Błogosławieństwo Niebios. Tom 1 - Mo Xiang Tong Xiu

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Droga Czy­tel­niczko, drogi Czy­tel­niku,

powieść, którą trzy­masz w ręce, została prze­ło­żona ze zre­da­go­wa­nej wer­sji chiń­skiej z marca 2024 roku. Jeśli więc zda­rzyło Ci się czy­tać prze­kład angiel­ski (prze­tłu­ma­czony z poprzed­niej wer­sji tek­stu), znaj­dziesz tu kilka róż­nic. Zmiany prze­waż­nie wyszły powie­ści na dobre, zda­rzają się jed­nak frag­menty, które mogą być nie­ja­sne, ponie­waż wycięto wyja­śnie­nie. Tutaj sta­ram się rato­wać sytu­ację przy­pi­sami -?dzięki pomocy redak­torki Agnieszki Szma­toły, która zna uni­wer­sum na wylot. Jako że duża liczba przy­pi­sów może zabu­rzać lek­turę, ucie­kam się do nich jedy­nie w osta­tecz­no­ści. Tabelę z imio­nami i nazwami geo­gra­ficz­nymi oraz wyja­śnie­niem ich zna­cze­nia znaj­dziesz na końcu książki, a tutaj posta­ram się opo­wie­dzieć o kilku dyle­ma­tach i cie­ka­wost­kach.

Jeśli znasz angiel­ską (lub chiń­ską) wer­sję powie­ści, z pew­no­ścią rzu­ciło Ci się już w oczy, że zre­zy­gno­wa­łam w tytule z okre­śle­nia ozna­cza­ją­cego w przy­bli­że­niu "nie­biań­skiego urzęd­nika". Chiń­skie słowo shen­guan, a zwłasz­cza druga sylaba -?guan -?ma dużo szer­sze zna­cze­nie niż pol­ski "urzęd­nik", ozna­cza raczej ofi­cjal­nego przed­sta­wi­ciela wła­dzy (zarówno cywil­nej, jak i woj­sko­wej). Xie Lia­nowi i pozo­sta­łym daleko do postaci, jakie przy­cho­dzą nam na myśl, gdy sły­szymy słowo "urzęd­nik". Są oni raczej wysłan­ni­kami Nie­bios. Dla­tego też zostali po pro­stu "nie­bia­nami".

Mógł Cię zdzi­wić lub zacie­ka­wić podział na "bogów-wojow­ni­ków" i "boskich wojow­ni­ków". Po chiń­sku oba te słowa skła­dają się z tych samych zna­ków, ale w innej kolej­no­ści: siłą boga-wojow­nika (??, w?shén, walka, wojow­nik + bóg, bóstwo) są umie­jęt­no­ści bitewne, z kolei boski wojow­nik (?? shénw?, bóg, bóstwo + walka, wojow­nik), cho­ciaż rów­nież potrafi się posłu­gi­wać mie­czem, wnie­bo­wstą­pił dzięki prak­ty­ko­wa­niu innych zdol­no­ści.

W dużym uprosz­cze­niu, w języku chiń­skim każdy znak sta­nowi odrębne słowo. Nie­kiedy nie­sie ze sobą tyle tre­ści, że powinno się go tłu­ma­czyć całym zda­niem. Dla­tego też zde­cy­do­wa­łam się na tłu­ma­cze­nie nie­któ­rych ter­mi­nów, żeby nie utra­cić ich zna­cze­nia. Inne zosta­wi­łam po chiń­sku. Do pierw­szej kate­go­rii należy góra Kuź­nia (chiń. ton­glu, dosł. "mie­dziany kocioł, pale­ni­sko"). W podob­nych przy­pad­kach chiń­skie nazwy nic czy­tel­ni­kowi (nawet takiemu, który zna język chiń­ski, ale nie wie, jakie kon­kret­nie znaki zostały tu użyte, np. ju w przy­dom­kach Feng Xina) nie powie­dzą, zale­żało mi jed­nak na odda­niu zna­cze­nia, całego ładunku tre­ści, jakie niosą ze sobą te ter­miny. Nie tłu­ma­czy­łam z kolei nazw państw -?Xianle, Banyue i Yong'an. "Kraj rado­ści nie­śmier­tel­nych" mógłby powo­do­wać kon­fu­zję -?w końcu Xianle znaj­duje się na ziemi, a nie w Nie­bio­sach. Poja­wiły się też małe nie­ści­sło­ści -?mamy Prze­łęcz Pół­księ­życa, mistrzy­nię Pół­księ­życ, ale pań­stwo nazywa się Banyue, mimo to taki wybór wydał mi się lep­szy niż zosta­wie­nie samych chiń­skich nazw. W języku chiń­skim nie ma rów­nież spa­cji -?to kolejne wyzwa­nie dla tłu­ma­cza. Po wielu dys­ku­sjach zde­cy­do­wa­ły­śmy z redak­torką, że nazwy miejsc zapi­su­jemy łącz­nie, z kolei w przy­padku postaci są dwie moż­li­wo­ści: jeśli mamy do czy­nie­nia z czymś, co może ucho­dzić za imię i nazwi­sko (na przy­kład: Xie Lian, Mu Qing), sto­su­jemy pisow­nię roz­łączną, przy­domki nato­miast będą pisane łącz­nie (na przy­kład: San­lang, Xuan­zhen).

Pier­wot­nie Ruoye miała być Gory­czą, co nie tyle odda­wało dosłowne zna­cze­nie tej nazwy, ale raczej opi­sy­wało oko­licz­no­ści, w któ­rych i przez które wstęga zyskała świa­do­mość. Jed­nak osta­tecz­nie zde­cy­do­wa­łam się nie tłu­ma­czyć tego imie­nia. Wybra­łam też rodzaj żeń­ski -?"ta wstęga, ta Ruoye" -?żeby nie wpro­wa­dzać zamie­sza­nia. Bywa przed­sta­wiana na per­so­ni­fi­ku­ją­cych fanar­tach zarówno jako dziew­czyna, jak i chło­piec, więc moja decy­zja nie powinna być kon­tro­wer­syjna.

