Blondynka w Chinach - Beata Pawlikowska

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1Po­dróż­ni­czy elik­sir

Wsią­kam. Za­nu­rzam się. Jak kro­pla wody, któ­ra z desz­czem wpa­da do oce­anu. Nie wiem już jak było w mo­jej chmu­rze, ja­kie tam było po­wie­trze i ko­lo­ry. Nie pa­mię­tam za­pa­chu po­ran­ków i wie­czor­ne­go lasu. Ani sma­ku her­ba­ty pa­rzo­nej w szkla­nym dzban­ku. Ani ryt­mu, jaki moje pal­ce wy­bi­ja­ły na kla­wia­tu­rze kom­pu­te­ra, kie­dy pra­co­wa­łam nad roz­dzia­łem no­wej książ­ki. Nie pa­mię­tam nic, bo nie chcę pa­mię­tać.

Kie­dy wy­ru­szam w po­dróż, za­po­mi­nam o miej­scu, z któ­re­go przy­by­łam. Nie za­bie­ram roz­mów ani zda­rzeń, przy­zwy­cza­jeń ani ulu­bio­nych prze­ką­sek. Czu­ję się jak sko­czek na szczy­cie nie­bo­tycz­nej tram­po­li­ny, któ­ry wie tyl­ko tyle, że w dole znaj­du­je się oce­an na tyle głę­bo­ki, że może do nie­go wsko­czyć.

Na­bie­ram więc po­wie­trza w płu­ca i czu­ję drże­nie na ca­łej skó­rze. Tak dzia­ła po­dróż­ni­czy elik­sir. Czu­ję go w każ­dej ko­mór­ce cia­ła.

To dzi­ki sok skła­da­ją­cy się ze stra­chu, cie­ka­wo­ści, ra­do­ści i ocze­ki­wa­nia. Wiem, że ni­cze­go nie wiem i że wszyst­ko może się zda­rzyć. Opusz­czam bez­piecz­ne i zna­jo­me miej­sce, zo­sta­wiam wy­god­ny fo­tel i wszyst­ko, czym lu­bię zaj­mo­wać się na co dzień. Wkra­czam w świat kom­plet­nie nie­zna­ny, nowy, nie­prze­wi­dy­wal­ny. Być może będę ry­zy­ko­wać ży­ciem, może ule­gnę cho­ro­bie, może spo­tkam złych lu­dzi.

Na pew­no będę się też za­chwy­cać rze­cza­mi, któ­rych ist­nie­nia dzi­siaj na­wet nie mo­gła­bym zgad­nąć - za­ska­ku­ją­cy­mi sma­ka­mi owo­ców i po­traw, bla­skiem słoń­ca i wi­do­kiem nie­ba w in­nej sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej. Wiem, że prze­ży­ję chwi­le osza­ła­mia­ją­ce­go pięk­na, za­znam przy­jaź­ni i ludz­kiej do­bro­ci. Ale też zmę­cze­nia, zim­na, obez­wład­nia­ją­ce­go upa­łu i gło­du. To wszyst­ko two­rzy mie­szan­kę tak fa­scy­nu­ją­cą, jed­no­cze­śnie cu­dow­ną i strasz­ną, że czu­ję się jak astro­nau­ta przed wy­pra­wą w ko­smos.

Wiem tyl­ko tyle, że będę po­zna­wać nie­zna­ne, uczyć się, po­dzi­wiać, bać i od­kry­wać praw­dę we wszyst­kich wy­mia­rach - praw­dę o lu­dziach, ich oby­cza­jach, spo­so­bie my­śle­niu, kuch­ni i hi­sto­rii, ale tak­że praw­dę o so­bie - mo­ich ogra­ni­cze­niach i sile, na jaką po­tra­fię się zdo­być.

Tak jest przed każ­dą po­dró­żą. Do chwi­li, kie­dy przy­cho­dzi mo­ment jej roz­po­czę­cia.

Wte­dy wszyst­ko dzie­je się już samo. Wpa­dam jak kro­pla desz­czu do oce­anu i uczę się pły­wać.

W ma­łych wio­skach i wiel­kich mia­stach - ta­kich jak Szan­ghaj na fo­to­gra­fii po pra­wej stro­nie - spo­ty­ka­łam nie­zwy­kłych lu­dzi

Dziel­ni­ca Pu­dong - fi­nan­so­we ser­ce Szan­gha­ju nad brze­giem rze­ki Hu­ang­pu. Naj­wyż­szy bu­dy­nek z ku­la­mi to Orien­tal Pe­arl To­wer, czy­li Per­ło­wa Wie­ża te­le­wi­zyj­na o wy­so­ko­ści 468 m

ROZ­DZIAŁ 2Oswo­je­nie Szan­gha­ju

Zbie­głam po scho­dach, ku­pi­łam bi­let w au­to­ma­cie, prze­szłam przez bram­kę. Jak co dzień rano mi­nę­łam wiel­kie pod­świe­tlo­ne re­kla­my, na któ­rych dziew­czy­na w krót­kich spoden­kach i ró­żo­wym ka­pe­lu­szu pro­mo­wa­ła naj­now­szy mo­del spor­to­wych bu­tów. Ze­szłam na dół na pe­ron, rzu­ci­łam okiem na ta­bli­ce, żeby się upew­nić, że sto­ję po wła­ści­wej stro­nie i na­gle... Uświa­do­mi­łam so­bie, że je­stem tu u sie­bie!

By­łam w Szan­gha­ju do­pie­ro trze­ci dzień, ale czu­łam się u sie­bie! To nie­sa­mo­wi­te jak szyb­ko moż­na stać się czę­ścią zu­peł­nie in­ne­go świa­ta. Jesz­cze trzy dni temu Szan­ghaj był dla mnie tyl­ko wiel­kim, ob­cym mia­stem, o któ­rym nie wie­dzia­łam nic z wy­jąt­kiem tego, co moż­na prze­czy­tać w prze­wod­ni­ku. Ale bia­łe stro­ny za­dru­ko­wa­ne rów­ny­mi rzę­da­mi li­ter w ni­czym nie przy­po­mi­na­ją ru­chli­wych ulic, za­pa­chu miej­skich to­a­let albo za­uł­ków, gdzie leżą czer­wo­ne z go­rą­ca pie­czo­ne kacz­ki.

Pa­mię­tam pierw­szą po­dróż me­trem w Szan­gha­ju. Przez kil­ka­na­ście mi­nut roz­gry­za­łam sys­tem. Jak ku­pić bi­let w au­to­ma­cie wy­świe­tla­ją­cym tyl­ko chiń­skie zna­ki, jak przejść przez bram­kę, jak zna­leźć do­ce­lo­wą sta­cję na je­de­na­stu li­niach.

Uczy­łam się chiń­skich słów i wy­ra­żeń. Jak za­mó­wić her­ba­tę i ryż z wa­rzy­wa­mi, pro­sić o ra­chu­nek, dzię­ko­wać.

Dru­gie­go dnia już wie­dzia­łam jak prze­łą­czyć w au­to­ma­cie chiń­skie zna­ki na ję­zyk an­giel­ski. W kie­sze­ni mia­łam przy­go­to­wa­ne czte­ry mo­ne­ty. Zna­łam dro­gę na pe­ron i pa­mię­ta­łam ko­lej­ność sta­cji.

Trze­cie­go dnia by­łam już u sie­bie. I to wła­śnie jest nie­zwy­kłe. Lu­dzie pa­trzą na mnie i my­ślą, że tu miesz­kam. Pra­cu­ję w ja­kiejś du­żej fir­mie albo może pro­wa­dzę wła­sne stu­dio ar­ty­stycz­ne. Wsia­dam do me­tra, czy­tam książ­kę. Wiem gdzie wy­siąść. To nie­sa­mo­wi­te, że moż­na tak szyb­ko po­znać - a wła­ści­wie za­wrzeć zna­jo­mość i za­przy­jaź­nić się z no­wym miej­scem i na­uczyć się być w nim tu­byl­cem!

Me­tro w Szan­gha­ju - dwa­na­ście li­nii, 273 sta­cje i po­nad 420 km to­rów, czy­li naj­dłuż­sza sieć na świe­cie

I ja­kie za­baw­ne z tej per­spek­ty­wy wy­da­je się to, że kie­dy czło­wiek pró­bu­je so­bie wy­obra­zić sie­bie w ob­cym mie­ście, czu­je lęk i bez­rad­ność. Tym­cza­sem wszyst­kie mia­sta na świe­cie są po­dob­ne. Uli­ca - dom - śro­dek trans­por­tu - prze­chod­nie. Skle­py - re­stau­ra­cje - przy­stan­ki. Wy­star­czy kil­ka go­dzin, żeby je oswo­ić. Albo jesz­cze le­piej: po­zwo­lić, żeby ono oswo­iło cie­bie.

Ja tak zwy­kle ro­bię. Tak też zro­bi­łam w Szan­gha­ju pierw­sze­go dnia.

ROZ­DZIAŁ 3Ma­gicz­ny Za­ułek

Wie­dzia­łam, że na­wet gdy­bym szła krok w krok za tra­są za­zna­czo­ną na ma­pie, to i tak za­błą­dzę. Mia­sto za­wsze mnie wcią­ga w la­bi­rynt, przed któ­rym nie pró­bu­ję się bro­nić. Wiem, że kie­dy prze­sta­nę po­dą­żać za mapą, a na­wet kie­dy pój­dę tam, gdzie na ma­pie nie ma już nic, ale mnie nie­od­par­cie coś tam cią­gnie, to znaj­dę to, cze­go nie szu­ka­łam, bo nie mia­łam po­ję­cia o tym, że ist­nie­je, ale co mia­sto samo chcia­ło mi po­ka­zać.

I tak też się sta­ło. Wy­sia­dłam na sta­cji me­tra. Ro­zej­rza­łam się. Nie pa­mię­ta­łam na­wet, w któ­rą stro­nę po­win­nam się skie­ro­wać zgod­nie ze wska­zów­ka­mi z prze­wod­ni­ka. Bez na­my­słu ru­szy­łam w pra­wo, a po­tem zro­bi­łam coś, co za­wsze ro­bię i co zwy­kle bar­dzo kom­pli­ku­je mi dro­gę po­wrot­ną, a mia­no­wi­cie skrę­ci­łam kil­ka razy - to tu, to tam, przy skle­pie z czer­wo­ny­mi lam­pio­na­mi, przy roz­wie­szo­nym pra­niu, przy nie­bie­skim ro­we­rze - wszę­dzie, gdzie aku­rat mia­łam ocho­tę skrę­cić.

Szłam nie my­śląc o ni­czym szcze­gól­nym, nie sta­ra­jąc się za­pa­mię­tać dro­gi i nie pa­trząc na ze­ga­rek aż na­gle... Wpa­dłam w Ma­gicz­ny Za­ułek. Mię­dzy czer­wo­ne ksią­żecz­ki z cy­ta­ta­mi przy­wód­cy Mao, ne­fry­to­we na­szyj­ni­ki z Ty­be­tu a sta­re po­dróż­ne ku­fry i ka­len­da­rze. Aż wes­tchnę­łam z za­chwy­tu.

Uwiel­biam ta­kie miej­sca. To nie był zwy­kły targ sta­ro­ci, gdzie wy­sta­wia się przed­mio­ty, mię­dzy któ­ry­mi krą­żą tu­ry­ści z pę­ka­ty­mi port­fe­la­mi, za­cze­pia­ni przez han­dla­rzy i tar­gu­ją­cy się o lep­szą cenę.

Ulicz­ka była wą­ska i z obu stron cia­sno za­sta­wio­na ru­pie­cia­mi, wy­glą­da­ją­cy­mi tak, jak­by trwa­ła wła­śnie gi­gan­tycz­na prze­pro­wadz­ka z prze­szło­ści. Ku­pić moż­na było nie tyl­ko ko­lo­ro­we pla­ka­ty szan­ghaj­skich pięk­no­ści z lat dwu­dzie­stych, sta­re ta­lie kart i drew­nia­ne gło­wy Bud­dy. Zda­wa­ło się, że do ku­pie­nia są też sprze­daw­cy, któ­rzy sie­dzie­li wspar­ci na łok­ciach z fi­li­żan­ka­mi her­ba­ty w dło­niach, pa­ląc pa­pie­ro­sy, roz­ma­wia­jąc albo po pro­stu pa­trząc w za­my­śle­niu na fi­gu­ry sza­chów. Byli tak samo za­to­pie­ni w mil­cze­niu i zło­ci­stych pył­kach ku­rzu, rów­nie nie­re­al­ni i nie­dzi­siej­si jak im­bry­ki sprzed stu lat. Oni wca­le nie chcie­li ni­cze­go sprze­dać. Mie­li ocho­tę tyl­ko być tu po­mię­dzy wspo­mnie­nia­mi z prze­szło­ści, jak gdy­by uda­ło im się stwo­rzyć wir­tu­al­ną rze­czy­wi­stość. Grę kom­pu­te­ro­wą, któ­ra roz­gry­wa­ła się we­wnątrz ich po­łą­czo­nych umy­słów, a więc była wi­docz­na i do­stęp­na tyl­ko dla nich.

By­łam tam je­dy­ną nie Chin­ką i oso­bą z ze­wnątrz, ale ni­ko­mu to chy­ba nie prze­szka­dza­ło. Był cu­dow­ny sierp­nio­wy dzień, pe­łen słoń­ca, cie­płe­go wia­tru i za­pa­chu doj­rza­łych owo­ców. Mia­łam dziw­ne wra­że­nie, że je­śli pój­dę da­lej, znaj­dę się nie tyl­ko mię­dzy sto­ła­mi z pa­miąt­ka­mi z daw­ne­go Szan­gha­ju, ale tak­że zo­sta­nę przez to mia­sto po­rwa­na w inny wy­miar. I bez wa­ha­nia zro­bi­łam krok na­przód.

Zda­rza mi się to cza­sem pod­czas po­dró­ży. Prze­łą­czam się na tak in­ten­syw­ne do­świad­cza­nie świa­ta ist­nie­ją­ce­go do­oko­ła, że prze­sta­ję być sobą w ludz­kiej po­sta­ci. Mam wra­że­nie, że je­stem wte­dy isto­tą po­zba­wio­ną cia­ła, któ­ra wska­ku­je do ludz­kich umy­słów i pa­trzy na świat ich ocza­mi. To fa­scy­nu­ją­ce i nie­kon­tro­lo­wa­ne do­zna­nie. Nie sta­ram się tego ro­bić świa­do­mie. To po pro­stu dzie­je się samo. Przez kil­ka go­dzin po­ru­szam się w prze­dziw­nej prze­strze­ni, gro­ma­dząc emo­cje, my­śli, prze­ży­cia, za­po­mi­na­jąc o resz­cie świa­ta, je­dze­niu i od­po­czyn­ku. Z apa­ra­tem fo­to­gra­ficz­nym w rę­kach.

Ko­lo­ro­we ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne z chiń­ski­mi zna­ka­mi, fo­to­gra­fie Mao Tse-tun­ga, bia­ło-błę­kit­ne wazy z dy­na­stii Ming, pusz­ki i puz­der­ka, pu­deł­ka, pu­de­łecz­ka, wa­chla­rze, fi­li­żan­ki, bank­no­ty, pół­mi­ski, to­reb­ki, bu­kła­ki, glo­bu­sy, wa­liz­ki, apa­ra­ty te­le­fo­nicz­ne, zło­te kacz­ki, lwy i smo­ki, fi­gur­ki Kon­fu­cju­sza i Bud­dy, mo­ne­ty z dziur­ka­mi i ma­ski, ka­len­da­rze, bud­dyj­skie misy, faj­ki do pa­le­nia opium, pocz­tów­ki, bran­so­let­ki. Cze­go tam nie było!... Pa­łecz­ki do je­dze­nia ryżu, wa­zo­ny, po­sta­ci z ar­mii te­ra­ko­to­wej, bud­dyj­skie ró­żań­ce, re­kla­my, ślub­ne fo­to­gra­fie, li­czy­dła i do­mi­no z ko­ści sło­nio­wej, igły do aku­punk­tu­ry i me­dycz­ne mapy ludz­kie­go cia­ła, ka­dzi­deł­ka, lal­ki i koń­skie łby. Pię­trzą­ce się w po­zor­nie nie­upo­rząd­ko­wa­nym cha­osie, jed­no­cze­śnie obec­ne i nie­obec­ne, praw­dzi­we, ale nie z tego świa­ta.

Stra­ci­łam po­czu­cie cza­su, za­po­mnia­łam gdzie je­stem. Skon­cen­tro­wa­łam się na pa­trze­niu i wy­ci­na­niu frag­men­tów ob­ra­zu, któ­re zo­sta­ną za­pi­sa­ne jako fo­to­gra­fie na kar­cie pa­mię­ci.

Kie­dy ock­nę­łam się kil­ka go­dzin póź­niej, sta­łam przed szkla­ny­mi drzwia­mi z obie­cu­ją­co brzmią­cym na­pi­sem: cha.

Pchnę­łam szkla­ne drzwi i we­szłam do środ­ka. Cha zna­czy "her­ba­ta", a ja zna­la­złam się wła­śnie w naj­bar­dziej nie­zwy­kłej her­ba­ciar­ni świa­ta.

Ni­hao - po­wie­dzia­łam nie­śmia­ło. - Dzień do­bry.

Ni­hao! - od­rzekł na­tych­miast z uśmie­chem wła­ści­ciel, pan Zhong.

Wo yao cha - po­wie­dzia­łam po chiń­sku. - Chcia­ła­bym się na­pić her­ba­ty.

Q?, q? - zgo­dził się z ra­do­ścią pan Zhong. - Tak, tak! Pro­szę bar­dzo!

Wska­zał na je­dy­ne krze­sło przy je­dy­nym sto­li­ku, któ­ry był w do­dat­ku zro­bio­ny z pnia drze­wa. Usia­dłam. Do­pie­ro kie­dy zdję­łam z ra­mion ple­cak, po­czu­łam ja­kie są obo­la­łe. Wy­cią­gnę­łam nogi. Wes­tchnę­łam z lu­bo­ścią.

Her­ba­ciar­nia była ma­leń­ka i po­łą­czo­na z do­mem. Bar­dzo czę­sto wi­dzia­łam ta­kie mi­ni­przed­się­bior­stwa urzą­dzo­ne we wnę­trzu pry­wat­ne­go miesz­ka­nia - nie tyl­ko w Chi­nach, ale też w in­nych kra­jach azja­tyc­kich, w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej i w Afry­ce. Lu­dzi nie stać na to, żeby wy­na­jąć lo­kal i za­ło­żyć w nim bar albo sklep. Je­że­li jed­nak ktoś ma szczę­ście miesz­kać na par­te­rze przy uli­cy, to wy­star­czy otwo­rzyć sze­ro­ko drzwi, a łóż­ko prze­sta­wić do na­stęp­ne­go po­ko­ju. Miej­sce pra­cy sta­je się wte­dy jed­no­cze­śnie miej­scem za­miesz­ka­nia, ale ma to swo­je za­le­ty. Na przy­kład taką, że przez cały dzień moż­na być bli­sko ro­dzi­ny - tak jak pan Zhong, któ­re­go żona w po­ma­rań­czo­wej su­kien­ce po­chy­la­ła się nad cór­ką za­ję­tą od­ra­bia­niem lek­cji.

Od pod­ło­gi aż po su­fit na pół­kach le­ża­ły róż­ne od­mia­ny her­bat - w bla­sza­nych pusz­kach, szkla­nych sło­jach i oczy­wi­ście w pod­sta­rza­łych krąż­kach za­wi­nię­tych w pa­pier, bo tak się prze­cho­wu­je czer­wo­ną her­ba­tę, czy­li pu-erh. Miej­sce do pi­cia her­ba­ty jest w Chi­nach za­wsze jed­no­cze­śnie skle­pem, a wła­ści­wie po­win­nam po­wie­dzieć to in­a­czej: sklep z her­ba­tą peł­ni też cza­sem funk­cję miej­sca, gdzie moż­na się jej na­pić. I nie jest to przy­pa­dek ła­twy do zna­le­zie­nia, ale do tego wró­cę póź­niej.

Na ra­zie z wiel­ką przy­jem­no­ścią po pro­stu sie­dzia­łam i pa­trzy­łam jak pan Zhong pa­rzy dla mnie her­ba­tę.

Pan Zhong znik­nął za ko­ta­rą spię­tą kla­mer­ką do su­sze­nia pra­nia i wró­cił po chwi­li z czaj­ni­kiem świe­żo za­go­to­wa­nej wody. Za­pa­rzył her­ba­tę w spe­cjal­nym dzban­ku z sit­kiem. Na­lał mi pierw­szą ma­leń­ką czar­kę.

