Miasto z piasku
1
- Normo Jeane, obudź się! Szybko.
Sezon pożarów. Jesień 1934. W głosie Gladys pobrzmiewał strach i podniecenie.
Nocą rozeszła się woń dymu - popiołu! - przypominająca zapach śmieci i odpadków palonych w piecach za starym budynkiem, w którym mieszkała Della Monroe. Tylko że to nie było Venice Beach, lecz Hollywood, Highland Avenue w Hollywood, gdzie wreszcie matka i córka zamieszkały razem, we dwie, tak jak to miało być, póki on po nas nie przyjedzie, i nagle zawyły syreny i pojawił się ten odór, jakby palonych włosów, jakby tłuszczu płonącego na patelni, jakby wilgotnych ubrań niedbale przypalonych gorącym żelazkiem. Pozostawienie w sypialni otwartego okna okazało się błędem, ponieważ ów zapach wypełnił pokój: zapach duszący, gryzący, drażniący oczy jak niesiony wiatrem piasek. Zapach jak z rozgrzanej płyty kuchennej, kiedy wtopił się w nią czajnik, z którego wyparowała woda, a Gladys tego nie zauważyła. Zapach jak z wszędobylskich niedopałków i powypalanych dziur w linoleum, w dywanie w różyczki, w podwójnym łóżku z mosiężnymi gałkami przy wezgłowiu i puchowymi poduchami dzielonymi przez matkę i córkę, zapach spalonej bielizny, rozpoznany natychmiast przez dziecko pogrążone we śnie; zdarzało się, że kopcący chesterfield wypadał z dłoni Gladys, cierpiącej na bezsenność namiętnej czytelniczki, Gladys zapadała w lekką drzemkę, z której budziła ją nagle i gwałtownie, w sposób zupełnie dla niej niepojęty i tajemniczy, strzelająca iskrami poduszka, prześcieradła, szal, często najprawdziwsze płomienie, które tłumiła uderzeniami książki, czasopisma, raz nawet kalendarza zerwanego w pośpiechu ze ściany, albo własnymi pięściami; jeśli ogień się utrzymywał, Gladys, złorzecząc na czym świat stoi, biegła do łazienki, przynosiła w szklance wodę i wylewała ją na płomienie, mocząc pościel i materac. "Do licha! Co jeszcze się stanie?" Owe epizody rozgrywały się w slapstickowym tempie niemych filmów. Norma Jeane, która spała z Gladys, budziła się natychmiast, zrywała z łóżka skupiona i czujna jak każde zwierzę walczące o przeżycie; i często to właśnie ona przynosiła wodę. I choć teraz był to prawdziwy alarm, rzeczywisty niepokój w środku nocy, sytuacja wydawała się wystarczająco znajoma, aby wywołać łańcuch rutynowych działań w sytuacji krytycznej, coś w rodzaju praktycznej metodologii. Przyzwyczaiłyśmy się chronić siebie przed spłonięciem żywcem w łóżku. Nauczyłyśmy się radzić sobie.
- Jeszcze nawet nie zasnęłam! Ciągle o czymś myślę. W mojej głowie panuje pełnia dnia. Zdaje się, że nagle zdrętwiały mi palce. To mi się ostatnio zdarza. Niedawno grałam na fortepianie i nic nie wychodziło. Nigdy nie biorę się do roboty bez gumowych rękawiczek, ale środki chemiczne używane w laboratorium są obecnie bardzo silne. Szkody mogły już się dokonać. Popatrz, zakończenia nerwowe w moich palcach są właściwie martwe, moja dłoń nawet nie drży.
Gladys wyciągnęła niesprawną rękę w stronę córki. I rzeczywiście, chyba miała rację; dziwne, po nocnym niepokoju z powodu tlącej się pościeli, po niebezpiecznej chwili, jej szczupła dłoń nie drżała, tylko zwisała bezwładnie z nadgarstka, jakby w ogóle nie należała do niej, nie poddawała się woli, była czymś, za co jej właścicielka nie ponosiła odpowiedzialności, dłoń z delikatnymi liniami papilarnymi, otwarta, wygięta, blada, choć o podrażnionej i zaczerwienionej skórze, dłoń o pięknym kształcie, pusta.
Istniało wiele innych tego rodzaju tajemnic w życiu Gladys, zbyt wiele, aby je wyliczyć. Kontrolowanie ich wymagało nieustannej uwagi i, paradoksalnie, niemal całkowitej obojętności.
- Każdy filozof, od Platona po Johna Deweya, uczył: nie odejdziesz, póki nie wypadnie na ciebie, a kiedy wypadnie na ciebie, odejdź.
Gladys strzeliła palcami, uśmiechnęła się. Według niej na tym polegał optymizm.
Dlatego właśnie jestem fatalistką. Logiki nie da się podważyć!
I dlatego jestem dobra w sytuacjach krytycznych. Czy też byłam.
Nie potrafiłam grać jedynie normalnego, codziennego życia.
Lecz tej nocy płomienie były rzeczywiste.
To nie żadne miniaturowe ogniki w łóżku, które można zgasić uderzeniem gazety albo szklanką wody, tylko prawdziwy pożar szalejący w południowej Kalifornii po pięciu miesiącach suszy i wysokich temperatur. Lokalne pożary poszycia stanowiły "poważne zagrożenie dla życia i własności" nawet w obrębie granic Los Angeles. Winne będą wiatry Santa Ana: z początku łagodne jak pieszczota, potem bardziej uporczywe, intensywne, gorące; wystarczyło kilka godzin, aby pożoga, która wybuchła u podnóży i w dolinach San Gabriel Mountains, przesunęła się w stronę Pacyfiku. W ciągu dwudziestu czterech godzin powstały setki pożarów, odosobnionych i bardzo do siebie podobnych. W dolinach San Fernando i Simi gorące wiatry osiągały prędkość stu mil na godzinę. Ściany ognia wysokie na dwadzieścia stóp przeskakiwały na drugą stronę autostrad niczym drapieżne stworzenia. Zaledwie kilka mil od Santa Monica pojawiły się pola ognia, kaniony ognia, ogniste kule jak komety. Wiatr niósł iskry niczym nasiona, z których wystrzeliły płomienie w dzielnicach mieszkalnych Thousand Oaks, Malibu, Pacific Palisades, Topanga. Krążyły opowieści o tym, jak ptaki wybuchały ogniem w powietrzu, jak przerażone bydło z rykiem gnało przed siebie, płonąc jak pochodnie, póki nie padło. Potężne, kilkusetletnie drzewa stawały w płomieniach i ginęły w ciągu paru minut. Nawet nasączone wodą dachy zajmowały się ogniem, a budynki eksplodowały płomieniami jak bomby. Mimo wysiłków tysięcy osób pochód ognia "wymykał się spod kontroli", a siarkowy, białoszary dym przysłonił niebo na obszarze setek mil we wszystkich kierunkach. Na widok ciemniejącego za dnia nieba można by pomyśleć, że słońce zamieniło się w chorowite, cienkie półkole, że nastąpiło jego trwałe zaćmienie. Można by pomyśleć, powiedziała matka do przestraszonej córki, że to koniec świata przepowiedziany w biblijnej Apokalipsie:
- "I ludzie zostali dotknięci upałem nie do zniesienia, i bluźnili imieniu Boga". Ale to Bóg bluźnił nam.
Złowieszcze wiatry Santa Ana będą wiały przez dwadzieścia dni i dwadzieścia nocy, niosąc drobne kamyki, piasek, popiół i duszący dym, a kiedy w końcu z początkiem deszczy ogień się zatrzyma, okaże się, iż siedemdziesiąt tysięcy akrów hrabstwa Los Angeles uległo zniszczeniu.
Ale wtedy Gladys Mortensen już od blisko trzech tygodni będzie przebywała w szpitalu psychiatrycznym w Norwalk.
Była małą dziewczynką, a małe dziewczynki nie powinny za dużo myśleć. Zwłaszcza śliczne dziewczynki o kręconych włosach nie powinny martwić się, niepokoić, kalkulować; a jednak ona miała zwyczaj marszczyć czoło jak dorosły karzeł, rozważając następujące kwestie: Skąd się bierze ogień? Czy istnieje jakaś pojedyncza iskra, która jest pierwszą iskrą, poprzedzającą wszystkie inne, taką znikąd? Niepochodzącą z zapałki ani z zapalniczki, tylko właśnie znikąd?
- Ze słońca. Ogień pochodzi ze słońca. Słońce jest ogniem. Oto, czym jest Bóg: ogniem. Zawierz Mu, a spłoniesz na popiół. Wyciągnij do niego rękę, spróbuj Go dotknąć, a twoja ręka spali się na popiół. Nie istnieje żaden "Bóg Ojciec"; prędzej uwierzyłabym w W.C. Fieldsa. On istnieje. Zostałam ochrzczona, ponieważ moja matka była łatwowierna, ale ja nie jestem głupia. Jestem agnostyczką. Wierzę, że nauka może ocalić ludzkość. Lekarstwo na raka, lekarstwo na gruźlicę, eugenika dla poprawienia rasy, eutanazja dla beznadziejnych przypadków. Ale moja wiara nie jest zbyt silna. I twoja taka będzie, Normo Jeane. Tak naprawdę nie miałyśmy żyć w tej części świata. W południowej Kalifornii. Osiedlenie się tutaj było błędem. Twój ojciec - w tym miejscu ochrypły głos Gladys stał się łagodny i miękki, jak to zwykle bywało, gdy mówiła o nieobecnym ojcu Normy Jeane, jakby ów mężczyzna kręcił się gdzieś w pobliżu - nazywa Los Angeles Miastem z Piasku. Wybudowano je na piasku i ono samo jest piaskiem. Jest pustynią. Opady wynoszą tu poniżej dwudziestu cali rocznie. O ile nie spadnie zbyt dużo deszczu i nie będzie lokalnych powodzi. Ludzkość nie powinna mieszkać w takich miejscach. Dlatego ponosimy karę. Za naszą pychę i głupotę. Musimy ścierpieć trzęsienia ziemi, pożary i powietrze, które nas dusi. Niektórzy z nas tutaj się urodzili i niektórzy z nas tutaj umrą. To pakt, który zawarliśmy z szatanem.
Gladys zamilkła na chwilę, bo nie mogła złapać tchu. Prowadząc samochód, tak jak w tej chwili, szybko się męczyła, jak gdyby jazda wymagała od niej fizycznego wysiłku. Mimo to mówiła spokojnie, a jej głos brzmiał nawet miło. Jechały po ciemnej Coldwater Canyon Drive nad Sunset Boulevard, była 1.35 w nocy po pierwszym dniu pożarów w Los Angeles. Przedtem Gladys krzykiem obudziła Normę Jeane, wyciągnęła ją w piżamie i boso z domu, po czym wepchnęła do swego forda, rocznik 1929, polecając jej spieszyć się i zachowywać cicho, aby inni mieszkańcy ich nie słyszeli. Gladys miała na sobie czarną koronkową koszulę nocną, na ramionach zarzucone w pośpiechu postrzępione jedwabne kimono, prezent od pana Eddy'ego sprzed wielu lat; ona też nie miała niczego na nogach i stopach, nierozczesane włosy związała z tyłu przepaską; jej pociągła, blada twarz, nasmarowana na noc kremem, zaczęła właśnie tracić swą doskonałość w kontakcie z wszechobecnym w powietrzu kurzem i popiołem. Ależ wiatr, ależ suche, nagrzane, szkodliwe powietrze napływa kanionem! Norma Jeane była zbyt przestraszona, aby płakać. Wycie syren! Krzyki ludzi! Przerażające, piskliwe wrzaski, które nie wydają się ludzkie, tylko zwierzęce, na przykład ptasie. (A może tak wyją kojoty?) Norma Jeane widziała już wcześniej niesamowite światła pożaru odbite od chmur, na horyzoncie za Sunset Strip, na niebie nad czymś, co Gladys nazywała "uzdrawiającymi wodami Pacyfiku"; na niebie, na którego tle odcinały się sylwetki rozkołysanych palm, wyschniętych drzew, na których strzępiły się pożółkłe liście; od kilku godzin czuła zapach dymu (a nie spalenizny, jak w łóżku Gladys), ale jeszcze nie docierało do niej - bo nie byłam dzieckiem zadającym pytania, można powiedzieć, że byłam dzieckiem ufnym, to znaczy dzieckiem, które w głębi serca żywi rozpaczliwą nadzieję - że jej matka jedzie fordem w złym kierunku.
Nie oddalała się od nakrapianych ogniem wzgórz, tylko się do nich zbliżała.
Nie oddalała się od źródła gryzącego, duszącego dymu, tylko się do niego zbliżała.
Mimo wszystko Norma Jeane powinna była rozpoznać sygnały: Gladys mówiła spokojnie. Tym swoim głosem, który był miły i logiczny.
Kiedy Gladys była sobą, naprawdę sobą, jej głos był beznamiętny, matowy, całkowicie wyzuty z rozkoszy i emocji, jakby na siłę wyciśnięto ostatnią kroplę wilgoci z upranej bielizny; w takich chwilach nie patrzyła nikomu w oczy; miała zdolność patrzenia przez ciebie; gdyby maszyna do liczenia miała oczy, patrzyłaby właśnie w taki sposób. Kiedy zaś Gladys nie była sobą albo właśnie wchodziła w tę fazę odmienności, zaczynała mówić szybko, wyrzucała z siebie strzępy słów tak, że nie sposób było nadążyć za jej rozgorączkowanym umysłem; albo wypowiadała się spokojnie, logicznie, jak jedna z nauczycielek Normy Jeane, która mówi o tym, o czym wszyscy i tak wiedzą.
- To pakt, który zawarliśmy z szatanem. Nawet ci, którzy w szatana nie wierzą.
Gladys gwałtownie odwróciła się do Normy Jeane, aby zapytać, czy jej słucha.
- T...tak, Mamo.
Szatan? Pakt? Jak to?
Na poboczu leżał blady, błyszczący przedmiot, nie niemowlę, raczej lalka, którą ktoś wyrzucił, choć najpierw pojawiła się niespokojna myśl, że to dziecko porzucone w całym tym zamieszaniu, ale rzecz jasna to musiała być lalka. Wyglądało na to, że Gladys jej nie zauważyła, kiedy przemknęła obok samochodem, lecz Norma Jeane poczuła nagły przypływ przerażenia - zostawiła lalkę na łóżku! Tam, w domu, panował taki zamęt, Norma Jeane zerwała się z łóżka, obudzona przez roztrzęsioną matkę, pobiegła do samochodu, wyły syreny, migotały światła, czuć było dym; zostawiła lalkę o złocistych włosach na pastwę płomieni; lalka nie miała już takich złocistych włosów jak dawniej, a jej gładka skóra z jasnej gumy przestała być nieskazitelna, koronkowy czepek dawno już zszarzał, nocna koszulka w kwiaty i maleńkie, miękkie stopy w białych bucikach ubrudziły się już nieodwracalnie, ale Norma Jeane kochała swoją lalkę, swoją jedyną lalkę, lalkę bez imienia, swoją urodzinową lalkę, której nigdy nie nadała żadnego imienia, nazywając ją po prostu Lalką, choć częściej jednak zwracała się do niej czule per "ty", tak jak się przemawia do własnego odbicia w lustrze. Teraz Norma Jeane rozpłakała się.
- Och, co ja zrobię, jak się spali dom, M...Mamo? Zapomniałam o lalce!
Gladys prychnęła pogardliwie.
- Co tam lalka! Będziesz miała szczęście, jak się spali. To niezdrowe przywiązanie.
Gladys musiała się skoncentrować na kierowaniu. Odrapany zielony ford, pochodził z drugiej albo trzeciej ręki, został kupiony za siedemdziesiąt pięć dolarów od przyjaciela, w którym Gladys wzbudziła "współczucie" jako samotna, rozwiedziona matka; nie można było polegać na tym samochodzie, zwłaszcza na hamulcach; trzeba było mocno trzymać kierownicę obiema rękami i pochylać się do przodu, aby coś zobaczyć ponad maską i przez przednią szybę, pokrytą pajęczą siecią pęknięć. Gladys była spokojna, zatopiona w myślach, wcześniej wypiła pół szklanki mocnego drinka, drinka na uspokojenie, na zwiększenie pewności siebie - nie dżin, nie whisky, nie wódkę - ale jazda Strip Drive w stronę wzniesień rzeczywiście była tej nocy wyzwaniem; samochody najrozmaitszych służb ogłuszały sygnałami, błyskały światłami, a na wąskiej Coldwater Canyon Drive pojawiły się jeszcze inne pojazdy, jadące w przeciwnym kierunku, ich reflektory oślepiały do tego stopnia, że Gladys przeklinała, żałując, że nie nałożyła ciemnych okularów, a Norma Jeane, zerkając przez palce, od czasu do czasu dostrzegała blade, przejęte twarze za szybami aut. Dlaczego jedziemy w górę, dlaczego między wzgórza, dlaczego w tę noc pożarów? - oto były pytania, których dziecko nie zadawało, choć być może myślało o tym, że babcia Della, kiedy jeszcze żyła, kazała jej uważać na "zmiany nastroju" Gladys i kazała przyrzec Normie Jeane, że w razie "niebezpieczeństwa" dziewczynka zadzwoni od razu do niej; Della powiedziała z ponurą miną: "Przyjadę wtedy taksówką, nawet gdybym musiała wydać pięć dolarów". Właściwie nie podała Normie Jeane numeru telefonu do swojego mieszkania, tylko numer dozorcy budynku, w którym mieszkała, i ten numer Norma Jeane pamiętała, odkąd przyszło jej zamieszkać z Gladys, odkąd została triumfalnie zabrana i ponad rok temu zamieszkała z Gladys w jej nowym mieszkaniu przy Highland Avenue, w pobliżu Hollywood Bowl. Ten numer Norma Jeane zapamiętała na całe życie - VB 3-2993 - choć w istocie nigdy nie ośmieliła się tam zadzwonić; tę październikową noc 1934 roku dzieliło od śmierci jej babki już kilka miesięcy, dziadek Monroe rozstał się z tym światem jeszcze wcześniej, więc nie miała do kogo zadzwonić, gdyby nawet odważyła się to uczynić.
Nie było nikogo, pod żadnym numerem, do kogo Norma Jeane mogłaby zatelefonować.
Do ojca! Gdybym miała jego numer, nieważne, gdzie on by przebywał, zadzwoniłabym, aby powiedzieć: Matka cię potrzebuje, proszę, pomóż nam, przyjedź. Wierzyłam, że przyjechałby, naprawdę wierzyłam.
Z przodu, przy wjeździe na Mulholland Drive, znajdowała się barykada przeciwogniowa. Gladys zaklęła mocno i przycisnęła pedał hamulca, aż samochód zatrząsł się parę razy i stanął. Zamierzała pojechać na wzgórza, wysoko ponad miasto, bez względu na ryzyko, na syreny, na sporadyczne wybuchy płomieni, świszczące uderzenia huraganu Santa Ana, który rzucał samochodem nawet na osłoniętych odcinkach Coldwater Canyon Drive. Na tych szacownych, odosobnionych wzgórzach, Beverly Hills, Bel Air i Los Feliz, znajdowały się rezydencje gwiazd filmowych. W niedzielne poranki, jeśli Gladys mogła sobie pozwolić na benzynę, przejeżdżała z Normą Jeane przed bramami tych domów - szczęśliwe chwile matki i córki, to właśnie robiłyśmy, zamiast pójść do kościoła, ale teraz był środek nocy, w powietrzu unosił się dym i żadnego domu nie było widać, więc możliwe, że prywatne rezydencje filmowych gwiazd płonęły i dlatego zabarykadowano drogę. I właśnie dlatego kilka minut później, gdy Gladys próbowała skręcić w Laurel Canyon Drive, gdzie stały migające światła i parkowały pojazdy służb ratowniczych, została zatrzymana przez umundurowanych funkcjonariuszy.
Na obcesowe pytanie, dokąd się, do licha, wybiera, Gladys odpowiedziała, że mieszka w Laurel Canyon, tam się znajduje jej rezydencja, i że ma prawo jechać do domu, wtedy umundurowani mężczyźni zapragnęli wiedzieć, gdzie właściwie mieszka, więc Gladys odparła:
- To moja sprawa.
Wówczas podeszli bliżej, poświecili latarkami prosto w jej twarz; byli podejrzliwi, sceptyczni, zapytali, kto jest z nią w samochodzie, na co odpowiedziała ze śmiechem:
- No cóż, nie Shirley Temple.
Jeden z mężczyzn wdał się z nią w rozmowę. Był zastępcą szeryfa hrabstwa Los Angeles, wpatrywał się w Gladys, która nawet w masce z tłustego kremu była kobietą o dobrej prezencji, ładną kobietą w klasycznym stylu Grety Garbo - o ile człowiek zbytnio się jej nie przyglądał; jej ciemne, powiększone oczy wydawały się ogromne w proporcji do całej twarzy, nos był długi, delikatny i na koniuszku błyszczący, usta miała obrzmiałe, pociągnięte czerwoną szminką; nim zaczęła uciekać w tę wyjątkową noc, znalazła czas, aby użyć szminki, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ci się przyjrzą i kiedy cię ocenią; zastępca szeryfa zorientował się, że coś tutaj nie gra, widział młodą kobietę tylko częściowo ubraną w opadające z ramion zielone jedwabne kimono i coś, co najwyraźniej było zniszczoną, czarną koszulą nocną, małe piersi zwisały luźno i bezwładnie, obok siedziało przestraszone dziecko o rozwichrzonych włosach, bose, ubrane tylko w piżamę; drobnokościste, pyzate, rozgorączkowane dziecko, z ciemnymi smugami po łzach na policzkach. Obu, dziecku i kobiecie, dokuczał kaszel, kobieta mruczała coś do siebie - była oburzona, pełna złości, kokieteryjna, niekonsekwentna, właśnie upierała się, że została zaproszona do prywatnej rezydencji położonej na samym szczycie Laurel Canyon Drive.
- Właściciel ma ognioodporny budynek. Będziemy tam bezpieczne. Nie mogę wyjawić nazwiska tego mężczyzny, proszę pana, ale chodzi o nazwisko powszechnie znane. Znane zwłaszcza w przemyśle filmowym. Dziewczynka jest jego córką. To jest miasto z piasku i nic tu długo nie przetrwa, ale my jedziemy. - W ochrypłym głosie Gladys zabrzmiała agresja.
Zastępca szeryfa poinformował Gladys, że jest mu przykro, ale będzie musiała zawrócić; nikomu nie pozwala się jechać w stronę wzgórz, całe rodziny są ewakuowane na niższe obszary, ona i córka będą bezpieczniejsze w mieście.
- Proszę jechać do domu, szanowna pani, uspokoić się, położyć dziecko do łóżka. Jest późno.
Gladys wpadła w furię.
- Nie życzę sobie, aby ktoś mnie traktował w taki sposób. Sama wiem, co mam robić.
Zastępca zażądał od Gladys prawa jazdy i dowodu rejestracyjnego pojazdu, na co kobieta odrzekła, że nie ma tych dokumentów przy sobie - czego się spodziewać w sytuacji zagrożenia pożarem? - ale wręczyła mu przepustkę do swojego studia, na którą on rzucił pobieżnie okiem i zaraz oddał, twierdząc, że Highland Avenue leży w bezpiecznej części miasta, przynajmniej na razie, że ma szczęście i powinna natychmiast wracać do domu; Gladys uśmiechnęła się do niego ze złością i powiedziała:
- W rzeczywistości, panie władzo, chcę się przyjrzeć Piekłu z bliska. Tak zawczasu.
Posłużyła się zmysłowym akcentem Harlow; nagła zmiana w jej zachowaniu była niepokojąca. Zastępca szeryfa zmarszczył czoło, kiedy uśmiechnęła się kusząco i ściągnęła przepaskę z włosów, strząsając je na ramiona. Niegdyś dbająca o włosy Gladys teraz od miesięcy ich nie podcinała ani nie układała; nad jej prawą skronią widać było wyraźnie śnieżnobiały zygzak, postrzępiony jak błyskawica z filmów rysunkowych. Zażenowany zastępca szeryfa polecił Gladys zawrócić, obiecał eskortę, gdyby sobie tego życzyła, ale tym razem to jest rozkaz, a za jego niewykonanie grozi aresztowanie. Gladys roześmiała się.
- Mam być aresztowana? Za prowadzenie własnego samochodu! - Po chwili dodała nieco trzeźwiej: - Panie władzo, przepraszam. Proszę mnie nie aresztować. - I następnie szeptem, tak aby Norma Jeane jej nie usłyszała: - Niech mnie pan zastrzeli.
Zastępca najwyraźniej stracił cierpliwość.
- Proszę natychmiast wracać do domu, szanowna pani. Jest pani pijana albo naćpana, a dzisiejszej nocy nikt nie ma na to czasu. Kto wygaduje takie rzeczy, nabawi się kłopotów.
Gladys chwyciła zastępcę szeryfa za ramię, widać było, że to zwykły człowiek w mundurze, mężczyzna w średnim wieku o zmęczonej twarzy, podpuchniętych, smutnych oczach; w mundurze ze złotymi guzikami, z pistoletem w kaburze; żal mu było tej kobiety i jej córki, przykro mu było z powodu tej wysmarowanej kremem twarzy, szeroko otwartych oczu, rozszerzonych źrenic; wyczuwał jakiś dziwny zapach z jej ust, ni to alkoholu, ni to lekarstw, lecz chciał, aby odjechały, inni zastępcy szeryfa czekali na niego, wszyscy bez przerwy byli na nogach. Mężczyzna delikatnie oswobodził się z uchwytu Gladys i usłyszał:
- Nawet jeśli pan mnie zastrzeli, gdy będę przejeżdżała przez barykadę, nie zastrzeli pan mojej córki. Zostałaby sierotą. Zresztą ona jest sierotą. Ale nie chcę, aby o tym wiedziała, nawet gdybym ją kochała. To znaczy, nawet gdybym jej nie kochała. To nie nasza wina, że przychodzimy na świat.
- Ma pani całkowitą rację. A teraz proszę jechać do domu, okej?
Funkcjonariusze z biura szeryfa przyglądali się, jak Gladys stara się zawrócić odrapanego zielonego forda na wąskiej, górskiej drodze, potrząsali głowami, jednocześnie rozbawieni i pełni litości, jakby oglądali striptiz; Gladys gotowała się ze złości, a owi dziwni mężczyźni ciągle patrzyli, w ich głowach kłębiły się "brudne, nieprzyzwoite myśli".
Gladys jakoś zawróciła i pojechała z powrotem na południe, z powrotem w stronę Sunset i miasta. Jej twarz błyszczała od tłustego kremu, uszminkowane usta drżały z oburzenia. Obok niej siedziała Norma Jeane, ogarnięta prawdziwym wstydem dorosłych. Słyszała, ale właściwie nie całkiem, co Gladys powiedziała mężczyźnie w mundurze. Wierzyła, ale pewności nie miała, że Gladys "gra" - czyniła to często w owych stanach rozkojarzenia, kiedy nie była sobą. Lecz było prawdą, prawdą niekwestionowaną niczym scena filmowa, i widzieli to inni, że jej matka, Gladys Mortensen, kobieta dumna, niezależna i lojalna wobec Wytwórni, zdecydowana "zrobić karierę", nieprzyjmująca litości od nikogo, właśnie przed chwilą pozwoliła, aby spoglądano na nią z politowaniem, aby gapiono się na nią jak na wariatkę. Tak było! Norma Jeane przetarła oczy, które piekły ją od dymu i nie przestawały łzawić, lecz nie płakała; czuła się upokorzona, doskwierało jej uczucie wykraczające poza jej wiek; starała się myśleć: Czy to prawda, że ojciec zaprosił je do swojego domu? Przez te wszystkie lata mieszkał tak blisko? W najwyższym miejscu Laurel Canyon Drive? Tylko dlaczego Gladys chciała później skręcić na Mulholland Drive? Chciała zwieść tamtych mężczyzn w mundurach, zmylić trop? (Gladys lubiła używać tego określenia: "Zmylić trop"). Kiedy podczas niedzielnych przejażdżek Gladys jechała z Normą Jeane przed posiadłościami gwiazd filmowych i innych "tuzów przemysłu filmowego", napomykała czasem: "Twój ojciec może mieszka tu gdzieś w okolicy, twój ojciec może został tu gdzieś zaproszony na przyjęcie", ale nie chciała dodać nic więcej; pewnie należało to traktować lekko jak niektóre z ostrzeżeń i przepowiedni babci Delli - jeśli zaś nie lekko, to przynajmniej nie dosłownie - to były napomykania, mrugnięcia okiem; chodziło o odrobinę ekscytacji, ale nic ponadto. Zatem Norma Jeane sama musiała rozstrzygać, co jest, a co nie jest prawdą i czy w ogóle "prawda" istnieje, ponieważ życie wcale nie jest gigantyczną układanką; w układance wszystkie części są dopasowane do siebie, dokładnie i ładnie; zresztą nawet nie to się liczy, że obrazek w układance jest śliczny jak kraina z bajki, tylko to, że on jest kompletny, zupełny, możesz go zobaczyć, możesz się nim zachwycać, możesz go nawet zniszczyć, ale on i tak istnieje. W życiu, zaczęła to zauważać jako ośmiolatka, nie istniało nic.
Mimo wszystko Norma Jeane pamiętała, jak ojciec pochyla się nad jej łóżeczkiem. Nad wiklinowym łóżeczkiem z różowymi wstążeczkami. Gladys wskazała je kiedyś na wystawie sklepowej: "Widzisz? Miałaś takie samo, kiedy byłaś niemowlęciem. Pamiętasz?". Norma Jeane potrząsnęła wtedy głową; nie, nie pamiętała. Później zaczęło się jej wydawać w marzeniach - gdy śniła na jawie w szkole, ryzykując naganę, co zdarzało się jej często (w tej nowej szkole w Hollywood, gdzie nikt jej nie lubił) - że pamięta łóżeczko, ale przede wszystkim, że pamięta ojca, jak pochyla się nad nią obok Gladys i uśmiecha się. Twarz ojca była szeroka, ze zdecydowanie zaznaczonymi kośćmi, przystojna i zdolna do wyrażania lekkiej ironii, podobna do twarzy Clarka Gable'a. Gęste włosy, zaczesane do tyłu i ułożone w falę nad odsłoniętym czołem jak u Clarka Gable'a, cienki, elegancki wąsik i głęboki głos, wspaniały baryton. Mówił: Kocham cię, Normo Jeane, i pewnego dnia wrócę po ciebie do Los Angeles. Potem całował ją delikatnie w czoło. A Gladys przyglądała się temu i uśmiechała.
Ten obraz wyraźnie zaznaczył się w jej pamięci!
Wydawał się znacznie bardziej "rzeczywisty" niż wszystko, co ją otaczało.
Norma Jeane wyjąkała:
- Cz...czy on tutaj był? Ojciec? Przez cały czas? Dlaczego nigdy nas nie odwiedził? Dlaczego nie jesteśmy razem z nim?
Gladys zdawała się nie słyszeć. Traciła dotychczasową energię, wygasał w niej cały wewnętrzny żar. Bardzo się pociła i wydzielała silny zapach. I coś złego się działo z reflektorami, światło osłabło albo szklane powierzchnie się zabrudziły. Przednia szyba także była pokryta cienką warstwą popielatej substancji. Gorące podmuchy wiatru uderzały w samochód, obok przelatywały wirujące kłęby kurzu. Na północ od miasta wisiały pod niebem ciężkie chmury, rozjaśnione od dołu blaskiem płomieni. Spaleniznę czuło się wszędzie: palone włosy, palony cukier, palone nadgniłe, zepsute owoce, śmieci. Gladys była bliska płaczu. Nie mogła tego znieść!
Właśnie wtedy Norma Jeane powtórzyła swoje pytania głośniej, głosem niespokojnego dziecka, głosem o barwie, która - powinna o tym pamiętać - była dla jej matki nie do wytrzymania. Zapytała, gdzie jest jej ojciec. Czy przez cały czas mieszka gdzieś niedaleko? Dlaczego...
- Zamknij się, ty...! - Dłoń szybka jak grzechotnik oderwała się od kierownicy i wierzchem trafiła w rozpaloną twarz Normy Jeane. Dziewczynka pisnęła i skuliła się w kącie siedzenia, podciągnąwszy kolana pod brodę.
U podnóża Laurel Canyon Drive był objazd, kiedy zaś Gladys przejechała kilka przecznic, trafiła na kolejny objazd, a gdy wreszcie wzburzona i rozszlochana wyjechała na szerszą ulicę, nie rozpoznała jej, nie wiedziała, czy to Sunset Boulevard, a jeśli tak, to która jego część; w którym miejscu powinna skręcić, aby się dostać na Highland Avenue? Dochodziła druga w nocy. Nieznanej nocy, nocy rozpaczy. Obok Gladys zapłakane dziecko. Miała trzydzieści cztery lata. Żaden mężczyzna już nigdy nie spojrzy na nią z tęsknotą. Poświęciła młodość Wytwórni i za to spotkała ją okrutna zapłata! Wjechawszy na skrzyżowanie, spoglądała to w lewo, to w prawo, strużki potu spływały jej po twarzy.
- Och, Boże, którędy mam jechać do domu?
2
Pewnego razu. Na piaszczystym brzegu wielkiego Oceanu Spokojnego.
Była sobie osada, tajemnicze miejsce. Gdzie na powierzchni morza światło było złociste. Gdzie nocą niebo miało kolor atramentowej czerni i mrugały gwiazdy. Gdzie wiatr był ciepły i delikatny jak pieszczota.
Mała dziewczynka podeszła do otoczonego murem Ogrodu. Mur powstał z kamieni, miał dwadzieścia stóp wysokości i był porośnięty pięknym ognistoczerwonym pnączem. Zza muru dobiegał śpiew ptaków, muzyka, szmer fontanny. Słychać było głosy nieznanych osób, śmiech.
Tego muru nigdy nie zdołasz przeskoczyć, nie jesteś na to dostatecznie silna; dziewczęta nie są dość silne; dziewczęta nie są dość duże; masz delikatne, podatne na zranienia ciało, jak lalka; twoje ciało jest lalką; twoje ciało inni mają podziwiać i pieścić; twoje ciało służyć ma innym, nie tobie; twoje ciało jest dla innych słodkim owocem, którego kęs mogą odgryźć i zachwycać się jego smakiem; twoje ciało jest dla innych, nie dla ciebie.
Mała dziewczynka zaczęła płakać. Jej serce zostało złamane.
Wtedy zjawiła się dobra wróżka i powiedziała: Istnieje sekretne wejście do Ogrodu!
W murze znajdują się ukryte drzwi; należy tylko poczekać, jak na dobrą dziewczynkę przystało, aż te drzwi się otworzą. Musisz czekać cierpliwie, musisz czekać spokojnie. Nie wolno ci pukać, jakby zapukał niegrzeczny chłopiec. Nie wolno ci krzyczeć ani płakać. Musisz zyskać przychylność klucznika, starego, ohydnego, zielonego gnoma. Musisz jakoś zwrócić na siebie jego uwagę. Musisz sprawić, że klucznik zachwyci się tobą. Musisz sprawić, że klucznik będzie ciebie pożądał. Wtedy on cię pokocha i zrobi dla ciebie wszystko, o co poprosisz. Uśmiechaj się! Uśmiechaj się i bądź szczęśliwa! Uśmiechaj się i zdejmij ubranie! Pomoże ci Magiczna Przyjaciółka z drugiej strony lustra. Magiczna Przyjaciółka z lustra to szczególna osoba. Stary, ohydny gnom o zielonej skórze zakocha się w tobie i ukryte drzwi do otoczonego murem Ogrodu otworzą się dla ciebie, tylko dla ciebie, wówczas wejdziesz tam, śmiejąc się ze szczęścia; w środku Ogrodu będą przepiękne kwitnące róże, kolibry, sierpotki, muzyka, szemrzące fontanny, otworzysz szeroko oczy ze zdumienia, bo stary, ohydny, zielony gnom będzie w rzeczywistości księciem zaklętym w potwora. Książę klęknie przed tobą i poprosi o twoją rękę, a ty będziesz z nim żyła długo i szczęśliwie w królestwie Ogrodu; nigdy już nie będziesz samotną, nieszczęśliwą dziewczynką.
Póki zostaniesz ze swoim Księciem w otoczonym murem Ogrodzie.
3
- Normo Jeane? Wracaj już do domu.
Minionego lata babcia Della wołała Normę Jeane bardzo często, zbyt często, z frontowych schodów budynku, w którym mieszkała. Składała dłonie i przystawiała je do ust, właściwie wydzierała się. Starsza kobieta zdawała się coraz bardziej martwić o wnuczkę, jak gdyby tylko ona jedna znała prawdę o przyszłości.
Ale schowałam się. Byłam niegrzeczną dziewczynką. Tamtego dnia, kiedy babcia wołała mnie po raz ostatni.
To był dzień jak każdy inny. Prawie. Norma Jeane bawiła się na plaży z dwiema koleżankami; naraz rozległ się głos jak wrzask atakującego ptaka:
- Normo Jeane! NORMO JEANE!
Dwie dziewczynki spojrzały na Normę Jeane i roześmiały się, być może ze współczuciem. Norma Jeane wysunęła dolną wargę i dalej kopała w piasku. Nie pójdę. Nie może mi rozkazywać.
Della Monroe, typ Tugboat Annie z komiksów, była postacią dobrze znaną w sąsiedztwie. Widywano ją w Chrześcijańskim Kościele Odrodzonym, gdzie (świadkowie przysięgali!) jej okulary o dwóch ogniskowych parowały, gdy śpiewała. A potem Della wypychała bezwstydnie wnuczkę do przodu, przed wszystkich, aby młodziutki duchowny o blond włosach mógł podziwiać Normę Jeane w lokach jak u Shirley Temple i jej nieskazitelną niedzielną sukienkę, co nieodmiennie czynił, i mówił z uśmiechem:
- Bóg ci sprzyja, Dello Monroe! Musisz mu za to podziękować.
Della odpowiadała śmiechem, potem wzdychała. Nie potrafiła przyjąć nawet szczerego komplementu, by się fałszywie nie krygować.
- Dziękuję. Skoro nie robi tego mamusia Normy Jeane.
Babcia Della nie wierzyła w psucie dzieci. Uważała, że należy je jak najwcześniej przyzwyczajać do pracy, ponieważ ona sama pracowała przez całe życie. Teraz, kiedy umarł jej mąż i jej emerytura była "mizerna" - wynosiła "tyle, co nic" - Della musiała dalej pracować. "Grzesznicy nie zaznają spokoju! "Brała do prasowania bieliznę z pralni przy Ocean Avenue i podejmowała się szycia dla miejscowych szwaczek, a kiedy nie mogła tego uniknąć, zajmowała się pilnowaniem dzieci w swoim mieszkaniu: jakoś sobie radziła. Urodziła się w pobliżu granicy i nie była głupiutką omdlewającą lilią jak niektóre z tych żałosnych kobiet w filmach i jej własna neurotyczna córka. Och, Della Monroe nie cierpiała "ulubienicy Ameryki", Mary Pickford. Długo popierała dziewiętnastą poprawkę przyznającą kobietom prawo do głosowania i sama brała udział we wszystkich wyborach, począwszy od jesieni 1920 roku. Była sprytna, miała cięty język i szybko wpadała w gniew; choć zasadniczo nie lubiła kina, bo było tyle warte, co błyszcząca pięciocentówka, podziwiała Jamesa Cagneya we Wrogu publicznym - film ten obejrzała trzykrotnie - podziwiała tego twardego kogucika, gotowego zniszczyć swoich wrogów, ale godzącego się z losem, z tym, że go zabandażują jak mumię i porzucą na progu domu. Podobnie podziwiała morderczego "Małego Cezara", Edwarda G. Robinsona, który gładko wypowiadał kłamstwa swoimi dziewczęcymi ustami. Obaj byli wystarczająco męscy, by zaakceptować śmierć, kiedy na nich wypadło.
Kiedy na ciebie wypadnie, to już wypadnie. Babcia Della zdawała się myśleć o tym jak o czymś radosnym.
Czasem, po poranku wypełnionym pracą, sprzątaniem mieszkania, zmywaniem i wycieraniem naczyń, Norma Jeane szła z Dellą na szczególny spacer połączony z karmieniem dzikich ptaków. Dla Normy Jeane był to czas największego szczęścia! Razem rozsypywały okruchy chleba na piaszczystą ziemię na pustym placu, stawały w pobliżu i przyglądały się, jak ptaki nadlatują, głodne, lecz ostrożne, turkoczą skrzydłami, szybko uderzają małymi dziobami. Gołębie, wilgi, hałaśliwe sójki. Hordy wróbli o czarnych łebkach. A w krzewach krążyły kolibry nie większe od trzmieli. Della rozpoznawała te maleństwa po tym, że potrafiły latać w tył i na boki, inaczej niż pozostałe ptaki, "sprytne, małe szatany", niemal oswojone, choć nie jadały ani okruchów, ani nasion. Norma Jeane była oczarowana tymi ptaszkami o opalizujących purpurowych i zielonych piórach błyszczących jak w słońcu metal; kolibry uderzały skrzydłami tak szybko, że widziało się tylko rozmazaną plamę; wsuwały cienkie jak igły dzioby do cylindrycznych kwiatów, aby wyssać nektar, wisząc cały czas w powietrzu. Odlatywały niezwykle szybko!
- Och, babciu, gdzie one się podziały?
Babcia Della wzruszała ramionami. Chęć bycia babcią mijała. Mijała ochota na sprawianie dziecku przyjemności.
- Kto wie? Tam, gdzie jest ich miejsce.
Po śmierci Delli Monroe będzie się mówiło, że starsza kobieta postarzała się po odejściu męża. Kiedy żył, narzekała na niego w rozmowie z każdym, kto tylko chciał słuchać: na jego picie, "kiepskie płuca", "złe nawyki". Della dużo ważyła, twarz miała czerwoną, bo cierpiała na nadciśnienie, ale nie dbała dostatecznie o swoje zdrowie.
Niczym gnany wiatrem żaglowiec krążyła po okolicy, rozglądając się za wnuczką. Ledwie pozwoliła jej wyjść na dwór, a już pragnęła, by Norma Jeane wróciła do domu. Mówiła, że chroni dziewczynkę przed matką, "Tą, która złamała serce swojej matce".
Sierpniowe popołudnie - oślepiające słońce, upał i nikogo na dworze poza kilkorgiem dzieci za budynkiem. Babcia Della miała przeczucie, że coś się wydarzy, coś niedobrego, więc wyszła na zewnątrz, nie zważając na upał, i zawołała:
- Normo Jeane! Normo Jeane!
Krzyczała w taki sposób, w jaki rzeźnik mógłby rąbać toporem mięso: raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy. Krzyczała, idąc alejką od frontu, krzyczała, idąc dróżką przy budynku, krzyczała, stojąc na pustym placu, a dziewczęta uciekły z chichotem, aby się schować, a ja nie odpowiadałam, nie mogła mi rozkazywać! Chociaż Norma Jeane kochała swoją babcię, jedyną żyjącą osobę, która szczerze ją kochała, jedyną żyjącą osobę, która ją kochała, nie pragnąc jej ranić, tylko ją chronić. Tylko że chłopcy z sąsiedztwa mówili o Delli Monroe "ta stara, tłusta słonica!" i Normie Jeane było wtedy wstyd.
Tak więc Norma Jeane schowała się. Potem, po chwili, nie słysząc nawoływania Delli, zdecydowała, że mimo wszystko lepiej będzie wrócić do domu; podchodziła od strony plaży, wyglądała jak dzikuska, w uszach czuła pulsowanie krwi, a jakaś starsza kobieta w wieku jej babci krzyknęła:
- Ej! Babcia cię szukała, młoda panno!
Norma Jeane wpadła do budynku i wbiegła na trzecie piętro, jak to już wielokrotnie robiła, a jednak wiedziała, że tym razem będzie inaczej, wszystko wydawało się dziwnie spokojne, taki sam spokój panuje w filmach tuż przed niespodzianką, a często bywa to niespodzianka, która zmusza do krzyku, na którą nie można się przygotować. Och, patrzcie tylko! - drzwi do mieszkania babci były otwarte. Niedobrze. Norma Jeane wiedziała, że to zły znak. Domyślała się, co zastanie wewnątrz.
Bo Babcia przewracała się już wcześniej, gdy byłam w domu. Traciła równowagę po nagłych zawrotach głowy. Zastawałam ją na podłodze w kuchni, oszołomioną, pojękującą i z trudem chwytającą oddech; nie wiedziała, co się stało. Pomagałam jej się podnieść i usiąść na krześle, potem przynosiłam tabletki i kawałki lodu zawinięte w płótno, które przykładała sobie do rozgrzanej twarzy. To było straszne, ale po chwili ona się śmiała i wiedziałam już, że wszystko jest w porządku.
Ale tym razem nic nie było w porządku. Babcia leżała na posadzce w łazience, spocone, zwaliste ciało zakleszczyło się między wanną a muszlą klozetową, jedno i drugie zostało wcześniej wyczyszczone tamtego ranka, zapach środka czyszczącego to reprymenda za ludzką słabość; babcia Della tkwiła na boku jak wyrzucona na brzeg ryba, na jej twarz wystąpiły czerwone placki, powieki miała częściowo otwarte, ale wzrok nieobecny, oddech świszczący.
- Babciu! Babciu!
To była scena z jakiegoś filmu, tylko że rozgrywała się naprawdę.
Babcia Della wyciągnęła rękę w kierunku Normy Jeane, jak gdyby chciała, aby ją podnieść. Wydała z siebie jakiś gardłowy odgłos, z początku niezrozumiały - nie był ani wyrazem złości, ani skargi. Och, nie było dobrze! Norma Jeane wiedziała o tym. Przyklękła obok babki, wyczuwając woń chorego ciała, potu, gazów jelitowych i odchodów, rozpoznając natychmiast odór śmierci. Krzyknęła:
- Babciu, nie umieraj!
Te słowa powtarzała nawet wówczas, gdy starsza kobieta chwyciła ją za rękę w ostatnim spazmie, niemal łamiąc jej palce, i powiedziała z nieprawdopodobnym wysiłkiem:
- Niech cię Bóg błogosławi moje dziecko kocham cię.
4
"To była moja wina! Przeze mnie babcia umarła".
"Nie bądź śmieszna, to nie była niczyja wina".
"Nie chciałam pójść do domu, kiedy mnie wołała! Byłam niegrzeczna".
"Nieprawda, to wina Boga. Spróbuj znowu zasnąć".
"Mamo, czy ona nas słyszy? Czy babcia nas słyszy?"
"Chryste, mam nadzieję, że nie!"
"To się babci stało przeze mnie. Och, Mamusiu..."
"Nie jestem Mamusią, ty okropna mała idiotko! Akurat na nią wypadło, to wszystko".
Łokciami odepchnęła dziecko. Nie chciała dawać jej klapsa, bo nie chciała robić użytku ze swych popękanych, podrażnionych dłoni.
(Dłonie Gladys! Prześladowała ją myśl, że do jej kości przeniknął rak ze środków chemicznych).
"I nie dotykaj mnie, niech cię licho. Przecież wiesz, że tego nie znoszę".
Niespokojny czas dla tych, którzy się urodzili pod znakiem Bliźniąt. Tragicznych bliźniaków.
Kiedy w laboratorium obróbki negatywów zadzwonił do niej telefon, Gladys Mortensen tak się przestraszyła, że trzeba ją było podprowadzić do aparatu. Kierownik, pan X - kiedyś kochał się w niej; tak jest, błagał, żeby za niego wyszła, porzucił dla niej rodzinę, kiedy została jego asystentką w 1929 roku; ale potem ona przeszła na niższe stanowisko z powodu choroby, to nie była jej wina - bez słowa wręczył jej słuchawkę. Gumowy przewód był poskręcany jak wąż. Ta rzecz najwyraźniej żyła, ale Gladys nie miała zamiaru przyjąć tego do wiadomości. Oczy miała załzawione od silnych chemikaliów, z którymi pracowała (nad pewnym drobiazgiem, który powinna przekazać innemu, niższemu rangą pracownikowi laboratorium, ale nie chciała dawać panu X satysfakcji swoim narzekaniem), i w uszach lekko jej szumiało, jakby głosy z taśmy filmowej powtarzały bez ustanku "Teraz! teraz! teraz! teraz!" - to również zignorowała. Od kiedy w wieku dwudziestu sześciu lat wydała na świat ostatnią z córek, nauczyła się ignorować i filtrować liczne niepokojące głosy w swojej głowie, bo wiedziała, że nie są rzeczywiste; czasami jednak była zmęczona i wtedy któryś z głosów wybijał się ponad inne, tak jak stacja radiowa, którą nagle ktoś dobrze dostroił. Gdyby ją zapytano, odpowiedziałaby, że ów pilny telefon dotyczy jej córki Normy Jeane. (Dwie pozostałe mieszkały w Kentucky ze swoim ojcem i praktycznie zniknęły z jej życia. Ojciec po prostu je zabrał. Powiedział, że jest "chorą kobietą", i pewnie miał rację). Coś się stało. Pani dziecku. Bardzo mi przykro. To był wypadek. Tymczasem wiadomość dotyczyła matki Gladys! Delli! Delli Monroe! "Coś się stało. Pani matce. Bardzo mi przykro. Czy mogłaby pani przyjechać najszybciej, jak się da?"
Gladys pozwoliła słuchawce zawisnąć na końcu poskręcanego kabla. Pan X musiał podtrzymać Gladys, żeby się nie przewróciła.
Mój Boże, zapomniała o Delli. O własnej matce, Delli Monroe. Dopuściła do tego, że Delli coś się stało, bo wyparła ją ze swoich myśli. Dellę Monroe, urodzoną pod znakiem Byka. (Ojciec Gladys umarł poprzedniej zimy. Gladys cierpiała wtedy na jeden z tych swoich gwałtownych napadów migreny i nie była w stanie pójść na pogrzeb ani nawet odwiedzić matki na Venice Beach. W jakiś sposób zdołała zapomnieć o ojcu, tłumacząc sobie, że Della będzie lamentowała za nie obie. Im bardziej Della będzie na nią zła, tym mniej będzie rozmyślała o tym, że jest wdową. "Mój biedny ojciec zginął w Argonne. Zagazowany w Argonne - opowiadała Gladys wszystkim. - Właściwie nie zdążyłam go poznać"). Przez ostatnie lata Gladys nie była w stanie kochać Delli, miłość była wyczerpująca i wymagała zbyt wiele siły, uważała jednak, że Della, jak to Della, przeżyje ją. Przeżyje także Normę Jeane, którą się zaopiekowała. Gladys nie kochała Delli, ponieważ bała się jej osądu. Oko za oko, ząb za ząb. Żadna matka nie może bezkarnie opuścić swoich dzieci. Jeśli ją kochała, to jakimś przewrotnym rodzajem miłości, która nie zapewnia matce ochrony przed krzywdą.
Bo chyba właśnie tym jest miłość. Ochroną przed krzywdą.
Gdzie pojawia się krzywda, tam miłość jest niepełna.
Normie Jeane, której nie można nie winić, która znalazła swoją babkę na podłodze w agonii, nie stała się najmniejsza krzywda.
To było tak, jakby babcię "trafił piorun", powtarzała Norma Jeane.
Ale piorun ominął Normę Jeane i za to Gladys postanowiła być wdzięczna losowi.
Przyjęła, że to był omen; tak jak omenem było to, że ona i Norma Jeane urodziły się pod znakiem Bliźniąt, w czerwcu, podczas gdy Della, za którą nie można było nadążyć, przyszła na świat pod znakiem Byka, najbardziej oddalonego od Bliźniąt. Przeciwieństwa się przyciągają, przeciwieństwa się odpychają.
Pozostałe jej córki urodziły się pod innymi znakami. Gladys odczuwała ulgę na myśl, że oddalone o mniej więcej tysiąc mil, zamieszkałe w Kentucky, znalazły się poza zasięgiem chorobliwych wpływów swej matki; należały teraz całkowicie do ojca. Zostaną oszczędzone!
Oczywiście Gladys zabrała Normę Jeane do swojego domu. Nie miała zamiaru powierzać istoty ze swego ciała i krwi opiece miejscowego sierocińca, na co, jak zawsze powtarzała ponuro Della, mała dziewczynka byłaby skazana, gdyby nie miała jej. Gladys chętnie uwierzyłaby w niebo chrześcijan i w to, że Della spogląda z wysokości na nią i Normę Jeane, mieszkające w bungalowie przy Highland Avenue, niezadowolona, bo nie sprawdziła się jej przepowiednia. "Widzisz? Nie jestem złą matką. Kiedyś byłam słaba. Byłam chora. Mężczyźni źle mnie traktowali. Ale teraz mam się całkiem dobrze. Jestem silna!"
Ale pierwszy tydzień z Normą Jeane okazał się koszmarem. Takie ciasne pokoje na tyłach pachnącego pleśnią bungalowu! Spanie na tym samym zapadniętym łóżku. Jakie spanie? Wysiłek, by zasnąć. Do pasji doprowadzało Gladys to, że własna córka wyraźnie się jej boi. Wzdraga się przed nią i kuli jak skopany pies. "To nie moja wina, że umarła twoja ukochana babcia. Ja jej nie zabiłam!" Nie mogła ścierpieć płaczu Normy Jeane, pociągania nosem i sposobu, w jaki, niczym filmowa sierota, tuliła do siebie lalkę, teraz starą i brudną.
- Ta rzecz! Masz ją jeszcze! Zabraniam ci mówić do tego czegoś! To pierwszy krok do...
Gladys nagle zamilkła i zadrżała, nie chcąc nazwać po imieniu swych obaw. (Zaczęła się zastanawiać, dlaczego tak bardzo nienawidzi tej lalki? Przecież sama podarowała ją córce na urodziny. Była zazdrosna o to, że Norma Jeane poświęca jej tyle uwagi? Złocistowłosa lalka o pustych oczach i zastygłym uśmiechu była Normą Jeane - o to chodziło? Podarowała córce lalkę, traktując to niemal jako żart; sama dostała ją od przyjaciela, który powiedział, że gdzieś poderwał tę laleczkę, choć najprawdopodobniej, bo przecież dobrze wiedziała, że jest ćpunem, zabrał ją z czyjegoś samochodu albo werandy, odmaszerował z ulubioną zabawką jakiejś dziewczynki, łamiąc jej serce, zdeprawowany jak Peter Lorre w M-Mordercy!) Nie mogła jednak odebrać tej przeklętej rzeczy Normie Jeane. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
5
Żyły ze sobą dzielnie, matka i córka. W okresie szalejących wiatrów Santa Ana, gorącego, nasyconego dymem powietrza i piekielnych pożarów jesienią 1934 roku.
Mieszkały razem w trzech wynajętych izbach bungalowu na 828 Highland Avenue w Hollywood, "pięć minut drogi spacerkiem do Hollywood Bowl", jak to często opisywała Gladys. Choć tak naprawdę nigdy nie spacerowały do Hollywood Bowl.
Matka miała trzydzieści cztery lata, córka osiem. Było w tym pewne zniekształcenie jak w krzywym zwierciadle w wesołym miasteczku: niby to całkiem zwyczajne lustro, więc wierzysz jego odbiciu, a wierzyć nie powinnaś. Gladys miała trzydzieści cztery lata! - ale jej życie jeszcze się właściwie nie rozpoczęło. Urodziła troje dzieci, które zabrano od niej, czyli w pewnym sensie usunięto, a teraz ta ośmiolatka o przerażająco smutnych oczach, staromłoda dusza, chodzący wyrzut sumienia, którego nie mogła znieść, ale znosić musiała, ponieważ "mamy tylko siebie", jak często przypominała córce Gladys - "póki mam dość siły, aby nad tym panować".
Sezon pożarów nie nastał nieoczekiwanie. Stosowne kary nigdy nie są nieoczekiwane.
Na długo przed pożarami w Los Angeles w 1934 roku w powietrzu południowej części Kalifornii wyczuwało się zagrożenie. Aby zrozumieć, że wkrótce zapanuje niekontrolowany chaos, wcale nie trzeba było czekać na wiatry znad pustyni Mojave. Wystarczyło wyjść na ulicę i przyjrzeć się zniszczonym twarzom zbitych z tropu włóczęgów. Wystarczyło spojrzeć o zachodzie słońca na demoniczne formacje chmur nad Pacyfikiem. Odczytać zawoalowane wskazówki z niewyraźnych uśmiechów i hamowanych chichotów pewnych osób z Wytwórni, osób, którym się wcześniej ufało. Najlepiej nie słuchać wiadomości radiowych. Najlepiej unikać doniesień zamieszczanych w prasie - także w "Los Angeles Timesie" - pozostawianej często w pobliżu bungalowu (rozmyślnie? aby sprowokować co bardziej wrażliwych mieszkańców, takich jak Gladys?), bo przecież nie chciało się znać alarmujących statystyk informujących o bezrobociu, o błąkających się po całym kraju, wypędzonych i bezdomnych rodzinach, o samobójstwach bankrutów, o weteranach pierwszej wojny światowej, których zdemobilizowano, nie dając w zamian ani pracy, ani "nadziei". Nie chciało się czytać o wydarzeniach w Europie. W Niemczech.
"Podczas kolejnej wojny będziemy walczyć tutaj. Tym razem nie uciekniemy".
Gladys zamknęła oczy w udręce. Ostrej jak pierwszy atak migreny. Nie ona wyraziła to przekonanie, tylko pewien władczy, męski głos w radiu.
Dlatego właśnie Gladys zabrała Normę Jeane do bungalowu przy Highland Avenue, aby z nią zamieszkała. Chociaż w dalszym ciągu wiele godzin pracowała w Wytwórni i ustawicznie się bała, że zostanie zwolniona z pracy (w całym Hollywood zwalniano pracowników na jakiś czas bądź na stałe), chociaż czasami ledwie mogła zwlec się z łóżka, sprawy świata przytłaczały jej duszę. Postanowiła być "dobrą matką" dla swojego dziecka, tym bardziej że pozostało jej niewiele czasu. Bo jeżeli wojna nie rozpocznie się w Europie i nie przeskoczy Pacyfiku, to może spaść z nieba: H.G. Wells przepowiedział taki rozwój wypadków w Wojnie światów, powieści, którą Gladys wzięła sobie bardzo do serca, tak samo jak niektóre fragmenty Wehikułu czasu. (Miała mgliste wrażenie, że to ojciec Normy Jeane podarował jej zbiór zawierający tę i inne powieści Wellsa wraz z kilkoma tomikami poezji, ale w rzeczywistości otrzymała te książki "dla nabrania ogłady" od pewnego pracownika Wytwórni, który był przyjacielem ojca Normy Jeane, także przez krótki czas - w połowie lat dwudziestych - zatrudnionego w Wytwórni). Inwazja Marsjan: czemu nie? Gladys w chwilach "pobudliwości" wierzyła w znaki astrologiczne i silny wpływ gwiazd czy planet na ludzkość. Wydawało się całkiem logiczne, że istnieją we wszechświecie inne istoty i że zgodnie z wolą ich Stwórcy przejawiają okrutne, typowe dla drapieżników zainteresowanie ludzkością. Taka inwazja pasowałaby do Apokalipsy, zdaniem Gladys, jedynej przekonującej księgi Biblii, i do południowej Kalifornii. Czemu w roli gniewnych aniołów z płonącymi mieczami nie mieliby wystąpić ohydni, grzybowaci Marsjanie miotający niewidoczne snopy gorąca, które po trafieniu w ludzkie cele przeradzają się w płomienie?
Ale czy Gladys rzeczywiście wierzyła w Marsjan? W możliwość inwazji z nieba?
"Mamy dwudziesty wiek. Od czasów panowania Jahwe wiele się zmieniło, także rodzaje kataklizmów".
Nikt nie wiedział, czy Gladys żartuje i prowokuje, czy jest śmiertelnie poważna. Tego rodzaju kwestie wygłaszała zmysłowym głosem Jean Harlow, opierając grzbiet dłoni o szczupłe biodro. Patrzyła przed siebie błyszczącymi, szeroko otwartymi oczami. Usta, wilgotne, czerwone, wyglądały na lekko nabrzmiałe. Norma Jeane dostrzegała z niepokojem, że inni dorośli, zwłaszcza mężczyźni, są zafascynowani jej matką, tak samo jak można być zafascynowanym kimś, kto zbytnio się wychyla z okna na górnych piętrach budynku albo prawie dotyka włosami płomienia świecy. Nie szkodzi, że Gladys miała odgarnięte z czoła pasmo siwizny (gardziła farbowaniem włosów), krepowe cienie pod oczami, że dygotała jak w gorączce. Na werandzie bungalowu, przed wejściem, na ulicy, gdziekolwiek znalazła słuchaczy, odgrywała sceny. Jeśli ktoś widział w życiu choć parę filmów, to od razu mógł się zorientować, że Gladys odgrywa sceny. Odgrywanie scen, nawet tych, które nie miały wyraźnego sensu, przykuwało uwagę, a to pomagało uspokoić umysł. Ekscytujące było to, że uwaga, którą przykuwała Gladys, miała charakter erotyczny.
Erotyczny: to znaczy, że cię ktoś "pożąda".
Bo szaleństwo jest pociągające, seksowne. Kobiece szaleństwo.
Póki kobieta jest w miarę młoda i atrakcyjna.
Normie Jeane, dziecku wstydliwemu, dziecku często niewidzialnemu, podobało się, że inni dorośli, zwłaszcza mężczyźni, z takim zainteresowaniem spoglądają na kobietę, która jest jej matką. Gdyby nerwowy śmiech i nieustanne gestykulowanie Gladys nie odstręczało mężczyzn tak szybko po tym pierwszym zainteresowaniu, być może któryś z nich pokochałby ją i poślubił. Byłybyśmy uratowane! Norma Jeane przeżyła bardzo nieprzyjemne chwile, gdy po jednym z tych radosnych publicznych występów Gladys wróciła do domu, połknęła chyba całą garść pigułek i opadła na łóżko, gdzie godzinami leżała, dygocząc bez czucia; wprawdzie nie spała, ale wydawało się, że oczy ma sklejone śluzem. Gdyby Norma Jeane próbowała rozluźnić na niej ubranie, Gladys zaklęłaby i machnęła ręką. Gdyby Norma Jeane usiłowała ściągnąć z jej nóg ciasne pantofelki, Gladys mogłaby odpowiedzieć kopniakiem.
- Nie, nie dotykaj mnie! Bo się zarazisz trądem! Zostaw mnie w spokoju.
Gdyby się tylko bardziej postarała z tymi mężczyznami. Może. Może by się udało.
6
Gdziekolwiek jesteś, tam i ja jestem. Nim dotrzesz do miejsca, do którego zmierzasz, ja już będę tam na ciebie czekać.
Jestem w twoich myślach, Normo Jeane. I zawsze będę.
Wspaniałe wspomnienia! Czuła się uprzywilejowana.
Była jedynym dzieckiem w miejscowej szkole podstawowej, które miało "kieszonkowe" - w maleńkiej satynowej portmonetce w kolorze truskawki - i w porze lunchu mogła kupić sobie coś do jedzenia. Kawałek szarlotki, oranżadę. Czasem paczuszkę krakersów z masłem orzechowym. Palce lizać! Po latach na wspomnienie tych pyszności ślinka napływała jej do ust. W niektóre dni po szkole, nawet zimą, kiedy wcześniej zapadał zmierzch, Normie Jeane wolno było przejść samej dwie i pół mili do Grauman's Egyptian Theatre przy Hollywood Boulevard, gdzie za jedyne dziesięć centów mogła obejrzeć dwa filmy.
Jasnowłosa Księżniczka i Ciemnowłosy Książę! Jak Gladys zawsze przynosili pocieszenie.
- Te dni, kiedy chodzisz do kina... Nie mów o nich nikomu. - Gladys przestrzegała Normę Jeane, by nikomu się nie zwierzała: nikomu nie można ufać, nawet przyjaciołom. Jeszcze ktoś coś źle zrozumie i niesprawiedliwie osądzi Gladys. Gladys często pracowała do późna. Niektóre prace związane z techniczną obróbką filmu wyłącznie Gladys Mortensen potrafiła dobrze wykonać, szef na niej polegał. Bez Gladys takie przeboje kinowe jak Happy Days z Dixie Lee albo Kiki z Mary Pickford na pewno okazałyby się katastrofami. W każdym razie Gladys uważała, że Egyptian Theatre to miejsce bezpieczne. - Siadaj z tyłu, blisko przejścia. Patrz tylko na ekran. Jeśli ktoś będzie cię zaczepiał, poskarż się bileterce. I nie rozmawiaj z nieznajomymi.
Wracając do domu o zmierzchu po podwójnym seansie, nieco zdezorientowana, jakby się jeszcze znajdowała w środku filmowej opowieści, Norma Jeane przestrzegała wskazówek matki, by iść szybko i zdecydowanie, blisko krawężnika i pod światłami latarni. Nie patrzeć nikomu w oczy i nie zgadzać się na żadne propozycje podwiezienia, nigdy.
I nigdy nic mi się nie przydarzyło. To doskonale pamiętam.
Bo ona zawsze była ze mną. I on też.
Ciemnowłosy Książę. Jeśli w ogóle istniał, to tylko w świecie filmowych marzeń. Serce biło jej coraz szybciej, gdy zbliżała się do przypominającego katedrę kina. Najpierw dostrzegała go na plakatach, na błyszczących fotografiach umieszczonych za szybą niczym wystawione na pokaz dzieła sztuki. Fred Astaire, Gary Cooper, Cary Grant, Charles Boyer, Paul Muni, Fredric March, Lew Ayres, Clark Gable. Na ekranie w środku przybierał gigantyczne rozmiary, ale mimo wszystko wydawał się bliski, tak niedaleki, jakby wystarczyło wyciągnięcie ręki, by go dotknąć - prawie! Mówiąc do innych, obejmując i całując piękne kobiety, dawał się poznać widzom. A te kobiety - i one były blisko, też na wyciągnięcie ręki, właściwie były tobą w czarodziejskim zwierciadle, Magiczne Przyjaciółki w innych ciałach, o twarzach, które w tajemniczy sposób należały do ciebie. Albo będą należały do ciebie. Ginger Rogers, Joan Crawford, Katherine Hepburn, Jean Harlow, Marlena Dietrich, Greta Garbo, Constance Bennett, Joan Blondell, Claudette Colbert, Gloria Swanson. Ich historie zlewały się i łączyły jak sny. Hałaśliwe musicale, poważne dramaty, zwariowane komedie, opowieści przygodowe i wojenne, sagi o starożytnych czasach - wizje, w których te same znakomite twarze pojawiały się ciągle na nowo. W innych przebraniach i kostiumach, uwikłane w rozmaite losy. Oto i on! Ciemnowłosy Książę.
I jego Księżniczka.
Gdziekolwiek jesteś, tam i ja jestem. Ale w szkole to się nie zawsze sprawdzało.
W wynajętym bungalowie przy Highland Avenue byli sami dorośli z wyjątkiem małej Normy Jeane, dziewczynki o kręconych włosach, która była ulubienicą mieszkańców. ("Niezbyt to odpowiednia atmosfera dla dzieci, z tymi typkami wałęsającymi się tu i tam" - zauważyła jedna z lokatorek w rozmowie z Gladys. "Jakie znowu typki? - zapytała rozdrażniona Gladys. - Wszyscy pracujemy dla Wytwórni". "Właśnie o to mi chodzi - odparła kobieta ze śmiechem. - Wszyscy pracujemy dla Wytwórni"). A w szkole były dzieci.
Bałam się ich! Małych ludzi o silnej woli, których należało szybko pokonać. Nie miałaś drugiej szansy. Bez braci i sióstr czułam się samotna. Byłam inna niż oni. Chyba za bardzo chciałam, aby mnie polubili. Wołali na mnie Wielkie Gały albo Mądralińska, nigdy nie wiedziałam dlaczego.
Gladys powiedziała przyjaciołom, że ciągle ją "prześladuje" myśl o "kiepskim systemie nauczania", jakiemu podlegała jej córka, ale w ciągu jedenastu miesięcy tylko raz odwiedziła szkołę podstawową w Highland, i to tylko dlatego, że ją wezwano.
A Ciemnowłosego Księcia wcale tam nie było.
Nawet w marzeniach na jawie, nawet z zaciśniętymi powiekami, Norma Jeane nie potrafiła go sobie wyobrazić. Zawsze będzie na nią czekał w marzeniu filmowym; na tym polegało jej sekretne szczęście.
7
- Mam co do ciebie pewne plany, Normo Jeane. Właściwie co do nas.
Biały, pokojowy steinway, tak piękny, że Norma Jeane gapiła się na niego z otwartymi ustami, zdumiona dotykała jego gładkiej powierzchni opuszkami palców: ojej, czyżby naprawdę był dla niej?
- Będziesz brała lekcje gry na fortepianie. Tak jak chciałam.
Salon w trzypokojowym mieszkaniu Gladys był mały i już bardzo ciasny, ale udało im się wygospodarować miejsce na ten fortepian, "dawniej należący do Fredrica Marcha", jak często chwaliła się Gladys.
Znakomity pan March, który wyrobił sobie nazwisko w niemych filmach, był związany z Wytwórnią kontraktem. Podobno pewnego dnia, w barku, okazał Gladys życzliwość; sprzedał jej uprzejmie fortepian po "znacznie obniżonej cenie", wiedząc, że nie ma zbyt wiele pieniędzy; w innej wersji opowieści o nabyciu tego szczególnego fortepianu pan March po prostu podarował go Gladys "jako symbol swego szacunku". (Gladys zabrała Normę Jeane do kina, aby jej pokazać Fredrica Marcha w filmie I Love You Truly z udziałem Carole Lombard; w sumie matka i córka widziały ten film trzy razy. "Twój ojciec byłby zazdrosny, gdyby się dowiedział" - zauważyła tajemniczo Gladys). Ponieważ Gladys na razie nie mogła sobie pozwolić na zawodowego nauczyciela dla Normy Jeane, zorganizowała kilka doraźnych lekcji u jednego z mieszkańców bungalowu, Anglika o nazwisku Pearce, który dublował już kilka prawdziwych gwiazd, w tym Charlesa Boyera i Clarka Gable'a. Był mężczyzną średniego wzrostu, przystojnym, z cienkim wąsikiem. Jednak nie emanował ciepłem - nie miał wystarczającej "prezencji". Norma Jeane próbowała go zadowolić, ćwicząc bardzo pilnie; uwielbiała grać na "magicznym fortepianie", kiedy była sama, ale westchnienia i grymasy pana Pearce'a sprawiały, że czuła się skrępowana. Szybko nabrała fatalnego zwyczaju uporczywego powtarzania nut. "Moja droga, przestań się jąkać w grze - powiadał pan Pearce z tym swoim ironicznym akcentem. - Wystarczy, że się jąkasz w mowie". Gladys, która kiedyś liznęła trochę gry na fortepianie, starała się przekazać Normie Jeane to, czego się sama nauczyła, ale sesje z nią były jeszcze bardziej wyczerpujące niż lekcje z panem Pearce'em. Gladys krzyczała, doprowadzona do wściekłości: "Nie słyszysz, że uderzasz niewłaściwą nutę? Krzyżyk, bemol? Jesteś pozbawiona słuchu czy po prostu głucha?".
Mimo wszystko lekcje Normy Jeane wciąż się odbywały. Do tego doszły sporadyczne lekcje śpiewu z przyjaciółką Gladys, również mieszkanką tego samego bungalowu, pracującą w dziale muzycznym Wytwórni. Panna Flynn powiedziała Normie:
- Twoja dziewczynka jest słodką, szczerą osóbką. Bardzo się stara, bardziej niż niektóre z młodszych śpiewaczek, które mają kontrakt! Ale istnieje pewien problem. - Jess Flynn mówiła cicho, aby Norma Jeane nie słyszała. - Ona zupełnie nie ma głosu.
- Ale będzie miała - odparła Gladys.
Robiłyśmy to, zamiast pójść do kościoła. To było nasze nabożeństwo.
W niedziele, jeśli Gladys miała pieniądze na benzynę albo mężczyznę, który pożyczył jej samochód, jechała z Normą Jeane obejrzeć domy "gwiazd". W Beverly Hills, Bel Air, Los Feliz i na Hollywood Hills. Wiosną i latem 1934 roku oraz wyjątkowo suchą jesienią. Mezzosopran Gladys pobrzmiewał dumą. Oto wspaniały dom Douglasa Fairbanksa. Wspaniały dom Mary Pickford. Wspaniały dom Poli Negri. Wspaniałe domy Toma Mixa i Thedy Bary - "Bara wyszła za multimilionera, przedsiębiorcę, i wycofała się z interesu. Sprytnie". Norma Jeane wytrzeszczała oczy. Ależ cudowne domy! Wyglądały naprawdę jak pałace albo zamki z ilustracji do bajek. Matka i córka nigdy nie bywały bardziej szczęśliwe niż wtedy, gdy przeżywały te magiczne chwile, zwiedzając lśniące ulice. Norma Jeane nie musiała się wcale obawiać, że będzie się jąkała i zdenerwuje matkę, bo Gladys mówiła na okrągło.
- Dom Barbary La Marr, Dziewczyny, Która Była Zbyt Piękna. (To taki żart, kochanie. Nie można być zbyt pięknym, tak samo jak nie można być zbyt bogatym). Dom W.C. Fieldsa. Oto dawny dom Grety Garbo, piękny, ale mniejszy, niżby się człowiek spodziewał. A tam, za tą bramą, rezydencja w hiszpańskim stylu niezrównanej Glorii Swanson. Tam zaś dom Normy Talmadge, "naszej" Normy.
W Los Feliz Gladys zaparkowała samochód, więc razem z córką mogła się dobrze przyjrzeć eleganckiej, kamiennej rezydencji, w której Norma Talmadge mieszkała ze swoim mężem producentem. Osiem dostojnych granitowych lwów, symboli wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer, strzegło wejścia! Norma Jeane nie mogła oderwać wzroku. Trawa, jaka zielona i bujna. Jeśli prawdą było, że Los Angeles jest miastem z piasku, nigdy byś się tego nie domyśliła, będąc w Beverly Hills, Bel Air, Los Feliz czy na Hollywood Hills. Deszcz nie padał od tygodni i trawa prawie wszędzie pożółkła albo powysychała, ale w tych bajecznych miejscach pozostała jednolicie zielona. Karmazynowe i purpurowe pnącza kwitły bez przerwy. Rosły tu drzewa, których Norma Jeane nie widziała nigdzie indziej - Gladys nazywała je cyprysami. Nie skarłowaciałe, nędzne drzewa palmowe, które rosły wszędzie, tylko dostojne palmy, wyższe niż dachy najwyższych domów.
- Dawny dom Bustera Keatona. Tam Helen Chandler. Za tą bramą Mabel Normand. I Harold Lloyd. John Barrymore. Joan Crawford. I Jean Harlow, "nasza" Jean.
Normie Jeane bardzo przypadło do gustu, że Jean Harlow, podobnie jak Norma Talmadge, mieszka wśród zieleni.
Nad tymi domami słońce świeciło łagodnie, nie wysyłało palących promieni. Jeśli pojawiały się chmury, to wisiały wysoko i były puszystymi kłębami na doskonale wymalowanym, błękitnym niebie.
- Oto Cary Grant! Niedawno postawiony. A tam John Gilbert. Lillian Gish - to tylko jedna z jej wcześniejszych rezydencji. A tam, w tym domu na rogu, mieszkała Jeanne Eagels, nie żyje, biedactwo.
Norma Jeane natychmiast zapytała, co się przydarzyło Jeanne Eagels.
Dawniej Gladys jedynie odpowiadała ze smutkiem: "Umarła". Tym razem powiedziała z pogardą:
- Eagels! Narkomanka. W końcu wyschła na wiór, jak twierdzą ci, co ją widzieli. Skóra i kości. Trzydzieści pięć lat. I wyglądała bardzo staro.
Gladys pojechała dalej. Na tym przejażdżka się nie kończyła. Czasami Gladys rozpoczynała wycieczkę w Beverly Hills i robiła pełną pętlę, wracając na Highland Avenue późnym popołudniem; czasami jechała prosto do Los Feliz i zawracała do Beverly Hills; czasem zaś wjeżdżała na Hollywood Hills, gdzie mieszkały młodsze gwiazdy albo talenty, które miały dopiero zabłysnąć. Czasami, jakby coś ją ciągnęło wbrew woli, jak lunatyka, skręcała w uliczkę, którą już tego dnia odwiedziły, i powtarzała swoje komentarze: "Widzisz? Za tamtą bramą hiszpański dom Glorii Swanson. A tam Myrny Loy. Przed nami - Conrad Nagel". Wycieczka przysparzała coraz intensywniejszych przeżyć, także wtedy, gdy Gladys zwalniała, usiłując coś dojrzeć przez szybę odrapanego, zielonego forda, która zawsze wymagała umycia. Albo może szkło było trwale pokryte cienką warstewką brudu. Mogło się zdawać, że istnieje jakiś cel tych wypraw, który, jak w filmie o skomplikowanej fabule, wkrótce wyjdzie na jaw. Głos Gladys jak zawsze zdradzał podziw i entuzjazm, ale w istocie ukrywał spokojny, nieugięty gniew.
- Oto dom najsławniejszy ze wszystkich: SOKOLE GNIAZDO. Należał do Rudolfa Valentino. Facet nie miał talentu do aktorstwa. Nie miał talentu do życia. Ale był fotogeniczny i zmarł we właściwym czasie. Pamiętaj, Normo Jeane - musisz umrzeć we właściwym czasie.
Matka i córka siedziały w odrapanym zielonym fordzie, rocznik 1929, gapiąc się na barokową rezydencję wielkiej gwiazdy niemego kina, i w ogóle nie chciały opuścić tego miejsca, nigdy.
8
Zarówno Gladys, jak i Norma Jeane ubrały się na pogrzeb nadzwyczaj starannie i ze smakiem, chociaż musiały stać wśród siedmiu tysięcy żałobników szczelnie wypełniających Wilshire Boulevard w bezpośrednim sąsiedztwie synagogi.
Synagoga to "taki żydowski kościół", wyjaśniła Gladys Normie Jeane.
Natomiast Żydzi to tacy niby-chrześcijanie, tylko że wywodzą się ze starszej, mądrzejszej i bardziej tragicznej rasy. Kiedy chrześcijanie zapoczątkowali uprawę ziemi na Zachodzie, Żydzi byli pionierami przemysłu filmowego i w tej dziedzinie przeprowadzili rewolucję.
Norma Jeane zapytała:
- Czy możemy być Żydami, Mamo?
Gladys chciała zaprzeczyć, ale potem się zawahała i odparła:
- Gdyby nas chcieli. Gdybyśmy zasługiwały. Gdybyśmy urodziły się po raz drugi.
Gladys, która długo powtarzała, że znała pana Thalberga, "choć niezbyt dobrze, pełna podziwu dla jego geniuszu filmowego", wystąpiła w olśniewającej sukni z czarnej krepy w stylu lat dwudziestych, luźnej w talii, z sięgającym do połowy łydki szeleszczącym dołem i misternym koronkowym kołnierzykiem. Na głowie miała czarny toczek z woalką, która podnosiła się lekko i opadała, podnosiła i opadała, poruszana szybkim, płytkim oddechem. Sięgające łokci satynowe rękawiczki wyglądały na nowe. Na nogach szare pończochy i skórzane pantofelki na wysokim obcasie. Twarz Gladys była woskowo bladą, błyszczącą od kosmetyków maską przypominającą oblicze manekina, z podkreślonymi rysami w przebrzmiałym stylu Poli Negri. Perfumy miały słodkawy zapach pomarańczy gnijących w zepsutej lodówce.
Nigdy nie bój się zadłużyć, jeśli cel jest szlachetny.
Śmierć wielkiego człowieka to zawsze szlachetny cel.
(Właściwie Gladys kupiła jedynie dodatki. Suknię z czarnej krepy "pożyczyła" sobie bez upoważnienia z garderoby w Wytwórni).
Norma Jeane, wystraszona z powodu tego całego tłumu nieznajomych ludzi, umundurowanych policjantów na koniach, korowodu smutnych czarnych limuzyn wzdłuż ulicy, fal krzyków, płaczu, nawet oklasków, miała na sobie granatową sukienkę z koronkowym kołnierzykiem i mankietami, szkocki beret z pomponem, białe rękawiczki, czarne, przewiązane wstążkami pończochy i błyszczące pantofelki. Tego dnia niemal tęskniła za szkołą. Stała się obiektem niebywałych zabiegów, nasłuchała się wyrzutów i pogróżek. Umyto jej włosy (zrobiła to Gladys, bezlitośnie i dokładnie) bardzo wczesnym rankiem, jeszcze przed świtem, Gladys bowiem miała jedną z tych swoich trudnych nocy: przepisane lekarstwo fatalnie podziałało na żołądek, jej myśli "skłębiły się jak taśma telegraficzna", więc splątane, gęste włosy Normy Jeane najpierw zostały na siłę rozczesane grzebieniem o kształcie szczurzego ogona, a potem były szczotkowane, szczotkowane, szczotkowane, aż w końcu zaczęły błyszczeć. Wreszcie Jess Flynn (która o piątej rano usłyszała płacz) zaplotła je w warkocze i ułożyła wokół głowy tak, że choć dziewczynka miała załzawione oczy i pokaleczone usta, wyglądała jak księżniczka z bajki.
On tam będzie, na pogrzebie. Wśród niosących trumnę i osób towarzyszących. Nie odezwie się do nas. Nie przy ludziach. Ale będzie nas widział. Zobaczy ciebie, swoją córkę. Nie wiadomo kiedy, ale musisz być przygotowana.
Przecznicę przed synagogą tłum widzów zaczął się zbierać po obu stronach ulicy. Nie szkodzi, że była dopiero 7.30, a pogrzeb zaplanowano na 9.00. Porządku pilnowała policja, pieszo i na koniach; wszędzie kręcili się fotoreporterzy gotowi do uwieczniania tego historycznego wydarzenia. Na ulicy i przy chodnikach poustawiano barierki; za nimi ogromny tłum mężczyzn i kobiet chciwie wyczekiwał, z dziwną cierpliwością, w skupieniu, na gwiazdy filmowe i inne sławy, które pojawiły się w szeregu wspaniałych limuzyn, weszły do świątyni, wyszły z niej po upływie długich dziewięćdziesięciu minut; w tym czasie szemrzący tłum - odgrodzony od prywatnego nabożeństwa tak samo jak od bezpośredniej komunikacji, nie mówiąc już o poufałości, z tymi osobistościami - ciągle przybierał na obrzeżach; Gladys i Norma Jeane, przyparte do jednego z drewnianych kozłów, trzymały się belki i siebie. Wreszcie w głównym wejściu do synagogi pojawiła się błyszcząca czarna trumna, niesiona przez wytwornie ubranych żałobników - rozpoznawano ich i kolejno w podnieceniu wykrzykiwano nazwiska: "Ronald Colman! Adolphe Menjou! Nelson Eddy! Clark Gable! Douglas Fairbanks! Al Jolson! John Barrymore! Basil Rathbone!". Potem wyszła przybita bólem wdowa po zmarłym, Norma Shearer, gwiazda filmowa, odziana od stóp do głów w elegancką czerń, z twarzą ukrytą za woalką; za panią Shearer strumień sław zaczął wypływać ze świątyni niczym złocista lawa, wszyscy jednakowo poważni, a ich nazwiska Gladys powtarzała ze względu na Normę Jeane, co brzmiało tak, jakby odmawiała litanię, tymczasem dziewczynka siedziała w kucki przy drewnianym koźle, podekscytowana i wystraszona, mając nadzieję, że nie zostanie stratowana: "Leslie Howard! Erich von Stroheim! Greta Garbo! Joel McCrea! Wallace Beery! Clara Bow! Helen Twelvetrees! Spencer Tracy! Raoul Walsh! Edward G. Robinson! Charlie Chaplin! Lionel Barrymore! Jean Harlow! Groucho, Harpo i Chico Marx, Mary Pickford! Jane Withers! Irvin S. Cobb! Shirley Temple! Jackie Coogan! Bela Lugosi! Mickey Rooney! Freddie Bartholomew w aksamitnym garniturze z Małego lorda. Busby Berkeley! Bing Crosby! Lon Chaney! Marie Dressler! Mae West!" - i w tym momencie sfora fotoreporterów i łowców autografów przedarła się przez zapory, podczas gdy policja na koniach, przeklinając, używając pałek, starała się zapędzić ich z powrotem.
Wywiązała się bijatyka. Rozległy się krzyki, wrzaski. Ktoś się może przewrócił. Ktoś otrzymał bolesny cios pałką policyjną albo dostał się pod kopyta. Policjanci krzyczeli coś przez tuby. Słychać było warkot silników samochodowych, coraz głośniejszy ryk. Ale ten tumult szybko ucichł. Norma Jeane, zbyt przestraszona, by się rozpłakać, przywarła do sztywnego ramienia Gladys i Matka mnie nie odtrąciła, pozwoliła na to. Stopniowo słabł napór tłumu. Elegancki czarny karawan jak rydwan śmierci i liczne limuzyny prowadzone przez wytwornych szoferów już odjechały; zostali tylko widzowie, zwykli ludzie nie bardziej zainteresowani sobą niż stadem wróbli. Wszyscy zaczęli się rozchodzić, mogli już swobodnie wybrać, w którą uliczkę skręcić. Nie było dokąd iść, ale pozostanie tutaj też nie miało sensu. Historyczne wydarzenie - pogrzeb wielkiego hollywoodzkiego pioniera Irvinga G. Thalberga - dobiegło końca.
Tu i ówdzie kobiety ocierały oczy. Wielu widzów sprawiało wrażenie zdezorientowanych, jak gdyby ponieśli znaczną stratę, tylko nie wiedzieli dokładnie jaką.
Matka Normy Jeane była jednym z nich. Jej twarz wydawała się rozmazana za wilgotną, lepką woalką, oczy załzawione, rozbiegane jak miniaturowe rybki płynące w rozbieżnych kierunkach. Szeptała do siebie, uśmiechała się nerwowo. Niby patrzyła na Normę Jeane, ale wydawało się, że jej jednak nie widzi. Potem ruszyła przed siebie, stąpając niepewnie w pantofelkach na wysokich obcasach. Norma Jeane zauważyła dwóch mężczyzn, nie stali razem, ale przyglądali się jej matce. Jeden z nich gwizdnął pytająco; wyglądało to jak wstęp do sceny tanecznej w filmie z Ginger Rogers i Fredem Astaire'em z tą różnicą, że nie było muzyki i Gladys zdawała się nie zauważać tego mężczyzny, on zaś niemal natychmiast stracił nią zainteresowanie, ziewnął i odszedł. Drugi mężczyzna bezwiednie podrapał się w okolicy krocza, jakby był sam i nikt go nie widział, po czym ruszył w innym kierunku.
Stukot podków! Norma Jeane zdziwiła się, szybko podniosła głowę i ujrzała mężczyznę w mundurze, dosiadającego wysokiego konia kasztanowatej maści o ogromnych wyłupiastych oczach. Policjant patrzył wprost na nią.
- Dziewczynko, gdzie twoja mama? Nie jesteś tu przecież sama, prawda? - zapytał.
Onieśmielona Norma Jeane potrząsnęła głową. Pobiegła za Gladys, chwyciła jej dłoń w rękawiczce i znowu była wdzięczna, że matka jej nie odtrąciła, bo policjant na koniu bacznie się im przyglądał. Owszem, to wkrótce się zdarzy, ale jeszcze nie teraz. Gladys, rozkojarzona, w żaden sposób nie mogła sobie przypomnieć, gdzie zaparkowała samochód, za to Norma Jeane zapamiętała to miejsce, no, prawie, w każdym razie odnalazły wóz, matowozielonego forda, na handlowej ulicy prostopadłej do Wilshire. Norma Jeane pomyślała, że to bardzo dziwne i takie jak w filmie - masz klucz do samochodu, do jednego spośród setek, tysięcy samochodów; klucz do czegoś, co Gladys nazywa zapłonem; jeśli włożysz klucz i przekręcisz, zapłon uruchomi silnik; i już nie jesteś zagubiona i opuszczona, daleko od domu.
W samochodzie było gorąco jak w piecu. Norma Jeane zaczęła się wiercić. Musiała koniecznie pójść do toalety.
Gladys powiedziała w rozdrażnieniu, ocierając oczy:
- Po prostu nie chcę odczuwać żalu. Swoje myśli zachowuję dla siebie. - Do Normy Jeane odezwała się niespodziewanie ostro: - Do diabła, co się stało z twoją sukienką? - Dziewczynka rozdarła sukienkę, zaczepiwszy brzegiem o drzazgę przy drewnianym koźle.
- N...nie wiem. Ja tego nie zrobiłam.
- A niby kto? Święty Mikołaj?
Gladys chciała pojechać na cmentarz żydowski, ale nie wiedziała, gdzie to jest. Na Wilshire zatrzymała się parę razy, aby zapytać o drogę, ale niczego się nie dowiedziała. Pojechała więc dalej, paląc chesterfielda. Już wcześniej zdjęła toczek z zawilgoconą woalką i cisnęła go na tylne siedzenie, gdzie znajdował się wielomiesięczny zbiór gazet, magazynów filmowych, książek w miękkich okładkach, zużytych chusteczek do nosa i pomniejszych sztuk garderoby. Norma Jeane nie przestawała się wiercić, a Gladys mówiła w zamyśleniu:
- Jeżeli jesteś Żydem, jak Thalberg, jest inaczej. Otwierają się przed tobą zupełnie inne perspektywy. Oni nawet kalendarz mają inny od naszego. To, co nas nieustannie dziwi, co wydaje się nowe, nie jest nowe dla nich. Żyją częściowo w Starym Testamencie, z tymi wszystkimi plagami i proroctwami. - Zamilkła. Zerknęła z ukosa na córkę, która ze wszystkich sił starała się nie zsiusiać, ale parcie było tak silne, że między nogami czuła ból ostry jak ukłucie igły. - Musisz wiedzieć, że on ma domieszkę żydowskiej krwi. To jest część bariery, która nas dzieli. Ale widział nas dzisiaj. Nie mógł mówić, ale przemówiły jego oczy. Normo Jeane, on cię widział.
Właśnie wtedy, mniej więcej milę od Highland Avenue, Norma Jeane zsikała się w majtki - czując upokorzenie i udrękę - ale nic nie mogła zrobić. Gladys od razu wyczuła zapach moczu i ze złością zaczęła bić Normę Jeane gdzie popadło.
- Świnia! Mały potwór! Zniszczyłaś taką piękną sukienkę, która na dodatek wcale do nas nie należy! Ty mi to chyba wszystko robisz specjalnie!
Cztery dni później nadciągnęły wiatry Santa Ana.
9
Bo kochała to dziecko i pragnęła oszczędzić mu cierpień.
Bo została otruta. I jej dziewczynka została otruta. Bo miasto z piasku płonęło.
Bo w powietrzu unosiła się woń spalenizny.
Bo według kalendarza urodzeni pod znakiem Bliźniąt powinni teraz "postępować zdecydowanie", "przejawiać odwagę w kierowaniu swoim życiem".
Bo minął już jej najgorszy czas w miesiącu i krew przestała z niej wypływać. Już nie będzie kobietą pożądaną przez mężczyzn.
Bo przez trzynaście lat pracowała w laboratorium Wytwórni jako lojalny, pełen poświęcenia pracownik, pomagający opracować wielkie filmy nakręcone dla Wytwórni, które lansowały wielkie gwiazdy amerykańskiego ekranu i kształtowały ducha Ameryki, a teraz wreszcie odkryła, że skończyła się jej młodość i że ma śmiertelnie chorą duszę. Okłamali ją w izbie chorych. Pozostający na usługach Wytwórni lekarz upierał się, że we krwi nie ma trucizny, podczas gdy w rzeczywistości było odwrotnie. Chemiczna trucizna przenikała przez podwójnej grubości gumowe rękawiczki, przedostała się do kości dłoni, tych dłoni, które jej kochanek niegdyś całował, mówiąc, że są cudowne i delikatne, że są "dłońmi pocieszenia" - potem do szpiku w jej szkielecie, wraz z krwią do mózgu, podczas gdy opary trucizny zaatakowały bezbronne płuca. I jeszcze jej oczy, nie widziały wyraźnie. Bolały ją nawet podczas snu. Inni pracownicy bali się przyznać do swoich chorób, aby ich nie zwolniono, aby nie stali się "bezrobotnymi". Bo był to czas piekielny - rok 1934 w Stanach Zjednoczonych - czas hańby. Bo miała zwolnienie lekarskie, i miała zwolnienie lekarskie, i miała zwolnienie lekarskie, aż wreszcie usłyszała przez telefon, że nie znajduje się już "na liście płac, przepustka została anulowana i wejście na teren Wytwórni nie będzie możliwe". Po trzynastu latach.
Bo nigdy nie będzie pracować dla Wytwórni. Nie zaprzeda duszy za nędzną płacę na zwykłe wegetowanie. Bo musiała oczyścić siebie i skażone dziecko.
Bo dziecko było zewnętrznym przejawem jej tajemnej osobowości.
Bo dziecko okazało się zdeformowanym dziwadłem, ukrytym pod postacią ślicznej dziewczynki o kręconych włosach. Bo wszystko było oszustwem.
Bo ojciec dziecka nie chciał, aby przyszło ono na świat.
Bo miał wątpliwości, czy było naprawdę jego.
Bo dał jej pieniądze, rzucił banknoty na łóżko.
Bo banknoty składały się na sumę 225 dolarów, równowartość ich miłości.
Bo powiedział, że nigdy jej nie kochał; że opacznie to zrozumiała.
Bo powiedział, żeby nigdy do niego nie dzwoniła ani nie chodziła za nim po ulicy.
Bo wszystko było oszustwem.
Bo zanim zaszła w ciążę, kochał ją, a potem nie. Bo ożeniłby się z nią. Na pewno.
Bo dziecko urodziło się trzy tygodnie przed oczekiwanym terminem, czyli pod znakiem Bliźniąt, pod jej znakiem. I było tak samo przeklęte jak ona.
Bo nikt nigdy nie pokocha przeklętego dziecka.
Bo pożar na wzgórzach był wyraźnym wezwaniem i znakiem.
To nie Ciemnowłosy Książę przybędzie po moją matkę.
Przez resztę życia prześladowała mnie obawa, że pewnego dnia zjawią się obcy, aby i mnie zabrać, nagą, bełkoczącą, robiącą z siebie żałosne widowisko.
Norma Jeane musiała zostać w domu. Matka nie pozwalała jej iść między wrogów. Czasem Gladys nie ufała nawet Jess Flynn. Bo Jess Flynn pracowała w Wytwórni i mogła być szpiegiem. Mimo wszystko Jess Flynn przynosiła im jedzenie. Wpadała z uśmiechem na twarzy "zobaczyć, co słychać". Proponowała, że pożyczy Gladys pieniądze, jeżeli Gladys ich potrzebuje, albo maszynkę do odkurzania dywanów. Gladys zazwyczaj leżała w łóżku naga, pod brudnym prześcieradłem, w zaciemnionym pokoju. Na nocnym stoliku leżała latarka służąca do ewentualnego wyszukiwania skorpionów, których Gladys bardzo się bała. Opuszczone żaluzje we wszystkich pomieszczeniach sprawiały, że noc nie różniła się tu od dnia, zmierzch nie różnił się od brzasku. Dymna mgiełka unosiła się nawet wtedy, gdy na zewnątrz świeciło słońce. Pachniało chorobą. Brudną bielizną i pościelą. Zatęchłymi ziarnami kawy, kwaśnym mlekiem, pomarańczami gnijącymi w lodówce bez lodu. Dżinem, papierosami, ludzkim potem, złością i rozpaczą. Jess Flynn robiła "małe porządki", jeśli jej pozwolono. A jak nie pozwolono, to nie.
Od czasu do czasu pukał do drzwi Clive Pearce. Przemawiał przez drzwi do Gladys albo do dziewczynki. Nie było słychać wyraźnie, co mówi. W przeciwieństwie do Jess Flynn nie wchodził do środka. Lekcje gry na fortepianie skończyły się latem. Clive powtarzał, że to jest "tragedia", ale "istnieją gorsze tragedie". Inni mieszkańcy bungalowu rozprawiali: co począć? Wszyscy pracowali w Wytwórni. Dublerzy i statyści, ale także pomocnik operatora kamery, masażysta, kostiumolog, dwóch korektorów scenariuszy, instruktor gimnastyki, technik z laboratorium, stenografistka, konstruktorzy planu, kilku muzyków. Wszyscy orientowali się, że Gladys Mortensen jest "psychicznie niezrównoważona" - a przynajmniej "temperamentna i ekscentryczna". Większość wiedziała, że pani Mortensen mieszka z małą dziewczynką, która, jeśli nie brać pod uwagę loków, wyglądała na tak samo "nierozgarniętą".
Nikt nie wiedział, co robić, i czy w ogóle coś robić. Nikt nie chciał się mieszać. Chodziło o to, by nie wywoływać gniewu tej Mortensen. Sądzono powszechnie, że Jess Flynn jest przyjaciółką Gladys, że to ona powinna podejmować decyzje.
Dziecko, nagie i szlochające, ukryło się za fortepianem, przeciwstawiając się matce. Chowało się przed matką. Gramoliło się po dywanie jak przestraszone zwierzątko. Matka uderzała w klawisze pięściami, wywołując wysoki, dysonansowy wrzask instrumentu, wibrujący odgłos rozdygotanych nerwów. To też slapstick. W duchu Macka Sennetta. Mabel Normand w A Displaced Foot, filmie, który Gladys widziała w dzieciństwie.
Jeśli coś jest śmieszne, to jest to komedia. Nawet gdy sprawia ból.
Do wanny lała się oczyszczająca woda, niemal wrzątek. Gladys rozebrała dziecko do naga i sama była naga. Już prawie jej się udało wciągnąć dziecko do wanny. Próbowała unieść je i zanurzyć w wodzie, ale dziewczynka opierała się i krzyczała. W chaosie myśli, zmieszanych z gorzkim smakiem dymu i drwiących głosów w głowie - niezbyt wyraźnych z powodu otępiającego działania leków - Gladys sądziła, że wszystko rozgrywa się znacznie wcześniej, dziecko jest znacznie młodsze, ma dwa albo trzy lata i waży - ile? - ze trzydzieści funtów. To natomiast dziecko nie ufało matce, kuliło się, odsuwało, krzyczało "Nie! Nie!", było bardzo duże, silne i uparte; sprzeciwiało się woli matki, nie dawało się przyprowadzić, unieść i włożyć do oczyszczającego ukropu, walczyło i uciekało z zaparowanej łazienki i z nagich ramion matki.
- To ty. To twoja wina. Odszedł ode mnie, bo nie chciał ciebie. - Te słowa, wypowiedziane prawie spokojnie, poleciały za przestraszonym dzieckiem jak garść ostrych kamieni.
A dziecko, nagie, pobiegło na oślep korytarzem i zapukało do sąsiednich drzwi, krzycząc:
- Pomocy, pomocy!
Nie usłyszało żadnej odpowiedzi. Wtedy zatrzymało się przy drugich drzwiach, zastukało, i tym razem także nie doczekało się żadnej reakcji. Otworzyły się dopiero trzecie drzwi, w progu pojawił się zdziwiony młody mężczyzna, opalony i muskularny, w podkoszulku i spodniach bez paska. Popatrzył z góry, miał twarz aktora, ale zamrugał w autentycznym zdumieniu na widok dziewczynki, która była zupełnie naga, rozdygotana i zapłakana.
- P...pan nam pomoże, mama zachorowała. Proszę pomóc, mama jest chora.
Mężczyzna przede wszystkim zdjął z krzesła swoją koszulę i okrył nią dziecko.
- Już dobrze, mała, mówisz, że twoja mama jest chora? A co jej dolega?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki