Niebo nad białym pałacem było bezgwiezdne, a Wren drżała z niepokoju. Było już grubo po północy i wiał przejmujący wiatr. Otuliła się mocniej płaszczem.
- Coś tu jest nie w porządku.
- Co ty nie powiesz - dobiegł z ciemności szept Shena. - Zaraz włamiemy się do pałacu.
Wren posłała przyjacielowi miażdżące spojrzenie.
- Mówię ogólnie, Shen.
- To jest ta łatwa część - przypomniał jej. Wspięli się już na południową ścianę i rzucili zaklęcia usypiające na dwóch pałacowych strażników podczas patrolu. Teraz mieli przed sobą już tylko wschodnią wieżę, która niczym ostry ząb wbijała się w ciemności. - To proste: dłoń za dłonią. Stopa za stopą.
- Może ciebie nie dotyczy grawitacja, Shenie Lo, ale pozostali muszą przestrzegać jej zasad.
Drwiący uśmiech Shena błysnął w świetle księżyca.
- No dalej, wspinaj się. Będę tuż za tobą.
- Złapiesz mnie, jeśli spadnę?
- Nie, ale pomacham ci, gdy będziesz leciała.
- Jak zwykle dżentelmen.
Dłonie Wren przywarły do kamiennej ściany. Znajdowały się w niej wąskie szczeliny, wystarczające, by mogła wbić w nie stwardniałe palce i się podciągnąć. Przywarła do wieży całym ciałem, płaszcz łopotał za plecami tak, że jego klamra uciskała jej gardło.
Teraz się skup, moja mała Wren - rozbrzmiewał głos babci w jej głowie. Kiedy znajdziesz się za pałacowymi bramami, nie będzie już miejsca na pomyłkę.
Oddech dziewczyny zamieniał się w białą mgiełkę, a zwisająca sakiewka delikatnie obijała się o jej biodro, jak gdyby przypominając o swoim istnieniu. Po chwili pot zaczął spływać dziewczynie po twarzy i zbierał się pod kołnierzem koszuli. Palce jej sztywniały, a mięśnie nóg krzyczały z bólu, kiedy jak owad wspinała się po ścianie wieży. Dłoń za dłonią, stopa za stopą.
Shen niczym cień sunął za nią w ciemności.
Spostrzegła okno. Niczym szklane oko wyzierało nad rzeką Srebrnego Języka. Było lekko uchylone - ledwo tyle, ile potrzeba, by wpuścić do środka powiew chłodnego powietrza, a tej nocy także intruzów, którzy przybyli wraz z nim.
Wren wyciągnęła rękę i dosięgła klamki. Gdy wdrapywała się na wąski parapet, okno otworzyło się z przeraźliwym skrzypnięciem. Powstrzymała się przed posłaniem Shenowi tryumfalnego uśmiechu przez ramię, kiedy cichutko wślizgiwała się do pokoju. Grawitacjo, a niech cię.
Światło księżyca wkradło się za nią, rozbijając mrok sypialni na perłowe odłamki.
Wren wyjęła ukryty w bucie sztylet, drugą dłoń trzymała na sakiewce. Była gotowa na wejście strażnika pałacowego, który jak podejrzewała, pełnił wartę na klatce schodowej na zewnątrz. Kiedy jednak cisza trwała nieprzerwanie, rozluźniła się. Sypialnia była bardziej okazała, niż się spodziewała. Gobeliny z frędzlami wisiały na ścianach w kolorze kości słoniowej, a pozłacane szafy majaczyły niczym widma w półmroku. Dywan tłumił każdy jej krok, gdy rozglądała się po pokoju.
Spostrzegła swoje upiorne odbicie w lustrze i ze strachu omal nie wyskoczyła ze skóry. Jej warkocz się rozplątał, a niesforne kosmyki oplatały twarz pokrytą smugami brudu i piasku, które nagromadziły się na niej przez ostatnie dwa dni. Wyglądała tak, jakby przeciągnięto ją przez pustynię tam i z powrotem, a później jeszcze zanurzono w bagnie.
Wazon pełen świeżych róż wypełnił pokój mdlącą słodyczą. Wren zmarszczyła nos. Fuj! Przesłodzony zapach bardzo różnił się od woni dzikiego wrzosu Orthy i znajomego cierpkiego zapachu wodorostów bijącego od oceanu. Będzie musiała do niego przywyknąć.
Nagły szelest jedwabiu przyciągnął ją do łóżka z baldachimem na środku pokoju. Baldachim zafalował jak mgiełka na wietrze, odsłaniając następczynię tronu Eany.
Księżniczka Rose Valhart była piękna jak z obrazka, a przy tym spokojna i delikatna niczym drzemiący kot.
Niebezpieczeństwo jest dla Rose odległym pojęciem - odezwał się w jej głowie głos babki. Nigdy nie będzie się ciebie spodziewać.
Wren spojrzała na śpiącą księżniczkę, zapominając przez chwilę o szalonym łomotaniu w piersi. Siła przyciągająca ją do bliźniaczki wciąż rosła i przypominała zaciskającą się wokół jej serca pięść.
- Cześć, siostrzyczko - wyszeptała. - W końcu się spotykamy.
Rose uśmiechała się przez sen. Kasztanowobrązowe włosy rozlewały się wokół niej niczym aureola. W świetle księżyca jej blada skóra promieniała, a na policzkach nie było śladu piegów. Chociaż ich twarze były identyczne, było jasne, że Rose nigdy nie zetknęła się z palącym słońcem pustyni ani nie zaznała lodowatego bicza morskiego wiatru.
Niektórzy mają szczęście.
Cień padł na łóżko.
- Zasłaniasz mi światło, Shen - wyszeptała Wren.
- Staram się nie przeszkadzać. - Shen kucał na parapecie. - W razie gdybyś chciała, wiesz, pozwolić sobie na... - odchrząknął. - Na uczucia.
Wren aż się zjeżyła.
- Nie pozwalam sobie na uczucia.
- Spokojnie. Nie powiem twojej babce. - Zeskoczył i bezszelestnie wślizgnął się do pokoju. - Przy mnie możesz być sobą.
Podczas wspinaczki kosmyki jego czarnych włosów wymknęły się spod skórzanej opaski i spoczęły na czole. Poza tym wyglądał nienagannie.
Wren mu się przyjrzała.
- Spociłeś się chociaż?
- Oczywiście, że nie.
- Zatem... Co myślisz? - szepnęła.
- Gdy śpi, jest zdecydowanie ładniejsza od ciebie. Ty się paskudnie ślinisz.
Wren uderzyła go w ramię.
Z uśmiechem przygryzł wnętrze policzka.
- Masz więcej piegów. I jej włosy są ciemniejsze od twoich.
Wren zmarszczyła brwi i przesunęła dłonią po warkoczu.
- Założę się, że jest o wiele milsza.
- Wypchnę cię z powrotem przez okno, Shen.
Rose westchnęła, przewracając się na bok. Jej powieki drgnęły. Teraz, gdy była już tak blisko, Wren ogarnęło nagłe pragnienie, by spojrzeć siostrze w oczy. Czy Rose by ją poznała? Czy by krzyczała? Czy by...
- Wren! - syknął Shen. - Rzuć to przeklęte zaklęcie!
- Celeste? - wymamrotała Rose przez sen.
Wren ogarnęła fala paniki. Wyjęła garść piasku Orthy z sakiewki i otworzyła dłoń. Poczuła zbierającą się moc zaklęcia w palcach. Słowa popłynęły szybko i swobodnie.
- Z ziemi w proch, w ciemnościach się czaimy, proszę, wyślijcie księżniczkę z powrotem do snu krainy!
Rose otworzyła oczy.
Serce Wren zabiło mocniej, kiedy zdmuchnęła piasek z dłoni. Unosił się niczym świetliki o złotych skrzydłach, zanim rozpłynął się w nicość, zabierając ze sobą gwałtowne westchnienie księżniczki. Jej powieki się zamknęły i nieprzytomna opadła na poduszkę.
Wren zawiązała sakiewkę. Jej palce drżały. Zacisnęła je w pięść. To było naprawdę głupie, ten moment zawahania się. Wiedziała przecież, czego się spodziewać we wschodniej wieży. Od zawsze wiedziała, że ma siostrę bliźniaczkę. W końcu została wychowana w taki sposób, by kiedyś ukraść jej życie. Jednak widok Rose tak blisko, prawdziwej i żywej, nagle napełnił ją... cóż, uczuciem.
- Widziałeś jej oczy? - wyszeptała.
- Zielone jak szmaragdy. - Wzrok Shena błyszczał zbyt jasno w świetle księżyca. Patrzył na nią w ten charakterystyczny sposób, jakby mógł przeczytać każdy skrawek jej duszy. - Wszystko w porządku?
- W porządku. - Wren lekko się uśmiechnęła. - Musimy się pospieszyć. Daj mi linę. - Zaczęła ją rozplątywać. - Będę cię asekurować.
- Świetnie - powiedział Shen, odsuwając baldachim. - A ja uprowadzę twoją siostrę.
Wren przywiązała linę do najbliższego słupka łóżka, po czym wyrzuciła ją przez okno. Kiedy się odwróciła, Shen stał na środku pokoju z księżniczką przewieszoną przez ramię. Z niezwykłą ostrożnością wspiął się z powrotem na parapet. Gdy schodził z białej wieży, lina się napięła, a ciemne włosy Rose rozlewały się po jego plecach niczym wodorosty.
- Poczekaj! - syknęła Wren. Zdjęła płaszcz i rzuciła go przez okno. - Ta koszula nocna na nic się nie zda na pustyni.
Shen złapał go za klamrę, nawet się nie chwiejąc.
- A ja myślałem, że będziesz tą złą bliźniaczką.
Wren wystawiła język.
- Mam nadzieję, że da ci popalić.
- Powodzenia, Wren. Do zobaczenia na tronie. - Shen mrugnął i rozpłynął się w ciemności, pozostawiając po sobie tylko echo swoich słów.
Wren zabrała się do pracy. Zwinęła linę i zakopała ją pod stertą pościeli, która leżała poukładana na stoliku nocnym. Zdjęła ubranie do wspinaczki, zwinęła zabłocone spodnie oraz luźną koszulę i wepchnęła je pod łóżko. Sztylet schowała pod poduszkę.
W komodzie znalazła niebieską koszulę nocną, którą na siebie włożyła, rozkoszując się śliskim jedwabiem na skórze. Była trochę za duża w talii, a ramiączka na jej wąskich ramionach za luźne, ale koszula była czysta i luksusowo miękka.
Wren uśmiechnęła się z przekąsem. Do czasu, gdy księżyc znów będzie w pełni, będzie miała już dość tych luksusów. Wszystko, co musiała zrobić, to dotrwać niewykryta do swoich osiemnastych urodzin - do dnia długo oczekiwanej koronacji Rose. Wtedy zostanie królową - jedyną władczynią wyspy Eany. Dzięki temu będzie mogła zburzyć to królestwo i odbudować je tak, jak tylko jej się spodoba.
By było dokładnie takie jak kiedyś.
Gdy zostanie królową, Wren w końcu będzie mogła zemścić się na Oddechu Króla - na człowieku, który przez szaleńcze oddanie wobec Obrońcy zamordował jej rodziców osiemnaście lat temu. Już sam widok Willema Rathborne'a w ogrodzie różanym sprawił, że Wren zaświerzbiły palce. Nauczyła się jednak być cierpliwa. Najpierw zdobędzie koronę, a później się zemści.
Usiadła przy toaletce Rose i zaczęła przeglądać niezliczoną ilość słoiczków z pachnącymi olejkami oraz kremami o ostrym zapachu. Tyle perfum dla jednej księżniczki! Spoglądając w lustro, Wren rozplątała warkocz, a jej oczy błyszczały w ciemności jak szmaragdy. Jej usta były spierzchnięte, skóra usiana piegami narodzonymi ze słońca pustyni, a włosy przypominały ptasie gniazdo na czubku jej głowy.
- Hmm - mruknęła. - Nie do końca przypominam księżniczkę.
Wyjęła szczyptę piasku z sakiewki, zamknęła oczy i w myślach przywołała obraz Rose. Uniosła rękę i w ciszy rzuciła zaklęcie.
- Z ziemi w proch, z wytwornością i wdziękiem, proszę, obdarz mnie mojej siostry pięknem.
Piasek zniknął, zanim zdołał spaść na czubek jej głowy. Wren rozkoszowała się lekkim niczym piórko dotykiem swojej magii, jej delikatnym mrowieniem pod skórą. Patrzyła, jak policzki błyszczą, a opalona skóra pozbywa się piegów, zamieniając je w delikatnie różany rumieniec. Jej włosy zgęstniały, ciemne loki stały się dłuższe i piękniejsze, aż dosięgły jej talii.
Uśmiechnęła się z przekąsem do swojego lustrzanego odbicia.
- Witaj, księżniczko.
Wren obróciła dłonie i postanowiła zostawić na nich te szorstkie stwardnienia. Przypominały jej o smaganych wiatrem klifach Orthy i o czarownicach wzdłuż ich krawędzi, czekających na nowy świat. Świat, który babka Wren im obiecała.
Jakby przyzwany myślami o Banbie, złowrogi poryw wiatru wślizgnął się do środka i przewrócił butelkę perfum. Wren krzyknęła.
Rozległo się głośne pukanie do drzwi, a potem szorstki głos strażnika pałacowego.
- Czy wszystko w porządku, księżniczko Rose?
Wren zaklęła pod nosem.
- Wszystko dobrze, jak najbardziej, dziękuję! - zawołała, modląc się w duchu, by jej głos zabrzmiał podobnie do jej siostry. - Ten nieznośny wiatr! Po prostu chciałam zaczerpnąć świeżego powietrza.
Pospiesznie zamknęła okno, a oczy miała wbite w klamkę po drugiej stronie pokoju. Nie usłyszała jednak żadnego dźwięku, a wraz z ciszą zaczęło ogarniać ją uczucie ulgi. Wren oparła się o szybę.
- Dam sobie radę - napomniała się. - Urodziłam się, żeby to zrobić.
Wren spędziła całe życie, przygotowując się do zamiany. Pod czujnym okiem babki doskonaliła swoją magię na plażach Orthy, aż potrafiła rzucać skomplikowane zaklęcia niczym strzały. Spędziła długie godziny z Shenem, ćwicząc, w jaki sposób poruszać się ukradkiem, niepostrzeżenie, a także doskonaląc samoobronę. Nauczyła się wyczuwać, kiedy powinna uderzyć, a kiedy być cicho. Thea, żona Banby, przekazała Wren wiedzę na temat królewskiej etykiety. Wren nie była księżniczką, ale nauczyła się zachowywać jak jedna z nich. Jak trzymać język za zębami i powstrzymywać się od przeklinania, uśmiechać powściągliwie i stąpać wesoło, jak gdyby w ogóle nie miała zmartwień.
W końcu co w tym trudnego - udawać dziewczynę, która nigdy nie poznała życia poza murami pałacu?
Wren rzuciła się na łóżko z baldachimem i wylądowała twarzą w dół jak rozgwiazda. Zagrzebała się w poduszki, zanurzając się w cieple, które pozostawiła po sobie jej siostra. Mogłaby czuć się z tym dziwnie, gdyby jej krew nie tętniła z powodu udanej zamiany. Miała nadzieję, że Shen wydostał się stąd bezpiecznie i że duch Orthy Starcrest poprowadzi go do domu, do schronienia na zboczu klifu, który czarownice nazwały na jej cześć.
Wren obróciła się na bok i wsunęła dłoń pod poduszkę. Sztylet był chłodny w dotyku. Jej pociecha w tym obcym miejscu. Ponieważ miała go pod ręką, sen przyszedł szybko. Odpłynęła w ciemność i zostawiła za sobą wszystkie myśli o domu.
Rano będzie Rose Valhart, następczynią tronu Eany.
Słodką, nieskazitelną i niebezpieczną.