Blok 46 - Johana Gustawsson

-
Proszę czekać

7

Szwe­cja, Göteborg, lot­ni­sko Lan­dvet­ter, nie­dziela, 12 stycz­nia 2014 roku, godzina 22.15

Ale­xis poczuła, jak prze­szywa ją przej­mu­jące zimno. Na kilka sekund lęki pierz­chły z jej głowy. Czuła tylko, jak lodo­waty chłód prze­nika przez pode­szwy jej butów i peł­znie w górę nóg. Delek­to­wała się tą chwilą wytchnie­nia. Ależ przy­jem­nie było czuć i o niczym nie myśleć. Jak gdyby jej mózg prze­łą­czył się nagle na tryb męski. Wyzwo­le­nie! Nie­stety - krót­ko­trwałe.

Pod­ska­ki­wała w miej­scu, cze­ka­jąc, aż Alba i Peter wsiądą do tak­sówki, po czym sama też wgra­mo­liła się do środka i zamknęła drzwiczki.

Lot prze­biegł w mil­cze­niu. Trwał bez końca. Alba spała aż do lądo­wa­nia; Peter zapadł w drzemkę, prze­ry­waną bez­ład­nymi mono­lo­gami.

Ale­xis liczyła, że zgiełk na lot­ni­sku odwróci jej myśli od Lin­nei. Jed­nak na Lan­dvet­ter pano­wała senna atmos­fera. Jasno­włosi miej­scowi witali podróż­nych z przy­gnę­bia­jącą apa­tią. Na szczę­ście chłód pomógł Ale­xis zrzu­cić z sie­bie całą tę nega­tywną ener­gię przed mającą trwać pół­to­rej godziny podróżą.

Trójka przy­ja­ciół pogrą­żyła się w kon­tem­pla­cji śnież­nego całunu, który przy­kry­wał rów­ninę i roz­świe­tlał noc nie­bie­skawą poświatą. Peter, wci­śnięty mię­dzy Albę a Ale­xis, ponuro wpa­try­wał się w drogę. Alba przy­kle­iła nos do szyby jak obra­żone dziecko.

Kie­rowca słu­chał cicho radia. Nad­spo­dzie­wa­nie melo­dyjny język szwedzki podzia­łał na Ale­xis uspo­ka­ja­jąco. Zamknęła oczy i poma­so­wała skro­nie opusz­kami pal­ców. Ni­gdy nie sły­szała, jak Lin­nea wypo­wiada się w ojczy­stym języku ani jak opo­wiada o Fal­ken­bergu czy o tym, co tam robi - zawsze zby­wała pyta­nia o swoje pobyty w Szwe­cji: w iście śród­ziem­no­mor­skim stylu machała ręką i zmie­niała temat.

- Sorry, sir... How long before we arrive?

Alba zadała to pyta­nie ze swoim świsz­czą­cym akcen­tem, nie odry­wa­jąc oczu od drogi.

- Five minu­tes.

Peter zaczął gwał­tow­nie cią­gnąć za pas bez­pie­czeń­stwa.

- Nie mogę - dyszał. - Nie mogę cze­kać do rana... Musimy jechać do Lin­nei już teraz.

Prze­ra­żona Alba spoj­rzała na Ale­xis, która chwy­ciła Petera za dło­nie i mocno je ści­snęła.

- Nie mamy klu­czy, Peter... Poli­cja już była u Lin­nei. Nie możemy zro­bić nic wię­cej...

- Dla­czego nie chcieli prze­szu­kać domu, do cho­lery? Może zemdlała, a teraz czeka... czeka...

Zaczął szlo­chać tak mocno, że stra­cił oddech. Pochy­lił się i przy­ci­snął pię­ści do otwar­tych ust, na próżno pró­bu­jąc się uspo­koić.

Ale­xis chwy­ciła drżącą dło­nią tele­fon i podała adres Lin­nei szo­fe­rowi, który z nie­po­ko­jem zer­kał w lusterko. Peter poło­żył głowę na ramie­niu Alby i co jakiś czas pocią­gał nosem.

Tak­sówka zwol­niła, skrę­ciła w prawo w wąską drogę i zachwiała się jak łódź, do któ­rej wła­śnie wsia­dają pasa­że­ro­wie. Tele­fon Ale­xis zaczął wibro­wać. Ode­brała, chwy­ta­jąc się zagłówka przy przed­nim sie­dze­niu.

- Ale­xis Castelli?

Nie zwró­ciła uwagi na to, że głos w słu­chawce okrut­nie kale­czy jej imię, i szybko potwier­dziła.

Jej roz­mówca przed­sta­wił się, po czym wypo­wie­dział kilka zdań w dosko­na­łej angielsz­czyź­nie. Ale­xis przy­mknęła oczy, oparła czoło o sie­dze­nie i popro­siła go, by powtó­rzył. Smu­tek i strach ści­skały jej żołą­dek, roz­pie­rały płuca i wysu­szyły gar­dło.

Śmierć po raz kolejny zabrała jej bli­ską osobę.

***

Kie­rowca zatrzy­mał się przed dużym domem z jasnego drewna. Śnieg zasła­niał nocne niebo niczym tiu­lowa dra­pe­ria. W oddali tań­czyły nie­bie­skie świa­tła poli­cyj­nych kogu­tów.

Ale­xis przy­gry­zała wargi, sta­ra­jąc się opa­no­wać drże­nie szczęk. W nie­da­le­kim por­cie jach­to­wym odkryto zwłoki. Ale­xis dowie­działa się o tym przez tele­fon od szwedz­kiego poli­cjanta. Odkryto czy­jeś zwłoki. Poli­cjant wie­dział, że Ale­xis jedzie do Fal­ken­bergu, poin­for­mo­wało go o tym cen­trum poszu­ki­wań osób zagi­nio­nych, ale nie spo­dzie­wał się, że znaj­duje się pół kilo­me­tra od domu Lin­nei. Zaczął coś beł­ko­tać, zawa­hał się, zamie­nił kilka szwedz­kich słów z jakimś męż­czy­zną o mono­ton­nym gło­sie, po czym pole­cił Ale­xis, by tak­sówka zawio­zła ich pod inny adres, w pobliżu.

Ale­xis roz­łą­czyła się i zamknęła oczy. Strach ści­snął ją za serce. Nie miała czasu prze­tra­wić tej strasz­nej wia­do­mo­ści i czuła, jak zbiera jej się na wymioty. Posta­no­wiła daro­wać sobie nie­po­trzebne bole­sne eufe­mi­zmy i sucho zre­fe­ro­wała przy­ja­cio­łom całą roz­mowę. Peter powoli poki­wał głową i zaskle­pił się w nie­po­ko­ją­cym mil­cze­niu. Alba na kilka sekund wytrzesz­czyła oczy, po czym znów wbiła je w zaśnie­żoną szybę.

Odkryto czy­jeś zwłoki.

Drzwiczki otwo­rzył im przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna w czer­wo­nej, przy­sy­pa­nej śnie­giem parce. Odsu­nął się, by prze­pu­ścić Ale­xis. Do tak­sówki wdarł się tuman bia­łych płat­ków, chłosz­cząc jej twarz. Ale­xis zamru­gała, by pozbyć się gwiaz­dek śniegu, przy­kle­jo­nych do rzęs, po czym wysia­dła z samo­chodu, a za nią Peter i Alba.

W dro­dze do bramy męż­czy­zna cały czas coś do niej mówił, jed­nak podmu­chy wia­tru tłu­miły jego głos. Wresz­cie zamknął za nimi drzwi domu, odci­na­jąc ich natych­miast od prze­ni­kli­wego zimna. Ale­xis, zdej­mu­jąc płaszcz, popro­siła męż­czy­znę, by powtó­rzył to, co mówił.

- Jestem Kri­stian Olo­fs­son, detek­tyw poli­cji w Fal­ken­bergu. Kilka minut temu roz­ma­wia­li­śmy przez tele­fon.

- Tak, oczy­wi­ście...

Alba i Peter cze­kali za jej ple­cami jak zagu­bione dzieci.

- A oto Stel­lan Eklund.

Jakiś męż­czy­zna stał w drzwiach do kuchni, po pra­wej. Przy­wi­tał ją lek­kim ski­nie­niem głowy.

- Stel­lan zaj­mie się wami do czasu spo­tka­nia z komi­sa­rzem Len­nar­tem Bergströmem.

- Czy...

Detek­tyw nie pozwo­lił jej dokoń­czyć, wyjął tele­fon i znik­nął w głębi kory­ta­rza. Stel­lan odwró­cił uwagę przy­by­łych, pro­po­nu­jąc im kawę.

- Zaraz przyjdę, chcę tylko poroz­ma­wiać z detek­ty­wem! - rzu­ciła Ale­xis, rusza­jąc za Olo­fs­so­nem. - Ma pan opis tych zwłok? Jakieś zdję­cie? Infor­ma­cje na temat osoby, którą zna­leź­li­ście?

Olof­fson odwró­cił się, zasko­czony. Zakoń­czył roz­mowę, nie spusz­cza­jąc Ale­xis z oczu, po czym roz­łą­czył się.

- Nie mogę...

- Ja tylko pro­szę pana o prze­ka­za­nie mi infor­ma­cji, które pan posiada, nawet jeśli nie ziden­ty­fi­ko­wa­li­ście jesz­cze... ciała.

Poczuła, jak zaci­ska jej się gar­dło.

- Nie mogę pani nic powie­dzieć, bo sam jesz­cze nie znam szcze­gó­łów.

Ale­xis wznio­sła oczy ku niebu i wes­tchnęła ziry­to­wana. Olo­fs­son cią­gnął tym samym, mono­ton­nym tonem:

- Komi­sarz Bergström przy­słał mnie tu, do domu Eklunda, i kazał mi was ugo­ścić. Za chwilę powi­nien tu być.

- Czy może mi pan cho­ciaż powie­dzieć, kim jest ten Eklund i co my u niego robimy?

- Stel­lan Eklund to były funk­cjo­na­riusz poli­cji w Fal­ken­bergu.

Trza­snęły drzwi.

- Idzie Len­nart... - stwier­dził Olo­fs­son, minął Ale­xis i wró­cił do sieni.

Ale­xis dostrze­gła masyw­nego męż­czy­znę o krót­kim, siwie­ją­cym zaro­ście. W gra­na­to­wym płasz­czu i z wło­sami mokrymi od śniegu, Len­nart Bergström przy­po­mi­nał bar­dziej mary­na­rza niż poli­cjanta.

- Hej, Len­nart - przy­wi­tał go Olo­fs­son. - Det är Ale­xis Castelli, Linnéa Blixs vän. Hon kom­mer ifr?n...

- Ja, ja, ja, visst Kri­stian.

Bergström zaj­rzał Ale­xis głę­boko w oczy i wycią­gnął do niej rękę.

- Dzień dobry, jestem Len­nart Bergström, komi­sarz poli­cji w Fal­ken­bergu.

Wzmoc­nił uścisk, a drugą rękę poło­żył na ramie­niu Ale­xis, z nie­ocze­ki­waną deli­kat­no­ścią.

- Naprawdę, bar­dzo mi przy­kro...

Ale­xis zachwiała się na nogach. - Bergström ledwo zdą­żył ją pod­trzy­mać. Poczuła, jak pożera ją ogromny smu­tek niczym wygłod­niały dra­pież­nik.

Bergström posa­dził ją na jed­nym z krze­seł usta­wio­nych wzdłuż ściany na kory­ta­rzu. Sam usiadł obok.

Zgar­biona, ze wzro­kiem wbi­tym w kolana, Ale­xis słu­chała słów, które tak bała się usły­szeć.

8

Fal­ken­berg, Olo­fsbo, dom Stel­lana Eklunda, ponie­dzia­łek, 13 stycz­nia 2014 roku, godzina 1.30

Kri­stian Olo­fs­son dolał sobie kawy. Kobieta o koń­skiej twa­rzy i trud­nym do zapa­mię­ta­nia imie­niu podała mu fili­żankę, jakby był jej loka­jem. Olo­fs­son nie cier­piał tych wiel­ko­miej­skich paniuś. A ta w dodatku śmier­działa nie­złym gro­szem, miała torebkę w kolo­rze butów i pełną wyż­szo­ści minę, która mówiła: "moja-bran­so­letka-koszuje-tyle-ile-twoja-sze­ścio­mie­sięczna-pen­sja-i-mam-cię-w-dupie-ty-nędza­rzu".

Napeł­nił fili­żankę bur­żujki, patrząc na tę drugą, Ale­xis, naprawdę ład­niutką. Stel­lan już zagiął na nią parol. Nic dziw­nego. Pra­wie zemdlała w sieni, ale zaraz wzięła się w garść i poszła prze­ka­zać wia­do­mość temu bub­kowi, który zaczął się mazać; widać, że to mię­czak. W tym towa­rzy­stwie jaja miała zde­cy­do­wa­nie ta ślicz­notka. Razem z koniem dały mu tabletkę na uspo­ko­je­nie i poło­żyły do łóżka w pokoju gościn­nym. Tym­cza­sem Bergström wyja­śnił, że ta Lin­nea Blix, którą zna­lazł w Tor­sviks sm?b?tshamn gołą i nie­źle pokie­re­szo­waną, była jakąś ważną per­soną. Serio? On oso­bi­ście ni­gdy o niej nie sły­szał.

- Kri­stian!

O wilku mowa... Komi­sarz pil­no­wał Olo­fs­sona jak mleka na kuchence, odkąd prze­nie­siono go z Göteborga.

- Co jest?

Gru­bas nie zatrzy­mał się ani na chwilę. Cho­ciaż raz w Fal­ken­bergu coś się wyda­rzyło, sta­ru­szek musiał dostać nie­złego szwungu.

Olo­fs­son odsta­wił kawę i ruszył truch­tem w kie­runku sto­ją­cego przy drzwiach Bergströma.

- Kry­mi­nalni skoń­czyli prze­szu­ki­wać dom ofiary. Peter Tem­ple­ton będzie musiał spraw­dzić, czy niczego nie bra­kuje, czy nic nie zostało prze­sta­wione ewen­tu­al­nie dodane.

- Tem­ple­ton śpi. Kobiety dały mu tabletkę.

- Ach... Zobacz, czy któ­raś z jego kole­ża­nek może nam pomóc, zanim on doj­dzie do sie­bie.

Olo­fs­son poki­wał głową i ruszył w kie­runku kuchni. No chyba, że mu pomogą. Ale nie ma mowy o męcze­niu się z tą tyką. Weź­mie ze sobą ślicz­notkę i może uda im się nawią­zać bliż­szą zna­jo­mość.

***

Sprawy nie poto­czyły się tak, jak to prze­wi­dział Olo­fs­son. Bur­żujka zbun­to­wała się na wieść o per­spek­ty­wie oglę­dzin u Lin­nei Blix: uznała, że to nie­ludz­kie, bo na­dal są w szoku po tej strasz­nej wia­do­mo­ści, a w dodatku zupeł­nie bez sensu, ponie­waż żadne z nich ni­gdy nie było w tym domu. Ślicz­notka wyja­śniła sta­rej to, co powinna była zro­zu­mieć sama: cho­dzi-o-dobro-śledz­twa. Ow­szem, nie znali domu przy­ja­ciółki, ale za to świet­nie znali ją samą, więc może uda im się dostrzec coś oso­bli­wego, detal, jakiś szcze­gólny przed­miot lub jego brak. Krótko mówiąc, prze­ko­nała ją, że powinni zgo­dzić się bez gada­nia, koniec, kropka.

Oczy­wi­ście Fran­cu­zeczka ład­niej ubrała to w słowa. Klacz od razu się uspo­ko­iła, ale ponie­waż nie­szczę­ścia cho­dzą parami, obu­dził się mię­czak i Olo­fs­son musiał zabrać ze sobą całą trójkę. Jak pech, to pech. Nie mówiąc już o tym, że nagle poczuł się wykoń­czony. Docho­dziła już czwarta rano, a on oddałby wszystko za krótką drzemkę.

Detek­tyw trza­snął drzwicz­kami samo­chodu i zadrżał. Od wyj­ścia z domu Eklunda nikt nie ode­zwał się sło­wem. Teraz atmos­fera była jesz­cze bar­dziej ponura; pomimo polar­nego mrozu i smo­li­stej ciem­no­ści wszy­scy woleli zacze­kać na zewnątrz.

Poli­cjant trzy­ma­jący wartę przed domem otwo­rzył im, zapa­lił świa­tło, wpu­ścił ich do środka i natych­miast zamknął za nimi drzwi. Ale­xis czuła się jak turystka pro­wa­dzona w dziwne miej­sca przez spie­szą­cego się gdzieś prze­wod­nika.

Rozej­rzała się wokół, zmę­czona, ale i zasko­czona. Ściany przed­po­koju okle­jone były poma­rań­czową tapetą w kwiaty. Naprze­ciw drzwi do kuchni stały dwa różne krze­sła, a mię­dzy nimi jasna komoda, na któ­rej leżały weł­niane czapki, szminka, kilka monet i ulotka. Kuch­nia urzą­dzona była rów­nie kiczo­wato: kafle w psy­cho­de­liczny wzór i stół z for­miki. Ale­xis nie mogła uwie­rzyć, że ten dom należy do jej przy­ja­ciółki. Nic tutaj nie było w jej stylu. Lin­nea zawsze zwra­cała więk­szą uwagę na nazwi­sko pro­jek­tanta niż na sam przed­miot. Miała fotel od Phi­lippe'a Starka, stół od Arnego Jacob­sena, półkę od Rona Arada...

Peter, jakby czy­ta­jąc w jej myślach, spoj­rzał jej w oczy i poczer­wie­niał. Prze­je­chał pal­cami po kor­ko­wej desce do kro­je­nia, na­dal peł­nej okrusz­ków, i wyszedł z kuchni.

Ale­xis poszła za nim do cia­snej łazienki. Na tabo­re­cie obok kabiny prysz­ni­co­wej stała kosme­tyczka Lin­nei. Wysta­wał z niej tusz do rzęs i pędzel do maki­jażu, jakby przed chwilą się malo­wała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

Czwar­tek, 7 listo­pada 2013 roku

Wiązki świa­tła z trzech lata­rek prze­ci­nają dół.

Ide­alny pro­sto­kąt. Metr trzy­dzie­ści dłu­go­ści, pół metra sze­ro­ko­ści. Wyko­pany na miarę.

Pod­nosi łopatę, nabiera na nią zie­mię i zaczyna zasy­py­wać. Jeden ruch i już nie widać nóg. Wystają tylko palce u stóp. Gład­kie jak kamyki i zimne jak kostki lodu paluszki, które miałby ochotę musnąć.

Gład­kie i zimne.

Kolejny kop­czyk wil­got­nej ziemi tra­fia na brzuch. Zie­mia spada na brzeg klatki pier­sio­wej, na pępek; nad­miar zsuwa się na boki. Jesz­cze tylko kilka ruchów łopatą i będzie po wszyst­kim.

Szybko poszło.

Nagle wypusz­cza z rąk łopatę i przy­tyka ubło­cone ręka­wice do uszu.

- Zamkniesz się wresz­cie?

Wypluwa słowa spo­mię­dzy gniew­nie zaci­śnię­tych szczęk.

- Nie, nie, nie. Prze­stań krzy­czeć! Prze­stań!

Klęka nad dołem i zakrywa dło­nią pobla­dłe, mar­twe usta.

- Cicho. Ciiii­cho, powie­dzia­łem.

Pociera nosem o lodo­waty dzie­cięcy poli­czek.

- Tak... tak... no, już dobrze. Zaśpie­wam ci tę pio­senkę. Zaśpie­wam "Imse Vimse", ale ty masz być cicho. Zro­zu­miano?

Wstaje i otrze­puje spodnie.

- Cho­dził pają­czek po ryn­nie...

Pod­nosi łopatę i rzuca skibę ziemi na tułów. Zie­mia wdziera się w zie­jące roz­cię­cie, bie­gnące od pod­bródka do mostka.

- Padał deszcz, pają­czek spadł na zie­mię...

Teraz skiba na twarz. Zie­mia roz­sy­puje się po czole, pokrywa włosy i wpada do oczo­do­łów.

- Słońce deszcz prze­go­niło...

Zie­mia spada na ska­mie­niałe ciało w rytm wyli­czanki.

Przy­kle­puje i wygła­dza ostat­nią war­stwę, a następ­nie gestem peł­nym arty­stycz­nej non­sza­lan­cji roz­sy­puje na gro­bie zbrą­zo­wiałe przez zimę liście. Cofa się, nie spusz­cza­jąc mogiły z oczu, po czym wraca i czub­kiem buta prze­suwa kilka liści.

Wyciera łopatę dło­nią w ręka­wicy, wkłada latarki do pokrow­ców, zdej­muje ręka­wice, otrze­puje je, a potem kolejno chowa narzę­dzia do torby.

Zakła­da­jąc torbę na ramię, sły­szy skrzek, cha­rak­te­ry­styczny dla alek­san­dretty obroż­nej. Podobno te egzo­tyczne papugi ucie­kły ze stu­dia fil­mo­wego Shep­per­ton w Sur­rey, gdy krę­cono tam "Afry­kań­ską kró­lową" z lau­re­atem Oscara, Bogar­tem. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak nie przy­wie­ziono tu żad­nej papugi, a film powstał w stu­dio Isle­worth. Więc skąd wzięły się tu takie ptaszki?

Przy­staje na chwilę i szuka jaskra­wo­zie­lo­nych piór pośród gęstej ciem­no­ści. Ale sły­szy tylko fur­kot skrzy­deł.

Naprawdę będzie musiał sobie spra­wić drugą lor­netkę z nok­to­wi­zo­rem. Nie może dłu­żej pra­co­wać przy latar­kach, to zbyt ryzy­kowne; jeśli nie zor­ga­ni­zuje się lepiej, słono zapłaci za swoją nie­ostroż­ność.

Wyj­muje z kie­szeni kurtki latarkę i rusza w drogę.

2

Anglia, Lon­dyn, Hamp­stead Vil­lage, miesz­ka­nie Ale­xis Castells, sobota, 11 stycz­nia 2014 roku, godzina 15.00

Lis wygrze­wał się w ostat­nich pro­mie­niach słońca oświe­tla­ją­cych ogród. Dwa­dzie­ścia minut temu wśli­zgnął się tu spo­mię­dzy krze­wów i od tam­tego momentu nawet się nie poru­szył. Po traw­niku nie­opo­dal hasały dwie bose dziew­czynki, a ich rude, kędzie­rzawe czu­pryny roz­wie­wał wiatr. Dziwne, że jesz­cze się nie prze­zię­biły.

Ale­xis sie­działa w swoim gabi­ne­cie z wido­kiem na sze­reg przy­do­mo­wych ogród­ków. Prze­cią­gnęła się, popra­wiła poduszkę pod poślad­kami i ponow­nie włą­czyła magne­to­fon. Pomiesz­cze­nie wypeł­nił mono­tonny głos Rose­mary West.

Dwa mie­siące wcze­śniej, sie­dząc naprze­ciw Rose­mary w wię­zie­niu Low New­ton, na pół­nocy kraju, Ale­xis przy­glą­dała się szczu­płym i deli­kat­nym dło­niom zbrod­niarki. Dło­niom, w które Rose­mary cały czas wbi­jała wzrok, opo­wia­da­jąc, jak zabiła swoją córkę.

Ale­xis nagle drgnęła. Na ekra­nie kom­pu­tera poja­wiły się minia­tury twa­rzy jej rodzi­ców. Zatrzy­mała nagra­nie.

- Widzisz, że nie potra­fisz! - nie­cier­pli­wiła się matka. - Tu trzeba wci­snąć, popatrz.

Połą­cze­nie zostało prze­rwane. Roz­ba­wiona Ale­xis sama się połą­czyła.

- Halo! - rzu­ciła pro­sto w twarz ojca w dużym zbli­że­niu.

- Ach... ciszej, Mado! Patrz, jest! Jak się masz, pchełko?

Trzy­dzie­sto­sied­mio­let­nia Ale­xis na­dal była "pchełką" swo­jego ojca.

- Dla­czego sie­dzisz w domu, skar­bie? - ode­zwała się matka, zbli­ża­jąc usta do kamerki. - Podobno w Lon­dy­nie jest ładna pogoda. To zna­czy... Pew­nie cza­sem wyj­rzy tro­chę słońca. Jeśli teraz nie wyj­dziesz, to nie będziesz wycho­dzić przez cały rok!

- Sie­dzi w domu, bo musi dokoń­czyć książkę! Za dwa mie­siące składa ją w wydaw­nic­twie, prze­cież wiesz, nie?

- Ale cza­sem musi się tro­chę prze­wie­trzyć. Widzisz, jak ona wygląda?

Ale­xis prze­wró­ciła oczami. Moja twarz? Masz coś do mojej twa­rzy?

- Gdzie dzieci? - zapy­tała, żeby zmie­nić temat.

- Bawią się pre­zen­tami.

- Pre­zen­tami? Co świę­tu­je­cie?

- Trzech Króli. Els Reis Mags - odpo­wie­dział ojciec po kata­loń­sku. - Muszą wie­dzieć, skąd pocho­dzą. Są w jed­nej czwar­tej...

- Hisz­pa­nami, tak... wiem, tato.

- Nie! Kata­loń­czy­kami. Są w jed­nej czwar­tej Kata­loń­czy­kami. Na jakim eta­pie jest twoja książka?

- Pięć stron dalej niż wczo­raj, tato. Muszę koń­czyć, mam jesz­cze sporo do zro­bie­nia...

- Odło­żyć ci tro­chę paelli, którą przy­rzą­dzi­łam? - zapy­tała matka. - Zamrożę i zjesz sobie, jak przy­je­dziesz. A wła­śnie, kiedy przy­je­dziesz? Kupi­łaś już bilet?

- Nie wiem, mamo.

- Nie chcesz mojej paelli?

- Chcę twoją paellę, mamo, ale nie wiem, kiedy do was przy­jadę. Muszę wra­cać do pracy. Uca­łuj wszyst­kich ode mnie.

- Nie chcesz chwilę poga­dać z sio­strą i z Xavie­rem?

- Gada­łam z nimi wczo­raj, mamo... No dobrze, miłego popo­łu­dnia.

Ale­xis prze­słała kilka cału­sów w stronę ekranu, żeby uciąć pro­te­sty matki, i wyłą­czyła Skype'a.

Powlo­kła się do kuchni, nalała sobie kolejną fili­żankę kawy i wzięła do ręki tele­fon, który na czas pisa­nia zosta­wiała w kuchni przy lodówce, żeby nie kusił. Pozwa­lała sobie spraw­dzać go tylko pod­czas przerw na kawę lub na kawa­łek sera.

Teraz wytrzesz­czyła oczy ze zdu­mie­nia. Sie­dem­na­ście nie­ode­bra­nych połą­czeń z lon­dyń­skiego sta­cjo­nar­nego numeru i cztery wia­do­mo­ści. Natych­miast oddzwo­niła.

- Ale­xis Castells, you tried to call me...

- Ale­xis, tu Alba...

Zazwy­czaj głos Alby, Hisz­panki o tem­pe­ra­men­cie rów­nie żywym, jak barwy jej stro­jów, dzia­łał na roz­mówcę niczym bal­sam. Dziś jed­nak nie sły­chać w nim było zwy­kłego cie­pła. Był bez­barwny, a chwi­lami zała­my­wał się z nie­po­koju.

- To numer butiku. Nie chcia­łam zaj­mo­wać pry­wat­nej linii, na wypa­dek gdyby... Nie, nie, nie! Pro­szę nie doty­kać tej witryny - dener­wo­wała się Alba.

W odpo­wie­dzi zabrzmiało kilka nie­zro­zu­mia­łych słów pro­te­stu.

- To JA jestem tu kie­row­niczką do spraw PR i mówię wam, żeby­ście zosta­wili w spo­koju tę witrynę, do jasnej cho­lery! Prze­pra­szam, Ale­xis... To jakieś sza­leń­stwo. Nie­za­leż­nie od tego, ile się czło­wiek namę­czy przez kilka mie­sięcy, w tym naj­waż­niej­szym dniu i tak zawsze jest bur­del...

Alba wydała z sie­bie prze­ry­wane wes­tchnie­nie.

- Dios mío, Ale­xis...

- Co się dzieje, Albo?

Niemcy, lipiec 1944 roku

Pociąg zwol­nił, wta­cza­jąc się pod górę.

Jeden z więź­niów szarp­nął drzwi wagonu, wyda­jąc z sie­bie zwie­rzęcy sko­wyt. Reszta chwy­tała świeże powie­trze, wycią­ga­jąc szyje, jak gdyby ten nie­ocze­ki­wany dopływ tlenu mógł uga­sić pra­gnie­nie, które paliło im gar­dła.

Odcze­kał kilka sekund, jak wró­bel na gałęzi, który zwleka z odlo­tem, po czym znik­nął w atra­men­to­wej nocy. Inni więź­nio­wie ruszyli w jego ślady, gdy nagle pociąg się zatrzy­mał.

W lesie roz­le­gła się seria głu­chych odgło­sów, w ciem­no­ści roz­bły­sły żół­tawe plamy: reflek­tory na wie­życz­kach straż­ni­czych roz­po­częły polo­wa­nie na czło­wieka. Zaglą­dały w zaro­śla, pod roz­ło­ży­ste drzewa, w poszy­cie.

- Ich habe sie! Ich habe sechs von ihnen!

Po tym okrzyku nastą­piły serie z kara­bi­nów maszy­no­wych. Wywrza­ski­wane po nie­miecku roz­kazy mie­szały się z wybu­chami, aż wresz­cie nad kon­wo­jem zapa­dła cisza - jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jąca niż strzały.

Erich Ebner zasta­na­wiał się, ilu zgi­nęło ludzi. A ilu zdo­łało uciec. Ilu będzie umie­rać powoli od ran, w strasz­li­wych męczar­niach.

- Być może tak jest lepiej - szep­nął po angiel­sku sto­jący obok męż­czy­zna. Bo prze­cież na końcu tej podróży cze­kało ich pie­kło.

Erich powąt­pie­wał: cóż mogło być gor­szego od tych bydlę­cych wago­nów bez powie­trza i bez wody, gdy tem­pe­ra­tura na zewnątrz prze­kra­czała 25 stopni? Wagony zapro­jek­to­wano dla czter­dzie­stu osób albo ośmiu koni. Teraz w każ­dym cisnęło się stu czter­dzie­stu dwóch męż­czyzn. To zna­czy... stu czter­dzie­stu dwóch męż­czyzn żywych na początku podróży.

Stary Hisz­pan zmarł pierw­szy, kilka godzin po odjeź­dzie kon­woju. Gdy jego syn zauwa­żył, że ojciec nie oddy­cha, sam zaczął krzy­czeć. Starł ślinę z pod­bródka ojca i przy­tu­lił go, jęcząc. Posi­niała twarz zmar­łego kiwała się na prawo i lewo w maka­brycz­nym tańcu. Męż­czy­zna zaczął walić w ściany wagonu, po czym rzu­cił się na swo­jego sąsiada. Zdjął but i bił obca­sem Bogu ducha win­nego czło­wieka. Nikt się nie ruszył, ludzie tylko krzy­wili się na widok kolej­nych cio­sów. Bójka skoń­czyła się rów­nie nagle, jak się zaczęła. Wyczer­pa­nie wzięło górę nad sza­leń­stwem.

Póź­nej umie­rali jesz­cze inni, ale wszy­scy byli tak ści­śnięci, że trupy stały pio­nowo, wsparte o tych, któ­rzy tło­czyli się wokół. Erich nie mógł ich widzieć, ale dobrze ich czuł. W wago­nie uno­sił się gnilny odór śmierci pomie­szany z wyzie­wami potu i odcho­dów. Gry­zący smród czło­wieka spro­wa­dzo­nego do stanu zezwie­rzę­ce­nia. Mieli tylko jedno szambo i nikt nie opróż­niał go przez trzy­dzie­ści sześć godzin, od chwili wyjazdu.

Ebner prze­niósł cię­żar ciała na drugą nogę. Męż­czy­zna sto­jący obok uwol­nił się z wymu­szo­nego uści­sku współ­więź­niów. Tuż przed ucieczką zli­zał mu z ramie­nia kilka kro­pel potu. Erich widział, jak cen­ty­metr po cen­ty­metrze zbliża się do umy­walki, by spi­jać spły­wa­jący z niej mocz, z twa­rzą wykrzy­wioną obrzy­dze­niem. Prze­rwał, usły­szaw­szy chrzęst żwiru pod butami nie­miec­kich żoł­nie­rzy.

Przed otwar­tym na oścież wago­nem sta­nęło dwóch ofi­ce­rów SS. Ten z pra­wej zro­bił krok naprzód, z dło­nią na kol­bie pisto­letu.

- Auszie­hen!

Nikt się nie ruszył; więk­szość męż­czyzn ści­śnię­tych w wago­nie nie znała nie­miec­kiego.

- Nackt, ver­dam­mte Sche­isse!

Erich wie­dział, że jeśli zacznie tłu­ma­czyć roz­kazy żoł­nie­rza, zosta­nie stra­cony na miej­scu. Zaczął więc się roz­bie­rać, tak szybko, jak tylko pozwa­lał mu na to ten nie­ludzki ścisk.

Reszta ruszyła w jego ślady. Byli nie­zdarni i zaże­no­wani. Zasła­niali dłońmi kro­cza.

- Die Anzieh­sa­chen zur ersten Reihe weiter­ge­ben!

Towa­rzy­sze nie­doli zer­kali na niego kątem oka, spraw­dza­jąc, co należy robić. Ebner podał swoje ubra­nie jed­nemu z więź­niów, któ­rzy stali przed eses­ma­nem.

Gdy wszyst­kie ubra­nia zrzu­cono już na stos przed pocią­giem, eses­man wyjął z kabury lugera, przy­ło­żył lufę do sto­ją­cego naprze­ciw więź­nia i naci­snął spust. Odgłos wystrzału zagłu­szył prze­ra­żone okrzyki męż­czyzn, któ­rych twa­rze pokryły się odpry­skami kości i mózgo­wia.

- Kein Ent­kom­men mehr.

Drugi eses­man zasu­nął drzwi wagonu i pociąg odje­chał.

***

Kon­wój dotarł na dwo­rzec następ­nego dnia po połu­dniu.

Zgrzyt hamul­ców wdarł się w panu­jący na zewnątrz zgiełk, dzi­kie uja­da­nie psów i rzu­cane po nie­miecku roz­kazy.

Drzwi wagonu otwo­rzyły się i więź­nio­wie ujrzeli grupę żoł­nie­rzy. Trzech z nich trzy­mało na smy­czy wil­czury, które wyry­wały się w kie­runku nowo przy­by­łych.

- RAUS, RAUS!

Pierw­szy rząd więź­niów ostroż­nie ruszył do przodu. Na głowy, ramiona i unie­sione w geście pro­te­stu ręce runął z trza­skiem deszcz cio­sów zada­wa­nych kol­bami i pał­kami. Ci, któ­rzy nie mogli wstać, byli szczuci psami.

- RAUS!

W miarę jak więź­nio­wie wysia­dali z wagonu, trupy sypały się na peron jak szma­ciane kukły. Natych­miast dep­tali je ci, któ­rzy, pró­bu­jąc prze­żyć, ucie­kali przed cio­sami.

Pałka dosię­gła tylko ramie­nia i kolana Eri­cha; męż­czy­zna wyrwał się psom i bie­giem dopadł kolejki.

Marsz w kie­runku obozu trwał wiecz­ność. Erich szedł w kolum­nie kuś­ty­ka­ją­cych, usta­wio­nych piąt­kami męż­czyzn, w palą­cym słońcu, do wtóru melo­dii wygry­wa­nych przez towa­rzy­szącą im orkie­strę.

To wszystko było nie­do­rzeczne. Droga. Trupy. Prze­moc. Muzyka. Nagie ciała. Nikt już nie sta­rał się zakry­wać, jak gdyby każdy pogo­dził się z utratą ludz­kiej god­no­ści. I mil­cze­nie. Pełne rezy­gna­cji mil­cze­nie, zagłu­szone nie­sto­sowną muzyką. Żoł­nie­rze nie zabro­nili im się odzy­wać, jed­nak nikt nie śmiał nic mówić. Strach przy­tę­pił zmy­sły. Zastą­pił ból, pra­gnie­nie, głód i skrajne wyczer­pa­nie.

Gdzie są syno­wie, córki i żony wszyst­kich tych męż­czyzn? Gdzie są rodzice Eri­cha? I jego przy­ja­ciele, kole­dzy z uczelni? Jaki jest cel tej pie­kiel­nej podróży? Sły­szał, jak jeden eses­man mówił o Etters­bergu. Byli zatem w pobliżu Weimaru, w Turyn­gii. Na wzgó­rzu, po któ­rym Goethe lubił prze­cha­dzać się mię­dzy bukami, roz­my­śla­jąc o Char­lotte von Stein.

Żoł­nie­rze zatrzy­mali pochód przy ogro­dze­niu. Eses­man, który pro­wa­dził kolumnę, prze­czy­tał na głos napis wid­nie­jący pośrodku żela­znej bramy:

- Jedem das Seine.

Każ­demu coś się należy. Suum cuique. Jak gdyby ludzie na skraju śmierci byli w sta­nie doce­nić iro­nię tej filo­zo­ficz­nej sen­ten­cji - pomy­ślał Erich.

Nagle roz­legł się prze­cią­gły wrzask.

Erich odsu­nął się na lewo i zoba­czył eses­mana z unie­sioną pię­ścią. Na ziemi jęczał sku­lony nagi męż­czy­zna.

- Aufste­hen!

Cia­łem męż­czy­zny wstrzą­sały spa­zmy.

- Aufste­hen, du ver­dam­mte Rate!

Cięż­kie ramię żoł­nie­rza opa­dło na ciało ofiary. Erich dostrzegł wów­czas, że w zaci­śnię­tej pię­ści kryje się kamień. Nie­miec bił bied­nego męż­czy­znę tak długo, aż roz­trza­skał mu czaszkę, po czym obszedł zwłoki dookoła i dołą­czył do czoła kon­woju.

Pochód ruszył dalej, do wtóru cio­sów pałką i rado­snej muzyki.

Erich prze­łknął gulę lęku, która puchła mu w gar­dle. Spoj­rzał na swoje obrzmiałe stopy i zaczął się zasta­na­wiać, kiedy wresz­cie dosta­nie coś do picia i do jedze­nia. Poczuł, jak ślina ciek­nie mu na myśl o stru­mie­niu chłod­nej wody, spły­wa­ją­cym pro­sto do gar­dła.

Dzie­sięć minut póź­niej zatrzy­mali się przed olbrzy­mim han­ga­rem. Nadzieja na odpo­czy­nek...

Jed­nak gdy Erich wszedł do budynku, nie zoba­czył ani sto­sów ubrań, ani posiłku, na który tak cze­kał. Znie­ru­cho­miał, zszo­ko­wany i prze­ra­żony. Sto­jący za nim wię­zień pchnął go w kie­runku ciem­no­wło­sego męż­czy­zny z maszynką do gole­nia. Jasne, cien­kie włosy Eri­cha spa­dały z bole­sną gra­cją na leżący już na pod­ło­dze stos ciem­nych loków.

Męż­czy­zna wziął brzy­twę i zaczął golić pachy, ramiona, tors i nogi Eri­cha. Gdy ostrze dotknęło wzgórka łono­wego, Erich zamknął oczy. Upo­ko­rze­nie pozba­wiło go sił. Posłusz­nie prze­krę­cił głowę pod­czas inspek­cji uszu. Otwo­rzono mu usta, by zaj­rzeć w wyschnięte gar­dło. Jego wargi popę­kały i zaczęły krwa­wić.

Póź­niej zago­nili go cio­sami pałki do olbrzy­miej wanny. Upadł, gdy ktoś kop­nął go cięż­kim butem w plecy. Natych­miast roz­po­znał zapach fenolu. Miał wra­że­nie, że jego skóra staje w pło­mie­niach. Zanu­rzył się cały, zaci­ska­jąc oczy i wargi, tak jak kazał mu uśmiech­nięty eses­man, i wyszedł na dany przez niego znak. Gdy dotarł pod stru­mień zim­nej wody, otwo­rzył sze­roko usta, zapo­mi­na­jąc o bólu.

Facet z pociągu miał rację. Na końcu dłu­giej podróży cze­kało ich pie­kło. Per­fek­cyj­nie zor­ga­ni­zo­wane pie­kło.

3

Lon­dyn, Hamp­stead Vil­lage, sobota, 11 stycz­nia 2014 roku, godzina 16.45

Ale­xis nie­przy­zwo­icie wysoko pod­cią­gnęła obci­słą sukienkę i wsia­dła do tak­sówki, na tyle ele­gancko, na ile pozwa­lał jej strój. Zbie­gnię­cie w szpil­kach po stro­mych scho­dach z miesz­ka­nia na dru­gim pię­trze wyci­snęło z niej siódme poty; wgra­mo­le­nie się do tak­sówki dosłow­nie ją wykoń­czyło. Wes­tchnęła z ulgą, gdy tylko opa­dła na sie­dze­nie.

- Popro­szę na New Bond Street sto sie­dem­dzie­siąt pięć - rzu­ciła, obcią­ga­jąc sukienkę na udach.

Szo­fer minął Fit­zjohn's Ave­nue i sunął dalej Ave­nue Road. Kilka minut póź­niej wje­chał do Regent's Park.

Ale­xis przy­kle­iła nos do szyby. Ozdo­bione stiu­kami budowle pro­jektu Johna Nasha odci­nały się od nieba barwy sadzy. O tej porze w parku zapa­dał już zmrok; lon­dyń­skie niebo nabie­rało skan­dy­naw­skiego cha­rak­teru.

Tak­sówka zatrzy­mała się, by prze­pu­ścić kilka bie­ga­czek. Ale­xis z podzi­wem, a może nawet z zazdro­ścią, powio­dła wzro­kiem za kobie­tami w adi­da­sach. Wyszły pobie­gać, nie bacząc na wil­gotny chłód, ciem­ność, a nawet na deszcz, który spra­wił, że popo­łu­dnie jesz­cze bar­dziej posza­rzało. Zadrżała z zimna i szczel­niej otu­liła się płasz­czem. Koł­nierz musnął jej kol­czyki. Dwie perły opra­wione w czer­wone złoto, pro­jekt jej przy­ja­ciółki, Lin­nei Blix.

Ale­xis z tru­dem prze­łknęła ślinę i poma­so­wała ści­śnięte gar­dło.

Lin­nea stwo­rzyła kolek­cję biżu­te­rii dla Car­tiera. Dziś wie­czo­rem odby­wała się eks­klu­zywna pre­zen­ta­cja dla garstki wybra­nych klien­tów. Póź­nym ran­kiem Lin­nea miała spo­tkać się z Albą w butiku na New Bond Street, lecz do tej pory była nie­osią­galna. Ow­szem, dość luźno trak­to­wała kwe­stię punk­tu­al­no­ści, jed­nak ni­gdy nie prze­ga­piła biz­ne­so­wego spo­tka­nia.

- Miss?

Tak­sówka zatrzy­mała się przed sie­dzibą Car­tiera. Ale­xis zapła­ciła za kurs i wygra­mo­liła się z samo­chodu, wyko­nu­jąc nie­ele­gancki roz­krok, by omi­nąć kałużę. Ledwo posta­wiła stopę na czer­wo­nym dywa­nie, a już nad jej głową poja­wił się roz­ło­żony para­sol, który chro­nił ją aż do wej­ścia.

Paul Vidal, mąż Alby, cze­kał na nią w środku, przed dwu­skrzy­dło­wymi drzwiami, za któ­rymi kryły się schody. Prze­stę­po­wał z nogi na nogę niczym cza­pla w sta­wie, z nad­spo­dzie­waną gra­cją jak na męż­czy­znę tej postury. Posłał Ale­xis pro­mienny uśmiech i na powi­ta­nie przy­tu­lił ją ser­decz­nie, cału­jąc lekko w poli­czek. Naj­wy­raź­niej dziś wie­czo­rem dzia­łał w try­bie "kie­row­nik butiku".

Wypusz­cza­jąc Ale­xis z uści­sku, szep­nął jej do ucha zanie­po­ko­jo­nym tonem:

- Na­dal jej nie ma.

Gar­dło Ale­xis znów się zaci­snęło.

Gdzie jest Lin­nea, do jasnej cho­lery?

Ton Paula odzy­skał swoją komer­cyjną lek­kość, by powi­tać rosyj­skich klien­tów, któ­rzy drep­tali tuż za Ale­xis.

- Madam, may I show you the way to the boar­droom?

Głos był dys­kretny jak dźwięk dzwo­neczka. Ale­xis odwró­ciła głowę. Czar­no­włosa, szczu­plutka dziew­czyna uśmie­chała się do niej ze szczerą życz­li­wo­ścią. Ale­xis ruszyła za nią, uwa­ża­jąc, gdzie sta­wia obute w szpilki stopy.

U szczytu scho­dów otwo­rzyły się lustrzane drzwi, uka­zu­jąc salę o wyso­kim skle­pie­niu. Ale­xis natych­miast dostrze­gła Albę, pogrą­żoną w roz­mo­wie z parą Azja­tów.

Natych­miast zapra­gnęła usiąść obok przy­ja­ciółki i z mło­dzień­czym zapa­łem poroz­ma­wiać o Lin­nei - zaba­wić się w naczy­nia połą­czone - jak mawiał uszczy­pli­wie Paul. Podzie­lić się oba­wami, dodać do wła­snych lęków panikę Alby, pod­nieść poziom stra­chu, wymy­ślać histo­rie tak dra­ma­tyczne, że nada­wa­łyby się na hol­ly­wo­odzki sce­na­riusz, a wresz­cie wybuch­nąć śmie­chem na widok Lin­nei wcho­dzą­cej do sali w jakimś nie­praw­do­po­dob­nym stroju, z gęstymi blond wło­sami zebra­nymi w kok na czubku głowy, i mówią­cej, że strasz­nie jej przy­kro, ale nie zdą­żyła na pociąg... Jed­nak dziś Alba nie miała czasu dla Ale­xis. Cho­dziła od klienta do klienta, ledwo łapiąc oddech mię­dzy kolej­nymi roz­mo­wami.

Ale­xis musiała więc sama radzić sobie ze stre­sem. Powta­rzała sobie, że Lin­nea na pewno wresz­cie się pojawi.

Przy­jęła kie­li­szek szam­pana od ete­rycz­nej hostessy i upiła pierw­szy łyk, wśli­zgu­jąc się nie­śmiało do sali kon­fe­ren­cyj­nej. Lek­kie i drobne bąbelki szam­pana pie­ściły jej pod­nie­bie­nie.

Ale­xis ogar­nęła wzro­kiem salę. Solidne meble, rżnięte gzymsy, cięż­kie zasłony opa­da­jące na par­kiet uło­żony w jodełkę - z całego pomiesz­cze­nia ema­no­wała Histo­ria przez duże H. Jak gdyby cho­dził po nim jesz­cze gene­rał de Gaulle, który urzę­do­wał tu w latach wojen­nego wygna­nia. Byli tacy, któ­rzy twier­dzili nawet, że wła­śnie tu napi­sał swoją słynną ode­zwę do Fran­cu­zów, wygło­szoną 18 czerwca 1940 roku - myśli Ale­xis pobie­gły w stronę jej rodaka.

Pośrodku zwi­sał nad pod­łogą przy­kryty aksa­mi­tem sze­ścian - praw­do­po­dob­nie gablota z kolek­cją zapro­jek­to­waną przez Lin­neę. W każ­dym rogu sali stała złota, okrą­gła witryna ze wspa­nia­łymi kre­acjami Jeanne Tous­sa­int, zwa­nej Pan­terą. Ta zdolna Bel­gijka pro­jek­to­wała naj­pierw torebki dla Coco Cha­nel, a następ­nie, przez ponad czter­dzie­ści lat, kie­ro­wała pra­cow­nią luk­su­so­wej biżu­te­rii u Car­tiera.

Ale­xis odsta­wiła pusty kie­li­szek na srebrną tacę i ruszyła w kie­runku witryny, w któ­rej wyeks­po­no­wano naj­bar­dziej pre­sti­żowe okazy kolek­cji Pan­tery.

- Sza­nowni pań­stwo... - zabrał głos Paul.

Trzy­dzie­ścioro klien­tów posłusz­nie odwró­ciło się w jego stronę.

- Firma Car­tier ma wielki zaszczyt zapre­zen­to­wać dziś, przed­pre­mie­rowo, kolek­cję stwo­rzoną przez naszą nową pro­jek­tantkę, Lin­neę Blix, w ramach obcho­dów sie­dem­dzie­sią­tej rocz­nicy wyzwo­le­nia Paryża. Car­tier jest nie tylko świad­kiem wiel­kiej histo­rii...

Ale­xis szu­kała wzro­kiem Alby. Przy­ja­ciółka w reli­gij­nym nie­mal sku­pie­niu słu­chała prze­mowy męża. Stała obok męż­czy­zny o siwej czu­pry­nie i lek­kiej tuszy, zręcz­nie ukry­tej pod gar­ni­tu­rem z Savile Row. Był to Richard Anselme, szli­fierz dia­men­tów i pro­tek­tor Lin­nei.

Ale­xis prze­stę­po­wała z nogi na nogę, by ulżyć obo­la­łym sto­pom.

Lin­nea pew­nie nie zdą­żyła na samo­lot. Dwa razy w roku latała do Fal­ken­bergu na zachod­nim wybrzeżu Szwe­cji. Pod­czas tych samot­nych poby­tów, które nazy­wała kapry­sami diwy, rzadko dawała jakiś znak życia.

Ale­xis pokrę­ciła głową, by prze­go­nić natrętne myśli, i sku­piła się na prze­mó­wie­niu Paula.

- ...pod­czas oku­pa­cji Jeanne Tous­sa­int eks­po­no­wała w witry­nie butiku Car­tiera, na pary­skiej rue de la Paix, klej­not przed­sta­wia­jący ptaka w kolo­rach fran­cu­skiej flagi, zamknię­tego w klatce. Jak mogą sobie pań­stwo wyobra­zić, ta zuchwa­łość wywo­łała gniew oku­panta; Jeanne na kilka dni tra­fiła do aresztu. W tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym czwar­tym roku Tous­sa­int uczciła wyzwo­le­nie sto­licy, two­rząc klej­not przed­sta­wia­jący ptaka wypusz­czo­nego z klatki. Sym­bol wol­nej Fran­cji.

Paul zro­bił teatralną pauzę i powiódł wzro­kiem po słu­cha­czach.

- Biżu­te­ria, którą za chwilę pań­stwo obej­rzą, to hołd zło­żony Jeanne Tous­sa­int. Jutro rano kolek­cja zosta­nie zapre­zen­to­wana mediom w Paryżu i wyeks­po­no­wana w witry­nach naszego butiku przy rue de la Paix, tam gdzie sie­dem­dzie­siąt lat wcze­śniej Jeanne, zwana Pan­terą, poka­zała swo­jego Ptaka w klatce.

Paul uniósł ramię z pełną gra­cji sta­now­czo­ścią dyry­genta.

- Bar­dzo pro­szę...

Czer­wona aksa­mitna dra­pe­ria opa­dła na pod­łogę niczym szata pożą­da­nej kobiety, która naresz­cie roz­biera się dla kochanka. Goście sku­pili się wokół gabloty.

Ale­xis chciała ruszyć za tłu­mem, lecz zoba­czyła, że na progu stoi Peter Tem­ple­ton, part­ner Lin­nei, i błęd­nym wzro­kiem wodzi po sali.

Serce Ale­xis pod­sko­czyło tak mocno, że poczuła ból w piersi.

4

Lon­dyn, Slo­ane Squ­are, miesz­ka­nie Lin­nei Blix, sobota, 11 stycz­nia 2014 roku, godzina 21.00

Peter sie­dział w jadalni, w swoim miesz­ka­niu. Wodził pustym spoj­rze­niem od wła­snych dłoni do świecz­nika pośrodku stołu. Poszedł do Car­tiera, by spo­tkać się z Lin­neą. Ale jej tam nie było. Nie była obecna na impre­zie, o któ­rej mówiła od mie­sięcy. Na uro­czy­stym wie­czo­rze. Może została w Szwe­cji? - zasu­ge­ro­wała Ale­xis, pró­bu­jąc się uśmiech­nąć. Tak, może.

Na­dal ubrana w wizy­tową sukienkę, z tele­fo­nem przy uchu, Ale­xis cho­dziła po nie­wi­dzial­nej linii mię­dzy gilo­ty­no­wymi oknami po dru­giej stro­nie pokoju. Wbi­jała wzrok w zie­mię i słu­chała, ści­ska­jąc wargi pal­cami. Gdy odpo­wia­dała roz­mówcy, jej dłoń cięła powie­trze, rysu­jąc bez­ładne spi­rale.

Przy­trzy­mała tele­fon ramie­niem, wzięła notes ze sto­lika do kawy i zapi­sała czyjś adres mej­lowy. Podzię­ko­wała poli­cjan­towi i roz­łą­czyła się.

- Peter, masz zdję­cie Lin­nei, które można by wysłać na poli­cję?

Peter odwró­cił się w kie­runku Ale­xis. Przez jego twarz prze­bie­gały skur­cze. W ciągu kilku godzin policzki męż­czy­zny zapa­dły się, a opa­lona skóra stała się zie­mi­sta. Wstał nie­chęt­nie, wyszedł z jadalni i wró­cił z tele­fo­nem, który podał Ale­xis. W tej samej chwili roz­legł się prze­ni­kliwy dzwo­nek. Peter ocię­żale ruszył w kie­runku drzwi.

Minutę póź­niej wró­cił z Albą.

Alba zdjęła biżu­te­rię i zamie­niła szpilki na bale­riny, które do złu­dze­nia przy­po­mi­nały kap­cie. Jej ciemne włosy, roz­dzie­lone pośrodku prze­dział­kiem, były zwią­zane na szyi w szkolny kucyk. Maki­jaż wyma­gał popra­wek: puder zebrał się w kurzych łap­kach, a tusz osy­pał się, pod­kre­śla­jąc sińce pod oczami. Kucyk, który wydłu­żał i tak już pocią­głą twarz Alby, oraz nie­świeży maki­jaż nada­wały jej wygląd prze­ra­żo­nej sta­ruszki w żało­bie. Alba przy­ło­żyła dłoń do czoła, jakby chciała się upew­nić, że nie ma gorączki.

Ale­xis przy­wi­tała przy­ja­ciółkę krót­kim, wymu­szo­nym uśmie­chem.

- Uprze­dzi­łam poli­cję. Wysła­łam im dwa zdję­cia Lin­nei.

- Spraw­dzili, czy była na liście pasa­że­rów lotu z Göteborga do Lon­dynu dziś rano?

- Spraw­dzą to i oddzwo­nią.

Alba poki­wała głową. Pode­szła wolno do kanapy, roz­glą­da­jąc się wokół z kur­tu­azyj­nym zacie­ka­wie­niem. Peter i Lin­nea wpro­wa­dzili się tu cztery mie­siące temu, ale ani ona, ani Ale­xis nie miały jesz­cze oka­zji odwie­dzić nowego miesz­ka­nia. Dostrze­gła rysu­nek na maho­nio­wej kon­soli. Był to szkic Lin­nei, przed­sta­wia­jący dia­dem.

Alba odwró­ciła wzrok i roz­pięła płaszcz, a następ­nie zdjęła bale­riny i wtu­liła się w poduszki na kana­pie, pod­cią­ga­jąc stopy. Peter znów usiadł przy stole, tym­cza­sem Ale­xis na­dal, niczym lino­sko­czek, cho­dziła w tę i z powro­tem mię­dzy oknami. Wszy­scy mil­czeli i wyglą­dali jak akto­rzy cze­ka­jący na pod­nie­sie­nie kur­tyny.

Nagle w ręku Ale­xis zawi­bro­wał tele­fon. Ode­brała natych­miast. Roz­łą­czyła się kilka minut póź­niej, a Peter i Alba wbi­jali w nią zalęk­niony wzrok.

- Samo­lot wylą­do­wał na Heath­row dziś rano, ale nie było jej na pokła­dzie.

W pokoju zapa­dła zło­wroga cisza.

Alba się wypro­sto­wała. Skó­rzana kanapa zaskrzy­piała jak stare drzwi.

- Czy oni...

- Tak - prze­rwała jej Ale­xis. - Są pewni: nie było jej dziś w żad­nym samo­lo­cie... wczo­raj też nie.

5

Lon­dyn, lot­ni­sko Heath­row, nie­dziela, 12 stycz­nia 2014 roku, godzina 18.45

Ale­xis zapięła pas i poło­żyła rękę na dłoni Petera. Cha­ry­zma­tyczny zazwy­czaj męż­czy­zna przy­po­mi­nał teraz wystra­szone dziecko. Nie­po­kój przy­tę­pił jego pew­ność sie­bie i przy­gar­bił mu ramiona. Peter wbi­jał wzrok w okienko. Grad sma­gał skrzy­dło samo­lotu, jak gdyby jacyś nie­sforni chłopcy obrzu­cali Air­busa A320 oło­wia­nymi kul­kami. Ale­xis spoj­rzała w oczy Albie, sie­dzą­cej po dru­giej stro­nie przej­ścia. Uśmiech­nęły się do sie­bie smutno, sta­ra­jąc się wskrze­sić w sobie pro­myk nadziei.

Poprzed­niego wie­czoru bry­tyj­skie cen­trum poszu­ki­wań osób zagi­nio­nych skon­tak­to­wało ich z poli­cją w Fal­ken­bergu. Natych­miast wysłano patrol do szwedz­kiego miesz­ka­nia Lin­nei. Nikt nie otwo­rzył. Funk­cjo­na­riu­sze mogli zaj­rzeć do środka przez okna; nie odno­to­wali niczego nie­po­ko­ją­cego. Szwedzka poli­cja musiała roz­po­cząć wstępne śledz­two w spra­wie znik­nię­cia Lin­nei, a dopiero póź­niej ewen­tu­al­nie wejść do jej miesz­ka­nia i prze­szu­kać je.

Peter nie był w sta­nie cze­kać w Lon­dy­nie na wie­ści o swo­jej part­nerce. Posta­no­wił jak naj­szyb­ciej udać się do Fal­ken­bergu. Ani Ale­xis, ani Alba nie miały serca puścić go tam samego.

Musieli zacze­kać, aż zwol­nią się miej­sca w któ­rymś z samo­lo­tów. Jak gdyby dwa­dzie­ścia pięć tysięcy Szwe­dów żyją­cych w Wiel­kiej Bry­ta­nii posta­no­wiło wró­cić w rodzinne strony wła­śnie w ten week­end! Ale­xis, Alba i Peter mieli wylą­do­wać w Göteborgu póź­nym wie­czo­rem. Naza­jutrz rano byli ocze­ki­wani na poste­runku poli­cji w Fal­ken­bergu.

Dłoń Petera zaci­snęła się na ręce Ale­xis...

- Co ja teraz zro­bię... - zapy­tał, nie odry­wa­jąc wzroku od pasa star­to­wego. - Co ja zro­bię, jeśli...

Jego ochry­pły głos zadrżał, a potem cał­kiem ucichł.

Ale­xis pocie­sza­jąco pogła­skała go po ramie­niu. Mogłaby dodać mu otu­chy, powie­dzieć, że Lin­nea na pewno ma się dobrze. Jed­nak miała już dość tych krze­pią­cych gadek. Prze­siąk­nięte lękiem słowa brzmiały fał­szy­wie. Wolała przy­tu­lić Petera, niż wyjść na hipo­krytkę.

Na­dal nie mieli żad­nych wie­ści, a to nie wró­żyło dobrze. Taka była prawda. Wystar­czyło obu­dzić tę myśl, a natych­miast stała się bole­śnie żywa.

- Wiesz, jaka ona jest - cią­gnął Peter, wbi­ja­jąc wzrok w pod­ło­kiet­nik. - Lubi mieć prze­strzeń. Gdy jedzie do Szwe­cji, chce mieć spo­kój. Cza­sem wysyła mi wia­do­mo­ści, ale... jeśli tylko ośmielę się zadzwo­nić albo... Sama wiesz... Wiesz, jaka jest, gdy tam jedzie.

Potarł pal­cami zmarsz­czone czoło.

- Uwa­żasz, że powi­nie­nem był się nie­po­koić, Ale­xis? Uwa­żasz, że powi­nie­nem wcze­śniej zadzwo­nić na poli­cję?

- Nie... nie, Peter, skądże. Nie mia­łeś powo­dów do nie­po­koju. Abso­lut­nie żad­nych.

Cze­kał na taką odpo­wiedź. Roz­grze­sze­nie.

Pod­nie­siony na duchu poki­wał głową, oparł się wygod­niej i zamknął oczy.

Ale­xis odwró­ciła się do Alby, która drze­mała z głową odchy­loną na bok.

Spoj­rzała na zega­rek. Była 19.00. Jesz­cze trzy­na­ście godzin cze­ka­nia, by cokol­wiek się wyja­śniło. Trzy­na­ście godzin, zanim zaczną szu­kać odpo­wie­dzi.

6

Szwe­cja, Fal­ken­berg, Tor­sviks sm?b?tshamn, nie­dziela, 12 stycz­nia 2014 roku, godzina 21.00

Komi­sarz Len­nart Bergström nie zwra­cał uwagi na wiatr, który chło­stał mu twarz. Wiel­kimi kro­kami scho­dził z wydmy, przy­świe­ca­jąc sobie latarką.

W dole znaj­do­wał się zamar­z­nięty i pusty o tej porze roku port jach­towy, zmie­niony jak stary przy­ja­ciel, któ­rego dawno stra­ci­li­śmy z oczu: zima prze­gnała łodzie i pochło­nęła zasłonę z trzcin. Przy drew­nia­nym baraku recep­cji roz­ło­żono długi, biały namiot. Pil­no­wali go dwaj poli­cjanci w mun­du­rach. Malow­ni­czy port Tor­sviks sm?b?tshamn nie był dziś tak spo­kojny jak zwy­kle.

Björn Holm, dowódca wydziału kry­mi­nal­nego, cze­kał na komi­sa­rza u pod­nóża wydmy.

- Cho­lera, Len­nart... Cze­goś takiego jesz­cze nie widzia­łem... - mruk­nął, szar­piąc zmro­żo­nego wąsa.

Bergström chrząk­nął.

- Jest już pato­log?

- Raczej nie­prędko przy­je­dzie. Zadzwo­nili po niego z Göteborga.

- Szlag... Zaczę­li­ście już?

- Obej­rze­li­śmy pobież­nie zwłoki i usta­wi­li­śmy snipę1 tak, jak była: chcia­łem, żeby chłopcy zaczęli od burty i terenu wokół łodzi, cho­ciaż wąt­pię, czy coś znaj­dziemy w tym śniegu.

Bergström wło­żył kom­bi­ne­zon i ochra­nia­cze na buty. Dmuch­nął do wnę­trza nie­bie­skich latek­so­wych ręka­wi­czek i wcią­gnął je na dło­nie.

- Ty przo­dem - szep­nął Björn i odsu­nął się, żeby go prze­pu­ścić.

Wnę­trze namiotu ską­pane było w suro­wym świe­tle dwóch reflek­to­rów. Pośrodku znaj­do­wała się odwró­cona do góry dnem łódź z czer­woną, wybla­kłą stępką.

Trzej tech­nicy ode­rwali na chwilę wzrok od snipy i pozdro­wili komi­sa­rza gestem dłoni.

- Pro­szę dać nam jesz­cze dwie minuty - rzu­cił niż­szy męż­czy­zna w masce, wpa­tru­jąc się w maleńki frag­ment kadłuba.

- Gdzie ci dwaj chłopcy, któ­rzy zna­leźli ciało? - zapy­tał Björn komi­sa­rza.

- Zosta­wi­łem ich w komi­sa­ria­cie, z Olof­fso­nem. Byli w nie­złym szoku.

- Podobno pijani w trzy dupy, ale tak prze­ra­żeni, że stali pro­sto jak struny. Co robili w środku nocy w Tor­sviks sm?b?tshamn?

- Chcieli się spo­koj­nie napić. Ukra­dli rodzi­com dwie butelki wódki i myśleli, że zna­leźli tutaj ide­alną kry­jówkę.

- Jak widać, nie tylko oni...

- Skoń­czy­li­śmy - prze­rwał im tech­nik. - Usu­niemy łódź.

Björn i Bergström zro­bili krok w tył, gdy tech­nicy prze­no­sili łódkę.

Kadłub, znisz­czony przez mor­skie prądy i surowy kli­mat, sko­ja­rzył się komi­sa­rzowi z łupiną orze­cha, w któ­rej pły­wał Tom­cio Paluch z baśni Ander­sena. Dziwne sko­ja­rze­nia - pomy­ślał, patrząc, jak łódź pod­nosi się niczym pokrywka od pudełka.

Pod nią leżała naga kobieta. Wycią­gnięta na ple­cach, z rękoma wzdłuż ciała, z zaci­śnię­tymi nogami.

Bergström ukuc­nął przy zwło­kach. Pod war­stwą szronu można było dostrzec zsi­niałą od zimna skórę kobiety. Jej jasne, gęste włosy były sta­ran­nie ucze­sane i uło­żone na ramio­nach. Ktoś ogo­lił jej wzgó­rek łonowy i wyciął literę X na lewym ramie­niu. Miała wydłu­bane oczy. Puste, ciemne i nie­pro­por­cjo­nal­nie duże oczo­doły szpe­ciły pocią­głą twarz. Gar­dło było roz­cięte od pod­bródka do mostka; skóra na szyi wyglą­dała jak roz­pięta kurtka. Tcha­wicę poka­wał­ko­wano.

Komi­sarz wstał i wyszedł z namiotu. Zdjął kom­bi­ne­zon i wziął do ręki tele­fon. Nale­żało zmo­bi­li­zo­wać oddziały i to szybko. Bergström miał wra­że­nie, że otwo­rzył puszkę Pan­dory.

Snipa - drew­niana łódka (przy­pis autora). [wróć]