Błogosławieni - Cezary Nowakowski, Jakub Nowakowski

Kup ebooka

20.25 zł
16.20 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roi

Mówiąna mnie Roi. Mówią tak wszyscy. Dzieciaki, sąsiedzi, nawet ta małpa,Ksenia spod dziewiątki. To dziarsko brzmiące miano nie ma jednak nickrólewskiego. Przeciwnie, przydomek ten niesie w sobie sporo gówna,bo tak naprawdę kiedy mnie nim obdarzono, brzmiał znacznie bardziejboleśnie: Hemoroid.

Czterdzieścilat temu byłem aktorem. Marnym aktorzyną, w marnym teatrze. Lubiłemtę robotę. Kiedy szmata szła w górę, a scenę zalewał gorący blaskreflektorów, doznawałem niemal erekcji. Mówię niemal, bo po tym comnie spotkało potem, ta teatralna twardość wacka wydaje mi się dziśco najmniej problematyczna.

Naszteatr produkował knot za knotem. Ruską miernotę rewolucyjną albotrywialną klasykę. Na przedstawienia spędzano szkoły i przodownikówpracy. Zwyczajny widz zaglądał tu rzadko, a potem - najczęściej- mijał ten przybytek szerokim łukiem. Ja jednak kochałem tębudę; robiłem wszak sztukę!

Wszystkobyłoby dobrze, gdyby naszemu dyrektorowi nie zachciało sięeksperymentów. Te jednak wymusili na nim młodzi. Ludzie mówili potem,że to studenci, ale mnie się wydaje, że korzenie tej grupy byłyzupełnie gdzie indziej. W SB lub w CIA, gdzieś w mrokach smrodliwych.

Wdzień premiery te łby wycięły nam numer, taki chamski figiel.Dublowali kwestie spektaklu i grali, jakże dobrze grali. Rozstawieniwśród publiki, w przejściach, przy kulisach. Pryszczate gnojki,gnidy.

Dyrektorbył blisko zawału. Już wcześniej w komitecie słyszał gniewne głosysekretarzy, że czas z teatrem skończyć, zamienić go w dom kultury.Dla ludu. Po tym numerze był już pewien najgorszego, tak jak i swojejdoli wypieprzonego z roboty nieudacznika. Los okazał się jednakłaskawszy. Klęska zamieniła się w triumf. Prasa odczytałaprzedstawienie jako odkrywczy, twórczy eksperyment. Jako sukces,sukces, sukces.

Nieposzliśmy jednak ścieżką Grotowskiego. Dyrektor został. Zostali teżci młodzi. Za to nas, aktorów starego zespołu, wywalono na bruk. Ateatr wkrótce potem znów zszedł na psy. W pół roku później znów graliknoty, a młodzi utopili figle w wódzie i rutynie. W szarejrzeczywistości gomułkowszczyzny.

Nieumiałem żyć samotnie. W ciszy, bez sztuki, bez publiczności. Szukałemwięc ludzi i ich znajdowałem. W zaplutych knajpach ul. Jasnogórskieji Kawiej elektryzowałem miłośników siwuchy tekstami Moliera,Witkacego, Ionesco. Elektryzowałem tak skutecznie, że i w gębęzarobiłem, i w dupę kopniaka też. Aplauzów nie było. Tylko śmiech,pukanie w czerep, no i chłód obojętności zimnych nóżek do kielicha.Otulałem się wtedy czarną peleryną z trypy, którą - mimo dziurod moli - nabyłem onegdaj w Krakowie, trawiony zawodowązazdrością. I uciekałem.

Taktrafiłem na cmentarz, na Kule. Tu mnie słuchano. W milczeniu,powadze, nastroju. Były też kwiaty, mnóstwo kwiatów. A wieczoremmigotliwe światła rzucały cienie na proscenium życia. Recytowałemmowy pochwalne, ody. Improwizowałem. Tylko gaży nie było. No i brawteż nie.

Jesieniąpięćdziesiątego dziewiątego w końcu mnie dupnęli. A słowo to oddajenajlepiej tragizm tej wpadki i w sposób najwłaściwszy ukierunkowujedalszy ciąg wydarzeń. Chowali właśnie kogoś ważnego, kogoś z kręgówskórzanych płaszczy i kapeluszy. Odczekałem taktownie. Kondukt sięrozproszył; ludzie zniknęli w listopadowych mgłach. Mogłem już nowemuofiarować SŁOWO, tyradę słów. Od szeptu i westchnień po koloraturęemocji. Byłem naprawdę wielki.

Wchwilę później leżałem jednak z nosem w cmentarnej glinie, a szyjęuciskał węzeł z mojej - brutalnie zeszmaconej - peleryny.To zapóźnieni żałobnicy wzięli mnie za hienę. A potem za łeb, za dupęwrzucili mnie do blaszanego pudła milicyjnej suki. I jazda.

Dopaki jednak nie trafiłem. Zawieźli mnie do Instytutu ResocjalizacjiStosowanej, bo jak się okazało był i taki w naszym świętym mieście,gdzieś na uboczu. Rzecz jasna, oficjalną nazwę miał całkiem inną,bardziej przystającą do robotniczo-chłopskiej rzeczywistości. Skupjaj nr 6 - tak się nazywał.

Skupjaj, dobre sobie! Jeśli już, to zabór jaj, ukręcanie czy miażdżeniejaj. Nie skup! Ta wysunięta na ideologicznym froncie placówka byłaprzyczółkiem w stronę ludu miasta; nazwą zaś również - jakmniemam - ku chłopom. Tak dla równowagi społecznego sojuszu.Tam też przeszedłem, całkiem niedobrowolnie, trzy etapy tego, coszumnie nazywano resocjalizacją: diagnozę, budowanie zrębówmarksistowsko-leninowskiej postawy i wzbudzanie bezgranicznejgotowości służenia socjalistycznej ojczyźnie. Wątki edukacyjneprzeplatały się twórczo, tak by monotonii żadnej nie było. Owe splotymetodyczne dyktowała też zawadiacka fantazja klawiszy,funkcjonariuszy czy jak ich tam zwać. Mieli chłopaki pomysły, ojmieli! I ani przez chwilę nie wahali się z tych pomysłów korzystać.

Napoczątek oklepali mi michę. Równo, z fachową rzetelnością.Spodziewałem się takiego przyjęcia. Opuchniętymi wardzelamitłumaczyłem się z mojej miłości do sztuki, z tęsknot, z trawiącegomnie bólu. A potem... graliśmy bezbłędnie role. Gadałem, charczałem iprosiłem. Błagałem. A oni lali po mordzie w milczeniu.

Przetrwam,myślałem z nadzieją. Dzień, dwa - będę w domu.

Ato był tylko prolog, zawiązanie akcji. Po tygodniu niewidzialnyreżyser zaordynował jednak zwrot, zamianę ról. Teraz ONI gadali, a jamilczałem zamknięty w żółto-fioletowej dyni własnej głowy. Byłemziarnkiem zagubionym w wydrążonej skorupie. Nie rozumiałem prostychpytań, nie udzielałem jeszcze prostszych odpowiedzi. Nie poznawałemdźwięków.

Wceli jednak, na obszczanym sienniku, nabierałem z wolna rutyny.Wsłuchiwałem się w rady takich jak ja. Zgarniętych z ulicy, zezbiegowiska. Świtem bladym, białym rankiem wytrząśniętych z domowegopuchu. Łysawego grubasa zamknęli razem z bańką na mleko, z czasemcoraz bardziej śmierdzącą. A kolejarza z czkawką. Ta zaś, upartacholera, nie ustępowała ani na chwilę.

Przyznajsię, powiedz im wszystko, namawiał mnie pewien blondyn. Oni i takwiedzą o tobie wszystko, dodawał z pewnością w głosie. Rżnij głupa,zmyślaj, radził grubas.

Noto zacząłem zmyślać. Znów grałem, tworzyłem sztukę, byłem sobą. Wzeznaniach przemierzałem miasto - wkradałem się w jegozakamarki i tajemnice. Konspirowałem. Hojnie rozdawałem hasła ipseudonimy. Obalałem siłą ustrój. I wichrzyłem, wichrzyłem.

Krótkoto trwało. Sprawdzili. Obsobaczyli. Znów dali po mordzie, a i nerkęodbili (do dziś sikam lewoskrętnie, z lekko krwawą pianą).

Jakośkoło Nowego Roku, prowadzący moją sprawę kapitan Lech powiedział, żenie robię postępów, że czas mnie odetkać. Podzieliłem jego pogląd wnadziei, że czas już do domu. Ale nie. Oznajmił mi, że będę siedział.

Zapadłwięc wyrok; wyczesali mnie zaocznie, pomyślałem.

Myliłemsię, jakże bardzo. Miałem siedzieć. Miałem siedzieć na nodze. Miałemsiedzieć na nodze od stołka. Gdy to pojąłem, już tylko jedna myślbyła dla mnie ważna. Czy noga będzie okrągła, toczona czyczterogranna?

Byłaz kantami pełnymi okrwawionych drzazg. Widać pomagała odetkać sięniejednemu. Przez kilka minut w przykucu wisiałem nad szczytem owejnogi, pragnąc uniknąć losu Tuhaj-bejowego syna. Uda mi drżały,paliły. A zwieracz tyłkowej rozety pracowicie zaciskał się, by za nicnie przyjąć niechcianego gościa. Przyjął jednak, ku uciesze Lecha, amojej rozpaczy. I kiedy pierwsze gorące krople czerwieni spłynęły postołku, kapitan od niechcenia rzucił słowo, które odtąd miało byćmoim drugim ja: Hemoroid.

Takteż zapisano czerwonym ołówkiem na tekturze teczki, która odtądtowarzyszyła moim rozmowom z chłopcami z SB.

Przechodziłemkolejne etapy wtajemniczenia. Odbierałem codzienne porcje naświetlań,co dla mnie nawykłego do blasku rampy było tylko nostalgicznymwspomnieniem. Oswajałem się z rekwizytami. Pistoletami, pałką ikastetami. Wsłuchiwałem się w dźwięk zębów wypluwanych do blaszanegonocnika. Hartowałem się i czekałem na najgorsze. Na finał.

Tenzaś przyszedł niespodziewanie.

Wnaszej celi pojawili się nowi. Jedni wystraszeni, inni zadziwieni.Trafił tu też teatralny sufler, z którym pijałem piwo"UZygmusia".Tenwiedział co to słowo, co to ostrożność. Pisywał do mnie na skrawkach"Trybuny", mimo że zajmował sąsiednią pryczę. Strzępkiotuchy, wisielczego humoru. Zjadałem te papierki, wzmacniając w sobieducha internacjonalistycznej postawy. Raz jednak nie zdążyłemprzygwożdżony nagłym wtargnięciem klawisza.

Sunąłempo posadzce ciągnięty za nogi, tylekroć przemierzaną drogą do pokojuprzesłuchań. Nie na tyle szybko, by nie zdążyć podzielić się trefnympapierem ze szczurem, przypadkowym świadkiem mojej eskapady.

Rozebralimnie do golizny. Przetrzepali zapocone ciuchy. Wrzaskom i groźbomLecha nie było końca. Grypsera była tu najcięższą zbrodnią. I wtedyczterogwiazdkowy heros wpadł na pomysł spenetrowania megodomniemanego sejfu, ukrytego - jak sądził w swej dociekliwości- w mrokach dupy. Uczynił to zachłanną ręką podkomendnego, dlasubtelności zabiegu, odzianą w gumową rękawicę.

Towtedy moje oczy wyszły w całej swej krasie z przynależnego im miejscapod powiekami. Wyszły i tak już zostały do dzisiaj. To wtedyprzypomniały mi się wszystkie przeczytane teksty, od Porwaniaw Tiutiurlistaniepo Mahabharatę.To wtedy memu rykowi, a i zawstydzeniu, towarzyszył gargantuicznywzwód. Porażająca sztywność pala Azji. To co tam znaleźli nie byłozaiste korespondencją tylko smętną resztką strawionej kartoflankiokraszoną posoką.

Poraz kolejny zasłużyłem na swe miano. Hemoroid, Hemoroid, wymawiali ześmiechem i niemal z czułością.

Ta- jakże wprawnie przeprowadzona wiwisekcja - była moimwyzwoleniem. To nic, że to co miało być we mnie, w środku, miesiącamiwypadało i zwisało niczym wyblakły rękaw buchaltera. To nic, że mojabrodata głowa wykręcona przemocą była jakby brakującym ogniwem dopółprofilowych portretów Marksa, Engelsa i Lenina.

Tonic. W kilka dni później byłem wolny.

Podpisałemglejt, że owszem będę informował. Że będę czujny i skory do dzieleniasię wiedzą. Z moich usług nie skorzystano zresztą nigdy potem.Wytrzeszcz oczu ukryłem za czarnymi okularami. A pelerynę zamieniłemczym prędzej na jesionkę w jodełkę. W tłumie byłem bezpieczny,zespolony.

Nascenę nie wróciłem już nigdy. Choć może i szkoda, bo oczy podobnemoim obejrzałem po latach w filmach Mela Brooksa. Oczy Marty'goFeldmana.

Teoczy przez następne lata pracowały na mnie, bo też ich przenikliwośćstała się niepomierna. Robotę znalazłem w rozlewni tanich win.Siedziałem przy taśmie i wpatrywałem się w podświetlany ekran, przedktórym przesuwały się butelki wypełnione sikaczem. Wyszukiwałem tefelerne, pęknięte lub z nadzieniem w postaci zagubionej w moszczumyszy.

Wrok później do naszego domu wprowadził się, na drugie piętro, kapitanLech. To jego kilkuletnia córka, Andzia zaczęła na mnie mówić Roi.Zapewne nie radziła sobie z zasłyszanym od ojca trudniejszym słowemHemoroid. I tak już zostało.

Kiedyw naszym domu zaczyna się sezon, jeżdżę do lasu. W zagajnikach patrzęna grzyby. Na maślaki i rydze. Delektuję się ich połyskliwą skórką,nadobnością nóżek i kapeluszy. Nie zbieram ich. Tylko patrzę.

Zimądostaję od Marcepany słoiczek marynowanych gąsek. Wtedy wspominamlata w rozlewni i octową kwaśność swego życia. A grzybom czasem siężalę.

wserii kwadratukazały się

"2008", "2011", "2014" -antologie współczesnych polskich opowiadań

MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

WaldemarBawołek"To co obok"

KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"

DariuszBitner"Książka"

RomanCiepliński"Diabelski młyn"

TomaszDalasiński"Nieopowiadania"

KrzysztofGedroyć"Przygody K"

AndrzejGrodecki"Iluzje"

BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"

LechM. Jakób"Ciemna materia"

BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"

WojciechKlęczar"Wielopole"

BogusławaLatawiec"Ciemnia"

RyszardLenc"Chimera"

ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco"

MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"

JarosławMaślanek"Ferma ciał"

DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"

KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"

EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"

Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"

PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

PawełPrzywara"Zgrzewka Pandory"

KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"

GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"

ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"

IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"

ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"

AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

EmiliaWalczak"Hey,Jude!"

MiłoszWaligórski"Ktoto widział"

MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"

MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

TadeuszZubiński"Rzymska wojna"