ROZDZIAŁ II
"A bransoletka z szafirem?"
W dwa dni po wydarzeniach w lasku pod Podleśną Górą majora Janusza Kaczanowskiego, oficera dochodzeniowego Stołecznej Komendy MO, wezwano telefonicznie do zameldowania się u pułkownika Adama Niemirocha, kierownika brygady zabójstw.
Kiedy major znalazł się w gabinecie pułkownika Niemirocha, ten siedział za biurkiem i studiował akta w świeżej, szarej okładce. Powitał przyjaciela i usadowił go w fotelu naprzeciwko siebie.
- Dowiedziałem się, że właśnie nie masz nic do roboty, nudzisz się, więc ze względu na naszą starą przyjaźń postanowiłem pomóc ci w wypełnianiu czasu...
Kaczanowski skrzywił się. Znał dobrze pułkownika i wiedział, że taki wstęp wróży jakieś nowe dochodzenie. A co do tego rodzaju braku roboty, to zarówno major, jak i jego podkomendni marzyli jedynie, żeby zaległości się nie zwiększały.
- Słucham. Znowu chcesz mi coś wtrynić, czym powinni zajmować się twoi ludzie.
- Dziecinnie łatwa sprawa. Można powiedzieć: szkoleniówka. Daję ją tobie, ponieważ chcę, żebyś odpoczął po śledztwie w sprawie Woronkiewicza. Ze "starym" już uzgodnione - dodał przezornie pułkownik, aby Kaczanowski nie usiłował wykręcić się od przyjęcia sprawy, która właściwie leżała w kompetencji ludzi bezpośrednio podległych pułkownikowi Niemirochowi.
- No, dobra - zgodził się major. - Wykładaj na stół, co cię boli.
- W Podleśnej Górze przed dwoma dniami znaleziono trupa młodej kobiety. Kierowniczki jednego z warszawskich komisów. Morderstwo nie rabunkowe, bo babka miała w torebce przeszło 20 tysięcy złotych. Ładna i młoda kobieta, więc motywy nasuwają się same. Albo zabójstwo na tle miłosnym, albo była zaplątana w jakieś ciemne sprawki nielegalnego handlu. Sam wiesz, że w komisach często dzieją się różne cudeńka. Podmienianie towaru, sprzedawanie go przy pomocy podstawionych "koni", czasem coś z przemytu, czasem coś z kradzieży. Może była w to zamieszana lub wiedziała za dużo i ktoś uważał za słuszne ją uspokoić? A może, to też trudno wykluczyć, bo uroda nieprzeciętna, dramat miłosny? W każdym razie zabójcę musiała doskonale znać i miała do niego zaufanie, skoro pozwoliła wyprowadzić się na pustkowie pomiędzy Rzęsowem i Podleśną Górą. Zresztą przeczytasz sobie to wszystko w aktach.
- Co ustaliło wstępne dochodzenie?
- Właściwie nic. Żadnych śladów na miejscu zbrodni nie znaleziono, ponieważ od południa tego dnia padał śnieg, a później śnieg z deszczem. Sekcja zwłok wykazała, że śmierć nastąpiła wskutek bardzo silnego uderzenia w tył głowy. Zabita, Krystyna Cieślikowska, 34 lata, mężatka, ale z mężem nie żyła. Co robiła w Podleśnej Górze względnie w Rzęsowie, tego nie ustalono? Nikt nie zauważył jej przyjazdu ani na dworcu kolejowym, ani na stacji kolejki.
- Mogła przyjechać autobusem?
- Mogła - przytaknął pułkownik. - Powiatówka zajmuje się szukaniem śladów tam na miejscu, ale, jak dotychczas, niczego nie znaleźli.
- A kiedy nastąpiła śmierć?
- Według obdukcji lekarskiej gdzieś pomiędzy czwartą a szóstą po południu. Ciało znaleźli przechodnie około godziny siódmej. Dziesięć minut po siódmej wpłynął meldunek do miejscowego posterunku. W aktach znajdziesz protokoły przesłuchań tych ludzi, którzy znaleźli zwłoki.
- Czy ta kobieta była w ciąży?
- Nie.
- A przesłuchiwano jej otoczenie? Pracowników komisu?
- Jeszcze nie zdążyliśmy. Liczę, że ty właśnie tym się zajmiesz. Zarządziliśmy tylko przeprowadzenie remanentu w sklepie komisowym i przeprowadzono rewizję w mieszkaniu zamordowanej.
- Jakie rezultaty?
- Właściwie żadne. W sklepie wszystko jest pozornie w porządku. W każdym razie nie ma manka. W domu, Cieślikowska zajmowała kawalerkę w jednej z warszawskich spółdzielni, dużo ładnych i kosztownych damskich fatałaszków, jeszcze dwa futra, trzy książeczki samochodowe, zwykła z wkładem ponad 40 tysięcy złotych i 230 dolarów USA. Różna biżuteria wartości przeszło 200 tysięcy złotych.
- Tego chyba z pensji nie odłożyła? - uśmiechnął się major.
- Oczywiście - zgodził się pułkownik. - Ale nie mamy żadnych dowodów, że ten majątek pochodzi z przestępstwa. Możemy tylko domniemywać.
- A ty wszystko to nazywasz "dziecinnie łatwą sprawą, po prostu szkoleniówką"?
Pułkownik nieco się zmieszał.
- Dla byle palanta może byłaby i trudna, ale nie dla pogromcy świata przestępczego, słynnego majora Janusza Kaczanowskiego. Nie takie zagadki rozwiązywał.
- Już ty mnie nie bierz w piątą stronę.
- Widzisz - przyznał się pułkownik - kompetencyjnie to sprawę mogłaby równie dobrze prowadzić "wojewódzka", jak i my. Ostatecznie przydzielono ją nam, więc musimy się wykazać. A poza tym babka była nie tylko ładna, ale, jak się zdaje, dość ustosunkowana. Już od rana miałem kilka telefonów. Nawet od pewnej pani wiceministrowej. A wiem, że interweniowano także w Komendzie Głównej. Sam rozumiesz. Jeżeli dziewczyna jest piękna i chce to wykorzystać, ma szerokie znajomości. Nawet po śmierci, okazuje się, są aktualne. Dlatego wolałbym oddać dochodzenie w twoje ręce.
- Bój się Boga, mamy tyle roboty!
- A myślisz, że moi ludzie siedzą za biurkiem i grają w bitwę morską? Zapewniam cię, że gdyby któryś z nich nie był tak zajęty, nie zwracałbym się do ciebie. Zresztą sam "stary" postanowił, kiedy o tym była mowa, tobie przydzielić dochodzenie. Daję ci słowo, że nie wymieniłem twojego nazwiska.
- No, trudno - musiał zgodzić się Kaczanowski. - Dawaj akta.
- Życzę powodzenia. Mam nadzieję, że w kilka dni z tym skończysz.
Po powrocie do swojego pokoju major zagłębił się w dokumenty. Niewiele tego było. Teczka zawierała zaledwie kilka papierków. Oto pierwszy z nich:
protokół przesłuchania świadka
Obywatel Władysław Zawierciak, lat 19, z zawodu elektromonter, zatrudniony w Elektrowni Pruszkowskiej, zamieszkały w Podleśnej Górze, ulica Różana osiemnaście, kawaler, przesłuchiwany i pouczony o obowiązku mówienia prawdy, zeznał, co następuje: "W dniu dwunastym stycznia wracałem z pracy do domu, szedłem ze stacji kolejowej w Rzęsowie do Podleśnej Góry. Było po szóstej wieczorem, raczej bliżej siódmej. Na zegarek nie patrzyłem. Szedłem ścieżką przez las, a przede mną jakichś dwóch mężczyzn. Byli oddaleni ode mnie około dwudziestu metrów. W pewnym momencie zauważyłem coś ciemnego leżącego na śniegu po prawej stronie ścieżki. Wydało mi się, że leży tam człowiek. Przestraszyłem się i zacząłem wołać ludzi idących przede mną, żeby się zatrzymali. Kiedy stanęli, zaproponowałem im, abyśmy razem sprawdzili, co to za ciemny przedmiot leży na śniegu. Zgodzili się. Podeszliśmy bliżej i zobaczyliśmy zwłoki kobiety. Nie ruszałem ich i nie dotykałem, bo bardzo się przestraszyłem. Dotykał zwłok jeden z tych dwóch obywateli. Teraz wiem, że ten człowiek nazywa się Boduchowicz. Przedtem go nie znałem. Boduchowicz stwierdził, że ta kobieta nie żyje. Mówił, że trzeba iść zameldować milicji i zaproponował, żebym został przy zwłokach. Nie zgodziłem się na to. Również drugi z tych mężczyzn, Stanisław Merłowski, nie chciał pilnować zabitej. Wobec tego obywatel Boduchowicz sam został w lesie, a ja z Merłowskim pobiegliśmy na posterunek MO. Już potem do lasu nie wracałem, a poszedłem do domu. Okazanej mi na zdjęciach zamordowanej kobiety nie znałem i nigdy przedtem nie widziałem."
Na tym protokół zakończono. Protokołował starszy sierżant MO, Zygmunt Kołodko. Podpisał: Władysław Zawierciak.
Protokoły przesłuchania Stanisława Merłowskiego i Piotra Boduchowicza były niemal identyczne. Obaj zeznali, że wracali do Podleśnej Góry i kiedy szli przez las, usłyszeli wołanie. Razem z Władysławem Zawierciakiem podeszli do leżącej, prawie już zasypanej padającym śniegiem, kobiety. Upewniwszy się, że ta kobieta nie żyje i wszelka pomoc jest daremna, nie ruszali zwłok; Boduchowicz pozostał przy nich na straży, a Merłowski z Zawierciakiem poszli zawiadomić milicję. Obydwaj mężczyźni pracują u Kasprzaka w Warszawie, a w Podleśnej Górze mieszkają przy ulicy Pruszkowskiej, w sąsiadujących ze sobą domach, dlatego razem jeżdżą i razem wracają z roboty. Obaj nie znali przedtem Władysława Zawierciaka, chociaż czasami widywali go w Podleśnej Górze albo Rzęsowie. Tego dnia śpieszyli się do domów i nie rozglądali się wokoło, dlatego też nie zauważyli zwłok leżących nie na ścieżce, ale w lesie, na prawo od dróżki. Nie zwrócili również uwagi, że za nimi ktoś-idzie. Zabitej Krystyny Cieślikowsiej nie znali, nigdy przedtem jej nie widzieli.
Obdukcja lekarska poza tym, co już majorowi powiedział pułkownik, zawierała dodatkową uwagę: zmarła na jakieś dwie godziny przed śmiercią wypiła niewielką ilość alkoholu, ale najwyżej dwa, trzy kieliszki. W żadnym razie nie było podstawy do twierdzenia, iż była pijana.
Ponadto do akt dołączono zdjęcia miejsca zbrodni i zbliżenie twarzy zmarłej kobiety. Nawet na tych robionych w czasie niepogody fotografiach widać było, że Krystyna Cieślikowska mogła uchodzić za wyjątkowo piękną kobietę. Jedną z tych, na których widok każdy mężczyzna, bez względu na wiek, wciąga brzuch i wypina bohatersko naprzód pierś.
W szarej teczce znajdował się również planik sytuacyjny. Nakreślono na nim ścieżkę idącą na skos przez las od Rzęsowa aż do Podleśnej Góry. W pewnym punkcie narysowano krzyżyk. To właśnie tutaj trójka mężczyzn znalazła zwłoki. Milicjant sporządzający szkic topograficzny umieścił koło krzyżyka liczbę "23", zaznaczając w ten sposób, że miejsce zamordowania Krystyny Cieślikowskiej oddalone było od ścieżki o 23 metry.
Szczegółowy spis rzeczy znalezionych przy zmarłej również niczego majorowi nie powiedział. Jedyną zagadkę stanowił fakt, że ta kobieta nosiła przy sobie tak poważną kwotę, bo aż dwadzieścia nowiutkich banknotów tysiączłotowych. I że mając na sobie drogie futro, a w torbie tyle pieniędzy, nie bała się iść drogą przez las.
- A może - snuł przypuszczenia major - Cieślikowska kogoś szantażowała? Właśnie w Podleśnej Górze lub Rzęsowie? Szantażowany okupił się tymi banknotami, a domyślając się, że nie skończy się na jednorazowym haraczu, poszedł za swoją prześladowczynią... Korzystając z ciemności i pustki na drodze, postanowił jednym ciosem uwolnić się od szantażystki? Później zwłoki zabitej odciągnął dwadzieścia kilka metrów od ścieżki i ukrył pomiędzy młodymi choinkami. Ale dlaczego nie zabrał swoich pieniędzy? Przecież musiał wiedzieć, że Cieślikowska ma je przy sobie. Może bał się grzebać w torebce, aby nie pozostawić śladów? Dlaczego jednak zapiski milicyjne wspominają, że torebkę znaleziono otwartą? Tyle pytań, a żadnej odpowiedzi.
Oficer milicji spojrzał na zegarek. Było wcześnie. Dochodziła druga po południu. Postanowił pójść na ulicę Wspólną, do komisu, w którym Cieślikowska była kierowniczką. Major uważał, że lepiej wypytać pracowników komisu na miejscu, niż wzywać do Pałacu Mostowskich. Ludzie, otrzymujący urzędowy papierek, z góry przygotowują sobie ewentualne odpowiedzi, a w ogóle starają się mówić jak najmniej w czasie oficjalnych przesłuchań. Nawet wtedy, kiedy są absolutnie niewinni i zupełnie nie zamieszani w sprawę. Identyczne pytania zadane na innym terenie niż gmach Komendy Milicji tym samym ludziom rozwiązują usta.
Sklep był oczywiście jeszcze zamknięty. Komisja robiła, a właściwie to już kończyła sporządzanie szczegółowego remanentu. Przewodniczący komisji poinformował Kaczanowskiego, o czym oficer zresztą wiedział od pułkownika, że znaleziono jedynie różne drobne uchybienia.
- A manko?
- Wykluczone - stwierdził doświadczony księgowy, który przeprowadzał setki tego rodzaju lustracji. - Księga przyjęcia towarów i kasa są ze sobą zasadniczo zgodne. Debet wynoszący mniej niż 2 tysiące złotych jest dopuszczalny. Drobnego złodzieja nigdy się nie upilnuje. Albo jakiejś małej omyłki kasjera. Toteż każdy sklep ma przewidziany pewien niewielki fundusz na tego rodzaju ubytki. W tym przypadku nie został przekroczony nawet w połowie.
- A więc jakiekolwiek nadużycia są wykluczone? - zapytał major.
- W każdym razie nadużycia kasowe - ostrożnie stwierdził księgowy. Nie chciał mówić więcej na ten temat.
Wobec tego oficer milicji poprosił do małego kantorku, znajdującego się za sklepem, Bogdana Wietrzyka, sprzedawcę i zarazem zastępcę kierowniczki komisu.
- Ja nic nie wiem - powiedział Wietrzyk siadając na wskazanym mu krześle.
- Przecież ja pana jeszcze o nic nie zapytałem - zdumiał się major.
- Ja nic nie wiem.
- Czy Cieślikowska była w sklepie w dniu 12 stycznia?
- Ja nic nie wiem - uparcie powtórzył sprzedawca.
- Chyba będę musiał pana zamknąć. Cztery ściany z oknem z jednej strony, z drzwiami bez klamki z drugiej, znakomicie odświeżają pamięć. Sam pan się o tym przekona po upływie kilku tygodni.
Wietrzyk zbladł.
- Jestem niewinny. Ja nic nie wiem.
- Nawet tego, czy Cieślikowska przyszła do pracy w dniu 12 stycznia?
- No, nie... Kierowniczka jak zwykle otworzyła sklep. Przecież miała klucze.
- A kiedy wyszła?
Wietrzyk znowu chciał wykręcić się swoim sakramentalnym zdaniem. Już nawet zaczął mówić: "Ja nic...", kiedy widząc zagniewaną twarz majora przerwał i udzielił sensownej informacji:
- Około trzeciej szefowa powiedziała, że wychodzi i że tego dnia więcej do sklepu nie wróci. Prosiła, żebym zamknął interes.
- Kiedy?
- No, o godzinie siódmej wieczorem. Jako zastępca kierowniczki byłem również odpowiedzialny materialnie za sklep.
- Rozumiem - zgodził się major. - Cieślikowska wychodząc nie wspominała, dokąd idzie? Może ktoś po nią przyszedł albo wezwano ją telefonicznie?
- Ja nic nie wiem - upierał się sprzedawca.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.