2
Impertynencja
Z biegiem lat przestałem wierzyć w Zachary'ego Myersa, przestałem czuć pełne szacunku uwielbienie, jakim darzyłem takie postaci jak on, Bill Gates czy Steve Jobs. Kiedy byłem niewiele więcej niż nastolatkiem, który stawiał swoje pierwsze kroki w środowisku programistycznym, znałem każdy szczegół z ich życia, chłonąłem każde słowo, jakie wypowiadali w wywiadach, chciałem się dowiedzieć, jak się rozwijali od absolutnie niczego do chwili, gdy stali się rewolucjonistami, którzy zmienili świat.
Aż pewnego dnia wpadłem na własny pomysł, plan, dzięki któremu sam chciałem dorzucić swoje ziarenko piasku i, jak powiedziałby Tom, "zarobić tyle forsy, że mógłbym się na niej położyć". Nagle moi bohaterowie stali się bardziej przyziemnymi, mniej wspaniałymi facetami. Wraz z każdą z tysięcy godzin, jakie spędziłem na wstukiwaniu kodów, wymyślając Lisę, blask gwiazd powoli przygasał, a ich słowa traciły swój sens. Nie chciałem już myśleć inaczej ani pozostać głodny i szalony. Chciałem tylko dokończyć ten cholerny wynalazek, na którego punkcie miałem obsesję od lat. W szczególnie ciężkim okresie zerwałem ze ścian zdjęcia moich idoli i wyrzuciłem je do kontenera na śmieci w pudełku po pizzy pełnym brzegów.
Nie cierpię brzegów pizzy.
Ciężka praca i fiasko ponoszone za fiaskiem sprawiły, że stałem się cyniczny wobec moich idoli z lat nastoletnich - co za zaskoczenie. Cóż, muszę przyznać, że poznanie osobiście Zachary'ego Myersa absolutnie nie pomogło w zmianie tego podejścia.
- Dzień dobry, panie Wilson, panie Sax - wita się.
Przyszedł sam, ubrany w swój kultowy strój, złożony z dżinsów i białego T-shirta, bledszy i bardziej postarzały niż na zdjęciach. Zbliża się do sześćdziesiątki i nawet te miliardy, które ma, nie zdołają tego zmienić.
Tom podchodzi, żeby uścisnąć mu dłoń, ale założyciel Infinity trzyma ręce za plecami.
- Przepraszam, ale nie podaję ręki, kiedy kogoś poznaję - mówi oschle. - Proszę usiąść.
- Rezerwuje pan to sobie na drugie spotkanie, panie Myers?
- Słucham?
- Uściśnięcie dłoni.
Myers uśmiecha się lodowato, lustrując nas spojrzeniem z góry na dół. Moja wygnieciona koszula i bojówki z szerokimi kieszeniami, tani garnitur Toma. Czuję ciężar jego spojrzenia i znowu dopadają mnie lęk i mdłości. Nawet Tom, który ma skórę z tytanu i mniej wstydu niż libański sprzedawca używanych samochodów, wierci się skrępowany.
- Łatwo sprawdzić, kto zajmuje się ciężką pracą, a kto public relations - mówi Myers i stawia przed sobą mały plastikowy przedmiot, mityczną klepsydrę, dzięki której zyskał sławę bezkompromisowego i chłodnego szefa nawet w tym świecie wypełnionym tak wielkimi ego, że potrzeba szerpów, lin wspinaczkowych i tlenu, żeby je pokonać. Podobno używa tej klepsydry do wszystkiego, od prezentacji dokonywanej przez szefa działu po wypicie kawy. "Każda czynność, której wykonanie zajmuje dłużej niż trzy minuty, jest stratą czasu", oświadczył w magazynie "Time", gdy został wybrany Człowiekiem Roku. Kiedy przygotowywaliśmy się do tego spotkania, Tom mocno podkreślał, jak bardzo żal mu pani Myers.
- Upokarzanie się pukaniem do kolejnych drzwi, aby pozyskać inwestorów, to bardzo ciężka praca - broni się Tom, który nie lubi, gdy bierze się go za człowieka z drugiego szeregu.
Myers go ignoruje i zwraca się do mnie.
