Rozdział szesnasty
Szata śni o motylach, a książę bawi się kwiatami
Spokojnie, tylko spokojnie.
W świecie Nieśmiertelnego Haftu postać Hua Chenga była zapewne inna niż
jego prawdziwa forma, dlatego mógł trafić gdzieś indziej, trzeba
natychmiast pójść go szukać, przekonywał samego siebie Xie Lian. Mógł
też to uczynić sam, to nic trudnego, nie ma co panikować.
Uspokoiwszy się trochę, Xie Lian zabrał się do rzeczy. Wtedy ulicą
nadeszło kilku pijanych, zataczających się żołnierzy.
-?Przepraszam -?spytał, zachodząc im drogę. -?Nie wiecie może, gdzie
znajdę generała Baia?
Ale żołnierze tylko się na niego gapili.
-?Generał Bai? U nas w Xuli nie ma nikogo o tym nazwisku.
Wyglądało na to, że jeszcze nie został generałem.
-?A gdzie w takim razie jest Bai Jin? -?Xie Lian zadał kolejne pytanie.
Żołnierze nadal się w niego wpatrywali.
-?A kto to ten Bai Jin?
Dziwne. Z tego, co wiedział, Bai Jin dość wcześnie wsławił się na polu
walki, żołnierze powinni przynajmniej wiedzieć, że ktoś taki istnieje.
Xie Lian nie chciał o to wypytywać, ale nie miał wyjścia.
-?To może słyszeliście o pewnym niezrównanie odważnym wojowniku? W sercach wrogów sieje strach, tylko umysłowo trochę...
Tym razem się roześmiali, zanim zdążył dokończyć.
-?A, o nim mówisz! Szukasz tego idioty, trzeba było tak wcześniej!
Wskazali mu mały lasek, a Xie Lian zarzucił na plecy kosz z ziołami i ruszył na poszukiwania.
Poszło gładko. Gdy dotarł do lasku, w oddali zobaczył siedzącego na
drzewie młodego mężczyznę i pomyślał, że to najprawdopodobniej Bai Jin.
Nie wiedział, czy może się tak po prostu pojawić przed Nieśmiertelnym
Haftem, zdecydował więc, że wespnie się na drzewo obok i będzie
obserwował z ukrycia.
To, co zobaczył, było jednak dość dziwne.
Plotki głosiły, że Nieśmiertelny Haft był opóźniony, ale ten mężczyzna
na takiego nie wyglądał. Miał nieco ponad dwadzieścia lat, męskie rysy z odrobiną dziecięcej miękkości, twarz przystojną -?choć nie dorównywał
Pei Mingowi -?i skupioną, wzrok niezmącony, nie było w nim ani krzty
ignorancji, której Xie Lian się spodziewał. Xie Lian nigdy nie widział
człowieka, który byłby jednocześnie groźny jak tygrys i łagodny jak
baranek.
Wydawało się, że zbiera coś z drzewa i wkłada do małego bambusowego
koszyka. Gdy usłyszeli, że ktoś wchodzi do lasu, Xie Lian i on od razu
spojrzeli w dół, gdzie zobaczyli młodego chłopaka z dziewczyną.
Oczywistym było, że to potajemna schadzka kochanków.
Gałęzie były tak gęste, a liście tak bujne, że młodzi nie zauważyli
dwóch ukrywających się mężczyzn. Tuląc się, oparli się o drzewo, na
którym siedział Bai Jin, i szeptali z głowami pochylonymi do siebie.
Oczywiście tylko im się wydawało, że szepczą, bo schowany dość daleko od
nich Xie Lian słyszał wszystko dokładnie, a co dopiero siedzący nad ich
głowami Bai Jin.
-?Jak długo twój ojciec zamierza zwodzić tego idiotę? -?spytał chłopak.
-?Skąd mam wiedzieć? -?odparła dziewczyna. -?Mnie też to gnębi.
-?Nie widzę, żeby cię gnębiło -?stwierdził młodzieniec zjadliwie. -
Słyszałem, że na polu bitwy jest niepokonanym bohaterem, wrogów zabija
bez liku, to robi ogromne wrażenie. Generał Du ma tak wspaniałego
podwładnego, że pewnie nie może się doczekać, by ogłosić wasze
zaręczyny.
Dziewczyna uderzyła go otwartą dłonią.
-?Co ty wygadujesz? O kim ty myślisz, co ty sobie wyobrażasz, człowieku
bez serca? Uważasz, że mój ojciec jest tak głupi, że naprawdę by mnie za
niego wydał? Po prostu kusi go, jakby machał psu kością przed oczami.
Kiedy pomyślę o tym, ilu ludzi zabił, zaczynam się go bać. Jakim cudem
jeszcze nie zginął na polu bitwy? -?Niemal wypluła te słowa.
Xie Lian usłyszał zaledwie kilka zdań, a już wiedział, o kim mowa.
Zmartwiony zerknął na sąsiednie drzewo, ale tamten mężczyzna nie
zareagował, nie ruszył się nawet. Para pod drzewem nadal się śmiała.
Nagle dziewczyna krzyknęła:
-?Ktoś tam jest!
Chłopak aż podskoczył przestraszony, oboje odskoczyli od siebie.
-?Dlaczego krzyczysz?
Dziewczyna zakryła rękami głowę.
-?Przed chwilą... przed chwilą właśnie ktoś mnie czymś uderzył!
Przed chwilą.
Słysząc to, przestraszony chłopak rozejrzał się dookoła.
-?Ktoś tam jest? -?spytał. -?Kto? Musimy więc szybko... Aj!
Nagle złapał się za głowę, z czoła pociekła mu krew. Ledwo Bai Jin to
zobaczył, zeskoczył z drzewa. Xie Lian, który patrzył na to z daleka i nie mógł go powstrzymać, pomyślał, że będą kłopoty, to nie była
przyjemna sytuacja!
Gdy tylko chłopak i dziewczyna zobaczyli, że z nieba spadł przed nich
człowiek, którego tak długo obgadywali, a do tego przyłapał ich w trakcie sekretnego spotkania, przestraszyli się nie na żarty. Bai Jin
jednak ich nie zbeształ, tylko zapytał:
-?Co wam się stało?
