Błękitny dym - Nora Roberts

Kup ebooka

37.90 zł
29.49 zł (29,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Bal­ti­more 1985

Dzie­ciń­stwo Cata­riny Hale skoń­czyło się pew­nej par­nej sierp­nio­wej nocy, kilka godzin po tym, jak na sta­dio­nie Memo­rial Orio­les roz­gro­mili Ran­ger­sów, kopiąc ich tek­sań­skie tyłki - jak to okre­ślił tata dziew­czynki - dzie­więć do jed­nego. Jej rodzice rzadko brali wolny wie­czór, żeby zabrać całą rodzinę na mecz, ale wtedy zwy­cię­stwo ich dru­żyny było podwój­nie słod­kie. Prze­waż­nie wie­czo­rami jedno z nich, a naj­czę­ściej oboje pra­co­wali dłu­gie godziny w Sirico's, piz­ze­rii, którą prze­jęli od ojca matki Cata­riny. Tam wła­śnie przed osiem­na­stu laty spo­tkali się jej rodzice. Jak gło­siła rodzinna opo­wieść, matka, try­ska­jąca życiem i ener­gią osiem­na­sto­latka, była w lokalu, kiedy do środka wma­sze­ro­wał dum­nie dwu­dzie­sto­letni Gib­son Hale.

- Wsze­dłem na pizzę - zwykł mawiać - a spo­tka­łem wło­ską bogi­nię.

Jej ojciec czę­sto uży­wał dzi­wacz­nych zwro­tów, ale Reena bar­dzo lubiła go słu­chać.

Gib­son prze­jął piz­ze­rię po dzie­się­ciu latach, kiedy Poppi i Nuni doszli do wnio­sku, że już naj­wyż­szy czas wyru­szyć w świat. Bianca, naj­młod­sze z pię­ciorga ich dzieci i jedyna dziew­czyna, dołą­czyła do swego Giba, zwłasz­cza że żaden z jej braci nie był zain­te­re­so­wany pro­wa­dze­niem lokalu.

Dzia­dek Reeny uru­cho­mił piz­ze­rię w bal­ti­mor­skiej Małej Ita­lii ponad czter­dzie­ści trzy lata temu. Sirico's była więc star­sza nawet od Gib­sona, co dziew­czynkę nie­zmier­nie zadzi­wiało. Obec­nie jej ojciec, który nie miał w żyłach nawet kro­pli wło­skiej krwi, pro­wa­dził Sirico's razem z żoną - Włoszką z krwi i kości.

W piz­ze­rii pra­wie zawsze pano­wał duży ruch i było mnó­stwo pracy, ale Reena nie miała nic prze­ciwko temu, nawet jeśli musiała poma­gać rodzi­com. Jej star­sza sio­stra Isa­bella skar­żyła się, że cza­sami musi tam pra­co­wać nawet w sobot­nie wie­czory, zamiast iść na randkę lub spo­tkać się ze zna­jo­mymi. Ale Bella nie­ustan­nie na coś narze­kała.

Naj­bar­dziej zło­ściło ją to, że ich naj­star­sza sio­stra, Fran­ce­sca, miała wła­sną sypial­nię na dru­gim pię­trze, pod­czas gdy ona musiała dzie­lić pokój z Reeną. Wła­sny pokój miał też Xan­der, ponie­waż był jedy­nym chłop­cem, choć naj­młod­szym z rodzeń­stwa.

Dzie­le­nie pokoju z sio­strą nie prze­szka­dzało Reenie, a cza­sami bywało nawet fajne, dopóki Bella nie stała się nasto­latką. Doszła wtedy do wnio­sku, że jest już wystar­cza­jąco doro­sła, żeby roz­ma­wiać wyłącz­nie o chło­pa­kach, prze­glą­dać maga­zyny z modą oraz poświę­cać dużo czasu swoim fry­zu­rom.

Reena miała jede­na­ście lat i dzie­sięć mie­sięcy. Ozna­czało to, iż za czter­na­ście mie­sięcy sama zosta­nie nasto­latką. Ostat­nio było to jej praw­dziwą obse­sją, która zdo­mi­no­wała wcze­śniej­sze marze­nia - na przy­kład, żeby zostać zakon­nicą lub poślu­bić Toma Cru­ise'a.

Owej gorą­cej i par­nej sierp­nio­wej nocy, kiedy Reena miała jede­na­ście lat i dzie­sięć mie­sięcy, w ciem­no­ści obu­dziły ją silne i bole­sne skur­cze brzu­cha. Sku­liła się w kłę­bek niczym kuleczka i zagry­zła wargi, żeby powstrzy­mać jęk. Po dru­giej stro­nie pokoju, w usta­wio­nym naj­da­lej jak się dało łóżku, spała Bella. Miała już czter­na­ście lat i bar­dziej niż młod­sza sio­stra inte­re­so­wały ją wymyślne fry­zury. Teraz lekko pochra­py­wała.

Reena poma­so­wała bolący brzuch i pomy­ślała o tych wszyst­kich hot dogach, popcor­nie i cukier­kach, które spa­ła­szo­wała pod­czas meczu. Mama uprze­dzała ją, iż może tego żało­wać.

Czy jej mama nie mogłaby choć raz się pomy­lić?

Pró­bo­wała zło­żyć ból w ofie­rze, jak zawsze mawiały zakon­nice, żeby jej cier­pie­nia pomo­gły jakie­muś bied­nemu grzesz­ni­kowi. Ale wciąż bolało i bolało!

A może to nie od hot dogów? Może to od ciosu w brzuch, jaki zadał jej Joey Pasto­relli. Za ude­rze­nie, któ­rym prze­wró­cił ją na zie­mię, porwa­nie bluzki i nazwa­nie sło­wem, któ­rego nie rozu­miała, zna­lazł się póź­niej w nie­złych tara­pa­tach. Pan Pasto­relli i Gib­son wdali się w kłót­nię, gdy jej tata udał się do jego domu, aby "prze­dys­ku­to­wać sprawę".

Sły­szała, jak na sie­bie krzy­czeli. Jej ojciec ni­gdy tego nie robił... no, bar­dzo rzadko. Za to matka wrzesz­czała czę­sto, gdyż była stu­pro­cen­tową Włoszką i miała tem­pe­ra­ment.

Ale tym razem to on się wydzie­rał na pana Pasto­rel­lego. A po powro­cie do domu bar­dzo mocno przy­tu­lił córkę do sie­bie.

Póź­niej poszli na mecz.

Nie­wy­klu­czone, że ból był karą za to, że cie­szyła się, iż Joey Pasto­relli zosta­nie uka­rany. I może za to, iż była tro­chę zado­wo­lona, że prze­wró­cił ją na zie­mię i podarł bluzkę, ponie­waż póź­niej poszli na mecz i na wła­sne oczy widziała, jak Orio­les roz­gro­mili Ran­ger­sów.

A jeśli doznała jakichś wewnętrz­nych ura­zów?

Z ulu­bio­nych przez nią i Xan­dra pro­gra­mów Emer­gency wie­działa, że to się zda­rza, a czło­wiek może nawet w ich wyniku umrzeć.

Na samą myśl o tym dostała jesz­cze sil­niej­szego skur­czu, aż do oczu napły­nęły jej łzy. Wstała z łóżka - chciała pójść do mamy - a wtedy poczuła mię­dzy udami wil­goć.

Pocią­ga­jąc nosem, zawsty­dzona, że mogła sobie zmo­czyć majtki jak dzi­dziuś, cichutko wyszła z sypialni i ruszyła kory­ta­rzem do łazienki. Weszła do pomiesz­cze­nia z różową wanną i kafel­kami, po czym pod­cią­gnęła do góry koszulkę z napi­sem Gho­st­bu­sters.

Na widok zakrwa­wio­nych ud dziew­czynkę oblała gorąca fala prze­ra­że­nia. Umie­rała. Zadzwo­niło jej w uszach. Gdy poczuła kolejny skurcz w brzu­chu, otwo­rzyła usta do krzyku.

I wtedy pojęła, co się dzieje.

Nie umie­ram - pomy­ślała. To nie żadne wewnętrzne urazy. Miała po pro­stu okres. Swój pierw­szy okres.

Mama już jej wszystko wyja­śniła: o jajecz­kach, o cyklach i o sta­wa­niu się kobietą. Obie sio­stry prze­cho­dziły okres co mie­siąc, podob­nie jak Bianca.

W szafce pod umy­walką były pod­pa­ski. Mama poka­zała jej, jak ich uży­wać, a Reena zamknęła się kie­dyś w łazience, żeby wypró­bo­wać. Teraz więc bar­dzo dokład­nie się umyła, czu­jąc się już kobietą. Sam widok krwi wcale nie wzbu­dzał obaw dziew­czynki, naj­bar­dziej tra­piło ją to, skąd ona pły­nęła.

Ale była już doro­sła - w każ­dym razie na tyle, żeby pora­dzić sobie z czymś, co jak mama powie­działa, jest natu­ralną, kobiecą sprawą.

Ponie­waż cał­ko­wi­cie się wybu­dziła i stała się praw­dziwą kobietą, posta­no­wiła zejść do kuchni i napić się imbi­ro­wej oran­żady. W domu pano­wał upał: kani­kuła - mawiał o takich dniach tato. Poza tym miała tyle do myśle­nia o tym, kim się teraz stała. Wyszła ze szklanką na zewnątrz i przy­sia­dła na mar­mu­ro­wych stop­niach, pijąc napój.

Pano­wała taka cisza, że sły­szała ast­ma­tyczne poszcze­ki­wa­nie psa Pasto­rel­lich. Paliły się uliczne latar­nie. Wszystko to spra­wiało, że czuła się, jakby tylko ona jedna na całym świe­cie nie spała. Bo prze­cież tylko ona jedna na całym świe­cie wie­działa, co stało się wewnątrz jej ciała.

Pocią­gnęła ze szklanki łyk napoju i pomy­ślała, jak to będzie, gdy za mie­siąc wróci do szkoły. Ile innych dziew­cząt dostało tego lata pierw­szego okresu?

Teraz powinny zacząć jej rosnąć piersi. Popa­trzyła na klatkę pier­siową, zasta­na­wia­jąc się, jak to będzie. Co będzie czuła. Czło­wiek nie czuje, jak rosną mu włosy lub paznok­cie, ale może czuje rosnące piersi.

Cie­kawe, bar­dzo cie­kawe.

Jeśli zaczną rosnąć teraz, będzie już je miała do czasu, gdy w końcu zosta­nie nasto­latką.

Sie­działa na mar­mu­ro­wych schod­kach - wciąż jesz­cze dziew­czynka o pła­skiej piersi i z obo­la­łym brzu­chem. Jej blond włosy o mio­do­wym odcie­niu skrę­cały się w wil­got­nym powie­trzu. Podłużne powieki żół­to­brą­zo­wych oczu robiły się cięż­kie. Nad kąci­kiem gór­nej wargi z pra­wej strony miała pie­przyk, na zębach apa­rat korek­cyjny.

Tej par­nej, gorą­cej nocy teraź­niej­szość wyda­wała jej się cał­ko­wi­cie bez­pieczna, ale przy­szłość była mgli­stym marze­niem.

Ziew­nęła i zamru­gała sen­nie oczami. Wstała, zamie­rza­jąc już wró­cić do domu, i wzro­kiem pobie­gła w stronę Sirico's, która stała tam, jesz­cze zanim uro­dził się ojciec. W pierw­szej chwili błysk świa­tła w wiel­kim, fron­to­wym oknie wzięła za jakieś odbi­cie. Ładne - pomy­ślała.

Ścią­gnęła usta, z uwagą spo­glą­da­jąc w tamtą stronę, i unio­sła głowę ze zdu­mie­niem. To wcale nie wyglą­dało ani na refleks świetlny, ani na pozo­sta­wione przez kogoś przez nie­uwagę zapa­lone świa­tła wewnątrz lokalu.

Zacie­ka­wiona, ści­ska­jąc w dłoni szklankę, wyszła na chod­nik przed domem.

Zbyt zain­try­go­wana, aby myśleć o tym, że matka dałaby jej w skórę za pałę­ta­nie się w środku nocy nawet po ich ulicy, ruszyła chod­ni­kiem.

Serce zaczęło dziew­czynce walić jak mło­tem, gdy do jej omro­czo­nego snem umy­słu dotarło, co naprawdę widzi. Z otwar­tych drzwi fron­to­wych buchały kłęby dymu. A świa­tło, które widziała, to były pło­mie­nie.

- Pożar - szep­nęła z początku, po czym krzy­cząc to na całe gar­dło, wbie­gła do domu.

*

Do końca życia już nie zapo­mni, jak stała ze swoją rodziną i patrzyła na pło­nącą Sirico's. Ryk ognia wyplu­wa­nego przez roz­bite okna i wzbi­ja­ją­cego się do góry zło­ci­stymi słu­pami dud­nił jej w uszach. Wycie syren, chlust wody leją­cej się stru­mie­niami z ogrom­nych sika­wek, ludz­kie szlo­chy i krzyki. Ale nad tym wszyst­kim góro­wał prze­ra­ża­jący huk ognia.

Jej brzuch czuł teraz huk pło­mieni jak bole­sne skur­cze. Pul­so­wał zdu­mie­niem i grozą, chło­nąc strasz­liwe piękno pożogi.

Jak jest tam w środku, gdzie weszli stra­żacy? Gorąco i ciemno? Duszno i jasno? Pło­mie­nie przy­po­mi­nały ogromne jęzory, wysu­wa­jące się i zwi­ja­jące znów do środka; zupeł­nie jakby sma­ko­wały tego, któ­rego poże­rały.

Kłęby dymu wzno­siły się pió­ro­pu­szami. Łza­wiły jej oczy, krę­ciło w nosie, choć taniec pło­mieni olśnie­wał. Wciąż była boso i asfalt parzył jej stopy niczym roz­grzane węgle. Ale nie mogła ruszyć się z miej­sca, nie potra­fiła ode­rwać wzroku od sza­lo­nego, nie­ujarz­mio­nego wido­wi­ska.

Coś eks­plo­do­wało, znów roz­le­gły się krzyki. Stra­żacy w heł­mach i umo­ru­sa­nych sadzą twa­rzach krą­żyli w opa­rach dymu jak duchy. Przy­po­mi­nają żoł­nie­rzy - pomy­ślała Reena. Jakby oglą­dała wojenny film.

A jed­nak nawet bijące powie­trze strugi wody rzu­cały uro­kliwe świe­tli­ste bły­ski.

Zasta­na­wiała się, co się dzieje w środku. Co ci męż­czyźni tam robią? Jak się zacho­wuje ogień? Jeśli toczył wojnę, to czy krył się, żeby ponow­nie zaata­ko­wać znie­nacka, jasny i zło­ci­sty?

Z nieba spa­dały spo­pie­lone dro­biny jak czarny śnieg. Jak zahip­no­ty­zo­wana dała krok do przodu. Matka natych­miast chwy­ciła ją za rękę i przy­cią­gnęła do sie­bie, przy­tu­la­jąc jesz­cze moc­niej.

- Stój tutaj - mruk­nęła. - Musimy trzy­mać się razem.

A ona chciała tylko popa­trzeć. Z uchem przy sercu matki, sły­szała, jak ono bije mocno i gwał­tow­nie. Odwró­ciła głowę i popa­trzyła w górę. Chciała zapy­tać, czy mogą podejść bli­żej. Tylko tro­szeczkę.

Ale w twa­rzy matki nie dostrze­gła żad­nego pod­nie­ce­nia. W jej oczach próżno szu­kała zachwytu, widziała tylko błysz­czące łzy.

Była piękną kobietą; wszy­scy to mówili. Ale teraz twarz Bianki wyglą­dała jak wykuta z twar­dego kamie­nia, z głę­boko wyry­tymi liniami. Jej oczy poczer­wie­niały od łez i dymu. We wło­sach miała szary popiół.

Obok stał Gib­son, obej­mu­jąc ją ramie­niem. Reena ze zgrozą spo­strze­gła, że i w jego oczach lśniły łzy. Odbi­jał się w nich blask pożogi, jakby sam ogień dostał się do jego wnę­trza.

To nie był film; wszystko działo się naprawdę. Coś, co do nich nale­żało przez całe życie, na jej oczach zni­kało w ogniu. Poprzez hip­no­ty­zu­jące świa­tło ruchli­wych pło­mieni dostrze­gała czarne smugi na ścia­nach Sirico's, widziała war­stwę mokrej sadzy pokry­wa­ją­cej schodki z bia­łego mar­muru, odłamki potrza­ska­nego szkła.

Na ulicy i chod­ni­kach stali sąsie­dzi; więk­szość ich w noc­nych stro­jach. Z dziećmi na ręku lub obok sie­bie. Nie­któ­rzy pła­kali.

Nagle Reena przy­po­mniała sobie, że w nie­wiel­kim miesz­kanku nad piz­ze­rią miesz­kał Pete Tolino z żoną i malut­kim dziec­kiem. Serce jej się ści­snęło, gdy spoj­rzała w górę i zoba­czyła dym bijący z okien.

- Tato! Tato! Pete i The­resa!

- Nic się im nie stało. - Wziął córkę na ręce, gdy odsu­nęła się od matki, tak jak to robił, gdy była małą dziew­czynką, i przy­tu­lił twarz do jej szyi. - Nikomu nic się nie stało.

Zawsty­dzona, wtu­liła twarz w ramię ojca. Nie pomy­ślała wcale o ludziach, nie pomy­ślała nawet o tych wszyst­kich rze­czach: o obraz­kach na ścia­nach i tabo­re­tach, o ser­we­tach na sto­łach i wiel­kich pie­kar­ni­kach.

Myślała jedy­nie o ogniu, o jego bla­sku i ryku, jaki wyda­wał.

- Prze­pra­szam - chli­pała z twa­rzą wtu­loną w nagie ramię ojca. - Prze­pra­szam.

- Już cicho, wszystko dopro­wa­dzimy do porządku - odparł chra­pli­wym gło­sem, jakby krztu­sił się dymem. - Ja sam to wyre­mon­tuję.

Pocie­szona, popa­trzyła spo­nad ramie­nia ojca na ota­cza­jące ją twa­rze i na pożar. Ujrzała przy­tu­lone do sie­bie sio­stry i matkę trzy­ma­jącą na rękach Xan­dra.

Stary pan Falco sie­dział na stop­niach swego domku i w sęka­tych pal­cach prze­su­wał róża­niec. Miesz­ka­jąca w sąsied­nim domu pani DiSa­lvo ota­czała ramie­niem plecy swo­jej matki. Z ulgą dostrze­gła też Pete'a; sie­dział na kra­węż­niku jezdni z twa­rzą w dło­niach. Obok żona tuliła dziecko.

Potem dostrze­gła Joeya. Stał, koły­sząc bio­drami, z kciu­kami wsu­nię­tymi w przed­nie kie­sze­nie spodni, i gapił się na ogień. Na jego twa­rzy malo­wało się jakieś rado­sne unie­sie­nie, jak na jej świę­tych obraz­kach męczen­ni­ków.

Moc­niej przy­tu­liła się do ojca.

W tej samej chwili Joey odwró­cił głowę, spoj­rzał na nią i szy­der­czo wyszcze­rzył zęby.

- Tato - szep­nęła, ale w tej samej chwili poja­wił się jakiś czło­wiek z mikro­fo­nem i zaczął zada­wać pyta­nia.

Kiedy ojciec posta­wił ją na ziemi, nie chciała się od niego ode­rwać. Joey wciąż się na nią gapił i szcze­rzył zęby. Było to bar­dziej prze­ra­ża­jące niż sam ogień. Ale Gib­son popchnął ją w stronę sióstr.

- Fran, zabierz brata i sio­stry do domu! - pole­cił.

- Ale ja chcę zostać z tobą. - Reena ucze­piła się jego rąk. - Muszę zostać z tobą.

- Wra­caj­cie do domu! - Przy­kuc­nął, tak że jego zaczer­wie­nione oczy zna­la­zły się na wyso­ko­ści twa­rzy córki. - Już pra­wie po wszyst­kim. Doga­szają ogień. Powie­dzia­łem, że wszystko dopro­wa­dzę do porządku, i dotrzy­mam słowa. - Poca­ło­wał ją w czoło. - Wra­caj do domu. My też tam nie­ba­wem wró­cimy.

- Cata­rino! - Matka przy­cią­gnęła ją z powro­tem do sie­bie. - Pomóż sio­strom przy­go­to­wać kawę i coś do jedze­nia dla ludzi, któ­rzy nam poma­gali. Tylko tyle możemy zro­bić.

Przy­go­to­wy­wa­nie jedze­nia to dla dzieci nic nowego. Ter­mosy z kawą, dzbany z mro­żoną her­batą, wiel­kie kanapki. Ale tym razem w kuchni nie było żad­nych sprze­czek mię­dzy sio­strami. Bella nie­ustan­nie chli­pała, ale Fran nie miała o to do niej pre­ten­sji. A kiedy Xan­der oświad­czył, że zanie­sie jeden dzba­nek, nikt nie zwró­cił mu uwagi, iż jest za mały.

W powie­trzu uno­sił się odór, który Reena zapa­mię­tała na zawsze. Świa­tła latarni prze­sła­niała brudna zasłona dymu. Ale dzieci roz­sta­wiły na chod­niku przed domem stół na ter­mosy z kawą, dzbanki z her­batą i kanapki. Wsu­wały w usmo­lone dło­nie kubki i chleb.

Część sąsia­dów wró­ciła do domów, odgra­dza­jąc się w ten spo­sób od dymu i smrodu spa­le­ni­zny, od uno­szą­cego się w powie­trzu popiołu, który osia­dał cienką war­stwą na samo­cho­dach i ziemi niczym brudny śnieg. Nie było już jasnego ognia i nawet z daleka Reena widziała poczer­niałe cegły, czarną sadzę i ciemne dziury, które były kie­dyś oknami.

Donice z kwia­tami na bia­łych stop­niach, które wio­sną poma­gała mamie sadzić, teraz leżały potłu­czone, zadep­tane, mar­twe.

Rodzice stali ze sple­cio­nymi dłońmi na ulicy przed Sirico's. Ojciec miał na sobie tylko dżinsy, które wcią­gnął, kiedy ich obu­dziła, matka jasno­czer­wony szla­frok. Dostała go na uro­dziny zale­d­wie w zeszłym mie­siącu.

Stali tak jesz­cze, nawet gdy wiel­kie wozy odje­chały.

Pod­szedł do nich męż­czy­zna w stra­żac­kim heł­mie i roz­ma­wiał z oboj­giem przez dłuż­szy czas. Następ­nie rodzice odwró­cili się i trzy­ma­jąc się cią­gle za ręce, ruszyli w stronę domu.

Męż­czy­zna w heł­mie poszedł w stronę tego, co zostało z Sirico's. Włą­czył ręczny reflek­tor i znik­nął w ciem­no­ściach wypa­lo­nego budynku.

Wspól­nie prze­nie­śli do domu resztki jedze­nia i napo­jów. Reena pomy­ślała, że wszy­scy wyglą­dają jak oca­leni boha­te­ro­wie z wojen­nych fil­mów: brudne włosy, zmę­czone twa­rze. Kiedy już scho­wano jedze­nie, matka zapy­tała, czy ktoś chce spać.

Bella znów wybuch­nęła pła­czem.

- Jak możemy spać? Co my teraz zro­bimy?

- To, co zwy­kle. Jeśli nie chce ci się spać, idź się umyć. Ja zajmę się śnia­da­niem. No, idź. Kiedy się umy­jemy i coś prze­ką­simy, nasze myśli będą jaśniej­sze.

Jako trze­cia pod wzglę­dem wieku Reena była zawsze trze­cia w kolejce do kąpieli. Pocze­kała więc do chwili, aż usły­szała, że łazienkę opusz­cza Fran, a jej miej­sce zaj­muje Bella. Wtedy wyśli­zgnęła się ze swego pokoju i zapu­kała do sypialni rodzi­ców.

Ojciec skoń­czył wła­śnie mycie wło­sów, były jesz­cze wil­gotne. Wło­żył czy­ste dżinsy i koszulę. Ale jego twarz wyglą­dała tak jak wtedy, gdy prze­cho­dził ciężką grypę.

- Sio­stry oku­pują łazienkę? - zapy­tał z lek­kim uśmie­chem, który jed­nak nie poja­wił się w jego oczach. - Tym razem możesz sko­rzy­stać z naszej.

- Reena, a gdzie twój brat? - zain­te­re­so­wała się matka.

- Zasnął na pod­ło­dze.

- Ach. - Zało­żyła opa­skę na wil­gotne włosy. - No dobrze. Idź pod prysz­nic. Przy­niosę ci czy­ste ubra­nie.

- Dla­czego ten stra­żak wszedł do środka, kiedy wszy­scy inni już wyszli?

- To inspek­tor - wyja­śnił ojciec. - Będzie się sta­rał usta­lić przy­czynę pożaru. Gdyby nie ty, przy­by­liby znacz­nie póź­niej. Ale naj­waż­niej­sze, że Pete'owi i jego rodzi­nie nic się nie stało. Reena, a co ty robi­łaś na ulicy w środku nocy?

- Ja... - Zaczer­wie­niła się po czubki uszu na wspo­mnie­nie okresu. - Muszę coś powie­dzieć mamie.

- Nie będę się gnie­wał.

Spu­ściła głowę i wbiła wzrok w czubki stóp.

- Pro­szę, to oso­bi­sta sprawa.

- Gib, czy mógł­byś zacząć przy­go­to­wy­wać wędliny? - zapy­tała od nie­chce­nia Bianca. - Za chwilę do cie­bie dołą­czę.

- Dobrze, dobrze - burk­nął i prze­tarł dłońmi oczy. - Ale ja bym się nie gnie­wał - powtó­rzył i zosta­wił je same.

- O czym nie chcia­łaś roz­ma­wiać z ojcem? Dla­czego ranisz jego uczu­cia w tak trud­nej chwili?

- Nie chcia­łam... Obu­dzi­łam się, bo... strasz­nie bolał mnie brzuch.

- Jesteś chora? - zapy­tała Bianca, odwra­ca­jąc się w stronę córki, i przy­ło­żyła jej dłoń do czoła.

- Zaczął mi się okres.

- Och, moja mała dziew­czynko! - Bianca przy­cią­gnęła Reenę do sie­bie i mocno przy­tu­liła. Zaczęła szlo­chać.

- Mamo, nie płacz.

- Nie... Ja tylko tak, chwilę. Tyle rze­czy, wszystko naraz. Moja mała Cata­rina. Tyle strat, tyle zmian. Moja bam­bina. - Lekko się odsu­nęła. - Dzi­siej­szej nocy zmie­ni­łaś się i dzięki temu ura­to­wa­łaś innym życie. Dzię­kujmy Bogu za to, co zdo­ła­li­śmy oca­lić, a ze stra­tami damy sobie radę. Jestem z cie­bie bar­dzo dumna.

Uca­ło­wała Reenę w oba policzki.

- Czy brzu­szek cią­gle cię boli? - Kiedy dziew­czynka ski­nęła głową, matka znów ją uści­skała. - Weź teraz prysz­nic, a póź­niej cie­płą kąpiel w mojej wan­nie. Od razu poczu­jesz się lepiej. Czy chcesz mnie jesz­cze o coś zapy­tać?

- Wiem, co robić.

Bianca uśmiech­nęła się, ale w jej oczach malo­wał się cień smutku.

- Idź teraz pod prysz­nic, pomogę ci.

- Mamo, nie mogłam tego powie­dzieć przy tatu­siu.

- Oczy­wi­ście, że nie. Masz rację. To sprawy kobiece.

Sprawy kobiece. Sły­sząc te słowa, poczuła się kimś lep­szym, a cie­pła kąpiel spra­wiła, że ból ustą­pił. Kiedy zeszła na dół, cała rodzina była już w kuchni. Gdy ojciec deli­kat­nie pogła­skał ją po wło­sach, Reena zro­zu­miała, że też już wie o wszyst­kim.

Przy stole pano­wała posępna atmos­fera, cisza wyni­ka­jąca ze zmę­cze­nia. Ale przy­naj­mniej Bella naj­wy­raź­niej - jak na razie - wypła­kała już wszyst­kie łzy.

Ojciec wycią­gnął rękę i poło­żył na dłoni mamy. Ści­snął ją i zaczął mówić.

- Musimy zacze­kać na wia­do­mość, że pogo­rze­li­sko jest już bez­pieczne. Wtedy zaczniemy sprzą­ta­nie. Nie znamy jesz­cze roz­miaru znisz­czeń, nie wiemy też, ile czasu upły­nie, zanim ponow­nie otwo­rzymy naszą piz­ze­rię.

- Będziemy teraz biedni. - Usta Belli zadrżały. - Wszystko znisz­czone, a my nie mamy pie­nię­dzy.

- Czy nie mia­łaś kie­dyś dachu nad głową, jedze­nia na stole i ubra­nia na grzbie­cie? - zapy­tała gniew­nie Bianca. - Tak się zacho­wu­jesz, kiedy spa­dły na nas kło­poty? Płacz i skargi?

- Cały czas pła­kała - zauwa­żył Xan­der, bawiąc się grzanką.

- Nie pyta­łam cię o to, widzę sama. Wasz ojciec i ja pra­co­wa­li­śmy codzien­nie przez pięt­na­ście lat, żeby uczy­nić z Sirico's miej­sce miłe i ważne w naj­bliż­szym oto­cze­niu. A mój ojciec i matka budo­wali to miej­sce przez wię­cej lat, niż sobie wyobra­ża­cie. To boli. Ale prze­cież nie spa­liła się rodzina, tylko lokal. Odbu­du­jemy go.

- Ale co my zro­bimy? - zaczęła znów Bella.

- Cicho bądź, Isa­bello! - zgro­miła sio­strę Fran.

- Cho­dzi mi o to, co zro­bimy naj­pierw - ponow­nie ode­zwała się Bella.

- Sirico's jest ubez­pie­czone. - Gib­son popa­trzył na sto­jący przed nim talerz jakby zdzi­wiony, że jest na nim jedze­nie. Ale natych­miast się­gnął po wide­lec i zaczął jeść. - Za te pie­nią­dze wszystko odbu­du­jemy i wyre­mon­tu­jemy. Mamy wła­sne oszczęd­no­ści. Nie będziemy biedni - dodał, patrząc surowo na śred­nią córkę. - Ale dopóki nie skoń­czymy, musimy żyć bar­dzo oszczęd­nie. Nie będziemy mogli poje­chać we wrze­śniu na week­end na plażę, jak zamie­rza­li­śmy. Jeśli ubez­pie­cze­nie nie wystar­czy, się­gniemy do naszych oszczęd­no­ści lub nawet weź­miemy pożyczkę.

- Nie zapo­mi­naj też - stwier­dziła Bianca - że zatrud­nieni u nas ludzie stra­cili pracę, przy­naj­mniej do chwili, aż ponow­nie uru­cho­mimy lokal. Nie­któ­rzy z nich mają rodziny. Nie tylko nas dotknęło to nie­szczę­ście.

- Pete, The­resa i ich dziecko - ode­zwała się Reena. - Zostali bez niczego. Bez ubrań, bez mebli. Mogli­by­śmy im coś dać.

- Tak. To dobrze, że o nich pomy­śla­łaś. Ale­xan­der, jedz jajka - dodała.

- Wolał­bym kulki kaka­owe.

- A ja wola­ła­bym futro z norek i bry­lan­towy dia­dem. Jedz. Czeka nas wiele pracy. Każdy będzie miał swój zakres obo­wiąz­ków.

- Ale nikt, abso­lut­nie nikt - oświad­czył Gib­son, wska­zu­jąc pal­cem Xan­dra - nie wcho­dzi do środka bez pozwo­le­nia.

- Poppi - bąk­nęła Fran. - Musimy mu powie­dzieć.

- Jesz­cze za wcze­śnie, żeby tele­fo­no­wać do niego z takimi wia­do­mo­ściami - wtrą­ciła Bianca, prze­su­wa­jąc jedze­nie na tale­rzu. - Ale wkrótce to zro­bię. Zadzwo­nię też do moich braci.

- Jak mogło do tego dojść? - spy­tała Bella. - Jak oni to wykryją?

- Nie wiem. To ich sprawa. My musimy poskła­dać to wszystko z powro­tem do kupy. - Gib­son pod­niósł kubek z kawą. - I poskła­damy.

- Drzwi były otwarte.

Gib­son skie­ro­wał wzrok na Reenę.

- Co takiego?

- Fron­towe drzwi były otwarte.

- Jesteś pewna?

- Widzia­łam. Na pewno się nie mylę. Było jasno... z okna buchał ogień. Może to Pete zapo­mniał je zamknąć.

Tym razem to Bianca chwy­ciła męża za rękę. Ale zanim zdą­żyła się ode­zwać, zadźwię­czał dzwo­nek u drzwi.

- Otwo­rzę. - Pod­nio­sła się z miej­sca. - Mamy dziś przed sobą długi dzień. Kto jest zmę­czony, powi­nien się prze­spać.

- Skończ­cie jedze­nie - pole­cił Gib­son. - Pozmy­waj­cie naczy­nia.

Szes­na­sto­let­nia Fran wstała razem z nim, obe­szła stół i przy­tu­liła się do ojca. Była szczu­pła i miała dużo wdzięku, a także kobie­co­ści, którą Reena dostrze­gała i zazdro­ściła sio­strze.

- Wszystko będzie dobrze. Urzą­dzimy to jesz­cze lepiej niż przed­tem.

- Cała moja córka. Liczę na cie­bie. Na was wszyst­kich - dodał. - Reeno, pozwól ze mną na chwilę.

Gdy razem wyszli z kuchni, usły­szeli, jak Bella wark­nęła:

- Święta Fran­ce­sca.

Gib­son wes­tchnął w duchu i popro­wa­dził Reenę do pokoju tele­wi­zyj­nego.

- Hm, posłu­chaj dziecko. Jeśli źle się czu­jesz, zwol­nię cię z kuchen­nych obo­wiąz­ków.

W pierw­szej chwili chciała pod­sko­czyć z rado­ści, ale poczu­cie winy wzięło w niej górę.

- Nic mi nie jest.

- Ale jeśli coś... będzie, po pro­stu powiedz.

Z roz­tar­gnie­niem pokle­pał ją po ramie­niu i wyszedł przed dom.

Reena patrzyła na ojca. Zawsze wyda­wał jej się taki wysoki, ale teraz miał przy­gar­bione ramiona. Chciała zro­bić to samo, co Fran - objąć go, powie­dzieć coś roz­sąd­nego - ale było już za późno.

2

Zamie­rzała być grzeczna tak jak Fran i natych­miast wró­cić do kuchni. Ale usły­szała Pete'a i wydało jej się, że młody męż­czy­zna pła­cze. Do Reeny dobiegł też głos ojca, ale nie mogła roz­róż­nić poszcze­gól­nych słów.

Cichutko ruszyła w stronę salonu.

Pete nie pła­kał, choć wyglą­dał tak, jakby w każ­dej chwili mógł wybuch­nąć pła­czem. Sie­dział z pochy­loną nisko głową, patrząc na zaci­śnięte dło­nie, które trzy­mał na kola­nach, a dłu­gie włosy opa­dały mu na twarz.

Nie­dawno skoń­czył dwa­dzie­ścia jeden lat. Wypra­wili na jego cześć nie­wiel­kie przy­ję­cie, tylko w gro­nie rodzin­nym. Zaczął pra­co­wać w Sirico's, gdy skoń­czył pięt­na­ście lat, nale­żał więc do rodziny. Kiedy The­resa zaszła w ciążę i musieli się pobrać, rodzice Reeny wyna­jęli mu za sym­bo­liczną kwotę miesz­ka­nie na pię­trze.

Dziew­czynka wie­działa o tym, gdyż pod­słu­chała roz­mowę swo­jej matki z wujem Pau­lem. Za takie "prze­stęp­stwo" musiała zawsze odpra­wiać dużą pokutę, ale uwa­żała, że warte jest to dwóch dodat­ko­wych zdro­wa­siek.

Zauwa­żyła teraz, że matka sie­dzi obok Pete'a, trzy­ma­jąc dłoń na jego kola­nie. Ojciec przy­siadł na sto­liku do kawy - coś, co było im kate­go­rycz­nie zabro­nione - i patrzył na chło­paka. Mówił tak cicho, że Reena wciąż nie mogła dosły­szeć jego słów, a Pete cały czas krę­cił głową.

Po chwili uniósł głowę, oczy mu błysz­czały.

- Przy­się­gam, wszystko poza­my­ka­łem. Przy­po­mi­na­łem sobie to już z tysiąc razy. Każdy swój krok. Boże, Gib, przy­znał­bym się, gdy­bym coś schrza­nił. Musisz mi uwie­rzyć, że niczego nie ukry­wam. The­resa i dziecko... gdyby coś im się stało...

- Na szczę­ście wszystko jest w porządku. - Bianca ujęła jego dłoń.

- Tak się wystra­szyła. Wszy­scy się wystra­szy­li­śmy. Kiedy zadzwo­nił tele­fon... - Popa­trzył na Biancę. - Gdy zadzwo­niłaś i powie­dzia­łaś, że się pali i musimy ucie­kać, myśla­łem, że to zły sen. Zła­pa­li­śmy tylko dziecko i w nogi. Gib, nie czu­łem nawet dymu, dopóki się nie poja­wi­łeś, żeby nam pomóc w ucieczce.

- Pete, chcę, żebyś sobie dokład­nie wszystko przy­po­mniał. Czy zamkną­łeś drzwi?

- Oczy­wi­ście, ja...

- Nie - potrzą­snął głową Gib­son. - Nie tak, mówisz odru­chowo. Pomyśl po kolei. Czę­sto rutyna spra­wia, że czło­wiek działa auto­ma­tycz­nie, a póź­niej nic nie pamięta. Wróćmy więc jesz­cze raz. Ostatni klienci?

- O Boże! - Pete prze­cią­gnął dło­nią po wło­sach. - Jamie Silvo z dziew­czyną. Nową. Zje­dli pep­pe­roni i wypili po piwie. I Car­mine. Został pra­wie do końca i pró­bo­wał namó­wić Toni, żeby się z nim umó­wiła. Lokal opu­ścili mniej wię­cej o tej samej porze - około jede­na­stej trzy­dzie­ści. Toni, Mike i ja dokoń­czy­li­śmy sprzą­ta­nie. Zro­bi­łem kasę... Boże wielki, Gib, koperta ban­kowa została na pię­trze. Ja...

- O to się teraz nie martw. Czy ty, Toni i Mike opu­ści­li­ście piz­ze­rię razem?

- Nie. Pierw­szy wyszedł Mike. Toni jesz­cze chwilę została, cze­ka­jąc, aż skoń­czę porządki. Docho­dziła pół­noc, a ona woli, żeby ktoś patrzył, jak wraca do domu. Wyszli­śmy na zewnątrz i pamię­tam... pamię­tam, jak wycią­gną­łem klu­cze, a ona powie­działa, że kółko do nich jest po pro­stu milu­sie. The­resa wło­żyła do niego zdję­cie Rosy. Mówiła, że jest słod­kie, wła­śnie jak zamy­ka­łem drzwi. Zamkną­łem drzwi! Gib, naprawdę je zamkną­łem! Możesz zapy­tać Toni.

- W porządku. O nic cię nie obwi­niam. Gdzie się zatrzy­ma­łeś?

- U moich rodzi­ców.

- Czy cze­goś potrze­bu­jesz? - zapy­tała Bianca. - Może pam­per­sów dla dziecka?

- Moja mama prze­cho­wuje takie rze­czy dla naszej małej. Wstą­pi­łem, żeby chwilę z wami poroz­ma­wiać. Chciał­bym wie­dzieć, co mam robić. Prze­cho­dzi­łem tam­tędy. Nie można wejść do środka. Wszystko zablo­ko­wane. Ale wygląda to okrop­nie. Chciał­bym jed­nak wie­dzieć, co mam robić. Z pew­no­ścią do cze­goś się przy­dam.

- Kiedy dosta­niemy się w końcu do środka, będzie co robić. Zaczniemy od sprzą­ta­nia. A teraz wra­caj już do żony i dziecka.

- Jeśli będziesz cze­go­kol­wiek ode mnie potrze­bo­wał, dzwoń do matki. O każ­dej porze. Zawsze oka­zy­wa­li­ście mi - nam - tyle serca. - Mocno uści­snął Giba. - Zro­bię wszystko, żeby wam pomóc.

Gib poszedł w stronę drzwi, odwra­ca­jąc się jesz­cze do Bianki.

- Muszę tam iść, rzu­cić na wszystko okiem.

Reena wpa­dła do pokoju.

- Pójdę z tobą. Pozwól mi pójść.

Gib otwo­rzył usta i Reena już wyczy­tała w jego twa­rzy odmowę. Ale Bianca potrzą­snęła głową.

- Dobrze, idź z tatą. A kiedy wró­ci­cie, poroz­ma­wiamy o pod­słu­chi­wa­niu cudzych roz­mów. Pocze­kam na was, a potem dopiero zadzwo­nię do rodzi­ców. Może będziemy wie­dzieli coś wię­cej. A nuż nie wygląda to aż tak źle, jak myślimy.

Wyglą­dało jed­nak o wiele gorzej - przy­naj­mniej w oczach Reeny. W świe­tle dnia poczer­niałe cegły, potłu­czone szkło, prze­siąk­nięte wil­go­cią rumo­wi­sko spra­wiały kosz­marne wra­że­nie. A jesz­cze gor­szy był smród. Wyda­wało się wręcz nie­wia­ry­godne, żeby ogień mógł w tak krót­kim cza­sie doko­nać tylu znisz­czeń. Ogrom szkód ujrzała przez roz­trza­skane wiel­kie fron­towe okno, gdzie przed­tem na szy­bie wid­niała wyma­lo­wana farbą pizza. Zwę­glone rumo­wi­sko jaskra­wo­po­ma­rań­czo­wych ławek i sta­rych sto­li­ków, poskrę­cane z żaru, spa­lone krze­sła. Znik­nęła sło­necz­nej barwy farba, którą wyma­lo­wano pomiesz­cze­nie, a także wielka tablica z jadło­spi­sem wisząca przy wej­ściu do otwar­tego pomiesz­cze­nia kuchen­nego, gdzie, ku ucie­sze gości, jej ojciec i cza­sami matka ugnia­tali cia­sto.

Ze środka wyło­nił się męż­czy­zna w stra­żac­kim heł­mie i z masywną latarką. W ręku trzy­mał też jakąś skrzynkę z narzę­dziami. Był star­szy od ojca Reeny; poznała to po jego twa­rzy pory­tej głę­bo­kimi zmarszcz­kami i wysu­wa­ją­cych się spod kasku pra­wie siwych wło­sach.

Zanim wyszedł, obrzu­cił ich bacz­nym spoj­rze­niem. Gib­son Hale był wysoki i szczu­pły - jak ludzie, któ­rzy raczej nie tyją. Miał gęste, kędzie­rzawe włosy w kolo­rze pia­sko­wym, jaśniej­sze na koń­cach. Lubił prze­by­wać na słońcu i nie wkła­dał nic na głowę. Po cięż­kiej nocy wyglą­dał gorzej niż zwy­kle.

John Min­ger nie tylko badał przy­czyny pożaru, ale rów­nież przy­glą­dał się oso­bom, które miały z nim zwią­zek.

Dziew­czynka - mimo zapuch­nię­tych od nie­wy­spa­nia oczu - była śliczna jak obra­zek. Włosy miała ciem­niej­sze niż jej ojciec, ale rów­nież krę­cone. John oce­nił, że pod wzglę­dem wzro­stu i budowy zapewne pój­dzie w ślady ojca.

Widział ich minio­nej nocy, kiedy przy­był na miej­sce pożaru. Cała rodzina trzy­mała się razem - jak grupa roz­bit­ków oca­la­łych z kata­strofy statku. Żona Gib­sona miała klasę. Pięk­ność, jaką rzadko spo­tyka się poza ekra­nem. Według niego naj­bar­dziej przy­po­mi­nała matkę naj­star­sza córka. Śred­niej tylko nie­wiele bra­ko­wało do tej dosko­na­ło­ści. Chło­piec też był uro­dziwy, choć nie wyszedł jesz­cze z wieku dzie­cię­cego.

Towa­rzy­sząca ojcu dziew­czynka miała dłu­gie nogi pokryte zadra­pa­niami i sinia­kami. Zapewne wię­cej czasu spę­dzała na uga­nia­niu się z bra­tem po dwo­rze niż na zaba­wie lal­kami.

- Panie Hale, nie­stety, nie mogę pana jesz­cze wpu­ścić do środka.

- Chcia­łem tylko popa­trzeć. Czy pan... czy usta­lił pan, w któ­rym dokład­nie miej­scu było ogni­sko pożaru?

- O tym wła­śnie chciał­bym naj­pierw poroz­ma­wiać z panem. A to kto? - zapy­tał, z uśmie­chem wska­zu­jąc na Reenę.

- To moja córka, Cata­rina. Prze­pra­szam, wiem, że pan już mi się przed­sta­wił, ale...

- Jestem Min­ger. Inspek­tor John Min­ger. Wspo­mniał pan, że to jedna z pań­skich córek zauwa­żyła ogień i obu­dziła was.

- To ja - pisnęła Reena. Zda­wała sobie sprawę, że grze­szy, pysz­niąc się swo­imi zasłu­gami. Ale zapewne był to grzech wyba­czalny. - Ja pierw­sza zoba­czy­łam pło­mień.

- O tym też chciał­bym poroz­ma­wiać. - Spoj­rzał w stronę poli­cyj­nego radio­wozu, który wła­śnie zatrzy­mał się przy kra­węż­niku. - Pro­szę chwi­leczkę zacze­kać - rzekł i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, pod­szedł do samo­chodu, gdzie przez chwilę roz­ma­wiał o czymś z sie­dzą­cymi w środku poli­cjan­tami. - Czy jest tu jakieś miej­sce, gdzie mogli­by­śmy w spo­koju poroz­ma­wiać? - zapy­tał po powro­cie.

- Miesz­kamy tuż obok.

- Świet­nie. Jesz­cze tylko chwila. - Pod­szedł do innego auta, gdzie ścią­gnął z sie­bie strój robo­czy. Pod spodem miał zwy­kłe ubra­nie. Wrzu­cił kom­bi­ne­zon, kask i skrzynkę z narzę­dziami do bagaż­nika, po czym zamknął samo­chód i ski­nął głową w stronę poli­cjanta.

- Co jest w tej skrzynce z narzę­dziami? - chciała wie­dzieć Reena.

- Różne rze­czy. Jeśli chcesz, kie­dyś ci pokażę. Panie Hale, mogę pana popro­sić na chwilę? Zacze­kasz tu na nas, Cata­rino?

I znów, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, odszedł kilka kro­ków.

- Jeśli ma pan mi coś do powie­dze­nia... - zaczął Gib­son.

- Doj­dziemy i do tego. - Wycią­gnął paczkę papie­ro­sów i zapal­niczkę. Zacią­gnął się głę­boko dymem i wsu­nął zapal­niczkę z powro­tem do kie­szeni. - Muszę poroz­ma­wiać z pań­ską córką. To natu­ralny odruch, że pró­bo­wałby pan odpo­wia­dać za nią, napro­wa­dzać. Lepiej, żeby tak nie było. Dla­tego pro­sił­bym, żeby pozwo­lił mi pan poroz­ma­wiać z nią samą.

- Jasne, nie ma sprawy. Reena jest bar­dzo spo­strze­gaw­cza.

- Dosko­nale. - Inspek­tor wró­cił do dziew­czynki. Zauwa­żył, że ma oczy bar­dziej bursz­ty­nowe niż brą­zowe. Choć były pod­krą­żone, patrzyły bystro. - Czy zauwa­ży­łaś ogień z okna swo­jej sypialni? - spy­tał, idąc teraz z nią.

- Nie, ze schod­ków. Sie­dzia­łam na schod­kach mojego domu.

- Już tro­chę po tym, jak wszy­scy poszli spać, co?

Przez chwilę zasta­na­wiała się nad odpo­wie­dzią tak, żeby nie ujaw­nić krę­pu­ją­cych spraw pry­wat­nych, a jed­no­cze­śnie nie skła­mać.

- Pano­wał upał. Obu­dzi­łam się, bo nie naj­le­piej się czu­łam - powie­działa. - Nala­łam sobie w kuchni szklankę imbi­ro­wej oran­żady i wyszłam przed dom. Usia­dłam na schod­kach i piłam.

- W porządku. Czy możesz mi poka­zać dokład­nie miej­sce, w któ­rym sie­dzia­łaś w chwili, gdy dostrze­głaś pożar?

Dobie­gła do domu i posłusz­nie usia­dła na bia­łych mar­mu­ro­wych stop­niach, tam gdzie sie­działa w nocy. Patrzyła w ulicę i cze­kała, aż obaj męż­czyźni podejdą.

- Tutaj było chłod­niej niż na górze. Cie­pło zawsze ucieka do góry. Uczono nas o tym w szkole.

- To prawda. A więc - Min­ger usiadł obok niej i tak jak ona popa­trzył w ulicę - sie­dzia­łaś tu, popi­ja­jąc imbi­rową oran­żadę i zoba­czy­łaś ogień?

- Zoba­czy­łam świa­tła. Wła­ści­wie blask świa­teł na szy­bie. Nie wie­dzia­łam, co to takiego. Pomy­śla­łam, że może Pete zapo­mniał zga­sić w środku, ale to wcale tak nie wyglą­dało. Te świa­tła się ruszały.

- Jak?

Wzru­szyła ramio­nami, czu­jąc się tro­chę głu­pio.

- Jakby tań­czyły. To było śliczne. Cie­ka­wiło mnie, co to może być, więc tro­chę pode­szłam w tamtą stronę. - Zagry­zła usta i popa­trzyła nie­pew­nie na ojca. - Wiem, że nie powin­nam tak robić.

- O tym poroz­ma­wiamy póź­niej - mruk­nął Gib.

- Chcia­łam tylko zoba­czyć. Jestem zbyt cie­kaw­ska, żeby dbać o wła­sne inte­resy, jak mówi bab­cia Hale. Musia­łam się prze­ko­nać, co to takiego.

- Jak daleko zaszłaś? Możesz mi poka­zać?

- Jasne.

Pod­niósł się wraz z dziew­czynką i idąc obok niej, pró­bo­wał sobie wyobra­zić, co by czuł, gdyby był dziec­kiem wędru­ją­cym w upalną noc ciemną ulicą. Eks­cy­ta­cja. Zaka­zany owoc.

- Zabra­łam ze sobą oran­żadę i tro­chę popi­ja­łam, idąc w stronę świa­tła. - W sku­pie­niu zmarsz­czyła brwi, usi­łu­jąc przy­po­mnieć sobie każdy krok. - Myślę, że doszłam chyba do tego miej­sca, jakoś tutaj, bo widzia­łam, że drzwi były otwarte.

- Jakie drzwi?

- Drzwi fron­towe sklepu. Widzia­łam, że są otwarte, i w pierw­szej chwili pomy­śla­łam, że to ta święta krowa Pete zapo­mniał ich zamknąć, za co dosta­nie solidną burę od mojej mamy. W naszym domu to ona łoi skórę. Ale zaraz zoba­czy­łam ogień i dym. Buchały przez otwarte drzwi. Prze­stra­szy­łam się. Wrza­snę­łam z całych sił i pędem wró­ci­łam do domu. Wbie­głam na pię­tro, wciąż chyba krzy­cząc, bo tata zdą­żył już wstać i wkła­dał spodnie, a mama się­gała po szla­frok. I wszy­scy wrzesz­czeli. Fran pytała na okrą­gło: "Co, co się pali? Nasz dom?". Ale ja mówi­łam: "Nie, nie, pali się sklep". My tak prze­waż­nie nazy­wamy Sirico's. Sklep.

Ona to wszystko dokład­nie prze­my­ślała - stwier­dził John. Poukła­dała sobie w gło­wie wszyst­kie zapa­mię­tane szcze­góły.

- Bella zaczęła pła­kać. Ona dużo pła­cze, bo tak robią wszyst­kie nasto­latki - oprócz Fran. Tata wyj­rzał przez okno i kazał mamie zadzwo­nić do Pete'a - on mieszka nad skle­pem - i powie­dzieć mu, żeby natych­miast ucie­kał z całą rodziną. Pete oże­nił się z The­resą i w czerwcu uro­dziło im się dziecko. Kazał, żeby powie­działa Pete'owi, iż sklep się pali i ma natych­miast ucie­kać z miesz­ka­nia, a potem zadzwo­nić po straż pożarną. Mówiąc to, już zbie­gał na dół po scho­dach. I powtó­rzył, żeby zadzwo­niła pod dzie­więć­set jede­na­ście, ale mama już to zro­biła.

- Bar­dzo dobry raport.

- Pamię­tam wię­cej. Pobie­gli­śmy wszy­scy w stronę pożaru, ale tata był naj­szyb­szy. Biegł przez całą drogę. Ogień sta­wał się coraz więk­szy. Widzia­łam to. Trza­snęły szyby w oknach i wydo­był się na zewnątrz. Ogień. Tata omi­nął jed­nak front budynku. Bałam się, że tam pój­dzie i może mu się stać coś złego, że go popa­rzy, ale on pobiegł do tyl­nych scho­dów, pro­wa­dzą­cych do miesz­ka­nia Pete'a.

Umil­kła na chwilę, zaci­ska­jąc wargi.

- Żeby pomóc im się wydo­stać - pomógł jej John.

- Bo oni są dla niego waż­niejsi niż sklep. Pete trzy­mał dziecko, a tata cią­gnął za rękę The­resę. Zbie­gli po scho­dach. Ludzie zaczęli wycho­dzić z domów. Wszy­scy wrzesz­czeli i krzy­czeli. Myślę, że tata chciał jesz­cze biec do środka, tam gdzie był ogień, ale mama chwy­ciła go mocno za ramię. "Nie! Nie!" - wrza­snęła i pozo­stał na miej­scu. Sta­nął obok niej i powie­dział: "O Chry­ste, kocha­nie". Tata cza­sem tak nazywa mamę. Póź­niej usły­sza­łam wycie syren i przy­je­chały wozy stra­żac­kie. Wysko­czyli z nich stra­żacy i zaczęli roz­wi­jać sikawki. Tata powie­dział im, że w środku nikogo nie ma. Ale i tak kilku z nich tam weszło. Nie wiem, jak oni to zro­bili, w tym ogniu i dymie, ale weszli. Wyglą­dali jak żoł­nie­rze. Jak żoł­nie­rze-zjawy.

- Wszystko zapa­mię­ta­łaś!

- Mam pamięć sło­nia.

John zer­k­nął w stronę Giba i wyszcze­rzył zęby w peł­nym uzna­nia uśmie­chu.

- Ma pan tu praw­dziwy kara­bin maszy­nowy, panie Hale - powie­dział.

- Gib, po pro­stu Gib. Tak, to prawda.

- W porządku. Reena, czy mogła­byś mi powie­dzieć, co jesz­cze widzia­łaś, gdy sie­dzia­łaś na tych scho­dach, zanim zoba­czy­łaś ogień? Usiądź znów na stop­niach i spró­buj sobie wszystko przy­po­mnieć.

Gib popa­trzył w stronę sklepu i ponow­nie skie­ro­wał wzrok na Johna.

- Czy to nie czy­sty wan­da­lizm?

- Dla­czego tak twier­dzisz? - zapy­tał John.

- Drzwi. Otwarte drzwi. Roz­ma­wia­łem z Pete'em. Zeszłej nocy on zamy­kał sklep, gdyż ja z rodziną wybra­li­śmy się na mecz.

- Nasze ptaszki spra­wiły baty Ran­ger­som.

- Ha! - Gib zmu­sił się do uśmie­chu. - Pete zamknął lokal w towa­rzy­stwie innego mojego pra­cow­nika. Dosko­nale to pamięta, gdyż w tym cza­sie roz­ma­wiał z Toni - Anto­nią Var­gas - o kółku, na któ­rym trzyma klucz. Ni­gdy zresztą nie zda­rzyło mu się nie zamknąć drzwi. Skoro więc póź­niej były otwarte, ktoś musiał je wyła­mać.

- O tym też poroz­ma­wiamy. - Ponow­nie przy­siadł się do Reeny. - Tak, to sym­pa­tyczne miej­sce. Wyma­rzone na zimny napój w upalną noc. Może pamię­tasz, która była wtedy godzina?

- Hm, mniej wię­cej dzie­sięć po trze­ciej. Wiem, bo gdy bra­łam z kuchni imbi­rową oran­żadę, zer­k­nę­łam na zegar.

- Przy­pusz­czam, że o tej porze wszy­scy w sąsiedz­twie już spali.

- W żad­nym z domów nie paliło się świa­tło. Jedy­nie w ogro­dzie Casto­sów świe­ciła się lampa, ale oni pra­wie zawsze zapo­mi­nają ją zga­sić. Maleń­kie świa­tełko zauwa­ży­łam też w oknie pokoju Mindy Young. Zawsze sypia przy włą­czo­nej noc­nej lampce, choć ma już dzie­sięć lat. Sły­sza­łam też szcze­ka­nie psa. Myślę, że był to Fabio, pies Pasto­rel­lich. Chyba był czymś zanie­po­ko­jony, ale szybko prze­stał szcze­kać.

- Czy ulicą prze­jeż­dżały jakieś samo­chody?

- Nie, ani jeden.

- O tak póź­nej godzi­nie, w takiej ciszy z pew­no­ścią usły­sza­ła­byś, gdyby gdzieś dalej w ulicy ruszał samo­chód lub trza­snęły zamy­kane drzwi.

- Było cał­kiem cicho. Tylko parę razy zaszcze­kał ten pies. Sły­sza­łam nawet cichutki szum kli­ma­ty­za­tora w sąsied­nim domu. Dobrze pamię­tam, że nie było żad­nych innych hała­sów. Nawet póź­niej, kiedy już szłam w stronę sklepu.

- W porządku, Reeno. Spra­wi­łaś się na medal.

Otwo­rzyły się drzwi i John ponow­nie zachwy­cił się urodą gospo­dyni.

- Gib, czemu roz­ma­wia­cie na zewnątrz? Nie zapro­po­nu­jesz panu chłod­nego napoju? - zapy­tała z uśmie­chem Bianca. - Pro­simy do środka. Przy­go­to­wa­łam świeżą lemo­niadę.

- Dzię­kuję. - John w jed­nej chwili zerwał się na nogi. Bianca była z tych kobiet, które budzą respekt w męż­czy­znach. - Nie mam nic prze­ciwko temu, żeby wypić coś chłod­nego i zająć pań­stwu jesz­cze tro­chę czasu.

Salon był pełen kolo­rów. John pomy­ślał, że ostre barwy bar­dzo pasują do takich kobiet jak Bianka Hale. W pokoju pano­wał nie­ska­zi­telny porzą­dek, meble nie były nowe, ale nie­dawno wyczysz­czone, jesz­cze wydzie­lały zapach olejku cytry­no­wego. Na ścia­nach wisiały por­trety człon­ków rodziny opra­wione w skromne ramki, wyko­nane węglem i paste­lami. Twórca miał bar­dzo dobre oko i wprawne dło­nie.

- Kto jest auto­rem?

- Ja - odparła Bianca, nale­wa­jąc lemo­niadę do szkla­nek z kost­kami lodu. - To moje hobby.

- Piękne.

- Mamy rysunki wisiały też w skle­pie - wtrą­ciła Reena. - Naj­bar­dziej lubi­łam por­tret taty. Na gło­wie miał wielką czapkę szefa kuchni i ugnia­tał pizzę. Już go nie ma, prawda? Spło­nął.

- Nary­suję inny. Jesz­cze lep­szy.

- I był tam też stary dolar. Mój dzia­dek umie­ścił w ramce pierw­szy bank­not, który zaro­bił po otwar­ciu Sirico's. I mapa Włoch, a także krzyż babci, który poświę­cił sam papież, i jesz­cze...

- Cata­rino! - Bianca unio­sła rękę, prze­ry­wa­jąc potok słów córki. - Kiedy coś stra­cimy, lepiej jest myśleć o tym, co nam jesz­cze pozo­stało i jak można to wyko­rzy­stać.

- Ktoś celowo pod­ło­żył ogień. W nosie miał twoje obrazki, krzyż i wszystko inne. Nawet Pete'a i The­resę z dziec­kiem, któ­rzy byli w środku.

- Słu­cham? - Bianca zaci­snęła palce na porę­czy krze­sła. - Co pan mówi? Czy to prawda?

- Tro­chę wybie­gamy naprzód. Inspek­tor do spraw pod­pa­leń będzie...

- Pod­pa­leń? - Bianca opa­dła na krze­sło. - O mój Boże! O słodki Jezu!

- Pani Hale. Prze­ka­za­łem swoje pierw­sze spo­strze­że­nia wydzia­łowi poli­cji do spraw pod­pa­leń. Moje zada­nie polega na inspek­cji budynku i usta­le­niu, czy trzeba pro­wa­dzić śledz­two na ewen­tu­al­ność pod­pa­le­nia. Ktoś z tego wydziału zbada pogo­rze­li­sko i podej­mie odpo­wied­nie czyn­no­ści.

- A dla­czego nie pan? - zapy­tała Reena. - Prze­cież pan to wykrył.

John popa­trzył w zmę­czone i inte­li­gentne, mio­dowe oczy dziew­czynki. Tak - pomy­ślał - on to wykrył.

- Jeśli ogień został pod­ło­żony celowo, jest to prze­stęp­stwo i pro­wa­dze­nie sprawy przej­muje poli­cja - powie­dział.

- Ale prze­cież pan to wykrył - nale­gała Reena.

Nie, to dziecko już mi nie odpu­ści - stwier­dził.

- Skon­tak­to­wa­łem się z poli­cją, ponie­waż pod­czas inspek­cji budynku natkną­łem się na ślady wyła­ma­nia drzwi wej­ścio­wych. Wykry­wa­cze dymu zostały zde­mon­to­wane. Odkry­łem też wiele przy­pusz­czal­nych źró­deł zapłonu.

- Co to są źró­dła zapłonu? - zain­te­re­so­wała się Reena.

- To zna­czy, że ogień został zapró­szony w wię­cej niż jed­nym miej­scu. A ze wzo­rów wypa­leń, ze spo­sobu, w jaki ogień pozna­czył pewne par­tie pod­łogi, ściany i meble, pozo­sta­wia­jąc na nich sadzę, można wywnio­sko­wać, że jako mate­riału pod­pa­la­ją­cego użyto ben­zyny i cze­goś, co nazy­wamy lon­tami. Ogień pod­sy­cały rów­nież stare gazety, wosko­wany papier i opa­ko­wa­nia zapa­łek. Wszystko wska­zuje na to, że ktoś się wła­mał i poroz­kła­dał lonty po całej sali i w kuchni. Na zaple­czu znaj­do­wały się inne mate­riały łatwo­palne: opa­ko­wa­nia pod ciśnie­niem, drew­niane szafki, fra­mugi w całym lokalu, sto­liki i krze­sła. Pod­pa­lacz naj­praw­do­po­dob­niej oblał ben­zyną pod­łogi, meble oraz ściany. Gdy Reena wyszła przed dom, ogień już tra­wił wnę­trze lokalu.

- Ale kto to mógł zro­bić? I to z roz­my­słem? - Gib pokrę­cił głową. - Rozu­miem, grupa głup­ko­wa­tych dzie­cia­ków wła­muje się dla draki do sklepu i przez nie­uwagę zapró­sza ogień; ale pan mówi o celo­wym pod­pa­le­niu naszego sklepu - i miesz­ka­ją­cej na pię­trze rodziny. Kim mógł być ten drań?

- O to wła­śnie chcę was zapy­tać. Czy ktoś może żywić jakąś urazę do pana lub pań­skiej rodziny?

- Nie, nie. Broń Boże. Miesz­kamy w tej dziel­nicy od pięt­na­stu lat. Bianca tu się wycho­wała. Sirico's jest tu wro­śnięta w kra­jo­braz.

- A kon­ku­ren­cja?

- Znam wszyst­kich restau­ra­to­rów w oko­licy. Jeste­śmy w bar­dzo dobrych sto­sun­kach.

- Może więc jakiś dawny pra­cow­nik? Ktoś, kogo musiał pan uka­rać?

- Abso­lut­nie nie. Mogę przy­siąc.

- Czy z kimś pan, ktoś z pań­skiej rodziny lub pra­cow­ni­ków się pokłó­cił? Może któ­ryś z klien­tów?

Gib prze­cią­gnął dłońmi po twa­rzy, po czym dźwi­gnął się z krze­sła i pod­szedł do okna.

- Nie. Nikt taki nie przy­cho­dzi mi na myśl. Jeste­śmy loka­lem rodzin­nym. Od czasu do czasu mie­wamy jakieś skargi, ale nie da się tego unik­nąć. To jed­nak nie mogłoby nikogo skło­nić do pod­pa­le­nia.

- Może któ­ryś z pań­skich pra­cow­ni­ków miał jakąś sprzeczkę, nawet poza godzi­nami pracy. Pro­szę mi podać nazwi­ska per­so­nelu. Wszy­scy muszą zostać prze­słu­chani.

- Tato?

- Reeno, nie teraz. Sta­ra­li­śmy się być dobrymi sąsia­dami i pro­wa­dzi­li­śmy ten lokal tak samo jak rodzice Bianki. Musie­li­śmy go tro­chę zmo­der­ni­zo­wać, ale dusza sklepu nie ule­gła zmia­nie. - W gło­sie Gib­sona pobrzmie­wał smu­tek, przez który jed­nak prze­bi­jał gniew. - To solidne miej­sce. Wymaga cięż­kiej pracy, ale zapew­nia godziwe życie. Nie znam nikogo, kto mógłby to zro­bić nam i naszej piz­ze­rii.

- Przez cały ranek ury­wał się u nas tele­fon - wtrą­ciła Bianca, bo wła­śnie znów zadzwo­nił. - W naszym imie­niu roz­ma­wia naj­star­sza córka. Ludzie wyra­żają współ­czu­cie, ofe­rują pomoc. Chcą z nami sprzą­tać, przy­nieść nam jedze­nie, pro­po­nują pomoc w odbu­do­wie. Ja tutaj dora­sta­łam w Sirico's. Ludzie uwiel­biają Giba. Zwłasz­cza Giba. Trzeba strasz­nej nie­na­wi­ści, żeby zro­bić coś takiego. Nikt nie żywi tu do nas nie­na­wi­ści.

- Mnie nie­na­wi­dzi Joey Pasto­relli.

- Cata­rino! - Bianca prze­cią­gnęła zmę­czo­nym ruchem dłoni po twa­rzy córki. - Joey wcale cię nie nie­na­wi­dzi. Jest po pro­stu łobu­zem.

- Dla­czego twier­dzisz, że cię nie­na­wi­dzi? - chciał wie­dzieć John.

- Prze­wró­cił mnie na zie­mię, ude­rzył i podarł bluzkę. Jakoś tak mnie nazwał, ale nikt mi nie chce powie­dzieć, co to słowo zna­czy. Xan­der z kole­gami zauwa­żyli, co się dzieje, i pobie­gli na pomoc, a Joey uciekł.

- Joey to trudne dziecko - wtrą­cił Gib. - I to była próba... - Popa­trzył Joh­nowi w oczy i coś sobie prze­ka­zali, czego Reena nie rozu­miała. - To było iry­tu­jące. Powi­nien być przy­naj­mniej pod opieką psy­cho­loga. Ale ma prze­cież tylko dwa­na­ście lat. Nie sądzę, by dwu­na­sto­la­tek wła­mał się do sklepu i zro­bił to, o czym pan mówił.

- Nie­mniej warto się temu przyj­rzeć. Reeno, powie­dzia­łaś, że kiedy wyszłaś przed dom, usły­sza­łaś szcze­ka­nie psa Pasto­rel­lich.

- Myślę, że to ich pies. Jest tro­chę straszny i groź­nie szczeka. Zupeł­nie jak zdzie­ra­jący gar­dło kaszel.

- Gib, gdyby jakiś łobu­ziak potur­bo­wał mi córkę, zamie­nił­bym z nim kilka słów, a następ­nie udał­bym się do jego rodzi­ców.

- Tak wła­śnie zro­bi­łem. Byłem w pracy, gdy poja­wili się Reena, Xan­der i kil­koro innych dzieci. Reena pła­kała, a ona rzadko kiedy pła­cze. Od razu zro­zu­mia­łem, że ktoś ją skrzyw­dził. Miała podartą bluzkę. Kiedy opo­wie­działa, co się wyda­rzyło... aż się we mnie zago­to­wało. No i...

Powoli popa­trzył w stronę żony, z lek­kim stra­chem w oczach.

- O mój Boże, Bianco.

- I co zro­bi­łeś, Gib? - wró­cił do tematu John.

- Natych­miast posze­dłem do Pasto­rel­lich. Pete był aku­rat w pobliżu, więc udał się ze mną. Drzwi otwo­rzył Joe Pasto­relli. Pra­wie przez całe lato nie miał pracy. Wkro­czy­łem ostro.

Gib mocno zaci­snął oczy.

- Byłem wku­rzony i potwor­nie zde­ner­wo­wany. Prze­cież Reena jest małą dziew­czynką. Miała poszar­paną bluzkę i ska­le­czoną do krwi nogę. Oświad­czy­łem, że mam już ser­decz­nie dosyć jego roz­wy­drzo­nego synalka mole­stu­ją­cego moje dziecko i czas poło­żyć temu kres, że tym razem Joey posu­nął się za daleko i myślę o zawia­do­mie­niu poli­cji. Skoro on nie potrafi utrzy­mać w ryzach swego syna, z pew­no­ścią uczy­nią to stróże prawa. Zaczę­li­śmy na sie­bie krzy­czeć.

- Powie­dział, że jesteś pier­do­lo­nym dup­kiem, który pró­buje na siłę napra­wiać cały świat, choć powi­nien się zaj­mo­wać wła­snymi gów­nia­nymi inte­re­sami.

- Cata­rino! - wykrzyk­nęła ostro Bianca. - Ni­gdy wię­cej nie uży­waj w tym domu takich słów!

- Powta­rzam tylko jego słowa. Do raportu. Powie­dział też, że nasz tata wycho­wuje bandę zasmar­ka­nych, płacz­li­wych bacho­rów, które nie potra­fią się same obro­nić. Potem jesz­cze wię­cej prze­kli­nał, a ojciec odpo­wia­dał mu podob­nie.

- Nie pamię­tam dokład­nie, co powie­dzia­łem ani co on na to odrzekł. - Gib prze­cią­gnął pal­cem po grzbie­cie nosa. - Nie mam w gło­wie takiego magne­to­fonu jak Reena. Ale atmos­fera była gorąca i łatwo mogło dojść do ręko­czy­nów. I może by doszło, gdyby nie widok sto­ją­cych przed skle­pem dzieci. Nie chcia­łem wsz­czy­nać bija­tyki na ich oczach, tym bar­dziej że sam inter­we­nio­wa­łem w spra­wie pobi­cia mojej córki.

- Powie­dział też, że ktoś powi­nien dać ci lek­cję. Tobie i całej two­jej rodzi­nie - wtrą­ciła Reena. - I strasz­nie klął. A kiedy tata i Pete wycho­dzili, za ich ple­cami robił brzyd­kie gesty. Widzia­łam też Joeya, gdy sta­li­śmy przy pło­ną­cym skle­pie. Prze­słał mi paskudny, zło­śliwy uśmiech.

- Czy Pasto­relli ma wię­cej dzieci?

- Nie, tylko Joeya. - Gib przy­siadł na kra­wę­dzi fotela żony. - W zasa­dzie powinno się dziecku współ­czuć, bo stary Pasto­relli naj­wy­raź­niej jest dla niego bar­dzo bru­talny. Ale też ten chło­pak to okropny zbir. - Znów popa­trzył na Reenę. - Może jesz­cze gor­szy, niż się wszyst­kim wydaje.

- Jaki ojciec, taki syn - mruk­nęła Bianca. - Myślę, że on regu­lar­nie bije swoją żonę. Nie­raz widy­wa­łam siniaki na jej twa­rzy. Bie­daczka trzyma się z daleka od ludzi, więc nie znam jej zbyt dobrze. Miesz­kają tu chyba od dwóch lat, ale roz­ma­wiamy ze sobą bar­dzo rzadko. Kie­dyś, zaraz po tym, jak wyrzu­cili go z pracy, zja­wiła się u niego poli­cja. Wezwał ją sąsiad, który usły­szał dobie­ga­jące z domu Joego krzyki i płacz. Ale Laura, pani Pasto­relli, oświad­czyła, że nic złego się nie dzieje, a ona ude­rzyła się o drzwi.

- No to nie­zły z niego magik. Poli­cja będzie chciała go prze­słu­chać. Bar­dzo wam współ­czuję z powodu tego wszyst­kiego.

- Kiedy możemy tam wejść i zacząć sprzą­ta­nie?

- To jesz­cze tro­chę potrwa. Ekipa od pod­pa­leń musi zro­bić, co do niej należy. Kon­struk­cja budynku jest nie­na­ru­szona, a drzwi prze­ciw­po­ża­rowe nie dopu­ściły do roz­prze­strze­nie­nia się pożaru na pię­tro. Pogo­rze­li­sko musi także obej­rzeć wasza firma ubez­pie­cze­niowa. To wszystko zaj­mie sporo czasu, ale posta­ramy się, na ile to tylko będzie moż­liwe, sprawę przy­spie­szyć. Byłoby nam jed­nak o wiele trud­niej, gdyby nie to wasze Sokole Oko. - Wsta­jąc, puścił oko do Reeny. - Prze­pra­szam za kło­pot. Dopil­nuję, żeby infor­mo­wano was o wszyst­kim na bie­żąco.

- Czy pan tu jesz­cze wróci? - spy­tała Reena. - Miał mi pan poka­zać zawar­tość tej skrzynki z narzę­dziami i powie­dzieć, do czego one służą.

- Będę o tym pamię­tał. Naprawdę bar­dzo mi pomo­głaś.

Wycią­gnął do dziew­czynki rękę i po raz pierw­szy w jej oczach poja­wiła się nie­śmia­łość. Podała inspek­to­rowi dłoń, którą uści­snął.

- Dzię­kuję za lemo­niadę, pani Hale. Gib, czy możesz mnie odpro­wa­dzić do samo­chodu?

Razem wyszli z domu.

- Nie wiem, dla­czego od razu nie pomy­śla­łem o Pasto­rel­lim. Wła­ści­wie wciąż nie mie­ści mi się w gło­wie, że mógł się posu­nąć tak daleko. Jeśli w moim świe­cie ktoś cię tak mocno wku­rzy, dostaje pię­ścią.

- Bez­po­śred­nie podej­ście. Gdyby rze­czy­wi­ście był w to zamie­szany, praw­do­po­dob­nie chciał ude­rzyć w wasze życie: w jego fun­da­menty, w waszą tra­dy­cję, waszą pracę. On jest bez­ro­botny, ty masz piz­ze­rię. No, a teraz kto został bez pracy?

- Wielki Boże!

- Ty i twój pra­cow­nik sta­nę­li­ście z nim twa­rzą w twarz. Widziały to na wła­sne oczy twoje dzieci zgro­ma­dzone przed restau­ra­cją. Pew­nie też i sąsie­dzi.

Gib zamknął oczy.

- Tak. Tak. Powy­cho­dzili przed domy.

- A więc pod­pa­le­nie i znisz­cze­nie miej­sca two­jej pracy ma być dla cie­bie nauczką. Gdzie on mieszka?

- Tam, po pra­wej - wska­zał Gib. - Ten dom z zacią­gnię­tymi zasło­nami. Mamy dziś upalny dzień, więc zasła­nia okna. Sukin­syn.

- Powi­nie­neś teraz trzy­mać się od niego z daleka. Powstrzy­maj w sobie chęć kon­fron­ta­cji. Czy Pasto­relli ma samo­chód?

- Pół­cię­ża­rówkę. Sta­rego forda. Tego nie­bie­skiego.

- O któ­rej mniej wię­cej posze­dłeś do niego z Pete'em?

- Tak po dru­giej. Tłum na lunch już się u nas prze­wi­nął.

Gdy szli ulicą, kilka osób się zatrzy­mało, otwie­rały się nie­które drzwi lub poja­wiały się głowy w oknach i wołano Giba. W domu Pasto­rel­lego zasłony na­dal były zasu­nięte.

Przed piz­ze­rią zebrał się nie­wielki tłu­mek gapiów, więc John zatrzy­mał się, gdy byli jesz­cze na tyle daleko, że nikt ich nie sły­szał.

- Sąsie­dzi pew­nie chcą z tobą poga­dać, zadać parę pytań. Ale naj­le­piej nie wspo­mi­naj o tym, o czym roz­ma­wia­li­śmy.

- Nie wspo­mnę - odparł Gib i wes­tchnął głę­boko. - Cóż, myśla­łem tro­chę o odno­wie­niu lokalu. Myślę, że teraz będzie na to odpo­wiedni czas.

- Po uprząt­nię­ciu pogo­rze­li­ska stwier­dzisz duże szkody, wiele z nich wyrzą­dziła sama akcja pożar­ni­cza. Ale fun­da­menty i kon­struk­cja budynku zacho­wały się w sta­nie ide­al­nym. Daj nam jesz­cze kilka dni, a kiedy wszystko zro­bimy, przyjdę i oso­bi­ście cię tam wpro­wa­dzę. Gib, masz bar­dzo sym­pa­tyczną rodzinę.

- Dzięki. Jesz­cze nie wszyst­kich widzia­łeś, ale to prawda.

- Obser­wo­wa­łem was wszyst­kich ubie­głej nocy. - John wyjął klu­czyki od samo­chodu, cicho podzwa­niały mu w ręku. - Widzia­łem, jak twoje dzie­ciaki czę­sto­wały stra­ża­ków kanap­kami. Ludzie, któ­rzy w cięż­kich dla nich cza­sach potra­fią rów­nież myśleć o innych, są dobrzy. O, wła­śnie nad­jeż­dża ekipa od pod­pa­leń. - Poka­zał głową na par­ku­jący samo­chód. - Pójdę z nimi zamie­nić słowo - rzekł, wycią­ga­jąc rękę.

John pod­szedł do detek­ty­wów wycho­dzą­cych po obu stro­nach z samo­chodu, uśmie­cha­jąc się do nich sze­roko.

- Hej, Min­ger?

- Witam ponow­nie - odparł. - Coś mi się zdaje, że odwa­li­łem za was pra­wie całą robotę. - Wycią­gnął papie­rosa i zapa­lił go. - Lepiej od razu przejdźmy do szcze­gó­łów.

3

Nie trwało to nawet kilku dni. Następ­nego popo­łu­dnia przy­je­chała poli­cja i zabrała pana Pasto­rel­lego. Reena widziała to na wła­sne oczy, gdy wra­cała do domu w towa­rzy­stwie Giny Rivero, naj­bliż­szej przy­ja­ciółki od cza­sów dru­giej klasy.

Kiedy dotarły do rogu, na któ­rym znaj­do­wała się Sirico's, zatrzy­mały się. Poli­cja i straż ogniowa zablo­ko­wały przej­ście taśmami z napi­sami ostrze­gaw­czymi i usta­wiły meta­lowe bariery.

- Wygląda na taki opusz­czony - powie­działa cicho Reena.

Gina poło­żyła jej dłoń na ramie­niu.

- Mama powie­działa, że przed nie­dzielną mszą zapa­limy przy ołta­rzu wszyst­kie świece w inten­cji cie­bie i two­jej rodziny.

- To miło z waszej strony. Odwie­dził nas w domu ksiądz Bastillo. Mówił o sile, jaką należy się wyka­zać wobec prze­ciw­no­ści losu, i o tym, że wyroki boskie są nie­zba­dane.

- Bo są - przy­tak­nęła poboż­nie Gina, doty­ka­jąc krzy­żyka, który nosiła razem z meda­li­kiem.

- Moim zda­niem należy palić świece i modlić się, ale znacz­nie lepiej jest coś robić. Na przy­kład pro­wa­dzić śledz­two, zna­leźć sprawcę i poznać jego motywy oraz upew­nić się, że poniósł odpo­wied­nią karę. Jeśli będziesz tylko sie­dzieć i zano­sić modły, nie­wiele wskó­rasz.

- To bluź­nier­stwo - szep­nęła Gina i rozej­rzała się pospiesz­nie, czy Anioł Boży nie szy­kuje się już do ciosu.

Reena wzru­szyła ramio­nami. Nie rozu­miała, dla­czego otwarte wyra­ża­nie swo­ich myśli od razu musi być bluź­nier­stwem, ale fak­tycz­nie Frank, star­szy brat Giny, nie bez powodu nazy­wał ją ostat­nio Sio­strą Maryją.

- Inspek­tor Min­ger i dwóch detek­ty­wów przy­naj­mniej coś robią. Zadają pyta­nia, szu­kają dowo­dów. Przy­nosi to jakiś efekt. Trzeba podej­mo­wać takie dzia­ła­nia i cze­goś się dowie­dzieć. Żałuję, że nic nie zro­bi­łam, kiedy Joey Pasto­relli prze­wró­cił mnie na zie­mię i ude­rzył. Ale tak bar­dzo się bałam, że nie mogłam się nawet obro­nić.

- Jest więk­szy od cie­bie. - Gina wolną ręką objęła przy­ja­ciółkę w pasie. - I wredny. Frank uważa, że to głupi gno­jek i ktoś powi­nien sko­pać mu tyłek.

- Tyłek to chyba nie jest brzyd­kie słowo, można tak mówić. Zobacz, detek­tywi od pod­pa­leń.

Roz­po­znała zarówno męż­czyzn, jak i samo­chód. Ale teraz ubrani byli w gar­ni­tury z kra­wa­tami - jak biz­nes­meni. Gdy pra­co­wali na pogo­rze­li­sku wewnątrz Sirico's, mieli na sobie kom­bi­ne­zony i kaski.

Byli już u nich w domu i roz­ma­wiali z Reeną, podob­nie jak inspek­tor Min­ger. Ogar­nęła ją fala pod­nie­ce­nia i gorąca, gdy poli­cjanci wysie­dli z auta i ruszyli w stronę domu Pasto­rel­lich.

- Idą do domu Joeya.

- Roz­ma­wiali też z moim tatą. Poszedł popa­trzeć na zglisz­cza Sirico's i tam go zagad­nęli.

- Cicho, popatrz! - Teraz ona też objęła Ginę w pasie i cof­nęły się nieco za róg, gdy pani Pasto­relli otwo­rzyła funk­cjo­na­riu­szom drzwi.

- Nie chce wpu­ścić ich do środka.

- Dla­czego?

Zacho­wa­nie tajem­nicy wyma­gało wiel­kiej siły woli, ale Reena jedy­nie potrzą­snęła głową.

- Poka­zują jej jakiś papier.

- Wygląda na prze­stra­szoną, a oni wcho­dzą do domu.

- Pocze­kamy tu - oświad­czyła Reena. - Zoba­czymy, co się będzie działo. - Prze­szła kawa­łek w dół ulicy i usia­dła na kra­węż­niku mię­dzy dwoma zapar­ko­wa­nymi samo­cho­dami. - Tu jest dobre miej­sce.

- Ale mia­ły­śmy prze­cież wra­cać pro­sto do cie­bie do domu.

- Sytu­acja się zmie­niła. To ty pój­dziesz do nas i powiesz o wszyst­kim mojemu tacie. - Spoj­rzała na Ginę. - Musisz. Ja tu zacze­kam i popa­trzę.

Kiedy Gina pobie­gła chod­ni­kiem, Reena skie­ro­wała wzrok na zasłony w oknach, dziś rów­nież zacią­gnięte. Obser­wo­wała.

Zerwała się na nogi, gdy przy­szedł ojciec.

Gdy spoj­rzał córce w oczy, przede wszyst­kim przy­szła mu do głowy myśl, że to już nie dziecko na niego patrzy. Zoba­czył w nich chłód, surowy chłód, jaki można dostrzec tylko w oczach doro­słych.

- Pró­bo­wała ich nie wpu­ścić, ale oni poka­zali jakiś papier. Myślę, że był to nakaz aresz­to­wa­nia, taki jak w Poli­cjan­tach z Miami. Wtedy weszli.

Ojciec wziął ją za rękę.

- Powi­nie­nem ode­słać cię do domu. Nie masz nawet dwu­na­stu lat i nie powin­naś brać udziału w takich histo­riach.

- Ale nie ode­ślesz mnie.

- Nie ode­ślę. - Wes­tchnął. - Twoja mama robi wszystko na swój spo­sób. Jest głę­boko wie­rząca, ma tem­pe­ra­ment oraz cudowne serce i twardo stąpa po ziemi. Fran... też ma wiarę i serce. Wie­rzy, że ludzie są z natury dobrzy. To zna­czy, że bar­dziej natu­ralne jest być dobrym niż złym.

- To nie doty­czy wszyst­kich.

- Nie. Nie wszyst­kich. Bella... teraz jest dość skon­cen­tro­wana na sobie samej. To cho­dzące emo­cje i fakt, czy ludzie są dobrzy, czy źli, nie jest dla niej w tej chwili taki ważny - chyba że doty­czy to jej oso­bi­ście. Z pew­no­ścią w końcu to Belli przej­dzie, ale zawsze będzie się kie­ro­wała naj­pierw uczu­ciem, a dopiero póź­niej rozu­mem. A Xan­der ma naj­sło­necz­niej­szą naturę z was wszyst­kich. Szczę­śliwy dzie­ciak, który z nikim nie będzie się brał za łby.

- Przy­szedł mi z pomocą, kiedy na mnie napadł Joey. Zmu­sił go do ucieczki, a ma prze­cież tylko dzie­więć i pół roku.

- To też część jego natury. Zawsze pospie­szy z pomocą, zwłasz­cza kiedy kogoś krzyw­dzą.

- Bo jest taki jak ty.

- Miło mi to sły­szeć. A ty, mój skar­bie... - Pochy­lił się i poca­ło­wał jej palce. - Ty naj­bar­dziej przy­po­mi­nasz mamę. Ale masz w sobie coś wyjąt­ko­wego - naturę bada­cza. Zawsze roz­kła­da­łaś różne rze­czy na czę­ści, żeby spraw­dzić nie to, jak dzia­łają, ale jak do sie­bie pasują. Kiedy byłaś malutka, nie spo­sób było ci wytłu­ma­czyć, że tego lub tam­tego nie wolno ruszać. Musia­łaś wszyst­kiego dotknąć, poczuć, zoba­czyć, co się wyda­rzy. Ni­gdy nie wie­rzy­łaś na słowo. Musia­łaś wszystko spraw­dzić sama.

Oparła głowę na jego ramie­niu. Pano­wał oble­pia­jący, senny upał. Gdzieś z oddali dobiegł odgłos grzmotu... Reena zapra­gnęła mieć jakiś swój pry­watny, głę­boki i mroczny sekret, któ­rym mogłaby się podzie­lić z ojcem. Wie­działa, że w tym momen­cie powie­rzy­łaby mu naj­głęb­szą tajem­nicę.

W domu po dru­giej stro­nie ulicy otwo­rzyły się drzwi. Pan Pasto­relli został wypro­wa­dzony przez dwóch detek­ty­wów, trzy­ma­ją­cych go z obu stron. Miał na sobie dżinsy i biały, spło­wiały pod­ko­szu­lek. Głowę trzy­mał nisko, z zawsty­dze­niem, ale widziała dół jego twa­rzy i zaci­śnięte usta. Gniewa się - pomy­ślała.

Jeden z poli­cjan­tów niósł wielki, czer­wony kani­ster, a drugi dużą pla­sti­kową torbę.

Pani Pasto­relli gło­śno szlo­chała, sto­jąc w drzwiach domu. W ręku trzy­mała jaskra­wo­żółtą ścierkę, w którą cho­wała twarz.

Na nogach miała białe teni­sówki; w lewym bucie roz­wią­zało jej się sznu­ro­wa­dło.

Z oko­licz­nych domów znów powy­cho­dzili ludzie i patrzyli. Stary pan Falco sie­dział na schod­kach w czer­wo­nych szor­tach. Jego kości­ste, białe łydki były pra­wie nie­wi­doczne na tle śnież­no­bia­łego kamie­nia. Pani DiSa­lvo przy­sta­nęła na chod­niku, trzy­ma­jąc za rękę swego małego synka Chri­sto­phera. Dzie­ciak jadł lody wino­gro­nowe na patyku, które lśniły pur­pu­rowo. W ostrym sło­necz­nym bla­sku wszystko jawiło się w żywych kolo­rach.

Pano­wała taka cisza, że do uszu Reeny docie­rał chra­pliwy oddech pani Pasto­relli mię­dzy jed­nym a dru­gim szlo­chem.

Jeden z detek­ty­wów otwo­rzył tylne drzwi samo­chodu, a drugi, chwy­ta­jąc pana Pasto­rel­lego za głowę, wepchnął go do środka. Kani­ster - teraz dopiero Reena spo­strze­gła, że to pojem­nik na ben­zynę - oraz zie­loną pla­sti­kową torbę wrzu­cili do bagaż­nika.

Ciem­no­włosy detek­tyw z kil­ku­dnio­wym zaro­stem, przy­po­mi­na­jący Sony'ego Croc­ketta, powie­dział coś do swego kom­pana i prze­szedł na drugą stronę ulicy.

- Panie Hale?

- Tak, detek­ty­wie Umbe­rio.

- Aresz­to­wa­li­śmy Pasto­rel­lego pod zarzu­tem pod­pa­le­nia. Zabie­ramy go do aresztu i zabez­pie­czamy pewne dowody.

- Przy­znał się do winy?

Umbe­rio się uśmiech­nął.

- Jesz­cze nie, ale to tylko kwe­stia czasu. Mamy nie­zbite dowody. Zawia­do­mimy pana. - Popa­trzył za sie­bie, w stronę, gdzie w progu domu sie­działa pani Pasto­relli i zawo­dziła w żółtą ścierkę. - Ma sińce pod oczami, a jesz­cze za nim ryczy. Ludzie bywają dziwni.

Zasa­lu­to­wał dwoma pal­cami do czoła i wró­cił przez jezd­nię do samo­chodu. Gdy odjeż­dżali od kra­węż­nika, z domu wybiegł Joey.

Ubrany był jak jego ojciec w dżinsy i koszulkę - rów­nie spraną i posza­rzałą. Bie­gnąc za odjeż­dża­ją­cym samo­cho­dem, wykrzy­ki­wał obrzy­dliwe słowa. Z lekko ści­śnię­tym ser­cem Reena dostrze­gła łzy w oczach chło­paka. Biegł za radio­wo­zem, pła­cząc za swoim ojcem i zaci­ska­jąc pię­ści.

- Wra­cajmy, dzie­cinko - mruk­nął Gib.

Reena szła do domu z ojcem za rękę. Wciąż jesz­cze sły­szała roz­pacz­liwe krzyki bie­gną­cego za swoim ojcem Joeya.

Wieść roze­szła się w oka­mgnie­niu. Była rów­nie szybka jak ogień gna­jący na oślep przez roz­grzaną upa­łem dziel­nicę. Głę­bo­kie obu­rze­nie, niczym bomba zapa­la­jąca, roz­no­siło pło­mie­nie po całym sąsiedz­twie. Pło­mień ten wdzie­rał się do miesz­kań, domów, skle­pów, gra­so­wał na uli­cach i w par­kach.

Zasłony w oknach domu Pasto­rel­lich pozo­stały szczel­nie zacią­gnięte, jakby ten cienki mate­riał sta­no­wił tar­czę ochronną.

Reenie wyda­wało się, że drzwi jej domu ani na chwilę się nie zamy­kały. Nad­cią­gały całe pro­ce­sje sąsia­dów z naczy­niami jedze­nia. Przy­cho­dzili z pocie­chą i wspar­ciem oraz z coraz to nowymi plot­kami.

Czy wie­cie, że nie było go stać nawet na kau­cję?

Ona nie cho­dzi na nie­dzielne msze.

Ben­zynę sprze­dał mu Mike ze sta­cji Sunoco!

Mój kuzyn, praw­nik, twier­dzi, że mogą mu posta­wić zarzut usi­ło­wa­nia mor­der­stwa.

Wszyst­kim tym plot­kom i spe­ku­la­cjom naj­czę­ściej towa­rzy­szyły słowa: Wie­dzia­łem, wie­dzia­łam, że to nie­bez­pieczny czło­wiek.

Wró­cili Poppi i Nuni. Przy­je­chali swym win­ne­bago aż z Bar Har­bor w sta­nie Maine. Zatrzy­mali się na pod­jeź­dzie u wuja Sala w Bel Air, gdyż był on naj­star­szy i miał naj­więk­szy dom.

Wujo­wie, kilku kuzy­nów i ciotki gro­mad­nie udali się do Sirico's. Wyglą­dało to jak parada, tylko że bez kostiu­mów i muzyki. Wyszło rów­nież kilku sąsia­dów, ale ci przez sza­cu­nek trzy­mali się w spo­rej odle­gło­ści.

Poppi był stary, ale zdrowy i krzepki; tak wła­śnie okre­ślała go więk­szość ludzi. Miał gęstą, siwą czu­prynę, takie same wąsy, wydatny brzuch i masywne sze­ro­kie ramiona. Nosił koszulki gol­fowe z wize­run­kiem ali­ga­tora na kie­szon­kach. Tego dnia wło­żył czer­woną.

Sto­jąca obok niego Nuni wyglą­dała na bar­dzo drobną. Oczy skry­wała za sło­necz­nymi oku­la­rami.

Dużo roz­ma­wiano - po wło­sku i po angiel­sku. W tym pierw­szym języku naj­wię­cej roz­pra­wiał wuj Sal. Mama twier­dziła, że sam uważa się bar­dziej za Wło­cha niż mani­cotti.

Reena dostrze­gła wuja Larry'ego - kto chciał się z nim podraż­nić, nazy­wał go Lorenzo - gdy pod­szedł do mamy i poło­żył jej rękę na ramie­niu, a ona nakryła jego dłoń swoją. Wuj Larry był naj­spo­koj­niej­szym, a jed­no­cze­śnie naj­młod­szym z rodzeń­stwa.

Wuj Gio wciąż patrzył w stronę zasło­nię­tych kota­rami okien domu Pasto­rel­lich. Był on w gorą­cej wodzie kąpany. Reena sły­szała, jak mru­czy po wło­sku coś, co brzmiało jak prze­kleń­stwa. A może groźby? Ale wuj Paul - Paolo - krę­cił tylko głową. On z kolei był zawsze bar­dzo poważny.

Poppi bar­dzo długo się nie odzy­wał i Reena zasta­na­wiała się, o czym myślał. Czy wspo­mi­nał czasy, kiedy jego wło­sów nie pokryła jesz­cze biel, a brzuch nie był taki pokaźny, i gdy razem z Nuni robili pizzę, a pierw­szego, samo­dziel­nie zaro­bio­nego dolara opra­wili w ramki?

A może roz­pa­mię­ty­wał chwile, kiedy jesz­cze przed naro­dze­niem Bianki miesz­kali na pię­terku nad piz­ze­rią, albo jak pew­nego razu do ich lokalu przy­szedł posi­lić się sam bur­mistrz Bal­ti­more. Albo jak wuj Larry zbił szklankę i roz­ciął sobie dłoń, a dok­tor Tri­vani prze­rwał jedze­nie bakła­żana z par­me­za­nem, żeby zabrać go do swo­jego gabi­netu na końcu ulicy, gdzie zało­żył mu szwy.

Poppi i Nuni czę­sto wspo­mi­nali dawne czasy. Reena uwiel­biała słu­chać tych opo­wie­ści, choć wiele z nich znała już pra­wie na pamięć. Więc pew­nie i teraz roz­pa­mię­ty­wał spę­dzone tu szczę­śliwe chwile.

Prze­śli­znęła się przez tłum kuzy­nów i cio­tek, pode­szła do Pop­piego i wsu­nęła rękę w jego dłoń.

- Tak mi przy­kro, dzia­dziu - szep­nęła.

Lekko ści­snął pal­cami jej drobne paluszki i ku zdu­mie­niu dziew­czynki ener­gicz­nie odsu­nął jedną z meta­lo­wych zapór. Serce biło Reenie jak mło­tem, gdy popro­wa­dził ją po schod­kach. Sto­jąc przed taśmą, dostrze­gła zwę­glone, czarne drewno, a na pod­ło­dze kałuże brud­nej wody. Sie­dze­nie jed­nego z wyso­kich krze­seł sto­piło się w dzi­waczny kształt. Wszę­dzie widziała ślady wypa­leń, a pod­łoga, tam gdzie cał­kiem nie spło­nęła, pełna była wybrzu­szeń.

Ze zdu­mie­niem zauwa­żyła wbitą w ścianę, niczym wystrze­loną z armaty, puszkę po aero­zolu. Ani śladu po ślicz­nych kolo­rach, żad­nych bute­lek ze świe­cami i spły­wa­ją­cym po ich ścian­kach woskiem, żad­nych obra­zów nary­so­wa­nych ręką matki.

- Cata­rino, widzę tu duchy prze­szło­ści. Dobre duchy. Ogień nie prze­raża duchów. Gib­son? - Odwró­cił się i ujrzał ojca Reeny wcho­dzą­cego przez lukę w zapo­rze. - Jesteś ubez­pie­czony?

- Tak. Już tu byli i oglą­dali. Nie będzie z tym żad­nego pro­blemu.

- Czy prze­zna­czysz pie­nią­dze z odszko­do­wa­nia na odbu­dowę?

- Oczy­wi­ście. Może już jutro będziemy mogli wejść do środka.

- Od czego chcesz zacząć?

Wuj Sal otwo­rzył usta, żeby coś powie­dzieć. On zawsze miał na wszystko dobrą radę. Ale Poppi uniósł palec. Zda­niem matki Reeny tylko on był w sta­nie zamknąć usta bratu.

- Sirico's należy do Gib­sona i Bianki. To oni zade­cy­dują, co należy zro­bić i jak. W czym może wam pomóc rodzina?

- Bianca i ja jeste­śmy wła­ści­cie­lami Sirico's, ale cie­bie uwa­żamy za korzeń, z któ­rego ona wyro­sła. Potrze­buję two­jej rady.

Reena widziała, jak uśmiech roz­ja­śnia twarz dziadka, unosi jego gęste, siwe wąsy, odpę­dza z oczu wyraz smutku.

- Jesteś moim ulu­bio­nym zię­ciem - stwier­dził.

Powie­dziaw­szy ów tra­dy­cyjny, rodzinny żart, zszedł ze schod­ków z powro­tem na chod­nik.

- Wra­cajmy do domu. Tam poroz­ma­wiamy - zwró­cił się do wszyst­kich.

Gdy wra­cali znów całą gro­madą do domu, Reena zauwa­żyła, że zasłony w oknach domu Pasto­rel­lich się poru­szyły.

"Roz­mowa" to bar­dzo deli­katne słowo na okre­śle­nie spo­tka­nia całej rodziny w jed­nym miej­scu. Nale­żało przy­go­to­wać ogromne ilo­ści jedze­nia i wyzna­czyć star­sze dzieci do opieki nad młod­szymi. Dopro­wa­dziło to do sprze­czek i jaw­nych wojen. W zależ­no­ści od nastroju stro­fo­wano naj­młod­szych człon­ków rodziny lub obra­cano wszystko w żart.

Dom prze­peł­niał zapach czosnku i bazy­lii świeżo nacię­tej przez Biancę w przy­ku­chen­nym ogródku. Pano­wał gwar.

Kiedy Poppi oświad­czył Reenie, że ma się udać razem z doro­słymi na rodzinną naradę do jadalni, poczuła w brzu­chu łasko­ta­nie.

Do stołu dosu­nięto wszyst­kie dodat­kowe blaty, ale wciąż jesz­cze był za mały dla wszyst­kich. Więk­szość dzieci ulo­ko­wano pod gołym nie­bem, roz­sta­wia­jąc dla nich skła­dane sto­liki i roz­ście­la­jąc na tra­wie koce. Kobiety dyżu­ro­wały przy tej trzódce. Ale Reena została w jadalni razem z męż­czy­znami, matką i ciotką Meg, która była bar­dzo zdolną praw­niczką.

Poppi oso­bi­ście się­gnął do wiel­kiej misy i nało­żył na talerz Reeny por­cję maka­ronu.

- A więc ten chło­piec, ten Joey Pasto­relli, ude­rzył cię.

- Wal­nął mnie w brzuch, prze­wró­cił na zie­mię i znów ude­rzył.

Poppi zaczął groź­nie sapać - a nos miał tak wielki, że dźwięk ten przy­po­mi­nał wyda­wany przez noz­drza byka przed ata­kiem.

- Żyjemy w cza­sach, gdy męż­czyźni i kobiety mają równe prawa - stwier­dził. - Ale ni­gdy nie jest rze­czą wła­ściwą, żeby męż­czyźni bili kobiety lub chłopcy dziew­czynki. Ale... czy uczy­ni­łaś lub powie­dzia­łaś coś takiego, że tam­ten chło­piec miał powód, aby cię ude­rzyć?

- Zawsze trzy­mam się od niego jak naj­da­lej, bo on wsz­czyna bójki w szkole i na podwórku. Raz wycią­gnął nóż kie­szon­kowy i oświad­czył, że dźgnie Johnny'ego O'Harę, ponie­waż jest on tępym Irland­czy­kiem. Sio­stra ode­brała mu nóż i zapro­wa­dziła do matki prze­ło­żo­nej. On... on cza­sem tak na mnie patrzy, że aż mi się brzuch zaci­ska.

- A co robi­łaś tego dnia, kiedy cię pobił?

- Bawi­łam się z Giną na szkol­nym boisku. Kopa­ły­śmy do sie­bie piłkę. Ale było strasz­nie gorąco, więc Gina pobie­gła do domu zapy­tać matkę, czy da jej tro­chę pie­nię­dzy na lody. Ja mia­łam osiem­dzie­siąt osiem cen­tów, ale to było za mało na dwie por­cje. Wtedy on pod­szedł do mnie i powie­dział, że muszę z nim pójść, bo ma mi coś do poka­za­nia. Ale ja nie mia­łam zamiaru ni­gdzie z nim cho­dzić, więc odmó­wi­łam. Powie­dzia­łam, że cze­kam na Ginę. Twarz miał czer­woną, jakby wła­śnie bie­gał. Wpadł w szał, zła­pał mnie za ramię i pocią­gnął. Wyrwa­łam ramię z jego uści­sku i oświad­czy­łam, że ni­gdzie z nim nie idę. Wtedy ude­rzył mnie w brzuch. I nazwał mnie sło­wem, które ozna­cza...

Urwała i zer­k­nęła z zakło­po­ta­niem w stronę swych rodzi­ców.

- Spraw­dzi­łam to w słow­niku - powie­działa.

- A jak­żeby ina­czej - burk­nęła Bianca i mach­nęła ręką z rezy­gna­cją. - Nazwał ją głu­pią cipą. To obrzy­dliwe słowo, Cata­rino. Nie będziemy go ni­gdy wię­cej wyma­wiać w tym domu.

- Dobrze, mamo.

- Z pomocą pospie­szył Xan­der - cią­gnął Poppi. - Przy­biegł dla­tego, że jest twoim bra­tem i wie, iż należy bro­nić wszyst­kich, któ­rzy są w potrze­bie. Potem twój ojciec uczy­nił to, co powi­nien, i nie­zwłocz­nie poszedł poroz­ma­wiać z ojcem tego chłopca. Ale ten czło­wiek nie oka­zał się wcale męż­czy­zną i nie sta­nął na wyso­ko­ści zada­nia. Nie zro­bił tego, co powi­nien. W tchórz­liwy spo­sób skrzyw­dził two­jego ojca i nas wszyst­kich. Czy była w tym jaka­kol­wiek twoja wina?

- Nie, Poppi. Może zawi­ni­łam tylko tym, że bałam się z nim wal­czyć. Następ­nym razem będę bar­dziej odważna.

Zaśmiał się pół­gęb­kiem.

- Lepiej naucz się ucie­kać - pora­dził. - Dopiero kiedy nie będziesz miała drogi ucieczki, broń się. No dobrze. - Oparł się na krze­śle i się­gnął po wide­lec. - Oto moja rada. Salva­tore, twój szwa­gier, han­dluje mate­ria­łami budow­la­nymi. Gdy już będzie wia­domo, co nam potrzeba, zała­twi to wszystko z dużym raba­tem. Gio, kuzyn twej żony, jest hydrau­li­kiem, prawda?

- Już z nim roz­ma­wia­łem. Dosta­niemy, czego tylko będziemy potrze­bo­wali.

- A ty, Mag, dowiedz się w fir­mie ubez­pie­cze­nio­wej, jakie jesz­cze musimy poko­nać prze­szkody, żeby jak naj­szyb­ciej otrzy­mać czek.

- Z naj­więk­szą chę­cią. Chcia­ła­bym też przej­rzeć polisę, spraw­dzić, co możemy jesz­cze w niej zmie­nić lub popra­wić na przy­szłość. No i jesz­cze sprawa ban­dyc­kiego ataku na... - Popa­trzyła na Reenę, uno­sząc brwi - ...tę tu osobę. Jeśli odbę­dzie się roz­prawa sądowa, dziew­czynka z całą pew­no­ścią zosta­nie prze­słu­chana. Sądzę jed­nak, że do tego nie doj­dzie. Już to zba­da­łam. Zazwy­czaj sprawy o pod­pa­le­nie są trudne do udo­wod­nie­nia, ale wszystko wska­zuje na to, że w tym przy­padku śledz­two jest już zamknięte.

Mówiąc to, nawi­nęła na wide­lec maka­ron i od czasu do czasu pogry­zała.

- Ekipa śled­cza była wyjąt­kowo sprawna, a pod­pa­lacz bar­dzo głupi. Pro­ku­ra­tor przy­pusz­cza, iż sam się przy­zna do winy, żeby unik­nąć oskar­że­nia o usi­ło­wa­nie mor­der­stwa. Mają nie­pod­wa­żalne dowody, a w dodatku oskar­żony był już wcze­śniej dwu­krot­nie prze­słu­chi­wany w spra­wach poża­rów.

Mag nabrała kolejną por­cję maka­ronu, a nad sto­łem roz­le­gły się inne głosy. Po chwili cią­gnęła dalej:

- Na początku lata został zwol­niony z pracy, gdzie był mecha­ni­kiem. Kilka dni póź­niej, nocą, w garażu wybuchł podej­rzany pożar. Straty były mini­malne, bo inny pra­cow­nik pla­no­wał tam wła­śnie schadzkę ze swoją dziew­czyną. Roz­ma­wiali z ludźmi, rów­nież i z Pasto­rel­lim, ale nie mogli udo­wod­nić pod­pa­le­nia. Parę lat temu pokłó­cił się z bra­tową w dys­tryk­cie Kolum­bii. Jego brat miał sklep z arty­ku­łami elek­trycz­nymi. Ktoś mu wrzu­cił przez okno kok­tajl Moło­towa. Pewna...

Tu popa­trzyła zna­cząco w stronę Reeny.

- Pewna pięk­ność nocy widziała odjeż­dża­jący peł­nym gazem spod sklepu samo­chód. Zapa­mię­tała nawet czę­ściowo numery reje­stra­cyjne. Ale żona Pasto­rel­lego przy­się­gała, że jej mąż całą noc spę­dził w domu, i osta­tecz­nie jej słowo prze­wa­żyło.

Mag się­gnęła po swój kie­li­szek wina.

- Teraz sko­ja­rzą ze sobą te wszyst­kie sprawy, no i przy­gwoż­dżą go.

- Gdyby wtedy pro­wa­dzili sprawę inspek­tor Min­ger i nasi detek­tywi, wcze­śniej by go zatrzy­mali.

Mag posłała uśmiech Reenie.

- Moż­liwe. Ale już jest zatrzy­many.

- Lorenzo? - wtrą­cił Poppi.

- Możesz na mnie liczyć w każ­dej chwili. - odparł. - Mam dobrego kum­pla, który zaj­muje się kła­dze­niem pod­łóg. Zrobi to za bar­dzo przy­stępną cenę.

- A ja mam wywrotki i robot­ni­ków. Wszystko to jest do two­jej dys­po­zy­cji - wtrą­cił Paul. - Szwa­gier mojego przy­ja­ciela ma hur­tow­nię z arty­ku­łami restau­ra­cyj­nymi. Dosta­niesz dużą zniżkę.

- Dzięki temu wszyst­kiemu i pomocy sąsia­dów możemy więk­szość pie­nię­dzy prze­zna­czyć na waka­cje z Biancą i dziećmi na Hawa­jach.

Ojciec Reeny oczy­wi­ście żar­to­wał, ale głos mu lekko drżał. Reena wie­działa, że był wzru­szony.

Kiedy już wszystko zje­dzono lub scho­wano, kuch­nię posprzą­tano, a wujo­wie, ciotki i kuzyni ruszyli do wyj­ścia, Gib wziął butelkę piwa i wyszedł z nią na fron­towe schody. Musiał wszystko jesz­cze raz prze­tra­wić, a to naj­le­piej mu szło przy zim­nym peroni.

Rodzina, tak jak się spo­dzie­wał, sta­nęła na wyso­ko­ści zada­nia. Ze strony wła­snych rodzi­ców nie ocze­ki­wał niczego wię­cej niż zdaw­ko­wego "och, to okropne", jakim wszystko skwi­to­wali. Tak to już było.

Myślał o tym, że przez dwa lata miesz­kał w pobliżu czło­wieka, który zała­twiał swoje oso­bi­ste pro­blemy przez pod­kła­da­nie ognia. O czło­wieku, który rów­nie łatwo mógł rów­nież spa­lić jego dom.

O czło­wieku, któ­rego dwu­na­sto­letni syn bru­tal­nie zaata­ko­wał... Boże wielki, a może on zamie­rzał zgwał­cić?... jego naj­młod­szą córkę.

Na tę myśl poczuł się okrop­nie. Przy­szło mu do głowy, że jest za bar­dzo ufny w sto­sunku do innych ludzi, zbyt miękki i nad wyraz chęt­nie się ze wszyst­kimi dzieli.

Powi­nien chro­nić swoją żonę i czworo dzieci, a w chwili próby oka­zał się cał­kiem bez­radny.

Pocią­gnął z butelki łyk peroni, a w tej samej chwili przy kra­węż­niku zatrzy­mał się samo­chód Johna Min­gera.

Inspek­tor miał na sobie spodnie khaki, pod­ko­szu­lek i stare jak świat, wyso­kie teni­sówki.

Wysiadł z auta i prze­szedł przez cią­gnący się przed domem chod­nik.

- Gib?

- John?

- Masz dla mnie chwilę?

- Oczy­wi­ście. Napi­jesz się piwa?

- Nie powiem: nie.

- Sia­daj. - Gib pokle­pał scho­dek obok sie­bie, a potem wstał i wszedł do domu. Po chwili wró­cił z napo­czę­tym sze­ścio­pa­kiem.

- Miły wie­czór. - John prze­chy­lił butelkę. - Tro­chę chłod­niej.

- Fakt. Ale powie­dział­bym, że tem­pe­ra­tura osią­gnęła zale­d­wie piąty poziom pie­kła, a nie sam jego śro­dek.

- Aż tak ciężki dzień?

- Nie... aż tak strasz­nie nie było. - Pochy­lił się do tyłu i oparł łokieć o wyż­szy sto­pień. - Odwie­dziła nas dzi­siaj rodzina żony. Nie mogłem patrzeć, jak jej matka i ojciec to oglą­dali. - Wska­zał brodą na Sirico's. - Ale znie­śli wszystko dziel­nie. Co wię­cej, są gotowi zaka­sać rękawy i włą­czyć się do odbu­dowy. Mając tylu pomoc­ni­ków, mógł­bym spo­koj­nie sobie tutaj sie­dzieć i nie kiw­nąć pal­cem, a wszystko by mi napra­wili i lokal za mie­siąc byłby czynny.

- A więc czu­jesz, że ponio­słeś klę­skę. On chciał, żebyś tak się wła­śnie czuł.

- Pasto­relli? - Gib uniósł butelkę w toa­ście. - Pie­przona misja zakoń­czona. Jego dzie­ciak prze­śla­do­wał moją córkę, pod­niósł na nią rękę. I o tym wła­śnie teraz myślę, że... Jezu Prze­naj­święt­szy... że zamie­rzał zgwał­cić moją małą córeczkę.

- Nie zro­bił tego. Ma tylko parę zadra­pań i siniaki, a nie ma sensu mar­twić się o to, co mogło się zda­rzyć.

- Ale trzeba ich prze­cież strzec. To moje zada­nie. Moja naj­star­sza poszła na randkę. Nie powiem, miły chło­pak i jesz­cze nic poważ­nego. A jed­nak boję się o nią.

John pocią­gnął powoli duży łyk piwa.

- Gib, czło­wie­kowi pokroju Pasto­rel­lego zależy na tym, aby wzbu­dzić w tobie strach. Wtedy czuje się ważny.

- I żebym ni­gdy nie zapo­mniał, prawda? Już samo to spra­wia, że jest cho­ler­nie dowar­to­ścio­wany. Ale, co tam! - Gib wypro­sto­wał się i prze­cią­gnął dło­nią po wło­sach. - Roz­czu­lam się nad sobą i to wszystko. Mam całą rodzinę, krew­nych goto­wych przyjść mi z pomocą. Mogę liczyć na wszyst­kich sąsia­dów. Muszę się tylko z tego otrzą­snąć.

- Wyj­dziesz z tego. To ci na pewno pomoże. Wpa­dłem tu z infor­ma­cją, że możesz już wejść do środka i zacząć odbu­dowę lokalu. Prze­sta­niesz już myśleć o Pasto­rel­lim.

- Tak, to prawda, naj­le­piej będzie już zacząć coś robić.

- Gib, a jego już nie ma. Muszę ci powie­dzieć, że nie­wiele spraw o pod­pa­le­nie koń­czy się wię­zie­niem, ale jego zła­pa­li­śmy. Ten sukin­syn ukrył buty i ubra­nie w szo­pie. Wszystko śmier­działo ben­zyną, którą kupił nie­da­leko stąd od swo­jego zna­jomka, wła­ści­ciela sta­cji ben­zy­no­wej Sunoco. Był też łom zawi­nięty w ubra­nie, dzięki któ­remu zapewne wła­mał się do lokalu. Oka­zał się też na tyle głupi, że poczę­sto­wał się piwem z two­jej lodówki, zanim pod­pa­lił budy­nek. Wypił jedną butelkę w środku. Zna­leź­li­śmy na niej odci­ski pal­ców Pasto­rel­lego.

Trzy­mał butelkę peroni tak, że w jej szkle zalśniło sło­neczne świa­tło.

- Ludzie sądzą, że ogień nisz­czy wszystko, a on potrafi nie­ocze­ki­wa­nie coś zosta­wić. Na przy­kład tę butelkę buda. Wła­mał się do two­jej kasy i zabrał drobne pie­nią­dze. Mia­łeś też inne w ban­ko­wej koper­cie, którą przy nim zna­leź­li­śmy. Odci­ski jego pal­ców znaj­do­wały się rów­nież w szu­fla­dzie oraz w kuchen­nej lodówce. To wystar­czyło, żeby obrońca z urzędu poszedł na ugodę.

- Więc nie będzie roz­prawy?

- Tylko ogło­sze­nie wyroku. Powi­nie­neś być z tego zado­wo­lony. Spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość. Wiele osób trak­tuje pod­pa­le­nie jako zwy­kłe prze­stęp­stwo prze­ciw cudzemu mie­niu. Prze­ciwko budyn­kowi. Ale tak nie jest. Sam naj­le­piej o tym wiesz. Dotyka ono ludzi, któ­rzy tracą swój dom lub swoją firmę. Na ich oczach pło­nie doro­bek życia, widzą, jak ogień nisz­czy ich pamiątki. To, co Pasto­relli zro­bił tobie i twoim bli­skim, było zło­śliwe i nik­czemne, czy­sto oso­bi­ste. Teraz za to płaci.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki