Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj - Tomek Tomczyk

Reflow text when sidebars are open.
Wszystko, co najlepsze w blogosferze, zostało zbudowane na kłamstwie.
Blogosfera jest jedną wielką ściemą, mniej lub bardziej udanym działaniem wizerunkowym poszczególnych blogerów. Jako całość jest tworem istniejącym wyłącznie w teorii. W praktyce - każdy sobie rzepkę skrobie - jesteśmy zaprzeczeniem spopularyzowanej przez Hemingwaya sentencji, jakoby żaden człowiek nie był samotną wyspą, tylko częścią kontynentu. Nas blogerów łączą więzy przyjaźni i interesów, ale nie potrzebujemy tego ani by przetrwać, ani by stać się najlepszymi. Samo pojęcie "dobry bloger" jest niedefiniowalne, podobnie jak - "bloger". Ilu ludzi, tyle definicji. Przyjęło się mówić, że dobry, to taki, którego się czyta. A najlepszy? Najlepszym możesz być ty, wcale nie dlatego, że zasługujesz na to określenie, ale dlatego... że tak zostałeś nazwany. Nieważne przez kogo.
Bardzo często etykietki rozdają media, a dziennikarze byli i pozostaną blogowymi ignorantami, jeśli więc powiesz jednemu z nich, że taki a taki bloger wymiata, on to bezmyślnie powtórzy. Nie sprawdzi źródła, bo i po co. Dlatego do czerwca 2009 roku, kiedy kompletnie olewałem kwestie autopromocji, media się mną nie interesowały. Najpopularniejszymi blogerami byli wówczas ci, którzy mieli w ciągu miesiąca tylu czytelników, ilu do mnie wpadało na co dzień. Nie powiem, było to irytujące, ale zamiast biadolić, wziąłem sprawy w swoje ręce i niech mnie ego kopnie w tyłek, ale od czterech lat blogosfera beze mnie nie istnieje. Pod koniec 2011 roku "Newsweek" określił mnie królem blogerów. A czemu nie? Powieliłem informację, wciąż ją powielam, nigdy nie zaprzeczam, ku rozpaczy moich hejterów oraz tych spod znaku "nigdy nie słyszałem o żadnym kominku". Jestem królem blogerów i doprawdy nie ma żadnego znaczenia, że królem się nie czuję. Takie reguły gry panują w blogosferze.
Najpopularniejszymi blogerami nie są wcale ci najpoczytniejsi. Obojętnie, na jaki ranking spojrzysz, zobaczysz w nim te same twarze i - daję ci słowo - nie będą to blogerzy, którzy wymiatają w statystykach. Sam też nie wymiatam, za to kilka dziewczyn od mody i kulinariów ma tylu czytelników, ilu nie miałbym, nawet gdybym umiał polizać łokieć. Nie ma to znaczenia. Ważne są etykietki, i dlatego najpopularniejszymi blogerami są także ci, którzy mają nie więcej niż 20 tysięcy unikalnych użytkowników miesięcznie.
To nie koniec. Wśród nich są również ci, którzy zarabiają najwięcej. Pojawiło się w mediach całkiem sporo zestawień zarobków. Wszystkie nadają się do kosza, nie tylko dlatego, że podane tam kwoty są wyssane z palca, ale także dlatego, że sami blogerzy są wyssani z palca. We wszystkich znanych mi rankingach najlepiej zarabiających blogerów co najmniej połowa to autorzy, którzy zarabiają na blogu mniej od pani Krysi z warzywniaka. Stan na 2013 rok jest taki, że nie więcej niż siedmiu blogerów potrafi wyciągnąć ponad 200 tysięcy złotych rocznie, choć prawdą jest, że większość z tej skromnej grupy dobija do połowy miliona i w ciągu następnego roku, maksymalnie dwóch lat, przekroczy milion. Za nimi jest grupa kilkudziesięciu blogerów zarabiających rocznie do 150 tysięcy, czyli mniej więcej tyle, ile z etatu wyciąga dobry pracownik korpo. Szału nie ma. Cała reszta to przystawki - blogerzy marzący o kampaniach za dwójkę, żebrzący o gratisy, deklarujący, że zrobią wszystko za nową parę dżinsów. Dzielą się na pazernych, podających stawki z kosmosu, i tanich, łykających wszystko, co da firma. Co ciekawe, jest masa blogerów mówiących, że wyciągają grubą kasę, chwalących się sporymi zarobkami, ale jak przychodzi co do czego, to biorą kampanie i te drogie, i te za kilka stów, zgodnie z regułą, że żaden pieniądz nie śmierdzi.
Beznadziejne zarobki blogerów są prawdą, o czym wiedzą wszyscy poza mediami i czytelnikami. Sam już w 2010 roku byłem blogerem, w największym stopniu komercjalizującym blogosferę, i nie było ani jednej dyskusji o Kominku, w której nie zahaczanoby o temat kasy z prowadzenia blogów, bo sądzono, że zarabiam krocie. Prawda wyglądała zgoła inaczej, bo wielokrotnie w tamtym czasie nie stać mnie było nawet na chleb.
W blogosferze wysokość zarobków nie zależy od tego, ilu masz czytelników i ile banerów na stronie. Nie ma znaczenia, jak długo prowadzisz bloga i ilu znasz ludzi. Nie liczy się twoja wiedza, talent, pracowitość. Możesz być największym idiotą i ignorantem. Możesz być niski, gruby i łysy, ruda, bezzębna i płaska, a i tak masz takie same szanse na odniesienie sukcesu, jak inni. Jeśli nie wierzysz, spójrz na którekolwiek moje zdjęcie. A potem przyjrzyj się tym innym popularnym blogerom. Wszystko sprowadza się do odpowiedniego kreowania wizerunku. Musisz stworzyć własną legendę. Najlepiej prawdziwą.
Chwila moment. Jeszcze słówko w ramach gry wstępnej.
Zanim przejdziesz do lektury książki, musisz wiedzieć jedno.
Zdaję sobie sprawę, że pieniądze są w życiu najważniejsze, nawet jeśli oficjalnie lądują na trzecim miejscu tuż po tak górnolotnych wartościach jak zdrowie i rodzina. Dlatego też mam przypuszczenie, graniczące z pewnością, że kupiłeś tę książkę, bo chciałbyś dowiedzieć się czegoś o kreowaniu wizerunku w sieci i zarabianiu, co jedno z drugim nierozerwalnie się łączy. W porządku. Nie zapominaj tylko, że przygoda z blogiem nie zaczyna się od kasy.
Właśnie dlatego najpierw napisałem książkę o sztuce blogowania, o tym, jak sprawić, by blog stał się stylem życia i sposobem na życie. Świetnie się sprzedała. Tytuł tej książki to Bloger. Znajomość jej nie jest potrzebna do zrozumienia tego, co znajdziesz na tych stronach, i nie śmiałbym sugerować, byś marnował swój czas na czytanie obu moich wiekopomnych dzieł. Ale zrób to. Serio. Obojętnie w jakiej kolejności. Zacznij od tej, czemu nie. Ale potem bierz drugą. Czyli pierwszą.
Gdybyś jednak nie czytał Blogera i nigdy nie zamierzał tego robić, to mam dla ciebie dobrą wiadomość. W Blogu znajdziesz jeden i tylko jeden rozdział z Blogera, jak sam się zapewne domyślasz - dotyczący zarabiania. Bo kasa jest najważniejsza.
No, to chyba skutecznie cię zniechęciłem do kupienia mojej poprzedniej książki.
Lepiej przejdźmy do pierwszej części, bo tam już się cuda dzieją.
Siedem cudów świata. Słyszał o nich każdy z nas, ale tylko nieliczni potrafią wymienić je wszystkie. Zdecydowana większość wyliczankę zaczyna od piramidy Cheopsa, a potem jest już tylko jąkanie: "No jakiś posąg chyba... latarnia też albo coś z kolosem było...". Wiedza o tych starożytnych budowlach nie jest obowiązkowa i nie masz powodu do wstydu, jeśli ci jej brakuje. Wszystkowiedzący autor niniejszej książki także zdobył ją przypadkowo. Ot, pewnej nocy nie mogłem zasnąć i wziąłem z półki pierwszą lepszą pozycję z obrazkami, a tam wspomniane cudeńka: piramida Cheopsa, posąg Zeusa, latarnia morska na Faros, Kolos Rodyjski, wiszące ogrody Semiramidy, Mauzoleum w Halikarnasie i świątynia Artemidy w Efezie.
A teraz będzie najciekawsze. Cała siódemka została spisana blisko dwa tysiące lat temu i od tamtej pory jest nieśmiertelna. Od czasu do czasu próbowano wprowadzić na listę jakieś nowe cuda. Nigdy jednak nie przebiły one popularnością tych pierwszych, klasycznych i ponadczasowych siedmiu cudów starożytności. Dlaczego? Bo nie zasługiwały na to miano? Bo tamte faktycznie w swoich czasach były czymś niezwykłym? Ano niekoniecznie...
Z całej siódemki przetrwała tylko piramida, i ten fakt w pewnym sensie potwierdza jej wielkość. A reszta? Cóż, jeśli chodzi o posąg Zeusa, to wcale taki cudowny nie był. Wysoki na 13 metrów egipskiemu sfinksowi mógłby buty czyścić. Mauzoleum? Podobno istniało, ale nie zachowały się żadne rysunki i szkice potwierdzające jego wygląd i wielkość. To samo ze świątynią Artemidy. Ponoć była. Ponoć nieźle się prezentowała. Latarnia aleksandryjska? Stała setki lat, dopóki nie zburzyło jej trzęsienie ziemi, ale też nie ma pewności, jak wyglądała i czy aby na pewno było się czym jarać. Kolos Rodyjski? Dwa tysiące lat wierzono, że stał w rozkroku nad wejściem do portu, a statki wpływały tuż pod nim. Niedawno okazało się, że to nieprawda i jeśli kiedykolwiek stał w Rodos jakiś kolos, to raczej w głębi lądu. Ogrody Semiramidy? Trudno powiedzieć, na jakiej podstawie w ogóle znalazły się wśród cudownej siódemki, bo kiedy sporządzano listę, ogrodów już nie było. Od ponad 200 lat. Również dziś nie można powiedzieć, jak wyglądały.
Jakkolwiek trudno nie pochylić się przed starożytnymi Egipcjanami, tak cała reszta cudów - o ile w ogóle istniały - jest bardzo naciągana i mocno subiektywna.
A rozpisuję się o tym, bo to świetny przykład pasujący do reguł panujących w social mediach i blogosferze. Czy ktoś dzisiaj zapytałby, jaki z Antypatera (autora listy) ekspert od turystyki i architektury? Czy ktoś dzisiaj podważa (skutecznie!) niezwykłość siedmiu cudów świata? Czy ktoś w ogóle analizuje rzetelność tej listy? A czy kogokolwiek obchodzi obiektywizm?
Social media pełne są ludzi, którzy nic nie potrafili, niczego nie wiedzieli, a mimo to ich wypowiedzi stawały się dogmatami, oni zaś - ekspertami w swojej dziedzinie. Dziś wystarczy mieć wokół siebie niezbyt liczną publikę, posługiwać się w miarę poprawną polszczyzną i formułować dosadne, czarno-białe treści, aby tłum to podchwycił i uczynił z ciebie lidera. Nikt nigdy nie zapyta, skąd masz wiedzę. A nawet jeśli - jego pytanie zginie w tłumie pochwał, lajków czy share'ów. Zapotrzebowanie na autorytety jest ogromne, a że przyszło nam żyć w czasach, w których przestaje się liczyć fakt, a największe znaczenie ma opinia, każdego dnia możesz obserwować, jak znikąd pojawiają się "uznani" eksperci. Trochę przypominają celebrytów. Wszyscy ich znają, cytują, czasami wyśmiewają, ale przede wszystkim - budują legendę, szerząc informacje na ich temat.
Nie moją rolą jest oceniać, czy to źle, czy dobrze. Należę do grupy blogerów, która całymi latami pracowała, by móc prowadzić teraz godne i całkiem przyjemne życie, i jeśli czasami czuję złość, że nagle i znikąd pojawia się "ekspert" od social mediów czy blogosfery, to resztki skromności i pokory każą mi pamiętać, że przecież przed laty też zaczynałem od zera i też kreowałem się na kogoś mądrzejszego, niż w rzeczywistości byłem. I przede wszystkim na kogoś innego, niż jestem. Całe lata płaciłem za ten grzech, ale takie to były czasy. Wówczas żaden z blogerów nie zadawał sobie jednego z najważniejszych pytań.
Weźmy pierwszych z brzegu - Sylvester Stallone, Bruce Willis i ten, jak mu tam... Lady Gaga. Pierwsza dwójka to aktorzy kina akcji. Z drobnymi wyjątkami i paroma wpadkami, zwykle grają twardzieli, facetów z krwi i kości, takich, co to najpierw biją, a dopiero później patrzą kogo. Lady Gaga to nowa wersja Madonny. Śpiewa tak, jak wygląda. Oni też wyglądają tak, jak grają. Filmowe role tworzą ich "prawdziwy" wizerunek. Kiedy Sylwek jeszcze nie wyglądał jak antyreklama chirurgii plastycznej, fani, z którymi się fotografował, unosili ręce i prężyli muskuły. On robił to samo. Kiedy jakiś bokser robi sobie fotkę z fanem, to w 90 procentach wypadków obaj będą zaciskać pięści. Kiedy Bruce Willis gra w reklamie, możesz mieć pewność, że wystąpi w niej jako tak zwany prawdziwy facet.
Aktorzy, piosenkarze, sportowcy wciąż odgrywają swoją rolę i tylko czasami, kiedy jakiś paparazzi przyłapie ich w niedwuznacznej sytuacji, wychodzi na jaw, że twardziele wcale nie są twardzielami, a ślicznotki są niewiele śliczniejsze od wiejskich dziołch. No nikt mi nie powie, że Lady Gaga bez photoshopa jest ładna!
- Wyobrażasz sobie, że Brad Pitt ma małego penisa? - zapytała mnie moja znajoma Iwonka. - Albo że Sean Connery jest beznadziejny w łóżku?
- Musiałbym to bardzo głęboko przemyśleć, a co?
- Bo ja sobie nie wyobrażam. Pamiętasz tę scenę z gumową rękawiczką w Podziemnym kręgu? Był boski. Ideał.
W tej jakże wartościowej intelektualnie wymianie zdań jest sens. Postrzegamy gwiazdy takimi, jakimi wykreowano je na ekranie, nie do końca rozumiejąc, że to dwa różne światy. Właściwie to wcale nie chcemy i nie musimy tego rozumieć, bo przy całym szacunku do Brada Pitta, lata mi koło nosa, jaki jest naprawdę. Byleby w swojej roli był wiarygodny. To jest sedno sprawy. Nieważne, kim jesteś, ważne, kim potrafisz być. Na ile dobrze czujesz się w roli, którą chcesz odgrywać, na ile jest ona zbieżna z prawdą o tobie. Sylwek Stallone nie miał mięśni dorabianych komputerowo. Ten facet naprawdę latami ćwiczył, aby osiągnąć dobry efekt, zatem możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że miał cechy twardziela.
Zanim jednak odpowiesz sobie na pytanie: "Kim potrafisz być?", pomóż sobie innym pytaniem.
Spokojnie, nie panikuj. Nie musisz być ekspertem w jakiejkolwiek dziedzinie. Ja na eksperta od relacji damsko-męskich kreowałem się w czasach, kiedy wszystkie moje kobiety miały rozszerzenie jpg. Niemniej musisz wiedzieć, co cię kręci. Polityka czy szydełkowanie? Chłopcy czy dziewczynki? Słońce czy deszcz? Teoretycznie możesz pisać o wszystkim i o niczym. To żaden grzech, ale sukces osiągniesz wtedy, jeśli skupisz się na dwóch, maksymalnie trzech tematach głównych.
W Blogerze przytaczam dwa wydarzenia z mojego życia, które idealnie pasują do odpowiedzi na pytanie: "Na czym się znasz?". Nie wypada mi cię odsyłać do mojej pierwszej książki, więc skorzystam z nich i teraz.
Otóż kilka lat temu, jeszcze zanim zostałem blogerem, zadzwoniłem do redakcji "Twojego Stylu". Miałem szczęście, bo telefon odebrał redaktor naczelny.
- Dzień dobry, nazywam się Tomek Tomczyk. Czy mógłbym u was pisać artykuły?
- Oczywiście.
- A na jaki temat?
I to był mój koniec. Redaktor zachował się bardzo taktownie, pytając, czy aby na pewno wiem, do kogo się dodzwoniłem, a jeśli tak, to powinienem też wiedzieć, jaką tematyką zajmuje się jego pismo. Zachęcił do współpracy, ale było za późno, bo cały spaliłem się ze wstydu.
Z blogami sprawa jest podobna. Sam wiesz, w czym jesteś dobry. Wiesz, na jaki temat masz najwięcej do powiedzenia. Wielu blogerów ma mentalność maturzystów. Po zdaniu egzaminu dojrzałości nie szukają uczelni, która byłaby adekwatna do ich zainteresowań. Idą szkolić się tam, gdzie są dobrze płatne zawody. W ten sposób nie można wygrać życia, można za to dołączyć do grona frustratów, którzy całe życie robią coś, czego nienawidzą.
Nigdy nie wymyślaj tematyki swojego bloga. Ona jest w tobie od zawsze.
Wystrzegaj się "dobrych" rad znajomych.
Kiedy w 2004 roku nosiłem się z zamiarem otwarcia bloga, zbierałem rady od znajomych. Mówiłem im, że chcę pisać o stylu życia i relacjach damsko-męskich. A i trochę też o polityce, mediach, modzie.
- I kto to będzie czytał? - pytała mnie koleżanka Iwonka. - Idź do pierwszej lepszej księgarni albo kup sobie jedno z tysięcy pism, które te sprawy wałkują od dziesięcioleci. Przed tobą powstały miliony publikacji na te tematy. Spóźniłeś się o kilkaset lat. Kto to będzie czytał? Chcesz na nowo wymyślić koło?
Chwilę się zastanowiłem i odpowiedziałem:
- Tak.
Mój blog w kilka tygodni po uruchomieniu wspiął się na szczyt rankingu popularności, byłem linkowany na wszelkich możliwych forach, a w ciągu kolejnych trzech lat pod moimi tekstami pojawiło się pół miliona komentarzy. Ludzie to kupili.
Nie wymyśliłem koła. Na nowo opowiedziałem jego historię.
Spójrz na swojego bloga. Jaka tematyka wyróżnia cię z blogosfery? Czy dajesz czytelnikom coś, czego nie dają inni? Czy przychodzą do ciebie, bo jesteś jak Tommy Lee Jones w Ściganym?
Charyzma. Jeśli ją masz, sprawisz, że ludzie będą za tobą podążali. Jeśli jej nie masz - całe życie będziesz podążał za innymi.
Charyzmatyczni wyróżniają się z tłumu miernot. Człowiek z charyzmą to taki, którego widzisz pierwszy raz w życiu, którego znasz ledwie kilka sekund, a już wiesz, że urodził się, by zwyciężać. Tacy ludzie bardzo krótko pozostają dla świata anonimowi.
W kolejnym rozdziale poddam cię krótkiemu testowi, który da ci odpowiedź, na jakim etapie rozwoju jesteś. Ale muszę cię ostrzec - nie spodziewaj się pozytywnego wyniku. Choćbyśmy nie wiem jak wysokie mniemanie mieli o sobie, świat w 99 procentach składa się z ludzi przeciętnych, żyjących wedle schematów ustanowionych przez liderów. Większość z nas jest konsumentami produktów, opinii i prawd głoszonych przez wyraziste, charyzmatyczne i wylansowane jednostki. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że sam o sobie nie powiesz: "Jestem głupi" czy też "Inteligencją nie grzeszę". Już prędzej przyznamy się do tego, że nie jesteśmy wizualnie atrakcyjni, aczkolwiek u kobiet zazwyczaj usłyszymy: "Jestem przeciętnej urody, ani brzydka, ani piękność".
Prowadząc szkolenia, wielokrotnie słyszałem, że jestem naiwny, jeśli myślę, że jednym wystąpieniem, jedną książką lub paroma błyskotliwymi tekstami zmienię czyjąś mentalność. Zawsze będzie tak, że ci "lepsi" i tak się przebiją, a tym słabszym nawet 100 szkoleń i 1000 poradników nie pomoże, bo z charyzmą i talentem trzeba się urodzić. Z bólem serca muszę przyznać rację tym osobom. Naszego kraju nie zaleją profesjonalni blogerzy, trzepiący miliony na swoich blogaskach, bo nawet jeśli mają wiedzę, co należy zrobić, by zdobyć świat, nie posiadają cech charakteru umożliwiających dokonanie tej sztuki. To nic. Nie każdy ma takie potrzeby, a wiedza o tym, jakich błędów nie popełniać przy kreowaniu wizerunku i jak współpracować z firmami, na pewno się przyda i na pewno przyniesie korzyści. Jednym złotówki, innym miliony złotówek. Ogromną radość sprawia mi otrzymywanie maili od blogerów, którzy dziękują za wytłumaczenie im prostych zasad zarabiania na blogu. Całymi latami żyli z barterów, a kiedy posłuchali moich rad, zaczęli zarabiać pieniądze. I tę sztukę jest w stanie opanować każdy (słownie: każdy) czytelnik tej książki. Zresztą poznasz tych blogerów w dalszej części.
Charyzma jest niezbędna, aby znaleźć się w elicie blogerów, tych najbardziej rozpoznawalnych, najlepiej opłacanych. Nie jest jednak potrzebna, aby prowadzić doskonałego bloga. Nie jest też potrzebna, aby zarabiać na nim pieniądze wystarczające na przeciętne życie.
Jeśli czujesz lub wiesz, że nie jesteś obdarzony charyzmą, nie rzucaj się pod tramwaj. Jest szansa, że po prostu się mylisz i jeszcze nie trafiłeś na okazję, by zaprezentować swoje ukryte możliwości. Stallone zaczynał od grania w porno. To cholernie daleko do Johna Rambo. Kominek przez blisko rok swojej działalności w internecie (parę lat przed założeniem bloga) był popierdółką. Nikt mnie nie zauważał, nie dyskutował ze mną, zlewano mnie jak ostatniego leszcza. Trafiłem w końcu na dobry temat, dobrą dyskusję, w której w mocnych słowach przedstawiłem swoje opinie. Nagle zgromadziłem wokół siebie ludzi od "masz rację", nabrałem przekonania, że potrafię się wyróżnić, a potem wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Może i jesteś najgorszym nudziarzem, może i w szkole byłeś workiem treningowym, gamoniem, nieukiem i słuchałeś Britney Spears. To jeszcze o niczym nie świadczy. Charyzmę tworzy sposób myślenia odmienny od tego, który prezentuje większość społeczeństwa. No to sprawdźmy, jak jest z tym u ciebie.
Co sądzisz o Hitlerze? Nie był taki zły, prawda? Albo wujek Stalin? Wiele mu zawdzięczamy, a te wszystkie oskarżenia o ludobójstwa, to przecież efekt czarnego PR. Czy Saddam Husajn zasługiwał na potępienie? Czy Lenin to zło wcielone? Czy o Janie Pawle II można wypowiadać się w tonie satyrycznym, jak na przykład Urban, który określił jego pielgrzymki "obwoźnym sado-maso"? Czy osoba czarnoskóra jest Murzynem, czarnym czy czarnuchem?
Jesienią 2012 roku na Blog Forum Gdańsk miałem wykład o blogowaniu. Mówiłem trochę o sztuce blogowania, social mediach, trochę o motywacji i radzeniu sobie w sytuacjach kryzysowych. W pewnej chwili zapytałem zebranych, czy wiedzą, jaką cechę charakteru powinni posiadać, aby przebić się w tłumie. Nie czekając na odpowiedź, odsłoniłem kolejny slajd, a na nim kolaż zdjęć Adolfa, Józka, Kaddafiego, Saddama i chyba jakiegoś Mao Tse coś tam.
Tłum się poruszył, zamruczał, pokiwał głową, jedna z dziewczyn z pierwszego rzędu powiedziała: "To chyba lekkie przegięcie". Ci, którzy mnie znali, tylko uśmiechnęli się pod nosem, domyślając się, że za tą prostą prowokacją stoi jakiś pomysł.
Stał, owszem. Odsłoniłem kolejny slajd, a na nim pojawiło się tylko jedno słowo - "wyrazistość". Cokolwiek złego by mówić o dyktatorach, nie można im zarzucić braku charyzmy, wyrazistości i jeszcze jednej cechy, o której opowiem za chwilę. Możemy nienawidzić Hitlera za zbrodnie, które popełnił, być przeciwni nazizmowi, faszyzmowi, dyktaturze i wszelkim zbrodniczym ideom, ale fakty pozostaną oczywiste - on i jego kumple po fachu byli jednostkami wyróżniającymi się z tłumu, potrafiącymi porwać milionowe społeczności. Nikt ci nie każe brać z nich przykładu, właściwie to daleki jestem od tego, w przeciwieństwie do partii populistycznych, które kultywują dziś wiele zachowań dawnych przywódców.
Mniejsza o to. Spójrz na kilka pierwszych zdań tego rozdziału. Jaka była twoja pierwsza reakcja? Nie dałem ci czasu na przemyślenie, wzburzenie. Ale czy poczułeś pewien niesmak, kiedy pisałem pochlebnie o mordercach oraz niepochlebnie o papieżu i czarnoskórych?
Kiedy odsłoniłem slajd z podobiznami dyktatorów, rozejrzałem się po sali, żeby zobaczyć, którzy blogerzy się obruszyli, i już wiedziałem jedno. Oni nigdy się nie wyróżnią, nigdy nie zdobędą popularności, nigdy nie porwą za sobą tłumów... Bo myślą schematycznie. Bo myślą tak, jak ich nauczono. Na określone sytuacje reagują jak pies Pawłowa - tylko w jeden możliwy sposób. Oni nie znali nawet kontekstu tych slajdów. Poznali go dopiero pół minuty później.
Wyjaśniłem im, że ta prosta prowokacja była tylko szybkim testem na mentalność. Jednym z kilku w trakcie tamtej prezentacji i jednym z kilku, jakim poddam cię jeszcze w tej książce. Sposób myślenia jest kluczową cechą, która określa twoją pozycję w społeczeństwie.
Wiem, że nawet po prezentacji podnosiły się głosy, że przegiąłem, byłem zbyt kontrowersyjny. Pomijając fakt, że zaliczenie do zbytniej kontrowersji przedstawienia kilku zdjęć dyktatorów wydaje mi się nieporozumieniem, to zastanawiam się, jak ci ludzie znosili lekcje historii. Bo w podręcznikach fotografii tyranów jest od groma. I jakoś nie raziły...
Tym gorzej świadczyło to o tych osobach. Sytuacji niektórych nie poprawiały też próby dyskusji ze mną i twierdzenie, że wyciągam pochopne wnioski, bo to, że ktoś nie lubi dyktatorów, wcale nie musi świadczyć o tym, że będzie przeciętnym blogerem. Owszem, nie musi. I co z tego? Blogerzy nie są od tego, by wyrównywać szanse, pisać obiektywnie, brać pod uwagę każde za i przeciw. Od tego są tradycyjne media. Obiektywizm jest najgorszą cechą blogera, bo kastruje go z tego, co w blogowaniu jest najbardziej podniecające - z kreowania opinii. Na co dzień, oceniając produkty - filmy, książki, restauracje itd., nie jesteśmy przecież sprawiedliwi. Kiedy wydajemy osąd, czy w danej kawiarni warto zjeść, zwykle czynimy to już po jednej wizycie. Dla blogera liczy się właśnie pierwsze wrażenie.
Im więcej odcieni wprowadzisz do swoich opinii i przekonań, tym mniej będą one interesujące. Rozmydlając rzeczywistość, zanudzasz czytelnika i widza, dlatego powinieneś jak najczęściej prezentować tylko dwa kolory świata: czerń i biel.
Jako ekspert, autorytet, opiniotwórca nie masz innego wyjścia, bo nie zajmując stanowiska, klucząc, owijając w bawełnę albo, jak wolisz, zachowując postawę dyplomatyczną, z definicji przestajesz być znawcą tematu, a stajesz się zwyczajnym zagubionym dyskutantem, który szuka odpowiedzi. Tak robią słabi blogerzy. Zawiązują nowy temat, przedstawiają go i kończą tekst sakramentalnym: "A co wy o tym sądzicie, drodzy czytelnicy?".
Dobry bloger nie pyta czytelnika o opinię. Przywilejem i obowiązkiem dobrego blogera jest powiedzieć czytelnikowi, jakie ma być jego zdanie na dany temat.
I tu do akcji wkracza ego.
Świat leżał u ich stóp. Tych złych, brzydkich, martwych panów, o których opowiadałem przed chwilą. Ich życiowy sukces nie wziął się z niczego, władza nie spadła z nieba, ani nawet nie została przekazana w spadku po babci. Sięgnęli po nią tak, jakby zawsze należała do nich. I zgodnie z regułą, że raz zdobytej władzy się nie oddaje, trzymali się jej aż do śmierci. Poza tym, że byli dupkami, cechowali się tym, czym cechują się wyraziste jednostki - napompowanym do granic możliwości ego, wiarą w swój geniusz, boskość, moc zmieniania świata.
W wielu recenzjach Blogera czytałem, że książka jest fajna, super i czyta się ją jednym tchem, ale trzeba brać poprawkę i z przymrużeniem oka traktować fragmenty, w których ego Kominka aż wylewa się z kartek. To były pozytywne uwagi, nie obrażam się na nie, ba - ja im przyznaję rację.
W tej książce moje ego też kilka razy cię uderzy. Rzecz w tym, aby nie uderzało zbyt często, bo im wyżej widzisz kogoś nad sobą, tym niżej jesteś wobec tej osoby. Słaby zawsze dostrzeże silnego, mniejszy - większego. Na odwrót to już nie takie oczywiste. Świat nie lubi osób zadufanych w sobie, aroganckich, pewnych siebie. Świat źle patrzy na tych, którzy już coś w życiu osiągnęli i nie grzesząc fałszywą skromnością, potrafią o tym mówić. Ile to razy zdarzało nam się słyszeć zdania: "Skromnością nie grzeszysz!", "Co się tak przechwalasz", "Wcale nie jesteś taki idealny".
Żeby nie było wątpliwości - sam też niespecjalnie przepadam za osobami aroganckimi czy zadufanymi w sobie, z kolei garnę się do osób z napompowanym ego. Jeśli oddzielimy od nich mitomanów i fantastów (powiedzmy, że jestem w tej grupie, a co mi tam), zostaną wybitne jednostki. Żeby daleko nie szukać - Steve Jobs. Możemy mieć jak najgorsze zdanie o Apple, filozofii tej firmy, sposobie, w jaki budowana była jej wielkość, ale Jobs w swoim fachu był geniuszem. Nawet jeśli ten geniusz polegał na upiększaniu tego, co ktoś wymyślił przed nim, albo dokonywaniu trafnych zakupów. No i kto czytał biografię Steve'a, ten wie, że facet na drugie powinien mieć "Ego".
Do czego zmierzam? Jak sięgam pamięcią, nigdy człowiek bogaty, przemądrzały, nawet zadufany w sobie, arogancki i cwaniakowaty nie wzbudzał we mnie agresji. Nigdy pierwszą myślą po spojrzeniu na takiego człowieka nie było "Ciekawe, skąd ma tyle kasy" albo "Co on sobie wyobraża, za kogo on się uważa?!".
W pierwszych czterech latach blogowania zarabiałem ochłapy, klepiąc nędzne teksty do różnych pisemek. Ledwo co wystarczało mi na frytki, ale zawsze byłem po stronie tych bogatych, tych, którzy ich rozumieją. Może po części wynikało to z mojej mentalności. Całe życie żyłem w przekonaniu, że na średniej krajowej do emerytury ciągnąć nie zamierzam i prędzej czy później znajdę się po stronie milionerów. Od zawsze ci na szklanym ekranie i okładkach czasopism byli dla mnie "swoi". Od zawsze wiedziałem, że mnie czeka podobny los i podobne reakcje publiki.
Mam zakodowane zrozumienie dla podobnych sobie. W ludziach, którym się udało, którzy osiągnęli sukces i nie mają za grosz skromności, nie widzę "zadufania", "arogancji", "krzywych zębów"! Spróbuj tak ich postrzegać. Naucz się sztuki spoglądania w zupełnie inną stronę. Słuchaj ich, podpatruj, ucz się, naśladuj, kopiuj, ulepszaj. Wydobywaj maleńkie szczegóły z całości. Naucz się umiejętności innego postrzegania rzeczywistości, zarezerwowanej dla nielicznych, ale na szczęście bardzo łatwej do nabycia. Wystarczy czuć potrzebę zdobywania wiedzy z każdego źródła, od encyklopedii po tabloid. Wystarczy rozumieć, że twoje życie może zmienić się przez jedno przypadkiem zasłyszane zdanie, które równie dobrze może być wypowiedziane przez noblistę, jak i panią Krysię z mięsnego. I wtedy ta pani Krysia będzie miała dla ciebie większą wartość niż wszyscy ludzie, których spotkałeś w swoim życiu. Spróbuj wtedy wybaczyć jej, że sprzedaje ci przeterminowane mięso, pakowane brudnymi łapami.
Nie twierdzę, że musisz mieć przy tym rozbuchane ego, ale z pewnością powinieneś być po tej stronie, której tak zwany świat nie lubi. Po stronie ludzi nieskromnych. Nie idź drogą Adama Małysza - on był wyjątkiem. Najlepsi nigdy nie są skromni. Bo niby dlaczego mieliby być, skoro są najlepsi?
Słabi i przeciętni nie lubią nieskromnych. Zirytują ich twoje przechwałki, zarzucą ci zarozumialstwo, nazwą bufonem albo bucem. Reagują tak, bo znają swoje miejsce w szeregu. Są konsumentami rzeczywistości, nie jej kreatorami. Podążają za kimś, bo nie potrafią nikomu dać powodu, aby podążano za nimi. Widziałem w życiu wielu ludzi, którzy niczego nie osiągnęli i zazdrośnie patrzyli na lepszych od siebie, ale nigdy nie widziałem człowieka sukcesu, który negatywnie reagowałby na cudze sukcesy.
Jeśli jesteś lepszy od innych, nie bój się tak myśleć, nie bój się o tym mówić, bo jeśli ty w siebie nie wierzysz, to bądź pewien, że nikt w ciebie nie uwierzy. Świat nie kocha ludzi nieskromnych, ale ich potrzebuje. Dlatego nie ma co obawiać się reakcji większości, bo większość zawsze tworzą nijacy, którzy agresją reagują na nieskromnych, zadając im pytania w rodzaju: "Czy uważasz się za lepszego ode mnie?".
Jest jednak cienka granica między brakiem skromności a faktycznym zarozumialstwem i arogancją. Czasami skromność warto rozegrać taktycznie. Kiedy mówię innym, że jestem najlepszy i mogę mieć każdą kobietę, ściszam głos i dodaję, że mam na myśli tylko te piękne i z fajnymi nogami. Potrafię być skromny, ale tylko dlatego, że skromność także cechuje wielkich.
Byłbym idiotą, gdybym nie zdawał sobie sprawy z tego, że potencjału blogera nie można ocenić po jednej reakcji, tak jak zrobiłem to, prezentując fotografie dyktatorów. Oczywiście, że to uprościłem, oczywiście, że mogłem się mylić, i nawet jestem przekonany, że na całej sali znalazłbym co najmniej jednego dobrego blogera, który po prostu nie lubi żadnych pozytywnych nawiązań do liderów mordujących obywateli własnego kraju. W porządku.
Po prostu nie lubię nudziarzy i na swoich wykładach staram się nie przynudzać. Jeśli bywasz na branżowych konferencjach, to wiesz, że poza tym, że na nich wszyscy liżą się po wszystkim, to zazwyczaj słuchamy ludzi, których prezentacje są równie porywające, co odcinki M jak miłość. Tylko hardcorowcy siadają do nich bez aviomarinu. Albo dobrej gry na tablecie. Kiedyś interesujące wykłady mierzyłem liczbą plansz w Angry Birds. Jeśli w trakcie półgodzinnego wykładu udawało mi się przejść co najmniej trzy, oznaczało to, że równie dobrze mogłem być gdzie indziej. Na Internet Beta w 2011 roku przeszedłem całą grę.
Emocje! Tego trzeba ludziom, którymi się otaczasz! Emocji pragną twoi czytelnicy. Dobry bloger wie, jak grać na emocjach. Jeśli dodasz charyzmę, ego i wiedzę, zawsze otrzymasz emocje. Najważniejszy oręż wyrazistego blogera! Możesz nie mieć napompowanego ego jak Kominek, ale jak dasz czytelnikom emocje, będziesz wielki. Możesz nie mieć wiedzy, ale pisać, fotografować i tworzyć tak, że ludzie będą skakali sobie (i tobie) do gardeł. Możesz nawet nie mieć charyzmy, ale jak dasz im emocje, będą pisać pieśni na twoją cześć. Twórczość bez emocji, bez umiejętności wzbudzania reakcji, pozostawia swojego twórcę obojętnym, nijakim. Czy to na blogu, czy na Facebooku, czy pod budką z piwem.
Inna sprawa, że dla wielu blogerów emocje oznaczają wulgaryzmy albo pisanie evergreenów w rodzaju: "Jestem za aborcją", "Jestem przeciw karze śmierci", "Kocham mamę Madzi". Nie tędy droga. A nawet nie tyle droga, co jej rozwidlenie, bo tacy mądrale popełniają aż dwa kardynalne błędy w rozumowaniu. Pierwszy to wiara w kontrowersje. Drugi to myślenie tak, jak myślą ludzie. Ten drugi jest ciekawszy i bardziej zgubny w skutkach, dlatego do kontrowersji odniosę się krótko.
Kiedy zaczynałem zabawę z blogiem, kontrowersje były czymś, czego blogerzy nie dawali. Wybiłem się między innymi dzięki przesadnej wyrazistości, okraszonej prostackimi prowokacjami. Po mnie też paru próbowało z różnym skutkiem i ciągle pojawia się jakiś nowy buntownik, ale to ślepa uliczka. Kontrowersje są sezonowe. Jeśli nie zmienisz formy, przepadniesz, znudzisz się i przestaną cię czytać albo przejdą do kogoś nowego, kto podobnie pisze i jest lepszy od ciebie tylko dlatego, że jest nowy. Wszyscy buntownicy musieli zmieniać formę, by przetrwać. Dziś mają jeszcze gorzej, bo kontrowersje spowszedniały. Nie sprzedają się tak dobrze jak kiedyś, bo hejty i dosadne, wręcz destrukcyjne opinie stały się symbolem wolności słowa w internecie. Nie są ani zakazane, ani intrygujące. Gdybym dzisiaj zaczynał przygodę z blogiem, na pewno nie powtórzyłbym swojej taktyki sprzed lat. Miałbym odrobinę więcej cierpliwości, bo jak obserwuję rozwój niektórych blogerów, to widzę, że w internecie zawsze będzie zapotrzebowanie na dobrą treść, pisaną przez wyrazistych twórców. Jeśli jesteś przekonany, że potrafisz zainteresować czytelnika swoją twórczością, to dodaj do niej więcej "ja", szczyptę bezwzględności, odrobinę arogancji, całkiem sporo pewności siebie i nie popełnij jednego z największych i najczęstszych błędów, jaki popełniają i blogerzy, i wszyscy, którzy cokolwiek piszą w szeroko pojętych social mediach.
Bądź człowiekiem. Ale nie myśl jak człowiek.
Dawno, dawno temu, kiedy nasi rodzice byli piękni i młodzi, były dwa kanały telewizyjne, kilka gazet, a maile pisało się długopisem. Kiedy rodzice chcieli się czegoś dowiedzieć o świecie, rano kupowali gazetę, w ciągu dnia słuchali radia, a wieczorem o 19.30 oglądali Dziennik Telewizyjny. W porannej gazecie czytali na przykład newsa o tym, że samolot uderzył w stodołę. W radiu słyszeli, że samolot uderzył w stodołę. Wieczorem oglądali reportaż z miejsca, gdzie uderzył samolot. Wiadomo w co.
Zapamiętaj tego newsa. Jest ważny. Wrócę do niego jeszcze trzykrotnie.
Dawno temu, kiedy nasi rodzice byli, jacy byli, istniało jedno główne źródło informacji, zwane do dziś Polską Agencją Prasową. W rzeczywistości było komunistyczną tubą, nadającą depesze zgodne z linią partii, bo też informacje, które otrzymywali wówczas Polacy, musiały takie być. Wszędzie nadawano to samo.
Wyobraź sobie, że żyjesz w takich czasach. Codziennie w każdym źródle informacji czytasz o tym samym, często nawet bez zmiany choćby przecinka. Jeśli wyobrażenie tak abstrakcyjnego świata jest ponad twoje siły, to może po prostu przerwij czytanie i zajrzyj na Fejsa?
Świat się zmienił. Mamy wiele źródeł informacji, wiele mediów, przez to stale padamy ofiarą szumu informacyjnego, który jest niczym innym jak nadmiarem informacji, uniemożliwiającym nam wyodrębnienie tych najbardziej istotnych. Sami nie potrafimy, inni robią to za nas.
Wróćmy do samolotu. Niech no jakiś uderzy, niech chociaż draśnie, a już - nie daj Panie Boże - zabije jakąś krowę. Informacja ta zostanie podana we wszystkich serwisach informacyjnych i w co drugim statusie na FB. Jedno zdarzenie, wszędzie nadają to samo. Facebook dla wielu stał się już głównym źródłem informacji, a kiedy ma się dużo znajomych i trzeba czytać te same linki...
No dobra, zapędziłem się. Owszem, czasami, a nawet bardzo często, zdarza się, że facebookowi znajomi gremialnie informują nas o sprawach najwyższej wagi! Wręcz wagi życia i śmierci! Na przykład podczas burzy. Któregoś dnia późnym wieczorem Zeus zaczął miotać piorunami. O stanie pogody poinformowała mnie zaraz połowa moich znajomych: "O, burza", "A za oknem pada...", "Ale grzmi. U was też?!?!". Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego, kiedy spadnie deszcz lub dowali nam upał, połowa świata zaczyna odczuwać ogromną potrzebę informowania o tym innych. Druga połowa świata odpowiada na tę potrzebę, stawiając pierwszej połowie lajki.
Nawiasem mówiąc, lajk to współczesne potwierdzenie naszej zajebistości i ma szczególną wartość do pompowania ego, dlatego jeśli chcesz uniknąć depresji i poczuć się w końcu doceniony przez znajomych, co najmniej raz w tygodniu wrzuć na tablicę zdjęcie maltretowanych psów i chorego dziecka z trzema głowami. Dodaj do tego jakiś wzniosły tekst: "Pomóżmy im!", "Pomocy! Dziecko gaśnie!", i masz jak w banku setkę współczujących komentarzy i tysiąc lajków. To nic, że palcem nie kiwną, aby pomóc cierpiącym. Przeciętny użytkownik internetu jest głęboko przekonany, że jego lajk ma moc uzdrawiającą.
Dobra, dość dygresji, wracamy do stodoły, bo ciągle sterczy w niej pechowy samolot.
Informacja. Ponoć w dzisiejszych czasach władzę ma ten, kto ma informacje. Być może, ale nie na blogach. Jednym z największych i najczęstszych błędów popełnianych przez blogerów jest podawanie informacji. Jakiegokolwiek tematu będzie ona dotyczyła, autor, który ją zamieści, może mieć jako taką pewność, że jest już powszechnie znana. Zapamiętaj sobie jedno bardzo ważne zdanie: informacja to nuda.
Nikt nie przychodzi do ciebie po informację. Bloger nie jest od informowania, nie tylko w dosłownym znaczeniu, ale także w tym poszerzonym - bloger nie jest od powielania wiedzy, która jest już znana. I nawet nie próbuj mi teraz mówić, że to oczywiste, bo gdyby to było oczywiste, to mielibyśmy milion zajebistych blogerów! A mamy tylko czternastu. Albo piętnastu. W każdym razie populacja jest tak mała, że UNESCO już dawno powinno wpisać nas na listę chronionych dziedzictw kultury.
Jeszcze jeden akapit i powiesz mi, że leję wodę, bo gadam i gadam, a gdzie tu przykłady. Proszę bardzo. Pięć strzałów (moich ulubionych): politycy, urzędnicy, straż miejska, policjanci, księża.
Co się o nich mówi? Politycy nic nie robią, żyją za nasze, nie spełniają obietnic, kradną, kłamią, i ogólnie należy ich wymienić. Urzędnicy, zwłaszcza ci na dyrektorskich stanowiskach, wożą się drogimi samochodami kupionymi z naszych podatków, budują sobie piękne siedziby, wydają dziesiątki milionów na nagrody, trzynastki i premie. Straż miejska to już w ogóle banda nierobów, których połowa tego kraju włożyłaby do kocyka i czekała, aż się z niego wyślizną. A gliny? Wpierniczają kebaby i nigdy ich nie ma, gdy potrzeba. A jeśli są, to nie reagują właściwie. Księża? Nie dość, że pełno wśród nich pedofilów, to jeszcze bogato żyją i wtrącają się w nie swoje sprawy.
Jeśli rzucisz okiem na Facebooka, każdego dnia zauważysz co najmniej jeden status w taki lub podobny sposób wyrażający się o powyższych zawodach. To są najpopularniejsze odzywki Polaków, gdy potrzeba krytyki. Chyba najczęściej obrywa się tym, którzy coś złego robią za tak zwane pieniądze podatników. Stały, codzienny news, bo codziennie ktoś coś robi za nasze.
Idźmy dalej. Każdego dnia w mediach znajdujemy newsy, które dotykają naszych czułych punktów. A to pijany lekarz myli się w diagnozie i umiera dziecko. A to jakiś polityk zostaje złapany na korupcji. A to wybucha bomba i w zamachu giną dzieci. A to gdzieś brzoza rośnie za wysoko. A to znowu jakiś pedofil całymi latami molestował swoją córkę, z którą ma trójkę dzieci i piątkę wnuków. Stałym wypełniaczem dnia są newsy o patologicznych rodzinach. Czasami jakieś dziecko spłonie w melinie, czasami jakaś kobieta w ciąży spowoduje wypadek po pijaku albo jakiś idiota kijem bejsbolowym sprawdza wytrzymałość niemowlęcej głowy.
Blogerzy popełniają dwa błędy. Pierwszy - informują o tym, o czym inni już poinformowali. Drugi - reagują tak, jak inni już zareagowali. Przekazując znaną informację i znaną opinię, nie przekazujesz niczego. Nie wyróżniasz się. Jesteś elementem bezbarwnej masy. Sądzisz, że to cię nie dotyczy, bo przecież ty o niczym nie informujesz, tylko gotujesz, pokazujesz stylizacje albo wrzucasz fotki swoich pociech? To właśnie bardzo cię dotyczy i ani mi się waż przeskakiwać do kolejnego rozdziału. Absolutnie każdego blogera dotyka ten sam problem - pisania, robienia, pokazywania czegoś, co uczynili już inni, oraz reagowania w taki sposób, w jaki zazwyczaj reagują inni. Kto sobie z tym poradzi, ten będzie dobrym blogerem, kto nie - byle jakim.