człowiek pracy: stoi w polu kukurydzy, siedzi przy biurku, z kartką przed mikrofonem, w ciężarówce, w szpitalu, wśród robotników w fabryce, a nawet w białym szlafroku na tle łodzi, jakby był na wakacjach. Fragment o graniu na fortepianie dziesięcioma dobrze współpracującymi palcami pochodzi z książki "O wzmocnieniu systemu partii komunistycznej" z 1948 roku.
Wzdrygnęłam się.
To najdziwniejszy i najtrudniejszy czas w chińskiej historii.
Najstarsza cywilizacja świata, ojczyzna Konfucjusza oraz twórcy mądrej i pięknej filozofii zwanej taoizmem - Lao Tse, dała się zniewolić człowiekowi, który w pogoni za ideą maoizmu stracił rozeznanie między dobrem a złem. W czasach kulturalnej rewolucji w Chinach zmarło lub zostało zabitych kilka milionów ludzi. Byli wysyłani do obozów pracy, które miały ich zreformować i nauczyć socjalistycznego myślenia. Wielu nigdy nie wróciło. Wrogami publicznymi stali się kapitaliści i bogacze. Podobno na początku lat pięćdziesiątych w Szanghaju zaszczuci przedsiębiorcy tak często popełniali samobójstwa, skacząc z okien wieżowców, że ludzie bali się chodzić po ulicach.
Ciekawe jak to możliwe, że człowiek w pewnych okolicznościach traci umiejętność współczucia i staje się okrutnym katem, który wydaje wyrok na innych ludzi. Czy dzieje się tak wtedy, kiedy człowiek ma świadomość posiadania władzy? Spotkałam w życiu kilka osób, które ulegały niesłychanej przemianie po zajęciu wysokiego stanowiska. Widziałam też film nakręcony ukrytą kamerą, na którym widać jak ludzie zdzierają skórę z żywych zwierząt. Co sprawia, że człowiek, który na co dzień jest ojcem, mężem, córką, matką, siostrą, żyje wśród innych ludzi, nie wyróżnia się niczym szczególnym, nie jest ani bardzo piękny, ani brzydki, nie jest wyjątkowo towarzyski ani nie jest też odludkiem, jest po prostu jednym z wielu i ze wszystkimi znajomymi utrzymuje poprawne kontakty - niespodziewanie pewnego dnia zamienia się w potwora?...
Potknęłam się.
Przywódca Mao patrzył prosto na mnie. Miał dobrotliwy wzrok i wysokie, okrągłe czoło. Stałam naprzeciw jego wielkiego portretu zawieszonego na Bramie Niebiańskiego Spokoju.
Czy to znaczy, że przeszłam już przez cały największy plac w Chinach, czyli Tiananmen? Odpowiedziała mi gigantyczna ognista flaga falująca na długich ekranach. To chyba największe telebimy świata, na których wyświetlały się chińskie symbole - czerwone chorągwie ze złotymi gwiazdkami, cudownie błękitne pejzaże i napisy.
To jest trzeci co do wielkości plac na świecie - po indonezyjskim Merdeka Square w Dżakarcie i Placu Słoneczników (Praça dos Girassóis) w brazylijskim mieście Palmas. Na jego ośmiuset metrach długości i pięciuset szerokości odbywały się największe uroczystości i najważniejsze ceremonie - od proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej 1 października 1949 r. i jej kolejne rocznice, aż po słynne protesty studentów w 1989 roku.
Plac kończy się przy murze Zakazanego Miasta, do którego prowadzi Brama Niebiańskiego Spokoju, czyli Tiananmen. Od tej bramy pochodzi nazwa całego placu. I nad nią właśnie wisi wielki portret Mao Tse-tunga. Patrzył na mnie tak, jak chciałby mi coś powiedzieć. Sięgnęłam znów do Czerwonej Książeczki. Był to wybór prawie pięciuset cytatów z jego pism i przemówień, rozdawany jako elementarz każdego obywatela podczas Rewolucji Kulturalnej, czyli w latach 1966-76. Dzisiaj Czerwona Książeczka jest abstrakcyjną pamiątką z przeszłości, ale miałam dziwne wrażenie, że kryje się w niej niejedna wskazówka prowadząca do prawdy. Prawdy o Chinach.
Powinno być mniej wojska, ale lepiej wyszkolonego. Należy uprościć administrację. Przemówienia, rozmowy, artykuły i postanowienia powinny być możliwie krótkie i na temat. Także spotkania i narady nie powinny być zbyt długie - pisał przywódca Mao.
Przed Bramą Niebiańskiego Spokoju oddzielającą plac od Zakazanego Miasta, gdzie mieszkał cesarz
A poniżej:
Staraj się rozumieć i pracować wspólnie z towarzyszami, którzy są inni. Dotyczy to także osób spoza Partii. Pochodzimy z najdalszych zakątków kraju i powinniśmy nauczyć się pracować wspólnie nie tylko z towarzyszami, którzy mają takie same poglądy, ale także z tymi, którzy myślą inaczej.
Spojrzałam jeszcze raz w oczy przywódcy Mao. Ile krwi miał na swoich rękach? Co sądził o Konfucjuszu? Dlaczego chciał zniszczyć tradycje i kulturę dawnych Chin? W jego wypowiedziach było dużo słuszności. Gdyby pominąć przywiązanie do partii, a słowo "towarzysz" zastąpić słowem "człowiek", jego rady brzmiałyby uniwersalnie i można by je zastosować także dzisiaj.
Hm, zagadkowa sprawa. Czy mądry człowiek może być jednocześnie niedorzecznie głupi i działać na szkodę własnej kultury?...
Rewolucja Kulturalna sprzed pięćdziesięciu lat to dzisiaj dla Chińczyków sprawa dość wstydliwa. Ale jednak portret Mao Tse-tunga wisi na murze Zakazanego Miasta, czyli dawnego pałacu cesarza.
Milion robotników budowało pałac przez piętnaście lat od 1406 roku. Przez prawie pięćset lat mieszkało tu dwudziestu czterech władców dwóch dynastii - w prawie tysiącu drewnianych budynków w klasycznym chińskim stylu. Ostatnim był cesarz Puyi, którego życie wyglądało jak sensacyjny film.
Dawne chińskie monety miały kwadratowe dziurki, dzięki którym można było nawlec je na sznurek, żeby uzyskać większą sumę. Tysiąc monet równał się jednej mierze srebra. Ponieważ ciężko było nosić tak wielkie sumy na szyi, Chińczycy wynaleźli banknoty
Brama Starego Miasta w Kunming, stolicy prowincji Yunan. Leży na wysokości 1892 m n.p.m., a dzięki łagodnemu klimatowi jest nazywane Miastem Wiecznej Wiosny
Puyi przyszedł na świat 7 lutego 1906 roku, ale nie był synem cesarza i niewiele wskazywało na to, żeby kiedykolwiek miał dostąpić zaszczytu objęcia władzy i zasiadania na Tronie Smoka.
Ówczesny cesarz Guang Xu pochodził z dynastii Qing, która przybyła z północnego-wschodu i rządziła Chinami od prawie trzystu lat. Losy Chin znajdowały się jednak w dłoniach kobiety. Była nią cesarzowa Cixi, najpierw konkubina, potem cesarska żona, aż wreszcie władczyni. Miała już siedemdziesiąt lat i pilnowała wszystkiego, co dzieje się w pałacu. Życie na zewnątrz toczyło się własnym nurtem. Gdyby władcy byli w stanie lepiej zatroszczyć się o dobrobyt zwykłych ludzi, a jednocześnie gdyby Europejczycy nie mieli ochoty jak zwykle wtykać nosa w nieswoje sprawy, być może nie doszłoby nigdy do rewolucji.
Muszę się cofnąć o dwieście lat, kiedy w Europie rosły apetyty na zamorskie posiadłości. Żeglarze dosiadali okrętów i wyruszali na szalenie niebezpieczne wyprawy, podczas których przez wiele tygodni byli skazani na własne męskie towarzystwo i brak witamin, który powodował bardzo nieprzyjemny i ostatecznie śmiertelny szkorbut. Kiedy udawało im się w końcu dotrzeć do celu, byli umordowani, chorzy i upojeni rumem, przepisywanym przez ówczesnych lekarzy jako lekarstwo na wszystkie dolegliwości.
To byli ambasadorzy naszego kontynentu.
Wracali do Europy z opowieściami o niesłychanych bogactwach, które można zdobyć za oceanami. Wyruszały więc następne wyprawy, zakładając kolonie w Ameryce Południowej i Północnej, w Afryce, Indonezji i w Indiach. Kiedy nie można było gdzieś dopłynąć statkiem, uparci pijaczkowie wyruszali na piechotę. Pewnego dnia dotarli do Chin. W imieniu króla Jerzego III przywieźli upominki i zaproponowali podpisanie traktatu. Ale czym maleńka Anglia gdzieś z końca świata mogła zaimponować potężnemu azjatyckiemu imperium? Cesarz Chin odparł, że zgodzi się przyjąć hołd od brytyjskiego króla. Obrażeni Anglicy zrobili w tył zwrot i postanowili nigdy nie wracać.
Tymczasem w Europie rozpoczęła się rewolucja przemysłowa, zaczęto produkować przedmioty w masowych ilościach. Kupcy chcieli je wymieniać na orientalne bogactwa - choćby takie jak jedwab, porcelana, herbata czy egzotyczne przyprawy. Znów przypłynęły statki obładowane europejskimi wynalazkami. A cesarz oświadczył, że Chinom wcale nie są potrzebne produkty z Europy, więc jeżeli ktoś chce prowadzić z Chinami handel i kupować cudowny jedwab i aromatyczne przyprawy, musi płacić srebrem.
Pola ryżowe u stóp gór o fantastycznych kształtach, które zainspirowały Jamesa Camerona do stworzenia fruwających gór w filmie "Avatar" (prowincja Guangxi)
W Europie zawrzało. Przedstawiciele Anglii i Francji spotkali się, żeby przedyskutować sytuację i znaleźć wspólne rozwiązanie. Przyznajcie, że Chiny miały prawo decydować o tym z kim chcą prowadzić handel i w jakiej walucie. Nikt nikogo nie zmuszał do tego, żeby kupować jedwab albo porcelanowe filiżanki. Imperium było wielkie, bogate i cywilizacyjnie znacznie bardziej zaawansowane. To w Chinach wynaleziono papier i banknoty, maszynę drukarską, kompas, taczki i wiele innych rzeczy. W przeciwieństwie do Europejczyków, których pochłonęła pogoń za masowo wytwarzanymi przedmiotami, Chińczycy doceniali rolę natury i starali się żyć zgodnie z jej rytmem, dbając o harmonijny rozwój ciała i duszy - zgodnie z zaleceniami mistrza taoizmu, Lao Tse. Nie musieli prowadzić handlu z Europą ani nawet nie mieli obowiązku o tym rozmawiać.
Francja i Anglia świetnie zdawały sobie z tego sprawę. Ich przedstawiciele wpadli na pomysł, który mógł powstać tylko w chorych z chciwości głowach. Europejczycy postanowili sprowadzić do Chin wielkie ilości opium i zamienić ludzi w narkomanów. I tak też zrobili.
Czy wyobrażacie sobie odwrotną sytuację? Gdyby Chińczycy kiedykolwiek przybyli do Europy i zaczęli ukradkiem ludziom rozdawać narkotyki, żeby ich uzależnić i pozbawić zdrowych zmysłów, zostaliby potępieni przez cały świat i do dziś byliby nazywani terrorystami.
Czasem mi wstyd, że pochodzę z Europy, bo gdziekolwiek postawię stopę w świecie, tam odkrywam ślady europejskiego terroryzmu, okrucieństwa i bezduszności.
Przywożenie i rozdawanie opium w Chinach odbywało się oczywiście w sekrecie. Niespodziewanie w imperium zaczął panować chaos. Zwykli ludzie w miastach i wioskach stawali się narkomanami, którzy za dawkę narkotyku byli gotowi zrobić wszystko. Szerzyły się kradzieże, napady, zabójstwa.
Nawet cesarz Puyi zauważył, że dookoła jest mnóstwo złodziei, gotowych ograbić pałac. Wspominał, że jeszcze zanim skończyła się uroczystość zaślubin z jego pierwszą żoną, ktoś zdążył już ukraść perły i ozdoby z nefrytu zdobiące jej koronę.
W 1839 roku rozpoczęła się Wojna Opiumowa. Chińczycy zorientowali się, że zostali zalani świadomie wywołaną falą narkomanii i usiłowali przywrócić porządek. Anglicy oczywiście nie chcieli się na to zgodzić. Doszło do wojny, podczas której okazało się, że stare drewniane chińskie statki mają niewielkie szanse wobec nowoczesnej broni Anglików. Cesarz został zmuszony do podpisania poniżającego traktatu, który pozwalał Anglikom na handel czym chcą i jak chcą. Niedługo potem wybuchła druga Wojna Opiumowa, też przegrana, i tak właśnie Europejczycy zaczęli rządzić się w Chinach.
Pod koniec XIX wieku życie w Chinach było ciężkie. Przybywało ludzi, zaczęło brakować żywności. Głodni ludzie to gniewni ludzie, a jeżeli dodamy do tego obecność Europejczyków i to, że ich pojawienie się musiało mieć wpływ na tubylców - a możliwe, że Anglicy wciąż byli nielegalnymi dealerami narkotyków - nic dziwnego, że wybuchały powstania i protesty. Podczas wojny domowej zwanej powstaniem tajpingów zginęło trzydzieści milionów ludzi.
Cesarzowa Cixi postanowiła działać. W specjalnym edykcie opisano program reform i zmian, jakie zostaną wprowadzone w kraju. Był rok 1908. Na tronie zasiadał jej siostrzeniec, cesarz Guang Xu, chociaż w praktyce to ona od dawna sprawowała władzę. Najpierw jako matka sześcioletniego cesarza, potem jako opiekunka następnego władcy. Nagle okazało się, że cesarz jest ciężko chory i nikt nie potrafi mu pomóc. Cesarz nie miał dzieci, cesarzowa Cixi postanowiła więc znaleźć jego następcę. Wybrała niespełna trzyletniego Puyi. Niektórzy twierdzą, że chodziło jej o to, żeby móc łatwo nim manipulować i uzależnić go od siebie od najmłodszych lat.
W chińskich wioskach życie niewiele się zmieniło - ludzie żyją skromnie i pracują w polu
Chłopiec został wezwany przed oblicze cesarzowej. Tak zapamiętał ten moment: Postawiono mnie przed bardzo kolorową kotarą. A za nią zobaczyłem strasznie brzydką i chudą twarz.
Puyi był przerażony. Miał dwa lata i dziesięć miesięcy. Jego rodzicom nie pozwolono wejść do pałacu. Nie wolno mu było się z nimi spotkać przez następne siedem lat.
Następnego dnia zmarł cesarz Guang Xu. Kilkanaście godzin później zmarła też cesarzowa Cixi. Drugiego grudnia 1908 roku Puyi został osadzony na Smoczym Tronie jako dziesiąty cesarz z dynastii Qing.
Kiedy wybuchło powstanie, ojciec Puyi, sprawujący władzę w jego imieniu jako Książę Regent wraz z wdową po cesarzu Guang Xu, rozkazali użycie siły. Ale wojsko nie chciało już służyć cesarzowi. Być może zostało upojone narkotykami, a może wspierało biednych rolników, w każdym razie niespodziewanie w pałacu pojawił się generał, który zażądał ustąpienia cesarza. I tak właśnie w styczniu 1912 roku powstała Republika Chin, której pierwszym prezydentem został Sun Yat Sen.
Puyi miał wtedy sześć lat. Abdykację w jego imieniu podpisała cesarzowa Longyu, wdowa po poprzednim cesarzu. Niedługo później zresztą zmarła, nie mogąc się pogodzić z sytuacją, która w gruncie rzeczy nie była bardzo zła.
Cesarzowi Puyi pozwolono zachować tytuł i część pałacu, przyznano mu też fundusz pozwalający na utrzymanie służby i prowadzenie godnego życia. Było to jednak bardzo osobliwe życie jak na kilkuletniego chłopca. Cały czas spędzał w odosobnieniu, zamknięty w murach pałacu, za które nie dopuszczano nikogo z wyjątkiem eunuchów i służby.
Po tych uliczkach w Lijiang osiemset lat temu chodzili tragarze herbaty i rolnicy z plemienia Naxi, których potomkowie wciąż mieszkają w okolicy
Kilka lat później, w 1919 roku, dla młodego cesarza zatrudniono specjalnego nauczyciela. Miał nim być człowiek z zewnątrz. Nie Chińczyk, nie filozof, nie mentor cesarskiej rodziny, ale Szkot z Brytyjskiej Ambasady. Nazywał się Reginald Johnston, biegle mówił po chińsku i wprowadził do świata Puyi zupełnie nowe spojrzenie.
Nie mógł mu jednak dać tego, czego młody władca potrzebował najbardziej: poczucia bezpieczeństwa i miłości. Puyi został zabrany rodzicom kiedy miał trochę ponad dwa lata. Nie mógł się kontaktować ani z nimi, ani z rodzeństwem. Nie znał dziecięcych zabaw, a jedyną pocieszycielką stała się niania, która przez kilka lat karmiła go piersią. Kiedy otoczenie zauważyło, że młody cesarz zbytnio się od niej uzależnił, odesłano ją z pałacu.
Puyi był sam. Zwykłym ludziom nie wolno było nawet patrzeć na jego twarz. Znajomość ze szkockim nauczycielem wprowadziła być może do jego życia trochę porządku, ale nie mogła naprawić i ukoić całej samotności, jaką Puyi nosił w sobie. Jego największym pragnieniem do końca życia było odzyskanie cesarskiego tronu.
Tron Smoka stał się dla niego pewnie symbolem sensu życia. Gdyby był prawdziwym cesarzem, wszyscy by go kochali. Gdyby był prawdziwym cesarzem, byłby podziwiany, a ludzie z szacunkiem i miłością wymawialiby jego imię.
Jest to jednak bardzo zdradliwe myślenie. Jeśli zbytnio przywiążesz się do jakiegoś planu, a szczególnie jeśli ten plan ma za zadanie zadośćuczynić jakiemuś brakowi, który w sobie nosisz, małe są szanse, że uda się go zrealizować.
Puyi miał wiele możliwości, żeby zostać szczęśliwym człowiekiem. Mógł pogodzić się z przeznaczeniem, znaleźć pracę, która sprawiałaby mu radość, założyć rodzinę, zająć się uprawianiem ziemi, pisaniem książek albo kaligrafią. Gdyby tylko umiał uwolnić się od wewnętrznego przymusu bycia cesarzem z dynastii Qing i zasiadania na Smoczym Tronie. Jak każda uzależniająca myśl, to musiało go zgubić1.
W sypialni Syna Niebios, czyli Cesarza Chin
Coś mi w tym wszystkim nie pasowało. Chodziłam wzdłuż czerwonych murów Zakazanego Miasta. Zaglądałam do cesarskiej sali tronowej i do sypialni. W czasie chińskiej rewolucji pałac był dla komunistów symbolem imperialnej przeszłości, od której chcieli się odciąć. Żołnierze palili stare księgi, organizowano publiczne niszczenie buddyjskich posągów, pism, obrazów i relikwii. Nowe Chiny nie chciały mieć nic wspólnego z historią i tradycją.
Ale z drugiej strony - czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach będzie się upierał przy tym, żeby zniszczyć własną kulturę w celu zbudowania na jej ruinach nowego, rewolucyjnego społeczeństwa? To jest bardzo niechińskie myślenie. Stoi w sprzeczności ze wszystkim, co tworzyło dotychczas chińską filozofię życia, czyli z fascynującym połączeniem myśli trzech mędrców: Buddy, Konfucjusza i Lao Tse. Nie była to religia, bo żaden z nich nie był bogiem, ale buddyzm, konfucjanizm i taoizm zlały się w pewien sposób myślenia i życia, który - jak religia - kierował życiem Chińczyków. W żadnej z tych filozofii nie ma pochwały wojny, przemocy ani stosowania siły.
Otworzyłam czerwone drzwi i zajrzałam do środka. Na tym tronie zasiadał cesarz w szacie ze złotego jedwabiu haftowanego w smoki. Cesarz, czyli Syn Niebios. Legenda mówi, że istniała góra tak piękna i lśniąca, że anioły przybywały, żeby się kąpać w strumieniu na jej szczycie. Pewnego dnia jeden z aniołów zjadł owoc, który przyniósł mu w dziobie magiczny ptak. Wkrótce potem anioł urodził dziecko, które zostało później pierwszym cesarzem Chin.
Syn Niebios jest chroniony przez Wielkiego Smoka. Dlatego właśnie nad cesarskim złotym tronem znajdował się smok o pięciu palcach, który trzymał w pysku kryształ. Gdyby na tronie zasiadł zwykły człowiek, smok natychmiast wypluje kryształ, żeby go zabić.
Żółty czyli złoty był kolorem zastrzeżonym dla cesarza. Nikomu oprócz niego nie wolno było nosić żółtych szat. Nawet wszystkie dachówki na Zakazanym Mieście są żółte. Właściwie prawie wszystkie, bo zrobiono logiczny wyjątek dla dwóch budynków: na bibliotece dachówki są czarne, bo jest to kolor wody, czyli chroni przed pożarem, a na części mieszkalnej młodego księcia dachówki są zielone, bo symbolizują drzewo, czyli rozwój i wzrost.
Kiedy Puyi miał piętnaście lat, pokazano mu kilka portretów, z których miał wybrać przyszłą żonę. Ta, którą wybrał, została jego pierwszą konkubiną. Nie kochanką w naszym rozumieniu tego słowa, ale czymś całkowicie naturalnym w chińskich realiach. Każdy cesarz miał jedną główną żonę - cesarzową i drugą "cesarską małżonkę" oraz kilka lub kilkanaście innych, mniej ważnych partnerek. Nie chodziło jednak o to, żeby spędzał z nimi czas w sypialni, ale żeby po prostu oficjalnie je miał.
Przeszłam przez kolejną czerwoną bramę, dotknęłam czerwonej ściany. To jest chiński kolor ognia i szczęścia. Suknie ślubne są najczęściej czerwone, podobnie jak koperty, w których z okazji Nowego Roku ludzie dają sobie monety na szczęście.
Podczas ślubu narzeczona cesarza Puyi też była ubrana na czerwono.
Najpierw pojawiły się powozy gwardii cesarskiej, przystrojone w parasole i flagi z symbolami smoka i feniksa. Na końcu znajdowała się złota lektyka niesiona przez szesnastu eunuchów. W środku miała usiąść panna młoda, która od wielu godzin była czesana i ubierana. Włosy zawinięto jej w dwa koki ozdobione talizmanami zwanymi ruyi w kształcie litery "S". Przed wyjściem Wan Rong wykonała tradycyjne pokłony, a potem zasłonięto jej twarz specjalną czerwoną zasłoną.
Nawet kiedy dotarła do Zakazanego Miasta, młody cesarz nie mógł jej rozpoznać, bo nigdy jeszcze nie widział swojej przyszłej żony - z wyjątkiem czarnobiałego portretu przysłanego na dwór.
Była trzecia nad ranem, kiedy lektyka dotarła do Pałacu Niebiańskiego Spokoju. Zgodnie z tradycją pan młody powinien wziąć łuk i wystrzelić trzy strzały powyżej lektyki narzeczonej - żeby odstraszyć wszystkie złe moce. Ale Puyi miał słaby wzrok i nosił okulary. W dniu ślubu nie chciał ich zakładać, był zresztą pierwszym cesarzem w historii, który musiał wspomagać swój boski wzrok czymś tak przyziemnym jak okulary. Z troski o zdrowie swojej przyszłej żony postanowił zrezygnować ze strzelania.
Następnie młoda para podążyła do Pałacu Ziemskiego Spokoju, gdzie Wan Rong zgodnie ze zwyczajem przeskoczyła przez ogień, przez siodło i przez jabłko, co miało zagwarantować spokojne, zdrowe i długie życie. Dopiero wtedy Puyi mógł zdjąć czerwoną zasłonę i zobaczyć po raz pierwszy twarz swojej żony. Następnie razem zasiedli przy stole i podano im do zjedzenia tradycyjne weselne potrawy: pieróg z małymi pierożkami w środku, żeby szybko mieli dużo dzieci, specjalnie przyrządzony makaron długowieczności i weselne wino w podwójnym kielichu.
Smok w mitologii chińskiej kojarzy się z potęgą, władzą i szczęściem. Dlatego był symbolem władzy Cesarza, a jego żeńskim odpowiednikiem i symbolem Cesarzowej był ptak feniks
Tradycyjne domy w miasteczku Yangshuo w prowincji Guangxi w południowo-wschodnich Chinach
A potem młoda para została zaprowadzona do sypialni. Puyi tak opisał swoją noc poślubną:
W ogóle nie mogłem się skupić na moim ślubie i na rodzinie. Dopiero kiedy zobaczyłem cesarzową z twarzą ukrytą pod czerwoną zasłoną ozdobioną smokami i feniksami, poczułem ciekawość jak wygląda. Zgodnie z tradycją cesarz i cesarzowa spędzają pierwszą noc w specjalnej komnacie o powierzchni około dziesięciu metrów kwadratowych w Pałacu Ziemskiego Spokoju.
Był to bardzo osobliwy pokój: pozbawiony mebłi z wyjątkiem podwyższenia, na którym znajdowało się łoże, zajmujące jedną czwartą miejsca. Wszystko w tym pokoju z wyjątkiem podłogi było czerwone. Kiedy wypiliśmy weselne wino i zjedliśmy pierogi dzieci i wnuków, a potem weszliśmy do tego ciemnego czerwonego pokoju, poczułem się nieswojo. Panna młoda usiadła na skraju łoża z opuszczoną głową. Zacząłem się rozglądać i zobaczyłem, że wszystko dookoła jest czerwone: czerwone zasłony przy łóżku, czerwone poduszki, czerwona suknia, czerwona spódnica, czerwone kwiaty, czerwone policzki... wszystko to wyglądało jak roztopiona czerwona świeca.
Nie wiedziałem czy mam wstać, czy siedzieć, i pomyślałem, że wolę znaleźć się w Pałacu Spokojnego Umysłu, i tam poszedłem.2
Był rok 1922. Cesarz rzeczywiście miał wiele spraw na głowie. Choćby to, że czasem zza murów Zakazanego Miasta, których nigdy nie wolno mu było opuszczać, docierały odgłosy strzałów i krzyk. Co się działo tam na zewnątrz? Kim był człowiek, który dziesięć lat wcześniej ogłosił założenie republiki i zabronił mu opuszczania pałacu?...
Tego dnia w Pekinie padał deszcz. Stałam przy bramie prowadzącej na kolejny wielki dziedziniec, przepuściłam dwie Chinki z parasolkami i w minispódniczkach, i nagle mnie olśniło.
Puyi pochodził z dynastii Qing! Stuknęłam się w czoło. Dziwne, że nie skojarzyłam tego wcześniej! Przecież czytałam opowieści Marco Polo o tym jak dotarł do Chin i opisywał jej mieszkańców, czyli ludzi z plemienia Han.
Hanowie stanowili zawsze większość w Chinach. Do dzisiaj jest to największa grupa etniczna na świecie. Ich nazwa pochodzi od drugiej dynastii cesarzy, którzy nastąpili po krótko panującej pierwszej dynastii Qin.
A kogo zawsze najbardziej bali się Hanowie?
Barbarzyńców z północy, a ściślej mówiąc: z północnego wschodu, gdzie rozciągały się dzikie stepy i lasy, płynęły lodowate rzeki, mieszkały wilki i ludzie z plemienia Manchu. Podobno byli nieokrzesani i żywili się surowym mięsem. Byli tak doskonałymi jeźdźcami i łucznikami, że potrafili podczas galopu trafić do biegnącego zająca. Krępej budowy, ogorzali, przysadziści, okrutni i nieprawdopodobnie wytrzymali - tylko oni mogli stanowić realne zagrożenie dla cesarstwa Chin.