Blogerki na plaży - Karol Kłos

Kup ebooka

7.10 zł
5.89 zł (6,04 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

[1] Por. Agatha Christie "Dziwny przypadek", słuchowisko z serii "Kryminały na letni wieczór", w opracowaniu tekstu i reżyserii Janusza Kukuły. Dalej oznaczane jako Dp: "Nakłoniono mnie do spisania całej tej historii i wierzę, że jest to moim obowiązkiem wobec nauki, by te zadziwiające i niewytłumaczalne fakty ocalić od zapomnienia."

[2] Por. Dp: "Zdaję sobie doskonale sprawę, że opisane tu dziwne i tajemnicze wypadki można interpretować dwojako."

[3] Por. Dp: "Moja osobista opinia zawsze była niewzruszona."

[4] Por. Dp: "Po raz pierwszy zetknąłem się z tą sprawą kiedy otrzymałem telegram od mojego przyjaciela doktora Setla.

[5] Por. Dp: "Z depeszy tej, w której wymieniono nazwisko Karmajkel niewiele wynikało."

[6] Por. Dp: "Ale posłuszny zawartemu w niej wezwaniu wsiadłem w pociąg odjeżdżający o dwunastej dwadzieścia ze stacji Pennington do Wolden w hrabstwie Hertfordshire."

[7] Eduardo Mendoza, "Walka kotów".

[8] Por. Dp: "Z nazwiskiem Karmajkel kiedyś już się zetknąłem."

[9] Por. Dp: "Nieżyjący od dawna ser Wiliam Karmajkel z Wolden był moim dalekim znajomym."

[10] Gdynia zaczyna mi coraz bardziej imponować. Zasługi tego miasta w promowaniu literatury są, doprawdy, coraz większe.

[11] Por. Dp: "Wiedziałem, że miał jednego syna, obecnie baroneta, który musiał być teraz mniej więcej dwudziesto trzy letnim młodym człowiekiem."

[12] Por. Dp: "Choć nie pamiętam dokładnie co mówiło się na temat drugiego małżeństwa ser Wiliama, kojarzyłem sobie mgliście, że nie były to opinie przychylne dla drugiej lady Karmajkel."

[13] Por. Dp: "Setl czekał na mnie na stacji."

[14] Por. Dp: "Dziękuję, że przyjechałeś."

[15] Por. Dp: "Nie ma za co. Rozumiem, że sprawa dotyczy mojej specjalności."

[16] Por. Dp: "Tak, istotnie."

[17] Por. Dp: "A zatem jest to przypadek choroby psychicznej, odznaczającej się jakimiś niezwykłymi cechami."

[18] Por. Dp: "Odebraliśmy już moje bagaże ze stacji i siedzieliśmy w dwukółce podążając w kierunku oddalonego o jakieś trzy mile domu."

[19] Por. Dp: "Setl nie odpowiadał przez dłuższa chwilę, po czym wybuchnął nagle potokiem słów."

[20] Por. Dp: "Ta cała sprawa jest zupełnie niepojęta."

[21] Por. Dp: "Aż tu pewnego wieczora kładzie się spać całkiem zdrowy, a następnego ranka znajdujemy go błąkającego się po omacku w stanie kompletnej aberracji umysłowej i niezdolnego rozpoznać swych najbliższych i najdroższych."

[22] Por. Dp: "A zdarzyło się to...?"

[23] Por. Dp: "Wczoraj, rano, dziewiątego sierpnia."

[24] Por. Dp: "I nie słyszałeś o niczym?"

[25] Por. Dp: "Nie."

[26] Por. Dp: "O żadnym szoku, który mógłby ten stan wywołać?"

[27] Por. Dp: "Nic nie słyszałem."

[28] Por. Dp: "Czy ty niczego przede mną nie ukrywasz?"

[29] Por. Dp: "... nie."

[30] Por. Dp: "No! Muszę znać całą prawdę."

[31] Por. Dp: "To nie ma nic wspólnego z Arturem."

[32] Por. Dp: "Łączy się jedynie z tym domem."

[33] Por. Dp: "Z domem?"

[34] Por. Dp: "Miewałeś często do czynienia z podobnymi sprawami, nieprawdaż?"

[35] Por. Dp: "Badałeś przecież tak zwane nawiedzone domy."

[36] Por. Dp: "Co o tym wszystkim sądzisz?"

[37] Por. Dp: "No cóż. W dziewięciu przypadkach na dziesięć są to zwyczajne oszustwa, ale ten dziesiąty ..."

[38] Por. Dp: "No cóż. Miałem okazje zetknąć się ze zjawiskami absolutnie niewytłumaczalnymi z materialistycznego punktu widzenia."

[39] Por. Dp: "Prawdę mówiąc wierzę w okultyzm."

[40] Por. Dp: "Setl skinął głową."

[41] Por. Dp: "Skręciliśmy właśnie w bramę wjazdową."

[42] Por. Dp: "Wskazał mi batem rozległa białą rezydencję położoną na zboczu wzgórza."

[43] Por. Dp: "To właśnie ten dom."

[44] Por. Dp: "Muszę przyznać, że jest w nim coś niesamowitego. Coś przerażającego."

[45] Por. Dp: "I wszyscy to wyczuwamy."

[46] Por. Dp: "Choć jeśli o mnie chodzi to ja nie należę do osób przesądnych."

[47] Por. Dp: "A jaką formę przybiera to zjawisko?"

[48] Por. Dp: " No lepiej byś nic nie wiedział."

[49] Por. Dp: " Bo widzisz, jeśli przyjeżdżając tu nieuprzedzony, nie orientujący się w niczym, również to dostrzeżesz, będzie to oznaczać, że ..."

[50] Por. Dp: "Zgoda."

[51] Por. Dp: "Zgoda, tak jest lepiej ale chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o tej rodzinie."

[52] Por. Dp: "Ser Wiliam był dwukrotnie żonaty, a syn Artur jest synem z pierwszego małżeństwa."

[53] Por. Dp: "Przed dziewięciu laty ożenił się ponownie, a obecna lady Karmajkel stanowi pewnego rodzaju zagadkę."

[54] Por. Dp: "Jest tylko w połowie Angielką."

[55] Por. Dp: "Jak podejrzewam, w jej żyłach płynie azjatycka krew."

[56] Por. Dp: "Nielubisz lady Karmajkel?"

[57] Por. Dp: "Nie. Nie lubię."

[58] Por. Dp: "Zawsze było w niej coś niepokojącego."

[59] Por. Dp: "Ale wracając do rzeczy."

[60] Por. Dp: "Ze swoją drugą żoną ser Wiliam też miał dziecko, również syna, który ma teraz osiem lat."

[61] Por. Dp: "Ser Wiliam zmarł przed trzema laty i Artur odziedziczył tytuł i posiadłość."

[62] Por. Dp: "Jego macocha wraz z przyrodnim bratem nadal mieszkają z nim w Wolden."

[63] Por. DP: "Muszę dodać, że majątek ogromnie podupadł."

[64] Por. Dp: "Jego utrzymanie pochłania niemal cały dochód ser Artura."

[65] Por. Dp: "Ser Wiliam nie mógł zostawić swej żonie więcej niż kilkuset funtów rocznie, ale na szczęście stosunki pomiędzy Arturem a jego macochą zawsze układały się doskonale i Artur był bardzo zadowolony, że będą mieszkać razem."

[66] Por. Dp: "A teraz ..."

[67] Por. Dp: "A teraz?"

[68] Por. Dp: "Przed dwoma miesiącami Artur zaręczył się z czarującą dziewczyną, panną Filis Paterson."

[69] Por. Dp: "Zamierzali się pobrać w przyszłym miesiącu."

[70] Por. Dp: "Jego narzeczona przebywa teraz tutaj."

[71] Por. Dp: "Możesz wyobrazić sobie jej rozpacz."

[72] Por. Dp: "Bez słowa skinąłem głową.

[73] Por. Dp: "Podjeżdżaliśmy już do domu."

[74] Por. Dp: "Na prawo od drogi rozpościerało się zielone zbocze wzgórza."

[75] Por. Dp: "Moim oczom przedstawił się nagle pełen uroku widok."

[76] Por. Dp: "Przez trawnik szła wolno w stronę domu młoda dziewczyna."

[77] Por. Dp: "Była bez kapelusza i blask słońca wzbogacał koloryt jej wspaniałych złotych włosów."

[78] Por. Dp: "Niosła duży kosz róż, a do jej stóp łasił się czule piękny, szary, perski kot."

[79] Por. Dp: "Spojrzałem pytająco na przyjaciela."

[80] Por. Dp: "To jest właśnie panna Paterson."

[81] Por. Dp: "Biedna dziewczyna."

[82] Por. Dp: "Biedna dziewczyna."

[83] Por. Dp: "Jakże malowniczo wygląda z tymi różami i kotem łaszącym się do jej stóp."

[84] Por. Dp: "Usłyszałem jakieś niewyraźne dźwięki i obejrzałem się szybko."

[85] Por. Dp: "Setl wypuścił z dłoni lejce, a twarz pobladła mu mocno."

[86] Por. Dp: "Co się stało?"

[87] Por. Dp: "Z wysiłkiem opanował się."

[88] Por. Dp: "Po chwili byliśmy już na miejscu."

[89] Por. Dp: "Podążyłem za nim do zielonego saloniku, w którym podano herbatę."

[90] Por. Dp: "Kiedy weszliśmy jakaś kobieta w średnim wieku, ale ciągle piękna, wstała i podeszła do nas z wyciągnięta ręką."

[91] Por. Dp: "Oto mój przyjaciel, doktor Karsters, lady Kaemajkel."

[92] Dp.

[93] Por. Dp: "Nie potrafię wytłumaczyć instynktownej fali niechęci jaka ogarnęła mnie gdy tylko ująłem dłoń tej czarującej, pełnej godności kobiety."

[94] Por. Dp: "Po kilku minutach do pokoju weszła dziewczyna, która widziałem idącą po trawniku."

[95] Por. Dp: "Nie towarzyszył jej już kot."

[96] Por. Dp: "Ale nadal trzymała w ręku kosz z różami."

[97] Por. Dp: "Poruszała się z leniwym, tajemniczym wdziękiem, który uzasadniał podejrzenia Setla co do jej egzotycznej krwi."

[98] Por. Dp: "Dziękuję, że zechciał pan przyjechać, doktorze Karsters, aby pomóc nam w naszym wielkim kłopocie."

[99] Por. Dp: "Wybąkałem jakąś zdawkowa odpowiedź, a ona podała mi herbatę.

[100] Por. Dp: "Usłyszałem drapanie, czy skrobanie."

[101] Por. Dp: "Odgłosy towarzyszące rozszarpywaniu jakiejś tkaniny."

[102] Por. Dp: "Spojrzeliśmy na siebie ze zdziwieniem."

[103] Por. Dp: "Czy wiesz co to było?"

[104] Por. Dp: "Pazury kota, który coś rozdzierał i rozszarpywał."

[105] Por. Dp: "Spójrz Setl."

[106] Por. Dp: "Obicie stojącego pod ścianą krzesła było podarte i poszarpane na długie strzępy."

[107] Por. Dp: "Setl spojrzał na mnie, a ja kiwnąłem głową."

[108] Por. Dp: "- Kocie pazury. To nie ulega wątpliwości.

[109] Por. Dp: "Kiedy panie wyszły z jadalni Setl zapytał mnie co sądzę o naszej gospodyni."

[110] Por. Dp: "Muszę przyznać, że bez wyraźnej przyczyny zdecydowanie jej nie lubię."

[111] Por. Dp: "Masz słuszność, że w jej żyłach płynie egzotyczna krew."

[112] Por. Dp: "Według mnie posiada też zdolności okultystyczne."

[113] Por. Dp: "No i jest kobietą o niezwykłej sile magnetycznej, a przy tym jest całkowicie oddana swojemu synkowi."

[114] Por. Dp: "Weszliśmy na górę [...]"

[115] Por. Dp: "Setl dokonał prezentacji."

[116] Por. Dp: "Doktorze Karsten, doktor Setl tak wiele nam o panu opowiadał."

[117] Por. Dp: "Mam przeczucie, że zdoła pan coś zrobić dla biednego Artura."

[118] Por. Dp: "Droga młoda damo, proszę nie tracić nadziei."

[119] Por. Dp: "Takie objawy jak zanik pamięci czy druga osobowość nie trwają zazwyczaj zbyt długo."

[120] Por. Dp: "Pacjent może w każdej chwili odzyskać pełnie swych zdolności umysłowych."

[121] Por. Dp: "Nie wierzę w te jego drugą osobowość."

[122] Por. Dp: "To wcale nie jest Artur."

[123] Por. Dp: "To nie jest jego osobowość."

[124] Por. Dp: "To nie on, ja..."

[125] Por. Dp: "Fili, kochanie, oto twoja herbata."

[126] Por. Dp: "A kotek?"

[127] Por. Dp: "Czy nie dostanie spodeczka mleka?"

[128] Por. Dp: "Kotek?"

[129] Por. Dp: "No ten, który towarzyszył pani przed chwil a w ogrodzie."

[130] Por. Dp: "Przerwał mi jakiś trzask."

[131] Por. Dp: "To lady Karmajkel przewróciła imbryk i gorąca woda wylewała się na podłogę."

[132] Por. Dp: "Pomogłem opanować sytuację, a Filis Paterson spojrzała pytająco na Setla.

[133] Por. Dp: "Niezwłocznie podążyłem za nim, a wraz z nami panna Paterson."

[134] Por. Dp: "[...] i Setl wyjął z kieszeni klucz."

[135] Por. Dp: "Przekręcił klucz w zamku i weszliśmy do pokoju."

[136] Por. Dp: "Młody mężczyzna siedział na parapecie okna, przez które sączyły się jasne promienie zachodzącego słońca."

[137] Por. Dp: "siedział nadzwyczaj spokojnie, zwinięty w kłębek, a wszystkie jego mięśnie były całkowicie rozluźnione."

[138] Por. Dp: "W pierwszej chwili pomyślałem, że nie zdaje sobie sprawy z naszej obecności."

[139] Por. Dp: "Potem jednak zauważyłem, że obserwuje nas uważnie spod nieruchomych powiek."

[140] Por. Dp: "Kiedy nasze spojrzenia spotkały się zmrużył oczy, ale nie poruszył się."

[141] Por. Dp: "Witaj chłopcze."

[142] Por. Dp: "Panna Paterson i mój przyjaciel przyszli złożyć ci wizytę."

[143] Por. Dp: "Młody człowiek na parapecie tylko silniej zmrużył oczy, choć po paru chwilach zauważyłem, że znów ukradkiem nam się przygląda."

[144] Por. Dp: "Miałem niezwykły sen."

[145] Por. Dp: "W pokoju panowała taka cisza, że na podłogę wybiegła mała myszka."

[146] Por. Dp: "I wtedy właśnie wydarzyło się to o czym mówię."

[147] Por. Dp: "Artur Karmajkel jednym długim susem zerwał się z krzesła nerwowo, szybko jak strzała rzucił się w ślad za myszą, która zniknęła już za boazerią."

[148] Por. Dp: "To było okropne."

[149] Por. Dp: "Potem, jak to bywa w snach, zdałem sobie sprawę, że zwierzę chce żebym za nim poszedł."

[150] Por. Dp: "Zrobiłem to."

[151] Por. Dp: "Poprowadził mnie w dół po szerokich schodach do przeciwległego skrzydła domu, a następnie do pokoju, który okazał się biblioteką."

[152] Por. Dp: "Podszedłem więc do drzwi i otworzyłem je, ale korytarz był zupełnie pusty."

[153] Por. Dp: "To dziwne ale mógłbym przysiąc, że słyszałem miauczenie kota."

[154] Por. Dp: "Zdałem sobie nagle sprawę, że porusza się bezszelestnie, a stąpa tak miękko, że zupełnie nie słychać jego kroków."

[155] Por. Dp: "Artur przykucnąwszy zaczął wpatrywać się w to miejsce, cały drżąc z podniecenia."

[156] Por. Dp: "Zatrzymał się pod ściana, uniósł przednie łapy i oparł je na jednej z niższych półek z książkami."

[157] Por. Dp: "Miałem dziwne uczucie, że rozwiązanie zagadki jest bliskie, że jeszcze poruszam się po omacku, ale już wkrótce ujrzę światło."

[158] Por. Dp: "Śniło mi się, że w nogach mojego łóżka siedzi szary kot i spogląda mi prosto w oczy dziwnie błagalnym wzrokiem."

[159] Por. Dp: "A potem znów spojrzał na mnie z tym samym błagalnym wyrazem w oczach."

[160] Por. Dp: "Później kot i biblioteka zniknęły, a ja obudziłem się i zobaczyłem, że nastał już poranek."

[161] Por. Dp: "Zobaczyłem jednak tylko puste miejsce."

[162] Por. Dp: "Czy masz ochotę na podwieczorek?"

[163] Por. Dp: "To zabawne, ale jedynym napojem który pije jest mleko."

[164] Por. Dp: "Podszedł do stołu, przeciągnął się leniwie, wysunął jedną nogę do przodu cofając drugą ku tyłowi, stał w tej pozycji przez jakiś czas, potem ziewnął."

[165] Por. Dp: "Nigdy nie widziałem takiego ziewnięcia."

[166] Por. Dp: "Miałem wrażenie, że rozwiera całą twarz."

[167] Por. Dp: "Drugi jest bardziej wymowny: odnaleźliśmy katalog biblioteki i ustaliliśmy, po gruntownych poszukiwaniach, że brakującą książką było stare, unikatowe wydanie dzieło traktujące o możliwościach przeobrażania istot ludzkich w zwierzęta."

[168] Por. Dp: "Obudziwszy się gwałtownie pojąłem w jednej chwili dlaczego ten kot nie daje mi spokoju."

[169] Por. Dp: "Nieszczęsne stworzenie miauczało uparcie pod moimi drzwiami."

[170] Por. Dp: "Nie mogło być mowy o spaniu w takim hałasie."

[171] Por. Dp: "Szary kot panny Paterson najwyraźniej wycisnął piętno na mojej podświadomości."

[172] Por. Dp: "Miałem wrażenie, że przez całą noc śni mi się to przeklęte zwierzę."

[173] Por. Dp: "Po chwili ser Artur bez zbytniego pośpiechu stopniowo rozprostował kończyny i powoli zbliżył się do stołu."

[174] Por. Dp: "Popatrzył na mleko i pochylił się nad stołem w taki sposób, że dotknął płynu ustami."

[175] Por. Dp: "Dziwne, prawda?"

[176] Por. Dp: "Owszem."

[177] Por. Dp: "Poczułem, że stojąca obok mnie Filis Paterson zadrżała lekko, więc aby podnieść ją na duchu położyłem dłoń na jej ramieniu."

[178] Por. Dp: "Artur Karmajkel wypił mleko, raz jeszcze się przeciągnął, a potem tym samym bezszmerowym krokiem wrócił na parapet i zwinąwszy się znów w kłębek spoglądał na nas spod przymkniętych powiek."

[179] Por. Dp: "Panna Paterson wyprowadziła nas na korytarz."

[180] Por. Dp: "Drżała na całym ciele."

[181] Por. Dp: "Doktorze Karsters, to nie jest om. Ta istota nie jest Arturem, czuła bym, wiedziała bym ..."

[182] Por. Dp: "Ludzki mózg może płatać dziwne figle, panno Paterson."

[183] Por. Dp: "Przyznaję, że zaintrygował mnie ten przypadek."

[184] Por. Dp: "Odznaczał się on pewnymi niezwykłymi cechami. Choć nigdy przedtem nie widziałem młodego Karmajkela, jego dziwny sposób poruszania się, mrużenia oczu, kojarzył mi się z czymś czego nie potrafiłem precyzyjnie określić."

[185] Jane Austen "Emma".

[186] Por. Jane Austen "Mansfield Park".

[187] Por. jak wyżej.

[188] Por. Dp: "Tego wieczora kolacja przebiegła spokojnie, a ciężar podtrzymywania rozmowy spoczywał na lady Karmajkel i na mnie."

[189] Por. Dp: "Po kolacji znów zasiedliśmy w zielonym saloniku."

[190] Por. Dp: "Skończyliśmy właśnie pić kawę i prowadziliśmy dość zdawkową rozmowę na wolne tematy, kiedy za drzwiami zaczął raptem żałośnie miauczeć kot, domagając się najwyraźniej aby go wpuszczono."

[191] Por. Dp: "Nikt nie zwrócił na to uwagi ale ja, miłośnik zwierząt, po chwili podniosłem się."

[192] Por. Dp: "Przepraszam, czy mogę wpuścić to biedne stworzonko?"

[193] Por. Dp: "Odniosłem wrażenie, że pobladła, lecz skinęła lekko głową, co powziąłem za wyraz przyzwolenia."

[194] Por. Dp: "Kiedy wróciłem na swoje miejsce zauważyłem, że wszyscy przyglądają mi się uważnie."

[195] Por. Dp: "Czy wie pani, że ma pani niezwykłegokota?"

[196] Por. Dp: "W tym domu nie ma żadnego kota."

[197] Por. Dp: "Nigdy nie miałam kota."

[198] Por. Dp: "Musiał się pan pomylić."

[199] Por. Dp: "Pewnego więc popołudnia pod wpływem nagłego impulsu postanowiłem zasięgnąć informacji u lokaja."

[200] Por. Dp: "Czy mógłbyś mi coś powiedzieć na temat kota, którego ciągle tu widzę?"

[201] Por. Dp: "Kota, ser?"

[202] Por. Dp: "A czy nie było tu ... nie ma tu jakiegoś kota?"

[203] Por. Dp: "Jaśnie pani miała kota, ser, ukochanego kota, ale trzeba go było uśpić."

[204] Por. Dp: "A jaka rasa? Kot był szary?

[205] Por. Dp: "Owszem, ser, to był pers.

[206] Por. Dp: "I mówisz, że został uśpiony?"

[207] Por. Dp: "Tak, ser."

[208] Por. Dp: "Jesteś tego całkiem pewien?"

[209] Por. Dp: "Och, najzupełniej, ser."

[210] Por. Dp: "Jaśnie pani nie pozwoliła zawieźć go do weteryniarza."

[211] Por. Dp: "Zrobiła to sama."

[212] Por. Dp: "Niecały tydzień temu zakopano go tam, pod tym czerwonym bukiem, ser."

[213] Por. Dp: "Lokaj wyszedł, a ja pogrążyłem się w rozmyślaniach."

[214] Por. Dp: "Przeczucie podpowiadało mi, że ta z pozoru nieistotna sprawa ma jednak pewne znaczenie."

[215] Por. Dp: "Poczułem się trochę niesfojo."

[216] Por. Dp: "Masz wszystko czego ci potrzeba?"

[217] Por. Dp: "Owszem, owszem, dziękuję."

[218] Por. Dp: "Nawiasem mówiąc, twierdziłeś, że w tym domu jest coś tajemniczego, prawda?"

[219] Por. Dp: "A jak dotąd wydaje on mi się najzupełniej normalny."

[220] Por. Dp: "Nazwał byś go pogodnym domem?"

[221] Por. Dp: "Teraz raczej nie. Wyraźnie ciąży na nim wielki smutek ale nie dostrzegam tu wpływu żadnych nadprzyrodzonych sił."

[222] Por. Dp: "Dobranoc. Życzę ci przyjemnych snów."

[223] Por. Dp: "Dobranoc."

[224] Por. Dp: "Miauczenie tego kota brzmi jak groźba."

[225] Por. Dp: "Groźba? Wobec kogo?"

[226] Por. Dp: "Tego nie wiem."

[227] Por. Dp: "Siedzieliśmy tak jak w dniu mojego przyjazdu w zielonym saloniku, gdy naraz za drzwiami rozległo się przejmujące, uporczywe miauczenie kota."

[228] Por. Dp: "Ale tym razem w jego głosie usłyszałem wyraźny gniew."

[229] Por. Dp: "Było to przeciągłe, dzikie wycie, w którym pobrzmiewała groźba."

[230] Por. Dp: "A kiedy ustało, mosiężna klamka u drzwi zagrzechotała gwałtownie, jakby szarpnięta kocią łapą."

[231] Por. Dp: "Setl poderwał się z miejsca."

[232] Por. Dp: "Przysięgam, że to nie jest urojenie!"

[233] Por. Dp: "Podbiegł do drzwi i szybko jeotworzył."

[234] Por. Dp: "Korytarz był pusty."

[235] Por. Dp: "Wrócił ocierając pot z czoła."

[236] Por. Dp: "Dopiero tego wieczora po kolacji zrozumiałem znaczenie jego słów."

[237] Por. Dp: "Zapaliłem świecę i podszedłem do drzwi, ale korytarz był znów pusty, choć miauczenie nie ustawało."

[238] Por. Dp: "Przyszedł mi do głowy nowy pomysł."

[239] Por. Dp: "Po lewej stronie na końcu korytarza znajdował się pokój lady Karmajkel."

[240] Por. Dp: "Ruszyłem więc w prawo i zrobiłem zaledwie kilka kroków kiedy z tyłu, za moimi plecami znów rozległo się miauczenie."

[241] Por. Dp: "Odwróciłem się gwałtownie i ponownie usłyszałem tego kota."

[242] Por. Dp: "Tym razem głos dobiegał wyraźnie z prawej strony."

[243] Por. Dp: "Przeszył mnie dreszcz wywołany zapewne przeciągiem panującym w korytarzu."

[244] Por. Dp: "Wróciłem więc szybko do swojego pokoju."

[245] Por. Dp: "Siedziałem w bibliotece dyskutując z Setlem o szczegółach przypadku Lady Karmajkel kiedy do pokoju wbiegł podniecony likaj."

[246] Por. Dp: "Och, ser, szybko, pan Artur wpadł do stawu."

[247] Por. Dp: "Stanął w łódce, a ona wysunęła mu się spad nóg."

[248] Por. Dp: "Stracił równowagę i wpadł do wody."

[249] Por. Dp: "Widziałem to przez okno."

[250] Por. Dp: "Nie zwlekając wybiegłem z biblioteki, a Setl podążył za mną."

[251] Por. Dp: "Filis, która stała tuż przy drzwiach i słyszała co mówi lokaj, pobiegła za nimi."

[252] Por. Dp: "Proszę się nie obawiać, Artur doskonale pływa."

[253] Por. Dp: "Ale ja miałem złe przeczucia, a więc przyśpieszyłem kroku."

[254] Por. Dp: "Powierzchnia stawu była zupełnie gładka."

[255] Por. Dp: "Pusta łódka dryfowała zwolna po wodzie, natomiast nigdzie nie było śladu Ertura."

[256] Por. Dp: "Setl zdjął marynarkę i buty."

[257] Por. Dp: "Ja wskakuję, ty weź bosak i badaj nim dno z drugiej łódki. Staw nie jest zbyt głęboki."

[258] Por. Dp: "Wydawało mi się przez dłuższy czas, że szukamy daremnie."

[259] Por. Dp: "Mijały minuty."

[260] Por. Dp: "Potem, kiedy traciliśmy już nadzieję, znaleźliśmy go i wyciągnęliśmy jego bezwładne ciało na brzeg."

[261] Por. Dp: "Ułożyłem tekst telegramu do szpitala, w którym prosiłem o przysłanie pielęgniarki. Miał on zostać nadany natychmiast po otwarciu urzędu telegraficznego."

[262] Por. Dp: "Do końca życia nie zapomnę rozpaczliwego bólu malującego się na twarzy Filis."

[263] Por. Dp: "Nie!"

[264] Por. DP: "Nie!"

[265] Por. Dp: "Obawiam się, że to wszystko na nic."

[266] Por. Dp: "Nie możemy już mu pomóc."

[267] Por. Dp: "Artur!"

[268] Por. Dp: "Artur!"

[269] Por. Dp: "Artur! Wróć do mnie, proszę!"

[270] Dp: "Wróć!"

[271] Por. Dp: "Wróć do mnie!"

[272] Por. Dp: "Spójrz!"

[273] Por. Dp: "Kontynuujmy sztuczne oddychanie."

[274] Por. Dp: "Wraca do przytomności."

[275] Por. Dp: "Nadal prześladowało mnie nieuchwytne uczucie, że nie potrafię odnaleźć klucza do tej zagadki."

[276] Por. Dp: "Cała sprawa osnuta była mgłą tajemnicy."

[277] Por. Dp: "Ale istniała tez druga zagadka, choć o mniejszym znaczeniu."

[278] Por. Dp: "Mam tu na myśli szarego kota."

[279] Por. Dp: "Z jakiegoś powodu działał mi na nerwy."

[280] Por. Dp: "Śniły mi się koty."

[281] Por. Dp: "Nieustannie miałem wrażenie, że słyszę ich miauczenie."

[282] Por. Dp: "Od czasu do czasu widziałem z daleka sylwetkę tego pięknego zwierzęcia, a fakt iż nie jestem w stanie zgłębić związanej z nim tajemnicy nieznośnie mnie irytował."

[283] Por. Dp: "Zastanawiałem się dlaczego lady Karmajkel twierdziła tak stanowczo, że nigdy nie miała kota."

[284] Por. Dp: "Odnalazłem Setla i zaciągnąłem go w ustronne miejsce."

[285] Por. Dp: "słuchaj, chcę ci zadać pewne pytanie."

[286] Por. Dp: "Czy widziałeś lub słyszałeś w tym domu jakiegoś kota?"

[287] Por. Dp: "Słyszałem go ale go nie widziałem."

[288] Por. Dp: "A tego pierwszego dnia na trawniku z panną Paterson?"

[289] Por. Dp: "Widziałem jedynie pannę Paterson idąca prze trawnik, nic ponad to."

[290] Por. Dp: "A zatem ten kot ..."

[291] Por. Dp: "Chciałem przekonać się czy ty, nie uprzedzony, usłyszysz to co słyszymy wszyscy."

[292] Por. Dp: "A więc wszyscy to słyszycie?"

[293] Por Dp: "Tak."

[294] Por. Dp: "To dziwne."

[295] Por. Dp: "Nigdy przedtem nie słyszałem o domu, w którym straszył by kot."

[296] Por. Dp: "Przekazałem mu informacje jakie uzyskałem od lokaja."

[297] Por. Dp: "To dla mnie zupełna nowość."

[298] Por. Dp: "Nie wiedziałem o tym, ale co to może znaczyć?"

[299] Por. Dp: "Bóg raczy wiedzieć. Chociaż powiem ci, przyjacielu, boję się."

[300] Por. DP: "Po kolacji siedzieliśmy jak zwykle w zielonym saloniku."

[301] Por. Dp: "Nikt się nie odzywał."

[302] Por. Dp: "Dzień minął w spokoju przypominającym ciszę przed burzą."

[303] Por. Dp: "Wyskoczyłem z łóżka i wybiegłem na korytarz."

[304] Por. Dp: "W tym samym momencie Setl wypadł ze swojego pokoju mieszczącego się naprzeciwko."

[305] Por. Dp: "Podbiegliśmy pod drzwi sypialni lady Karmajkel."

[306] Por. Dp: "Niczego nie zauważyliśmy, ale hałas ustał."

[307] Por. Dp: "Blask naszych świec odbijał się w lśniących drzwiach pokoju lady Karmajkel."

[308] Por. Dp: "Osoba, której zagraża niebezpieczeństwo to lady Karmajkel."

[309] Por. Dp: "Lękaliśmy się, że obawy nasze znajdą potwierdzenie."

[310] Por. Dp: "Setl objął pierwszą wartę pod drzwiami sypialni lady Karmajkel obiecując obudzić mnie o trzeciej nad ranem."

[311] Por. Dp: "Niezbyt dobrze pamiętam co działo się później."

[312] Por. Dp: "Wszystko wydawało się zamglone i nierealne."

[313] Por. Dp: "Wiem, że poszliśmy na górę i pośpiesznie, prawie bojąc się spojrzeć sobie w oczy, życzyliśmy sobie dobrej nocy."

[314] Por. Dp: "Byłem zbyt pochłonięty swoja fantastyczną, niepokojącą teorią by przejmować się przesadnie losem pani domu."

[315] Por. Dp: "Nagle ciszę nocną zakłócił krzyk Setla, który głośno mnie wzywał."

[316] Por. Dp: "Wybiegłem na korytarz."

[317] Por. Dp: "Setl łomocząc z całych sił dobijał się do drzwi pokoju lady Karmajkel."

[318] Por. Dp: "Niech diabli porwą tę kobietę!"

[319] Por. Dp: "Zamknęła się od środka na klucz."

[320] Por. Dp: "Ależ człowieku!"

[321] Por. Dp: "On tam jest!"

[322] Por. Dp: "W jej pokoju."

[323] Por. Dp: "Czyżbyś tego nie słyszał?"

[324] Por. Dp: "Spoza zamkniętych drzwi dobiegał przeciągły, dziki skowyt kota."

[325] Por. DP: "Potem usłyszeliśmy przerażający krzyk."

[326] Por. Dp: "A po nim drugi."

[327] Por. Dp: "Rozpoznałem głos lady Karmajkel."

[328] Por. DP: "Trzeba wywarzyć drzwi, bo za chwilę będzie za późno."

[329] Por. Dp: "Z całej siły naparliśmy na nie ramionami."

[330] Por. Dp: "Ustąpiły z trzaskiem, a my wpadliśmy do pokoju."

[331] Por. Dp: "Lady Karmajkel leżała na łóżku cała zalana krwią."

[332] Por. Dp: "Rzadko da się widzieć okropniejsza scenę."

[333] Por. Dp: "Jej serce nadal biło, pomimo iż obrażenia były potworne. Miała rozerwane i poszarpane gardło. To były pazury."

[334] Por. Dp: "Przeszył mnie dreszcz straszliwego przerażenia."

[335] Por. Dp: "Starannie opatrzyłem i zabandażowałem rany."

[336] Por. Dp: "Zasugerowałem przyjacielowi by zachowac w tajemnicy, szczególnie przed panną Paterson, prawdziwa przyczynę tych obrażeń."

[337] Por. Dp: "Czujesz to?"

[338] Por. Dp: "Zapach migdałów."

[339] Por. Dp: "Kwas pruski."

[340] Por. Dp: "Tak."

[341] Por. Dp: "I co o tym sądzisz?"

[342] Por. Dp: "To samo co ty."

[343] Por. Dp: "Ależ to nieprawdopodobne, niemożliwe!"

[344] Por. Dp: "To przeczy całej nauce, wszystkim prawom natury."

[345] Por. Dp: "Ta mysz, wczoraj wieczorem, to po prostu niemożliwe."

[346] Por. Dp: "Wmawiałem sobie, że jest to niemożliwe, ale moje myśli ciągle powracały do tej fascynującej kwestii."

[347] Por. Dp: "Dźwięk dobiegał z lewej strony."

[348] Por. Dp: "Czy słyszysz to?"

[349] Por. Dp: "Słyszysz?"

[350] Por. Dp: "Za oknem szarzał świt."

[351] Por. Dp: "Wyjrzałem na rozpościerający się przed domem trawnik."

[352] Por. Dp: "Chodź ze mną na dwór."

[353] Por. Dp: "Lady Karmajkel nic już nie grozi."

[354] Por. Dp: "Chętnie, a co zamierzasz zrobić?"

[355] Por. Dp: "Wykopać ciało tego kota."

[356] Por. Dp: "Musze się upewnić."

[357] Por. Dp: "Znalazłem w szopie łopatę i zaczęliśmy kopać pod rozłożystym bukiem."

[358] Por. Dp: "Nasze wysiłki zostały wkrótce uwieńczone powodzeniem."

[359] Por. Dp: "Nie było to przyjemne zajęcie."

[360] Por. Dp: "Zwierzę nie żyło już od tygodnia, ale zobaczyłem to co chciałem zobaczyć."

[361] Por. Dp: "To ten kot. Ten sam, którego widziałem w dniu mojego przyjazdu."

[362] Por. Dp: "Panna Paterson połozyła dłoń na moim ramieniu i poszliśmy na górę."

[363] Por. Dp: "Och, doktorze Karsten, co się dzieje?"

[364] Por. Dp: "Co to wszystko znaczy?"

[365] Por. Dp: "Nie wiemy jeszcze, droga damo, nie wiemy ale zamierzam to wyjaśnić."

[366] Por. Dp: "Proszę się nie bać. Jestem przekonany, że pani osobiście nie zagraża żadne niebezpieczeństwo."

[367] Por. Dp: "Naprawdę pan tak sądzi?"

[368] Por. Dp: "Jestem tego absolutnie pewien."

[369] Por. Dp: "Pamiętałem jak czule ten szary kot owijał się wokół jej stóp i nie żywiłem najmniejszych obaw."

[370] Por. Dp: "Groźba z pewnością nie dotyczyła jej."

[371] Por. Dp: "Wszystkie fakty znajdowały się w zasięgu ręki."

[372] Por. Dp: "Czekały tylko na drobny przebłysk, który spoił by je ze sobą i wyjaśnił ich znaczenie."

[373] Por. Dp: "Tak tez się stało i to w najdziwniejszy sposób."

[374] Por. Dp: "Lady Karmajkel jest niezwykłą osobą."

[375] Por. Dp: "Setl oznajmił mi, że również podczas jego warty nie wydarzyło się nic niezwykłego i z żywym zainteresowaniem wysłuchał opisu mojego snu."

[376] Por. Dp: "Na moją prośbę zaprowadził mnie do biblioteki, która wyglądała dokładnie tak jak ta ze snu."

[377] Por. Dp: "Umiałem nawet wskazać miejsce, z którego zwierzę rzuciło mi ostatnie smutne spojrzenie."

[378] Por. Dp: "Staliśmy oniemiali ze zdumienia."

[379] Por. Dp: "Wpadł mi do głowy pewien pomysł."

[380] Por. Dp: "Pochyliłem się by przeczytać tytuł książki wskazanej mi przez kota."

[381] Por. Dp: "Ktoś zabrał stąd jakąś książkę."

[382] Por. Dp: "O, popatrz, tu z tyłu wbity jest gwóźdź, o który zaczepił się kawałek brakującego tomu."

[383] Por. Dp: "Co tu jest napisane?"

[384] Por. Dp: "Kot."

[385] Por. Dp: "Cała ta sprawa przyprawia mnie o dreszcze."

[386] Por. Dp: "To coś niesamowitego."

[387] Por. Dp: "A ja dałbym wszystko żeby poznać tytuł tej brakującej książki."

[388] Por. Dp: "Czy myślisz, że istnieje jakiś sposób by to ustalić?"

[389] Por. Dp: "Być może jest tu gdzieś katalog albo lady Karmajkel ..."

[390] Por. Dp: "Lady Karmajkel nic ci nie powie."

[391] Por. Dp: "Tak sądzisz?"

[392] Por. Dp: "Ależ jestem tego pewien."

[393] Por. Dp: "Co więc zrobimy?"

[394] Por. Dp: "Nic nie możemy zrobić."

[395] Por. Dp: "Należy przedsięwziąć wszelkie możliwe środki by stanąć pomiędzy Lady Karmajkel a zemstą."

[396] Por. Dp: "Ta noc istotnie obfitowała w sny."

Nazywam się Amadeus. Ponieważ z woli natury przyszło mi już wejść w wiek zaawansowany, zwany przez wielu słusznym wiekiem, w którym z racji skłonności świata do entropii zaczyna się stopniowo tracić własne wspomnienia z dni ostatnich, a rozważać wydarzenia sprzed lat wielu, przeto przyszło mi na myśl zacząć zapisywać wspomnienia swoje aby ową wiedzę uchronić od zapomnienia, a tym samym przyczynić się do rozwoju nauk społecznych, historycznych i psychologicznych.[1] Niestety, prokuratura zobowiązała mnie do zachowania w tajemnicy nazwisk osób powiązanych z ową sprawą. Gdy śledztwo zostanie zakończone nazwiska wszystkich tych osób zostaną utajnione, zamknięte w sejfie i zakopane.

Stare koty mają zwyczaj powtarzać w obecności młodych kociaków, że najstarsze praktyki naszych babć, które są przekazywane przez całe wieki z pokolenia w pokolenie, przynoszą najlepsze rezultaty, bo nie ma nic gorszego jak eksperymenty robić na swoim własnym zdrowiu. Przecież od dawna wszystkim jest wiadome, zwłaszcza dzieciakom chodzącym do szkoły i zmuszanym do uczenia się dat, wzorów, wierszy na pamięć i regułek, że zapisywanie tej wiedzy, na przykład podczas sporządzania ściągi przed klasówką, niezwykle ułatwia zapamiętanie lub utrwalenie uczonego materiału.

Jako mały kotek ciągle musiałem się czegoś uczyć. A to sposobów polowania. A to metod wdrapywania się na drzewa i schodzenia na dół. Ileż to razy dobrzy i litościwi ludzie wzywali strażaka z drabiną aby mnie zdjął z gałęzi, gdy wlazłem zbyt wysoko i bałem się zejść. Moja kochana ciocia Jadzia nigdy mężowi obiadu nie nałożyła na talerz dopóki wszystkie koty nie dostały wpierw pokarmu do swoich miseczek. Gdy więc zbliżała się pora jedzenia wujek z własnej woli skrupulatnie sprawdzał obecność kociaków.

Wiem doskonale, że opisuję tu rzeczy dziwne i wręcz niestworzone, jak mawiała cioteczka Jadzia gdy zdarzyło jej się spotkać z czymś tajemniczym, nie możliwym do wyjaśnienia przez zwykłego człowieka po ośmiu zaledwie klasach szkoły powszechnej. Zapewne wielu czytelników będzie się spierało ze sobą w sprawie logicznego wytłumaczenia opisywanych tu zjawisk.[2]

To naturalne zachowanie każdego kto spotka się z czymś sobie nieznanym i dotąd nigdy nad daną rzeczą lub zjawiskiem się nie zastanawiał. Zwłaszcza ludzie mają bardzo kręte ścieżki swojego rozumowania, bo dla kotów sprawa jest bardzo prosta: albo coś nadaje się do zjedzenia, albo nie warto sobie tym zawracać głowy. Chyba gdyby to coś mogło spełniać rolę obiektu polowań, za którym można by się wspinać po drzewach albo buszować w wysokiej trawie w ogrodzie na tyłach domu, to co innego.

Ja już przeżyłem w swoim długim życiu wiele zdawałoby się niezrozumiałych wydarzeń, nieoczekiwanych zwrotów akcji, po powrocie wujka z drugiej zmiany, kiedy to ciocia była zmuszona odpierać zaloty wujaszka drewnianym wałkiem lub mokrą szmatą, jeżeli akurat znajdowała się w pobliżu zlewozmywaka. Każdy kot doskonale wie od najmłodszych lat, że amory zawsze kończą się bólem i wrzaskiem dla samiczki, a samiec tylko podkręci wąsy, wyliże sobie łapki i pójdzie dalej na nocne poszukiwania przygód, kolejnych zdobyczy, lub tylko nowych wrażeń, zapachów, czy widoków. Oczywiste sprawy nie wymagają wyjaśnień. Dlatego zawsze miałem wyrobione zdanie na ten temat.[3]

Tłumaczyłem sobie, że jeżeli czegoś początkowo nie rozumiem, to przyjdzie odpowiednia pora na wyjaśnienie sprawy, więc na razie nie należy sobie tym zawracać głowy. To było nadzwyczaj zdrowe podejście, jak wiem obecnie, bo mnie ono uchroniło przed murowaną nerwicą, jakiej doświadczyło bardzo wielu moich znajomych interesujących się nadmiernie życiem innych osób.

Wszyscy znają Aleksandra, którego Arturem niektórzy nazywają myśląc, iż ten pseudonim pochodzi od króla Artura, przewodzącego drużynie wybitnych rycerzy zasiadających razem ze swym władcą przy okrągłym stole i do społu z nim nie tylko biesiadować lubiących, ale i sprawy wagi państwowej roztrząsających. Tak naprawdę otrzymał swój Nik od pierwszych liter imienia i nazwiska, a resztę dopisali mu z powodu jego namiętności do wojaży, czyli Tour, co w efekcie dać musiało Artour, które to zawołanie bardzo przypadło zwłaszcza egzaltowanym niewiastom do gustu. Z historią sławnego pisarza, dziennikarza i podróżnika zetknąłem się podczas udziału mojego w pewnej bardzo przyjemnej imprezie literackiej organizowanej przez niezwykle inteligentne panie zajmujące się blogowaniem w Internetach, czyli tworzeniem blogów i stron o literaturze, książkach, pisarzach i pisarkach.[4]

Impreza owa nazywała się "A może nad morze, z książką" i odbywała się w prześlicznym mieście nadmorskim Sopot podczas lipcowego weekendu, a właściwie jednego weekendowego dnia, czyli ósmego lipca. Organizatorkami były bardzo mądre i zaradne dziewczęta pasjonujące się książkami, publikujące recenzje literackie, a także zajmujące się promowaniem czytelnictwa. Każdy miłośnik literatury marzy o uczestniczeniu w tego typu wydarzeniach. Dlatego też gdy moja przyjaciółka Ewa, która już wcześniej brała udział w spotkaniu blogerów nad morzem, zaproponowała mi dołączenie do tak zacnego towarzystwa, nie wahałem się ani chwili.

Ewę darzyłem dość wielkim jak na człowieka zaufaniem. Poznałem ją przy okazji jakiegoś spotkania autorskiego z pisarką pochodzącą z Pomorza, które odbywało się w księgarni. Planowałem wtedy zakup książeczki dla dzieci o łagodnym traktowaniu kotów i pożytkach płynących z zaprzyjaźnienia się dziecka z kotem. Było to związane z pojawieniem się u moich sąsiadów pewnego bardzo rozkapryszonego dzieciaka, który intensywnie trenował akurat w tamtym czasie rzucanie kamieniami do celu.

Błądziłem pomiędzy księgarnianymi półkami w poszukiwaniu odpowiedniej lektury dla krnąbrnego dzieciaka. Wtedy usłyszałem głos płynący z głośników. Kierowniczka księgarni zapraszała klientów do kącika, w którym odbywa się spotkanie z pisarką Magdaleną. Magdę znałem już wcześniej, bo Pańcia moja jej książki namiętnie po nocach czytała, a jak w lekturze się zagłębiła to ryczała jak bóbr nieraz do samego rana, bo od książki oderwać się nie mogła. Ucieszyła mnie więc okazja do ponownego spotkania pisarki.

Podszedłem bliżej do miejsca gdzie kilka kobiet już się zebrało na wieczorku autorskim. Wtedy jakieś fanki pisarki rozpostarły ponad regałami wielka kartkę, na której napisane było, że Magdalena jest ich Walentynką. Pozostałe kobiety głośny aplauz wzniosły wiwatując ku czci wielbionej autorki. Ewa robiła zdjęcia małym, zgrabnym aparatem fotograficznym. Akurat tak szczęśliwie stanąłem, że i ja znalazłem się na kilku fotografiach. Te fotki później znalazły się na blogu prowadzonym przez Ewę, dzięki czemu stałem się nagle kotem rozpoznawalnym w środowisku miłośniczek autorek poczytnych romansów. Wkroczyłem na ścieżkę kariery medialnej dzięki kochanej Ewie.

Z pierwszych informacji udzielonych mi przez Ewę niewiele wynikało.[5] Alek był jednym z gości spotkania blogerów, a właściwie blogerek, bo to one stanowiły większość. Jak mówiła Ewa, zrobił wielkie wrażenie wśród grona młodszych uczestniczek, a potem nagle zniknął z życia towarzyskiego kraju. Podobno uległ strasznemu wypadkowi podczas podróży z jednego miasta do drugiego, w trakcie swojej trasy literackiej. Takie były plotki.

Pisarze uwielbiają uczestniczyć w wieczorkach autorskich, podczas których mają niepowtarzalną, wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju okazję spotkać się z czytelnikami swoich książek oraz usłyszeć od nich bezpośrednio zdanie na temat produkowanej literatury. Taka możliwość daje niesłychanie więcej autorowi niż suche sprawozdanie w prasie czy nawet pozytywna recenzja zamieszczona na rzadko odwiedzanej przez czytelników stronie. Podczas wieczorku autorskiego pisarz, a także pisarka, ma okazję nie tylko usłyszeć opinie o swojej książce, ale również spojrzeć czytelnikowi prosto w oczy i niczym w czarodziejskim zwierciadle zobaczyć prawdziwe emocje rozgrywające się w jego duszy.

Pisarze uwielbiają grać na emocjach czytelników. Najlepsi wywołują płacz z rzęsistymi łzami i spazmatycznym oddechem, lub też wybuchy niepohamowanego śmiechu. Równie doskonali w swym fachu autorzy wywołują w duszach odbiorów namiętne pragnienie wielkiej miłości, nienawiść do wrednego porywacza dzieci, lub też żądzę zdobycia legendarnego skarbu piratów pływających po morzach karaibskich, rabujących statki towarowe i pasażerskie, a także szlachtujących bez litości załogi okrętów wojennych nasłane do walki z piratami przez jego królewską wysokość króla zjednoczonego królestwa Henryka siódmego, ósmego lub rudobrodego. Chyba, że ten rudobrody był piratem. Nieistotny szczegół. Francuzka armada pod wodzą Ludwika czternastego mogłaby wtedy uratować z rąk oprawców wszystkie niewinne dziewice, bo innych nie warto ratować. Tak, pisarze uwielbiają grać na emocjach i terroryzować czytelników swoimi pomysłami.

Kocia ciekawość skłoniła mnie do zainteresowania się sprawą i przyjrzenia się jej na tyle dokładnie na ile pozwolą mi ograniczenia niskiego wzrostu, krótkich łapek, a także słabego już na starość wzroku. Poprosiłem Anitę o pomoc w zorganizowaniu mi podróży. Anita jest pisarką mieszkającą w Gdyni, więc ma obycie w podróżowaniu po trójmieście. Jako mieszkanka portowego miasta jest ona, że się tak wyrażę, obowiązkowym punktem spotkania z książką nad morzem. Poprosiłem też Ewę, żeby pomogła Anicie, a Beatę o pomaganie im dwóm. Dzięki pomocy pięknych kobiet wsiadłem wreszcie do pociągu jadącego z Jastarni do Gdyni, a potem dalej do Sopotu w województwie Pomorskim.[6]

Kiedyś nawet wybrałem się na wycieczkę do Paryża. Szykowałem się do wyjazdu przez dwa tygodnie. Paryż, wiadomo, stolica Europy, więc trzeba było być gotowym na przeżycie szoku, odebranie piorunującego ciosu w splot duszy i ciała, gotowym na porażenie wszystkich zmysłów, zwłaszcza tych najważniejszych. Przygotowałem sobie "Rozmówki polsko-francuskie" i "Podręcznik mowy znaków Indian północnoamerykańskich" na wypadek gdyby zabrakło mi tchu, zabrakło języka w gębie, na wypadek gdyby mnie zatkało z wrażenia. Dzielące nasze światy różnice kulturowe i cywilizacyjne postanowiłem zasypać studiowaniem "Multimedialnej Encyklopedii Tradycji i Kultury Paryża" w najnowszym wydaniu. Za legalną wersję w języku francuskim zapłaciłem pół wypłaty pańci plus dwa bilety na koncert C dur.

Całą podróż spędziłem w trzech ślicznych pociągach. Kocham podróżować pociągami. Wystarczy, że wsiądę do pociągu, a od razu przypomina mi się fabuła co najmniej kilku książek o podróżach: słynne "Morderstwo w Orient Ekspresie" Agathy Christie, "Lalka" Bolesława Prusa, "Anna Karenina" Lwa Tołstoja, "Paryski ekspres" Georgesa Simenona. Siadam na swoim miejscu i rozglądam się za bohaterami literackimi opisanymi w tych powieściach. Żaden podróżny nie powinien wtedy czuć się bezpiecznie. Niektóre z opisanych postaci to przecież ofiary zbrodni, samobójstwa, lub też szaleństwa.

O dziwo, razem ze mną jechało pociągiem całkiem sporo osób. Więcej było mężczyzn niż kobiet, oraz kilkoro dzieciaków. Odjazd był wyznaczony na godzinę czternastą. Byłem na peronie już chwilę wcześniej. Gdy wsiadłem, to się okazało, że Warszawa Centralna nie jest miejscem startu, czyli wyjeżdżał z Dworca Wschodniego, tam wsiedli pierwsi podróżni, a tu gdzie ja wsiadam wagon jest już prawie pełny. Trzeba się było z tym pogodzić. Gdyby nie było rezerwacji, to mogłoby się zdarzyć, że trzeba by było spędzić całą podróż na korytarzu. Miałem już kilka takich podróży za sobą, więc byłem szczęśliwy z posiadania miejsca siedzącego.

Kilku facetów z całą pewnością podróżowało służbowo. Widać to było po ubiorze, a także po bagażu. Tacy zazwyczaj jadą samotnie. Chociaż nie. Jeden jechał prawdopodobnie z sekretarką bądź asystentką. Ona mu wszystko organizowała, wiedziała gdzie są jakie papiery, gdzie rezerwacje. Wiedziała wszystko. Siedzieli blisko, więc słyszałem. Od czasu do czasu kładł dłoń na jej udzie, a ona wtedy nerwowo się rozglądała i szeptała do niego coś w rodzaju: Nie tutaj! On uśmiechał się zadowolony i cofał dłoń ze świadomością, że potem to sobie odbije.

Inny manager też jechał z młodą kobietą, ale zachowywali się zupełnie inaczej, to znaczy bardziej naturalnie i wstrzemięźliwie. Albo więc już się znudził jej wdziękami, albo też dawno mu dała do zrozumienia, że nie dla psa kiełbasa. Rozmawiali ze sobą na wszelakie tematy, komentowali innych pasażerów, planowali zajęcia po przyjeździe. Ona była śliczną blondyneczką z rudą grzywką, małym noskiem, niebieskimi oczętami i małymi, wąskimi wargami, spod których od czasu do czasu pokazywały się nieskazitelnie białe zęby. Pięknie się uśmiechała. Czasami spoglądała na mnie i wtedy widziałem w jej lewym oku jakiś dziwny błysk czegoś tajemniczego, choć z całą pewnością rozkosznego. Była cudowna. Niezwykle zgrabna i pociągająca. Niesłychanie urodziwa. Miała na imię Albina. On mówił do niej Albi.

Gdy tylko na nią spoglądałem, to zaraz wpadałem w euforię, a potem tonąłem w marzeniach. Ja już tak mam. Zawsze wolę przeżywać to co sobie wyobrażam, nad czym mogę mieć kontrolę, nad czym mogę panować, bynajmniej do czasu aż totalnie nie odpłynę w wymarzone światy, niż żyć i emocjonować się szarą codziennością zwykłego i zazwyczaj nudnego dnia. Każdy nudny dzień to strata czasu. Ileż można by zrobić dobrego, a tymczasem każdy wieczór uświadamia mi boleśnie, że wciąż niczego nie dokonałem.

Widziałem więc piękną Albi po drugiej stronie przejścia, rząd dalej, przy oknie. Ona też lubiła siedzieć przy oknie, aby się móc oprzeć czołem o chłodną szybę i patrzeć w mijane pejzaże, wioski, małe miasteczka, pola uprawne lub pastwiska ze skubiącymi trawę zwierzętami. Gdy mija się ciemny las to zaraz do głowy przychodzą myśli o wilkach spragnionych surowego mięsa oraz niewinnej dziewczynce idącej leśną ścieżką przez bardzo urokliwy brzozowy zagajnik ku chatce babci kochanej z koszykiem domowych wiktuałów, które mamusia przygotowała, bo babcia zachorowała ostatnimi dniami, bardzo źle się czuła, pewnie miała podwyższoną temperaturę, więc sok z malin bardzo się przyda, a i herbata z kwiatów lipy też niczemu nie zaszkodzi, tylko pomóc w walce z chorobą może. Domowe sposoby na wszelakie dolegliwości zawsze były najlepsze, chociaż lekarstwa z apteki też czasami się brało, gdy doktor nalegał, albo wręcz groził skargą do władz na opieszałość w leczeniu dzieci, co mogło skutkować poważnymi konsekwencjami, z odebraniem praw rodzicielskich włącznie.

Dziewczynka idzie tą ścieżką nie po raz pierwszy, wielokrotnie już babcię odwiedzała, więc jest nieostrożna myśląc raczej o kwiatkach rosnących w trawie obok ścieżki niż o zachowywaniu ostrożności. Lekkomyślnie zwalnia kroku, przygląda się omszałym pniom wielkich drzew, ptakom fruwającym wysoko na niebie. Jest jeszcze dość chłodno o tej porze niezwykle deszczowego roku, więc ciaśniej zawiązuje sznurki od kaptura przy czerwonej kurtce przeciwdeszczowej. Już nie może się doczekać kiedy mama pozwoli założyć nową, śliczną kurteczkę, którą dostała zeszłego roku w prezencie od cioci Asi. Ta czerwona też jest jeszcze dobra, ale dziewczynka zaczyna już z niej wyrastać. Z tymi ubraniami to zawsze jest kłopot. Najpierw są zbyt duże, obszerne, z rękawami sięgającymi wnet do kolan, a potem nagle się okazuje, że już robią się zbyt małe, obcisłe i krótkie. O ile wcześniej zamki się nie zepsują, szwy się nie rozejdą, albo ktoś ich nie potnie żyletką z zazdrości, lub nie ukradnie ze szkolnej szatni.

Idzie sobie ścieżką i podśpiewuje o babci mieszkającej samotnie w leśnej chatce. W pewnej chwili zobaczyła wóz zaprzężony w konia. Wóz ten stał na leśnej drodze w miejscu gdzie ścieżka dochodzi do niej by następnie biec dalej pod niewielką górkę po drugiej stronie drogi. Koń znudzony grzebie kopytem w piasku. Wóz jest pusty, to znaczy nie jest niczym załadowany. Nie widać też na nim woźnicy, który tym wozem zazwyczaj jeździ do lasu po drewno na opał. Dopiero po chwili, gdy dziewczynka podeszła nieco bliżej, zauważyła starszego mężczyznę stojącego nieopodal pod drzewem i opryskującego konar sosny strumieniem moczu.

- Dzień dobry - powiedziała grzecznie, tak jak ją uczyła mama.

Mężczyzna obejrzał się przez ramię w stronę dziewczynki. Strumień moczu zmalał jakby i zamiast na korę drzewa leciał teraz na piasek pod stopami mężczyzny, opryskując mu buty.

- Sika pan sobie po butach - zauważyła rezolutnie dziewczynka.

Mężczyzna natychmiast przestał sikać i mrucząc coś niewyraźnie pod sumiastymi wąsami zapiął rozporek, po czym obrócił się przodem do dziewczynki. Jego spodnie najwyraźniej też zostały obsikane, gdyż świadczyły o tym wyraźne mokre plamy.

- Co ty tu robisz sama w lesie? - zapytał.

- Niosę mojej babci poczęstunek, ponieważ jest chora - odpowiedziała zgodnie z prawdą.

- Nie boisz się? - zapytał mężczyzna.

- A czego się tu bać, proszę pana. Wiele razy już tędy chodziłam i znam drogę na pamięć.

- No to podejdź tu bliżej do mnie - powiedział mężczyzna bardzo miłym głosem.

- Po co? - zapytała.

- Nie bój się, moja droga, podejdź, to coś ci pokażę - mówił mężczyzna robiąc dwa kroki w stronę dziewczynki.

- Nie trzeba, już widziałam - powiedziała dziewczynka i szybkim truchtem pobiegła ku swojej ścieżce omijając wóz i konia nadal grzebiącego kopytem w piasku. - Mama kazała mi z daleka omijać wszystkich zboczeńców zaczepiających małe dziewczynki! - krzyknęła jeszcze na pożegnanie do mężczyzny, który z dziwnym wyrazem twarzy wciąż stał pośrodku drogi.

Za pagórkiem dziewczynka wróciła znowu do spokojnego spaceru i zachwycania się budząca się do życia przyrodą. To biedne dziecko nie rozumiało na jakie niebezpieczeństwo się wystawia. Tego roku zimą w okolicznych lasach pojawiła się wataha wilków. Przybyły w te strony z odległych lasów, w których prowadzono intensywną wycinkę drzew, ponieważ nadleśnictwo starało się wypracować pokaźne zyski ze swojej działalności, sprzedając drewno do tartaków. Zbieranie szyszek, uzyskiwanie z nich nasion i sadzenie drzew było działalnością wysoce deficytową, a dewizowych klientów zainteresowanych polowaniami jakby ostatnimi laty było mniej. Ciężkie czasy nastały dla gajowych. Ciężkie nastały również dla wilków.

Wilki są bardzo inteligentnymi zwierzętami. Zostały obdarowane przez matkę naturę niezwykle doskonałym zmysłem powonienia. Dzięki węchowi wilki potrafiły zlokalizować padlinę z odległości kilkunastu kilometrów. Nierówności terenu nie stanowiły dla węchu wilków żadnej przeszkody, wręcz przeciwnie, maskowały zwierzęta przed wzrokiem innych istot, zwłaszcza człowieka. Oczywistym jest, że padlina pachnie nieprzyjemnie, a jej odór czuć z daleka. Zapach człowieka jest dużo mniej intensywny. Wilki potrafią jednak wyczuć zapach ludzkiego mięsa, bo tak traktują ludzi, z bardzo dużej odległości. Mały pagórek bynajmniej nie jest dla nich żadną przeszkodą.

Niewiele osób o tym wiedziało, ale wilki w tej okolicy zdążyły już zasmakować w tłustych kurach, jeszcze bardziej utuczonych kaczkach, a także w kilku gęsiach. Zjadły też dwa włóczące się po lesie psy, oraz jednego dorodnego barana, którego ciotka Matylda wiązała na sznurku do palika wbitego w trawę pośrodku niewielkiej łączki pod lasem od zachodniej strony wioski. Wełna z tego barana miała być przeznaczona na zimowe skarpety dla licznych wnuków ciotki Matyldy. Leśniczy wiedział o wilkach, ale nie zamierzał niczego w tej sprawie robić, ponieważ wilki są pod ochroną.

Dziewczynka więc dalej szła sobie leśną ścieżką podśpiewując wymyśloną na poczekaniu piosenkę o chorej babci do melodii zasłyszanej w radiu. Gdy brakowało jej sylab do taktu to przeciągała samogłoski.

- "Idę sobie idę, do lasu ciemnego, bo babcia mooja chce soku zdrowego. Więc idę i idę, do lasu starego, bo mooja babcia chce sooku tego."

Do domku babci nie było wcale strasznie daleko, ale dzieci jak to dzieci, potrafią przedłużyć nawet krótką drogę do niebywałych rozmiarów. Czas natomiast płynął nieprzerwanie. Najpierw dziewczynkę zatrzymał kolczasty krzak, który zahaczył rękaw jej czerwonej kurtki. Musiała zdjąć kaptur by dokładnie się przyjrzeć kolcom, a potem pilniczkiem do paznokci usiłowała wyciągniętą nitkę wcisnąć na powrót w materiał. Nie udało się i nitka brzydko zwisała nadal. Później do bucika nasypało się piasku. Trzeba było przystanąć, oprzeć się o drzewo, zdjąć bucik, wysypać piasek, sprawdzić czy wyleciały wszystkie ziarenka, założyć bucik, no i na koniec zawiązać sznurowadło. To wymagało bardzo dużo pracy i zajęło bardzo dużo czasu. To przecież zrozumiałe.

Wreszcie dziewczynka dotarła do domku babci. Przyjęła kilka gorących buziaków w zamian za przyniesione prezenty. Babcia poczęstowała ją nawet ciasteczkami z blaszanej puszki, która zawsze leży w kuchni na kredensie. Szczęśliwa dziewczynka postanowiła wracać do domu.

- Tylko idź prosto, nigdzie nie skręcaj, nie zatrzymuj się po drodze, bo robi się już późno, i pod żadnym pozorem z nikim obcym nie rozmawiaj - upominała ją babcia.

- Wiem babciu - uspokajała babcię dziewczynka.

- Załóż na głowę kapturek - prosiła babcia.

- Dobrze - powiedziała i założyła swój czerwony kaptur na głowę.

W drodze do domu jednak znowu były te wszystkie interesujące drzewa, kwiatki, ptaki wracające na noc do swoich gniazd uplecionych z gałązek i trawy w koronach drzew. Dziewczynka wszystkim się interesowała. Przez chwilę nawet liczyła mijane drzewa, ale musiała z liczenia zrezygnować, gdyż nie potrafiła zdecydować, które drzewa zaliczały się do tych mijanych po drodze, a które nie, bo rosły zbyt daleko od ścieżki.

Pięć minut po piętnastej pociąg stał na krótkim postoju w Kutnie. Na peronie tłoczyli się wsiadający ludzie. Do mojego wagonu jednak nikt nie wszedł. Widocznie rozlokowali się w innych wagonach. Postanowiłem przejść do wagonu barowego i napić się herbaty. Podróż tym pociągiem miała trwać pięć godzin i czterdzieści trzy minuty. W Berlinie była zaplanowana przesiadka. No ale do Berlina było jeszcze daleko.

Udało mi się zająć miejsce przy stoliku obok baru. Zamówiłem herbatę i natychmiast ją otrzymałem. Widocznie bufetowy trzymał czajnik na gazie. Nie było to zbyt rozsądne zachowanie, bo woda utrzymywana w temperaturze wrzenia cały czas paruje, ulatnia się w powietrzu, a w czajniku zostaje coraz bardziej szkodliwa zupa, czy też raczej wywar z kamienia i innych zanieczyszczeń znajdujących się w wodzie. Głupi bufetowy! - pomyślałem sobie, ale piłem herbatę, bo nie wiedziałem jak mu powiedzieć, że straciłem na nią ochotę. Upiłem kilka łyków, odstawiłem szklankę i przyglądałem się innym pasażerom.

Kiedy wracałem z wagonu barowego na swoje miejsce pociąg zatrzymał się na stacji w Koninie. Było dwadzieścia minut przed czwartą. Nie zauważyłem czy ktoś wsiadał, a pociąg prawie natychmiast ruszył w dalszą drogę. W moim wagonie stan osobowy się nie zmienił. Albi czytała gazetę, a jej towarzysz ukrył twarz pod wiszącą na wieszaku kurtką i najprawdopodobniej drzemał.

Za mną jakaś dziewczynka podróżowała z dziadkiem. Co kilka minut nakazywała dziadkowi by podał jej z półki nad siedzeniami torbę, w której znajdowały się jej rzeczy. Dziadek zaproponował by torba została na siedzeniu, albo na półeczce przy oknie, ale dziewczynka upierała się, że torbę za każdym razem trzeba odstawić na półkę do góry. Więc dziadek cierpliwie wciskał torbę na półkę, a po chwili znów był proszony o jej podanie.

Siedzącej obok kobiecie zrobiło się żal starszego człowieka i zaproponowała dziewczynce, że poczęstuje ja jabłkiem, aby zaoszczędzić dziadkowi ciągłego wstawania i zdejmowania torby.

- Dziękuję, bardzo chętnie - powiedziała dziewczynka. - Ja też mam jabłka, więc panią również poczęstuję. Dziadek, podaj torbę!

Tak, dziadek miał utrapienie z wnuczką.

W Poznaniu zatrzymaliśmy się tylko na pięć minut. Kolejarze załadowali do pociągu worki z przesyłkami pocztowymi. Gdy peronowy wózek został opróżniony z worków potoczył się gdzieś do tyłu, a my za chwilę ruszyliśmy w dalszą podróż. Minęły dwie i pół godziny od wyjazdu z Warszawy. Do Berlina pozostało jeszcze ponad trzy i pół. Do Paryża natomiast ponad siedemnaście godzin.

No więc dziewczynka opatulona czerwoną kurtką wracała powolnym krokiem od babci mieszkającej w lesie do swojego domu, gdzie czekała już na nią zdenerwowana mama i młodszy braciszek bawiący się podniszczonym już misiem. Tata był w pracy. Miał wrócić do domu dopiero późnym wieczorem gdy na dworze będzie już zupełnie ciemno. Tego dnia tata dziewczynki dowiedział się od kolegów w pracy, że w okolicy pojawiło się stado wilków, które zaczyna sobie pozwalać na coraz zuchwalsze ataki. Wcześniej ginęły ludziom kury lub kaczki, ale ostatniej nocy pożarły barana ciotki Matyldy.

- Trzeba by coś z tym zrobić - mówili mężczyźni.

- Przecież bezpieczeństwo ludzi jest ważniejsze od ochrony wilków.

- Niech nadleśnictwo zamknie je w zagrodzie, albo przekaże do ogrodu zoologicznego. Tam jest miejsce dla wilków, a nie w pobliżu ludzkich domów.

- Nadleśnictwo wyłga się brakiem środków.

- Jak zwykle gdy trzeba coś robić, to oni będą debatować tak długo aż się wydarzy jakaś tragedia.

- No właśnie, wtedy będzie już za późno na działanie.

Niebo robiło się powoli coraz ciemniejsze, a w lesie pomiędzy drzewami mrok zapadał jeszcze szybciej. Zanim dziewczynka się zorientowała przestała widzieć ścieżkę prowadząca do domu. Widziała tylko wkoło siebie drzewa i krzaki. Wrony przestały już krakać. Zrobiło się jakoś nieprzyjemnie cicho. Tylko wiatr wciąż szumiał w gałęziach drzew, skrzypiały konary, a od czasu do czasu dało się słyszeć jakieś piski gdzieś w oddali. Dziewczynka wystraszyła się ciemności i zaczęła płakać. Głos tego płaczu niósł się przez las razem z wiatrem. Niósł się też zapach potu zdenerwowanej dziewczynki.

W Zbąszynku na peronie stało kilka osób. Można było odnieść wrażenie, że to grupa studentów wybiera się na ostatnią przed rozpoczęciem roku akademickiego wycieczkę. Byli w doskonałych nastrojach, śmiali się głośno, żartowali, któreś z nich opowiadało przyjaciołom dowcip za dowcipem. Nie mieli ze sobą żadnych bagaży, co nawet jak na studentów było nieco dziwne. Zazwyczaj nie rozstają się z plecakami, w których oprócz niezbędnego laptopa mają zawsze termokubek, kostki do gry, rozkładany scyzoryk z mnóstwem narzędzi, sznurek, śrubokręt, czasami też szczypce uniwersalne, czyli popularne kombinerki, oraz pełno innych, równie przydatnych przedmiotów.

Gdy nasz pociąg stanął przy peronie zaczęli biegać wzdłuż wagonów, zaglądać do okien i wykrzykiwać jakieś niezrozumiałe słowa. Konduktor nie dał im zbyt wiele czasu na tę zabawę. Zagwizdał, a pociąg począł ruszać w dalszą drogę. Studenci zostali na peronie. Pewnie oczekiwali przyjazdu znajomego, może nawet całej grupy znajomych, ale się okazało, że nie przyjechali.

Gdy tata dziewczynki wrócił z pracy do domu, a ona jeszcze nie wróciła od babci, to wściekł się i obiecał żonie, że tym razem córka dostanie porządne lanie. Nie miał nawet ochoty na kolację, tylko natychmiast wyszedł z domu by pójść naprzeciw córce w kierunku domku babci. Im dalej wchodził w las tym większa złość go ogarniała. Do domku babci wpadł niemal wywarzając drzwi. Babcia była bardzo zdziwiona niespodziewaną wizytą. Wnuczka wyszła od niej już dawno, więc z całą pewnością jest już bezpiecznie w domu.

- Jasna cholera! -zaklął tata dziewczynki, po czym ruszył w drogę powrotną. - Już ja jej dam nocne spacery! Wybiję jej to z głowy na zawsze!

Złościł się, gdyż na wąskiej ścieżce niewidoczne w ciemności gałązki co chwilę uderzały go po twarzy. Gdzieś z ciemności dobiegło go wycie. Trudno było jednoznacznie określić czy było to wycie psa, czy też może wilka. Jeszcze bardziej zdenerwowany zaczął biec. Potknął się o sterczący z ziemi korzeń upadł w kolczaste krzaki. Poczuł bolesne zadrapania na twarzy i karku. Na wargach poczuł słodki smak krwi. Wiatr poniósł te wrażenia ze sobą, mieszając zapach krwi z zapachem potu, złości i strachu. Wilki bardzo łatwo potrafiły rozróżnić te wszystkie zapachy. Dzięki temu wiedziały kto jest ofiarą przeznaczoną na kolację zanim jeszcze zaatakowały.

W Świebodzinie pociąg zatrzymywał się tylko na jedną minutę. Pasażerowie wsiadający do pociągu mieli więc bardzo mało czasu. Tym razem jednak na peronie pozostała tylko jedna osoba, która wysiadła z pociągu i zmierzała pewnie do domu. Dla niej podróż już się zakończyła. Schodziła z peronu po kilku schodkach, a kółka jej walizki stukały na każdym stopniu.

Postanowiłem uprzyjemnić sobie czas czytaniem książki, więc sięgnąłem do torby. Właśnie wnuczka znowu prosiła dziadka o zdjęcie torby z półki, co ten chętnie uczynił.

- Może by tak torbę postawić obok ciebie na siedzeniu, moja droga, bo miejsca jest przecież pod dostatkiem.

- Nie, dziadku, nie można, bo przecież ta półka jest tam specjalnie po to by trzymać na niej bagaże, prawda?

- Masz rację, najdroższa - przyznał dziadek i po chwili znowu upychał torbę na półce.

Wiedząc, że podróż będzie długo trwała zabrałem ze sobą nowe wydanie "Rękopisu znalezionego w Saragossie" Jana Potockiego na podstawie ostatniej wersji autorskiej z roku 1810. Czytałem już kiedyś tę książkę, ale po przeczytaniu recenzji nowego wydania w podskokach pobiegłem do księgarni i kupiłem ją. Już kilkanaście pierwszych stron przypomniało mi przyjemności płynące z lektury tego wspaniałego dzieła. Usiadłem wygodnie i zabrałem się do czytania. Mój ulubiony bohater miał spotkanie z czarownicami.

Od razu mi się przypomniały czarownice, które znam osobiście. Jest ich całkiem sporo. Niektóre niczym wampiry śpią cały dzień w trumnie, a nocami obmyślają i realizują różne straszne rzeczy. Gdy się czasami spotykamy to potem pluję przez ramię na wszystkie strony świata. Inne wstają o pianiu kura i biegają do śniadania. Z nimi też trzeba uważać, bo całkiem łatwo można się wmanewrować w jakieś dziwne marszobiegi z kijkami na czterdzieści dwa kilometry wzorem starożytnych maratończyków. Jeszcze inne noszą na ręku czarnego kota, który przy pierwszej okazji drapie mi twarz. Oprócz tego kicham przez dwa dni po takim spotkaniu z sierścią tego zwierzątka. Sierść kota jest jednym z najsilniejszych alergenów. Pomimo, iż sam jestem kotem, to mam bardzo wrażliwą naturę i cierpię zawsze gdy spotkam czarnego kota, łaciatego psa i głupiego człowieka.

Gdy pociąg zatrzymał się w Rzepinie od książki oderwały mnie ukośne promienie słońca koloru dojrzałej mandarynki, które wpadały przez okna wagonu i lądowały dostojnie, chociaż z odrobiną ironii, a także mnóstwem samozadowolenia, na twarzach pasażerów przeistaczając ich w Indian wędrujących w poszukiwaniu nowej ziemi do osiedlenia, po wypędzeniu z plemiennych terenów przez białych osadników. Albi wyglądała w tym oświetleniu wręcz uroczo. Jej włosy zalśniły miedziano-złotym kolorem skarbów inkaskich. Jej policzki wydały mi się obsypane płatkami róży. Jej mały nosek, który pod wpływem słońca marszczyła rozkosznie jak niemowlę kwilące radośnie po zasmakowaniu matczynego pokarmu. Jej oczy rzucały wkoło wesołe iskierki, które krzyżowały się ze skośnymi promykami słonecznymi niczym nici w krośnie podczas tkania kolorowego płótna. Jej cała twarz stała się żywym obrazem, sceną teatru romantycznego, areną z walczącymi ze sobą zadowoleniem, rozleniwieniem, przyjemnością i psotą, które niczym zawodnicy olimpijscy ścigali się po wieniec zwycięzcy.

Tak się zachwyciłem tym widokiem, że o mało byłbym przeoczył postój we Frankfurcie ledwie dwadzieścia minut później. Słońce już tymczasem świeciło z poziomu ziemi. Jego promienie biegły równolegle z do gruntu i raziły oczy tak ostrymi strzałami, że nie można było nawet spojrzeć w stronę rozpoczynającego się zachodu. Cała jedna strona świata została skąpana w czerwonym blasku. Ruszyliśmy po krótkim postoju, a owa fala czerwieni ruszyła za nami zalewając cały wagon, a podejrzewam, że pozostałe wagony również, gęstym sosem malinowym.

Gdy tata dziewczynki dotarł wreszcie do domu gotów był pasem sprawić jej porządne lanie. Zastał jednak żonę samą w pokoju.

- No i gdzie się schowała ta niegrzeczna dziewczyna? - zapytał.

- Przecież ty ją przyprowadziłeś - odpowiedziała żona.

- Nie przyprowadziłem, bo już jej tam nie było - powiedział.

Żona otworzyła szeroko usta, ale żaden dźwięk się z nich nie wydobył. Patrzyła na niego z rosnącym przerażeniem. Potem zaszlochała nagle głośno.

- Jak to jej nie było - mówiła łkając coraz bardziej histerycznie - to gdzie jest? Co jej się stało? Mów wreszcie! Nie stój tak! Idź jej szukać!

Mężczyzna zrozumiał grozę sytuacji. Porwał z szafy latarkę i wybiegł z domu na poszukiwania córki. Kobieta natomiast rozpoczęła telefonowanie do wszystkich koleżanek dziewczynki w nadziei, że którąś spotkała i do niej poszła. Dwie godziny później, gdy tata zdążył obejść kawał lasu i dwa razy zajrzeć do domku babci, a mama obdzwoniła wszystkie koleżanki i znajome, powiadomiona została policja o zaginięciu dziewczynki.

Policja bardzo szybko zorganizowała poszukiwania. Udało się zmobilizować do akcji poszukiwawczej strażaków, wojsko, straż miejską, dwie firmy ochroniarskie, wielu mieszkańców wioski, a nawet kilkudziesięciu mieszkańców pobliskiego miasta. Przez całą noc szukano dziewczynki bezskutecznie. Ciemność uniemożliwiła znalezienie jakichkolwiek śladów dziecka.

W końcu dojechaliśmy do Berlina. Tam, zgodnie z precyzyjnym rozkładem jazdy miałem dwie godziny czasu na przesiadkę do innego pociągu. Kłopot był jednak z tym, że ten następny pociąg odjeżdżał z innego dworca, więc trzeba było pieszo przejść ze swoimi bagażami. Zgodnie z rozkładem trasa piesza powinna zając tylko osiem minut, ale mnie zajęła dwadzieścia minut. Pewnie trochę błądziłem, jednak na całe szczęście znalazłem właściwy pociąg i w przewidzianym czasie zdążyłem się do niego załadować z moim bagażem. Pot ciekł mi po plecach. Pewnie czuć mnie było na kilometr. No, wilki to by mnie pewnie wyczuły z dziesięciu kilometrów.

Przed dziesiątą odjeżdżał pociąg do Mannheimu. Na szczęście ten pociąg posiadał wagony sypialne. Podróż miała trwać prawie sześć godzin, więc można się było w tym czasie przespać. W przedziale konduktora można było kupić słodycze oraz zamówić kawę lub herbatę. Poprosiłem więc o herbatę, wypiłem ją siedząc na swoim miejscu, potem położyłem się, przykryłem kocem i postanowiłem spać. Słychać było jednak stukanie kół. Było tak rytmiczne jakby wagony miały pulsujące serce. Było też słychać skrzypienie metalu, dudnienie rozjazdów podczas zmiany torów, hałas mostów i wiaduktów. Od czasu do czasu pociąg zwalniał, a później się rozpędzał. W sąsiednich przedziałach panowała jednak niezmącona cisza, więc nadal usiłowałem zasnąć.

Rodzice dziewczynki byli całą noc bez spania. Ich rozpacz nie miała końca. Płakała również babcia, ciotka i dwie sąsiadki. Wujek chodził od jednej do drugiej pocieszając i roznosząc zaparzoną kawę, herbatę, tabletki na nerwy, oraz aspirynę na przeziębienie. Gdy zrobiło się wreszcie widno wszyscy znowu wyruszyli do lasu na poszukiwania dziewczynki. Matka i babcia nie mogły sobie wybaczyć, że wypuściły dziecko same do lasu. Ruszyli tyralierą, aby nie ominąć żadnego zagajnika, krzaku, pagórka. Szli nawoływując dziewczynkę. W końcu jedna z kobiet zauważyła czerwoną kurtkę pod starą sosną. Zawołała innych. Matka z głośnym płaczem pobiegła ku temu miejscu. Ojciec dziewczynki dostał nerwowych drgawek i nie mógł zrobić kroku. Ludzie poczęli krzyczeć. Z oczu taty ciekły łzy, więc nic nie widział. Mama dziewczynki krzyknęła i zemdlała zobaczywszy ciało swojego dziecka leżące na ziemi.

Konduktor, a właściwie to konwojent z wagonu sypialnego obudził mnie pół godziny przed dojechaniem do Mannheim. Trzeba się było spakować, poskładać koc, skorzystać z toalety, obmyć zaspaną twarz. Po przyjeździe na miejsce miałem dwie godziny czasu do odjazdu kolejnego pociągu, tym razem już prosto do samego Paryża. Na dworcu udało mi się wypić filiżankę mleka. W każdym kącie kręciły się tłumy podróżnych. Albi ze swoim towarzyszem gdzieś przepadła. Nie miałem odwagi zapytać wcześniej dokąd jadą. Pociąg podstawili dość wcześnie, więc spokojnie można było zająć miejsca.

Ten pociąg miał na składzie prawdziwy wagon restauracyjny, więc postanowiłem w nim zjeść porządne śniadanie. Ostatni odcinek podróży miał trwać około trzy godziny. W sam raz na spokojny posiłek. Wszedłem do wagonu restauracyjnego zaraz po jego otwarciu, gdy pociąg ruszył. Zamówiłem jajecznicę z cebulką. Potem kanapki z salami, grzanki z marynowanym śledzikiem, śmietankę, bułkę z pasztetem z królika, bułkę z jajkiem na twardo, a na koniec gorące kakao. To była prawdziwa uczta. Potem przez pół godziny siedziałem przy stoliku bojąc się wstać. W końcu gdy wróciłem na swoje miejsce dojeżdżaliśmy już do Paryża.

Taksówką dojechałem z dworca do hotelu. Zarezerwowany pokój był bardzo ładny. Wziąłem gorący prysznic po podróży, a potem położyłem się do łóżka aby odespać zaległą noc. Tym razem zasnąłem od razu. Obudziłem się sporo po porze obiadu, ale w restauracji nie robili problemów. Po posiłku poszedłem na spacer. Już od następnego dnia miałem zaplanowane muzea, wystawy, pomniki i zabytkowe budynki. Pierwszy dzień był luźny dla aklimatyzacji.

Okazało się, że dziewczynka zabłądziła w lesie, odeszła spory kawał drogi od znajomej ścieżki, a potem przerażona i zmęczona zasnęła na ziemi pod drzewem. Tym razem wilki nic jej nie zrobiły, bo były obżarte tłustym mięsem barana ciotki Matyldy, więc nadal leżały z gęstym zagajniku i trawiły. Radości nie było końca. Tatuś darował jej nawet lanie, które obiecał.

Innym razem udało mi się nawet popłynąć statkiem białej żeglugi na drugą stronę Zatoki Gdańskiej. A było to tak.

Kamila świętowała imieniny we wigilię dwusetnego dnia roku. Następnego dnia wypadał piątek, tradycyjny dzień bezmięsny pedantycznie przestrzegany w rodzinie Kamili, dlatego byłem bardzo szczęśliwy z tego terminu uroczystości. Gdyby to wypadało dzień później to najprawdopodobniej nie zdobyłbym się na długą i wyczerpującą wyprawę z ulicy Krótkiej aż do ogrodu krasnali, zwłaszcza że Martyna miała wrócić z krótkiego wypadu do Oliwy. Obiecała mi pyszne wątróbki drobiowe pod niezmiennym warunkiem bycia grzecznym. Mnie, starego konia, prosi o bycie grzecznym.

Ciekawe co by się stało gdybym tak raz jeden nie dotrzymał danej obietnicy. Pewnie by się o tym wcale nie dowiedziała, bo ja z natury jestem raczej grzeczny, cichy i spokojny, chociaż zawsze też lubię chodzić swoimi ścieżkami. Jakiś drobny wyskok w bok raz na kilka miesięcy wcale nie oznacza niegrzeczności ani tym bardziej utraty zaufania. Od jakiegoś czasu ostrzyłem sobie pazurki właśnie na Kamilę.

Tego roku pogoda była bardzo kapryśna. Jeszcze w kwietniu świat wyglądał jak realizacja koszmarnego snu o powrocie epoki lodowcowej. Gdzieś na głęboko ukrytym dnie duszy zaczynały już powoli budzić się krwiożercze instynkty rodem chyba od jakiegoś tygrysa szablozębego, albo innej bestii prehistorycznego świata pozbawionego kultury, poezji, a nawet rozmów z księżycem w bezchmurną noc. Mogłoby się wydawać, że już nie tylko zegar, ale również kalendarz zaczął się cofać, jakby te wszystkie lata dobrobytu miały popaść w zapomnienie.

Na szczęście potem przyszedł bardzo upalny czerwiec. Wszystkie złe emocje wyparowały wraz z kałużami. Psychoterapeuci mają rację twierdząc, że słońce jest najlepszym lekarstwem na bardzo wiele chorób. Zwłaszcza chorób psychicznych i tych o podłożu nerwowym. Najwyraźniej nasze wrażliwe organizmy nie pragną powrotu epoki lodowcowej.

Później jednak początek lipca znowu dał się we znaki ulewnymi deszczami, zimnym wiatrem, oraz ponurym widokiem burych chmur nad głową. Ci bardziej pesymistycznie nastawieni mawiali, że lato tego roku już było. Inni wyśmiewali teorie naukowców o ocieplaniu się klimatu. Pomimo rozpoczęcia się lata wiele pensjonatów i prywatnych kwater wciąż stało pustych czekając na wynajęcie. Po ulicach wałęsali się nieliczni ludzie opatuleni w kurtki lub swetry, chowający się pod parasolami.

Kiedy wyszedłem na ulicę Bałtycką zobaczyłem na niej wielki tłum ludzi śpieszących w różne strony. Jedni szli z ręcznikami, parawanami i leżakami w kierunku plaży, inni z niej wracali. Można było wywnioskować, że wraz z poprawą pogody, powrotem lata i słońca zapełniły się owe wszystkie pokoje na wynajem. Promienie słoneczne wlewały nadzieję w serca kwaterodawców, rozjaśniały twarze hotelarzy, błyskały radością w oku sklepikarza, wywoływały piękne uśmiechy na twarzach właścicieli smażalni ryb i placków ziemniaczanych. Nawet koty okazywały entuzjazm na widok rosnącej ilości jedzenia wysypującego się ze śmietników.

Będąc poprzednio na gościnie u Kamili słyszałem jak Tomas planował wyjazd do Łeby. Tam są wielkie wydmy piasku, prawdziwe góry, z których można się turlać w dół, albo wspinać się powoli na szczyt grzęznąc niemal po kolana. Te wydmy lubią wędrować z miejsca na miejsce, przesuwając się dzięki pomocy wiejącego wiatru, który przenosi ziarenka jedno po drugim. W tym przypadku przysłowie o ziarnku do ziarnka ma zastosowanie w stu procentach. Dzięki temu zjawisku po wejściu na szczyt wydmy za każdym razem widać inne widoki: a to zasypało kilka kolejnych drzew, a to znowu z drugiej strony wyłoniły się spod piasku obumarłe kikuty.

W laptopie Martyny widziałem, że Tomas z rodziną tego roku zrealizował swoje plany. Sylwia zrobiła sobie pamiątkowe zdjęcie z Wilmą, postacią z bajki animowanej. Ojciec rodziny stanął obok figury Freda. Wiadomo. Lukas i Blanka też strzelili sobie fotki z bajkowymi odpowiednikami. Brakowało mi tylko do kompletu kamiennego samochodu. Przy okazji zobaczyłem również fotkę z obiadu "U Bobasów". Aż mi ślinka pociekła na ten widok. Postanowiłem też tam zajrzeć przy okazji aby zerknąć na menu.

No więc idąc Bałtycką przypadkowo zerknąłem na kołyszące się pośladki pulchnej blondyny. Tuż obok kołyszącego się księżyca kołysała się do taktu kroków siatka z butelką wina, prawdopodobnie węgierskiego, o ile mnie wzrok nie mylił, oraz z kilkoma parówkami, zapewne na zagrychę. Coś mnie połaskotało w sercu na tak piękny widok. Kobieta, wino i parówki w jednym stały domu i do jednego, najwyraźniej, zmierzały grajdołu. Ochoczo ruszyłem za nimi.

- Co tam Kamila - mówiłem sobie w duchu - jeśli kocha to poczeka.

Blondyna zatrzymała się przed "Tawerną", więc i ja się zatrzymałem. Już chciałem do niej zagadnąć jakimś grypsem wakacyjnym gdy nagle pojawił się barczysty dryblas z mordą boksera. Zawarczał coś w moją stronę, wziął laseczkę za rękę i poszli sobie. Trzeba mi było zawrócić i upokorzony znowu pomyśleć o mej ukochanej, może nie tak puszystej, ale za to bardziej czułej Kamili. "Za to smutne wydarzenie, mówi poeta, nie powinno się winić nikogo, gdyż nie jest zbrodnią pomylenie drogi."[7]

Gdy doszedłem do następnej ulicy skręciłem w lewo i wlokłem się noga za nogą rozpamiętując wciąż bolesna porażkę. Bolała przede wszystkim duma własna, rozdmuchane wygodami ego, przerośnięta po tłustych wątróbkach ambicja, honor lowelasa szwendającego się nocami po barach i dogadzającego wszelakim namiętnym lub drapieżnym kocicom. Aż mi się futerko na brzuchu zjeżyło z tych nerwów. Po plecach natomiast biegały mi wciąż bolesne dreszcze, skurcze, albo inne kleszcze.

Przechodząc obok baru widziałem jak zataczający się pijak postawił butelkę z piwem na ziemi, a sam odszedłszy kilka kroków spryskiwał moczem ścianę domu. Raz dwa obaliłem butelkę. Zanim pijak się spostrzegł ocierałem już piankę z wąsów. On zawył jak zraniony jeleń, a ja jednym susem przeskoczyłem ulicę i wmieszałem się w tłum przechodniów.

Poprzednim razem gdy świeciło słońce i było bardzo ciepło przyglądałem się na plaży trzem nagim dziewczętom. Pod wpływem słońca uwidaczniały im się piegi na buziach, noski im bardziej czerwieniały, piersi im jędrniały, niemal pod moim spojrzeniem puchły, rosły, jakby im sylikon się rozszerzał od tego ciepła, ale włoski na rękach i nogach jaśniały, stawały się mniej widoczne. Mnie natomiast grzywka stała się jeszcze bardziej ruda, czupryna bardziej nastroszona, a ogonek twardszy jakby, sztywniejszy. A może tylko mi się to wydawało?

Martyna pokazywała mi czasem różne rzeczy. Kiedyś była to fotografia chłopaka malującego na ścianie budynku fresk z łodzią rybacką. Ta fotka brała udział w konkursie fotograficznym, a następnie znalazła się w pięknym kalendarzu z motywami morskimi. Gdy zobaczyłem kolejnego faceta pod murem i przyozdabiającego ścianę szarym, mokrym freskiem o abstrakcyjnych kształtach pomyślałem, że ludzie zbyt często upodabniają się do zwierząt, znaczą teren, ogradzają domy, wyznaczają zakazy, a potem nie respektują żadnych norm. Są pod tym względem nadzwyczaj niekonsekwentni. Zbyt często łamanie zasad, przekraczanie ustaleń jest powodem do idiotycznej dumy. Samozadowolenie jest bardziej cenione od zadowolenia innych, od ich opinii. Myśląc o tym zatęskniłem do mojej przyjaciółki.

Tym czasem na ulicy gęstniał tłum ludzi. Najwyraźniej wszyscy plażowicze ruszyli w miasto z pragnieniem nażarcia się smażonych rybek w rozlokowanych przy głównej ulicy smażalniach. Wszędzie pachniało starym, spalonym tłuszczem. Kilka punktów gastronomicznych o ładnie brzmiących nazwach ominąłem szerokim łukiem. Marynistyczne terminy ładnie wyglądają w nazwach lokali i być może spełniają swoją funkcję marketingową, ale smaku potrawom to one nie dodają.

Przy jednym ze stolików obaliłem szklaneczkę kawy mrożonej ze śmietanką i lodami. Od razu rozpoznałem smak kawy rozpuszczalnej. Teraz wszyscy stosują te nowe przepisy z książek kucharskich dla zabieganych gospodyń domowych. Bita śmietana też nie była tak naprawdę ubijana tylko nałożona prosto z metalowego pojemnika pod ciśnieniem. Smak aluminium był wyraźnie odczuwalny i drażnił mój wrażliwy język. Zresztą mój nos też nie był w pełni usatysfakcjonowany, bo woda wprawdzie nie była chlorowana, ale czuć ją było kamieniem odkładającym się w rurach. Do odrobiny soli w tutejszej wodzie już dawno się przyzwyczaiłem.

Rozkoszując się kawą, pomimo jej drobnych niedostatków, musiałem przez cały czas słuchać głupiego kelnera, który darł mordę na zapłakanego chłopczyka o wielkich oczach i bladych z przerażenia policzkach. Mama chłopca bez powodzenia usiłowała go uspokoić tłumacząc jednocześnie kelnerowi, że to był tylko zwykły wypadek jaki może się zdarzyć każdemu, również dorosłemu, a za kawę i szklankę to ona zapłaci i będzie po sprawie.

Gdyby był tam ze mną mój przyjaciel Bryś, to dałby popalić temu wrednemu kelnerowi. Każdego durnia można bardzo łatwo rozpoznać po tym jak traktuje małe dzieci, koty i psy. Psychopatyczni debile charakteryzują się nadmierną napastliwością na małe dzieci, które wciąż im przeszkadzają płaczem, niesfornym zachowaniem, upuszczaniem sztućców na podłogę, głośnymi rozmowami przy stoliku, przewracaniem wazonika z kwiatkiem i wyciąganiem serwetek z uchwytu. To ostatnie doprowadza kelnerów wręcz do szewskiej pasji. Ową pasję winno się już raczej nazywać kelnerską wścieklizną.

Ci głupi i niedouczeni prostacy nienawidzą wszystkich kotów. Nie ma dla nich znaczenia rodowód sięgający wielu pokoleń ani przydatność w zwalczaniu gryzoni, co ze względów sanitarno-epidemiologicznych powinno być ważne dla każdego restauratora, a więc również i dla kelnera. Powodzenie bowiem jego i dobrobyt, a także perspektywa dalszej pracy zależy bezpośrednio od powodzenia jego chlebodawcy. Cóż jednak wymagać od dupka w fartuszku? O ile się tylko da trzeba go po prostu ignorować.

Wszyscy kelnerzy panicznie boją się psów, co wciąż się utrwala przy okazji każdego kolejnego rozdarcia nogawki spodni przez leżącego pod stolikiem zwierzaka, jakże często nazywanego najlepszym przyjacielem człowieka. Ha, ha, ha. Już to widzę. Ten człowiek zazwyczaj zakłada psu obrożę z kolcami, która przy każdym ruchu wbija mu te kolce w szyję. Równie często zakłada na buzię kaganiec, który uniemożliwia jedzenie. Ciekawe co by ci kochani opiekunowie powiedzieli gdyby tak im kagańce pozakładać. Pewnie by się bardzo z tego ucieszyli, byli dumni z wyróżnienia, a może by nawet pieśni o tym śpiewali. O ile byliby w stanie pysk otworzyć. Ha, ha, ha.

Nie będę się rozwodzić nad niehumanitarnym wiązaniem psów na łańcuchach, nad tresowaniem ich przy pomocy kija, pałki, lub bata ani nad karmieniem zlewkami, lub brakiem karmienia. O tym wszystkim można by pisać długie elaboraty, raporty, wzruszające reportaże, lub krwawe donosy. Można by, ale z góry wiadomo, że niczego to nie zmieni. Jakby z przekory mówiono ostatnio w telewizji o strzelaniu do biegających luzem psów na terenie pewnej miejscowości co już doprawdy jest szczytem hipokryzji społeczeństwa mieniącego się humanitarnym.

Po zaspokojeniu pragnienia chciałem pójść swoją drogą gdy usłyszałem jak jeden kucharz mówił do drugiego, że wygląda jakby dopiero co wstał z łóżka.

- Jasne - odpowiedział tamten - zawsze można powiedzieć, że ktoś wygląda tak jakby dopiero się obudził, albo że zachowuje się jakby wypił pół litra, albo też w końcu każdego można oskarżyć o gwałt, bo cieszy się tak jakby dopiero skończył gwałcić nastolatkę.

- Ale dojebałeś do pieca - powiedział pierwszy z kucharzy. - Przecież żartowałem - dodał wyjaśniająco, a potem wsadził sobie słomkę do nosa i wciągał cukier albo sól rozsypaną na stoliku. Wolałem nie przebywać zbyt długo w pobliżu kuchni, bo to zawsze wiąże się z ryzykiem oskarżenia o kradzież, więc poszedłem dalej.

Na ulicy Mariackiej zobaczyłem w szklanej szafce prześlicznego kota z bursztynu. Był miodowej maści, a gdzie niegdzie miał mlecznobiałe łaty, co nadawało mu doprawdy słodkiego wyglądu. Cała ulica Marysi aż pojaśniała od blasku jaki się wokół niego roztaczał. Artysta nie zapomniał nawet o wąsach, które wykonał z cieniutkich srebrnych nitek. Wystarczyło spojrzeć temu kotu w oczy, a widziało się w nich ciepło słońca, miskę mleka i górę tłustej wątróbki. Aż mi dreszcze chodziły po plecach od tego patrzenia.

Potem zobaczyłem Czesława z Lidią. On trzymał Kasię na barana i śpiewał jej skoczną piosenkę, bo dziewczynka najwyraźniej znudziła się zwiedzaniem miasta i kaprysiła. Lidka natomiast z wielkim zainteresowaniem oglądała bursztynowe kolczyki. Ach te kobiety. Gdybym tylko mógł to kochałbym je wszystkie.

Za nimi wolnym krokiem posuwały się Marta z Iwoną. Wyglądały raczej na znudzone, bo tylko od czasu do czasu zerkały na co większy kawałek bałtyckiego złota, tylko chwilami rozbłyskały im oczka na widok ślicznego pierścionka, a najwięcej uwagi poświęciły latarni morskiej z białego i złotego bursztynu, rozważając ile zgodziłby się za nią zapłacić Karol gdyby otrzymał wreszcie honorarium za ostatnią książkę.

Kamil natomiast zatrzymywał się przy każdej wystawie i podziwiał srebrzyste szable, błyszczące kielichy, miodowo-wiśniowe karabiny i pistolet ze srebrną lufą. Ten chłopiec z całą pewnością będzie oficerem.

Zatrzymałem się nad Motławą nie wiedząc w którą pójść stronę. Ileż bym dał żeby ten leniwiec czas nie wlókł się tak paskudnie. Za dziewięć dni będzie tu się odbywać targowisko próżności, jarmark cudów, handlowanie żywym towarem, sprzedawanie ubrań, wyprzedawanie resztek kolekcji, wciskanie kitu, nabijanie w butelkę, naciąganie skóry, grzebanie w portfelach i szukanie w kieszeniach. Dzieci będą biegały, bachory będą wrzeszczały, ojcowie będą pili piwo, a żony będą im ględziły, że są chciwi, pozbawieni romantyzmu, przyziemni, głupi, ordynarni, więc najlepiej zrobią jak już zamkną swoje mordy na trzy spusty i cztery kłódki.

Kilka najbliższych ulic zabudują straganami aż po ulicę Straganiarską, a nawet dalej. W kilku miejscach będą piekli kiełbaski. Zapach będzie się rozchodził po całym mieście. Wszystkie myszy z całego powiatu będą nocami przemykać obok rodowych sreber, białych kruków i obrazów dostojnych przodków w poszukiwaniu koszy z chlebem, albo śmierdzących serów. Spełnią się wszystkie proroctwa wygłoszone po wielokroć przez natchnionych wieszczów o tym, że jedni będą spali na chlebach, a drudzy będą zbierali okruchy z podłogi.

Najprzyjemniejsza dla nosa i podniebienia strefa gastronomii znajduje się wtedy obok katedry. Z własnego doświadczenia mogę to solennie poświadczyć i zagwarantować jakość posiłków. Raz tylko naciąłem się na chlebie ze smalcem, który musiał być stary, albo był źle przechowywany, bo wymiotowałem przez cały wieczór jak stary pijaczyna.

Skręciłem więc w prawo, a zaraz potem wszedłem w ulicę Chlebnicką. Nie było tam aż tak wielkich tłumów, no i właśnie o to chodziło. Chociaż turyści tych miejsc wcale nie omijają, ale widocznie zwyczajnie miałem szczęście. Wstąpiłem do znajomego posterunku policji. Serwują świeże mleko, a gdy się ma odrobinę szczęścia to można się załapać na śmietankę do kawy.

Wszyscy funkcjonariusze znają mnie doskonale, bo jestem u nich częstym gościem. Niektórzy z nich nazywają mnie recydywistą. Słowo to oznacza człowieka, który nie ma gdzie ani do kogo wracać po odbyciu kary, więc jedynym logicznym rozwiązaniem wchodzącym w grę pozostaje powrót do paczki. Zawsze jest tam na czym spać, jest co do pyska włożyć, a można też w karty pograć z kolegami. Za kołnierz nie pada, po korzonkach nie wieje, buty nie przemakają na śniegu, czyli dla wielu ludzi odrzuconych przez bogate i samolubne społeczeństwo jest to doskonałe miejsce na spędzenie życia w miłym gronie przyjaciół.

Wychodząc zauważyłem, że posterunek mieści się przy Piwnej, a całe życie myślałem inaczej. Ten prezydent miasta podobno jest taki bystry, a nie potrafi doprowadzić do porządnego oznakowania miasta. Powinni postawić specjalne tablice z informacją gdzie jaka ulica się kończy, a jaka zaczyna. Widziałem już wielu błądzących turystów, którzy nie potrafili za żadne skarby trafić we właściwe miejsce. Najlepiej zachował się w takiej sytuacji pewien harcerz. Gdy stwierdził z rozbawieniem, że się zgubił, to nadal beztrosko maszerował ulicami rozpowiadając wszystkim, że ma przy sobie wszystkie pieniądze i karty płatnicze całej drużyny, więc niech to oni się martwią i szukają go tak długo aż znajdą.

Wyszedłem razem z aspirantem Maćkiem, który wyprowadzał pana Staszka. Ja wychodziłem z komisariatu po jednej godzinie, a pan Staszek po czterdziestu ośmiu. Nikt tak nie potrafi wyszukiwać tanich noclegów. Jedynym kosztem jest brak dostępu do napojów wyskokowych. Dlatego pan Staszek mówił do aspiranta, że wyskoczy na flaszkę do kumpla, a potem zaraz wróci, bo go znowu zgarną spod mostu, przywiozą do Izby, a jak się później będzie znowu rzucał to go dadzą na dołek, aby sobie żadnej krzywdy biedak nie zrobił.

Z Piwnej skręciłem w Kramarską, żeby dotrzeć do Neptuna. Musiałem z nim pogadać o podróży do Kamili. Na Motławie działa prom, który przewozi pasażerów na druga stronę do Muzeum Morskiego, a także do portu jachtowego, oraz do Filharmonii. Kiedyś bardzo często korzystałem z tego promu, ale pewnego razu skoczyłem długim susem na pokład i schowałem się za ławką, a gdy statek dobił do brzegu to się okazało, że jestem po drugiej stronie Zatoki Gdańskiej. Cała ta przygoda mogłaby stać się dla mnie koszmarem, ale na szczęście spotkałem Kamilę.

Ta dziewczyna zawróciła mi w głowie, więc kiedy tylko nachodzi mnie chandra wybieram się do niej jak do źródła leczniczej wody. Miłość to najpiękniejsze uczucie na świecie, to najprawdziwszy zew natury. Czasami wydaje mi się, że czuję zapraszający mnie, wzywający zapach Kamili przez cała Zatokę Gdańską. Myślę, że przy sprzyjających wiatrach jest to zupełnie prawdopodobne, a nawet wręcz pewne. Nigdy bym przecież nie pomylił woni mojej ukochanej z żadnym innym zapachem. Kochany Bóg dobrze wiedział jakie zmysły komu podarować, w jakie zdolności go uzbroić, jaki organizm dla każdego stworzyć. Dzięki ci Boże za te wszystkie dary.

Zupełnie łatwo udało mi się przejść przez ogrodzenie strzegące spokoju Neptuna.

- Witaj władco - powiedziałem uniżenie.

- Kto do mnie mówi? - zapytał król.

- To ja - odpowiedziałem.

- Nie widzę - powiedział Neptun - podejdź bliżej.

- Mam prośbę - powiedziałem robiąc krok do przodu.

- Bliżej - zarządził władca.

Wdrapałem się więc na cokół, aby mógł mnie w końcu dojrzeć. Gdy wreszcie zlokalizował mnie u swych stóp, to przyglądał się chwilę, potem zmarszczył czoło i myślał. Czekałem na jego reakcję. Mali przywykli do cierpliwego oczekiwania na decyzje wielkich.

- Czego więc chcesz? - zapytał Neptun drapiąc się przy tym po brzuchu.

- Chciałbym prosić o spokojne morze podczas mojej wyprawy na drugą stronę zatoki. Jestem nie tylko mały i strachliwy, ale na dokładkę bardzo źle znoszę kołysanie. W dzieciństwie moja piastunka zbyt mocno bujała kołyską i przez to nabawiłem się alergii na wszelkie wahania poziomu, która objawia się nie tylko dolegliwościami trawiennymi, ale również wywołuje pryszcze na całym ciele, w tym również na języku, co jest niezwykle nieprzyjemne, a nawet bolesne. Ponadto dostaję gorączki i dreszczy, przy czym kręgosłup mi sztywnieje, co powoduje, że dreszcze wstrząsają głową, aż mi wszystko lata przed oczami. Muszę tu również wspomnieć o luzowaniu się zwieraczy, co powoduje bardzo nieprzyjemne konsekwencje.

Gdy skończyłem mówić Neptun przez długą chwilę milczał, potakując głowa jakby dla lepszego rozważenia mojej sytuacji.

- Moja małżonka też nie lubi morskich podróży - powiedział w końcu jakby do siebie, mrucząc tak niewyraźnie, że ledwie go można było zrozumieć.

- Pokorne uszanowanie dla drogiej małżonki - podchwyciłem temat.

- Dziękuję, dziękuję - odpowiedział Neptun. - Właśnie dlatego zazwyczaj przychodzi mi przemierzać moje królestwo samotnie, bez dworu doglądać włości, gdyż dworzanie lubują się w kontemplowaniu zachodów słońca odbijających się poetycko w oczach królowej. Przyznać muszę szczerze, że taka sytuacja nawet mi odpowiada. Te wszystkie nadęte gaduły tylko by mi przeszkadzały. Niech sobie ględzą w Sejmie i Senacie, a mnie pozostawią sprawowanie władzy. Tylko na sobótkę do Jastarni Prozerpina jedzie razem ze mną ze względów prestiżowych.

- No więc proszę o łagodny stan morza - przypomniałem.

- A tak, mój mały - powiedział król - nie ma sprawy. Masz to jak w banku - dorzucił i roześmiał się tak donośnie, że wszystkie gołębie z pobliskich domów wzbiły się chmurą w powietrze i krążyły nad ulicą.

- Dziękuję - zawołałem uradowany, po czym szybko zszedłem z postumentu by ruszyć w stronę przystani.

Neptun dotrzymał danego mi słowa. Podróż przebiegła nadzwyczaj gładko i bez niepotrzebnych rewelacji. Tylko gość od rzucania cumy krzywo na mnie spojrzał, ale ponieważ natychmiast zniknąłem mu z oczu chowając się na najniższym pokładzie, nie zainteresował się więcej moim losem.

Hałas był tam tak okropny, że musiałem rozerwać jedno z siedzeń by zagrzebać się w mięciutkiej gąbce. To stłumiło nieco dźwięki dobiegające z maszynowni. Zastanawiałem się jak załoga statku wytrzymuje pracę w tak trudnych warunkach. No chyba, że zatrudniają samych głuchych. Ha, ha, głucha załoga, to by był dopiero widok. Ktoś z pasażerów zauważa człowieka w wodzie i wszczyna alarm biegając w tę i z powrotem po pokładzie i wołając roztrzęsionym głosem, że widział człowieka za burtą, a załoga statku tylko głupio się uśmiecha i puka w czoło.

Pewnie trzeba by takiego głuchego marynarza złapać za mordę, pchnąć na burtę statku i pokazać gdzie ma patrzeć żeby zobaczył topielca. No chyba, że topielec by tym czasem poszedł na dno. Z drugiej jednak strony to oni powinni dziękować stwórcy, że nie mają nazbyt wrażliwego słuchu, bo by powariowali od tych wszystkich hałasów. Każde dudnienie obcasów po pokładzie, zwłaszcza na schodach, wywoływało u mnie bolesne dreszcze.

W końcu statek zawinął do portu. Wszyscy zaczęli się tłoczyć przy drzwiach, a ja mogłem sobie wreszcie chwilę odpocząć. Zamknąłem oczy by łatwiej było rozluźnić mięśnie pleców i karku. Pomyślałem o moim przyjacielu Brysiu, który pewnie wylegiwał się w dużym pokoju i proszącym wzrokiem terroryzował panią Marię w celu uzyskania korzyści materialnej, czyli krótko mówiąc w celu wymuszenia łapówki ze stołu.

Potem zobaczyłem łapy umorusanego smarami marynarza, który mnie wpychał do beczki z lodem. Usiłowałem się wyrwać, wywinąć jakoś, ale on był silniejszy. Wykrzywił pysk w tak strasznym grymasie, że aż wszystkie zęby wyszły mu na wierzch. Nigdy nie sądziłem by to było możliwe. Chyba mu ktoś rozwalił tą gębę, bo normalny człowiek tak nie wygląda. Już raczej zombiak.

Darłem się w niebogłosy, ale on na nic nie zważał. Gdy już mnie umieścił w beczce wypełnionej do połowy solą i lodem to szybko założył pokrywę i kilkoma uderzeniami pięści dobił ją mocno. Przewrócił beczkę by turlać ją po pokładzie, a ja przewracałem się w tym młynie razem z solą. Wyglądało na to, iż chce ze mnie zrobić tatara na żywca.

Gdy na statku znowu uruchomiono maszynownię obudziłem się przerażony i z potwornym jazgotem kilkoma susami wypadłem spod pokładu, przeskoczyłem przez burtę, wylądowałem na molo pomiędzy ciekawskimi gapiami i pobiegłem ku najbliższym krzakom by opróżnić wnętrzności, bo z tego stresu wzięło mnie na wymioty. Tej podróży szybko nie zapomnę. Już chyba nigdy nie zdobędę się na ponowną podróż morską.

A przecież sam słyszałem jak Rafał zachwalał Asi uroki żeglowania, jak nabijając fajkę nową porcją tytoniu opowiadał o niezapomnianych wrażeniach w czasie rejsu w górę Wisły, a Maurycy śmiał się do rozpuku pokazując gestem dokąd sięgała im woda gdy musieli łódź spychać z mielizny. Najwyraźniej nie dla mnie były takie morskie przygody. Wolę ciepłe miejsce przy piecu.

Ulicą Portową doszedłem do ulicy wieszcza Adama, który też nie lubił żeglowania, a jeżeli już musiał to tylko po morzu traw. Gdy się tak nad tym zastanawiam dochodzę do wniosku, iż biblijna przeprawa przez Morze Czerwone miała miejsce raczej na falach wybujałej trawy, a spisał całą historię równie wielki poeta Mosze. Gdy wiatry zawiały, trawy falowały dając złudzenie topieli. Naród wybrany bał się morza, lepiej czuł się na pustyni, więc może dlatego nasze rządy tak zaniedbują gospodarkę morską, a kraj zamieniają w pustynię. Łatwiej spragnionym ludziom dać wodę niż statki i kutry. Tą oczywistą wiedzę pewnie wywiedli z księgi.

Z pewnym wysiłkiem wdrapałem się na drzewo aby z góry rozejrzeć się po okolicy i ustalić kierunek marszu. Nad miastem z jednej strony czuwała wieża kościoła, z drugiej wieża latarni morskiej, a jeszcze dalej dumnie pierś wypinała wieża obserwacyjna Straży Granicznej. Potem długo, długo nic, same niepozorne dachy domów, najczęściej z czerwonej blachy imitującej dachówkę, niższe lub wyższe drzewa, aż daleko na wschodzie, biorąc pod uwagę porę dnia i pozycję słońca, pyszniła się kolejna wieża, zwieńczona tarasem widokowym, z którego można było obserwować całą zatokę, czyli osobista wieża obserwacyjna jaśnie nam panującego pana prezydenta.

Żołądek mi mówił, że pora już zrobiła się późna. Kamila pewnikiem doczekać się nie może gości. Trzeba się było pośpieszyć. Zszedłem więc z drzewa i pomaszerowałem na wschód, wbrew konwencji tyłem się obracając ku zachodzącemu słońcu. Ono nie pozostało mi dłużne, zauważając afront, schowało się za chmurą, a zaraz potem zeszło z nieba schodami prowadzącymi aż za horyzont. Chmura widząc to upadła na plecy i wierzgała łapami z uciechy. Mnie to jednak wcale nie zmartwiło gdyż doskonale widzę w ciemności, a czego nie dojrzę to węchem wyczuję.

Wraz z gęstniejącym mrokiem znikały ze świata kolory. Czerwony, niebieski i zielony stały się jednolitą czernią. Większość ludzi pochowała się w domach, tylko nieliczne pary przytulały się do siebie spacerując wolno noga w nogę. Wstąpiłem na ścieżkę rowerową, gdzie nocą można było swobodnie maszerować nie obawiając się reflektorów samochodowych, od których zawsze bolała mnie głowa.

Ogród krasnali zauważyłem z daleka. Postawiono w nim pełno małych lampek solarnych, które zapalają się o zmierzchu i świecą do późnej nocy. Dzięki tej iluminacji ostatni odcinek drogi przebyłem biegnąc, nie mogąc doczekać się spotkania z Kamilą. No i nie zawiodłem się. Czekała z pyszną kolacją. Śmignąłem obok leniących się drwali, przeskoczyłem prze mur z gazonów i kwiatów, skręciłem nieopodal wiatraka, przy którym brodaty pisarz notował coś w swoim kajecie. Pewnie sprawdzał obecność na liście gości.

Kamila pogładziła mnie pieszczotliwie po głowie, po czym podsunęła mi świeże skrzydełko mewy. Cóż za rarytas! Podzieliłem się z nią tym frykasem, więc rozkosznie mruczała oskubując piszczele z pachnącego mięska. Na deser miały być dwie suszone myszy, ale od razu rozpoznałem cuchnący zapach arszeniku. Kamila była zdegustowana i przepraszała za ten nietakt. Nigdy jeszcze nie spotkała się z takim przypadkiem. Na szczęście byłem bardziej doświadczonym prze życie kotem. Zostawiliśmy zwłoki myszy innym dzikusom, a sami poszliśmy na romantyczny spacer szlakiem wyłaniającej się zza chmur drogi mlecznej. Mniam.

Wróćmy jednak do spotkania blogerów. Z nazwiskami niektórych uczestniczek nadmorskiego spotkania z książką już się kiedyś zetknąłem.[8] Mieszkająca pod Gdańskiem Anna jest od dawna moją dobrą znajomą, która wprowadzała mnie w tajniki wiedzy o magicznych kartach i starożytnych japońskich drzeworytach. Gdy przyjechała do nas na prowincję bardzo interesująco opowiadała o swoich książkach i poruszanych w nich tematach. Zazwyczaj chodziło o tajemnicze morderstwa, w których tle ważną rolę odgrywały dzieła sztuki.

Poza kryminałami napisała też nieco opowiadań tchnących grozą już od pierwszej strony, a także opowiedziała historię pewnej znanej mi ze słyszenia czarownicy prowadzącej schronisko dla kotów. Darzę wielkim sentymentem takie miejsca, bo wielu moich przyjaciół dzięki nim uniknęło zimowego zamarzania pod silnikami samochodów, które stygną tym szybciej im większy jest mróz i silniejszy wiatr. Ratunkiem jest wtedy zagrzebanie się w śnieżnej zaspie z nadzieją, że ktoś zabierze zmarzniętego kotka do domu wcześniej niż na wiosnę.

Magdalena natomiast jest moją przewodniczką po świecie kochających kobiet, szkolenia żon i nieustającego wyścigu z nieprzekraczalnymi terminami wyznaczanymi przez redakcje wydawnictw książkowych. Zostałem fanem Szarego. Szary to wielki kot. Jest bardzo puszysty. Prowadził agencję towarzyską dla bezdomnych kotów. Dzięki niemu poznałem rozkosz podglądania ślicznych kociaków przez otwarte okno. Musiałem wdrapywać się na dach garażu żeby cokolwiek zobaczyć.

Równie bliską mi osobą od wielu lat jest inna Anna, która jako mieszkanka Kociewia została moja sąsiadką, bo ja mieszkam na Kaszubach. Dzięki niej "Już nie uciekam" przed życiowymi kłopotami, a raczej wierzę, że "To się da!" i chociaż nie zapominam wciąż o "Szeptach dzieciństwa", to raczej staram się unikać "Złodziejki marzeń". W ostateczności, gdy dzień jest bardzo nużący i nadzwyczaj długi to pogrążam się w leniusiołkowaniu. To lubię najbardziej.

Nieco dalszymi znajomymi, choć również bardzo przeze mnie szanowanymi za ich niebywały wkład w rozwój literatury, są Agnieszka oraz Marta.[9] Jedna zapoznała mnie ze światkiem brutalnych przestępców oraz karateków, a także nauczyła wierzyć w niepodważalną prawdę, iż "Zwłoki powinny być martwe". Muszę przyznać się do pewnego zauroczenia ta pisarką, za jej śliczne opowiadanie "Zdrowie konia", które ugruntowało we mnie wiarę w ludzi. Jako "Literat", bo przecież nie litaratka, została zaproszona do organizowanej akcji promowania czytelnictwa, w tym akurat przypadku czytelnictwa na plaży, a więc w bardzo miłych okolicznościach, co było genialnym pomysłem Zuzanny, obecnie bibliotekarki w Gdyni.[10]

Druga, czyli Marta, pozwoliła mi wniknąć nieco w świat warszawskich mediów, biznesu i sztuki, dzięki czemu stałem się odrobinę mniej prowincjonalnym kotem. Jej książka "Morderstwo i cała reszta" pozostawiłaby mnie na granicy rozpaczy egzystencjalnej gdyby nie nadzieja, że jednak jest inne wyjście dzięki książce "Sztuki i sztuczki". W dzisiejszych czasach bez sztuczek niczego się nie osiągnie. Skoro mówi to politolog, romanistka i ekonomistka w jednym, to trzeba jej wierzyć. Być może pisanie tych wspomnień stanie się moją sztuczką. Mam taką nadzieję. Zresztą każdy autor ma taką nadzieję.

Nie poznałem tych pisarek na tyle jednak blisko aby dokładnie móc wyliczyć ich w kolejności według wieku ich potomstwa. Wynikało to z braku chęci autorek do łączenia swego życia prywatnego z twórczością literacką i życiem publicznym, że się tak niestosownie wyrażę. Coś mi się przypomina o młodzieńcu zaplątanym w leżak plażowy podczas spotkania literackiego w Gdyni na Skwerze Kościuszki, jednak nie mam zielonego pojęcia ile on już teraz może mieć lat.[11] Wtedy był ślicznym chłopczykiem, który bardzo lubił głaskać koty i podtykać im różne smakołyki. Już przy pierwszym z nim spotkaniu poznałem po zapachu, że jest dobrym znajomym mojego kuzyna Puszka, zwanego Puszysławem. Zwanego też Szarym przez kocią mafię. O tym dowiedziałem się jednak znacznie później.

Zdawałoby się bliska lub nieco dalsza znajomość z pisarkami nie wywoływała jednakowoż adekwatnych znajomości ze współmałżonkami. O ile czytelnicy potrafią się platonicznie zakochać w autorce ukochanej książki, to w stosunku do małżonka uczucia te wcale nie są takie jednoznaczne. Współmałżonek jest przecież tą osobą, która angażując czas pisarki w innych polach niż pisanie, staje się cenzorem jej poczynań, nierzadko wzywającym do gotowania obiadu podczas niepowtarzalnej chwili niebiańskiego natchnienia. W tym przypadku interesy żony i pisarki stają w sprzeczności.[12]

Na stacji kolejowej oprócz Anity czekały na mnie jeszcze dwie Beaty, które były inicjatorkami spotkań nadmorskich z książką.[13] Anita była w białej bluzeczce. Na rozkosznym nosku miała ślad od okularów. Pewnie używała ich do czytania i pisania. Na jej botkach wyczułem wyraźny zapach kota. Jedna była w sweterku i czarnych spodniach, natomiast druga założyła niezwykle kolorową sukienkę przywodząca mi na myśl tropikalną puszczę. Wydaje mi się, że zobaczyłem na tej sukience całe mnóstwo mieniących się wszystkimi kolorami motyli. Doprawdy, prawdziwe cudo. Taka sukienka mogłaby służyć za kamuflaż podczas safari w tropikach.

- Dzień dobry - wymruczałem.

- Bardzo nam miło - powiedziała Beata w imieniu wszystkich dziewcząt.

- Bardzo dziękuję za zaproszenie. Jestem zachwycony możliwością udziału w tak pomysłowym spotkaniu literackim - powiedziałem z wielką radością jaśniejącą na mojej mordce.[14]

- Nie ma co dziękować. To my jesteśmy wdzięczni za uatrakcyjnienie naszej imprezy - powiedziała Beata.[15]

- Chodźmy, bo nas noc tu zastanie - dorzuciła Anita.

- No właśnie, chodźmy - przyznałem.[16]

Zabraliśmy moje bagaże. Miałem kilka książek o kotach, które zamierzałem podarować uczestnikom spotkania. Zapakowałem je do torby podróżnej z kółkami. Taką torbą bardzo łatwo można przewozić nawet ciężkie bagaże niczym dwukółką. Mam taką przypadłość, że często widzę rzeczy inaczej niż wyglądają one w rzeczywistości. Siebie samego też widzę zupełnie inaczej niż widzą mnie inni. Jestem pewien, że jest to pewnego rodzaju defekt umysłowy, dzięki któremu wydaje mi się, iż jestem wyjątkowy, niepowtarzalny, może nawet dziwaczny. Zresztą widziałem już wielu dziwaków.[17]

Ruszyliśmy ulicami Sopotu w kierunku domu na plaży nazywającego się "Zatoka Sztuki". Beaty razem chwyciły za torbę, a ja wykorzystałem moment i jednym susem wskoczyłem na moją dwukółkę, bo nie miałem zamiaru iść tak daleko pieszo, a nie chciałem też nadmiernie wykorzystywać kochanych pań i zmuszać ich do niesienia mnie na rękach.[18]

Po drodze dołączył do nas Alan, który natychmiast przejął na siebie obowiązek ciągnięcia mojej torby. Dobrze wychowany z niego młodzieniec. Od razu poszliśmy szybciej. Byłem pewien, że zaraz się zasapie, lecz szybki marsz wcale nie robił na nim wrażenia. Panie ledwie za nami nadążały. Po dłuższej chwili milczenia Alan zaczął nagle opowiadać o swoich zamierzeniach na ten dzień.[19]

Mówił, że będzie przez cały dzień dokumentował przebieg wydarzenia za pomocą cyfrowej kamery filmowej. Zrobi z tego film, który opublikuje w Internecie. O tym dniu nad morzem będzie się mógł dowiedzieć cały kraj, a nawet cały świat. W każdym razie dowiedzą się o nim wszyscy miłośnicy książek śledzący wydarzenia na blogach i portalach społecznościowych. Współczesna komunikacja jest szybka, niezawodna, a także bardzo prosta w zastosowaniu, chociaż wydaje się taka niepojęta.[20]

- Gdybym był tamtego dnia z kamerą gdy Alek miał ten wypadek, to być może udałoby się wszystko wyjaśnić. Jego najbliżsi nawet nie wiedzieli, że on pojechał na spotkanie literackie - emocjonował się Alan z wypiekami na twarzy. - Pojechali do rodziny na imieniny. Wrócili następnego dnia i zastali słynnego Artoura zawiniętego w bandaże i bredzącego jakieś niezrozumiałe bzdury.[21] Nawet nie było całkowitej pewności, że to jest on.

Akurat w tej chwili gdy zdarzył się wypadek nikogo nie było na balkonie. Wszyscy ciągle chodzili w tą i w tamtą, palili papierosy, zażywali świeżego powietrza, podziwiali widoki, wypatrywali statków i jachtów na morzu, a gdy mogliby być potrzebni i udzielić pomocy potrzebującemu to nikogo akurat nie było.

- A kiedy to miało miejsce? - zapytałem.[22]

- Dokładnie rok temu - odpowiedział.[23]

- Przez cały rok nie wyzdrowiał? - byłem bardzo zdziwiony.

- Otóż właśnie nie wiadomo. Zaszył się nie wiadomo gdzie, albo może jego gdzieś ukryli, żeby się nie pokazywał publicznie. W tajemnicy siedzi gdzieś i obserwuje reakcje innych. Sprawdza jak dotychczasowi fani reagują na jego zniknięcie. Niektórzy blogerzy roznoszą plotkę, jakoby chciał owinąć się kocem dla osłony przed morskim wiatrem i wtedy się zaplątał w ten koc i wypadł z balkonu.

- Wypadł z powodu koca? - nie mogłem uwierzyć.

- W tajemnicy mówi się też o duchu - powiedział Alan konspiracyjnym szeptem.

Całe szczęście, że dziewczyny szły nieco z tyłu i były zajęte rozmową. One żyły już dzisiejszym dniem, a nie wspomnieniami o mrocznych wydarzeniach mających miejsce rok temu. Kobiety są jednak bardziej praktyczne, bardziej przyziemne i rzeczowe.

- Duch wypchnął go z balkonu? To chyba jakieś żarty - powiedziałem z wyraźnym sceptycyzmem w intonacji głosu.

- Nie wypchnął tylko zawrócił w głowie - odpowiedziała Alan. - Z powodu duchów nie jeden facet stracił głowę, prawda? Zwłaszcza, że miał to być duch niezwykle pociągającej młodej kobiety.

- Aż tak bardzo pociągająca, że go pociągnęła w dół? - nie dowierzałem słowom, które słyszałem.

- Raczej sprowokowała do nieostrożnego zachowania, a może nawet do szaleństwa - powiedział młody mężczyzna. - Zauroczenie było przyczyną wielu kłopotów nawet bardzo rozsądnych i odpowiedzialnych osób.

- Słyszałeś może o innych takich przypadkach w tym miejscu?[24]

- Nie - odpowiedział po chwili zawahania.[25]

- Nie słyszałeś o żadnych tragediach na plaży? O szalonych kochankach, nawiedzonych matronach, wściekłych czarownicach?[26]

- Niestety nie.[27]

Cała ta historia wydała mi się jakaś zaplątana, mroczna, a równocześnie bardzo mglista, to znaczy roztaczająca się na nieokreślonych terenach w niewiadomy sposób, przynosząca ze sobą wilgotne powiewy chłodu, które wywołują nieprzyjemne dreszcze, a równocześnie rozwiewająca się przy każdej próbie logicznego jej wyjaśnienia.

Miałem już kiedyś do czynienia z taką sprawą. Prowadziłem wtedy śledztwo w sprawie morderstwa. Zamieszanych w nie było pełno różnych osób i w żaden sposób nie można było rozwikłać wszystkich zależności pomiędzy podejrzanymi. Kilku kolejnych policjantów badało sprawę i każdy z nich przekazywał akta przełożonym z prośbą o oddanie jej komuś innemu.

Ofiarą była młoda kobieta, która zamordowano w prywatnym mieszkaniu pewnego dostojnika. Więcej informacji na temat personaliów nie wolno mi ujawnić. W każdym razie z zeznań wynikało, iż zamordowana feralnego dnia była obecna na miejscu zbrodni w roli osoby piorącej tapicerkę, pomimo iż wielokrotnie bywała tam wcześniej jako zaufana asystentka. Ta dwoistość ról nie dawała się niczym wytłumaczyć.

Kolejni śledczy brnęli w absurdalne teorie spiskowe. Im więcej było teorii pozorujących wyjaśnianie zbrodni tym dalej było do jego wyjaśnienia. Sprawa z całą pewnością trafiłaby wkrótce do archiwum jako nierozwiązana.

Wtedy ja się pojawiłem. Rozpocząłem inwigilację kolejno wszystkich podejrzanych. Zostawałem na noc w czyimś gabinecie, ukryłem się za kanapą lub na szafie, zostałem pod stołem gdy wszyscy wychodzili, stawałem za firanką lub wślizgiwałem się do szafy. Moje działania operacyjne trwały dość długo, były uciążliwe, jednak wykonywałem je bardzo sumiennie i nadzwyczaj starannie.

W końcu ujawniłem spisek pracowników firmy sprzątającej, a dokładniej piorącej dywany i meble tapicerowane. Z powodu prania tapicerki urzędnicy musieli opuszczać swoje biura i gabinety. Wtedy sprytne praczki włamywały się do komputerów i kopiowały poufne dane. Właśnie podczas takiego procederu ofiara morderstwa została przyłapana na gorącym uczynku i zamordowana, aby nie zostały ujawnione dokumenty do których uzyskała nielegalnie dostęp.

W wyniku mojego śledztwa nie tylko zatrzymano i ukarano przedsiębiorcze praczki, ale również ujawniono aferę kryminalną w magistracie. Rezydent ratusza został aresztowany, a mieszkańcom miasta zafundowano przedterminowe wybory.

- Coś jeszcze wiesz na ten temat? - zapytałem.[28]

- Absolutnie![29]

- Coś tak jakbyś się zawahał zanim odpowiedziałeś.[30]

- Wcale nie. Tylko te dziwaczne opowieści nie dotyczą Artoura - wydukał.[31]

- Jak to nie z nim? No to z kim?

- Raczej z czym - powiedział Alan. - Łączy się z budynkiem, w którym odbywają się nasze spotkania z książką.[32]

Jego słowa mnie zaskoczyły. Sądziłem, iż problemem jest osoba Alka, który zachował się nieostrożnie przebywając na wysokości. Każdy pracownik pracujący na wysokości co najmniej dwóch metrów musi poddawać się specjalnym badaniom lekarskim, przy czym oprócz badania krwi i moczu bada się wzrok, słuch, poczucie równowagi, a także poddaje się pacjenta badaniu psychologicznemu. Iluż to pracowników spotyka się z restrykcjami ze strony służby zdrowia, ograniczeniami czasowymi zgody na pracę, przez co muszą oni częściej się badać, a także podejmować próby poprawy stanu swojego zdrowia. Wszystko to ma prowadzić do wydłużenia zdrowia i życia, bowiem nadmierny poziom cukru we krwi lub inne niekorzystne czynniki mogą nie tylko pogorszyć poziom życia ale nawet zagrozić owemu życiu.

- Dom? Co ma tu do rzeczy dom?[33]

- Może to i dziwne, aczkolwiek ciebie nie powinno to dziwić. Kot gadający ludzkim głosem to dla większości ludzi dziwność nad dziwnościami, chociaż niektóre tresowane zwierzęta można nauczyć wymawiania słów. Wiele zwierząt można też nauczyć wykonywania różnych prostych czynności. Sam jednak przyznasz, że prowadzenie intelektualnej dyskusji z kotem to raczej fantazja niż rzeczywistość dla większości ludzi. Takie dziwne sprawy to dla ciebie chleb powszedni.[34]

Nie chodzi mi tu bynajmniej o wyciąganie od ciebie jakichkolwiek tajemnic związanych z naturą twojego życia ani też psychologicznych niuansów postrzegania przez większość społeczeństwa. Chodzi mi raczej o wiedzę na temat miejsc, w których tajemnicze rzeczy dzieją się nocą, a tylko drobne ich odpryski skutkują czymś za dnia. Mam tu na myśli domy nawiedzone.[35]

Ze względu na tak zwane nocne życie powinieneś być wybitnym specjalistą w tej dziedzinie. Żaden człowiek nie widzi tak dobrze w ciemności jak kot, żaden też nie ma tak wyczulonego węchu ani nie jest tak drobiazgowym obserwatorem.

- Pewnie masz rację - powiedziałem skromnie.

- Wiesz doskonale, że mam - zauważył Alan.

- Moja inteligencja nie pozwala mi zaprzeczać twoim słowom - stwierdziłem.

- To nie tylko moja opinia.

- Naturalnie. Moja Pańcia byłaby dokładnie tego samego zdania - powiedziałem ze śmiechem.

- Sam więc widzisz.

- Czego więc oczekujesz ode mnie? - zapytałem.

- Liczę na twoją fachowa opinię w tej sprawie.[36]

- No cóż, dziękuje za zaufanie - powiedziałem myśląc jednocześnie, że powinien był bardziej się postarać i znacznie bardziej mnie prosić o udzielenie pomocy, bądź co bądź wybitnego specjalisty od tajemniczych i nawiedzonych domostw. Popularne seriale telewizyjne pokazujące kota jako mało istotnego współpracownika czarownicy spowodowały dewaluację opinii na nasz temat. Ludzie mają brzydki zwyczaj nie doceniać zdolności magicznych kotów. Będę musiał się kiedyś zdecydować na napisanie pracy naukowej na ten temat.

- Będę musiał napić się kawy - powiedziałem spokojnie. - Wtedy lepiej się myśli.

- Napijemy się w "Zatoce Sztuki" jak dotrzemy na miejsce.

Alan wyraźnie czekał na moje słowa w sprawie poruszonego tematu nawiedzonych miejsc. Był to niezwykle interesujący aspekt taj sprawy. Miałem już do czynienia z takimi miejscami. W młodości przytrafiło mi się być adoptowanym przez wiejską wiedźmę. W jej domostwie byłem świadkiem i współuczestnikiem odczyniania uroków, zdejmowania klątw, puszczania krwi, obcinania głów czarnym kogutom, rozmów z wronami, a także wielu innych zdarzeń i magicznych praktyk.

W wiejskiej społeczności czarownica cieszyła się większym autorytetem i szacunkiem niż doktor z przychodni, do którego trzeba było się wyprawiać autobusem do sąsiedniej wioski. Ludzie przychodzili do nas niemal codziennie. Zazwyczaj nie należeli do osób zamożnych, więc płacili mlekiem, jajkami, czasami kurczakami albo koszem warzyw i owoców.