Błogosławieństwo Niebios. Tom 2 - Mo Xiang Tong Xiu

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział ósmy

Nocne roz­mowy w Kasz­ta­no­wym Przy­bytku Losy splą­tane i roz­plą­tane

-?Krwawy Deszcz w Poszu­ki­wa­niu Kwiatu... -?zagaił Xie Lian.

-?Wasza Wyso­kość -?odparł Hua Cheng.

Xie Lian się odwró­cił.

-?To pierw­szy raz, gdy tak mnie nazwa­łeś.

Mło­dzie­niec w czer­wieni sie­dział na macie z jedną nogą wypro­sto­waną.

-?I jak wra­że­nia?

Xie Lian mil­czał przez chwilę.

-?Brzmi ina­czej, niż kiedy inni się tak do mnie zwra­cają.

-?To zna­czy jak?

-?Trudno powie­dzieć, może... mówisz to tak poważ­nie.

W ustach innych, choćby Ling Wen, brzmiało to ofi­cjal­nie, ale więk­szość nie­bian nazy­wała go Jego Wyso­ko­ścią z drwiną, jakby wty­kała mu przy­ja­ciel­skie szpi­leczki, z nutą pro­tek­cjo­nal­nego sar­ka­zmu, jak wtedy, gdy się nazywa brzy­dulę pięk­no­ścią. Hua Cheng jed­nak wyda­wał się wypo­wia­dać te dwa słowa z sza­cun­kiem, zupeł­nie jakby naprawdę mówił o wysoko uro­dzo­nym członku rodziny kró­lew­skiej, któ­remu się należą pokłony.

-?Ten pan młody z Góry Szla­chet­nych to byłeś ty? -?zmie­nił temat Xie Lian.

Kącik ust Hua Chenga uniósł się nieco wyżej, a do Xie Liana dotarło, jak dwu­znacz­nie to brzmi.

-?Prze­brany za pana mło­dego! -?popra­wił się natych­miast.

-?Nie prze­bra­łem się za pana mło­dego -?odparł Hua Cheng.

To prawda. Nie oszu­kał Xie Liana, nie powie­dział ani nawet nie zasu­ge­ro­wał, że jest panem mło­dym. Wła­ści­wie w ogóle się nie ode­zwał, po pro­stu sta­nął przed lek­tyką i wycią­gnął dłoń, którą zdez­o­rien­to­wany Xie Lian ujął i podą­żył za nim.

-?No dobrze -?pod­jął Xie Lian. -?Ale dla­czego się wtedy tam poja­wi­łeś?

-?Mogłem spe­cjal­nie podą­żać za Waszą Wyso­ko­ścią, mogłem też napo­tkać cię, gdy tam­tędy prze­cho­dzi­łem i mi się nudziło. Jak myślisz, która z tych odpo­wie­dzi jest bar­dziej wia­ry­godna?

Xie Lian poli­czył dni, które tam­ten przy nim spę­dził.

-?Nie ośmielę się wybrać... -?stwier­dził w końcu. -?Ale chyba naprawdę ci się nudzi. -?Sku­pił na Hua Chengu całą swoją uwagę, zlu­stro­wał go wzro­kiem od stóp do głów. -?Jesteś inny, niż mówią legendy.

Hua Cheng zmie­nił pozy­cję, pod­parł pod­bró­dek o kolano, spoj­rzał na Xie Liana i spy­tał:

-?Tak? Skąd więc wie­dzia­łeś, że ja to ja?

Xie Lian miał w gło­wie tylko para­solkę i krwawy deszcz, brzę­czące srebrne łań­cuszki i zimne kar­wa­sze.

-?Cokol­wiek bym spraw­dził, wszystko było bez zarzutu. Musisz więc być arma­ge­do­nem. Nosisz się na czer­wono, w kolo­rze krwi albo liści klonu. Nie ma rze­czy, któ­rej byś nie wie­dział, któ­rej byś nie mógł doko­nać, któ­rej byś się lękał. Taka per­sona nie może być nikim innym, jak tylko owym osła­wio­nym Krwa­wym Desz­czem w Poszu­ki­wa­niu Kwiatu, któ­rego imię spra­wia, że nie­śmier­tel­nych zdej­muje strach. Poza tym nie wkła­da­łeś w to ukry­wa­nie się zbyt wiel­kiego wysiłku.

-?Czyli mogę uznać to za kom­ple­ment? -?docie­kał Hua Cheng z uśmie­chem.

-?Prze­cież to wła­śnie mia­łem na myśli.

Brwi Hua Chenga się unio­sły, a on sam wyda­wał się bar­dzo zado­wo­lony.

-?Dla­czego nie spy­ta­łeś mnie, Wasza Wyso­kość, jaki mam cel, pró­bu­jąc się do cie­bie zbli­żyć?

-?Jeśli sam nie chcesz mi o tym powie­dzieć, to nie ma sensu docie­kać. Naj­pew­niej i tak nie powiesz mi prawdy.

-?Nie­ko­niecz­nie -?odparł Hua Cheng. -?A poza tym, jeśli nie odpo­wiem albo przyj­dzie ci do głowy, że się mijam z prawdą, możesz kazać mi odejść.

-?Jeżeli naprawdę miał­byś złe zamiary, to cóż mi przyj­dzie z tego, że każę ci odejść? Jesteś tak potężny, że z łatwo­ścią wró­cisz pod inną posta­cią.

Patrzyli na sie­bie i się uśmie­chali, gdy ciszę Kasz­ta­no­wego Przy­bytku roz­bił nagły dźwięk. Spoj­rzeli w stronę, z któ­rej dobiegł, ale nie dostrze­gli tam nikogo, a za cały ten hałas odpo­wie­dzialny był prze­ta­cza­jący się po ziemi cera­miczny słój.

Kiedy wró­cili z Banyue, Xie Lian wło­żył Pół­księ­życ do opróż­nio­nego sło­ika po kiszon­kach. Chciał jej uła­twić adap­ta­cję do nowego miej­sca -?w końcu po wielu latach opu­ściła ojczy­znę nagle i nie z wła­snej woli. Tak, duchy też mogą mieć pro­blemy z adap­ta­cją! A teraz słój się prze­wró­cił i poto­czył do wyj­ścia, ale zatrzy­mały go zro­bione przez Hua Chenga drzwi i odbi­jał się od nich raz za razem. Xie Lian, bojąc się, że się zaraz roz­trza­ska, otwo­rzył je, a słój wytur­lał się na trawę i sta­nął pio­nowo. Choć był tylko zwy­kłym naczy­niem, wyda­wało się, że spo­gląda w roz­gwież­dżone niebo.

Xie Lian podą­żył za nim.

-?Gene­rale, czy młod­szy gene­rał Pei został zła­pany? -?spy­tał cichy głos.

Hua Cheng też wyszedł z Kasz­ta­no­wego Przy­bytku, stał obok, opie­ra­jąc się o drzewo.

-?Co się z nim sta­nie? -?nie prze­sta­wała dopy­ty­wać zamknięta w słoju Pół­księ­życ.

-?Nie wiem. -?Xie Lian scho­wał dło­nie w ręka­wach. -?Ale zro­bił coś złego, więc na pewno ponie­sie karę.

Pół­księ­życ zamil­kła, by pod­jąć po chwili:

-?Ludzie mówili, że mnie oszu­kał, ale ja tak nie uwa­żam. Gdy otwie­ra­łam bramy, byłam już przy­go­to­wana na to, że nie dotrzyma obiet­nicy.

Xie Lian czuł, że Pół­księ­życ chce się komuś zwie­rzyć, więc usiadł obok.

-?Poza tym, cho­ciaż nie dotrzy­mał słowa, to nie jest takim złym czło­wie­kiem -?wymam­ro­tała.

-?Ach, doprawdy...?

-?Tak. -?Słoik się prze­to­czył. -?Gene­rale, twoje ciało wrzu­cono do rzeki, pamię­tasz? Chcia­łam cię pocho­wać i szłam wzdłuż rzeki, szu­ka­łam, wypa­try­wa­łam, aż wresz­cie dotar­łam na Rów­niny Cen­tralne, do Yong'an.

-?Prze­by­łaś tysiąc li... Taka wytrwa­łość...

-?Nie mogło być ina­czej, musia­łam cię pocho­wać -?powie­działa żar­li­wie. - Dotar­łam do Yong'an. Szłam ulicą, nikogo tam nie zna­łam, byłam bar­dzo głodna i bar­dzo zmę­czona. Osta­tecz­nie to wła­śnie gene­rał Pei i jego rodzina zaofe­ro­wali mi posi­łek. Taki smaczny! Zja­dłam i nic nie zwy­mio­to­wa­łam. Na jedno posie­dze­nie pochło­nę­łam tyle, że było mi głu­pio, powie­działam więc, że potem im wszystko zwrócę. Gene­rał Pei tylko się śmiał, myślał chyba, że jestem zabawna. Powie­dział: "Nie musisz odda­wać nam jedze­nia, przy­chodź tu, gdy tylko będziesz głodna". Miał wtedy jakieś pięt­na­ście, szes­na­ście lat, kochał się śmiać.

Xie Lian pomy­ślał o jego kamien­nej twa­rzy.

-?Naprawdę tego po nim nie widać... -?przy­znał. -?I spo­tka­łaś go dopiero w wie­czór przed ata­kiem na mia­sto?

Nie była to więc despe­racka próba zna­le­zie­nia ratunku, ale zaufa­nie sprzed lat. Słój się zako­ły­sał.

-?Mhm -?przy­tak­nęła Pół­księ­życ. -?Ale kiedy zaro­bi­łam dość pie­nię­dzy i wró­ci­łam, by oddać dług, drzwi były zapie­czę­to­wane, a sam dom opu­sto­szał. Roz­py­ta­łam się i powie­dziano mi w końcu, że rodzinę spo­tkała kara. Tylko Pei został przy­mu­sowo wcie­lony do woj­ska, pozo­stali męż­czyźni byli albo zbyt sta­rzy, albo zbyt mło­dzi. Wygnano ich więc. Szu­ka­łam wszę­dzie, aż zoba­czy­łam gene­rała Peia na jakimś skrzy­żo­wa­niu. Stał tam w odzie­niu rekruta i nie ośmie­li­łam się podejść. -?Wes­tchnęła. -?Poja­wiła się grupa ludzi w łach­ma­nach, nie­śli ze sobą koce. Kil­koro z nich zoba­czyło go i zaczęło wołać. Pod­biegł, jak się oka­zało, do swo­ich rodzi­ców i rodzeń­stwa. Wci­snął pie­nią­dze eskor­tu­ją­cemu ich straż­ni­kowi, a następ­nie swo­jemu ojcu. Ten nakrzy­czał na niego: "Po co tu przy­la­złeś? W woj­sku pozwa­lają ci tak sobie cho­dzić, dokąd chcesz? Nie będę ci zabie­rał pie­nię­dzy, wynoś się!". Matka natych­miast wzięła go w obronę: "Dla­czego na niego krzy­czysz? Wysy­łają go na pogra­ni­cze, nas wygnano na cztery wia­try, nie wia­domo, czy jesz­cze kie­dyś się zoba­czymy. Chcesz pod­czas ostat­niego spo­tka­nia go zwy­zy­wać?". Ojciec wes­tchnął. "Xiu, synu -?powie­dział. -?Kiedy dotrzesz na pogra­ni­cze, musisz na sie­bie uwa­żać".

Ta scena musiała zro­bić na Pół­księ­życ ogromne wra­że­nie, skoro po tylu latach pamię­tała każde słowo, jakby to było wczo­raj, jakby miała to wciąż przed oczami.

-?Pei zapy­tał, co ojciec miał na myśli, czy ktoś umyśl­nie chciał zaszko­dzić ich rodzi­nie -?kon­ty­nu­owała. -?Ojciec z początku nie chciał o tym mówić, ale wresz­cie dał się prze­ko­nać. Zaczęło się od zor­ga­ni­zo­wa­nych przez dwór kró­lew­ski w ostat­nim mie­siącu poprzed­niego roku zawo­dów, w któ­rych gene­rał Pei brał udział i mie­rzył się z innymi zawod­ni­kami w walce na mie­cze. Już wtedy jego zdol­no­ści szer­mier­cze były nie­zrów­nane, wszy­scy go podzi­wiali. Ale razem z nim w szranki sta­nął syn pew­nego gene­rała i jeśli Pei piąłby się w ran­kin­gach szer­mier­czych, na pewno w końcu by na niego tra­fił, więc...

Xie Lian zro­zu­miał.

-?Żeby temu zapo­biec, Peiowi nie pozwo­lono wię­cej sta­nąć do walki? I wła­śnie dla­tego całą jego rodzinę spo­tkała kara?

Nie­szczę­ście, jakie spa­dło na nich wszyst­kich, wyni­kało z niczego innego, jak tylko z wyjąt­ko­wych umie­jęt­no­ści Peia. I tego, że sta­nął komuś na dro­dze.

-?Ojciec go prze­strzegł, żeby bar­dzo uwa­żał na to, jak się zacho­wuje. Nie popi­sy­wał się, nie robił sobie wro­gów, nie dawał innym powo­dów do knu­cia prze­ciw niemu, bo ludzie na pewno będą go obser­wo­wać. Nawet nie dokoń­czył, gdy straż­nik kazał im iść dalej. Młod­sze rodzeń­stwo Peia cią­gnęło go za szaty, matka krzy­czała, żeby zabrał pie­nią­dze z powro­tem, bo lepiej się im przy­służy w armii. Pei patrzył, jak odcho­dzą, i pła­kał. -?Słój zamarł. -?Ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam, żeby ktoś tak żało­śnie pła­kał. Następ­nym razem zoba­czy­łam go już na Prze­łę­czy Pół­księ­życa. Wyszedł tego dnia łapać węże skor­pio­ogo­nia­ste. Jeden z moich węży go uką­sił i dopiero wtedy zda­łam sobie sprawę z tego, gdzie go zesłano. Wyle­czy­łam go, prze­bu­dził się, ale teraz myślę, że mnie nie poznał. Każde z nas mówiło za sie­bie. Kie­dyś dużo się śmiał, a wtedy nie tylko tego nie robił, lecz nawet nie mówił za wiele. Pew­nego dnia spy­tał mnie, jak skło­nić węże do posłu­chu. W tam­tym cza­sie cze­go­kol­wiek się imał, wkła­dał w to wszyst­kie siły. Myśla­łam, że cho­dzi mu o to, by jak naj­szyb­ciej osią­gnąć suk­ces, że chce rato­wać rodzinę. Nawet gdy­bym mu nie powie­działa, i tak by poszedł łapać węże, prę­dzej czy póź­niej zostałby znowu uką­szony, nauczy­łam go więc, jak kon­tro­lo­wać kilka z nich.

-?A więc to tak -?powie­dział Xie Lian -?nauczył się two­jej sztuki.

-?Tak. To ja go nauczy­łam. W noc przed oblę­że­niem popro­si­łam go, by posta­rał się nie krzyw­dzić cywili. Ale prze­cież miecz jest ślepy. Na polu bitwy albo ty zabi­jasz, albo cie­bie zabiją. Jak tu oka­zać miło­sier­dzie? Gdy teraz o tym myślę... Nie powin­nam była mu tego mówić, spra­wi­łam, że prze­zwano go wia­ro­łomcą. -?Mówiła tak szcze­rze, bez prze­pra­sza­nia, bez żalu czy nie­chęci. -?Otwar­cie bram było moim wła­snym wybo­rem, nikogo nie winię -?kon­ty­nu­owała spo­koj­nym tonem. -?Gene­rał Pei mógł dzia­łać w gra­ni­cach wyzna­czo­nych przez oko­licz­no­ści i zro­bił, co w jego mocy, by zmi­ni­ma­li­zo­wać straty. Myślę też, że nie spo­dzie­wał się mojej śmierci. Pamię­tam wyraz jego twa­rzy, gdy zoba­czył, że Kemo powie­sił mnie na murach. Sądzę, że mogłam... go wystra­szyć.

Nie zrzu­cała na nikogo odpo­wie­dzial­no­ści, nie mówiła o tym, że się nie kon­tro­lo­wała, po pro­stu się mar­twiła, bo jej śmierć kogoś prze­stra­szyła. Xie Lian nie wie­dział, co powie­dzieć, a jego serce powoli top­niało.

-?Nie wiem tylko, czy osta­tecz­nie ura­to­wał swo­ich bli­skich -?wymam­ro­tała jesz­cze.

-?Nie.

Czło­wiek i słoik odwró­cili się w tę samą stronę. Hua Cheng stał nie­da­leko w cie­niu drzew.

-?Kiedy Pei Xiu wnie­bo­wstą­pił, jego rodzina już od paru lat nie żyła, zmarli na wygna­niu. Dowie­dział się o tym dopiero po masa­krze mia­sta.

Pró­bo­wał z całych sił, łamał obiet­nice, unu­rzał ręce we krwi po łok­cie, ale i tak nie pomógł tym, któ­rym pomóc pra­gnął naj­bar­dziej. Co to za życie...? Xie Lian wes­tchnął.

-?Prze­pra­szam, gene­rale.

-?Dla­czego cią­gle mnie prze­pra­szasz? -?Słowa Pół­księ­życ go zdzi­wiły.

-?Chcia­łam poma­gać zwy­kłym ludziom. Jak mówi­łeś, gene­rale.

-?Cze­kaj! -?Xie Lian przy­trzy­mał słoik, zanim ten zdo­łał się znów odto­czyć, i spoj­rzał na Hua Chenga, który stał pod sąsied­nim drze­wem z ramio­nami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. -?Naprawdę tak powie­dzia­łem?

Zanim skoń­czył sie­dem­na­ście lat, kochał sza­fo­wać tym zda­niem, ale w ciągu kil­ku­set ostat­nich nie wymó­wił go wcale, i bar­dzo dobrze!

Nie mógł go znieść.

-?No tak, tak mówi­łeś -?odparła Pół­księ­życ.

-?Nie mówi­łem... -?Xie Lian jesz­cze pró­bo­wał wal­czyć.

-?Mówi­łeś! -?zapew­niła go żar­li­wie. -?Pew­nego razu spy­ta­łeś, co chcę robić, kiedy doro­snę, i gdy odpo­wie­dzia­łam, że nie wiem, ty co? Ty powie­dzia­łeś: "Kiedy byłem mały, moim marze­niem było poma­ga­nie zwy­kłym ludziom!".

-?A, to! -?wykrzyk­nął Xie Lian. -?Ja sobie luźno rzu­ci­łem, a ty tak dobrze zapa­mię­ta­łaś!

-?Ale ja myślę, że powie­dzia­łeś to bar­dzo serio! Poza tym póź­niej powtó­rzy­łeś jesz­cze kil­ku­krot­nie, więc chyba cią­gle mia­łeś to w gło­wie.

-?Ha, ha, ha, ha, ha, naprawdę? Moż­liwe! W ogóle nie pamię­tam!

-?Niech pomy­ślę. Mówi­łeś też: "Jeśli naprawdę chcesz iść naprzód, nic nie sta­nie na two­jej dro­dze!", "Nawet jeżeli sto razy wpad­niesz w błoto, wyjdź z niego!". Dużo takich myśli rzu­ca­łeś!

-?Pfff...

Nie musiał się odwra­cać, żeby wie­dzieć, że Hua Cheng wszystko usły­szał i się z niego śmieje!

Xie Lian nie dawał rady już dłu­żej utrzy­mać sło­ika. "...Plo­tłem takie bzdury? Ja? Ja taki nie jestem... A może jestem?", pomy­ślał.

-?Ale na sam koniec i tak wszystko zro­bi­łam źle.

Xie Lian zamarł.

-?Chcia­łam tylko chro­nić ludzi. -?Głos Pół­księ­życ brzmiał, jakby była zagu­biona. -?Tak jak ty, gene­rale, nie­ważne, czy to Bany­ueń­czycy, czy Yong'anczycy. Chcia­łam chro­nić ich wszyst­kich, dla­tego z całych sił poświę­ci­łam się prak­tyce ducho­wej. Ale jedy­nym, co osta­tecz­nie mogłam zro­bić, było pozwo­lić Kemo i jego ludziom, żeby powie­sili mnie kilka razy i w ten spo­sób choć tro­chę uko­ili swoją gorycz. I żywić nadzieję, że dzięki temu szyb­ciej zaznają spo­koju. Wiem, że zro­bi­łam źle, ale czy możesz mi powie­dzieć, co mogłam zro­bić, by było dobrze? Co zro­bić, żeby naprawdę, tak jak mówi­łeś, ura­to­wać zwy­kłych ludzi, ura­to­wać wszyst­kich?

-?Prze­pra­szam, ale nie wiem, jak ci odpo­wie­dzieć. Wcze­śniej tego nie wie­dzia­łem i nie wiem tego teraz.

-?Gene­rale, myślę, że całe moje życie było porażką -?stwier­dziła ze smut­kiem po chwili mil­cze­nia.

Xie Lia­nowi jej słowa nie popra­wiły humoru. Czy nie ozna­czały one, że ostat­nie osiem­set lat jego życia było jesz­cze więk­szą porażką?

Zosta­wił smutną Pół­księ­życ, by patrzyła samot­nie w roz­gwież­dżone niebo, i wró­cił z Hua Chen­giem do Kasz­ta­no­wego Przy­bytku.

-?O co wła­ści­wie cho­dziło Peiowi? -?spy­tał, gdy zamknął za sobą drzwi.

-?Może chciał tej małej oszczę­dzić kil­ku­krot­nego powie­sze­nia. Kto wie - odparł Hua Cheng.

-?Nie musiał łatać swo­jego planu śmier­tel­ni­kami. -?Xie Lian pokrę­cił głową.

-?Śmier­tel­nicy -?powie­dział Hua Cheng spo­koj­nym gło­sem -?zna­czą mniej od mró­wek. Dla boga to bez róż­nicy, czy zabije kil­ku­set śmier­tel­ni­ków, czy zgnie­cie kil­ka­set mró­wek. Gdyby nie to, że jako symu­la­krum1 był osła­biony, oba­wiam się, że pró­bo­wałby zabić nas wszyst­kich.

Xie Lian zer­k­nął na niego i przy­po­mniał sobie, jak demon sko­czył do otchłani ska­zań­ców i w jed­nej chwili wybił żoł­nie­rzy Banyue.

-?Symu­la­krum jest osła­bione? Twoje chyba jest dość mocne.

Hua Cheng uniósł brew.

-?Oczy­wi­ście. Ale to jest moja praw­dziwa postać.

Xie Lian odwró­cił się zdzi­wiony.

-?Serio? To twoja praw­dziwa postać?

-?Gwa­ran­cja ory­gi­nal­no­ści -?odparł Hua Cheng.

Sam był sobie winien, to zabrzmiało nie­mal jak "prze­ko­naj się sam", więc Xie Lian, sam nie wie­dząc kiedy, wycią­gnął palec i dotknął opuszką policzka Hua Chenga. Dopiero gdy to zro­bił, jakby ock­nął się i żach­nął w duchu. Był po pro­stu cie­kawy, jaka jest w dotyku skóra tego władcy demo­nów. Nie spo­dzie­wał się, że jego wła­sne ciało zadziała szyb­ciej niż umysł. Tak po pro­stu go szturch­nął, co to w ogóle ma być!

Hua Cheng chyba też tro­chę się zdzi­wił tym nagłym dotknię­ciem, ale wciąż był spo­kojny i nie­wzru­szony, nic nie powie­dział, w jego oczach tliło się roz­ba­wie­nie i jakby cze­kał na wyja­śnie­nia Xie Liana. Który oczy­wi­ście żad­nego nie udzie­lił, spoj­rzał tylko na swój palec i natych­miast go scho­wał.

-?Nie­złe.

Hua Cheng wresz­cie się roze­śmiał, skrzy­żo­wał ręce na piersi i prze­chy­lił głowę na bok.

-?Co jest nie­złe? Ta skóra?

-?Tak, naprawdę nie­zła -?powie­dział szcze­rze Xie Lian. -?Ale...

-?Ale co?

Xie Lian przez chwilę uważ­nie się przy­pa­try­wał jego twa­rzy.

-?Ale czy mógł­bym zoba­czyć, jak naprawdę wyglą­dasz?

Skoro powie­dział "ta skóra", to ozna­czało, że cho­ciaż samo ciało było praw­dziwe, to jego wygląd nie był pier­wotny. Nie miał przed sobą praw­dziwego obli­cza Hua Chenga.

Ale Hua Cheng nie odpo­wie­dział od razu. Opu­ścił ramiona. Xie Lian nie wie­dział, czy to tylko wra­że­nie, wyda­wało mu się jed­nak, że Hua Cheng spo­chmur­niał. Serce zabiło mu moc­niej. Pojął to w mgnie­niu oka -?nie powi­nien o to pytać. Cho­ciaż przez ostat­nie dni doga­dy­wali się bar­dzo dobrze, nie ozna­czało to jesz­cze, że są na tyle bli­sko, by wysu­wać takie prośby.

Natych­miast się uśmiech­nął.

-?Tak tylko rzu­ci­łem, nie przej­muj się tym.

Hua Cheng zamknął oczy, po chwili odpo­wie­dział uśmie­chem.

-?Jeśli póź­niej nada­rzy się oka­zja, pokażę ci.

Gdyby to był ktoś inny, te słowa zabrzmia­łyby jak zwy­kła wymówka. "Jeśli póź­niej nada­rzy się oka­zja" to prze­cież dosłow­nie "Nawet o tym nie myśl, zapo­mnij". Ale skoro Hua Cheng je wypo­wie­dział, Xie Lian wie­dział z całą pew­no­ścią, że to obiet­nica.

-?Dobrze. -?Uśmiech­nął się. -?Pocze­kam więc, aż uznasz, że to wła­ściwy czas.

Był już zmę­czony późną porą, poło­żył się więc na macie, a Hua Cheng razem z nim. I nikt się nie dzi­wił, jak po odkry­ciu swo­ich toż­sa­mo­ści demon i bóg mogą spać na jed­nej macie. Nie mieli poduszki, więc Xie Lian, tak jak Hua Cheng, uło­żył głowę na rękach.

-?U was, w świe­cie demo­nów, nie trzeba skła­dać rapor­tów. Macie dużo wol­nego.

Hua Cheng wypro­sto­wał nogi.

-?A komu miał­bym je skła­dać? -?spy­tał. -?Ja jestem naj­po­tęż­niej­szy. A w świe­cie demo­nów każdy jest sobie panem, nikt nikim nie rzą­dzi.

-?A więc tak to działa. A spo­tka­łeś pozo­sta­łych wład­ców demo­nów?

-?Spo­tka­łem.

-?Zie­lo­nego Demona też?

-?Mówisz o tym śmie­ciu i bez­gu­ściu? Chcia­łem się z nim tylko przy­wi­tać, a on uciekł.

Xie Lian pomy­ślał, że raczej nie cho­dziło o zwy­kłe powi­ta­nie.

-?A przy oka­zji dosta­łem przy­do­mek "Krwawy Deszcz w Poszu­ki­wa­niu Kwiatu" -?zakoń­czył Hua Cheng spo­koj­nie.

Aha, cho­dziło więc o raczej krwawe powi­ta­nie.

-?Witasz się naprawdę nie­sa­mo­wi­cie. Żywisz jakąś urazę do Zie­lo­nego Demona?

-?Tak.

-?To zna­czy?

-?Nie mogę na niego patrzeć.

Xie Lian nie wie­dział, co powie­dzieć. "Czyż­byś rzu­cił wyzwa­nie trzy­dzie­ściorgu trojgu nie­bian też tylko dla­tego, że nie mogłeś na nich patrzeć?", pomy­ślał.

-?Nie­bia­nie z Wyż­szej Izby Nie­bios mówią, że ma naprawdę kiep­ski gust i nawet świat demo­nów czuje do niego nie­chęć. Rze­czy­wi­ście tak jest?

-?Rze­czy­wi­ście. Czarna Toń też nim gar­dzi.

-?Kto to jest? -?spy­tał Xie Lian i natych­miast dodał: -?To ten Czarna Toń Zata­pia­jąca Statki?

-?Dokład­nie. Nazy­wany jest też Nie­zgłę­bio­nym Demo­nem Czar­nej Toni.

O ile dobrze zapa­mię­tał, Nie­zgłę­biony Demon Czar­nej Toni rów­nież był arma­ge­do­nem, za to z Zie­lo­nym Demo­nem można było sobie pora­dzić. Nic dziw­nego, że reszta nim pogar­dzała.

-?Dobrze go znasz? -?spy­tał zacie­ka­wiony Xie Lian.

-?Nie. W świe­cie demo­nów znam zale­d­wie kilku -?odparł Hua Cheng leni­wie.

-?Dla­czego?

-?Nikt poni­żej arma­ge­donu nie jest godzien ze mną roz­ma­wiać.

To bar­dzo aro­ganc­kie zda­nie wypo­wie­dział, jakby stwier­dzał oczy­wi­sty fakt.

-?To świet­nie. -?Xie Lian się ucie­szył. -?Nie to co w świe­cie nie­bian, jest ich aż tylu, że nie potra­fię spa­mię­tać ich imion.

-?To nie spa­mię­tuj.

-?Ale jak nie zapa­mię­tam, to ich zawsty­dzę, mogę kogoś ura­zić.

-?Jeśli coś tak nie­istot­nego ich urazi, to są małost­ko­wymi śmie­ciami.

Roz­ma­wiali jesz­cze chwilę, ale Xie Lian się oba­wiał, że kon­wer­sa­cja zmie­rzała w zbyt draż­liwe rejony, nie podej­mo­wał więc już tematu róż­nic mię­dzy dwoma świa­tami. Rzu­cił okiem na zamknięte drzwi.

-?Co z Pół­księ­życ? Kiedy wróci?

Pomy­ślał o tym nie­daw­nym otrzeź­wia­ją­cym "Chcę poma­gać zwy­kłym ludziom", a w jego gło­wie wez­brały obrazy, które natych­miast ode­pchnął.

-?To brzmi dobrze -?ode­zwał się Hua Cheng.

-?Co?

-?"Chcę poma­gać zwy­kłym ludziom".

Xie Lian poczuł, jakby ktoś wymie­rzył mu cios. Odwró­cił się, zwi­nął jak suszona kre­wetka, zasło­nił twarz dłońmi i wyglą­dało, jakby potrze­bo­wał jesz­cze jed­nej pary rąk do zakry­cia uszu.

-?San­lang... -?jęk­nął.