Her­ba­ta mia­ła nie­co ła­god­ny, odro­bi­nę cierp­ki smak, ale po prze­łknię­ciu w gar­dle zo­sta­wa­ła nie­zwy­kła, cie­pła nuta mio­du.

- Oolong żeń­sze­nio­wa! - roz­po­zna­łam od razu. Tyl­ko ona tak sma­ku­je.

- Tak - po­twier­dził pan Zhong. - Do­bra?

Tin tin hau! - od­rze­kłam bez wa­ha­nia i ro­ze­śmia­łam się.

Róż­ne od­mia­ny her­ba­ty. Po le­wej na dole: spe­cjal­ne ga­tun­ki bia­łej her­ba­ty, któ­re roz­kwi­ta­ją po za­pa­rze­niu

Nie wiem dla­cze­go na po­cząt­ku nie mo­głam za­pa­mię­tać tych słów. Tin tin hau zna­czy "bar­dzo do­bre" i jest to wy­ra­że­nie ogrom­nie przy­dat­ne pod­czas po­dró­ży.

Miło jest mó­wić to sprze­daw­cy pie­czo­nych ka­ra­lu­chów i sę­dzi­wej Chin­ce, któ­ra po­zwa­la sfo­to­gra­fo­wać swo­je zmniej­szo­ne sto­py. Ale z ja­kie­goś po­wo­du te sło­wa wy­pa­da­ły mi z pa­mię­ci w sy­tu­acji kie­dy były po­trzeb­ne, więc marsz­czy­łam wte­dy czo­ło usi­łu­jąc je so­bie przy­po­mnieć i mó­wi­łam coś w ro­dza­ju:

Ha ha tom!

Albo:

Tu tu miau!

Jak to było?!... Coś ze zwie­rzę­ta­mi. Miau miau? Mu mu?...

Od­po­wia­da­ło mi zwy­kle nie­pew­ne spoj­rze­nie i grzecz­ny uśmiech. Chwy­ta­łam za kie­szeń, wy­do­by­wa­łam z niej kart­kę z pod­ręcz­ny­mi słów­ka­mi.

Tin tin hau! - mó­wi­łam z ulgą, ude­rza­jąc się w czo­ło. - Tin tin hau!

A po­tem znów bły­ska­wicz­nie gu­bi­łam te sło­wa z pa­mię­ci i kie­dy znów trze­ba było za coś po­dzię­ko­wać lub coś po­chwa­lić, mru­ga­łam ocza­mi, czu­jąc pust­kę w gło­wie i pró­bo­wa­łam:

- Miau miau? Hau hau?

Wszy­scy moi roz­mów­cy byli bar­dzo wy­ro­zu­mia­li. Pan Zhong też.

Drew­nia­ny sto­lik z wy­drą­żo­ne­gop­nia, w któ­re­go wnę­trzu pły­wa­ła zło­ta ryb­ka!

Gdzie ja wła­ści­wie pi­łam pierw­szą her­ba­tę oolong żeń­sze­nio­wą?... Tak, to mu­sia­ło być w Pe­ki­nie wie­le dni i wie­le świa­tów temu. Nic jesz­cze wte­dy nie wie­dzia­łam o Chi­nach, bo pra­wie wszyst­ko, co sły­sza­łam o tym kra­ju w Pol­sce, oka­za­ło się nie­praw­dą.

My­śla­łam, że Chi­ny to smut­ny ko­mu­ni­stycz­ny kraj z uci­ska­ny­mi oby­wa­te­la­mi, któ­rym za­bra­nia się mieć wię­cej niż jed­no dziec­ko. My­śla­łam, że w Pe­ki­nie jest dzie­więć mi­lio­nów ro­we­rów, a na każ­dej uli­cy jest pi­jal­nia her­ba­ty. My­śla­łam, że Chi­nach pa­nu­je tłok i ścisk, nie ma do­stę­pu do In­ter­ne­tu, a lu­dzie no­szą sza­re mun­dur­ki. My­śla­łam, że czar­na her­ba­ta jest czar­na, a czer­wo­na jest czer­wo­na. My­śla­łam, że...

O, o! Moje my­śli sta­nę­ły na­gle jak wry­te. W sto­li­ku za­uwa­ży­łam wy­raź­ny ruch. Tak, we­wnątrz sto­li­ka coś się ru­sza­ło! Już wcze­śniej wy­da­wa­ło mi się, że ten sto­lik ma w so­bie coś oso­bli­we­go, bo był zro­bio­ny z pnia drze­wa, ale dziw­nie po­za­wi­ja­ny fo­lią pla­sti­ko­wą.

Po­chy­li­łam się ostroż­nie.

Pod szkla­nym bla­tem coś żyło. Nie był to kor­nik ani śli­zga­ją­cy się pro­mień słoń­ca. Była to naj­praw­dziw­sza, żywa, dłu­ga i błysz­czą­ca zło­ta ryba! Po­trzą­snę­łam z nie­do­wie­rza­niem gło­wą.

Wy­obraź­cie so­bie pień eg­zo­tycz­ne­go, po­ma­rań­czo­we­go drze­wa o po­fał­do­wa­nej ko­rze. Miał pół me­tra wy­so­ko­ści i wy­drą­żo­ny śro­dek. Był wy­ło­żo­ny fo­lią i na­peł­nio­ny wodą, w któ­rej pły­wa­ła zło­ta ryb­ka! A nad nią le­żał szkla­ny blat. Wi­dzie­li­ście kie­dyś taki stół?

Chi­ny to naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cy kraj, jaki moż­na so­bie wy­obra­zić. Chy­ba nic nie jest w nim ta­kie, jak wy­da­je się lu­dziom w Eu­ro­pie. Pod­czas tej po­dró­ży dzi­wi­łam się co­dzien­nie i po kil­ku ty­go­dniach naj­bar­dziej za­sko­czy­ło­by mnie chy­ba to, że nic mnie nie za­ska­ku­je. Ale tak się nie zda­rzy­ło. A za­czę­ło się już pierw­sze­go ran­ka po wy­lą­do­wa­niu. Za­cznę więc od po­cząt­ku.

Po­ran­ne ćwi­cze­nia w par­ku przy świą­ty­ni. Chiń­czy­cy upra­wia­ją wie­le form ru­chu i gim­na­sty­ki, bo wie­dzą, że trze­ba dbać o cia­ło i du­szę

ROZ­DZIAŁ 4Cza­ro­dzie­je brza­sku

Zi­mo­we po­ran­ki w Pe­ki­nie by­wa­ją mroź­ne. W chłod­nym świe­tle świ­tu po­ja­wia­ją się pierw­si lu­dzie. Otu­le­ni w wa­to­wa­ne ku­faj­ki, sku­le­ni na sio­deł­kach ro­we­rów, w cza­kach i sza­li­kach za­kry­wa­ją­cych część twarz, jadą po­wo­li uli­ca­mi pu­ste­go mia­sta. Jest jesz­cze bar­dzo wcze­śnie. Słoń­ce wisi ni­sko nad ho­ry­zon­tem i od­bi­ja się od szprych zło­ci­sty­mi re­flek­sa­mi.

Otwo­rzy­łam oczy. To tyl­ko sen. Nie wiem skąd wzię­ło się we mnie ta­kie wy­obra­że­nie sto­li­cy Chin. Nig­dy wcze­śniej tu nie by­łam. A te­raz, kie­dy sa­mo­lot zni­żał się do lą­do­wa­nia na lot­ni­sku Pu­dong, czu­łam nie tyl­ko cie­ka­wość i dreszcz ocze­ki­wa­nia, ale tak­że ogar­nia­ją­cą mnie pew­ność, że Pe­kin nie bę­dzie wy­glą­dał tak, jak w mo­jej wi­zji. Choć­by dla­te­go, że jest śro­dek go­rą­ce­go lata, sierp­nio­wy, upal­ny dzień pe­łen brzo­skwiń i ba­kła­ża­nów. Pe­kiń­czy­ków i ka­pu­sty pe­kiń­skiej. Ro­we­rów i świe­żo pa­rzo­nej her­ba­ty. Mgły i drob­ne­go, sią­pią­ce­go desz­czu.

Deszcz?!... Znów da­łam się po­nieść wy­obraź­ni, któ­rą sku­tecz­nie ga­si­ła zim­na chiń­ska mżaw­ka. W ocze­ki­wa­niu na ro­we­ry, her­ba­tę, pe­kiń­czy­ki i rów­nie pe­kiń­ską ka­pu­stę wtu­li­łam się w okno au­to­bu­su i da­łam się po­rwać do cen­trum.

W nie­dzie­lę o siód­mej rano by­łam w wie­lu mia­stach świa­ta. Po pu­stych uli­cach nie­sie się zwy­kle wo­ła­nie ra­do­snych pta­ków. To jest czas, kie­dy liść może swo­bod­nie fru­nąć nad jezd­nią, po­py­cha­ny przez wiatr, a dłu­gie pro­mie­nie wscho­dzą­ce­go słoń­ca bez po­śpie­chu prze­cią­ga­ją się na przej­ściach dla pie­szych. W Pe­ki­nie jed­nak było chy­ba tro­chę in­a­czej.

Do­oko­ła Świą­ty­ni Nie­ba Tian­tán jest wiel­ki park. A w tym wiel­kim par­ku od świ­tu pa­no­wał wiel­ki gwar. Lu­dzie krą­ży­li, ma­cha­li rę­ka­mi, po­chy­la­li się nad czymś z za­in­te­re­so­wa­niem. Po­de­szłam bli­żej. Gru­pa w luź­nych ki­mo­nach ćwi­czy­ła w sku­pie­niu tai chi. Mięk­ki­mi ru­cha­mi prze­stę­po­wa­li z jed­nej nogi na dru­gą, po­ru­sza­jąc przy tym ra­mio­na­mi tak, jak­by trzy­ma­li w nich de­li­kat­ne wa­chla­rze albo jak­by roz­wie­sza­li na nie­wi­dzial­nych koł­kach rów­nie nie­wi­dzial­ną pa­ję­czy­nę. Wszy­scy na raz, zgod­nym ryt­mem, z przy­mknię­ty­mi ocza­mi, jak cza­ro­dzie­je po­ran­ne­go brza­sku.

Nie­co da­lej na traw­ni­ku ko­bie­ty z mie­cza­mi tre­no­wa­ły pchnię­cia i po­zy­cje. Mie­cze były praw­dzi­we, o dłu­gich sta­lo­wych ostrzach błysz­czą­cych w słoń­cu. Czy po­tra­fi­cie so­bie wy­obra­zić taką sce­nę w Nor­we­gii albo Sta­nach Zjed­no­czo­nych?... In­struk­tor­ka z czar­ny­mi wło­sa­mi upię­ty­mi w kok mó­wi­ła:

- Sto­pa da­lej do tyłu! Wy­pro­stuj ko­la­no! Ra­mię musi być prze­dłu­że­niem krę­go­słu­pa!

Po przej­ściu na eme­ry­tu­rę Chiń­czy­cy wciąż żyją ak­tyw­nie - uczą się grać na in­stru­men­tach, pi­szą po­ezję i upra­wia­ją sport

A ubra­na na ró­żo­wo wo­jow­nicz­ka po­słusz­nie na­pi­na­ła cia­ło i się­ga­ła mie­czem do li­ści ko­ły­szą­cych się na drze­wie.

Po­szłam da­lej. Wszę­dzie do­oko­ła lu­dzie byli po­chło­nię­ci ja­ki­miś za­ję­cia­mi. Naj­dziw­niej­sze jed­nak było to, że wszy­scy byli eme­ry­ta­mi!

W pierw­szej chwi­li nie zwró­ci­łam na to uwa­gi, chy­ba dla­te­go, że w Eu­ro­pie eme­ry­ci za­cho­wu­ją się ra­czej sta­tycz­nie i głów­nie sie­dzą na ław­kach, a je­śli cho­dzą, to bar­dzo po­wo­li.

A tu­taj wszyst­ko tęt­ni­ło ży­ciem! Im bar­dziej się roz­glą­da­łam, tym moc­niej by­łam zdu­mio­na. Śred­nia wie­ku Chiń­czy­ków w par­ku wy­no­si­ła oko­ło sie­dem­dzie­się­ciu lat. Nikt nie sie­dział bez­czyn­nie. To nie był park eme­ry­tów, tyl­ko miej­sce spo­tkań naj­bar­dziej ak­tyw­nych sie­dem­dzie­się­cio­lat­ków świa­ta!

Roz­ma­wia­li, śmia­li się, gra­li na chiń­skich gi­ta­rach, skrzyp­cach i in­nych tra­dy­cyj­nych in­stru­men­tach, ćwi­czy­li sztu­ki wal­ki, ukła­dy gim­na­stycz­ne z wa­chla­rza­mi i mie­cza­mi, gra­li w kar­ty, do­mi­no albo war­ca­by, re­cy­to­wa­li po­ezje. Nie­któ­rzy na wóz­kach in­wa­lidz­kich albo pod­pie­ra­jąc się ku­la­mi, ale schlud­nie ubra­ni, szczu­pli, uśmiech­nię­ci i za­do­wo­le­ni! Chy­ba nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łam tak wie­lu try­ska­ją­cych zdro­wiem i ener­gią lu­dzi po sześć­dzie­siąt­ce!

Co może le­piej świad­czyć o du­szy na­ro­du niż przy­pad­ko­wo spo­tka­ni lu­dzie? A szcze­gól­nie lu­dzie w wie­ku na­zy­wa­nym "po­pro­duk­cyj­nym", tak jak­by war­tość czło­wie­ka moż­na było zmie­rzyć ilo­ścią wy­two­rzo­nych przez nie­go dóbr. W Pol­sce o eme­ry­tach i ren­ci­stach sły­sza­łam wte­dy, kie­dy trze­ba było "re­wa­lo­ry­zo­wać ren­ty" albo przy oka­zji za­chę­ca­nia ich do ucze­nia się w uni­wer­sy­te­tach trze­cie­go wie­ku. Tu­taj ni­ko­go nie trze­ba było za­chę­cać.

Był to po pro­stu klub wspól­nych za­in­te­re­so­wań. I dla wszyst­kich było oczy­wi­ste, że przez całe ży­cie war­to roz­wi­jać umysł i ćwi­czyć cia­ło. Nie­waż­ne czy masz dwa­dzie­ścia lat czy osiem­dzie­siąt, dbaj o swo­ją ży­cio­wą ener­gię, z któ­rą przy­cho­dzisz na świat i dzię­ki któ­rej cie­szysz się do­brym zdro­wiem.

By­łam w Chi­nach do­pie­ro od dwóch go­dzin, ale mój po­dziw i sza­cu­nek rósł z pręd­ko­ścią bam­bu­sa. Jak wia­do­mo, bam­bus to jed­na z naj­szyb­ciej ro­sną­cych ro­ślin na świe­cie. Nie­któ­re ga­tun­ki ro­sną z pręd­ko­ścią po­nad stu cen­ty­me­trów na dobę. I wca­le nie dzi­wi mnie fakt, że bam­bus po­cho­dzi wła­śnie z Chin.

Ta­kie (i inne) sym­bo­le Chin sprze­da­je się na Pla­cu Nie­biań­skie­go Spo­ko­ju w Pe­ki­nie

ROZ­DZIAŁ 5My­śli nie­biań­skie­go spo­ko­ju

Na chiń­skim nie­bie słoń­ce wal­czy­ło z chmu­ra­mi, a ja otwo­rzy­łam w przy­pad­ko­wym miej­scu małą czer­wo­ną ksią­żecz­kę i prze­czy­ta­łam:

Na­ucz się "grać na for­te­pia­nie". Pod­czas gry trze­ba uży­wać wszyst­kich dzie­się­ciu pal­ców. Nie wy­star­czy po­ru­szać nie­któ­ry­mi pal­ca­mi, pod­czas gdy po­zo­sta­łe od­po­czy­wa­ją. Je­śli jed­nak jed­no­cze­śnie wszyst­ki­mi pal­ca­mi na­ci­śniesz kla­wi­sze, też nie po­wsta­nie mu­zy­ka. Żeby stwo­rzyć pięk­ną mu­zy­kę, wszyst­kie pal­ce po­win­ny po­ru­szać się we wspól­nym ryt­mie i współ­pra­co­wać.

Ko­mi­tet Par­tii po­wi­nien moc­no trzy­mać w dło­niach głów­ne za­da­nie, a jed­no­cze­śnie zor­ga­ni­zo­wać pra­cę nad in­ny­mi ce­la­mi. Mu­si­my umieć pra­co­wać nad wie­lo­ma rze­cza­mi. Nie mo­że­my kon­cen­tro­wać się na wy­bra­nych pro­ble­mach, po­mi­ja­jąc inne.

Je­śli po­ja­wi się pro­blem, mu­si­my się nim za­jąć i roz­wią­zać go zgod­nie z me­to­dą gry na for­te­pia­nie.

Nie­któ­rzy po­tra­fią grać pięk­nie, inni go­rzej, i dla­te­go wła­śnie tak róż­ne mogą być me­lo­die, któ­re po­wsta­ją.

Na okład­ce czer­wo­nej ksią­żecz­ki było zło­te słoń­ce, we­wnątrz któ­re­go uśmie­chał się prze­wod­ni­czą­cy Mao. Po­tem ha­sło "Ro­bot­ni­cy wszyst­kich kra­jów, łącz­cie się!" A po­tem kil­ka­dzie­siąt stron ko­lo­ro­wych fo­to­gra­fii, na któ­rych przy­wód­ca ko­mu­ni­stycz­nych Chin był po­ka­za­ny jako czło­wiek pra­cy: stoi w polu ku­ku­ry­dzy, sie­dzi przy biur­ku, z kart­ką przed mi­kro­fo­nem, w cię­ża­rów­ce, w szpi­ta­lu, wśród ro­bot­ni­ków w fa­bry­ce, a na­wet w bia­łym szla­fro­ku na tle ło­dzi, jak­by był na wa­ka­cjach. Frag­ment o gra­niu na for­te­pia­nie dzie­się­cio­ma do­brze współ­pra­cu­ją­cy­mi pal­ca­mi po­cho­dzi z książ­ki "O wzmoc­nie­niu sys­te­mu par­tii ko­mu­ni­stycz­nej" z 1948 roku.

Wzdry­gnę­łam się.

To naj­dziw­niej­szy i naj­trud­niej­szy czas w chiń­skiej hi­sto­rii.

Naj­star­sza cy­wi­li­za­cja świa­ta, oj­czy­zna Kon­fu­cju­sza oraz twór­cy mą­drej i pięk­nej fi­lo­zo­fii zwa­nej tao­izmem - Lao Tse, dała się znie­wo­lić czło­wie­ko­wi, któ­ry w po­go­ni za ideą ma­oizmu stra­cił ro­ze­zna­nie mię­dzy do­brem a złem. W cza­sach kul­tu­ral­nej re­wo­lu­cji w Chi­nach zmar­ło lub zo­sta­ło za­bi­tych kil­ka mi­lio­nów lu­dzi. Byli wy­sy­ła­ni do obo­zów pra­cy, któ­re mia­ły ich zre­for­mo­wać i na­uczyć so­cja­li­stycz­ne­go my­śle­nia. Wie­lu nig­dy nie wró­ci­ło. Wro­ga­mi pu­blicz­ny­mi sta­li się ka­pi­ta­li­ści i bo­ga­cze. Po­dob­no na po­cząt­ku lat pięć­dzie­sią­tych w Szan­gha­ju za­szczu­ci przed­się­bior­cy tak czę­sto po­peł­nia­li sa­mo­bój­stwa, ska­cząc z okien wie­żow­ców, że lu­dzie bali się cho­dzić po uli­cach.

Cie­ka­we jak to moż­li­we, że czło­wiek w pew­nych oko­licz­no­ściach tra­ci umie­jęt­ność współ­czu­cia i sta­je się okrut­nym ka­tem, któ­ry wy­da­je wy­rok na in­nych lu­dzi. Czy dzie­je się tak wte­dy, kie­dy czło­wiek ma świa­do­mość po­sia­da­nia wła­dzy? Spo­tka­łam w ży­ciu kil­ka osób, któ­re ule­ga­ły nie­sły­cha­nej prze­mia­nie po za­ję­ciu wy­so­kie­go sta­no­wi­ska. Wi­dzia­łam też film na­krę­co­ny ukry­tą ka­me­rą, na któ­rym wi­dać jak lu­dzie zdzie­ra­ją skó­rę z ży­wych zwie­rząt. Co spra­wia, że czło­wiek, któ­ry na co dzień jest oj­cem, mę­żem, cór­ką, mat­ką, sio­strą, żyje wśród in­nych lu­dzi, nie wy­róż­nia się ni­czym szcze­gól­nym, nie jest ani bar­dzo pięk­ny, ani brzyd­ki, nie jest wy­jąt­ko­wo to­wa­rzy­ski ani nie jest też od­lud­kiem, jest po pro­stu jed­nym z wie­lu i ze wszyst­ki­mi zna­jo­my­mi utrzy­mu­je po­praw­ne kon­tak­ty - nie­spo­dzie­wa­nie pew­ne­go dnia za­mie­nia się w po­two­ra?...

Po­tknę­łam się.

Przy­wód­ca Mao pa­trzył pro­sto na mnie. Miał do­bro­tli­wy wzrok i wy­so­kie, okrą­głe czo­ło. Sta­łam na­prze­ciw jego wiel­kie­go por­tre­tu za­wie­szo­ne­go na Bra­mie Nie­biań­skie­go Spo­ko­ju.

Czy to zna­czy, że prze­szłam już przez cały naj­więk­szy plac w Chi­nach, czy­li Tia­nan­men? Od­po­wie­dzia­ła mi gi­gan­tycz­na ogni­sta fla­ga fa­lu­ją­ca na dłu­gich ekra­nach. To chy­ba naj­więk­sze te­le­bi­my świa­ta, na któ­rych wy­świe­tla­ły się chiń­skie sym­bo­le - czer­wo­ne cho­rą­gwie ze zło­ty­mi gwiazd­ka­mi, cu­dow­nie błę­kit­ne pej­za­że i na­pi­sy.

To jest trze­ci co do wiel­ko­ści plac na świe­cie - po in­do­ne­zyj­skim Mer­de­ka Squ­are w Dża­kar­cie i Pla­cu Sło­necz­ni­ków (Pra­ça dos Gi­ras­só­is) w bra­zy­lij­skim mie­ście Pal­mas. Na jego ośmiu­set me­trach dłu­go­ści i pię­ciu­set sze­ro­ko­ści od­by­wa­ły się naj­więk­sze uro­czy­sto­ści i naj­waż­niej­sze ce­re­mo­nie - od pro­kla­mo­wa­nia Chiń­skiej Re­pu­bli­ki Lu­do­wej 1 paź­dzier­ni­ka 1949 r. i jej ko­lej­ne rocz­ni­ce, aż po słyn­ne pro­te­sty stu­den­tów w 1989 roku.

Plac koń­czy się przy mu­rze Za­ka­za­ne­go Mia­sta, do któ­re­go pro­wa­dzi Bra­ma Nie­biań­skie­go Spo­ko­ju, czy­li Tia­nan­men. Od tej bra­my po­cho­dzi na­zwa ca­łe­go pla­cu. I nad nią wła­śnie wisi wiel­ki por­tret Mao Tse-tun­ga. Pa­trzył na mnie tak, jak chciał­by mi coś po­wie­dzieć. Się­gnę­łam znów do Czer­wo­nej Ksią­żecz­ki. Był to wy­bór pra­wie pię­ciu­set cy­ta­tów z jego pism i prze­mó­wień, roz­da­wa­ny jako ele­men­tarz każ­de­go oby­wa­te­la pod­czas Re­wo­lu­cji Kul­tu­ral­nej, czy­li w la­tach 1966-76. Dzi­siaj Czer­wo­na Ksią­żecz­ka jest abs­trak­cyj­ną pa­miąt­ką z prze­szło­ści, ale mia­łam dziw­ne wra­że­nie, że kry­je się w niej nie­jed­na wska­zów­ka pro­wa­dzą­ca do praw­dy. Praw­dy o Chi­nach.

Po­win­no być mniej woj­ska, ale le­piej wy­szko­lo­ne­go. Na­le­ży upro­ścić ad­mi­ni­stra­cję. Prze­mó­wie­nia, roz­mo­wy, ar­ty­ku­ły i po­sta­no­wie­nia po­win­ny być moż­li­wie krót­kie i na te­mat. Tak­że spo­tka­nia i na­ra­dy nie po­win­ny być zbyt dłu­gie - pi­sał przy­wód­ca Mao.

Przed Bra­mą Nie­biań­skie­go Spo­ko­ju od­dzie­la­ją­cą plac od Za­ka­za­ne­go Mia­sta, gdzie miesz­kał ce­sarz

A po­ni­żej:

Sta­raj się ro­zu­mieć i pra­co­wać wspól­nie z to­wa­rzy­sza­mi, któ­rzy są inni. Do­ty­czy to tak­że osób spo­za Par­tii. Po­cho­dzi­my z naj­dal­szych za­kąt­ków kra­ju i po­win­ni­śmy na­uczyć się pra­co­wać wspól­nie nie tyl­ko z to­wa­rzy­sza­mi, któ­rzy mają ta­kie same po­glą­dy, ale tak­że z tymi, któ­rzy my­ślą in­a­czej.

Spoj­rza­łam jesz­cze raz w oczy przy­wód­cy Mao. Ile krwi miał na swo­ich rę­kach? Co są­dził o Kon­fu­cju­szu? Dla­cze­go chciał znisz­czyć tra­dy­cje i kul­tu­rę daw­nych Chin? W jego wy­po­wie­dziach było dużo słusz­no­ści. Gdy­by po­mi­nąć przy­wią­za­nie do par­tii, a sło­wo "to­wa­rzysz" za­stą­pić sło­wem "czło­wiek", jego rady brzmia­ły­by uni­wer­sal­nie i moż­na by je za­sto­so­wać tak­że dzi­siaj.

Hm, za­gad­ko­wa spra­wa. Czy mą­dry czło­wiek może być jed­no­cze­śnie nie­do­rzecz­nie głu­pi i dzia­łać na szko­dę wła­snej kul­tu­ry?...

Re­wo­lu­cja Kul­tu­ral­na sprzed pięć­dzie­się­ciu lat to dzi­siaj dla Chiń­czy­ków spra­wa dość wsty­dli­wa. Ale jed­nak por­tret Mao Tse-tun­ga wisi na mu­rze Za­ka­za­ne­go Mia­sta, czy­li daw­ne­go pa­ła­cu ce­sa­rza.

Mi­lion ro­bot­ni­ków bu­do­wa­ło pa­łac przez pięt­na­ście lat od 1406 roku. Przez pra­wie pięć­set lat miesz­ka­ło tu dwu­dzie­stu czte­rech wład­ców dwóch dy­na­stii - w pra­wie ty­siącu drew­nia­nych bu­dyn­ków w kla­sycz­nym chiń­skim sty­lu. Ostat­nim był ce­sarz Puyi, któ­re­go ży­cie wy­glą­da­ło jak sen­sa­cyj­ny film.

Daw­ne chiń­skie mo­ne­ty mia­ły kwa­dra­to­we dziur­ki, dzię­ki któ­rym moż­na było na­wlec je na sznu­rek, żeby uzy­skać więk­szą sumę. Ty­siąc mo­net rów­nał się jed­nej mie­rze sre­bra. Po­nie­waż cięż­ko było no­sić tak wiel­kie sumy na szyi, Chiń­czy­cy wy­na­leź­li bank­no­ty

Bra­ma Sta­re­go Mia­sta w Kun­ming, sto­li­cy pro­win­cji Yunan. Leży na wy­so­ko­ści 1892 m n.p.m., a dzię­ki ła­god­ne­mu kli­ma­to­wi jest na­zy­wa­ne Mia­stem Wiecz­nej Wio­sny

ROZ­DZIAŁ 6Ostat­ni ce­sarz

Puyi przy­szedł na świat 7 lu­te­go 1906 roku, ale nie był sy­nem ce­sa­rza i nie­wie­le wska­zy­wa­ło na to, żeby kie­dy­kol­wiek miał do­stą­pić za­szczy­tu ob­ję­cia wła­dzy i za­sia­da­nia na Tro­nie Smo­ka.

Ów­cze­sny ce­sarz Gu­ang Xu po­cho­dził z dy­na­stii Qing, któ­ra przy­by­ła z pół­noc­ne­go-wscho­du i rzą­dzi­ła Chi­na­mi od pra­wie trzy­stu lat. Losy Chin znaj­do­wa­ły się jed­nak w dło­niach ko­bie­ty. Była nią ce­sa­rzo­wa Cixi, naj­pierw kon­ku­bi­na, po­tem ce­sar­ska żona, aż wresz­cie wład­czy­ni. Mia­ła już sie­dem­dzie­siąt lat i pil­no­wa­ła wszyst­kie­go, co dzie­je się w pa­ła­cu. Ży­cie na ze­wnątrz to­czy­ło się wła­snym nur­tem. Gdy­by wład­cy byli w sta­nie le­piej za­trosz­czyć się o do­bro­byt zwy­kłych lu­dzi, a jed­no­cze­śnie gdy­by Eu­ro­pej­czy­cy nie mie­li ocho­ty jak zwy­kle wty­kać nosa w nie­swo­je spra­wy, być może nie do­szło­by nig­dy do re­wo­lu­cji.

Mu­szę się cof­nąć o dwie­ście lat, kie­dy w Eu­ro­pie ro­sły ape­ty­ty na za­mor­skie po­sia­dło­ści. Że­gla­rze do­sia­da­li okrę­tów i wy­ru­sza­li na sza­le­nie nie­bez­piecz­ne wy­pra­wy, pod­czas któ­rych przez wie­le ty­go­dni byli ska­za­ni na wła­sne mę­skie to­wa­rzy­stwo i brak wi­ta­min, któ­ry po­wo­do­wał bar­dzo nie­przy­jem­ny i osta­tecz­nie śmier­tel­ny szkor­but. Kie­dy uda­wa­ło im się w koń­cu do­trzeć do celu, byli umor­do­wa­ni, cho­rzy i upo­je­ni ru­mem, prze­pi­sy­wa­nym przez ów­cze­snych le­ka­rzy jako le­kar­stwo na wszyst­kie do­le­gli­wo­ści.

To byli am­ba­sa­do­rzy na­sze­go kon­ty­nen­tu.

Wra­ca­li do Eu­ro­py z opo­wie­ścia­mi o nie­sły­cha­nych bo­gac­twach, któ­re moż­na zdo­być za oce­ana­mi. Wy­ru­sza­ły więc na­stęp­ne wy­pra­wy, za­kła­da­jąc ko­lo­nie w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej i Pół­noc­nej, w Afry­ce, In­do­ne­zji i w In­diach. Kie­dy nie moż­na było gdzieś do­pły­nąć stat­kiem, upar­ci pi­jacz­ko­wie wy­ru­sza­li na pie­cho­tę. Pew­ne­go dnia do­tar­li do Chin. W imie­niu kró­la Je­rze­go III przy­wieź­li upo­min­ki i za­pro­po­no­wa­li pod­pi­sa­nie trak­ta­tu. Ale czym ma­leń­ka An­glia gdzieś z koń­ca świa­ta mo­gła za­im­po­no­wać po­tęż­ne­mu azja­tyc­kie­mu im­pe­rium? Ce­sarz Chin od­parł, że zgo­dzi się przy­jąć hołd od bry­tyj­skie­go kró­la. Ob­ra­że­ni An­gli­cy zro­bi­li w tył zwrot i po­sta­no­wi­li nig­dy nie wra­cać.

Tym­cza­sem w Eu­ro­pie roz­po­czę­ła się re­wo­lu­cja prze­my­sło­wa, za­czę­to pro­du­ko­wać przed­mio­ty w ma­so­wych ilo­ściach. Kup­cy chcie­li je wy­mie­niać na orien­tal­ne bo­gac­twa - choć­by ta­kie jak je­dwab, por­ce­la­na, her­ba­ta czy eg­zo­tycz­ne przy­pra­wy. Znów przy­pły­nę­ły stat­ki ob­ła­do­wa­ne eu­ro­pej­ski­mi wy­na­laz­ka­mi. A ce­sarz oświad­czył, że Chi­nom wca­le nie są po­trzeb­ne pro­duk­ty z Eu­ro­py, więc je­że­li ktoś chce pro­wa­dzić z Chi­na­mi han­del i ku­po­wać cu­dow­ny je­dwab i aro­ma­tycz­ne przy­pra­wy, musi pła­cić sre­brem.

Pola ry­żo­we u stóp gór o fan­ta­stycz­nych kształ­tach, któ­re za­in­spi­ro­wa­ły Ja­me­sa Ca­me­ro­na do stwo­rze­nia fru­wa­ją­cych gór w fil­mie "Ava­tar" (pro­win­cja Gu­an­gxi)

W Eu­ro­pie za­wrza­ło. Przed­sta­wi­cie­le An­glii i Fran­cji spo­tka­li się, żeby prze­dys­ku­to­wać sy­tu­ację i zna­leźć wspól­ne roz­wią­za­nie. Przy­znaj­cie, że Chi­ny mia­ły pra­wo de­cy­do­wać o tym z kim chcą pro­wa­dzić han­del i w ja­kiej wa­lu­cie. Nikt ni­ko­go nie zmu­szał do tego, żeby ku­po­wać je­dwab albo por­ce­la­no­we fi­li­żan­ki. Im­pe­rium było wiel­kie, bo­ga­te i cy­wi­li­za­cyj­nie znacz­nie bar­dziej za­awan­so­wa­ne. To w Chi­nach wy­na­le­zio­no pa­pier i bank­no­ty, ma­szy­nę dru­kar­ską, kom­pas, tacz­ki i wie­le in­nych rze­czy. W prze­ci­wień­stwie do Eu­ro­pej­czy­ków, któ­rych po­chło­nę­ła po­goń za ma­so­wo wy­twa­rza­ny­mi przed­mio­ta­mi, Chiń­czy­cy do­ce­nia­li rolę na­tu­ry i sta­ra­li się żyć zgod­nie z jej ryt­mem, dba­jąc o har­mo­nij­ny roz­wój cia­ła i du­szy - zgod­nie z za­le­ce­nia­mi mi­strza tao­izmu, Lao Tse. Nie mu­sie­li pro­wa­dzić han­dlu z Eu­ro­pą ani na­wet nie mie­li obo­wiąz­ku o tym roz­ma­wiać.

Fran­cja i An­glia świet­nie zda­wa­ły so­bie z tego spra­wę. Ich przed­sta­wi­cie­le wpa­dli na po­mysł, któ­ry mógł po­wstać tyl­ko w cho­rych z chci­wo­ści gło­wach. Eu­ro­pej­czy­cy po­sta­no­wi­li spro­wa­dzić do Chin wiel­kie ilo­ści opium i za­mie­nić lu­dzi w nar­ko­ma­nów. I tak też zro­bi­li.

Czy wy­obra­ża­cie so­bie od­wrot­ną sy­tu­ację? Gdy­by Chiń­czy­cy kie­dy­kol­wiek przy­by­li do Eu­ro­py i za­czę­li ukrad­kiem lu­dziom roz­da­wać nar­ko­ty­ki, żeby ich uza­leż­nić i po­zba­wić zdro­wych zmy­słów, zo­sta­li­by po­tę­pie­ni przez cały świat i do dziś by­li­by na­zy­wa­ni ter­ro­ry­sta­mi.

Cza­sem mi wstyd, że po­cho­dzę z Eu­ro­py, bo gdzie­kol­wiek po­sta­wię sto­pę w świe­cie, tam od­kry­wam śla­dy eu­ro­pej­skie­go ter­ro­ry­zmu, okru­cień­stwa i bez­dusz­no­ści.

Przy­wo­że­nie i roz­da­wa­nie opium w Chi­nach od­by­wa­ło się oczy­wi­ście w se­kre­cie. Nie­spo­dzie­wa­nie w im­pe­rium za­czął pa­no­wać cha­os. Zwy­kli lu­dzie w mia­stach i wio­skach sta­wa­li się nar­ko­ma­na­mi, któ­rzy za daw­kę nar­ko­ty­ku byli go­to­wi zro­bić wszyst­ko. Sze­rzy­ły się kra­dzie­że, na­pa­dy, za­bój­stwa.

Na­wet ce­sarz Puyi za­uwa­żył, że do­oko­ła jest mnó­stwo zło­dziei, go­to­wych ogra­bić pa­łac. Wspo­mi­nał, że jesz­cze za­nim skoń­czy­ła się uro­czy­stość za­ślu­bin z jego pierw­szą żoną, ktoś zdą­żył już ukraść per­ły i ozdo­by z ne­fry­tu zdo­bią­ce jej ko­ro­nę.

W 1839 roku roz­po­czę­ła się Woj­na Opiu­mo­wa. Chiń­czy­cy zo­rien­to­wa­li się, że zo­sta­li za­la­ni świa­do­mie wy­wo­ła­ną falą nar­ko­ma­nii i usi­ło­wa­li przy­wró­cić po­rzą­dek. An­gli­cy oczy­wi­ście nie chcie­li się na to zgo­dzić. Do­szło do woj­ny, pod­czas któ­rej oka­za­ło się, że sta­re drew­nia­ne chiń­skie stat­ki mają nie­wiel­kie szan­se wo­bec no­wo­cze­snej bro­ni An­gli­ków. Ce­sarz zo­stał zmu­szo­ny do pod­pi­sa­nia po­ni­ża­ją­ce­go trak­ta­tu, któ­ry po­zwa­lał An­gli­kom na han­del czym chcą i jak chcą. Nie­dłu­go po­tem wy­bu­chła dru­ga Woj­na Opiu­mo­wa, też prze­gra­na, i tak wła­śnie Eu­ro­pej­czy­cy za­czę­li rzą­dzić się w Chi­nach.

Pod ko­niec XIX wie­ku ży­cie w Chi­nach było cięż­kie. Przy­by­wa­ło lu­dzi, za­czę­ło bra­ko­wać żyw­no­ści. Głod­ni lu­dzie to gniew­ni lu­dzie, a je­że­li do­da­my do tego obec­ność Eu­ro­pej­czy­ków i to, że ich po­ja­wie­nie się mu­sia­ło mieć wpływ na tu­byl­ców - a moż­li­we, że An­gli­cy wciąż byli nie­le­gal­ny­mi de­ale­ra­mi nar­ko­ty­ków - nic dziw­ne­go, że wy­bu­cha­ły po­wsta­nia i pro­te­sty. Pod­czas woj­ny do­mo­wej zwa­nej po­wsta­niem taj­pin­gów zgi­nę­ło trzy­dzie­ści mi­lio­nów lu­dzi.

Ce­sa­rzo­wa Cixi po­sta­no­wi­ła dzia­łać. W spe­cjal­nym edyk­cie opi­sa­no pro­gram re­form i zmian, ja­kie zo­sta­ną wpro­wa­dzo­ne w kra­ju. Był rok 1908. Na tro­nie za­sia­dał jej sio­strze­niec, ce­sarz Gu­ang Xu, cho­ciaż w prak­ty­ce to ona od daw­na spra­wo­wa­ła wła­dzę. Naj­pierw jako mat­ka sze­ścio­let­nie­go ce­sa­rza, po­tem jako opie­kun­ka na­stęp­ne­go wład­cy. Na­gle oka­za­ło się, że ce­sarz jest cięż­ko cho­ry i nikt nie po­tra­fi mu po­móc. Ce­sarz nie miał dzie­ci, ce­sa­rzo­wa Cixi po­sta­no­wi­ła więc zna­leźć jego na­stęp­cę. Wy­bra­ła nie­speł­na trzy­let­nie­go Puyi. Nie­któ­rzy twier­dzą, że cho­dzi­ło jej o to, żeby móc ła­two nim ma­ni­pu­lo­wać i uza­leż­nić go od sie­bie od naj­młod­szych lat.

W chiń­skich wio­skach ży­cie nie­wie­le się zmie­ni­ło - lu­dzie żyją skrom­nie i pra­cu­ją w polu

Chło­piec zo­stał we­zwa­ny przed ob­li­cze ce­sa­rzo­wej. Tak za­pa­mię­tał ten mo­ment: Po­sta­wio­no mnie przed bar­dzo ko­lo­ro­wą ko­ta­rą. A za nią zo­ba­czy­łem strasz­nie brzyd­ką i chu­dą twarz.

Puyi był prze­ra­żo­ny. Miał dwa lata i dzie­sięć mie­się­cy. Jego ro­dzi­com nie po­zwo­lo­no wejść do pa­ła­cu. Nie wol­no mu było się z nimi spo­tkać przez na­stęp­ne sie­dem lat.

Na­stęp­ne­go dnia zmarł ce­sarz Gu­ang Xu. Kil­ka­na­ście go­dzin póź­niej zmar­ła też ce­sa­rzo­wa Cixi. Dru­gie­go grud­nia 1908 roku Puyi zo­stał osa­dzo­ny na Smo­czym Tro­nie jako dzie­sią­ty ce­sarz z dy­na­stii Qing.

Kie­dy wy­bu­chło po­wsta­nie, oj­ciec Puyi, spra­wu­ją­cy wła­dzę w jego imie­niu jako Ksią­żę Re­gent wraz z wdo­wą po ce­sa­rzu Gu­ang Xu, roz­ka­za­li uży­cie siły. Ale woj­sko nie chcia­ło już słu­żyć ce­sa­rzo­wi. Być może zo­sta­ło upo­jo­ne nar­ko­ty­ka­mi, a może wspie­ra­ło bied­nych rol­ni­ków, w każ­dym ra­zie nie­spo­dzie­wa­nie w pa­ła­cu po­ja­wił się ge­ne­rał, któ­ry za­żą­dał ustą­pie­nia ce­sa­rza. I tak wła­śnie w stycz­niu 1912 roku po­wsta­ła Re­pu­bli­ka Chin, któ­rej pierw­szym pre­zy­den­tem zo­stał Sun Yat Sen.

Puyi miał wte­dy sześć lat. Ab­dy­ka­cję w jego imie­niu pod­pi­sa­ła ce­sa­rzo­wa Lon­gyu, wdo­wa po po­przed­nim ce­sa­rzu. Nie­dłu­go póź­niej zresz­tą zmar­ła, nie mo­gąc się po­go­dzić z sy­tu­acją, któ­ra w grun­cie rze­czy nie była bar­dzo zła.

Ce­sa­rzo­wi Puyi po­zwo­lo­no za­cho­wać ty­tuł i część pa­ła­cu, przy­zna­no mu też fun­dusz po­zwa­la­ją­cy na utrzy­ma­nie służ­by i pro­wa­dze­nie god­ne­go ży­cia. Było to jed­nak bar­dzo oso­bli­we ży­cie jak na kil­ku­let­nie­go chłop­ca. Cały czas spę­dzał w od­osob­nie­niu, za­mknię­ty w mu­rach pa­ła­cu, za któ­re nie do­pusz­cza­no ni­ko­go z wy­jąt­kiem eu­nu­chów i służ­by.

Po tych ulicz­kach w Li­jiang osiem­set lat temu cho­dzi­li tra­ga­rze her­ba­ty i rol­ni­cy z ple­mie­nia Naxi, któ­rych po­tom­ko­wie wciąż miesz­ka­ją w oko­li­cy

Kil­ka lat póź­niej, w 1919 roku, dla mło­de­go ce­sa­rza za­trud­nio­no spe­cjal­ne­go na­uczy­cie­la. Miał nim być czło­wiek z ze­wnątrz. Nie Chiń­czyk, nie fi­lo­zof, nie men­tor ce­sar­skiej ro­dzi­ny, ale Szkot z Bry­tyj­skiej Am­ba­sa­dy. Na­zy­wał się Re­gi­nald John­ston, bie­gle mó­wił po chiń­sku i wpro­wa­dził do świa­ta Puyi zu­peł­nie nowe spoj­rze­nie.

Nie mógł mu jed­nak dać tego, cze­go mło­dy wład­ca po­trze­bo­wał naj­bar­dziej: po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa i mi­ło­ści. Puyi zo­stał za­bra­ny ro­dzi­com kie­dy miał tro­chę po­nad dwa lata. Nie mógł się kon­tak­to­wać ani z nimi, ani z ro­dzeń­stwem. Nie znał dzie­cię­cych za­baw, a je­dy­ną po­cie­szy­ciel­ką sta­ła się nia­nia, któ­ra przez kil­ka lat kar­mi­ła go pier­sią. Kie­dy oto­cze­nie za­uwa­ży­ło, że mło­dy ce­sarz zbyt­nio się od niej uza­leż­nił, ode­sła­no ją z pa­ła­cu.

Puyi był sam. Zwy­kłym lu­dziom nie wol­no było na­wet pa­trzeć na jego twarz. Zna­jo­mość ze szkoc­kim na­uczy­cie­lem wpro­wa­dzi­ła być może do jego ży­cia tro­chę po­rząd­ku, ale nie mo­gła na­pra­wić i uko­ić ca­łej sa­mot­no­ści, jaką Puyi no­sił w so­bie. Jego naj­więk­szym pra­gnie­niem do koń­ca ży­cia było od­zy­ska­nie ce­sar­skie­go tro­nu.

Tron Smo­ka stał się dla nie­go pew­nie sym­bo­lem sen­su ży­cia. Gdy­by był praw­dzi­wym ce­sa­rzem, wszy­scy by go ko­cha­li. Gdy­by był praw­dzi­wym ce­sa­rzem, był­by po­dzi­wia­ny, a lu­dzie z sza­cun­kiem i mi­ło­ścią wy­ma­wia­li­by jego imię.

Jest to jed­nak bar­dzo zdra­dli­we my­śle­nie. Je­śli zbyt­nio przy­wią­żesz się do ja­kie­goś pla­nu, a szcze­gól­nie je­śli ten plan ma za za­da­nie za­dość­uczy­nić ja­kie­muś bra­ko­wi, któ­ry w so­bie no­sisz, małe są szan­se, że uda się go zre­ali­zo­wać.

Puyi miał wie­le moż­li­wo­ści, żeby zo­stać szczę­śli­wym czło­wie­kiem. Mógł po­go­dzić się z prze­zna­cze­niem, zna­leźć pra­cę, któ­ra spra­wia­ła­by mu ra­dość, za­ło­żyć ro­dzi­nę, za­jąć się upra­wia­niem zie­mi, pi­sa­niem ksią­żek albo ka­li­gra­fią. Gdy­by tyl­ko umiał uwol­nić się od we­wnętrz­ne­go przy­mu­su by­cia ce­sa­rzem z dy­na­stii Qing i za­sia­da­nia na Smo­czym Tro­nie. Jak każ­da uza­leż­nia­ją­ca myśl, to mu­sia­ło go zgu­bić1.

W sy­pial­ni Syna Nie­bios, czy­li Ce­sa­rza Chin

ROZ­DZIAŁ 7Syn Nie­bios

Coś mi w tym wszyst­kim nie pa­so­wa­ło. Cho­dzi­łam wzdłuż czer­wo­nych mu­rów Za­ka­za­ne­go Mia­sta. Za­glą­da­łam do ce­sar­skiej sali tro­no­wej i do sy­pial­ni. W cza­sie chiń­skiej re­wo­lu­cji pa­łac był dla ko­mu­ni­stów sym­bo­lem im­pe­rial­nej prze­szło­ści, od któ­rej chcie­li się od­ciąć. Żoł­nie­rze pa­li­li sta­re księ­gi, or­ga­ni­zo­wa­no pu­blicz­ne nisz­cze­nie bud­dyj­skich po­są­gów, pism, ob­ra­zów i re­li­kwii. Nowe Chi­ny nie chcia­ły mieć nic wspól­ne­go z hi­sto­rią i tra­dy­cją.

Ale z dru­giej stro­ny - czy kto­kol­wiek przy zdro­wych zmy­słach bę­dzie się upie­rał przy tym, żeby znisz­czyć wła­sną kul­tu­rę w celu zbu­do­wa­nia na jej ru­inach no­we­go, re­wo­lu­cyj­ne­go spo­łe­czeń­stwa? To jest bar­dzo nie­chiń­skie my­śle­nie. Stoi w sprzecz­no­ści ze wszyst­kim, co two­rzy­ło do­tych­czas chiń­ską fi­lo­zo­fię ży­cia, czy­li z fa­scy­nu­ją­cym po­łą­cze­niem my­śli trzech mę­dr­ców: Bud­dy, Kon­fu­cju­sza i Lao Tse. Nie była to re­li­gia, bo ża­den z nich nie był bo­giem, ale bud­dyzm, kon­fu­cja­nizm i tao­izm zla­ły się w pe­wien spo­sób my­śle­nia i ży­cia, któ­ry - jak re­li­gia - kie­ro­wał ży­ciem Chiń­czy­ków. W żad­nej z tych fi­lo­zo­fii nie ma po­chwa­ły woj­ny, prze­mo­cy ani sto­so­wa­nia siły.

Otwo­rzy­łam czer­wo­ne drzwi i zaj­rza­łam do środ­ka. Na tym tro­nie za­sia­dał ce­sarz w sza­cie ze zło­te­go je­dwa­biu ha­fto­wa­ne­go w smo­ki. Ce­sarz, czy­li Syn Nie­bios. Le­gen­da mówi, że ist­nia­ła góra tak pięk­na i lśnią­ca, że anio­ły przy­by­wa­ły, żeby się ką­pać w stru­mie­niu na jej szczy­cie. Pew­ne­go dnia je­den z anio­łów zjadł owoc, któ­ry przy­niósł mu w dzio­bie ma­gicz­ny ptak. Wkrót­ce po­tem anioł uro­dził dziec­ko, któ­re zo­sta­ło póź­niej pierw­szym ce­sa­rzem Chin.

Syn Nie­bios jest chro­nio­ny przez Wiel­kie­go Smo­ka. Dla­te­go wła­śnie nad ce­sar­skim zło­tym tro­nem znaj­do­wał się smok o pię­ciu pal­cach, któ­ry trzy­mał w py­sku krysz­tał. Gdy­by na tro­nie za­siadł zwy­kły czło­wiek, smok na­tych­miast wy­plu­je krysz­tał, żeby go za­bić.

Żół­ty czy­li zło­ty był ko­lo­rem za­strze­żo­nym dla ce­sa­rza. Ni­ko­mu oprócz nie­go nie wol­no było no­sić żół­tych szat. Na­wet wszyst­kie da­chów­ki na Za­ka­za­nym Mie­ście są żół­te. Wła­ści­wie pra­wie wszyst­kie, bo zro­bio­no lo­gicz­ny wy­ją­tek dla dwóch bu­dyn­ków: na bi­blio­te­ce da­chów­ki są czar­ne, bo jest to ko­lor wody, czy­li chro­ni przed po­ża­rem, a na czę­ści miesz­kal­nej mło­de­go księ­cia da­chów­ki są zie­lo­ne, bo sym­bo­li­zu­ją drze­wo, czy­li roz­wój i wzrost.

Kie­dy Puyi miał pięt­na­ście lat, po­ka­za­no mu kil­ka por­tre­tów, z któ­rych miał wy­brać przy­szłą żonę. Ta, któ­rą wy­brał, zo­sta­ła jego pierw­szą kon­ku­bi­ną. Nie ko­chan­ką w na­szym ro­zu­mie­niu tego sło­wa, ale czymś cał­ko­wi­cie na­tu­ral­nym w chiń­skich re­aliach. Każ­dy ce­sarz miał jed­ną głów­ną żonę - ce­sa­rzo­wą i dru­gą "ce­sar­ską mał­żon­kę" oraz kil­ka lub kil­ka­na­ście in­nych, mniej waż­nych part­ne­rek. Nie cho­dzi­ło jed­nak o to, żeby spę­dzał z nimi czas w sy­pial­ni, ale żeby po pro­stu ofi­cjal­nie je miał.

Prze­szłam przez ko­lej­ną czer­wo­ną bra­mę, do­tknę­łam czer­wo­nej ścia­ny. To jest chiń­ski ko­lor ognia i szczę­ścia. Suk­nie ślub­ne są naj­czę­ściej czer­wo­ne, po­dob­nie jak ko­per­ty, w któ­rych z oka­zji No­we­go Roku lu­dzie dają so­bie mo­ne­ty na szczę­ście.

Pod­czas ślu­bu na­rze­czo­na ce­sa­rza Puyi też była ubra­na na czer­wo­no.

Naj­pierw po­ja­wi­ły się po­wo­zy gwar­dii ce­sar­skiej, przy­stro­jo­ne w pa­ra­so­le i fla­gi z sym­bo­la­mi smo­ka i fe­nik­sa. Na koń­cu znaj­do­wa­ła się zło­ta lek­ty­ka nie­sio­na przez szes­na­stu eu­nu­chów. W środ­ku mia­ła usiąść pan­na mło­da, któ­ra od wie­lu go­dzin była cze­sa­na i ubie­ra­na. Wło­sy za­wi­nię­to jej w dwa koki ozdo­bio­ne ta­li­zma­na­mi zwa­ny­mi ruyi w kształ­cie li­te­ry "S". Przed wyj­ściem Wan Rong wy­ko­na­ła tra­dy­cyj­ne po­kło­ny, a po­tem za­sło­nię­to jej twarz spe­cjal­ną czer­wo­ną za­sło­ną.

Na­wet kie­dy do­tar­ła do Za­ka­za­ne­go Mia­sta, mło­dy ce­sarz nie mógł jej roz­po­znać, bo nig­dy jesz­cze nie wi­dział swo­jej przy­szłej żony - z wy­jąt­kiem czar­no­bia­łe­go por­tre­tu przy­sła­ne­go na dwór.

Była trze­cia nad ra­nem, kie­dy lek­ty­ka do­tar­ła do Pa­ła­cu Nie­biań­skie­go Spo­ko­ju. Zgod­nie z tra­dy­cją pan mło­dy po­wi­nien wziąć łuk i wy­strze­lić trzy strza­ły po­wy­żej lek­ty­ki na­rze­czo­nej - żeby od­stra­szyć wszyst­kie złe moce. Ale Puyi miał sła­by wzrok i no­sił oku­la­ry. W dniu ślu­bu nie chciał ich za­kła­dać, był zresz­tą pierw­szym ce­sa­rzem w hi­sto­rii, któ­ry mu­siał wspo­ma­gać swój bo­ski wzrok czymś tak przy­ziem­nym jak oku­la­ry. Z tro­ski o zdro­wie swo­jej przy­szłej żony po­sta­no­wił zre­zy­gno­wać ze strze­la­nia.

Na­stęp­nie mło­da para po­dą­ży­ła do Pa­ła­cu Ziem­skie­go Spo­ko­ju, gdzie Wan Rong zgod­nie ze zwy­cza­jem prze­sko­czy­ła przez ogień, przez sio­dło i przez jabł­ko, co mia­ło za­gwa­ran­to­wać spo­koj­ne, zdro­we i dłu­gie ży­cie. Do­pie­ro wte­dy Puyi mógł zdjąć czer­wo­ną za­sło­nę i zo­ba­czyć po raz pierw­szy twarz swo­jej żony. Na­stęp­nie ra­zem za­sie­dli przy sto­le i po­da­no im do zje­dze­nia tra­dy­cyj­ne we­sel­ne po­tra­wy: pie­róg z ma­ły­mi pie­roż­ka­mi w środ­ku, żeby szyb­ko mie­li dużo dzie­ci, spe­cjal­nie przy­rzą­dzo­ny ma­ka­ron dłu­go­wiecz­no­ści i we­sel­ne wino w po­dwój­nym kie­li­chu.

Smok w mi­to­lo­gii chiń­skiej ko­ja­rzy się z po­tę­gą, wła­dzą i szczę­ściem. Dla­te­go był sym­bo­lem wła­dzy Ce­sa­rza, a jego żeń­skim od­po­wied­ni­kiem i sym­bo­lem Ce­sa­rzo­wej był ptak fe­niks

Tra­dy­cyj­ne domy w mia­stecz­ku Yang­shuo w pro­win­cji Gu­an­gxi w po­łu­dnio­wo-wschod­nich Chi­nach

A po­tem mło­da para zo­sta­ła za­pro­wa­dzo­na do sy­pial­ni. Puyi tak opi­sał swo­ją noc po­ślub­ną:

W ogó­le nie mo­głem się sku­pić na moim ślu­bie i na ro­dzi­nie. Do­pie­ro kie­dy zo­ba­czy­łem ce­sa­rzo­wą z twa­rzą ukry­tą pod czer­wo­ną za­sło­ną ozdo­bio­ną smo­ka­mi i fe­nik­sa­mi, po­czu­łem cie­ka­wość jak wy­glą­da. Zgod­nie z tra­dy­cją ce­sarz i ce­sa­rzo­wa spę­dza­ją pierw­szą noc w spe­cjal­nej kom­na­cie o po­wierzch­ni oko­ło dzie­się­ciu me­trów kwa­dra­to­wych w Pa­ła­cu Ziem­skie­go Spo­ko­ju.

Był to bar­dzo oso­bli­wy po­kój: po­zba­wio­ny me­błi z wy­jąt­kiem pod­wyż­sze­nia, na któ­rym znaj­do­wa­ło się łoże, zaj­mu­ją­ce jed­ną czwar­tą miej­sca. Wszyst­ko w tym po­ko­ju z wy­jąt­kiem pod­ło­gi było czer­wo­ne. Kie­dy wy­pi­li­śmy we­sel­ne wino i zje­dli­śmy pie­ro­gi dzie­ci i wnu­ków, a po­tem we­szli­śmy do tego ciem­ne­go czer­wo­ne­go po­ko­ju, po­czu­łem się nie­swo­jo. Pan­na mło­da usia­dła na skra­ju łoża z opusz­czo­ną gło­wą. Za­czą­łem się roz­glą­dać i zo­ba­czy­łem, że wszyst­ko do­oko­ła jest czer­wo­ne: czer­wo­ne za­sło­ny przy łóż­ku, czer­wo­ne po­dusz­ki, czer­wo­na suk­nia, czer­wo­na spód­ni­ca, czer­wo­ne kwia­ty, czer­wo­ne po­licz­ki... wszyst­ko to wy­glą­da­ło jak roz­to­pio­na czer­wo­na świe­ca.

Nie wie­dzia­łem czy mam wstać, czy sie­dzieć, i po­my­śla­łem, że wolę zna­leźć się w Pa­ła­cu Spo­koj­ne­go Umy­słu, i tam po­sze­dłem.2

Był rok 1922. Ce­sarz rze­czy­wi­ście miał wie­le spraw na gło­wie. Choć­by to, że cza­sem zza mu­rów Za­ka­za­ne­go Mia­sta, któ­rych nig­dy nie wol­no mu było opusz­czać, do­cie­ra­ły od­gło­sy strza­łów i krzyk. Co się dzia­ło tam na ze­wnątrz? Kim był czło­wiek, któ­ry dzie­sięć lat wcze­śniej ogło­sił za­ło­że­nie re­pu­bli­ki i za­bro­nił mu opusz­cza­nia pa­ła­cu?...

Tego dnia w Pe­ki­nie pa­dał deszcz. Sta­łam przy bra­mie pro­wa­dzą­cej na ko­lej­ny wiel­ki dzie­dzi­niec, prze­pu­ści­łam dwie Chin­ki z pa­ra­sol­ka­mi i w mi­ni­spód­nicz­kach, i na­gle mnie olśni­ło.

Puyi po­cho­dził z dy­na­stii Qing! Stuk­nę­łam się w czo­ło. Dziw­ne, że nie sko­ja­rzy­łam tego wcze­śniej! Prze­cież czy­ta­łam opo­wie­ści Mar­co Polo o tym jak do­tarł do Chin i opi­sy­wał jej miesz­kań­ców, czy­li lu­dzi z ple­mie­nia Han.

Ha­no­wie sta­no­wi­li za­wsze więk­szość w Chi­nach. Do dzi­siaj jest to naj­więk­sza gru­pa et­nicz­na na świe­cie. Ich na­zwa po­cho­dzi od dru­giej dy­na­stii ce­sa­rzy, któ­rzy na­stą­pi­li po krót­ko pa­nu­ją­cej pierw­szej dy­na­stii Qin.

A kogo za­wsze naj­bar­dziej bali się Ha­no­wie?

Bar­ba­rzyń­ców z pół­no­cy, a ści­ślej mó­wiąc: z pół­noc­ne­go wscho­du, gdzie roz­cią­ga­ły się dzi­kie ste­py i lasy, pły­nę­ły lo­do­wa­te rze­ki, miesz­ka­ły wil­ki i lu­dzie z ple­mie­nia Man­chu. Po­dob­no byli nie­okrze­sa­ni i ży­wi­li się su­ro­wym mię­sem. Byli tak do­sko­na­ły­mi jeźdź­ca­mi i łucz­ni­ka­mi, że po­tra­fi­li pod­czas ga­lo­pu tra­fić do bie­gną­ce­go za­ją­ca. Krę­pej bu­do­wy, ogo­rza­li, przy­sa­dzi­ści, okrut­ni i nie­praw­do­po­dob­nie wy­trzy­ma­li - tyl­ko oni mo­gli sta­no­wić re­al­ne za­gro­że­nie dla ce­sar­stwa Chin.