Blondynka na Amazonce - Beata Pawlikowska

-
Proszę czekać

 

Rozdział 1  Z wiatrem i pod wiatr

Manaus to miasto zbudowane w dżungli w pobliżu miejsca, gdzie łączą się dwie gigantyczne rzeki: Amazonka i Rio Negro. Jedna jest jasna i mętna jak kawa z mlekiem, druga ciemna i złocista jak herbata. Obie są tak wielkie, że czasem wyglądają jak morze.

Trzy tygodnie wcześniej wypłynęłam z portu nad Orinoko. Różnymi przypadkowymi łódkami i statkami dopłynęłam do Rio Negro. Do Amazonki pozostało mi jeszcze tysiąc kilometrów przez dżunglę. Ale pomyślałam, że to będzie najłatwiejszy odcinek.

Stałam przecież na rudej glinie portu w S?o Gabriel da Cachoeira. To znaczy, przepraszam, nie było portu. Było miejsce, gdzie można zacumować przy skałach. I mój statek już czekał! Pan taksówkarz elegancko wyjął z bagażnika moją torbę podróżną i wniósł ją po krzywej desce na pokład statku.

Przyjechałam taksówką półtorej godziny wcześniej, żeby zająć dobre miejsce. Ten, kto przychodzi ostatni, musi spać w przejściu, gdzie ciągle będzie potrącany albo przy żarówce świecącej prosto w oczy, przy huczącym silniku albo nad ładownią.

Nauczyłam się tego wiele lat temu, kiedy zaczęłam podróżować po Amazonii. Czasem płynęłam przez dżunglę indiańskim czółnem z wiosłami, a czasem na dużej rzece można było wsiąść na statek pasażerski, który w dorzeczu Amazonki pełni funkcję autobusu dalekobieżnego. Bo przecież nie ma dróg i nie ma samochodów. Są tylko rzeki, łodzie, łódki i statki.

A na statku nie ma numerowanych miejsc, tylko jest przestrzeń. Każdy przychodzi ze swoim hamakiem, zawiesza go pod sufitem na specjalnie przygotowanych rurkach i spędza w nim całą podróż. Dlatego warto przyjść wcześniej.

W dużych miastach ludzie przychodzą nawet dziesięć godzin przed odpłynięciem statku, kładą się w hamakach i czekają. Bo jeśli tylko powiesisz hamak i wrócisz do domu, to po powrocie znajdziesz go ściśniętego w kącie nad starymi oponami. Jeżeli chcesz podróżować w miarę wygodnie, musisz przyjść wcześnie, znaleźć dobre miejsce i czekać w hamaku.

A dobre miejsce to takie, gdzie nikt nie będzie cię co chwilę potrącał, gdzie jest cicho, ciemno w nocy i jasno w dzień. Daleko od ładowni, silnika i lamp, które dla bezpieczeństwa palą się przez cały czas. Proste? No właśnie.

Wbiegłam po pochyłej desce na statek, rozejrzałam się i znalazłam ostatnią dobrą miejscówkę. Czym prędzej wyjęłam sznurki, zawiesiłam hamak i wrzuciłam do niego podręczny plecak. Hamak musi wyglądać grubo, tak, jakby zamierzał zajmować bardzo dużo miejsca. Jeśli zostawisz pusty hamak - cienki i wątły - to natychmiast ktoś powiesi się nad tobą, pod tobą i po obu stronach. I wszystkim będzie ciasno. Dlatego trzeba hamak czymś wypełnić - najlepiej własną obecnością.

Dochodziła ósma rano. Co chwilę pojawiał się nowy pasażer z myśliwskim błyskiem w oku. Każdy chciał upolować wygodne miejsce do wiszenia. Przestrzeń pośrodku i blisko dziobu zapełniała się najszybciej. Ostatni będą płynęli w ogłuszającym hałasie silnika z tyłu, blisko kuchni. I tam będzie też najgoręcej, bo spod pokładu bije żar rozgrzanych maszyn.

Do Manaus jest około tysiąca kilometrów. Można popłynąć statkiem pasażerskim albo szybką łodzią. To tak jakby mieć do wyboru autobus miejski i taksówkę.

Myślisz, że wolałbyś pojechać taksówką? Ale ta taksówka jest szczelnie zamknięta, przyciemniona i sztucznie schłodzona, a ty musisz siedzieć w niej przez dwadzieścia godzin. Naprawdę chciałbyś taksówkę? Bo ja na pewno wolałam statek!

Oparłam się o burtę i oddychałam świeżym, prawdziwym powietrzem.

O, właśnie jak duch do brzegu podpłynęła Diamantina Manaus - ekspresowa łódź, która ma odpłynąć o ósmej. Długa kapsuła o ciemnych oknach. Wzdrygnęłam się. Nie znoszę klimatyzacji. Wolę płynąć przez trzy dni w słońcu i deszczu niż dać się zamknąć w klimatyzowanym wnętrzu na jeden dzień.

Jest i Salvador, znajomy Hiszpan, którego spotkałam kilka dni wcześniej w wiosce Cucuí nad Rio Negro. Od siedmiu lat jedzie rowerem dookoła świata. Powiedział mi ciekawą rzecz.

Ponieważ w Amazonii drogami są rzeki, to wpadł na genialnie prosty pomysł, żeby zbudować tratwę i napędzać ją rowerem. I wiesz co się okazało? Że po Amazonce i jej dużych dopływach zawsze wieje wiatr od oceanu - więc nawet jeżeli płyniesz z prądem, to zawsze płyniesz pod wiatr! Tam, gdzie rzeka jest wąska, nie ma problemu, bo ściany dżungli chronią przed wiatrem. Ale na szerokiej rzece jest to praktycznie niewykonalne. Albo będziesz płynąć pod prąd, albo pod wiatr. Inaczej się nie da.

Punktualnie ósma zero zero. Diamantina Manaus jak żelazny sokół dostojnie odbija od brzegu i odlatuje tak prędko, że zostaje po niej na wodzie tylko kilka fal. A ja czekam cierpliwie aż mój poczciwy osobowy zapełni się ludźmi, skrzynkami i beczkami, by zabrać nas w tajemniczą podróż.

 

Rozdział 2  Ahoj, przygodo!

Można mieć bardzo dużo i nigdy nie czuć się szczęśliwym. Czasem nawet myślę, że im więcej masz, tym bardziej splątane stają się twoje myśli, bo musisz troszczyć się o utrzymanie tego, co już posiadasz i zdobycie tego, czego wciąż ci brak.

Dlatego dobrze jest czasem nie mieć nic.

No, prawie nic.

Tyle, ile można zabrać ze sobą w podróż.

Ja mam tylko hamak, podręczny plecak i czarną torbę podróżną. Jeszcze miesiąc temu była nowa. Teraz dolna część obicia zwisa w strzępach, a na górze widać ślady zostawione przez małpę, z którą płynęłam wojskową motorówką po Orinoko. Roztopiona czekolada, tłuszcz z plastra mielonki, a obok plamy po tym, co zwykle umieszcza się w toalecie. Ale to nieważne.

Czy znasz to fantastyczne uczucie początku nowej podróży?

Nic nie wiadomo - co się zdarzy ani jak będzie na miejscu. Jedyne, co masz, to twoja własna gotowość do zmierzenia się ze wszystkim, co nastąpi.

Siedziałam w hamaku dyndając z radości nogami.

Byłam wprawdzie w podróży już od kilku tygodni, ale pogoda i inne nieprzewidziane okoliczności zmuszały mnie do niespodziewanych postojów, a raczej powinnam powiedzieć, że pogoda i niespodziewane okoliczności rzucały mną po wioskach nad Orinoko i Rio Negro jak ziarnkiem piasku, które czasem wpadało w szczelinę, z której nie można się było wydostać. O tym napisałam dwie poprzednie książki[1]. A teraz rozpoczynam kolejny odcinek tej wyprawy, tym razem po Rio Negro prosto do Manaus.

Ha, jak to brzmi! Przecież tutaj nie ma prostych dróg! Amazońskie rzeki płyną nieśpiesznymi meandrami, tak jakby chciały jak najdłużej pozostać w tym miejscu na Ziemi. A towarzyszy im równie wiele zakrętów nieprzewidzianych zdarzeń.

Na razie jednak miałam zacną miejscówkę na pokładzie statku.

Uśmiechnęłam się na wspomnienie hamaka, który z braku wolnego miejsca musiałam zawiesić ponad innymi pasażerami na poprzednim statku. Dopóki było jasno, wszystko wydawało się w porządku. A potem przyszedł zmierzch, ludzie położyli się spać, a ja stanęłam pod moim hamakiem wiszącym pod sufitem na wysokości moich oczu i zastanawiałam się jak ja mam do niego wskoczyć?

Nie było drabinki ani schodów. Ani nawet ściany, o którą mogłabym się oprzeć. Musiałam opracować całkiem nową dyscyplinę sprawności fizycznej, czyli skok wzwyż do hamaka. Udało mi się. Następne dwa dni spędziłam na jej udoskonalaniu.

Ale tym razem nie będzie takiej potrzeby. Rozwiesiłam hamak w ostatnim wolnym dobrym miejscu, daleko od ładowni i silnika, w środkowej części osłoniętej przed deszczem hamakami innych pasażerów.

A teraz siedzę sobie, macham nogami i patrzę na ludzi.

Brazylijska rodzina. Mama, babcia i troje dzieci. Wszyscy jedzą chrupki ze srebrnej torby i popijają colą. Rety! To jest symbol luksusu i dobrego życia - ale jednocześnie to "dobre życie" to czysta trucizna i junk food [2].

Czy to nie dziwne, że symbolem nowoczesności i dobrobytu jest "śmieciowe jedzenie"?? To ma być najwyższy stopień rozwoju cywilizacji? Jedzenie, które ma słodki smak, więc dostarcza krótkiej przyjemności, niszcząc jednocześnie naturalną odporność organizmu? Chrupki i cola z puszki? To jest XXI wiek?...

Niebo zachmurzone, pada deszcz. O której mieliśmy odpłynąć? Chyba o dziewiątej? Wszystko jedno, bo przecież i tak... Aaaaaaa!! Zamknęłam oczy i zaczęłam kaszleć, bo niespodziewanie zostaliśmy zaczadzeni sinymi spalinami!

Wciągnięto trap!! Z gliniastego nabrzeża odjechał ostatni samochód, chyba zresztą jedyny!! Nie wiem, bo przez siną mgłę spalin nic nie było widać!! Aaaaa!!! Huczy silnik!!! Pada deszcz! Pod stopami czuję dygotanie pokładu, aaaaaa!!!!!

Ruszamy!!!! Nareszcie!!!!!!!! Dym, hałas, ścisk! Chyba podczas startu przesunęły się jakieś bagaże, bo robi się niespodziewanie ciasno! Coś mi wylądowało na nogach, coś kłuje w bok, coś zasłania mi widok!!!

Amazoński wiatr szarpnął hamakami i rozproszył niebieskie kłęby spalin. I szczęka mi opadła. Zanim wciągnięto trap na statek wbiegli ostatni spóźnieni pasażerowie.

Sześcioosobowa rodzina. Każdy ze swoim hamakiem.

Jaka jest pierwsza rzecz, którą należy zrobić na amazońskim statku? Wytężyć wzrok, znaleźć wolny kawałek przestrzeni i natychmiast go zająć. I tak właśnie zrobili ostatni pasażerowie. A ostatni kawałek wolnej przestrzeni wypatrzyli dookoła mojego hamaka.

Kiedy rozwiała się błękitna mgła, nagle zorientowałam się, że zostałam otoczona. Brazylijczycy jak sprawni łowcy jednym ruchem wyszarpnęli z toreb swoje hamaki i pum, pum, pum, błyskawicznie rozwiesili je dookoła mnie!!

Nagle zrobiło się ciasno, a moja luksusowa miejscówka znikła bezpowrotnie!! Tuż przed moimi oczami piętrowo i jeden obok drugiego wisiały hamaki, dzieci krzyczały, silnik huczał, wiatr wiał, a statek unosił się na falach Amazonki coraz dalej i dalej od gliniastego brzegu. Ahoj, przygodo!

1 "Blondynka na Orinoko" wyd. National Geographic 2014 i "Blondynka na Rio Negro" wyd. National Geographic 2014.

2 Junk food - (ang.) śmieciowe jedzenie. Nazywa się tak dlatego, że nie zawiera żadnych rzeczy, które zasilają organizm w siłę i zdrowie. A wprost przeciwnie - jest zrobione tylko ze śmieci, czyli bezwartościowych odpadków - takich jak chemicznie wybielona mąka, ciężki tłuszcz, syntetyczne słodziki, sztuczne smaki i aromaty.

 

Rozdział 3  Ideał podróżowania

Brzegi Rio Negro między S?o Gabriel da Cachoeira a Manaus są pewnie takie same jak wieki temu. W innych częściach Amazonii widać ciężki, żelazny ślad naszej cywilizacji - ścięte drzewa, krowy na pastwiskach wydartych dżungli, farmy produkujące ser i mleko, tartaki, anteny, blaszane dachy.

Ale nie tutaj.

To jest wciąż miejsce bardzo dalekie od popularnych tras. Nie ma żadnych turystów i niczego, co mogłoby im ułatwić życie. Co za szczęście. Dzięki temu ten świat nie zmienia się w wielki hotel dla przybyszów z Europy, tylko żyje wciąż własnym życiem. Oddycha. Dumnie i potężnie trwa w swoim oryginalnym, prawdziwym kształcie, nie zaprzedając się za żadne pieniądze.

Bo to, co jest rozumiane jako "rozwój" w rzeczywistości jest upadkiem.

Powstaje pierwszy hotel, bo przybysze z daleka muszą gdzieś mieszkać, prawda? Potem powstaje drugi, bo są też inni, którzy chcieliby zarobić na turystach. Potem trzeci, razem ze sklepem i restauracją. Im więcej turystów przyjeżdża, tym szybciej ginie to, co było tutaj na początku.

Żeby móc przyciągnąć tych, którzy wydają najwięcej pieniędzy, trzeba im stworzyć odpowiednie warunki - sklepy i restauracje, betonowe drogi, bezpieczne chodniki, terminale do płatności kartą kredytową.

Suchy placek z manioku, ryż i fasola codziennie? Błagam, jaki turysta zgodzi się na takie warunki?

Musi być ryba i kurczak, świeża sałata i owoce, a na śniadanie płatki kukurydziane i mleko. Gorący prysznic, telewizja i alkohol. Gotowe wycieczki z przewodnikiem, zasięg dla telefonów komórkowych i najlepiej też Wi-Fi.

Najpierw mówi się, że jest świetnie, bo wszyscy na tym korzystają - miejscowi znajdują pracę przy budowie hoteli i obsłudze turystów, wioska zarabia pieniądze, a turyści mają nowe miejsce na wakacje.

I stopniowo świat się zmienia. Staje się to prawie niezauważalnie. Jeszcze jeden metr betonu, jeszcze jeden sklep, jeszcze jedna mikrofalówka. Potem bar szybkiej obsługi.

Nikt już nie wie co to jest kasawa i jak smakuje sok zrobiony ze świeżego owocu. Jest przecież tańszy sok w kartonie. Komu by się chciało zbierać papaje, przechowywać w odpowiednim miejscu, żeby się nie zepsuły, obierać, wydłubywać pestki, miksować z wodą, skoro można wstawić do lodówki sok z fabryki. Jest tańszy, zdatny do picia przez kilka miesięcy i zawsze smakuje tak samo. Jest jednocześnie pełen chemicznych proszków i sztucznych aromatów, ale komu chciałby się o tym myśleć? Na razie jedno jest pewne: świeże papaje szybko się psują i nie każdemu smakują. A sok z kartonu jest szybki, wygodny i łatwo można na nim zarobić.

Placek z manioku? A co to jest? I po co? Czy wiesz, że zrobienie takiego placka to jest cały dzień pracy? Surowy maniok trzeba zetrzeć, odcisnąć, upiec i wysuszyć. Kto miałby na to teraz czas? Tym bardziej, że przecież są gotowe wypieki - jakie tylko chcesz - herbatniki, ciastka, bułki. Wszystko z oczyszczonej chemicznie mąki, bez wartości odżywczych, ale w dobrej cenie i w ładnym opakowaniu.

"Rozwój" oznacza, że jest wygodnie, łatwo i tanio. Nikt głośno nie mówi o tym, że taki model rozwoju jest najbardziej niezdrowym, zgubnym i destrukcyjnym rozwiązaniem, które przynosi szkodę zarówno miejscu, jak i ludziom, którzy tam mieszkają.

Znika tradycja, spokój i poczucie bezpieczeństwa. Pojawia się pieniądz, chciwość i przestępczość.

Znika zdrowie i naturalna odporność na choroby. Ludzie zaczynają tyć, chorować na serce, raka i cukrzycę.

Przestają traktować to miejsce jako swoje, za które byli odpowiedzialni i z którym było związane ich życie. Oddzielają się mentalnie od tego, co ich otacza. Przychodzą do pracy, żądają zapłaty, a potem strajkują, żeby dostać więcej. Bo nigdy już nie będą czuli, że mają wystarczająco.

Na tym właśnie polega "rozwój".

Ściąć las, posadzić pieniądze.

Oddać swoje życie komuś do zarządzania.

Zbudować system i zatrudnić strażników.

Zapomnieć o tym, co ważne.

Skoncentrować się na żądaniu więcej.

Czy to naprawdę ma być droga, która poprowadzi nas w przyszłość?

Moim zdaniem tak zmierza się prosto do zatracenia.

Na szczęście tak nie musi być. I wciąż są miejsca, gdzie tak nie jest. Choćby tutaj - na najbardziej niedostępnym odcinku Rio Negro w dżungli Brazylii.

Turyści docierają do Manaus. Nawet samoloty lądują na tamtejszym lotnisku prosto z Miami. Zbudowano nawet nowy stadion na Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Ale dalej w górę Rio Negro rzadko kto się zapuszcza.

Zbyt daleko, zbyt dziko, zbyt naturalnie.

Zawsze mnie to śmieszy, kiedy ktoś mówi:

- Tam nic nie ma!

- Naprawdę? - pytam. - Jak to nic?

- No, nic nie ma! Tylko jakieś małe wioski, zwykli ludzie, nic się nie dzieje.

- A jest targowisko?

- No jest.

- A rybacy o świcie wracają z połowem?

- No jasne.

- A Indianki używają wciąż matafrio do odciskania startego manioku?

- No, niestety tak.

I wtedy już nie mogę powstrzymać się od śmiechu, bo przecież to, co miało być "niczym", w rzeczywistości jest WSZYSTKIM!

To jest prawdziwe życie! Sto razy bardziej ciekawe niż wszystkie tak zwane atrakcje turystyczne stworzone dla pieniędzy.

Kiedy więc ktoś mi mówi, że "tam nic nie ma", to właśnie tam najbardziej chcę pojechać.

Nie chcę kupować biletu do atrakcji turystycznych i rozmawiać z przeszkolonym strażnikiem.

Chcę widzieć prawdziwe twarze prawdziwych ludzi i mieć zaszczyt bycia dopuszczoną do ich codzienności. Tylko tyle i aż tyle. Niczego więcej nie chcę. To jest dla mnie ideał podróżowania.

 

Największa na świecie organizacja naukowa i oświatowa - Towarzystwo National Geographic - powstała w 1888 roku, aby "rozwijać i upowszechniać wiedzę geograficzną". Od tego czasu Towarzystwo finansuje wyprawy naukowe i prace badawcze oraz popularyzuje wiedzę o świecie wśród ponad 9 milionów swoich członków.

Magazyn National Geographic oraz książki, programy telewizyjne, filmy wideo i DVD, a także mapy i atlasy wydawane przez Towarzystwo National Geographic uczą i inspirują.

Członkami Towarzystwa są wszyscy prenumeratorzy Magazynu, którzy opłacając prenumeratę współfinansują jego działalność.

Więcej informacji na temat działalności Towarzystwa można uzyskać na stronach internetowych: www.nationalgeographic.pl oraz na łamach Magazynu National Geographic po polsku.

 

Blondynka na Amazonce

Burda NG Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa Licencjobiorca National Geographic Society ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa

? Copyright for the edition branded National Geographic Society ? 2015 National Geographic. All rights reserved ? 2015 Copyright for the text, photos and drawings by Beata Pawlikowska

Dział handlowy: tel. (48 22) 360 38 38, 360 38 42; fax ( 48 22) 360 38 49 Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. (48 22) 360 37 77

Tekst, rysunki i zdjęcia: Beata Pawlikowska Projekt okładki: Beata Pawlikowska i Maciej Szymanowicz Opracowanie graficzne: Beata Pawlikowska i Maciej Szymanowicz DTP: Maciej Szymanowicz ISBN: 978-83-7596-683-1

Od Autorki:Lubię przecinki. Daję im artystyczną wolność, nieskrępowaną schematem. Przecinek mówi czasem więcej niż słowo, zatrzymuje myśl, oddziela znaczenia, a czasem nadaje im nowy sens. Także wtedy kiedy znika. I dlatego przecinki w tej książce są postawione i zniknięte zgodnie z artystyczną wolnością, wbrew zaleceniom korekty i na moją odpowiedzialność.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

 

Rozdział 4  Co potrzeba do szczęścia

Mój nos zadrżał jak listek na majowej brzozie. Dżungla pachniała w najbardziej niesamowity sposób. Może to ten deszcz, który jeszcze bardziej pogłębił stuprocentową wilgotność powietrza. A może to zapach indiańskich wiosek przyniesiony w bagażach pasażerów? A może po prostu tak pachnie przygoda? Oszałamiająco, przyciągająco i tak cudownie, że miałam ochotę zerwać się z hamaka i skakać z radości.

Ale zaraz.

To dziwne.

Dlaczego wszyscy stoją? I w dodatku ustawili się w dwóch długich ogonkach, tak jakby stali w kolejce?

Aaaaaaa!!!! Nagle mnie olśniło!!!! Przecież widziałam to już wcześniej na innych brazylijskich i peruwiańskich statkach!!!

Podróż rzeką trwa zwykle kilka dni, więc na pokładzie jest kucharz, który gotuje gorące posiłki.

Nie myśl tylko, że kucharz jest w białym fartuchu i czapce na włosach. Hi, hi, hi, a to dopiero! Gdyby taki się pojawił w okrętowej kuchni, wyglądałby jak ufoludek. Kucharzem jest zwykle ktoś, kto potrafi ugotować makaron, ryż i mięso.

Na statku płynącym do Manaus był nim młody chłopak ze spodniami opuszczonymi do połowy pośladków i nagim torsie ze złotym łańcuchem. Ale umiał gotować!!! I to właśnie ten zapach pojawił się znienacka między hamakami. Obiad!!!

Zerwałam się na równe nogi. Odkopałam z bagażu czerwoną plastikową miskę i łyżkę, którą specjalnie w tym celu kupiłam w granicznej osadzie Cocuy. Bo obiad na statku jest, tylko trzeba po niego przyjść z własnym naczyniem. To znaczy tak jest najczęściej. Czasem zdarza się niespodziewany wyjątek. I teraz też się zdarzył, ale jeszcze o tym nie wiedziałam. Powędrowałam posłusznie na koniec kolejki.

Wyobraź sobie otwartą przestrzeń między dwoma pokładami. Wisi w niej kilkaset hamaków, które poruszają się łagodnie w rytm kołysania statku. A między hamakami w równiutkiej kolejce stoją ludzie.

Kolejki są dwie - wzdłuż obu burt. Dopiero dalej, w pobliżu kuchni łączą się w jeden rząd głodnych tubylców, z których każdy trzyma w dłoniach własny talerz i łyżkę.

Kuchnia jest tak mała, że z trudem mieści się w niej jeden szczupły kucharz. Dlatego jedzenie podaje się w garnkach wystawionych na dwa niewielkie drewniane stoły. Nie ma sali jadalnej ani nawet krzeseł. Napełniasz swój talerz, a potem znajdź sobie miejsce, gdzie zajmiesz się jedzeniem. Niektórzy jedzą na stojąco przy burcie, inni siadają w hamakach, a jeszcze inni na metalowej podłodze.

Ja też tak zrobiłam.

Och, jakie to niesamowite!! Nie spodziewałam się takiego luksusu!! Ryż, makaron, fasola, kurczak, gulasz z wołowiny, sałatka i arbuz na deser! Ominęłam mięso, posypałam ryż i fasolę prażonym maniokiem, czyli farinią, i usiadłam na pokładzie tuż przy kole ratunkowym.

Jak niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia!! Wystarczy najpierw go trochę wygłodzić, a potem dać mu gorący obiad. I promyk słońca, które właśnie wyszło zza chmur. I nic więcej nie trzeba, naprawdę.

 

Rozdział 5  Mocni jak drzewa

Płynę przez dżunglę.

Tysiąc lat temu to miejsce wyglądało tak samo.

Nie było tylko statku, który przewozi ludzi razem z wynalazkami zmieniającymi oblicze świata. Ale i ten statek nigdy by się tutaj pewnie nie pojawił, gdyby nie to, że rząd Brazylii wysłał wojsko do pilnowania granicy z Wenezuelą i Kolumbią. Trzeba było dla nich zbudować koszary, przywieźć im kuchenki do pieczenia chleba, muszle klozetowe, komputery i inne niezbędne rekwizyty zachodniej codzienności.

Ale tutaj na rzece świat się nie zmienił. Po obu stronach ciągną się ciemne ściany dżungli obsypane tysiącami liści na splątanych lianach, gałęziach i drzewach. Nie widać co kryje się w gęstwinie. Tak jak wieki temu, długo zanim Europejczycy przywieźli tu swoje wystrojone w skórzane buty stopy.

Odsłonięte białe plaże, bo poziom wody opadł z powodu długiej suszy. Rzeka ma kolor ciemnozłotej herbaty. Jedno maleńkie osiedle - dwie chaty, jedna łódź. Niebo, chmury, dżungla. Nie ma śladu pastwisk ani pól. Chmury odbijają się w rzece jak w zwierciadle. Ani śladu człowieka.

Ale oni tu przecież są.

Zwinni, szybcy i trudno uchwytni jak wiatr.

Mocni jak drzewa, ale tak samo jak one - bezradni wobec żelaza, kont bankowych i polityki.

Kilka dni temu rozmawiałam o Indianach z porucznikiem brazylijskiej armii. Nieco ponad rok temu przyjechał do dżungli z wielkiego miasta na wschodnim wybrzeżu. Nikt inny nie dałby sobie tutaj rady - żaden polityk, żadna instytucja. Życie w dżungli jest zbyt trudne, nieprzewidywalne i niebezpieczne, ale jednocześnie ziemia skrywa wielkie skarby, po które chętnie sięgnąłby brazylijski rząd - gdyby tylko mógł. Na razie nie może, bo puszcza amazońska to dziewicze miejsce, które nie chce słuchać dyrektyw, zarządzeń i ustaw - nawet gdyby zostały zapisane na złotym papierze.

Tylko młodzi, silni i ambitni żołnierze są w stanie wytrwać w trudnych warunkach i uparcie, wytrwale, dzień po dniu, wykonywać rozkazy zmierzające do oswojenia dżungli i ludzi, którzy się z niej wywodzą.

"Oswojenia", czyli udomowienia.

Czy wiesz, że kury były kiedyś dzikimi zwierzętami? Świnki morskie, koty, psy i krowy - wszystkie żyły dziko na wolności, zgodnie z prawami natury. A potem pojawił się człowiek i zaczął kombinować jak by to zrobić, żeby nie trzeba był wyruszać na długie myśliwskie wyprawy, podczas których ryzykował życiem i zdrowiem.

A gdyby tak... zwierzę samo przychodziło do ciebie na talerz? Czyż to nie byłoby łatwiej i przyjemniej?

No, ale jak to zrobić? A może zaprzyjaźnię się z kurą, będę ją częstował dobrymi ziarnami, będę mówił jej dobre słowa i zachowywał się wobec niej łagodnie i ciepło? Może wtedy przeprowadzi się z lasu na moje podwórko?

Kura na początku była nieufna. Uciekała, nie pozwoliła się dotknąć ani oswoić. Ale człowiek cierpliwie przywieszał na twarzy przyjazny uśmiech i codziennie wykładał smaczne ziarna przed swoim progiem. Aż wreszcie kura dała się przekonać. Namówiła inne kury. Zamieszkały z człowiekiem. A on chciał tylko na nie łatwo polować.

Nie zrealizował żadnej z obietnic, jakie kiedyś kurom dał. Zamiast przyjaźni, opieki i ciepłego domu zafundował im fermy, klatki i antybiotyki. Nalepkę z ceną i śmierć.

Wszystko, co było na świecie wolne i niezależne, budziło strach albo pożądanie. Było wyzwaniem i wyjątkiem spod władzy systemu i porządku ustalonego przez polityków i wojsko. Stanowiło potencjalne zagrożenie. Choćby tylko tym, że ktoś ma odwagę nie podlegać przepisom, nie mieć numeru porządkowego i nie meldować się posłusznie w urzędzie na wezwanie.

I tak właśnie jest z Indianami.

To ostatni wolni ludzie, którzy zajmują ziemie bogate w cenne surowce i diamenty. Nie chcą ich sprzedawać, nie chcą handlować, nie chcą się dać oswoić i przejść na naszą stronę. Chcą być wolni i niezależni.

Czy myślisz, że jakikolwiek rząd na świecie mógłby się na to zgodzić? Ależ skąd. Bo zadaniem rządu jest zarabiać pieniądze. Tylko dzięki temu będzie mógł startować w następnych wyborach.

Bo kogo ludzie wybierają na prezydentów i ministrów? Tych, którzy stoją na straży wolności, czy tych, którzy obiecają wyższe pensje? No właśnie.

I dlatego wszystkie państwa na świecie wyruszają na polowania na ostatnich wolnych ludzi. Chcą ich oswoić. Nadać każdemu numer ewidencyjny, umieścić w betonowym domu i zatrudnić w równie betonowej pracy. Żeby nikt nie chodził swobodnie po dżungli, gdzie nie można go kontrolować, obciążyć podatkami ani policzyć.

A ponieważ puszcza amazońska jest tak trudna i niebezpieczna, żaden urzędnik nie byłby w stanie wykonać tego zadania. Robią to więc żołnierze. Stacjonujący w specjalnych jednostkach w dżungli. Przeszkoleni, muskularni, posłuszni. I czasem bardzo sympatyczni - tak jak porucznik Guilherme Brasil z oddziału w dżungli przy granicy z Wenezuelą.

Spotkaliśmy się przez przypadek. Wiedział, że dużo podróżuję po dżungli i że mieszkałam w indiańskich wioskach.

- Rozumiesz? - zagaił pewnego dnia. - Chodzi nam o to, żeby zachować tradycje Indian, a jednocześnie wcielić ich do społeczeństwa brazylijskiego.

- To niemożliwe! - zawołałam. - To jest coś tak kruchego i delikatnego, że znika w momencie zetknięcia z naszą cywilizacją.

Zdumiał się.

- No, ale jak to? - odrzekł po chwili z wahaniem. - Przecież nie możemy wyłączyć części Brazylii spod prawa i rozwoju, i oddać te ziemie Indianom.

- Dokładnie tak! To jest jedyna rzecz, którą trzeba zrobić! - upierałam się.

- No, ale jak to? - powtarzał ze zdumieniem. - No jak to? I nikt nie miałby tam wstępu?

- Nikt!

- To niemożliwe! - oświadczył z przekonaniem.

- W takim razie - odrzekłam z taką samą pewnością w głosie - w takim razie Indianie znikną z powierzchni Ziemi.

Zapadła cisza.

I on, i ja myśleliśmy o tym samym. A potem nagle pan porucznik wstał i wrócił z książką. Otworzył ją na stronie ze zdjęciem isolados, czyli Indian uważanych za ostatnich żyjących bez kontaktu z zachodnią cywilizacją. Znasz to zdjęcie, bo zostało opublikowane na całym świecie.

Pamiętasz? Pojawiło się razem z sensacyjnymi informacjami o odkryciu ostatniego izolowanego plemienia w Amazonii.

Zaczęłam się śmiać.

- Oni? - zapytałam. - Isolados?[3] W życiu!

Na fotografii była droga wykarczowana w dżungli, chaty kryte palmowymi liśćmi i kilkoro Indian z łukami w rękach, którzy patrzyli do góry na - jak sądzę - samolot, z którego ponoć to zdjęcie zostało zrobione.

Parsknęłam śmiechem. Kiedy to słynne zdjęcie zostało opublikowane, dzwonili do mnie dziennikarze z polskich gazet. Taka sensacja! Co pani o tym myśli? Czy to możliwe, że jest jeszcze więcej takich dzikich plemion?

- To nie jest prawdziwe zdjęcie! - odpowiedziałam od razu. - Indianie nigdy w życiu nie zachowaliby się w taki sposób! A to, co widać na tej fotografii, to czyste kłamstwo.

- Ale jak to, jak to? - dopytywali się dziennikarze.

To proste. Po pierwsze Indianie budują swoje wioski tak, żeby nie było ich widać. Szczególnie z góry, gdzie naturalną zasłoną są stykające się ze sobą korony drzew. To właśnie dlatego w dżungli panuje wieczny półmrok, a kiedy leci się ponad nią samolotem, w dole widać tylko zielone czubki drzew. Nic więcej. Dżungla z góry wygląda jak ścisły zielony kalafior.

Po drugie gdyby nawet w dżungli z jakiegoś powodu pojawiła się taka wielka łysa polana, to Indianie na dźwięk nadlatującego samolotu raczej szukaliby schronienia w gęstwinie zamiast wybiegać na środek i pokazywać go sobie palcami.

Po trzecie wreszcie widoczna na fotografii jasna droga została zrobiona mechanicznie. W najlepszym razie została wycięta maczetami. A maczeta nie pochodzi ze świata Indian.

- No właśnie! - podchwycił porucznik. - Ale nie ma już takich wiosek, gdzie ludzie nie używają maczet!

- Nie ma?... - zawahałam się.

- Nie! Skąd! - zapewnił mnie żołnierz. - Wszędzie Indianie znają maczety, ubrania, metalowe garnki.

- Jesteś pewien? - zapytałam.

- No jasne!

Zapadła długa cisza.

- W takim razie nie ma już Indian na świecie - powiedziałam i sama zadrżałam słysząc te słowa.

- No, nie ma - zgodził się Guilherme. - Takich, którzy nigdy nie mieli kontaktu z rzeczami z naszego świata. Nie ma.

- Jesteś pewien? - zapytałam jeszcze raz.

- Tak - powiedział z przekonaniem. - Na pewno. Misjonarze dotarli wszędzie.

Zacisnęłam pięści.

To jest jedna z największych zagadek ludzkości - w jaki sposób ktoś przekonany o tym, że czyni dobro, w rzeczywistości wyrządza zło. Jak to możliwe, że ludzie przekonani do jakiejś idei tracą umiejętność współodczuwania i zdolność odróżnienia dobra od zła.

Misjonarze mieli dobre intencje, ale działali w ramach doktryny, która narzucała tylko jeden możliwy punkt widzenia. Kiedy przybywali na inne lądy, z góry zakładali wyższość swojej wiary nad innymi i uważali, że w jej imię mają prawo stosować przemoc, przymus, kłamstwo i podstęp.

A przecież zło pozostaje złem, niezależnie w imię czego je czynisz.

Tajemnicą pozostaje dla mnie fakt jakim cudem misjonarz wychowany w wierze chrześcijańskiej głoszącej miłość do bliźniego i pomoc cierpiącym, jest jednocześnie w stanie zabijać Indian, którzy nie chcą przyjąć obcej religii.

Tak samo dziwi mnie ksiądz, który odrzuca człowieka innego wyznania, rasy, partii czy orientacji.

Bóg mówił, żeby kochać bliźnich.

Nie tych wybranych, których wygodnie jest kochać. Kochać wszystkich. Bo brak miłości jest zaprzeczeniem wiary.

A zło czynione w imię idei jest wciąż po prostu złem.

3 Isolados - (hiszp.) Izolowani, odizolowani.