ROZDZIAŁ 3
Następnego dnia odpowiedź na pytanie, czy Majka Sokołowska jest ładna, czy też nie, była dla komendanta Mirskiego równie trudna do udzielenia, jak wczoraj, choć dziewczyna siedziała dwa metry naprzeciw niego. Mężczyzna miał na sobie okulary, niedawno kupione, dość dobre. Widział nieźle. Wpatrywał się zachłannie w córkę przyjaciela, nie mogąc opanować tej gwałtownej potrzeby. Oddychał głęboko, mówienie przychodziło mu z trudem, jakby tonął, choć w gabinecie nie było ani kropli wody.
Może to właśnie była przyczyna?
- Baniak! - ryknął, wystawiając głowę za drzwi. - Zrób nam herbaty!
Kątem oka zauważył, że dziewczyna drgnęła na dźwięk jego głosu i nie spodobało mu się to. Czego szukała na komendzie, skoro nawet nieco głośniejszy ton mógł ją przestraszyć? Co tu będzie robić? Kawę parzyć? Nie ma tylu zamówień, żeby zapełnić osiem godzin pracy. Pojedzie może do przedszkoli pokazywać, co robią policjanci i pozwalać maluchom mierzyć niebieską czapkę? To się, kurwa, robi raz do roku. Ale w sumie można by od tego zacząć. Sześć przedszkoli, dwie podstawówki, to na jakiś czas wystarczy. Chyba że jeszcze miejscowe szkoły średnie obskoczy z jakąś pogadanką o narkotykach i dopalaczach.
Uspokoił się nieco.
Podszedł do biurka, spojrzał na nią. I nagle wszystko wróciło.
Przełknął ślinę, odchrząknął głośno. Zwykle cieplej witał nowych pracowników. Brakowało rąk do roboty, taka prawda. Wszędzie cięcia etatów. Sam prosił o wsparcie. Nie takie jednak. Gdyby przewidział skutki swojego pisma, siedziałby na dupie i nawet nie dotykał klawiatury komputera. Za późno już jednak było na takie myśli.
- Witamy w zespole - powiedział sztywno. Nie mógł się przemóc, by podać jej dłoń. Ledwo spojrzał w jej stronę. Wymienił tamto krzesło już dawno temu. Jasne, że po tylu latach nie było to samo, ale jednak podobne.
Pieprzeni producenci mebli. Lenie zasrane! - pomyślał ze złością. - Wszystko robią na jedno kopyto. Złośliwie, żeby się człowiekowi kojarzyło!
Czy ona teraz też nad tym samym się zastanawiała? Od tamtej nocy nie przekroczyła progu komisariatu, choć kiedyś bywała tu często. Spojrzał znów na jej twarz. Wzrok ślizgnął mu się gładko jak po marmurze. Żadnych emocji. Nic. Nawet okiem nie mrugnęła.
W sumie nieładna - zdecydował. Ubrana w zbyt szeroką bluzę, nieumalowana, z włosami zaczesanym w ten swój warkocz, który z niewiadomych powodów go drażnił. Może i miała regularne rysy twarzy, ale po urodzie matki nie widać było nawet śladu, nie wspominając nawet o zaletach ojca. Jakże czasem daleko pada jabłko od jabłoni.
Do tego jakaś taka małomówna. Prócz uprzejmego "dzień dobry" właściwie nie powiedziała ani słowa. Dziecko takiego ojca! Wesołego, serdecznego, duszy towarzystwa.
Zgrzytnął zębami. Zaczął żałować, że się zgodził. Może i była córką bohatera, co z tego jednak, skoro łączyło ją z nim tylko nazwisko. A nawet to zapewne i tak wkrótce zmieni, jeśli tylko znajdzie jakiegoś chętnego do ożenku, jak to kobiety mają w zwyczaju.
Odwrócił wzrok. Stare wspomnienia odeszły. Wrócił do rzeczywistości, uspokoił się.
Wtedy do jego pokoju wszedł sierżant Michał Baniak z tą cholerną herbatą, o której Ryszard zdążył już zapomnieć.
- Dziękuję - uśmiechnęła się córka Sokołowskiego, a komendantowi znów zabrakło tchu. Jednak umiała być, kurwa mać, ładna! To niewiarygodne, jak człowiek się może zmienić w jednej chwili. I była jednak podobna do ojca. Na ułamek sekundy znów go zobaczył. W tym samym gabinecie, uśmiechniętego z butelką szampana w dłoni. Świętował swój największy sukces.
A potem komendant przypomniał sobie tę samą białą twarz pozbawioną iskry życia i nóż w piersi. Morderca nie tylko wbił, ale jeszcze przekręcił, żeby zadać większy ból.
Ileż to trzeba mieć siły! Jaką nienawiść w sobie!
- Ja już muszę wychodzić - zwrócił się szybko do Baniaka, po czym wrzucił sobie nerwowym gestem miętówkę do ust. - Zabierz koleżankę i pokaż jej wszystko. Od dzisiaj zaczyna u nas staż. Na początek niech ogarnie dokumentację w szafach. - Poczuł zadowolenie, że wpadł na taki szatański pomysł. Zanim się młoda połapie w tym bałaganie, minie przynajmniej miesiąc.
Wyszedł szybko, zostawiając ich samych. Nie był w stanie wytrzymać tam ani chwili dłużej. Potem wybiegł z komendy i szybko poszedł na parking. Za garażami rósł duży krzak. Chodził tam czasem na papierosy. Schował się, oparł dłonie o ścianę. Chciało mu się wymiotować. Jak nigdy wcześniej. Widywał w życiu topielców i powieszonych samobójców. Ofiary wypadków, a także brutalnych pobić. Dawał radę.
A teraz nie mógł wytrzymać pięciu minut z dziewczynką, którą przecież dobrze znał. Siadywała mu przed laty na kolanach, przynosił jej lizaki. Często bywał u Sokołowskich w domu. Wciąż pamiętał, jak podnosił ją z podłogi, lekką i drobną. Zawsze była nieśmiała, ale kiedyś to mu się wydawało słodkie. Teraz tylko wkurzało.
Sam nie wiedział dlaczego.
I to spojrzenie. Najgorsze na świecie. Dobrze je znał. Prześladowało go przez te wszystkie lata.
* * *
Wrócił na komendę dopiero godzinę później, ryzykując, że podwładni będą gadać. Właściwie to powinien ich teraz pilnować na każdym kroku. Pierwsze dni mogą się okazać decydujące. Potem nowa dziewczyna spowszednieje i każdy wróci do swoich spraw. Im mniej będzie kontrowersji wokół tematu, tym lepiej.
Może jednak fakt, że młoda Sokołowska jest taka małomówna, stanowi atut? W sumie pewnie nie ma się czego obawiać. Dlaczego miałaby wracać do tego tematu? - zastanawiał się, wbiegając po schodach.
Dla niej to przecież też była trauma. Straciła ojca i matkę jednego dnia.
W lepszym nastroju przekroczył próg komisariatu, po czym od razu stracił humor.
Spojrzał w stronę biurka, które dla niej przeznaczył, i zobaczył dwóch swoich aspirantów, jak siedzą na przechylonych niebezpiecznie krzesłach, wyciągając się od własnych miejsc pracy i gadają niczym jego teściowa. Gęby im się nie zamykały. Już miał ruszyć w tamtą stronę, by rozgonić towarzystwo, gdy spojrzał na sprawę innym okiem.
Może jednak starszy aspirant Jóźwiak nie jest taki głupi. Może wcale nie dlatego go awansował, że jest jego kumplem, jak śmieli sugerować niektórzy, ale ze względu na zdolność perspektywicznego, analitycznego myślenia, które jako komendant słusznie w nim przewidział, choć nie było na to zbyt wielu dowodów?
To, co się działo na komisariacie, dawało do myślenia.
Sierżant Michał Baniak siedzący najbliżej Majki wciąż przez większą część życia zawodowego stał z suszarką i łapał lekkomyślnych kierowców. Cały dzień wysłuchiwał ich komentarzy, brał na klatę niezadowolenie. Moknął na deszczu, smażył się w upale, marzł. Na razie nie dostarczył jednak powodów do awansu. W sumie to też nie miał się gdzie wykazać, bo nie został dopuszczony do żadnej poważniejszej sprawy. Komendant wyznawał starą zasadę, że w pracy najważniejsza jest wysługa lat. A Baniak był młodzikiem. Chodził z jego córką do podstawówki. Zgubił się raz na wycieczce szkolnej. Co z tego, że miał wtedy siedem lat? Komendant pamiętał. Jakże mu teraz miał dać jakieś konkretne zadanie?
Ale w kwestii wyglądu zewnętrznego faktycznie niczego mu nie brakowało. Przełożony spojrzał na niego nowym okiem. A potem usłyszał śmiech Sokołowskiej.
Proszę - rozluźnił się. - Jednak to tylko zwykła dziewczyna - przyznał rację swojemu koledze. - Posiedzi chwilę, poflirtuje z chłopakami i będzie spokój. A jego ekipa poradzi sobie z obowiązkami nawet bez dodatkowego etatu. Pracowali w tym składzie do tej pory, kolejny rok też przetrwają. A potem choćby i potop.
Podszedł do nich, po czym przyoblekł twarz w wyraz jego zdaniem życzliwej ojcowskiej pobłażliwości. W rzeczywistości był to dość komiczny grymas, na którego widok chłopcy odwracali głowy, żeby nie parsknąć śmiechem w jego obecności. Komendant nie miał na swoim punkcie za grosz poczucia humoru.
I wtedy na niego spojrzała. Jakby go oblano płynną chłodną stalą, co, jak sobie doskonale zdawał sprawę, nawzajem się wyklucza. Ale właśnie takie to było uczucie. Nie mógł się poruszyć ani odezwać.
Co ona do cholery wyprawiała?!
Patrzyła na niego z taką powagą, że gdyby osobiście nie słyszał przed momentem, jak się śmieje, nigdy by nie uwierzył, że potrafi. Jakby chciała mu coś powiedzieć. Wyrazić o coś pretensje? Ale o co? Przecież to nie on zabił jej ojca!
To chyba jasne. Noc, kiedy się to wydarzyło, spędził w łóżku, z własną ślubną żoną na dodatek. W domu spała też teściowa czujna jak najlepsze alkomaty i wścibska niczym internetowy troll przeglądający zdjęcia Małgorzaty Rozenek-Majdan.
Jego alibi było nie do ruszenia. Nikt zresztą nawet nie sprawdzał go pod tym kątem. Co za bzdura! Przecież to właśnie on doprowadził śledztwo do końca i dopilnował, by sprawiedliwości stało się zadość. Między innymi temu zawdzięczał swoje stanowisko. Był wtedy młody, ale wykazał się pełnym profesjonalizmem oraz stanowczością.
A jednak zaczął się pocić.
Majka Sokołowska odwróciła głowę, po czym zajęła się stosem teczek, które zajmowały prawie całe jej biurko. Poważnie podeszła do pierwszego zadania, jak to zwykle młodzi w pracy.
Szybko jej przejdzie - pomyślał, poruszył ramionami i odblokował się wreszcie. Bez słowa ruszył do swojego pokoju.
- Chyba go stresujesz - uśmiechnął się sierżant Baniak. - Nic dziwnego. Pierwsza kobieta na naszym komisariacie. A on o kobietach ma dość specyficzne zdanie.
- Wiem wszystko na temat jego zdania o kobietach - odpowiedziała Maja poważnym tonem. - Mam powody przypuszczać, że nawet więcej niż on sam.
Baniak kiwnął głową i wycofał się w stronę swojego biurka. Nie bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć. Majka była fajna w pierwszym kontakcie. Chciał jej pomóc, tym bardziej że dość energiczny komendant w tej sprawie jakoś cienko sobie radził. Ale był ostrożny. Sprawa zabójstwa podinspektora Sokołowskiego nieco już przycichła przez te lata, jednak wciąż była żywa. Czuł, że przybycie tej dziewczyny rozbudzi dawne plotki. Pamiętał dobrze tamten pogrzeb. Przyszło wtedy całe miasto. I dziś też pewnie stare śledztwo stanie się tematem do gadania dla wielu.
Komisariat mieli duży, trafiało się sporo spraw, ale raczej prostych. Dochodzenia w kwestii zabójstw nie prowadzili zbyt często. A podobnego przypadku właściwie nigdy.
Biedna Majka - pomyślał i pochylił twarz nad komputerem, żeby nie odczytała jego konkluzji. Domyślał się, że nie chciałaby litości. I pewnie umiałaby się przed nią obronić.
Dziewczyna segregowała teczki, starannie sprawdzając ich zawartość. Stała przy biurku, bo stosy zalegające na jego blacie były wyjątkowo wysokie. Wyprostowana i pewna siebie. Nic nie mówiła, ale całe jej ciało emanowało siłą. Podejrzewał, że była świetnie wytrenowana i pod szarą bluzą w drobnej sylwetce kryje się nie tylko silny duch, lecz także mocne ciało.
Kilka godzin później miał się przekonać co do słuszności swoich obserwacji.
* * *
Siłownia przy komisariacie miała piętnaście lat. Nie trzeba było tego specjalnie obliczać. Wystarczył jeden rzut oka na przestarzały sprzęt i nadpęknięte miejscami linoleum. Kiedyś pisano nawet w gazetach o tym pomyśle, by dać policjantom szansę na ćwiczenie formy na miejscu. Podkreślano nowoczesność rozwiązania. Wyprzedzali trendy. Ale to było dawno temu.
Sierżant Baniak wszedł do środka i rozejrzał się wokół czujniej niż zwykle. Ta siłownia i cały sprzęt stanowiły prezent od burmistrza Oskara Karboskiego. Wręczony i zamontowany miesiąc po tamtych wydarzeniach. Michał po raz pierwszy zaczął się nad tą sprawą zastanawiać poważnie. Niektórzy plotkowali, że podarunek był wyrazem zadośćuczynienia władzy wobec policji. Za co?
Sprawca został złapany na miejscu i od razu się przyznał. Zasługa policji w jego ujęciu, wbrew temu, co wszem wobec rozpowiadał komendant Mirski, nie była wcale taka wielka. No, chyba że największym sukcesem było szybkie zamknięcie sprawy. Zanim dodatkowe szczegóły zaczną wychodzić na jaw.
Michał ściągnął bluzę i zaczął się powoli rozgrzewać. Mózg pracował mu na najwyższych obrotach.
Ponoć Ida, żona podinspektora Sokołowskiego, miała romans. Nie do końca w to wierzył. Po co miałaby szukać takich komplikacji? Wyszła przecież za mąż za bohatera. Dziewczyny zawsze o takich marzą. Przystojny człowiek sukcesu.
Może jednak czegoś jej brakowało?
Gdyby to ona zginęła, sprawa byłaby banalnie prosta. Zazdrosny mąż zadźgał żonę. Historia jakich wiele. Ale silnego wysportowanego policjanta, przeszkolonego w sposobach obrony, świetnego w swoim fachu, nie tak łatwo ugodzić w samo serce. Z przodu. Badania wykazały, że tamtej nocy Sokół był trzeźwy. Morderca również. Jak to się mogło stać?
Michał Baniak zaczął się nad tym zastanawiać. Lubił myśleć na siłowni. Zwykle było tutaj dość pusto. Jego koledzy chodzili do klubu sportowego w mieście i tam ćwiczyli w o wiele lepszych warunkach. Stara kadra właściwie nie dbała już o nic. Liczyli tylko miesiące do odejścia. To było widać na każdym kroku. Gdyby doszło do jakiejś akcji, komendant kury by nie złapał, a co dopiero przestępcy. Ale on już nie jeździł w teren. Właściwie prawie nie opuszczał komisariatu.
Baniak zakończył rozgrzewkę i wziął się za konkretniejsze ćwiczenia. Nagle drgnął, bo do pomieszczenia ktoś wszedł. Majka. Przełknął ślinę, po czym błyskawicznie odwrócił wzrok i nawet się nie zastanawiając nad sensownością swoich działań, dołożył sobie podwójne obciążenie na sztangę.
Dziewczyna weszła na bieżnię. Chwilę później pojawili się dwaj kolejni koledzy. Michał zerknął w stronę drzwi, sprawdzając, czy wirus zaatakował wszystkich, ale okazało się, że niektórzy jednak byli odporni.
Za to ci zaangażowani starali się na maksa.
Kondycja to nam się z pewnością teraz poprawi - uśmiechnął się Michał pod nosem, widząc, jak dwie pozostałe bieżnie rozpędzają się w szybkim tempie. Chłopcy pokazali cały garnitur białych zębów i biegnąc, próbowali prowadzić towarzyską pogawędkę.
Baniak śmiał się z nich, ale sam się złapał na tym, że próbuje nie stękać przy podnoszeniach.
I wtedy do środka wszedł komendant. To miejsce nie widziało go od dawna. Miał na sobie dres być może pamiętający czasy pierwszych siłowni w mieście, a także ręcznik nonszalancko przewieszony przez ramię. Najwyraźniej postanowił ich pilnować.
* * *
Komendant wszedł na rowerek, po czym zaczął pedałować. Ale bez entuzjazmu swoich podwładnych. Powoli ruszał nogami i czujnie się rozglądał. Młodzi po prostu poszaleli. Może rzeczywiście należało już wcześniej zatrudnić jakąś kobietę? Może wtedy nie dostawaliby małpiego rozumu na widok jednego zaledwie tyłka w legginsach?
Majka Sokołowska krok po kroku odkrywała swoje atuty. A tych, jak się okazało, miała sporo. Zdjęła szeroką bluzę, włożyła jakiś obszarpany top, który bez przerwy się przesuwał. To jej się ramiączko przemieszczało, to znów dekolt zmniejszał się lub powiększał, drażniąc wyobraźnię. Długi warkocz podskakiwał na jej plecach.
Takie właśnie są kobiety - pomyślał komendant. - Nigdy nie wiesz, jakim sposobem cię zaskoczą. Młoda Sokołowska miała doskonałą figurę. Mógłby na nią patrzeć godzinami. Nie tylko dlatego, że krew mu szybciej krążyła, a to w jego wieku nawet zdrowo. Po prostu miło zawiesić od czasu do czasu oko na czymś naprawdę ładnym. Nie była słodka jak lalka, ale właśnie doskonała. Jak piękna, gładka rzeźba.
Poczuł też pewien respekt wobec tego szczupłego ciała. Widział to. Znał się. Pod opaloną błyszczącą skórą kryły się napięte mięśnie. Jak u silnej tygrysicy, która może się przeciągać w słońcu, wyglądać jak kociak, ale i tak nikt nie chciałby stanąć jej na drodze.
Majka miała niejedno oblicze. I z pewnością nie przyjechała tutaj bez powodu. Postanowił poczekać do końca tych głupich ćwiczeń, po czym po prostu z nią porozmawiać. Doszedł już trochę do siebie. Cały dzień obserwował ją przez szybę. Pracowała jak każdy. Była człowiekiem. Piła kawę, a potem chodziła do kibla. Należało zedrzeć z niej ten nimb córki bohatera i normalnie wypytać.
Chłopaki ćwiczyli bitą godzinę. W pomieszczeniu unosił się duszny zapach potu. Niektórzy ledwo już ciągnęli, ale żaden nie chciał być pierwszym, który da spokój. Dziewczyna przechodziła na kolejne urządzenia. Też była zgrzana, ale w lepszej formie niż oni wszyscy.
Wreszcie Majka zakończyła tę mękę. Zeskoczyła z orbitreka i w tej samej chwili z mimowolnym westchnieniem ulgi pozostali podjęli taką samą decyzję o zakończeniu treningu. Ruszyli pod prysznice.
Ha! - pomyślał komendant z satysfakcją. - Nie mamy osobnych kabin dla kobiet. Będziesz musiała poczekać.
- Maja! - zwrócił się do niej po raz pierwszy po imieniu. - Porozmawiasz ze mną chwilę?
Otarła dekolt i szyję. Poczuł, jak jego ciało się napręża. Może nie był jednak tak stary, jak mu się zdawało?
Choć ćwiczenia fizyczne wykonywał zdecydowanie na pół gwizdka, to jednak poczuł się odprężony. Stres na chwilę go opuścił. Poza tym godzinę przyglądał się męczącym się jak durnie chłopakom i to go rozbawiło. A mało co miało taką moc.
Stracił czujność.
- Jasne - odparła i podeszła bliżej. Spojrzała na niego i już wiedział, że to nie będzie miła pogawędka. Przez moment poczuł pokusę, żeby uciec. Nie wiedzieć. Schować głowę w piasek. Ale nie był tchórzem, choć zdawał sobie sprawę, że za chwilę będzie zapewne gorzko żałował tej konfrontacji.
- Po co przyjechałaś? - zapytał wprost. Wydawała się taka niewinna. Włosy jej się rozburzyły, a przy czole zrobiły niewielkie loki. Zarumienione policzki dodawały dziewczęcego wdzięku. Kiedyś mówiła do niego wujku.
- Po prawdę - usłyszał i omal nie zgiął się w pół. Zabolało, jakby ktoś go mocno uderzył w brzuch.
- To zamknięta sprawa! - zawołał, spoglądając w stronę pryszniców. Miał nadzieję, że szum wody zagłusza wszelkie inne dźwięki. - Chyba że jest coś, o czym nie wiem? - zapytał ledwo słyszalnym głosem.
- Myślę, że znasz odpowiedź. - Maja spojrzała mu w oczy. Nie umiał odczytać tego przekazu, choć nie po raz pierwszy go widział. Co tam było? Oskarżenie?
Ledwo oddychał. Ożyły wszystkie dawne demony. Znów zobaczył milczące dziecko w poplamionej krwią spódniczce. Nie powiedziała wtedy ani słowa. Nikt nie umiał przedrzeć się przez to uparte milczenie. Zresztą nie było takiej potrzeby. Sprawca się przyznał. Dochodzenie trwało krótko, nie szukano kolejnych szczegółów.
Majka była niepełnoletnia. Wykorzystanie takiego świadka to przedzieranie się przez dość skomplikowane i niejednokrotnie sprzeczne przepisy. Gdyby nie mogli znaleźć winnego, może bardziej by się starali. Ale, do kurwy nędzy, przecież był!
Tylko nierozstrzygnięte sprawy z przeszłości są interesujące. Tę już dawno zamknięto na dobre. Teoretycznie. Komendant się pocił. Strach podchodził mu do gardła.
Majka jako jedyna widziała, co się wtedy stało. Jak dużo? Nikt tego nie wiedział. Może jednak należało ją wtedy przycisnąć jakimiś dyskretnymi, prywatnymi kanałami? Wypytać dokładniej ciotkę?
- Będziesz teraz mówić? - zapytał i sprawdził kieszenie, po czym się zdenerwował. W starym dresie nie było ani jednej miętówki. - Po tylu latach?! - krzyknął głośniej.
- Tak - odpowiedziała. - Chcę, żebyś poznał prawdę. Ty i całe miasto.
- Kurwa mać! Na co ci to? - zapytał w pierwszym odruchu, ale zaraz potem skupił się na innych faktach. Musiał opanować emocje i jak najwięcej się dowiedzieć. - Czy jest ktoś, kogo będziesz chciała oskarżyć? - zadał najważniejsze pytanie.
Kiwnęła głową potakująco, a komendant poczuł, że jego życie już się właściwie nie liczy. Podniósł się po niejednym ciosie, ale tego nie udźwignie. Jeśli się wtedy pomylił, miasto mu nie daruje.
Zapadła cisza. Chłopcy już poszli, ustępując jej miejsca. Słyszał ich wesołe głosy na korytarzu. Jakby dochodzące z innego świata. Łapał powietrze, skupiając się na tej jednej czynności.
- Czy masz całkowitą pewność? - zapytał.
Kiwnęła głową, ale zobaczył bardzo krótki trwający może sekundę grymas zawahania na jej twarzy. Natychmiast to wykorzystał.
- Zastanów się dobrze - powiedział. - Miałaś siedem lat i przeżyłaś szok. Pamięć potrafi bardzo dobrze fałszować rzeczywistość. Są na to badania naukowe.
Milczała, więc poczuł się pewniej.
- Uznam naszą rozmowę za prywatną - powiedział szybko. - W przeciwnym razie musiałbym ruszyć procedurę służbową. Wrócimy do tematu, kiedy będziesz pewna, że jesteś w stanie opowiedzieć prawdziwą historię. I że chcesz to zrobić.
Kiwnęła głową. Zgodziła się dość bezproblemowo.
- Po to tutaj przyjechałam - powiedziała, a głos jej nawet nie zadrżał. - Żeby odtworzyć fakty. Ale nie miej złudzeń. Doskonale pamiętam każdą sekundę. Obrazy zapisały mi się jak stop-klatki. Wiem, jak to się stało. - Znów spojrzała mu w oczy.
- Mnie przy tym nie było - odparł bez sensu, bo to przecież stanowiło oczywistość.
- To prawda - przyznała, a on poczuł ulgę, która jednak szybko przerodziła się w kolejny skurcz strachu. - Ale wiedziałeś - dodała szybko, po czym odwróciła się gwałtownie i poszła pod prysznic.
Chciał za nią pobiec. Zadać jeszcze wiele pytań, wytłumaczyć się, ale słyszał, że włączyła wodę. Z facetem by się nie przejmował. Ale wiadomo z babami na każdym kroku problem.
Kim była? Wariatką pragnącą zwrócić na siebie uwagę? Zranionym dzieckiem, które postradało rozum, bo ból okazał się zbyt wielki? Czy dorosłą kobietą z prawem głosu i odwagą, jakiej nie miało kiedyś dziecko?
Ruszył wolno w stronę swojego pokoju. Nie zamierzał się teraz myć. Z dużym prawdopodobieństwem dostałby pod prysznicem zawału. Może przez całą noc nikt by go nie znalazł. Najgorsza możliwa śmierć. Zostać rano odkrytym przez piszczącą sprzątaczkę na brudnej podłodze z wypiętym nagim tyłkiem, obwisłym od siedzenia, żarcia i czasu.
Wolno ruszył do samochodu. Jego mózg pracował na najwyższych obrotach. Przeszukiwał pamięć, próbując odgadnąć, co córka Sokołowskiego miała na myśli. Formalnie był nie do ruszenia.
A jednak czuł się dziwnie. Winny.
Nie zmieniało to faktu, że nie on zabił Sokołowskiego. Ale osoba, którą zamknęli, mogła mieć wspólników.
Teraz zrozumiał, w jaki sposób jego przyjaciel, ten silny, wysportowany mężczyzna został pokonany. Być może przewagą liczebną? To się jednak kompletnie nie trzymało kupy. W żaden sposób nie zgadzało z dowodami.
Wyszedł prosto w deszcz. Zacięło mu twarz zimnymi biczami. Padało w całym mieście.
Borki to mała miejscowość. Urodził się tutaj. Znał prawie wszystkich. Czy przeoczył fakt, że być może od piętnastu lat ktoś tu ukrywa swój współudział w najgłośniejszej sprawie kryminalnej ostatnich lat?
Czy to możliwe? Czy tylko ta pozornie delikatna dziewczyna prowadzi z nim jakąś mroczną grę? Może się naczytała thrillerów i jej zaszkodziło?
Przemoczony do nitki wpadł do samochodu, po czym zaklął brzydko.
Najgorsze w tej sprawie było to, że cały czas się bał. Jakby to właśnie on musiał uważać teraz na każde słowo. Jakby prawda zagrażała przede wszystkim jemu samemu. I choć przyczyny takiego stanu wydawały się nieco irracjonalne, strach był jak najbardziej prawdziwy.