Kolejne wyzwa­nie, jakie się poja­wiło, to brak rodzaju w języku. Tutaj nie spo­sób nie wspo­mnieć o Panu/ Pani Wia­tru. Ponie­waż po chiń­sku ten tytuł jest neu­tralny płciowo, Xie Lian przy pierw­szym spo­tka­niu z tą posta­cią nie mógł jed­no­znacz­nie stwier­dzić, czy jest ona męż­czy­zną, czy kobietą. Pro­stota gra­ma­tyki i brak koniu­ga­cji rów­nież tego nie uła­twiają. Z kolei Nan Feng poznał tę postać jako męż­czy­znę, dla­tego był bar­dziej zdzi­wiony pod­czas spo­tka­nia w Banyue. Nie zna­la­złam jed­nak żad­nego dobrze brzmią­cego neu­tral­nego płciowo słowa, które mogłoby tu zastą­pić "Pana" i "Panią".

Poza zawi­ło­ściami języka chiń­skiego poja­wiały się też dyle­maty, z któ­rymi spo­tyka się każdy tłu­macz, mia­no­wi­cie: co, jeśli dane słowo po pol­sku nie brzmi zbyt dobrze? Tak było w przy­padku zało­żo­nej przez Xie Liana świą­tyni. W ory­gi­nale w koszyku, który dostał od miesz­kań­ców wsi, znaj­do­wały się nie zwy­kłe kasz­tany, a bulwy poni­kła słod­kiego, zwane rów­nież orze­chami lub kasz­ta­nami (po angiel­sku chi­nese water chest­nut). To wła­śnie one zain­spi­ro­wały boha­tera do nada­nia świą­tyni nazwy. "Poni­kłowy Przy­by­tek" brzmiałby jed­nak dość oso­bli­wie, dla­tego zde­cy­do­wa­łam się na uprosz­cze­nie.

Jed­nym z naj­więk­szych wyzwań była kwe­stia przy­dom­ków Feng Xina. Oczy­wi­ście, można było zasto­so­wać przy­pisy, ale zale­żało mi na prze­ło­że­niu gier słow­nych na pol­ski. Cho­dzi tu przede wszyst­kim o wie­lo­znacz­ność słowa yang. Więk­szość z nas zna je cho­ciażby z czarno-bia­łego dia­gramu taijitu, zna­nego sze­roko jako yin yang. To ener­gia jasna, aktywna, męska i pozy­tywna, w prze­ci­wień­stwie do ciem­nego, bier­nego, kobie­cego i nega­tyw­nego yin (oczy­wi­ście żadna z nich nie jest lep­sza ani gor­sza, bo tylko ich rów­no­waga jest gwa­ran­tem har­mo­nii w świe­cie). Kiedy w Świe­tli­stej Świą­tyni Xie Lian ostrzega wie­śnia­ków, żeby nie pod­no­sili welo­nów panien mło­dych, wspo­mina rów­nież o ener­gii yang -?męż­czy­zna, a w dodatku żywy, ma jej tyle, że kon­fron­ta­cja z kobietą, do tego mar­twą, może spro­wa­dzić tylko nie­szczę­ście. Nasło­necz­niona oraz zacie­niona strona zbo­cza -?taki jest pier­wotny sens tych słów. Nawet chiń­skie słowo ozna­cza­jące słońce się do tego odnosi -?taiy­ang, czyli dosłow­nie "zbyt yang". Przy­do­mek Nany­ang ozna­cza więc "połu­dniowe yang", a pierw­szym zna­cze­niem, o któ­rym możemy tu pomy­śleć, jest "połu­dniowe słońce" (połu­dniowe w zna­cze­niu kie­runku świata). Z kolei Juy­ang ozna­cza "wiel­kie yang" - tutaj już Chiń­czycy pomy­śle­liby nie o słońcu, a raczej o męskim aspek­cie tego słowa. Penis nazy­wany jest zresztą yan­gwu, czyli "rzecz yang". Do tego docho­dzi trzeci przy­do­mek -?Juy­ang, ale zapi­sany innym zna­kiem ju (ozna­cza­ją­cym "cały, bez wyjątku"). Jakby tego było mało, autorka - podob­nie jak więk­szość Chiń­czy­ków -?lubuje się w grach słow­nych i rymo­wan­kach. Sta­ram się w miarę moż­li­wo­ści zacho­wać i rymy, i pier­wotne zna­cze­nie.

Na koniec moja teo­ria -?nie­po­twier­dzona, ale myślę, że cał­kiem praw­do­po­dobna. Ling Wen wspo­mni, że ludzie lubią ładne, parzy­ste liczby, takie jak cztery. Cztery Wiel­kie Grozy, a zara­zem zwią­zane z tymi posta­ciami kolory i żywioły przy­wo­dzą na myśl podział świata w chiń­skiej geo­man­cji, czyli feng­shui. Mamy więc bia­łego tygrysa, sym­bo­li­zu­ją­cego pół­noc, czar­nego żół­wia z połu­dnia, czer­wo­nego feniksa z zachodu i zie­lo­nego smoka ze wschodu. Kolory się zga­dzają, prawda? Teraz żywioły: z czar­nym żół­wiem zwią­zana jest woda, podob­nie jak w przy­padku Czar­nej Toni Pochła­nia­ją­cej Statki. Żywio­łem smoka jest drewno -?to z kolei koja­rzy się z lasem wisiel­ców. Pozo­sta­łym przy­pi­suje się ogień (feniks) i metal (tygrys). Być może to tylko spe­ku­la­cje, zapew­niam jed­nak, że tro­pów, które pro­wa­dzą do róż­nych ele­men­tów chiń­skiej kul­tury, wie­rzeń i zwy­cza­jów, jest w tej powie­ści wię­cej.

Dzię­kuję Ci za lek­turę Bło­go­sła­wień­stwa Nie­bios. Mam nadzieję, że spo­tkamy się w kolej­nym tomie.

Alek­san­dra Woź­niak-Mar­chewka

Rozdział pierwszy

Rzut oka na Aleję Boskiego Wojow­nika Spo­tka­nie z demo­nem i nie­śmier­tel­nym na moście

Pośród bogów zamiesz­ku­ją­cych Nie­biosa jeden sły­nął tym, że drwiono z niego w Trzech Świa­tach.

Legenda głosi, że przed ośmiu­set laty na Rów­ni­nach Cen­tral­nych ist­niało pań­stwo, które nazy­wało się Xianle. Znane było z czte­rech skar­bów: ludzi pięk­nych niczym obłoki, wspa­nia­łej muzyki i nie­sa­mo­wi­tych ksiąg, kosz­tow­no­ści -?złota i klej­no­tów, a także prze­sław­nego następcy tronu.

Jego Wyso­kość był bowiem mężem nad­zwy­czaj­nym.

I cho­ciaż był dla wszyst­kich oczkiem w gło­wie, uko­cha­nym niczym naj­więk­szy skarb, jego nie inte­re­so­wały ani wła­dza, ani bogac­twa docze­snego świata.

Inte­re­so­wało go, jak sam czę­sto mawiał...

Poma­ga­nie zwy­kłym ludziom!

* * *

Dwie są opo­wie­ści o tym, jak w cza­sach swej mło­do­ści książę har­to­wał ducha.

Pierw­sza to Rzut oka na Aleję Boskiego Wojow­nika.

W roku, w któ­rym książę skoń­czył sie­dem­na­ście lat, w Xianle Aleją Boskiego Wojow­nika kro­czyła Wielka Parada Święta Latarni.

Rodzina kró­lew­ska, ksią­żęta i szlachta roz­ma­wiali i się śmiali, spo­glą­da­jąc z wyso­kich budyn­ków, gwar­dia kró­lew­ska masze­ro­wała z chrzę­stem zbroi, dziew­częta tań­czyły powab­nie, bia­łymi dłońmi rzu­ca­jąc niebu płatki kwia­tów, har­mo­nijna melo­dia nio­sła się ze zło­tej karocy i dry­fo­wała po nie­bie nad morzem ludzi i całym kró­lew­skim mia­stem. Za gwar­dią hono­rową szes­na­ście bia­łych koni w zło­tej uprzęży cią­gnęło plat­formę, a na niej spoj­rze­nia wszyst­kich przy­cią­gał Wojow­nik Radu­jący Bogów.

Odziany był w strojne szaty, w dłoni dzier­żył zdobny miecz, a twarz zasła­niała mu złota maska. Uosa­biał wiel­kiego Cesa­rza Boskiego Wojow­nika, samego Jun Wu, pierw­szego boga-wojow­nika tysiąc­le­cia, pogromcę duchów i demo­nów.

Tytuł Radu­ją­cego Bogów sta­no­wił naj­wyż­sze wyróż­nie­nie, więc kry­te­ria wyboru były wyjąt­kowo surowe. W tym roku wybrany został książę. Cały naród wie­rzył, że będzie naj­wspa­nial­szym Radu­ją­cym Bogów w histo­rii.

Ale tam­tego dnia wyda­rzył się wypa­dek.

Gwar­dia hono­rowa okrą­żała mia­sto po raz trzeci i zbli­żał się naj­bar­dziej poru­sza­jący serca widzów moment: chwila, gdy wojow­nik miał wła­śnie jed­nym cio­sem mie­cza zabić demona. Tłum po obu stro­nach ulicy burzył się i wrzał; tłum na murze, pod któ­rym prze­cho­dziła parada, falo­wał, ludzie się tło­czyli, prze­ci­skali, prze­py­chali.

Wtem z muru spadł chło­piec.

Krzyk prze­szył niebo. Kiedy ludzie myśleli już, że dziecko się roz­trza­ska w Alei Boskiego Wojow­nika, książę lekko uniósł głowę, sko­czył i zła­pał je.

Led­wie biały cień prze­ciął niebo niczym lecący ptak, gdy książę już bez­piecz­nie lądo­wał na ziemi z chłop­cem w ramio­nach. Złota maska opa­dła, odsła­nia­jąc przy­stojną, młodą twarz.

Tłum zaczął wiwa­to­wać.

Lud się rado­wał, a kapła­nów i mini­strów roz­bo­lały głowy.

Każde okrą­że­nie plat­formy wokół mia­sta było modli­twą o kolejny rok pokoju i dobro­bytu dla kraju, skoro więc pro­ce­sja została prze­rwana przy trze­cim okrą­że­niu, czyż nie ozna­czało to, że pań­stwu pozo­stały trzy zale­d­wie lata ist­nie­nia?

Bar­dzo nie­do­brze!

Kapłani i mini­stro­wie wezwali więc księ­cia i popro­sili uprzej­mie:

-?Wasza Wyso­kość, czy mógł­byś odbyć mie­siąc pokuty? Nie musi być praw­dziwa, wystar­czy sym­bo­licz­nie.

Książę uśmiech­nął się tylko.

-?Nie -?odmó­wił i dodał: -?Ura­to­wa­nie życia nie jest czymś złym. Jak Nie­biosa mogą uka­rać mnie za wła­ściwe postę­po­wa­nie?

Mini­stro­wie uwa­żali, że lepiej dmu­chać na zimne. Co, jeśli Nie­biosa ześlą jed­nak karę?

-?To zna­czy, że Nie­biosa będą w błę­dzie. Dla­czego ten, kto ma rację, ma prze­pra­szać błą­dzą­cego?

Takim wła­śnie czło­wie­kiem był książę. Nie było rze­czy, któ­rej nie mógłby zro­bić, ani czło­wieka, który by go nie kochał. Był ludzką pra­wo­ścią, był ser­cem świata. Dla­tego też kapła­nów to bolało ("Gówno rozu­miesz!"). Ale nie było rady. Cokol­wiek by powie­dzieli, książę i tak by nie posłu­chał.

* * *

Druga histo­ria to Spo­tka­nie z demo­nem i nie­śmier­tel­nym na moście.

Legendy mówią, że na połu­dnie od Żół­tej Rzeki był nie­gdyś most zwany Mostem Jed­nej Myśli, przez wiele lat nawie­dzany przez demona.

Ten demon wyglą­dał wyjąt­kowo prze­ra­ża­jąco: ubrany w resztki zbroi kro­czył wśród pło­mieni, z jego zakrwa­wio­nego ciała ster­czały ostrza mie­czy i groty strzał, z każ­dym kro­kiem zosta­wiał za sobą ślady ognia i krwi. Raz na kilka lat poja­wiał się nagle w środku nocy, krą­żył po moście, zatrzy­my­wał prze­cho­dzą­cych i zada­wał im trzy pyta­nia.

"Co to za miej­sce?"

"Kim jestem?"

"Co mogę zro­bić?"

Tych, któ­rzy udzie­lili błęd­nej odpo­wie­dzi, poże­rał. A że wła­ści­wej nie znał nikt, to i demon pochło­nął nie­zli­czone życia.

Książę miał sie­dem­na­ście lat, gdy pod­czas podróży usły­szał tę histo­rię. Odna­lazł most i czu­wał przy nim noc w noc, póki kło­po­tliwy demon się nie poja­wił. Rze­czy­wi­ście był tak prze­ra­ża­jący, jak opo­wia­dano. Zadał księ­ciu pierw­sze pyta­nie, a ten odpo­wie­dział z uśmie­chem:

-?To świat ludzi.

Ale demon odparł:

-?To pie­kło!

Błąd. Obaj wycią­gnęli broń i rzu­cili się do walki.

Książę był bie­gły w sztuce mie­cza, a demon nie­ustra­szony i strasz­liwy. Czło­wiek i potwór wal­czyli na moście, póki nie zapadł mrok, póki Słońce i Księ­życ nie obie­gły Ziemi, póki demon nie został poko­nany. Gdy znik­nął, książę posa­dził przy moście kwit­nące drzewo. Prze­cho­dził tam­tędy tao­ista w bia­łych sza­tach, który zoba­czył, jak książę roz­rzuca żółtą zie­mię, by prze­gnać ducha.

-?Po co to robisz? -?spy­tał.

-?Ciało w pie­kle, dusza w raju -?odparł książę.

Usły­szaw­szy te słowa, mędrzec się uśmiech­nął, przy­brał boską postać, wstą­pił na chmurę, chwy­cił wiatr, dosiadł smugi nie­biań­skiego świa­tła i odle­ciał. Dopiero wtedy książę zro­zu­miał, że miał przed sobą samego Cesa­rza Boskiego Wojow­nika, który zstą­pił na zie­mię, by tępić złe moce i zabi­jać demony.

Bogo­wie i nie­śmier­telni już pod­czas pamięt­nego skoku w trak­cie parady Święta Latarni zauwa­żyli nie­zwy­kłego Wojow­nika Radu­ją­cego Bogów, a gdy ujrzeli go ponow­nie na Moście Jed­nej Myśli, jeden z nich spy­tał cesa­rza:

-?Co o nim sądzisz?

Cesarz odpo­wie­dział sze­ścioma sło­wami:

-?Przy­szłość tego chło­paka nie zna gra­nic.

Tego wie­czora na nie­bie działy się dziwne rze­czy, sza­lał wiatr i zerwała się ulewa. W bla­sku bły­ska­wic i huku grzmo­tów książę wzniósł się do nieba.

Bez wąt­pie­nia był ulu­bień­cem Nie­bios.

Od zawsze kochali go wszy­scy, kiedy więc wnie­bo­wstą­pił, co sił wzno­szono świą­ty­nie i modli­tewne groty w naj­dal­szych nawet zakąt­kach kraju, sta­wiano posągi, tysiące modliły się do niego. Ksią­żęcy Pawi­lon pałacu Xianle w ciągu zale­d­wie kilku lat okrył się chwałą.

Nie minęły nawet trzy lata, gdy Xianle pogrą­żyło się w cha­osie, lud pochło­nęła zaraza, a pań­stwo prze­stało ist­nieć.

* * *

Ludzie nagle zdali sobie sprawę, że książę, ten, któ­rego czcili jak boga, wcale nie był tak wspa­niały i potężny, jak to sobie wyobra­żali.

Nie mając gdzie wylać bólu po stra­cie domów i rodzin, oba­lili jego posągi i spa­lili świą­ty­nie. Ogień pło­nął przez sie­dem dni i sie­dem nocy, cała chwała obró­ciła się w pył.

A księ­ciu ode­brano moce i zesłano go do świata ludzi.

Od dziecka roz­piesz­czany przez wszyst­kich, ni­gdy nie doświad­czył znoju. Boska kara zesłała go z chmur w błoto, przy­nio­sła mu ból i cier­pie­nie. Ale książę nie usta­wał w wysił­kach, na­dal odda­wał się prak­tyce ducho­wej, pra­gnął ponow­nie wstą­pić w Nie­biosa. Nie minęło wiele lat, gdy niebo prze­szył huk. Książę wnie­bo­wstą­pił po raz drugi.

Tym razem jed­nak nawet jedno kadzi­dło nie zdą­żyło się wypa­lić, gdy księ­cia z Nie­bios wyrzu­cił sam Cesarz Boski Wojow­nik.

* * *

Zostać zde­gra­do­wa­nym raz to ogromne upo­ko­rze­nie, ale żeby zda­rzyło się to dwu­krot­nie? Nie­moż­liwe, by kto­kol­wiek się po tym pod­niósł.

Wszy­scy mówili, że Jego Ksią­żęca Mość jest już skoń­czony. Wystę­po­wał na ulicy, świet­nie śpie­wał i grał na wielu instru­men­tach, nie mówiąc już o roz­łu­py­wa­niu kamieni na klatce pier­sio­wej czy skru­pu­lat­nym zbie­ra­niu śmieci. Cho­wał dumę do kie­szeni dla paru gro­szy. Był zbyt eks­cen­tryczny, mijały lata, aż w końcu stał się powszech­nie znany jako Pośmie­wi­sko Trzech Świa­tów. Po dziś dzień życze­nie komuś, by jego dziecko było księ­ciem Xianle, jest uzna­wane za bar­dziej nik­czemne niż prze­klę­cie go, by w ogóle nie miał potom­ków.

Ludzie kochają śmier­tel­nych wstę­pu­ją­cych w Nie­biosa, ale jesz­cze bar­dziej kochają bogów strą­co­nych na zie­mię.

Wyśmie­wano go, aż wzdy­chali do niego już tylko zako­chani. Ale i to prze­mi­nęło. Nie­gdy­siej­szy uko­chany syn Nie­bios prze­stał ist­nieć. Posągi upa­dły, kraj obró­cił się w pył, nie ostał się nawet jeden wyznawca. Powoli wszy­scy zapo­mi­nali o księ­ciu. Nikt nie wie­dział, gdzie znik­nął. I nikogo to nie obcho­dziło.

* * *

Wiele lat póź­niej niebo prze­szył huk.

Nie­biosa się zatrzę­sły, bły­snęły pio­runy, huk­nęły grzmoty. Ktoś wnie­bo­wstą­pił? Ależ wyda­rze­nie!

Kiedy miesz­kańcy Sto­licy Nie­śmier­tel­nych zoba­czyli, któż to był, sta­nęli jak rażeni pio­ru­nem.

Jakby mu było mało.

Ten słynny odmie­niec, Pośmie­wi­sko Trzech Świa­tów, książę z legend, on... on... jeba­niutki, znowu wzle­ciał w Nie­biosa!

Rozdział drugi

Spłu­kany nie­bia­nin trzy razy wstę­puje do Sto­licy Nie­śmier­tel­nych

-?Gra­tu­la­cje, Wasza Wyso­kość.

Xie Lian pod­niósł wzrok, uśmiech­nął się, po czym odpo­wie­dział:

-?Dzię­kuję. Od dobrych kil­ku­set lat mi nie gra­tu­lo­wano. Ale czego wła­ści­wie?

Czci­godna Ling Wen stała z dłońmi sple­cio­nymi za ple­cami.

-?Zają­łeś pierw­sze miej­sce -?odparła. -?Na liście "Nie­bia­nie, któ­rzy mają naj­więk­sze szanse na degra­da­cję do świata śmier­tel­ni­ków".

Xie Lian się zdzi­wił, ale uśmiech­nął się uprzej­mie w odpo­wie­dzi.

-?Cokol­wiek by mówić, to wciąż pierw­sze miej­sce.

-?Za pierw­sze miej­sce na tej liście można dostać sto zasług -?zgo­dziła się Ling Wen.

Każde kadzi­dło czy modli­twa śmier­tel­ni­ków nazy­wane były "zasłu­gami" i funk­cjo­no­wały w świe­cie nie­bian tak, jak na ziemi złoto i sre­bro.

-?Kiedy następ­nym razem będzie robiona taka lista, koniecz­nie weź mnie pod uwagę! -?powie­dział Xie Lian entu­zja­stycz­nie. -?A swoją drogą, kto jest na dru­gim miej­scu?

-?Nie ma dru­giego miej­sca. Zosta­wi­łeś kon­ku­ren­cję daleko w tyle - zapew­niła go Ling Wen.

-?Czy to zna­czy, że... jestem lubiany? Kto był na pierw­szym miej­scu poprzed­nim razem?

-?Też nikt. Ta lista funk­cjo­nuje od tego roku, a dokład­nie od dzi­siaj.

Xie Lian zamru­gał.

-?Co? Czyli stwo­rzono ją spe­cjal­nie dla mnie?

-?Ale wiesz, dla­czego dosta­łeś pierw­sze miej­sce? -?spy­tała Ling Wen.

-?Dla­czego?

-?Spójrz, pro­szę, na tam­ten dzwon.

Wycią­gnęła dłoń i coś wska­zała. Xie Lian wytę­żał wzrok, ale widział tylko pałac z bia­łego jade­itu i krą­żące nad nim białe obłoki. Patrzył i patrzył, wytę­żał i wytę­żał wzrok, aż wresz­cie zde­cy­do­wał się spy­tać:

-?Gdzie jest dzwon? Nie widzę.

-?Zga­dza się, nie widzisz -?potwier­dziła Ling Wen. -?Kie­dyś był tam dzwon, ale się roz­bił, gdy wstę­po­wa­łeś do nieba. -?Xie Lian mil­czał. - Ten dzwon był nie­zwy­kle pogod­nie uspo­so­biony -?mówiła z powagą Ling Wen. -?Kiedy ktoś wstę­po­wał w Nie­biosa, bił gło­śno, by to uczcić. Ty się poja­wi­łeś i roz­ko­ły­sał się jak sza­lony. Prze­stał dopiero po upadku z dzwon­nicy. Ude­rzył jesz­cze boga-wojow­nika, który tam­tędy prze­cho­dził.

-?Może ni­gdy nie widział, jak ktoś wstę­puje do Nie­bios po raz trzeci... Wszystko z nim w porządku? -?zatro­skał się Xie Lian.

-?Nie, na­dal jest w napra­wie.

-?Mia­łem na myśli boga.

-?Z miej­sca roz­pła­tał dzwon na pół. Pójdźmy dalej. Spójrz na tam­ten złoty pałac. Widzisz?

Ling Wen ponow­nie coś wska­zała, a Xie Lian podą­żył za nią wzro­kiem. Zoba­czył wysta­jącą z chmur złotą kopułę i wes­tchnął z ulgą.

-?Tym razem widzę.

-?To nie­do­brze, że widzisz. Bo wcze­śniej niczego tam nie było - poin­for­mo­wała go rze­czowo. -?W dniu twego wstą­pie­nia do Nie­bios wiele zło­tych kopuł się zawa­liło, nie było wyj­ścia, trzeba było posta­wić kilka tym­cza­so­wych. Nie uwa­żasz, że są strasz­nie pry­mi­tywne?

Xie Lian wes­tchnął i się uśmiech­nął.

-?Rozu­miem. Powiedz mi, jak mogę napra­wić sytu­ację.

-?Jasne. -?Ling Wen wycią­gnęła skądś aba­kus i przez chwilę kli­kała, prze­rzu­ca­jąc kulki, po czym poka­zała mu wynik. -?Osiem milio­nów osiem­set tysięcy zasług.

Xie Lian pac­nął się dło­nią w czoło.

Osiem milio­nów osiem­set tysięcy zasług? Gdyby to było osiem­set lat temu, nie mru­gnąłby nawet okiem. Ale teraz wszystko wyglą­dało ina­czej. Został dwu­krot­nie wygnany, jego świą­ty­nie w świe­cie śmier­tel­ni­ków spa­lono co do jed­nej, a wraz z wyznaw­cami znik­nęła jego moc. Nikt nie zapali mu kadzi­dła. Po tym wszyst­kim został z niczym.

Ling Wen pokle­pała go po ramie­niu.

-?Nie trać nadziei, Wasza Wyso­kość. Dopiero co wró­ci­łeś, idź naj­pierw do Kręgu Ducho­wego Prze­pływu Wyż­szej Izby Nie­bios, przy­wi­taj się z innymi nie­śmier­tel­nymi. Jak to mówią, jak nie drzwiami, to oknem.

Xie Lian zaśmiał się gorzko.

-?Oba­wiam się, że ja mogę z tego okna tylko wypaść!

Wyszedł z pawi­lonu Ling Wen, po czym zna­lazł sobie ustronny kąt w Alei Sto­licy Nie­śmier­tel­nych i przy­kuc­nął. Złą­czył dwa palce, deli­kat­nie pod­parł nimi skroń i skon­tak­to­wał się tele­pa­tycz­nie z Krę­giem Ducho­wego Prze­pływu Wyż­szej Izby Nie­bios.

Był to magiczny krąg, który pozwa­lał bogom na bły­ska­wiczną komu­ni­ka­cję za pomocą tele­pa­tii. Można powie­dzieć, że w Wyż­szej Izbie Nie­bios, gdzie­kol­wiek spoj­rzeć, tam trafi się na jakie­goś cesa­rza, króla czy gene­rała, a i boha­te­rów czy hero­sów było na pęczki. Kró­lo­wie, księż­niczki, cesa­rzo­wie, wojow­nicy wszel­kiego rodzaju nie sta­no­wili rzad­kiego widoku w Alei Sto­licy Nie­śmier­tel­nych. Kto tu nie był wybrań­cem Nie­bios? Kiedy bogo­wie byli obecni, mogli poroz­ma­wiać ze sobą za pomocą tele­pa­tii. Gdy Xie Lian wnie­bo­wstą­pił po raz pierw­szy, był tak pod­eks­cy­to­wany, że łapał każ­dego boga z kręgu i się z nim witał, opo­wia­dał szcze­gó­łowo o sobie, ale teraz po pro­stu nie mógł tak zro­bić, lepiej było sie­dzieć cicho. Bar­dzo szybko zna­lazł się ktoś, kto zwró­cił uwagę na poja­wie­nie się nowej osoby.

-?Wasza Wyso­kość? -?spy­tał cichy głos.

A więc w Nie­bio­sach są jesz­cze jakieś bóstwa, które się do niego odzy­wają!

Xie Lian poczuł w sercu radość.

-?To ja. Witam wszyst­kich, znowu wró­ci­łem!

Jesz­cze nie skoń­czył, kiedy głos wszedł mu w słowo:

-?Wasza Wyso­kość raczy żar­to­wać? Jak mamy nor­mal­nie funk­cjo­no­wać, skoro wró­ci­łeś?

Xie Lian zamarł. Na szczę­ście Ling Wen szybko wysłała mu bez­po­śred­nią wia­do­mość z przy­po­mnie­niem. Wypo­wie­działa tylko jedno słowo:

-?Dzwon.

Xie Lian zro­zu­miał w lot. To była jego ofiara, bóg ude­rzony przez dzwon!

Nic dziw­nego, że atmos­fera była tak nie­zręczna, trzeba prze­pro­sić! Ale nie można prze­pro­sić, jeśli się nie zna czy­je­goś imie­nia, więc Xie Lian zapy­tał uprzej­mie:

-?Czy mogę poznać imię wasz­mo­ści?

Po tych sło­wach druga strona nie­ocze­ki­wa­nie zamil­kła. A pozo­stałe bóstwa, świa­dome tego, co nad­cho­dziło, nad­sta­wiły uszu.

-?Książę, cho­ciaż sądzę, że nie mogłeś go nie roz­po­znać, to jed­nak ci pod­po­wiem: to Mu Qing -?prze­ka­zała mu cicho Ling Wen.

-?Kto? Mówisz, że kto? -?zdzi­wił się Xie Lian. -?To jest Mu Qing?

Mu Qing był bogiem-wojow­ni­kiem zarzą­dza­ją­cym połu­dnio­wym zacho­dem, nosił przy­do­mek Xuan­zhen, miał tysiące świą­tyń, kadzi­dła licz­nie się paliły na jego cześć. Ale osiem­set lat wcze­śniej był bogiem słu­żeb­nym w świą­tyni pałacu Xianle. I bie­gał po spra­wunki Xie Liana.

Ling Wen też była zasko­czona.

-?Nie mogę uwie­rzyć, że go nie roz­po­zna­łeś.

-?Naprawdę. Wcze­śniej roz­ma­wiał ze mną uprzej­mie, nie w taki spo­sób. Nawet nie pamię­tam dobrze, kiedy ostatni raz się z nim widzia­łem. Nie­długo zapo­mniał­bym nawet, jak wygląda. Jak miał­bym go roz­po­znać po gło­sie? -?bro­nił się Xie Lian.

Sytu­acja była dość nie­zręczna. Wtedy Xie Lian nosił tytuł księ­cia Xianle i prak­ty­ko­wał w Kró­lew­skiej Świą­tyni. Była to świą­ty­nia rodziny kró­lew­skiej w Xianle, która bar­dzo surowo dobie­rała uczniów. A że Mu Qing pocho­dził z bied­nej rodziny, a do tego był synem prze­stępcy, nie wolno mu było tam prak­ty­ko­wać. Mógł jedy­nie być sługą, sprzą­tać świą­ty­nię, poda­wać her­batę i przy­no­sić wodę. Xie Lian, który widział, jak ciężko Mu Qing pra­cuje, popro­sił kapła­nów, by wbrew zasa­dom go przy­jęli. Książę był bar­dzo prze­ko­nu­jący, więc w końcu Mu Qin­gowi pozwo­lono zostać uczniem i mógł prak­ty­ko­wać razem z księ­ciem. Kiedy Xie Lian wnie­bo­wstą­pił, zabrał go ze sobą do Wyż­szej Izby Nie­bios.

Ale gdy został zde­gra­do­wany i zesłany do świata śmier­tel­ni­ków, Mu Qing nie podą­żył za nim, tylko zna­lazł sobie świętą jaski­nię i żar­li­wie poku­to­wał. Nie minęło kilka lat, a pod­jął wyzwa­nie2 Nie­bios i znów wnie­bo­wstą­pił.

Mu Qing nie ode­zwał się ani sło­wem.

-?Bar­dzo się gniewa -?wyja­śniła księ­ciu Ling Wen.

Xie Lian potarł czoło i powie­dział:

-?A może on uważa, że ja spe­cjal­nie zrzu­ci­łem na niego ten dzwon...

W tym momen­cie wtrą­cił się jakiś gniewny głos:

-?Który sukin­syn znisz­czył mój złoty pawi­lon?! Przy­zna­wać się!

Xie Lian czuł, że od tego krzyku wybuch­nie mu głowa. Mu Qing zaś zde­cy­do­wał się prze­rwać mil­cze­nie. Zaśmiał się, a tam­ten głos wybuch­nął gnie­wem:

-?Co cię tak bawi? To twoja sprawka?!

-?Bawi mnie to, że ledwo się ode­zwiesz, a już prze­kli­nasz -?odparł Mu Qing spo­koj­nie. -?Ten, który zbu­rzył twój złoty pawi­lon, jest w Kręgu, sam spy­taj.

Xie Lian odchrząk­nął i wyznał:

-?To ja. Prze­pra­szam.

Ledwo się ode­zwał, tam­ten zamilkł. Za to obok ucha księ­cia roz­brzmiał głos Ling Wen:

-?Książę, to Feng Xin.

-?Jego pozna­łem -?odparł Xie Lian.

-?Nie przej­muj się, on nie chciał cię obra­zić tym "sukin­sy­nem" - odpo­wie­działa Ling Wen.

-?Wiem. Po pro­stu taki jest -?sko­men­to­wał Xie Lian.

Feng Xin był bogiem-wojow­ni­kiem zarzą­dza­ją­cym połu­dnio­wym wscho­dem, nosił przy­do­mek Nany­ang, a ludzie go uwiel­biali. Osiem­set lat temu też nale­żał do bóstw słu­żą­cych w świą­tyni pałacu Xianle. Odzna­czał się lojal­no­ścią, a odkąd Xie Lian skoń­czył czter­na­ście lat, Feng Xin był jego ochro­nia­rzem. Razem dora­stali, razem wnie­bo­wstą­pili, razem zostali zde­gra­do­wani i wygnani. Ale nie­stety, nie wytrwali razem tych ośmiu­set lat.

Dla­czego musiało tra­fić aku­rat na tych dwóch? Wyglą­dało, jakby się mścił na pod­wład­nych, któ­rzy go opu­ścili! Bo cokol­wiek by mówić, poto­mek zna­mie­ni­tego rodu skoń­czył jako Pośmie­wi­sko Trzech Świa­tów, a dwaj słu­dzy wspięli się po jego ple­cach -?czy było to zapla­no­wane przez los spo­tka­nie po latach?

Na szczę­ście Xie Lian miał grub­szą skórę niż inni, w końcu przez te osiem­set lat ni­gdy się dobrze nie najadł, chyba że wstydu. Powie­dział więc szcze­rze:

-?Tym razem mój powrót spra­wił wam dużo kło­po­tów, prze­pra­szam. Posta­ram się zadość­uczy­nić waszym stra­tom, daj­cie mi tylko tro­chę czasu.

-?Powi­nie­neś zatem, Wasza Wyso­kość, się zasta­no­wić, jak zdo­być osiem milio­nów osiem­set tysięcy zasług -?par­sk­nął Mu Qing. -?Wie­rzę, że to nic trud­nego dla księ­cia obda­rzo­nego taką mocą.

Gdzie mógłby zdo­być osiem milio­nów osiem­set tysięcy zasług i spła­cić dług?

Xie Lia­nowi pozo­stało tylko wró­cić do pawi­lonu Ling Wen.

-?Czy ostat­nio śmier­telni modlą się do Sto­licy Nie­śmier­tel­nych o bło­go­sła­wień­stwa albo skła­dają prośby? Przyjmę każdą modli­twę, jeśli można zdo­być zasługi. A może trzeba poza­mia­tać tu ulice? Też mogę, jestem bar­dzo dobry w zamia­ta­niu.

-?Obę­dzie się, Wasza Wyso­kość... -?odpo­wie­działa Ling Wen. -?Odłóż tę mio­tłę. Jeżeli cho­dzi o modli­twy, to cesarz ma wła­śnie sprawę, może chcesz mu pomóc?

W nie­bie był tylko jeden cesarz. A gdy cze­goś chciał, nie musiał nikogo o nic pro­sić. Dla­tego Xie Lian od razu się wypro­sto­wał.

-?O co cho­dzi? -?spy­tał.

Ling Wen podała mu zwój.

-?Na pół­nocy jest góra -?powie­działa. -?Nazywa się Górą Szla­chet­nych. Sły­sza­łeś kie­dyś o niej?

-?Nie tylko sły­sza­łem. -?Xie Lian się uśmiech­nął. -?A co, zro­biło się tam nie­spo­koj­nie?

-?Dość nie­spo­koj­nie -?przy­znała Ling Wen. -?Gro­ma­dzą się tłumy wier­nych, modlą się jak sza­leni, musisz to zoba­czyć na wła­sne oczy.

Wierni dzie­lili się na trzy typy. Pierw­szy to zamożni, któ­rzy wyda­wali pie­nią­dze na pale­nie kadzi­deł, odpra­wia­nie rytu­ałów i budo­wa­nie świą­tyń, drugi -?kazno­dzieje naucza­jący innych, do trze­ciego typu nale­żeli zaś ci, któ­rzy prak­ty­ko­wali całym ser­cem i cia­łem. Tych pierw­szych było naj­wię­cej; im ktoś był bogat­szy, tym więk­szy czuł respekt przed demo­nami i bogami, a boga­tych jest na ziemi tylu, ile ryb w morzu. Trze­cia grupa była naj­mniej­sza, bo jeśli ktoś naprawdę jest w sta­nie tyle zro­bić, to ozna­cza, że tylko krok dzieli go od wnie­bo­wstą­pie­nia. Teraz zde­cy­do­wa­nie cho­dziło o tę pierw­szą grupę.

-?Jak wiesz, cesarz dwoi się i troi, przez cały rok na okrą­gło strzeże gór i mórz, nie ma ani chwili wol­nego, jeżeli więc pój­dziesz tam za niego i speł­nisz modli­twy, wszyst­kie zasługi pójdą na twoje konto. Co ty na to?

Xie Lian wycią­gnął obie ręce po zwój.

-?Wiel­kie dzięki.

Było oczy­wi­stym, że Jun Wu pró­bo­wał mu pomóc, tylko dla nie­po­znaki sfor­mu­ło­wał to tak, jakby to on pro­sił księ­cia o przy­sługę. Xie Lian nie mógł tego nie zauwa­żyć.

-?Ja tu tylko pośred­ni­czę, jeśli chcesz dzię­ko­wać, to pocze­kaj, aż cesarz wróci, i zrób to oso­bi­ście. Twoja moc nie wystar­czy, więc znajdę ci kil­koro bóstw słu­żeb­nych do pomocy.

Obecni bogo­wie-wojow­nicy albo go nie znali, albo nie lubili, tego Xie Lian był pewien.

-?Nie trzeba, nie zdo­łasz nikogo zna­leźć -?powie­dział.

-?Spró­buję -?odparła Ling Wen, po czym połą­czyła się z Krę­giem i powie­działa: -?Słu­chaj­cie wszy­scy, cesarz potrze­buje ludzi do pil­nego zada­nia na pół­nocy, czy ktoś może uży­czyć dwóch sług?

Nie­spo­dzie­wa­nie jako pierw­szy ode­zwał się Mu Qing.

-?Komu? W naszych świą­ty­niach sług nie bra­kuje, ale nie chcę odda­wać ich księ­ciu.

"Czy ty sie­dzisz na tym Kręgu od rana do wie­czora?", pomy­ślał Xie Lian.

-?Mu Qing, w ostat­nich dniach cią­gle cię tu spo­ty­kam, wygląda na to, że brak ci zajęć. -?Ling Wen się zaśmiała. -?Pamię­taj, żeby się nie spóź­nić z rapor­tem.

-?Zra­ni­łem się w rękę, wciąż docho­dzę do sie­bie -?odparł spo­koj­nie.

Mil­czący bogo­wie pomy­śleli: "Twoja ręka była zdolna roz­pła­ty­wać góry i roz­sz­cze­piać morza, co mógł jej zro­bić dzwon?".

Przez chwilę nikt się nie odzy­wał, Xie Lian powie­dział więc do Ling Wen:

-?No widzisz, mówi­łem, że nikt nie uży­czy sług.

Ling Wen pier­wot­nie zamie­rzała naj­pierw zała­twić dwie osoby, a dopiero potem opo­wie­dzieć o szcze­gó­łach.

-?Gdyby Mu Qing się nie ode­zwał, tobym dała radę -?powie­działa.

-?Myśleli, że pytasz o pomoc dla cesa­rza, więc pew­nie, że byś dała radę. -?Xie Lian się zaśmiał. -?Ale niech­by tylko się zorien­to­wali, że to o mnie cho­dzi... Oba­wiam się, że skoń­czy­łoby się awan­turą i jak mie­li­by­śmy w tej sytu­acji współ­pra­co­wać? Przy­wy­kłem do tego, że jestem sam, nie sądzę, żeby mi cze­goś bra­ko­wało, dam radę. Dzię­kuję ci, wyru­szam natych­miast.

Ling Wen nie pozo­stało nic innego, jak tylko zło­żyć dło­nie przed sobą w geście pozdro­wie­nia.

-?Dobrze -?odparła. -?Pół­noc to teren gene­rała Pei Minga, jego Świe­tli­sta Świą­ty­nia jest w roz­kwi­cie. Jeśli będziesz cze­goś potrze­bo­wał, możesz pro­sić go o pomoc. Dobrej podróży, Wasza Wyso­kość. Niech cię Nie­biosa bło­go­sła­wią.

-?I strzegą nas ode złego! -?odparł Xie Lian, poma­chał jej i z gra­cją opu­ścił pawi­lon.