Ale gdzieżby mieli odwagę cokolwiek jeszcze powiedzieć? Uciekli w te
pędy, zostawiając za sobą zdezorientowanego mężczyznę. Xie Lian nie był
pewien, czy nie powinien zejść i z nim porozmawiać, kiedy dobiegł ich
perlisty śmiech.
Bai Jin się odwrócił, ale nikogo nie zauważył.
-?Tutaj! -?odezwał się głos.
Dochodził z góry. Bai Jin podniósł wzrok i zobaczył odzianego w błękitne
szaty młodzieńca, który oświetlony cętkowanym światłem, z lekkim
półuśmiechem patrzył na niego spomiędzy gęstych liści. Miał około
szesnastu, siedemnastu lat, jasną, owalną twarz i delikatne rysy. Rzucił
w stojącego pod drzewem Bai Jina gałązką.
-?Ej, dlaczego im przed chwilą pomogłeś?
-?To ty w nich rzucałeś? -?spytał Bai Jin, ignorując pytanie.
-?Nie wiesz, co robili? -?Tamten również zignorował jego słowa.
-?Co robili? -?odpowiedział wreszcie Bai Jin.
-?Wyśmiewali cię -?odparł tamten z uśmiechem.
-?Tak?
-?A nie? To oczywiste, że się jej nie podobasz. Ona i jej ojciec tylko
cię wykorzystują, chcą, żebyś myślał, że naprawdę za ciebie wyjdzie.
Chcą cię nakłonić do rzucenia się w ogień walki i ryzykowania własnego
życia, czy to nie jest wykorzystywanie?
Bai Jin zastanawiał się przez chwilę, a w końcu powiedział z rozbrajającą szczerością:
-?Myślę, że ona za dużo sobie wyobraża. Ile razy generał Du mówił, że
pozwoli mi się z nią ożenić? A widziałem ją zaledwie parę razy, to
oczywiste, że nie rzucę się dla niej w wir walki.
Z drzewa dobiegł szalony śmiech chłopaka, a Xie Lian podparł dłonią
czoło. Domyślał się, że przełożony Bai Jina, generał Du, mówił takie
rzeczy jak: "Jeśli będziesz mi służył, wydam za ciebie córkę i uczynię
cię moim dziedzicem", tyle że... Bai Jin mógł nie rozumieć tych sugestii.
-?A to, że jej się nie podobam, to prawda, ale to żadne zwodzenie.
-?Co takiego?
-?Jestem idiotą, komu podobałby się idiota? -?odparł Bai Jin.
Mówił poważnie. Powinien już być słynnym w całym Xuli wojownikiem, może
nawet jedynym wybawcą. Było jednak oczywiste, że ludzie nie darzą go
szacunkiem, zwykli żołnierze nie znali nawet jego imienia, nazywali go
po prostu "tym idiotą". Na co dzień najwyraźniej go wyśmiewano, a on sam
nie miał pojęcia, że był bohaterem.
Chłopak przestał się śmiać i zeskoczył z drzewa.
-?Nie widziałem jeszcze, żeby ktoś tak otwarcie przyznawał, że jest
idiotą. Gdybym to wiedział, nie pomógłbym ci.
Xie Lian przyglądał mu się uważnie, wreszcie się potwierdziło, że...
Tym młodzieńcem była Ling Wen w męskiej postaci!
Wcześniej tego nie zgadł, po pierwsze, z uwagi na męską postać, po
drugie, z racji wieku. Do tego w Wyższej Izbie Niebios Ling Wen zawsze
miała poważny wyraz twarzy, który nie zdradzał żadnych emocji. Xie Lian
nigdy nie widział jej takiej, było to dla niego nowe i zaskakujące.
Tymczasem Ling Wen splótł ręce na plecach, podszedł do Bai Jina i z uśmiechem mierzył go wzrokiem, a Bai Jin z równą ciekawością
przypatrywał się jemu.
-?Ale gdy dzisiaj wrócisz do domu, musisz uważać -?ostrzegł Ling Wen.
-?Na co?
-?Na małostkowych ludzi. Byłeś świadkiem schadzki tych dwojga. Będą się
bali, że ujawnisz ich romans, na pewno więc rozpuszczą jakieś plotki,
które uderzą w ciebie.
-?Takie rzeczy się dzieją?
Ling Wen się uśmiechnął.
-?Kiedy ktoś wyleje na ciebie pomyje, nikt już nie uwierzy twoim słowom.
-?Dlaczego miałbym o tym mówić? -?Bai Jin był zagubiony. -?Co mnie
obchodzi ich miłość? To nie ma nic wspólnego ze mną.
-?Gdyby oni ujrzeli coś takiego, zaraz by o tym opowiedzieli, dlatego
myślą, że ty też tak zrobisz. Zgaduję, że dziewczyna najprawdopodobniej
powie ojcu, że zachowałeś się wobec niej nieobyczajnie, miałeś złe
zamiary, ale ona ci nie uległa. W ten sposób będzie mogła cię oczernić w oczach ojca i podważyć wiarygodność twoich słów. Podsumowując... -
Poklepał Bai Jina po ramieniu, które znajdowało się wyżej niż głowa Ling
Wena. -?Na twoim miejscu jak najszybciej ruszyłbym za tamtą dwójką i uderzył pierwszy.
-?Co to znaczy: uderzył pierwszy?
-?Pomyśl, sposobów jest dużo. Mógłbyś na przykład ich przeszukać i zabrać prywatne przedmioty albo kazać im spisać przyznanie się do winy i je podpisać, tak że gdyby pisnęli choć słówko, ujawniłbyś wszystko bez
litości. Cokolwiek, co sprawi, że będą się bali. Wszystko jest lepsze
niż zostawienie tego bez reakcji.
Bai Jin oczywiście nigdy nie słyszał czegoś takiego. Długo wpatrywał się
w Ling Wena, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. W końcu postanowił
spytać o coś istotnego.
-?Kim jesteś?
-?Nazywam się Wen. -?Ling Wen się uśmiechnął. -?Nieważne, kim jestem,
ważne, byś zapamiętał moje słowa, inaczej spotka cię wiele cierpienia.
Bai Jin jeszcze usilnie myślał, a gdy po chwili się odwrócił, zdał sobie
sprawę, że młodzieniec zniknął wśród drzew. Nie mógł powstrzymać
zdziwienia. Z kolei Xie Lian zdecydował się wykorzystać okazję i zbliżyć
się do Nieśmiertelnego Haftu. Zeskoczył z drzewa. Nie zdążył powiedzieć
słowa, a Bai Jin już machał ręką na powitanie.
-?Zielarzu!
Xie Lian się nie spodziewał, że Motyli Sen i Nieśmiertelny Haft zapewnią
mu tak przemyślaną tożsamość. A tu się okazuje, że jest zielarzem, który
zna się z Bai Jinem. Tamten pokazał mu, co miał w swoim niewielkim
bambusowym koszu.
-?To zioła, których potrzebowałeś. Znalazłem bardzo dużo. Zerkniesz, czy
nie zebrałem jakichś niewłaściwych?
"Jestem zielarzem", powtórzył w głowie Xie Lian. Skrupulatnie przeszukał
koszyk pełen ziół na zatrzymanie krwawienia, opuchliznę, regenerację
mięśni.
-?Żadnych niewłaściwych! Dziękuję za twój trud.
-?W takim razie wracajmy! -?powiedział Bai Jin, zarzucając sobie na
plecy kosz.
Xie Lian podążył za nim.
Szybko się zorientował, jak funkcjonuje wewnętrzny świat Nieśmiertelnego
Haftu.
W ostatnich latach państwo Xuli ogarnięte było chaosem wojny, oblężone
przez sąsiednie kraje. W stolicy rozłożono wiele obozów wojskowych,
dużych i małych, które wciskały się w przestrzeń między domami. Xie Lian
był wędrownym taoistą-medykiem, podróżującym od obozu do obozu. Taka
tożsamość wydawała się bardzo wygodna, mógł jednocześnie widzieć się z Bai Jinem i zasięgnąć języka w sprawie Hua Chenga.
Im bardziej jednak rozpytywał, tym bardziej się martwił.
Nie było żadnych wieści!
Jeśli wziąć pod uwagę naturę Hua Chenga, on sam powinien już od dawna
szukać Xie Liana. Jakim cudem przez te kilka dni książę nie dostał od
niego żadnej wiadomości?
To, że Xie Lian tak szybko zbliżył się do pana tego wewnętrznego świata,
wskazywało na to, że Nieśmiertelny Haft nie żywi wobec niego dużej
wrogości. Ale co z Hua Chengiem?
Nie miał pojęcia, jaką tożsamość mógł tutaj otrzymać Hua Cheng, nie
wiedział nawet, od czego mógłby zacząć rozpytywanie.
Pewnego dnia pod pretekstem zbierania ziół Xie Lian chciał wyruszyć na
poszukiwania. Założył kapelusz i wziął na plecy kosz, kiedy odezwał się
Bai Jin:
-?Zielarzu, pójdę z tobą. Słyszałem, że zarówno w samym mieście, jak i na zewnątrz roi się od złych mocy, jest bardzo niespokojnie.
Chociaż Xie Lian nie bał się żadnych złych mocy, nie mógł odrzucić tej
propozycji.
-?W takim razie zapraszam -?zgodził się.
Szli ulicami ogarniętymi wojennym chaosem, mijając przygotowanych do
ucieczki w każdym momencie mieszkańców. Bai Jin pomógł wozowi z zaopatrzeniem dostać się na zbocze.
-?Zielarzu -?odezwał się nagle -?często wędrujesz po mieście. Czy znasz
panicza z rodziny o nazwisku Wen? Mniej więcej takiego wzrostu,
szesnaście, siedemnaście lat, bardzo inteligentny.
Xie Lian oczywiście wiedział, o kogo pyta Bai Jin. "Inteligentny, ale
śmiertelnie niebezpieczny", pomyślał.
-?Nigdy nie słyszałem o kimś takim. Dlaczego pytasz?
-?Chcę go prosić o przysługę -?odparł Bai Jin.
-?Prosić o przysługę? Jaką? -?zdziwił się Xie Lian.
Przez ostatnie dni, czy miał coś do zrobienia czy też nie, Xie Lian nie
spuszczał oka z Bai Jina. Chciał się dowiedzieć, kiedy narodziła się
jego gorycz. Ona bowiem rodzi się z pragnień. Tyle że Bai Jin zdawał się
nie mieć żadnych pragnień. Nie chciał pieniędzy, nie marzył o korzyściach ani sławie, nie chował urazy. Nawet apetytu nie miał zbyt
silnego, a kiedy dysponował pieniędzmi, kupował znajomym i nieznajomym
dzieciom książki albo jedzenie. Nic dziwnego, że przypisywano mu
potencjał do wniebowstąpienia -?bardziej przypominał boga niż większość
bogów, których Xie Lian znał.
Podsumowując, chociaż Bai Jin ustępował innym rozumem, to nie sprawiał
im kłopotu. A to coś, czego wielu zwykłych ludzi nie umiało osiągnąć.
Xie Lian nie potrafił zgadnąć, jaką to sprawę Bai Jin ma do Ling Wen.
Bai Jin nie zdążył odpowiedzieć, bo przerwał im huk, niemal jakby ziemia
się zatrzęsła. Zatrzymali się.
-?Co się stało? -?zapytał Xie Lian.
Słyszał tylko szalony tętent. Po chwili pojawiła się grupa jeźdźców w czerni otaczająca czarnego konia, którego dosiadał jeździec w czerwonych
szatach. Przemknęli tak szybko, że trudno było dostrzec ich sylwetki,
ale ruchy mieli zwinne. Za nimi podążały zakrywające ziemię kłęby
czarnego dymu. Człowiek w czerwieni popędził konia, podczas gdy czarni
jeźdźcy w błysku mieczy walczyli z ciemnością.
Naprawdę roiło się tu od złych mocy! Xie Lian się zdziwił, że w wewnętrznym świecie mogła istnieć tak potężna mroczna istota. Odrzucił
bambusowy kosz i z wprawą wyrzucił w górę trzy żółte talizmany.
-?Przepraszam! -?zawołał.
Nie umiał poskromić chęci zniszczenia złej mocy przed sobą, chociaż
wszystko to było iluzją. Nie mógł mieć przy sobie Ruoye czy Dobrego
Serca, pozostały mu zatem własnoręcznie pisane talizmany. Bai Jin
odrzucił kosz na zioła i chciał mu pomóc, ale Xie Lian go powstrzymał.
-?Sam sobie poradzę. Idź, powiedz ludziom w okolicy, żeby się
rozproszyli, nie wolno się zbierać w grupy!
Bai Jin zrobił, jak mu przykazano: odwrócił się i ruszył przed siebie,
zostawiając Xie Lianowi resztę. Żeby uniknąć czarnej chmury, Xie Lian
wzleciał w górę, przeskoczył ponad ramionami odzianych w czerń jeźdźców
i rzucił kolejne trzy talizmany. W samo serce!
Czarna mgła się cofnęła, a Xie Lian miękko wylądował na ziemi. Nie
zdążył nawet odetchnąć, gdy przed oczami przemknął mu czerwony cień.
Postać w czerwieni nie wiadomo kiedy zbliżyła się do niego i jednym
ruchem ręki zdjęła mu kapelusz. Słońce świeciło tak mocno, że Xie Lian
nie mógł otworzyć oczu, podniósł więc rękę, by je przesłonić.
-?Co...
Nie dokończył nawet ruchu, bo postać złapała go mocno za nadgarstek. Xie
Lian przyjrzał się jej bliżej i wybałuszył oczy.
-?Sanlang?!
Miał jakieś szesnaście, siedemnaście lat, jego uroda aż raziła, nosił
czerwony jak liście klonu strój do jazdy konnej, srebrny pas owijał
mocno jego szczupłą talię, na obu dłoniach miał rękawice z błyszczącej
czernią skóry jelenia. Któż inny, jeśli nie niewidziany od kilku dni Hua
Cheng?
Hua Cheng złapał go za rękę, przechylił głowę, przy obu policzkach lekko
kołysały się srebrne kolczyki w kształcie liści klonu.
-?A skąd tu taoista? -?spytał z uśmiechem, unosząc brew. -?Takie
wpatrywanie się w ludzi jest bardzo niegrzeczne.
Xie Lian bardzo długo nie widział Hua Chenga, z początku więc był
rozradowany, gdy jednak ten zaczął się z nim droczyć, nie mógł się
powstrzymać, by nie rzucić, na poły rozdrażniony, na poły rozbawiony:
-?To ty mnie złapałeś, ja tylko patrzyłem. Dlaczego to ja jestem
niegrzeczny?
Hua Cheng nie zdążył nic powiedzieć, gdy jeźdźcy w czerni zawołali:
-?Śmiałyś, taoisto! Chcesz powiedzieć, że nasz panicz jest niegrzeczny?
-?Już rozumiem. -?Xie Lian wypuścił powietrze. -?Przybrałeś postać
tutejszego panicza? Pasuje ci. Dobrze, Sanlang, nie droczmy się już,
mamy dużo do zrobienia, wróćmy i... Sanlang?
Chciał uwolnić dłoń, ale Hua Cheng mu nie pozwolił. Xie Lian użył trochę
więcej siły, ale trzymająca go ręka ani drgnęła.
Do Xie Liana dotarło nagle, że coś jest nie tak.
-?...Sanlang? -?spróbował.
Hua Cheng się uśmiechnął i pociągnął go za rękę tak mocno, że Xie Lian
niemalże wpadł mu w ramiona.
-?Już przed chwilą chciałem cię zapytać: panie taoisto, czy my się
znamy? Dlaczego zwracasz się do mnie tak poufale? Sanlang. Sanlang.
Hua Cheng zdawał się smakować te słowa. Uśmiechnął się promiennie.
-?Ładnie brzmi. Nieźle.
Chaos. Chaos. Chaos.
Kompletny chaos!
Xie Lian zaczął analizować: Hua Cheng wcześniej mówił, że jego moce
jeszcze się nie zregenerowały, nie wiadomo, jak może się zmienić. Chyba
że...
Chyba że właśnie tak?
Wyglądało na to, że Hua Cheng nie pamięta ani jego, ani siebie samego!
Xie Lian naprawdę nie wiedział, jak zareagować na to, co się dzieje.
Przez chwilę był oszołomiony. Kątem oka zauważył swój kapelusz, który
Hua Cheng trzymał w drugiej dłoni. Odruchowo wyciągnął po niego rękę.
-?Oddaj mi kapelusz!
Hua Cheng jednak rzucił go za siebie, do jednego z jeźdźców. Następnie
pochylił się lekko, złapał Xie Liana pod kolana i nie wiadomo jak
przerzucił go przez ramię.
Świat przed oczami Xie Liana wywrócił się w jednej chwili, a on sam
poczuł się potraktowany jak szmaciany worek.
-?Co robisz? Postaw mnie z powrotem! -?krzyczał zszokowany.
Ale nic z tego. Hua Cheng z Xie Lianem przerzuconym przez ramię lekko i zręcznie wsiadł z powrotem na konia.
-?W drogę, wracamy! -?zakrzyknął, ściągając wodze.
-?Ty...
O co chodzi? Nawet jeśli jest paniczem z bogatego domu, to czy może tak
po prostu porywać ludzi z ulicy? Xie Lian mógł użyć siły, ale nie
wiedział, jak dużą mocą dysponuje w tej chwili Hua Cheng. Gdyby walczył
z nim zbyt zajadle, mógłby go przypadkiem zranić. Długo zmagał się ze
sobą. Wreszcie, nie śmiąc się ruszyć w ogóle, po prostu rozpłaszczył się
na plecach Hua Chenga.
-?Co ty robisz? -?spytał zrezygnowany.
-?Złapałem cię.
-?O to właśnie pytam. Dlaczego mnie złapałeś?
-?Nie możesz mnie za to winić, bracie taoisto -?droczył się Hua Cheng. -
Niespokojne czasy, podejrzani ludzie. Kogo miałem złapać, jak nie
ciebie?
-?A jak ja niby jestem podejrzany? Przed chwilą cię uratowałem -?zaczął
się usprawiedliwiać Xie Lian. -?San... Postaw mnie na ziemi, dobrze? Tak...
jest mi niewygodnie.
Naprawdę było mu niewygodnie, w najmiększą część jego brzucha wciskało
się twarde ramię Hua Chenga.
-?Niech będzie, jak sobie życzysz.
Powiedziawszy to, rzeczywiście zdjął Xie Liana z ramienia i posadził na
koniu przed sobą. W jego ramionach Xie Lian oniemiał jeszcze bardziej.
-?I co, bracie taoisto, nie masz już nic do powiedzenia? -?spytał Hua
Cheng.
Siedział za nim, a że był od niego wyższy, kiedy mówił, przechylał głowę
i nachylał mu się do ucha. Xie Lian czuł się jeszcze bardziej
niezręcznie, jakby był małym dzieckiem w jego objęciach.
-?Chcę zsiąść... -?powiedział.
Chciał się odwrócić i zeskoczyć z konia, ale w obecnej pozycji wydawało
się to bardzo niezręczne. Chciał się gdzieś oprzeć, ale szybko sobie
uświadomił, że dotyka ud Hua Chenga. Nie zdążył jeszcze się zorientować,
co się dzieje, a Hua Cheng złapał go za nadgarstek, podniósł i ostrzegł
pół żartem, pół serio:
-?Chyba trochę przesadzasz. Kazałeś mi cię puścić, puściłem, a znowu się
wiercisz. Co właściwie chcesz zrobić, hm?
Hua Cheng zawsze miał cięty język i zazwyczaj Xie Lian nie potrafił go
przegadać. Teraz tym bardziej nie miał jak się odgryźć, mógł jedynie
patrzeć oniemiały. Hua Cheng roześmiał się tylko, zakrzyknął cicho, a czarny koń ruszył galopem. Xie Lian z miejsca wpadł mu znów w ramiona.
-?Wolniej! -?zawołał przestraszony.
-?Ależ czego się boisz? Jestem tutaj, nie pozwolę ci spaść! -?Hua Cheng
jedną ręką prowadził konia, a drugą oplótł Xie Liana w pasie.
Mimo tak osobliwej sytuacji te słowa w jakiś niewypowiedziany sposób go
uspokoiły. W tym momencie coś ubodło go w plecy. Xie Lian wyciągnął
rękę. Okazało się, że to bicz, który Hua Cheng zatknął za srebrny pas.
Bicz miał kolce, Xie Lian ukłuł się i natychmiast cofnął dłoń. Hua Cheng
pochylił głowę.
-?Nie macaj tak na oślep -?ostrzegł.
Zwisające z jego uszu srebrne liście klonu zadrżały, a razem z nimi
serce Xie Liana. Przed oczami pojawiły mu się gwiazdy, już nie śmiał
wykonywać żadnych chaotycznych ruchów.
Jechali z impetem, jeźdźcy i konie. Xie Liana zdziwił widok "rezydencji"
Hua Chenga: czyż nie był to Dom Najwyższej Uciechy? Przecież to
wewnętrzny świat Nieśmiertelnego Haftu, wszystko tu powinno być zgodne z pamięcią albo wolą właściciela. Stworzenie czegoś z niczego było równie
trudne jak wniebowstąpienie, a Hua Cheng tak bezceremonialnie przeniósł
tu swój Dom Najwyższej Uciechy!
Gdy tylko zsiedli z konia, Hua Cheng zaprowadził Xie Liana do wielkiej
sali. Na jej tyłach stała znana Xie Lianowi ława z czarnego jadeitu
przykryta ogromną skórą białego tygrysa. Za życia z pewnością musiał być
iście krwiożerczą bestią. Xie Lian wciąż był zagubiony w myślach, gdy
Hua Cheng po prostu posadził go na tygrysiej skórze.
Xie Lian siedział na niej sztywno wyprostowany i całkowicie oniemiały.
Hua Cheng stał przed nim z ramionami skrzyżowanymi na piersi, jakby był
bardzo z siebie zadowolony, i mierzył go wzrokiem. Xie Lian czuł się jak
drogocenny bibelot. Patrzył na Hua Chenga sztywno. Nie miał pojęcia, jak
z nim teraz rozmawiać, ten zaś opadł na tygrysią skórę obok niego.
-?Podoba ci się, gege? -?spytał z uśmiechem.
Kiedy wypowiedział to słowo, brzmiało to prawie, jakby stary Hua Cheng
powrócił. Serce Xie Liana zadrżało.
-?Hm?
-?Podoba ci się? -?Hua Cheng poklepał głowę tygrysa.
Xie Lian nie potrafił zrozumieć ścieżek, jakimi wędrował umysł tamtego,
mógł więc tylko za nim podążać.
-?Skóra? Jest imponująca i piękna...
Hua Cheng usiadł ze skrzyżowanymi nogami.
-?Ja go ubiłem -?pochwalił się. -?Nieźle, prawda?
-?Tak, nieźle... Ale paniczu, zabierz mnie z powrotem, dobrze?
Xie Lian musiał obserwować Bai Jina, żeby nie przegapić żadnego
istotnego szczegółu. Hua Cheng zerknął na niego z ukosa.
-?Jak mnie przedtem nazywałeś?
Xie Lian nie miał wyjścia, więc się poprawił:
-?Sanlang. Sanlang, czy możesz mnie zabrać z powrotem?
Hua Cheng położył się obok niego z głową złożoną na rękach.
-?Nie.
Xie Lian zamarł. Właściwie dlaczego? Chyba dlatego, że do tej pory Hu
Cheng nigdy nie powiedział mu "nie", tego się więc nie spodziewał.
-?Dlaczego mnie tutaj trzymasz? -?spytał.
-?Dlaczego? -?Hua Cheng przekrzywił głowę. Pomyślał chwilę, po czym
odpowiedział szybko: -?Ja też nie wiem dlaczego. Ale kiedy ujrzałem
twoją twarz, pomyślałem, że wygląda znajomo. Dlatego nie możesz sobie
iść, nie ma co pytać dlaczego.
Gdy Xie Lian to usłyszał, jego serce zadrżało. Naprawdę miał wielką
ochotę pocałować go w czoło, ale się nie ośmielił. Co, jeśli Hua Cheng
sobie później wszystko przypomni?
-?Ale mam bardzo ważną sprawę do załatwienia, niecierpiącą zwłoki.
Naprawdę nie da rady? -?mówił miękkim głosem, próbując coś wskórać.
Hua Cheng poklepał skórę tygrysa i zarzucił nogę na nogę.
-?Jaką sprawę? Powiedz, pomogę ci -?zaproponował, jakby chciał się wydać
bardzo wiarygodny.
Nagle za oknem rozległo się wycie. Hua Cheng natychmiast spoważniał,
usiadł i wyciągnął rękę, jakby chcąc go ochronić. Xie Lian podniósł
wzrok, ale na zewnątrz zobaczył tylko kłęby czarnej mgły, jakby tysiące
duchów i demonów bez ustanku drapały pazurami w okna, drzwi i ściany.
Dźwięk ten wwiercał się w głowę, sprawiał, że miało się ochotę zatkać
uszy i krzyczeć. Hua Cheng nie pamiętał teraz, że jest budzącym postrach
władcą demonów, ale jego prawdziwa natura pozostawała niezmienna. Na
widok tak przerażającej sceny na jego twarzy nie pojawił się nawet cień
strachu.
-?No i zepsuli zabawę -?mruknął.
Zawahał się, po czym owinął Xie Liana w tygrysią skórę.
Xie Lian, otulony jak dziecko w powijakach, nie wiedział, czy się śmiać
czy płakać. Pomyślał jednak, że trochę przejrzał sposób działania Hua
Chenga. Jakby to powiedzieć... Ten Hua Cheng równie łatwo wpadał w dobry,
co w zły nastrój. Pod pewnymi względami był nawet bardziej...
nieokiełznany. Nietypowo kapryśny.
-?Co jest tam, na zewnątrz? -?spytał Xie Lian, wystawiając głowę z tygrysiej skóry.
Hua Cheng wziął do ręki jakąś książkę, przekartkował ją, odłożył, po
czym wziął drugą i zrobił to samo.
-?Nie przejmuj się, codziennie tu przychodzą. Róbmy swoje. Tutaj nic ci
nie uczynią. Chcesz poczytać?
Jakby w obawie, że Xie Lian się znudzi, Hua Cheng włożył mu w ręce
pieczołowicie wybraną książkę. Xie Lian nawet nie rzucił na nią okiem.
Pomyślał chwilę i wreszcie zrozumiał, co tu się dzieje.
Te istoty na zewnątrz -?tak Nieśmiertelny Haft bronił się przed Hua
Chengiem.
W świecie wewnętrznym Nieśmiertelnego Haftu Hua Cheng uchodził za
niebezpieczną personę. Dlatego też powstały tu demony i potwory, które
nieustannie go atakowały, aby nie robił tego, co mu się żywnie podoba, i niczego nie zniszczył.
Ale Hua Cheng miał sposoby, by się przed tymi atakami bronić.
Chociaż nie wydobrzał i nie miał mocy, a do tego nie pamiętał samego
siebie, to siła jego umysłu była tak wielka, że potrafił zmienić
wewnętrzny świat Nieśmiertelnego Haftu i zdołał zbudować tutaj własne
terytorium -?Dom Najwyższej Uciechy.
"Dom" to tak naprawdę metafora twierdzy. Wewnątrz tego Domu Najwyższej
Uciechy Hua Cheng pozostawał panem, był tu całkowicie bezpieczny.
Wystarczy jednak, że przekroczy próg, a zostanie zaatakowany przez
"demony".
Nic dziwnego, że Bai Jin wspominał o sprawiających kłopoty demonach.
Pojawiały się zapewne dlatego, że mimo ich nieustannej obecności Hua
Cheng wciąż wychodził... szukać Xie Liana. Nie pamiętał samego siebie ani
Xie Liana, ale był pewien jednego: chciał sprowadzić Xie Liana do Domu
Najwyższej Uciechy, mając mgliste poczucie, że to najbezpieczniejsze
miejsce.
Xie Lian spojrzał na Hua Chenga, który stwierdziwszy, że gościowi nie
podoba się czytanie książki, zaczął przetrząsać pokój w poszukiwaniu
innych rozrywek. Xie Lian był jeszcze bardziej zdeterminowany.
Koniecznie należało ukoić gorycz Nieśmiertelnego Haftu!
Gdy tylko odwinął się ze skóry, Hua Cheng natychmiast go ostrzegł:
-?Taoisto, gege, nie odchodź!
-?Nie odchodzę. Zabieram cię ze sobą. Chcesz ze mną iść? Pójdziemy... się
zabawić? Nie martw się, na pewno zdołam cię ochronić -?namawiał Xie
Lian, najłagodniej jak umiał.
Jak Hua Cheng mógłby się nie zgodzić? Nie chciał się nudzić w swojej
rezydencji, ledwie więc usłyszał, że Xie Lian chce go dokądś zabrać, od
razu zapalił się do tego pomysłu.
-?Wciąż ktoś jest na zewnątrz, niebezpiecznie jest wychodzić -?ostrzegł,
marszcząc brwi.
Wydawał się naprawdę chętny, ale i zmartwiony. Xie Lian znów czuł
rosnącą chęć, by pocałować go w czoło albo policzek. Opieranie się temu
pragnieniu sprawiało mu dużo trudności.
-?Nieważne. Nie mogą mnie zranić, patrz! -?powiedział i rzucił w stronę
okna talizman.
Postacie krzyknęły i rozpłynęły się jak gęsty tusz w wodzie. Xie Lian z uśmiechem cofnął dłoń.
-?I jak? Czyż gege-taoista nie jest niezły? Nie będziesz się martwić?
-?Pomyślał chwilę, po czym dodał: -?Jeśli chcesz iść ze mną, będę ci
towarzyszył codziennie... o!
Hua Cheng porwał go w ramiona i wybiegł na zewnątrz, gdzie czekał
wspaniały i zwinny czarny koń. Xie Lian zastanowił się przelotnie, czy
przypadkiem przed chwilą po prostu nie oszukał młodzika. I gdy zobaczył
konia, zamarł w pół kroku, a na jego twarzy pojawił się niepokój.
-?Chcesz jechać konno?
Najeżony kolcami bicz Hua Chenga świsnął w powietrzu.
-?Taoisto, gege, boisz się jazdy konnej? Spokojnie, będę z tyłu. Ja
też będę cię ochraniał.
Słysząc, jak Hua Cheng powtarza jego własną solenną obietnicę, Xie Lian
miał ochotę zatkać sobie uszy.
-?Nie bądź taki! Kto niby mówi, że boję się jazdy konnej?
Nie chciał jechać na koniu właśnie dlatego, że Hua Cheng był z tyłu!
Ostatecznie nie zdołał się oprzeć i obaj dosiedli konia. Pędzili drogą,
a Hua Cheng przez cały czas się śmiał, rozbawiony do granic możliwości.
Xie Lian z kolei przybity. Wzdłuż drogi, po obu stronach, stało pełno
ludzi i chociaż Xie Lian wiedział, że to nie są prawdziwe osoby, miał
ochotę schować twarz w końskiej grzywie.
Nie zobaczył jednak nigdzie Bai Jina. Dotarli do przedmieść. Bai Jin
miał tu własnoręcznie zbudowany nieduży domek. Sam w nim nie mieszkał,
bywał tam jedynie, ale wiele dzieci ulicy albo z biednych rodzin
przychodziło tu, by się bawić lub pomieszkiwać. Wyglądało na to, że
kiedy nie był na polu bitwy, Bai Jin wolał spędzać czas z dziećmi niż z dorosłymi.
Hua Cheng skierował konia w tę stronę. Nie zaczekał, aż Xie Lian
zsiądzie, tylko złapał go w pasie i postawił na ziemi.
-?Gege, taoisto, po co mnie tutaj zabrałeś? Co tu jest ciekawego? Za
dużo dzieciaków.
"To wcale nie tak, że nie umiem jeździć konno", pomyślał Xie Lian.
"Właściwie jestem w tym całkiem dobry. Dlaczego się na to zgodziłem?"
-?I co z tego? Nie lubisz dzieci? -?spytał bezradnie.
-?Nie.
Xie Lian nie wiedział, co o tym myśleć. "Więc to tak", pomyślał.
Wcześniej nie miał pojęcia, że Hua Cheng nie lubi dzieci.
-?Dzieci to same kłopoty! -?oznajmił Hua Cheng z naciskiem.
W tym momencie z domku wyszedł Bai Jin, ciągnąc za sobą dwójkę
płaczących maluchów uczepionych jego spodni.
-?Zielarzu, wróciłeś! Chodź, pomóż mi! -?poprosił, gdy tylko zobaczył
Xie Liana.
Wyraz twarzy Hua Chenga się nie zmienił, ale brwi zmarszczyły się lekko.
To samo zrobił Bai Jin, spojrzawszy na dwóch niespodziewanych gości.
Wyglądało na to, że obaj, chociaż nie byli tego świadomi, podskórnie
wyczuwali, że ten drugi jest niebezpieczny. Xie Lian wkroczył między
nich i chwycił dzieci za ręce.
-?Co z nimi? -?spytał.
Bai Jin spojrzał w bok i podrapał się po głowie.
-?Bili się i upadli. Przed chwilą szukałem cię na ulicach, gdzie
zniknąłeś?
-?Nic mi nie jest, przepraszam, że musiałeś się o mnie martwić.
Spotkałem po drodze znajomego i zaprosił mnie do siebie -?mówił z uśmiechem Xie Lian, równocześnie zręcznie pocieszając dzieci, opatrując
ich rany i smarując maścią.
Bai Jin już miał coś powiedzieć, kiedy nagle zaświeciły mu się oczy i ruszył do przodu. Xie Lian podążył za nim wzrokiem i jego uśmiech
natychmiast zgasł. "Przyszedł!", pomyślał.
Zobaczył młodzieńca w niebieskich szatach, który przechadzał się
niespiesznie z rękoma splecionymi za plecami, jakby tylko przypadkiem
był w pobliżu.
-?Poczekaj! -?krzyknął za nim Bai Jin.
Tym młodzieńcem był oczywiście Ling Wen. Ledwo się odwrócił, a Bai Jin
na niego wpadł.
-?Wszędzie cię szukałem! Wreszcie przyszedłeś! -?wołał radośnie.
Ling Wen powoli i spokojnie odepchnął go jednym palcem.
-?Nie szarp mnie.
Bai Jin od razu go puścił. Ling Wen spojrzał na niego i dodał z uśmiechem:
-?Jakże to? Poprzednim razem poradziłem ci uważać. Czyżbym mówił coś nie
tak?
-?Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać -?odparł Bai Jin. -?Jesteś
taki mądry, wszystko mówiłeś słusznie. Gdy sobie poszli, zachowali się
dokładnie tak, jak powiedziałeś.
-?Zapamiętałeś, co ci kazałem? -?spytał Ling Wen. -?Tamta dwójka to w gruncie rzeczy tchórze, jeśli dasz im lekcję, tak jak ci mówiłem, nie
ośmielą się rozsiewać plotek.
-?Nie -?odpowiedział Bai Jin z rozbrajającą szczerością. Robił tyle, co
stu ludzi, gdzieżby miał czas?
-?Jesteś naprawdę głupi. -?Ling Wen westchnął. -?Podpowiedziałem ci
rozwiązanie, a ty nawet z niego nie skorzystałeś.
-?Nieważne -?zbył go Bai Jin. -?Mam inną rzecz, o którą chciałbym cię
prosić. Wen-di1, może mógłbyś przychodzić tutaj i uczyć te
dzieci?
Ling Wen patrzył na niego i nie odpowiadał, nie wiadomo czy dlatego, że
się nie spodziewał akurat takiej prośby, czy z powodu tego zwrotu. Bai
Jin zrozumiał, że młodzieniec nie ma ochoty, więc odpiął wiszący u pasa
mieszek z pieniędzmi, otworzył i mu pokazał.
-?Zapłacę. To wszystko dla ciebie.
Ling Wen rzucił okiem do środka.
-?Skoro masz tyle pieniędzy, dlaczego nie pójdziesz poprosić
nauczyciela? -?spytał.
-?Prosiłem. -?Bai Jin pokręcił głową. -?Ale oni nie są dobrzy.
Xie Lian domyślał się, o co chodziło. Kilkaset lat temu nie było tak
wielu uczonych, Bai Jin mógł nie znać żadnych wielkich talentów albo nie
odróżniał ich od przeciętnych. Nawet gdyby znalazł przypadkiem kogoś,
kto przez kilka lat się uczył, nikt nie mógłby go nadzorować, byłby więc
pewnie niedbały i traktował wszystkich jak idiotów.
-?Kiedy nikt się nie zajmuje dziećmi, mogą wyrosnąć na głupców. Nie
można do tego dopuścić -?wymamrotał pod nosem Bai Jin.
-?Kto tak mówi? -?zaoponował Ling Wen. -?Mną nikt się nie zajmował, a przecież nie wyrosłem na głupca.
Wydawało się, że Bai Jin nie wiedział, co odpowiedzieć, patrzył więc
tylko na niego.
-?A właściwie to dlaczego mnie szukałeś? Widzieliśmy się tylko raz. Czy
ja ci wyglądam na dobrego, cierpliwego człowieka? Dlaczego uznałeś, że
się zgodzę?
Twarz Bai Jina poczerwieniała, jakby z całych sił starał się wymyślić
coś, co przekonałoby "mistrza" do uczenia dzieci. Xie Lian spojrzał na
niego i pomyślał, że jest godny pożałowania. Bai Jin uważał Ling Wena za
mądrego i życzliwego, bo tamten podczas pierwszego spotkania ostrzegł go
przed parą kochanków. Pokładał więc w nim duże nadzieje, do tego
przygotował sowitą zapłatę i zupełnie się nie spodziewał, że spotka się
z chłodną odmową. Gdyby to nie był wewnętrzny świat Nieśmiertelnego
Haftu, gdyby Xie Lian nie czuł niechęci, by zmieniać szczegóły jego
wspomnień, na pewno by interweniował. Nagle, gdy Bai Jin nie wiedział
już, co ze sobą zrobić, Ling Wen westchnął.
-?A dzieci? -?spytał.
Bai Jin patrzył.
-?Najpierw pokaż mi, jakie dzieciaki miałbym uczyć -?dodał Ling Wen.
I tak zaciągnięto go do pracy.
Trzeba przyznać, że Ling Wen zasługiwał na miano przyszłego pierwszego
boga-urzędnika Wyższej Izby Niebios. Nawet kiedy uczył grupę wioskowych
sierot, które nie miały żadnych podstaw, potrafił wyjaśnić trudne
zagadnienia w przystępny sposób. Xie Lian stwierdził, że jego
największym atutem była umiejętność obudzenia w dzieciach
zainteresowania -?gdy już się pojawiło, same zaczynały wykazywać chęć do
nauki. W ten sposób nawet pojedyncza lekcja dawała efekt. Widząc dzieci
z rozłożonymi na stole książkami, Bai Jin cieszył się niezmiernie:
-?Wen-di, nie miałem pojęcia, że jesteś aż tak mądry!
Ling Wen jedną ręką podpierał czoło, a drugą zapisywał na kartce treść
lekcji.
-?To ty jesteś za głupi! -?Westchnął.
Faktycznie można było tak to ująć. Kiedy dzieci uczestniczyły w lekcji,
Bai Jin też słuchał z rękami splecionymi na piersi. Ale już po godzinie,
gdy uczniowie zapamiętali po kilkaset znaków, Bai Jin nie zapamiętywał
nic, a co zapamiętał, to zapominał i nawet z własnym imieniem miał
problem.
Zdaniem Xie Liana była to jednak raczej kwestia urazu niż opóźnienia
umysłowego, tak jak zerwane ścięgna uniemożliwiają ruszanie palcami.
Miał kiedyś znajomego, który był bystrym studentem, ale pewnego razu
ktoś go popchnął i ten uderzył głową o róg stołu. Gdy rana się wygoiła,
na widok pisma zaczynała boleć go głowa. Gapił się usilnie na znaki,
które wcześniej znał, i nie potrafił ich przeczytać, a co dopiero
napisać. W końcu nie miał wyjścia i musiał się zająć zbieraniem śmieci.
Ling Wen położył nogę na stołku i zabębnił palcami w blat stołu. Bai Jin
zebrał się, by rozetrzeć dla niego tusz. Nie przestawał go przy tym
chwalić:
-?Jesteś taki mądry i dobry.
-?Nie będę ukrywał, przez całe życie nikt mi nie mówił, że jestem dobry.
-?Ling Wen się uśmiechnął.
W środku trwała lekcja, a Xie Lian siedział w drzwiach drewnianego domku
i rozdrabniał zioła. Znudzony Hua Cheng przycupnął obok i od niechcenia
pomagał je sortować. Wyprostował długie nogi, oczy osłonił przed
delikatnym światłem słońca, wyglądał na zadowolonego. Spostrzegł jednak,
że Xie Lian cały czas zagląda do środka, upuścił mu więc gałązkę przed
twarzą. Xie Lian jej nie zauważył, zatem Hua Cheng wyciągnął nogę w jego
kierunku, buty, w których zwisały srebrne łańcuszki, dotknęły jego nogi.
Xie Lian dopiero wtedy się ocknął.
-?Co jest? -?zapytał.
Zobaczywszy, że odzyskał jego uwagę, Hua Cheng się rozpromienił.
-?Przepraszam, pewnie się nudzisz -?powiedział zawstydzony Xie Lian.
-?Nie -?odparł Hua Cheng. -?Ale co jest ciekawego w patrzeniu, jak uczą
się znaków? Brzydkie, nie patrz na to.
Przed chwilą Ling Wen uczył dzieci, jak mają zapisać swoje imiona. Po
podłodze walały się strzępy papieru, ciemne plamy tuszu na papierze
wyglądały jak brud, jedna gorsza od drugiej, naprawdę nie dało się na to
patrzeć. Xie Lian pomyślał w duchu, że Hua Cheng niekoniecznie miał
lepsze pismo. Zobaczył, że kilkoro starszych dzieci zerka na nich z dezaprobatą. Hua Cheng zachowywał się przecież jak arogancki paniczyk,
ale nikt nie śmiał powiedzieć ani słowa. Ling Wen łypnął na nich, po
czym zawołał jedno z dzieci:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki