1
Baltimore 1985
Dzieciństwo Catariny Hale skończyło się pewnej parnej sierpniowej nocy,
kilka godzin po tym, jak na stadionie Memorial Orioles rozgromili
Rangersów, kopiąc ich teksańskie tyłki - jak to określił tata
dziewczynki - dziewięć do jednego. Jej rodzice rzadko brali wolny
wieczór, żeby zabrać całą rodzinę na mecz, ale wtedy zwycięstwo ich
drużyny było podwójnie słodkie. Przeważnie wieczorami jedno z nich, a najczęściej oboje pracowali długie godziny w Sirico's, pizzerii, którą
przejęli od ojca matki Catariny. Tam właśnie przed osiemnastu laty
spotkali się jej rodzice. Jak głosiła rodzinna opowieść, matka,
tryskająca życiem i energią osiemnastolatka, była w lokalu, kiedy do
środka wmaszerował dumnie dwudziestoletni Gibson Hale.
- Wszedłem na pizzę - zwykł mawiać - a spotkałem włoską boginię.
Jej ojciec często używał dziwacznych zwrotów, ale Reena bardzo lubiła go
słuchać.
Gibson przejął pizzerię po dziesięciu latach, kiedy Poppi i Nuni doszli
do wniosku, że już najwyższy czas wyruszyć w świat. Bianca, najmłodsze z pięciorga ich dzieci i jedyna dziewczyna, dołączyła do swego Giba,
zwłaszcza że żaden z jej braci nie był zainteresowany prowadzeniem
lokalu.
Dziadek Reeny uruchomił pizzerię w baltimorskiej Małej Italii ponad
czterdzieści trzy lata temu. Sirico's była więc starsza nawet od
Gibsona, co dziewczynkę niezmiernie zadziwiało. Obecnie jej ojciec,
który nie miał w żyłach nawet kropli włoskiej krwi, prowadził Sirico's
razem z żoną - Włoszką z krwi i kości.
W pizzerii prawie zawsze panował duży ruch i było mnóstwo pracy, ale
Reena nie miała nic przeciwko temu, nawet jeśli musiała pomagać
rodzicom. Jej starsza siostra Isabella skarżyła się, że czasami musi tam
pracować nawet w sobotnie wieczory, zamiast iść na randkę lub spotkać
się ze znajomymi. Ale Bella nieustannie na coś narzekała.
Najbardziej złościło ją to, że ich najstarsza siostra, Francesca, miała
własną sypialnię na drugim piętrze, podczas gdy ona musiała dzielić
pokój z Reeną. Własny pokój miał też Xander, ponieważ był jedynym
chłopcem, choć najmłodszym z rodzeństwa.
Dzielenie pokoju z siostrą nie przeszkadzało Reenie, a czasami bywało
nawet fajne, dopóki Bella nie stała się nastolatką. Doszła wtedy do
wniosku, że jest już wystarczająco dorosła, żeby rozmawiać wyłącznie o chłopakach, przeglądać magazyny z modą oraz poświęcać dużo czasu swoim
fryzurom.
Reena miała jedenaście lat i dziesięć miesięcy. Oznaczało to, iż za
czternaście miesięcy sama zostanie nastolatką. Ostatnio było to jej
prawdziwą obsesją, która zdominowała wcześniejsze marzenia - na
przykład, żeby zostać zakonnicą lub poślubić Toma Cruise'a.
Owej gorącej i parnej sierpniowej nocy, kiedy Reena miała jedenaście lat
i dziesięć miesięcy, w ciemności obudziły ją silne i bolesne skurcze
brzucha. Skuliła się w kłębek niczym kuleczka i zagryzła wargi, żeby
powstrzymać jęk. Po drugiej stronie pokoju, w ustawionym najdalej jak
się dało łóżku, spała Bella. Miała już czternaście lat i bardziej niż
młodsza siostra interesowały ją wymyślne fryzury. Teraz lekko
pochrapywała.
Reena pomasowała bolący brzuch i pomyślała o tych wszystkich hot dogach,
popcornie i cukierkach, które spałaszowała podczas meczu. Mama
uprzedzała ją, iż może tego żałować.
Czy jej mama nie mogłaby choć raz się pomylić?
Próbowała złożyć ból w ofierze, jak zawsze mawiały zakonnice, żeby jej
cierpienia pomogły jakiemuś biednemu grzesznikowi. Ale wciąż bolało i bolało!
A może to nie od hot dogów? Może to od ciosu w brzuch, jaki zadał jej
Joey Pastorelli. Za uderzenie, którym przewrócił ją na ziemię, porwanie
bluzki i nazwanie słowem, którego nie rozumiała, znalazł się później w niezłych tarapatach. Pan Pastorelli i Gibson wdali się w kłótnię, gdy
jej tata udał się do jego domu, aby "przedyskutować sprawę".
Słyszała, jak na siebie krzyczeli. Jej ojciec nigdy tego nie robił...
no, bardzo rzadko. Za to matka wrzeszczała często, gdyż była
stuprocentową Włoszką i miała temperament.
Ale tym razem to on się wydzierał na pana Pastorellego. A po powrocie do
domu bardzo mocno przytulił córkę do siebie.
Później poszli na mecz.
Niewykluczone, że ból był karą za to, że cieszyła się, iż Joey
Pastorelli zostanie ukarany. I może za to, iż była trochę zadowolona, że
przewrócił ją na ziemię i podarł bluzkę, ponieważ później poszli na mecz
i na własne oczy widziała, jak Orioles rozgromili Rangersów.
A jeśli doznała jakichś wewnętrznych urazów?
Z ulubionych przez nią i Xandra programów Emergency wiedziała, że to
się zdarza, a człowiek może nawet w ich wyniku umrzeć.
Na samą myśl o tym dostała jeszcze silniejszego skurczu, aż do oczu
napłynęły jej łzy. Wstała z łóżka - chciała pójść do mamy - a wtedy
poczuła między udami wilgoć.
Pociągając nosem, zawstydzona, że mogła sobie zmoczyć majtki jak
dzidziuś, cichutko wyszła z sypialni i ruszyła korytarzem do łazienki.
Weszła do pomieszczenia z różową wanną i kafelkami, po czym podciągnęła
do góry koszulkę z napisem Ghostbusters.
Na widok zakrwawionych ud dziewczynkę oblała gorąca fala przerażenia.
Umierała. Zadzwoniło jej w uszach. Gdy poczuła kolejny skurcz w brzuchu,
otworzyła usta do krzyku.
I wtedy pojęła, co się dzieje.
Nie umieram - pomyślała. To nie żadne wewnętrzne urazy. Miała po prostu
okres. Swój pierwszy okres.
Mama już jej wszystko wyjaśniła: o jajeczkach, o cyklach i o stawaniu
się kobietą. Obie siostry przechodziły okres co miesiąc, podobnie jak
Bianca.
W szafce pod umywalką były podpaski. Mama pokazała jej, jak ich używać,
a Reena zamknęła się kiedyś w łazience, żeby wypróbować. Teraz więc
bardzo dokładnie się umyła, czując się już kobietą. Sam widok krwi wcale
nie wzbudzał obaw dziewczynki, najbardziej trapiło ją to, skąd ona
płynęła.
Ale była już dorosła - w każdym razie na tyle, żeby poradzić sobie z czymś, co jak mama powiedziała, jest naturalną, kobiecą sprawą.
Ponieważ całkowicie się wybudziła i stała się prawdziwą kobietą,
postanowiła zejść do kuchni i napić się imbirowej oranżady. W domu
panował upał: kanikuła - mawiał o takich dniach tato. Poza tym miała
tyle do myślenia o tym, kim się teraz stała. Wyszła ze szklanką na
zewnątrz i przysiadła na marmurowych stopniach, pijąc napój.
Panowała taka cisza, że słyszała astmatyczne poszczekiwanie psa
Pastorellich. Paliły się uliczne latarnie. Wszystko to sprawiało, że
czuła się, jakby tylko ona jedna na całym świecie nie spała. Bo przecież
tylko ona jedna na całym świecie wiedziała, co stało się wewnątrz jej
ciała.
Pociągnęła ze szklanki łyk napoju i pomyślała, jak to będzie, gdy za
miesiąc wróci do szkoły. Ile innych dziewcząt dostało tego lata
pierwszego okresu?
Teraz powinny zacząć jej rosnąć piersi. Popatrzyła na klatkę piersiową,
zastanawiając się, jak to będzie. Co będzie czuła. Człowiek nie czuje,
jak rosną mu włosy lub paznokcie, ale może czuje rosnące piersi.
Ciekawe, bardzo ciekawe.
Jeśli zaczną rosnąć teraz, będzie już je miała do czasu, gdy w końcu
zostanie nastolatką.
Siedziała na marmurowych schodkach - wciąż jeszcze dziewczynka o płaskiej piersi i z obolałym brzuchem. Jej blond włosy o miodowym
odcieniu skręcały się w wilgotnym powietrzu. Podłużne powieki
żółtobrązowych oczu robiły się ciężkie. Nad kącikiem górnej wargi z prawej strony miała pieprzyk, na zębach aparat korekcyjny.
Tej parnej, gorącej nocy teraźniejszość wydawała jej się całkowicie
bezpieczna, ale przyszłość była mglistym marzeniem.
Ziewnęła i zamrugała sennie oczami. Wstała, zamierzając już wrócić do
domu, i wzrokiem pobiegła w stronę Sirico's, która stała tam, jeszcze
zanim urodził się ojciec. W pierwszej chwili błysk światła w wielkim,
frontowym oknie wzięła za jakieś odbicie. Ładne - pomyślała.
Ściągnęła usta, z uwagą spoglądając w tamtą stronę, i uniosła głowę ze
zdumieniem. To wcale nie wyglądało ani na refleks świetlny, ani na
pozostawione przez kogoś przez nieuwagę zapalone światła wewnątrz
lokalu.
Zaciekawiona, ściskając w dłoni szklankę, wyszła na chodnik przed domem.
Zbyt zaintrygowana, aby myśleć o tym, że matka dałaby jej w skórę za
pałętanie się w środku nocy nawet po ich ulicy, ruszyła chodnikiem.
Serce zaczęło dziewczynce walić jak młotem, gdy do jej omroczonego snem
umysłu dotarło, co naprawdę widzi. Z otwartych drzwi frontowych buchały
kłęby dymu. A światło, które widziała, to były płomienie.
- Pożar - szepnęła z początku, po czym krzycząc to na całe gardło,
wbiegła do domu.
*
Do końca życia już nie zapomni, jak stała ze swoją rodziną i patrzyła na
płonącą Sirico's. Ryk ognia wypluwanego przez rozbite okna i wzbijającego się do góry złocistymi słupami dudnił jej w uszach. Wycie
syren, chlust wody lejącej się strumieniami z ogromnych sikawek, ludzkie
szlochy i krzyki. Ale nad tym wszystkim górował przerażający huk ognia.
Jej brzuch czuł teraz huk płomieni jak bolesne skurcze. Pulsował
zdumieniem i grozą, chłonąc straszliwe piękno pożogi.
Jak jest tam w środku, gdzie weszli strażacy? Gorąco i ciemno? Duszno i jasno? Płomienie przypominały ogromne jęzory, wysuwające się i zwijające
znów do środka; zupełnie jakby smakowały tego, którego pożerały.
Kłęby dymu wznosiły się pióropuszami. Łzawiły jej oczy, kręciło w nosie,
choć taniec płomieni olśniewał. Wciąż była boso i asfalt parzył jej
stopy niczym rozgrzane węgle. Ale nie mogła ruszyć się z miejsca, nie
potrafiła oderwać wzroku od szalonego, nieujarzmionego widowiska.
Coś eksplodowało, znów rozległy się krzyki. Strażacy w hełmach i umorusanych sadzą twarzach krążyli w oparach dymu jak duchy.
Przypominają żołnierzy - pomyślała Reena. Jakby oglądała wojenny film.
A jednak nawet bijące powietrze strugi wody rzucały urokliwe świetliste
błyski.
Zastanawiała się, co się dzieje w środku. Co ci mężczyźni tam robią? Jak
się zachowuje ogień? Jeśli toczył wojnę, to czy krył się, żeby ponownie
zaatakować znienacka, jasny i złocisty?
Z nieba spadały spopielone drobiny jak czarny śnieg. Jak zahipnotyzowana
dała krok do przodu. Matka natychmiast chwyciła ją za rękę i przyciągnęła do siebie, przytulając jeszcze mocniej.
- Stój tutaj - mruknęła. - Musimy trzymać się razem.
A ona chciała tylko popatrzeć. Z uchem przy sercu matki, słyszała, jak
ono bije mocno i gwałtownie. Odwróciła głowę i popatrzyła w górę.
Chciała zapytać, czy mogą podejść bliżej. Tylko troszeczkę.
Ale w twarzy matki nie dostrzegła żadnego podniecenia. W jej oczach
próżno szukała zachwytu, widziała tylko błyszczące łzy.
Była piękną kobietą; wszyscy to mówili. Ale teraz twarz Bianki wyglądała
jak wykuta z twardego kamienia, z głęboko wyrytymi liniami. Jej oczy
poczerwieniały od łez i dymu. We włosach miała szary popiół.
Obok stał Gibson, obejmując ją ramieniem. Reena ze zgrozą spostrzegła,
że i w jego oczach lśniły łzy. Odbijał się w nich blask pożogi, jakby
sam ogień dostał się do jego wnętrza.
To nie był film; wszystko działo się naprawdę. Coś, co do nich należało
przez całe życie, na jej oczach znikało w ogniu. Poprzez hipnotyzujące
światło ruchliwych płomieni dostrzegała czarne smugi na ścianach
Sirico's, widziała warstwę mokrej sadzy pokrywającej schodki z białego
marmuru, odłamki potrzaskanego szkła.
Na ulicy i chodnikach stali sąsiedzi; większość ich w nocnych strojach.
Z dziećmi na ręku lub obok siebie. Niektórzy płakali.
Nagle Reena przypomniała sobie, że w niewielkim mieszkanku nad pizzerią
mieszkał Pete Tolino z żoną i malutkim dzieckiem. Serce jej się
ścisnęło, gdy spojrzała w górę i zobaczyła dym bijący z okien.
- Tato! Tato! Pete i Theresa!
- Nic się im nie stało. - Wziął córkę na ręce, gdy odsunęła się od
matki, tak jak to robił, gdy była małą dziewczynką, i przytulił twarz do
jej szyi. - Nikomu nic się nie stało.
Zawstydzona, wtuliła twarz w ramię ojca. Nie pomyślała wcale o ludziach,
nie pomyślała nawet o tych wszystkich rzeczach: o obrazkach na ścianach
i taboretach, o serwetach na stołach i wielkich piekarnikach.
Myślała jedynie o ogniu, o jego blasku i ryku, jaki wydawał.
- Przepraszam - chlipała z twarzą wtuloną w nagie ramię ojca. -
Przepraszam.
- Już cicho, wszystko doprowadzimy do porządku - odparł chrapliwym
głosem, jakby krztusił się dymem. - Ja sam to wyremontuję.
Pocieszona, popatrzyła sponad ramienia ojca na otaczające ją twarze i na
pożar. Ujrzała przytulone do siebie siostry i matkę trzymającą na rękach
Xandra.
Stary pan Falco siedział na stopniach swego domku i w sękatych palcach
przesuwał różaniec. Mieszkająca w sąsiednim domu pani DiSalvo otaczała
ramieniem plecy swojej matki. Z ulgą dostrzegła też Pete'a; siedział na
krawężniku jezdni z twarzą w dłoniach. Obok żona tuliła dziecko.
Potem dostrzegła Joeya. Stał, kołysząc biodrami, z kciukami wsuniętymi w przednie kieszenie spodni, i gapił się na ogień. Na jego twarzy malowało
się jakieś radosne uniesienie, jak na jej świętych obrazkach
męczenników.
Mocniej przytuliła się do ojca.
W tej samej chwili Joey odwrócił głowę, spojrzał na nią i szyderczo
wyszczerzył zęby.
- Tato - szepnęła, ale w tej samej chwili pojawił się jakiś człowiek z mikrofonem i zaczął zadawać pytania.
Kiedy ojciec postawił ją na ziemi, nie chciała się od niego oderwać.
Joey wciąż się na nią gapił i szczerzył zęby. Było to bardziej
przerażające niż sam ogień. Ale Gibson popchnął ją w stronę sióstr.
- Fran, zabierz brata i siostry do domu! - polecił.
- Ale ja chcę zostać z tobą. - Reena uczepiła się jego rąk. - Muszę
zostać z tobą.
- Wracajcie do domu! - Przykucnął, tak że jego zaczerwienione oczy
znalazły się na wysokości twarzy córki. - Już prawie po wszystkim.
Dogaszają ogień. Powiedziałem, że wszystko doprowadzę do porządku, i dotrzymam słowa. - Pocałował ją w czoło. - Wracaj do domu. My też tam
niebawem wrócimy.
- Catarino! - Matka przyciągnęła ją z powrotem do siebie. - Pomóż
siostrom przygotować kawę i coś do jedzenia dla ludzi, którzy nam
pomagali. Tylko tyle możemy zrobić.
Przygotowywanie jedzenia to dla dzieci nic nowego. Termosy z kawą,
dzbany z mrożoną herbatą, wielkie kanapki. Ale tym razem w kuchni nie
było żadnych sprzeczek między siostrami. Bella nieustannie chlipała, ale
Fran nie miała o to do niej pretensji. A kiedy Xander oświadczył, że
zaniesie jeden dzbanek, nikt nie zwrócił mu uwagi, iż jest za mały.
W powietrzu unosił się odór, który Reena zapamiętała na zawsze. Światła
latarni przesłaniała brudna zasłona dymu. Ale dzieci rozstawiły na
chodniku przed domem stół na termosy z kawą, dzbanki z herbatą i kanapki. Wsuwały w usmolone dłonie kubki i chleb.
Część sąsiadów wróciła do domów, odgradzając się w ten sposób od dymu i smrodu spalenizny, od unoszącego się w powietrzu popiołu, który osiadał
cienką warstwą na samochodach i ziemi niczym brudny śnieg. Nie było już
jasnego ognia i nawet z daleka Reena widziała poczerniałe cegły, czarną
sadzę i ciemne dziury, które były kiedyś oknami.
Donice z kwiatami na białych stopniach, które wiosną pomagała mamie
sadzić, teraz leżały potłuczone, zadeptane, martwe.
Rodzice stali ze splecionymi dłońmi na ulicy przed Sirico's. Ojciec miał
na sobie tylko dżinsy, które wciągnął, kiedy ich obudziła, matka
jasnoczerwony szlafrok. Dostała go na urodziny zaledwie w zeszłym
miesiącu.
Stali tak jeszcze, nawet gdy wielkie wozy odjechały.
Podszedł do nich mężczyzna w strażackim hełmie i rozmawiał z obojgiem
przez dłuższy czas. Następnie rodzice odwrócili się i trzymając się
ciągle za ręce, ruszyli w stronę domu.
Mężczyzna w hełmie poszedł w stronę tego, co zostało z Sirico's. Włączył
ręczny reflektor i zniknął w ciemnościach wypalonego budynku.
Wspólnie przenieśli do domu resztki jedzenia i napojów. Reena pomyślała,
że wszyscy wyglądają jak ocaleni bohaterowie z wojennych filmów: brudne
włosy, zmęczone twarze. Kiedy już schowano jedzenie, matka zapytała, czy
ktoś chce spać.
Bella znów wybuchnęła płaczem.
- Jak możemy spać? Co my teraz zrobimy?
- To, co zwykle. Jeśli nie chce ci się spać, idź się umyć. Ja zajmę się
śniadaniem. No, idź. Kiedy się umyjemy i coś przekąsimy, nasze myśli
będą jaśniejsze.
Jako trzecia pod względem wieku Reena była zawsze trzecia w kolejce do
kąpieli. Poczekała więc do chwili, aż usłyszała, że łazienkę opuszcza
Fran, a jej miejsce zajmuje Bella. Wtedy wyślizgnęła się ze swego pokoju
i zapukała do sypialni rodziców.
Ojciec skończył właśnie mycie włosów, były jeszcze wilgotne. Włożył
czyste dżinsy i koszulę. Ale jego twarz wyglądała tak jak wtedy, gdy
przechodził ciężką grypę.
- Siostry okupują łazienkę? - zapytał z lekkim uśmiechem, który jednak
nie pojawił się w jego oczach. - Tym razem możesz skorzystać z naszej.
- Reena, a gdzie twój brat? - zainteresowała się matka.
- Zasnął na podłodze.
- Ach. - Założyła opaskę na wilgotne włosy. - No dobrze. Idź pod
prysznic. Przyniosę ci czyste ubranie.
- Dlaczego ten strażak wszedł do środka, kiedy wszyscy inni już wyszli?
- To inspektor - wyjaśnił ojciec. - Będzie się starał ustalić przyczynę
pożaru. Gdyby nie ty, przybyliby znacznie później. Ale najważniejsze, że
Pete'owi i jego rodzinie nic się nie stało. Reena, a co ty robiłaś na
ulicy w środku nocy?
- Ja... - Zaczerwieniła się po czubki uszu na wspomnienie okresu. -
Muszę coś powiedzieć mamie.
- Nie będę się gniewał.
Spuściła głowę i wbiła wzrok w czubki stóp.
- Proszę, to osobista sprawa.
- Gib, czy mógłbyś zacząć przygotowywać wędliny? - zapytała od
niechcenia Bianca. - Za chwilę do ciebie dołączę.
- Dobrze, dobrze - burknął i przetarł dłońmi oczy. - Ale ja bym się nie
gniewał - powtórzył i zostawił je same.
- O czym nie chciałaś rozmawiać z ojcem? Dlaczego ranisz jego uczucia w tak trudnej chwili?
- Nie chciałam... Obudziłam się, bo... strasznie bolał mnie brzuch.
- Jesteś chora? - zapytała Bianca, odwracając się w stronę córki, i przyłożyła jej dłoń do czoła.
- Zaczął mi się okres.
- Och, moja mała dziewczynko! - Bianca przyciągnęła Reenę do siebie i mocno przytuliła. Zaczęła szlochać.
- Mamo, nie płacz.
- Nie... Ja tylko tak, chwilę. Tyle rzeczy, wszystko naraz. Moja mała
Catarina. Tyle strat, tyle zmian. Moja bambina. - Lekko się odsunęła.
- Dzisiejszej nocy zmieniłaś się i dzięki temu uratowałaś innym życie.
Dziękujmy Bogu za to, co zdołaliśmy ocalić, a ze stratami damy sobie
radę. Jestem z ciebie bardzo dumna.
Ucałowała Reenę w oba policzki.
- Czy brzuszek ciągle cię boli? - Kiedy dziewczynka skinęła głową, matka
znów ją uściskała. - Weź teraz prysznic, a później ciepłą kąpiel w mojej
wannie. Od razu poczujesz się lepiej. Czy chcesz mnie jeszcze o coś
zapytać?
- Wiem, co robić.
Bianca uśmiechnęła się, ale w jej oczach malował się cień smutku.
- Idź teraz pod prysznic, pomogę ci.
- Mamo, nie mogłam tego powiedzieć przy tatusiu.
- Oczywiście, że nie. Masz rację. To sprawy kobiece.
Sprawy kobiece. Słysząc te słowa, poczuła się kimś lepszym, a ciepła
kąpiel sprawiła, że ból ustąpił. Kiedy zeszła na dół, cała rodzina była
już w kuchni. Gdy ojciec delikatnie pogłaskał ją po włosach, Reena
zrozumiała, że też już wie o wszystkim.
Przy stole panowała posępna atmosfera, cisza wynikająca ze zmęczenia.
Ale przynajmniej Bella najwyraźniej - jak na razie - wypłakała już
wszystkie łzy.
Ojciec wyciągnął rękę i położył na dłoni mamy. Ścisnął ją i zaczął
mówić.
- Musimy zaczekać na wiadomość, że pogorzelisko jest już bezpieczne.
Wtedy zaczniemy sprzątanie. Nie znamy jeszcze rozmiaru zniszczeń, nie
wiemy też, ile czasu upłynie, zanim ponownie otworzymy naszą pizzerię.
- Będziemy teraz biedni. - Usta Belli zadrżały. - Wszystko zniszczone, a my nie mamy pieniędzy.
- Czy nie miałaś kiedyś dachu nad głową, jedzenia na stole i ubrania na
grzbiecie? - zapytała gniewnie Bianca. - Tak się zachowujesz, kiedy
spadły na nas kłopoty? Płacz i skargi?
- Cały czas płakała - zauważył Xander, bawiąc się grzanką.
- Nie pytałam cię o to, widzę sama. Wasz ojciec i ja pracowaliśmy
codziennie przez piętnaście lat, żeby uczynić z Sirico's miejsce miłe i ważne w najbliższym otoczeniu. A mój ojciec i matka budowali to miejsce
przez więcej lat, niż sobie wyobrażacie. To boli. Ale przecież nie
spaliła się rodzina, tylko lokal. Odbudujemy go.
- Ale co my zrobimy? - zaczęła znów Bella.
- Cicho bądź, Isabello! - zgromiła siostrę Fran.
- Chodzi mi o to, co zrobimy najpierw - ponownie odezwała się Bella.
- Sirico's jest ubezpieczone. - Gibson popatrzył na stojący przed nim
talerz jakby zdziwiony, że jest na nim jedzenie. Ale natychmiast sięgnął
po widelec i zaczął jeść. - Za te pieniądze wszystko odbudujemy i wyremontujemy. Mamy własne oszczędności. Nie będziemy biedni - dodał,
patrząc surowo na średnią córkę. - Ale dopóki nie skończymy, musimy żyć
bardzo oszczędnie. Nie będziemy mogli pojechać we wrześniu na weekend na
plażę, jak zamierzaliśmy. Jeśli ubezpieczenie nie wystarczy, sięgniemy
do naszych oszczędności lub nawet weźmiemy pożyczkę.
- Nie zapominaj też - stwierdziła Bianca - że zatrudnieni u nas ludzie
stracili pracę, przynajmniej do chwili, aż ponownie uruchomimy lokal.
Niektórzy z nich mają rodziny. Nie tylko nas dotknęło to nieszczęście.
- Pete, Theresa i ich dziecko - odezwała się Reena. - Zostali bez
niczego. Bez ubrań, bez mebli. Moglibyśmy im coś dać.
- Tak. To dobrze, że o nich pomyślałaś. Alexander, jedz jajka - dodała.
- Wolałbym kulki kakaowe.
- A ja wolałabym futro z norek i brylantowy diadem. Jedz. Czeka nas
wiele pracy. Każdy będzie miał swój zakres obowiązków.
- Ale nikt, absolutnie nikt - oświadczył Gibson, wskazując palcem Xandra
- nie wchodzi do środka bez pozwolenia.
- Poppi - bąknęła Fran. - Musimy mu powiedzieć.
- Jeszcze za wcześnie, żeby telefonować do niego z takimi wiadomościami
- wtrąciła Bianca, przesuwając jedzenie na talerzu. - Ale wkrótce to
zrobię. Zadzwonię też do moich braci.
- Jak mogło do tego dojść? - spytała Bella. - Jak oni to wykryją?
- Nie wiem. To ich sprawa. My musimy poskładać to wszystko z powrotem do
kupy. - Gibson podniósł kubek z kawą. - I poskładamy.
- Drzwi były otwarte.
Gibson skierował wzrok na Reenę.
- Co takiego?
- Frontowe drzwi były otwarte.
- Jesteś pewna?
- Widziałam. Na pewno się nie mylę. Było jasno... z okna buchał ogień.
Może to Pete zapomniał je zamknąć.
Tym razem to Bianca chwyciła męża za rękę. Ale zanim zdążyła się
odezwać, zadźwięczał dzwonek u drzwi.
- Otworzę. - Podniosła się z miejsca. - Mamy dziś przed sobą długi
dzień. Kto jest zmęczony, powinien się przespać.
- Skończcie jedzenie - polecił Gibson. - Pozmywajcie naczynia.
Szesnastoletnia Fran wstała razem z nim, obeszła stół i przytuliła się
do ojca. Była szczupła i miała dużo wdzięku, a także kobiecości, którą
Reena dostrzegała i zazdrościła siostrze.
- Wszystko będzie dobrze. Urządzimy to jeszcze lepiej niż przedtem.
- Cała moja córka. Liczę na ciebie. Na was wszystkich - dodał. - Reeno,
pozwól ze mną na chwilę.
Gdy razem wyszli z kuchni, usłyszeli, jak Bella warknęła:
- Święta Francesca.
Gibson westchnął w duchu i poprowadził Reenę do pokoju telewizyjnego.
- Hm, posłuchaj dziecko. Jeśli źle się czujesz, zwolnię cię z kuchennych
obowiązków.
W pierwszej chwili chciała podskoczyć z radości, ale poczucie winy
wzięło w niej górę.
- Nic mi nie jest.
- Ale jeśli coś... będzie, po prostu powiedz.
Z roztargnieniem poklepał ją po ramieniu i wyszedł przed dom.
Reena patrzyła na ojca. Zawsze wydawał jej się taki wysoki, ale teraz
miał przygarbione ramiona. Chciała zrobić to samo, co Fran - objąć go,
powiedzieć coś rozsądnego - ale było już za późno.
2
Zamierzała być grzeczna tak jak Fran i natychmiast wrócić do kuchni. Ale
usłyszała Pete'a i wydało jej się, że młody mężczyzna płacze. Do Reeny
dobiegł też głos ojca, ale nie mogła rozróżnić poszczególnych słów.
Cichutko ruszyła w stronę salonu.
Pete nie płakał, choć wyglądał tak, jakby w każdej chwili mógł wybuchnąć
płaczem. Siedział z pochyloną nisko głową, patrząc na zaciśnięte dłonie,
które trzymał na kolanach, a długie włosy opadały mu na twarz.
Niedawno skończył dwadzieścia jeden lat. Wyprawili na jego cześć
niewielkie przyjęcie, tylko w gronie rodzinnym. Zaczął pracować w Sirico's, gdy skończył piętnaście lat, należał więc do rodziny. Kiedy
Theresa zaszła w ciążę i musieli się pobrać, rodzice Reeny wynajęli mu
za symboliczną kwotę mieszkanie na piętrze.
Dziewczynka wiedziała o tym, gdyż podsłuchała rozmowę swojej matki z wujem Paulem. Za takie "przestępstwo" musiała zawsze odprawiać dużą
pokutę, ale uważała, że warte jest to dwóch dodatkowych zdrowasiek.
Zauważyła teraz, że matka siedzi obok Pete'a, trzymając dłoń na jego
kolanie. Ojciec przysiadł na stoliku do kawy - coś, co było im
kategorycznie zabronione - i patrzył na chłopaka. Mówił tak cicho, że
Reena wciąż nie mogła dosłyszeć jego słów, a Pete cały czas kręcił
głową.
Po chwili uniósł głowę, oczy mu błyszczały.
- Przysięgam, wszystko pozamykałem. Przypominałem sobie to już z tysiąc
razy. Każdy swój krok. Boże, Gib, przyznałbym się, gdybym coś schrzanił.
Musisz mi uwierzyć, że niczego nie ukrywam. Theresa i dziecko... gdyby
coś im się stało...
- Na szczęście wszystko jest w porządku. - Bianca ujęła jego dłoń.
- Tak się wystraszyła. Wszyscy się wystraszyliśmy. Kiedy zadzwonił
telefon... - Popatrzył na Biancę. - Gdy zadzwoniłaś i powiedziałaś, że
się pali i musimy uciekać, myślałem, że to zły sen. Złapaliśmy tylko
dziecko i w nogi. Gib, nie czułem nawet dymu, dopóki się nie pojawiłeś,
żeby nam pomóc w ucieczce.
- Pete, chcę, żebyś sobie dokładnie wszystko przypomniał. Czy zamknąłeś
drzwi?
- Oczywiście, ja...
- Nie - potrząsnął głową Gibson. - Nie tak, mówisz odruchowo. Pomyśl po
kolei. Często rutyna sprawia, że człowiek działa automatycznie, a później nic nie pamięta. Wróćmy więc jeszcze raz. Ostatni klienci?
- O Boże! - Pete przeciągnął dłonią po włosach. - Jamie Silvo z dziewczyną. Nową. Zjedli pepperoni i wypili po piwie. I Carmine. Został
prawie do końca i próbował namówić Toni, żeby się z nim umówiła. Lokal
opuścili mniej więcej o tej samej porze - około jedenastej trzydzieści.
Toni, Mike i ja dokończyliśmy sprzątanie. Zrobiłem kasę... Boże wielki,
Gib, koperta bankowa została na piętrze. Ja...
- O to się teraz nie martw. Czy ty, Toni i Mike opuściliście pizzerię
razem?
- Nie. Pierwszy wyszedł Mike. Toni jeszcze chwilę została, czekając, aż
skończę porządki. Dochodziła północ, a ona woli, żeby ktoś patrzył, jak
wraca do domu. Wyszliśmy na zewnątrz i pamiętam... pamiętam, jak
wyciągnąłem klucze, a ona powiedziała, że kółko do nich jest po prostu
milusie. Theresa włożyła do niego zdjęcie Rosy. Mówiła, że jest słodkie,
właśnie jak zamykałem drzwi. Zamknąłem drzwi! Gib, naprawdę je
zamknąłem! Możesz zapytać Toni.
- W porządku. O nic cię nie obwiniam. Gdzie się zatrzymałeś?
- U moich rodziców.
- Czy czegoś potrzebujesz? - zapytała Bianca. - Może pampersów dla
dziecka?
- Moja mama przechowuje takie rzeczy dla naszej małej. Wstąpiłem, żeby
chwilę z wami porozmawiać. Chciałbym wiedzieć, co mam robić.
Przechodziłem tamtędy. Nie można wejść do środka. Wszystko zablokowane.
Ale wygląda to okropnie. Chciałbym jednak wiedzieć, co mam robić. Z pewnością do czegoś się przydam.
- Kiedy dostaniemy się w końcu do środka, będzie co robić. Zaczniemy od
sprzątania. A teraz wracaj już do żony i dziecka.
- Jeśli będziesz czegokolwiek ode mnie potrzebował, dzwoń do matki. O każdej porze. Zawsze okazywaliście mi - nam - tyle serca. - Mocno
uścisnął Giba. - Zrobię wszystko, żeby wam pomóc.
Gib poszedł w stronę drzwi, odwracając się jeszcze do Bianki.
- Muszę tam iść, rzucić na wszystko okiem.
Reena wpadła do pokoju.
- Pójdę z tobą. Pozwól mi pójść.
Gib otworzył usta i Reena już wyczytała w jego twarzy odmowę. Ale Bianca
potrząsnęła głową.
- Dobrze, idź z tatą. A kiedy wrócicie, porozmawiamy o podsłuchiwaniu
cudzych rozmów. Poczekam na was, a potem dopiero zadzwonię do rodziców.
Może będziemy wiedzieli coś więcej. A nuż nie wygląda to aż tak źle, jak
myślimy.
Wyglądało jednak o wiele gorzej - przynajmniej w oczach Reeny. W świetle
dnia poczerniałe cegły, potłuczone szkło, przesiąknięte wilgocią
rumowisko sprawiały koszmarne wrażenie. A jeszcze gorszy był smród.
Wydawało się wręcz niewiarygodne, żeby ogień mógł w tak krótkim czasie
dokonać tylu zniszczeń. Ogrom szkód ujrzała przez roztrzaskane wielkie
frontowe okno, gdzie przedtem na szybie widniała wymalowana farbą pizza.
Zwęglone rumowisko jaskrawopomarańczowych ławek i starych stolików,
poskręcane z żaru, spalone krzesła. Zniknęła słonecznej barwy farba,
którą wymalowano pomieszczenie, a także wielka tablica z jadłospisem
wisząca przy wejściu do otwartego pomieszczenia kuchennego, gdzie, ku
uciesze gości, jej ojciec i czasami matka ugniatali ciasto.
Ze środka wyłonił się mężczyzna w strażackim hełmie i z masywną latarką.
W ręku trzymał też jakąś skrzynkę z narzędziami. Był starszy od ojca
Reeny; poznała to po jego twarzy porytej głębokimi zmarszczkami i wysuwających się spod kasku prawie siwych włosach.
Zanim wyszedł, obrzucił ich bacznym spojrzeniem. Gibson Hale był wysoki
i szczupły - jak ludzie, którzy raczej nie tyją. Miał gęste, kędzierzawe
włosy w kolorze piaskowym, jaśniejsze na końcach. Lubił przebywać na
słońcu i nie wkładał nic na głowę. Po ciężkiej nocy wyglądał gorzej niż
zwykle.
John Minger nie tylko badał przyczyny pożaru, ale również przyglądał się
osobom, które miały z nim związek.
Dziewczynka - mimo zapuchniętych od niewyspania oczu - była śliczna jak
obrazek. Włosy miała ciemniejsze niż jej ojciec, ale również kręcone.
John ocenił, że pod względem wzrostu i budowy zapewne pójdzie w ślady
ojca.
Widział ich minionej nocy, kiedy przybył na miejsce pożaru. Cała rodzina
trzymała się razem - jak grupa rozbitków ocalałych z katastrofy statku.
Żona Gibsona miała klasę. Piękność, jaką rzadko spotyka się poza
ekranem. Według niego najbardziej przypominała matkę najstarsza córka.
Średniej tylko niewiele brakowało do tej doskonałości. Chłopiec też był
urodziwy, choć nie wyszedł jeszcze z wieku dziecięcego.
Towarzysząca ojcu dziewczynka miała długie nogi pokryte zadrapaniami i siniakami. Zapewne więcej czasu spędzała na uganianiu się z bratem po
dworze niż na zabawie lalkami.
- Panie Hale, niestety, nie mogę pana jeszcze wpuścić do środka.
- Chciałem tylko popatrzeć. Czy pan... czy ustalił pan, w którym
dokładnie miejscu było ognisko pożaru?
- O tym właśnie chciałbym najpierw porozmawiać z panem. A to kto? -
zapytał, z uśmiechem wskazując na Reenę.
- To moja córka, Catarina. Przepraszam, wiem, że pan już mi się
przedstawił, ale...
- Jestem Minger. Inspektor John Minger. Wspomniał pan, że to jedna z pańskich córek zauważyła ogień i obudziła was.
- To ja - pisnęła Reena. Zdawała sobie sprawę, że grzeszy, pyszniąc się
swoimi zasługami. Ale zapewne był to grzech wybaczalny. - Ja pierwsza
zobaczyłam płomień.
- O tym też chciałbym porozmawiać. - Spojrzał w stronę policyjnego
radiowozu, który właśnie zatrzymał się przy krawężniku. - Proszę
chwileczkę zaczekać - rzekł i nie czekając na odpowiedź, podszedł do
samochodu, gdzie przez chwilę rozmawiał o czymś z siedzącymi w środku
policjantami. - Czy jest tu jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy w spokoju
porozmawiać? - zapytał po powrocie.
- Mieszkamy tuż obok.
- Świetnie. Jeszcze tylko chwila. - Podszedł do innego auta, gdzie
ściągnął z siebie strój roboczy. Pod spodem miał zwykłe ubranie. Wrzucił
kombinezon, kask i skrzynkę z narzędziami do bagażnika, po czym zamknął
samochód i skinął głową w stronę policjanta.
- Co jest w tej skrzynce z narzędziami? - chciała wiedzieć Reena.
- Różne rzeczy. Jeśli chcesz, kiedyś ci pokażę. Panie Hale, mogę pana
poprosić na chwilę? Zaczekasz tu na nas, Catarino?
I znów, nie czekając na odpowiedź, odszedł kilka kroków.
- Jeśli ma pan mi coś do powiedzenia... - zaczął Gibson.
- Dojdziemy i do tego. - Wyciągnął paczkę papierosów i zapalniczkę.
Zaciągnął się głęboko dymem i wsunął zapalniczkę z powrotem do kieszeni.
- Muszę porozmawiać z pańską córką. To naturalny odruch, że próbowałby
pan odpowiadać za nią, naprowadzać. Lepiej, żeby tak nie było. Dlatego
prosiłbym, żeby pozwolił mi pan porozmawiać z nią samą.
- Jasne, nie ma sprawy. Reena jest bardzo spostrzegawcza.
- Doskonale. - Inspektor wrócił do dziewczynki. Zauważył, że ma oczy
bardziej bursztynowe niż brązowe. Choć były podkrążone, patrzyły bystro.
- Czy zauważyłaś ogień z okna swojej sypialni? - spytał, idąc teraz z nią.
- Nie, ze schodków. Siedziałam na schodkach mojego domu.
- Już trochę po tym, jak wszyscy poszli spać, co?
Przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią tak, żeby nie ujawnić
krępujących spraw prywatnych, a jednocześnie nie skłamać.
- Panował upał. Obudziłam się, bo nie najlepiej się czułam -
powiedziała. - Nalałam sobie w kuchni szklankę imbirowej oranżady i wyszłam przed dom. Usiadłam na schodkach i piłam.
- W porządku. Czy możesz mi pokazać dokładnie miejsce, w którym
siedziałaś w chwili, gdy dostrzegłaś pożar?
Dobiegła do domu i posłusznie usiadła na białych marmurowych stopniach,
tam gdzie siedziała w nocy. Patrzyła w ulicę i czekała, aż obaj
mężczyźni podejdą.
- Tutaj było chłodniej niż na górze. Ciepło zawsze ucieka do góry.
Uczono nas o tym w szkole.
- To prawda. A więc - Minger usiadł obok niej i tak jak ona popatrzył w ulicę - siedziałaś tu, popijając imbirową oranżadę i zobaczyłaś ogień?
- Zobaczyłam światła. Właściwie blask świateł na szybie. Nie wiedziałam,
co to takiego. Pomyślałam, że może Pete zapomniał zgasić w środku, ale
to wcale tak nie wyglądało. Te światła się ruszały.
- Jak?
Wzruszyła ramionami, czując się trochę głupio.
- Jakby tańczyły. To było śliczne. Ciekawiło mnie, co to może być, więc
trochę podeszłam w tamtą stronę. - Zagryzła usta i popatrzyła niepewnie
na ojca. - Wiem, że nie powinnam tak robić.
- O tym porozmawiamy później - mruknął Gib.
- Chciałam tylko zobaczyć. Jestem zbyt ciekawska, żeby dbać o własne
interesy, jak mówi babcia Hale. Musiałam się przekonać, co to takiego.
- Jak daleko zaszłaś? Możesz mi pokazać?
- Jasne.
Podniósł się wraz z dziewczynką i idąc obok niej, próbował sobie
wyobrazić, co by czuł, gdyby był dzieckiem wędrującym w upalną noc
ciemną ulicą. Ekscytacja. Zakazany owoc.
- Zabrałam ze sobą oranżadę i trochę popijałam, idąc w stronę światła. -
W skupieniu zmarszczyła brwi, usiłując przypomnieć sobie każdy krok. -
Myślę, że doszłam chyba do tego miejsca, jakoś tutaj, bo widziałam, że
drzwi były otwarte.
- Jakie drzwi?
- Drzwi frontowe sklepu. Widziałam, że są otwarte, i w pierwszej chwili
pomyślałam, że to ta święta krowa Pete zapomniał ich zamknąć, za co
dostanie solidną burę od mojej mamy. W naszym domu to ona łoi skórę. Ale
zaraz zobaczyłam ogień i dym. Buchały przez otwarte drzwi.
Przestraszyłam się. Wrzasnęłam z całych sił i pędem wróciłam do domu.
Wbiegłam na piętro, wciąż chyba krzycząc, bo tata zdążył już wstać i wkładał spodnie, a mama sięgała po szlafrok. I wszyscy wrzeszczeli. Fran
pytała na okrągło: "Co, co się pali? Nasz dom?". Ale ja mówiłam: "Nie,
nie, pali się sklep". My tak przeważnie nazywamy Sirico's. Sklep.
Ona to wszystko dokładnie przemyślała - stwierdził John. Poukładała
sobie w głowie wszystkie zapamiętane szczegóły.
- Bella zaczęła płakać. Ona dużo płacze, bo tak robią wszystkie
nastolatki - oprócz Fran. Tata wyjrzał przez okno i kazał mamie
zadzwonić do Pete'a - on mieszka nad sklepem - i powiedzieć mu, żeby
natychmiast uciekał z całą rodziną. Pete ożenił się z Theresą i w czerwcu urodziło im się dziecko. Kazał, żeby powiedziała Pete'owi, iż
sklep się pali i ma natychmiast uciekać z mieszkania, a potem zadzwonić
po straż pożarną. Mówiąc to, już zbiegał na dół po schodach. I powtórzył, żeby zadzwoniła pod dziewięćset jedenaście, ale mama już to
zrobiła.
- Bardzo dobry raport.
- Pamiętam więcej. Pobiegliśmy wszyscy w stronę pożaru, ale tata był
najszybszy. Biegł przez całą drogę. Ogień stawał się coraz większy.
Widziałam to. Trzasnęły szyby w oknach i wydobył się na zewnątrz. Ogień.
Tata ominął jednak front budynku. Bałam się, że tam pójdzie i może mu
się stać coś złego, że go poparzy, ale on pobiegł do tylnych schodów,
prowadzących do mieszkania Pete'a.
Umilkła na chwilę, zaciskając wargi.
- Żeby pomóc im się wydostać - pomógł jej John.
- Bo oni są dla niego ważniejsi niż sklep. Pete trzymał dziecko, a tata
ciągnął za rękę Theresę. Zbiegli po schodach. Ludzie zaczęli wychodzić z domów. Wszyscy wrzeszczeli i krzyczeli. Myślę, że tata chciał jeszcze
biec do środka, tam gdzie był ogień, ale mama chwyciła go mocno za
ramię. "Nie! Nie!" - wrzasnęła i pozostał na miejscu. Stanął obok niej i powiedział: "O Chryste, kochanie". Tata czasem tak nazywa mamę. Później
usłyszałam wycie syren i przyjechały wozy strażackie. Wyskoczyli z nich
strażacy i zaczęli rozwijać sikawki. Tata powiedział im, że w środku
nikogo nie ma. Ale i tak kilku z nich tam weszło. Nie wiem, jak oni to
zrobili, w tym ogniu i dymie, ale weszli. Wyglądali jak żołnierze. Jak
żołnierze-zjawy.
- Wszystko zapamiętałaś!
- Mam pamięć słonia.
John zerknął w stronę Giba i wyszczerzył zęby w pełnym uznania uśmiechu.
- Ma pan tu prawdziwy karabin maszynowy, panie Hale - powiedział.
- Gib, po prostu Gib. Tak, to prawda.
- W porządku. Reena, czy mogłabyś mi powiedzieć, co jeszcze widziałaś,
gdy siedziałaś na tych schodach, zanim zobaczyłaś ogień? Usiądź znów na
stopniach i spróbuj sobie wszystko przypomnieć.
Gib popatrzył w stronę sklepu i ponownie skierował wzrok na Johna.
- Czy to nie czysty wandalizm?
- Dlaczego tak twierdzisz? - zapytał John.
- Drzwi. Otwarte drzwi. Rozmawiałem z Pete'em. Zeszłej nocy on zamykał
sklep, gdyż ja z rodziną wybraliśmy się na mecz.
- Nasze ptaszki sprawiły baty Rangersom.
- Ha! - Gib zmusił się do uśmiechu. - Pete zamknął lokal w towarzystwie
innego mojego pracownika. Doskonale to pamięta, gdyż w tym czasie
rozmawiał z Toni - Antonią Vargas - o kółku, na którym trzyma klucz.
Nigdy zresztą nie zdarzyło mu się nie zamknąć drzwi. Skoro więc później
były otwarte, ktoś musiał je wyłamać.
- O tym też porozmawiamy. - Ponownie przysiadł się do Reeny. - Tak, to
sympatyczne miejsce. Wymarzone na zimny napój w upalną noc. Może
pamiętasz, która była wtedy godzina?
- Hm, mniej więcej dziesięć po trzeciej. Wiem, bo gdy brałam z kuchni
imbirową oranżadę, zerknęłam na zegar.
- Przypuszczam, że o tej porze wszyscy w sąsiedztwie już spali.
- W żadnym z domów nie paliło się światło. Jedynie w ogrodzie Castosów
świeciła się lampa, ale oni prawie zawsze zapominają ją zgasić. Maleńkie
światełko zauważyłam też w oknie pokoju Mindy Young. Zawsze sypia przy
włączonej nocnej lampce, choć ma już dziesięć lat. Słyszałam też
szczekanie psa. Myślę, że był to Fabio, pies Pastorellich. Chyba był
czymś zaniepokojony, ale szybko przestał szczekać.
- Czy ulicą przejeżdżały jakieś samochody?
- Nie, ani jeden.
- O tak późnej godzinie, w takiej ciszy z pewnością usłyszałabyś, gdyby
gdzieś dalej w ulicy ruszał samochód lub trzasnęły zamykane drzwi.
- Było całkiem cicho. Tylko parę razy zaszczekał ten pies. Słyszałam
nawet cichutki szum klimatyzatora w sąsiednim domu. Dobrze pamiętam, że
nie było żadnych innych hałasów. Nawet później, kiedy już szłam w stronę
sklepu.
- W porządku, Reeno. Sprawiłaś się na medal.
Otworzyły się drzwi i John ponownie zachwycił się urodą gospodyni.
- Gib, czemu rozmawiacie na zewnątrz? Nie zaproponujesz panu chłodnego
napoju? - zapytała z uśmiechem Bianca. - Prosimy do środka.
Przygotowałam świeżą lemoniadę.
- Dziękuję. - John w jednej chwili zerwał się na nogi. Bianca była z tych kobiet, które budzą respekt w mężczyznach. - Nie mam nic przeciwko
temu, żeby wypić coś chłodnego i zająć państwu jeszcze trochę czasu.
Salon był pełen kolorów. John pomyślał, że ostre barwy bardzo pasują do
takich kobiet jak Bianka Hale. W pokoju panował nieskazitelny porządek,
meble nie były nowe, ale niedawno wyczyszczone, jeszcze wydzielały
zapach olejku cytrynowego. Na ścianach wisiały portrety członków rodziny
oprawione w skromne ramki, wykonane węglem i pastelami. Twórca miał
bardzo dobre oko i wprawne dłonie.
- Kto jest autorem?
- Ja - odparła Bianca, nalewając lemoniadę do szklanek z kostkami lodu.
- To moje hobby.
- Piękne.
- Mamy rysunki wisiały też w sklepie - wtrąciła Reena. - Najbardziej
lubiłam portret taty. Na głowie miał wielką czapkę szefa kuchni i ugniatał pizzę. Już go nie ma, prawda? Spłonął.
- Narysuję inny. Jeszcze lepszy.
- I był tam też stary dolar. Mój dziadek umieścił w ramce pierwszy
banknot, który zarobił po otwarciu Sirico's. I mapa Włoch, a także krzyż
babci, który poświęcił sam papież, i jeszcze...
- Catarino! - Bianca uniosła rękę, przerywając potok słów córki. - Kiedy
coś stracimy, lepiej jest myśleć o tym, co nam jeszcze pozostało i jak
można to wykorzystać.
- Ktoś celowo podłożył ogień. W nosie miał twoje obrazki, krzyż i wszystko inne. Nawet Pete'a i Theresę z dzieckiem, którzy byli w środku.
- Słucham? - Bianca zacisnęła palce na poręczy krzesła. - Co pan mówi?
Czy to prawda?
- Trochę wybiegamy naprzód. Inspektor do spraw podpaleń będzie...
- Podpaleń? - Bianca opadła na krzesło. - O mój Boże! O słodki Jezu!
- Pani Hale. Przekazałem swoje pierwsze spostrzeżenia wydziałowi policji
do spraw podpaleń. Moje zadanie polega na inspekcji budynku i ustaleniu,
czy trzeba prowadzić śledztwo na ewentualność podpalenia. Ktoś z tego
wydziału zbada pogorzelisko i podejmie odpowiednie czynności.
- A dlaczego nie pan? - zapytała Reena. - Przecież pan to wykrył.
John popatrzył w zmęczone i inteligentne, miodowe oczy dziewczynki. Tak
- pomyślał - on to wykrył.
- Jeśli ogień został podłożony celowo, jest to przestępstwo i prowadzenie sprawy przejmuje policja - powiedział.
- Ale przecież pan to wykrył - nalegała Reena.
Nie, to dziecko już mi nie odpuści - stwierdził.
- Skontaktowałem się z policją, ponieważ podczas inspekcji budynku
natknąłem się na ślady wyłamania drzwi wejściowych. Wykrywacze dymu
zostały zdemontowane. Odkryłem też wiele przypuszczalnych źródeł
zapłonu.
- Co to są źródła zapłonu? - zainteresowała się Reena.
- To znaczy, że ogień został zaprószony w więcej niż jednym miejscu. A ze wzorów wypaleń, ze sposobu, w jaki ogień poznaczył pewne partie
podłogi, ściany i meble, pozostawiając na nich sadzę, można
wywnioskować, że jako materiału podpalającego użyto benzyny i czegoś, co
nazywamy lontami. Ogień podsycały również stare gazety, woskowany papier
i opakowania zapałek. Wszystko wskazuje na to, że ktoś się włamał i porozkładał lonty po całej sali i w kuchni. Na zapleczu znajdowały się
inne materiały łatwopalne: opakowania pod ciśnieniem, drewniane szafki,
framugi w całym lokalu, stoliki i krzesła. Podpalacz najprawdopodobniej
oblał benzyną podłogi, meble oraz ściany. Gdy Reena wyszła przed dom,
ogień już trawił wnętrze lokalu.
- Ale kto to mógł zrobić? I to z rozmysłem? - Gib pokręcił głową. -
Rozumiem, grupa głupkowatych dzieciaków włamuje się dla draki do sklepu
i przez nieuwagę zaprósza ogień; ale pan mówi o celowym podpaleniu
naszego sklepu - i mieszkającej na piętrze rodziny. Kim mógł być ten
drań?
- O to właśnie chcę was zapytać. Czy ktoś może żywić jakąś urazę do pana
lub pańskiej rodziny?
- Nie, nie. Broń Boże. Mieszkamy w tej dzielnicy od piętnastu lat.
Bianca tu się wychowała. Sirico's jest tu wrośnięta w krajobraz.
- A konkurencja?
- Znam wszystkich restauratorów w okolicy. Jesteśmy w bardzo dobrych
stosunkach.
- Może więc jakiś dawny pracownik? Ktoś, kogo musiał pan ukarać?
- Absolutnie nie. Mogę przysiąc.
- Czy z kimś pan, ktoś z pańskiej rodziny lub pracowników się pokłócił?
Może któryś z klientów?
Gib przeciągnął dłońmi po twarzy, po czym dźwignął się z krzesła i podszedł do okna.
- Nie. Nikt taki nie przychodzi mi na myśl. Jesteśmy lokalem rodzinnym.
Od czasu do czasu miewamy jakieś skargi, ale nie da się tego uniknąć. To
jednak nie mogłoby nikogo skłonić do podpalenia.
- Może któryś z pańskich pracowników miał jakąś sprzeczkę, nawet poza
godzinami pracy. Proszę mi podać nazwiska personelu. Wszyscy muszą
zostać przesłuchani.
- Tato?
- Reeno, nie teraz. Staraliśmy się być dobrymi sąsiadami i prowadziliśmy
ten lokal tak samo jak rodzice Bianki. Musieliśmy go trochę
zmodernizować, ale dusza sklepu nie uległa zmianie. - W głosie Gibsona
pobrzmiewał smutek, przez który jednak przebijał gniew. - To solidne
miejsce. Wymaga ciężkiej pracy, ale zapewnia godziwe życie. Nie znam
nikogo, kto mógłby to zrobić nam i naszej pizzerii.
- Przez cały ranek urywał się u nas telefon - wtrąciła Bianca, bo
właśnie znów zadzwonił. - W naszym imieniu rozmawia najstarsza córka.
Ludzie wyrażają współczucie, oferują pomoc. Chcą z nami sprzątać,
przynieść nam jedzenie, proponują pomoc w odbudowie. Ja tutaj dorastałam
w Sirico's. Ludzie uwielbiają Giba. Zwłaszcza Giba. Trzeba strasznej
nienawiści, żeby zrobić coś takiego. Nikt nie żywi tu do nas nienawiści.
- Mnie nienawidzi Joey Pastorelli.
- Catarino! - Bianca przeciągnęła zmęczonym ruchem dłoni po twarzy
córki. - Joey wcale cię nie nienawidzi. Jest po prostu łobuzem.
- Dlaczego twierdzisz, że cię nienawidzi? - chciał wiedzieć John.
- Przewrócił mnie na ziemię, uderzył i podarł bluzkę. Jakoś tak mnie
nazwał, ale nikt mi nie chce powiedzieć, co to słowo znaczy. Xander z kolegami zauważyli, co się dzieje, i pobiegli na pomoc, a Joey uciekł.
- Joey to trudne dziecko - wtrącił Gib. - I to była próba... - Popatrzył
Johnowi w oczy i coś sobie przekazali, czego Reena nie rozumiała. - To
było irytujące. Powinien być przynajmniej pod opieką psychologa. Ale ma
przecież tylko dwanaście lat. Nie sądzę, by dwunastolatek włamał się do
sklepu i zrobił to, o czym pan mówił.
- Niemniej warto się temu przyjrzeć. Reeno, powiedziałaś, że kiedy
wyszłaś przed dom, usłyszałaś szczekanie psa Pastorellich.
- Myślę, że to ich pies. Jest trochę straszny i groźnie szczeka.
Zupełnie jak zdzierający gardło kaszel.
- Gib, gdyby jakiś łobuziak poturbował mi córkę, zamieniłbym z nim kilka
słów, a następnie udałbym się do jego rodziców.
- Tak właśnie zrobiłem. Byłem w pracy, gdy pojawili się Reena, Xander i kilkoro innych dzieci. Reena płakała, a ona rzadko kiedy płacze. Od razu
zrozumiałem, że ktoś ją skrzywdził. Miała podartą bluzkę. Kiedy
opowiedziała, co się wydarzyło... aż się we mnie zagotowało. No i...
Powoli popatrzył w stronę żony, z lekkim strachem w oczach.
- O mój Boże, Bianco.
- I co zrobiłeś, Gib? - wrócił do tematu John.
- Natychmiast poszedłem do Pastorellich. Pete był akurat w pobliżu, więc
udał się ze mną. Drzwi otworzył Joe Pastorelli. Prawie przez całe lato
nie miał pracy. Wkroczyłem ostro.
Gib mocno zacisnął oczy.
- Byłem wkurzony i potwornie zdenerwowany. Przecież Reena jest małą
dziewczynką. Miała poszarpaną bluzkę i skaleczoną do krwi nogę.
Oświadczyłem, że mam już serdecznie dosyć jego rozwydrzonego synalka
molestującego moje dziecko i czas położyć temu kres, że tym razem Joey
posunął się za daleko i myślę o zawiadomieniu policji. Skoro on nie
potrafi utrzymać w ryzach swego syna, z pewnością uczynią to stróże
prawa. Zaczęliśmy na siebie krzyczeć.
- Powiedział, że jesteś pierdolonym dupkiem, który próbuje na siłę
naprawiać cały świat, choć powinien się zajmować własnymi gównianymi
interesami.
- Catarino! - wykrzyknęła ostro Bianca. - Nigdy więcej nie używaj w tym
domu takich słów!
- Powtarzam tylko jego słowa. Do raportu. Powiedział też, że nasz tata
wychowuje bandę zasmarkanych, płaczliwych bachorów, które nie potrafią
się same obronić. Potem jeszcze więcej przeklinał, a ojciec odpowiadał
mu podobnie.
- Nie pamiętam dokładnie, co powiedziałem ani co on na to odrzekł. - Gib
przeciągnął palcem po grzbiecie nosa. - Nie mam w głowie takiego
magnetofonu jak Reena. Ale atmosfera była gorąca i łatwo mogło dojść do
rękoczynów. I może by doszło, gdyby nie widok stojących przed sklepem
dzieci. Nie chciałem wszczynać bijatyki na ich oczach, tym bardziej że
sam interweniowałem w sprawie pobicia mojej córki.
- Powiedział też, że ktoś powinien dać ci lekcję. Tobie i całej twojej
rodzinie - wtrąciła Reena. - I strasznie klął. A kiedy tata i Pete
wychodzili, za ich plecami robił brzydkie gesty. Widziałam też Joeya,
gdy staliśmy przy płonącym sklepie. Przesłał mi paskudny, złośliwy
uśmiech.
- Czy Pastorelli ma więcej dzieci?
- Nie, tylko Joeya. - Gib przysiadł na krawędzi fotela żony. - W zasadzie powinno się dziecku współczuć, bo stary Pastorelli najwyraźniej
jest dla niego bardzo brutalny. Ale też ten chłopak to okropny zbir. -
Znów popatrzył na Reenę. - Może jeszcze gorszy, niż się wszystkim
wydaje.
- Jaki ojciec, taki syn - mruknęła Bianca. - Myślę, że on regularnie
bije swoją żonę. Nieraz widywałam siniaki na jej twarzy. Biedaczka
trzyma się z daleka od ludzi, więc nie znam jej zbyt dobrze. Mieszkają
tu chyba od dwóch lat, ale rozmawiamy ze sobą bardzo rzadko. Kiedyś,
zaraz po tym, jak wyrzucili go z pracy, zjawiła się u niego policja.
Wezwał ją sąsiad, który usłyszał dobiegające z domu Joego krzyki i płacz. Ale Laura, pani Pastorelli, oświadczyła, że nic złego się nie
dzieje, a ona uderzyła się o drzwi.
- No to niezły z niego magik. Policja będzie chciała go przesłuchać.
Bardzo wam współczuję z powodu tego wszystkiego.
- Kiedy możemy tam wejść i zacząć sprzątanie?
- To jeszcze trochę potrwa. Ekipa od podpaleń musi zrobić, co do niej
należy. Konstrukcja budynku jest nienaruszona, a drzwi przeciwpożarowe
nie dopuściły do rozprzestrzenienia się pożaru na piętro. Pogorzelisko
musi także obejrzeć wasza firma ubezpieczeniowa. To wszystko zajmie
sporo czasu, ale postaramy się, na ile to tylko będzie możliwe, sprawę
przyspieszyć. Byłoby nam jednak o wiele trudniej, gdyby nie to wasze
Sokole Oko. - Wstając, puścił oko do Reeny. - Przepraszam za kłopot.
Dopilnuję, żeby informowano was o wszystkim na bieżąco.
- Czy pan tu jeszcze wróci? - spytała Reena. - Miał mi pan pokazać
zawartość tej skrzynki z narzędziami i powiedzieć, do czego one służą.
- Będę o tym pamiętał. Naprawdę bardzo mi pomogłaś.
Wyciągnął do dziewczynki rękę i po raz pierwszy w jej oczach pojawiła
się nieśmiałość. Podała inspektorowi dłoń, którą uścisnął.
- Dziękuję za lemoniadę, pani Hale. Gib, czy możesz mnie odprowadzić do
samochodu?
Razem wyszli z domu.
- Nie wiem, dlaczego od razu nie pomyślałem o Pastorellim. Właściwie
wciąż nie mieści mi się w głowie, że mógł się posunąć tak daleko. Jeśli
w moim świecie ktoś cię tak mocno wkurzy, dostaje pięścią.
- Bezpośrednie podejście. Gdyby rzeczywiście był w to zamieszany,
prawdopodobnie chciał uderzyć w wasze życie: w jego fundamenty, w waszą
tradycję, waszą pracę. On jest bezrobotny, ty masz pizzerię. No, a teraz
kto został bez pracy?
- Wielki Boże!
- Ty i twój pracownik stanęliście z nim twarzą w twarz. Widziały to na
własne oczy twoje dzieci zgromadzone przed restauracją. Pewnie też i sąsiedzi.
Gib zamknął oczy.
- Tak. Tak. Powychodzili przed domy.
- A więc podpalenie i zniszczenie miejsca twojej pracy ma być dla ciebie
nauczką. Gdzie on mieszka?
- Tam, po prawej - wskazał Gib. - Ten dom z zaciągniętymi zasłonami.
Mamy dziś upalny dzień, więc zasłania okna. Sukinsyn.
- Powinieneś teraz trzymać się od niego z daleka. Powstrzymaj w sobie
chęć konfrontacji. Czy Pastorelli ma samochód?
- Półciężarówkę. Starego forda. Tego niebieskiego.
- O której mniej więcej poszedłeś do niego z Pete'em?
- Tak po drugiej. Tłum na lunch już się u nas przewinął.
Gdy szli ulicą, kilka osób się zatrzymało, otwierały się niektóre drzwi
lub pojawiały się głowy w oknach i wołano Giba. W domu Pastorellego
zasłony nadal były zasunięte.
Przed pizzerią zebrał się niewielki tłumek gapiów, więc John zatrzymał
się, gdy byli jeszcze na tyle daleko, że nikt ich nie słyszał.
- Sąsiedzi pewnie chcą z tobą pogadać, zadać parę pytań. Ale najlepiej
nie wspominaj o tym, o czym rozmawialiśmy.
- Nie wspomnę - odparł Gib i westchnął głęboko. - Cóż, myślałem trochę o odnowieniu lokalu. Myślę, że teraz będzie na to odpowiedni czas.
- Po uprzątnięciu pogorzeliska stwierdzisz duże szkody, wiele z nich
wyrządziła sama akcja pożarnicza. Ale fundamenty i konstrukcja budynku
zachowały się w stanie idealnym. Daj nam jeszcze kilka dni, a kiedy
wszystko zrobimy, przyjdę i osobiście cię tam wprowadzę. Gib, masz
bardzo sympatyczną rodzinę.
- Dzięki. Jeszcze nie wszystkich widziałeś, ale to prawda.
- Obserwowałem was wszystkich ubiegłej nocy. - John wyjął kluczyki od
samochodu, cicho podzwaniały mu w ręku. - Widziałem, jak twoje dzieciaki
częstowały strażaków kanapkami. Ludzie, którzy w ciężkich dla nich
czasach potrafią również myśleć o innych, są dobrzy. O, właśnie
nadjeżdża ekipa od podpaleń. - Pokazał głową na parkujący samochód. -
Pójdę z nimi zamienić słowo - rzekł, wyciągając rękę.
John podszedł do detektywów wychodzących po obu stronach z samochodu,
uśmiechając się do nich szeroko.
- Hej, Minger?
- Witam ponownie - odparł. - Coś mi się zdaje, że odwaliłem za was
prawie całą robotę. - Wyciągnął papierosa i zapalił go. - Lepiej od razu
przejdźmy do szczegółów.
3
Nie trwało to nawet kilku dni. Następnego popołudnia przyjechała policja
i zabrała pana Pastorellego. Reena widziała to na własne oczy, gdy
wracała do domu w towarzystwie Giny Rivero, najbliższej przyjaciółki od
czasów drugiej klasy.
Kiedy dotarły do rogu, na którym znajdowała się Sirico's, zatrzymały
się. Policja i straż ogniowa zablokowały przejście taśmami z napisami
ostrzegawczymi i ustawiły metalowe bariery.
- Wygląda na taki opuszczony - powiedziała cicho Reena.
Gina położyła jej dłoń na ramieniu.
- Mama powiedziała, że przed niedzielną mszą zapalimy przy ołtarzu
wszystkie świece w intencji ciebie i twojej rodziny.
- To miło z waszej strony. Odwiedził nas w domu ksiądz Bastillo. Mówił o sile, jaką należy się wykazać wobec przeciwności losu, i o tym, że
wyroki boskie są niezbadane.
- Bo są - przytaknęła pobożnie Gina, dotykając krzyżyka, który nosiła
razem z medalikiem.
- Moim zdaniem należy palić świece i modlić się, ale znacznie lepiej
jest coś robić. Na przykład prowadzić śledztwo, znaleźć sprawcę i poznać
jego motywy oraz upewnić się, że poniósł odpowiednią karę. Jeśli
będziesz tylko siedzieć i zanosić modły, niewiele wskórasz.
- To bluźnierstwo - szepnęła Gina i rozejrzała się pospiesznie, czy
Anioł Boży nie szykuje się już do ciosu.
Reena wzruszyła ramionami. Nie rozumiała, dlaczego otwarte wyrażanie
swoich myśli od razu musi być bluźnierstwem, ale faktycznie Frank,
starszy brat Giny, nie bez powodu nazywał ją ostatnio Siostrą Maryją.
- Inspektor Minger i dwóch detektywów przynajmniej coś robią. Zadają
pytania, szukają dowodów. Przynosi to jakiś efekt. Trzeba podejmować
takie działania i czegoś się dowiedzieć. Żałuję, że nic nie zrobiłam,
kiedy Joey Pastorelli przewrócił mnie na ziemię i uderzył. Ale tak
bardzo się bałam, że nie mogłam się nawet obronić.
- Jest większy od ciebie. - Gina wolną ręką objęła przyjaciółkę w pasie.
- I wredny. Frank uważa, że to głupi gnojek i ktoś powinien skopać mu
tyłek.
- Tyłek to chyba nie jest brzydkie słowo, można tak mówić. Zobacz,
detektywi od podpaleń.
Rozpoznała zarówno mężczyzn, jak i samochód. Ale teraz ubrani byli w garnitury z krawatami - jak biznesmeni. Gdy pracowali na pogorzelisku
wewnątrz Sirico's, mieli na sobie kombinezony i kaski.
Byli już u nich w domu i rozmawiali z Reeną, podobnie jak inspektor
Minger. Ogarnęła ją fala podniecenia i gorąca, gdy policjanci wysiedli z auta i ruszyli w stronę domu Pastorellich.
- Idą do domu Joeya.
- Rozmawiali też z moim tatą. Poszedł popatrzeć na zgliszcza Sirico's i tam go zagadnęli.
- Cicho, popatrz! - Teraz ona też objęła Ginę w pasie i cofnęły się
nieco za róg, gdy pani Pastorelli otworzyła funkcjonariuszom drzwi.
- Nie chce wpuścić ich do środka.
- Dlaczego?
Zachowanie tajemnicy wymagało wielkiej siły woli, ale Reena jedynie
potrząsnęła głową.
- Pokazują jej jakiś papier.
- Wygląda na przestraszoną, a oni wchodzą do domu.
- Poczekamy tu - oświadczyła Reena. - Zobaczymy, co się będzie działo. -
Przeszła kawałek w dół ulicy i usiadła na krawężniku między dwoma
zaparkowanymi samochodami. - Tu jest dobre miejsce.
- Ale miałyśmy przecież wracać prosto do ciebie do domu.
- Sytuacja się zmieniła. To ty pójdziesz do nas i powiesz o wszystkim
mojemu tacie. - Spojrzała na Ginę. - Musisz. Ja tu zaczekam i popatrzę.
Kiedy Gina pobiegła chodnikiem, Reena skierowała wzrok na zasłony w oknach, dziś również zaciągnięte. Obserwowała.
Zerwała się na nogi, gdy przyszedł ojciec.
Gdy spojrzał córce w oczy, przede wszystkim przyszła mu do głowy myśl,
że to już nie dziecko na niego patrzy. Zobaczył w nich chłód, surowy
chłód, jaki można dostrzec tylko w oczach dorosłych.
- Próbowała ich nie wpuścić, ale oni pokazali jakiś papier. Myślę, że
był to nakaz aresztowania, taki jak w Policjantach z Miami. Wtedy
weszli.
Ojciec wziął ją za rękę.
- Powinienem odesłać cię do domu. Nie masz nawet dwunastu lat i nie
powinnaś brać udziału w takich historiach.
- Ale nie odeślesz mnie.
- Nie odeślę. - Westchnął. - Twoja mama robi wszystko na swój sposób.
Jest głęboko wierząca, ma temperament oraz cudowne serce i twardo stąpa
po ziemi. Fran... też ma wiarę i serce. Wierzy, że ludzie są z natury
dobrzy. To znaczy, że bardziej naturalne jest być dobrym niż złym.
- To nie dotyczy wszystkich.
- Nie. Nie wszystkich. Bella... teraz jest dość skoncentrowana na sobie
samej. To chodzące emocje i fakt, czy ludzie są dobrzy, czy źli, nie
jest dla niej w tej chwili taki ważny - chyba że dotyczy to jej
osobiście. Z pewnością w końcu to Belli przejdzie, ale zawsze będzie się
kierowała najpierw uczuciem, a dopiero później rozumem. A Xander ma
najsłoneczniejszą naturę z was wszystkich. Szczęśliwy dzieciak, który z nikim nie będzie się brał za łby.
- Przyszedł mi z pomocą, kiedy na mnie napadł Joey. Zmusił go do
ucieczki, a ma przecież tylko dziewięć i pół roku.
- To też część jego natury. Zawsze pospieszy z pomocą, zwłaszcza kiedy
kogoś krzywdzą.
- Bo jest taki jak ty.
- Miło mi to słyszeć. A ty, mój skarbie... - Pochylił się i pocałował
jej palce. - Ty najbardziej przypominasz mamę. Ale masz w sobie coś
wyjątkowego - naturę badacza. Zawsze rozkładałaś różne rzeczy na części,
żeby sprawdzić nie to, jak działają, ale jak do siebie pasują. Kiedy
byłaś malutka, nie sposób było ci wytłumaczyć, że tego lub tamtego nie
wolno ruszać. Musiałaś wszystkiego dotknąć, poczuć, zobaczyć, co się
wydarzy. Nigdy nie wierzyłaś na słowo. Musiałaś wszystko sprawdzić sama.
Oparła głowę na jego ramieniu. Panował oblepiający, senny upał. Gdzieś z oddali dobiegł odgłos grzmotu... Reena zapragnęła mieć jakiś swój
prywatny, głęboki i mroczny sekret, którym mogłaby się podzielić z ojcem. Wiedziała, że w tym momencie powierzyłaby mu najgłębszą
tajemnicę.
W domu po drugiej stronie ulicy otworzyły się drzwi. Pan Pastorelli
został wyprowadzony przez dwóch detektywów, trzymających go z obu stron.
Miał na sobie dżinsy i biały, spłowiały podkoszulek. Głowę trzymał
nisko, z zawstydzeniem, ale widziała dół jego twarzy i zaciśnięte usta.
Gniewa się - pomyślała.
Jeden z policjantów niósł wielki, czerwony kanister, a drugi dużą
plastikową torbę.
Pani Pastorelli głośno szlochała, stojąc w drzwiach domu. W ręku
trzymała jaskrawożółtą ścierkę, w którą chowała twarz.
Na nogach miała białe tenisówki; w lewym bucie rozwiązało jej się
sznurowadło.
Z okolicznych domów znów powychodzili ludzie i patrzyli. Stary pan Falco
siedział na schodkach w czerwonych szortach. Jego kościste, białe łydki
były prawie niewidoczne na tle śnieżnobiałego kamienia. Pani DiSalvo
przystanęła na chodniku, trzymając za rękę swego małego synka
Christophera. Dzieciak jadł lody winogronowe na patyku, które lśniły
purpurowo. W ostrym słonecznym blasku wszystko jawiło się w żywych
kolorach.
Panowała taka cisza, że do uszu Reeny docierał chrapliwy oddech pani
Pastorelli między jednym a drugim szlochem.
Jeden z detektywów otworzył tylne drzwi samochodu, a drugi, chwytając
pana Pastorellego za głowę, wepchnął go do środka. Kanister - teraz
dopiero Reena spostrzegła, że to pojemnik na benzynę - oraz zieloną
plastikową torbę wrzucili do bagażnika.
Ciemnowłosy detektyw z kilkudniowym zarostem, przypominający Sony'ego
Crocketta, powiedział coś do swego kompana i przeszedł na drugą stronę
ulicy.
- Panie Hale?
- Tak, detektywie Umberio.
- Aresztowaliśmy Pastorellego pod zarzutem podpalenia. Zabieramy go do
aresztu i zabezpieczamy pewne dowody.
- Przyznał się do winy?
Umberio się uśmiechnął.
- Jeszcze nie, ale to tylko kwestia czasu. Mamy niezbite dowody.
Zawiadomimy pana. - Popatrzył za siebie, w stronę, gdzie w progu domu
siedziała pani Pastorelli i zawodziła w żółtą ścierkę. - Ma sińce pod
oczami, a jeszcze za nim ryczy. Ludzie bywają dziwni.
Zasalutował dwoma palcami do czoła i wrócił przez jezdnię do samochodu.
Gdy odjeżdżali od krawężnika, z domu wybiegł Joey.
Ubrany był jak jego ojciec w dżinsy i koszulkę - równie spraną i poszarzałą. Biegnąc za odjeżdżającym samochodem, wykrzykiwał obrzydliwe
słowa. Z lekko ściśniętym sercem Reena dostrzegła łzy w oczach chłopaka.
Biegł za radiowozem, płacząc za swoim ojcem i zaciskając pięści.
- Wracajmy, dziecinko - mruknął Gib.
Reena szła do domu z ojcem za rękę. Wciąż jeszcze słyszała rozpaczliwe
krzyki biegnącego za swoim ojcem Joeya.
Wieść rozeszła się w okamgnieniu. Była równie szybka jak ogień gnający
na oślep przez rozgrzaną upałem dzielnicę. Głębokie oburzenie, niczym
bomba zapalająca, roznosiło płomienie po całym sąsiedztwie. Płomień ten
wdzierał się do mieszkań, domów, sklepów, grasował na ulicach i w parkach.
Zasłony w oknach domu Pastorellich pozostały szczelnie zaciągnięte,
jakby ten cienki materiał stanowił tarczę ochronną.
Reenie wydawało się, że drzwi jej domu ani na chwilę się nie zamykały.
Nadciągały całe procesje sąsiadów z naczyniami jedzenia. Przychodzili z pociechą i wsparciem oraz z coraz to nowymi plotkami.
Czy wiecie, że nie było go stać nawet na kaucję?
Ona nie chodzi na niedzielne msze.
Benzynę sprzedał mu Mike ze stacji Sunoco!
Mój kuzyn, prawnik, twierdzi, że mogą mu postawić zarzut usiłowania
morderstwa.
Wszystkim tym plotkom i spekulacjom najczęściej towarzyszyły słowa:
Wiedziałem, wiedziałam, że to niebezpieczny człowiek.
Wrócili Poppi i Nuni. Przyjechali swym winnebago aż z Bar Harbor w stanie Maine. Zatrzymali się na podjeździe u wuja Sala w Bel Air, gdyż
był on najstarszy i miał największy dom.
Wujowie, kilku kuzynów i ciotki gromadnie udali się do Sirico's.
Wyglądało to jak parada, tylko że bez kostiumów i muzyki. Wyszło również
kilku sąsiadów, ale ci przez szacunek trzymali się w sporej odległości.
Poppi był stary, ale zdrowy i krzepki; tak właśnie określała go
większość ludzi. Miał gęstą, siwą czuprynę, takie same wąsy, wydatny
brzuch i masywne szerokie ramiona. Nosił koszulki golfowe z wizerunkiem
aligatora na kieszonkach. Tego dnia włożył czerwoną.
Stojąca obok niego Nuni wyglądała na bardzo drobną. Oczy skrywała za
słonecznymi okularami.
Dużo rozmawiano - po włosku i po angielsku. W tym pierwszym języku
najwięcej rozprawiał wuj Sal. Mama twierdziła, że sam uważa się bardziej
za Włocha niż manicotti.
Reena dostrzegła wuja Larry'ego - kto chciał się z nim podrażnić,
nazywał go Lorenzo - gdy podszedł do mamy i położył jej rękę na
ramieniu, a ona nakryła jego dłoń swoją. Wuj Larry był
najspokojniejszym, a jednocześnie najmłodszym z rodzeństwa.
Wuj Gio wciąż patrzył w stronę zasłoniętych kotarami okien domu
Pastorellich. Był on w gorącej wodzie kąpany. Reena słyszała, jak mruczy
po włosku coś, co brzmiało jak przekleństwa. A może groźby? Ale wuj Paul
- Paolo - kręcił tylko głową. On z kolei był zawsze bardzo poważny.
Poppi bardzo długo się nie odzywał i Reena zastanawiała się, o czym
myślał. Czy wspominał czasy, kiedy jego włosów nie pokryła jeszcze biel,
a brzuch nie był taki pokaźny, i gdy razem z Nuni robili pizzę, a pierwszego, samodzielnie zarobionego dolara oprawili w ramki?
A może rozpamiętywał chwile, kiedy jeszcze przed narodzeniem Bianki
mieszkali na pięterku nad pizzerią, albo jak pewnego razu do ich lokalu
przyszedł posilić się sam burmistrz Baltimore. Albo jak wuj Larry zbił
szklankę i rozciął sobie dłoń, a doktor Trivani przerwał jedzenie
bakłażana z parmezanem, żeby zabrać go do swojego gabinetu na końcu
ulicy, gdzie założył mu szwy.
Poppi i Nuni często wspominali dawne czasy. Reena uwielbiała słuchać
tych opowieści, choć wiele z nich znała już prawie na pamięć. Więc
pewnie i teraz rozpamiętywał spędzone tu szczęśliwe chwile.
Prześliznęła się przez tłum kuzynów i ciotek, podeszła do Poppiego i wsunęła rękę w jego dłoń.
- Tak mi przykro, dziadziu - szepnęła.
Lekko ścisnął palcami jej drobne paluszki i ku zdumieniu dziewczynki
energicznie odsunął jedną z metalowych zapór. Serce biło Reenie jak
młotem, gdy poprowadził ją po schodkach. Stojąc przed taśmą, dostrzegła
zwęglone, czarne drewno, a na podłodze kałuże brudnej wody. Siedzenie
jednego z wysokich krzeseł stopiło się w dziwaczny kształt. Wszędzie
widziała ślady wypaleń, a podłoga, tam gdzie całkiem nie spłonęła, pełna
była wybrzuszeń.
Ze zdumieniem zauważyła wbitą w ścianę, niczym wystrzeloną z armaty,
puszkę po aerozolu. Ani śladu po ślicznych kolorach, żadnych butelek ze
świecami i spływającym po ich ściankach woskiem, żadnych obrazów
narysowanych ręką matki.
- Catarino, widzę tu duchy przeszłości. Dobre duchy. Ogień nie przeraża
duchów. Gibson? - Odwrócił się i ujrzał ojca Reeny wchodzącego przez
lukę w zaporze. - Jesteś ubezpieczony?
- Tak. Już tu byli i oglądali. Nie będzie z tym żadnego problemu.
- Czy przeznaczysz pieniądze z odszkodowania na odbudowę?
- Oczywiście. Może już jutro będziemy mogli wejść do środka.
- Od czego chcesz zacząć?
Wuj Sal otworzył usta, żeby coś powiedzieć. On zawsze miał na wszystko
dobrą radę. Ale Poppi uniósł palec. Zdaniem matki Reeny tylko on był w stanie zamknąć usta bratu.
- Sirico's należy do Gibsona i Bianki. To oni zadecydują, co należy
zrobić i jak. W czym może wam pomóc rodzina?
- Bianca i ja jesteśmy właścicielami Sirico's, ale ciebie uważamy za
korzeń, z którego ona wyrosła. Potrzebuję twojej rady.
Reena widziała, jak uśmiech rozjaśnia twarz dziadka, unosi jego gęste,
siwe wąsy, odpędza z oczu wyraz smutku.
- Jesteś moim ulubionym zięciem - stwierdził.
Powiedziawszy ów tradycyjny, rodzinny żart, zszedł ze schodków z powrotem na chodnik.
- Wracajmy do domu. Tam porozmawiamy - zwrócił się do wszystkich.
Gdy wracali znów całą gromadą do domu, Reena zauważyła, że zasłony w oknach domu Pastorellich się poruszyły.
"Rozmowa" to bardzo delikatne słowo na określenie spotkania całej
rodziny w jednym miejscu. Należało przygotować ogromne ilości jedzenia i wyznaczyć starsze dzieci do opieki nad młodszymi. Doprowadziło to do
sprzeczek i jawnych wojen. W zależności od nastroju strofowano
najmłodszych członków rodziny lub obracano wszystko w żart.
Dom przepełniał zapach czosnku i bazylii świeżo naciętej przez Biancę w przykuchennym ogródku. Panował gwar.
Kiedy Poppi oświadczył Reenie, że ma się udać razem z dorosłymi na
rodzinną naradę do jadalni, poczuła w brzuchu łaskotanie.
Do stołu dosunięto wszystkie dodatkowe blaty, ale wciąż jeszcze był za
mały dla wszystkich. Większość dzieci ulokowano pod gołym niebem,
rozstawiając dla nich składane stoliki i rozścielając na trawie koce.
Kobiety dyżurowały przy tej trzódce. Ale Reena została w jadalni razem z mężczyznami, matką i ciotką Meg, która była bardzo zdolną prawniczką.
Poppi osobiście sięgnął do wielkiej misy i nałożył na talerz Reeny
porcję makaronu.
- A więc ten chłopiec, ten Joey Pastorelli, uderzył cię.
- Walnął mnie w brzuch, przewrócił na ziemię i znów uderzył.
Poppi zaczął groźnie sapać - a nos miał tak wielki, że dźwięk ten
przypominał wydawany przez nozdrza byka przed atakiem.
- Żyjemy w czasach, gdy mężczyźni i kobiety mają równe prawa -
stwierdził. - Ale nigdy nie jest rzeczą właściwą, żeby mężczyźni bili
kobiety lub chłopcy dziewczynki. Ale... czy uczyniłaś lub powiedziałaś
coś takiego, że tamten chłopiec miał powód, aby cię uderzyć?
- Zawsze trzymam się od niego jak najdalej, bo on wszczyna bójki w szkole i na podwórku. Raz wyciągnął nóż kieszonkowy i oświadczył, że
dźgnie Johnny'ego O'Harę, ponieważ jest on tępym Irlandczykiem. Siostra
odebrała mu nóż i zaprowadziła do matki przełożonej. On... on czasem tak
na mnie patrzy, że aż mi się brzuch zaciska.
- A co robiłaś tego dnia, kiedy cię pobił?
- Bawiłam się z Giną na szkolnym boisku. Kopałyśmy do siebie piłkę. Ale
było strasznie gorąco, więc Gina pobiegła do domu zapytać matkę, czy da
jej trochę pieniędzy na lody. Ja miałam osiemdziesiąt osiem centów, ale
to było za mało na dwie porcje. Wtedy on podszedł do mnie i powiedział,
że muszę z nim pójść, bo ma mi coś do pokazania. Ale ja nie miałam
zamiaru nigdzie z nim chodzić, więc odmówiłam. Powiedziałam, że czekam
na Ginę. Twarz miał czerwoną, jakby właśnie biegał. Wpadł w szał, złapał
mnie za ramię i pociągnął. Wyrwałam ramię z jego uścisku i oświadczyłam,
że nigdzie z nim nie idę. Wtedy uderzył mnie w brzuch. I nazwał mnie
słowem, które oznacza...
Urwała i zerknęła z zakłopotaniem w stronę swych rodziców.
- Sprawdziłam to w słowniku - powiedziała.
- A jakżeby inaczej - burknęła Bianca i machnęła ręką z rezygnacją. -
Nazwał ją głupią cipą. To obrzydliwe słowo, Catarino. Nie będziemy go
nigdy więcej wymawiać w tym domu.
- Dobrze, mamo.
- Z pomocą pospieszył Xander - ciągnął Poppi. - Przybiegł dlatego, że
jest twoim bratem i wie, iż należy bronić wszystkich, którzy są w potrzebie. Potem twój ojciec uczynił to, co powinien, i niezwłocznie
poszedł porozmawiać z ojcem tego chłopca. Ale ten człowiek nie okazał
się wcale mężczyzną i nie stanął na wysokości zadania. Nie zrobił tego,
co powinien. W tchórzliwy sposób skrzywdził twojego ojca i nas
wszystkich. Czy była w tym jakakolwiek twoja wina?
- Nie, Poppi. Może zawiniłam tylko tym, że bałam się z nim walczyć.
Następnym razem będę bardziej odważna.
Zaśmiał się półgębkiem.
- Lepiej naucz się uciekać - poradził. - Dopiero kiedy nie będziesz
miała drogi ucieczki, broń się. No dobrze. - Oparł się na krześle i sięgnął po widelec. - Oto moja rada. Salvatore, twój szwagier, handluje
materiałami budowlanymi. Gdy już będzie wiadomo, co nam potrzeba,
załatwi to wszystko z dużym rabatem. Gio, kuzyn twej żony, jest
hydraulikiem, prawda?
- Już z nim rozmawiałem. Dostaniemy, czego tylko będziemy potrzebowali.
- A ty, Mag, dowiedz się w firmie ubezpieczeniowej, jakie jeszcze musimy
pokonać przeszkody, żeby jak najszybciej otrzymać czek.
- Z największą chęcią. Chciałabym też przejrzeć polisę, sprawdzić, co
możemy jeszcze w niej zmienić lub poprawić na przyszłość. No i jeszcze
sprawa bandyckiego ataku na... - Popatrzyła na Reenę, unosząc brwi -
...tę tu osobę. Jeśli odbędzie się rozprawa sądowa, dziewczynka z całą
pewnością zostanie przesłuchana. Sądzę jednak, że do tego nie dojdzie.
Już to zbadałam. Zazwyczaj sprawy o podpalenie są trudne do
udowodnienia, ale wszystko wskazuje na to, że w tym przypadku śledztwo
jest już zamknięte.
Mówiąc to, nawinęła na widelec makaron i od czasu do czasu pogryzała.
- Ekipa śledcza była wyjątkowo sprawna, a podpalacz bardzo głupi.
Prokurator przypuszcza, iż sam się przyzna do winy, żeby uniknąć
oskarżenia o usiłowanie morderstwa. Mają niepodważalne dowody, a w dodatku oskarżony był już wcześniej dwukrotnie przesłuchiwany w sprawach
pożarów.
Mag nabrała kolejną porcję makaronu, a nad stołem rozległy się inne
głosy. Po chwili ciągnęła dalej:
- Na początku lata został zwolniony z pracy, gdzie był mechanikiem.
Kilka dni później, nocą, w garażu wybuchł podejrzany pożar. Straty były
minimalne, bo inny pracownik planował tam właśnie schadzkę ze swoją
dziewczyną. Rozmawiali z ludźmi, również i z Pastorellim, ale nie mogli
udowodnić podpalenia. Parę lat temu pokłócił się z bratową w dystrykcie
Kolumbii. Jego brat miał sklep z artykułami elektrycznymi. Ktoś mu
wrzucił przez okno koktajl Mołotowa. Pewna...
Tu popatrzyła znacząco w stronę Reeny.
- Pewna piękność nocy widziała odjeżdżający pełnym gazem spod sklepu
samochód. Zapamiętała nawet częściowo numery rejestracyjne. Ale żona
Pastorellego przysięgała, że jej mąż całą noc spędził w domu, i ostatecznie jej słowo przeważyło.
Mag sięgnęła po swój kieliszek wina.
- Teraz skojarzą ze sobą te wszystkie sprawy, no i przygwożdżą go.
- Gdyby wtedy prowadzili sprawę inspektor Minger i nasi detektywi,
wcześniej by go zatrzymali.
Mag posłała uśmiech Reenie.
- Możliwe. Ale już jest zatrzymany.
- Lorenzo? - wtrącił Poppi.
- Możesz na mnie liczyć w każdej chwili. - odparł. - Mam dobrego kumpla,
który zajmuje się kładzeniem podłóg. Zrobi to za bardzo przystępną cenę.
- A ja mam wywrotki i robotników. Wszystko to jest do twojej dyspozycji
- wtrącił Paul. - Szwagier mojego przyjaciela ma hurtownię z artykułami
restauracyjnymi. Dostaniesz dużą zniżkę.
- Dzięki temu wszystkiemu i pomocy sąsiadów możemy większość pieniędzy
przeznaczyć na wakacje z Biancą i dziećmi na Hawajach.
Ojciec Reeny oczywiście żartował, ale głos mu lekko drżał. Reena
wiedziała, że był wzruszony.
Kiedy już wszystko zjedzono lub schowano, kuchnię posprzątano, a wujowie, ciotki i kuzyni ruszyli do wyjścia, Gib wziął butelkę piwa i wyszedł z nią na frontowe schody. Musiał wszystko jeszcze raz
przetrawić, a to najlepiej mu szło przy zimnym peroni.
Rodzina, tak jak się spodziewał, stanęła na wysokości zadania. Ze strony
własnych rodziców nie oczekiwał niczego więcej niż zdawkowego "och, to
okropne", jakim wszystko skwitowali. Tak to już było.
Myślał o tym, że przez dwa lata mieszkał w pobliżu człowieka, który
załatwiał swoje osobiste problemy przez podkładanie ognia. O człowieku,
który równie łatwo mógł również spalić jego dom.
O człowieku, którego dwunastoletni syn brutalnie zaatakował... Boże
wielki, a może on zamierzał zgwałcić?... jego najmłodszą córkę.
Na tę myśl poczuł się okropnie. Przyszło mu do głowy, że jest za bardzo
ufny w stosunku do innych ludzi, zbyt miękki i nad wyraz chętnie się ze
wszystkimi dzieli.
Powinien chronić swoją żonę i czworo dzieci, a w chwili próby okazał się
całkiem bezradny.
Pociągnął z butelki łyk peroni, a w tej samej chwili przy krawężniku
zatrzymał się samochód Johna Mingera.
Inspektor miał na sobie spodnie khaki, podkoszulek i stare jak świat,
wysokie tenisówki.
Wysiadł z auta i przeszedł przez ciągnący się przed domem chodnik.
- Gib?
- John?
- Masz dla mnie chwilę?
- Oczywiście. Napijesz się piwa?
- Nie powiem: nie.
- Siadaj. - Gib poklepał schodek obok siebie, a potem wstał i wszedł do
domu. Po chwili wrócił z napoczętym sześciopakiem.
- Miły wieczór. - John przechylił butelkę. - Trochę chłodniej.
- Fakt. Ale powiedziałbym, że temperatura osiągnęła zaledwie piąty
poziom piekła, a nie sam jego środek.
- Aż tak ciężki dzień?
- Nie... aż tak strasznie nie było. - Pochylił się do tyłu i oparł
łokieć o wyższy stopień. - Odwiedziła nas dzisiaj rodzina żony. Nie
mogłem patrzeć, jak jej matka i ojciec to oglądali. - Wskazał brodą na
Sirico's. - Ale znieśli wszystko dzielnie. Co więcej, są gotowi zakasać
rękawy i włączyć się do odbudowy. Mając tylu pomocników, mógłbym
spokojnie sobie tutaj siedzieć i nie kiwnąć palcem, a wszystko by mi
naprawili i lokal za miesiąc byłby czynny.
- A więc czujesz, że poniosłeś klęskę. On chciał, żebyś tak się właśnie
czuł.
- Pastorelli? - Gib uniósł butelkę w toaście. - Pieprzona misja
zakończona. Jego dzieciak prześladował moją córkę, podniósł na nią rękę.
I o tym właśnie teraz myślę, że... Jezu Przenajświętszy... że zamierzał
zgwałcić moją małą córeczkę.
- Nie zrobił tego. Ma tylko parę zadrapań i siniaki, a nie ma sensu
martwić się o to, co mogło się zdarzyć.
- Ale trzeba ich przecież strzec. To moje zadanie. Moja najstarsza
poszła na randkę. Nie powiem, miły chłopak i jeszcze nic poważnego. A jednak boję się o nią.
John pociągnął powoli duży łyk piwa.
- Gib, człowiekowi pokroju Pastorellego zależy na tym, aby wzbudzić w tobie strach. Wtedy czuje się ważny.
- I żebym nigdy nie zapomniał, prawda? Już samo to sprawia, że jest
cholernie dowartościowany. Ale, co tam! - Gib wyprostował się i przeciągnął dłonią po włosach. - Rozczulam się nad sobą i to wszystko.
Mam całą rodzinę, krewnych gotowych przyjść mi z pomocą. Mogę liczyć na
wszystkich sąsiadów. Muszę się tylko z tego otrząsnąć.
- Wyjdziesz z tego. To ci na pewno pomoże. Wpadłem tu z informacją, że
możesz już wejść do środka i zacząć odbudowę lokalu. Przestaniesz już
myśleć o Pastorellim.
- Tak, to prawda, najlepiej będzie już zacząć coś robić.
- Gib, a jego już nie ma. Muszę ci powiedzieć, że niewiele spraw o podpalenie kończy się więzieniem, ale jego złapaliśmy. Ten sukinsyn
ukrył buty i ubranie w szopie. Wszystko śmierdziało benzyną, którą kupił
niedaleko stąd od swojego znajomka, właściciela stacji benzynowej
Sunoco. Był też łom zawinięty w ubranie, dzięki któremu zapewne włamał
się do lokalu. Okazał się też na tyle głupi, że poczęstował się piwem z twojej lodówki, zanim podpalił budynek. Wypił jedną butelkę w środku.
Znaleźliśmy na niej odciski palców Pastorellego.
Trzymał butelkę peroni tak, że w jej szkle zalśniło słoneczne światło.
- Ludzie sądzą, że ogień niszczy wszystko, a on potrafi nieoczekiwanie
coś zostawić. Na przykład tę butelkę buda. Włamał się do twojej kasy i zabrał drobne pieniądze. Miałeś też inne w bankowej kopercie, którą przy
nim znaleźliśmy. Odciski jego palców znajdowały się również w szufladzie
oraz w kuchennej lodówce. To wystarczyło, żeby obrońca z urzędu poszedł
na ugodę.
- Więc nie będzie rozprawy?
- Tylko ogłoszenie wyroku. Powinieneś być z tego zadowolony.
Sprawiedliwości stało się zadość. Wiele osób traktuje podpalenie jako
zwykłe przestępstwo przeciw cudzemu mieniu. Przeciwko budynkowi. Ale tak
nie jest. Sam najlepiej o tym wiesz. Dotyka ono ludzi, którzy tracą swój
dom lub swoją firmę. Na ich oczach płonie dorobek życia, widzą, jak
ogień niszczy ich pamiątki. To, co Pastorelli zrobił tobie i twoim
bliskim, było złośliwe i nikczemne, czysto osobiste. Teraz za to płaci.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki