1
Kiedy Cyprien zwalnia przed światłami, wycie syren dobiega jeszcze z oddali. Prześladują go wyśnione obrazy, toteż tego nie słyszy i odruchowo włącza radio. Jesteś istnym cudem natury! Narodem twórczych geniuszy! To ty, audi! To ty, Haiti! Jego dziwaczny sen miesza się z tymi słowami, które od kilku tygodni władają ważną częścią jego umysłu: Audiii! Haitiii! Ale że natarczywe, niespokojne słowa dziennikarzy są zawsze gdzieś w pobliżu, zmiatają sen i audi niczym czarny szkwał. Trudno z większym spokojem zakomunikować, że pola prosa atakuje grzyb, że w największym szpitalu publicznym brakuje lekarstw, waty i jednorazowych rękawic, że kilka osób zginęło, wypłacając parę banknotów z banku albo że sędzia Raymond Berthier został zamordowany, bo chciał za dużo wiedzieć. Tutaj żyć znaczy przyzwyczajać się do upadków. Miasto to kocioł i trzeba się trzymać blisko piany, żeby nie pójść na dno. Cyprien kurczowo zaciska dłonie na kierownicy. Inna część tego samego umysłu musi wszakże uważać na przechodniów i na dwa motocykle wypadające nagle z jego lewej strony, na przepełniony tap-tap, który przed nim hamuje, żeby jakiś pasażer mógł wskoczyć do środka, na motor, wciskający się między jego auto a pomalowany w pstrokate barwy autobus. Jest gorąco. Może trzydzieści trzy stopnie w cieniu. Tłum, gęsty, hałaśliwy, tłoczy się na wąskim skrawku chodnika między straganami i stojącymi wprost na ziemi koszami przekupek. Od trzech dni nie uprzątano śmieci. Cyprien coraz gorzej znosi ten różaniec nieszczęść, paciorki przebierane palcami codziennie, co godzinę, skwar, gwarny tłum i wyziewy rynsztoków. Nastawia klimatyzator na dwadzieścia stopni. Full blast, jak powiedzieliby jego koledzy! Zapala się zielone. W jego skromnym hyundaiu tucson klimatyzator działa teraz na pełnych obrotach. Przy dwudziestu stopniach Celsjusza w kabinie zapominasz w końcu o dnie kotła! Nie myślisz o złych wieściach! Reguluje dozownik perfum z paczulą nad deską rozdzielczą, zbyt słodkich zdaniem Brune, ale on je lubi. Kiedyś stwierdziła nawet, że to prostacki zapach. Jeszcze o tym myśli i pamięta swoją reakcję, powiedział, że ona zawsze wszystko wie najlepiej, i że nie zmieni perfum. Cyprien słucha jednym uchem, po raz któryś z kolei, ciepłego głosu w radiu, który między jednym nieszczęściem a drugim wychwala zalety audi quattro: Jesteś istnym cudem natury. Jesteś legendarnym narodem herosów, jesteś ludem nieustraszonych śmiałków, to ty, audiii, to ty, Haitiii, kraju quattro. Choć Cyprienowi podoba się ta lśniąca, potężna, rasowa maszyna (Niemcy, doprawdy, chapeau bas!), jest mu trudno, pomimo dobrze postawionego głosu lektora, odnaleźć związek łączący audi z Haiti. Audi i Haiti, kto mógł w ogóle na to wpaść. Z zamętem w głowie, jak odurzony wonią chloroformu, często słucha tych dźwięcznych słów. Dzwonią mu w uszach. Lecz zestawione z sobą nic nie znaczą. Nicość przyprawiająca o zawroty głowy. Lasująca mózg. Reklamy tym się cechują, sprawiają, że nierealne staje się wiarygodne.
Jęk syreny się zbliża, podobnie jak migające światło. Przechodnie po obu stronach zwalniają i odwracają głowy. Cyprien niczego nie dostrzega. Dziwny sen, który śnił tej nocy, również nie daje mu spokoju. Dziwny nie jest może odpowiednim słowem. Wydaje mu się, że ten sen to coś w rodzaju przeczucia, przestrogi wyłaniającej się z najgłębiej skrytej, najbardziej mrocznej części jego umysłu. Wciąż jest nim zszokowany. Czyżby ten sen miał związek z jego życiem seksualnym? Z początku tak pomyślał, choć nie bez wątpliwości. Wyrósł z wieku, w którym miewa się nocne zmazy. Matka wychowywała go sama, tak jak dwie starsze siostry. Ten intymny kontakt sprawił, że jest mężczyzną, który lubi kobiety. Ale Cyprien nie uważa się za kobieciarza. Choć tak jak wielu mężczyzn czuje, jak jego mózg gwałtownie spada w okolice krocza na widok zbliżającej się spódnicy czy obcisłych spodni. Zresztą gdy chodzi o te sprawy, Brune trudno cokolwiek zarzucić. Sześćdziesiąt kilogramów doskonałych krągłości, boskie nogi, jędrne piersi, dwa sterczące owoce pomelo. W jego śnie Brune oddalała się od niego tanecznym krokiem, z obnażonymi nogami, na górskiej drodze, jakich wiele jest na tej wyspie. Na samą myśl o tym czuje lekkie napięcie między udami. Było ciemno. Na próżno przywoływał ją co sił w płucach, nie odwracała się. A kiedy nagle uniosła się w powietrze, przeskakując parów, wrzasnął... Ale Cyprien się ocknął. Gdzieś za plecami słyszy jęk syreny. Zerka w lusterko wsteczne i widzi czarną toyotę land cruiser o kilka metrów od jego niepozornego hyundaia. Przed nowiutką toyotą z potężnym silnikiem pod maską jedzie inne auto z napędem na cztery koła, mniej luksusowe, o przyciemnianych szybach, z kogutem na dachu. Konwój prowadzą dwaj motocykliści. Samochody z przodu pospiesznie zjeżdżają na prawą stronę, a przechodnie przywierają do ścian. Manewr Cypriena był szybki, sprawny ruch kierownicą, by także odbić w prawo, upewniwszy się jednym spojrzeniem, że na chodniku, na którym roi się od nóg i ramion, na nikogo nie najedzie kołem i nikogo nie potrąci zderzakiem. Przednie koło ugrzęzło w rynsztoku, wydając zgrzyt przeszywający serce. Ale ochroniarze z pierwszej terenówki najwyraźniej uznali, że Cyprien nie zareagował dostatecznie szybko. W otwartym oknie para oczu groźnie spoglądających spod kominiarki i dwie dłonie zaciśnięte na lufie automatycznej broni. Mężczyzna w land cruiserze, z pewnością ważna persona, opuścił szybę kilka centymetrów niżej i bez wątpienia również bacznie mu się przygląda. Cyprien przełyka ślinę. Obnażone nogi Brune, jej ramiona gestykulujące w jego śnie i przebudzenie w pocie, wszystko nagle się rozwiało wraz z wyciem syreny, szybkim manewrem i tymi mrożącymi krew w żyłach spojrzeniami. Obraz nocy przesłaniają teraz bardziej przyziemne myśli: faktura od mechanika, osiemnaście rat, które musi zapłacić dilerowi. W sumie ma szczęście, że nie natknął się na ten konwój na którejś z tak zwanych dróg krajowych. Na przykład na zakręcie nad skrajem przepaści. Ja, Cyprien Novilus, poleciałbym prosto w dół, posłany ad patres, nogami do przodu, bez świadków. I słuch by po mnie zaginął.