Blondynka na Czarnym Lądzie - Beata Pawlikowska

-
Proszę czekać

Roz­dział 1Lew w na­mio­cie

To zwie­rzę jest więk­sze niż sa­mo­chód! - prze­ra­żo­ny szept wdarł się do mo­je­go przy­tul­ne­go śpi­wo­ra i za­plą­tał się w moje spo­koj­ne sny jak ostrze zim­ne­go noża.

- Obudź się! - na­le­gał dy­go­czą­cy ze stra­chu głos. - Ucie­kaj­my!

- Co? - mruk­nę­łam, nie prze­sta­jąc śnić.

- Na ze­wnątrz jest ja­kieś zwie­rzę! Sły­szę jego pasz­czę!

- Pew­nie pies.

- To zwie­rzę jest więk­sze niż sa­mo­chód!!

- To może lew. - rzu­ci­łam od nie­chce­nia w głąb ciem­ne­go na­mio­tu i na­tych­miast po­czu­łam ła­sko­ta­nie na po­licz­ku.

Ock­nę­łam się. De­li­kat­ny do­tyk na skó­rze może ozna­czać bar­dzo dużo. Może to być nie­to­perz wam­pir w po­szu­ki­wa­niu świe­żej krwi, za­błą­ka­ny wąż albo pa­jąk ptasz­nik. Ale za­raz - za­mru­ga­łam ocza­mi - prze­cież ja je­stem w Afry­ce. I to na­praw­dę może być lew!

- Sły­szysz?!... - za­dy­go­tał głos. - Sły­szysz ja­kie ma wiel­kie zęby?...

- Sły­szę ja­kie ma wiel­kie zęby - od­po­wie­dzia­łam szep­tem i cał­kiem już przy­tom­nie.

Znaj­do­wa­li­śmy się w obo­zo­wi­sku na sa­wan­nie, w cien­kim na­mio­cie, któ­ry bez cie­nia opo­ru pod­dał­by się pa­zu­rom na­wet mniej wy­ma­ga­ją­ce­go zwie­rzę­cia niż lew. Mo­gli­śmy zo­stać ła­two za­ata­ko­wa­ni przez hie­ny, lam­par­ta, kro­ko­dy­la, na­wet przez pło­chli­we sza­ka­le. Ale żad­ne z tych zwie­rząt przed na­tar­ciem nie mia­ło­by ra­czej ocho­ty na chru­pa­nie tra­wy. I choć od­gło­sy do­bie­ga­ją­ce z ciem­no­ści wy­do­by­wa­ły się bez wąt­pie­nia z wiel­kiej pasz­czy, mu­sia­ła to być pasz­cza ro­śli­no­żer­na.

- I co te­raz? - wy­szep­tał Mi­chał, któ­re­go twarz ze stra­chu zro­bi­ła się bia­ła jak księ­życ i za­czę­ła świe­cić w na­mio­cie.

- Hm, nie mamy bro­ni - po­wie­dzia­łam okrut­nie. - Więc je­że­li ten lew jest głod­ny, to...

Za­pa­dła krót­ka, tre­ści­wa ci­sza, w któ­rej sły­chać było nie tyl­ko mor­der­cze od­gło­sy z ze­wnątrz, ale i dud­nią­cy ło­pot Mi­cha­ło­we­go ser­ca, któ­re chy­ba mia­ło ocho­tę wy­fru­nąć z nie­go na za­wsze.

- ...To?... - za­py­tał bły­ska­jąc w ciem­no­ści sze­ro­ko otwar­ty­mi ze stra­chu ocza­mi.

- Czy wi­dzia­łeś kie­dyś lwa je­dzą­ce­go tra­wę? - za­py­ta­łam rze­czo­wym to­nem.

- Ale on jest więk­szy od sa­mo­cho­du...

- Mi­chał! To nie jest lew!

- Wi­dzia­łem - upie­rał się, a ja na­gle uświa­do­mi­łam so­bie dziw­ny fakt.

Co wła­ści­wie Mi­chał ro­bił w moim na­mio­cie? Kie­dy wie­czo­rem kła­dłam się spać, by­łam ab­so­lut­nie i po­nad wszel­ką wąt­pli­wość sama. Kie­dy i w jaki spo­sób?... Spoj­rza­łam na nie­go z na­my­słem.

- Usły­sza­łem dzi­ki ryk i wte­dy... - wy­ja­śnił skru­szo­nym gło­sem - ...nie mo­głem zo­stać sam.

- Dzi­ki ryk?

Mi­chał chy­ba chciał coś jesz­cze po­wie­dzieć, ale nie mógł. Z jego ust wy­do­by­wał się por­ce­la­no­wy marsz wy­bi­ja­ny zgod­nym ryt­mem przez szczę­ka­ją­ce zęby. Było to szczę­ka­nie tak or­kie­stral­nie wie­lo­gło­so­we i po­tęż­ne, że i ja za­mil­kłam na chwi­lę. Na­gle szczę­ka Mi­cha­ła opa­dła i oto­czy­ła nas ci­sza. Gęst­nie­ją­ca z każ­dą upły­wa­ją­cą se­kun­dą, w któ­rej z na­głą ja­sno­ścią i w tym sa­mym mo­men­cie uświa­do­mi­li­śmy so­bie to, że chrzęsz­czą­ce pasz­czą zwie­rzę na ze­wnątrz też za­mil­kło.

Za­nim zdą­ży­li­śmy so­bie to na­wza­jem za­ko­mu­ni­ko­wać, na­miot się po­ru­szył. A my ra­zem z nim.

Dzi­ka pasz­cza nie znaj­do­wa­ła się już w bli­żej nie­okre­ślo­nej ciem­no­ści na ze­wnątrz. Była tuż obok, dy­sząc cięż­ko i łap­czy­wie, jak­by nie mo­gła się już do­cze­kać dwóch so­czy­stych pol­skich obia­dów w na­szych skrom­nych oso­bach.

W tej dra­ma­tycz­nej sy­tu­acji na­le­ża­ło za­cho­wać jak naj­da­lej po­su­nię­tą ostroż­ność i roz­wa­gę. Nie ru­szać się, nic nie mó­wić, nie wy­ko­ny­wać żad­ne­go ge­stu. Dzi­kie zwie­rzę­ta za­zwy­czaj ata­ku­ją tyl­ko wte­dy, kie­dy zo­sta­ną spro­wo­ko­wa­ne i gdy czu­ją się za­gro­żo­ne. W na­tu­ral­nym od­ru­chu pró­bu­ją się wte­dy bro­nić, wy­ko­rzy­stu­jąc wszel­kie moż­li­we na­rzę­dzia spre­zen­to­wa­ne im przez Mat­kę Na­tu­rę - kły, pa­zu­ry, jad, rogi, ko­py­ta albo po pro­stu po­ra­ża­ją­cą masę cia­ła.

Mia­łam ma­leń­ką na­dzie­ję, że Mi­chał o tym wie. Nie­ste­ty, nie wie­dział. Szczę­ka­ją­ca or­kie­stra jego zę­bów ode­zwa­ła się z taką mocą, że dźwięk echem od­bi­jał się od aka­cji po­ra­sta­ją­cych sa­wan­nę. W in­nych oko­licz­no­ściach mo­gło­by to zo­stać uzna­ne za wspo­mnie­nie eg­zo­tycz­nej pol­skiej zimy albo brat­nie we­zwa­nie dla po­bli­skie­go Ki­li­man­dża­ro. W tam­tym mo­men­cie jed­nak świat się za­trzy­mał.

Zdu­mio­na pasz­cza też.

Po­ru­szy­łam ocza­mi i w prze­ra­ża­ją­cej ci­szy usły­sza­łam ich sze­lest. W na­stęp­nej se­kun­dzie ser­ce wy­sko­czy­ło mi z wnętrz­no­ści, a Mi­chał w po­słusz­nym mil­cze­niu osu­nął się bez przy­tom­no­ści na zie­mię. W po­wie­trzu zaś roz­legł się naj­bar­dziej dzi­ki i wy­zy­wa­ją­cy, prze­raź­li­wy i po­twor­ny ryk, jaki moż­na so­bie wy­obra­zić. Gdy­by głos po­tra­fił mro­zić, zo­sta­ło­by z nas lo­do­wi­sko.

Wro­słam w zie­mię. Mi­chał u mo­ich stóp wy­glą­dał jak spo­koj­nie uśpio­ny ucie­ki­nier z krwa­we­go hor­ro­ru o przy­go­dach Dra­ku­li. Jed­nym ru­chem otwo­rzy­łam na­miot. Świst otwie­ra­ne­go su­wa­ka za­brzmiał wy­zy­wa­ją­co jak prób­ny wy­strzał. Ści­snę­łam w ręce la­tar­kę, na­bra­łam głę­bo­ko po­wie­trza i wy­sko­czy­łam w ciem­ność.

Roz­dział 2Prze­bu­dze­nie

Świt był błę­kit­ny z ró­żo­wy­mi kre­ska­mi na ho­ry­zon­cie. Pach­niał jak wil­got­na wi­śnia, za któ­rą w pół­śnie po­dą­ża­ły moje usta. Już pra­wie czu­łam jej so­czy­sty smak i do­tyk ak­sa­mit­nej skór­ki, gdy na­gle wi­śnia mruk­nę­ła. Było to mruk­nię­cie bło­gie, za­chę­ca­ją­ce i za­do­wo­lo­ne. Wzru­szy­łam się. Czy to sen, czy nie sen, jak cu­dow­nie jest spo­tkać słod­ki owoc, któ­ry ma ocho­tę zo­stać zje­dzo­ny i nie waha się otwar­cie do tego przy­znać. Wspa­nia­ła Afry­ka - po­my­śla­łam le­ni­wie - dzi­ka, pier­wot­na i groź­na, a jed­nak przy tym tak roz­kosz­nie ule­gła i przy­ja­zna. Jak cu­dow­nie jest bu­dzić się w ten afry­kań­ski po­ra­nek wy­peł­nio­ny świer­go­tem eg­zo­tycz­nych pta­ków, pierw­szy­mi pro­mie­nia­mi słoń­ca i...

Wi­śnia mruk­nę­ła jesz­cze raz, jesz­cze bar­dziej bło­go, bar­dziej za­chę­ca­ją­co i z jesz­cze więk­szym za­do­wo­le­niem.

Wrza­snę­łam. Po­wrót do rze­czy­wi­sto­ści bar­dziej przy­po­mi­nał zgrzyt za­wia­sów za­rdze­wia­łych drzwi niż speł­nie­nie ma­rzeń. Otwo­rzy­łam oczy i ostroż­nie ro­zej­rza­łam się do­oko­ła.

Le­ża­łam czu­le przy­tu­lo­na do pia­sku i ka­my­ków na pla­sti­ko­wej pod­ło­dze na­mio­tu, pod­czas gdy pod moim śpi­wo­rem na ma­te­ra­cu naj­spo­koj­niej w świe­cie chra­pał Mi­chał, pod­sta­wia­jąc mi w do­dat­ku pod nos swój ko­ści­sty po­li­czek.

- Ty!... - za­tch­nę­ło mnie na taką bez­czel­ność.

Na­tych­miast też po­wró­ci­ły wspo­mnie­nia mi­nio­nej nocy. Za­mru­ga­łam ocza­mi, sta­ra­jąc od­two­rzyć ko­lej­ność zda­rzeń. Ktoś wła­mał się do mo­je­go na­mio­tu, ucie­ka­jąc przed dzi­ko ry­czą­cym po­two­rem, któ­ry w do­dat­ku... był więk­szy od sa­mo­cho­du?!... Czy to moż­li­we? Po­krę­ci­łam gło­wą. Tak, strach ma wiel­kie oczy, a spa­ni­ko­wa­na wy­obraź­nia po­tra­fi wy­cią­gnąć z pod­świa­do­mo­ści głę­bo­ko skry­wa­ne lęki. Cie­ka­we cze­go na­praw­dę boi się ten dłu­go­wło­sy gość, któ­ry wtar­gnął w nocy do mo­je­go na­mio­tu, bez py­ta­nia zaj­mu­jąc moje po­sła­nie, a te­raz mru­czy przez sen, jak­by się spo­dzie­wał na­gro­dy.

- Wsta­waj! - trą­ci­łam go w ra­mię. - Obudź się.

Uśmiech­nął się i mruk­nął. Mu­siał być na­praw­dę moc­no uśpio­ny, bo mo­je­go gło­su, na­wet przy naj­więk­szej do­zie do­brej woli, nie moż­na by na­zwać przy­ja­znym. Usia­dłam, zdra­pa­łam tro­chę bło­ta z twa­rzy i przy­po­mnia­łam so­bie na­gle, że ja też sły­sza­łam ten prze­ra­ża­ją­cy ryk, a po­tem. Co sta­ło się po­tem?... Pa­mię­tam, że wy­sko­czy­łam z na­mio­tu w ciem­ność i pa­mię­tam, że... Ciar­ki prze­bie­gły mi po krzy­żu. Zde­rzy­łam się z czymś wiel­kim i twar­dym, a nóż, któ­ry trzy­ma­łam w ręce.

Pod­nio­słam fa­lu­ją­cą płach­tę na­mio­tu i ostroż­nie wyj­rza­łam na ze­wnątrz. Świt na­praw­dę był błę­kit­ny z ró­żo­wy­mi kre­ska­mi na ho­ry­zon­cie. Pta­ki za­no­si­ły się ra­do­snym świer­go­tem, a w błysz­czą­cej od rosy tra­wie le­żał mój nóż. Ści­snę­łam go w gar­ści, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć co zda­rzy­ło się po­przed­niej nocy. Na nie­bie były mi­lio­ny gwiazd. Choć zda­je się, że po­ja­wi­ły się tam do­pie­ro w mo­men­cie, kie­dy wy­rżnę­łam czo­łem o nie­spo­dzie­wa­nie twar­dy i nie­ru­cho­my cel. A po­tem?...

Wes­tchnę­łam i na­tknę­łam się na sze­ro­ko otwar­te oczy Mi­cha­ła. Skąd się wziął ten dziw­ny gość i cze­mu pa­trzy na mnie jak mnie jak na Wil­ka z baj­ki?

- To mó­wi­łeś, że skąd je­steś? - za­py­ta­łam od nie­chce­nia ba­wiąc się no­żem.

- Z War­sza­wy - pi­snął Mi­chał.

- I od jak daw­na je­steś w Afry­ce?

- Od pię­ciu dni, przy­je­cha­łem au­to­bu­sem z Dar es Sa­la­am, szu­ka­łem miej­sca na sa­fa­ri i przy­łą­czy­łem się do trzech Fran­cu­zek, khem, khem - za­kasz­lał - chy­ba się prze­zię­bi­łem.

- Pew­nie zmar­z­łeś na moim ma­te­ra­cu pod moim śpi­wo­rem - pod­su­nę­łam.

- Na­praw­dę? - przy­ło­żył so­bie rękę do czo­ła. - Ojej, chy­ba mam go­rącz­kę.

Opor­ny przy­pa­dek. Nie zmie­sza­ło go to, że ja spa­łam na pla­sti­ko­wej ubło­co­nej pod­ło­dze na­mio­tu, a on w tym sa­mym cza­sie miał cie­płe przy­kry­cie.

- Może na przy­szłość po­wi­nie­neś więc ko­rzy­stać ze swo­je­go śpi­wo­ra? - pod­po­wie­dzia­łam. - I nie bie­gać nocą po sa­wan­nie.

- Tra­ge­dia! - przy­po­mniał so­bie Mi­chał. - Tra­ge­dia! By­łem kom­plet­nie wy­trą­co­ny z rów­no­wa­gi! Pew­nie dla­te­go nie mo­głem w nocy spać!

- Nie mo­głeś spać?... - pod­chwy­ci­łam, przy­po­mi­na­jąc so­bie jego dud­nią­ce chra­pa­nie.

- Wciąż jesz­cze czu­ję przy­spie­szo­ne bi­cie ser­ca - zo­rien­to­wał się Mi­chał, z tro­ską kła­dąc so­bie dłoń na pier­siach.

Mimo woli ro­ze­śmia­łam się. Czło­wiek wła­mał się do mo­je­go na­mio­tu w nocy, ucie­ka­jąc przed pa­ra­li­żu­ją­cym go stra­chem i prze­ra­że­niem przed po­two­rem cza­ją­cym się w ciem­no­ści, zo­stał prze­ze mnie ura­to­wa­ny i przy­gar­nię­ty, spał pod moim śpi­wo­rem, dzię­ki cze­mu być może do­żył tego pięk­ne­go po­ran­ka, a te­raz za­miast z wdzięcz­no­ścią i jak naj­szyb­ciej udać się z po­wro­tem do swo­jej kwa­te­ry, opo­wia­da o swo­im de­li­kat­nym zdro­wiu, wy­raź­nie ocze­ku­jąc za­in­te­re­so­wa­nia i współ­czu­cia.

- Miło, że wpa­dłeś - po­wie­dzia­łam chłod­no, wska­zu­jąc na wyj­ście.

- Aj, ajaj - za­sy­czał Mi­chał, chwy­ta­jąc się za ple­cy.

- Boli? - pod­po­wie­dzia­łam uprzej­mie.

- O tak, tak - przy­tak­nął z ulgą. - Chy­ba źle się uło­ży­łem.

- Może więc tej nocy po­wi­nie­neś zo­stać we wła­snym na­mio­cie.

- Tak, masz ra­cję, to praw­da. Mam bar­dzo de­li­kat­ne ple­cy.

- Za­uwa­ży­łam - po­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się za­cho­wać po­wa­gę.

- No wła­śnie - Mi­chał z gry­ma­sem się­gnął po buty.

Za­raz. Czło­wiek, któ­ry w pa­ni­ce ucie­ka przed po­twor­nym zwie­rzę­ciem cza­ją­cym się w ciem­no­ści pa­mię­ta o tym, żeby wło­żyć skar­pet­ki i buty przed wyj­ściem z na­mio­tu?... Chy­ba że spał w bu­tach? Nie, Mi­chał wy­glą­dał ra­czej na ko­goś, kto wozi ze sobą wła­sną po­dusz­kę i prze­ście­ra­dło, żeby nie do­ty­kać śpi­wo­ra, w któ­rym może się cza­ić nie wia­do­mo co.

- Skor­pio­ny - rzu­cił wy­ja­śnia­ją­co w moją stro­nę. - Za­wsze trze­ba no­sić po­rząd­ne buty, szcze­gól­nie nocą.

- Ach tak? - uśmiech­nę­łam się.

- Tu­taj żyją naj­bar­dziej ja­do­wi­te skor­pio­ny świa­ta. Jed­no ugry­zie­nie po­wo­du­je śmierć w mę­czar­niach.

- Hm - ukry­łam śmiech. - To chy­ba te skor­pio­ny tu­taj mają wy­jąt­ko­wo wiel­kie pasz­cze - pod­po­wie­dzia­łam.

- Tak - po­twier­dził sta­now­czo Mi­chał.

- I wiel­kie zęby?

- No ra­czej tak, dla­te­go wła­śnie są ta­kie nie­bez­piecz­ne.

- A wi­dzia­łeś kie­dyś skor­pio­na? - rzu­ci­łam od nie­chce­nia ob­ser­wu­jąc jak Mi­chał sta­ran­nie sznu­ru­je buty.

- No ja­sne!

- W te­le­wi­zji?

- No ja­sne! Gdy­bym spo­tkał skor­pio­na w rze­czy­wi­sto­ści, to już by mnie tu nie było.

- Ro­zu­miem - ro­ze­śmia­łam się. Czy mam mu tłu­ma­czyć, że skor­pio­ny nie mają wiel­kich pasz­czy i nie gry­zą zę­ba­mi, tyl­ko w chwi­li za­gro­że­nia wbi­ja­ją prze­ciw­ni­ko­wi ko­lec ja­do­wy umiesz­czo­ny na koń­cu ogo­na?... A naj­bar­dziej ja­do­wi­te skor­pio­ny nie żyją na afry­kań­skiej sa­wan­nie, tyl­ko na Sa­ha­rze.

- O, śnia­da­nie już jest go­to­we - ucie­szył się Mi­chał i czym prę­dzej od­ma­sze­ro­wał w głąb obo­zu. Wi­zja pie­czo­nych kieł­ba­sek i grza­nek spra­wi­ła, że za­po­mniał o bo­lą­cych ple­cach, pal­pi­ta­cji ser­ca i prze­zię­bie­niu.

Roz­dział 3Mzi­zi­ma

Pew­ne­go dnia po­sta­no­wi­łam po­je­chać do Afry­ki. Ku­pi­łam bi­let i wy­lą­do­wa­łam na tro­pi­kal­nym, dusz­nym lot­ni­sku w Mom­ba­sie. Wszyst­ko było tak, jak lu­bię naj­bar­dziej: czter­dzie­sto­stop­nio­wy upał, stu­pro­cen­to­wa wil­got­ność po­wie­trza i pal­my o strzę­pia­stych li­ściach, któ­re szu­mią na wie­trze tak, jak­by opo­wia­da­ły pra­daw­ne hi­sto­rie. Po Oce­anie In­dyj­skim su­nę­ła arab­ska łódź zwa­na dhow. Od ty­się­cy lat pod­da­ni suł­ta­na Oma­nu uży­wa­li do że­glo­wa­nia ło­dzi z cha­rak­te­ry­stycz­nym trój­kąt­nym ża­glem i urzą­dze­niem do na­wi­ga­cji zwa­nym ka­mal, któ­ry po­zwa­lał okre­ślić sze­ro­kość geo­gra­ficz­ną na pod­sta­wie po­mia­ru po­ło­że­nia Gwiaz­dy Po­lar­nej nad ho­ry­zon­tem. Zimą wiatr po­py­chał ich na po­łu­dnie, na wschod­nie wy­brze­że Afry­ki, la­tem wra­ca­li do oj­czy­zny.

Wy­obra­zi­łam so­bie sma­głych od mor­skiej soli i słoń­ca że­gla­rzy, któ­rzy scho­dzą na ląd i wi­ta­ją się z tu­byl­ca­mi, któ­rzy w za­chwy­cie oglą­da­ją naj­bar­dziej nie­zwy­kłe przy­pra­wy: ma­leń­kie, aro­ma­tycz­ne goź­dzi­ki, kształt­ne mig­da­ły, pach­ną­cą korę cy­na­mo­now­ca zwi­nię­tą w rur­ki, ta­jem­ni­czą gał­kę musz­ka­to­ło­wą... Na tar­go­wi­sku in­ten­syw­ne za­pa­chy aż krę­cą w no­sie i mie­sza­ją się z dy­mem hin­du­skich ka­dzi­de­łek. Sprze­daw­cy w sku­pie­niu od­mie­rza­ją por­cje dro­go­cen­nych przy­praw na za­baw­nych fru­wa­ją­cych wa­gach, ktoś roz­gry­za ziar­no pie­przu, żeby spraw­dzić czy jest świe­ży i moc­ny, pach­nie wa­ni­lia, kar­da­mon i pla­ster­ki roz­kro­jo­ne­go im­bi­ru... Arab­scy kup­cy przy­wo­zi­li do Afry­ki tka­ni­ny, pa­cior­ki, na­czy­nia, me­tal i sól, wy­mie­nia­jąc je na bo­gac­twa Czar­ne­go Lądu: zło­to, kość sło­nio­wą, rogi no­so­roż­ca, olej pal­mo­wy i skó­ry dzi­kich zwie­rząt.

Spę­dzi­łam tro­chę cza­su w Mom­ba­sie, ru­szy­łam śla­dem Ka­ren Bli­xen do Na­iro­bi i tro­pem Er­ne­sta He­min­gwaya do par­ku na­ro­do­we­go Am­bo­se­li u stóp Ki­li­man­dża­ro. Kil­ka mie­się­cy póź­niej wró­ci­łam do Ke­nii ra­zem ze słu­cha­cza­mi Ra­dia Zet, dla któ­rych udział w wy­pra­wie był na­gro­dą w kon­kur­sie Tu­ka­sa­tam­bi­ba.

A po­tem usły­sza­łam in­try­gu­ją­ce sło­wo mzi­zi­ma. Ist­nia­ło w świe­cie lu­dzi z ple­mie­nia Ba­ra­wa i Za­ra­mo, któ­rzy przy­by­li z da­le­ka w oko­li­ce Mbwa Maji. Być może sta­ło się tak dla­te­go, że ich bli­scy przy­ja­cie­le z ple­mie­nia Doe lu­bi­li cza­sem prze­gryźć ludz­kie mię­so.

Wie­le lat póź­niej do Afry­ki przy­był mło­dy An­glik. Był rok 1854, a John Han­ning Spe­ke ubra­ny w nie­na­gan­nie skro­jo­ny sur­dut nie­spo­dzie­wa­nie na­po­tkał na swo­jej dro­dze uzbro­jo­nych tu­byl­ców. Nie byli w przy­ja­znych na­stro­jach. Wy­wią­za­ła się bły­ska­wicz­na bi­twa, pod­czas któ­rej przy­ja­ciel Joh­na Spe­ke'a otrzy­mał cios oszcze­pem prze­bi­ja­ją­cy mu oba po­licz­ki na wy­lot. John zo­stał schwy­ta­ny przez tu­byl­ców i po­dziu­ra­wio­ny kil­ko­ma ude­rze­nia­mi dzi­dy. Moż­na by po­my­śleć, że ta­kie przy­go­dy na za­wsze od­bio­rą mu chęć po­dró­żo­wa­nia po Afry­ce. Mi­nę­ło jed­nak kil­ka­na­ście mie­się­cy. Rany się za­go­iły, a w wy­obraź­ni po­ja­wi­ły się za­gad­ko­we miej­sca i le­gen­dar­ne za­kąt­ki, któ­re po­zo­sta­wa­ły nie­od­kry­te i owia­ne tak wiel­ką ta­jem­ni­cą, że rów­nać się z nią nie mo­gła na­wet słyn­na lon­dyń­ska mgła.

John Spe­ke i Ri­chard Fran­cis Bur­ton spa­ko­wa­li wa­liz­ki i znów wy­lą­do­wa­li w Afry­ce. Drę­czył ich wil­got­ny, cięż­ki upał i tro­pi­kal­ne cho­ro­by. Pew­nej nocy Spe­ce obu­dził się z prze­ra­ża­ją­cym uczu­ciem, że coś po­ru­sza się we wnę­trzu jego gło­wy. Ja­kaś nie­wąt­pli­wie oży­wio­na isto­ta wkrę­ca­ła się w głąb jego ucha, drep­ta­ła nóż­ka­mi po jego mó­zgu, do­pro­wa­dza­jąc go do sza­leń­stwa. W koń­cu chwy­cił za nóż i wy­dłu­bał so­bie z ucha czar­ne­go żuka, po­zby­wa­jąc się jed­no­cze­śnie nie tyl­ko nie­pro­szo­ne­go go­ścia w swo­jej gło­wie, ale i słu­chu. Nie­dłu­go po­tem stra­cił też na pe­wien czas wzrok. Dla­te­go choć jako pierw­szy Eu­ro­pej­czyk sta­nął nad je­zio­rem Tan­ga­ni­ka, nie mógł go zo­ba­czyć. Po­tem do­ko­nał jesz­cze dwóch waż­nych rze­czy: do­tarł nad na­stęp­ne je­zio­ro, któ­re­mu nadał na­zwę Je­zio­ro Wik­to­rii i usta­lił dłu­go po­szu­ki­wa­ne źró­dło Nilu.

W swo­im dzien­ni­ku pew­ne­go dnia za­pi­sał: Aby przy­spie­szyć spra­wy, po­sta­no­wi­łem po­da­ro­wać tym mę­czy­du­szom ład­ny ka­wa­łek suk­na i pięć­set na­szyj­ni­ków z bia­łych pa­cior­ków. Zo­sta­ły przy­ję­te do­pie­ro wte­dy, gdy prze­mó­wił Ka­ram­bu­le, su­ge­ru­jąc, że po­wi­nie­nem spre­zen­to­wać coś do­dat­ko­we­go, spe­cjal­nie dla nie­go. Da­łem mu więc czer­wo­ny koc zwa­ny joho i pięć sznu­rów pa­cior­ków mzi­zi­ma, war­tych tyle, co pięć­dzie­siąt zwy­kłych bia­łych ko­ra­li.

W książ­ce o han­dlu wy­mien­nym ko­ra­li­ka­mi w Afry­ce dzie­więt­na­ste­go wie­ku zna­la­złam in­for­ma­cję, że mzi­zi­ma bywa tak­że na­zy­wa­na mtun­do, bal­gha­mi, je­la­bi albo po pro­stu "pa­sia­sta per­ła z Nie­miec". Ri­chard Bur­ton w swo­im dzien­ni­ku z wy­pra­wy pi­sze z za­chwy­tem, że mzi­zi­ma to wiel­ki szkla­ny pa­cio­rek w ko­lo­rze nie­ba.

Wkrót­ce po­tem do­wie­dzia­łam się jed­nak, że ist­nie­je jesz­cze jed­na Mzi­zi­ma. Po­wsta­ła jako wio­ska nad brze­giem Oce­anu In­dyj­skie­go, któ­rej tu­byl­cy nada­li na­zwę Zdro­we Mia­sto, w ję­zy­ku za­ra­mo - Mzi­zi­ma. Wie­le lat póź­niej na po­tęż­nej kró­lew­skiej ło­dzi przy­pły­nął tam suł­tan Zan­zi­ba­ru. Spoj­rzał na mia­stecz­ko i ode­tchnął z ulgą, a na pa­miąt­kę tego zda­rze­nia nadał mu na­zwę Przy­stań Po­ko­ju, co po arab­sku brzmia­ło Dar es Sa­la­am. Tam roz­po­czę­łam moją po­dróż.

Roz­dział 4Dzi­kie pa­rów­ki

Wy­je­cha­li­śmy z obo­zu po dzie­wią­tej. Mój kie­row­ca, Da­vid, przy­glą­dał mi się po­dejrz­li­wie. Ja jemu też.

- Do­brze spa­łaś? - za­gad­nął w koń­cu od nie­chce­nia.

- Do­brze - od­po­wie­dzia­łam rów­nie lek­ko. - A ty?

- Ja nie mo­głem spać! - ode­zwał się na­gle Flo­rian, nasz ku­charz.

Szczu­pły, o ma­łej gło­wie i du­żych ustach, w mil­cze­niu przy­go­to­wy­wał po­sił­ki, co w wa­run­kach obo­zo­wych nie było ła­twym za­da­niem. A jed­nak Flo­rian po­tra­fił na śnia­da­nie po­dać ja­jecz­ni­cę, sma­żo­ne kieł­ba­ski, grzan­ki, dżem, ma­sło orze­cho­we, kawę i cze­ko­la­dę do pi­cia.

- Coś się wła­ma­ło do na­szej kuch­ni! - oświad­czył Flo­rian. - Roz­bi­ło garn­ki i ta­le­rze, i wy­żar­ło wszyst­kie kieł­ba­ski.

- Kieł­ba­ski?! - jęk­nął z prze­ra­że­niem Da­vid, któ­re­go sto ki­lo­gra­mów wagi było ży­wym do­wo­dem uwiel­bie­nia dla kieł­ba­sek.

- Ale kto się wła­mał? - za­py­ta­łam z na­głą ja­sno­ścią uświa­da­mia­jąc so­bie, że znam jed­ne­go osob­ni­ka, któ­ry nocą bie­gał po obo­zie.

- Nie "kto", tyl­ko "co" - spro­sto­wał Flo­rian marsz­cząc czo­ło. - To było wiel­kie jak sa­mo­chód!

- Czło­wiek? - pod­rzu­ci­łam jak gdy­by nig­dy nic. Sza­lo­ny tu­ry­sta, zie­lo­no­oki bru­net z Pol­ski wy­głod­nia­ły z nad­mia­ru ad­re­na­li­ny?

- To nie był czło­wiek - od­rzekł po­waż­nym gło­sem Flo­rian. - Wi­dzia­łem jego cień na moim na­mio­cie.

- Kieł­ba­ski! - wes­tchnął Da­vid, za­trzy­mu­jąc sa­mo­chód.

Od­ru­cho­wo się­gnę­łam po apa­rat fo­to­gra­ficz­ny.

Sło­wo sa­fa­ri w ję­zy­ku su­ahi­li ozna­cza po pro­stu "po­dróż". Sa­fa­ri or­ga­ni­zo­wa­ne dla tu­ry­stów od­by­wa się w spe­cjal­nie przy­sto­so­wa­nym sa­mo­cho­dzie, któ­ry ma w da­chu wy­cię­tą dziu­rę. Kie­row­ca ma so­ko­li wzrok i wie­le lat do­świad­cze­nia, któ­re po­zwa­la mu na po­zor­nie pu­stej prze­strze­ni wy­pa­trzeć dzi­kie zwie­rzę­ta ukry­wa­ją­ce się w żół­tej tra­wie albo gę­stwi­nie drzew. Wte­dy za­trzy­mu­je sa­mo­chód i rzu­ca jed­no z wie­lu elek­try­zu­ją­cych ha­seł, ta­kich jak: "ba­wół", "hie­na" albo "lew". Pa­sa­że­ro­wie sa­mo­cho­du chwy­ta­ją za ka­me­ry, apa­ra­ty fo­to­gra­ficz­ne, zry­wa­ją się z fo­te­li i za­czy­na­ją się go­rącz­ko­wo roz­glą­dać, przy­po­mi­na­jąc sta­do pod­eks­cy­to­wa­nych su­ry­ka­tek.

- Gdzie, gdzie?

- Tam, tam!

- O! Rze­czy­wi­ście! Jaki wiel­ki!

Kie­dy więc Da­vid za­trzy­mał auto i po­wie­dział "kieł­ba­ski", od­ru­cho­wo ze­rwa­łam się z sie­dze­nia z apa­ra­tem fo­to­gra­ficz­nym go­to­wym do strza­łu. I od razu usia­dłam z po­wro­tem, stu­ka­jąc się w czo­ło. Co jak co, ale dzi­kie kieł­ba­ski ra­czej nie żyją na wol­no­ści na afry­kań­skiej sa­wan­nie!

- Kieł­ba­ski! - po­wtó­rzył Da­vid z upo­rem.

- O tam!

- Ja­kie kieł­ba­ski? - wy­obra­zi­łam so­bie nie­zna­ne afry­kań­skie zwie­rzę­ta w kształ­cie me­ga­pa­ró­wek, któ­re prze­bie­ra­jąc nóż­ka­mi cho­wa­ją się w gę­stwi­nie li­ści jak nie­śmia­łe jed­no­roż­ce.

- Na drze­wie! - wy­ja­śnił Da­vid, cho­ciaż po­win­nam ra­czej po­wie­dzieć, że nie "wy­ja­śnił", a "wy­ciem­nił".

Afry­kań­skie kieł­ba­sy nie tyl­ko żyły na wol­no­ści na sa­wan­nie, ale i po­tra­fi­ły się wdra­py­wać na drze­wa! Po­win­nam mu może wy­tłu­ma­czyć, że blon­dyn­ki z Pol­ski z nie­jed­ne­go rusz­tu pa­rów­ki ja­dły i nie moż­na im bez­kar­nie za­my­dlać oczu. Spoj­rza­łam na Flo­ria­na, spo­dzie­wa­jąc się skry­wa­ne­go chi­cho­tu, ale on wy­glą­dał jak łódź pod­wod­na - głę­bo­ko za­to­pio­ny. We wła­snych my­ślach. Na­gle jed­nak za­czął mru­gać, a jego orze­cho­we oczy otwo­rzy­ły się tak sze­ro­ko, że gdy­by za sa­mo­bież­ny­mi pa­rów­ka­mi w Afry­ce fru­wa­ły też hi­po­po­ta­my, to z ła­two­ścią mo­gły­by mu wle­cieć do gło­wy.

Sim­ba1 - szep­nął Flo­rian naj­cich­szym moż­li­wym szep­tem, nie po­ru­sza­jąc na­wet po­wie­trza dźwię­kiem swo­je­go gło­su.

Gdy­by w po­bli­żu nas nie­spo­dzie­wa­nie zna­la­zło się wię­cej fru­wa­ją­cych hi­po­po­ta­mów, to i ja zna­la­zła­bym się w po­waż­nym nie­bez­pie­czeń­stwie. Na szczę­ście hi­po­po­ta­my nie fru­wa­ją. Nie po­lu­ją na sa­mo­bież­ne pa­rów­ki. Nie wla­tu­ją lu­dziom do oczu. Spo­koj­nie. Je­ste­śmy w bez­piecz­nym sa­mo­cho­dzie, któ­ry wpraw­dzie za­miast da­chu ma wiel­ką dziu­rę, ale z pew­no­ścią jest od­po­wied­nio wzmoc­nio­ny i...

Flo­rian pi­snął ci­chut­ko. Nie wy­glą­dał już jak łódź pod­wod­na. Te­raz przy­po­mi­nał ogrom­ne czar­ne nie­mow­lę, któ­re pra­gnie ukryć się głę­bo­ko na dnie dzie­cię­ce­go wóz­ka. Za­stygł nie­ru­cho­mo z ta­kim wy­ra­zem twa­rzy, jak­by ktoś wy­jął mu z ust ulu­bio­ny smo­czek. Da­vid też za­stygł, za­wie­sza­jąc swój wiel­ki brzuch na kie­row­ni­cy. Nie tra­cąc wię­cej cza­su i idąc za ich do­świad­czo­nym przy­kła­dem, za­sty­głam i ja.

Na­prze­ciw­ko nas stał lew. By­najm­niej nie za­sty­gnię­ty. Był znacz­nie bar­dziej żywy niż mo­gli­by­śmy so­bie tego ży­czyć. Po­ru­szał nie­znacz­nie koń­ców­ką ogo­na, co w in­nych oko­licz­no­ściach mo­gła­bym zi­gno­ro­wać, nie­ste­ty aż za do­brze zna­łam ten gest z za­cho­wa­nia mo­ich do­mo­wych ko­tów. Wska­zy­wał na jed­no: wzbie­ra­ją­cą z każ­dą se­kun­dą iry­ta­cję. Nie pró­bo­wa­łam na­wet do­my­ślać się po­wo­dów tego zde­ner­wo­wa­nia. Być może w po­bli­żu znaj­do­wał się dru­gi nie­zbyt miły lew albo może zna­leź­li­śmy się nie­chcą­cy na te­ry­to­rium za­re­zer­wo­wa­nym wy­łącz­nie dla dzi­kich ko­tów, a może lwi­ca usły­sza­ła na­sza roz­mo­wę o kieł­ba­skach i też za­pra­gnę­ła ich spró­bo­wać, a może wła­śnie nie, może aku­rat dzi­siaj wy­pa­da dzień we­ge­ta­riań­ski na sa­wan­nie i roz­mo­wa o kieł­ba­skach jest kom­plet­nie nie na miej­scu...

Jak za­klę­ci wpa­try­wa­li­śmy się w po­dry­gu­ją­cy ko­niu­szek ko­sma­te­go ogo­na. Zgod­nie z prze­pi­sa­mi obo­wią­zu­ją­cy­mi w par­kach na­ro­do­wych Tan­za­nii nie mie­li­śmy ze sobą żad­nej bro­ni - z wy­jąt­kiem noży ku­chen­nych Flo­ria­na, któ­re jed­nak le­ża­ły gdzieś na da­chu spa­ko­wa­ne z resz­tą wy­po­sa­że­nia kuch­ni. Z bra­ku du­bel­tów­ki albo choć nie­wiel­kie­go re­wol­we­ru strze­lać mo­gli­śmy je­dy­nie z pal­ców.

Ża­den roz­sąd­ny czło­wiek pod­czas sa­fa­ri tego jed­nak nie zro­bi. Dzi­kie zwie­rzę­ta w każ­dej sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej - czy to w dżun­gli, czy na pu­sty­ni, w gó­rach czy na sa­wan­nie - ata­ku­ją z dwóch po­wo­dów: albo są głod­ne, albo czu­ją się za­gro­żo­ne. Je­że­li lwi­ca uzna nas za bez­bron­nych, bez­sil­nych i bez­rad­nych, za­pew­ne zo­sta­wi nas w spo­ko­ju... Chy­ba że nad­szedł aku­rat czas lwie­go obia­du.

Od­ru­cho­wo spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Pora lun­chu! Lwi­ca na­tych­miast od­wró­ci­ła gło­wę w moją stro­nę. Mia­ła czar­ne, pło­ną­ce śle­pia i wil­got­ny nos, któ­rym czuj­nie wcią­ga­ła po­wie­trze, jak­by chcia­ła wy­czy­tać z nie­go po­trzeb­ne in­for­ma­cje.

Does it ever hap­pen that the lions eat pe­ople here?2 - za­py­ta­łam nie od­ry­wa­jąc od niej oczu.

W zgęst­nia­łej od stra­chu i ad­re­na­li­ny ci­szy to py­ta­nie za­brzmia­ło jak od­pa­le­nie sil­ni­ków ra­kie­ty ko­smicz­nej. Wła­ści­wie do­pie­ro wte­dy zo­rien­to­wa­łam się, że za­da­łam je na głos, a nie we wła­snych my­ślach.

Yes - od­rzekł ci­cho Da­vid. - Of co­ur­se3.

- Acha - po­wie­dzia­łam ci­chut­ko.

Lwi­ca ru­szy­ła przed sie­bie. Pro­sto na nas. Mo­gła­by jed­nym sko­kiem zna­leźć się na ma­sce sa­mo­cho­du albo na da­chu - któ­re­go w prak­ty­ce nie było, bo dach w sa­mo­cho­dach sa­fa­ri zdej­mu­je się spe­cjal­nie po to, żeby pa­sa­że­ro­wie mo­gli bez prze­szkód na­wią­zy­wać kon­takt z dzi­ką przy­ro­dą. Cza­sem bywa też od­wrot­nie - czy­li że dzi­ka przy­ro­da ma ocho­tę na­wią­zać kon­takt z pa­sa­że­ra­mi.

Sit... still... - rzu­cił przez za­ci­śnię­te zęby Da­vid. - Nie ru­szać się...

Po­słu­cha­li wszy­scy oprócz lwi­cy, któ­ra mięk­ko i lek­ko zbie­gła ze ska­ły na dro­gę, a gdy otar­ła się bo­kiem o ma­skę sa­mo­cho­du, po­czu­łam za­pach jej roz­grza­ne­go słoń­cem fu­tra. Pach­nia­ła po­dob­nie jak ja­gu­ar w dżun­gli ama­zoń­skiej - trud­ną do okre­śle­nia mie­sza­ni­ną cie­płej skó­ry, fu­tra, zie­mi i po­zo­sta­ło­ści z krwa­we­go obia­du. Na gło­wie mia­ła dłu­gą, lek­ko za­okrą­glo­ną jak pół­księ­życ bli­znę. Zwin­nie wspię­ła się na zbo­cze po prze­ciw­nej stro­nie dro­gi i jesz­cze wy­żej, na ga­łąź drze­wa.

Prze­tar­łam oczy. Drze­wo było ob­wie­szo­ne pa­rów­ka­mi.

Zwi­sa­ły wśród zie­lo­nych li­ści jak na wy­sta­wie gi­gan­tycz­ne­go skle­pu z wę­dli­ną. Każ­da na­drzew­na afry­kań­ska pa­rów­ka mia­ła co naj­mniej pół me­tra dłu­go­ści i wy­glą­da­ła ab­so­lut­nie nie­re­al­nie. Z dru­giej stro­ny jed­nak by­łam go­to­wa uwie­rzyć w to, że na drze­wie ja­kimś cu­dem wy­ro­sły me­ga­pa­rów­ki, któ­re zwa­bi­ły do sie­bie głod­ne­go lwa i tym sa­mym ura­to­wa­ły nam ży­cie.

A może to jest...? W par­kach roz­ryw­ki Wal­ta Di­sneya na Flo­ry­dzie wi­dzia­łam po­dob­nie fan­ta­stycz­ne i nie­wia­ry­god­ne rze­czy, ta­kie jak choć­by ti­ger lily, czy­li li­lię ty­gry­sią z gło­wą praw­dzi­we­go dzi­kie­go kota wy­ra­sta­ją­cą na koń­cu zie­lo­nej ro­ślin­nej ło­dy­gi. Po­pa­trzy­łam na Da­vi­da. Spo­glą­dał na drze­wo pa­rów­ko­we z wy­raź­nym ape­ty­tem. Flo­rian ocie­rał pot z czo­ła.

- Sau­sa­ges - wes­tchnął tę­sk­nie Da­vid. - Drze­wo kieł­ba­sko­we. Przy­smak pa­wia­nów.

- To są praw­dzi­we kieł­ba­ski? - za­py­ta­łam ostroż­nie.

- Praw­dzi­we kieł­ba­ski z drze­wa kieł­ba­sko­we­go - po­twier­dził Da­vid.

- Mię­sne?...

- Hi, hi, hi - nie wy­trzy­mał Flo­rian.

- We­ge­ta­riań­skie? - do­my­śli­łam się.

Tak wła­śnie od­kry­łam ko­lej­na afry­kań­ską ta­jem­ni­cę. Sa­wan­na afry­kań­ska rze­czy­wi­ście jest do­mem dla wie­lu dzi­ko ży­ją­cych ga­tun­ków. Wśród nich moż­na tak­że spo­tkać dzi­kie pa­rów­ki.

Drze­wo pa­rów­ko­we

Po an­giel­sku: Sau­sa­ge tree

Po ła­ci­nie: Ki­ge­lia afri­ca­na

W ję­zy­ku su­ahi­li: Mwe­gea

Po ma­saj­sku: Ol-dar­boi

Ro­śnie w ca­łej wschod­niej Afry­ce. Pa­rów­ko­we owo­ce są przy­sma­kiem hi­po­po­ta­mów, sło­ni i pa­wia­nów. Ży­ra­fy żują mło­de owo­ce jak gumę do żu­cia.

Nie­doj­rza­łe owo­ce są dla lu­dzi tru­ją­ce. Kie­dy doj­rze­ją, ich miąższ jest gąb­cza­sty i mdły, nie na­da­je się więc do je­dze­nia na su­ro­wo przez lu­dzi, ale Ma­sa­jo­wie przy­rzą­dza­ją z nich piwo. Wy­star­czy miąższ po­kro­ić w pla­stry i lek­ko przy­piec, po­tem do­dać go do soku z trzci­ny cu­kro­wej z odro­bi­ną afry­kań­skie­go mio­du i po­cze­kać aż ca­łość sfer­men­tu­je. Piwo pa­rów­ko­we po­da­je się w kie­lisz­kach zro­bio­nych z ło­dy­gi bam­bu­sa i naj­czę­ściej pije się przez cien­ką trzci­no­wą rur­kę.

Oprócz in­try­gu­ją­ce­go wy­glą­du i piw­nych wła­ści­wo­ści, drze­wo pa­rów­ko­we jest też afry­kań­ską ap­te­ką. Robi się z nie­go le­kar­stwa na wie­le róż­nych cho­rób - od zwy­kłych bó­lów gło­wy i wy­sy­pek, przez trąd, raka, czer­won­kę, cho­ro­by pa­so­żyt­ni­cze, a na­wet ma­la­rię, cu­krzy­cę, i za­pa­le­nie płuc. Ko­bie­ty z Ton­ga dba­ją o cerę re­gu­lar­nie sto­su­jąc ma­secz­ki z pa­rów­ko­wych owo­ców. Ta­jem­ni­cze są też wiel­kie czer­wo­ne kwia­ty drze­wa pa­rów­ko­we­go, któ­re za­kwi­ta­ją wy­łącz­nie nocą i są za­py­la­ne przez nie­to­pe­rze - po­dob­nie jak kwia­ty ba­oba­bów.

Roz­dział 5Fru­wa­ją­ce nie­mow­lę­ta

Obu­dzi­ły mnie nie­mow­lę­ta fru­wa­ją­ce wo­kół na­mio­tu. Le­ża­łam z za­mknię­ty­mi ocza­mi, od­zy­sku­jąc po­wo­li świa­do­mość. W wy­obraź­ni zo­ba­czy­łam małe czar­ne nie­mow­lę­ta o pulch­nych nóż­kach, krą­żą­ce w po­wie­trzu z ra­do­snym ga­wo­rze­niem. To wzbi­ja­ły się wy­żej, to swo­bod­nie opa­da­ły, ma­cha­jąc rącz­ka­mi i śli­niąc się ob­fi­cie.

Otwo­rzy­łam oczy. Na­miot. Afry­ka. Sa­wan­na. Spo­koj­nie. To był tyl­ko sen. W rze­czy­wi­sto­ści w obo­zo­wej kuch­ni krzą­ta­ją się już ku­cha­rze, skwier­czą grzan­ki i ja­jecz­ni­ca, pach­nie kawa, sły­chać stu­ka­nie na­rzę­dzi, war­kot sil­ni­ków sa­mo­cho­do­wych i kwi­le­nie fru­wa­ją­cych nie­mow­ląt...

Usia­dłam. To nie był sen! Uszczyp­nę­łam się tak moc­no, że mimo woli jęk­nę­łam. Na­tych­miast z ze­wnątrz od­po­wie­dzia­ły mi ra­do­sne po­krzy­ki­wa­nia roz­swa­wo­lo­nych afry­kań­skich nie­mow­ląt, któ­re na wy­ści­gi fru­wa­ły mię­dzy na­mio­ta­mi. Ze­rwa­łam się z po­sła­nia, jed­nym ru­chem otwo­rzy­łam za­mek i wyj­rza­łam na ze­wnątrz. Ośle­pi­ło mnie słoń­ce i ob­łok gry­zą­ce­go ku­rzu, z któ­re­go po chwi­li wy­ło­ni­ła się za­sko­czo­na twarz Flo­ria­na.

- Śnia­da­nie go­to­we - po­wie­dział nie­śmia­ło. - Czy mogę już skła­dać na­miot?

- Tak - od­po­wie­dzia­łam od­ru­cho­wo, nie za­sta­na­wia­jąc się nad tym, że wciąż w nim sie­dzę, więc mu­siał­by go spa­ko­wać ra­zem ze mną.

Mia­łam jed­nak waż­niej­sze spra­wy na gło­wie niż ewen­tu­al­ne po­dró­żo­wa­nie w ru­lo­nie na da­chu sa­mo­cho­du. Ro­zej­rza­łam się. I na­gle zo­ba­czy­łam śmi­ga­ją­ce nad obo­zo­wi­skiem czar­ne pta­ki, któ­re wy­da­wa­ły z sie­bie nie­mow­lę­ce okrzy­ki i ga­wo­rze­nia. Co za ulga! To zna­czy, że nie prze­grza­ło mnie słoń­ce i nie tra­fi­łam do Kra­iny Wiecz­nych Ło­wów za spra­wą głod­nej lwi­cy. Żyję, od­dy­cham, czu­ję za­pach ja­jecz­ni­cy i mam wiel­ką ocho­tę spo­tkać się z nią jak naj­bli­żej. Ona chy­ba ze mną też.

Po śnia­da­niu po­je­cha­li­śmy do lasu. Z krza­ków i za­ro­śli wiel­ki­mi ocza­mi przy­glą­da­ły się nam bu­szbo­ki - duże an­ty­lo­py o sre­brzy­sto­sza­rej sier­ści, a wy­so­ko na ga­łę­ziach sie­dzia­ły abi­syń­skie ge­re­zy, czy­li mał­py o dłu­gich pu­szy­stych ogo­nach po­dob­nych do li­sich kit. Koła sa­mo­cho­du skrzy­pia­ły na ka­mie­niach, za­krę­tach i wznie­sie­niach, przez któ­re pro­wa­dzi­ła le­śna dro­ga. Cza­sem spo­mię­dzy wierz­choł­ków drzew wy­ła­niał się ośnie­żo­ny szczyt góry Meru, wpro­wa­dza­jąc do afry­kań­skie­go kra­jo­bra­zu nie­po­ko­ją­co hi­ma­laj­ski cień.

Przez pe­wien czas je­cha­li­śmy przez buj­ną zie­lo­ność sub­tro­pi­kal­ne­go lasu, w pół­mro­ku wy­so­kich drzew i roz­ło­ży­stych krze­wów, po ka­mie­ni­stej dro­dze po­prze­ra­sta­nej ko­rze­nia­mi, na któ­rych wy­grze­wa­ły się cęt­ko­wa­ne jasz­czur­ki. Cza­sem z za­ro­śli do­bie­ga­ły krzy­ki prze­stra­szo­nych nie­mow­ląt i ło­pot ich roz­pę­dzo­nych skrzy­deł. Na­wet Da­vid rzu­cał w ich stro­nę roz­tar­gnio­ne spoj­rze­nia. W pew­nej chwi­li nie­spo­dzie­wa­nie z ciem­no­ści i cie­nia wy­je­cha­li­śmy na otwar­tą prze­strzeń za­la­ną afry­kań­skim słoń­cem. Las na­gle się urwał, a my za­trzy­ma­li­śmy się na kra­wę­dzi cze­goś, co wy­glą­da­ło na kra­ter ma­łe­go wul­ka­nu. W dole spo­koj­nie pa­sły się ba­wo­ły i ze­bry, a bli­sko nich ba­wi­ło się sta­do ży­raf, do­ty­ka­jąc się i spla­ta­jąc szy­ja­mi. Sta­li­śmy tam bez ru­chu dłu­go, pew­nie gru­bo po­nad go­dzi­nę, jak w nie­mym ki­nie, któ­re­go ekran znaj­do­wał się na dnie do­li­ny wy­peł­nio­nej ży­ra­fią czu­ło­ścią. Chy­ba żad­ne inne zwie­rzę na świe­cie nie po­tra­fi za po­mo­cą szyi prze­ka­zać tyle tkli­wej przy­jaź­ni.

Po po­łu­dniu dro­ga za­czę­ła się wspi­nać do nie­ba. Tro­pi­kal­ny upał naj­pierw ze­lżał, a po­tem stop­nio­wo za­czął się za­mie­niać w an­dyj­ski chłód. Znaj­do­wa­li­śmy się na wy­so­ko­ści po­nad dwóch ty­się­cy me­trów nad po­zio­mem mo­rza i wciąż je­cha­li­śmy pod górę. Świat stał się mrocz­ny i ta­jem­ni­czy jak kra­ina Or­ków z "Wład­cy Pier­ście­ni". Drze­wa sta­ły nie­ru­cho­mo ob­wie­szo­ne po­nu­ry­mi mcha­mi. Spo­mię­dzy cięż­kiej od wil­go­ci mgły prze­dzie­ra­ła się miej­sca­mi zie­mia czer­wo­na jak ce­gła. Mar­chew­ko­wa dro­ga wy­glą­da­ła jak dy­wan, po któ­rym mie­li­śmy po­słusz­nie po­dą­żać. Ale do­kąd?...