Hua Cheng się przy­su­nął.

-?Hmm? A co z tym nie tak? -?W jego gło­sie brzmiała powaga.

Cią­gle pytał, cią­gle argu­men­to­wał, a Xie Lian nie mógł go prze­ga­dać. Odwró­cił się i rzu­cił bez­sil­nie:

-?Nic już nie mów! To bez sensu.

-?O co ci cho­dzi? Czemu bez sensu? -?zaopo­no­wał Hua Cheng. -?Jeżeli ktoś ma odwagę mówić o zwy­kłych ludziach, nie­ważne, czy cho­dzi o poma­ga­nie im, czy o zabi­ja­nie ich, to mam do niego szczery sza­cu­nek. Pierw­sze jest dużo trud­niej­sze, więc jesz­cze bar­dziej to sza­nuję.

Xie Lian nie wie­dział, czy się śmiać, czy pła­kać. Pokrę­cił głową i opadł bez­rad­nie na matę.

-?Nie wystar­czy mówić, trzeba jesz­cze robić. A co waż­niej­sze, zro­bić, dopiero wtedy się liczy. I tyle. Dobra, nie­ważne. Kiedy byłem młod­szy, mówi­łem jesz­cze głup­sze rze­czy.

-?Och? -?zain­te­re­so­wał się Hua Cheng. -?Jakie? Chęt­nie posłu­cham.

Xie Lian przez chwilę wyda­wał się nie­obecny, ale się uśmiech­nął, gdy coś sobie przy­po­mniał.

-?Wiele lat temu ktoś mi powie­dział, że nie da rady żyć dalej. Pytał, po co wła­ści­wie ma żyć, jaki jest w tym sens. -?Zer­k­nął na Hua Chenga. - Wiesz, co odpowie­działem?

Nie był pewien, czy dobrze widzi, ale wyda­wało mu się, że w oczach tam­tego zapło­nęła iskra.

-?Co odpo­wie­dzia­łeś? -?spy­tał cicho.

-?"Jeśli nie wiesz, po co żyć dalej, to żyj dla mnie. Jeżeli nie wiesz, jaki sens ma twoje dal­sze życie, niech przez chwilę ja będę jego sen­sem, niech będę fila­rem, który je pod­trzy­muje". Ha, ha, ha... -?Nie mógł powstrzy­mać gorz­kiego śmie­chu. -?Do tej pory nie mogę zro­zu­mieć, co ja wtedy sobie myśla­łem. -?Pokrę­cił głową. -?Skąd mia­łem odwagę na taką gadkę, na żąda­nie, żeby stać się sen­sem czy­je­goś życia?

Hua Cheng mil­czał.

-?Naprawdę, tylko w mło­dym wieku można mieć czel­ność powie­dzieć coś takiego -?mówił dalej Xie Lian. -?Wtedy myśla­łem, że wszystko mogę, niczego się nie bałem. Teraz już nie umiem wypowie­dzieć takich słów. Nie wiem, co się potem stało z tam­tym czło­wie­kiem -?przy­znał w zadu­mie. - Bycie sen­sem czy­je­goś życia to bar­dzo poważna sprawa, a co dopiero poma­ga­nie ludziom.

W Kasz­ta­no­wym Przy­bytku zapa­dła cisza.

-?Poma­ga­nie ludziom to nie jest błaha sprawa -?pod­jął cicho Hua Cheng. - Cho­ciaż to odważne mówić takie rze­czy w tak mło­dym wieku, to także głu­pie.

-?Wła­śnie tak.

-?Cho­ciaż głu­pie, to i odważne.

-?Bar­dzo ci dzię­kuję. -?Xie Lian się roze­śmiał.

-?Nie ma za co.

Patrzyli przez chwilę na dach Kasz­ta­no­wego Przy­bytku. W końcu Hua Cheng się ode­zwał:

-?Ale, Wasza Wyso­kość, znamy się tylko kilka dni, a już tak wiele mi powie­dzia­łeś. To nie pro­blem?

-?Jaki pro­blem? To nic takiego. Możesz znać kogoś i kil­ka­dzie­siąt lat, a wystar­czy jeden dzień, by wasze drogi się roze­szły. Góra z górą się nie zej­dzie, a ludzie nie­ustan­nie spo­ty­kają się i roz­stają. Doga­du­jesz się z kimś, to się scho­dzi­cie, nie doga­du­jesz się, roz­cho­dzi­cie. Prze­cież wszystko się kie­dyś koń­czy.

Hua Cheng zaśmiał się cicho.

-?A jeśli... -?powie­dział nagle.

Xie Lian się odwró­cił.

-?Jeśli co?

Hua Cheng nie patrzył na niego, a na sfa­ty­go­wany dach. Xie Lian widział tylko lewy pro­fil jego uro­dzi­wej twa­rzy.

-?...jestem brzydki -?dokoń­czył cicho Hua Cheng.

-?Co?

Hua Cheng wolno obró­cił twarz ku niemu.

-?Czy jeżeli w praw­dzi­wej postaci nie wyglą­dam dobrze, i tak będziesz chciał mnie zoba­czyć?

-?Ty tak na poważ­nie? Od początku jestem prze­ko­nany, że musisz wyglą­dać dobrze.

-?Nie­ko­niecz­nie -?odparł Hua Cheng pół żar­tem, pół serio. -?A jeśli mam ostre kły i zie­loną twarz, na któ­rej wszystko jest w nie­ła­dzie? Jeżeli jestem szpetny jak rak­szasa albo jak­sza2, co zro­bisz?

Xie Lian odru­chowo się zacie­ka­wił: czyżby ten władca świata demo­nów, na dźwięk imie­nia któ­rego na twa­rze nie­śmier­tel­nych wypeł­zał strach, przej­mo­wał się swoim wyglą­dem? Ale też upo­mniał się szybko, że nie miał powodu w to wni­kać.

Pamię­tał mgli­ście, że wśród roz­licz­nych doty­czą­cych Hua Chenga legend poja­wiały się rów­nież takie, które mówiły, że był zde­for­mo­wa­nym dziec­kiem. Jeśli to prawda, z pew­no­ścią go z tego powodu nękano. Być może dla­tego wła­śnie był tak wraż­liwy na tym punk­cie. Xie Lian roz­wa­żał to przez chwilę, w końcu powie­dział naj­bar­dziej ser­decz­nym tonem, na jaki mógł się zdo­być:

-?Ale u męż­czy­zny wygląd nie jest istotny...

-?Serio? Ja sądzę, że jest bar­dzo istotny.

Xie Lian myślał usil­nie, jak go pocie­szyć.

-?Nie jest. Jeżeli ktoś używa two­jego wyglądu, by cię zaata­ko­wać, to zna­czy, że nie ma żad­nego innego powodu albo po pro­stu ci zazdro­ści. Co tylko potwier­dza twoją wyjąt­ko­wość. Mnó­stwo ludzi nie zwraca uwagi na wygląd, na przy­kład ja ni­gdy tego nie robi­łem! No i zobacz, obaj tacy jeste­śmy...

-?Hę? Jacy?

Xie Lian nie miał jak się bro­nić.

-?...tacy jeste­śmy, więc się zaprzy­jaź­ni­li­śmy, prawda? A mię­dzy przy­ja­ciółmi musi być szcze­rość. Bądź spo­kojny, tak długo, jak jesteś sobą, ja... Czemu się śmie­jesz? Mówię szcze­rze.

Poczuł, że ciało mło­dzieńca obok deli­kat­nie drży. Zamarł i pomy­ślał: "Powie­dzia­łem to tak dobrze, że wzru­szył się aż do łez?", ale nie miał odwagi się odwró­cić i upew­nić. Gdy dobiegł go cichy śmiech, jakby Hua Chen­gowi się wypsnęło prych­nię­cie, Xie Lia­nowi zro­biło się smutno i szturch­nął demona w ramię.

-?Dla­czego się śmie­jesz? Niby w czym nie mam racji?

Hua Cheng natych­miast prze­stał się trząść, zwró­cił twarz ku niemu i powie­dział:

-?Masz cał­ko­witą rację, mówisz bar­dzo mądrze.

-?Nie jesteś szczery... -?stwier­dził Xie Lian ze smut­kiem.

-?Przy­się­gam, że w żad­nym ze świa­tów nie znaj­dziesz nikogo bar­dziej szcze­rego ode mnie.

Xie Lian nie miał już ochoty roz­ma­wiać, odwró­cił się do niego ple­cami.

-?Dość tego, idziemy spać. Spać, a nie gadać.

-?Następ­nym razem. -?Hua Cheng zaśmiał się cicho.

Cho­ciaż Xie Lian zamie­rzał już iść spać, kiedy tam­ten się ode­zwał, nie mógł się powstrzy­mać, by nie kon­ty­nu­ować roz­mowy.

-?Co następ­nym razem?

-?Następ­nym razem, gdy się zoba­czymy -?szep­nął Hua Cheng -?ujrzysz mnie w praw­dzi­wej postaci.

Xie Lian chciał dalej dopy­ty­wać, ale było już późno i nie dał rady, zapadł bowiem w głę­boki sen.

Gdy się zbu­dził następ­nego ranka, miej­sce obok niego było puste.

Zerwał się na równe nogi i ruszył zaj­rzeć w każdy kąt Kasz­ta­no­wego Przy­bytku. Otwo­rzył nawet drzwi, ale i za nimi nie było żywego ducha. Przy zagra­bio­nych w stertę opa­dłych liściach stał jed­nak słój z Pół­księ­życ. Xie Lian wyszedł, wziął go w ramiona, wniósł do środka i posta­wił na ołta­rzu. Dopiero wtedy zauwa­żył, że na jego piersi coś się poja­wiło.

Się­gnął ku temu pal­cami i pod Prze­klętą Obrę­czą poczuł cienki łań­cu­szek, luźno opla­ta­jący jego szyję. Szybko go ścią­gnął i obej­rzał. Srebr­nego i lek­kiego łań­cuszka Xie Lian mógł nie poczuć, ale powi­nien zauwa­żyć zawie­szony na nim przej­rzy­sty, krysz­ta­łowy pier­ścień.

Potarł go pal­cami.

-?Co to jest?

W Xianle kochano skarby, kochano złoto i dro­gie kamie­nie. Xie Lian znał się na nich, od dzie­ciń­stwa bawił się w szli­fo­wa­nie klej­no­tów, był przy­zwy­cza­jony do kosz­tow­no­ści. Przyj­rzał się uważ­niej pier­ście­niowi. Wyda­wał się bry­lan­towy, musiał być dzie­łem mistrza, choć nawet rze­mieśl­nik o naj­więk­szym kunsz­cie nie potra­fiłby wyszli­fo­wać dia­mentu w tak dosko­nały kształt. Xie Lian ni­gdy dotąd nie widział klej­notu tak przej­rzy­stego i lśnią­cego, aż nie potra­fił oce­nić, co wła­ści­wie ma w dłoni.

Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że był bar­dzo cenny. To zapewne pamiątka, którą Hua Cheng zosta­wił przed odej­ściem.

Zdzi­wiony Xie Lian posta­no­wił go zatrzy­mać i przy następ­nej oka­zji spy­tać Hua Chenga, co sobie wła­ści­wie wyobra­żał. W świą­tyni nie było miej­sca na ukry­cie tak cen­nego klej­notu. Xie Lian posta­no­wił więc trzy­mać go przy sobie i zawie­sił łań­cu­szek z powro­tem na szyi.

Przez kilka dni odpo­czy­wał potem w Kasz­ta­no­wym Przy­bytku, a nad­mier­nie wręcz ser­deczni wie­śniacy przy­no­sili mu nie­zje­dzone bułeczki, kleik ryżowy i prze­ką­ski jako jał­mużnę -?nie, jako ofiarę. I tak upły­wał mu czas. Wresz­cie jed­nak nad­szedł kres sie­lanki i Ling Wen wezwała go do Sto­licy Nie­śmier­tel­nych.

-?Co się dzieje? Wnio­skuję z two­jego tonu, że stało się coś waż­nego.

-?Tak. Chodź szybko do Pawi­lonu Boskiego Wojow­nika.

Zamarł, gdy usły­szał tę nazwę.

Jun Wu powró­cił.

Rozdział dziewiąty

Książę wyru­sza do Mia­sta Duchów i spo­tyka władcę demo­nów

Od czasu swo­jego trze­ciego wnie­bo­wstą­pie­nia Xie Lian jesz­cze nie spo­tkał się z Jun Wu.

Władca Nie­bios, Pierw­szy Bóg-Wojow­nik Trzech Świa­tów, przez cały rok patro­lo­wał świat śmier­tel­nych, strzegł gór i mórz albo prze­by­wał w odosob­nie­niu. Tym razem pod­ję­cie decy­zji o powro­cie do Nie­bios było nie­ła­twe, ale Xie Lian nie miał wyj­ścia, musiał zło­żyć raport.

Główną ulicą Sto­licy Nie­śmier­tel­nych była Aleja Boskiego Wojow­nika i cho­ciaż w świe­cie śmier­tel­nych ludzie zbu­do­wali nie­zli­czone aleje Boskiego Wojow­nika ku czci Jun Wu, to były one tylko nie­udol­nymi imi­ta­cjami tej nie­biań­skiej. Jedy­nie ona mogła ucho­dzić za praw­dziwą.

Xie Lian szedł aleją, kie­ru­jąc się do Pawi­lonu Boskiego Wojow­nika. Mijał wielu zdą­ża­ją­cych w pośpie­chu bogów słu­żeb­nych, ale żaden z nich nie ośmie­lił się go zacze­pić.

Oczy­wi­ście Xie Lian ni­gdy innych nie obcho­dził. Tyle że dotąd ozna­czało to po pro­stu, że nikt nie pod­cho­dził, żeby spy­tać, co u niego, ale jak naj­bar­dziej grzecz­nie pochy­lał głowę na powi­ta­nie. Teraz jed­nak trak­to­wali go jak powie­trze. Jeśli zna­leźli się przed nim -?szli szybko, jeżeli za nim -?zwal­niali, żeby zna­leźć się jak naj­da­lej. Xie Lian się tym nie przej­mo­wał, osta­tecz­nie dopiero co zaszko­dził młod­szemu Peiowi. Dziw­nym by było, gdyby go nie uni­kali.

Nagle usły­szał za ple­cami krzyk:

-?Wasza Wyso­kość!

Xie Lian się zdzi­wił i pomy­ślał, że takie publiczne ode­zwa­nie się do niego to godna pozaz­drosz­cze­nia odwaga. Ale gdy się zatrzy­mał i odwró­cił, w pośpie­chu minął go bóg słu­żebny, który pod­biegł do innego nie­bia­nina, woła­jąc:

-?Wasza Wyso­kość! Idziesz do Pawi­lonu Boskiego Wojow­nika, jak mogłeś zapo­mnieć paj­dzy3?

Ach, no tak, to nie o niego cho­dziło. W Wyż­szej Izbie Nie­bios było kilku ksią­żąt, nie­trudno więc o pomyłkę. Xie Lian zer­k­nął szybko na tam­tego i zamarł.

Mło­dzie­niec świet­nie się pre­zen­to­wał w sza­tach wojow­nika, choć nie ota­czała go zro­dzona na polu bitwy zabój­cza aura, wyda­wał się raczej pogod­nym i otwar­tym ary­sto­kratą. Miał może osiem­na­ście, dzie­więt­na­ście lat, na jego uro­dzi­wej twa­rzy jaśniał sze­roki uśmiech, inny niż u pozo­sta­łych nie­bian z Wyż­szej Izby -?zwy­kły, szczery i pozba­wiony ukry­tych inten­cji uśmiech, który przy­wo­dził na myśl dzie­cięcą naiw­ność. Gdyby komen­to­wał to ktoś bar­dziej surowy, na przy­kład Mu Qing, pew­nie nazwałby to głu­potą.

Xie Lian przy­glą­dał się sto­ją­cym przed nim bogom, ci zaś się odwró­cili i spoj­rzeli na niego. Na widok Xie Liana bogu słu­żeb­nemu natych­miast zrze­dła mina. Xie Lian ski­nął mu lekko głową i uśmiech­nął się do jego towa­rzy­sza.

-?Dzień dobry, Wasza Wyso­kość. Ten książę naj­wy­raź­niej był bez­tro­ski i naj­wi­docz­niej nie znał Xie Liana, bo gdy usły­szał powi­ta­nie, uśmiech­nął się pro­mien­nie i odpo­wie­dział:

-?Dzień dobry!

Bóg słu­żebny trą­cił go, a książę, nie­świa­domy przy­czyn takiego trak­to­wa­nia, spy­tał ze zdzi­wie­niem:

-?Czemu mnie sztur­chasz?

Xie Lian par­sk­nął śmie­chem, bóg słu­żebny zaś sztur­chał tam­tego jesz­cze moc­niej.

-?Wasza Wyso­kość, spóź­nisz się, chodźmy! -?popę­dzał.

Nie­znany książę nie miał więc wyj­ścia, musiał ruszyć, ale wyraz zdzi­wie­nia nie opusz­czał jego twa­rzy. I kiedy Xie Lian potrzą­snął głową z wra­że­niem, że wła­śnie popeł­nił faux pas, pod­szedł do niego oddział uzbro­jo­nych w dłu­gie włócz­nie żoł­nie­rzy. Naj­wy­raź­niej wła­śnie patro­lo­wali oko­licę, ich szyk był równy, krok mia­rowy, od stóp do głów pokry­wała ich war­stwa sta­rej patyny -?nie byli bowiem praw­dzi­wymi ludźmi, a żoł­nie­rzami z brązu. Mimo to wyglą­dali dostoj­nie i nie­ska­zi­tel­nie, jak przy­stało cesar­skiej gwar­dii, przy­bocz­nym władcy Sto­licy Nie­śmier­tel­nych Cesa­rza Boskiego Wojow­nika. Xie Lian się odsu­nął, żeby ich prze­pu­ścić, i prze­mknęło mu przez myśl, że gdy widział ich ostat­nim razem, nie byli jesz­cze aż tak zie­loni. Przez te kil­ka­set lat pokryli się jesz­cze grub­szą patyną, a jed­nak wciąż byli w uży­ciu. Nagle dowódca oddziału go zauwa­żył. Oczy roz­bły­sły mu zie­lo­nym świa­tłem. Włócz­nie z gło­śnym trza­skiem ude­rzyły o zie­mię. Xie Lian był oto­czony.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki