1.
W ten pochmurny, nieprzyjemny poranek ziąb przeszywał człowieka na wskroś, a dreszcz przechodził po całym ciele niczym dobrze zbita prasa rymarska. Ludzie, poubierani w grube zimowe płaszcze, w wełnianych szalach zawiązanych po nos, biegali to w prawo, to w lewo. Wymijali się na ulicy jak w narciarskim slalomie. Nikt nikogo nie dotykał, nikt na nikogo nie patrzył. Każdy skupiony był na indywidualnej misji. Każdy myślał tylko o sobie. I o tym, gdzie aktualnie pędzi.
I gdzie tak pędzisz? Dziwnie tak, gnać przez życie - myślała Lila, obserwując ten obrazek z okna krakowskiego biurowca przy ulicy Armii Krajowej. Była na tyle wysoko, by obserwować wszystko z pewnego dystansu, ale na tyle nisko, by widzieć nieco zamazane oblicza przechodniów. Intrygowali ją. Zastanawiała się, jaki ona przybiera wyraz twarzy, kiedy idzie ulicą. Czy robi jakiś grymas? Czy mruży oczy? A może gada coś do siebie pod nosem?
- Halo, śpiąca królewno, jesteś z nami?! To co z tym raportem? Potrzebujemy tych danych na wczoraj! - Donośny męski głos wyrwał ją z rozmyślań, niemal dotykając swą obcą dłonią jak przybysz z innego wymiaru.
- Yyy... tak, tak. Przepraszam. Jestem, jestem! Wybacz, Michał. Raport, tak. Jest prawie gotowy.
- Prawie?! - Brodaty i barczysty mężczyzna, który był jej menadżerem, zdawał się tracić cierpliwość zarówno do niej, jak i do jej braku dyscypliny.
- Jutro z samego rana będziesz mieć kompletny raport na swoim biurku.
- A prezentacja?!
- Tak, tak... prezentację oczywiście również. - Lila wykrzywiła usta w grymasie przypominającym uśmiech.
Przecież to było jasne, że w tej korporacji, jak i w każdej innej, prezentacje to rzecz święta. Tworzy się je do wszystkiego, nawet do odprawy pracowników czy składania życzeń noworocznych.
- Prezentację poszerzymy dodatkowo o wyniki roczne z dwa tysiące piętnastego i dotychczasowe z tego roku, a także uwzględnimy prognozę na kolejne dwanaście miesięcy.
- Hmm... W takim razie do roboty! - burknął przełożony i poprawił się na obrotowym krześle. - Nie rozumiem, czemu tu jeszcze jesteście? - Podniósł prawą dłoń i odprawił zebranych kiwnięciem ręki.
W oczach dwudziestoosobowego zespołu młodych ludzi odbijał się obłęd wymieszany z przerażeniem. Podnieśli się ze swoich siedzeń i w popłochu zebrali laptopy, telefony, kalendarze i długopisy, by opuścić przeszkloną salę konferencyjną. W przejściu stłoczyli się jak stado afrykańskich bawołów na brzegu Nilu.
- Trzymam cię za słowo. Liczę na ten raport - dodał do mijającej go filigranowej blondynki, lustrując jej opięte pod ołówkową spódnicą pośladki.
Dziewczyna była ubrana w biznesowy strój z marynarką w kolorze stapiającym ją z pochmurną rzeczywistością zza okna.
Lila przytaknęła i poczuła, jak emocje podchodzą jej do gardła wraz z refluksem. Gdy zatrzasnęła za sobą szklane drzwi sali, pognała pędem do toalety na następnym piętrze. Rzuciła się na pierwszą z trzech kabin, po czym zwróciła resztki kanapki z tuńczykiem, którą przyjęła dziś na drugie śniadanie. Pochłonęła ją jak zwykle, nie odchodząc od swojego biurka, wgapiona w dwudziestoczterocalowy monitor komputera.
Jak każda "mróweczka" w tym biurze jadła w biegu, ze ściśniętym żołądkiem. Pospiesznie, łapczywie i niechlujnie, byle tylko zdążyć na czas. Byle tylko wyrobić się przed spotkaniem, które trwało ponad trzy godziny, ale nie wniosło żadnej realnej wartości w ich pracę.
Teraz mogła lepiej przyjrzeć się zawartości swojego posiłku. Tuńczyk, jajko, plasterek zielonego ogórka. To musiało być dobre. Niestety ona już nie czuła smaku. Łapiąc oddech, wisiała nad deską klozetową w łazience z marmuru. I w tej chwili wiedziała, że będąc na piątym piętrze biurowca jednej z największych firm energetycznych w kraju, sięgnęła dna. Że to jej kres. Dziura bez dna. Że to pora, by w końcu powiedzieć "pas".
Przy umywalce ostudziła twarz, ochlapując ją wodą. Jej staranny niegdyś makijaż pociekł ciemną strugą wzdłuż pobladłej cery. Pozostawił po sobie jedynie odbite pod oczami - niczym od pocztowego stempla - kruczoczarne półksiężyce.
- Słuchaj, Marta, kompletnie wyleciało mi z głowy... Mam spotkanie... To znaczy, wizytę... Wizytę u lekarza... Na mieście. Teraz. To znaczy... zaraz. Muszę się zwijać - rzuciła spod zasmarkanego nosa do koleżanki, gdy po wszystkim wróciła do swojego open space'a.
Ta spoglądała na nią podejrzliwie zza biurka obok, ogrodzona zawieszonymi na pluszowych ściankach zdjęciami dzieci i psów. Lila spuściła głowę i zarzuciła na szyję gruby szal, zakrywając nim połowę rozmazanej twarzy, po czym wybiegła jak burza. I nie oglądała się za siebie.
Miała tego dość. Dość swojego życia. Dość przeprowadzania tych samych rozmów i tych samych spotkań. Dość przytakiwania ludziom i życia nie swoim życiem. Dość bycia w tym miejscu. Otoczona zimnem, wiatrem i tymi samymi twarzami. Nic nowego już mnie tu już nie czeka! Nic! - powtarzała w kółko jak w transie.
Skłamała. Nie miała żadnego spotkania na mieście. Ani żadnej wizyty lekarskiej. Po prostu potrzebowała trochę spokoju. Potrzebowała chwili, by odpocząć. Ochłonąć, odetchnąć i nabrać sił. By w końcu zdecydować się na krok, na który tak długo czekała, ale którego tak bardzo się bała.
Była jak mozaika zlepiona z uczuć i emocji. One nadawały jej życiu sens. I nie potrafiła dłużej egzystować w ich deficycie. Pragnęła miłości i pragnęła zmian. Domagała się ich każdą tkanką i każdą komórką w swym ciele. I teraz właśnie nadszedł ten czas. Czas, by zrobić ten krok.
***
Do tej pory jej dni mijały, nie różniąc się zbytnio od siebie, przechodząc od świtu w mrok, tworząc bezbarwny zlepek godzin, minut i chwil. A ona każdego wieczora wracała w to samo miejsce co poprzednio, do pustej kawalerki na krakowskim Kazimierzu.
Otwierała butelkę wina, skręcała papierosa, siadała na parapecie okna i pogrążała się w nieszczęściu. Nie lubiła skrętów, ponadto nie potrafiła za bardzo ich rolować, ale śmierdziały mniej, a właścicielka mieszkania twardo zaznaczała, że to lokal dla niepalących.
Czasem płakała. Czasem zaczynała tańczyć do lustra. Czasem po prostu słuchała w kółko tych samych melancholijnych piosenek. Aż w końcu, odpowiednio znieczulona, opadała na łóżko, wymrukując pod nosem "nothing's gonna hurt you baby"1, i pogrążała się w nierównym śnie.
Lila była ekstrawertyczką. Uwielbiała przebywać z ludźmi, kochała, gdy coś się działo. Jak tlenu potrzebowała bodźców i nowych doznań. Ale czasy studenckie dawno minęły. A jakież to było piękne, gdy z łatwością można było znaleźć i kompana, i imprezę - każdego dnia tygodnia. Wtorki w Ministerstwie, środowe Ladie's Night we Franticu, w czwartki Pauza, a później to już gdzie nogi poniosły... to Prozak, to Dym, potem Bomba, czasem domówka.
Niestety, teraz wszystko wyglądało inaczej. Codziennie wypisywała na Messengerze do wszystkich znajomych: "Chodź na piwo", "Tylko jedno!", "No nie daj się prosić!", "Też mam jutro pracę". Latem, kiedy dni były długie, a noce ciepłe, jeszcze udawało się kogoś zwerbować. Teraz ciemno robiło się o szesnastej. Smog zatykał i przyduszał tak, że ciężko było złapać oddech, a ubrania przesiąkały jego dymem aż do podszewki. Od tego ludzie zrobili się leniwi.
A ona nie potrafiła być sama. Od zawsze ktoś był obok. Ktoś, kto po prostu był. Najpierw jej siostry, z którymi dzieliła pokój przez pół życia, potem współlokatorzy. Teraz nie miała nikogo. Ani współlokatora, ani przyjaciela, ani faceta. Każdy, z kim się "spotykała", jakoś dziwnie szybko się ulatniał. Przestawał odpisywać albo mówił, że nie jest gotowy na związek, że to nie ten czas. Że to on, nie ona. A później i tak jakimś trafem dowiadywała się z Instagrama, że on jednak się z kimś umawia. Że jednak ten czas wcale nie był taki najgorszy. Że to widocznie z nią coś było nie tak.
Im bardziej kogoś pragnęła, tym bardziej go odpychała. Zadowalała się więc przygodnymi znajomościami albo tinderowymi randkami. Ale za każdym razem nazajutrz czuła się jeszcze gorzej. Może to kac, który atakował na drugi dzień ze zdwojoną siłą, przejeżdżając po jej wnętrznościach jak kombajn, a może to zbita moralność i urażona godność.
Cokolwiek to było, wiedziała, czuła, że w tym mieście zrobiła już wszystko, co mogła zrobić. Poznała, kogo miała poznać, i nic nowego ją tu nie czeka. Nic i nikt. Finito.
Lila nie tyle pragnęła zmiany. Ona jej potrzebowała, by przetrwać. Coraz bardziej czuła się jak zwierz na uwięzi. Potrzebowała oddechu. Potrzebowała nowych bodźców. Inaczej nigdy nie wyjdzie z tego dołka, w który wpadła po nos.
***
W końcu wiedziała, co ma robić. Podjęła decyzję. Wyprowadza się.
Kiedy? Jak najszybciej. Gdzie? Gdziekolwiek, byle jak najdalej stąd. Gdzieś, gdzie pozna nowych ludzi, gdzie będzie mogła być sobą. Oddychać pełną piersią i poczuć dreszczyk niewiadomej. Gdzie będzie czekać ją coś nowego. Gdzie stawi czoła nowej codzienności. Gdzie w końcu miłość przebiegnie po jej alabastrowym ciele jak elektryzująca błyskawica.
Może nad morze? Zawsze marzyła o domu blisko plaży. Szum fal ją uspokaja. I to właśnie szum fal był tym dźwiękiem, w który się wsłuchiwała, pogrążona w półśnie i błogim uniesieniu tuż po intensywnej dawce dziennego fitnessu z popularnego kanału na YouTubie. Wyobrażała sobie wtedy, jak wszystkie jej problemy i smutki uchodzą z niej i rozpływają się niczym morskie fale, rozbijając się o brzeg.
Od jakiegoś czasu praktykowała medytację i zaczynało jej to wychodzić całkiem nieźle. Okazało się to dobrym remedium na jej lęki i ogromny, przeszywający smutek. Smutek, który dopadał ją jak bandyta. Znienacka, zamaskowany i nieproszony. Obłapiał ją swymi mrocznymi mackami ze wszystkich stron. Smutek, który sprawiał, że zapadała się w sobie jak w bagnistym rowie. Smutek, od którego robiło jej się niedobrze i bolała ją głowa, coraz częściej i coraz intensywniej. Smutek, który powodował, że coraz mniej jadła, a coraz więcej piła. Ćwiczyła jak oszalała, wmawiając sobie, że jak schudnie jeszcze tylko ten jeden ostatni kilogram, to na pewno ktoś ją pokocha. Że wtedy na pewno wszystko będzie prostsze. Ten smutek sprawiał, że od płaczu nie była w stanie otworzyć spuchniętych oczu. Smutek, który powodował, że w tłumie znajomych twarzy wciąż była sama. Samiuteńka jak palec.
1 Nothing's... (ang.) - nic cię nie zrani, skarbie (wers z piosenki zespołu Cigarettes After Sex).