Blok 46 - Johana Gustawsson

Reflow text when sidebars are open.
Szwecja, Göteborg, lotnisko Landvetter, niedziela, 12 stycznia 2014 roku, godzina 22.15
Alexis poczuła, jak przeszywa ją przejmujące zimno. Na kilka sekund lęki pierzchły z jej głowy. Czuła tylko, jak lodowaty chłód przenika przez podeszwy jej butów i pełznie w górę nóg. Delektowała się tą chwilą wytchnienia. Ależ przyjemnie było czuć i o niczym nie myśleć. Jak gdyby jej mózg przełączył się nagle na tryb męski. Wyzwolenie! Niestety - krótkotrwałe.
Podskakiwała w miejscu, czekając, aż Alba i Peter wsiądą do taksówki, po czym sama też wgramoliła się do środka i zamknęła drzwiczki.
Lot przebiegł w milczeniu. Trwał bez końca. Alba spała aż do lądowania; Peter zapadł w drzemkę, przerywaną bezładnymi monologami.
Alexis liczyła, że zgiełk na lotnisku odwróci jej myśli od Linnei. Jednak na Landvetter panowała senna atmosfera. Jasnowłosi miejscowi witali podróżnych z przygnębiającą apatią. Na szczęście chłód pomógł Alexis zrzucić z siebie całą tę negatywną energię przed mającą trwać półtorej godziny podróżą.
Trójka przyjaciół pogrążyła się w kontemplacji śnieżnego całunu, który przykrywał równinę i rozświetlał noc niebieskawą poświatą. Peter, wciśnięty między Albę a Alexis, ponuro wpatrywał się w drogę. Alba przykleiła nos do szyby jak obrażone dziecko.
Kierowca słuchał cicho radia. Nadspodziewanie melodyjny język szwedzki podziałał na Alexis uspokajająco. Zamknęła oczy i pomasowała skronie opuszkami palców. Nigdy nie słyszała, jak Linnea wypowiada się w ojczystym języku ani jak opowiada o Falkenbergu czy o tym, co tam robi - zawsze zbywała pytania o swoje pobyty w Szwecji: w iście śródziemnomorskim stylu machała ręką i zmieniała temat.
- Sorry, sir... How long before we arrive?
Alba zadała to pytanie ze swoim świszczącym akcentem, nie odrywając oczu od drogi.
- Five minutes.
Peter zaczął gwałtownie ciągnąć za pas bezpieczeństwa.
- Nie mogę - dyszał. - Nie mogę czekać do rana... Musimy jechać do Linnei już teraz.
Przerażona Alba spojrzała na Alexis, która chwyciła Petera za dłonie i mocno je ścisnęła.
- Nie mamy kluczy, Peter... Policja już była u Linnei. Nie możemy zrobić nic więcej...
- Dlaczego nie chcieli przeszukać domu, do cholery? Może zemdlała, a teraz czeka... czeka...
Zaczął szlochać tak mocno, że stracił oddech. Pochylił się i przycisnął pięści do otwartych ust, na próżno próbując się uspokoić.
Alexis chwyciła drżącą dłonią telefon i podała adres Linnei szoferowi, który z niepokojem zerkał w lusterko. Peter położył głowę na ramieniu Alby i co jakiś czas pociągał nosem.
Taksówka zwolniła, skręciła w prawo w wąską drogę i zachwiała się jak łódź, do której właśnie wsiadają pasażerowie. Telefon Alexis zaczął wibrować. Odebrała, chwytając się zagłówka przy przednim siedzeniu.
- Alexis Castelli?
Nie zwróciła uwagi na to, że głos w słuchawce okrutnie kaleczy jej imię, i szybko potwierdziła.
Jej rozmówca przedstawił się, po czym wypowiedział kilka zdań w doskonałej angielszczyźnie. Alexis przymknęła oczy, oparła czoło o siedzenie i poprosiła go, by powtórzył. Smutek i strach ściskały jej żołądek, rozpierały płuca i wysuszyły gardło.
Śmierć po raz kolejny zabrała jej bliską osobę.
***
Kierowca zatrzymał się przed dużym domem z jasnego drewna. Śnieg zasłaniał nocne niebo niczym tiulowa draperia. W oddali tańczyły niebieskie światła policyjnych kogutów.
Alexis przygryzała wargi, starając się opanować drżenie szczęk. W niedalekim porcie jachtowym odkryto zwłoki. Alexis dowiedziała się o tym przez telefon od szwedzkiego policjanta. Odkryto czyjeś zwłoki. Policjant wiedział, że Alexis jedzie do Falkenbergu, poinformowało go o tym centrum poszukiwań osób zaginionych, ale nie spodziewał się, że znajduje się pół kilometra od domu Linnei. Zaczął coś bełkotać, zawahał się, zamienił kilka szwedzkich słów z jakimś mężczyzną o monotonnym głosie, po czym polecił Alexis, by taksówka zawiozła ich pod inny adres, w pobliżu.
Alexis rozłączyła się i zamknęła oczy. Strach ścisnął ją za serce. Nie miała czasu przetrawić tej strasznej wiadomości i czuła, jak zbiera jej się na wymioty. Postanowiła darować sobie niepotrzebne bolesne eufemizmy i sucho zreferowała przyjaciołom całą rozmowę. Peter powoli pokiwał głową i zasklepił się w niepokojącym milczeniu. Alba na kilka sekund wytrzeszczyła oczy, po czym znów wbiła je w zaśnieżoną szybę.
Odkryto czyjeś zwłoki.
Drzwiczki otworzył im przysadzisty mężczyzna w czerwonej, przysypanej śniegiem parce. Odsunął się, by przepuścić Alexis. Do taksówki wdarł się tuman białych płatków, chłoszcząc jej twarz. Alexis zamrugała, by pozbyć się gwiazdek śniegu, przyklejonych do rzęs, po czym wysiadła z samochodu, a za nią Peter i Alba.
W drodze do bramy mężczyzna cały czas coś do niej mówił, jednak podmuchy wiatru tłumiły jego głos. Wreszcie zamknął za nimi drzwi domu, odcinając ich natychmiast od przenikliwego zimna. Alexis, zdejmując płaszcz, poprosiła mężczyznę, by powtórzył to, co mówił.
- Jestem Kristian Olofsson, detektyw policji w Falkenbergu. Kilka minut temu rozmawialiśmy przez telefon.
- Tak, oczywiście...
Alba i Peter czekali za jej plecami jak zagubione dzieci.
- A oto Stellan Eklund.
Jakiś mężczyzna stał w drzwiach do kuchni, po prawej. Przywitał ją lekkim skinieniem głowy.
- Stellan zajmie się wami do czasu spotkania z komisarzem Lennartem Bergströmem.
- Czy...
Detektyw nie pozwolił jej dokończyć, wyjął telefon i zniknął w głębi korytarza. Stellan odwrócił uwagę przybyłych, proponując im kawę.
- Zaraz przyjdę, chcę tylko porozmawiać z detektywem! - rzuciła Alexis, ruszając za Olofssonem. - Ma pan opis tych zwłok? Jakieś zdjęcie? Informacje na temat osoby, którą znaleźliście?
Oloffson odwrócił się, zaskoczony. Zakończył rozmowę, nie spuszczając Alexis z oczu, po czym rozłączył się.
- Nie mogę...
- Ja tylko proszę pana o przekazanie mi informacji, które pan posiada, nawet jeśli nie zidentyfikowaliście jeszcze... ciała.
Poczuła, jak zaciska jej się gardło.
- Nie mogę pani nic powiedzieć, bo sam jeszcze nie znam szczegółów.
Alexis wzniosła oczy ku niebu i westchnęła zirytowana. Olofsson ciągnął tym samym, monotonnym tonem:
- Komisarz Bergström przysłał mnie tu, do domu Eklunda, i kazał mi was ugościć. Za chwilę powinien tu być.
- Czy może mi pan chociaż powiedzieć, kim jest ten Eklund i co my u niego robimy?
- Stellan Eklund to były funkcjonariusz policji w Falkenbergu.
Trzasnęły drzwi.
- Idzie Lennart... - stwierdził Olofsson, minął Alexis i wrócił do sieni.
Alexis dostrzegła masywnego mężczyznę o krótkim, siwiejącym zaroście. W granatowym płaszczu i z włosami mokrymi od śniegu, Lennart Bergström przypominał bardziej marynarza niż policjanta.
- Hej, Lennart - przywitał go Olofsson. - Det är Alexis Castelli, Linnéa Blixs vän. Hon kommer ifr?n...
- Ja, ja, ja, visst Kristian.
Bergström zajrzał Alexis głęboko w oczy i wyciągnął do niej rękę.
- Dzień dobry, jestem Lennart Bergström, komisarz policji w Falkenbergu.
Wzmocnił uścisk, a drugą rękę położył na ramieniu Alexis, z nieoczekiwaną delikatnością.
- Naprawdę, bardzo mi przykro...
Alexis zachwiała się na nogach. - Bergström ledwo zdążył ją podtrzymać. Poczuła, jak pożera ją ogromny smutek niczym wygłodniały drapieżnik.
Bergström posadził ją na jednym z krzeseł ustawionych wzdłuż ściany na korytarzu. Sam usiadł obok.
Zgarbiona, ze wzrokiem wbitym w kolana, Alexis słuchała słów, które tak bała się usłyszeć.
Falkenberg, Olofsbo, dom Stellana Eklunda, poniedziałek, 13 stycznia 2014 roku, godzina 1.30
Kristian Olofsson dolał sobie kawy. Kobieta o końskiej twarzy i trudnym do zapamiętania imieniu podała mu filiżankę, jakby był jej lokajem. Olofsson nie cierpiał tych wielkomiejskich paniuś. A ta w dodatku śmierdziała niezłym groszem, miała torebkę w kolorze butów i pełną wyższości minę, która mówiła: "moja-bransoletka-koszuje-tyle-ile-twoja-sześciomiesięczna-pensja-i-mam-cię-w-dupie-ty-nędzarzu".
Napełnił filiżankę burżujki, patrząc na tę drugą, Alexis, naprawdę ładniutką. Stellan już zagiął na nią parol. Nic dziwnego. Prawie zemdlała w sieni, ale zaraz wzięła się w garść i poszła przekazać wiadomość temu bubkowi, który zaczął się mazać; widać, że to mięczak. W tym towarzystwie jaja miała zdecydowanie ta ślicznotka. Razem z koniem dały mu tabletkę na uspokojenie i położyły do łóżka w pokoju gościnnym. Tymczasem Bergström wyjaśnił, że ta Linnea Blix, którą znalazł w Torsviks sm?b?tshamn gołą i nieźle pokiereszowaną, była jakąś ważną personą. Serio? On osobiście nigdy o niej nie słyszał.
- Kristian!
O wilku mowa... Komisarz pilnował Olofssona jak mleka na kuchence, odkąd przeniesiono go z Göteborga.
- Co jest?
Grubas nie zatrzymał się ani na chwilę. Chociaż raz w Falkenbergu coś się wydarzyło, staruszek musiał dostać niezłego szwungu.
Olofsson odstawił kawę i ruszył truchtem w kierunku stojącego przy drzwiach Bergströma.
- Kryminalni skończyli przeszukiwać dom ofiary. Peter Templeton będzie musiał sprawdzić, czy niczego nie brakuje, czy nic nie zostało przestawione ewentualnie dodane.
- Templeton śpi. Kobiety dały mu tabletkę.
- Ach... Zobacz, czy któraś z jego koleżanek może nam pomóc, zanim on dojdzie do siebie.
Olofsson pokiwał głową i ruszył w kierunku kuchni. No chyba, że mu pomogą. Ale nie ma mowy o męczeniu się z tą tyką. Weźmie ze sobą ślicznotkę i może uda im się nawiązać bliższą znajomość.
***
Sprawy nie potoczyły się tak, jak to przewidział Olofsson. Burżujka zbuntowała się na wieść o perspektywie oględzin u Linnei Blix: uznała, że to nieludzkie, bo nadal są w szoku po tej strasznej wiadomości, a w dodatku zupełnie bez sensu, ponieważ żadne z nich nigdy nie było w tym domu. Ślicznotka wyjaśniła starej to, co powinna była zrozumieć sama: chodzi-o-dobro-śledztwa. Owszem, nie znali domu przyjaciółki, ale za to świetnie znali ją samą, więc może uda im się dostrzec coś osobliwego, detal, jakiś szczególny przedmiot lub jego brak. Krótko mówiąc, przekonała ją, że powinni zgodzić się bez gadania, koniec, kropka.
Oczywiście Francuzeczka ładniej ubrała to w słowa. Klacz od razu się uspokoiła, ale ponieważ nieszczęścia chodzą parami, obudził się mięczak i Olofsson musiał zabrać ze sobą całą trójkę. Jak pech, to pech. Nie mówiąc już o tym, że nagle poczuł się wykończony. Dochodziła już czwarta rano, a on oddałby wszystko za krótką drzemkę.
Detektyw trzasnął drzwiczkami samochodu i zadrżał. Od wyjścia z domu Eklunda nikt nie odezwał się słowem. Teraz atmosfera była jeszcze bardziej ponura; pomimo polarnego mrozu i smolistej ciemności wszyscy woleli zaczekać na zewnątrz.
Policjant trzymający wartę przed domem otworzył im, zapalił światło, wpuścił ich do środka i natychmiast zamknął za nimi drzwi. Alexis czuła się jak turystka prowadzona w dziwne miejsca przez spieszącego się gdzieś przewodnika.
Rozejrzała się wokół, zmęczona, ale i zaskoczona. Ściany przedpokoju oklejone były pomarańczową tapetą w kwiaty. Naprzeciw drzwi do kuchni stały dwa różne krzesła, a między nimi jasna komoda, na której leżały wełniane czapki, szminka, kilka monet i ulotka. Kuchnia urządzona była równie kiczowato: kafle w psychodeliczny wzór i stół z formiki. Alexis nie mogła uwierzyć, że ten dom należy do jej przyjaciółki. Nic tutaj nie było w jej stylu. Linnea zawsze zwracała większą uwagę na nazwisko projektanta niż na sam przedmiot. Miała fotel od Philippe'a Starka, stół od Arnego Jacobsena, półkę od Rona Arada...
Peter, jakby czytając w jej myślach, spojrzał jej w oczy i poczerwieniał. Przejechał palcami po korkowej desce do krojenia, nadal pełnej okruszków, i wyszedł z kuchni.
Alexis poszła za nim do ciasnej łazienki. Na taborecie obok kabiny prysznicowej stała kosmetyczka Linnei. Wystawał z niej tusz do rzęs i pędzel do makijażu, jakby przed chwilą się malowała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Czwartek, 7 listopada 2013 roku
Wiązki światła z trzech latarek przecinają dół.
Idealny prostokąt. Metr trzydzieści długości, pół metra szerokości. Wykopany na miarę.
Podnosi łopatę, nabiera na nią ziemię i zaczyna zasypywać. Jeden ruch i już nie widać nóg. Wystają tylko palce u stóp. Gładkie jak kamyki i zimne jak kostki lodu paluszki, które miałby ochotę musnąć.
Gładkie i zimne.
Kolejny kopczyk wilgotnej ziemi trafia na brzuch. Ziemia spada na brzeg klatki piersiowej, na pępek; nadmiar zsuwa się na boki. Jeszcze tylko kilka ruchów łopatą i będzie po wszystkim.
Szybko poszło.
Nagle wypuszcza z rąk łopatę i przytyka ubłocone rękawice do uszu.
- Zamkniesz się wreszcie?
Wypluwa słowa spomiędzy gniewnie zaciśniętych szczęk.
- Nie, nie, nie. Przestań krzyczeć! Przestań!
Klęka nad dołem i zakrywa dłonią pobladłe, martwe usta.
- Cicho. Ciiiicho, powiedziałem.
Pociera nosem o lodowaty dziecięcy policzek.
- Tak... tak... no, już dobrze. Zaśpiewam ci tę piosenkę. Zaśpiewam "Imse Vimse", ale ty masz być cicho. Zrozumiano?
Wstaje i otrzepuje spodnie.
- Chodził pajączek po rynnie...
Podnosi łopatę i rzuca skibę ziemi na tułów. Ziemia wdziera się w ziejące rozcięcie, biegnące od podbródka do mostka.
- Padał deszcz, pajączek spadł na ziemię...
Teraz skiba na twarz. Ziemia rozsypuje się po czole, pokrywa włosy i wpada do oczodołów.
- Słońce deszcz przegoniło...
Ziemia spada na skamieniałe ciało w rytm wyliczanki.
Przyklepuje i wygładza ostatnią warstwę, a następnie gestem pełnym artystycznej nonszalancji rozsypuje na grobie zbrązowiałe przez zimę liście. Cofa się, nie spuszczając mogiły z oczu, po czym wraca i czubkiem buta przesuwa kilka liści.
Wyciera łopatę dłonią w rękawicy, wkłada latarki do pokrowców, zdejmuje rękawice, otrzepuje je, a potem kolejno chowa narzędzia do torby.
Zakładając torbę na ramię, słyszy skrzek, charakterystyczny dla aleksandretty obrożnej. Podobno te egzotyczne papugi uciekły ze studia filmowego Shepperton w Surrey, gdy kręcono tam "Afrykańską królową" z laureatem Oscara, Bogartem. W rzeczywistości jednak nie przywieziono tu żadnej papugi, a film powstał w studio Isleworth. Więc skąd wzięły się tu takie ptaszki?
Przystaje na chwilę i szuka jaskrawozielonych piór pośród gęstej ciemności. Ale słyszy tylko furkot skrzydeł.
Naprawdę będzie musiał sobie sprawić drugą lornetkę z noktowizorem. Nie może dłużej pracować przy latarkach, to zbyt ryzykowne; jeśli nie zorganizuje się lepiej, słono zapłaci za swoją nieostrożność.
Wyjmuje z kieszeni kurtki latarkę i rusza w drogę.
Anglia, Londyn, Hampstead Village, mieszkanie Alexis Castells, sobota, 11 stycznia 2014 roku, godzina 15.00
Lis wygrzewał się w ostatnich promieniach słońca oświetlających ogród. Dwadzieścia minut temu wślizgnął się tu spomiędzy krzewów i od tamtego momentu nawet się nie poruszył. Po trawniku nieopodal hasały dwie bose dziewczynki, a ich rude, kędzierzawe czupryny rozwiewał wiatr. Dziwne, że jeszcze się nie przeziębiły.
Alexis siedziała w swoim gabinecie z widokiem na szereg przydomowych ogródków. Przeciągnęła się, poprawiła poduszkę pod pośladkami i ponownie włączyła magnetofon. Pomieszczenie wypełnił monotonny głos Rosemary West.
Dwa miesiące wcześniej, siedząc naprzeciw Rosemary w więzieniu Low Newton, na północy kraju, Alexis przyglądała się szczupłym i delikatnym dłoniom zbrodniarki. Dłoniom, w które Rosemary cały czas wbijała wzrok, opowiadając, jak zabiła swoją córkę.
Alexis nagle drgnęła. Na ekranie komputera pojawiły się miniatury twarzy jej rodziców. Zatrzymała nagranie.
- Widzisz, że nie potrafisz! - niecierpliwiła się matka. - Tu trzeba wcisnąć, popatrz.
Połączenie zostało przerwane. Rozbawiona Alexis sama się połączyła.
- Halo! - rzuciła prosto w twarz ojca w dużym zbliżeniu.
- Ach... ciszej, Mado! Patrz, jest! Jak się masz, pchełko?
Trzydziestosiedmioletnia Alexis nadal była "pchełką" swojego ojca.
- Dlaczego siedzisz w domu, skarbie? - odezwała się matka, zbliżając usta do kamerki. - Podobno w Londynie jest ładna pogoda. To znaczy... Pewnie czasem wyjrzy trochę słońca. Jeśli teraz nie wyjdziesz, to nie będziesz wychodzić przez cały rok!
- Siedzi w domu, bo musi dokończyć książkę! Za dwa miesiące składa ją w wydawnictwie, przecież wiesz, nie?
- Ale czasem musi się trochę przewietrzyć. Widzisz, jak ona wygląda?
Alexis przewróciła oczami. Moja twarz? Masz coś do mojej twarzy?
- Gdzie dzieci? - zapytała, żeby zmienić temat.
- Bawią się prezentami.
- Prezentami? Co świętujecie?
- Trzech Króli. Els Reis Mags - odpowiedział ojciec po katalońsku. - Muszą wiedzieć, skąd pochodzą. Są w jednej czwartej...
- Hiszpanami, tak... wiem, tato.
- Nie! Katalończykami. Są w jednej czwartej Katalończykami. Na jakim etapie jest twoja książka?
- Pięć stron dalej niż wczoraj, tato. Muszę kończyć, mam jeszcze sporo do zrobienia...
- Odłożyć ci trochę paelli, którą przyrządziłam? - zapytała matka. - Zamrożę i zjesz sobie, jak przyjedziesz. A właśnie, kiedy przyjedziesz? Kupiłaś już bilet?
- Nie wiem, mamo.
- Nie chcesz mojej paelli?
- Chcę twoją paellę, mamo, ale nie wiem, kiedy do was przyjadę. Muszę wracać do pracy. Ucałuj wszystkich ode mnie.
- Nie chcesz chwilę pogadać z siostrą i z Xavierem?
- Gadałam z nimi wczoraj, mamo... No dobrze, miłego popołudnia.
Alexis przesłała kilka całusów w stronę ekranu, żeby uciąć protesty matki, i wyłączyła Skype'a.
Powlokła się do kuchni, nalała sobie kolejną filiżankę kawy i wzięła do ręki telefon, który na czas pisania zostawiała w kuchni przy lodówce, żeby nie kusił. Pozwalała sobie sprawdzać go tylko podczas przerw na kawę lub na kawałek sera.
Teraz wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. Siedemnaście nieodebranych połączeń z londyńskiego stacjonarnego numeru i cztery wiadomości. Natychmiast oddzwoniła.
- Alexis Castells, you tried to call me...
- Alexis, tu Alba...
Zazwyczaj głos Alby, Hiszpanki o temperamencie równie żywym, jak barwy jej strojów, działał na rozmówcę niczym balsam. Dziś jednak nie słychać w nim było zwykłego ciepła. Był bezbarwny, a chwilami załamywał się z niepokoju.
- To numer butiku. Nie chciałam zajmować prywatnej linii, na wypadek gdyby... Nie, nie, nie! Proszę nie dotykać tej witryny - denerwowała się Alba.
W odpowiedzi zabrzmiało kilka niezrozumiałych słów protestu.
- To JA jestem tu kierowniczką do spraw PR i mówię wam, żebyście zostawili w spokoju tę witrynę, do jasnej cholery! Przepraszam, Alexis... To jakieś szaleństwo. Niezależnie od tego, ile się człowiek namęczy przez kilka miesięcy, w tym najważniejszym dniu i tak zawsze jest burdel...
Alba wydała z siebie przerywane westchnienie.
- Dios mío, Alexis...
- Co się dzieje, Albo?
Niemcy, lipiec 1944 roku
Pociąg zwolnił, wtaczając się pod górę.
Jeden z więźniów szarpnął drzwi wagonu, wydając z siebie zwierzęcy skowyt. Reszta chwytała świeże powietrze, wyciągając szyje, jak gdyby ten nieoczekiwany dopływ tlenu mógł ugasić pragnienie, które paliło im gardła.
Odczekał kilka sekund, jak wróbel na gałęzi, który zwleka z odlotem, po czym zniknął w atramentowej nocy. Inni więźniowie ruszyli w jego ślady, gdy nagle pociąg się zatrzymał.
W lesie rozległa się seria głuchych odgłosów, w ciemności rozbłysły żółtawe plamy: reflektory na wieżyczkach strażniczych rozpoczęły polowanie na człowieka. Zaglądały w zarośla, pod rozłożyste drzewa, w poszycie.
- Ich habe sie! Ich habe sechs von ihnen!
Po tym okrzyku nastąpiły serie z karabinów maszynowych. Wywrzaskiwane po niemiecku rozkazy mieszały się z wybuchami, aż wreszcie nad konwojem zapadła cisza - jeszcze bardziej przerażająca niż strzały.
Erich Ebner zastanawiał się, ilu zginęło ludzi. A ilu zdołało uciec. Ilu będzie umierać powoli od ran, w straszliwych męczarniach.
- Być może tak jest lepiej - szepnął po angielsku stojący obok mężczyzna. Bo przecież na końcu tej podróży czekało ich piekło.
Erich powątpiewał: cóż mogło być gorszego od tych bydlęcych wagonów bez powietrza i bez wody, gdy temperatura na zewnątrz przekraczała 25 stopni? Wagony zaprojektowano dla czterdziestu osób albo ośmiu koni. Teraz w każdym cisnęło się stu czterdziestu dwóch mężczyzn. To znaczy... stu czterdziestu dwóch mężczyzn żywych na początku podróży.
Stary Hiszpan zmarł pierwszy, kilka godzin po odjeździe konwoju. Gdy jego syn zauważył, że ojciec nie oddycha, sam zaczął krzyczeć. Starł ślinę z podbródka ojca i przytulił go, jęcząc. Posiniała twarz zmarłego kiwała się na prawo i lewo w makabrycznym tańcu. Mężczyzna zaczął walić w ściany wagonu, po czym rzucił się na swojego sąsiada. Zdjął but i bił obcasem Bogu ducha winnego człowieka. Nikt się nie ruszył, ludzie tylko krzywili się na widok kolejnych ciosów. Bójka skończyła się równie nagle, jak się zaczęła. Wyczerpanie wzięło górę nad szaleństwem.
Późnej umierali jeszcze inni, ale wszyscy byli tak ściśnięci, że trupy stały pionowo, wsparte o tych, którzy tłoczyli się wokół. Erich nie mógł ich widzieć, ale dobrze ich czuł. W wagonie unosił się gnilny odór śmierci pomieszany z wyziewami potu i odchodów. Gryzący smród człowieka sprowadzonego do stanu zezwierzęcenia. Mieli tylko jedno szambo i nikt nie opróżniał go przez trzydzieści sześć godzin, od chwili wyjazdu.
Ebner przeniósł ciężar ciała na drugą nogę. Mężczyzna stojący obok uwolnił się z wymuszonego uścisku współwięźniów. Tuż przed ucieczką zlizał mu z ramienia kilka kropel potu. Erich widział, jak centymetr po centymetrze zbliża się do umywalki, by spijać spływający z niej mocz, z twarzą wykrzywioną obrzydzeniem. Przerwał, usłyszawszy chrzęst żwiru pod butami niemieckich żołnierzy.
Przed otwartym na oścież wagonem stanęło dwóch oficerów SS. Ten z prawej zrobił krok naprzód, z dłonią na kolbie pistoletu.
- Ausziehen!
Nikt się nie ruszył; większość mężczyzn ściśniętych w wagonie nie znała niemieckiego.
- Nackt, verdammte Scheisse!
Erich wiedział, że jeśli zacznie tłumaczyć rozkazy żołnierza, zostanie stracony na miejscu. Zaczął więc się rozbierać, tak szybko, jak tylko pozwalał mu na to ten nieludzki ścisk.
Reszta ruszyła w jego ślady. Byli niezdarni i zażenowani. Zasłaniali dłońmi krocza.
- Die Anziehsachen zur ersten Reihe weitergeben!
Towarzysze niedoli zerkali na niego kątem oka, sprawdzając, co należy robić. Ebner podał swoje ubranie jednemu z więźniów, którzy stali przed esesmanem.
Gdy wszystkie ubrania zrzucono już na stos przed pociągiem, esesman wyjął z kabury lugera, przyłożył lufę do stojącego naprzeciw więźnia i nacisnął spust. Odgłos wystrzału zagłuszył przerażone okrzyki mężczyzn, których twarze pokryły się odpryskami kości i mózgowia.
- Kein Entkommen mehr.
Drugi esesman zasunął drzwi wagonu i pociąg odjechał.
***
Konwój dotarł na dworzec następnego dnia po południu.
Zgrzyt hamulców wdarł się w panujący na zewnątrz zgiełk, dzikie ujadanie psów i rzucane po niemiecku rozkazy.
Drzwi wagonu otworzyły się i więźniowie ujrzeli grupę żołnierzy. Trzech z nich trzymało na smyczy wilczury, które wyrywały się w kierunku nowo przybyłych.
- RAUS, RAUS!
Pierwszy rząd więźniów ostrożnie ruszył do przodu. Na głowy, ramiona i uniesione w geście protestu ręce runął z trzaskiem deszcz ciosów zadawanych kolbami i pałkami. Ci, którzy nie mogli wstać, byli szczuci psami.
- RAUS!
W miarę jak więźniowie wysiadali z wagonu, trupy sypały się na peron jak szmaciane kukły. Natychmiast deptali je ci, którzy, próbując przeżyć, uciekali przed ciosami.
Pałka dosięgła tylko ramienia i kolana Ericha; mężczyzna wyrwał się psom i biegiem dopadł kolejki.
Marsz w kierunku obozu trwał wieczność. Erich szedł w kolumnie kuśtykających, ustawionych piątkami mężczyzn, w palącym słońcu, do wtóru melodii wygrywanych przez towarzyszącą im orkiestrę.
To wszystko było niedorzeczne. Droga. Trupy. Przemoc. Muzyka. Nagie ciała. Nikt już nie starał się zakrywać, jak gdyby każdy pogodził się z utratą ludzkiej godności. I milczenie. Pełne rezygnacji milczenie, zagłuszone niestosowną muzyką. Żołnierze nie zabronili im się odzywać, jednak nikt nie śmiał nic mówić. Strach przytępił zmysły. Zastąpił ból, pragnienie, głód i skrajne wyczerpanie.
Gdzie są synowie, córki i żony wszystkich tych mężczyzn? Gdzie są rodzice Ericha? I jego przyjaciele, koledzy z uczelni? Jaki jest cel tej piekielnej podróży? Słyszał, jak jeden esesman mówił o Ettersbergu. Byli zatem w pobliżu Weimaru, w Turyngii. Na wzgórzu, po którym Goethe lubił przechadzać się między bukami, rozmyślając o Charlotte von Stein.
Żołnierze zatrzymali pochód przy ogrodzeniu. Esesman, który prowadził kolumnę, przeczytał na głos napis widniejący pośrodku żelaznej bramy:
- Jedem das Seine.
Każdemu coś się należy. Suum cuique. Jak gdyby ludzie na skraju śmierci byli w stanie docenić ironię tej filozoficznej sentencji - pomyślał Erich.
Nagle rozległ się przeciągły wrzask.
Erich odsunął się na lewo i zobaczył esesmana z uniesioną pięścią. Na ziemi jęczał skulony nagi mężczyzna.
- Aufstehen!
Ciałem mężczyzny wstrząsały spazmy.
- Aufstehen, du verdammte Rate!
Ciężkie ramię żołnierza opadło na ciało ofiary. Erich dostrzegł wówczas, że w zaciśniętej pięści kryje się kamień. Niemiec bił biednego mężczyznę tak długo, aż roztrzaskał mu czaszkę, po czym obszedł zwłoki dookoła i dołączył do czoła konwoju.
Pochód ruszył dalej, do wtóru ciosów pałką i radosnej muzyki.
Erich przełknął gulę lęku, która puchła mu w gardle. Spojrzał na swoje obrzmiałe stopy i zaczął się zastanawiać, kiedy wreszcie dostanie coś do picia i do jedzenia. Poczuł, jak ślina cieknie mu na myśl o strumieniu chłodnej wody, spływającym prosto do gardła.
Dziesięć minut później zatrzymali się przed olbrzymim hangarem. Nadzieja na odpoczynek...
Jednak gdy Erich wszedł do budynku, nie zobaczył ani stosów ubrań, ani posiłku, na który tak czekał. Znieruchomiał, zszokowany i przerażony. Stojący za nim więzień pchnął go w kierunku ciemnowłosego mężczyzny z maszynką do golenia. Jasne, cienkie włosy Ericha spadały z bolesną gracją na leżący już na podłodze stos ciemnych loków.
Mężczyzna wziął brzytwę i zaczął golić pachy, ramiona, tors i nogi Ericha. Gdy ostrze dotknęło wzgórka łonowego, Erich zamknął oczy. Upokorzenie pozbawiło go sił. Posłusznie przekręcił głowę podczas inspekcji uszu. Otworzono mu usta, by zajrzeć w wyschnięte gardło. Jego wargi popękały i zaczęły krwawić.
Później zagonili go ciosami pałki do olbrzymiej wanny. Upadł, gdy ktoś kopnął go ciężkim butem w plecy. Natychmiast rozpoznał zapach fenolu. Miał wrażenie, że jego skóra staje w płomieniach. Zanurzył się cały, zaciskając oczy i wargi, tak jak kazał mu uśmiechnięty esesman, i wyszedł na dany przez niego znak. Gdy dotarł pod strumień zimnej wody, otworzył szeroko usta, zapominając o bólu.
Facet z pociągu miał rację. Na końcu długiej podróży czekało ich piekło. Perfekcyjnie zorganizowane piekło.
Londyn, Hampstead Village, sobota, 11 stycznia 2014 roku, godzina 16.45
Alexis nieprzyzwoicie wysoko podciągnęła obcisłą sukienkę i wsiadła do taksówki, na tyle elegancko, na ile pozwalał jej strój. Zbiegnięcie w szpilkach po stromych schodach z mieszkania na drugim piętrze wycisnęło z niej siódme poty; wgramolenie się do taksówki dosłownie ją wykończyło. Westchnęła z ulgą, gdy tylko opadła na siedzenie.
- Poproszę na New Bond Street sto siedemdziesiąt pięć - rzuciła, obciągając sukienkę na udach.
Szofer minął Fitzjohn's Avenue i sunął dalej Avenue Road. Kilka minut później wjechał do Regent's Park.
Alexis przykleiła nos do szyby. Ozdobione stiukami budowle projektu Johna Nasha odcinały się od nieba barwy sadzy. O tej porze w parku zapadał już zmrok; londyńskie niebo nabierało skandynawskiego charakteru.
Taksówka zatrzymała się, by przepuścić kilka biegaczek. Alexis z podziwem, a może nawet z zazdrością, powiodła wzrokiem za kobietami w adidasach. Wyszły pobiegać, nie bacząc na wilgotny chłód, ciemność, a nawet na deszcz, który sprawił, że popołudnie jeszcze bardziej poszarzało. Zadrżała z zimna i szczelniej otuliła się płaszczem. Kołnierz musnął jej kolczyki. Dwie perły oprawione w czerwone złoto, projekt jej przyjaciółki, Linnei Blix.
Alexis z trudem przełknęła ślinę i pomasowała ściśnięte gardło.
Linnea stworzyła kolekcję biżuterii dla Cartiera. Dziś wieczorem odbywała się ekskluzywna prezentacja dla garstki wybranych klientów. Późnym rankiem Linnea miała spotkać się z Albą w butiku na New Bond Street, lecz do tej pory była nieosiągalna. Owszem, dość luźno traktowała kwestię punktualności, jednak nigdy nie przegapiła biznesowego spotkania.
- Miss?
Taksówka zatrzymała się przed siedzibą Cartiera. Alexis zapłaciła za kurs i wygramoliła się z samochodu, wykonując nieelegancki rozkrok, by ominąć kałużę. Ledwo postawiła stopę na czerwonym dywanie, a już nad jej głową pojawił się rozłożony parasol, który chronił ją aż do wejścia.
Paul Vidal, mąż Alby, czekał na nią w środku, przed dwuskrzydłowymi drzwiami, za którymi kryły się schody. Przestępował z nogi na nogę niczym czapla w stawie, z nadspodziewaną gracją jak na mężczyznę tej postury. Posłał Alexis promienny uśmiech i na powitanie przytulił ją serdecznie, całując lekko w policzek. Najwyraźniej dziś wieczorem działał w trybie "kierownik butiku".
Wypuszczając Alexis z uścisku, szepnął jej do ucha zaniepokojonym tonem:
- Nadal jej nie ma.
Gardło Alexis znów się zacisnęło.
Gdzie jest Linnea, do jasnej cholery?
Ton Paula odzyskał swoją komercyjną lekkość, by powitać rosyjskich klientów, którzy dreptali tuż za Alexis.
- Madam, may I show you the way to the boardroom?
Głos był dyskretny jak dźwięk dzwoneczka. Alexis odwróciła głowę. Czarnowłosa, szczuplutka dziewczyna uśmiechała się do niej ze szczerą życzliwością. Alexis ruszyła za nią, uważając, gdzie stawia obute w szpilki stopy.
U szczytu schodów otworzyły się lustrzane drzwi, ukazując salę o wysokim sklepieniu. Alexis natychmiast dostrzegła Albę, pogrążoną w rozmowie z parą Azjatów.
Natychmiast zapragnęła usiąść obok przyjaciółki i z młodzieńczym zapałem porozmawiać o Linnei - zabawić się w naczynia połączone - jak mawiał uszczypliwie Paul. Podzielić się obawami, dodać do własnych lęków panikę Alby, podnieść poziom strachu, wymyślać historie tak dramatyczne, że nadawałyby się na hollywoodzki scenariusz, a wreszcie wybuchnąć śmiechem na widok Linnei wchodzącej do sali w jakimś nieprawdopodobnym stroju, z gęstymi blond włosami zebranymi w kok na czubku głowy, i mówiącej, że strasznie jej przykro, ale nie zdążyła na pociąg... Jednak dziś Alba nie miała czasu dla Alexis. Chodziła od klienta do klienta, ledwo łapiąc oddech między kolejnymi rozmowami.
Alexis musiała więc sama radzić sobie ze stresem. Powtarzała sobie, że Linnea na pewno wreszcie się pojawi.
Przyjęła kieliszek szampana od eterycznej hostessy i upiła pierwszy łyk, wślizgując się nieśmiało do sali konferencyjnej. Lekkie i drobne bąbelki szampana pieściły jej podniebienie.
Alexis ogarnęła wzrokiem salę. Solidne meble, rżnięte gzymsy, ciężkie zasłony opadające na parkiet ułożony w jodełkę - z całego pomieszczenia emanowała Historia przez duże H. Jak gdyby chodził po nim jeszcze generał de Gaulle, który urzędował tu w latach wojennego wygnania. Byli tacy, którzy twierdzili nawet, że właśnie tu napisał swoją słynną odezwę do Francuzów, wygłoszoną 18 czerwca 1940 roku - myśli Alexis pobiegły w stronę jej rodaka.
Pośrodku zwisał nad podłogą przykryty aksamitem sześcian - prawdopodobnie gablota z kolekcją zaprojektowaną przez Linneę. W każdym rogu sali stała złota, okrągła witryna ze wspaniałymi kreacjami Jeanne Toussaint, zwanej Panterą. Ta zdolna Belgijka projektowała najpierw torebki dla Coco Chanel, a następnie, przez ponad czterdzieści lat, kierowała pracownią luksusowej biżuterii u Cartiera.
Alexis odstawiła pusty kieliszek na srebrną tacę i ruszyła w kierunku witryny, w której wyeksponowano najbardziej prestiżowe okazy kolekcji Pantery.
- Szanowni państwo... - zabrał głos Paul.
Trzydzieścioro klientów posłusznie odwróciło się w jego stronę.
- Firma Cartier ma wielki zaszczyt zaprezentować dziś, przedpremierowo, kolekcję stworzoną przez naszą nową projektantkę, Linneę Blix, w ramach obchodów siedemdziesiątej rocznicy wyzwolenia Paryża. Cartier jest nie tylko świadkiem wielkiej historii...
Alexis szukała wzrokiem Alby. Przyjaciółka w religijnym niemal skupieniu słuchała przemowy męża. Stała obok mężczyzny o siwej czuprynie i lekkiej tuszy, zręcznie ukrytej pod garniturem z Savile Row. Był to Richard Anselme, szlifierz diamentów i protektor Linnei.
Alexis przestępowała z nogi na nogę, by ulżyć obolałym stopom.
Linnea pewnie nie zdążyła na samolot. Dwa razy w roku latała do Falkenbergu na zachodnim wybrzeżu Szwecji. Podczas tych samotnych pobytów, które nazywała kaprysami diwy, rzadko dawała jakiś znak życia.
Alexis pokręciła głową, by przegonić natrętne myśli, i skupiła się na przemówieniu Paula.
- ...podczas okupacji Jeanne Toussaint eksponowała w witrynie butiku Cartiera, na paryskiej rue de la Paix, klejnot przedstawiający ptaka w kolorach francuskiej flagi, zamkniętego w klatce. Jak mogą sobie państwo wyobrazić, ta zuchwałość wywołała gniew okupanta; Jeanne na kilka dni trafiła do aresztu. W tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym roku Toussaint uczciła wyzwolenie stolicy, tworząc klejnot przedstawiający ptaka wypuszczonego z klatki. Symbol wolnej Francji.
Paul zrobił teatralną pauzę i powiódł wzrokiem po słuchaczach.
- Biżuteria, którą za chwilę państwo obejrzą, to hołd złożony Jeanne Toussaint. Jutro rano kolekcja zostanie zaprezentowana mediom w Paryżu i wyeksponowana w witrynach naszego butiku przy rue de la Paix, tam gdzie siedemdziesiąt lat wcześniej Jeanne, zwana Panterą, pokazała swojego Ptaka w klatce.
Paul uniósł ramię z pełną gracji stanowczością dyrygenta.
- Bardzo proszę...
Czerwona aksamitna draperia opadła na podłogę niczym szata pożądanej kobiety, która nareszcie rozbiera się dla kochanka. Goście skupili się wokół gabloty.
Alexis chciała ruszyć za tłumem, lecz zobaczyła, że na progu stoi Peter Templeton, partner Linnei, i błędnym wzrokiem wodzi po sali.
Serce Alexis podskoczyło tak mocno, że poczuła ból w piersi.
Londyn, Sloane Square, mieszkanie Linnei Blix, sobota, 11 stycznia 2014 roku, godzina 21.00
Peter siedział w jadalni, w swoim mieszkaniu. Wodził pustym spojrzeniem od własnych dłoni do świecznika pośrodku stołu. Poszedł do Cartiera, by spotkać się z Linneą. Ale jej tam nie było. Nie była obecna na imprezie, o której mówiła od miesięcy. Na uroczystym wieczorze. Może została w Szwecji? - zasugerowała Alexis, próbując się uśmiechnąć. Tak, może.
Nadal ubrana w wizytową sukienkę, z telefonem przy uchu, Alexis chodziła po niewidzialnej linii między gilotynowymi oknami po drugiej stronie pokoju. Wbijała wzrok w ziemię i słuchała, ściskając wargi palcami. Gdy odpowiadała rozmówcy, jej dłoń cięła powietrze, rysując bezładne spirale.
Przytrzymała telefon ramieniem, wzięła notes ze stolika do kawy i zapisała czyjś adres mejlowy. Podziękowała policjantowi i rozłączyła się.
- Peter, masz zdjęcie Linnei, które można by wysłać na policję?
Peter odwrócił się w kierunku Alexis. Przez jego twarz przebiegały skurcze. W ciągu kilku godzin policzki mężczyzny zapadły się, a opalona skóra stała się ziemista. Wstał niechętnie, wyszedł z jadalni i wrócił z telefonem, który podał Alexis. W tej samej chwili rozległ się przenikliwy dzwonek. Peter ociężale ruszył w kierunku drzwi.
Minutę później wrócił z Albą.
Alba zdjęła biżuterię i zamieniła szpilki na baleriny, które do złudzenia przypominały kapcie. Jej ciemne włosy, rozdzielone pośrodku przedziałkiem, były związane na szyi w szkolny kucyk. Makijaż wymagał poprawek: puder zebrał się w kurzych łapkach, a tusz osypał się, podkreślając sińce pod oczami. Kucyk, który wydłużał i tak już pociągłą twarz Alby, oraz nieświeży makijaż nadawały jej wygląd przerażonej staruszki w żałobie. Alba przyłożyła dłoń do czoła, jakby chciała się upewnić, że nie ma gorączki.
Alexis przywitała przyjaciółkę krótkim, wymuszonym uśmiechem.
- Uprzedziłam policję. Wysłałam im dwa zdjęcia Linnei.
- Sprawdzili, czy była na liście pasażerów lotu z Göteborga do Londynu dziś rano?
- Sprawdzą to i oddzwonią.
Alba pokiwała głową. Podeszła wolno do kanapy, rozglądając się wokół z kurtuazyjnym zaciekawieniem. Peter i Linnea wprowadzili się tu cztery miesiące temu, ale ani ona, ani Alexis nie miały jeszcze okazji odwiedzić nowego mieszkania. Dostrzegła rysunek na mahoniowej konsoli. Był to szkic Linnei, przedstawiający diadem.
Alba odwróciła wzrok i rozpięła płaszcz, a następnie zdjęła baleriny i wtuliła się w poduszki na kanapie, podciągając stopy. Peter znów usiadł przy stole, tymczasem Alexis nadal, niczym linoskoczek, chodziła w tę i z powrotem między oknami. Wszyscy milczeli i wyglądali jak aktorzy czekający na podniesienie kurtyny.
Nagle w ręku Alexis zawibrował telefon. Odebrała natychmiast. Rozłączyła się kilka minut później, a Peter i Alba wbijali w nią zalękniony wzrok.
- Samolot wylądował na Heathrow dziś rano, ale nie było jej na pokładzie.
W pokoju zapadła złowroga cisza.
Alba się wyprostowała. Skórzana kanapa zaskrzypiała jak stare drzwi.
- Czy oni...
- Tak - przerwała jej Alexis. - Są pewni: nie było jej dziś w żadnym samolocie... wczoraj też nie.
Londyn, lotnisko Heathrow, niedziela, 12 stycznia 2014 roku, godzina 18.45
Alexis zapięła pas i położyła rękę na dłoni Petera. Charyzmatyczny zazwyczaj mężczyzna przypominał teraz wystraszone dziecko. Niepokój przytępił jego pewność siebie i przygarbił mu ramiona. Peter wbijał wzrok w okienko. Grad smagał skrzydło samolotu, jak gdyby jacyś niesforni chłopcy obrzucali Airbusa A320 ołowianymi kulkami. Alexis spojrzała w oczy Albie, siedzącej po drugiej stronie przejścia. Uśmiechnęły się do siebie smutno, starając się wskrzesić w sobie promyk nadziei.
Poprzedniego wieczoru brytyjskie centrum poszukiwań osób zaginionych skontaktowało ich z policją w Falkenbergu. Natychmiast wysłano patrol do szwedzkiego mieszkania Linnei. Nikt nie otworzył. Funkcjonariusze mogli zajrzeć do środka przez okna; nie odnotowali niczego niepokojącego. Szwedzka policja musiała rozpocząć wstępne śledztwo w sprawie zniknięcia Linnei, a dopiero później ewentualnie wejść do jej mieszkania i przeszukać je.
Peter nie był w stanie czekać w Londynie na wieści o swojej partnerce. Postanowił jak najszybciej udać się do Falkenbergu. Ani Alexis, ani Alba nie miały serca puścić go tam samego.
Musieli zaczekać, aż zwolnią się miejsca w którymś z samolotów. Jak gdyby dwadzieścia pięć tysięcy Szwedów żyjących w Wielkiej Brytanii postanowiło wrócić w rodzinne strony właśnie w ten weekend! Alexis, Alba i Peter mieli wylądować w Göteborgu późnym wieczorem. Nazajutrz rano byli oczekiwani na posterunku policji w Falkenbergu.
Dłoń Petera zacisnęła się na ręce Alexis...
- Co ja teraz zrobię... - zapytał, nie odrywając wzroku od pasa startowego. - Co ja zrobię, jeśli...
Jego ochrypły głos zadrżał, a potem całkiem ucichł.
Alexis pocieszająco pogłaskała go po ramieniu. Mogłaby dodać mu otuchy, powiedzieć, że Linnea na pewno ma się dobrze. Jednak miała już dość tych krzepiących gadek. Przesiąknięte lękiem słowa brzmiały fałszywie. Wolała przytulić Petera, niż wyjść na hipokrytkę.
Nadal nie mieli żadnych wieści, a to nie wróżyło dobrze. Taka była prawda. Wystarczyło obudzić tę myśl, a natychmiast stała się boleśnie żywa.
- Wiesz, jaka ona jest - ciągnął Peter, wbijając wzrok w podłokietnik. - Lubi mieć przestrzeń. Gdy jedzie do Szwecji, chce mieć spokój. Czasem wysyła mi wiadomości, ale... jeśli tylko ośmielę się zadzwonić albo... Sama wiesz... Wiesz, jaka jest, gdy tam jedzie.
Potarł palcami zmarszczone czoło.
- Uważasz, że powinienem był się niepokoić, Alexis? Uważasz, że powinienem wcześniej zadzwonić na policję?
- Nie... nie, Peter, skądże. Nie miałeś powodów do niepokoju. Absolutnie żadnych.
Czekał na taką odpowiedź. Rozgrzeszenie.
Podniesiony na duchu pokiwał głową, oparł się wygodniej i zamknął oczy.
Alexis odwróciła się do Alby, która drzemała z głową odchyloną na bok.
Spojrzała na zegarek. Była 19.00. Jeszcze trzynaście godzin czekania, by cokolwiek się wyjaśniło. Trzynaście godzin, zanim zaczną szukać odpowiedzi.
Szwecja, Falkenberg, Torsviks sm?b?tshamn, niedziela, 12 stycznia 2014 roku, godzina 21.00
Komisarz Lennart Bergström nie zwracał uwagi na wiatr, który chłostał mu twarz. Wielkimi krokami schodził z wydmy, przyświecając sobie latarką.
W dole znajdował się zamarznięty i pusty o tej porze roku port jachtowy, zmieniony jak stary przyjaciel, którego dawno straciliśmy z oczu: zima przegnała łodzie i pochłonęła zasłonę z trzcin. Przy drewnianym baraku recepcji rozłożono długi, biały namiot. Pilnowali go dwaj policjanci w mundurach. Malowniczy port Torsviks sm?b?tshamn nie był dziś tak spokojny jak zwykle.
Björn Holm, dowódca wydziału kryminalnego, czekał na komisarza u podnóża wydmy.
- Cholera, Lennart... Czegoś takiego jeszcze nie widziałem... - mruknął, szarpiąc zmrożonego wąsa.
Bergström chrząknął.
- Jest już patolog?
- Raczej nieprędko przyjedzie. Zadzwonili po niego z Göteborga.
- Szlag... Zaczęliście już?
- Obejrzeliśmy pobieżnie zwłoki i ustawiliśmy snipę1 tak, jak była: chciałem, żeby chłopcy zaczęli od burty i terenu wokół łodzi, chociaż wątpię, czy coś znajdziemy w tym śniegu.
Bergström włożył kombinezon i ochraniacze na buty. Dmuchnął do wnętrza niebieskich lateksowych rękawiczek i wciągnął je na dłonie.
- Ty przodem - szepnął Björn i odsunął się, żeby go przepuścić.
Wnętrze namiotu skąpane było w surowym świetle dwóch reflektorów. Pośrodku znajdowała się odwrócona do góry dnem łódź z czerwoną, wyblakłą stępką.
Trzej technicy oderwali na chwilę wzrok od snipy i pozdrowili komisarza gestem dłoni.
- Proszę dać nam jeszcze dwie minuty - rzucił niższy mężczyzna w masce, wpatrując się w maleńki fragment kadłuba.
- Gdzie ci dwaj chłopcy, którzy znaleźli ciało? - zapytał Björn komisarza.
- Zostawiłem ich w komisariacie, z Oloffsonem. Byli w niezłym szoku.
- Podobno pijani w trzy dupy, ale tak przerażeni, że stali prosto jak struny. Co robili w środku nocy w Torsviks sm?b?tshamn?
- Chcieli się spokojnie napić. Ukradli rodzicom dwie butelki wódki i myśleli, że znaleźli tutaj idealną kryjówkę.
- Jak widać, nie tylko oni...
- Skończyliśmy - przerwał im technik. - Usuniemy łódź.
Björn i Bergström zrobili krok w tył, gdy technicy przenosili łódkę.
Kadłub, zniszczony przez morskie prądy i surowy klimat, skojarzył się komisarzowi z łupiną orzecha, w której pływał Tomcio Paluch z baśni Andersena. Dziwne skojarzenia - pomyślał, patrząc, jak łódź podnosi się niczym pokrywka od pudełka.
Pod nią leżała naga kobieta. Wyciągnięta na plecach, z rękoma wzdłuż ciała, z zaciśniętymi nogami.
Bergström ukucnął przy zwłokach. Pod warstwą szronu można było dostrzec zsiniałą od zimna skórę kobiety. Jej jasne, gęste włosy były starannie uczesane i ułożone na ramionach. Ktoś ogolił jej wzgórek łonowy i wyciął literę X na lewym ramieniu. Miała wydłubane oczy. Puste, ciemne i nieproporcjonalnie duże oczodoły szpeciły pociągłą twarz. Gardło było rozcięte od podbródka do mostka; skóra na szyi wyglądała jak rozpięta kurtka. Tchawicę pokawałkowano.
Komisarz wstał i wyszedł z namiotu. Zdjął kombinezon i wziął do ręki telefon. Należało zmobilizować oddziały i to szybko. Bergström miał wrażenie, że otworzył puszkę Pandory.
Snipa - drewniana łódka (przypis autora). [wróć]