Blondynka w Amazonii - Beata Pawlikowska

-
Proszę czekać

Tercet Egzotyczny

Zatrzymałam się w pół kroku. Wokół trwała ta sama amazońska cisza. Najgłośniejsza cisza świata, w której mieści się zarówno milczenie patyczaków, jak i muśnięcie powietrza o gładkie łuski na skórze węża, skomlenie tukana, krzyk papugi, chrzęst pancerza chrząszcza Herkulesa, drżenie złaknionej krwi trąbki moskita i szelest skrzydeł motyla. Często rozlega się w niej wibrujące, ogłuszające świdrowanie, które brzmi tak, jakby w pobliżu ktoś maszyną rozcinał deski. Czasem głos jest pojedynczy, wpinający się w struny materii, ostry jak nóż. Czasem jest ich wiele jednocześnie. Nie ma słów, które oddałyby rodzaj tego dźwięku, gdybym więc chciała w jakiś sposób go opisać, powiedziałabym, że jest on szorstawy, wyrywastowujący, przeciągliwie krapiący i grzmigradłowo zażergliwy. A przy tym nieprawdopodobnie głośny.

Wydaje go z siebie niewielkie stworzenie o dużych oczach i przezroczystych skrzydłach. Cykada. Ma zaledwie kilka centymetrów długości, ale z łatwością mogłaby przekrzyczeć słonia. Gdyby oczywiście miała szansę go spotkać, bo dżungla amazońska jest tak gęsta, ciasna i splątana, że słoń zwyczajnie by się w niej nie zmieścił.

Zmrużyłam oczy. To, co mnie zatrzymało w pół kroku, nie było dźwiękiem ani czymś dostrzegalnym dla oczu. W Amazonii człowiek uczy się słyszeć to, co niesłyszalne i widzieć to, co niewidzialne. Kiedy zanurza się w świat najczystszej natury, zaczyna otwierać wszystkie zmysły i znajdować w sobie umiejętności, z których nie zdawał sobie sprawy.

W miastach ludzie są nieustannie otoczeni milionem bodźców, które mają zwrócić ich uwagę. Błyskają neony, wyświetlają się reklamy, gra muzyka, w radiu spiker podaje wiadomości, w telewizji widać powodzie, lawiny, katastrofy i wybuchy, ryczą kosiarki, szlifują szlifierki, rzężą śmieciarki, skrzypią zawiasy, huczą silniki, kopią koparki, trzaskają drzwi, wyją klaksony, alarmy i syreny, dzwonią dzwony, pędzą motocykle, gra muzyka podłączona do wzmacniaczy. Gdyby człowiek naprawdę chciał usłyszeć, zobaczyć i przyjąć do siebie te wszystkie informacje, musiałby oszaleć od nadmiaru wrażeń.

Dlatego w mieście w zupełnie naturalny sposób ludzie przymykają zmysły, instynktownie chroniąc się przed zmasowanym atakiem reklam, głosów i hałasów.

W dżungli dzieje się coś dokładnie odwrotnego. Kiedy pierwszy raz zanurzyłam się w tę bujną, wilgotną, tętniącą życiem zieloność, zatrzymałam się oszołomiona i stałam, chłonąc zapach powietrza, głosy owadów, te wszystkie tajemnicze kląskania, ćwierknięcia, szelesty i pomruki. Wydawało mi się, że coś mnie dotyka, przykleja się do mojej spoconej skóry, przenika mnie na wskroś i wypełnia nieznaną substancją. Moje zaciśnięte zmysły informowały tylko o śmiertelnym zagrożeniu, podsuwając przerażające wizje nakłuwających, wysysających, jadowitych i uśmiercających narzędzi, jakimi posługują się niewidoczne istoty. Zmroził mnie strach, więc zastygłam jak lodowa bryła zrzucona przypadkiem do serca amazońskiej puszczy, a potem... Zaczęłam się roztapiać.

Po kilku dniach otworzyłam oczy i uświadomiłam sobie, że widzę więcej. Niespodziewanie też znikły bariery chroniące mój narząd słuchu. Mam wrażenie, że organizm ludzki w mieście broni się przed ogłuchnięciem, budując coś w rodzaju ekranów, niedopuszczających większości dźwięków do wnętrza ucha. Hałasy docierają, zostają zarejestrowane, ale nie trafiają dalej do wnętrza świadomości. Jest ich po prostu tak dużo, że umysł ludzki nie jest w stanie twórczo wykorzystać ich wszystkich. Część więc po prostu wygłusza.

W dżungli nagle zaczęłam słyszeć świat. Buczenie nadlatującego trzmiela potrafiłam usłyszeć zanim jeszcze potrafiłam nazwać ten dźwięk i przypisać go do określonego źródła. Tak jakby uruchomiły się we mnie wewnętrzne receptory, działające na zupełnie innych, wyższych falach niż zwykły zmysł słuchu czy wzroku.

To był rodzaj wewnętrznego głosu, który ludzie nazywają czasem szóstym zmysłem. Jest też siódmy, ósmy i dziewiąty zmysł. Czasem wydaje mi się, że jest to część wewnętrznej natury człowieka sprzęgnięta ze światem zewnętrznym. Pulsująca tym samym rytmem i odbierająca go w ponadzmysłowy sposób.

Wystarczy pozwolić, żeby się ujawnił i włączyć go do przestrzeni swojego "ja". Wtedy nagle człowiek widzi i słyszy to, co wcześniej było dla niego niedostępne.

Dlatego właśnie tamtego dnia wędrując przez dżunglę zatrzymałam się w pół kroku. Przymknęłam oczy. Sygnał nie był ostrzeżeniem przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. Był raczej informacją. Ale o czym?...

Stałam przez chwilę bez ruchu, wsłuchując się w zieloną dżunglową ciszę. Zachrobotał liść, dotykając w locie gałęzi drzewa. Gdzieś bardzo niedaleko pędziła przed siebie duża mucha, a gorące powietrze aż drżało od jej bzyczenia, ale niespodziewanie mucha skręciła. Bzyczenie oddaliło się jak fala na oceanie.

Z lewej strony pojawiło się charakterystyczne, lekko mlaskające tupotanie jadowitej skolopendry. To największy gatunek na świecie, dorastający do pół metra długości. Skolopendra jest podobna do stonogi, ale różni się od niej charakterem i zamiłowaniem do mięsa. Dwie pierwsze nogi skolopendry zostały przekształcone w zabójcze szczypce zakończone kolcami jadowymi, które jak sztylety zanurza w ciele ofiary, by potem ją pożreć. Jest tak szybka, że potrafi schwytać nietoperza. Zaczaja się, czeka na odpowiedni moment, a potem błyskawicznie rzuca się do ataku, nakłuwa, wtryskuje truciznę, zabija i rozpoczyna ucztę. Myszy, jaszczurki, ptaki, pająki są na liście jej ulubionych dań. Człowiek być może też mógłby się na niej znaleźć, ale jest dla skolopendry za duży. Ugryzienie wywołuje potworny ból, obrzęk, gorączkę i dreszcze, ale nie zabija.

Pozwoliłam, żeby moje lewe ucho pozostało zatopione w zieloną gęstwinę pełną pląskań, mlaśnięć i chrobotań, a resztę zmysłów puściłam wolno w poszukiwaniu odpowiedzi.

Stałam przez chwilę z zamkniętymi oczami, nie słuchając niczego w szczególności, nie koncentrując się na żadnej myśli, dźwięku ani zapachu. Nie wyciągając logicznych wniosków, nie zadawałam pytań, nie zastanawiałam się. Po prostu wtopiłam się na moment całą sobą w otaczający mnie świat, pozwalając, żeby pociągnął mnie za sobą i doprowadził do właściwej odpowiedzi i do celu.

I tak się też stało.

Otworzyłam oczy. Uśmiechnęłam się. W powietrzu wciąż unosiła się przedziwna dżunglowa muzyka, złożona z najbardziej niezwykłych brzmień. Trudno sobie wyobrazić te odgłosy i trudno je opisać, bo przypominają na przykład maleńkie krystaliczne uderzenia w dzwonki albo modulowany alfabet Morse'a złożony z samych kropek, albo szarpanie za struny niebiańskiego instrumentu.

Tuż obok ścieżki rosła palma o zwieszających się liściach. Wiedziałam, że to w niej kryje się rozwiązanie zagadki. Baaaaardzooooo pooooowoooooliiiiii sięgnęłam do liści. Dotknęłam ich czubkami palców, czekając przez chwilę na to czy wywoła to jakąś reakcję. Ktoś nerwowo zakląskał. Jeszcze baaaaardzieeeeeej poooooowoooooooliiiiiiii odsunęęęęęęęęłaaaaaaaaam liście i zobaczyłam czarne oczy.

Okrągłe, błyszczące, w dwóch rzędach po cztery. Drgnęłam, kiedy osiem oczu wlepiło we mnie badawczy wzrok. Ośmioro oczu, osiem nóg, zęby jadowe i kosmate ciało pokryte sztywnymi włosami, które działają jak radary. To musiał być pająk ptasznik.

On też musiał mnie wyczuć zanim jeszcze spojrzeliśmy sobie w oczy.

Już miałam cofnąć rękę i pozwolić pająkowi w spokoju prowadzić jego jadowite życie, gdy nagle zobaczyłam, że jeży sierść na grzbiecie.

Zastygłam. Włączyłam wszystkie moje wewnętrzne radary. Pająk naprawdę ma ośmioro oczu i mogłoby się wydawać, że skoro natura wyposażyła go w osiem przyrządów do patrzenia, to nadała im też wyjątkową ostrość. Niestety, w tym akurat przypadku ilość nie idzie w parze z jakością. Oczami pająk jest w stanie rozpoznać światło i ciemność albo zarys dużego kształtu.

Ale żeby przyjrzeć się światu we wszystkich jego wymiarach, pająk używa włosów. Są genialnie skonstruowane. Wychwytują najmniejsze drgnięcia powietrza powodowane przez ruch. Odgadują emocje i przydatność potencjalnej ofiary do spożycia za pomocą odczytywania związków chemicznych. Wyczuwają wibracje i ukryte sygnały, podobno nawet za pomocą włosów rejestrują dźwięk.

Spojrzałam na niego jeszcze raz. Wielki jak talerz pająk ptasznik siedział na pniu palmy, strosząc włosy na nogach. Coś nimi zobaczył. Coś straszniejszego niż ja.

Nie ruszać się. Nie oddychać. Nie rozglądać.

To jedyna metoda zgubienia potencjalnego przeciwnika. Miałam wrażenie, że też stroszę wszystkie włosy, żeby wsłuchać się nimi w tężejące wokół milczenie. Pająk zadygotał jedną z czterech nóg po lewej stronie.

Przed czym mnie ostrzegał?

Nagle kątem oka dostrzegłam ruch. Płynny, giętki, bezgłośny, zwinny jak miękka fala przepływająca po kamieniach.

Skolopendra w krzakach też znieruchomiała. Mogłaby mieć apetyt na pająka ptasznika, a pająk ptasznik mógłby chcieć zapolować na zamyślonego na gałęzi ptaka, ale oboje zostali zamrożeni ze strachu w obliczu zbliżającego się węża. Co ja mówię, we dwoje! Niespodziewanie utworzyliśmy w dżungli Tercet Egzotyczny, połączony wspólnym przeznaczeniem, które miało pięć metrów długości i podłużny pysk nieznający litości.

- To było do rymu - pisnęła skolopendra, tracąc najwidoczniej zmysły, bo wydawanie z siebie jakiegokolwiek odgłosu było w tej sytuacji skazaniem się na śmierć.

Wąż natychmiast zmienił kierunek i zaczął obniżać się z drzewa w jej stronę.

- Szsz! - szepnął zniecierpliwiony pająk, żeby ją uciszyć.

Wąż drgnął i przesunął się w jego stronę.

Tworzyliśmy prawie idealny trójkąt - pająk, skolopendra i ja. Wąż wydawał się niezdecydowany na co ma dzisiaj ochotę. Na skromną kosmatą pieczeń, czy może na komplet udek skolopendry, a może... Przełknęłam głośno ślinę i w tej samej sekundzie wąż popatrzył na mnie.

A ja wciąż udawałam, że jestem drzewem. Bez ruchu, prawie bez oddechu i bez myśli. Chciałam się wtopić w powietrze. Prawie mi się to udało. Wąż zatrzymał się i wysunął język. Tym razem Tercet Egzotyczny zgodnie sprzymierzył się w milczeniu. Kiedy ofiara się nie porusza, jest tak, jakby w ogóle jej nie było. Atak następuje tylko wtedy, kiedy istnieje żywe, poruszające się ciało. W przeciwnym razie lwy, węże, krokodyle czy pumy próbowałyby atakować zwalone pnie drzew albo pęki liści, sprawdzając czy nadadzą się do zjedzenia.

Kiedy jednak pień westchnie, załomocze sercem albo poruszy pazurem, jest oczywiste, że można go schwytać, rozedrzeć na strzępy, udusić albo połknąć w całości, zależnie od upodobań.

Dlatego udawanie drzewa w sytuacji zagrożenia jest bardzo dobrym pomysłem. Wyobraźnia i podświadomość potrafią zdziałać cuda. Spowalnia się bicie serca, oddech jest tak płytki, że prawie niezauważalny, a skóra zaczyna wydzielać nietypowy zapach. Kiedy człowiek się boi, w powietrzu unosi się strach. Ale kiedy udaje, że jest drzewem i jeśli naprawdę w to uwierzy, zaczyna pachnieć inaczej.

Wąż zawahał się. Tercet Egzotyczny wykonywał wspólnie utwór pod tytułem "Czapka niewidka" w połączeniu z refrenem ze "Znikającego punktu" i wydawało się, że polujący na kolację gad łyknie tę zmyłkę i prześlizgnie się dalej na poszukiwanie mniej koncertujących artystów, gdy nagle poczułam, że po plecach spływa mi strumyk potu.

Było bardzo gorąco. BARDZO, bardzo gorąco. Tak gorąco, jak potrafi być tylko w dżungli, gdzie powietrze jest gęste i wilgotne jak kisiel. Nie ma wiatru, bo on szarpie tylko koronami drzew wysoko nad ziemią. A na dole jest ciemno i gorąco jak w saunie. Nawet jeśli się stoi spokojnie i nie wykonuje najmniejszego ruchu, organizm dyszy z wysiłku, a po skórze płynie pot.

Taki właśnie strumień potoczył się po moich plecach. Pod mokrą koszulą, teoretycznie niewidoczny, ale wąż natychmiast wyczuł ruch i błysnął ślepiami.

I wtedy zdarzyło się coś dziwnego. Włosy na koledze pająku stanęły sztywno sztorcem, a w następnej sekundzie usłyszałam przeciągły jęk. Gardłowe, długie, przerażające westchnięcie dobiegające z zarośli. Suche, wibrujące jak strzała w locie. Sekundę potem wąż znikł. I zapadła cisza.

Z głośnym mlaskaniem swoimi setkami nóg do ucieczki rzuciła się skolopendra. Pająk jednym skokiem skrył się w dziupli.

Ciąg dalszy w wersji pełnej