Błogosławieństwo Niebios. Tom 3 - Mo Xiang Tong Xiu

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Rzut oka na Aleję Boskiego Wojow­nika

Biały pła­tek pod­ry­fo­wał po nie­bie peł­nym okrzy­ków i kolo­ro­wych wstęg, po czym wylą­do­wał na mie­czu.

Klinga ude­rzyła, prze­szyła serce demona. Zgi­nął na miej­scu.

-?Demony poko­nane, złe moce okieł­znane, niech Nie­biosa nam bło­go­sła­wią!

Po obu stro­nach Alei Boskiego Wojow­nika wrzawa nio­sła się jak fale, jedna wyż­sza od dru­giej. Przed czer­wo­nymi wro­tami kró­lew­skiego pałacu odgry­wa­jący boga i demona tao­iści ukło­nili się na wszyst­kie strony, po czym się roze­szli. Ta wstępna walka wystar­czyła jed­nak, by atmos­fera stała się jesz­cze goręt­sza. Nie tylko obie strony ulicy były upa­ko­wane do gra­nic moż­li­wo­ści, lecz jacyś śmiał­ko­wie wspięli się nawet na dachy. Kla­skali, wołali, tań­czyli, wese­lili się.

Na wyso­kim tara­sie roz­ra­do­wany tłum zło­żony z rodziny kró­lew­skiej, ksią­żąt i szlachty oglą­dał wido­wi­sko. Tak wiel­kie wyda­rze­nie przy­cią­gnęło tysiące ludzi i gdyby miano wska­zać naj­bar­dziej nie­co­dzienną paradę z oka­zji Święta Latarni w histo­rii pań­stwa Xianle, z pew­no­ścią byłaby to ta dzi­siej­sza!

W pała­co­wej bra­mie setka ludzi tkwiła w uważ­nym, cichym ocze­ki­wa­niu. Zabił dzwon, a młody męż­czy­zna w wyso­kim nakry­ciu głowy i zdo­bio­nych sza­tach uło­żył w zagłę­bie­niu łok­cia koń­ski ogon i powie­dział poważ­nie:

-?Straż przed­nia!

-?Są!

-?Nie­bianki!

-?Są!

-?Muzycy!

-?Są!

-?Jeźdźcy!

-?Są!

-?Demon!

-?Jest!

-?Wojow­nik Radu­jący Bogów!

Brak odpo­wie­dzi.

Młody tao­ista zmarsz­czył brew i powtó­rzył gło­śno:

-?Wojow­nik Radu­jący Bogów? Jego Ksią­żęca Wyso­kość?

Tak jak wcze­śniej, nikt nie odpo­wie­dział. "Demon", który się przed chwilą ode­zwał, zawa­hał się, po czym ścią­gnął maskę. Pod zie­loną skórą i ostrymi kłami kryła się uro­dziwa twarz.

Schlud­nie odziany mło­dzie­niec miał około szes­na­stu, sie­dem­na­stu lat, oczy błysz­czące jak dwie kulki obsy­dianu, mięk­kie włosy, opa­da­jące kil­koma kosmy­kami na czoło. Wyda­wał się spo­kojny i uło­żony, co kon­tra­sto­wało z trzy­maną przez niego w ręku maską dzi­kiego demona.

-?Mistrzu, Jego Ksią­żęca Wyso­kość powie­dział, żeby się nie mar­twić, nie­długo przyj­dzie -?ode­zwał się.

Mistrz Mei Nia­nqing nie wie­rzył wła­snym uszom.

Znik­nął w tak klu­czo­wym momen­cie!

W ich stronę zaś ciem­nym kory­ta­rzem pod bramą ktoś pędził. To też był szes­na­sto-, sie­dem­na­sto­letni mło­dzie­niec, wypro­sto­wany, wyso­kiego wzro­stu, o skó­rze zło­ci­stej niczym psze­nica. Na ple­cach miał długi czarny łuk oraz śnież­no­biały koł­czan. Cho­ciaż wyda­wał się młody, spoj­rze­nie miał nie­prze­jed­nane. Led­wie Mei Nia­nqing go zoba­czył, zła­pał go i spy­tał:

-?Feng Xin! Co z Jego Ksią­żęcą Wyso­ko­ścią?

-?Mistrzu, mel­duję, że Jego Wyso­kość zabija demony na Górze Szla­chet­nych!

I po co pytał? Mei Nia­nqing był jesz­cze bar­dziej zroz­pa­czony.

-?A nie sie­dzi tam już od mie­siąca? Jak to moż­liwe, że cią­gle tam jest?

-?Tak! Ale te demony są wyjąt­kowo pod­stępne, więc czaił się na nie aż mie­siąc, wkrótce uda mu się je dorwać, dla­tego powie­dział, że jesz­cze chce pocze­kać!

-?Jak długo chce cze­kać? Prze­cież to mnie wykoń­czy! -?ryk­nął Mei Nia­nqing. -?Kom­pa­nia repre­zen­ta­cyjna zaraz przej­dzie przez pała­cową bramę, gdy plat­forma wyje­dzie i ludzie zoba­czą jedy­nie demona, a nie nie­śmier­tel­nego, obrzucą nas, oby tylko, blu­zgami, nie wyj­dziemy z tego żywi! Dla­czego z Mu Qin­giem go nie zatrzy­ma­li­ście?

Mu Qing jed­nak zacho­wał spo­kój.

-?Książę powie­dział, że jeśli zasadzka się nie powie­dzie i będzie musiał pocze­kać do następ­nego razu, może umrzeć kil­ka­dzie­siąt osób. Zdąży wró­cić, zanim pojawi się Wojow­nik Radu­jący Bogów. Mistrzu, dzia­łaj, pro­szę, według planu. Jeżeli teraz nie wydasz roz­kazu wymar­szu, pomyślna godzina minie.

Cze­ka­jący od świtu tłum nie mógł już wytrzy­mać, krzy­czał i pospie­szał. Nie było wyj­ścia.

Bez Wojow­nika Radu­ją­cego Bogów mogło być źle, ale spóź­nić się -?jesz­cze gorzej!

Zre­zy­gno­wany Mei Nia­nqing dał znak dło­nią.

-?Muzyka! Ruszamy!

Na jego roz­kaz, przy dźwięku fletni, stu kró­lew­skich wojow­ni­ków wykrzyk­nęło jed­nym gło­sem i poma­sze­ro­wało. Kom­pa­nia repre­zen­ta­cyjna wyru­szyła.

Pierwsi szli wojow­nicy sym­bo­li­zu­jący usu­wa­nie prze­szkód. Za nimi wybrane spo­śród tysięcy skromne, piękne dzie­wice sypały kwiaty z koszy­ków, które nio­sły w rękach. Muzycy sie­dzieli na zło­tym wozie i wygry­wali melo­dię. Gdy tylko wyszli przez bramę, zostali powi­tani wes­tchnie­niami zachwytu, a tłum rzu­cił się do walki o kwiaty. Te obra­cały się w pył, ale ich zapach pozo­sta­wał. Jak­kol­wiek piękne, jak­kol­wiek zbyt­kowne by to było, to tylko wstęp. Wła­śnie miała wyje­chać ostat­nia plat­forma.

Cią­gnięta przez szes­na­ście bia­łych koni w zło­tej uprzęży, prze­je­chała przez bramę i powoli uka­zała się oczom tłumu. Na niej zaś odziany na czarno demon w potwor­nej masce wbił w pod­łogę przed sobą długą sza­blę1. Poja­wił się na sce­nie w iście impo­nu­ją­cym stylu.

Ale cud się nie wyda­rzył. Na­dal ani śladu Wojow­nika Radu­ją­cego Bogów.

Tłum zaszem­rał. Rodzina kró­lew­ska, ksią­żęta i szlachta ścią­gnęli lekko brwi i spoj­rzeli po sobie.

-?Co się stało? -?dopy­ty­wali. -?Dla­czego na plat­for­mie nie ma Wojow­nika Radu­ją­cego Bogów?

W cen­trum, na tara­sie wyso­kiego budynku, sie­dzieli uro­dziwy męż­czy­zna i piękna kobieta, król i kró­lowa Xianle, i cho­ciaż oboje na twa­rzach mieli uśmie­chy, w ich oczach gościł smu­tek. Mogli jedy­nie wymie­niać spoj­rze­nia i pocie­szać się nawza­jem.

Ale tłumu po obu stro­nach alei nie miał kto pocie­szyć, zebrani krzy­czeli, jakby zaraz mieli roz­sa­dzić dachy. Na szczę­ście demon na plat­for­mie był wyjąt­kowo spo­kojny. Kil­ku­dzie­się­ciu tao­istów prze­bra­nych za łow­ców demo­nów wsko­czyło jeden za dru­gim na scenę, a on po kolei ich poko­ny­wał i strą­cał w dół. Gdyby oce­niać po twa­rzy i postu­rze, Mu Qing przy­po­mi­nał raczej uczo­nego, ale ciężka sza­bla w jego dłoni wyda­wała się nie mieć wagi. Cień ostrza tań­czył, a demon wal­czył wspa­niale, nagro­dzono go więc wiwa­tami. Tyle że więk­szość publicz­no­ści nie przy­szła tu, by oglą­dać, jak demon krzyw­dzi ludzi, krzy­czeli więc jeden przez dru­giego:

-?A gdzie Wojow­nik Radu­jący Bogów?!

-?Chcemy zoba­czyć Jego Ksią­żęcą Wyso­kość jako Cesa­rza Boskiego Wojow­nika!

-?Co tu się odwala?! -?Z wyso­kiego budynku dobiegł gniewny głos. -?Kto by chciał oglą­dać te pier­doły? Gdzie, kurwa, mój książę kuzyn?

Jeden po dru­gim widzo­wie zadzie­rali głowy, by na tara­sie ujrzeć bie­gną­cego do kra­wę­dzi i wygra­ża­ją­cego pię­ściami mło­dzieńca w zdob­nych sza­tach. Miał pięt­na­ście, może szes­na­ście lat, wyglą­dał olśnie­wa­jąco i przy­cią­gał wzrok, lecz przez wykrzy­wia­jący jego twarz gry­mas i mor­der­czy wzrok spra­wiał wra­że­nie, jakby miał zaraz prze­sko­czyć przez barierkę i zacząć kogoś bić. Budy­nek był jed­nak za wysoki. Chło­pak chwy­cił więc białą jade­itową czarkę, którą miał pod ręką, i rzu­cił.

Czarka pole­ciała w kie­runku głowy demona, który choć odwró­cony tyłem, spo­strzegł, co się dzieje. Jego miecz wysko­czył w górę, a czarka wylą­do­wała na czubku ostrza, wywo­łu­jąc falę aplauzu. Qi Rong roz­gnie­wał się jesz­cze bar­dziej i chciał rzu­cić czymś jesz­cze, ale kró­lowa zawo­łała kogoś, by go odcią­gnął. Co się udało, ale nie bez spo­rego wysiłku. Miny człon­ków rodziny kró­lew­skiej były coraz poważ­niej­sze, nie­któ­rzy nie mogli już usie­dzieć na miej­scach. Za szkar­łatną zasłoną z gazy ary­sto­kratki ze słyn­nych rodów zakry­wały twa­rze jedwab­nymi wachla­rzami i cho­ciaż były zatro­skane, żadna z nich się nie ode­zwała.

Ale zwy­kłych ludzi nie krę­po­wała ety­kieta i nie­któ­rzy zaczęli roz­py­ty­wać:

-?Jego Ksią­żęca Wyso­kość nie przy­szedł?

-?Gdzie jest gege Lian2?

Parada w Święto Latarni bez Wojow­nika Radu­ją­cego Bogów to byłby dopiero nie­co­dzienny przy­pa­dek!

Wtem ryk prze­to­czył się przez tłum niczym grom, a towa­rzy­stwo na tara­sie się oży­wiło. Zoba­czyli, jak śnież­no­biała postać spada z nieba i ląduje lekko przed demo­nem!

Ledwo stopy wojow­nika w bieli dotknęły plat­formy, war­stwy jego szat roz­ło­żyły się jak płatki olbrzy­miego kwiatu. Twarz skry­wał za złotą maską, w jed­nej ręce dzier­żył miecz, drugą trą­cił deli­kat­nie ostrze, a ono odpo­wie­działo przy­jem­nym dla ucha brzęk­nię­ciem. Ruch był spo­kojny i wywa­żony, jakby wojow­nik w ogóle nie zwra­cał uwagi na demona przed sobą.

Na plat­for­mie biała i czarna postać stały naprze­ciw sie­bie, potrzą­sa­jąc bro­nią, aż wresz­cie zwarły się w walce.

Qi Ron­gowi na ten widok aż się zaświe­ciły oczy, pod­sko­czył i zawo­łał gło­śno:

-?Książę kuzyn! Mój książę kuzyn przy­był!!!

I na górze, i na dole, wszyst­kim ode­brało mowę.

To wej­ście naprawdę przy­po­mi­nało zstą­pie­nie z nieba, jakaż odwaga!

Bar­ba­kan miał co naj­mniej kil­ka­na­ście metrów, ale książę, któ­rego ciało warte było wię­cej niż całe złoto kró­le­stwa, fak­tycz­nie z niego sko­czył. W tam­tej chwili tłu­mowi się zdało, że zaprawdę bóg zstą­pił do świata śmier­tel­nych, nie­mal tra­cono głowy, krew wrzała, wszy­scy krzy­czeli do utraty tchu i kla­skali, aż dło­nie im poczer­wie­niały.

Król i kró­lowa wymie­nili spoj­rze­nia, w któ­rych krył się uśmiech, i cho­ciaż kró­lew­ska rodzina nie kla­skała, ich twa­rze wresz­cie się roz­luź­niły i wzdy­chali z zachwy­tem. Wachla­rze nie zdo­łały ukryć rumień­ców na twa­rzach panien.

Mei Nia­nqing naresz­cie mógł otrzeć pot z czoła. Spoj­rzał na szkar­łatną zasłonę. Pięk­no­ści ledwo było zza niej widać, ale dobie­gały go ich nie­spo­kojne wes­tchnie­nia. Wie­dział, kim są. Zaśmiał się w duchu. Nagle usły­szał, jak kró­lowa mówi cicho do króla:

-?Dziecko znowu roz­ra­bia.

-?I jesz­cze sko­czył z tak wysoka! -?Król otarł pot z czoła.

-?Wasze Wyso­ko­ści mogą być spo­kojne -?powie­dział Mei Nia­nqing nie bez odro­biny dumy. -?Książę z zamknię­tymi oczami i wspiąłby się, i zesko­czył nie tylko z tych mar­nych kil­ku­dzie­się­ciu metrów muru, lecz także ze szczytu Góry Wiel­kiej Zie­leni!

Wojow­nik Radu­jący Bogów był naj­waż­niej­szą posta­cią w para­dzie Święta Latarni. Musiał być to mło­dzie­niec bie­gły w sztuce mie­cza. Do tego sta­ran­nie zapla­no­wany strój, nie­sły­cha­nie zachwy­ca­jący, przy czym cały ekwi­pu­nek ważył ponad sto jinów3. Z takim cię­ża­rem musiał sto­czyć, wpraw­dzie uda­waną, lecz wido­wi­skową walkę z wojow­ni­kiem prze­bra­nym za demona i ode­grać cały, co naj­mniej sze­ścio­go­dzinny występ bez abso­lut­nie żad­nej pomyłki. Dla zwy­kłego czło­wieka było to zada­nie nie do wyko­na­nia.

-?Patrz­cie! -?powie­dział pew­nie Mei Nia­nqing. -?Dzięki Jego Wyso­ko­ści dzi­siej­sza ofiara dla Nie­bios zapi­sze się w histo­rii!

Obaj mło­dzieńcy na plat­for­mie byli nie­zrów­nani. Błysk mie­czy, atak, blok, krzyki się nasi­lały, blask broni ośle­piał. Walka sta­wała się coraz bar­dziej zacięta, a pokrzy­ki­wa­nia widzów coraz gło­śniej­sze.

-?Zabij! Zabij demona! -?roz­le­gało się z nie­zli­czo­nych gar­deł.

Świst ostrza, białe świa­tło. Tłum wrza­snął i wstrzy­mał oddech. Radu­jący Bogów wytrą­cił demo­nowi miecz, który pole­ciał i wbił się w czer­woną kolumnę przy ulicy. Spró­bo­wał go wycią­gnąć pewien śmia­łek, ale choć dwoił się i troił, miecz ani drgnął.

-?Co za siła! -?wykrzyk­nął.

Spod zło­tej maski dobiegł cichy śmiech. Wojow­nik w jed­nej ręce dzier­żył kwiat, miał wła­śnie zadać ostatni cios i "zabić" demona, gdy nad nimi roz­legł się krzyk.

Radu­jący Bogów się zdu­miał i pod­niósł głowę, by ujrzeć nie­wy­raźną syl­wetkę spa­da­jącą z muru. Nie­wiele myśląc, w mgnie­niu oka wybił się z obu nóg, sko­czył i poszy­bo­wał w górę. Jego rękawy powie­wały niczym motyle skrzy­dła i choć wyglą­dał, jakby leciał do nieba, zro­bił zale­d­wie kil­ka­na­ście kro­ków na murze, po czym lekko jak piórko opadł na zie­mię. Dopiero gdy sta­nął pew­nie, wypu­ścił powie­trze i spoj­rzał w dół.

Brudny chło­piec z twa­rzą obwią­zaną ban­da­żami kulił się w jego ramio­nach i wpa­try­wał w niego.

Mógł mieć sie­dem, naj­wy­żej osiem lat, był chudy i drobny, a jego małe ciałko drżało jak nowo naro­dzone zwie­rzątko. Spo­mię­dzy nie­dbale zawi­nię­tych wokół głowy ban­daży spo­glą­dało wiel­kie czarne oko, w któ­rym odbi­jała się biała postać. Wpa­try­wał się w trzy­ma­ją­cego go czło­wieka, nie mru­gnąw­szy ani razu, jakby nie umiał doj­rzeć nic innego.

Książę sły­szał tylko, jak ota­cza­jący go ze wszyst­kich stron ludzie gwał­tow­nie biorą wdech. Wciąż klę­czał na jed­nym kola­nie, z pochy­loną głową, kiedy kątem oka zauwa­żył, że coś leży na ziemi.

Serce mu zamarło.

Złota maska zakry­wa­jąca jego twarz spa­dła.

Pewny krok wojow­ni­ków się zała­mał, na twa­rze roz­rzu­ca­ją­cych kwiaty nie­bia­nek wypły­nął strach, złoty powóz się zatrzy­mał, wiel­kie białe konie unio­sły kopyta i rżały, a flet­nia­rze zagrali kilka fał­szy­wych tonów. Jedni szli, inni stali, gdyby szybko nie udało się zsyn­chro­ni­zo­wać kroku, sytu­acja wymknę­łaby się spod kon­troli.

Tłum po obu stro­nach alei nie zdą­żył jesz­cze zare­ago­wać, kiedy na wyso­kim tara­sie król i kró­lowa pod­nie­śli się ze swo­ich krze­seł. Skoro oni stoją, jak pozo­stali śmie­liby sie­dzieć? Dostoj­nicy jeden po dru­gim wsta­wali więc, na twa­rzach ukry­tych za czer­woną zasłoną panien malo­wało się prze­ra­że­nie. Mistrz ledwo wygrzał sobie sto­łek, a już musiał się pod­nieść. Qi Rong wsko­czył na barierkę, pod­wi­nął rękawy i wołał gniew­nie:

-?Co znowu? Co z tymi oddzia­łami? Co ta zgraja śmieci wypra­wia? Nie jedli­ście dziś, że nawet z końmi nie potra­fi­cie sobie pora­dzić?

Widząc, jaka wrzawa zapa­no­wała wśród tłumu i że za chwilę nasta­nie chaos, Radu­jący Bogów natych­miast powstał i pod­niósł głowę.

Książę wart był tyle złota, ile sam ważył. Pra­wie się wcze­śniej nie poka­zy­wał, bo a to ukry­wał się w pałacu, a to zaszy­wał w górach, by prak­ty­ko­wać, więc teraz nie mogli się oprzeć, by nie zer­k­nąć na jego twarz. Wystar­czyło jedno spoj­rze­nie, a wstrzy­mali oddech.

Skóra mło­dzieńca była tak biała, że aż prze­zro­czy­sta, jak jadeit, który jeśli patrzeć na niego zbyt długą chwilę, roz­pad­nie się na kawałki. Ale brwi wyda­wały się dumne, a oczy jaśniały niczym poranna zorza. Piękna twarz i wyjąt­kowa uroda spra­wiały, że ludziom bra­ko­wało śmia­ło­ści się mu przy­glą­dać, cho­ciaż ksią­żęta zwy­kle przyj­mują uwagę ze strony innych ze spo­ko­jem.

Miał szes­na­ście, sie­dem­na­ście lat, naj­lep­szy wiek. Gdyby spy­tać kogoś, jak powi­nien wyglą­dać Wojow­nik Radu­jący Bogów, to wła­śnie tak.

Korzy­sta­jąc z tego, że uwaga tłumu była zwró­cona na księ­cia, Feng Xin prze­biegł przez ulicę, chwy­cił maskę i wpadł mię­dzy straż hono­rową, krzy­cząc:

-?Nie pani­kuj­cie, idź­cie dalej! Dopiero po tym okrą­że­niu wróć­cie do pałacu!

Oddział zaczął ponow­nie for­mo­wać szyk, każdy powró­cił na swoje miej­sce. Odgry­wa­jący demona Mu Qing prze­sło­nił niebo niczym czarna chmura, wycią­gnął sza­blę z kamien­nego filaru i uda­wał, że chce zabić dziecko w ramio­nach wojow­nika. Zwarli się i roz­dzie­lili kilka razy. Wal­cząc, wró­cili na plat­formę, jakby nic się nie stało. Tłum dał się ponieść i znów zawrzał.

To był pierw­szy raz, kiedy Xie Lian dzię­ko­wał, że uro­dził się z takimi rysami, w obli­czu kata­strofy mógł bowiem za ich pomocą odcią­gnąć uwagę - bar­dzo, bar­dzo dobrze... Jedną ręką obej­mo­wał chłopca, drugą zręcz­nie wywi­jał mie­czem. Spa­ro­wał kilka cięć, gdy usły­szał, że chło­piec jęk­nął, pomy­ślał więc, że pew­nie jest prze­ra­żony tym, że znaj­duje się w samym środku walki. Xie Lian przy­ci­snął go moc­niej do sie­bie.

-?Nie bój się! Jestem przy tobie, nic cię nie skrzyw­dzi!

Chło­piec zła­pał kur­czowo szaty na jego piersi, jakby się chwy­tał ostat­niej deski ratunku. Xie Lian się domy­ślał, że dziecko jest prze­ra­żone. Ale tak czy ina­czej, rytuał został już prze­rwany.

-?Mu Qing! -?krzyk­nął.

Demon ledwo zauwa­żal­nie ski­nął głową i spraw­nie zaata­ko­wał. Xie Lian wycią­gnął miecz, Mu Qing udał, że został tra­fiony, sza­mo­tał się chwilę i z gło­śnym hukiem zwa­lił na zie­mię.

I tak Radu­jący Bogów zabił demona!

Krzyk tłumu uniósł się ponad chmury. Potężna pro­ce­sja ku czci Nie­bios kon­ty­nu­owała marsz, zmie­rza­jąc w stronę pałacu. Być może z powodu emo­cji ludzie nie stra­cili entu­zja­zmu przez ten wypa­dek, wręcz prze­ciw­nie, byli jesz­cze bar­dziej roz­ocho­ceni. Tysiące ruszyły za plat­formą w kie­runku pałacu.

-?Chroń­cie księ­cia! -?krzyk­nął z tarasu król Xianle.

Straż­nicy jed­nak nie zdo­łali zatrzy­mać tłumu, który bez trudu zła­mał ich obronny szyk. Na szczę­ście w tym samym momen­cie ostatni z kom­pa­nii hono­ro­wej nik­nęli już za bramą pałacu. Czer­wona brama zatrza­snęła się za plat­formą, wie­lo­barwne flagi prze­stały powie­wać, a tłum niczym fala ude­rzył we wrota. Odgłosy wale­nia w drzwi i wiwa­tów roz­dzie­rały niebo.

Za bramą pałacu Wojow­nik Radu­jący Bogów z brzę­kiem odrzu­cił miecz i zaczął ścią­gać z sie­bie war­stwy szat. Wypu­ścił gło­śno powie­trze i ogło­sił:

-?Padam z nóg!

Mu Qing też zdjął maskę demona, bez­gło­śnie ode­tchnął, a gdy zoba­czył, jak Xie Lian szar­pie się z sza­tami, nie wytrzy­mał i wycią­gnął rękę.

-?Ja to zro­bię, Wasza Wyso­kość, jak będziesz tak cią­gnął, to się zaci­śnie i cię udusi!

Na dole Feng Xin biegł za plat­formą, krzy­cząc:

-?Wasza Wyso­kość, czemu zabra­łeś to dziecko?!

Chło­piec cią­gle tulił się do piersi Xie Liana, małe ciałko było sztywne, nie poru­szył się ani tro­chę. Xie Lian zsu­nął z ramion wierzch­nią szatę i się wypro­sto­wał.

-?A co, mia­łem go zosta­wić na zewnątrz? Na uli­cach chaos, a on jest taki mały, od razu by go zadep­tali na śmierć. -?Powie­dziaw­szy to, pogła­skał chłopca po gło­wie. -?Skąd się tam wzią­łeś, mały? -?spy­tał z uśmie­chem. - Jakim cudem nagle spa­dłeś z nieba?

Chło­piec nie mru­gnął ani razu, nie ode­zwał się też ani sło­wem.

-?Ska­mie­niał ze stra­chu -?pod­su­mo­wał Mu Qing.

Xie Lian znowu popra­wił chłopcu roz­czo­chrane włosy.

-?Jest w szoku -?wyja­śnił. -?Feng Xin, zabierz go do domu. Sprawdź tylko wcze­śniej, czy nie jest ranny, całą twarz ma w ban­da­żach.

-?Dobrze. -?Feng Xin wycią­gnął ręce.

Xie Lian wziął dziecko pod ramiona i chciał mu je podać. To się jed­nak nie udało.

-?Wasza Wyso­kość, czemu go nie pusz­czasz? -?spy­tał Feng Xin.

-?Puści­łem prze­cież? -?odparł zdzi­wiony Xie Lian. Spoj­rzał w dół i się zaśmiał, gdy spo­strzegł, że chło­piec tak bar­dzo nie chciał go puścić, że obiema rękami wcze­pił się w jego szaty.

Kil­koro ludzi zamarło, po czym roze­śmiało się gło­śno. Xie Lian prak­ty­ko­wał w Kró­lew­skiej Świą­tyni, wielu adep­tów i adep­tek robiło wszystko, aby go zoba­czyć, a ujrzaw­szy raz, chciało zoba­czyć i kolejny. Naj­chęt­niej prak­ty­ko­wa­liby u jego boku. Kto by pomy­ślał, że taki mały chło­piec myśli podob­nie.

-?Wasza Ksią­żęca Wyso­kość, ten chło­piec cię polu­bił, nie chce iść! - uznali zgod­nie zgro­ma­dzeni wokół mło­dzi tao­iści.

-?Serio? -?Xie Lian się zaśmiał. -?Nie da rady, mam jesz­cze sporo do zro­bie­nia. Mały, wra­caj do domu.

Dopiero teraz chło­piec zaczął powoli roz­luź­niać uścisk i Feng Xin go prze­jął. Cho­ciaż był trzy­many przez kogoś innego, błysz­czące czarne oko wciąż pozo­sta­wało utkwione w Xie Lia­nie. Jego spoj­rze­nie nie przy­po­mi­nało wzroku dziecka, wyglą­dał, jakby był w tran­sie. Pozo­stali tao­iści zaczęli szep­tać mię­dzy sobą, ale Xie Lian już na niego nie patrzył, tylko zwra­cał się do Feng Xina:

-?Nie cią­gnij, jak­byś wyno­sił śmieci, prze­stra­szysz go!

-?Lepiej się nie śmiej -?powie­dział Feng Xin gniew­nie. -?Nic się nie sta­nie, jak się prze­stra­szy. Niech Wasza Wyso­kość lepiej się zasta­nowi, co powie mistrzowi. Jego to dopiero nastra­szy­łeś!

Wszy­scy zamil­kli.

Mistrz rze­czy­wi­ście był prze­ra­żony.

Kró­lew­ska Świą­ty­nia, Pawi­lon Boskiego Wojow­nika

W opa­rach kadzi­deł i wśród gło­sów recy­tu­ją­cych sutry4.

-?Na kolana! -?roz­ka­zał Mei Nia­nqing.

Xie Lian uklęk­nął przed zło­tym posą­giem Cesa­rza Boskiego Wojow­nika. Feng Xin i Mu Qing podą­żyli za swoim panem i klęk­nęli za nim.

Mei Nia­nqing pod­niósł misterną złotą maskę. -?Wasza Ksią­żęca Wyso­kość, ech, Wasza Ksią­żęca Wyso­kość. -?Wes­tchnął.

Xie Lian się wypro­sto­wał.

-?Jestem.

-?Na pewno wiesz, że w całej histo­rii Xianle się nie zda­rzyło, aby pod­czas Parady Święta Latarni plat­forma okrą­żyła mia­sto trzy­krot­nie. Trzy­krot­nie! -?mówił z żalem Mei Nia­nqing.

Każdy rytuał, każde usta­wie­nie pod­czas Parady Święta Latarni miały swoje zna­cze­nie, a każde pełne okrą­że­nie plat­formy wokół murów ozna­czało modli­twę o pokój i bez­pie­czeń­stwo kraju przez rok. Tak więc od liczby okrą­żeń zale­żało, przez ile lat nie będzie trzeba orga­ni­zo­wać tak wystaw­nego wyda­rze­nia. Nie tylko dobra wróżba, lecz także oszczęd­ność.

Ale trzy razy -?to zbyt nie­bez­pieczne! Czy to nie ozna­czało, że zostały tylko trzy lata?

Jesz­cze gor­sze było to, że złota maska Wojow­nika Radu­ją­cego Bogów opa­dła w trak­cie rytu­ału.

Od daw­nych cza­sów ludzie wie­rzyli, że dusza wszech­rze­czy mieszka w czło­wieku, a dusza czło­wieka mieszka w gło­wie, dla­tego też pod­czas obrzędu wojow­nik musiał nosić złotą maskę. To, co naj­lep­sze, należy poświę­cić Nie­bio­som, jego twarz mogli więc podzi­wiać tylko nie­śmier­telni, zwy­kli ludzie byli tego nie­godni.

-?Poprzedni Wojow­nicy Radu­jący Bogów prze­szli co naj­mniej pięć okrą­żeń, a było i dwa­dzie­ścia! A ty? -?besz­tał go roz­cza­ro­wany Mei Nia­nqing. -?Z zamknię­tymi oczami byś zro­bił i sto! A wykoń­czy­łeś się na trze­cim. Świet­nie, Wasza Ksią­żęca Wyso­kość zapi­sze się na kar­tach histo­rii!

W pawi­lo­nie stała setka tao­istów, ale nikt nie ośmie­lił się ode­zwać, jedy­nie Xie Lian nie potra­fił zamilk­nąć.

-?Mistrzu, nie patrz na to w ten spo­sób. Czyż nie byłoby złą wróżbą, gdyby na para­dzie polała się krew? Przy­naj­mniej wszystko się skoń­czyło przy­zwo­icie, to naj­lep­szy moż­liwy wynik.

Ale Mei Nian­gqing nie odpusz­czał.

-?I oczy­wi­ście jak nie ty, to kto! Na miej­scu było tylu kró­lew­skich żoł­nie­rzy, każdy mógł go zła­pać!

-?Ale naprawdę jak nie ja, to kto? Kto poza mną mógłby to zro­bić? -?Xie Lian się uśmiech­nął.

Nie było sensu zaprze­czać, bo miał rację. Ale patrząc na jego zado­wo­le­nie, Mei Nia­nqing czuł zarówno iry­ta­cję, jak i roz­ba­wie­nie.

-?Klęcz! -?zawo­łał. -?Mówię ci, Wasza Ksią­żęca Wyso­kość, będziesz musiał odpo­ku­to­wać!

-?Tak jest...

-?Jest jesz­cze jedna sprawa.

Nie mogło to być nic gor­szego niż kwe­stia parady.

-?Mów, pro­szę -?powie­dział szybko Xie Lian.

-?Dzi­siaj Ich Kró­lew­skie Wyso­ko­ści znów chcą cię spy­tać o starą sprawę - jęk­nął Mei Nia­nqing.

Xie Lian od razu odwró­cił wzrok.

A więc może wpaść w jesz­cze więk­sze kło­poty!

Ta tak zwana stara sprawa doty­czyła ożenku Xie Liana.

-?Pod­czas dzi­siej­szej parady widzia­łem na plat­for­mie wido­ko­wej cały zastęp wysoko uro­dzo­nych panien -?mówił Mei Nia­nqing z chłod­nym uśmie­chem. -?Były księż­niczki z kró­lew­skich rodów, panny z rodzin uczo­nych, córki boga­czy, wszyst­kie stały tam i cię obser­wo­wały. Ich Wyso­ko­ści pole­ciły mi prze­ka­zać, że to panny wybrane dla cie­bie z rodów z każ­dego zakątka kraju. Niech Wasza Ksią­żęca Wyso­kość spró­buje zna­leźć czas, żeby spoj­rzeć, czy jest jakaś odpo­wied­nia.

-?Uczeń jest oddany Dro­dze5, nie pra­gnie rado­ści docze­snego świata -?powie­dział Xie Lian poważ­nie. -?Pro­szę, mistrzu, o prze­ka­za­nie takiej wia­do­mo­ści.

-?Król i kró­lowa mówią, że nie mają zamiaru cię pona­glać, ale te panny to naj­wyż­sza półka, jeśli cho­dzi o urodę, pocho­dze­nie i cnoty -?mówił Mei Nia­nqing. -?Być może jedna z nich to wła­śnie twoja upra­gniona księżna? Jeśli lubisz pełne werwy, jest panienka Jian­lan, jeżeli wolisz wysoko uro­dzone, jest księż­niczka Xia­oy­ing, jaką­kol­wiek byś sobie zama­rzył, taka się znaj­dzie! Ich Wyso­ko­ści mówią, że w osta­tecz­no­ści możesz się spo­ty­kać z jedną dzien­nie, na dzi­siaj masz zapla­no­waną księż­niczkę Xia­oy­ing... Cze­kaj! Klęcz! Kto pozwo­lił ci wstać? Wasza Ksią­żęca Wyso­kość! Wasza Ksią­żęca Wyso­kość!

Ale Xie Lian z dwoma słu­gami zdą­żyli już uciec. Led­wie książę sły­szał o ożenku, ucie­kał w panice, nie zwa­ża­jąc na cere­mo­niał. Mistrz mógł sobie wołać swo­jego uko­cha­nego ucznia, ale i tak nie potra­fił się na niego zło­ścić. Pozo­stało mu jedy­nie rwać włosy z głowy i tym bólem zagłu­szyć ból serca.

Cała trójka dotarła do Pawi­lonu Xianle, zbu­do­wa­nego spe­cjal­nie dla Jego Wyso­ko­ści. Dopiero tam Xie Lian zaczął zdej­mo­wać rytu­alne szaty. Odzie­nie i nakry­cie głowy Wojow­nika Radu­ją­cego Bogów pod­le­gało suro­wym regu­łom, każdy ele­ment miał okre­ślone zna­cze­nie, nie można było pomi­nąć ani jed­nego szcze­gółu. Na przy­kład wierzch­nia szata była biała, co sym­bo­li­zo­wało czy­stość, środ­kowa, czer­wona -?pra­wość, złota korona na spię­tych wło­sach -?wła­dzę kró­lew­ską i bogac­two, białe pióra - wnie­bo­wstą­pie­nie. Sze­ro­kie rękawy ozna­czały "wspie­ra­nie żyją­cych istot". I tak dalej, i tak dalej.

Można sobie więc wyobra­zić, że czy to wkła­da­nie, czy zdej­mo­wa­nie, musiało się odby­wać war­stwa po war­stwie i było nie­zwy­kle skom­pli­ko­wane. Xie Lian oczy­wi­ście nie mógł zro­bić tego sam, cze­kał, aż Mu Qing roz­wiąże mu pas.

-?Ojciec i matka znów chcą mnie zwieść, żebym zszedł z góry! -?mówił, wciąż z drżącą w gło­sie nutką stra­chu. -?Znowu mam wybie­rać żonę, tym razem zna­leźli ich cały zastęp!

-?Sły­sza­łem, że księż­niczka Xia­oy­ing i panienka Jian­lan są słyn­nymi pięk­no­ściami. Naprawdę nie chcesz iść zoba­czyć, co Ich Wyso­ko­ści dla cie­bie przy­go­to­wały? -?Feng Xin powstrzy­my­wał się od śmie­chu.

-?Lepiej nie -?zde­cy­do­wał Xie Lian po chwili namy­słu. -?Droga, którą podą­żam, wymaga ode mnie zacho­wa­nia czy­sto­ści, nie mogę się oże­nić. Jeśli z żadną się nie zoba­czę, będzie można powie­dzieć, że całym ser­cem podą­żam za Drogą, wszystko jasne od samego początku. Jeżeli się z nimi spo­tkam, ale nie wybiorę ich na żony, to będzie dla nich trud­niej­sze do znie­sie­nia.

Zdjął złoty guan6 i roz­pu­ścił dłu­gie włosy, po czym usiadł na łóżku i kop­nął nogami, aż spa­dły z nich śnież­no­białe buty.

-?Co jest? -?spy­tał, widząc, że Mu Qing ze ścią­gnię­tymi brwiami przy­gląda się dopiero co zdję­tym przez Xie Liana sza­tom Radu­ją­cego Bogów.

-?Wasza Wyso­kość, są brudne.

-?A... Pokaż.

Rze­czy­wi­ście, na śnież­no­bia­łym stroju wojow­nika wid­niały dwa ciemne odci­ski dłoni. Białe szaty Radu­ją­cego Bogów naj­lepsi krawcy uszyli z dosko­na­łej jako­ści tka­nin, ozdo­biono je mister­nymi haftami, a obwie­dzione jasnymi, zło­tymi taśmami brzegi były piękne, lecz nie zbyt­kowne. Dwa ciemne odci­ski były więc wyraź­nie widoczne.

-?To ten mały, który spadł z nieba? -?spy­tał Xie Lian. -?Pamię­tam, że zła­pał mnie za ubra­nie i nie chciał puścić. Miał na twa­rzy ban­daże, nie wiem, czy się bił, czy co się stało. Feng Xin, obej­rza­łeś go?

-?Nie -?odparł przy­gnę­biony Feng Xin. -?Gdy tylko go wypro­wa­dzi­łem z pałacu, kop­nął mnie w kolano i uciekł. Kurwa, na­dal boli.

-?Na pewno dla­tego, że byłeś dla niego nie­do­bry! -?Xie Lian ze śmie­chu prze­wró­cił się na łóżko. -?Mnie prze­cież nie kop­nął.

Mu Qing nie sko­men­to­wał, tylko zabrał szaty i się odwró­cił. Xie Lian od razu wstał.

-?Mu Qing, wra­caj! Co robisz?

-?Wypiorę -?odparł Mu Qing.

-?Co będziesz prał, nie przej­muj się tym, Mu Qing. -?Xie Lian pocią­gnął go za rękaw. -?Nie­źle dzi­siaj wal­czy­łeś! A nie mówi­łem? Sza­blą wła­dasz dużo lepiej niż mie­czem!

-?Naprawdę?

-?Mhm! Ale myślę, że możesz być jesz­cze szyb­szy, zobacz, jeśli ja zro­bię tak...

Zesko­czył raźno z łóżka, demon­stru­jąc ręką ruch mie­cza. Mu Qing patrzył pil­nie, ale Feng Xin mach­nął mie­czem Radu­ją­cego Bogów i zago­nił Xie Liana z powro­tem na łóżko.

-?Chcesz się bić, to włóż buty! -?krzyk­nął. -?Roz­czo­chrane włosy i bose stopy, jak ty wyglą­dasz!

Zapę­dzony na łóżko Xie Lian, któ­remu Feng Xin prze­rwał ten rado­sny pokaz, rzu­cił w niego poduszką i powie­dział:

-?Wiem! -?Zebrał obiema dłońmi włosy, żeby je spiąć. Nagle zmarsz­czył czoło. -?Dziwne -?powie­dział.

-?Co znowu? -?spy­tał Feng Xin.

-?Bra­kuje jed­nego kol­czyka -?powie­dział Xie Lian, gnio­tąc pła­tek ucha.

W Xianle powszech­nie wie­rzono, że osta­teczną gra­nicą w tao­istycz­nej kul­ty­wa­cji jest "har­mo­nia yin i yang", "męskość i kobie­cość w jed­nym ciele", a boskość pod­lega nie­ustan­nej zmia­nie i nie jest ogra­ni­czona przez płeć, może być męska, może być żeń­ska. Tę ideę odzwier­cie­dlała także postać Radu­ją­cego Bogów. Każdy Wojow­nik Radu­jący Bogów w histo­rii miał strój i ozdoby skom­po­no­wane zarówno z męskich, jak i dam­skich ele­men­tów, jak kol­czyki, szpilki do wło­sów, wstążki i tym podobne. Kiedy Xie Lian prze­brał się za Radu­ją­cego Bogów, wło­żył kol­czyki.

Była to para pięk­nych czer­wo­nych kora­li­ków, lśnią­cych i nie­zwy­kle rzad­kich. Gdy jed­nak przed chwilą roz­cze­sał włosy, zorien­to­wał się, że z pary został tylko jeden.

Gdy tylko padły te słowa, twarz Mu Qinga stę­żała, a Feng Xin rzu­cił się do poszu­ki­wań, ale wró­cił z pustymi rękami.

-?Wszystko gubisz, potra­fisz nawet zapo­dziać coś, co masz w uchu! - zbesz­tał Xie Liana.

Xie Lian znowu roz­ło­żył się na łóżku.

-?Prze­stań na mnie krzy­czeć! Przy­naj­mniej sam się nie zgu­bi­łem, a to byłby pro­blem, pozo­stałe rze­czy można gubić.

Mu Qing nie odpo­wia­dał przez chwilę, wziął mio­tłę i zaczął zamia­tać.

-?Ten kol­czyk jest bar­dzo cenny, spró­bujmy jesz­cze poszu­kać. Może spadł pod łóżko albo pod szafę. Jeżeli się nie uda, zawo­łamy kogoś, żeby nam pomógł.

-?Nie ma mowy, im wię­cej ludzi, tym więk­szy chaos. Nie możemy pozwo­lić, by ktoś go zna­lazł i zabrał -?sko­men­to­wał Feng Xin.

Mu Qing wła­śnie spraw­dzał pod łóż­kiem, ale gdy tylko to usły­szał, wyraz jego twa­rzy się zmie­nił, a mio­tła, którą ści­skał w dłoni, z gło­śnym trza­skiem pękła na dwoje.

Xie Lian zamarł, Feng Xin też osłu­piał.

-?O co ci cho­dzi, czemu to zła­ma­łeś?

-?Chcesz coś powie­dzieć, to mów wprost -?odparł lodo­wato Mu Qing. -?Po co te zawo­alo­wane ataki?

Feng Xin był zawsze szczery i bez­po­średni, pierw­szy raz ktoś zarzu­cił mu ukryte inten­cje, tym bar­dziej więc zabra­kło mu słów.

-?A co ja powie­dzia­łem? Nie mówi­łem prze­cież, że cho­dzi o cie­bie, o co się wście­kasz?

Xie Lian zaklął w duchu.

-?Feng Xin, cicho! -?krzyk­nął.

Na czoło Mu Qinga wyszło kilka ciem­nych żył.

-?Co jest? -?spy­tał Feng Xin.

Xie Lian nie miał siły mu tego wyja­śniać, mógł jedy­nie powie­dzieć Mu Qin­gowi:

-?To nie­po­ro­zu­mie­nie, on nie miał na myśli cie­bie!

Mu Qing zaci­snął i roz­luź­nił pię­ści, w końcu jed­nak nic nie zro­bił, odwró­cił się tylko, dopadł drzwi i wyszedł. Xie Lian pode­rwał się z łóżka i chciał iść za nim, ale zdo­łał ujść zale­d­wie kilka kro­ków, kiedy zła­pał go Feng Xin.

-?Nie masz butów! Jak chcesz wyjść?

-?Muszę go zatrzy­mać! -?wykrzyk­nął Xie Lian.

-?Naj­pierw się ubierz i zepnij włosy. Po co się nim przej­mo­wać? Kto wie, co go ugry­zło? Odbiło mu.

Xie Lian zro­zu­miał, że już nie dogoni Mu Qinga, mógł więc tylko zająć się ubie­ra­niem i ukła­da­niem wło­sów.

-?Nie odbiło mu! Po pro­stu nie­for­tun­nie to ują­łeś. -?Wes­tchnął.

-?A co powie­dzia­łem nie tak? -?dopy­ty­wał Feng Xin, poda­jąc mu szaty.

Xie Lian wkła­dał wła­śnie buty.

-?Lepiej nie pytaj! Nie chcesz go gonić, sam pójdę.

-?Jest coś, o czym nie chcesz mi powie­dzieć? -?spy­tał Feng Xin podejrz­li­wie.

-?Nie ma! -?stwier­dził Xie Lian sta­now­czo, po czym wypadł na zewnątrz. Po chwili głos Feng Xina umilkł. Xie Lian się odwró­cił i ode­tchnął z ulgą, gdy zoba­czył, że tam­ten go nie ściga.

Nie był zbyt zręczny w kła­ma­niu, a Feng Xin znał go zbyt dobrze. Gdyby dalej naci­skał, Xie Lian nie zdo­łałby tego dłu­żej ukry­wać. A nie mógł ujaw­nić przy­czyny zacho­wa­nia Mu Qinga.

By o tym opo­wie­dzieć, trzeba się cof­nąć o trzy lata. Tam­tego roku czter­na­sto­letni Xie Lian wszel­kimi spo­so­bami nękał rodzi­ców, aż wresz­cie król i kró­lowa pozwo­lili mu, by jesz­cze przed osią­gnię­ciem peł­no­let­no­ści mógł oddać się prak­tyce ducho­wej w Kró­lew­skiej Świą­tyni. Gdy ukoń­czono budowę pawi­lonu Xianle, pod­eks­cy­to­wany Xie Lian wyru­szył w góry. Nie miał dużo bagażu: dwa wozy ksią­żek, dwie­ście mie­czy, to wszystko. Król i kró­lowa oba­wiali się jed­nak, że w górach czeka go samot­ność i będzie nie­szczę­śliwy, wysłali więc na Górę Wiel­kiej Zie­leni czter­dzie­ścioro sług i osiem wiel­kich wozów jego sta­rych rze­czy. Wśród nich był złoty pawi­lon skła­da­jący się ze stu ośmiu płat­ków złota.

Na początku tao­iści z Kró­lew­skiej Świą­tyni nie znali księ­cia zbyt dobrze. Kiedy więc zoba­czyli te luk­susy, to cho­ciaż ich nie wygła­szali, w myślach nie powstrzy­mali się od komen­ta­rzy. A kiedy i Xie Lian ujrzał tę wytworną kawal­kadę, nie wie­dział, czy ma się śmiać, czy pła­kać, i roz­ka­zał im wra­cać do pałacu. Ale pod­czas porząd­ków zauwa­żył, że w zło­tym pawi­lo­nie bra­kuje jed­nego płatka. Feng Xin prze­cze­sał oko­licę i niczego nie zna­lazł, więc Xie Lian, chcąc nie chcąc, sam się zabrał do poszu­ki­wań. Mei Nia­nqing usły­szał skądś o tej spra­wie. Rzą­dził świą­ty­nią twardą ręką i roz­gnie­wał się na myśl, że ktoś sku­szony zło­tem mógł je ukraść albo scho­wać. Był zde­cy­do­wany, że wyko­pie ten zagi­niony złoty pła­tek choćby spod ziemi. Zapowie­dział też, że osoba, u któ­rej pła­tek zosta­nie zna­le­ziony, zosta­nie surowo uka­rana. Tego wie­czora trzy tysiące ludzi z Kró­lew­skiej Świą­tyni nie robiło nic innego, jak tylko skru­pu­lat­nie prze­szu­ki­wało pokoje. Xie Lian się nie spo­dzie­wał, że sprawa odbije się aż tak sze­ro­kim echem. Jesz­cze mniej -?że gdy poszu­ki­wa­nia ruszą pełną parą, ktoś przyj­dzie do niego w sekre­cie i poda mu złoty pła­tek.

Tym czło­wie­kiem, mło­dym, pobla­dłym ze stra­chu sługą był Mu Qing.

Oka­zało się, że pła­tek wypadł z wozu, gdy ten się toczył po nie­rów­nej dro­dze w górę. Mu Qing zna­lazł go w zaro­ślach, gdy szedł po wodę. Był zajęty obo­wiąz­kami, nie wie­dział, co to jest, więc scho­wał pła­tek pod matą, z myślą, że zała­twi sprawę wie­czo­rem. Skąd mógł wie­dzieć, że kiedy wróci po całym dniu pracy, okaże się, że zagi­nio­nym płat­kiem zain­te­re­so­wał się sam mistrz?

Był w trud­nej sytu­acji, mógł się jedy­nie przy­znać do winy. Wie­dział, że sprawy zaszły już za daleko, nie ma szans na lep­sze roz­wią­za­nie, bła­gał więc Jego Ksią­żęcą Wyso­kość o lżej­szą karę, żeby cho­ciaż nie wypę­dzano go ze świą­tyni. Jego ojciec umarł wcze­śnie, a z rodziny została mu tylko matka, która zara­biała na ich utrzy­ma­nie szy­ciem. Teraz jed­nak wzrok jej się popsuł i mogła jedy­nie cze­kać, aż syn przy­nie­sie do domu jakieś pie­nią­dze. Nie mógł odejść.

Xie Lian bar­dzo współ­czuł temu pechow­cowi. Cho­ciaż nie ukradł, nie miał szans się z tego wytłu­ma­czyć, tak czy tak pozo­sta­łaby skaza.

-?Nie przej­muj się tym, znajdę roz­wią­za­nie. Bądź spo­kojny, nikomu nie powiem -?mówił, widząc jego roz­pacz.

Poszedł więc zatrzy­mać wiel­kie poszu­ki­wa­nia.

-?Głu­pia sprawa, naro­bi­łem wam tylko kło­potu -?wyja­śniał. -?Teraz sobie przy­po­mnia­łem, że zgu­bi­łem ten pła­tek jesz­cze w pałacu. Od początku było sto sie­dem płat­ków.

Cała Kró­lew­ska Świą­ty­nia prze­trzą­snęła tej nocy każdy kąt w poszu­ki­wa­niu zagi­nio­nego płatka. Oni się tu pocili, dwo­ili i tro­ili, a Xie Lian nagle wyska­kuje z tym wyja­śnie­niem, zago­to­wali się więc ze wście­kło­ści. Ale że wszy­scy byli poważ­nymi tao­istami całym ser­cem odda­nymi kul­ty­wa­cji, bar­dzo szybko o spra­wie zapo­mnieli. Gdyby jed­nak Xie Lian nie pocho­dził z kró­lew­skiej rodziny, mogłoby mu gro­zić wyklu­cze­nie.

Przez trzy lata Xie Lian nikomu o tym nie powie­dział. Skąd mógł wie­dzieć, że przez nie­ostrożne słowa Feng Xina Mu Qing zro­zu­mie wszystko opacz­nie? Jeśli bowiem podej­rze­wał Xie Liana o wyda­nie sekretu zło­tego płatka, mógł zakła­dać, że Feng Xin fak­tycz­nie ma ukryte inten­cje. Na pewno było to trudne dla Mu Qinga. Książę bar­dzo chciał go zna­leźć i wszystko wyja­śnić, ale prze­szu­kał całą oko­licę i nic. Wtedy dogo­nił go Feng Xin.

-?Coś przede mną ukry­wasz!

-?Jesz­cze raz mnie spy­tasz i koniec naszej przy­jaźni. -?Xie Lian się bał, że Feng Xin przej­rzy go na wylot. -?I nie znaj­dziesz sobie żony.

-?Koniec przy­jaźni! -?par­sk­nął Feng Xin. -?I następ­nego dnia całe Xianle usły­szy, jak Jego Wyso­kość pod­czas ubie­ra­nia pod­du­sił się wła­snym sznur­kiem od skar­pety!

-?Wcale nie jestem taki deli­katny! -?Xie Lian tup­nął nogą. Naj­bar­dziej nie lubił, gdy ktoś mu to wyty­kał.

-?Dobra, dobra, nie jesteś -?odparł Feng Xin. -?Jesz­cze go szu­kasz? Roz­py­ty­wa­łem o niego, praw­do­po­dob­nie zszedł na dół, pew­nie wró­cił do domu.

-?Co?! -?Xie Lian natych­miast zmie­nił kie­ru­nek. -?W takim razie my też szybko musimy zejść.

-?Co się tak gorącz­ku­jesz? To w górę, to w dół, można zdech­nąć ze zmę­cze­nia. Szcze­rze mówiąc, Wasza Wyso­kość, nie rozu­miem, dla­czego tak go cenisz. Doro­sły facet, a pała­cowe kon­ku­biny tak nie kręcą jak on. Same pro­blemy!

-?Niby co z nim jest nie tak? -?spy­tał ze śmie­chem Xie Lian. -?Po pro­stu doświad­czył w życiu wię­cej niż my, trudno się dzi­wić, że jest draż­liwy. Ale nie jest złym czło­wie­kiem i ma talent. Niczym kawa­łek pięk­nego jade­itu, tylko pocho­dze­nie i cha­rak­ter ma nie­zbyt dobre. Inni ludzie nie mogą mu pomóc, ale może ja potra­fię? W prze­ciw­nym razie czym róż­ni­łaby się moja prak­tyka od bycia zwy­kłym czło­wie­kiem?

-?Naprawdę go nie lubię. -?Feng Xin podra­pał się po gło­wie. -?Ale to ty jesteś księ­ciem, więc cię słu­cham.

Dopiero co wspięli się na górę, a już musieli wra­cać w pośpie­chu. Kiedy zeszli, przed potężną bramą zoba­czyli piękny, oka­zały powóz. Leżał na nim mło­dzie­niec w zdob­nych sza­tach, z biczem w dłoni, z nogą zało­żoną na nogę, wyda­wał się zado­wo­lony z sie­bie. Gdy tylko zoba­czył Xie Liana, zerwał się na równe nogi i zakrzyk­nął rado­śnie:

-?Książę kuzyn! -?Mło­dzień­cem był oczy­wi­ście Qi Rong. Dosko­czył do nich w dwóch kro­kach i powie­dział wesoło: -?Wresz­cie się cie­bie docze­ka­łem!

Xie Lian pogła­skał go po gło­wie.

-?Znowu uro­słeś, Ron­grong? Skąd wie­dzia­łeś, że dzi­siaj będę scho­dził?

-?Nie wie­dzia­łem. -?Qi Rong zachi­cho­tał. -?Po pro­stu cze­ka­łem, w końcu musia­łeś zejść. Wie­dzia­łem, że się docze­kam.

-?Masz sporo wol­nego czasu -?powie­dział Xie Lian bez­rad­nie. -?A nauczy­łeś się wszyst­kiego i ćwi­czy­łeś walkę mie­czem? Jeśli matka znowu każe mi spraw­dzić twoje zada­nia, być może nie będę mógł cię pochwa­lić.

Qi Rong prze­wró­cił oczami i pod­sko­czył.

-?Nie przej­muj się tym! -?wołał. -?Spójrz na mój nowy powóz! Dokąd jedziesz, kuzynku? Wsia­daj, pod­wiozę cię!

Chwy­cił Xie Liana za rękę i wcią­gnął go na powóz. Xie Lian pomy­ślał jedy­nie, że będzie to bar­dzo nie­bez­pieczne.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki