2
Ruth Biemeyer oparła się o framugę drzwi, demonstrując zarys swej sylwetki. Nie miała już figury młodej dziewczyny, ale tenis i być może gniew pomogły jej zachować szczupłość i sprężystość.
- Czy pani mąż zawsze zachowuje się w taki sposób?
- Nie zawsze. Jego nerwy są ostatnio w kiepskim stanie.
- W związku z tym zaginionym obrazem?
- To tylko jeden z powodów.
- A jakie są pozostałe?
- W gruncie rzeczy można to połączyć ze sprawą obrazu. - Zawahała się. - Nasza córka, Doris, studiuje na uniwersytecie i zaczęła się zadawać z ludźmi, którzy nie wydają się nam odpowiednim dla niej towarzystwem. Wie pan, jak to jest.
- Ile lat ma Doris?
- Dwadzieścia. Jest na drugim roku.
Mieszka w domu?
- Niestety nie. Wyprowadziła się w zeszłym miesiącu, na początku semestru jesiennego. Znaleźliśmy jej mieszkanie w Academia Village, tuż obok terenów uniwersyteckich. Oczywiście chciałam, żeby została w domu, ale ona stwierdziła, że ma takie samo prawo do własnego życia, jak Jack i ja. Zawsze bardzo krytycznie odnosiła się do tego, że Jack pije. Do mojego picia również, jeśli chce pan znać całą prawdę.
- Czy Doris zażywa narkotyki?
- Chyba nie. W każdym razie nie jest narkomanką. - Przez chwilę milczała, wyobrażając sobie życie córki, które zdawało się napawać ją lękiem. - Nie przepadam zbytnio za niektórymi osobami, z jakimi się zadaje.
- Ma pani na myśli kogoś konkretnego?
- Jest tam taki chłopak, Fred Johnson, którego przyprowadziła kiedyś do domu. W gruncie rzeczy jak na chłopca jest już dość stary - musi mieć co najmniej trzydziestkę. To jeden z tych wiecznych studentów, którzy kręcą się koło uniwerśytetu, bo lubią tę atmosferę, a może łatwe zarobki.
- Podejrzewa pani, że to on mógł ukraść ten obraz?
- Nie stawiałabym tego tak jednoznacznie. Ale interesuje się sztuką. Jest pracownikiem naukowym tutejszego muzeum i chodzi na wykłady z tej dziedziny. Słyszał o Richardzie Chantry - w gruncie rzeczy miałam nawet wrażenie, że sporo o nim wie.
- Można by to chyba powiedzieć o wszystkich studentach tutejszego wydziału historii sztuki?
- Przypuszczam, że tak. Ale Fred Johnson wykazywał niezwykłe zainteresowanie tym obrazem.
- Może mi go pani opisać?
- Spróbuję.
Raz jeszcze wyjąłem notes i oparłem się o biurko. Pani Biemeyer zasiadła na obrotowym fotelu i odwróciła się przodem do mnie.
- Kolor włosów?
- Rudoblond. Ma dość długie włosy. Trochę rzedną mu już na czubku głowy. Ale kompensuje to sobie przy pomocy wąsów. Ma takie długie, krzaczaste wąsy, przypominające szczotkę do butów. Jego zęby są w dość kiepskim stanie. Ma zbyt długi nos.
- A oczy? Niebieskie?
- Raczej zielonkawe. W gruncie rzeczy właśnie jego oczy trochę mnie niepokoją. Nigdy nie patrzy wprost na rozmówcę, w każdym razie, kiedy rozmawia ze mną.
- Wysoki czy niski?
- Średniego wzrostu. Dość szczupły. W sumie można nazwać go przystojnym, o ile ktoś lubi ten typ mężczyzny.
- Jak na przykład Doris?
- Obawiam się, że tak. Lubi Freda Johnsona o wiele bardziej, niżbym sobie życzyła.
- A Fred polubił ten zaginiony obraz?
- Więcej niż polubił. Był nim zafascynowany. Poświęcał mu znacznie więcej uwagi niż mojej córce. Miałam wrażenie, że przychodził tu, by zobaczyć obraz, a nie, by z nią się spotkać.
- Czy mówił coś na jego temat?
Zawahała się.
- Stwierdził, że wygląda on na jeden z pamięciowych obrazów Chantry'ego. Spytałam go, co to oznacza. Odpowiedział, że jest to zapewne jedno z dzieł, które Chantry malował z pamięci, nie mając modelki. Był najwyraźniej zdania, że obraz jest dzięki temu bardziej unikalny i cenniejszy.
- Czy wspominał o jego wartości?
- Pytał, ile za niego zapłaciłam. Nie chciałam mu powiedzieć - to moja mała tajemnica.
- Potrafię dochować tajemnicy.
- Ja również. - Otworzyła górną szufladę biurka i wyjęła miejscową książkę telefoniczną. - Chciał pan dzwonić do Paula Grimesa, prawda? Tylko niech pan nie próbuje wyciągnąć z niego tej ceny. Przysiągł mi, że utrzyma ją w sekrecie.
Zanotowałem sobie numer telefonu Grimesa i adres jego galerii leżącej w centrum miasta. Potem wykręciłem ów numer. W słuchawce odezwał się gardłowy, lekko egzotyczny głos kobiecy. Powiedziała mi, że pan Grimes rozmawia w tej chwili z klientem, ale wkrótce będzie wolny. Podałem jej nazwisko i zapowiedziałem swą wizytę nieco później.
- Proszę nie wspominać jej o mnie - gorączkowo wyszeptała do mego wolnego ucha Ruth Biemeyer.
- Kto to jest? - spytałem, odłożywszy słuchawkę.
- Chyba ma na imię Paola. Przedstawia się jako jego sekretarka. Myślę, że ich związek może być bardziej zażyły.
- Skąd ma ten akcent?
- Z Arizony. Jest chyba na pół Indianką.
Zerknąłem na fotografię dziury, którą wywiercił Jack Biemeyer w krajobrazie Arizony.
- Wydaje się, że ta sprawa ma wiele wspólnego z Arizoną. Czy nie mówiła pani, że stamtąd właśnie przybył Richard Chantry?
- Owszem. Wszyscy stamtąd pochodzimy. I wszyscy wylądowaliśmy w końcu tutaj, w Kalifornii.
Jej głos był pozbawiony wyrazu i nie zdradzał tęsknoty za stanem, który opuściła, ani szczególnej sympatii do stanu, w którym mieszka. Mówiła jak kobieta rozgoryczona.
- Dlaczego przyjechała pani do Kalifornii?
- Pewnie myśli pan o tym, co powiedział mój mąż. Że jest to, a raczej było, miasto Dicka Chantry i że dlatego właśnie chciałam się tu osiedlić.
- Czy to prawda?
- Myślę, że jest w tym odrobina prawdy. Dick był jedynym dobrym malarzem, jakiego naprawdę znałam. Nauczył mnie patrzeć na pewne rzeczy. Byłam zachwycona koncepcją zamieszkania w miejscu, w którym powstały jego najlepsze prace. Wie pan, zrobił to wszystko w ciągu siedmiu lat, a potem zniknął.
- Kiedy?
- Jeśli chodzi panu o dokładną datę, to odszedł 4 lipca 1950 roku.
- Jest pani pewna, że zrobił to z własnej woli? Że nie został zamordowany albo porwany?
- To wykluczone. Niech pan pamięta, że zostawił list do żony.
- Czy ona nadal tu mieszka?
- Jak najbardziej. Może pan obejrzeć jej willę z naszego domu. Stoi zaraz za tym wąwozem.
- Zna ją pani?
- Znałyśmy się bardzo dobrze, kiedy byłysmy młode. Ale nigdy nie łączyła nas bliska przyjaźń. Od naszego przyjazdu prawie jej nie widuję. Dlaczego pan pyta?
- Chciałbym obejrzeć ten list, który zostawił jej mąż.
- Mam kopię. Sprzedają je w tutejszym muzeum.
Wyszła na chwilę i wróciła z listem. Oprawiony był w srebrną ramkę. Stanęła nade mną, odczytując tekst. Jej wargi poruszały się, jakby odmawiała litanię.
Wręczyła mi go jakby z pewną niechęcią. Był napisany na maszynie - z wyjątkiem podpisu - i nosił datę: Santa Teresa, 4 lipca 1950.
Droga Francine,
Jest to list pożegnalny. Serce mi pęka, ale muszę od Ciebie odejść. Często rozmawialiśmy o mojej potrzebie odkrycia nowych horyzontów, za którymi znaleźć mogę światło, nie znane dotąd na morzu i lądzie. To urocze wybrzeże i jego dzieje powiedziały mi wszystko, co miały do powiedzenia - tak jak niegdyś Arizona.
Ale podobnie jak w Arizonie dzieje te są krótkie i niedawne i nie mogą udźwignąć poważnych zadań, do których zostałem stworzony. Muszę szukać gdzie indziej-jakichś innych korzeni, jakiejś głębszej, przepastniejszej ciemności, bardziej przenikliwego światła. I podobnie jak Gauguin postanowiłem, że muszę poszukiwać ich samotnie, ponieważ pragnę badać nie tylko świat zewnętrzny, ale również głębie i zakątki własnej duszy.
Nie biorę z sobą nic, prócz tego, co mam na grzbiecie, swego talentu, swych wspomnień o Tobie. Droga żono, drodzy przyjaciele, proszę, byście wspominali mnie serdecznie i dobrze mi życzyli. Robię po prostu to, do czego się urodziłem.
Richard Chantry
Zwróciłem Ruth Biemeyer oprawiony list. Przycisnęła go do piersi.
- Piękny, prawda?
- Nie jestem pewien. To zależy od punktu widzenia. Dla żony Chantry'ego musiał to być spory szok.
- Wydaje się, że zniosła go bardzo dobrze.
- Czy rozmawiała pani z nią o tym kiedykolwiek?
- Nie. Nie rozmawiałam. - Jej ostry ton przekonał mnie, że nie łączą ją z panią Chantry więzy przyjaźni. - Ale wydaje się, że ta cała odziedziczona sława sprawia jej wiele radości. Nie mówiąc już o pieniądzach, które jej zostawił.
- Czy Chantry miał skłonności samobójcze? Czy kiedykolwiek wspominał coś o odebraniu sobie życia?
- Ależ skąd! - Zamilkła na chwilę, potem ciągnęła dalej: - Musi pan pamiętać, że znałam Dicka, kiedy był bardzo młody. Ja byłam jeszcze młodsza. Prawdę mówiąc nie widziałam go i nie rozmawiałam z nim od przeszło trzydziestu lat. Ale wierzę mocno, że nadal żyje.
Dotknęła swego biustu, jakby chcąc powiedzieć, że żyje w każdym razie w jej sercu. Na jej górnej wardze pojawiły się kropelki potu. Otarła je grzbietem dłoni.
- Obawiam się, że ta rozmowa trochę mnie rozkleiła. Przeszłość wynurza się nagle jak spod ziemi i wali nas obuchem w głowę. I to akurat w momencie, kiedy byłam pewna, źe wreszcie nad wszystkim panuję... Czy zdarza się to panu czasem?
- W dzień dość rzadko. W nocy, tuż przed zaśnięciem...
- Nie jest pan żonaty? - szybko wyciągała wnioski.
- Byłem, jakieś dwadzieścia pięć lat temu.
- Czy pańska żona żyje?
- Mam nadzieję.
- Nie próbował się pan dowiedzieć?
- Ostatnio nie. Wolę dowiadywać się szczegółów z życia innych ludzi. Tymczasem chciałbym porozmawiać z panią Chantry.
- Nie sądzę, aby to było konieczne.
- Mimo to spróbuję. Może uzupełni mi tło całej sprawy.
Twarz mej rozmówczyni zastygła w wyrazie pełnym dezaprobaty.
- Ale chodzi mi przecież tylko o to, żeby pan odzyskał mój obraz.
- I jak się wydaje, ćhce pani mnie instruować, jak mam to zrobić. Próbowałem współpracować w ten sposób z innymi klientami, ale rezultaty nie były najlepsze.
- Po co chce pan rozmawiać z Francine Chantry? Wie pan, ona właściwie nie należy do naszych przyjaciół.
- Więc mam kontaktować się wyłącznie z przyjaciółmi?
- Nie to chciałam powiedzieć. - Zamilkła na chwilę. - Ma pan zamiar rozmawiać z wieloma ludźmi, prawda?
- Z tyloma, z iloma będę musiał. Cała sprawa wydaje mi się bardziej skomplikowana, niż pani sądzi. Może zająć wiele dni i kosztować kilkaset dolarów.
- Jesteśmy w pełni wypłacalni.
- W to nie wątpię. Ale nie jestem pewien intencji pani męża.
- Proszę się nie martwić. Jeśli on panu nie zapłaci, zrobię to ja.
Wyprowadziła mnie przed dom, by pokazać mi willę państwa Chantry. Była to neohiszpańska rezydencja z wieżami, licznymi przebudówkami i dużą oranżerią. Leżała nieco poniżej szczytu wzgórza, na którym staliśmy, po drugiej stronie wąwozu rozdzielającego obie posiadłości jak głęboka rana w ziemi.