Rozdział III
Mały czerwony chochlik o niedużych skrzydełkach biegł skalistą drogą pod zasłoniętym brązowym dymem niebem. Przed nim pojawił się ciemny budynek. Wszedł do niego. W środku znajdowała się sala, a na jej końcu podwyższenie, na którym siedział potwór przypominający stwora o nazwie mantikora. Miał ciało lwa o czarnej sierści i szarej grzywie oraz skrzydła nietoperza. Chochlik pokłonił się przed nim.
- Panie, nie znaleźliśmy kryształu.
Lew zeskoczył z podwyższenia i zaryczał.
- Minęły już trzy lata, a wy jeszcze nic nie znaleźliście?! Macie szukać, aż znajdziecie! Przesłuchujcie shirokiny, w końcu któryś nam powie, gdzie go ukryli! Precz! Wracaj na wyspę!
Chochlik wybiegł z pomieszczenia. Drugi stary stworek stojący za lwem zaczął:
- Panie, jeśli można spytać, co zamierzasz potem zrobić?
***
Cztery lata temu. Gdzieś na pustyni...
Lew w towarzystwie kilku chochlików i ludzi szedł w kierunku owalnego budynku. To był dom pewnej wiedźmy. Weszli do środka. Lew rozkazał swoim sługom zostać na zewnątrz i pilnować wejścia. Znajdowały się tam trzy krzesła i ognisko. Na fotelu obok siedziała ona. Wiedźma była kobietą wyglądającą, jakby widziała narodziny samej Octavii. W dodatku była chyba najbrzydszą istotą na Ziemi. Miała wielki nos i mnóstwo zmarszczek, a na głowie puszyły się czarne włosy, gdzieniegdzie już siwiejące. Jej oczy były czarne jak węgiel.
- Witaj, Koumori! - wychrypiała.
- Skąd znasz...
- Co by była ze mnie za wróżka, gdybym nie wiedziała, jak ci na imię? - zapytała trochę retorycznie. - Ja jestem Adora. Chciałbyś poznać swoją przyszłość?
- Hmm, wolałbym, żebyś powiedziała, jak mam zdominować świat. - Pokazał jej pokaźny worek pieniędzy. - Zapłacę.
Wiedźma chwyciła łapę lwa i dźgnęła ją małym sztyletem, po czym pozwoliła, żeby kilka kropel krwi Koumoriego spadło do ognia. Spojrzała w żywioł.
- Na wyspie znajdującej się daleko na wschodzie mieszkają pegazy, które są w posiadaniu pewnego kryształu. Musisz ten kamień wykraść, on da ci życie wieczne. Do tego sprawi, że twoja siła wzrośnie kilkukrotnie.
Lew spojrzał na nią spod byka, po czym zaśmiał się złowrogo.
- Cudownie! Nie miałem pojęcia, że coś takiego istnieje!
- Obmyśl strategię, bo konie nie oddadzą ci kryształu dobrowolnie. Jak go już zdobędziesz, to zrób z niego wywar. Zmieszaj go z wodą ze źródła jednorożców i krwią pegaza z tamtejszej wyspy...
***
Chochlik złapał się za brodę.
- Rozumiem. To niesamowite, że ma on taką moc!
Koumori odchrząknął.
- Ale jeszcze jedno mnie zastanawia - dodał diablik.
- Hmm? - zainteresował się lew.
- Czemu właściwie kazałeś, panie, białym jeźdźcom opuścić wyspę? Mogliby okazać się bardzo pomocni w poszukiwaniach kryształu.
Mantikora warknęła z irytacją.
- Idioto! Przecież to ludzie, a oni są bardzo pazerni. Gdyby dowiedzieli się, jaką moc posiada kryształ, to mogliby się nam przeciwstawić i sami go zabrać!
Diablik aż się skurczył.
- Są... sądzisz, że by nas zdradzili?
- Myślę, że tak by było. Wierne z was stwory, ale macie problem z myśleniem.
Sługus się zarumienił. Po chwili jednak go olśniło:
- Hmm, a co jeśli oni ukryli go poza wyspą Shirokin?
Potwór postukał pazurem o podłogę.
- Tak, całkiem możliwe. - Złapał sługusa za szyję. - Jednak jest z was jakiś pożytek! - Popchnął go. - Leć za nim! Powiedz, żeby szukali też poza wyspą!
- Tak, panie! - Stworek zasalutował i wybiegł na zewnątrz.
- Coś czuję, że w końcu będę musiał sam się tym zająć - powiedział wielki kot sam do siebie.
Lew położył się na legowisku zrobionym z kilku skał i zapadł w drzemkę.
***
Dobrze jest doceniać wroga! - zawołałem do Juliana i odleciałem. Lecz zanim opuściłem wyspę, zauważyłem nadciągający od południa kolejny statek. Był bardzo podobny do Pięknotki: statku należącego do Herberta, ale jego port jest po zachodniej części wyspy. Po co miałby tu płynąć? Wyglądało na to, że ludzie specjalnie wzięli podobny statek, aby konie nie nabrały podejrzeń.
Obcy okręt jeszcze nie dopłynął, gdy wylądowałem wśród pegazów znajdujących się przy południowym brzegu.
- Uciekajcie! To ludzie! - darłem się do nich.
Jeden z nich przeniósł na mnie wzrok.
- Spokojnie, to tylko Herbert.
- Nie! - Wskazałem łapą na północ. - Stamtąd płyną jeszcze dwa statki. Zastawili na was pułapkę. Głupcy!
Koń zignorował to, spuścił łeb i dalej skubał trawę. W tym momencie statek podpłynął jak najbliżej brzegu. Ludzie w nim wyciągnęli kładkę, po której na piaszczystą ziemię przeszli jeźdźcy. Wydawało mi się, że skądś ich znam. Tak. To prawdopodobnie byli biali jeźdźcy tyrana Koumoriego.
Wzbiłem się w powietrze i ukryłem na pobliskim drzewie, obserwując dalszy rozwój wydarzeń. Ludzie chwytali konie. Usłyszałem z daleka rżenie innych stworzeń, pewnie atakowanych przez dwunogich z tamtych statków. Chwilę później przyleciał Julian. Chciał rzucić się na jednego z jeźdźców, ale w ostatniej chwili ten zranił go z łuku w nogę. Nie minęło pół minuty, a przybyli inni jeźdźcy i schwytali pegaza. Koń wił się i miotał, aż w końcu stracił siły i runął na ziemię. Do leżącego ogiera podszedł centaur z sierścią w ciemnobrązowe łaty.
- Witaj, Julianie - powiedział.
Pegaz uniósł głowę.
- Yaro? Proszę, pomóż!
On nie jest sobą, Julianie... - pomyślałem, gdy zobaczyłem coś innego w jego oczach. Coś obcego, jakąś wrogość.
- Czemu miałbym ci pomóc po tym, jak cię schwytałem? - odrzekł.
Julian spojrzał na niego pytająco.
- Ale jak...? Byłeś naszym przyjacielem, żyłeś z nami.
- Tak, ale dzięki naszemu panu zrozumiałem, że bycie okrutnym jest dużo zabawniejsze! - Zachichotał.
Ogier podniósł się.
- Ty zdrajco! Jak możesz...
Yaro zaśmiał się.
- Zdejmijcie mu te liny. Dam ci szansę, możesz mnie zabić! Wtedy wszyscy stąd odejdą. - Zwrócił się do jeźdźców: - Słyszycie? Jeśli mnie zabije, odejdźcie stąd!
Dwunodzy ściągnęli z konia powrozy i pegaz stanął twarzą w twarz z centaurem. Rzucili się na siebie. Nie wiedziałem, jakim cudem Julian chciał wygrać, będąc prawie pozbawionym sił i mając ranną nogę. Najwyraźniej nie wziął tego pod uwagę. W pewnym momencie ogier stanął dęba, by kopnąć przeciwnika w twarz, ale okazał się zbyt powolny. Yaro zdążył zatem nadziać go na włócznię, którą nosił na plecach.
- A teraz spadaj, durniu! - wychrypiał wróg i rzucił go na ziemię, wyciągając włócznię.
Z przerażeniem patrzyłem, jak mój przyjaciel umiera. Spojrzał na mnie ciemnymi niczym głębia oceanu oczyma, jakby chciał powiedzieć "przepraszam", i zamknął oczy. Nie mogłem w to uwierzyć. Wiedziałem, że nie dam rady Yaro nawet w postaci tygrysa. Schowałem się głębiej w liściach i zastanawiałem się, co robić.
Zapadła noc. Następnego dnia poleciałem do domku pana Herberta, znajdującego się na wyspie. Nie było go tam. Marynarz i jego statek popłynęli do Miasta Portowego kilka miesięcy temu i widocznie jeszcze nie wrócili. Ruszyłem więc na maleńką wyspę znajdującą się niedaleko, gdyż Yaro i pozostali zrobili sobie bazę w centrum Shirokin i wiedziałem, że powinienem na razie trzymać się od niej z daleka. Mieszkałem na tej wysepce kilka tygodni.
Co jakiś czas odwiedzałem Shirokin. Okazało się, że z Yaro przybyła również grupa walecznych troglodytów i stado diablików. Ludzie, ku mojemu zdziwieniu, gdzieś zniknęli. Yaro oraz jego sługusy postawili wszędzie namioty, a centaur siedział wśród siana w miejscu, w którym wcześniej zwykle spotykali się najważniejsi członkowie stada Shirokin. Pegazy zostały zamknięte w klatkach i za każdym razem, gdy ich odwiedzałem, było ich mniej.
Pewnego dnia znalazłem kryształ - na tej niewielkiej wyspie, na której się zadomowiłem. Gdy tak sobie leżałem, oglądając ruchy fal, zauważywszy odbijające się w nich promienie jesiennego słońca, przypomniało mi się, że wiele lat temu właśnie tutaj ukryliśmy z Julianem tamten niebieski kryształ. Zakopaliśmy go w małej szkatułce. Pomyślałem, że ten przedmiot to zapewne powód ataku na wyspę. Szukają kamienia dla Koumoriego i lepiej, by go nie znaleźli.
Czym prędzej doskoczyłem do miejsca, w którym zakopaliśmy szkatułkę, i zacząłem kopać. Wreszcie ją zdobyłem. Otworzyłem wieko i wyciągnąłem wisiorek z zawieszonym kryształem w kształcie łzy w błękitnym kolorze. Kamień opatulały srebrne skrzydła. Kilkukrotnie obwiązałem sobie naszyjnik wokół szyi. Pomyślałem, że polecę poszukać Herberta. Wzbiłem się zatem w powietrze i odleciałem na zachód.
Wreszcie odkryłem, że mały domek, w którym zamieszkał marynarz, stoi przy miejskim porcie, na skraju miasta, a mój przyjaciel zapragnął zarobić trochę złota, by wyremontować nieco swoją łajbę oraz domek na Shirokin. Jednak wielkie było jego rozczarowanie, gdy powiedziałem mu o ataku na wyspę. Marynarz postanowił pozostać w mieście, a ja postanowiłem zostać razem z nim.
***
Minęło już osiem lat, odkąd zaatakowano Shirokin. Yaro wzniósł swoją bazę pośrodku polany. Postawił tam drewniany budynek, gdzie przesiadywał godzinami, słuchając narzekań "swoich" podwładnych i popijając nektary z tutejszych owoców. Pomieszczenie zbudowano na planie kwadratu, jego ściany upstrzone zostały otworami mającymi zapewne imitować okna, dzięki czemu do środka wlewało się światło dnia. Ale nie za wiele, w budynku było ciemno. Pod ścianą, naprzeciwko drzwi, stał spory stół oraz kilka marnych krzeseł. Niedaleko mebli leżał Yaro rozwalony na posłaniu z siana. Przy budowli w potężnych metalowych klatkach uwięzione były pegazy.
Tymczasem około dwudziestu chochlików uważnie przeszukiwało każdy, nawet najmniejszy skrawek wyspy. Stworek, który przed kilkoma godzinami wrócił od Koumoriego, by zdać mu raport z prac, właśnie przygotowywał centaurowi napój z czarnych porzeczek.
- Pośpiesz się, jestem spragniony! - marudził Yaro.
- Momencik, szefie!
Yaro oparł głowę o dłoń.
- Ech, dasz wiarę, Maksiu, że minęło prawie osiem lat, odkąd tu jesteśmy, a jeszcze nie znaleźliśmy tego kryształu?
- Coś mi się wydaje, że nastąpi to lada dzień. - Stworek ruszył w kierunku centaura z kielichem wypełnionym bordowym napojem w dłoni. - Tymczasem przyda ci się chwila relaksu z moim pysznym soczkiem!
Yaro rozkoszował się napitkiem w milczeniu, gapiąc się w jeden punkt na ścianie, jakby intensywnie o czymś myślał. Nagle gwałtownie się podniósł. Dopił sok i powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu:
- Jeśli nie znajdą kryształu, przesłucham kolejnego shirokina! - Ziewnął. - Tymczasem idę na mały spacer. - Pokłusował w stronę drzwi, po czym wyszedł z sali.
Chochlik imieniem Maks jeszcze chwilę gapił się na lekko uchylone drzwi. Prychnął i podszedł do stołu zabrać pusty kielich. Od początku traktuje nas jak służących, pan Koumori powinien z nim porozmawiać - myślał. Umył naczynie w misce i postawił na blacie, aby wyschło.
Stworek wyszedł na zewnątrz. Spojrzał na ogromną klatkę z zamkniętymi pegazami. Mógłbym je uwolnić, mógłbym otworzyć klatki i je wypuścić - rozmyślał. Ale co potem? Koumori będzie mnie ścigał do końca życia. Poza tym nie chcę stać się jego wrogiem, lubię go. Jest okrutny, ale i sprawiedliwy. Nie zabija dla przyjemności. Nie to co Yaro. Oparł się o drzewo i popatrzył na konie. Któryś z was dzisiaj zginie, a ja nie będę mógł nic zrobić, żeby do tego nie dopuścić... Maks zsunął się na ziemię i zapadł w sen.
Kilka godzin później zbudził go straszny rumor. Niebo nabrało koloru złota i czerwieni. Był wieczór. Obrócił się. Spostrzegł, że kilku jego pobratymców wyciąga klaczkę z klatki. Konik miał maść palomino, rudą sierść i białą grzywę oraz ogon. Yaro pochylił się nad nią.
- Witaj, malutka, jak masz na imię?
- Ki... Kirianes - wydukała przerażona.
- Którzy to twoi rodzice?
Naiwna klaczka pokazała kopytkiem.
- Ta kasztanowata to moja mama. Tata nie żyje.
Centaur podniósł się.
- Wyprowadźcie ją!
Grupa chochlików wyciągnęła klacz.
- Na imię mi Kiri. Wypuście moją córkę, ona niczego wam nie powie!
Yaro oparł rękę na biodrze.
- Wiem o tym. - Przystawił dzidę do szyi Kirianes. - Ty mi powiedz albo ona zginie!
- Nie! - Chciała wyrwać się jej na pomoc, ale trzymało ją kilku chochlików.
- Mamo!
Dorosła klacz dała za wygraną.
- Dobra, co chcesz wiedzieć?
- To, co zawsze: gdzie schowaliście kryształ?
Klacz zamknęła oczy, bijąc się z myślami. Chwilę później Yaro zaczął się niecierpliwić.
- Ciekawe, jak smakuje krew twojej córeczki...
Kiri gwałtownie otworzyła oczy.
- No dobra! Kryształ jest schowany na najbliższej wysepce na południe stąd!
Jeden z chochlików się odezwał:
- Nie ma go tam. Przeszukaliśmy najbliższe lądy na południe oraz na zachód od Shirokin.
Centaur dotknął ostrzem dzidy gardła małej klaczki.
- Może musicie dokładniej przeszukać - pisnęła dorosła klacz.
- Wysłaliśmy na wysepkę, o której mówisz, dziesięciu chochlików. Myślę, że gdyby kryształ tam był, to na pewno by go znaleźli - ciągnął Yaro. - Po tylu latach poszukiwań zacząłem się zastanawiać, czy ktoś nie zabrał kryształu, a teraz jak powiedziałaś, że ukryliście klejnot na tej małej wysepce, a jego tam nie ma... - warknął centaur - jestem już tego pewny! - Uniósł dzidę. - Gadaj, gdzie jest kryształ!
Kiri się zająknęła.
- Uch, dobrze. Jeden z shirokinów stąd uciekł w dniu, kiedy nas zaatakowaliście. To klacz o imieniu Tara. Miała błękitną sierść i złotą grzywę oraz ogon. Możliwe, że ona ma kryształ! - krzyknęła Kiri. - Zostawcie nas!
- Niech będzie. - Yaro zwrócił się do stworków trzymających Kirianes: - Zabierzcie ją do klatki!
Kiri westchnęła z ulgą.
- Ale z tobą nie skończyłem! - mruknął konio-człowiek. Skutecznie dźgnął ją ostrym końcem dzidy w samo serce.
- Mamusiu! - krzyknęła rozpłakana Kirianes.
- Powiedziała ci wszystko! Czemu nie okazałeś jej łaski?! - zawołał Maks, trochę sam się tego nie spodziewając.
- Ja po prostu lubię to robić. - Przystawił dzidę stworkowi do twarzy. - Lepiej uważaj na słowa, bo spotka cię to samo. - Schował broń za plecy, po czym zwrócił się do innego stworka: - Toto, leć do Koumoriego przekazać mu, czego się dowiedzieliśmy. - Starszy chochlik szybko wzbił się w powietrze. Centaur spojrzał jeszcze na Maksa. - Przywiążcie go gdzieś u mnie w sali! To będzie kara za to, co powiedział.
***
Całemu zajściu przyglądał się Nikki, który wybrał się na swoje małe, cotygodniowe zwiady na wyspę Shirokin. To ciekawe, że Tara uciekła z wyspy. Może jeszcze nie wszystko stracone! - zastanawiał się. Wzbił się w powietrze i odleciał na północ, odwiedzając wcześniej Miasto Portowe i zabierając kryształ z miejsca, w którym kot go ukrył.
***
Gdy jeden z diablików przekazał Koumoriemu wieść o Tarze, ten ponownie odwiedził wiedźmę Adorę, by poznać miejsce, w którym przebywa klacz. Wysłał na teren stada Gniadoszy swojego wielkiego ptaszora. Po kilku godzinach ptaszor odnalazł Tarę. Ta pasła się z Kami daleko od reszty stada. Gdy poczuła nadciągające niebezpieczeństwo, rozkazała córce schować się za pobliską skałą.
Kami ukryła się i obserwowała, jak ptaszor ląduje naprzeciw Tary.
- Masz na imię Tara, prawda? - zapytał chrypliwym głosem.
- Tak, kim jesteś?
- Oddaj mi kryształ z wyspy Shirokin! Wiem, że go masz! - Zignorował jej pytanie.
Kami śledziła zajście, lecz nie słyszała, o czym rozmawiają. Niepokoiła się o matkę. Ten stwór wyglądał groźnie.
- Nie mam go... - powiedziała Tara.
- Nie podoba mi się ta odpowiedź. Jeśli nie ty, to niby kto go ma? Przeszukaliśmy całą wyspę i jej okolicę. Nigdzie go nie znaleźliśmy.
Jeśli nie ma go na wyspie, to na pewno zabrał go Nikki. Ale nie powinnam o tym wspominać - pomyślała.
- Nie wiem. - I dodała: - Proszę, jeśli wiesz, co się dzieje na wyspie, to mi powiedz!
- Ha, ha, ha! - Zaśmiał się. - Powiem, bo i tak zaraz zdechniesz!
Klacz zaczęła grzebać kopytem w ziemi.
- Powiedz chociaż, co z dowódcą.
- On i wiele innych shirokinów wąchają kwiaty od spodu!
Tara cicho zapłakała.
- Co? Jak mogliście?
Ptaszor zachichotał.
- Spokojnie, zaraz do nich dołączysz. Ale najpierw chcę się dowiedzieć, gdzie jest kryształ!
Po chwili Kami zobaczyła, jak potwór przewraca jej mamę i ją dziobie. Mała klaczka przyglądała się temu ze łzami w oczach. Gdy było już po wszystkim i ptak odleciał, Kami wyszła z ukrycia i podbiegła do leżącej na trawie matki. Ciało klaczy pokryte było licznymi ranami.
- Mamusiu! - krzyczała zrozpaczona Kami.
Tara nie odpowiedziała, tylko lekko uchyliła oko. Spojrzała na córkę i ostatkiem sił się uśmiechnęła.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -Ciąg dalszy dostępny w pełnej wersji książki.