Rozdział 6. Mauna Kea
ROZDZIAŁ 6
Mauna Kea
Wstałam z lekkim szumem w głowie. Na twarzy musiałam mieć znak
zapytania, bo kelnerka w restauracji od razu postawiła przede mną kubek
gorącej kawy.
- Hm - siedziałam i myślałam - hm. Hm.
Świat jest zawsze bardziej niezwykły niż to, co ci się o nim wydaje.
Doświadczyłam tego wiele razy wcześniej. Ale nie aż tak. Usta wciąż
otwierały mi się ze zdumienia, co najwyraźniej było odbierane jako wyraz
mojego wielkiego głodu, bo co chwilę ktoś podchodził co pytaniem co
podać.
Typowe hawajskie śniadanie, hm. Hm. Hm... Jajka, bekon, naleśniki.
Zamówiłam owsiankę. Bardzo chciałam się obudzić.
Jeszcze łyk gorącej kawy. Stukanie podkutych butów na drewnianej
podłodze. Zapach jedzenia. Wiadomość, która właśnie wpadła do mojej
skrzynki mailowej. Gotowość dzisiaj o drugiej po południu. Przewodnik
będzie miał ze sobą zapas wody, specjalne ciepłe kurtki oraz rękawiczki.
Mauna Kea!!!
Wyprostowałam się przy stole jak struna. Nagle poczułam się trzeźwa i całkowicie obecna. Dzisiaj jest ten dzień!!! Usiłowałam wprawdzie
przesunąć termin wyprawy na szczyt, żeby lepiej się aklimatyzować, ale
odpowiedziano mi, że najbliższy następny dostępny termin jest dopiero za
miesiąc.
Nie dlatego, że jest tylu chętnych. Raczej dlatego, że jest to miejsce
święte dla Hawajczyków i obowiązują tam bardzo restrykcyjne przepisy.
Nie można sobie po prostu wejść na najwyższą górę świata. Trzeba mieć
przewodnika i specjalne przygotowanie.
Pustynny, wulkaniczny krajobraz u stóp Mauna Kea.
Dam radę! Wiem, że będzie ciężko, ale dam radę! - powtarzałam sobie w myślach.
Mauna Kea!
A właściwie Mauna A Wakea.
Wakea w tradycji hawajskiej to Wielka Przestrzeń, czyli Niebo zaślubione
planecie Ziemi, która nazywa się Papahanaumoku.
Kiedy Tata Niebo Wakea i Mama Ziemia Papahanaumoku spotkali się i pokochali, na świat przyszły wszystkie ich dzieci, czyli hawajskie
wyspy. Jako pierwsza urodziła się największa wyspa, dzisiaj nazywana Big
Island, której najwyższy punkt zawsze dotyka Ojca Niebo i ma z nim
tajemny kontakt.
Mauna a Wakea znaczy Góra, Która Należy Do Ojca Niebo.
Góra, Która Dotyka Nieba.
Góra, Która Jest Częścią Nieba.
Góra, która jest naszym przodkiem.
Niektórzy uważają, że Mauna Kea jest przodkiem wszystkich ludzi na
Hawajach. Inni twierdzą, że jest pępkiem świata połączonym ze światem
bogów. Wszyscy wiedzą, że jest święta. Kiedyś na szczyt mogli wchodzić
tylko specjalnie przygotowani kapłani.
Mauna Kea, Biała Góra, ponieważ na jej szczycie czasem leży śnieg.
Pamiętam, że chciałam zorganizować wyprawę na szczyt Mauna Kea w styczniu albo w lutym i okazało się, że na wierzchołku w tym czasie
częste są zamiecie i zawieje śnieżne tak silne, że wspinaczka staje się
niemożliwa.
Ale wreszcie przyszedł ten dzień!
Będzie ciężko, wiem, ale dam radę! - powtarzałam w myślach. Ile razy
wchodzi się na najwyższy szczyt świata? Pewnie tylko raz w życiu. Dam
radę! Cokolwiek zdarzy się po drodze - śnieg, lód, wichura, brak tlenu,
zmęczenie - dam radę!
Punktualnie o drugiej po południu wsiadłam do specjalnie oznaczonego
samochodu. Włożyłam grubą kurtkę, czapkę, szalik i rękawice. Ruszyliśmy
w drogę. Przez czarne hawajskie pustkowia zastygłej lawy. Nic mnie już
nie dziwiło. Byłam w totalnej gotowości do stawienia czoła wszystkim
wyzwaniom, jakie napotkam po drodze.
Miałam mocne buty, zapas wody, ciepłe ubranie i wegańskie batony
energetyczne na wypadek, gdybym potrzebowała wsparcia.
Jechaliśmy w ciszy.
Coraz wyżej i wyżej.
Kamyki zgrzytały pod kołami samochodu.
Wiedziałam, że na wysokości prawie trzech tysięcy metrów jest centrum
informacyjne dla gości. Ostatnia szansa skorzystania z łazienki, może
gorąca kawa i herbata, aktualne wiadomości o pogodzie. Czy stamtąd
będziemy dalej wędrować piechotą?
Na szczycie Mauna Kea. Miałam na sobie polar i dwie kurtki (w tym jedną
pożyczoną), czapkę i trzy kaptury na głowie, rękawiczki, i wciąż było mi
zimno.
Cała góra ma 10 200 metrów wysokości. Część nad powierzchnią ziemi
wynosi 4260 metrów. Wyzwanie. Zacisnęłam ręce w pięści. Pełna gotowość.
Nie mam pojęcia na jakiej jesteśmy wysokości, ale czuje się rozrzedzone
powietrze. Coraz mniej tlenu, ciężko oddychać. Nabieram głęboko
powietrza do płuc, ale mam poczucie, że brakuje mi tchu. Że się duszę.
Najważniejsze to zachować spokój. Oddychać równomiernie, spokojnie. Bo
jeśli spanikujesz i zaczniesz chwytać powietrze histerycznie płytkimi
haustami, to będzie jeszcze gorzej. Nie tylko będziesz miał wrażenie, że
się dusisz, ale naprawdę będziesz niedotleniony, co jest niebezpieczne
dla całego organizmu.
Oddychaj spokojnie. Pełne wdechy i wydechy. Jeszcze raz. Spokojnie.
Nagle samochód stanął.
Już? Idziemy?! Wchodzimy na szczyt??!!
- Chwila przerwy! - ogłosił kierowca.
Aklimatyzacja! - domyśliłam się. - Przygotowanie do wspinaczki. Czas,
żeby napić się wody, rozprostować nogi, przejść się. Niektórzy pewnie
już tu zostają. Pamiętam, że kiedy wchodziłam na wulkan Mismi w Peru, po
ostatnim noclegu na wysokości około pięciu tysięcy metrów połowa osób
nie miała siły wyjść z namiotu.
Dlatego robi się przerwę, żeby sprawdzić jak na nowej wysokości
zachowuje się organizm. Choroba wysokościowa jest nieprzewidywalna. Nie
wiadomo kogo dotknie, jak szybko i w jaki sposób. Trzeba po prostu być
gotowym na szybkie reagowanie.
Ja czuję się świetnie!! Dziękuję, nic mi nie potrzeba! Mam wodę i mam w sobie gorący płomień, który rozgrzewa mnie od środka.
Mauna Kea!!!
Mauna a Wakea!!!
Za chwilę rozpocznę wędrówkę na szczyt najwyższej góry świata!!!
- Można podejść bliżej do teleskopu! - zachęcił kierowca.
Teleskop!!!
Jasne!!! Czytałam przecież, że na Mauna Kea panują nadzwyczajnie dobre
warunki do obserwowania gwiazd. Ciemność nocy jest doskonała,
niezakłócona sztucznymi światłami miasta, a powietrze jest czyste i suche.
Amerykański teleskop radiowy tuż pod wierzchołkiem Mauna Kea. Jeden z dziesięciu teleskopów należących do sieci The Very Long Baseline
Array (VLBA), rozmieszczonych w różnych zakątkach Stanów
Zjednoczonych, zarządzanych z centrum w Nowym Meksyku.
Teleskop!!! Wielki jak dom! Uniesiony kilka metrów nad ziemią i wpatrujący się ogromnym, białym, okrągłym okiem w niebo!! Na co patrzy?
Na Wenus? Pierścienie Saturna? A może sięga wzrokiem do następnej
galaktyki, do planet w srebrzystych mgławicach świetlnych lat?...
Ruszamy dalej. Lada moment na pewno rozpoczniemy wspinaczkę. Z tego co
wiem, wędrówka na szczyt trwa osiem godzin. Na razie jest słoneczne
popołudnie. Daleko stąd na dole nad brzegiem oceanu trwa słony, lepki,
tropikalny upał. Tutaj jest coraz bardziej przenikliwie zimno i sucho.
Sztywne żółte trawy szarpane przez wiatr. Ruda wulkaniczna ziemia z drobnymi kamykami.
Coraz wyżej, coraz zimniej, coraz mniej tlenu w powietrzu.
Dam radę! Wiem, że będzie trudno! Wiem, że osiem godzin drogi wspinaczki
pod górę w rozrzedzonym powietrzu to prawdziwe wyzwanie, ale dam radę!!
Samochód zatrzymuje się wreszcie z takim westchnieniem resorów, że
domyślam się od razu, że to jest koniec drogi. Teraz zaczyna się
prawdziwa wyprawa! Woda jest, rękawice, czapka, szalik. I to co
najważniejsze, czyli moje gorące pragnienie. W drogę!!!
Wyskoczyłam z samochodu.
Jestem gotowa!!!
Którędy na szczyt?!
Kierowca spojrzał na mnie tak, jak ja patrzyłam na Hawaje pierwszego
dnia. Zdaje się, że okazywałam zbyt dużo entuzjazmu. Może obawiał się,
że moja wielka radość i gotowość to objawy choroby wysokościowej. Bez
obaw, drogi panie, ja wiem co robię. Chcę iść na szczyt!!! Jestem
gotowa!!!
Okręciłam się dookoła w poszukiwaniu ścieżki, szlaku, drogi. Nie ma.
Może to i lepiej. To znaczy, że niewiele osób zdobywa się na odwagę,
żeby to zrobić.
A więc którędy? Chodźmy! Nie ma czasu do stracenia!
Kierowca zmrużył oczy. Podszedł bliżej.
- Dobrze się czujesz? - zapytał.
- Wspaniale! - zapewniłam go. - Jestem gotowa! Możemy ruszać!
Znów spojrzał na mnie tak, jakby miał wątpliwości co do stanu mojego
umysłu. Fakt, byłam ubrana cieplej niż pozostałe osoby, ale to dlatego,
że szybko marznę. Miałam na sobie nie jedną, lecz dwie ciepłe kurtki,
czapkę i dwa kaptury, szalik na ustach, więc niewiele mnie wystawało na
zewnątrz, ale poza tym czułam się wspaniale. Lepiej niż wspaniale.
Pomyśl, że czekałam na ten moment przez trzydzieści lat!!! Wymarzyłam to
sobie siedząc na ławce w szkole, a teraz jestem tutaj i za kilka godzin
- jeśli wszystko dobrze pójdzie - znajdę się na wierzchołku najwyższej
góry świata!
Nie ma czasu do stracenia!
- Chodźmy! - powiedziałam niecierpliwie przestępując z nogi na nogę.
Kierowca poruszył się niepewnie.
- Chodźmy!! - powtórzyłam ponaglająco.
Przecież pan ma nas prowadzić, prawda? Po to potrzebowaliśmy
przewodnika, żeby nie zabłądzić po drodze! Nie ma co zwlekać! Przed nam
osiem godzin wspinaczki!
Byłam tak stanowcza, przekonująca i pełna wewnętrznego żaru, że
przewodnik w końcu zamknął samochód i podszedł do mnie.
- Chodźmy! - zawołałam z radością.
- ...Dokąd? - zapytał po chwili wahania przewodnik.
- Ha ha ha!!! - roześmiałam się.
Ostatnie promienie słońca w drodze do szczytu wulkanu Mauna Kea.
Świetny dowcip! Ma pan poczucie humoru! To pewnie jeszcze jeden tajny
sposób na sprawdzenie czy nie mam przypadkiem choroby wysokościowej!
Jednym z jej objawów jest generalne pomieszanie, osłabienie i mętlik w myślach.
Nie mam choroby wysokościowej! Czuję się świetnie!
- Chodźmy!!
- Dokąd?...
- Na szczyt!!!
- My jesteśmy na szczycie - odrzekł przewodnik.
- Słucham? - potrząsnęłam głową. Czapka i dwa kaptury, a do tego
porywisty wiatr robiły swoje. Chyba się przesłyszałam.
- Co pan powiedział?
- Jesteśmy na szczycie.
- Tak, wiem, jesteśmy na dolnym szczycie - zgodziłam się. - Ale czy to
nie jest już najwyższa pora, żeby ruszać w drogę?
- W drogę dokąd?
- Na szczyt!
- My jesteśmy na szczycie - powiedział znów kierowca i tym razem
usłyszałam go doskonale.
- J-jak to jesteśmy na szczycie? - zająknęłam się.
Przewodnik patrzył na mnie takim wzrokiem, jakbym właśnie urwała się ze
świątecznej choinki i wpadła mu do talerza z barszczem.
Podniosłam głowę. Rozejrzałam się.
Nade mną było tylko niebo.
I ani kawałka góry.
Wydawało się - choć to nieprawdopodobne, niemożliwe i niewiarygodne - że
cała istniejąca góra znajduje się pod nami.
- J-jesteśmy na szczycie? - wyjąkałam jeszcze raz.
- Jak najbardziej. Mamy pół godziny do zachodu słońca. Po zachodzie
nikomu nie wolno tu zostać.
Usłyszałam śmiech.
Czy śmiał się ze mnie Wakea Tata Niebo? A może to dobrotliwy chichot
Mamy Ziemi? A może to jeden z astronomów obserwujących gwiazdy na
niebie?
Mauna Kea!
Zostałam przywieziona na wierzchołek najwyższej góry świata jak tobołek
nadany pocztą! Przez amerykańskiego kierowcę amerykańskiego samochodu!
Po drodze wyłożonej asfaltem, ponieważ jak później się dowiedziałam, pył
hawajskiej ziemi unoszony przez wiatr szkodził trzynastu bardzo drogim
międzynarodowym obserwatoriom i teleskopom stojącym na szczycie!
Stałabym tak pewnie jeszcze przez jakiś czas ze szczęką opadniętą ze
zdumienia, gdyby nie to, że na górze było bardzo zimno i wiał huraganowy
wiatr. To on popchnął mnie wreszcie do przodu.
Przenieś się
razem ze mną na szczyt wulkanu
Mauna Kea na Hawajach.
Przejdź do YT
Rozdział 7. Teleskopy i skoczogonki
ROZDZIAŁ 7
Teleskopy i skoczogonki
Mauna Kea!!!
Jak zupełnie inaczej to sobie wyobrażałam!!!
I jak to w ogóle możliwe, że na szczyt największej góry świata można
wjechać samochodem???!!!
Zaczęło się jak zawsze od jednego drobnego wyjątku. W latach
sześćdziesiątych szukano odpowiedniego miejsca, z którego można by
prowadzić badania planet w podczerwieni. Naukowcy obejrzeli różne góry w Ameryce Północnej i Południowej, ale na każdej znaleziono jakąś
przeszkodę. Albo nie była wystarczająco wysoka, albo zbyt wilgotna, albo
zbyt blisko miasta, albo całkowicie niedostępna.
Tymczasem hawajski wulkan Mauna Kea na jednej z wysp Oceanu Spokojnego
był po prostu idealny. Miał wszystko, czego astronom potrzebuje do
szczęścia: bardzo suche powietrze umożliwiające czysty odbiór i pomiar
promieniowania odległych ciał niebieskich, totalną ciemność niezakłóconą
sztucznym światłem ludzkich osad oraz wysoki stopień fotometryczności
nieba, czyli mówiąc prościej: brak chmur.
Zbudowano pierwszy niewielki teleskop. Komu może przeszkadzać grupka
naukowców zbierających dane z kosmosu?
Grupka szybko zaczęła się powiększać. Przyjechali Chińczycy, Japończycy,
Francuzi, Australijczycy, Anglicy, zachwyceni wyjątkowymi warunkami na
szczycie i gotowi zapłacić wielkie pieniądze za możliwość postawienia
własnych obserwatoriów i zbierania danych z kosmosu. Teraz jest ich
trzynaście. Największy ma średnicę dwudziestu pięciu metrów.
Jeśli postawisz na szczycie góry teleskop, musisz jakoś do niego
dojechać. Powstała droga. Kwatery dla pracowników stacji badawczych.
Kwatery dla studentów. Trzeba było im przywozić sprzęt, jedzenie,
zorganizować elektryczność i bieżącą wodę. Wąski trakt przestał
wystarczać, postanowiono więc zbudować szerszą drogę. Pokrytą asfaltem
aż do budynków gospodarczych i centrum dla zwiedzających.
Wkrótce jednak okazało się, że bardzo silny wiatr wiejący na wierzchołku
rozrzuca drobiny ziemi, pyłu i kurzu, które wciskają się między metalowe
elementy konstrukcji bezcennych teleskopów, więc ciągle trzeba je
czyścić i naprawiać. Ziemia przeszkadza naukowcom badającym kosmos, bo
za mocno się kurzy. Trzeba więc ziemię przykryć betonem.
Wyobraź sobie wielką srebrną czaszę o średnicy dwudziestu pięciu metrów.
Dwadzieścia pięć metrów to dziewięć pięter. Teleskopy wyglądają jak
kuliste białe świątynie na szczycie góry. Daleko im jednak do spokoju.
Huraganowy, lodowaty wiatr wieje tak mocno, że z trudem szłam przed
siebie, nie mogąc się oprzeć myśli, że ta wichura to nie przypadek i przy pierwszej nadarzającej się sposobności zmiecie z wulkanu to, co
przywieźli tam ludzie.
Na szczycie świętego wulkanu Mauna Kea ponad chmurami jest bardzo sucho
i bardzo ciemno - dlatego buduje się tam kolejne obserwatoria
astronomiczne mimo protestu rdzennych Hawajczyków.
W 2007 roku Stany Zjednoczone i Kanada ogłosiły, że zamierzają zbudować
na szczycie Mauna Kea największy teleskop ze wszystkich. Ma mieć lustro
o średnicy trzydziestu metrów. Prawie pięćset sześciokątnych luster
wycelowanych w przestrzeń kosmiczną i rejestrujących obraz w zakresie od
ultrafioletu do podczerwieni. Półtora miliarda dolarów, zapłacone
wspólnie z Chinami, Japonią i Indiami, które włączyły się do projektu.
Ale zaraz.
Czy zapomnieliście, że Mauna Kea to święte miejsce? Mauna a Wakea, Góra
Połączenia Ziemi i Nieba. Góra, która jest przodkiem ludzkości. Czy
chcecie jej na głowie przyczepiać następne metalowe guzy, przez które
zamierzacie patrzeć w kosmos?
W kosmos, czyli gdzie?
W bezkresną przestrzeń, w której gubią się wszystkie wasze liczby,
obliczenia i definicje? Gdzie nie ma nic, co znacie z planety Ziemia?
Gdzie wszystko jest nowe, inne, niemożliwe do uchwycenia, bo jest zbyt
daleko, a czasem jest stworzone z materii niebędącej materią? Czy o to
wam chodzi? Żeby zajmować się czymś, co znajduje się dziesiątki lat
świetlnych stąd, bo dzięki temu nie musicie rozwiązywać problemów
istniejących w waszej ziemskiej rzeczywistości?...
Nowy trzydziestometrowy teleskop za półtora miliarda dolarów, jeszcze
jedna świątynia Boga Nauki zbudowana na świętej górze, której usiłują
bronić rdzenni mieszkańcy Hawajów. Przychodzą na budowę, blokują drogę,
organizują demonstracje, odwołują się, opóźniają prace. A nowa żelazna
kopuła rośnie.
Nad morzem chmur na szczycie Mauna Kea
Mam taki pomysł. Nauka jako źródło zrównoważonego rozwoju na Ziemi.
Brazylia zezwala na wycinanie dżungli amazońskiej mimo że wszystkie
znane fakty dowodzą, że takie działanie jest szkodliwe nie tylko dla
puszczy, zwierząt i roślin, ale także dla światowego klimatu i przyszłości ludzkości. Brazylia zezwala na wycinanie dżungli ponieważ
czerpie z tego zyski. Robi to dla pieniędzy. Czy współczesna nauka nie
mogłaby skonstruować takiego scenariusza rozwoju dla Brazylii, który
pozwoliłby zachować tropikalną puszczę w całości, a jednocześnie wskazać
na inne źródło czerpania zysków, które byłoby mądre i wspierałoby Ziemię
zamiast ją niszczyć?...
Moim zdaniem najpierw trzeba uporządkować dom, w którym się mieszka. A dopiero potem wyruszać na podbój innych światów.
Niech wszyscy astronomowie odłożą na rok teleskopy i zajmą się
rozwiązaniem problemów, jakie mamy tu, na Ziemi. Jak poprawić jakość
powietrza? Jak wyjąć tony plastikowych śmieci z dna oceanu? Jak nauczyć
ludzi mądrego gospodarowania i segregowania śmieci? Jak doprowadzić do
tego, żeby przestali marnować jedzenie i kupować więcej niż potrzebują?
Jak nauczyć ludzi szacunku do środowiska, w którym mieszkają? Jak
nauczyć ich patrzenia na drzewo jako cud natury i źródło tlenu
niezbędnego do oddychania, a nie jak na przyszły mebel i źródło
potencjalnego zysku?
Nauka ma służyć dobru ludzkości.
W pierwszej kolejności to dobro jest do zrobienia tutaj, w naszej
najbliższej okolicy.
Bo co z tego, że naukowcy przybyli na szczyt Mauna Kea z mikroskopami i znaleźli owada nazwanego Nysius wekiuicola, który nie występuje
nigdzie indziej na Ziemi? Jest jednym z dwóch owadów W?kiu, czyli
wierzchołkowych, drugi mieszka na szczycie sąsiedniej góry Mauna Loa.
Nysius wekiuicola, choć sam jest maleńki, bo nie większy od ziarna
ryżu, w bardzo niezwykły sposób poluje na innych mniejszych od siebie.
Zaczaja się w odpowiedniej szczelinie albo półeczce skalnej i czeka na
podmuchy wiatru, które podrzucają niżej fruwające owady prosto do jego
paszczy. Okazało się w dodatku, że natura tak nadzwyczajnie
przysposobiła go do życia na wierzchołku góry, że świetnie sobie radzi
nawet w mrozie do -17 stopni. Jego krew ma wyjątkowy skład chemiczny,
dzięki któremu nie zamarza.
Na szczycie Mauna Kea mieszka też kilkanaście innych specjalnie
przystosowanych owadów. Jest dzienna ćma z gatunku Agrotis, są
gąsienice, pająki, stonogi i skoczogonki, które skaczą używając
specjalnych sprężynek w ogonkach.
Tylko co z tego, że o tym wiemy, skoro miejsce gdzie żyją ma zostać
polane betonem i przeznaczone na budowę jeszcze jednego teleskopu, przez
który naukowcy będą patrzeć w gwiazdy i inne galaktyki?
Założę się, że astronomowie nawet nie wiedzą o istnieniu skoczogonków i Nysiusa, bo nigdy nie zainteresowali się tym, co jest tuż pod ich
stopami. Co szumi, szeleści i porusza się dookoła w trawach i kamykach.
Po czym depczą butami zmierzając do laboratorium.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1. Skąd wieje wiatr
ROZDZIAŁ 1
Skąd wieje wiatr
Kiedyś nie było podróży. Istniały tylko wyprawy podejmowane z życiowej
konieczności. Mam na myśli czas przed mapami.
Był świat. Była ziemia. Był ocean. I człowiek, który czasem wyruszał w nieznane. To było wtedy, gdy nieznane naprawdę było nieznane.
Niewyobrażalne, nieopisane, niespotkane nigdy wcześniej. Przez nikogo.
Istniało tylko w bliżej nieokreślonej przestrzeni i nikt nie był w stanie podać ani precyzyjnego kierunku, ani sposobu, żeby tam dotrzeć.
Nie było nawet pewności, że to tam rzeczywiście jest.
Ludzie mieszkali na swoich wyspach, wdzięczni za to, co Matka Natura w swojej mądrej hojności zechciała im podarować. Mieli tropikalne świty
skąpane w perłoworóżowym brzasku i boginie, które podsuwały potrzebne
wskazówki.
Zachód słońca nad oceanem na wyspie Maui
Jeśli chcesz zrobić czółno, pójdź za małym dzięciołem. Będzie wskazywał
ci różne drzewa. Siadał na pniu, stukał w korę i frunął dalej. Drzewo,
na którym usiądzie, przyjrzy mu się i bez stukania odleci, będzie tym
właściwym. Możesz mu uwierzyć na słowo. Jeśli jednak zastanowisz się nad
tym, odkryjesz głęboki sens.
Dzięcioł żywi się larwami, mrówkami i kornikami. W poszukiwaniu jedzenia
stuka dziobem w korę, żeby sprawdzić czy pod spodem znajdują się
labirynty korytarzy wydrążonych przez korniki. Korniki zjadają drzewo od
środka. To znaczy, że drzewo, które budzi najmniejsze zainteresowanie
dzięcioła, będzie najzdrowsze, najmocniejsze i najlepsze dla mistrzów.
Bo tylko mistrzowie potrafią zbudować mistrzowską łódź.
Hawajski mistrz nazywał się k?huna. Był to człowiek o wyjątkowej
wiedzy, talencie i mądrości, szanowany za biegłość w swojej dziedzinie.
K?huna kilo h?k? specjalizował się w obserwowaniu zjawisk pogody i astronomii, odczytywał z nich wskazówki dla rolników i żeglarzy. K?huna
k?lai byli mistrzami rzeźby w drewnie. K?huna makaula był
jasnowidzem, który odczytywał i dokonywał interpretacji znaków. K?huna
l?'au lapa'au był lekarzem korzystającym z ziół, leczniczych roślin i uzdrawiającej mocy.
K?huna k?lai wa'a był mistrzem budowy czółna.
Niewielkie jednokadłubowe czółna były używane do łowienia ryb i wyścigów. Na dużych łodziach o dwóch kadłubach starożytni Polinezyjczycy
pływali po otwartym oceanie i zasiedlali nowe wyspy.
Łódź dla Hawajczyków miała wyjątkowe znaczenie. Była czymś znacznie
więcej niż tylko środkiem transportu, łączyła przeszłość z teraźniejszością, obecne życie i umiejętności z dawnymi polinezyjskimi
przodkami. Dlatego budowa każdej nowej łodzi przebiegała zgodnie z tradycją i rytuałem, w duchowej obecności i pod opieką K?-p?'aike'e,
wcielenia boga Ku. Jego żona, bogini Lea, przybierała postać dzięcioła,
żeby zaprowadzić cieśli do właściwego drzewa.
Na koniec, kiedy czółno było gotowe w swoim fizycznym kształcie, jeden z wodzów obdarzonych największą mocą spędzał w nim kilka nocy i napełniał
je swoją siłą. Dopiero wtedy czółno mogło wypłynąć.
Ale dokąd? Przecież nie istniały mapy ani przyrządy do nawigacji.
Patrz uważnie.
Ocean zmienia kolor w zależności od tego co znajduje się pod
powierzchnią. Wielkie bezpieczne głębiny są zwykle granatowe. Zielonkawa
woda wskazuje obecność podwodnych skał rafy koralowej. Szmaragdowy cień
na chmurze to odbicie słońca w lagunie tak odległej, że nie widać jej z najwyższego wzgórza.
A jeśli zobaczysz belkę kołyszącą się na falach? Czy to nie jest dowód
na to, że twoja wyspa nie jest jedyną? I czy nie świadczy to o tym, że
inna wyspa znajduje się tam, skąd wieje wiatr?
Obserwuj niebo, gwiazdy, słońce i księżyc, fale, przypływy i odpływy,
wiatr, zapachy i przedmioty przynoszone przez ocean. Patrz jak i dokąd
fruną ptaki, skąd wracają i kiedy.
Kiedy nauczysz się patrzeć, dostrzegać i rozumieć zasady rządzące
przyrodą, ona będzie twoim przewodnikiem.
Tak zrobili mieszkańcy wysp na Oceanie Spokojnym.
Pewnego dnia dopłynęli do archipelagu później nazwanego Hawajami.
Rozdział 2. Zaczarowany las
ROZDZIAŁ 2
Zaczarowany las
Nabrałam ostrożnie powietrza. Czy ja naprawdę widzę to co widzę? I czy
ja naprawdę jestem tu gdzie jestem? Czy może to tylko złudzenie, które
zniknie poruszone zbyt szybkim oddechem?...
Gdzie podział się cały świat ze wszystkim, co w nim znam? To jest
właściwie nieważne. Świat może zniknąć. Bo czym jest prawdziwe życie
jeśli nie doświadczaniem nieoczekiwanych zdarzeń, które porywają cię ze
sobą i pokazują wszystko z zupełnie nowej, nieznanej strony?...
Stałam na wąskiej ścieżce między paprociami w ciszy tak wielkiej, że
sięgała swoim początkiem wieczności. Drzewa wydawały się wyrastać z powietrza. Nie tak jak w zwykłym lesie, gdzie z korzeni ukrytych pod
ziemią pojawia się gładki pień i gałęzie obsypane liśćmi. Tutaj wszystko
było zielone, obwieszone mchami, wilgotne. Gałęzie powyginane jak
korzenie i korzenie obrośnięte zielonością jak gałęzie. Rozcapierzone
dłonie paproci i zielone ramiona drzew sięgające we wszystkie strony.
Wyglądały tak jakby uczyły się latać.
W cudownym lesie Kamakou na wyspie Molokai na Hawajach
I ta niezwykła cisza, w której serce uczy się bić na nowo. Nie ma
niczego co znam, nic nie dzieje się w sposób, jaki rozumiem. Wszystko
jest nowe. Inne. I nie dlatego, że dopiero przed chwilą się zaczęło,
lecz raczej dlatego, że dotychczas ukrywało się przed ludzkim wzrokiem i żyło zgodnie z odwiecznym rytmem pierwotnego lasu. Według prastarego
czasu, w którym nie ma nic i dzieje się wszystko.
To właśnie czułam dookoła.
Czułam, że tam jest wszystko, ponieważ nie istnieje nic takiego, co
byłoby możliwe do wytłumaczenia i nazwania ludzkimi pojęciami. Było za
to wszystko, co składa się na tajemnicę życia i przetrwania.
Od jak dawna rósł tutaj ten niezwykły las?
Powiedziano mi później, że to jest ostatni prawdziwie hawajski las.
Taki, jaki rósł w czasach kiedy przypłynęli tu z daleka żeglarze w swoich śmigłych łodziach. Na podstawie badań archeologicznych przyjmuje
się, że było to około roku 300 naszej ery, czyli ponad półtora tysiąca
lat temu.
Zeszli na ląd. Panowała cisza. Bosymi stopami dotknęli piasku i ruszyli
dalej, w stronę chłodnego lasu.
Te same bujne strzępiaste zielone paprocie hapu'u ścieliły się pod
ich palcami, pachniały te same drzewa pomarańczowe 'alani, i te same
hawajki cynobrowe, małe ptaki z długim wąskim dziobem, szukały nektaru
wśród słodkich kwiatów drzewa '?hi'a lehua. I ta sama prawieczna
cisza ściekała kroplami po wilgotnym mchu.
Nie dziwię się, że chcieli zostać. Ja też chciałam.
Muszę jednak zacząć od początku.
Pójdź razem
ze mną przez niezwykły las
Kamakou na wyspie Molokai.
Przejdź do YT
Rozdział 3. Podróże w wyobraźni
ROZDZIAŁ 3
Podróże w wyobraźni
Dawno, dawno temu, w pewnym szarym mieście w Polsce czasów
komunistycznych pewna dziewczyna siedziała w szkolnej ławce i wzdychała.
Patrzyła w okno zamiast na tablicę i wyobrażała sobie jak niezwykły musi
być świat. Ponieważ w tamtych czasach nie było jeszcze internetu, a w telewizji pokazywano tylko programy zaakceptowane przez dwa publiczne
kanały kontrolowane przez rząd, dostęp do informacji był ograniczony.
Z jednej strony można powiedzieć, że to źle, bo utrudnia rozwój i naukę,
ale z drugiej strony kiedy coś jest trudniej dostępne, staje się dużo
bardziej cenne.
Tak jak wtedy, kiedy masz nieograniczony dostęp do wszystkich możliwych
rodzajów jedzenia. W każdym sklepie masz do wyboru wiele rodzajów
czekolady, ciastek, kaszy, ryżu, warzyw, owoców i przypraw. Możesz kupić
ile chcesz i zjeść do syta. Wszystkiego jest tak dużo i w tak wielkiej
obfitości, że przestajesz zwracać na to uwagę i nie stanowi to dla
ciebie wyjątkowej wartości.
Zupełnie inaczej jednak jest wtedy, kiedy zdobycie czegoś do jedzenia
wiąże się z pewnym wysiłkiem. Kiedy w sklepie jest tylko to co jest, a nie to, co byś chciał. Kiedy są ograniczenia, braki, i kiedy nie ma
pewności, że będziesz mógł ugotować i zjeść wszystko, na co masz ochotę.
Wtedy zaczynasz doceniać to, co udaje ci się zdobyć. Smakujesz to jak
skarb, pamiętasz o tym przez wiele następnych dni, marzysz o tym, że
może znów będziesz miał takie szczęście i trafisz na to, co lubisz.
Ilustracja z amerykańskiego czasopisma z 1934 roku. Myślę, że tak
właśnie wyobrażałam sobie kiedyś Hawaje.
Tak samo jest z wiedzą.
Kiedy miałam szesnaście lat, świat był fascynująco odległy. Na
pożółkłych kartkach encyklopedii hasła były krótkie i ogólnikowe. W podręczniku geografii zamiast pasjonujących opowieści o tym jak żyją
ludzie innych plemion podawano suche fakty dotyczące wydobycia węgla
brunatnego i rodzajów gleb.
Dlatego każda ciekawa informacja, która przedostawała się za żelazną
kurtynę, do szarej i płaskiej rzeczywistości, była jak cudownie
migoczący, kolorowy motyl. Rozbudzała wyobraźnię i rozpalała pragnienia.
Chciałam za nią biec za siedem rzek i siedem oceanów.
Pewnego dnia usłyszałam dwa niezwykłe słowa: Mauna Kea. Brzmiały dla
mnie jak magiczne zaklęcie. Mauna Kea. Biała Góra. Wulkan na Hawajach.
Najwyższa góra na świecie.
Zaraz. Jak to "najwyższa na świecie"?
Przecież każde dziecko wie, że najwyższy jest Mt. Everest z 8848 metrami
nad poziomem morza! Tak nas uczono w szkole! Pamiętam nawet klasówkę z geografii, kiedy trzeba było poprawnie wpisać jego wysokość. Wszystko
jednak zależy od tego jaką definicję przyjmiemy dla pomiaru wysokości
góry. Czy należy zmierzyć ją całą? Czy też może tylko jakąś część
spełniającą określone wymagania?
Góra jest taka jaka jest, prawda? Nie każda góra rośnie tak, żeby jej
pomiar był łatwy i mieścił się w światowych standardach.
Jak należy się w takim razie zachować w sytuacji, kiedy góra zaczyna się
poniżej poziomu powierzchni ziemi w głębinach oceanu? Czy należy to brać
pod uwagę? A dlaczego nie? Kto powiedział, że góra musi zaczynać się od
wysokości zero?
Mauna Kea mierzona od podstawy ma ponad 10 000 metrów wysokości i jest
najwyższą górą na świecie. Wyrasta z dna oceanu i prawie sięga nieba.
Dla rdzennych Hawajczyków jest świętym miejscem. Tylko tyle wiedziałam.
I ze wszystkich sił zapragnęłam tam dotrzeć.
Miałam szesnaście lat. Buntowałam się przeciwko wszystkiemu, co
widziałam dookoła. Uciekałam ze szkoły i z domu, nie chciałam się uczyć,
nie chciałam być dorosła, bo dorośli dookoła mnie wydawali się smutni i zagubieni.
Ja chciałam czegoś innego. Chciałam kolorów, pasji, marzeń i spełnienia.
I chociaż nie miałam pieniędzy ani majętnych krewnych, i chociaż nie
miałam paszportu, który w tamtych czasach był przechowywany na
posterunku milicji, i chociaż nie można było swobodnie podróżować ani
nawet kontaktować się ze światem, ja postanowiłam, że pewnego dnia
pojadę na Hawaje i wejdę na szczyt najwyższej góry świata.
Nieważne kiedy. Bo przecież wiadomo, że życie ma swój własny plan i czasem trzeba cierpliwie czekać aż nadejdzie odpowiedni moment. Czekałam
więc.
Moja wyprawa na szczyt najwyższej góry świata Mauna Kea była na razie
niemożliwa do zorganizowania, ale mogłam - i chciałam - zrealizować ją w takim wymiarze, jaki był dla mnie dostępny. W wyobraźni. Zaczęłam pisać
opowiadania i malować. I czekałam cierpliwie.
Wiele lat.
Bo nawet kiedy już zaczęłam podróżować, nie od razu wyruszyłam na wyspy
Oceanu Spokojnego.
Ale w końcu przyszedł ten moment.
Mniej więcej trzydzieści lat po tym kiedy usłyszałam nazwę Mauna Kea po
raz pierwszy, spakowałam plecak i wyruszyłam w podróż na Hawaje.
Poleć razem
ze mną nad Oceanem Spokojnym.
Przejdź do YT
Rozdział 4. W San Francisco o świcie
ROZDZIAŁ 4
W San Francisco o świcie
Zapakowałam całą moją ciekawość i chęć zrozumienia tego co nowe i nieznane. Być może z powodu tego nadzwyczajnie obfitego bagażu duchowego
samolot lecący do San Francisco leciał wolniej i dłużej niż zwykle.
Straciłam następne połączenie i musiałam spędzić noc na lotnisku.
Hawaje leżą na środku oceanu.
Właściwie nie na środku. Pośrodku jest tylko woda.
Hawaje leżą trochę na północ od środka oceanu.
Tahiti leży trochę na południe od środka oceanu.
Do najbliższego innego państwa, którym jest wyspiarska Republika
Kiribati, jest trzy tysiące kilometrów. Do najbliższego lotniska w San
Francisco - 3841 km, do Tokio - 4023 km.
Rowery do wynajęcia w mieście Kailua-Kona na Big Island: 19 dolarów za
dwie godziny, 29 dolarów za dzień.
Obudziłam się w San Francisco o świcie. Było jeszcze ciemno. Być może
tak właśnie miało być.
O ke au i kahuli wela ka honua
O ke au i kahuli lole ka lani
O ke au i kuku'iaka ka la
E ho'omalamalama i ka malama.
Dawno temu kiedy ziemia była gorąca,
a niebo obróciło się i zmieniło,
w czasach kiedy światło słońca cofnęło się
po to, by zalśnić pełną mocą,
podczas przepastnej ciemności zimy Makalii,
powstała garstka błota,
z której później wyrosła cała Ziemia.
Źródło najgłębszej ciemności
powstałej z najczarniejszego zmroku,
z ciemności słońca w głębinach czasu,
tak powstała noc.
Tak zaczyna się hawajska opowieść o stworzeniu świata, Kumulipo,
przetłumaczona na angielski przez królową Lili'uokalani1.
Z ciemności narodziła się ciemność. Na lotnisku pachniała pierwsza
parzona kawa. Zgrzytały zwijane metalowe kraty. Nowy dzień. Sto
pięćdziesiąt tysięcy nowych pasażerów. Sto pięćdziesiąt tysięcy
jednorazowych kubków. Sto tysięcy bułek z cynamonem i lukrem. Trzysta
tysięcy prześwietlonych bagaży.
Sto różnych nazw miejsc na świecie wyświetlonych na tablicach. Kona!
Znajduję moje lotnisko przeznaczenia. Nie brzmi wcale po hawajsku. Kona
mogłoby równie dobrze być nazwą miasta w Indonezji albo w Burkina Faso.
Gdzie leży Kona na pewno wiedzą tylko triatloniści, którzy biorą udział
w najtrudniejszych zawodach świata o tytuł Ironmana, czyli Człowieka z Żelaza. Żeby go zdobyć, trzeba w rekordowym czasie przepłynąć odcinek
3.86 kilometra w oceanie, przejechać 180 kilometrów na rowerze i przebiec pełen maraton (41.195 km). Najszybszy w 2018 roku Patrick Lange
z Niemiec ukończył triatlon z czasem 7 godzin 52 minuty 39 sekund.
Na swojej stronie internetowej napisał: Triatlon to coś więcej niż
tylko pływanie, jazda na rowerze i bieganie. To sport wytrzymałościowy,
który codziennie zmusza cię do pokonywania granic zarówno fizycznych,
jak i mentalnych. Najważniejsze jest to, żeby ciągle się uczyć, zaufać
swojej sile, a przede wszystkim - nigdy się nie poddawać! Trzeba
walczyć!
Mimo woli zacisnęłam pięści. Trzeba walczyć! Pojutrze będę wchodzić na
najwyższą górę świata! Wiem, że będzie trudno, ale dam radę! Wchodziłam
już wcześniej na wysokie góry. Na wulkan Mismi w Peru 5597 m n.p.m. i na
szczyt Lobuche East w Himalajach 6119 m n.p.m. Wiem co to znaczy iść
przez śnieg i lód w rozrzedzonym powietrzu, zmagać się ze zmęczeniem,
niewyspaniem i zbyt małą ilością tlenu. Wiem. Dam radę. Najwyższa góra
na świecie!
I w sumie jak niezwykle łatwe jest to, co jest takie trudne!
Dotrzeć z Polski na Hawaje na drugim końcu świata?
Nic prostszego. Wsiadasz do samolotu, lądujesz w San Francisco.
Cierpliwie czekasz aż gotowy będzie następny samolot, który zabierze cię
dalej. Wsiadasz, lecisz i patrzysz przez okno. Czytasz książkę. Oglądasz
film. Rozmyślasz. Szykujesz się do nowej przygody. Mauna Kea. Spełnienie
mojego marzenia.
Królowa Lili'uokalani - córka króla Kal?kaua, ostatnia królowa Hawajów. [wróć]
Rozdział 5. Rajskie wyspy
ROZDZIAŁ 5
Rajskie wyspy
Kona to zawietrzna strona wyspy. Każdej wyspy. Wszystkie wyspy na
Hawajach mają region, który nazywa się Kona. To jest ta część, do której
przybywa wiatr z oceanu. Oraz samolot z San Francisco, który zgodnie z planem wylądował około pierwszej po południu lokalnego czasu.
Małe budynki lotniska w tradycyjnym hawajskim stylu, szum w głowie.
Dwanaście godzin różnicy w porównaniu z czasem w Polsce. Wyruszyłam w środę rano, teraz jest piątek nad ranem, ale jednocześnie czwartek po
południu. Godziny spędzone na sztucznie oświetlonych lotniskach i w samolotach zlewają się ze sobą. Nie wiem już gdzie jestem. Jedyna
nadzieja w tym, że pilot wylądował właściwie.
Wyciągam z ciekawością szyję. Może gdzieś w oddali zobaczę wierzchołek
najwyższej góry świata? Nic nie widać. Niebo jest zasnute dymem
wydobywającym się z wulkanów na południowo-wschodniej części wyspy.
Kona to zawietrzna część Big Island, Wielkiej Wyspy. Zawietrzna, czyli
ta, z której wieje wiatr, w odróżnieniu do nawietrznej, czyli pod wiatr.
Kailua-Kona to największe miasto w dystrykcie Kona w zachodniej części
Big Island. Nie mylić z Kailua w hrabstwie Honolulu na wschodnim
wybrzeżu wyspu Oahu.
Biały smukły kościół i ogromne drzewo o gładkich szarych konarach, które
wyglądają jak wijące się do nieba węże. To jest moje pierwsze
wspomnienie z Hawajów. Zakręt na pustej szosie. Zielonkawy brzeg oceanu.
Żółty katamaran na wodzie. Nazywał się Kini-kini, czyli "Mnóstwo".
Serio?... Zatrzymałam się przy brzegu. Tak wyglądają Hawaje?...
A właściwie jak miałyby wyglądać? - zapytałam samą siebie.
Biały, smukły kościół i rozłożyste drzewo w mieście Kailua-Kona na Big
Island.
Mała, płytka zatoczka, w której kąpały się dzieci. Pusta droga. Łódki na
piasku. Palmy w oddali. Czegoś mi tu brakowało. Ale czego?... Czegoś...
hawajskiego. Zaraz. Gdzie są tancerki hula, trzcinowe spódniczki,
girlandy kwiatów i surferzy na deskach?... Elvis Presley z gitarą??...
Roześmiałam się. Zabawne, że czasem z okruchów informacji tworzy się
pewien podświadomy obraz, który nie ma nic wspólnego z prawdą. Niektórzy
czasem nawet sprytnie zbierają te okruchy i kreują z nich reklamową
wizję odpowiadającą skrytym ludzkim pragnieniom.
Na okładkach amerykańskich pism turystycznych na początku lat
sześćdziesiątych można było zobaczyć obrazki z raju. Hawaje były
reklamowane jako paradise islands - rajskie wyspy pełne młodych
dziewcząt o długich, falujących włosach oraz równie pięknych,
muskularnych młodzieńców, których jedynym zajęciem było pływanie na
deskach po falach oceanu. Oraz uśmiechanie się do fotografów. Wschody
słońca i zachody słońca. Kostiumy bikini, słoneczna pogoda, na twoje
przybycie oczekują szczęśliwi tubylcy z ananasami w rękach.
Stworzono obraz miejsca przeznaczonego na idealne wakacje w tropikalnym
raju. Aż chciałoby się uwierzyć, że orzechy kokosowe same spadają z drzewa prosto w twoje spragnione ręce, a stoliczek sam się nakrywa na
wieczorny posiłek pod niebem pełnym gwiazd. Och, nawet więcej!
Idealne wakacje, idealna miłość, idealny ślub!
W samolocie przed wylądowaniem zwykle trzeba wypełnić formularz
imigracyjny, w którym jedno z najważniejszych pytań dotyczy celu
przyjazdu. Najczęściej dwie pierwsze możliwości do wyboru to "wakacje"
albo "biznes". Gdziekolwiek będziesz na świecie, jesteś albo turystą,
który zamierza zwiedzać i wydawać pieniądze, albo wysłannikiem firmy,
która chce na miejscu robić interesy. Tak czy inaczej jesteś mile
widziany.
Okładka pisma dla surferów, zachęcająca do wzięcia udziału w zawodach na
cześć słynnego hawajskiego surfera i ratownika Eddie'go Aikau.
Zbliżaliśmy się właśnie do lądowania. Wypełniłam wszystkie rubryki,
gdzie należy podać imię, nazwisko, datę urodzenia, adres zamieszkania,
płeć, zawód, numer lotu samolotem i numer paszportu, i zatrzymałam się
przy "celu podróży". I zdumiałam się, bo dwie pierwsze opcje do wyboru
to "ślub" albo "podróż poślubna"!
To jest najbardziej popularny cel podróży na Hawaje!
Biała suknia, złota plaża, zachód słońca. Rachunek za tę jedną noc
wynosi mniej więcej trzydzieści tysięcy dolarów. Wszystko na Hawajach
jest drogie. Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedziałam.
Siedziałam przy oknie autobusu i przecierałam oczy ze zdumienia.
Mówiłam już, że między Polską a Hawajami jest dwanaście godzin różnicy
czasu, prawda? I że uciekł mi samolot na Hawaje, więc musiałam zostać na
noc w San Francisco? Byłam więc trochę zmęczona, rozkojarzona i z trudem
usiłowałam zebrać myśli i podążyć za nimi.
Znów przetarłam oczy i zmrużyłam je, żeby lepiej widzieć. W głowie
rozbrzmiewało mi z głuchym stukotem tylko jedno pytanie:
- GDZIE JA JESTEM??!!
Autobus podskakiwał, ja trzęsłam się wraz z nim, a te trzy uparte słowa
dudniły w moich myślach jak pestki w pustej tykwie.
GDZIE JA JESTEM???...
Gdzie ja jestem? Co się stało? Dokąd ja leciałam? Dokąd chciałam
przyjechać? Co tu się dzieje? Co ja widzę?...
I jak to możliwe, że widzę to co właśnie widzę????....
Przykleiłam nos do szyby.
Jechałam przez pustynię. Przez czarną pustynię, która ciągnęła się aż po
horyzont. Mrużyłam oczy, wpatrywałam się w dal, ale za oknem nie było
nic. Tylko czarna płaska pusta pustynia, gdzie nic nie rośnie i nic nie
żyje. Z całą pewnością nie jest to miejsce, gdzie ktokolwiek chciałby
brać ślub albo przyjechać w podróż poślubną. Ani w ogóle jakąkolwiek
podróż.
Zamknęłam oczy, potrząsnęłam głową i znów wyjrzałam przez okno.
Tego się nie spodziewałam - południowa część wyspy Big Island była
czarna, sucha, pusta i pozbawiona życia.
Bez zmian. Czarna płaska ziemia bez oznak jakiejkolwiek formy życia. Nie
było nawet najmniejszego źdźbła trawy. Ani jednego kwiatka. Żadnego
pagórka ani drzewa. Zwały czarnych kamieni. Czarny, suchy, pusty
płaskowyż ciągnący się kilometrami po obu stronach drogi.
Westchnęłam. Myślenie przychodziło mi z wyraźnym trudem.
Są tylko dwie możliwości.
Albo przez pomyłkę wylądowałam nie tam, gdzie planowałam dotrzeć.
Albo Hawaje są zupełnie inne niż wszystkim się wydaje.
Obie możliwości były bardzo prawdopodobne.
Zobacz jak wyglądał
mój pierwszy dzień na Hawajach.
Przejdź do YT