- Panie Sax, jeśli pański wspólnik nadal będzie opowiadał dykteryjki, jeśli jeszcze raz otworzy usta na tym spotkaniu, nie będziemy nawet potrzebować tego - mówi, odwracając klepsydrę. - Proszę zaczynać. Niech mi pan opowie o Lisie.
Rzucam Tomowi rozpaczliwe spojrzenie. Nie tak to zaplanowaliśmy. Tom miał zrobić około czterdziestosekundową prezentację, potem ja miałem wykonać minutowy pokaz, a na końcu Tom miał powiedzieć o możliwościach Lisy, o wszystkich jej zastosowaniach i szansie, jaka się z nią wiąże. Bez wsparcia podczas wystąpienia czuję się pogubiony, mdłości wracają. Tom wzrusza ramionami i daje mi znak głową, żebym mówił.
Myers zaczyna się niecierpliwić i bębni palcami w stół.
- Dwie minuty i czterdzieści sekund.
Próbuję głęboko oddychać, co teoretycznie pomaga mi kontrolować mdłości, i wyjmuję z torby telefon. Nie jest to jeden z tych jego i Myers nie kryje niezadowolenia, ale dobrze wiem, co robię. Nie chcę podejmować ryzyka, dlatego załadowałem prototyp aplikacji na telefon innej firmy, na którym zablokowałem możliwość kontaktu ze wszystkim, oprócz mojego laptopa. Nie połączymy się nawet z kuszącym wi-fi Infinity. W tym momencie komputer, który właśnie postawiłem na stole, i mój telefon tworzą system zamknięty chroniony 4096-bitowym kluczem zabezpieczeń. Gdyby wszystkie serwery Infinity, umieszczone w hali przemysłowej wielkości sześciu boisk piłkarskich w Kolorado, pracowały jednocześnie nad jego rozszyfrowaniem, zajęłoby im to około sześciu tysięcy lat, plus minus sto lat. Oczywiście w tym celu należałoby odciąć od poczty elektronicznej dwadzieścia procent światowej populacji, a ciekawe, jak ludzie wytrzymaliby sześć tysięcy lat bez wysyłania sobie filmików z kotami.
- Przypuszczam, że przekazano panu, co...
- Proszę niczego nie przypuszczać, panie Sax. Nie wiem nic o Lisie. Proszę mi ją sprzedać.
Jego współpracownicy musieli przekazać mu streszczenie tego, co przygotowaliśmy - to pewne. Pojawiliśmy się na kilku blogach, ale nie było to nic spektakularnego. Jumping Crab (tak nazwaliśmy naszą firmę, nazwa, która nagle brzmi dla mnie śmiesznie i dziecinnie), młoda firma z Chicago, pracuje nad nowym systemem rozpoznawania obrazów. Drugorzędne gazety w paru linijkach wspomniały mimochodem, że mamy problemy z pozyskaniem finansowania - eufemizm na określenie tego, że pukaliśmy do drzwi wszystkich możliwych inwestorów i że jesteśmy totalnie spłukani.
To, że nikt nie wspomógł nas nawet centem, nie jest winą Toma, tylko moją. LISA jest skomplikowana, to cudo, ale nie zawsze działa, w znacznej mierze z powodu ograniczeń narzuconych przez moją obsesję na punkcie bezpieczeństwa. Na wszystkich prezentacjach poniosłem spektakularną klęskę. W ciągu ostatnich miesięcy, w obliczu nieuchronnego bankructwa, Tom dzwonił do Infinity (jedni z nielicznych, u których jeszcze nie zaliczyliśmy porażki) ponad sto razy - bez powodzenia. A mimo to parę tygodni temu dostał telefon i zaproszono nas na dziś, tutaj, nie na spotkanie z szefem działu czy kimś takim, tylko z samym Zacharym Myersem. Gdyby zadzwonił do niego święty Piotr, zapraszając na spotkanie z Wszechmogącym, Tom byłby mniej zdziwiony.
- LISA to angielski akronim od Algorytmu do Wyszukiwania Interpolacji Liniowej. W przeciwieństwie do tradycyjnych algorytmów, jak program do odwrotnego wyszukiwania obrazów, jaki oferuje pańska firma, nie wykorzystuje krawędzi obiektu, żeby określić, czym on jest. LISA szuka na obrazie fragmentu, który może rozpoznać, i przewiduje, co najprawdopodobniej znajdzie później.
- Uczenie statystyczne. Już tego próbowano.
- Ale robiono to za pomocą obrazów, szukając podobieństw między krawędziami, co wymaga niemal nieskończonych porównań. Mój algorytm wykorzystuje słowa.
Myers unosi brew. Nie wiem, czy tylko udaje, czy naprawdę jest zaskoczony. Jak na razie nie powiedziałem niczego, czego nie przekazali mu już jego współpracownicy, przypuszczam, że głośno się z nas śmiejąc.
- To niemożliwe, panie Sax. Mówi pan o intuicji. Sztucznej intuicji.
Gdybym dostawał centa za każdym razem, gdy to słyszałem, mógłbym kupić sobie sofę, która zastąpiłaby tę, którą w zeszłym tygodniu musiałem sprzedać na eBayu, żeby zapłacić rachunek za prąd, i nie musiałbym siadać na drewnianych skrzynkach.
- Zamiast szukać sylwetki i porównywać ją ze swoją bazą danych, co zajęłoby znacznie więcej czasu i byłoby nieprecyzyjne, LISA identyfikuje parametr i ustanawia prawdopodobieństwo, wykorzystując zmienne w danym kontekście. Nie skupia się na obrazie jako takim, tylko próbuje zrozumieć, gdzie on pasuje, tak jak małe dziecko, kiedy patrzy na coś nowego.
To Arthur podsunął mi pomysł, żeby właśnie tak zaprogramować Lisę. Arthur i jego wyjątkowy sposób postrzegania świata, tak czuły, tak niewinny. Ale nie będę mu o tym opowiadał. Nigdy nie rozmawiam z nikim o Arthurze.
- Panie Sax, to, co pan proponuje, jest genialne, ale to tylko science fiction.
Tom prostuje się na krześle i zamierza zaoponować, ale Myers paraliżuje go, podnosząc kościsty palec w kształcie pałeczki do gry na bębnie. Z teczki wyjmuje trzy przedmioty i kładzie je przed sobą na stole: pudełko zapałek, dozownik cukierków PEZ w kształcie księżniczki Disneya oraz zwykły długopis.
- Proszę zidentyfikować te trzy przedmioty za pomocą swojej aplikacji, zanim skończy się czas, panie Sax. Wtedy będziemy mogli dalej rozmawiać.
Kątem oka spoglądam na klepsydrę i oceniam, że nie zostało nawet czterdzieści sekund. Zaczynam od długopisu, bo to najłatwiejsze. Za pomocą aplikacji robię zdjęcie, pilnując, żeby nazwa marki długopisu była dobrze widoczna. Później dozownik cukierków. Księżniczka na wieczku stanowi problem, bo może poprowadzić algorytm setkami różnych ścieżek. Nie mam pojęcia, jak zareaguje, więc robię dwa zdjęcia, jedno z przodu, drugie z boku, i wciskam przycisk wyślij.
I na końcu prawdziwe wyzwanie, czyli pudełko zapałek. To jedno z tych w kształcie książki, dużo tekstu i mała objętość. Chcę je przestawić, żeby znaleźć jak najlepszy kąt, ale Myers mi na to nie pozwala.
- Bez dotykania, panie Sax.
Słońce zachodzi, a gasnące światło, które wpada przez duże okna na dwudziestym siódmym piętrze, nie jest bynajmniej korzystne dla Lisy. Zrobienie zdjęcia na wprost na niewiele się przyda, więc umieszczam telefon z boku w bliskiej odległości i fotografuję w taki sposób, żeby było widać główki zapałek. Kiedy odsuwam komórkę, spada ostatnie ziarenko w klepsydrze.
- Obawiam się, że wasz czas dobiegł końca, panowie - mówi Myers, wstając.
- Nie chce pan zobaczyć rezultatów? - pytam, próbując zyskać na czasie. LISA nie wydała jeszcze wibracji, która wskazuje na zakończenie wyszukiwania.
Myers patrzy na mnie i na telefon. Zauważam, jak jego własne zasady walczą z ciekawością. Wreszcie zwycięża ta ostatnia i Myers wyciąga rękę. Podaję mu telefon, a on wciska zielony przycisk, który właśnie pojawił się na ekranie.
- Pierwszy. Przedmiot - mówi kobiecy głos, czysty i wyraźny. Najbardziej zmysłowy, jaki udało mi się znaleźć w bankach audio, ale robi tyle pauz, że trudno go polubić. - Długopis. Uni-ball. Eye Micro. Kolor. Czarny. Dostępny w. Infinity Shopping. Za. Dwa dolary trzydzieści osiem centów. Czy mam go zamówić, Simon?
- Nie, dziękuję, LISA. Przejdź do następnego.
Aplikacja robi pauzę, przetwarzając moje polecenie, i przez chwilę jestem w strachu, że się zawiesiła.
- Drugi. Przedmiot - mówi w końcu. - Dozownik. Cukierków. PEZ. Różne modele. Dostępny w. Infinity Shopping. Od. Trzech dolarów jednego centa. Chcesz iść do sklepu, Simon?
- Nie, LISA. Przejdź do następnego.
Wbijam paznokcie w wewnętrzną część dłoni. To będzie boleć.
- Trzeci. Przedmiot. Wyniki. Niejednoznaczne.
Nie mogła rozpoznać pudełka zapałek. Czuję falę porażki i opadam na krzesło, nie mając odwagi spojrzeć Myersowi w twarz. Zapada cisza, która zdaje się trwać całą wieczność, i wreszcie Tom ośmiela się ją przerwać.
- Czy mogę się już wtrącić, panie Myers?
Założyciel Infinity niezauważalnie kiwa głową, nie odrywając ode mnie wzroku.
- Jeśli można, proszę pana. LISA ma nieskończenie wiele zastosowań. Pierwotnie Simon wymyślił ją jako system mający ułatwiać ludziom zakupy. Wystarczy zobaczyć przedmiot, zrobić zdjęcie w aplikacji i gotowe, już można go kupić. Nie potrzeba kodu kreskowego ani nawet nie trzeba wiedzieć, jak się nazywa. Człowiek jedzie autobusem, widzi czyjeś adidasy i dziesięć sekund później może je sobie zamówić w jakimkolwiek sklepie online.
Tom nie musi dodawać, że sklepem, ze względu na domyślną przeglądarkę, byłby Infinity Shopping, wielki ból głowy dla Zachary'ego Myersa, zawsze dwa kroki za Amazonem. Nie musi mu też wyjaśniać, co aplikacja mogłaby zrobić dla jego biznesu.
LISA oznacza przełom, największą rewolucję na rynku nowych technologii, odkąd Steve Jobs zaprezentował iPhone'a w 2007 roku.
- Ale LISA może zrobić znacznie więcej niż tylko pomagać w zakupach. Algorytm Simona jest skalowalny, proszę pana, im więcej wie, tym więcej się uczy i szybciej dostarcza wyniki. A za parę lat moglibyśmy sprzedawać licencje na aplikacje edukacyjne, artystyczne, przemysłowe i badawcze.
- O ile będzie działać - fuka Myers, podnosząc pudełko zapałek.
- Potrzebowalibyśmy pieniędzy na udoskonalenie algorytmu, na bazę danych...
Mężczyzna po drugiej stronie stołu sztywnieje, słychać trzeszczenie kręgów szyjnych, kiedy jego ciało się napina, szykując się do bitwy. Teraz jest na swoim terenie.
- Ile?
Nie zawiedź mnie teraz, Tom, myślę. Niech nie zadrży ci głos.
- Dziesięć milionów dolarów na początek w zamian za dziesięć procent akcji - odpowiada Tom z taką samą swobodą, z jaką czytałby menu dnia. Kto by pomyślał, że parę godzin temu pożyczał pieniądze od mojej sąsiadki, żeby móc zatankować. - Sto milionów w drugiej turze w zamian za kolejne dziesięć procent. Pięćset milionów w trzeciej turze, otwartej dla każdego oferenta, za pozostałe dwadzieścia procent.
Myers powstrzymuje wybuch śmiechu, wydając nieprzyjemne dźwięki, niczym miech, który nie napełnił się do końca.
- Powiedział pan, panie Wilson, że LISA ma wiele zastosowań. Kto będzie decydować o tym, jakie konkretnie?
- Simon i ja będziemy kontrolować pięćdziesiąt jeden procent akcji.
- Myślę, że nie macie odpowiedniej pozycji, by wynegocjować tak dobry układ, panie Wilson. Wasza aplikacja działa z przerwami, jej interaktywność jest słaba, a interfejs użytkownika pozostawia wiele do życzenia. Nie wspominając o waszej sytuacji finansowej. Na rachunku bankowym pańskiego wspólnika jest debet w wysokości siedmiuset dolarów - mówi, wskazując na mnie palcem - i nie sądzę, by mógł spłacić dwa kredyty hipoteczne, jakie zaciągnął na dom swoich rodziców. A pan nie jest wcale w lepszej sytuacji. Ani wasi trzej pracownicy, którzy od miesięcy nie dostają nędznej pensji.
Tom na mnie patrzy, udając zbulwersowanego, ale obaj wiedzieliśmy, że ten moment nadejdzie. Żaden miliarder nie spotyka się z kolesiami, którzy przychodzą prosić go o pieniądze, nie zlecając uprzednio finansowego prześwietlenia.
- Jestem pewien, że możemy dojść do porozumienia, pod warunkiem że Infinity zostanie właścicielką technologii - ciągnie Myers.
- To wykluczone - mówi Tom. - Jeśli nie chce pan w to wejść, w porządku. Znajdziemy kogoś innego.
- Pukaliście już do wszystkich drzwi. Jak zamierzacie opłacić rachunki do tego czasu?
Wtedy przypominam sobie odcinek Zwariowanych melodii, który oglądałem kiedyś z Arthurem. Królik Bugs wlecze się spragniony przez pustynię, szukając oazy, a Kaczor Daffy wyskakuje zza kamienia, sprzedając lemoniadę w cenie złota. To najbrudniejsza i najstarsza na świecie zagrywka. Zastanawiam się, czy to właśnie z tego powodu Infinity nie przyjęła nas wcześniej. Myers chce mieć tę technologię, chce jej rozpaczliwie, i przez cały ten czas krążył nad nami, czekając, aż znajdziemy się w krytycznej sytuacji, byśmy nie mogli negocjować.
- LISA jest prawie gotowa - mówi Tom. - Pokażemy ją innemu inwestorowi.
- Nie, nie jest. Trafiła w pełni w przypadku produktu, na którym widać nazwę modelu, trafiła częściowo w przypadku cukierków i nie trafiła z zapałkami. Będziecie potrzebować więcej niż dziesięciu milionów dolarów, żeby zbudować bazę danych obrazów, i mnóstwo teraflopsów, żeby LISA mogła się uczyć. Ja mogę wam to wszystko zaoferować. Jestem gotów kupić waszą technologię i włączyć was do naszego zespołu za sześciocyfrową pensję, ubezpieczenie zdrowotne dla was i waszej najbliższej rodziny - mówi, patrząc na mnie kątem oka.
Ta wzmianka o Arthurze, choć zawoalowana, to więcej, niż mogę znieść, więc wstaję.
- Panie Myers - mówię, starając się brzmieć stanowczo. - Przez sześć lat wklepywałem pięć milionów linii kodu Lisy. Myśli pan, że pańscy inżynierowie mogą odkryć, jak to zrobiłem? W takim razie życzę powodzenia, bo prędzej będę pracował w McDonaldzie, niż sprzedam panu swoje pomysły za pensję i opiekę dentystyczną.
Pod koniec mój głos drży tak bardzo, że da się zrozumieć ledwie co trzecią sylabę, ale domyślam się, że przekaz dotarł do Myersa, ponieważ wstaje i wściekły wychodzi z sali.
Tom klepie mnie po plecach.
- Gratulacje, Simon - mówi. - Właśnie doprowadziłeś nas do ruiny.