Bliźniacze korony - Catherine Doyle, Katherine Webber

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Tytuł oryginału: Twin Crowns

Copyright ? 2022 Catherine Doyle, Katherine Webber

All rights reserved.

 

Copyright ? for the Polish translation by Marta Wielgosz, 2024

Copyright ? Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2024

 

Redaktorka prowadząca: Oliwia Łuksza

Marketing i promocja: Aleksandra Kotlewska, Anna Fiałkowska

 

Redakcja: Patryk Białczak

Korekta: Małgorzata Tarnowska, Robert Narloch

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka

Projekt oryginalnej okładki: Stefano Moro

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67974-27-1

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni osoby autorskiej. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

marketing@weneedya.pl

www.weneedya.pl

 

 

 

Złote bramy pałacu Anadawn błyszczały w promieniach zachodzącego słońca, a każdy grot wieńczący ich pręty był ostry niczym sztylet. Ten widok sprawił, że żołądek Wren Greenrock podszedł jej do gardła. Nawet z oddali brama była wyższa, niż sobie ją wyobrażała, a jej mocne łańcuchy pobrzękiwały cichutko na wietrze.

Przykucnęła na skraju lasu otaczającego teren pałacu. Było zbyt jasno, żeby opuścić bezpieczne schronienie pośród drzew. Musiała poczekać, aż świat przykryje mrok, by zaryzykować podejście choć trochę bliżej. Pod jej stopą złamała się gałązka. Wren się skrzywiła.

- Ostrożnie - syknął głos za nią. U jej boku pojawił się Shen Lo. Odziany w czerń, z częściowo zasłoniętą twarzą, poruszał się błyskawicznie i bezgłośnie niczym żmija. - Patrz pod nogi, Greenrock. Pamiętaj, czego cię uczyłem.

- Jeśli będę patrzyła pod nogi, to jak doliczę się tych wszystkich groźnie wyglądających strażników pałacowych, którzy zabiją nas bez ostrzeżenia, Shen?

Ciemne oczy Shena przesuwały się tam i z powrotem, lustrując postaci strażników. Było ich dwunastu, i to tylko na dolnym dziedzińcu. Kolejnych sześciu strzegło bram, a wszyscy ubrani w nieskazitelne zielone mundury z przypasanymi do bioder mieczami.

- Poradzę sobie z nimi.

Wren wypuściła powietrze.

- Wolałabym nie zostawiać osiemnastu trupów za nami, skoro chcemy się dostać do środka niepostrzeżenie.

- To może odwrócimy ich uwagę? Możemy złapać łosia i wypuścić go na dziedziniec.

Wren spojrzała na niego z ukosa.

- Przypomnij mi: dlaczego zdecydowałam się zabrać cię ze sobą?

- Bo twoja babcia ci kazała - powiedział zadowolony z siebie Shen. - I beze mnie nie dałabyś rady przedostać się przez pustynię.

Nieobecna myślami Wren strzepnęła piasek ze swojej tuniki. Mimo czekającego ją zadania cieszyła się, że palące słońce pustyni ma już za sobą. Zaczerpnęła głęboko rześkiego powietrza i spróbowała uspokoić kłębiące się w jej brzuchu nerwy.

W pamięci widziała swoją babkę Banbę, stojącą mocno i pewnie na zachodnim wybrzeżu Eany ze swoimi silnymi dłońmi zaciśniętymi na ramionach Wren.

Kiedy rozłamiesz kamienne serce pałacu Anadawn i zajmiesz należne ci miejsce na tronie, wszystkie wiatry Eany będą wyśpiewywać twoje imię. Niech towarzyszy ci odwaga czarownic, moja ptaszyno.

Wren wpatrywała się w najwyższe okno wschodniej wieży Anadawn i próbowała przywołać choć odrobinę tej odwagi. Czuła jednak tylko własne serce, które trzepotało w jej piersi niczym drobne skrzydła kolibra.

- Czy to przypomina już dom? - zapytał Shen.

Potrząsnęła ponuro głową.

- Wygląda jak twierdza.

- W sumie zawsze kochałaś wyzwania.

- Zaczynam myśleć, że to może być ponad moje siły - powiedziała niespokojnie Wren, jednak to właśnie Banba obmyśliła ten plan, więc oboje wiedzieli, że Wren musi się go trzymać.

Shen opadł na ziemię i oparł się o drzewo.

- Kiedy nadejdzie noc, pójdziemy na południe nad rzekę i przeprawimy się przez sitowie. Mury są tam starsze, łatwiej znaleźć punkty zaczepienia. Możemy prześlizgnąć się pomiędzy patrolami.

Wren sięgnęła po sakiewkę wiszącą przy jej pasie. Był to podarunek, który otrzymała rano w dniu wyjazdu z Orthy od swej babki. Wcisnęła go w dłoń dziewczyny jak talizman.

Trzymaj swoją magię blisko, ale poza zasięgiem wzroku. Jeśli w Anadawn padnie na ciebie podejrzenie, że jesteś wiedźmą, najpierw odbędzie się egzekucja, a dopiero później przesłuchanie.

- Mogę rzucić urok na straże - powiedziała pewna siebie Wren. - Moje zaklęcia usypiające działają teraz błyskawicznie.

- Wiem - powiedział Shen. - Nie zapominaj, na kim ćwiczyłaś.

Wren usiadła wygodnie i oparła się o jego ramię. Wsłuchiwali się w odległe dźwięki pałacowego życia wznoszące się ponad śpiew ptaków i obserwowali służbę krzątającą się tam i z powrotem oraz straże stojące sztywno na swoich stanowiskach, podczas gdy ostatnie promienie słońca topniały na niebie, przeistaczając się w koralowe pociągnięcia pędzla.

Spojrzenie Wren zatrzymało się na marmurowym posągu, sterczącym na środku pięknego ogrodu różanego. Skrzywiła się. To był słynny Obrońca Eany - przepełniony obsesją i niepohamowaną ambicją mężczyzna, który najechał te ziemie tysiąc lat temu wyłącznie w celu zlikwidowania wszelkich śladów magii. W brutalnej wojnie, z której ocalało niewielu, Obrońcy udało się zdetronizować Orthę Starcrest, ostatnią królową czarownicę Eany, i zagarnąć królestwo dla siebie. Nawet jeśli nie zdołał całkowicie unicestwić wszystkich czarownic - wszakże jak można wyciąć bijące serce królestwa - Obrońca był otaczany czcią po dziś dzień, a jego nienawiść do czarownic wciąż była żywa.

Shen podążył za jej spojrzeniem.

- Co zamierzasz zrobić z tym ohydnym posągiem, kiedy zostaniesz już królową? - zapytał. - Rozbijesz go w drobny mak? Zastąpisz moim?

- Rozbiję go na malutkie kawałeczki - powiedziała Wren. - Później nakarmię nimi w pierwszej kolejności tego, który zlecił powstanie tej maszkary. Kawałek po kawałku.

W tym momencie zauważyła kogoś błąkającego się wśród róż. Była to dziewczyna w wieku podobnym do Wren. Jej ciemne włosy ułożone w luźne loki opadały aż do talii, ubrana była w piękną rozłożystą różową suknię. Jej delikatny podbródek był skierowany ku niebu, jak gdyby dziewczyna zagubiła się we własnych myślach.

Wren wstała wbrew samej sobie.

Shen szarpnął za brzeg jej płaszcza.

- Na ziemię.

Wskazała na odległe pergole.

- Widzisz tę dziewczynę?

Shen zmrużył oczy.

- Co z nią?

- To ona. To moja siostra. - Wren poczuła dziwne szarpnięcie w sercu, jakby napinała się nić. Przez krótką chwilę chciała rzucić się w stronę złotych bram. - To Rose.

Shen powoli się podniósł.

- Księżniczka Rose wędrująca po swoim różanym ogrodzie - powiedział z basowym chichotem. - Powiedziałbym, że to mówi samo za siebie... To, i ewentualnie fakt, że macie identyczne twarze.

Wren gapiła się na nią z takim napięciem, że aż przestała mrugać. Dorastała, wiedząc, że ma siostrę bliźniaczkę na drugim końcu świata, ale to, że zobaczyła ją w rzeczywistości, wprawiło ją w osłupienie i po raz pierwszy w życiu nie mogła wypowiedzieć choćby słowa.

Shen się do niej odwrócił.

- Nie mów mi, że masz wątpliwości co do planu.

Oczami wyobraźni Wren zobaczyła stężałą twarz babki.

Kiedy dotrzesz do Anadawn, pozostaw swoje serce w lesie. Chwila słabości sprowadzi na nas zagładę.

Zacisnęła szczękę ze wzrokiem cały czas utkwionym w Rose.

- Nigdy.

 

 

Księżniczka Rose Valhart była przyzwyczajona do bycia wiecznie obserwowaną.

Straże pałacowe nigdy nie odchodziły za daleko, złote guziki ich mundurów zauważalnie mieniły się w promieniach słońca. Nie mniej uważnie obserwowała ją również służba, bardzo często przewidująca jej potrzeby, zanim księżniczka zdążyła je wypowiedzieć na głos. Był też Chapman, kamerdyner pałacowy, który zawsze kręcił się wokół niej niczym ćma. Wiedział, gdzie Rose się znajduje o każdej porze każdego dnia, i troszczył się, by nigdy się nie spóźniała, mimo jej skłonności do ociągania i snucia marzeń na jawie.

Jej poddani oczywiście też ją obserwowali. Kiedy z rzadka decydowała się zjawić w stolicy Eshlinn, ustawiali się wzdłuż przemierzanych przez nią ulic, żeby móc ją zobaczyć. Była przecież ich ukochaną księżniczką, tak piękną jak kwiat, po którym imię otrzymała, oraz tak słodką i czystą jak jego woń.

Przynajmniej Rose zakładała, że tak właśnie o niej myślą. Nie pozwalano jej rozmawiać z nikim z poddanych, miała tylko trzepotać rzęsami i machać do nich z oddali. To wszystko się jednak zmieni, kiedy zostanie królową. Postanowiła, że odwiedzi odległe zakątki swojego królestwa i spotka się z ludźmi, którzy tam mieszkają. Chciała z nimi porozmawiać, poznać ich i... by oni poznali ją.

Czasami Rose mogłaby przysiąc, że nawet gwiezdne ptaki obserwują ją uważniej, niż powinny. Ale od zawsze miała wybujałą wyobraźnię. Chapman obwiniał o to Celeste, jej najlepszą przyjaciółkę. Uwielbiały wymieniać się głupiutkimi opowieściami, starając się, by każda kolejna była bardziej osobliwa od poprzedniej, aż w końcu wybuchały śmiechem. Czasami zapisywały swoje najgłębsze marzenia na kawałku pergaminu i podpalały go od płomienia świecy. Później rzucały żarzące się jeszcze, lecz już prawie przemienione w popiół kawałeczki w nocne niebo.

Rose od zawsze pragnęła miłości, podczas gdy Celeste wybierała przygodę. Czasami Rose zastanawiała się, czy mogłaby mieć i jedno, i drugie. A jednak życie pełne przygód nie było odpowiednie dla królowej. Będzie musiała zadowolić się dreszczykiem swoich marzeń i dzikim pięknem swoich ogrodów. Uśmiechnęła się, zrywając z rabaty różę o pięknej różowej barwie, po czym starannie przycięła łodygę. Sięgnęła po kolejną... i zamarła.

Nagle ogarnął ją wyraźny niepokój. Poczuła, jakby ktoś ją obserwował. Ktoś nowy. Uniosła podbródek i wytężyła wzrok, żeby zobaczyć to, co znajdowało się za strażami przy złotych bramach - aż do mrocznego lasu za nimi, gdzie zachodzące słońce pokryło czerwienią korony drzew.

W jej piersi rozkwitł ból. Przycisnęła do niej dłoń. Czy pozwoliła sobie tego popołudnia na zbyt dużo słodkich bułeczek? A może to były po prostu nerwy? Z powodu zbliżającej się wielkimi krokami koronacji miała dużo do zrobienia.

- Rose! - Znajomy głos zakłócił ciszę ogrodu, sprawiając, że podskoczyła ze strachu. - Co ty tu robisz tak całkiem sama?

Ze wszystkich osób w jej życiu nikt nie obserwował Rose uważniej niż Oddech Króla. Willem Rathborne, mężczyzna, który uratował jej życie, tuż po jej narodzinach, był jej opiekunem przez prawie osiemnaście lat i z pewnością miał wystarczająco dużo siwych włosów, które to potwierdzały. Zmarszczył brwi, kierując się w jej stronę z grymasem, przez który wydawał się starszy o dobrych kilka lat.

Rose instynktownie dygnęła z gracją, a jej różowa suknia rozlała się wokół niej.

- Ja tylko zrywałam świeże kwiaty do mojej sypialni.

Willem westchnął.

- To zadanie dla służby. Nie powinnaś przebywać na zewnątrz, gdy zapada zmrok.

Rose lekko się zaśmiała, żeby go uspokoić.

- Słońce dopiero zaczęło zachodzić. Poza tym przecież nie włóczę się po ulicach Eshlinn. Jestem całkowicie bezpieczna we własnych ogrodach.

Mimo że Willem zastępował jej ojca, zawsze istniał między nimi dystans. Przez całe życie Rose pragnęła jego aprobaty, a teraz bardziej niż kiedykolwiek chciała mu pokazać, że jest gotowa, by zostać królową. Gotowa na to, by powierzyć jej królestwo i jego przyszłość.

Sięgnęła po kolejny kwiat.

- Za bardzo się martwisz, drogi Willemie.

Oddech Króla spojrzał na nią surowo.

- Ile razy mam ci powtarzać, żebyś przestała chodzić z głową w chmurach, Rose? Musisz być czujna przez cały czas. Niebezpieczeństwo czai się...

- ...wszędzie i nikomu nie można ufać. - Rose z westchnieniem dokończyła za niego zdanie.

Willem przez całe jej życie miał obsesję na punkcie bezpieczeństwa, ale teraz, wraz ze zbliżającą się koronacją, zdawał się popadać w prawdziwą paranoję. Wiedziała jednak, że martwi się tak bardzo tylko dlatego, że mu na niej zależy.

Delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu.

- Willemie, wiesz, że nic złego nie może spaść na Anadawn pod okiem Wielkiego Obrońcy.

Stali przecież pod jego posągiem, a marmurowa postać szlachetnego przodka Rose w milczeniu czuwała nad pałacem. Pilnowała jej, choć Rose zawsze uważała posąg za nieco przytłaczający. Blokował światło w jej ogrodach, a róże, które znajdowały się w jego cieniu, nigdy nie rosły tak wysoko jak pozostałe. Wolała jednak mieć go blisko siebie niż nie mieć go wcale. Przypominał jej o tym, że została pobłogosławiona i że...

- Chodź. W tej chwili. - Willem zacisnął palce na jej nadgarstku. - Wydam polecenie, by przyniesiono kwiaty do twoich pokoi.

Rose wprost więdła, podążając za nim w kierunku pałacowych cieni i coraz bardziej oddalając się od odurzającego wieczornego powietrza oraz wszystkich myśli pełnych romansu i przygody.

Kiedy zostanę królową, wszystko będzie lepsze - obiecała sobie, wspinając się po schodach swojej wieży, które pięły się jakby w nieskończoność. Jeśli zechcę, będę tańczyć całą noc, i nikt nie będzie mi mówił, co mam robić.

Uśmiechnęła się do strażnika na schodach, otwierając drzwi do swojej sypialni. Dopiero gdy dostrzegła krew na klamce, zdała sobie sprawę, że ukłuła się w palec kolcami róż.

 

 

Niebo nad białym pałacem było bezgwiezdne, a Wren drżała z niepokoju. Było już grubo po północy i wiał przejmujący wiatr. Otuliła się mocniej płaszczem.

- Coś tu jest nie w porządku.

- Co ty nie powiesz - dobiegł z ciemności szept Shena. - Zaraz włamiemy się do pałacu.

Wren posłała przyjacielowi miażdżące spojrzenie.

- Mówię ogólnie, Shen.

- To jest ta łatwa część - przypomniał jej. Wspięli się już na południową ścianę i rzucili zaklęcia usypiające na dwóch pałacowych strażników podczas patrolu. Teraz mieli przed sobą już tylko wschodnią wieżę, która niczym ostry ząb wbijała się w ciemności. - To proste: dłoń za dłonią. Stopa za stopą.

- Może ciebie nie dotyczy grawitacja, Shenie Lo, ale pozostali muszą przestrzegać jej zasad.

Drwiący uśmiech Shena błysnął w świetle księżyca.

- No dalej, wspinaj się. Będę tuż za tobą.

- Złapiesz mnie, jeśli spadnę?

- Nie, ale pomacham ci, gdy będziesz leciała.

- Jak zwykle dżentelmen.

Dłonie Wren przywarły do kamiennej ściany. Znajdowały się w niej wąskie szczeliny, wystarczające, by mogła wbić w nie stwardniałe palce i się podciągnąć. Przywarła do wieży całym ciałem, płaszcz łopotał za plecami tak, że jego klamra uciskała jej gardło.

Teraz się skup, moja mała Wren - rozbrzmiewał głos babci w jej głowie. Kiedy znajdziesz się za pałacowymi bramami, nie będzie już miejsca na pomyłkę.

Oddech dziewczyny zamieniał się w białą mgiełkę, a zwisająca sakiewka delikatnie obijała się o jej biodro, jak gdyby przypominając o swoim istnieniu. Po chwili pot zaczął spływać dziewczynie po twarzy i zbierał się pod kołnierzem koszuli. Palce jej sztywniały, a mięśnie nóg krzyczały z bólu, kiedy jak owad wspinała się po ścianie wieży. Dłoń za dłonią, stopa za stopą.

Shen niczym cień sunął za nią w ciemności.

Spostrzegła okno. Niczym szklane oko wyzierało nad rzeką Srebrnego Języka. Było lekko uchylone - ledwo tyle, ile potrzeba, by wpuścić do środka powiew chłodnego powietrza, a tej nocy także intruzów, którzy przybyli wraz z nim.

Wren wyciągnęła rękę i dosięgła klamki. Gdy wdrapywała się na wąski parapet, okno otworzyło się z przeraźliwym skrzypnięciem. Powstrzymała się przed posłaniem Shenowi tryumfalnego uśmiechu przez ramię, kiedy cichutko wślizgiwała się do pokoju. Grawitacjo, a niech cię.

Światło księżyca wkradło się za nią, rozbijając mrok sypialni na perłowe odłamki.

Wren wyjęła ukryty w bucie sztylet, drugą dłoń trzymała na sakiewce. Była gotowa na wejście strażnika pałacowego, który jak podejrzewała, pełnił wartę na klatce schodowej na zewnątrz. Kiedy jednak cisza trwała nieprzerwanie, rozluźniła się. Sypialnia była bardziej okazała, niż się spodziewała. Gobeliny z frędzlami wisiały na ścianach w kolorze kości słoniowej, a pozłacane szafy majaczyły niczym widma w półmroku. Dywan tłumił każdy jej krok, gdy rozglądała się po pokoju.

Spostrzegła swoje upiorne odbicie w lustrze i ze strachu omal nie wyskoczyła ze skóry. Jej warkocz się rozplątał, a niesforne kosmyki oplatały twarz pokrytą smugami brudu i piasku, które nagromadziły się na niej przez ostatnie dwa dni. Wyglądała tak, jakby przeciągnięto ją przez pustynię tam i z powrotem, a później jeszcze zanurzono w bagnie.

Wazon pełen świeżych róż wypełnił pokój mdlącą słodyczą. Wren zmarszczyła nos. Fuj! Przesłodzony zapach bardzo różnił się od woni dzikiego wrzosu Orthy i znajomego cierpkiego zapachu wodorostów bijącego od oceanu. Będzie musiała do niego przywyknąć.

Nagły szelest jedwabiu przyciągnął ją do łóżka z baldachimem na środku pokoju. Baldachim zafalował jak mgiełka na wietrze, odsłaniając następczynię tronu Eany.

Księżniczka Rose Valhart była piękna jak z obrazka, a przy tym spokojna i delikatna niczym drzemiący kot.

Niebezpieczeństwo jest dla Rose odległym pojęciem - odezwał się w jej głowie głos babki. Nigdy nie będzie się ciebie spodziewać.

Wren spojrzała na śpiącą księżniczkę, zapominając przez chwilę o szalonym łomotaniu w piersi. Siła przyciągająca ją do bliźniaczki wciąż rosła i przypominała zaciskającą się wokół jej serca pięść.

- Cześć, siostrzyczko - wyszeptała. - W końcu się spotykamy.

Rose uśmiechała się przez sen. Kasztanowobrązowe włosy rozlewały się wokół niej niczym aureola. W świetle księżyca jej blada skóra promieniała, a na policzkach nie było śladu piegów. Chociaż ich twarze były identyczne, było jasne, że Rose nigdy nie zetknęła się z palącym słońcem pustyni ani nie zaznała lodowatego bicza morskiego wiatru.

Niektórzy mają szczęście.

Cień padł na łóżko.

- Zasłaniasz mi światło, Shen - wyszeptała Wren.

- Staram się nie przeszkadzać. - Shen kucał na parapecie. - W razie gdybyś chciała, wiesz, pozwolić sobie na... - odchrząknął. - Na uczucia.

Wren aż się zjeżyła.

- Nie pozwalam sobie na uczucia.

- Spokojnie. Nie powiem twojej babce. - Zeskoczył i bezszelestnie wślizgnął się do pokoju. - Przy mnie możesz być sobą.

Podczas wspinaczki kosmyki jego czarnych włosów wymknęły się spod skórzanej opaski i spoczęły na czole. Poza tym wyglądał nienagannie.

Wren mu się przyjrzała.

- Spociłeś się chociaż?

- Oczywiście, że nie.

- Zatem... Co myślisz? - szepnęła.

- Gdy śpi, jest zdecydowanie ładniejsza od ciebie. Ty się paskudnie ślinisz.

Wren uderzyła go w ramię.

Z uśmiechem przygryzł wnętrze policzka.

- Masz więcej piegów. I jej włosy są ciemniejsze od twoich.

Wren zmarszczyła brwi i przesunęła dłonią po warkoczu.

- Założę się, że jest o wiele milsza.

- Wypchnę cię z powrotem przez okno, Shen.

Rose westchnęła, przewracając się na bok. Jej powieki drgnęły. Teraz, gdy była już tak blisko, Wren ogarnęło nagłe pragnienie, by spojrzeć siostrze w oczy. Czy Rose by ją poznała? Czy by krzyczała? Czy by...

- Wren! - syknął Shen. - Rzuć to przeklęte zaklęcie!

- Celeste? - wymamrotała Rose przez sen.

Wren ogarnęła fala paniki. Wyjęła garść piasku Orthy z sakiewki i otworzyła dłoń. Poczuła zbierającą się moc zaklęcia w palcach. Słowa popłynęły szybko i swobodnie.

- Z ziemi w proch, w ciemnościach się czaimy, proszę, wyślijcie księżniczkę z powrotem do snu krainy!

Rose otworzyła oczy.

Serce Wren zabiło mocniej, kiedy zdmuchnęła piasek z dłoni. Unosił się niczym świetliki o złotych skrzydłach, zanim rozpłynął się w nicość, zabierając ze sobą gwałtowne westchnienie księżniczki. Jej powieki się zamknęły i nieprzytomna opadła na poduszkę.

Wren zawiązała sakiewkę. Jej palce drżały. Zacisnęła je w pięść. To było naprawdę głupie, ten moment zawahania się. Wiedziała przecież, czego się spodziewać we wschodniej wieży. Od zawsze wiedziała, że ma siostrę bliźniaczkę. W końcu została wychowana w taki sposób, by kiedyś ukraść jej życie. Jednak widok Rose tak blisko, prawdziwej i żywej, nagle napełnił ją... cóż, uczuciem.

- Widziałeś jej oczy? - wyszeptała.

- Zielone jak szmaragdy. - Wzrok Shena błyszczał zbyt jasno w świetle księżyca. Patrzył na nią w ten charakterystyczny sposób, jakby mógł przeczytać każdy skrawek jej duszy. - Wszystko w porządku?

- W porządku. - Wren lekko się uśmiechnęła. - Musimy się pospieszyć. Daj mi linę. - Zaczęła ją rozplątywać. - Będę cię asekurować.

- Świetnie - powiedział Shen, odsuwając baldachim. - A ja uprowadzę twoją siostrę.

Wren przywiązała linę do najbliższego słupka łóżka, po czym wyrzuciła ją przez okno. Kiedy się odwróciła, Shen stał na środku pokoju z księżniczką przewieszoną przez ramię. Z niezwykłą ostrożnością wspiął się z powrotem na parapet. Gdy schodził z białej wieży, lina się napięła, a ciemne włosy Rose rozlewały się po jego plecach niczym wodorosty.

- Poczekaj! - syknęła Wren. Zdjęła płaszcz i rzuciła go przez okno. - Ta koszula nocna na nic się nie zda na pustyni.

Shen złapał go za klamrę, nawet się nie chwiejąc.

- A ja myślałem, że będziesz tą złą bliźniaczką.

Wren wystawiła język.

- Mam nadzieję, że da ci popalić.

- Powodzenia, Wren. Do zobaczenia na tronie. - Shen mrugnął i rozpłynął się w ciemności, pozostawiając po sobie tylko echo swoich słów.

Wren zabrała się do pracy. Zwinęła linę i zakopała ją pod stertą pościeli, która leżała poukładana na stoliku nocnym. Zdjęła ubranie do wspinaczki, zwinęła zabłocone spodnie oraz luźną koszulę i wepchnęła je pod łóżko. Sztylet schowała pod poduszkę.

W komodzie znalazła niebieską koszulę nocną, którą na siebie włożyła, rozkoszując się śliskim jedwabiem na skórze. Była trochę za duża w talii, a ramiączka na jej wąskich ramionach za luźne, ale koszula była czysta i luksusowo miękka.

Wren uśmiechnęła się z przekąsem. Do czasu, gdy księżyc znów będzie w pełni, będzie miała już dość tych luksusów. Wszystko, co musiała zrobić, to dotrwać niewykryta do swoich osiemnastych urodzin - do dnia długo oczekiwanej koronacji Rose. Wtedy zostanie królową - jedyną władczynią wyspy Eany. Dzięki temu będzie mogła zburzyć to królestwo i odbudować je tak, jak tylko jej się spodoba.

By było dokładnie takie jak kiedyś.

Gdy zostanie królową, Wren w końcu będzie mogła zemścić się na Oddechu Króla - na człowieku, który przez szaleńcze oddanie wobec Obrońcy zamordował jej rodziców osiemnaście lat temu. Już sam widok Willema Rathborne'a w ogrodzie różanym sprawił, że Wren zaświerzbiły palce. Nauczyła się jednak być cierpliwa. Najpierw zdobędzie koronę, a później się zemści.

Usiadła przy toaletce Rose i zaczęła przeglądać niezliczoną ilość słoiczków z pachnącymi olejkami oraz kremami o ostrym zapachu. Tyle perfum dla jednej księżniczki! Spoglądając w lustro, Wren rozplątała warkocz, a jej oczy błyszczały w ciemności jak szmaragdy. Jej usta były spierzchnięte, skóra usiana piegami narodzonymi ze słońca pustyni, a włosy przypominały ptasie gniazdo na czubku jej głowy.

- Hmm - mruknęła. - Nie do końca przypominam księżniczkę.

Wyjęła szczyptę piasku z sakiewki, zamknęła oczy i w myślach przywołała obraz Rose. Uniosła rękę i w ciszy rzuciła zaklęcie.

- Z ziemi w proch, z wytwornością i wdziękiem, proszę, obdarz mnie mojej siostry pięknem.

Piasek zniknął, zanim zdołał spaść na czubek jej głowy. Wren rozkoszowała się lekkim niczym piórko dotykiem swojej magii, jej delikatnym mrowieniem pod skórą. Patrzyła, jak policzki błyszczą, a opalona skóra pozbywa się piegów, zamieniając je w delikatnie różany rumieniec. Jej włosy zgęstniały, ciemne loki stały się dłuższe i piękniejsze, aż dosięgły jej talii.

Uśmiechnęła się z przekąsem do swojego lustrzanego odbicia.

- Witaj, księżniczko.

Wren obróciła dłonie i postanowiła zostawić na nich te szorstkie stwardnienia. Przypominały jej o smaganych wiatrem klifach Orthy i o czarownicach wzdłuż ich krawędzi, czekających na nowy świat. Świat, który babka Wren im obiecała.

Jakby przyzwany myślami o Banbie, złowrogi poryw wiatru wślizgnął się do środka i przewrócił butelkę perfum. Wren krzyknęła.

Rozległo się głośne pukanie do drzwi, a potem szorstki głos strażnika pałacowego.

- Czy wszystko w porządku, księżniczko Rose?

Wren zaklęła pod nosem.

- Wszystko dobrze, jak najbardziej, dziękuję! - zawołała, modląc się w duchu, by jej głos zabrzmiał podobnie do jej siostry. - Ten nieznośny wiatr! Po prostu chciałam zaczerpnąć świeżego powietrza.

Pospiesznie zamknęła okno, a oczy miała wbite w klamkę po drugiej stronie pokoju. Nie usłyszała jednak żadnego dźwięku, a wraz z ciszą zaczęło ogarniać ją uczucie ulgi. Wren oparła się o szybę.

- Dam sobie radę - napomniała się. - Urodziłam się, żeby to zrobić.

Wren spędziła całe życie, przygotowując się do zamiany. Pod czujnym okiem babki doskonaliła swoją magię na plażach Orthy, aż potrafiła rzucać skomplikowane zaklęcia niczym strzały. Spędziła długie godziny z Shenem, ćwicząc, w jaki sposób poruszać się ukradkiem, niepostrzeżenie, a także doskonaląc samoobronę. Nauczyła się wyczuwać, kiedy powinna uderzyć, a kiedy być cicho. Thea, żona Banby, przekazała Wren wiedzę na temat królewskiej etykiety. Wren nie była księżniczką, ale nauczyła się zachowywać jak jedna z nich. Jak trzymać język za zębami i powstrzymywać się od przeklinania, uśmiechać powściągliwie i stąpać wesoło, jak gdyby w ogóle nie miała zmartwień.

W końcu co w tym trudnego - udawać dziewczynę, która nigdy nie poznała życia poza murami pałacu?

Wren rzuciła się na łóżko z baldachimem i wylądowała twarzą w dół jak rozgwiazda. Zagrzebała się w poduszki, zanurzając się w cieple, które pozostawiła po sobie jej siostra. Mogłaby czuć się z tym dziwnie, gdyby jej krew nie tętniła z powodu udanej zamiany. Miała nadzieję, że Shen wydostał się stąd bezpiecznie i że duch Orthy Starcrest poprowadzi go do domu, do schronienia na zboczu klifu, który czarownice nazwały na jej cześć.

Wren obróciła się na bok i wsunęła dłoń pod poduszkę. Sztylet był chłodny w dotyku. Jej pociecha w tym obcym miejscu. Ponieważ miała go pod ręką, sen przyszedł szybko. Odpłynęła w ciemność i zostawiła za sobą wszystkie myśli o domu.

Rano będzie Rose Valhart, następczynią tronu Eany.

Słodką, nieskazitelną i niebezpieczną.