Blondynka - Joyce Carol Oates

Kup ebooka

45.90 zł
37.18 zł (36,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Od autorki

Blondynka jest radykalnie przedestylowanym "życiem" w formie utworu powieściowego i, mimo całej jej obszerności, zasadą przybliżenia jest w niej synekdocha. Blondynka nie zawiera zatem opisu licznych rodzin zastępczych, w których Norma Jeane przebywała, lecz tylko jednej, i to fikcyjnej; zamiast licznych kochanków, kryzysów zdrowotnych, aborcji, prób samobójstwa, a także występów ekranowych, przedstawia kilka wybranych, symbolicznych.

Marilyn Monroe rzeczywiście prowadziła coś w rodzaju dziennika, pisała wiersze czy też fragmenty wierszy. Spośród nich tylko dwa wersy znalazły się w ostatnim rozdziale (Pomocy, pomocy!); inne wiersze zostały wymyślone. Pewne wypowiedzi w rozdziale Marilyn Monroe dzieła zebrane pochodzą z wywiadów, inne zaś są fikcyjne; pod koniec wspomnianego rozdziału znalazł się cytat zaczerpnięty z konkluzji O powstawaniu gatunków Karola Darwina. Faktów z biografii Marilyn Monroe należy szukać nie w Blondynce - która nie powstała jako dokument historyczny - tylko w literaturze przedmiotu. (Autorka korzystała z takich prac jak: Legend: The Life and Death of Marilyn Monroe Freda Guilesa, 1985; Bogini. Tajemnice życia i śmierci Marilyn Monroe Anthony'ego Summersa, 1986; Marilyn Monroe: A Life of the Actress Carla E. Rollysona juniora, 1986. Bardziej subiektywne książki o Monroe jako postaci mitycznej to Marilyn Monroe Grahama McCanna, 1987, oraz Marilyn Normana Mailera, 1973). Co do informacji na temat amerykańskiej polityki, zwłaszcza związanej z Hollywoodem lat czterdziestych i pięćdziesiątych, najbardziej pomocna okazała się praca Naming Names Victora Navasky'ego. Spośród cytowanych książek traktujących o aktorstwie The Thinking Body Mabel Todd, O technice aktora Michaiła Czechowa, Praca aktora nad sobą i Moje życie w sztuce Konstantina Stanisławskiego to dzieła prawdziwe, natomiast do zmyślonych należą Z życia aktora oraz Paradoks aktorstwa. Podobnie zmyślona jest Księga amerykańskiego patrioty. Fragment z zakończenia Wehikułu czasu H.G. Wellsa został zacytowany dwukrotnie, w rozdziałach Koliber i Odeszli wszyscy do jasnego świata. Fragmenty poezji Emily Dickinson pojawiły się w rozdziałach zatytułowanych Kąpiel, Sierota i "Pora wyjść za mąż". Urywek pracy Świat jako wola i przedstawienie Arthura Schopenhauera znalazł się w Śmierci Rumpelstiltzkina. Wyjątek z Kultury jako źródła cierpień Zygmunta Freuda sparafrazowano w Snajperze. Ustępy z Myśli Blaise'a Pascala wykorzystano w Roslyn 1961.

Fragmenty tej powieści ukazały się - w rozmaitych wersjach - w "Playboyu", "Conjunctions", "Yale Review", "Ellery Queen Mystery Magazine", "Michigan Quarterly Review" i TriQuarterly". Dziękuję redaktorom tych magazynów.

Daniel Halpern, Jane Shapiro i C.K. Williams zasługują na moje szczególne podziękowania.

?

Przesyłka specjalna

Przybyła Śmierć, pędząc wzdłuż bulwaru w gasnącym sepiowym świetle.

Przybyła Śmierć mknąca niczym w kreskówkach dla dzieci na ciężkim, pozbawionym ozdób rowerze posłańca.

Przybyła Śmierć nieomylna. Śmierć, której nie da się nic wyperswadować. Śmierć, której się spieszy. Śmierć naciskająca z pasją na pedały. Śmierć wioząca paczkę oznaczoną OSTROŻNIE PRZESYŁKA SPECJALNA w solidnym koszyku tuż za siodełkiem.

Śmierć lawirująca śmiało między ludźmi i różnymi pojazdami przy skrzyżowaniu Wilshire i La Brea, gdzie - z powodu remontu ulicy - dwa pasy ruchu biegnące w kierunku zachodnim przechodziły w jeden.

Śmierć jakże chyża! Śmierć grająca na nosie tym kierowcom w średnim wieku, którzy nie mogli się powstrzymać przed użyciem klaksonu.

Śmierć roześmiana: Pieprz się, facet! I ty też. Przemykająca jak Królik Bugs obok błyszczących masek drogich, nowych samochodów.

Przybyła Śmierć nieczuła na przesycone dymem, zepsute powietrze Los Angeles. Na ciepłe, radioaktywne powietrze południowej Kalifornii, gdzie przyszła na świat.

Zgadza się, ujrzałam Śmierć. Śniłam o Śmierci poprzedniej nocy. Śniłam o niej od dawna. I wcale się nie bałam.

Przybyła Śmierć jakże rzeczowa. Śmierć pochylona nad brązową od plamek rdzy kierownicą niezgrabnego, lecz solidnego roweru. Przybyła Śmierć ubrana w bawełnianą koszulkę z napisem Caltech, w wypranych, ale nieuprasowanych spodenkach koloru khaki, w trampkach, bez skarpetek. Śmierć z umięśnionymi łydkami i nogami porośniętymi ciemnymi włosami. Śmierć o wygiętym kręgosłupie z rzędem zaokrąglonych kręgów. Śmierć o pryszczatej twarzy niedorostka. Śmierć o dzielnym sercu, bezlitośnie oślepiana promieniami słońca, które odbijały się od szyb samochodów i chromowanych powierzchni niczym od bułatów.

Coraz więcej klaksonów odzywało się za plecami nonszalanckiej Śmierci. Śmierci ostrzyżonej na jeża. Śmierci żującej gumę.

Śmierci niezwykle oddanej żmudnej pracy - pięć dni w tygodniu plus za dopłatą soboty i niedziele. "Hollywoodzkie Usługi Kurierskie". Śmierć osobiście doręczająca przesyłki specjalne.

Śmierć przybyła do Brentwood nieoczekiwanie! Przybyła, mknąc po wąskich i - jak to w sierpniu - opustoszałych willowych uliczkach. Przybyła do Brentwood, do próżności pracowicie wypielęgnowanych rezydencji, które mija, pedałując: z animuszem i jednostajnie. Alta Vista, Campo, Jacumba, Brideman, Los Olivos. Aż do Fifth Helena Drive, ślepej, martwej uliczki. Drzewa palmowe, bugenwilla, czerwone róże. Zapach gnijących kwiatów. Zapach schnącej w słońcu trawy. Ogrody otoczone murami, wisteria. Okrężne podjazdy. Okna szczelnie zasłonięte storami przed słońcem.

Śmierć z podarunkiem w paczce bez adresu zwrotnego.

"MM" ZAMIESZKAŁA

12305 FIFTH HELENA DRIVE

BRENTWOOD, KALIFORNIA

USA

PLANETA ZIEMIa

Na Fifth Helena Śmierć zaczęła pedałować wolniej, sprawdzając numery domów. Śmierci nie zdziwiła wcale nietypowo zaadresowana paczka. Bardzo dziwny prezent wewnątrz błyszczącej, cukierkowej bibułki, która wyglądała na używaną. Z białą satynową kokardą przyklejoną przezroczystą taśmą.

Paczka o wymiarach osiem na dziesięć cali. Ważąca zaledwie kilka uncji. Pusta? Wypełniona papierem?

Nie. Gdyby nią potrząsnąć, okazałoby się, że w środku coś jednak jest. Jakiś miękki przedmiot, może z materiału.

Śmierć przybyła wczesnym popołudniem 3 sierpnia 1962 roku. Śmierć zadzwoniła do drzwi przy 12305 Fifth Helena Drive. Śmierć otarła spocone czoło baseballową czapeczką. Śmierć żuła gumę szybko i niecierpliwie. Nie słyszała odgłosu kroków. Nie mogła zostawić tej cholernej paczuszki na stopniu schodów, musiała dostać pokwitowanie. Słyszała jedynie buczenie wmontowanej w okno klimatyzacji. A może radia? To był mały domek w hiszpańskim stylu, parterowa "hacjenda". O ścianach, które wyglądały, jakby je wzniesiono z cegły suszonej na słońcu, o dachu z jaskrawopomarańczowej dachówki, z zasłoniętymi oknami. Skurczony, mały niczym domek dla lalek, nic szczególnego jak na tę dzielnicę. Śmierć zadzwoniła po raz drugi, naciskając mocno przycisk dzwonka. Tym razem drzwi się otworzyły.

Przyjęłam podarunek z rąk Śmierci. Pomyślałam, że wiem, co to jest. Kto mi to przesłał. Na widok adresu na paczuszce roześmiałam się i bez wahania podpisałam potwierdzenie odbioru.

?

Pocałunek

Ten film oglądałam przez całe życie, choć nigdy do końca.

Mogłaby niemal rzec: Ten film jest moim życiem!

Miała dwa, może trzy lata, gdy Matka zabrała ją tam po raz pierwszy. To jej najwcześniejsze wspomnienie, i jakże ekscytujące! Grauman's Egyptian Theatre przy Hollywood Boulevard. Wiele lat wcześniej, nim mogła pojąć chociażby najbardziej podstawowe zasady, jakimi rządzi się opowieść filmowa. Chłonęła jak zaczarowana ruch, bezustanne falowanie płynnego ruchu na olbrzymim ekranie nad głową. Jeszcze nie mogła pomyśleć: To jest ten sam wszechświat, w którym odbywa się projekcja niezliczonych i niemożliwych do nazwania form życia. Ileż to razy w latach straconego dzieciństwa i w latach dojrzewania będzie wracała do tego filmu z tęsknotą, rozpoznając go od razu, mimo rozmaitości tytułów i wielości aktorów. Zawsze bowiem pojawiała się w nim Jasnowłosa Księżniczka. I zawsze zjawiał się Ciemnowłosy Książę. Splot okoliczności popychał ich ku sobie i rozłączał, znowu zbliżał i ponownie rozłączał, póki - gdy film zbliżał się do końca, a muzyka osiągała punkt kulminacyjny - nie padli sobie namiętnie w ramiona.

Co jednak nie zawsze było równoznaczne ze szczęśliwym zakończeniem. Zakończenie bywało niewiadomą. Zdarzało się, że jedno klękało przy łożu drugiego i pocałunek kochanków zwiastował śmierć. Nawet jeśli on (lub ona) przeżywał śmierć ukochanej (ukochanego), człowiek wiedział już, że życie przestało mieć jakikolwiek sens.

Bo tylko film nadaje życiu znaczenie.

I nie istnieje opowieść filmowa bez zaciemnionej sali kinowej.

Ależ to denerwujące, nigdy nie obejrzeć zakończenia!

Gdyż zawsze coś przeszkadzało, układało się nie tak. A to powstawało jakieś zamieszanie i zapalano światła, a to odzywał się alarm przeciwpożarowy (bez żadnego ognia? czy może był ogień? pewnego razu wydawało się jej, że czuje zapach dymu) i wszystkich proszono do wyjścia; kiedy indziej sama była już spóźniona na spotkanie i musiała wyjść, albo zasypiała w fotelu i traciła zakończenie, budziła się oślepiona jaskrawymi światłami, wokół zaś nieznajomi podnosili się i kierowali do drzwi.

Już koniec? Jak to możliwe?

Nawet jako dojrzała kobieta wciąż poszukiwała tego filmu. Wchodziła ukradkiem do kina w jakiejś podrzędnej dzielnicy lub w nieznanym jej miasteczku. Cierpiała na bezsenność, zdarzało się więc, że kupowała bilet na seans nocny. Zdarzało się też, iż kupowała bilet na pierwszy seans danego dnia, czyli przed południem. Nie uciekała od własnego życia (choć to życie przysparzało jej coraz więcej kłopotów, tak jak każde dorosłe życie), ale znajdowała chwilę wytchnienia, umieszczając się niejako w nawiasie owego życia, zatrzymując czas w taki sposób, w jaki dziecko może powstrzymać ruch wskazówek zegarka: siłą. Wchodziła do mrocznej sali kinowej (często pachnącej zatęchłym popcornem, płynem do włosów, środkami do dezynfekcji), podniecona jak młoda dziewczyna pragnąca ujrzeć na ekranie jeszcze raz Och, kolejny raz! jeszcze jeden raz! śliczną kobietę o blond włosach, która wygląda, jakby się w ogóle nie starzała, która ma ciało jak każda inna kobieta, ale posiada także niepowtarzalny wdzięk, jakiego żadna zwyczajna kobieta nie ma, która promienieje blaskiem pochodzącym nie tylko z jej lśniących oczu, ale z każdego kawałeczka skóry. Duszą moją jest skóra. Inna dusza nie istnieje. Dostrzegacie we mnie obietnicę ludzkiej radości. Ona, która wślizguje się do kina, wybiera fotel w rzędzie blisko ekranu i bez reszty poświęca uwagę filmowi, który sprawia wrażenie jednocześnie znanego i nieznanego, jak niezbyt dobrze zapamiętany, lecz uporczywie powracający sen. Wraz z upływem lat zmieniają się kostiumy aktorów, fryzury, nawet twarze i głosy, ale jest w stanie przypomnieć sobie - niezbyt wyraźnie, tylko we fragmentach - utracone emocje, samotność dziecięcego wieku, którą tylko częściowo łagodził olbrzymi ekran. Inny świat do zamieszkania. Gdzie? Nadszedł taki dzień, nadeszła taka godzina, kiedy uświadomiła sobie, że Jasnowłosa Księżniczka - która jest taka piękna, ponieważ jest taka piękna i ponieważ jest Jasnowłosą Księżniczką - zmuszona jest szukać w oczach innych potwierdzenia swego istnienia. Nie możemy być tacy, jakimi nas widzą, jeżeli nikt nas nie widzi. Prawda?

Niepokój dorosłości i rosnące przerażenie.

Ta opowieść filmowa jest skomplikowana i pogmatwana, choć zarazem znajoma albo prawie znajoma. Może została źle zmontowana. Może ma drażnić. Może retrospekcje mieszają się z teraźniejszością. Albo z przyszłością! Zbliżenia Jasnowłosej Księżniczki wydają się zbyt intymne. Pragniemy obserwować innych z zewnątrz, nie chcemy, aby nas wciągano do środka. Gdybym tak mogła powiedzieć: Proszę bardzo, oto ja! Ta kobieta, stworzenie na ekranie, oto kim jestem. Ale ona nie zna zakończenia. Nigdy nie widziała ostatniej sceny, nigdy nie obejrzała, jak na ekranie przesuwają się napisy końcowe. W tym właśnie, w momencie wykraczającym poza ostatni pocałunek, tkwi klucz do tajemnicy filmu - wie o tym. Tak samo klucz do tajemnicy życia stanowią organy ludzkiego ciała, usunięte podczas sekcji zwłok.

Lecz nadejdzie taki czas, może to się zdarzy tego właśnie wieczoru, gdy nieco zadyszana sadowi się w obitym pluszem, starym, przybrudzonym fotelu w drugim rzędzie starego kina w zrujnowanej dzielnicy miasta, pod stopami czuje wybrzuszoną niczym kula ziemska lepką podłogę, do której przyklejają się podeszwy jej drogich butów; publiczność jest nieliczna, rozproszona, złożona przeważnie z samotnych osób; z ulgą sobie uświadamia, że w przebraniu (ciemne okulary, porządna peruka, płaszcz przeciwdeszczowy) nikt jej tam nie rozpozna i że nikt z jej znajomych nie domyśla się, gdzie jest ani gdzie mogłaby być. Tym razem obejrzę to do samego końca. Właśnie tym razem! Dlaczego? Nie miała pojęcia. Bo akurat naprawdę ktoś gdzieś na nią czeka, już się spóźniła o parę godzin, niewykluczone, że jakiś samochód miał ją zawieźć na lotnisko, chyba że spóźniła się już o parę dni albo nawet tygodni; bo jako osoba dorosła buntuje się przeciwko czasowi. Czymże jest czas, jak nie tym, czego oczekują od nas inni? Grą, w którą grać nie chcemy. O, właśnie zauważyła, że także Jasnowłosą Księżniczkę czas zbił z tropu. Zbiła ją z tropu fabuła filmu. Człowiek otrzymuje sygnały od innych. Co się dzieje, jeśli nikt z otoczenia ich nie wysyła? Jasnowłosa Księżniczka w tym filmie nie jest już świeża jak wiosenny kwiat, ale oczywiście wciąż piękna, bladolica i promienna, kiedy wychodzi z taksówki wprost w otwartą przestrzeń ulicy; dla niepoznaki włożyła duże przeciwsłoneczne okulary, perukę z gładkimi ciemnymi włosami i płaszcz, który mocno ścisnęła paskiem; kamera śledzi ją z bliska: ukradkowe wejście do kina, zakup biletu, zajęcie miejsca w drugim rzędzie. Ponieważ jest Jasnowłosą Księżniczką, inni widzowie oczywiście zerkają na nią, lecz jej nie rozpoznają; może jest zwyczajną kobietą, wprawdzie piękną, ale nieznajomą. Po rozpoczęciu seansu zdejmuje okulary przeciwsłoneczne i bez reszty pogrąża się w filmie. Musi odchylić głowę do tyłu, aby dobrze widzieć ekran. Patrzy do góry z miną wystraszonego dziecka. Światło z ekranu kołysze się na jej twarzy jak refleksy słońca na wodzie. Zapatrzona, zupełnie nie wie, że Ciemnowłosy Książę szedł za nią do kina; kamera zajmuje się nim przez kilka długich, pełnych napięcia minut; mężczyzna stoi za postrzępioną aksamitną zasłoną przy bocznym rzędzie krzeseł. Jego przystojna twarz ginie w cieniu. Jej wyraz podpowiada, że w końcu musi się coś wydarzyć. Mężczyzna ma na sobie ciemny garnitur, ale nie włożył krawata, na głowie zaś lekko przekrzywiony filcowy kapelusz. Na sygnał muzyczny szybko podchodzi i pochyla się nad nią, nad samotną kobietą w drugim rzędzie. Szepcze coś do niej, ona odwraca się przejęta. Wydaje się rzeczywiście zdziwiona, choć na pewno zna scenariusz: w każdym razie do tej chwili i może nieco w przyszłość.

Ukochany! To ty.

Nigdy nie było nikogo prócz ciebie.

W migoczącym świetle bijącym od olbrzymiego ekranu twarze kochanków są pełne wyrazu - kochanków, którzy są posłańcami z minionych bezpowrotnie czasów wspaniałości. Jakby, choć pomniejszeni i śmiertelni, musieli grać tę scenę do końca. Będą grać tę scenę do końca. On śmiało chwyta ją za szyję, unieruchamia. Panuje nad nią, bierze ją w posiadanie. Jakże silne są jego palce, jakże zimne; dziwne i szkliste lśnienie jego oczu, nigdy nie widziała ich z bliska.

Ale ona kolejny raz wzdycha i podnosi swą doskonałą twarz w oczekiwaniu na pocałunek Ciemnowłosego Księcia.

?

Kąpiel

Cechy urodzonego aktora pojawiają się w dzieciństwie, bo właśnie wówczas świat postrzegany jest zrazu jako Tajemnica. Źródłem gry aktorskiej jest improwizacja w obliczu Tajemnicy.

T. Navarro, Paradoks aktorstwa

1

- Widzisz? Ten mężczyzna jest twoim ojcem.

Był taki dzień, dzień szóstych urodzin Normy Jeane, pierwszy dzień czerwca 1932 roku, magiczny poranek, oślepiający, zapierający dech w piersiach, porażający bielą w Venice Beach w Kalifornii. Od Pacyfiku wiał wiatr, świeży, chłodny i orzeźwiający, niósł powietrze tylko odrobinę zepsute przez zwyczajną woń wodnej zgnilizny i śmieci. Mogło się zdawać, że ten sam wiatr przywiał Matkę, kobietę o wychudzonej twarzy, zmysłowych ustach i cienkich brwiach. Przyszła po Normę Jeane, która mieszkała z dziadkami przy Venice Boulevard w dziobatej ruinie o beżowych stiukach. "Normo Jeane, chodź!" I Norma Jeane pobiegła, pobiegła do Matki! Pulchną rączką chwyciła za szczupłą dłoń w czarnej ażurowej rękawiczce - jakież to było dziwne i zarazem cudowne uczucie. Dłonie babki były spracowanymi dłońmi starszej kobiety, tak jak zapach babki był zapachem starszej kobiety, za to zapach Matki wydawał się słodki, miły i lekko oszałamiający, niczym smak gorącej lemoniady. "Normo Jeane, moja kochana... Chodź". Matka miała na imię Gladys, Gladys była prawdziwą matką tego dziecka. Kiedy już zdecydowała się nią być. Kiedy miała dość siły. Kiedy nie stały na przeszkodzie obowiązki w Wytwórni. Życie Gladys toczyło się w "trzech wymiarach przechodzących w cztery" i nie było "płaskie niczym plansza do ludo", jak w wypadku większości ludzi. Na oczach roztrzęsionej babci Delli Matka triumfalnie wyprowadziła Normę Jeane z mieszkania na trzecim piętrze, gdzie cuchnęło cebulą, szarym mydłem, maścią na odciski i tytoniem fajkowym dziadka, ignorując gniew starszej kobiety, jakby był to komicznie rozgorączkowany głos dochodzący z radia: "Gladys, czyim samochodem teraz jeździsz? Spójrz na mnie, dziewczyno. Brałaś coś? Piłaś? Kiedy mi oddasz wnuczkę? A żeby cię! Poczekaj, muszę nałożyć buty, ja też schodzę! Gladys!". A Matka nuciła tylko spokojnym, doprowadzającym do pasji sopranem: Qué sera, sera. Śmiejąc się jak dzieci, które właśnie coś zbroiły i uciekają, Matka z Córką pomknęły w dół po schodach niczym po zboczu góry, zadyszane, złączone dłońmi, byle na dwór! pod otwarte niebo! na Venice Boulevard, do zaparkowanego przy krawężniku samochodu Gladys, który za każdym razem mógł być inny; tego zaś jasnego, lśniącego ranka 1 czerwca 1932 roku Norma Jeane zatrzymała się z uśmiechem przed garbatym nashem w odcieniu wody, jaka pozostaje po zmywaniu naczyń, gdy piana już się całkiem rozejdzie; okno pasażera z nitkami zabezpieczonych taśmą klejącą pęknięć przypominało pajęczynę. Mimo wszystko był to cudowny samochód, a Gladys wyglądała pięknie i młodo. Gladys, która w ogóle rzadko dotykała Normy Jeane, teraz podnosiła ją obiema dłońmi w rękawiczkach i pomagała usiąść na miejscu pasażera: "Hej-ho, i już, kochane maleństwo!", jak gdyby podnosiła ją do diabelskiego młyna na molo w Santa Monica, by córka poszybowała, zdumiona i oczarowana, w niebo. I z głośnym trzaskiem zamknęła drzwi. I sprawdziła, czy rzeczywiście są zamknięte. (Istniała stara obawa, strach Matki o Córkę, że podczas tego rodzaju wycieczek drzwi samochodu mogą się otworzyć, niczym zapadnia pułapki w którymś z niemych filmów, i Córka zginie!) I wspięła się na miejsce za kierownicą jak Lindbergh do kokpitu Spirit of St. Louis. Zwiększyła obroty silnika, zmieniła biegi i włączyła się do ruchu, nie reagując na to, że biedna babcia Della, zażywna kobieta o nakrapianej cętkami twarzy, ubrana w wyblakły bawełniany fartuch, zwinięte skarpety i buty staruszki, wypadła przed budynek jak Charlie Chaplin, komicznie rozgorączkowany Mały Tramp.

- Poczekaj! Och, poczekaj! Pomylona kobieto! Ćpunko! Zabraniam! Wezwę policję!

Nie było czasu do stracenia, oj, nie.

Ani nawet żeby porządnie odetchnąć.

- Nie przejmuj się babcią, kochanie. Ona jest z niemego filmu, a my z dźwiękowego.

Bo Gladys, jedyna prawdziwa matka tej dziewczynki, owego szczególnego dnia nie da się nabrać na Matczyną Miłość. Tak oto, czując się "nareszcie pewniej", z kilkoma dolarami w kieszeni, Gladys przyjechała po Normę Jeane w dniu jej urodzin (szóstych? już? och, Chryste, to przygnębiające), tak jak obiecała.

- Czy wiatr wieje, czy słonko świeci, nic nas nie rozdzieli, aż po śmierci dzień. Przysięgam. - Teraz nawet trzęsienie ziemi nie zmieniłoby nastroju Gladys. - Należysz do mnie. Jesteś do mnie podobna. Nikt mi cię nie ukradnie, Normo Jeane, jak moich innych córek.

Tych triumfalnych, okropnych słów Norma Jeane nie słyszała, nie słyszała, nie, nie, poniósł je hen, daleko, porywisty wiatr.

Ów dzień, dzień urodzin, będzie pierwszym, jaki Norma Jeane zapamięta wyraźnie. Ten cudowny dzień spędzony z Gladys, która bywała Matką, albo z Matką, która bywała Gladys. Kobietą niczym ruchliwy i smukły ptak o bystrym, czujnym spojrzeniu, uśmiechu, jak to sama określała, drapieżcy i ostrych łokciach, którymi dźgała cię w żebra, jeśli zbytnio się do niej zbliżyłaś. Wypuszczała przez nos świecący dym, który przypominał zakrzywione słoniowe kły, i wtedy w ogóle nie miałaś odwagi zwrócić się do niej, a już na pewno nie słowami "mamusiu" czy "mamciu" - używając tych "do porzygania słodziutkich zwrotów", o których Gladys już dawno temu zapomniała - ani nawet patrzeć na nią zbyt natarczywie. "Przestań na mnie zerkać! Żadnych zbliżeń, póki nie będę gotowa". W takich chwilach ostry, łamiący się śmiech Gladys brzmiał dokładnie tak jak odgłos wbijania szpikulca w bryłę lodu. Ten dzień objawienia Norma Jeane będzie wspominała przez resztę swojego życia, które potrwa trzydzieści sześć lat, sześćdziesiąt trzy dni i zakończy się przed śmiercią Gladys, jedno życie zmieści się w drugim jak mała laleczka, którą można schować wewnątrz większej lali. Czy pragnęłam innego szczęścia? Nie. Nie chciałam niczego, tylko być z nią. Może trochę się poprzytulać, zasnąć z nią w jej łóżku, gdyby mi pozwoliła. Tak bardzo ją kochałam. W istocie istniały dowody na to, że Norma Jeane spędzała z matką jeszcze inne dni swych urodzin, w każdym razie na pewno pierwsze urodziny, choć nie mogła niczego sobie przypomnieć, chyba że brała do ręki zdjęcia - NORMIE JEANE WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W PIERWSZĄ ROCZNICĘ URODZIN! - odręczny napis na papierowym transparencie udrapowanym - niczym szarfa jakiejś piękności w stroju kąpielowym - na załzawionym berbeciu o pucołowatej, krągłej jak księżyc w pełni twarzy z dołkami w policzkach, z kręconymi ciemnoblond włosami i wplecionymi w nie satynowymi wstążkami; jak stare marzenia owe zdjęcia były rozmazane i porysowane, widocznie ich autorem był jakiś "przyjaciel"; widać na nich bardzo młodą, ładną Gladys, niezwykle ożywioną, w poskręcanych loczkach, o wydętych ustach jak u Clary Bow, trzymającą swe dwunastomiesięczne dziecko - Normę Jeane - sztywno na kolanach, tak jak można by trzymać przedmiot kruchy i cenny, z obawą, jeśli nie z widoczną przyjemnością, z surową dumą, jeśli nie z miłością; na odwrocie wszystkich tych zdjęć widniała data zapisana niezgrabnym pismem, 1 czerwca 1927. Ale sześcioletnia Norma Jeane zapamiętała z tego tyle samo, co z chwili narodzin - chciała zapytać Gladys albo babcię, jak przychodzi się na świat, czy trzeba zrobić coś samemu? - na oddziale położniczym Los Angeles County General Hospital po dwudziestu dwóch godzinach "nieustannego piekła" (jak mawiała Gladys o tej ciężkiej próbie) albo z czasów, gdy przez osiem miesięcy i jedenaście dni tkwiła w "specjalnym worku" pod jej sercem. Nie mogła pamiętać! Mimo wszystko, ilekroć z przejęciem patrzyła na te zdjęcia, które Gladys zgadzała się rozłożyć na łóżku w jakiejś wynajmowanej "rezydencji", nigdy nie wątpiła, że niemowlę na zdjęciach to ona, ponieważ wszystko w swoim życiu będę poznawała poprzez świadectwa i nazwy używane przez inne osoby. Tak jak Jezus w ewangeliach jest postacią, o której piszą, rozprawiają i opowiadają inni. Poznam swą egzystencję oraz jej wartość innymi oczami, którym, jak wierzyłam, mogę zaufać, podczas gdy nie mogę zaufać moim własnym.

Gladys patrzyła na córkę, której nie widziała od - cóż, od miesięcy. Powiedziała podniesionym głosem:

- Nie denerwuj się. Nie zerkaj na mnie tak, jakbym w każdej chwili mogła rozbić ten samochód. Oczy sobie popsujesz, dorobisz się okularów i tak się to wszystko skończy. I postaraj się nie wiercić jak mały wąż, któremu chce się siku. Nigdy nie uczyłam cię takich obyczajów. Wcale nie zamierzam rozbić tego samochodu, jeśli się tego obawiasz, tak jak twoja żałosna stara babka. Przyrzekam!

Gladys spogląda z ukosa na dziecko, niby to nerwowo, lecz zarazem kusząco, co u niej nigdy nie powinno dziwić: przyciągała cię do siebie, potem odpychała; teraz zaś dodała niskim, ochrypłym głosem:

- Z okazji urodzin Mama ma dla ciebie niespodziankę. Która już czeka specjalnie na ciebie.

- N...niespodziankę?

Gladys zasysa policzki i uśmiecha się podczas jazdy.

- D...dokąd jedziemy, Mamo?

Szczęście przeszywa Normę Jeane niczym ostre kawałeczki szkła w ustach.

Choć jest ciepło i wilgotno, Gladys nosi modne ażurowe rękawiczki w czarnym kolorze, aby chronić delikatną skórę. Bezwiednie zaciska obie dłonie na kierownicy.

- Pytasz, dokąd jedziemy? Jakby cię tak posłuchać, można by odnieść wrażenie, że nigdy wcześniej nie byłaś w hollywoodzkiej rezydencji swojej matki.

Norma Jeane jest zmieszana, uśmiecha się. Stara się myśleć. Czy rzeczywiście? Zdaje się, że zapomniała o czymś bardzo istotnym, dopuściła się czegoś w rodzaju zdrady, rozczarowała. Mimo wszystko wydaje się, że Gladys często się przeprowadzała. Czasami informowała o tym Dellę, czasem nie. Jej życie było skomplikowane i owiane tajemnicą. Miała jakieś problemy z właścicielami lokali do wynajęcia i sąsiadami; popadała w kłopoty z "pieniędzmi" i ze "środkami utrzymania". Poprzedniej zimy krótkie i gwałtowne trzęsienie ziemi uczyniło z niej na dwa tygodnie osobę bezdomną, zmuszoną do mieszkania u przyjaciół, bez jakiegokolwiek kontaktu z Dellą. Jednakże Gladys zawsze mieszkała w Hollywood. Albo w West Hollywood. Wymagała tego od niej praca w Wytwórni. Ponieważ należała do "pracownic kontraktowych" (Wytwórnia była największym przedsiębiorstwem filmowym w Hollywood, a tym samym na świecie; szczyciła się, że związała kontraktami "więcej gwiazd, niż ich błyszczy w konstelacjach"), jej życie właściwie do niej nie należało: "Tak samo jak katolickie zakonnice są poślubione Chrystusowi". Gladys musiała oddawać na wychowanie Normę Jeane, odkąd ukończyła ona zaledwie dwanaście dni, zazwyczaj babce, za pięć dolarów tygodniowo plus wydatki, takie to już było to cholernie ciężkie życie, takie wyczerpujące, smutne, ale jaki miała wybór, skoro całymi godzinami pracowała w Wytwórni, czasem dwie zmiany z rzędu, na "jedno skinienie" szefa - jak mogła jednocześnie podjąć się opieki nad małym dzieckiem?

"Niech nikt się nie waży mnie osądzać. Póki nie znajdzie się na moim miejscu. Nieważne, czy to będzie mężczyzna, czy kobieta. Ale zwłaszcza kobieta niech się nie waży. Tak, zwłaszcza kobieta!"

Gladys wyrzucała te słowa z tajemniczym gniewem. Może chodziło jej o matkę. O Dellę, z którą prowadziła wojnę.

Kiedy się kłóciły, Della twierdziła, że Gladys jest "walnięta" - czy raczej "nawalona"? - a Gladys natychmiast protestowała, mówiąc, że to jawne kłamstwo, oszczerstwo; w żadnym razie, nigdy nawet nie czuła zapachu marihuany, a cóż dopiero mówić o paleniu. "A tym bardziej opium. Nigdy!" Della słyszała zbyt wiele niesamowitych i nieprawdopodobnych opowieści na temat ludzi filmu. To prawda, Gladys czasami popadała w stan nadmiernej ekscytacji. Ogień płonie we mnie! Cudowny ogień. To prawda, innym razem robiła się smętna, ogarniała ją "czarna rozpacz", wpadała w "dołek". Jak gdyby moja dusza stawała się roztopionym ołowiem, wyciekała i twardniała. Mimo wszystko Gladys była atrakcyjną młodą kobietą, miała wielu przyjaciół. Mężczyzn. Którzy komplikowali jej życie uczuciowe. "Gdyby ci faceci zostawili mnie w spokoju, z Gladys wszystko byłoby w porządku". Ale oni rzecz jasna nie zostawili jej w spokoju, więc Gladys ratowała się regularnym przyjmowaniem leków. Medykamentów przepisanych przez lekarza albo może też środków podawanych jej przez tychże facetów. Żyła na aspirynie Bayera i w znacznym stopniu uodporniła się na jej działanie: rozpuszczała tabletki w czarnej kawie niczym małe kostki cukru, mówiąc: "Nie czuję ich smaku!".

Tego ranka Norma Jeane zorientowała się natychmiast, że Gladys ma swój "wzlot": jest rozkojarzona, ożywiona, nieprzewidywalna, chwiejna jak płomień świecy w przeciągu. Jej woskowo blada skóra wydzielała fale ciepła jak ulice w letnim słońcu, a jej oczy! - ruchliwe, błądzące, o rozszerzonych źrenicach. Oczy, które kochałam. Nie mogłam na nie patrzeć. Gladys prowadziła samochód beztrosko i szybko. Z Gladys jeździło się tak jak samochodzikami w wesołym miasteczku: trzeba się było mocno trzymać. Jechały w głąb lądu, oddalając się od Venice Beach i oceanu. Na północ, w kierunku La Cienega i Sunset Boulevard, mijając znajome ulice, które Norma Jeane pamiętała z wcześniejszych przejażdżek w towarzystwie matki. Ależ grzechotał stary nash, mknąc naprzód, reagując na niecierpliwe przyciskanie pedału gazu. Podskoczyły na torach tramwajowych, zatrzymały się w ostatniej chwili przed czerwonymi światłami, aż Norma Jeane zaczęła dzwonić zębami, choć jednocześnie chichotała nerwowo. Czasami samochód Gladys wpadał w poślizg na środku skrzyżowania i momentalnie stawał się elementem sceny jakby żywcem wyjętej z filmu: koncert klaksonów, krzyki, wymachiwanie pięściami; chyba że kierowcami byli samotni mężczyźni, wówczas wszelkie gesty wydawały się łagodniejsze. Kilka razy Gladys zignorowała gwizdek policjanta i uciekła. "Wiesz, nie zrobiłam niczego złego! Nie chcę, aby wygrażały mi jakieś łobuzy".

Della lubiła narzekać ni to żartobliwie, ni to gniewnie, że Gladys "straciła" swoje prawo jazdy, co oznaczało... No właśnie, co? Straciła je tak, jak ludzie gubią różne przedmioty? Zawieruszyła je? Czy może ten dokument zabrał jej policjant, aby ją ukarać, a Normy Jeane przy tym nie było?

Jedno Norma Jeane wiedziała na pewno: nie odważy się zapytać o to Gladys.

Z Sunset Boulevard wjechały w boczną ulicę, potem skręciły w następną i wreszcie w La Mesa, nieefektowną uliczkę pełną małych przedsiębiorstw, bistr, koktajlbarów i bloków mieszkalnych; Gladys wyjaśniła, że to jest jej "nowe sąsiedztwo, które właśnie poznaję, a musisz wiedzieć, że przyjęto mnie tu bardzo serdecznie". Dodała, że do Wytwórni "można stąd dojechać w sześć minut". Istniały "osobiste powody", które przemawiały za zamieszkaniem w tym miejscu, ale są one zbyt skomplikowane, by się nad nimi rozwodzić. Ale Norma Jeane sama zobaczy. "To część niespodzianki". Gladys zaparkowała samochód przed frontem mizernego hiszpańskiego domu z białymi stiukami, zniszczonymi zielonymi markizami i zniekształconymi schodami przeciwpożarowymi. HACJENDA. DO WYNAJĘCIA POKOJE I MAŁE MIESZKANIA NA TYGODNIE I MIESIĄCE. INFORMACJA WEWNĄTRZ. Dom oznaczono numerem 387. Norma Jeane patrzyła, zapisując w pamięci to, co widziała; była jak aparat fotograficzny rejestrujący obrazy na kliszy; gdyby któregoś dnia się zgubiła, będzie musiała znaleźć drogę do tego miejsca, którego nigdy wcześniej nie widziała, ale z Gladys takie chwile były bardzo ważne, tajemnicze i pełne emocji, aż człowiekowi serce tłukło się w piersiach jak po zażyciu jakiegoś lekarstwa. Jak po przyjęciu amfetaminy - ten sam ciężar gatunkowy. Przez całe życie tam wracałam. Niczym lunatyk wychodziłam z życia i wracałam na La Mesa, do Hacjendy i do miejsca na Highland Avenue, gdzie znowu byłam dzieckiem, znowu pod jej opieką, pod jej urokiem, a ten koszmar jeszcze się nie zaczął.

Gladys dostrzegła wyraz twarzy Normy Jeane, którego sama dziewczynka nie mogła zobaczyć, i roześmiała się.

- Mała jubilatko! Bądź co bądź, sześć lat ma się tylko raz w życiu. Do siedmiu możesz nawet nie dożyć. Chodźmy.

Dłoń Normy Jeane była mokra od potu, więc Gladys nie chwyciła jej. Szturchnęła dziewczynkę - pięścią w rękawiczce, lekko, rzecz jasna żartobliwie, kierując ją do góry po nieco wyszczerbionych stopniach zewnętrznych schodów Hacjendy, do nagrzanego wnętrza z zapiaszczoną klatką schodową i linoleum na wewnętrznych schodach. "Ktoś na nas czeka i pewnie już się zaczyna niecierpliwić. No, dalej". Spieszyły się. Biegły. Galopowały coraz wyżej. Gladys, w swych wspaniałych butach na wysokich obcasach, nagle wpadła w panikę; czy może udawała, że w nią wpadła? czy była to jedna z jej scen? Na górze matka i córka nie mogły złapać tchu. Gladys otworzyła drzwi do swojej obecnej "rezydencji", niewiele różniącej się od poprzedniej, którą Norma Jeane ledwie pamiętała. Trzy ciasne izby z poplamionymi tapetami, poplamiony sufit, wąskie okna, płaszczyzny luźnego linoleum na nagich deskach, kilka meksykańskich chodników, nieszczelna, trochę cuchnąca lodówka, kuchenka dwupalnikowa, naczynia w zlewie i uciekające w popłochu czarne karaluchy, które błyszczały niczym nasiona arbuza. Na ścianie kuchni wisiały przypięte pinezkami plakaty do filmów, w których produkcję Gladys była zaangażowana i z których była dumna: Kiki z Mary Pickford, Na Zachodzie bez zmian z Lew Ayresem, Światła wielkiego miasta z Charliem Chaplinem, w którego pełne uczucia oczy Norma Jeane mogła patrzeć i patrzeć, przekonana, że Chaplin ją widzi. Niejasne było, co Gladys miała wspólnego z tymi sławnymi filmami, ale Normę Jeane oczarowały twarze aktorów. Oto, co znaczy dom. To miejsce pamiętam. Znajomy był również ciepły zaduch mieszkania - Gladys nie miała w zwyczaju uchylać okien na czas swojej nieobecności - ostra woń potraw, zmielonej kawy, papierosowego popiołu, spalenizny, perfum i tego tajemniczego, ostrego, chemicznego zapachu, którego Gladys nigdy nie mogła całkowicie zmyć, choć nieustannie szorowała dłonie mydłem leczniczym, aż były poobcierane do krwi. Mimo wszystko owe zapachy uspokajały Normę Jeane, bo przywodziły na myśl dom. Miejsce, gdzie była Matka.

Nowe mieszkanie! Było jakieś dziwne. Panowała tu większa ciasnota i nieporządek niż w poprzednich mieszkaniach. Albo może Norma Jeane była teraz starsza i więcej dostrzegała? Kiedy znalazła się wreszcie w środku, nastąpił ten okropny moment zawieszenia między pierwszym poruszeniem ziemi i następnym, naprawdę silnym drżeniem, którego nie da się zignorować ani zakwestionować. Czekała, nie mając odwagi odetchnąć. Stało tu wiele otwartych, ale nierozpakowanych pudeł, na których odciśnięto napis WŁASNOŚĆ WYTWÓRNI. Stosy ubrań leżały na kuchennym blacie i wisiały na drucianych wieszakach na sznurze rozwieszonym w kuchni, tak że na pierwszy rzut oka można by odnieść wrażenie, że tłoczą się w niej ludzie, kobiety w "kostiumach" - Norma Jeane wiedziała, co to są kostiumy, że to coś innego niż "ubrania", choć nie potrafiła wyjaśnić, na czym polega różnica. Wśród tych kostiumów znajdowały się efektowne i olśniewające krótkie sukienki z wąskimi ramiączkami. Inne, te z długimi mankietami, były poważniejsze. Majtki, staniki i pończochy suszyły się na sznurze. Gladys przyglądała się Normie Jeane, jak ta z otwartą buzią wpatruje się w ubrania kołyszące się nad jej głową. Na widok jej zmieszania wybuchnęła śmiechem.

- Coś nie tak? Nie pochwalasz tego? Della tego nie pochwala? Kazała ci mnie szpiegować? Teraz idziemy tu. Tędy. No, dalej.

Dźgnęła Normę Jeane łokciem i skierowała ją do następnego pokoju, do sypialni.

Małe pomieszczenie, z okropnymi zaciekami na ścianach i suficie, z pojedynczym oknem częściowo zasłoniętym spękanymi i poplamionymi żaluzjami. Było też znajome łóżko z błyszczącymi, choć nieco wytartymi gałkami i puchowymi poduchami, biurko z sosnowego drewna, nocny stolik z buteleczkami na tabletki, magazyny ilustrowane, książki w miękkich okładkach, pełna popielniczka na egzemplarzu "Hollywood Tattler"; wokoło wisiało jeszcze więcej ubrań i stało tu więcej otwartych, lecz nierozpakowanych pudeł; nad łóżkiem wielkie, jaskrawe zdjęcie z "The Hollywood Revue" z 1929 roku przedstawiające Marie Dressler w białej przejrzystej sukni. Gladys wyglądała na podnieconą, oddychała szybko i przyglądała się, jak Norma Jeane rozgląda się z niepokojem - no bo gdzie się podziała "niespodzianka"? Schowała się? Pod łóżkiem? W garderobie? (Lecz garderoby tu nie było, tylko stojąca pod ścianą szafa z płyty pilśniowej). Brzęczała samotna mucha. Przez okno w pokoju widać było jedynie pustą, brudną ścianę sąsiedniego budynku. Norma Jeane zachodziła w głowę: Gdzie? Kto to taki?, nawet wówczas gdy Gladys ukłuła ją lekko między łopatkami, upominając trochę gniewnie:

- Normo Jeane, daję słowo, czasem jesteś nierozgarnięta jak... jak nie przymierzając półgłówek. Naprawdę nie widzisz? Otwórz oczy i popatrz. Ten mężczyzna jest twoim ojcem.

Wreszcie Norma Jeane zorientowała się, na co wskazuje Gladys.

To nie mężczyzna. To zdjęcie mężczyzny, wiszące na ścianie obok lustra na komodzie.

2

W dniu szóstych urodzin po raz pierwszy ujrzałam jego twarz.

Wcześniej nic o tym nie wiedziałam - miałam ojca! Ojca jak inne dzieci.

Zawsze podejrzewałam, że jego nieobecność ma coś wspólnego ze mną. Z czymś złym, nieodpowiednim, co tkwiło we mnie.

Dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział? Ani matka, ani babcia, ani dziadek. Nikt.

A jednak nigdy nie spojrzę na jego prawdziwą twarz. I umrę przed nim.

3

- I co, Normo Jeane? Nie uważasz, że jest przystojny? Twój ojciec.

Głos Gladys, który czasem wydawał się beznamiętny, bezbarwny, odrobinę drwiący, drżał teraz jak u niedoświadczonej dziewczyny.

Norma Jeane bez słowa wpatrywała się w mężczyznę, który był podobno jej ojcem. W mężczyznę z fotografii. Mężczyznę na ścianie obok lustra na komodzie. Ojciec? Całe jej ciało wydawało się rozpalone i pulsujące jak skaleczony kciuk.

- O, proszę. Ale uważaj. Nie wolno go dotykać lepkimi palcami.

Uroczystym gestem Gladys zdjęła ze ściany oprawioną fotografię. Prawdziwą fotografię. Norma Jeane dostrzegła połysk charakterystyczny dla prawdziwego zdjęcia, a nie plakatu czy strony wyrwanej z jakiegoś pisma.

Gladys z namaszczeniem trzymała fotografię w dłoniach obciągniętych wspaniałymi rękawiczkami. Norma Jeane wprawdzie miała zdjęcie na poziomie oczu, ale nie mogłaby go dotknąć bez wysiłku. A jakże bardzo w takiej chwili pragnęła go dotknąć! Wiedziała jednak z doświadczenia, że nie należy dotykać specjalnych rzeczy Gladys.

- On... On jest moim ojcem?

- Z całą pewnością. Masz jego seksowne, niebieskie oczy.

- A gdzie... gdzie on...

- Sza! Patrz.

To była scena z jakiegoś filmu. Norma Jeane niemal słyszała skoczną melodię.

Jakże długo obie patrzyły! W ciszy pełnej uszanowania kontemplowały "mężczyznę w ramkach", "mężczyznę na zdjęciu", "mężczyznę, który był ojcem Normy Jeane", mężczyznę złowrogo przystojnego, mężczyznę o gładkich, pokrytych brylantyną gęstych włosach, mężczyznę z cieniutką linią wąsów na górnej wardze, mężczyznę o bladych, niemal niedostrzegalnie opadających powiekach nad przenikliwymi oczami. Mężczyznę o mięsistych, lekko rozchylonych w uśmiechu ustach, mężczyznę, który zdawał się wstydliwie unikać ich spojrzeń, mężczyznę o uniesionym podbródku, o dumnym, orlim nosie i z wgłębieniem w lewym policzku, dołkiem jak u Normy Jeane. Albo blizną.

Był starszy od Gladys, ale tylko trochę. Miał trzydzieści kilka lat, twarz aktora z wystudiowanym wyrazem świadczącym o dużej pewności siebie. Filcowy kapelusz przechylony z fantazją na dumnie uniesionej głowie i biała koszula z miękkim, falbaniastym kołnierzykiem sprawiały wrażenie kostiumu filmowego z minionych czasów. Mężczyzna, jak się wydawało Normie Jeane, już, już miał się odezwać, ale w końcu nie zrobił tego. Tak usilnie nasłuchiwałam. Jakbym wcześniej ogłuchła.

Serce trzepotało w piersi Normy Jeane jak skrzydła kolibra. Biło głośno, rozbrzmiewało w całym pokoju. Lecz Gladys niczego nie zauważyła i nie odezwała się. Sama wpatrywała się w mężczyznę na zdjęciu żarliwie i z zachwytem, powtarzając w uniesieniu niczym natchniona piosenkarka:

- Twój ojciec. Nosi piękne nazwisko, nazwisko kogoś ważnego, ale nie mogę go ujawnić. Nawet Della go nie zna. Delli może się zdawać, że jest inaczej, ale ona naprawdę nic nie wie. I nie może się dowiedzieć! Nawet o tym, że ty go widziałaś. Nasza sytuacja jest bardzo skomplikowana, rozumiesz. Kiedy się urodziłaś, twój ojciec przebywał daleko stąd; nawet teraz jest daleko i niepokoi się o swoje bezpieczeństwo. Uwielbia podróże i gdyby żył w dawnych czasach, pewnie zostałby wojownikiem. Tak się złożyło, że narażał życie w służbie demokracji. Głęboko w naszych sercach on i ja należymy do siebie... jesteśmy mężem i żoną. Chociaż gardzimy konwencjami i nie przystajemy na nie. "Kocham cię, kocham naszą córkę, a pewnego dnia wrócę po was do Los Angeles"... oto, co mi obiecał twój ojciec, Normo Jeane. Obiecał nam obu.

Gladys zamilkła na chwilę, zwilżyła usta.

Choć mówiła do Normy Jeane, sprawiała wrażenie, jakby nie do końca miała świadomość jej obecności. Wpatrywała się w fotografię, od której zdawały się odbijać wiązki rozszczepionego światła. Jej pokryta potem skóra płonęła rumieńcem, usta wyglądały na opuchnięte, jakby otarte pod warstwą jasnoczerwonej szminki; dłonie w ażurowych rękawiczkach nieznacznie drżały. Norma Jeane zapamięta, że próbowała się skoncentrować na słowach matki, a nie na szumie w uszach i nieprzyjemnym ucisku głęboko w brzuchu, jakby musiała koniecznie iść do toalety, ale nie śmiała się odezwać ani nawet poruszyć.

- Twój ojciec miał kontrakt z Wytwórnią, kiedy się spotkaliśmy, przed ośmiu laty, w dzień po Niedzieli Palmowej; zawsze będę pamiętała! Należał do najbardziej obiecujących młodych aktorów, lecz... Cóż, mimo naturalnego talentu i znakomitej prezencji - drugi Valentino, jak powiadał sam pan Thalberg - brakowało mu dyscypliny, cierpliwości i powagi. Wygląd, styl i osobowość, Normo Jeane, to nie wszystko, trzeba jeszcze przestrzegać pewnych zasad. Okazywać pokorę. Ukrywać własną dumę i harować jak koń. Kobietom to wszystko przychodzi łatwiej. Ja także podpisałam kiedyś umowę, na krótko. Jako młoda aktorka. Ale zmieniłam działkę. Z własnej woli! Bo zrozumiałam, że nic z tego nie będzie. Ale on był oczywiście typem buntownika. Przez pewien czas pracował jako dubler Chestera Morrisa i Donalda Reeda. W końcu jednak odszedł. "Mając do wyboru duszę i karierę, wybieram duszę", powiedział.

W podnieceniu Gladys dostała ataku kaszlu. Niósł się od niej silny zapach perfum, zmieszany z nikłą, kwaśnocytrynową wonią chemikaliów, którymi wydawała się nasiąknięta jej skóra.

Norma Jeane zapytała, gdzie jest ojciec.

Gladys odpowiedziała ze złością:

- Daleko, głuptasie. Już ci mówiłam.

Nastrój Gladys ulegał zmianom. Często tak bywało. Podkład muzyczny też się gwałtownie zmienił. Teraz przypominał zgrzyt piły albo szum fal, które bezlitośnie wdzierają się na plażę, gdzie Della, utyskująca i zadyszana z powodu "wysokiego ciśnienia", chodziła "dla zdrowia" z Normą Jeane po ubitym piasku.

Nigdy nie zapytałabym dlaczego. Dlaczego nikt mi nie powiedział aż do tamtej chwili.

Dlaczego dowiedziałam się o tym teraz.

Gladys powiesiła fotografię z powrotem. Tylko że gwóźdź nie trzymał się już tak pewnie w gipsowej ścianie. Samotna mucha nadal brzęczała, uderzając ustawicznie i z nadzieją o szybę.

- Przeklęta mucha, której brzęk "przez śmierć słyszałam"[1] - zauważyła tajemniczo Gladys.

Taka właśnie była Gladys. Wyrażała się tajemniczo w obecności Normy Jeane, choć niekoniecznie zwracała się do niej. Córka była świadkiem, uprzywilejowanym obserwatorem, jak stróż w kinie - szefowie udają, że go nie dostrzegają albo naprawdę go nie dostrzegają. Upłynęło trochę czasu, nim gwóźdź znowu mocno utkwił w ścianie i nim ramka zawisła równo. Jeśli chodziło o tego rodzaju drobiazgi, Gladys była perfekcjonistką, upominała Normę Jeane, gdy ta krzywo powiesiła ręcznik albo niestarannie poustawiała książki na półkach. Kiedy mężczyzna na fotografii wrócił bezpiecznie na ścianę przy lustrze komody, Gladys postąpiła kilka kroków w tył i odprężyła się nieco. Norma Jeane wciąż patrzyła na zdjęcie jak zaczarowana.

- Oto twój ojciec. Ale to nasza tajemnica, Normo Jeane. Na razie wystarczy, jak będziesz wiedziała, że jest daleko. Ale pewnego dnia - może już wkrótce - wróci do Los Angeles. Obiecał.

4

Będzie się mówiło, że nie byłam szczęśliwa jako dziecko, że moje dzieciństwo było okresem rozpaczy, lecz ja wam powiem: nigdy nie byłam nieszczęśliwa. Nigdy nie byłam nieszczęśliwa, póki miałam matkę, a pewnego dnia pojawił się także ojciec. I jego też mogłam kochać.

Była jeszcze babcia Della, matka matki Normy Jeane.

Silna kobieta o brwiach gęstych niczym szczotki i łobuzerskim wąsiku pod nosem. Della w swoisty sposób stawała w drzwiach wejściowych albo na werandzie budynku. Z rękoma opartymi na biodrach wyglądała jak kufel z dwoma uchami. Sklepikarze bali się jej groźnego wzroku i ciętego języka. Przepadała za kowbojem Williamem S. Hartem, uwielbiała Charliego Chaplina, geniusza mimiki, i chełpiła się, że pochodzi "z dobrego rodu amerykańskich pionierów"; przyszła na świat w Kansas, przeniosła się do Nevady, potem do południowej Kalifornii, gdzie spotkała i poślubiła ojca Gladys, który został podtruty, jak powiadała Della z wyrzutem, w Argonne około roku 1918... "Przynajmniej żyje. Nareszcie za coś można być wdzięcznym rządowi Stanów, nie?"

Tak, był jeszcze dziadek Monroe, mąż Delli, który z nimi mieszkał. Norma Jeane żyła w przekonaniu, że jej nie lubi, ale właściwie dziadka i tak jakby tam nie było. Na pytanie o niego Della niezmiennie odpowiadała wzruszeniem ramion i słowami: "Przynajmniej żyje".

Babcia Della! Postać znana w całym sąsiedztwie.

Babcia Della była źródłem wszystkiego, co Norma Jeane wiedziała - albo co wydawało się jej, że wie - o Gladys.

Najważniejszy fakt dotyczący Gladys był też jej główną tajemnicą: nie mogła być prawdziwą matką dla Normy Jeane. Nie teraz.

- Nie obwiniajcie mnie - oświadczyła Gladys, nerwowo zapalając papierosa. - Niech nikt z was mnie nie obwinia. Bóg wystarczająco mnie ukarał.

Ukarał? W jaki sposób?

Gdy Norma Jeane miała odwagę zadać takie pytanie, Gladys przymykała powieki nad swymi ślicznymi, choć nieco przekrwionymi szarobłękitnymi oczyma, w których ciągle błyszczała wilgoć.

- Nawet nie pytaj. Po tym wszystkim, co uczynił Bóg. Rozumiesz?

Norma Jeane uśmiechnęła się. Uśmiech nie oznaczał wcale, że rozumie, ale że jest szczęśliwa, nie rozumiejąc.

Niemniej: wiadomo było, że przed Normą Jeane Gladys miała "inne dziewczynki" - "dwie dziewczynki". Ale gdzie się one podziały?

- Niech mnie nikt z was nie obwinia, do licha!

Zdaje się, że Gladys, choć w wieku trzydziestu jeden lat wyglądała bardzo młodo, miała za sobą dwa małżeństwa.

Pewne natomiast było - co Gladys potwierdzała dość pogodnie, w sposób charakterystyczny dla postaci filmowej z komicznymi nawykami albo tikiem - że jej nazwisko często się zmieniało.

Della opowiadała historię, jedną z jej najbardziej bolesnych matczynych historii, o tym, jak Gladys urodziła się i została ochrzczona jako Gladys Pearl Monroe w Hawthorne, hrabstwo Los Angeles, w roku 1902. Jako siedemnastolatka poślubiła (wbrew woli Delli) mężczyznę o nazwisku Baker, zatem została panią Gladys Baker, lecz (oczywiście!) ten związek nie przetrwał nawet roku, więc się rozwiodła i wyszła za "parkingowego Mortensena" (ojca dwóch zaginionych, nieobecnych starszych sióstr?), ale i to nie wypaliło (oczywiście!) i Mortensen odszedł z życia Gladys - chwała Bogu. Tyle że nazwisko Gladys nadal brzmiało Mortensen na pewnych dokumentach, których nie zmieniła i nie chciała zmieniać, ponieważ przerażało ją wszystko, co wiązało się z papierami i prawem. Mortensen nie był rzecz jasna ojcem Normy Jeane, ale jego nazwiskiem Gladys posługiwała się od pierwszego dnia życia dziewczynki. A jednak - oto fakt, który najbardziej złościł Dellę, taki był perwersyjny - oficjalne nazwisko Normy Jeane brzmiało Baker, nie Mortensen.

- Wiesz dlaczego? - Della mogła zapytać kogoś z sąsiedztwa, jeśli tylko ten ktoś miał dość cierpliwości, by wysłuchiwać tego rodzaju głupot. - Ponieważ moja zwariowana córka "mniej nienawidziła" Bakera. - Della mówiła dalej, wprawiając się w nastrój szczerego przygnębienia: - W nocy nie mogę zasnąć. Żal mi tego biedactwa, które nie wie, kim jest. Powinnam zaadoptować Normę Jeane i dać jej własne nazwisko, skromne i niezbrukane - Monroe.

- Nikt nie zaadoptuje mojego maleństwa - oświadczyła zdecydowanie Gladys - póki żyję i mogę temu zapobiec.

Póki żyję. Norma Jeane dobrze wiedziała, jakie to było ważne, pozostać przy życiu.

Zatem Norma Jeane oficjalnie była Normą Jeane Baker. W wieku siedmiu miesięcy została ochrzczona przez sławną ewangelizatorkę Aimee Semple McPherson w świątyni Międzynarodowego Kościoła Otwartej Ewangelii (do którego wówczas należała Della) i miała nosić to nazwisko, póki nie zmieni go za sprawą mężczyzny, który weźmie sobie Normę Jeane za "żonę", póki jej imię i nazwisko nie zmieni się na mocy pewnej decyzji mężczyzn. Zrobiłam to, czego ode mnie wymagano. A wymagano ode mnie, żebym pozostała przy życiu.

W osobliwym przypływie macierzyńskich uczuć Gladys wyjaśniła Normie Jeane, że jej imiona zostały starannie dobrane.

- Norma - to na cześć wielkiej Normy Talmadge, a Jeane - kogóż by innego, jak nie Harlow? - Nazwiska te niewiele znaczyły dla dziecka, ale Norma Jeane widziała, jak Gladys drży na sam ich dźwięk. - Ty, Normo Jeane, połączysz w sobie obydwie, rozumiesz? Połączysz je w swoim losie.

5

- No, więc, Normo Jeane, teraz wiesz!

To była wiedza olśniewająca jak słońce. Porażająca jak uderzenie w twarz. Uszminkowane na czerwono usta Gladys, na których rzadko gościł uśmiech, teraz właśnie rozchylały się radośnie. Gladys oddychała szybko, jakby przed chwilą biegła.

- Zobaczyłaś właśnie jego twarz. Twarz twojego prawdziwego ojca, który nie nazywa się Baker. Tylko nie mów o tym nikomu, słyszysz? Zwłaszcza Delli.

- T...tak, Mamo.

Między starannie wyregulowanymi brwiami Gladys pojawiła się głęboka zmarszczka.

- Co takiego, Normo Jeane?

- Tak, Mamo.

- No, to rozumiem!

Norma Jeane nie mogła wyzbyć się jąkania, tylko że tym razem przesunęło się ono z języka do jej serca kolibra, gdzie pozostanie ukryte.

W kuchni Gladys zdjęła jedną ze swych cudownych ażurowych rękawiczek i w formie pieszczoty przesunęła nią po karku Normy Jeane.

Co za dzień! Szczęście niczym wilgotna mgła spowiło płaski krajobraz miasta. Szczęście wdychane z każdym oddechem. Gladys mruknęła:

- Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, Normo Jeane! - i: - Czy ci nie mówiłam, że to twój specjalny dzień?

Zadzwonił telefon. Gladys uśmiechnęła się do siebie, ale nie podniosła słuchawki.

Żaluzje w oknach były opuszczone aż po parapety. Gladys wspominała coś o "ciekawskich" sąsiadach.

Gladys zdjęła tylko lewą rękawiczkę. Mogło się zdawać, że o prawej zupełnie zapomniała. Norma Jeane zwróciła uwagę, że na lekko zaczerwienionej skórze lewej dłoni odcisnęły się małe romby. Gladys miała na sobie sukienkę z krepy w kolorze kasztanowym, dopasowaną w talii, z wysokim kołnierzykiem i obszernym dołem, który przy poruszaniu się wydawał odgłos przypominający oddech. Norma Jeane nigdy wcześniej tej sukni nie widziała.

Każda chwila była brzemienna w znaczenie. Każda chwila, jak każde uderzenie serca, to sygnał ostrzegawczy.

W niszy kuchennej Gladys nalewa do wyszczerbionych filiżanek sok winogronowy dla Normy Jeane i intensywnie pachnącą "wodę z medykamentami" dla siebie. Niespodzianką jest ciasto urodzinowe! Waniliowa polewa, sześć malutkich różowych świeczek i napis z gęstego czerwonego syropu:

NORMIEJEAN

SCZEŚCIA W DNIU URODZIN

Sam widok, no i ten cudowny zapach, sprawił, że Normie Jeane ślinka napłynęła do ust. Ale Gladys była najwyraźniej rozzłoszczona.

- Zakuta pała z tego piekarza, zrobił błąd w słowie "szczęścia" i w twoim imieniu, a przecież powiedziałam mu.

Z drobnymi problemami, drżącymi rękoma, choć może to pokój wibrował albo górna warstwa ziemi (w Kalifornii człowiek nigdy nie wie, co jest rzeczywiste, a co jest tylko wytworem wyobraźni), Gladys zdołała zapalić sześć świeczek. Zadaniem Normy Jeane było zdmuchnięcie bladych, migoczących nerwowo płomyków.

- A teraz, Normo Jeane, musisz sobie pomyśleć życzenie - oświadczyła z zapałem Gladys, pochylając się do przodu w taki sposób, że niemal dotknęła ciepłej twarzy dziecka. - Życzenie, by pewien mężczyzna, wiadomo kto, wkrótce do nas wrócił. No, dalej!

Zamknąwszy oczy, Norma Jeane pomyślała o życzeniu i jednym dmuchnięciem zgasiła wszystkie małe świeczki z wyjątkiem jednej. Tę ostatnią zdmuchnęła Gladys.

- Proszę bardzo. Dobre to jak modlitwa.

Przez chwilę Gladys szperała w szufladzie, starając się zlokalizować nóż nadający się do ukrojenia tortu; w końcu znalazła "rzeźnicki nóż - tylko się nie bój!", a jego długie ostrze błyszczało jak słońce odbite od przybrzeżnych fal w Venice Beach, raziło w oczy, lecz nie można było nie patrzeć. Gladys wtopiła ostrze w ciasto, marszcząc w skupieniu czoło i przytrzymując dłoń w rękawiczce dłonią bez rękawiczki, odkroiła po jednym kawałku dla każdej z nich; ciasto było nieco wilgotne i kleiło się w środku, a kawałki wystawały poza brzegi podstawek pod filiżanki, których Gladys użyła jako talerzyków. Ależ było dobre! Tamto ciasto smakowało wybornie. Już nigdy więcej nie skosztowałam czegoś tak smacznego. Matka i córka jadły z apetytem; dla każdej z nich ciasto było pierwszym posiłkiem tego dnia, którego minęła już więcej niż połowa.

- A teraz, Normo Jeane, czas na prezenty.

Po raz drugi odezwał się dzwonek telefonu. A Gladys tylko uśmiechała się promiennie, jakby w ogóle nic nie słyszała. Wyjaśniała właśnie, że zabrakło jej czasu, aby prezenty odpowiednio zapakować. Pierwszym był zrobiony szydełkiem ładny różowy sweterek z bawełny, który w miejscu guzików miał wyszyte pąki róż, sweterek raczej dla młodszego dziecka, ponieważ był za ciasny na Normę Jeane, dziewczynkę i tak dość małą jak na swój wiek, lecz Gladys, zachwycona, sprawiała wrażenie, że niczego nie zauważa:

- Czyż nie jest czarujący! Jesteś małą księżniczką.

Potem przyszła kolej na mniejsze sztuki garderoby: białe bawełniane skarpety, bieliznę (zachowały się metki ze sklepu z przecenionymi rzeczami). Już od miesięcy Gladys nie kupowała córce tego rodzaju drobiazgów; poza tym od kilku tygodni spóźniała się z przekazywaniem Delli pieniędzy, więc Norma Jeane z radością pomyślała, że Della się z tego ucieszy. Podziękowała matce, a Gladys strzeliła palcami i powiedziała:

- Och, nie ma za co, to zaledwie wstęp. Chodź.

Z wyraźnym talentem dramatycznym zaprowadziła dziewczynkę do sypialni, gdzie na honorowym miejscu wisiała fotografia przystojnego mężczyzny, i gwałtownym szarpnięciem wysunęła z komody górną szufladę.

- Presto, Normo Jeane! Oto coś dla ciebie.

Lalka?

Norma Jeane stanęła na palcach i z zapałem, nieporadnie wyciągała lalkę o złocistych włosach, okrągłych, niebieskich szklanych oczach i ustach jak pączek róży, kiedy Gladys zapytała:

- Czy pamiętasz, Normo Jeane, kto tutaj sypiał, w tej szufladzie? - Norma Jeane potrząsnęła głową. - Nie w tym mieszkaniu, ale w tej szufladzie. Właśnie tej. Nie pamiętasz, kto tu sypiał? - Norma Jeane znowu potrząsnęła głową. Zaczęła czuć się nieswojo. Gladys tak dziwnie na nią patrzyła, miała oczy szeroko otwarte, jakby naśladowała lalkę, tylko że oczy Gladys były bladoniebieskie, a usta jasnoczerwone. Wreszcie Gladys ze śmiechem zdradziła, o co jej chodzi: - Ty, ty, Normo Jeane. Sypiałaś właśnie w tej szufladzie! Byłam tak biedna, że nie mogłam sobie pozwolić na łóżeczko dla ciebie. Ale ta szuflada była twoim łóżeczkiem, kiedy byłaś maleńkim niemowlęciem; nic innego wcale nie było nam potrzebne, prawda?

W głosie Gladys wyczuwało się lekkie drżenie. Gdyby do tej sceny dopasować muzykę, musiałoby to być szybkie staccato. Norma Jeane potrząsnęła głową, nie, nie pamiętała tego, tak jak nie pamiętała pieluch oraz tego, jak trudno było Delli i Gladys nauczyć ją korzystać z nocnika. Gdyby miała czas dokładnie przyjrzeć się najwyższej szufladzie w sosnowej komodzie i zobaczyć, w jaki sposób można ją zamknąć, zebrałoby się jej na mdłości, zupełnie tak samo, jakby stała na samym szczycie schodów albo wyjrzała przez położone wysoko okno, albo wbiegła do wody wprost pod wysoką, przełamującą się falę, bo niby jak ona mogła, duża sześcioletnia dziewczynka, zmieścić się kiedykolwiek w tak ciasnym miejscu? - i czy ktoś zamykał tę szufladę, aby stłumić jej płacz? Ale Norma Jeane nie miała czasu myśleć o tym, skoro w ramionach trzymała urodzinową lalkę, najpiękniejszą lalkę, jaką kiedykolwiek widziała z bliska, tak piękną jak Śpiąca Królewna w książce z obrazkami, lalkę z falami złocistych włosów sięgających ramion, miękkich i jedwabistych jak prawdziwe włosy, ładniejszych niż jasnobrązowe włosy Normy Jeane i całkowicie niepodobnych do syntetycznych włosów większości lalek. Ta lalka nosiła małą szlafmycę i flanelową koszulę nocną w kwiaty, jej skóra była gładka, miękka, doskonała, a jej paluszki ukształtowane idealnie! Maleńkie stopy ginęły w białych bawełnianych bucikach związanych różowymi wstążkami! Norma Jeane pisnęła z zachwytu i chciała przytulić się do matki, aby jej podziękować, ale Gladys zesztywniała tak wyraźnie, że dziecko zorientowało się, iż lepiej tego nie robić. Gladys zapaliła papierosa i z rozkoszą wypuściła dym; paliła chesterfieldy, ulubioną markę Delli (choć Della była przeświadczona, że palenie jest fatalnym nawykiem i oznaką słabości, którą zdecydowana była zwalczyć). Odezwała się z nutą złośliwości w głosie:

- Musiałam zadać sobie dużo trudu, aby ją zdobyć dla ciebie, Normo Jeane. Spodziewam się, że przejmiesz odpowiedzialność za tę lalkę. - Słowa "odpowiedzialność za tę lalkę" dziwnie zawisły w powietrzu.

Norma Jeane z całego serca pokocha blondwłosą lalkę! Jedną z największych miłości jej dzieciństwa.

Z jednym wyjątkiem: niepokoiło ją, że kończyny lalki są w tak oczywisty sposób pozbawione kości, luźne; bez trudu można sprawić, iż będą się kołysały na wszystkie strony. Kiedy się położyło lalkę na plecach, jej stopy po prostu opadały.

Norma Jeane wyjąkała:

- J...jak ona się nazywa, Mamo?

Gladys znalazła buteleczkę z aspiryną, wytrząsnęła kilka tabletek na dłoń i połknęła je bez popijania. Powiedziała głośno, tym swoim wyzywającym tonem charakterystycznym dla Harlow, poruszając zabawnie cienkimi kreskami brwi:

- To zależy od ciebie, dzieciaku.

Norma Jeane starała się ze wszystkich sił wymyślić imię dla lalki. Starała się bardzo, ale w myślach też jakby się jąkała: w ogóle nic nie przychodziło jej do głowy. Zaczęła się martwić i ssać kciuk. Imiona są takie ważne! - jak się nie zna czyjegoś imienia, to nie da się o tej osobie myśleć, a z kolei innym potrzebne jest twoje imię - bo inaczej gdzie byś była?

Norma Jeane wykrzyknęła:

- Mamo, jak się n...nazywa ta lalka? Powiedz, proszę.

Bardziej rozbawiona niż zdenerwowana, a przynajmniej tak się wydawało, Gladys zawołała z drugiego pokoju:

- Do licha, nazwij ją Norma Jeane: czasem jest prawie tak samo rozgarnięta jak ty. Słowo daję.

Tyle przeżyć, dziecko było zmęczone.

Pora, by Norma Jeane przespała się trochę.

Ale zadzwonił telefon. Kiedy popołudnie przechodziło w wieczór. Dziecko pomyślało niespokojnie: "Dlaczego Matka nie podnosi słuchawki. A jeśli to Ojciec? Albo może ona wie, że to nie Ojciec, a jeśli tak, to skąd?".

W bajkach braci Grimm, czytanych Normie Jeane przez babcię Dellę, działy się rzeczy, które normalnie mogą się tylko przyśnić, które są dziwne i straszne jak sny, ale nimi nie są. Chciałbyś się z nich obudzić, lecz nie możesz.

Normie Jeane zachciało się spać. Wcześniej była bardzo głodna, więc zjadła dużo ciasta, jak świnka zjadła na śniadanie mnóstwo urodzinowego tortu, dostała mdłości, rozbolały ją zęby, może też Gladys dolała odrobiny swego bezbarwnego napoju do soku Normy Jeane - "kapkę, dla zabawy" - w każdym razie dziewczynka nie mogła otworzyć oczu, głowa jej się kiwała na ramionach jak idiotce; Gladys musiała zawlec ją do nagrzanej, dusznej sypialni i choć wolałaby, aby dziewczynka tu nie spała, położyła ją na zapadniętym, przykrytym kordonkową narzutą łóżku, ściągnęła jej buty i - zawsze wrażliwa, gdy chodziło o tego rodzaju sprawy - podłożyła ręcznik pod głowę. "Nie oślinisz mi poduszki". Kordonkowa narzuta w kolorze dyni, teraz już wyblakła, należała do przedmiotów, które Norma Jeane zapamiętała z poprzednich wizyt w "rezydencjach" matki; tu i ówdzie widać było miejsca nadpalone papierosami oraz dziwne smugi i plamy w odcieniu rdzy albo zakrzepłej krwi.

Ze ściany przy komodzie ojciec Normy Jeane spoglądał na swoją córkę. Ona patrzyła na niego przez zmrużone powieki. Szepnęła:

- Tato.

Pierwszy raz! W szóste urodziny.

Pierwszy raz wypowiedziała słowo "tato".

Gladys opuściła żaluzje aż po parapet, ale stare, popękane listewki nie mogły powstrzymać ostrych promieni popołudniowego słońca. Palącego oka Boga. Bożego gniewu. Babcia Della była gorzko rozczarowana Aimee Semple McPherson i Kościołem Otwartej Ewangelii, lecz mimo wszystko zachowała wiarę w to, co nazywała Słowem Bożym, w Świętą Biblię: "Trudna to nauka, a my jesteśmy przeważnie głusi na jej mądrości, lecz nic innego nie mamy". (Ale czy tak było? Gladys miała własne książki i nigdy nie wspominała o Biblii. Jedynie o filmach rozprawiała z prawdziwą pasją).

Słońce opuściło się nad horyzont, kiedy Normę Jeane wytrącił ze snu dzwonek telefonu w sąsiednim pokoju. Zgrzytliwy dźwięk, szyderstwo, dźwięk rozgniewanego dorosłego, zapowiedź męskich wyrzutów. "Wiem, że tam jesteś, Gladys, wiem, że słyszysz; nie możesz ukryć się przede mną". Aż wreszcie Gladys chwyciła za słuchawkę i odezwała się piskliwym, niewyraźnym głosem, tonem prawie błagalnym:

- Nie! Nie mogę, nie dzisiaj, przecież mówiłam, mówiłam, że moja córka ma urodziny, chcę ten dzień spędzić tylko z nią. - Kolejne słowa brzmiały bardziej natarczywie, jak piski i krzyki rannego zwierzęcia: - Ależ tak, przecież mówiłam ci, mam dziewczynkę, nie dbam o to, co ci się wydaje, jestem normalną osobą, a przy tym matką, mam dzieci, jestem normalną kobietą i nie chcę tych twoich brudnych pieniędzy, nie, powiedziałam, że nie mogę się z tobą dzisiaj spotkać, ani dzisiaj, ani jutro, zostaw mnie w spokoju albo pożałujesz, a jeśli przywleczesz się tutaj i zrobisz użytek z klucza, wtedy wezwę policję, ty gnoju!

6

Kiedy przyszłam na świat 1 czerwca 1926 roku w Los Angeles County General Hospital, moja matka zaginęła.

Gdzie się podziała? Tego nikt nie wiedział!

Potem znaleźli miejsce, gdzie się ukrywała, byli wstrząśnięci, wyrażali dezaprobatę, mówili: "Ma pani piękne dziecko, pani Mortensen, nie chce pani potrzymać swego pięknego dziecka? To dziewczynka, pora na karmienie". Lecz matka odwróciła się twarzą do ściany. Z jej piersi mleko wyciekało jak ropa z wrzodu, ale nie dla mnie.

Jakaś obca osoba, pielęgniarka, nauczyła matkę, jak mnie podnosić i trzymać. Jak jedną dłonią ująć delikatny tył dziecięcej główki i drugą podtrzymywać kręgosłup.

"A jeśli ją upuszczę?"

"Nie upuści pani!"

"Jest taka ciężka i rozpalona. Kopie".

"Jest normalnym, zdrowym dzieckiem. Ślicznotką. Proszę spojrzeć na te oczy!"

W Wytwórni, gdzie Gladys Mortensen pracowała od dziewiętnastego roku życia, istniał świat, który widziało się na własne oczy, i świat, który widziało się okiem kamery. Pierwszy nie liczył się wcale, drugi był wszystkim. Nic zatem dziwnego, że po jakimś czasie matka zaczęła na mnie patrzeć za pośrednictwem zwierciadła. W taki sam sposób się do mnie uśmiechała. (Nigdy bezpośrednio, twarzą w twarz). Poprzez lustro, które jest jak oko kamery, można prawie kochać.

Kochałam ojca tego dziecka. Nazwisko, które mi zdradził, nie istnieje. Dał mi 225 dolarów i jakiś numer telefonu, abym SIĘ DZIECKA POZBYŁA. Czy ja naprawdę jestem matką? Czasami w to nie wierzę.

Nauczyłyśmy się patrzeć w lustrzane odbicia.

W lustrze widziałam moją Przyjaciółkę. Kiedy tylko stałam się wystarczająco dorosła.

Magiczną Przyjaciółkę.

Była w tym jakaś czystość. Nigdy nie doświadczałam swej twarzy i ciała od środka (gdzie panowało senne odrętwienie), lecz jedynie poprzez lustro, synonim wyrazistości i czystości. Tak właśnie widziałam siebie.

Gladys roześmiała się. "Do licha, ten dzieciak wygląda całkiem nieźle, prawda? Chyba ją zatrzymam".

Nie była to decyzja na zawsze. Jedynie na dzień, na chwilę.

W smudze błękitnego dymu przekazywano mnie z rąk do rąk. Trzytygodniowe niemowlę w kocyku. Jakaś kobieta zawołała pijackim głosem: "Och, główka! Ostrożnie, podłóż rękę pod jej główkę". Inna kobieta powiedziała: "Chryste, ale tu dymu, gdzie się podziała Gladys?". Zaglądali mężczyźni. Uśmiechali się. "To mała dziewczynka, co? Tam, w dole, wygląda jak jedwabna torebka. Jest taka gładziutka".

Później jeden z nich pomagał matce mnie kąpać. A potem sami się kąpali! Piski i śmiech, ściany wyłożone białymi kaflami. Na podłodze kałuże wody. Perfumowane sole do kąpieli. Pan Eddy był bogaty! Miał trzy modne knajpki w Los Angeles, gdzie gwiazdy jadły posiłki i tańczyły. Pan Eddy występował w radiu. Pan Eddy potrafił żartować, zostawiał dwudziestodolarówki w zabawnych miejscach: na bloku lodu w lodówce, zwinięte i wsunięte w zasłonę okna, między powydzieranymi kartkami Skarbczyka amerykańskiej poezji, przyklejone po wewnętrznej stronie opuszczonego sedesu.

Śmiech matki był przenikliwy i ostry jak kawałeczki rozbitego szkła.

7

- Ale najpierw musisz się wykąpać.

Słowo "wykąpać" zostało wypowiedziane wolno, zmysłowo.

Gladys piła swoją wodę z dodatkiem medykamentów. Nie była w stanie spokojnie usiedzieć. Na talerzu gramofonu Mood Indigo. Palce i twarz Normy Jeane kleiły się od urodzinowego tortu. Noc prawie zapadła, w tym dniu jej szóstych urodzin. A potem już naprawdę była noc. Woda z obu kranów wpadała hałaśliwie do pordzewiałej starej wanny w maleńkiej łazience.

A ze szczytu lodówki spoglądała śliczna lalka o blond włosach. Szkliste niebieskie oczy były szeroko otwarte, a usta niczym pączek róży zawsze gotowe do uśmiechu. Kiedy się lalką potrząsnęło, jej oczy otwierały się szerzej. Usta jak pączek róży nie zmieniały się nigdy. Maleńkie stopki w przybrudzonych białych bucikach wyglądały dziwnie, wykręcone na zewnątrz pod osobliwym kątem!

Matka nauczyła Normę Jeane słów. Mrucząc i kołysząc się.

Nie jesteś smutna

Nie nie nie

Nie jesteś smutna

Jeśli nie jest to smutek w kolorze indygo

Potem Matkę znudziła muzyka, więc zajęła się szukaniem jednej ze swoich książek. Jednej spośród wielu jeszcze nierozpakowanych książek. Gladys brała kiedyś lekcje wymowy w Wytwórni. Norma Jeane uwielbiała słuchać, jak Gladys jej czyta, ponieważ oznaczało to więcej spokoju. Nie zdarzały się wtedy żadne nagłe wybuchy śmiechu, nie było przekleństw ani łez. A muzyka mogła to wszystko wywoływać. Teraz Gladys z namaszczeniem przeglądała Skarbczyk amerykańskiej poezji, swą ulubioną książkę. Trzymała ją w wyprostowanych, szczupłych rękach i z podniesioną głową niczym aktorka filmowa.

Nie mogłam stanąć i czekać na Śmierć -

Ona sama mnie podwiozła - uprzejma -

Bryczka mieściła nas dwie -

I jeszcze - Nieśmiertelność -[2]

Norma Jeane słuchała uważnie. Kiedy Gladys skończyła wiersz, odwróciła się do niej z błyszczącymi oczami.

- O czym to jest, Normo Jeane? - Dziewczynka nie wiedziała. Gladys rzekła: - Dowiesz się pewnego dnia, kiedy nie będzie przy tobie matki. - Dolała do filiżanki mocnego napoju i wypiła.

Norma Jeane miała nadzieję, że matka przeczyta jej jeszcze inne wiersze, wiersze rymowane, wiersze, które zdoła zrozumieć, ale wyglądało na to, że Gladys tego wieczoru już do wierszy nie wróci. Nie przeczyta też nic z Wehikułu czasu czy Wojny światów, tych "profetycznych książek" - "książek, które wkrótce się urzeczywistnią" - co czasami czyniła swym intensywnym, wibrującym głosem.

- Pora na kąąąpiel.

To nic innego, tylko scena z filmu. Odgłos wody tryskającej z kranów miesza się z muzyką, którą się niemal słyszało.

Gladys pochyliła się nad Normą Jeane, aby ją rozebrać. Ale przecież Norma Jeane sama umiała się rozebrać! Miała sześć lat. Gladys spieszyła się, odsunęła na bok ręce Normy Jeane.

- Ale wstyd. Cała się wysmarowałaś ciastem.

Spieszyła się, chociaż wanna dopiero się napełniała. Długo to trwało, wanna była taka duża. Gladys zdjęła też swoją sukienkę z krepy, ściągnęła ją przez głowę, aż jej włosy podniosły się w zygzakowatych pasmach. Blada skóra pokryła się warstewką potu. Nie wolno gapić się na ciało Matki, które było wielką tajemnicą: blada, piegowata skóra, sterczące kości, małe i twarde piersi niczym zaciśnięte pięści wypychające koronkową koszulkę. Norma Jeane niemal dostrzegała ogień w naelektryzowanych włosach Gladys. W błyszczących, lekko wytrzeszczonych oczach.

Za oknem wiatr grał w drzewach palmowych. To głosy umarłych, powiedziała Gladys. Pragnących dostać się do środka.

- Do naszego wnętrza - wyjaśniła. Ponieważ ciał jest za mało. W każdym momencie historii nigdy nie jest dosyć życia. A od wojny - nie pamiętasz wojny, nie było cię jeszcze na świecie, ale ja pamiętam, jestem twoją matką i urodziłam się przed tobą - od wojny, kiedy zginęło wielu mężczyzn, wiele kobiet i dzieci, doprawdy brakuje ciał. Wszystkie te biedne dusze zmarłych chcą się wcisnąć.

Norma Jeane przestraszyła się. Niby gdzie wcisnąć?

Gladys zaczęła się przechadzać tam i z powrotem, czekając, aż wanna się napełni. Nie była pijana ani odurzona. Zdjęła rękawiczkę z prawej dłoni i teraz obie szczupłe ręce były nagie, miejscami złuszczone i pokryte czerwonymi plackami; nie chciała się do tego przyznać, ale praca w Wytwórni, czasem nawet po sześćdziesiąt godzin na tydzień, zabijała ją. Chemikalia przenikały przez skórę, choć nakładała lateksowe rękawiczki, tak jest, przez włosy, przez wszystkie cebulki, płuca, och tak, umierała! Zabijała ją Ameryka! Kiedy zaczynała kaszleć, nie mogła przestać. No tak, ale dlaczego paliła? Jak to, wszyscy w Hollywood palili, paliły postacie z filmów, papieros uspokajał nerwy, pewnie, lecz Gladys nie wykraczała poza marihuanę, poza, jak to określała prasa, "skręty", do licha, chciała, aby Della wiedziała, że nie jest ćpunką, nie jest narkomanką, nie jest puszczalską, a niech to szlag, i nigdy by tego nie zrobiła za pieniądze, albo prawie nigdy.

A jeśli już, to tylko w czasie tych ośmiu tygodni, gdy nie pracowała w Wytwórni. Po Wielkim Krachu w październiku 1929 roku.

- Wiesz, co to było? Krach?

Norma Jeane zdziwiła się; potrząsnęła głową. Nie. A co?

- Miałaś wtedy trzy lata, dziecko. Znalazłam się w rozpaczliwym położeniu. Zależało mi tylko na jednym: oszczędzić ciebie.

Dźwignęła Normę Jeane w chudych, żylastych ramionach, uniosła ze stęknięciem, a potem opuściła przerażone, kopiące i wyrywające się dziecko w parującą wodę. Norma Jeane jęknęła, nie odważyła się jednak krzyknąć, woda była gorąca! bardzo gorąca! istny wrzątek lał się z kranu, który Gladys zapomniała zakręcić, zresztą zapomniała zakręcić oba krany, tak samo jak zapomniała sprawdzić temperaturę wody. Norma Jeane chciała wyskoczyć z wanny, ale Gladys pchnęła ją z powrotem.

- Siedź spokojnie. Umyć się trzeba. Ja też wchodzę do środka. Gdzie jest mydło? No, no, brudasek z ciebie.

Gladys odwróciła się plecami do pojękującej Normy Jeane i szybko pozbyła się reszty ubrania: koszulki, biustonosza, majteczek, zrzucając je radośnie na podłogę niczym tancerka. Naga, bez żenady wskoczyła do dużej, starej wanny stojącej na żeliwnych nóżkach, poślizgnęła się, odzyskała równowagę i zanurzyła się po biodra w wodzie z solą do kąpieli o zapachu wrzosów, usiadła twarzą do przestraszonego dziecka, z nogami rozchylonymi jakby chciała objąć albo przytrzymać dziecko, które przed sześciu laty wydała na świat w udręce rozpaczy i złorzeczeń - "Gdzie jesteś? Dlaczego mnie porzuciłeś?" - pod adresem mężczyzny, który był jej kochankiem, którego imienia ani nazwiska nie wymieniła nawet podczas najtrudniejszych chwil porodu. Ależ to pokraczne, matka i córka w tej wannie z wodą wylewającą się od czasu do czasu na podłogę; Norma Jeane, dźgnięta kolanem matki, zanurzyła się w wodzie po usta, zaczęła krztusić się i kaszleć, ale Gladys szybko wyciągnęła ją za włosy.

- Natychmiast przestań, Normo Jeane! - zbeształa córkę. - Przestań.

Gladys chwyciła kawałek mydła i zaczęła go szybko obracać w dłoniach. Dziwne. Przecież aż się kurczyła, kiedy córka jej dotykała, a teraz była naga, ściśnięta z nią w wannie, i do tego wydawała się skupiona, miała ekstatyczny, nawiedzony wyraz twarzy, zarumienionej od ciepła. Norma Jeane znowu jęknęła, że woda jest zbyt gorąca, Mamo, proszę, woda jest za gorąca, tak gorąca, że prawie straciła czucie. Gladys odpowiedziała surowo:

- O tak, ma być gorąca, tyle jest brudu. Na świecie i w nas.

To nie był pierwszy raz. I nie miał być ostatni.

?

Miasto z piasku

1

- Normo Jeane, obudź się! Szybko.

Sezon pożarów. Jesień 1934. W głosie Gladys pobrzmiewał strach i podniecenie.

Nocą rozeszła się woń dymu - popiołu! - przypominająca zapach śmieci i odpadków palonych w piecach za starym budynkiem, w którym mieszkała Della Monroe. Tylko że to nie było Venice Beach, lecz Hollywood, Highland Avenue w Hollywood, gdzie wreszcie matka i córka zamieszkały razem, we dwie, tak jak to miało być, póki on po nas nie przyjedzie, i nagle zawyły syreny i pojawił się ten odór, jakby palonych włosów, jakby tłuszczu płonącego na patelni, jakby wilgotnych ubrań niedbale przypalonych gorącym żelazkiem. Pozostawienie w sypialni otwartego okna okazało się błędem, ponieważ ów zapach wypełnił pokój: zapach duszący, gryzący, drażniący oczy jak niesiony wiatrem piasek. Zapach jak z rozgrzanej płyty kuchennej, kiedy wtopił się w nią czajnik, z którego wyparowała woda, a Gladys tego nie zauważyła. Zapach jak z wszędobylskich niedopałków i powypalanych dziur w linoleum, w dywanie w różyczki, w podwójnym łóżku z mosiężnymi gałkami przy wezgłowiu i puchowymi poduchami dzielonymi przez matkę i córkę, zapach spalonej bielizny, rozpoznany natychmiast przez dziecko pogrążone we śnie; zdarzało się, że kopcący chesterfield wypadał z dłoni Gladys, cierpiącej na bezsenność namiętnej czytelniczki, Gladys zapadała w lekką drzemkę, z której budziła ją nagle i gwałtownie, w sposób zupełnie dla niej niepojęty i tajemniczy, strzelająca iskrami poduszka, prześcieradła, szal, często najprawdziwsze płomienie, które tłumiła uderzeniami książki, czasopisma, raz nawet kalendarza zerwanego w pośpiechu ze ściany, albo własnymi pięściami; jeśli ogień się utrzymywał, Gladys, złorzecząc na czym świat stoi, biegła do łazienki, przynosiła w szklance wodę i wylewała ją na płomienie, mocząc pościel i materac. "Do licha! Co jeszcze się stanie?" Owe epizody rozgrywały się w slapstickowym tempie niemych filmów. Norma Jeane, która spała z Gladys, budziła się natychmiast, zrywała z łóżka skupiona i czujna jak każde zwierzę walczące o przeżycie; i często to właśnie ona przynosiła wodę. I choć teraz był to prawdziwy alarm, rzeczywisty niepokój w środku nocy, sytuacja wydawała się wystarczająco znajoma, aby wywołać łańcuch rutynowych działań w sytuacji krytycznej, coś w rodzaju praktycznej metodologii. Przyzwyczaiłyśmy się chronić siebie przed spłonięciem żywcem w łóżku. Nauczyłyśmy się radzić sobie.

- Jeszcze nawet nie zasnęłam! Ciągle o czymś myślę. W mojej głowie panuje pełnia dnia. Zdaje się, że nagle zdrętwiały mi palce. To mi się ostatnio zdarza. Niedawno grałam na fortepianie i nic nie wychodziło. Nigdy nie biorę się do roboty bez gumowych rękawiczek, ale środki chemiczne używane w laboratorium są obecnie bardzo silne. Szkody mogły już się dokonać. Popatrz, zakończenia nerwowe w moich palcach są właściwie martwe, moja dłoń nawet nie drży.

Gladys wyciągnęła niesprawną rękę w stronę córki. I rzeczywiście, chyba miała rację; dziwne, po nocnym niepokoju z powodu tlącej się pościeli, po niebezpiecznej chwili, jej szczupła dłoń nie drżała, tylko zwisała bezwładnie z nadgarstka, jakby w ogóle nie należała do niej, nie poddawała się woli, była czymś, za co jej właścicielka nie ponosiła odpowiedzialności, dłoń z delikatnymi liniami papilarnymi, otwarta, wygięta, blada, choć o podrażnionej i zaczerwienionej skórze, dłoń o pięknym kształcie, pusta.

Istniało wiele innych tego rodzaju tajemnic w życiu Gladys, zbyt wiele, aby je wyliczyć. Kontrolowanie ich wymagało nieustannej uwagi i, paradoksalnie, niemal całkowitej obojętności.

- Każdy filozof, od Platona po Johna Deweya, uczył: nie odejdziesz, póki nie wypadnie na ciebie, a kiedy wypadnie na ciebie, odejdź.

Gladys strzeliła palcami, uśmiechnęła się. Według niej na tym polegał optymizm.

Dlatego właśnie jestem fatalistką. Logiki nie da się podważyć!

I dlatego jestem dobra w sytuacjach krytycznych. Czy też byłam.

Nie potrafiłam grać jedynie normalnego, codziennego życia.

Lecz tej nocy płomienie były rzeczywiste.

To nie żadne miniaturowe ogniki w łóżku, które można zgasić uderzeniem gazety albo szklanką wody, tylko prawdziwy pożar szalejący w południowej Kalifornii po pięciu miesiącach suszy i wysokich temperatur. Lokalne pożary poszycia stanowiły "poważne zagrożenie dla życia i własności" nawet w obrębie granic Los Angeles. Winne będą wiatry Santa Ana: z początku łagodne jak pieszczota, potem bardziej uporczywe, intensywne, gorące; wystarczyło kilka godzin, aby pożoga, która wybuchła u podnóży i w dolinach San Gabriel Mountains, przesunęła się w stronę Pacyfiku. W ciągu dwudziestu czterech godzin powstały setki pożarów, odosobnionych i bardzo do siebie podobnych. W dolinach San Fernando i Simi gorące wiatry osiągały prędkość stu mil na godzinę. Ściany ognia wysokie na dwadzieścia stóp przeskakiwały na drugą stronę autostrad niczym drapieżne stworzenia. Zaledwie kilka mil od Santa Monica pojawiły się pola ognia, kaniony ognia, ogniste kule jak komety. Wiatr niósł iskry niczym nasiona, z których wystrzeliły płomienie w dzielnicach mieszkalnych Thousand Oaks, Malibu, Pacific Palisades, Topanga. Krążyły opowieści o tym, jak ptaki wybuchały ogniem w powietrzu, jak przerażone bydło z rykiem gnało przed siebie, płonąc jak pochodnie, póki nie padło. Potężne, kilkusetletnie drzewa stawały w płomieniach i ginęły w ciągu paru minut. Nawet nasączone wodą dachy zajmowały się ogniem, a budynki eksplodowały płomieniami jak bomby. Mimo wysiłków tysięcy osób pochód ognia "wymykał się spod kontroli", a siarkowy, białoszary dym przysłonił niebo na obszarze setek mil we wszystkich kierunkach. Na widok ciemniejącego za dnia nieba można by pomyśleć, że słońce zamieniło się w chorowite, cienkie półkole, że nastąpiło jego trwałe zaćmienie. Można by pomyśleć, powiedziała matka do przestraszonej córki, że to koniec świata przepowiedziany w biblijnej Apokalipsie:

- "I ludzie zostali dotknięci upałem nie do zniesienia, i bluźnili imieniu Boga". Ale to Bóg bluźnił nam.

Złowieszcze wiatry Santa Ana będą wiały przez dwadzieścia dni i dwadzieścia nocy, niosąc drobne kamyki, piasek, popiół i duszący dym, a kiedy w końcu z początkiem deszczy ogień się zatrzyma, okaże się, iż siedemdziesiąt tysięcy akrów hrabstwa Los Angeles uległo zniszczeniu.

Ale wtedy Gladys Mortensen już od blisko trzech tygodni będzie przebywała w szpitalu psychiatrycznym w Norwalk.

Była małą dziewczynką, a małe dziewczynki nie powinny za dużo myśleć. Zwłaszcza śliczne dziewczynki o kręconych włosach nie powinny martwić się, niepokoić, kalkulować; a jednak ona miała zwyczaj marszczyć czoło jak dorosły karzeł, rozważając następujące kwestie: Skąd się bierze ogień? Czy istnieje jakaś pojedyncza iskra, która jest pierwszą iskrą, poprzedzającą wszystkie inne, taką znikąd? Niepochodzącą z zapałki ani z zapalniczki, tylko właśnie znikąd?

- Ze słońca. Ogień pochodzi ze słońca. Słońce jest ogniem. Oto, czym jest Bóg: ogniem. Zawierz Mu, a spłoniesz na popiół. Wyciągnij do niego rękę, spróbuj Go dotknąć, a twoja ręka spali się na popiół. Nie istnieje żaden "Bóg Ojciec"; prędzej uwierzyłabym w W.C. Fieldsa. On istnieje. Zostałam ochrzczona, ponieważ moja matka była łatwowierna, ale ja nie jestem głupia. Jestem agnostyczką. Wierzę, że nauka może ocalić ludzkość. Lekarstwo na raka, lekarstwo na gruźlicę, eugenika dla poprawienia rasy, eutanazja dla beznadziejnych przypadków. Ale moja wiara nie jest zbyt silna. I twoja taka będzie, Normo Jeane. Tak naprawdę nie miałyśmy żyć w tej części świata. W południowej Kalifornii. Osiedlenie się tutaj było błędem. Twój ojciec - w tym miejscu ochrypły głos Gladys stał się łagodny i miękki, jak to zwykle bywało, gdy mówiła o nieobecnym ojcu Normy Jeane, jakby ów mężczyzna kręcił się gdzieś w pobliżu - nazywa Los Angeles Miastem z Piasku. Wybudowano je na piasku i ono samo jest piaskiem. Jest pustynią. Opady wynoszą tu poniżej dwudziestu cali rocznie. O ile nie spadnie zbyt dużo deszczu i nie będzie lokalnych powodzi. Ludzkość nie powinna mieszkać w takich miejscach. Dlatego ponosimy karę. Za naszą pychę i głupotę. Musimy ścierpieć trzęsienia ziemi, pożary i powietrze, które nas dusi. Niektórzy z nas tutaj się urodzili i niektórzy z nas tutaj umrą. To pakt, który zawarliśmy z szatanem.

Gladys zamilkła na chwilę, bo nie mogła złapać tchu. Prowadząc samochód, tak jak w tej chwili, szybko się męczyła, jak gdyby jazda wymagała od niej fizycznego wysiłku. Mimo to mówiła spokojnie, a jej głos brzmiał nawet miło. Jechały po ciemnej Coldwater Canyon Drive nad Sunset Boulevard, była 1.35 w nocy po pierwszym dniu pożarów w Los Angeles. Przedtem Gladys krzykiem obudziła Normę Jeane, wyciągnęła ją w piżamie i boso z domu, po czym wepchnęła do swego forda, rocznik 1929, polecając jej spieszyć się i zachowywać cicho, aby inni mieszkańcy ich nie słyszeli. Gladys miała na sobie czarną koronkową koszulę nocną, na ramionach zarzucone w pośpiechu postrzępione jedwabne kimono, prezent od pana Eddy'ego sprzed wielu lat; ona też nie miała niczego na nogach i stopach, nierozczesane włosy związała z tyłu przepaską; jej pociągła, blada twarz, nasmarowana na noc kremem, zaczęła właśnie tracić swą doskonałość w kontakcie z wszechobecnym w powietrzu kurzem i popiołem. Ależ wiatr, ależ suche, nagrzane, szkodliwe powietrze napływa kanionem! Norma Jeane była zbyt przestraszona, aby płakać. Wycie syren! Krzyki ludzi! Przerażające, piskliwe wrzaski, które nie wydają się ludzkie, tylko zwierzęce, na przykład ptasie. (A może tak wyją kojoty?) Norma Jeane widziała już wcześniej niesamowite światła pożaru odbite od chmur, na horyzoncie za Sunset Strip, na niebie nad czymś, co Gladys nazywała "uzdrawiającymi wodami Pacyfiku"; na niebie, na którego tle odcinały się sylwetki rozkołysanych palm, wyschniętych drzew, na których strzępiły się pożółkłe liście; od kilku godzin czuła zapach dymu (a nie spalenizny, jak w łóżku Gladys), ale jeszcze nie docierało do niej - bo nie byłam dzieckiem zadającym pytania, można powiedzieć, że byłam dzieckiem ufnym, to znaczy dzieckiem, które w głębi serca żywi rozpaczliwą nadzieję - że jej matka jedzie fordem w złym kierunku.

Nie oddalała się od nakrapianych ogniem wzgórz, tylko się do nich zbliżała.

Nie oddalała się od źródła gryzącego, duszącego dymu, tylko się do niego zbliżała.

Mimo wszystko Norma Jeane powinna była rozpoznać sygnały: Gladys mówiła spokojnie. Tym swoim głosem, który był miły i logiczny.

Kiedy Gladys była sobą, naprawdę sobą, jej głos był beznamiętny, matowy, całkowicie wyzuty z rozkoszy i emocji, jakby na siłę wyciśnięto ostatnią kroplę wilgoci z upranej bielizny; w takich chwilach nie patrzyła nikomu w oczy; miała zdolność patrzenia przez ciebie; gdyby maszyna do liczenia miała oczy, patrzyłaby właśnie w taki sposób. Kiedy zaś Gladys nie była sobą albo właśnie wchodziła w tę fazę odmienności, zaczynała mówić szybko, wyrzucała z siebie strzępy słów tak, że nie sposób było nadążyć za jej rozgorączkowanym umysłem; albo wypowiadała się spokojnie, logicznie, jak jedna z nauczycielek Normy Jeane, która mówi o tym, o czym wszyscy i tak wiedzą.

- To pakt, który zawarliśmy z szatanem. Nawet ci, którzy w szatana nie wierzą.

Gladys gwałtownie odwróciła się do Normy Jeane, aby zapytać, czy jej słucha.

- T...tak, Mamo.

Szatan? Pakt? Jak to?

Na poboczu leżał blady, błyszczący przedmiot, nie niemowlę, raczej lalka, którą ktoś wyrzucił, choć najpierw pojawiła się niespokojna myśl, że to dziecko porzucone w całym tym zamieszaniu, ale rzecz jasna to musiała być lalka. Wyglądało na to, że Gladys jej nie zauważyła, kiedy przemknęła obok samochodem, lecz Norma Jeane poczuła nagły przypływ przerażenia - zostawiła lalkę na łóżku! Tam, w domu, panował taki zamęt, Norma Jeane zerwała się z łóżka, obudzona przez roztrzęsioną matkę, pobiegła do samochodu, wyły syreny, migotały światła, czuć było dym; zostawiła lalkę o złocistych włosach na pastwę płomieni; lalka nie miała już takich złocistych włosów jak dawniej, a jej gładka skóra z jasnej gumy przestała być nieskazitelna, koronkowy czepek dawno już zszarzał, nocna koszulka w kwiaty i maleńkie, miękkie stopy w białych bucikach ubrudziły się już nieodwracalnie, ale Norma Jeane kochała swoją lalkę, swoją jedyną lalkę, lalkę bez imienia, swoją urodzinową lalkę, której nigdy nie nadała żadnego imienia, nazywając ją po prostu Lalką, choć częściej jednak zwracała się do niej czule per "ty", tak jak się przemawia do własnego odbicia w lustrze. Teraz Norma Jeane rozpłakała się.

- Och, co ja zrobię, jak się spali dom, M...Mamo? Zapomniałam o lalce!

Gladys prychnęła pogardliwie.

- Co tam lalka! Będziesz miała szczęście, jak się spali. To niezdrowe przywiązanie.

Gladys musiała się skoncentrować na kierowaniu. Odrapany zielony ford, pochodził z drugiej albo trzeciej ręki, został kupiony za siedemdziesiąt pięć dolarów od przyjaciela, w którym Gladys wzbudziła "współczucie" jako samotna, rozwiedziona matka; nie można było polegać na tym samochodzie, zwłaszcza na hamulcach; trzeba było mocno trzymać kierownicę obiema rękami i pochylać się do przodu, aby coś zobaczyć ponad maską i przez przednią szybę, pokrytą pajęczą siecią pęknięć. Gladys była spokojna, zatopiona w myślach, wcześniej wypiła pół szklanki mocnego drinka, drinka na uspokojenie, na zwiększenie pewności siebie - nie dżin, nie whisky, nie wódkę - ale jazda Strip Drive w stronę wzniesień rzeczywiście była tej nocy wyzwaniem; samochody najrozmaitszych służb ogłuszały sygnałami, błyskały światłami, a na wąskiej Coldwater Canyon Drive pojawiły się jeszcze inne pojazdy, jadące w przeciwnym kierunku, ich reflektory oślepiały do tego stopnia, że Gladys przeklinała, żałując, że nie nałożyła ciemnych okularów, a Norma Jeane, zerkając przez palce, od czasu do czasu dostrzegała blade, przejęte twarze za szybami aut. Dlaczego jedziemy w górę, dlaczego między wzgórza, dlaczego w tę noc pożarów? - oto były pytania, których dziecko nie zadawało, choć być może myślało o tym, że babcia Della, kiedy jeszcze żyła, kazała jej uważać na "zmiany nastroju" Gladys i kazała przyrzec Normie Jeane, że w razie "niebezpieczeństwa" dziewczynka zadzwoni od razu do niej; Della powiedziała z ponurą miną: "Przyjadę wtedy taksówką, nawet gdybym musiała wydać pięć dolarów". Właściwie nie podała Normie Jeane numeru telefonu do swojego mieszkania, tylko numer dozorcy budynku, w którym mieszkała, i ten numer Norma Jeane pamiętała, odkąd przyszło jej zamieszkać z Gladys, odkąd została triumfalnie zabrana i ponad rok temu zamieszkała z Gladys w jej nowym mieszkaniu przy Highland Avenue, w pobliżu Hollywood Bowl. Ten numer Norma Jeane zapamiętała na całe życie - VB 3-2993 - choć w istocie nigdy nie ośmieliła się tam zadzwonić; tę październikową noc 1934 roku dzieliło od śmierci jej babki już kilka miesięcy, dziadek Monroe rozstał się z tym światem jeszcze wcześniej, więc nie miała do kogo zadzwonić, gdyby nawet odważyła się to uczynić.

Nie było nikogo, pod żadnym numerem, do kogo Norma Jeane mogłaby zatelefonować.

Do ojca! Gdybym miała jego numer, nieważne, gdzie on by przebywał, zadzwoniłabym, aby powiedzieć: Matka cię potrzebuje, proszę, pomóż nam, przyjedź. Wierzyłam, że przyjechałby, naprawdę wierzyłam.

Z przodu, przy wjeździe na Mulholland Drive, znajdowała się barykada przeciwogniowa. Gladys zaklęła mocno i przycisnęła pedał hamulca, aż samochód zatrząsł się parę razy i stanął. Zamierzała pojechać na wzgórza, wysoko ponad miasto, bez względu na ryzyko, na syreny, na sporadyczne wybuchy płomieni, świszczące uderzenia huraganu Santa Ana, który rzucał samochodem nawet na osłoniętych odcinkach Coldwater Canyon Drive. Na tych szacownych, odosobnionych wzgórzach, Beverly Hills, Bel Air i Los Feliz, znajdowały się rezydencje gwiazd filmowych. W niedzielne poranki, jeśli Gladys mogła sobie pozwolić na benzynę, przejeżdżała z Normą Jeane przed bramami tych domów - szczęśliwe chwile matki i córki, to właśnie robiłyśmy, zamiast pójść do kościoła, ale teraz był środek nocy, w powietrzu unosił się dym i żadnego domu nie było widać, więc możliwe, że prywatne rezydencje filmowych gwiazd płonęły i dlatego zabarykadowano drogę. I właśnie dlatego kilka minut później, gdy Gladys próbowała skręcić w Laurel Canyon Drive, gdzie stały migające światła i parkowały pojazdy służb ratowniczych, została zatrzymana przez umundurowanych funkcjonariuszy.

Na obcesowe pytanie, dokąd się, do licha, wybiera, Gladys odpowiedziała, że mieszka w Laurel Canyon, tam się znajduje jej rezydencja, i że ma prawo jechać do domu, wtedy umundurowani mężczyźni zapragnęli wiedzieć, gdzie właściwie mieszka, więc Gladys odparła:

- To moja sprawa.

Wówczas podeszli bliżej, poświecili latarkami prosto w jej twarz; byli podejrzliwi, sceptyczni, zapytali, kto jest z nią w samochodzie, na co odpowiedziała ze śmiechem:

- No cóż, nie Shirley Temple.

Jeden z mężczyzn wdał się z nią w rozmowę. Był zastępcą szeryfa hrabstwa Los Angeles, wpatrywał się w Gladys, która nawet w masce z tłustego kremu była kobietą o dobrej prezencji, ładną kobietą w klasycznym stylu Grety Garbo - o ile człowiek zbytnio się jej nie przyglądał; jej ciemne, powiększone oczy wydawały się ogromne w proporcji do całej twarzy, nos był długi, delikatny i na koniuszku błyszczący, usta miała obrzmiałe, pociągnięte czerwoną szminką; nim zaczęła uciekać w tę wyjątkową noc, znalazła czas, aby użyć szminki, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ci się przyjrzą i kiedy cię ocenią; zastępca szeryfa zorientował się, że coś tutaj nie gra, widział młodą kobietę tylko częściowo ubraną w opadające z ramion zielone jedwabne kimono i coś, co najwyraźniej było zniszczoną, czarną koszulą nocną, małe piersi zwisały luźno i bezwładnie, obok siedziało przestraszone dziecko o rozwichrzonych włosach, bose, ubrane tylko w piżamę; drobnokościste, pyzate, rozgorączkowane dziecko, z ciemnymi smugami po łzach na policzkach. Obu, dziecku i kobiecie, dokuczał kaszel, kobieta mruczała coś do siebie - była oburzona, pełna złości, kokieteryjna, niekonsekwentna, właśnie upierała się, że została zaproszona do prywatnej rezydencji położonej na samym szczycie Laurel Canyon Drive.

- Właściciel ma ognioodporny budynek. Będziemy tam bezpieczne. Nie mogę wyjawić nazwiska tego mężczyzny, proszę pana, ale chodzi o nazwisko powszechnie znane. Znane zwłaszcza w przemyśle filmowym. Dziewczynka jest jego córką. To jest miasto z piasku i nic tu długo nie przetrwa, ale my jedziemy. - W ochrypłym głosie Gladys zabrzmiała agresja.

Zastępca szeryfa poinformował Gladys, że jest mu przykro, ale będzie musiała zawrócić; nikomu nie pozwala się jechać w stronę wzgórz, całe rodziny są ewakuowane na niższe obszary, ona i córka będą bezpieczniejsze w mieście.

- Proszę jechać do domu, szanowna pani, uspokoić się, położyć dziecko do łóżka. Jest późno.

Gladys wpadła w furię.

- Nie życzę sobie, aby ktoś mnie traktował w taki sposób. Sama wiem, co mam robić.

Zastępca zażądał od Gladys prawa jazdy i dowodu rejestracyjnego pojazdu, na co kobieta odrzekła, że nie ma tych dokumentów przy sobie - czego się spodziewać w sytuacji zagrożenia pożarem? - ale wręczyła mu przepustkę do swojego studia, na którą on rzucił pobieżnie okiem i zaraz oddał, twierdząc, że Highland Avenue leży w bezpiecznej części miasta, przynajmniej na razie, że ma szczęście i powinna natychmiast wracać do domu; Gladys uśmiechnęła się do niego ze złością i powiedziała:

- W rzeczywistości, panie władzo, chcę się przyjrzeć Piekłu z bliska. Tak zawczasu.

Posłużyła się zmysłowym akcentem Harlow; nagła zmiana w jej zachowaniu była niepokojąca. Zastępca szeryfa zmarszczył czoło, kiedy uśmiechnęła się kusząco i ściągnęła przepaskę z włosów, strząsając je na ramiona. Niegdyś dbająca o włosy Gladys teraz od miesięcy ich nie podcinała ani nie układała; nad jej prawą skronią widać było wyraźnie śnieżnobiały zygzak, postrzępiony jak błyskawica z filmów rysunkowych. Zażenowany zastępca szeryfa polecił Gladys zawrócić, obiecał eskortę, gdyby sobie tego życzyła, ale tym razem to jest rozkaz, a za jego niewykonanie grozi aresztowanie. Gladys roześmiała się.

- Mam być aresztowana? Za prowadzenie własnego samochodu! - Po chwili dodała nieco trzeźwiej: - Panie władzo, przepraszam. Proszę mnie nie aresztować. - I następnie szeptem, tak aby Norma Jeane jej nie usłyszała: - Niech mnie pan zastrzeli.

Zastępca najwyraźniej stracił cierpliwość.

- Proszę natychmiast wracać do domu, szanowna pani. Jest pani pijana albo naćpana, a dzisiejszej nocy nikt nie ma na to czasu. Kto wygaduje takie rzeczy, nabawi się kłopotów.

Gladys chwyciła zastępcę szeryfa za ramię, widać było, że to zwykły człowiek w mundurze, mężczyzna w średnim wieku o zmęczonej twarzy, podpuchniętych, smutnych oczach; w mundurze ze złotymi guzikami, z pistoletem w kaburze; żal mu było tej kobiety i jej córki, przykro mu było z powodu tej wysmarowanej kremem twarzy, szeroko otwartych oczu, rozszerzonych źrenic; wyczuwał jakiś dziwny zapach z jej ust, ni to alkoholu, ni to lekarstw, lecz chciał, aby odjechały, inni zastępcy szeryfa czekali na niego, wszyscy bez przerwy byli na nogach. Mężczyzna delikatnie oswobodził się z uchwytu Gladys i usłyszał:

- Nawet jeśli pan mnie zastrzeli, gdy będę przejeżdżała przez barykadę, nie zastrzeli pan mojej córki. Zostałaby sierotą. Zresztą ona jest sierotą. Ale nie chcę, aby o tym wiedziała, nawet gdybym ją kochała. To znaczy, nawet gdybym jej nie kochała. To nie nasza wina, że przychodzimy na świat.

- Ma pani całkowitą rację. A teraz proszę jechać do domu, okej?

Funkcjonariusze z biura szeryfa przyglądali się, jak Gladys stara się zawrócić odrapanego zielonego forda na wąskiej, górskiej drodze, potrząsali głowami, jednocześnie rozbawieni i pełni litości, jakby oglądali striptiz; Gladys gotowała się ze złości, a owi dziwni mężczyźni ciągle patrzyli, w ich głowach kłębiły się "brudne, nieprzyzwoite myśli".

Gladys jakoś zawróciła i pojechała z powrotem na południe, z powrotem w stronę Sunset i miasta. Jej twarz błyszczała od tłustego kremu, uszminkowane usta drżały z oburzenia. Obok niej siedziała Norma Jeane, ogarnięta prawdziwym wstydem dorosłych. Słyszała, ale właściwie nie całkiem, co Gladys powiedziała mężczyźnie w mundurze. Wierzyła, ale pewności nie miała, że Gladys "gra" - czyniła to często w owych stanach rozkojarzenia, kiedy nie była sobą. Lecz było prawdą, prawdą niekwestionowaną niczym scena filmowa, i widzieli to inni, że jej matka, Gladys Mortensen, kobieta dumna, niezależna i lojalna wobec Wytwórni, zdecydowana "zrobić karierę", nieprzyjmująca litości od nikogo, właśnie przed chwilą pozwoliła, aby spoglądano na nią z politowaniem, aby gapiono się na nią jak na wariatkę. Tak było! Norma Jeane przetarła oczy, które piekły ją od dymu i nie przestawały łzawić, lecz nie płakała; czuła się upokorzona, doskwierało jej uczucie wykraczające poza jej wiek; starała się myśleć: Czy to prawda, że ojciec zaprosił je do swojego domu? Przez te wszystkie lata mieszkał tak blisko? W najwyższym miejscu Laurel Canyon Drive? Tylko dlaczego Gladys chciała później skręcić na Mulholland Drive? Chciała zwieść tamtych mężczyzn w mundurach, zmylić trop? (Gladys lubiła używać tego określenia: "Zmylić trop"). Kiedy podczas niedzielnych przejażdżek Gladys jechała z Normą Jeane przed posiadłościami gwiazd filmowych i innych "tuzów przemysłu filmowego", napomykała czasem: "Twój ojciec może mieszka tu gdzieś w okolicy, twój ojciec może został tu gdzieś zaproszony na przyjęcie", ale nie chciała dodać nic więcej; pewnie należało to traktować lekko jak niektóre z ostrzeżeń i przepowiedni babci Delli - jeśli zaś nie lekko, to przynajmniej nie dosłownie - to były napomykania, mrugnięcia okiem; chodziło o odrobinę ekscytacji, ale nic ponadto. Zatem Norma Jeane sama musiała rozstrzygać, co jest, a co nie jest prawdą i czy w ogóle "prawda" istnieje, ponieważ życie wcale nie jest gigantyczną układanką; w układance wszystkie części są dopasowane do siebie, dokładnie i ładnie; zresztą nawet nie to się liczy, że obrazek w układance jest śliczny jak kraina z bajki, tylko to, że on jest kompletny, zupełny, możesz go zobaczyć, możesz się nim zachwycać, możesz go nawet zniszczyć, ale on i tak istnieje. W życiu, zaczęła to zauważać jako ośmiolatka, nie istniało nic.

Mimo wszystko Norma Jeane pamiętała, jak ojciec pochyla się nad jej łóżeczkiem. Nad wiklinowym łóżeczkiem z różowymi wstążeczkami. Gladys wskazała je kiedyś na wystawie sklepowej: "Widzisz? Miałaś takie samo, kiedy byłaś niemowlęciem. Pamiętasz?". Norma Jeane potrząsnęła wtedy głową; nie, nie pamiętała. Później zaczęło się jej wydawać w marzeniach - gdy śniła na jawie w szkole, ryzykując naganę, co zdarzało się jej często (w tej nowej szkole w Hollywood, gdzie nikt jej nie lubił) - że pamięta łóżeczko, ale przede wszystkim, że pamięta ojca, jak pochyla się nad nią obok Gladys i uśmiecha się. Twarz ojca była szeroka, ze zdecydowanie zaznaczonymi kośćmi, przystojna i zdolna do wyrażania lekkiej ironii, podobna do twarzy Clarka Gable'a. Gęste włosy, zaczesane do tyłu i ułożone w falę nad odsłoniętym czołem jak u Clarka Gable'a, cienki, elegancki wąsik i głęboki głos, wspaniały baryton. Mówił: Kocham cię, Normo Jeane, i pewnego dnia wrócę po ciebie do Los Angeles. Potem całował ją delikatnie w czoło. A Gladys przyglądała się temu i uśmiechała.

Ten obraz wyraźnie zaznaczył się w jej pamięci!

Wydawał się znacznie bardziej "rzeczywisty" niż wszystko, co ją otaczało.

Norma Jeane wyjąkała:

- Cz...czy on tutaj był? Ojciec? Przez cały czas? Dlaczego nigdy nas nie odwiedził? Dlaczego nie jesteśmy razem z nim?

Gladys zdawała się nie słyszeć. Traciła dotychczasową energię, wygasał w niej cały wewnętrzny żar. Bardzo się pociła i wydzielała silny zapach. I coś złego się działo z reflektorami, światło osłabło albo szklane powierzchnie się zabrudziły. Przednia szyba także była pokryta cienką warstwą popielatej substancji. Gorące podmuchy wiatru uderzały w samochód, obok przelatywały wirujące kłęby kurzu. Na północ od miasta wisiały pod niebem ciężkie chmury, rozjaśnione od dołu blaskiem płomieni. Spaleniznę czuło się wszędzie: palone włosy, palony cukier, palone nadgniłe, zepsute owoce, śmieci. Gladys była bliska płaczu. Nie mogła tego znieść!

Właśnie wtedy Norma Jeane powtórzyła swoje pytania głośniej, głosem niespokojnego dziecka, głosem o barwie, która - powinna o tym pamiętać - była dla jej matki nie do wytrzymania. Zapytała, gdzie jest jej ojciec. Czy przez cały czas mieszka gdzieś niedaleko? Dlaczego...

- Zamknij się, ty...! - Dłoń szybka jak grzechotnik oderwała się od kierownicy i wierzchem trafiła w rozpaloną twarz Normy Jeane. Dziewczynka pisnęła i skuliła się w kącie siedzenia, podciągnąwszy kolana pod brodę.

U podnóża Laurel Canyon Drive był objazd, kiedy zaś Gladys przejechała kilka przecznic, trafiła na kolejny objazd, a gdy wreszcie wzburzona i rozszlochana wyjechała na szerszą ulicę, nie rozpoznała jej, nie wiedziała, czy to Sunset Boulevard, a jeśli tak, to która jego część; w którym miejscu powinna skręcić, aby się dostać na Highland Avenue? Dochodziła druga w nocy. Nieznanej nocy, nocy rozpaczy. Obok Gladys zapłakane dziecko. Miała trzydzieści cztery lata. Żaden mężczyzna już nigdy nie spojrzy na nią z tęsknotą. Poświęciła młodość Wytwórni i za to spotkała ją okrutna zapłata! Wjechawszy na skrzyżowanie, spoglądała to w lewo, to w prawo, strużki potu spływały jej po twarzy.

- Och, Boże, którędy mam jechać do domu?

2

Pewnego razu. Na piaszczystym brzegu wielkiego Oceanu Spokojnego.

Była sobie osada, tajemnicze miejsce. Gdzie na powierzchni morza światło było złociste. Gdzie nocą niebo miało kolor atramentowej czerni i mrugały gwiazdy. Gdzie wiatr był ciepły i delikatny jak pieszczota.

Mała dziewczynka podeszła do otoczonego murem Ogrodu. Mur powstał z kamieni, miał dwadzieścia stóp wysokości i był porośnięty pięknym ognistoczerwonym pnączem. Zza muru dobiegał śpiew ptaków, muzyka, szmer fontanny. Słychać było głosy nieznanych osób, śmiech.

Tego muru nigdy nie zdołasz przeskoczyć, nie jesteś na to dostatecznie silna; dziewczęta nie są dość silne; dziewczęta nie są dość duże; masz delikatne, podatne na zranienia ciało, jak lalka; twoje ciało jest lalką; twoje ciało inni mają podziwiać i pieścić; twoje ciało służyć ma innym, nie tobie; twoje ciało jest dla innych słodkim owocem, którego kęs mogą odgryźć i zachwycać się jego smakiem; twoje ciało jest dla innych, nie dla ciebie.

Mała dziewczynka zaczęła płakać. Jej serce zostało złamane.

Wtedy zjawiła się dobra wróżka i powiedziała: Istnieje sekretne wejście do Ogrodu!

W murze znajdują się ukryte drzwi; należy tylko poczekać, jak na dobrą dziewczynkę przystało, aż te drzwi się otworzą. Musisz czekać cierpliwie, musisz czekać spokojnie. Nie wolno ci pukać, jakby zapukał niegrzeczny chłopiec. Nie wolno ci krzyczeć ani płakać. Musisz zyskać przychylność klucznika, starego, ohydnego, zielonego gnoma. Musisz jakoś zwrócić na siebie jego uwagę. Musisz sprawić, że klucznik zachwyci się tobą. Musisz sprawić, że klucznik będzie ciebie pożądał. Wtedy on cię pokocha i zrobi dla ciebie wszystko, o co poprosisz. Uśmiechaj się! Uśmiechaj się i bądź szczęśliwa! Uśmiechaj się i zdejmij ubranie! Pomoże ci Magiczna Przyjaciółka z drugiej strony lustra. Magiczna Przyjaciółka z lustra to szczególna osoba. Stary, ohydny gnom o zielonej skórze zakocha się w tobie i ukryte drzwi do otoczonego murem Ogrodu otworzą się dla ciebie, tylko dla ciebie, wówczas wejdziesz tam, śmiejąc się ze szczęścia; w środku Ogrodu będą przepiękne kwitnące róże, kolibry, sierpotki, muzyka, szemrzące fontanny, otworzysz szeroko oczy ze zdumienia, bo stary, ohydny, zielony gnom będzie w rzeczywistości księciem zaklętym w potwora. Książę klęknie przed tobą i poprosi o twoją rękę, a ty będziesz z nim żyła długo i szczęśliwie w królestwie Ogrodu; nigdy już nie będziesz samotną, nieszczęśliwą dziewczynką.

Póki zostaniesz ze swoim Księciem w otoczonym murem Ogrodzie.

3

- Normo Jeane? Wracaj już do domu.

Minionego lata babcia Della wołała Normę Jeane bardzo często, zbyt często, z frontowych schodów budynku, w którym mieszkała. Składała dłonie i przystawiała je do ust, właściwie wydzierała się. Starsza kobieta zdawała się coraz bardziej martwić o wnuczkę, jak gdyby tylko ona jedna znała prawdę o przyszłości.

Ale schowałam się. Byłam niegrzeczną dziewczynką. Tamtego dnia, kiedy babcia wołała mnie po raz ostatni.

To był dzień jak każdy inny. Prawie. Norma Jeane bawiła się na plaży z dwiema koleżankami; naraz rozległ się głos jak wrzask atakującego ptaka:

- Normo Jeane! NORMO JEANE!

Dwie dziewczynki spojrzały na Normę Jeane i roześmiały się, być może ze współczuciem. Norma Jeane wysunęła dolną wargę i dalej kopała w piasku. Nie pójdę. Nie może mi rozkazywać.

Della Monroe, typ Tugboat Annie z komiksów, była postacią dobrze znaną w sąsiedztwie. Widywano ją w Chrześcijańskim Kościele Odrodzonym, gdzie (świadkowie przysięgali!) jej okulary o dwóch ogniskowych parowały, gdy śpiewała. A potem Della wypychała bezwstydnie wnuczkę do przodu, przed wszystkich, aby młodziutki duchowny o blond włosach mógł podziwiać Normę Jeane w lokach jak u Shirley Temple i jej nieskazitelną niedzielną sukienkę, co nieodmiennie czynił, i mówił z uśmiechem:

- Bóg ci sprzyja, Dello Monroe! Musisz mu za to podziękować.

Della odpowiadała śmiechem, potem wzdychała. Nie potrafiła przyjąć nawet szczerego komplementu, by się fałszywie nie krygować.

- Dziękuję. Skoro nie robi tego mamusia Normy Jeane.

Babcia Della nie wierzyła w psucie dzieci. Uważała, że należy je jak najwcześniej przyzwyczajać do pracy, ponieważ ona sama pracowała przez całe życie. Teraz, kiedy umarł jej mąż i jej emerytura była "mizerna" - wynosiła "tyle, co nic" - Della musiała dalej pracować. "Grzesznicy nie zaznają spokoju! "Brała do prasowania bieliznę z pralni przy Ocean Avenue i podejmowała się szycia dla miejscowych szwaczek, a kiedy nie mogła tego uniknąć, zajmowała się pilnowaniem dzieci w swoim mieszkaniu: jakoś sobie radziła. Urodziła się w pobliżu granicy i nie była głupiutką omdlewającą lilią jak niektóre z tych żałosnych kobiet w filmach i jej własna neurotyczna córka. Och, Della Monroe nie cierpiała "ulubienicy Ameryki", Mary Pickford. Długo popierała dziewiętnastą poprawkę przyznającą kobietom prawo do głosowania i sama brała udział we wszystkich wyborach, począwszy od jesieni 1920 roku. Była sprytna, miała cięty język i szybko wpadała w gniew; choć zasadniczo nie lubiła kina, bo było tyle warte, co błyszcząca pięciocentówka, podziwiała Jamesa Cagneya we Wrogu publicznym - film ten obejrzała trzykrotnie - podziwiała tego twardego kogucika, gotowego zniszczyć swoich wrogów, ale godzącego się z losem, z tym, że go zabandażują jak mumię i porzucą na progu domu. Podobnie podziwiała morderczego "Małego Cezara", Edwarda G. Robinsona, który gładko wypowiadał kłamstwa swoimi dziewczęcymi ustami. Obaj byli wystarczająco męscy, by zaakceptować śmierć, kiedy na nich wypadło.

Kiedy na ciebie wypadnie, to już wypadnie. Babcia Della zdawała się myśleć o tym jak o czymś radosnym.

Czasem, po poranku wypełnionym pracą, sprzątaniem mieszkania, zmywaniem i wycieraniem naczyń, Norma Jeane szła z Dellą na szczególny spacer połączony z karmieniem dzikich ptaków. Dla Normy Jeane był to czas największego szczęścia! Razem rozsypywały okruchy chleba na piaszczystą ziemię na pustym placu, stawały w pobliżu i przyglądały się, jak ptaki nadlatują, głodne, lecz ostrożne, turkoczą skrzydłami, szybko uderzają małymi dziobami. Gołębie, wilgi, hałaśliwe sójki. Hordy wróbli o czarnych łebkach. A w krzewach krążyły kolibry nie większe od trzmieli. Della rozpoznawała te maleństwa po tym, że potrafiły latać w tył i na boki, inaczej niż pozostałe ptaki, "sprytne, małe szatany", niemal oswojone, choć nie jadały ani okruchów, ani nasion. Norma Jeane była oczarowana tymi ptaszkami o opalizujących purpurowych i zielonych piórach błyszczących jak w słońcu metal; kolibry uderzały skrzydłami tak szybko, że widziało się tylko rozmazaną plamę; wsuwały cienkie jak igły dzioby do cylindrycznych kwiatów, aby wyssać nektar, wisząc cały czas w powietrzu. Odlatywały niezwykle szybko!

- Och, babciu, gdzie one się podziały?

Babcia Della wzruszała ramionami. Chęć bycia babcią mijała. Mijała ochota na sprawianie dziecku przyjemności.

- Kto wie? Tam, gdzie jest ich miejsce.

Po śmierci Delli Monroe będzie się mówiło, że starsza kobieta postarzała się po odejściu męża. Kiedy żył, narzekała na niego w rozmowie z każdym, kto tylko chciał słuchać: na jego picie, "kiepskie płuca", "złe nawyki". Della dużo ważyła, twarz miała czerwoną, bo cierpiała na nadciśnienie, ale nie dbała dostatecznie o swoje zdrowie.

Niczym gnany wiatrem żaglowiec krążyła po okolicy, rozglądając się za wnuczką. Ledwie pozwoliła jej wyjść na dwór, a już pragnęła, by Norma Jeane wróciła do domu. Mówiła, że chroni dziewczynkę przed matką, "Tą, która złamała serce swojej matce".

Sierpniowe popołudnie - oślepiające słońce, upał i nikogo na dworze poza kilkorgiem dzieci za budynkiem. Babcia Della miała przeczucie, że coś się wydarzy, coś niedobrego, więc wyszła na zewnątrz, nie zważając na upał, i zawołała:

- Normo Jeane! Normo Jeane!

Krzyczała w taki sposób, w jaki rzeźnik mógłby rąbać toporem mięso: raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy. Krzyczała, idąc alejką od frontu, krzyczała, idąc dróżką przy budynku, krzyczała, stojąc na pustym placu, a dziewczęta uciekły z chichotem, aby się schować, a ja nie odpowiadałam, nie mogła mi rozkazywać! Chociaż Norma Jeane kochała swoją babcię, jedyną żyjącą osobę, która szczerze ją kochała, jedyną żyjącą osobę, która ją kochała, nie pragnąc jej ranić, tylko ją chronić. Tylko że chłopcy z sąsiedztwa mówili o Delli Monroe "ta stara, tłusta słonica!" i Normie Jeane było wtedy wstyd.

Tak więc Norma Jeane schowała się. Potem, po chwili, nie słysząc nawoływania Delli, zdecydowała, że mimo wszystko lepiej będzie wrócić do domu; podchodziła od strony plaży, wyglądała jak dzikuska, w uszach czuła pulsowanie krwi, a jakaś starsza kobieta w wieku jej babci krzyknęła:

- Ej! Babcia cię szukała, młoda panno!

Norma Jeane wpadła do budynku i wbiegła na trzecie piętro, jak to już wielokrotnie robiła, a jednak wiedziała, że tym razem będzie inaczej, wszystko wydawało się dziwnie spokojne, taki sam spokój panuje w filmach tuż przed niespodzianką, a często bywa to niespodzianka, która zmusza do krzyku, na którą nie można się przygotować. Och, patrzcie tylko! - drzwi do mieszkania babci były otwarte. Niedobrze. Norma Jeane wiedziała, że to zły znak. Domyślała się, co zastanie wewnątrz.

Bo Babcia przewracała się już wcześniej, gdy byłam w domu. Traciła równowagę po nagłych zawrotach głowy. Zastawałam ją na podłodze w kuchni, oszołomioną, pojękującą i z trudem chwytającą oddech; nie wiedziała, co się stało. Pomagałam jej się podnieść i usiąść na krześle, potem przynosiłam tabletki i kawałki lodu zawinięte w płótno, które przykładała sobie do rozgrzanej twarzy. To było straszne, ale po chwili ona się śmiała i wiedziałam już, że wszystko jest w porządku.

Ale tym razem nic nie było w porządku. Babcia leżała na posadzce w łazience, spocone, zwaliste ciało zakleszczyło się między wanną a muszlą klozetową, jedno i drugie zostało wcześniej wyczyszczone tamtego ranka, zapach środka czyszczącego to reprymenda za ludzką słabość; babcia Della tkwiła na boku jak wyrzucona na brzeg ryba, na jej twarz wystąpiły czerwone placki, powieki miała częściowo otwarte, ale wzrok nieobecny, oddech świszczący.

- Babciu! Babciu!

To była scena z jakiegoś filmu, tylko że rozgrywała się naprawdę.

Babcia Della wyciągnęła rękę w kierunku Normy Jeane, jak gdyby chciała, aby ją podnieść. Wydała z siebie jakiś gardłowy odgłos, z początku niezrozumiały - nie był ani wyrazem złości, ani skargi. Och, nie było dobrze! Norma Jeane wiedziała o tym. Przyklękła obok babki, wyczuwając woń chorego ciała, potu, gazów jelitowych i odchodów, rozpoznając natychmiast odór śmierci. Krzyknęła:

- Babciu, nie umieraj!

Te słowa powtarzała nawet wówczas, gdy starsza kobieta chwyciła ją za rękę w ostatnim spazmie, niemal łamiąc jej palce, i powiedziała z nieprawdopodobnym wysiłkiem:

- Niech cię Bóg błogosławi moje dziecko kocham cię.

4

"To była moja wina! Przeze mnie babcia umarła".

"Nie bądź śmieszna, to nie była niczyja wina".

"Nie chciałam pójść do domu, kiedy mnie wołała! Byłam niegrzeczna".

"Nieprawda, to wina Boga. Spróbuj znowu zasnąć".

"Mamo, czy ona nas słyszy? Czy babcia nas słyszy?"

"Chryste, mam nadzieję, że nie!"

"To się babci stało przeze mnie. Och, Mamusiu..."

"Nie jestem Mamusią, ty okropna mała idiotko! Akurat na nią wypadło, to wszystko".

Łokciami odepchnęła dziecko. Nie chciała dawać jej klapsa, bo nie chciała robić użytku ze swych popękanych, podrażnionych dłoni.

(Dłonie Gladys! Prześladowała ją myśl, że do jej kości przeniknął rak ze środków chemicznych).

"I nie dotykaj mnie, niech cię licho. Przecież wiesz, że tego nie znoszę".

Niespokojny czas dla tych, którzy się urodzili pod znakiem Bliźniąt. Tragicznych bliźniaków.

Kiedy w laboratorium obróbki negatywów zadzwonił do niej telefon, Gladys Mortensen tak się przestraszyła, że trzeba ją było podprowadzić do aparatu. Kierownik, pan X - kiedyś kochał się w niej; tak jest, błagał, żeby za niego wyszła, porzucił dla niej rodzinę, kiedy została jego asystentką w 1929 roku; ale potem ona przeszła na niższe stanowisko z powodu choroby, to nie była jej wina - bez słowa wręczył jej słuchawkę. Gumowy przewód był poskręcany jak wąż. Ta rzecz najwyraźniej żyła, ale Gladys nie miała zamiaru przyjąć tego do wiadomości. Oczy miała załzawione od silnych chemikaliów, z którymi pracowała (nad pewnym drobiazgiem, który powinna przekazać innemu, niższemu rangą pracownikowi laboratorium, ale nie chciała dawać panu X satysfakcji swoim narzekaniem), i w uszach lekko jej szumiało, jakby głosy z taśmy filmowej powtarzały bez ustanku "Teraz! teraz! teraz! teraz!" - to również zignorowała. Od kiedy w wieku dwudziestu sześciu lat wydała na świat ostatnią z córek, nauczyła się ignorować i filtrować liczne niepokojące głosy w swojej głowie, bo wiedziała, że nie są rzeczywiste; czasami jednak była zmęczona i wtedy któryś z głosów wybijał się ponad inne, tak jak stacja radiowa, którą nagle ktoś dobrze dostroił. Gdyby ją zapytano, odpowiedziałaby, że ów pilny telefon dotyczy jej córki Normy Jeane. (Dwie pozostałe mieszkały w Kentucky ze swoim ojcem i praktycznie zniknęły z jej życia. Ojciec po prostu je zabrał. Powiedział, że jest "chorą kobietą", i pewnie miał rację). Coś się stało. Pani dziecku. Bardzo mi przykro. To był wypadek. Tymczasem wiadomość dotyczyła matki Gladys! Delli! Delli Monroe! "Coś się stało. Pani matce. Bardzo mi przykro. Czy mogłaby pani przyjechać najszybciej, jak się da?"

Gladys pozwoliła słuchawce zawisnąć na końcu poskręcanego kabla. Pan X musiał podtrzymać Gladys, żeby się nie przewróciła.

Mój Boże, zapomniała o Delli. O własnej matce, Delli Monroe. Dopuściła do tego, że Delli coś się stało, bo wyparła ją ze swoich myśli. Dellę Monroe, urodzoną pod znakiem Byka. (Ojciec Gladys umarł poprzedniej zimy. Gladys cierpiała wtedy na jeden z tych swoich gwałtownych napadów migreny i nie była w stanie pójść na pogrzeb ani nawet odwiedzić matki na Venice Beach. W jakiś sposób zdołała zapomnieć o ojcu, tłumacząc sobie, że Della będzie lamentowała za nie obie. Im bardziej Della będzie na nią zła, tym mniej będzie rozmyślała o tym, że jest wdową. "Mój biedny ojciec zginął w Argonne. Zagazowany w Argonne - opowiadała Gladys wszystkim. - Właściwie nie zdążyłam go poznać"). Przez ostatnie lata Gladys nie była w stanie kochać Delli, miłość była wyczerpująca i wymagała zbyt wiele siły, uważała jednak, że Della, jak to Della, przeżyje ją. Przeżyje także Normę Jeane, którą się zaopiekowała. Gladys nie kochała Delli, ponieważ bała się jej osądu. Oko za oko, ząb za ząb. Żadna matka nie może bezkarnie opuścić swoich dzieci. Jeśli ją kochała, to jakimś przewrotnym rodzajem miłości, która nie zapewnia matce ochrony przed krzywdą.

Bo chyba właśnie tym jest miłość. Ochroną przed krzywdą.

Gdzie pojawia się krzywda, tam miłość jest niepełna.

Normie Jeane, której nie można nie winić, która znalazła swoją babkę na podłodze w agonii, nie stała się najmniejsza krzywda.

To było tak, jakby babcię "trafił piorun", powtarzała Norma Jeane.

Ale piorun ominął Normę Jeane i za to Gladys postanowiła być wdzięczna losowi.

Przyjęła, że to był omen; tak jak omenem było to, że ona i Norma Jeane urodziły się pod znakiem Bliźniąt, w czerwcu, podczas gdy Della, za którą nie można było nadążyć, przyszła na świat pod znakiem Byka, najbardziej oddalonego od Bliźniąt. Przeciwieństwa się przyciągają, przeciwieństwa się odpychają.

Pozostałe jej córki urodziły się pod innymi znakami. Gladys odczuwała ulgę na myśl, że oddalone o mniej więcej tysiąc mil, zamieszkałe w Kentucky, znalazły się poza zasięgiem chorobliwych wpływów swej matki; należały teraz całkowicie do ojca. Zostaną oszczędzone!

Oczywiście Gladys zabrała Normę Jeane do swojego domu. Nie miała zamiaru powierzać istoty ze swego ciała i krwi opiece miejscowego sierocińca, na co, jak zawsze powtarzała ponuro Della, mała dziewczynka byłaby skazana, gdyby nie miała jej. Gladys chętnie uwierzyłaby w niebo chrześcijan i w to, że Della spogląda z wysokości na nią i Normę Jeane, mieszkające w bungalowie przy Highland Avenue, niezadowolona, bo nie sprawdziła się jej przepowiednia. "Widzisz? Nie jestem złą matką. Kiedyś byłam słaba. Byłam chora. Mężczyźni źle mnie traktowali. Ale teraz mam się całkiem dobrze. Jestem silna!"

Ale pierwszy tydzień z Normą Jeane okazał się koszmarem. Takie ciasne pokoje na tyłach pachnącego pleśnią bungalowu! Spanie na tym samym zapadniętym łóżku. Jakie spanie? Wysiłek, by zasnąć. Do pasji doprowadzało Gladys to, że własna córka wyraźnie się jej boi. Wzdraga się przed nią i kuli jak skopany pies. "To nie moja wina, że umarła twoja ukochana babcia. Ja jej nie zabiłam!" Nie mogła ścierpieć płaczu Normy Jeane, pociągania nosem i sposobu, w jaki, niczym filmowa sierota, tuliła do siebie lalkę, teraz starą i brudną.

- Ta rzecz! Masz ją jeszcze! Zabraniam ci mówić do tego czegoś! To pierwszy krok do...

Gladys nagle zamilkła i zadrżała, nie chcąc nazwać po imieniu swych obaw. (Zaczęła się zastanawiać, dlaczego tak bardzo nienawidzi tej lalki? Przecież sama podarowała ją córce na urodziny. Była zazdrosna o to, że Norma Jeane poświęca jej tyle uwagi? Złocistowłosa lalka o pustych oczach i zastygłym uśmiechu była Normą Jeane - o to chodziło? Podarowała córce lalkę, traktując to niemal jako żart; sama dostała ją od przyjaciela, który powiedział, że gdzieś poderwał tę laleczkę, choć najprawdopodobniej, bo przecież dobrze wiedziała, że jest ćpunem, zabrał ją z czyjegoś samochodu albo werandy, odmaszerował z ulubioną zabawką jakiejś dziewczynki, łamiąc jej serce, zdeprawowany jak Peter Lorre w M-Mordercy!) Nie mogła jednak odebrać tej przeklętej rzeczy Normie Jeane. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

5

Żyły ze sobą dzielnie, matka i córka. W okresie szalejących wiatrów Santa Ana, gorącego, nasyconego dymem powietrza i piekielnych pożarów jesienią 1934 roku.

Mieszkały razem w trzech wynajętych izbach bungalowu na 828 Highland Avenue w Hollywood, "pięć minut drogi spacerkiem do Hollywood Bowl", jak to często opisywała Gladys. Choć tak naprawdę nigdy nie spacerowały do Hollywood Bowl.

Matka miała trzydzieści cztery lata, córka osiem. Było w tym pewne zniekształcenie jak w krzywym zwierciadle w wesołym miasteczku: niby to całkiem zwyczajne lustro, więc wierzysz jego odbiciu, a wierzyć nie powinnaś. Gladys miała trzydzieści cztery lata! - ale jej życie jeszcze się właściwie nie rozpoczęło. Urodziła troje dzieci, które zabrano od niej, czyli w pewnym sensie usunięto, a teraz ta ośmiolatka o przerażająco smutnych oczach, staromłoda dusza, chodzący wyrzut sumienia, którego nie mogła znieść, ale znosić musiała, ponieważ "mamy tylko siebie", jak często przypominała córce Gladys - "póki mam dość siły, aby nad tym panować".

Sezon pożarów nie nastał nieoczekiwanie. Stosowne kary nigdy nie są nieoczekiwane.

Na długo przed pożarami w Los Angeles w 1934 roku w powietrzu południowej części Kalifornii wyczuwało się zagrożenie. Aby zrozumieć, że wkrótce zapanuje niekontrolowany chaos, wcale nie trzeba było czekać na wiatry znad pustyni Mojave. Wystarczyło wyjść na ulicę i przyjrzeć się zniszczonym twarzom zbitych z tropu włóczęgów. Wystarczyło spojrzeć o zachodzie słońca na demoniczne formacje chmur nad Pacyfikiem. Odczytać zawoalowane wskazówki z niewyraźnych uśmiechów i hamowanych chichotów pewnych osób z Wytwórni, osób, którym się wcześniej ufało. Najlepiej nie słuchać wiadomości radiowych. Najlepiej unikać doniesień zamieszczanych w prasie - także w "Los Angeles Timesie" - pozostawianej często w pobliżu bungalowu (rozmyślnie? aby sprowokować co bardziej wrażliwych mieszkańców, takich jak Gladys?), bo przecież nie chciało się znać alarmujących statystyk informujących o bezrobociu, o błąkających się po całym kraju, wypędzonych i bezdomnych rodzinach, o samobójstwach bankrutów, o weteranach pierwszej wojny światowej, których zdemobilizowano, nie dając w zamian ani pracy, ani "nadziei". Nie chciało się czytać o wydarzeniach w Europie. W Niemczech.

"Podczas kolejnej wojny będziemy walczyć tutaj. Tym razem nie uciekniemy".

Gladys zamknęła oczy w udręce. Ostrej jak pierwszy atak migreny. Nie ona wyraziła to przekonanie, tylko pewien władczy, męski głos w radiu.

Dlatego właśnie Gladys zabrała Normę Jeane do bungalowu przy Highland Avenue, aby z nią zamieszkała. Chociaż w dalszym ciągu wiele godzin pracowała w Wytwórni i ustawicznie się bała, że zostanie zwolniona z pracy (w całym Hollywood zwalniano pracowników na jakiś czas bądź na stałe), chociaż czasami ledwie mogła zwlec się z łóżka, sprawy świata przytłaczały jej duszę. Postanowiła być "dobrą matką" dla swojego dziecka, tym bardziej że pozostało jej niewiele czasu. Bo jeżeli wojna nie rozpocznie się w Europie i nie przeskoczy Pacyfiku, to może spaść z nieba: H.G. Wells przepowiedział taki rozwój wypadków w Wojnie światów, powieści, którą Gladys wzięła sobie bardzo do serca, tak samo jak niektóre fragmenty Wehikułu czasu. (Miała mgliste wrażenie, że to ojciec Normy Jeane podarował jej zbiór zawierający tę i inne powieści Wellsa wraz z kilkoma tomikami poezji, ale w rzeczywistości otrzymała te książki "dla nabrania ogłady" od pewnego pracownika Wytwórni, który był przyjacielem ojca Normy Jeane, także przez krótki czas - w połowie lat dwudziestych - zatrudnionego w Wytwórni). Inwazja Marsjan: czemu nie? Gladys w chwilach "pobudliwości" wierzyła w znaki astrologiczne i silny wpływ gwiazd czy planet na ludzkość. Wydawało się całkiem logiczne, że istnieją we wszechświecie inne istoty i że zgodnie z wolą ich Stwórcy przejawiają okrutne, typowe dla drapieżników zainteresowanie ludzkością. Taka inwazja pasowałaby do Apokalipsy, zdaniem Gladys, jedynej przekonującej księgi Biblii, i do południowej Kalifornii. Czemu w roli gniewnych aniołów z płonącymi mieczami nie mieliby wystąpić ohydni, grzybowaci Marsjanie miotający niewidoczne snopy gorąca, które po trafieniu w ludzkie cele przeradzają się w płomienie?

Ale czy Gladys rzeczywiście wierzyła w Marsjan? W możliwość inwazji z nieba?

"Mamy dwudziesty wiek. Od czasów panowania Jahwe wiele się zmieniło, także rodzaje kataklizmów".

Nikt nie wiedział, czy Gladys żartuje i prowokuje, czy jest śmiertelnie poważna. Tego rodzaju kwestie wygłaszała zmysłowym głosem Jean Harlow, opierając grzbiet dłoni o szczupłe biodro. Patrzyła przed siebie błyszczącymi, szeroko otwartymi oczami. Usta, wilgotne, czerwone, wyglądały na lekko nabrzmiałe. Norma Jeane dostrzegała z niepokojem, że inni dorośli, zwłaszcza mężczyźni, są zafascynowani jej matką, tak samo jak można być zafascynowanym kimś, kto zbytnio się wychyla z okna na górnych piętrach budynku albo prawie dotyka włosami płomienia świecy. Nie szkodzi, że Gladys miała odgarnięte z czoła pasmo siwizny (gardziła farbowaniem włosów), krepowe cienie pod oczami, że dygotała jak w gorączce. Na werandzie bungalowu, przed wejściem, na ulicy, gdziekolwiek znalazła słuchaczy, odgrywała sceny. Jeśli ktoś widział w życiu choć parę filmów, to od razu mógł się zorientować, że Gladys odgrywa sceny. Odgrywanie scen, nawet tych, które nie miały wyraźnego sensu, przykuwało uwagę, a to pomagało uspokoić umysł. Ekscytujące było to, że uwaga, którą przykuwała Gladys, miała charakter erotyczny.

Erotyczny: to znaczy, że cię ktoś "pożąda".

Bo szaleństwo jest pociągające, seksowne. Kobiece szaleństwo.

Póki kobieta jest w miarę młoda i atrakcyjna.

Normie Jeane, dziecku wstydliwemu, dziecku często niewidzialnemu, podobało się, że inni dorośli, zwłaszcza mężczyźni, z takim zainteresowaniem spoglądają na kobietę, która jest jej matką. Gdyby nerwowy śmiech i nieustanne gestykulowanie Gladys nie odstręczało mężczyzn tak szybko po tym pierwszym zainteresowaniu, być może któryś z nich pokochałby ją i poślubił. Byłybyśmy uratowane! Norma Jeane przeżyła bardzo nieprzyjemne chwile, gdy po jednym z tych radosnych publicznych występów Gladys wróciła do domu, połknęła chyba całą garść pigułek i opadła na łóżko, gdzie godzinami leżała, dygocząc bez czucia; wprawdzie nie spała, ale wydawało się, że oczy ma sklejone śluzem. Gdyby Norma Jeane próbowała rozluźnić na niej ubranie, Gladys zaklęłaby i machnęła ręką. Gdyby Norma Jeane usiłowała ściągnąć z jej nóg ciasne pantofelki, Gladys mogłaby odpowiedzieć kopniakiem.

- Nie, nie dotykaj mnie! Bo się zarazisz trądem! Zostaw mnie w spokoju.

Gdyby się tylko bardziej postarała z tymi mężczyznami. Może. Może by się udało.

6

Gdziekolwiek jesteś, tam i ja jestem. Nim dotrzesz do miejsca, do którego zmierzasz, ja już będę tam na ciebie czekać.

Jestem w twoich myślach, Normo Jeane. I zawsze będę.

Wspaniałe wspomnienia! Czuła się uprzywilejowana.

Była jedynym dzieckiem w miejscowej szkole podstawowej, które miało "kieszonkowe" - w maleńkiej satynowej portmonetce w kolorze truskawki - i w porze lunchu mogła kupić sobie coś do jedzenia. Kawałek szarlotki, oranżadę. Czasem paczuszkę krakersów z masłem orzechowym. Palce lizać! Po latach na wspomnienie tych pyszności ślinka napływała jej do ust. W niektóre dni po szkole, nawet zimą, kiedy wcześniej zapadał zmierzch, Normie Jeane wolno było przejść samej dwie i pół mili do Grauman's Egyptian Theatre przy Hollywood Boulevard, gdzie za jedyne dziesięć centów mogła obejrzeć dwa filmy.

Jasnowłosa Księżniczka i Ciemnowłosy Książę! Jak Gladys zawsze przynosili pocieszenie.

- Te dni, kiedy chodzisz do kina... Nie mów o nich nikomu. - Gladys przestrzegała Normę Jeane, by nikomu się nie zwierzała: nikomu nie można ufać, nawet przyjaciołom. Jeszcze ktoś coś źle zrozumie i niesprawiedliwie osądzi Gladys. Gladys często pracowała do późna. Niektóre prace związane z techniczną obróbką filmu wyłącznie Gladys Mortensen potrafiła dobrze wykonać, szef na niej polegał. Bez Gladys takie przeboje kinowe jak Happy Days z Dixie Lee albo Kiki z Mary Pickford na pewno okazałyby się katastrofami. W każdym razie Gladys uważała, że Egyptian Theatre to miejsce bezpieczne. - Siadaj z tyłu, blisko przejścia. Patrz tylko na ekran. Jeśli ktoś będzie cię zaczepiał, poskarż się bileterce. I nie rozmawiaj z nieznajomymi.

Wracając do domu o zmierzchu po podwójnym seansie, nieco zdezorientowana, jakby się jeszcze znajdowała w środku filmowej opowieści, Norma Jeane przestrzegała wskazówek matki, by iść szybko i zdecydowanie, blisko krawężnika i pod światłami latarni. Nie patrzeć nikomu w oczy i nie zgadzać się na żadne propozycje podwiezienia, nigdy.

I nigdy nic mi się nie przydarzyło. To doskonale pamiętam.

Bo ona zawsze była ze mną. I on też.

Ciemnowłosy Książę. Jeśli w ogóle istniał, to tylko w świecie filmowych marzeń. Serce biło jej coraz szybciej, gdy zbliżała się do przypominającego katedrę kina. Najpierw dostrzegała go na plakatach, na błyszczących fotografiach umieszczonych za szybą niczym wystawione na pokaz dzieła sztuki. Fred Astaire, Gary Cooper, Cary Grant, Charles Boyer, Paul Muni, Fredric March, Lew Ayres, Clark Gable. Na ekranie w środku przybierał gigantyczne rozmiary, ale mimo wszystko wydawał się bliski, tak niedaleki, jakby wystarczyło wyciągnięcie ręki, by go dotknąć - prawie! Mówiąc do innych, obejmując i całując piękne kobiety, dawał się poznać widzom. A te kobiety - i one były blisko, też na wyciągnięcie ręki, właściwie były tobą w czarodziejskim zwierciadle, Magiczne Przyjaciółki w innych ciałach, o twarzach, które w tajemniczy sposób należały do ciebie. Albo będą należały do ciebie. Ginger Rogers, Joan Crawford, Katherine Hepburn, Jean Harlow, Marlena Dietrich, Greta Garbo, Constance Bennett, Joan Blondell, Claudette Colbert, Gloria Swanson. Ich historie zlewały się i łączyły jak sny. Hałaśliwe musicale, poważne dramaty, zwariowane komedie, opowieści przygodowe i wojenne, sagi o starożytnych czasach - wizje, w których te same znakomite twarze pojawiały się ciągle na nowo. W innych przebraniach i kostiumach, uwikłane w rozmaite losy. Oto i on! Ciemnowłosy Książę.

I jego Księżniczka.

Gdziekolwiek jesteś, tam i ja jestem. Ale w szkole to się nie zawsze sprawdzało.

W wynajętym bungalowie przy Highland Avenue byli sami dorośli z wyjątkiem małej Normy Jeane, dziewczynki o kręconych włosach, która była ulubienicą mieszkańców. ("Niezbyt to odpowiednia atmosfera dla dzieci, z tymi typkami wałęsającymi się tu i tam" - zauważyła jedna z lokatorek w rozmowie z Gladys. "Jakie znowu typki? - zapytała rozdrażniona Gladys. - Wszyscy pracujemy dla Wytwórni". "Właśnie o to mi chodzi - odparła kobieta ze śmiechem. - Wszyscy pracujemy dla Wytwórni"). A w szkole były dzieci.

Bałam się ich! Małych ludzi o silnej woli, których należało szybko pokonać. Nie miałaś drugiej szansy. Bez braci i sióstr czułam się samotna. Byłam inna niż oni. Chyba za bardzo chciałam, aby mnie polubili. Wołali na mnie Wielkie Gały albo Mądralińska, nigdy nie wiedziałam dlaczego.

Gladys powiedziała przyjaciołom, że ciągle ją "prześladuje" myśl o "kiepskim systemie nauczania", jakiemu podlegała jej córka, ale w ciągu jedenastu miesięcy tylko raz odwiedziła szkołę podstawową w Highland, i to tylko dlatego, że ją wezwano.

A Ciemnowłosego Księcia wcale tam nie było.

Nawet w marzeniach na jawie, nawet z zaciśniętymi powiekami, Norma Jeane nie potrafiła go sobie wyobrazić. Zawsze będzie na nią czekał w marzeniu filmowym; na tym polegało jej sekretne szczęście.

7

- Mam co do ciebie pewne plany, Normo Jeane. Właściwie co do nas.

Biały, pokojowy steinway, tak piękny, że Norma Jeane gapiła się na niego z otwartymi ustami, zdumiona dotykała jego gładkiej powierzchni opuszkami palców: ojej, czyżby naprawdę był dla niej?

- Będziesz brała lekcje gry na fortepianie. Tak jak chciałam.

Salon w trzypokojowym mieszkaniu Gladys był mały i już bardzo ciasny, ale udało im się wygospodarować miejsce na ten fortepian, "dawniej należący do Fredrica Marcha", jak często chwaliła się Gladys.

Znakomity pan March, który wyrobił sobie nazwisko w niemych filmach, był związany z Wytwórnią kontraktem. Podobno pewnego dnia, w barku, okazał Gladys życzliwość; sprzedał jej uprzejmie fortepian po "znacznie obniżonej cenie", wiedząc, że nie ma zbyt wiele pieniędzy; w innej wersji opowieści o nabyciu tego szczególnego fortepianu pan March po prostu podarował go Gladys "jako symbol swego szacunku". (Gladys zabrała Normę Jeane do kina, aby jej pokazać Fredrica Marcha w filmie I Love You Truly z udziałem Carole Lombard; w sumie matka i córka widziały ten film trzy razy. "Twój ojciec byłby zazdrosny, gdyby się dowiedział" - zauważyła tajemniczo Gladys). Ponieważ Gladys na razie nie mogła sobie pozwolić na zawodowego nauczyciela dla Normy Jeane, zorganizowała kilka doraźnych lekcji u jednego z mieszkańców bungalowu, Anglika o nazwisku Pearce, który dublował już kilka prawdziwych gwiazd, w tym Charlesa Boyera i Clarka Gable'a. Był mężczyzną średniego wzrostu, przystojnym, z cienkim wąsikiem. Jednak nie emanował ciepłem - nie miał wystarczającej "prezencji". Norma Jeane próbowała go zadowolić, ćwicząc bardzo pilnie; uwielbiała grać na "magicznym fortepianie", kiedy była sama, ale westchnienia i grymasy pana Pearce'a sprawiały, że czuła się skrępowana. Szybko nabrała fatalnego zwyczaju uporczywego powtarzania nut. "Moja droga, przestań się jąkać w grze - powiadał pan Pearce z tym swoim ironicznym akcentem. - Wystarczy, że się jąkasz w mowie". Gladys, która kiedyś liznęła trochę gry na fortepianie, starała się przekazać Normie Jeane to, czego się sama nauczyła, ale sesje z nią były jeszcze bardziej wyczerpujące niż lekcje z panem Pearce'em. Gladys krzyczała, doprowadzona do wściekłości: "Nie słyszysz, że uderzasz niewłaściwą nutę? Krzyżyk, bemol? Jesteś pozbawiona słuchu czy po prostu głucha?".

Mimo wszystko lekcje Normy Jeane wciąż się odbywały. Do tego doszły sporadyczne lekcje śpiewu z przyjaciółką Gladys, również mieszkanką tego samego bungalowu, pracującą w dziale muzycznym Wytwórni. Panna Flynn powiedziała Normie:

- Twoja dziewczynka jest słodką, szczerą osóbką. Bardzo się stara, bardziej niż niektóre z młodszych śpiewaczek, które mają kontrakt! Ale istnieje pewien problem. - Jess Flynn mówiła cicho, aby Norma Jeane nie słyszała. - Ona zupełnie nie ma głosu.

- Ale będzie miała - odparła Gladys.

Robiłyśmy to, zamiast pójść do kościoła. To było nasze nabożeństwo.

W niedziele, jeśli Gladys miała pieniądze na benzynę albo mężczyznę, który pożyczył jej samochód, jechała z Normą Jeane obejrzeć domy "gwiazd". W Beverly Hills, Bel Air, Los Feliz i na Hollywood Hills. Wiosną i latem 1934 roku oraz wyjątkowo suchą jesienią. Mezzosopran Gladys pobrzmiewał dumą. Oto wspaniały dom Douglasa Fairbanksa. Wspaniały dom Mary Pickford. Wspaniały dom Poli Negri. Wspaniałe domy Toma Mixa i Thedy Bary - "Bara wyszła za multimilionera, przedsiębiorcę, i wycofała się z interesu. Sprytnie". Norma Jeane wytrzeszczała oczy. Ależ cudowne domy! Wyglądały naprawdę jak pałace albo zamki z ilustracji do bajek. Matka i córka nigdy nie bywały bardziej szczęśliwe niż wtedy, gdy przeżywały te magiczne chwile, zwiedzając lśniące ulice. Norma Jeane nie musiała się wcale obawiać, że będzie się jąkała i zdenerwuje matkę, bo Gladys mówiła na okrągło.

- Dom Barbary La Marr, Dziewczyny, Która Była Zbyt Piękna. (To taki żart, kochanie. Nie można być zbyt pięknym, tak samo jak nie można być zbyt bogatym). Dom W.C. Fieldsa. Oto dawny dom Grety Garbo, piękny, ale mniejszy, niżby się człowiek spodziewał. A tam, za tą bramą, rezydencja w hiszpańskim stylu niezrównanej Glorii Swanson. Tam zaś dom Normy Talmadge, "naszej" Normy.

W Los Feliz Gladys zaparkowała samochód, więc razem z córką mogła się dobrze przyjrzeć eleganckiej, kamiennej rezydencji, w której Norma Talmadge mieszkała ze swoim mężem producentem. Osiem dostojnych granitowych lwów, symboli wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer, strzegło wejścia! Norma Jeane nie mogła oderwać wzroku. Trawa, jaka zielona i bujna. Jeśli prawdą było, że Los Angeles jest miastem z piasku, nigdy byś się tego nie domyśliła, będąc w Beverly Hills, Bel Air, Los Feliz czy na Hollywood Hills. Deszcz nie padał od tygodni i trawa prawie wszędzie pożółkła albo powysychała, ale w tych bajecznych miejscach pozostała jednolicie zielona. Karmazynowe i purpurowe pnącza kwitły bez przerwy. Rosły tu drzewa, których Norma Jeane nie widziała nigdzie indziej - Gladys nazywała je cyprysami. Nie skarłowaciałe, nędzne drzewa palmowe, które rosły wszędzie, tylko dostojne palmy, wyższe niż dachy najwyższych domów.

- Dawny dom Bustera Keatona. Tam Helen Chandler. Za tą bramą Mabel Normand. I Harold Lloyd. John Barrymore. Joan Crawford. I Jean Harlow, "nasza" Jean.

Normie Jeane bardzo przypadło do gustu, że Jean Harlow, podobnie jak Norma Talmadge, mieszka wśród zieleni.

Nad tymi domami słońce świeciło łagodnie, nie wysyłało palących promieni. Jeśli pojawiały się chmury, to wisiały wysoko i były puszystymi kłębami na doskonale wymalowanym, błękitnym niebie.

- Oto Cary Grant! Niedawno postawiony. A tam John Gilbert. Lillian Gish - to tylko jedna z jej wcześniejszych rezydencji. A tam, w tym domu na rogu, mieszkała Jeanne Eagels, nie żyje, biedactwo.

Norma Jeane natychmiast zapytała, co się przydarzyło Jeanne Eagels.

Dawniej Gladys jedynie odpowiadała ze smutkiem: "Umarła". Tym razem powiedziała z pogardą:

- Eagels! Narkomanka. W końcu wyschła na wiór, jak twierdzą ci, co ją widzieli. Skóra i kości. Trzydzieści pięć lat. I wyglądała bardzo staro.

Gladys pojechała dalej. Na tym przejażdżka się nie kończyła. Czasami Gladys rozpoczynała wycieczkę w Beverly Hills i robiła pełną pętlę, wracając na Highland Avenue późnym popołudniem; czasami jechała prosto do Los Feliz i zawracała do Beverly Hills; czasem zaś wjeżdżała na Hollywood Hills, gdzie mieszkały młodsze gwiazdy albo talenty, które miały dopiero zabłysnąć. Czasami, jakby coś ją ciągnęło wbrew woli, jak lunatyka, skręcała w uliczkę, którą już tego dnia odwiedziły, i powtarzała swoje komentarze: "Widzisz? Za tamtą bramą hiszpański dom Glorii Swanson. A tam Myrny Loy. Przed nami - Conrad Nagel". Wycieczka przysparzała coraz intensywniejszych przeżyć, także wtedy, gdy Gladys zwalniała, usiłując coś dojrzeć przez szybę odrapanego, zielonego forda, która zawsze wymagała umycia. Albo może szkło było trwale pokryte cienką warstewką brudu. Mogło się zdawać, że istnieje jakiś cel tych wypraw, który, jak w filmie o skomplikowanej fabule, wkrótce wyjdzie na jaw. Głos Gladys jak zawsze zdradzał podziw i entuzjazm, ale w istocie ukrywał spokojny, nieugięty gniew.

- Oto dom najsławniejszy ze wszystkich: SOKOLE GNIAZDO. Należał do Rudolfa Valentino. Facet nie miał talentu do aktorstwa. Nie miał talentu do życia. Ale był fotogeniczny i zmarł we właściwym czasie. Pamiętaj, Normo Jeane - musisz umrzeć we właściwym czasie.

Matka i córka siedziały w odrapanym zielonym fordzie, rocznik 1929, gapiąc się na barokową rezydencję wielkiej gwiazdy niemego kina, i w ogóle nie chciały opuścić tego miejsca, nigdy.

8

Zarówno Gladys, jak i Norma Jeane ubrały się na pogrzeb nadzwyczaj starannie i ze smakiem, chociaż musiały stać wśród siedmiu tysięcy żałobników szczelnie wypełniających Wilshire Boulevard w bezpośrednim sąsiedztwie synagogi.

Synagoga to "taki żydowski kościół", wyjaśniła Gladys Normie Jeane.

Natomiast Żydzi to tacy niby-chrześcijanie, tylko że wywodzą się ze starszej, mądrzejszej i bardziej tragicznej rasy. Kiedy chrześcijanie zapoczątkowali uprawę ziemi na Zachodzie, Żydzi byli pionierami przemysłu filmowego i w tej dziedzinie przeprowadzili rewolucję.

Norma Jeane zapytała:

- Czy możemy być Żydami, Mamo?

Gladys chciała zaprzeczyć, ale potem się zawahała i odparła:

- Gdyby nas chcieli. Gdybyśmy zasługiwały. Gdybyśmy urodziły się po raz drugi.

Gladys, która długo powtarzała, że znała pana Thalberga, "choć niezbyt dobrze, pełna podziwu dla jego geniuszu filmowego", wystąpiła w olśniewającej sukni z czarnej krepy w stylu lat dwudziestych, luźnej w talii, z sięgającym do połowy łydki szeleszczącym dołem i misternym koronkowym kołnierzykiem. Na głowie miała czarny toczek z woalką, która podnosiła się lekko i opadała, podnosiła i opadała, poruszana szybkim, płytkim oddechem. Sięgające łokci satynowe rękawiczki wyglądały na nowe. Na nogach szare pończochy i skórzane pantofelki na wysokim obcasie. Twarz Gladys była woskowo bladą, błyszczącą od kosmetyków maską przypominającą oblicze manekina, z podkreślonymi rysami w przebrzmiałym stylu Poli Negri. Perfumy miały słodkawy zapach pomarańczy gnijących w zepsutej lodówce.

Nigdy nie bój się zadłużyć, jeśli cel jest szlachetny.

Śmierć wielkiego człowieka to zawsze szlachetny cel.

(Właściwie Gladys kupiła jedynie dodatki. Suknię z czarnej krepy "pożyczyła" sobie bez upoważnienia z garderoby w Wytwórni).

Norma Jeane, wystraszona z powodu tego całego tłumu nieznajomych ludzi, umundurowanych policjantów na koniach, korowodu smutnych czarnych limuzyn wzdłuż ulicy, fal krzyków, płaczu, nawet oklasków, miała na sobie granatową sukienkę z koronkowym kołnierzykiem i mankietami, szkocki beret z pomponem, białe rękawiczki, czarne, przewiązane wstążkami pończochy i błyszczące pantofelki. Tego dnia niemal tęskniła za szkołą. Stała się obiektem niebywałych zabiegów, nasłuchała się wyrzutów i pogróżek. Umyto jej włosy (zrobiła to Gladys, bezlitośnie i dokładnie) bardzo wczesnym rankiem, jeszcze przed świtem, Gladys bowiem miała jedną z tych swoich trudnych nocy: przepisane lekarstwo fatalnie podziałało na żołądek, jej myśli "skłębiły się jak taśma telegraficzna", więc splątane, gęste włosy Normy Jeane najpierw zostały na siłę rozczesane grzebieniem o kształcie szczurzego ogona, a potem były szczotkowane, szczotkowane, szczotkowane, aż w końcu zaczęły błyszczeć. Wreszcie Jess Flynn (która o piątej rano usłyszała płacz) zaplotła je w warkocze i ułożyła wokół głowy tak, że choć dziewczynka miała załzawione oczy i pokaleczone usta, wyglądała jak księżniczka z bajki.

On tam będzie, na pogrzebie. Wśród niosących trumnę i osób towarzyszących. Nie odezwie się do nas. Nie przy ludziach. Ale będzie nas widział. Zobaczy ciebie, swoją córkę. Nie wiadomo kiedy, ale musisz być przygotowana.

Przecznicę przed synagogą tłum widzów zaczął się zbierać po obu stronach ulicy. Nie szkodzi, że była dopiero 7.30, a pogrzeb zaplanowano na 9.00. Porządku pilnowała policja, pieszo i na koniach; wszędzie kręcili się fotoreporterzy gotowi do uwieczniania tego historycznego wydarzenia. Na ulicy i przy chodnikach poustawiano barierki; za nimi ogromny tłum mężczyzn i kobiet chciwie wyczekiwał, z dziwną cierpliwością, w skupieniu, na gwiazdy filmowe i inne sławy, które pojawiły się w szeregu wspaniałych limuzyn, weszły do świątyni, wyszły z niej po upływie długich dziewięćdziesięciu minut; w tym czasie szemrzący tłum - odgrodzony od prywatnego nabożeństwa tak samo jak od bezpośredniej komunikacji, nie mówiąc już o poufałości, z tymi osobistościami - ciągle przybierał na obrzeżach; Gladys i Norma Jeane, przyparte do jednego z drewnianych kozłów, trzymały się belki i siebie. Wreszcie w głównym wejściu do synagogi pojawiła się błyszcząca czarna trumna, niesiona przez wytwornie ubranych żałobników - rozpoznawano ich i kolejno w podnieceniu wykrzykiwano nazwiska: "Ronald Colman! Adolphe Menjou! Nelson Eddy! Clark Gable! Douglas Fairbanks! Al Jolson! John Barrymore! Basil Rathbone!". Potem wyszła przybita bólem wdowa po zmarłym, Norma Shearer, gwiazda filmowa, odziana od stóp do głów w elegancką czerń, z twarzą ukrytą za woalką; za panią Shearer strumień sław zaczął wypływać ze świątyni niczym złocista lawa, wszyscy jednakowo poważni, a ich nazwiska Gladys powtarzała ze względu na Normę Jeane, co brzmiało tak, jakby odmawiała litanię, tymczasem dziewczynka siedziała w kucki przy drewnianym koźle, podekscytowana i wystraszona, mając nadzieję, że nie zostanie stratowana: "Leslie Howard! Erich von Stroheim! Greta Garbo! Joel McCrea! Wallace Beery! Clara Bow! Helen Twelvetrees! Spencer Tracy! Raoul Walsh! Edward G. Robinson! Charlie Chaplin! Lionel Barrymore! Jean Harlow! Groucho, Harpo i Chico Marx, Mary Pickford! Jane Withers! Irvin S. Cobb! Shirley Temple! Jackie Coogan! Bela Lugosi! Mickey Rooney! Freddie Bartholomew w aksamitnym garniturze z Małego lorda. Busby Berkeley! Bing Crosby! Lon Chaney! Marie Dressler! Mae West!" - i w tym momencie sfora fotoreporterów i łowców autografów przedarła się przez zapory, podczas gdy policja na koniach, przeklinając, używając pałek, starała się zapędzić ich z powrotem.

Wywiązała się bijatyka. Rozległy się krzyki, wrzaski. Ktoś się może przewrócił. Ktoś otrzymał bolesny cios pałką policyjną albo dostał się pod kopyta. Policjanci krzyczeli coś przez tuby. Słychać było warkot silników samochodowych, coraz głośniejszy ryk. Ale ten tumult szybko ucichł. Norma Jeane, zbyt przestraszona, by się rozpłakać, przywarła do sztywnego ramienia Gladys i Matka mnie nie odtrąciła, pozwoliła na to. Stopniowo słabł napór tłumu. Elegancki czarny karawan jak rydwan śmierci i liczne limuzyny prowadzone przez wytwornych szoferów już odjechały; zostali tylko widzowie, zwykli ludzie nie bardziej zainteresowani sobą niż stadem wróbli. Wszyscy zaczęli się rozchodzić, mogli już swobodnie wybrać, w którą uliczkę skręcić. Nie było dokąd iść, ale pozostanie tutaj też nie miało sensu. Historyczne wydarzenie - pogrzeb wielkiego hollywoodzkiego pioniera Irvinga G. Thalberga - dobiegło końca.

Tu i ówdzie kobiety ocierały oczy. Wielu widzów sprawiało wrażenie zdezorientowanych, jak gdyby ponieśli znaczną stratę, tylko nie wiedzieli dokładnie jaką.

Matka Normy Jeane była jednym z nich. Jej twarz wydawała się rozmazana za wilgotną, lepką woalką, oczy załzawione, rozbiegane jak miniaturowe rybki płynące w rozbieżnych kierunkach. Szeptała do siebie, uśmiechała się nerwowo. Niby patrzyła na Normę Jeane, ale wydawało się, że jej jednak nie widzi. Potem ruszyła przed siebie, stąpając niepewnie w pantofelkach na wysokich obcasach. Norma Jeane zauważyła dwóch mężczyzn, nie stali razem, ale przyglądali się jej matce. Jeden z nich gwizdnął pytająco; wyglądało to jak wstęp do sceny tanecznej w filmie z Ginger Rogers i Fredem Astaire'em z tą różnicą, że nie było muzyki i Gladys zdawała się nie zauważać tego mężczyzny, on zaś niemal natychmiast stracił nią zainteresowanie, ziewnął i odszedł. Drugi mężczyzna bezwiednie podrapał się w okolicy krocza, jakby był sam i nikt go nie widział, po czym ruszył w innym kierunku.

Stukot podków! Norma Jeane zdziwiła się, szybko podniosła głowę i ujrzała mężczyznę w mundurze, dosiadającego wysokiego konia kasztanowatej maści o ogromnych wyłupiastych oczach. Policjant patrzył wprost na nią.

- Dziewczynko, gdzie twoja mama? Nie jesteś tu przecież sama, prawda? - zapytał.

Onieśmielona Norma Jeane potrząsnęła głową. Pobiegła za Gladys, chwyciła jej dłoń w rękawiczce i znowu była wdzięczna, że matka jej nie odtrąciła, bo policjant na koniu bacznie się im przyglądał. Owszem, to wkrótce się zdarzy, ale jeszcze nie teraz. Gladys, rozkojarzona, w żaden sposób nie mogła sobie przypomnieć, gdzie zaparkowała samochód, za to Norma Jeane zapamiętała to miejsce, no, prawie, w każdym razie odnalazły wóz, matowozielonego forda, na handlowej ulicy prostopadłej do Wilshire. Norma Jeane pomyślała, że to bardzo dziwne i takie jak w filmie - masz klucz do samochodu, do jednego spośród setek, tysięcy samochodów; klucz do czegoś, co Gladys nazywa zapłonem; jeśli włożysz klucz i przekręcisz, zapłon uruchomi silnik; i już nie jesteś zagubiona i opuszczona, daleko od domu.

W samochodzie było gorąco jak w piecu. Norma Jeane zaczęła się wiercić. Musiała koniecznie pójść do toalety.

Gladys powiedziała w rozdrażnieniu, ocierając oczy:

- Po prostu nie chcę odczuwać żalu. Swoje myśli zachowuję dla siebie. - Do Normy Jeane odezwała się niespodziewanie ostro: - Do diabła, co się stało z twoją sukienką? - Dziewczynka rozdarła sukienkę, zaczepiwszy brzegiem o drzazgę przy drewnianym koźle.

- N...nie wiem. Ja tego nie zrobiłam.

- A niby kto? Święty Mikołaj?

Gladys chciała pojechać na cmentarz żydowski, ale nie wiedziała, gdzie to jest. Na Wilshire zatrzymała się parę razy, aby zapytać o drogę, ale niczego się nie dowiedziała. Pojechała więc dalej, paląc chesterfielda. Już wcześniej zdjęła toczek z zawilgoconą woalką i cisnęła go na tylne siedzenie, gdzie znajdował się wielomiesięczny zbiór gazet, magazynów filmowych, książek w miękkich okładkach, zużytych chusteczek do nosa i pomniejszych sztuk garderoby. Norma Jeane nie przestawała się wiercić, a Gladys mówiła w zamyśleniu:

- Jeżeli jesteś Żydem, jak Thalberg, jest inaczej. Otwierają się przed tobą zupełnie inne perspektywy. Oni nawet kalendarz mają inny od naszego. To, co nas nieustannie dziwi, co wydaje się nowe, nie jest nowe dla nich. Żyją częściowo w Starym Testamencie, z tymi wszystkimi plagami i proroctwami. - Zamilkła. Zerknęła z ukosa na córkę, która ze wszystkich sił starała się nie zsiusiać, ale parcie było tak silne, że między nogami czuła ból ostry jak ukłucie igły. - Musisz wiedzieć, że on ma domieszkę żydowskiej krwi. To jest część bariery, która nas dzieli. Ale widział nas dzisiaj. Nie mógł mówić, ale przemówiły jego oczy. Normo Jeane, on cię widział.

Właśnie wtedy, mniej więcej milę od Highland Avenue, Norma Jeane zsikała się w majtki - czując upokorzenie i udrękę - ale nic nie mogła zrobić. Gladys od razu wyczuła zapach moczu i ze złością zaczęła bić Normę Jeane gdzie popadło.

- Świnia! Mały potwór! Zniszczyłaś taką piękną sukienkę, która na dodatek wcale do nas nie należy! Ty mi to chyba wszystko robisz specjalnie!

Cztery dni później nadciągnęły wiatry Santa Ana.

9

Bo kochała to dziecko i pragnęła oszczędzić mu cierpień.

Bo została otruta. I jej dziewczynka została otruta. Bo miasto z piasku płonęło.

Bo w powietrzu unosiła się woń spalenizny.

Bo według kalendarza urodzeni pod znakiem Bliźniąt powinni teraz "postępować zdecydowanie", "przejawiać odwagę w kierowaniu swoim życiem".

Bo minął już jej najgorszy czas w miesiącu i krew przestała z niej wypływać. Już nie będzie kobietą pożądaną przez mężczyzn.

Bo przez trzynaście lat pracowała w laboratorium Wytwórni jako lojalny, pełen poświęcenia pracownik, pomagający opracować wielkie filmy nakręcone dla Wytwórni, które lansowały wielkie gwiazdy amerykańskiego ekranu i kształtowały ducha Ameryki, a teraz wreszcie odkryła, że skończyła się jej młodość i że ma śmiertelnie chorą duszę. Okłamali ją w izbie chorych. Pozostający na usługach Wytwórni lekarz upierał się, że we krwi nie ma trucizny, podczas gdy w rzeczywistości było odwrotnie. Chemiczna trucizna przenikała przez podwójnej grubości gumowe rękawiczki, przedostała się do kości dłoni, tych dłoni, które jej kochanek niegdyś całował, mówiąc, że są cudowne i delikatne, że są "dłońmi pocieszenia" - potem do szpiku w jej szkielecie, wraz z krwią do mózgu, podczas gdy opary trucizny zaatakowały bezbronne płuca. I jeszcze jej oczy, nie widziały wyraźnie. Bolały ją nawet podczas snu. Inni pracownicy bali się przyznać do swoich chorób, aby ich nie zwolniono, aby nie stali się "bezrobotnymi". Bo był to czas piekielny - rok 1934 w Stanach Zjednoczonych - czas hańby. Bo miała zwolnienie lekarskie, i miała zwolnienie lekarskie, i miała zwolnienie lekarskie, aż wreszcie usłyszała przez telefon, że nie znajduje się już "na liście płac, przepustka została anulowana i wejście na teren Wytwórni nie będzie możliwe". Po trzynastu latach.

Bo nigdy nie będzie pracować dla Wytwórni. Nie zaprzeda duszy za nędzną płacę na zwykłe wegetowanie. Bo musiała oczyścić siebie i skażone dziecko.

Bo dziecko było zewnętrznym przejawem jej tajemnej osobowości.

Bo dziecko okazało się zdeformowanym dziwadłem, ukrytym pod postacią ślicznej dziewczynki o kręconych włosach. Bo wszystko było oszustwem.

Bo ojciec dziecka nie chciał, aby przyszło ono na świat.

Bo miał wątpliwości, czy było naprawdę jego.

Bo dał jej pieniądze, rzucił banknoty na łóżko.

Bo banknoty składały się na sumę 225 dolarów, równowartość ich miłości.

Bo powiedział, że nigdy jej nie kochał; że opacznie to zrozumiała.

Bo powiedział, żeby nigdy do niego nie dzwoniła ani nie chodziła za nim po ulicy.

Bo wszystko było oszustwem.

Bo zanim zaszła w ciążę, kochał ją, a potem nie. Bo ożeniłby się z nią. Na pewno.

Bo dziecko urodziło się trzy tygodnie przed oczekiwanym terminem, czyli pod znakiem Bliźniąt, pod jej znakiem. I było tak samo przeklęte jak ona.

Bo nikt nigdy nie pokocha przeklętego dziecka.

Bo pożar na wzgórzach był wyraźnym wezwaniem i znakiem.

To nie Ciemnowłosy Książę przybędzie po moją matkę.

Przez resztę życia prześladowała mnie obawa, że pewnego dnia zjawią się obcy, aby i mnie zabrać, nagą, bełkoczącą, robiącą z siebie żałosne widowisko.

Norma Jeane musiała zostać w domu. Matka nie pozwalała jej iść między wrogów. Czasem Gladys nie ufała nawet Jess Flynn. Bo Jess Flynn pracowała w Wytwórni i mogła być szpiegiem. Mimo wszystko Jess Flynn przynosiła im jedzenie. Wpadała z uśmiechem na twarzy "zobaczyć, co słychać". Proponowała, że pożyczy Gladys pieniądze, jeżeli Gladys ich potrzebuje, albo maszynkę do odkurzania dywanów. Gladys zazwyczaj leżała w łóżku naga, pod brudnym prześcieradłem, w zaciemnionym pokoju. Na nocnym stoliku leżała latarka służąca do ewentualnego wyszukiwania skorpionów, których Gladys bardzo się bała. Opuszczone żaluzje we wszystkich pomieszczeniach sprawiały, że noc nie różniła się tu od dnia, zmierzch nie różnił się od brzasku. Dymna mgiełka unosiła się nawet wtedy, gdy na zewnątrz świeciło słońce. Pachniało chorobą. Brudną bielizną i pościelą. Zatęchłymi ziarnami kawy, kwaśnym mlekiem, pomarańczami gnijącymi w lodówce bez lodu. Dżinem, papierosami, ludzkim potem, złością i rozpaczą. Jess Flynn robiła "małe porządki", jeśli jej pozwolono. A jak nie pozwolono, to nie.

Od czasu do czasu pukał do drzwi Clive Pearce. Przemawiał przez drzwi do Gladys albo do dziewczynki. Nie było słychać wyraźnie, co mówi. W przeciwieństwie do Jess Flynn nie wchodził do środka. Lekcje gry na fortepianie skończyły się latem. Clive powtarzał, że to jest "tragedia", ale "istnieją gorsze tragedie". Inni mieszkańcy bungalowu rozprawiali: co począć? Wszyscy pracowali w Wytwórni. Dublerzy i statyści, ale także pomocnik operatora kamery, masażysta, kostiumolog, dwóch korektorów scenariuszy, instruktor gimnastyki, technik z laboratorium, stenografistka, konstruktorzy planu, kilku muzyków. Wszyscy orientowali się, że Gladys Mortensen jest "psychicznie niezrównoważona" - a przynajmniej "temperamentna i ekscentryczna". Większość wiedziała, że pani Mortensen mieszka z małą dziewczynką, która, jeśli nie brać pod uwagę loków, wyglądała na tak samo "nierozgarniętą".

Nikt nie wiedział, co robić, i czy w ogóle coś robić. Nikt nie chciał się mieszać. Chodziło o to, by nie wywoływać gniewu tej Mortensen. Sądzono powszechnie, że Jess Flynn jest przyjaciółką Gladys, że to ona powinna podejmować decyzje.

Dziecko, nagie i szlochające, ukryło się za fortepianem, przeciwstawiając się matce. Chowało się przed matką. Gramoliło się po dywanie jak przestraszone zwierzątko. Matka uderzała w klawisze pięściami, wywołując wysoki, dysonansowy wrzask instrumentu, wibrujący odgłos rozdygotanych nerwów. To też slapstick. W duchu Macka Sennetta. Mabel Normand w A Displaced Foot, filmie, który Gladys widziała w dzieciństwie.

Jeśli coś jest śmieszne, to jest to komedia. Nawet gdy sprawia ból.

Do wanny lała się oczyszczająca woda, niemal wrzątek. Gladys rozebrała dziecko do naga i sama była naga. Już prawie jej się udało wciągnąć dziecko do wanny. Próbowała unieść je i zanurzyć w wodzie, ale dziewczynka opierała się i krzyczała. W chaosie myśli, zmieszanych z gorzkim smakiem dymu i drwiących głosów w głowie - niezbyt wyraźnych z powodu otępiającego działania leków - Gladys sądziła, że wszystko rozgrywa się znacznie wcześniej, dziecko jest znacznie młodsze, ma dwa albo trzy lata i waży - ile? - ze trzydzieści funtów. To natomiast dziecko nie ufało matce, kuliło się, odsuwało, krzyczało "Nie! Nie!", było bardzo duże, silne i uparte; sprzeciwiało się woli matki, nie dawało się przyprowadzić, unieść i włożyć do oczyszczającego ukropu, walczyło i uciekało z zaparowanej łazienki i z nagich ramion matki.

- To ty. To twoja wina. Odszedł ode mnie, bo nie chciał ciebie. - Te słowa, wypowiedziane prawie spokojnie, poleciały za przestraszonym dzieckiem jak garść ostrych kamieni.

A dziecko, nagie, pobiegło na oślep korytarzem i zapukało do sąsiednich drzwi, krzycząc:

- Pomocy, pomocy!

Nie usłyszało żadnej odpowiedzi. Wtedy zatrzymało się przy drugich drzwiach, zastukało, i tym razem także nie doczekało się żadnej reakcji. Otworzyły się dopiero trzecie drzwi, w progu pojawił się zdziwiony młody mężczyzna, opalony i muskularny, w podkoszulku i spodniach bez paska. Popatrzył z góry, miał twarz aktora, ale zamrugał w autentycznym zdumieniu na widok dziewczynki, która była zupełnie naga, rozdygotana i zapłakana.

- P...pan nam pomoże, mama zachorowała. Proszę pomóc, mama jest chora.

Mężczyzna przede wszystkim zdjął z krzesła swoją koszulę i okrył nią dziecko.

- Już dobrze, mała, mówisz, że twoja mama jest chora? A co jej dolega?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki