Błękitnokrwiści 7. Bramy raju - Melissa de Cruz la

Kup ebooka

29.00 zł
23.49 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

JEDENSchuyler

Fajerwerki eksplodowały w oszałamiającej kaskadzie kolorów i dźwięków, tworząc tęczę nad londyńskimi kamienicami, podczas gdy tłum na Victoria Embankment wiwatował radośnie na powitanie nowego roku. Schuyler Van Alen podziwiała wspaniały widok z balkonu domu w Primrose Hill. Diabelski młyn, zwany London Eye, lśnił srebrem i jasnym fioletem na tle nocnego nieba, obramowany migoczącymi błękitnymi światłami, rozwieszonymi na drzewach na obrzeżu parku.

- Już prawie północ - powiedział Oliver Hazard-Perry, który pojawił się właśnie z dwoma kieliszkami szampana i z uśmiechem wręczył jeden z nich Schuyler. Miał na sobie wyprasowany czarny smoking z lśniącymi srebrnymi spinkami przy mankietach. Schuyler była zaskoczona jego dojrzałością i męskością - powagą w ruchach, świeżo nabytą pewnością siebie widoczną nawet w sposobie chodzenia. Szarobrązowe włosy zaczesał do tyłu, a wokół orzechowych oczu pojawiło się kilka drobnych zmarszczek.

Londyńskie dziewczęta nie mogły się na niego napatrzeć - jego komórka stale wibrowała od SMS-ów z zaproszeniami na drinka do klubu Loulou's albo na kolejną imprezę w barze Harry's. Oliver opowiedział jej wszystko o nowojorskim romansie z czarownicą, która uleczyła mu serce i uwolniła jego krew od tęsknoty, jaką odczuwał, gdy był familiantem Schuyler. Obecnie z powrotem stał się po prostu jej zausznikiem i najlepszym przyjacielem jeszcze z czasów dzieciństwa.

- Zdrowie - powiedziała, biorąc szampan i trącając jego kieliszek. Zgodziła się przyjść na to przyjęcie, chociaż nie miała na nie nastroju. Czarna aksamitna sukienka doskonale do niej pasowała, ale kiedy Schuyler wkładała ją tego wieczoru, nie mogła powstrzymać myśli, że wygląda jak w żałobie. Sukienka była bez rękawów, z głębokim dekoltem, zaś ciemny materiał podkreślał ostre linie obojczyków - dziewczyna wiedziała, że jej ramiona są żałośnie szczupłe. Na palcu lewej dłoni miała obrączkę ślubną, a poza tym jedyną jej ozdobę stanowiła srebrna bransoletka, którą Oliver podarował jej w prezencie urodzinowym wiele lat temu.

Przyjaciel przyjrzał się jej uważnie.

- Wyglądasz prześlicznie i tragicznie, tak jak powinna wyglądać bohaterka w przeddzień bitwy. Jak Joanna d'Arc w srebrnej zbroi.

- Miło to słyszeć, ale nie czuję się szczególnie bohatersko.

- Schuyler bawiła się kosmykami nowej fryzury, krótko ostrzyżonych włosów z grzywką. - Szampan powinien trochę pomóc.

- Uśmiechnęła się, chociaż przeszył ją dziwny chłód, nie z powodu zimnego wiatru, ale z powodu niewyjaśnialnego, nieodpartego wrażenia, że ktoś ją obserwuje. Poczuła się nagle odsłonięta i bezbronna, jednak nie powiedziała o tym Oliverowi. Nie chciała, żeby się martwił jeszcze bardziej niż dotychczas. Mimo wszystko nie opuszczało jej uczucie, że jest obserwowana. Że ktoś patrzy na nią i czeka.

Stłumiła niepokój i w przyjacielskim milczeniu oglądała wraz z Oliverem rozbłyski fajerwerków i wirujący diabelski młyn. Mieszkali w Londynie od miesięcy, ale nie mieli jeszcze okazji odwiedzić żadnego z miejsc uczęszczanych przez turystów. Nie przyjechali tutaj, żeby się bawić - chociaż w towarzystwie Kingsleya Martina zabawa nigdy nie była całkowicie wykluczona z planu dnia.

- Tutaj jesteście! - zawołał Kingsley, dołączając do nich wraz z rozbawioną grupką gości. Impreza była jego pomysłem - postanowił zaprosić tych, którzy pozostali z Londyńskiego Zgromadzenia, i urządzić ostatni bal, zanim wszystko się skończy. Był w świetnym humorze, olśniewająco przystojny w czarnym krawacie, który rozluźnił się i zwisał nieporządnie przy kołnierzu. To Kingsleyowi zawdzięczali stroje wieczorowe i starego szampana, ponieważ domagał się, żeby powitać Nowy Rok z klasą.

Kingsley i jego towarzysze nosili szpiczaste czapeczki i dmuchali w różnokolorowe trąbki, z których wyskakiwały języki z krepiny. Podał Schuyler zimne ognie, którymi pomachała z balkonu, uśmiechając się do Olivera, kiedy iskry leciały w nocne niebo. Zaczęło się odliczanie, więc dołączyli do venatorów, skandujących:

- Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem... trzy, dwa, jeden...

Nastąpił ogłuszający hałas, gdy orkiestra zaczęła grać V symfonię Beethovena, a fajerwerki eksplodowały z hukiem wystrzałów armatnich.

- Szczęśliwego Nowego Roku - wyszeptał Oliver.

- WIWAT, WIWAT, WIWAT! - wrzasnął Kingsley, obdarzył ich wylewnymi pijackimi pocałunkami w policzek i ciepłym barytonem zaintonował ze swoim wesołym towarzystwem jakąś podniosłą piosenkę.

Schuyler i Oliver skwitowali jego wygłupy uśmiechem rozbawienia. Przez ostatnie kilka miesięcy oboje pełnili rolę strażników, rodziców i powierników venatora, a chociaż Schuyler cieszyła się, widząc go w tak wyśmienitym nastroju, Kingsley potrafił być lekkomyślny, a ona martwiła się o niego.

- Szczęśliwego Nowego Roku, Ollie - pocałowała przyjaciela w policzek. Przypomniała sobie spędzane z nim dawniej sylwestry, kiedy oglądali w telewizji fetę na Times Square, ponieważ nigdy nie byli zapraszani na huczne imprezy, z których urządzania słynęli ich koledzy z liceum Duchesne. Dawno, dawno temu Schuyler tęskniła za naprawdę wielkim balem - partnerem na wieczór, kimś, kogo mogłaby pocałować o północy, okazją do założenia ślicznej sukienki i oczekiwania nadejścia roku, który spędzi w ramionach ukochanego chłopca. Czule ścisnęła rękę Olivera, chociaż jej serce rwało się do prawdziwej miłości.

Minęło kilka miesięcy, od chwili, gdy pożegnała się z Jackiem Force'em na egipskiej pustyni. Miała wrażenie, że działo się to nie tylko w innej strefie klimatycznej, ale także w innym życiu. Obiecała mu, że będzie dalej działać, aby wypełnić swoje zadanie, swoją misję - że zapomni o miłości na rzecz obowiązku. Przypomniała sobie ostatnią noc spędzoną razem z nim, to, jak trzymał ją w ramionach, jak tulili się do siebie, skóra przy skórze, oddech przy oddechu, nie chcąc się rozłączać nawet na moment. Co się stało z Jackiem? Czy w ogóle jeszcze żył? Czy Mimi go zabiła? Sky nie wiedziała, nie miała jak się dowiedzieć. Żadne z bliźniaków Force od miesięcy nie dawało znaku życia, a odkąd Zgromadzenia poszły w rozsypkę, a wampiry zaczęły się ukrywać, nie było żadnych nowych wieści.

- Jestem pewien, że Jack żyje. - Oliver jak zwykle czytał w jej myślach.

Nie odpowiedziała, upiła jeszcze łyk z kieliszka.

- Tak samo jak Mimi. Nie przypuszczam, żeby którekolwiek z nich było zdolne do zabicia drugiego. Nie wyobrażam sobie tego - dodał.

Sky pomyślała, że gdyby Jack nie żył, wiedziałaby o tym. Skądś by o tym wiedziała, prawda? Poczułaby to. Obecnie czuła tylko odrętwienie, jakby odcięto jej kończynę, jakby jej serce było tak zmęczone niepokojem i żalem, że nie miało już sił na nadzieję. Za trudno było jej myśleć o Jacku i o tym, co ich łączyło: obietnica, więź, radość, miłość na wieki, która powinna przetrwać w książkach... Ale czy miłość była tylko cierpieniem? Ból na myśl o Jacku rozpraszał ją i odrywał od pracy. Musiała przestać o nim myśleć, musiała zapomnieć, żeby skoncentrować się na swoim zadaniu. Lucyfer przestawiał figury na szachownicy i szykował się do zakończenia tej partii. Na szali ważyło się przetrwanie wampirów, a walka o Niebo i Ziemię zaczynała się i kończyła na niej, na Schuyler.

- Wiem, że Jack nigdy by jej nie skrzywdził i mam nadzieję, że nie mylisz się co do Mimi - odparła.

- Wiem, że się nie mylę - powiedział Oliver lojalnie.

Od miesięcy bronił Mimi - Schuyler nie była w takim stopniu jak on przekonana, że jej rywalka naprawdę się zmieniła. Mimi była dawniej zdeterminowana, żeby zemścić się i zniszczyć Jacka, ale Oliver twierdził, że teraz jej uczucia się odmieniły. Schuyler nie miała pewności, na ile powinna wierzyć w to, że Kingsley zastąpił Jacka w sercu Mimi Force. Poza tym Kingsley nigdy nie wspominał o Mimi i tym, co mogło ich łączyć. Zgodnie ze słowami Olivera, Mimi oddała duszę, żeby wydostać ukochanego ze świata podziemnego - co było jeszcze bardziej niepokojące. Jeśli Mimi straciła te resztki duszy, jakie mogła posiadać, to co się stanie z Jackiem?

Kingsley był z pewnością znacznie bardziej wyciszony niż Sky go zapamiętała - dzień po dniu zakopywał się w stosach książek z Repozytorium. W świecie podziemnym krążyły pogłoski, że demony odkryły broń potężniejszą niż niebiański biały ogień - ale jeśli coś takiego istniało, venator nie odkrył jeszcze, co to takiego i niepokoiło go, że błękitnokrwiści nie wiedzą nic o złowrogich planach Księcia Ciemności. Z pewnością jednak Kingsley nie zachowywał się, jakby miał złamane serce - flirtował, każdego wieczoru wychodził gdzieś z nową dziewczyną uczepioną jego ramienia, pił i imprezował w szalonych rajdach po wszystkich nocnych klubach, barach i pubach w mieście.

Poza Kingsleyem, Oliverem i nieliczną załogą skromnie żyjących venatorów ich mieszkanie - kryjówka venatorów - było wiecznie pełne dziewcząt. Początkowo Schuyler bawił ten kawalerski tryb życia, stanowiący całkowity kontrast z cichym domkiem, w którym ona i Jack mieszkali jako nowożeńcy w Aleksandrii. W końcu jednak zaczęła się wyczerpywać jej cierpliwość do kolejnych brytyjskich ślicznotek paradujących po ich mieszkaniu. Łazienka śmierdziała perfumami, na kuchennym blacie zawsze stały kieliszki ze śladami szminki, a pewnego razu Schuyler wyciągnęła spod poduszek na kanapie koronkowe majteczki.

Schuyler opróżniła kieliszek, a Kingsley natychmiast pojawił się obok niej z wielką butelką Bollingera. Podniosła rękę w geście protestu, ale nic to nie dało - napełnił kieliszek aż po brzegi, tak że zaczęły z niego wyskakiwać bąbelki.

- Bingo, Archie, Gig i reszta chłopaków planują przelecieć się na golasa przez tłum nad Tamizą. Wchodzicie w to? - zapytał Kingsley, w którego niebieskich oczach lśniły psotne iskierki.

- W taką pogodę? - wzdrygnął się Oliver.

- No dalej, stary, będzie super! - namawiał Kingsley.

Oliver zawahał się. Spojrzał na Schuyler, która potrząsnęła głową.

- Zostaniesz tu na trochę? - zapytał.

- Jasne, ale ty idź z nimi. Kingsley ma rację, to będzie świetna zabawa. - Schuyler uśmiechnęła się do nich, kiedy dołączyli do radosnej grupki, rozbierającej się przy drzwiach frontowych.

Od kiedy we trójkę znaleźli się w tym mieście, zdołali sporo osiągnąć, między innymi odnaleźć fizyczną lokalizację Bramy

Obietnicy - tym sekretem z nikim się nie podzielili. Kingsley, znajdujący się najwyżej spośród nich w hierarchii (Schuyler nie zdobyła jeszcze własnej pozycji w błękitnokrwistej społeczności), rozesłał wici do pozostałych Zgromadzeń, wzywając ich członków, by przybyli do Londynu i oczekiwali na rozkazy. Pomału wampiry zaczęły wracać do miasta. Część z nich przyszła tego wieczora na imprezę, ale byli niespokojni i podejrzliwi, a w ich rozmowach przewijało się przekonanie, że powinni wracać pod ziemię. Nie mieli pojęcia, na co czekają, a Schuyler nie była jeszcze gotowa, żeby im to powiedzieć. Kingsley przestrzegł ją przed rozgłaszaniem, co wiedzieli o planach Lucyfera - obawiał się, że kryje się wśród nich więcej zdrajców.

Brama Obietnicy powstała w najświetniejszym okresie cesarstwa rzymskiego, kiedy zostały odkryte Ścieżki Umarłych i założono Zakon Siedmiorga. Allegra Van Alen, której prawdziwe imię brzmiało Gabriela, stwierdziła, że Brama Obietnicy jest podwójna: jedna ścieżka prowadziła do świata podziemnego, zaś druga, ukryta, wiodła z powrotem do utraconego Raju. Charles Force, archanioł Michał, podejrzewał istnienie tej drogi i dlatego rozkazał, by ścieżki były strzeżone zamiast po prostu zniszczone.

Co więc takiego wydarzyło się w Rzymie? Dlaczego Gabriela zataiła swoje odkrycie przed Michałem? To musiało mieć miejsce podczas kryzysu w Rzymie, kiedy błękitnokrwiści odkryli, że srebrnokrwiści ukrywają się wśród nich. Kaligula został zdemaskowany jako Lucyfer, zaś archanioł Michał pokonał go i odesłał do świata podziemnego. Uważano, że srebrnokrwiści zostali zniszczeni, ale w rzeczywistości przetrwali w ukryciu i przez wieki stanowili zagrożenie dla błękitnokrwistych, polując na młodych aż do obecnych chaotycznych czasów. Zwycięstwo Michała w najlepszym razie okazało się chwilowe.

Córka Gabrieli przyniesie nam ocalenie. Poprowadzi Upadłych z powrotem do Raju. Jej dziadek, Lawrence Van Alen, zawsze w to wierzył, a Schuyler w głębi serca przyznawała mu rację - wiedziała, że to ona ma klucz. Pozostawał tylko jeden problem: nie miała pojęcia, co to tak naprawdę oznacza. Brama była niewzruszona, solidna jak drzwi sejfu i odporna na wszelkie zaklęcia i inkantacje, jakich próbowała Schuyler. Starała się ją poruszyć od miesięcy - bezskutecznie. Czas uciekał, Książę Ciemności zamierzał zniszczyć bramę i zbierał siły do bitwy, w której chciał odzyskać utracony tron. Srebrnokrwiści w każdej chwili mogli zaatakować i na nowo wzniecić rebelię, tak samo jak dawno temu.

Gdzie jest moje miejsce w tym wszystkim? Jak mam wypełnić swoje przeznaczenie?

Schuyler wciąż jeszcze zastanawiała się nad tymi pytaniami, kiedy chłopcy wrócili z zarumienionymi z zimna policzkami i w różnych stadiach negliżu. Kingsley był w spodniach od smokingu i obnażony do pasa, a jego szeroka pierś unosiła się w ciężkim oddechu, kiedy wyciągnął się na kanapie. Oliver szczerzył zęby w uśmiechu i trzymał butelkę whisky, ubrany w same bokserki.

- Nie złapali was? Myślałam, że gliny są dzisiaj wszędzie. - Sky usiadła z drugiej strony i zaplotła ręce, czując się trochę jak nauczycielka karcąca niegrzecznych uczniów. - A gdzie reszta?

- Na afterparty w Notting Hill - odparł Oliver i rzucił butelkę Kingsleyowi, który złapał ją i pociągnął łyk.

- Niezły pokaz - powiedział do Olivera. - Nie myślałem, że dotrzymasz nam kroku.

Oliver uśmiechnął się i napiął mięśnie mocnych ramion. Długotrwałe ćwiczenia w świecie podziemnym nie poszły na marne.

- Starość cię dopada, dziadku...

- Ale mamy dobre wieści, nie? - przypomniał sobie Kingsley. - Powiedz jej.

- Co takiego? - Schuyler była przygotowana na relację z nowego podboju któregoś z nich.

- Kiedy biegliśmy po nabrzeżu, wpadliśmy na kogoś - uśmiechnął się Oliver.

- Na kogo?

- Na Lucasa Mendriona, emerytowanego oficera venatorów. On... no, rozpoznał Kingsleya.

- Tatuaż venatora - wyjaśnił ze złośliwym uśmieszkiem Kingsley. - Niewidoczny dla ludzkiego oka.

Oliver zignorował go.

- Okazało się, że nie wiedział, że w mieście są jeszcze jakieś wampiry, myślał, że wszyscy zeszli pod ziemię. Nie dotarły do niego wiadomości wysłane przez Kingsleya, a kiedy zaczęliśmy gadać, okazało się, że w Rzymie był jednym z obrońców Gabrieli.

- Co to znaczy?

- Dokładnie to, co słyszysz. Był venatorem przydzielonym jako jej ochroniarz - wyjaśnił Oliver.

- I co dalej? - Schuyler pochyliła się do przodu.

- Powiedział, że ma ci coś ważnego do przekazania - uśmiechnął się Kingsley. - To dotyczy dziedzictwa twojej matki.

- Myślisz, że to może dotyczyć pozostałej trójki Odźwiernych? - spytała Schuyler. Uważała, że jeśli ktokolwiek wie coś, co mogłoby im pomóc w rozwiązaniu zagadki Bramy Obietnicy, to byłby to ktoś z pozostałych przy życiu członków Zakonu. Troje z nich - Onbazjusz, Pantaliusz i Oktylla - żyło nadal, ale nie wiadomo było, gdzie się znajdują.

- Możliwe. Powiedział, że to nie jest bezpieczne miejsce na taką rozmowę, więc spotka się z nami tutaj. Jutro, to znaczy dziś wieczorem. - Oliver spojrzał na zegar, który pokazywał wpół do czwartej nad ranem. - W końcu do czegoś dochodzimy. - Szturchnął Kingsleya w ramię i obaj popatrzyli na Schuyler jak wierne szczeniaki czekające na nagrodę.

Było tak, jak zwykł mówić Jack - wystarczy im jedna wskazówka, jedno światełko w ciemności to dość, żeby wszystko wyjaśnić. Jack... gdyby tylko był z nią teraz... ale Schuyler nie mogła nieustannie rozpamiętywać jego nieobecności. Przysięgła sobie, że będzie szła do przodu. Znowu pojawiło się to uczucie - dziwne wrażenie, że nie jest sama, ale zignorowała je. Zaczynała po prostu popadać w paranoję.

Dlatego odwzajemniła uśmiechy przyjaciół, szczęśliwa, że mogli zasłużyć na pochwałę.

- Zapowiada się naprawdę szczęśliwy Nowy Rok.

PIĘĆSchuyler

Dom w Primrose Hill był większy od typowych londyńskich domów mieszkalnych, z zakrzywioną fasadą ozdobioną kilkoma balkonami na wysokości pierwszego piętra, sufitem w holu wznoszącym się na wysokość trzech pięter, elegancką jadalnią zdolną pomieścić dwadzieścia osób, kuchnią w stylu industrialnym, ośmioma sypialniami, dużym tarasem oraz kilkoma gabinetami na poddaszu. Po rozwiązaniu Zgromadzenia był utrzymywany w idealnym stanie przez pozostałych na miejscu venatorów i ich zauszników. Schuyler musiała przyznać, że jest wdzięczna losowi za wygody tego domu, francuskie mydło i grube ręczniki, które wydawały się jej luksusem po miesiącach spędzonych w maleńkim, obskurnym pokoiku hotelowym w Egipcie.

Chociaż służba miała się pojawić lada moment, Schuyler spędziła ranek, sprzątając po zeszłonocnej imprezie - pozbierała z podłogi niedopałki papierosów, wstawiła kieliszki po szampanie do zmywarki, wytrzepała poduszki i odkurzyła meble. Pozwoliło jej to przynajmniej do pewnego stopnia rozładować nerwową energię - ostatnimi czasy niewiele spała, a myśl o tym, że zbliżają się do odkrycia prawdy o Bramie Obietnicy, sprawiła, że tej nocy nie zmrużyła oka.

Oliver pojawił się w jadalni w porze lunchu, nadal w piżamie, rozczochrany, zaspany i ziewający. Kucharz podał kanapki z serem i marynowanymi warzywami oraz - jako ustępstwo na rzecz ich amerykańskich gustów - miski czipsów i wodę w butelkach. Oliver nałożył jedzenie na talerz i usiadł przy długim stole naprzeciwko Schuyler.

- Właśnie się dowiedziałam, że ten dom należał do rodziny Wardów, zanim pięćdziesiąt lat temu przekazali go venatorom - oznajmiła Schuyler. - Może dlatego czujemy się tutaj tak dobrze... jakby Dylan wciąż był z nami.

Może ta wyczuwana nieustannie w pobliżu obecność oznaczała, że ich dawny przyjaciel czuwa nad nimi? Ale dlaczego w takim razie Schuyler wyczuwała taką obojętność? Jakby to coś lub ktoś oceniało ją i starało się odkryć jej pragnienia.

Oliver skinął głową.

- Jestem pewien, że w jakiś sposób nad nami czuwa... gdziekolwiek jest.

Schuyler była wdzięczna Oliverowi za tę wiarę. Od przybycia do Anglii pozwalała sobie na odczuwanie jedynie ponurej, zaciętej determinacji, by wypełnić plan swojej matki. Nie chciała pozwolić sobie na nadzieję - ale zrozumiała, że bez tego nie będzie miała sił, by iść do przodu. Musiała mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że zdoła nie tylko ochronić bramę, ale także poprowadzić wampiry z powrotem do Raju, że Bliss przybędzie wraz z wilkami i że w końcu - nawet jeśli nie wiedziała jak - ona i Jack będą razem. Inaczej jaki sens miałoby to wszystko? Brak nadziei był równoznaczny z brakiem woli życia. Równie dobrze mogłaby wrzucić obrączkę ślubną do Tamizy.

- Masz rację, nie jesteśmy sami w tej walce - powiedziała do Olivera. - Damy z siebie wszystko - dodała i sięgnęła przez stół, by uścisnąć jego rękę.

Dokładnie w tym momencie wszedł Kingsley, zobaczył ich splecione dłonie i rzucił im pytające spojrzenie. Zażenowana Schuyler szybko cofnęła rękę - Kingsley miał czasem talent do insynuowania nieprawdziwych rzeczy.

- Są jakieś pączki? - zapytał Kingsley, przyglądając się bufetowi. Oliver miał rację, kiedy twierdził, że venator żywi się chyba wyłącznie cukrem i kawą.

- Zaraz sprawdzę, może coś się znajdzie - odparła Sky. - Na pewno jest kawa, dopiero co zaparzyłam w dzbanku.

W ciągu dnia jakoś tak wyszło, że nieformalne spotkanie z dowódcą venatorów przerodziło się w elegancki proszony obiad. Schuyler poleciła służbie, żeby nakryto stół misternie wyszywanymi obrusami, które znalazła w szafie w korytarzu. Może sprawił to przepych domu, ale poddała się temu samemu impulsowi, który zaledwie dzień wcześniej nakazał Kingsleyowi wyprawienie szpanerskiego sylwestra - pragnieniu, by żyć odpowiednio do otoczenia i celebrować wspaniałą przeszłość ich Zgromadzenia. Schuyler pamiętała ostatnie przyjęcie hrabiny w Hôtel Lambert - dzisiejszy wieczór był kolejnym wysiłkiem uczczenia tego, co zostało z dawnej świetności, zanim przeminie ona całkowicie. Sky zastanawiała się, co się stanie z domem w Primrose Hill. Czy zostanie sprzedany na pokrycie długów Zgromadzenia? Czy może popadnie w ruinę, kiedy w końcu wampiry go opuszczą?

- Co to jest? - zapytała Kingsleya, przeszukując kuchenne kredensy w poszukiwaniu eleganckiej porcelany. Podniosła biały talerz i pokazała ledwie widoczny symbol na jego odwrocie.

- Znak venatorów - uśmiechnął się Kingsley i pociągnął łyk z ósmego kubka kawy. - Mam taki sam na... - wyszczerzył zęby i pociągnął pasek dżinsów, jakby zamierzał się przed nią obnażyć.

- Chcesz zobaczyć?

- NIE! - krzyknęła Schuyler. Wieczny żartowniś Kingsley wytatuował sobie venatorski znak w pobliżu okolic intymnych.

- Zgodnie z tradycją serwis venatorski jest używany tylko wtedy, gdy w mieście przebywa Regis.

- Nie ma już Regisa - przypomniał Oliver, który wszedł do kuchni, żeby dolać sobie kawy. Robił się od niej uzależniony w takim samym stopniu jak Kingsley. - Charles zaginął po tym, jak srebrnokrwiści zaatakowali w Paryżu.

- Wiem - wzruszył ramionami Kingsley.

- Nie ma Regisa, nie ma Zgromadzenia, nie ma zasad - zdecydowała Schuyler i poleciła pokojówkom, żeby wzięły ten serwis zamiast kompletu Blue Italian z fabryki Spode.

- Co zamierzasz podać? Świetnie pachnie - Kingsley podszedł do garnków na kuchence. - Cały dom jest pełen tego zapachu, czuć go aż na poddaszu.

Schuyler wygładziła lniane serwetki, tak żeby znak venatorów był ułożony w odpowiednią stronę.

- To coś, czego nauczyłam się w Aleksandrii. Lokalny przysmak.

- Czyli kebab? - zapytał. - Ale myślałem, że robi się go z pieczonego mięsa?

- Zobaczysz - uśmiechnęła się Schuyler. - Szykuj się, nasz gość niedługo się pojawi. Nauczyłam się jednej rzeczy o Anglikach: nigdy się nie spóźniają.

Zgodnie z przewidywaniami Schuyler dzwonek zabrzmiał punktualnie o siódmej. Pokojówka otwarła drzwi i kilka minut później dowódca venatorów wszedł do biblioteki, gdzie Schuyler, Kingsley i Oliver popijali koktajle.

Lucas Mendrion był podobnie jak Kingsley w nieokreślonym wieku, co stanowiło cechę charakterystyczną Odwiecznych. Trudno powiedzieć, czy wyglądał na osiemnaście, czy na czterdzieści lat. Nie był przystojny, miał garbaty i nieco zbyt szpiczasty nos, a także przenikliwe i sceptyczne spojrzenie, ale promieniowała od niego uspokajająca pewność siebie. Schuyler pomyślała, że sprawia wrażenie człowieka, któremu można powierzyć swoje życie i sekrety - rozumiała, czemu został wybrany przez Allegrę. Ubierał się w klasyczną czerń venatorów.

- Schuyler Van Alen - przedstawiła się, wyciągając rękę. - Dziękuję, że zechciał się pan z nami spotkać, venatorze Mendrion.

Uścisnął mocno jej dłoń.

- Córka Allegry - powiedział, przyglądając się jej uważnie.

- Masz rysy matki, ale nie jej oczy...

- Podobno odziedziczyłam je po ojcu - uśmiechnęła się Schuyler.

- Nie znałem twojego ojca. Był czerwonokrwistym, nieprawdaż? - Mendrion uniósł brwi. - To niezwykle niestosowne, ale to już przeszłość. Widziałem twoją matkę w obecnym wcieleniu. Odwiedziła mnie raz, zanim zniknęła.

- Jaka była? - zapytała Schuyler. Tak mało wiedziała o Allegrze, że chętnie słuchała nawet najmniejszych strzępków wspomnień o matce.

- Zupełnie taka sama jak w Rzymie - oznajmił Mendrion. - Żywiołowa, nieustępliwa i błyskotliwa. Była... naszą królową.

Schuyler skinęła głową.

- Przepraszam, zapomniałam się. To jest mój zausznik, Oliver Hazard-Perry. Zna pan już zapewne venatora Martina.

Oliver i Kingsley wstali i uścisnęli rękę mężczyzny. Kingsley nalał wszystkim drinki.

- A więc może zaczniemy od razu? - zaproponował Mendrion. - Bardzo dziękuję za zaproszenie na obiad, ale obawiam się, że nie mamy czasu na towarzyskie pogawędki. Martin powiedział, że jesteś tutaj, by wypełnić dziedzictwo Allegry.

Schuyler skinęła głową.

- Podobno wie pan o misji mojej rodziny i o Zakonie Siedmiorga.

- Ci z nas, którzy nie zostali powołani na członków Zakonu, służyli mu w inny sposób - wyjaśnił Mendrion. - Gabriela poprosiła mnie, bym czuwał nad bezpieczeństwem tego miasta od czasów jego założenia. - Pociągnął łyk ze szklanki. - Jak zapewne wiecie, wszystkie Bramy Piekieł są obecnie atakowane, chociaż do tej pory Londyn miał szczęście i uniknął gniewu Księcia Ciemności.

- Wie pan może, gdzie są pozostali Odźwierni? Pantaliusz, Onbazjusz, Oktylla? - zapytał Oliver.

Venator przytaknął.

- Owszem. Wysłaliśmy wszystkich pozostałych na służbie venatorów do wzmocnienia ochrony bram, ale wróg ma przewagę liczebną. Odźwierni będą się bronić do końca, ale w końcu ulegną. Bramy zostaną zniszczone, to tylko kwestia czasu. Nefilimowie chodzą już po Ziemi, a ich liczba i wpływy wśród czerwonokrwistych stale wzrastają. Będą siać wojnę, zarazy i rozpacz.

Schuyler widziała, że Oliver i Kingsley wyglądają tak samo nieswojo, jak sama się czuła. Defetystyczne słowa venatora brzmiały tak, jakby bitwa została już stoczona i przegrana.

- Odesłał pan wszystkich venatorów? - upewniła się rozczarowana Schuyler. Zrozumiała, dlaczego w Londynie pozostało tak niewielu wampirów i dlaczego Kingsley miał takie trudności ze sformowaniem oddziału.

- Tak. Dlatego tutaj jestem. - Odkaszlnął. - Chciałem was ponaglić, żebyście niezwłocznie poszli za moim przykładem i rozpoczęli przygotowania do zejścia pod ziemię.

- Słucham? - zapytała zaskoczona Schuyler.

- Wampirom zagraża wojna, Croatanie powstali. Nie jesteście tu bezpieczni. Szczególnie ty, Schuyler Van Alen, ponieważ jesteś córką Gabrieli.

- Nigdzie się nie wybieram! Kingsley powiedział, że pan może nam pomóc! - Schuyler spojrzała na drugiego venatora, który patrzył na nią beznamiętnie.

- Staram się wam pomóc - podkreślił Mendrion.

- Zostawiając miasto bez obrony? Porzucając swój posterunek? Otrzymał pan zadanie chronienia tego Zgromadzenia! Chronienia miasta, w którym znajduje się Brama Obietnicy - wie pan, dokąd prowadzi ta ścieżka? Co jest za bramą i jaka jest jej prawdziwa natura? - Błękitne oczy Schuyler płonęły gniewem i oburzeniem.

- To zbyt niebezpieczna wiedza - wyszeptał Mendrion.

- Złożył pan przysięgę! Mojej matce! Gabrieli!

- Strzegłem tego miasta tak długo, jak mogłem. Finansowałem Zgromadzenie, szkoliłem venatorów, wspierałem Regisa, dopóki to było możliwe. Ale skoro Michał zaginął, a Gabriela odeszła... nie ma już dla nas nadziei. Kiedy rozpoznałem Martina jako jednego z naszych, a on powiedział mi, że tu jesteś, zgodziłem się z tobą spotkać, żeby cię ostrzec i poprosić, abyś się ukryła. Tylko tyle mogę zrobić.

Schuyler była rozgniewana i wściekła na stojącego przed nią tchórzliwego venatora. Pozbawione wieku oblicze zadrżało i przez moment zobaczyła liczącego setki lat staruszka, niedołężnego, słabego i przestraszonego. To był smutny widok. Jej babka Cordelia miała rację - ich krew osłabła, niewiele pozostało z dawnej odwagi i świetności, skoro nawet venatorzy okazywali się tchórzami.

Kingsley powiedział głośno to, co myślała.

- Czyli nie może pan nic dla nas zrobić. Nic, poza doradzeniem nam, żebyśmy się wycofali i porzucili nasze obowiązki? - zapytał z krzywym uśmiechem.

- Venatorze Mendrion, nie może pan opuścić Londynu. Ataki na Bramy Piekieł mają tylko odwrócić naszą uwagę i czynią to niezwykle skutecznie - oznajmiła Schuyler. - Lucyfer chce, żeby wampiry zajęły się czym innym. Nie obchodzą go nefilimowie, a jedynie Brama Obietnicy, która prowadzi do.

Lucas Mendrion uniósł rękę, przerywając jej.

- Powiedziałem już, że nie chcę tego wiedzieć.

DWAMimi

Co śpiewasz? - zapytał szeptem Jack.

Mimi spojrzała na niego zaskoczona - nie zauważyła, że nuci na głos. Zaczęła śpiewać:

Leaving on a midnight train to Georgia... - Jej cichy, miękki głos rozbrzmiewał w pustym przedziale. Z rozkazu ich pana znajdowali się w pociągu jadącym z dziewiątego kręgu Piekła z powrotem do punktu kontrolnego na rozdrożu, z powrotem do ich świata. Tym razem nie siedziała - tak jak podczas poprzedniej podróży - w brudnym wagonie metra, tylko w przedziale pierwszej klasy, z rozkładanymi siedzeniami i usługującymi im na życzenie trollami. Na tym polegała różnica między ucieczką z Piekła a dobrowolnym opuszczeniem go za zgodą władcy.

Bought a oneway ticket to the life he once knew - zanucił Jack, a jego głos uzupełniał się z jej głosem. Kiedy skończyli piosenkę, wymienili smutne uśmiechy, takie same aż po dołeczki na policzkach. To zupełnie jakby patrzeć w lustro - pomyślała

Mimi, spoglądając na brata bliźniaka. Jak mogła go kiedykolwiek nienawidzić? Jack był częścią niej od zawsze. Nie wiedziała, jak mogłaby przetrwać te długie lata w świecie podziemnym, gdyby nie miała go przy sobie. Czas na dole płynął inaczej: zdawała sobie z tego sprawę, ale mimo wszystko życie bez rytmu dobowego okazało się strasznie dezorientujące. Nie było dni ani nocy, tylko teraźniejszość bez końca. Mimi nie miała pojęcia, jak długo przebywali poza światem ludzi.

Po raz kolejny wybrali sobie niełatwe zadanie - byli aniołami ciemności walczącymi w tajemnicy po stronie Światła, ukrywającymi lepszą stronę swojej natury, by uwolnić się od siebie nawzajem.

Mimi wyjęła z torebki ozdobioną klejnotami puderniczkę i przypudrowała nosek, podziwiając odbicie w lusterku. Była Potężną Azrael, Aniołem Apokalipsy i najpiękniejszą dziewczyną w świecie podziemnym. Nawet Książę Ciemności - ten stary szczur - dawał do zrozumienia, że gdyby kiedyś znudził się jej Abbadon, nie miałby nic przeciwko nawiązaniu z nią nieco bliższej znajomości. Na ironię zakrawało to, że jej legendarna uroda nie wystarczyła, by zatrzymać jej bliźniaka.

Nie, ona nigdy nie wystarczała Abbadonowi i dlatego właśnie teraz dzielili ten ciężar. Dawniej kochała go bardziej niż on kiedykolwiek kochał ją i wciąż bolało ją, że została odtrącona. Jednakże teraz ten ból przypominał raczej ukłucie komara lub ukąszenie pchły - był błahy, w najlepszym razie irytujący, stanowił zaledwie niewidoczne pęknięcie na niewzruszonej twierdzy. Przeżyła już tyle z Jackiem - pamiętała jego uwielbienie dla

Gabrieli, to, jak porzucił swoich współbraci dla tej Obrz. Nie, nie mogła jej tak już nazywać. Dla Schuyler. Proszę. Samo wypowiedzenie w myślach tego imienia sprawiało Mimi przykrość, nawet jeśli nie były już rywalkami. Schuyler odniosła całkowite zwycięstwo, chociaż to nie miało znaczenia.

Za późno, by roztrząsać to, co mogłoby się stać. Poświęciła się obecnemu zadaniu i zamierzała doprowadzić je do końca. Wyjrzała przez okno - krajobraz składał się z monotonnych szarych skał, rozświetlanych jedynie rozgrzanym do czerwoności żarem czarnego ognia. Miała wrażenie, że upłynęły całe wieki od chwili, gdy po raz ostatni czuła na twarzy promienie słońca, chociaż Jack zapewniał ją, że służą Lucyferowi zaledwie od kilku miesięcy, a na powierzchnię dotrą na tydzień przed końcem roku.

Myślisz, że je znajdziemy? - wysłała do Jacka pytanie.

Mam nadzieję, że nie.

Przestań - ostrzegła, zaniepokojona jego nonszalancją. - Mogą cię usłyszeć.

Nie mogą nas usłyszeć, Mimi, mówiłem ci. Nie kiedy rozmawiamy w ten sposób. Więź pozwala nam przynajmniej na tyle prywatności.

Był jej bliźniakiem, zrodzonym z tej samej mrocznej gwiazdy. Byli złączeni od zawsze więzią przypieczętowaną krwią i ogniem.

To właśnie ta więź sprawiła, że stali się niewolnikami Księcia Ciemności - przez jej trwałość wylądowali na służbie w Piekle. Prawnicy specjalizujący się w rozwodach mogliby się uczyć od Lucyfera. Mimi jednocześnie czuła odrazę i rozbawienie. Czy to było tego warte? Prowadzili niebezpieczną grę, a gdyby Lucyfer nabrał podejrzeń, że go okłamują... Wzdrygnęła się na myśl o konsekwencjach. Trzymał ich dusze jako zastaw i gdyby się nie sprawdzili, zapłaciliby najwyższą cenę.

Czyj to właściwie był pomysł? Mimi pamiętała, jak niewiele brakowało jej do zniszczenia Jacka, jak unosiła miecz w górę, gotowa dokonać zemsty. Mogła go zabić. Bycie dobrą okazało się okropnie męczące, a samopoświęcenie nie pasowało do jej stylu.

No cóż, teraz było już za późno.

Przynajmniej mieli siebie nawzajem. Mimi oszalałaby, gdyby została pozbawiona oparcia w Jacku. Ich dawny dowódca rzadko się pojawiał - Mimi pamiętała, że Lucyfer zawsze taki był, wyniosły, odległy, słuchający tylko siebie. Kiedy powrócili na stronę Ciemności, znaleźli się w otoczeniu dawnych towarzyszy broni i wrogów. Aniołów, z którymi walczyli ramię w ramię i których zdradzili podczas ostatniej straszliwej bitwy o panowanie nad Rajem. Jak łatwo zgadnąć, zostali przyjęci raczej chłodno.

Pierwszego dnia w świecie podziemnym spotkali się z nieprzyjaznym tłumem w miejscowym nocnym klubie. Mimi bywała tam z Oliverem podczas poprzedniego pobytu w Piekle, ale nowy właściciel sprawił, że klub całkowicie zmienił charakter.

- Patrzcie, przyszli ci, przez których przegraliśmy wojnę - oznajmił Danjal. Był jednym z ich najstarszych przyjaciół, wysokim, złocistym i dumnym wojownikiem, pięknym jak zawsze, jeśli pominąć paskudną szramę przecinającą jego twarz. Teraz patrzył na nich z szyderczym uśmiechem. - Gdyby nie wy...

- Zdrajcy. Złodzieje. Sprzedawczyki - rozległ się miękki głos anioła Barakiela. - Witamy w świecie podziemnym. Będziecie się tu czuli jak w domu - uśmiechnął się do nich.

- Kpicie sobie chyba, jeśli myślicie, że tak łatwo odzyskacie jego łaskę - syknął Tensi, wspaniały anioł zemsty, który tysiące lat temu, kiedy świat był młody, dowodził lewą flanką.

Ostatecznie jednak anioły zostawiły ich w spokoju. Nadal obawiali się młota Abbadona, nadal kulili się z lękiem przed płomiennym mieczem Azrael.

- Tutaj nie ma dla nas miejsca - powiedziała Mimi do Jacka później, kiedy znaleźli się w przydzielonej im kwaterze. Dostali dla siebie wystawny apartament w pałacu, równie wspaniały jak książęca posiadłość, będąca dawniej domem Kingsleya.

- Michał i Gabriela nigdy nam nie ufali, tak samo jak ta żałosna banda.

- Przyzwyczają się. Nie mają wyboru.

Okazało się, że Jack miał rację. Chociaż srebrnokrwiści byli liczni, byli także źle zorganizowani i pełni obaw. Nadal pamiętali moc niebiańskiego białego ognia, gniew rajskiej armii, wygnanie z Elizjum w ognie piekielne. Ponieważ Lewiatan otrzymał zadanie sformowania armii demonów w najgłębszych otchłaniach Piekła, Jack odzyskał dawną pozycję jako dowódca Upadłych.

Każdego dnia ucztował z nimi, śpiewał dawne pieśni wojenne, pił krwawe piwo, walczył na placach treningowych, stawiając swoją siłę przeciwko ich sile, zdobywał zaufanie, szacunek, podziw i te resztki ciepłych uczuć, jakie w duszach Skażonych mogły uchodzić za miłość. Zadziwiał ich ogromem mocy, jaką władał. Zaczęli mówić, że Abbadon naprawdę powrócił do nich

- Abbadon, Niszczyciel Światów, rodzony syn Piekła.

Mogło się to wydać dziwne, ale w całej swojej długiej i pokręconej historii Mimi i Jack dopiero teraz zostali prawdziwymi i oddanymi przyjaciółmi. Przeszłość łączyła ich na zawsze, ale przyszłość pozostawała zagadką. Mimi nadal kochała Jacka i zawsze miała go kochać, ale to uczucie było stłumione, oglądane bezpiecznie z dystansu, jak miejsce, które niegdyś nazywało się domem, ale którego nigdy się nie odwiedzało. Rana pozostanie na zawsze, ale proces gojenia już się rozpoczął.

Wszystko dzięki Kingsleyowi Martinowi, chłopakowi, który ją pokochał.

Jak mogła oddać serce srebrnokrwistemu?

Jeśli w ogóle czekała ją jakaś przyszłość, to u boku Kingsleya. Trzymała się tej miłości, wspomnienia jego złośliwego uśmiechu, obejmujących ją silnych ramion, ciepłych łez na jej policzku. Przebiła jego skorupę, a on przebił jej skorupę, nie było już między nimi udawania ani kłamstw. Przysięgli sobie miłość, a to sprawiało, że łatwiej jej było znieść obecne udawanie i lęk. Cóż to za okropne uczucie - Azrael, Anioł Śmierci, która nie obawiała się niczego i nikogo na Ziemi, lękała się o własne życie, o własną miłość. Gdyby Książę Ciemności znał prawdę...

Lucyfer mógł zniweczyć jej istnienie. Zarówno jej, jak i Jacka... Mógł zrobić to, czego nie potrafili zrobić sobie nawzajem.

Czy to było tego warte?

Zrobić tyle dla miłości?

Zrobić tyle dla Kingsleya?

Tak. Tak. Tak.

Mimi westchnęła. Kiedy widziała go po raz ostatni, była pozbawiona duszy, więc wrzasnęła, żeby się wynosił, roześmiała mu się w twarz i kpiła z jego miłości. Czy to oznaczało, że muszą zaczynać wszystko od początku? Zastanawiała się, co też on mógł teraz robić. Prawdopodobnie doskonale się bawił. Kingsley Martin nigdy nie poddawał się na długo przygnębieniu.

Przynajmniej ona i Jack zrobili właściwą rzecz - przybyli do świata podziemnego w odpowiednim momencie. Demony piekielne odkryły sekret broni mogącej przeciwstawić się niebiańskiemu białemu ogniowi - zamierzały same stworzyć boski płomień. Był jednak pewien haczyk: żadne z narzędzi wykutych pod ziemią nie było w stanie utrzymać i poskromić płomienia.

Aby wykorzystać tę broń, Książę Ciemności potrzebował Graala. Tylko święty kielich mógł stać się naczyniem ognia prawości, dlatego Mimi i Jack zostali po niego wysłani. W historii świata pojawiało się wiele tak nazywanych kielichów, a ich zadaniem było odnalezienie właściwego.

Kiedy znajdą się z powrotem na Ziemi, Mimi miała się udać do kaplicy w Szkocji, natomiast Jack - pojechać do Hiszpanii. A co, jeśli naprawdę odnajdą Graala? Czy przyniosą go Księciu Ciemności? Mimi nie była pewna, co planuje Jack, chociaż zapewniał ją, że nigdy do tego nie dopuści. Jeśli znajdą kielich, skłamią, że nie udało im się, ale Jack liczył na to, że templariusze dobrze ukryli Graala. Mimi była pewna, że Lucyfer nie okaże się aż tak wyrozumiały i zacznie podejrzewać zdradę, jednakże

Jack trwał w przekonaniu, że jakoś to będzie, że znajdą sposób na zdobycie tego, na czym im zależy, nie tracąc przy tym życia, ani nie niszcząc przy okazji Nieba i Piekła.

Pociąg dotarł do stacji końcowej i zatrzymał się na rozdrożu. Wysiedli i skierowali się do tego samego posterunku, strzeżonego przez grupę trolli, który mijała podczas podróży z Oliverem. Kiedy przejdą przez pierwszy krąg Piekła, przemkną przez bramę i znajdą cię z powrotem na Ziemi.

- Dokumenty? - Troll przechylił się przez szlaban.

- Dokumenty? - zapytała z oburzeniem Mimi. - Czy ty wiesz, dla kogo pracujemy?

- Helda nie wyraziła zgody na wasze przejście - skrzywił się szyderczo troll. - Musicie wrócić po odpowiednie dokumenty, jeśli chcecie opuścić ziemie Królowej Umarłych.

Jack bez słowa uniósł rękę i ogłuszył trolla, rzucając nim o szlaban. Pozostali strażnicy unieśli włócznie, ale Jack ani drgnął.

- Przepuśćcie nas. Następnym razem nie będę tak łaskawy.

Mimi myślała, że Jack zawróci i zrobi to, o co go proszą. Ale to byłby dawny Jack Force, dawny venator, który postępował zgodnie z zasadami. Teraz nie obowiązywały żadne zasady.

Trolle cofnęły się, a na ich twarzach malował się strach.

Bliźniaki Force przeszły przez bramę Piekieł.

- Przyznaj, że to ci sprawiło przyjemność. Podoba ci się, że możesz znowu być zły - zażartowała Mimi.

Jack nie odpowiedział, ale przebiegły uśmiech na jego twarzy mówił wiele.

- No chodź, znajdźmy te kieliszki i kończmy z tym.

TRZYBliss

Wyjście ze Ścieżek Czasu było zawsze nieprzyjemnym doświadczeniem, zupełnie jakby całe ciało zostawało rozebrane na części, a potem złożone ponownie, zaś jego cząsteczki i wspomnienia uległy wymieszaniu. Bliss Llewellyn poczuła znajome zawroty głowy i dezorientację, tym razem gorsze, ponieważ nie podróżowali po prostu przez czas, ale starali się dostać z powrotem do świata podziemnego, do krainy jej ojca, do Piekła, gdzie wilki były przemieniane w Piekielne Ogary, a Lawson i jego wataha byli kiedyś przetrzymywani w niewoli.

Natrafiła na nich przypadkiem: zobaczyła w uroku wizję wilka i odnalazła go w sklepie rzeźnika w małym miasteczku w Ohio. Zaprzyjaźniła się z Lawsonem i jego braćmi, razem z nimi udała się do czasów tuż po założeniu Rzymu, by rozwikłać zagadkę pochodzenia wilków. Lawson, czyli Fenrir, najpotężniejszy wilk w świecie podziemnym, pokonał Romulusa, Piekielną Bestię, Pierwszego z Ogarów, i zabił go archanielskim mieczem Michała.

Z pomocą swoich towarzyszy powstrzymał masakrę Sabinek i tym samym ocalił wilki przed wyginięciem. Teraz wracali do Piekła, by wypełnić obietnicę i uwolnić swoich współbraci spod jarzma srebrnokrwistych demonów.

Lawson odwrócił się i uśmiechnął, a jego ciemne oczy błysnęły. W półmroku na jego policzku zalśnił błękitny sierp księżyca - Bliss nosiła taki sam na znak, że należy do tej samej watahy.

- Wszystko w porządku? - zapytał chłopak.

Bliss skinęła głową, dotrzymując tempa jego długim krokom. Bała się, ale była gotowa do walki. Takie właśnie zadanie wyznaczyła jej matka - musiała sprowadzić wilki, by wsparły wampiry w wojnie. Miała też własne powody, by podjąć się tej misji - ścigała ją własna mroczna przeszłość. Bliss przez stulecia nieświadomie służyła złu; jako naczynie Księcia Ciemności przechowywała jego duszę na Ziemi, sprowadzając tym śmierć i żałobę na wampiry. Teraz pragnęła nie tylko odkupienia, ale także zemsty.

Swoje nadzieje pokładała w obecnych towarzyszach - Lawsonie, impulsywnym, lekkomyślnym i niesamowicie silnym, jego braciach, lojalnych wojownikach - Edonie, Rafem i Malcolmie, a także w mrocznej Ahramin, wilczycy, która została przemieniona w piekielnego ogara, ale zdołała odzyskać duszę. Bliss znajdowała pociechę w ich liczebności i sile. Byli gotowi do walki.

Lawson wyszedł ze ścieżki, a reszta podążyła za nim. Bliss rozejrzała się, przygotowując na najgorsze, na to, że wciągnie w płuca dymy świata podziemnego, że zobaczy szare niebo i jałową ziemię - lub że będzie na nich czekać tysiąc demonów ze szkarłatnymi oczami i płonącymi językami, trzymających miecze z mrocznych płomieni.

Ale co to? Pod stopami miała trawę, a nad głową konary drzew. Poczuła słodki zapach porannej rosy. To nie był świat podziemny... To się wydawało dziwnie znajome... To było. Ohio?

- Gdzie jesteśmy? - zapytała stojącego koło niej Lawsona. Popatrzyła na resztę: Malcolm przecierał okulary rękawem, Rafe był wyraźnie zaskoczony, a Edon i Ahramin naradzali się szeptem.

- Słyszycie? - powtórzyła. - No... czy my jesteśmy tu, gdzie mi się wydaje, że jesteśmy?

Lawson ponuro skinął głową.

- Tak. Z powrotem w Hunting Valley. - Kopnął najbliższy pieniek. - Musieliśmy gdzieś źle skręcić.

Wylądowali w pobliżu podmiejskiego osiedla, niedaleko miejsca, gdzie dawniej mieszkali. Polanka w lesie leżała kilka kilometrów od centrum miasta i sklepu rzeźnika, w którym Bliss spotkała ich po raz pierwszy.

- No cóż, to na co czekamy? Wracajmy. - Wyciągnęła chronolog z kieszeni dżinsów. Wskazówki urządzenia wirowały chaotycznie. - Czekajcie... coś jest nie tak. Mac, możesz na to spojrzeć?

- Jasne - Malcolm sięgnął po chronolog i popatrzył uważnie. - Wygląda, jakby chciał coś wskazać, ale natrafia na przeszkodę.

Bliss obejrzała się za siebie - ścieżka zamknęła się za nimi.

- Może to dlatego, że zeszliśmy ze ścieżki? Lawson, możesz ją z powrotem otworzyć?

Lawson skinął głową, a na jego twarzy odmalowała się koncentracja.

Czekali, ale nic się nie wydarzyło.

- No dalej, Lawson, pospiesz się - w głosie Ahramin zabrzmiała nuta irytacji.

- Próbuję - odparł Lawson. - Coś jest nie tak. Nie mogę otworzyć przejścia.

- Może robisz coś inaczej? - zapytał Malcolm. - Możemy w czymś pomóc?

Bliss wiedziała z góry, że Malcolm zaproponuje pomoc - był najmłodszy w grupie i miał zdecydowanie najlepszy charakter. Przez ten czas, jaki spędzili razem, naprawdę go polubiła. Edon i Rafe byli twardszymi orzechami do zgryzienia, jednak czuła, że oni także stali się jej bliscy. Natomiast Ahramin, dawna członkini Piekielnej Sfory, była teraz jedną z nich, a jej przeszłe występki zostały zapomniane po tym, jak udowodniła, że jest pełnoprawną członkinią grupy, walcząc z wolą Romulusa i zrywając obrożę. Byli drużyną, zespołem, a jeśli Bliss żywiła jeszcze jakieś podejrzenia w kwestii Ahramin, sama siebie za to karciła. Ponieważ jeśli nie potrafiłaby zaufać tej dziewczynie, jak mogłaby oczekiwać, że ktokolwiek wybaczy jej własną mroczną przeszłość? Ahramin należała zaledwie do Piekielnej Sfory, natomiast Bliss była córką Lucyfera we własnej osobie.

- Powiedz, czego od nas chcesz - ponagliła Lawsona.

- To się nigdy wcześniej nie zdarzyło - mruknął. - Ale jasne, czemu nie. Słuchajcie, skoncentrujcie się wszyscy. Musimy oczyścić umysły, wyobrazić sobie otwierające się przejście. Może razem nam się to uda.

Grupa skupiła się bliżej, a Bliss odsunęła od siebie strach i wątpliwości, wyobrażając sobie, jak otwiera się przed nią Ścieżka Czasu. Głowa zaczęła ją boleć, więc przycisnęła palce do pulsujących skroni i przez moment miała wrażenie, że się udało. Czuła, jak otwiera się przed nią ścieżka, czuła podmuch od strony przejścia.

A potem wszystko ucichło.

Wrażenie otwierającej się ścieżki zniknęło.

Otworzyła oczy i rozejrzała się - nic się nie zmieniło.

Nadal stali na polanie.

- Co tu się dzieje? - zapytał zirytowany Rafe.

- Czy to ty coś zrobiłeś? - zapytała Ahramin Lawsona. - Na przykład przez pomyłkę zapieczętowałeś za nami ścieżkę, którą przeszliśmy?

- Dlaczego zawsze zakładasz, że to ja zrobiłem coś nie tak? - zaprotestował Lawson.

- Bo zdarzało ci się różne rzeczy schrzanić - warknęła Ahramin. - Pamiętasz, jak zostawiłeś mnie ostatnim razem?

Bliss pomyślała, że brzmią jak stare skłócone małżeństwo, co sugerowało pewien rodzaj bliskości, nad którym wolała się nie zastanawiać. Poza tym sam pomysł był absurdalny. Ahramin i Lawson? Było jasne, że gdyby nie należeli do tej samej grupy, nie znosiliby się nawzajem. Poza tym Ahramin od początku była przyrzeczona Edonowi. Nie, nie przypominali małżeństwa - raczej kłócące się rodzeństwo, co miało więcej sensu.

- Daj mu spokój, Ahri, robi, co może - wtrącił Edon.

- To nie wina Lawsona - oznajmił Malcolm. - To zupełnie jakby ścieżki same się zamknęły. Nie czuliście?

Rafe skinął głową.

- Też miałem wrażenie, jakby coś je blokowało.

- Albo ktoś - dodała Bliss.

CZTERYTomasia (Florencja, 1452)

Zobaczyli zamek na brzegu czarnej, meandrującej rzeki.

Wysokie szare mury wznosiły się na piętnaście metrów ponad ciemną wodę, a otaczające je urwiska sprawiały, że kamienny most był jedyną drogą wejścia i wyjścia. Potężna forteca mogła stawić czoła każdemu oblężeniu, ale jej mury niebawem miały się okazać bezużyteczne.

- Zatrzymamy się tutaj, bo inaczej nas zauważą - zdecydowała Tomasia Fosari, a jej towarzysze skryli się w cieniu lasu. Wilgotne powietrze pachniało rzeczną zgnilizną, mętną wodę przecinały zmarszczki prądów.

- Jesteś pewna, że sobie poradzisz? - zapytał Giovanni Rusti-ci. W świetle księżyca włosy niczym aureola otaczały jego przystojną twarz. Był nie tylko najlepszym venatorem pośród nich, ale także rzeźbiarzem w pracowni Donatella i najbliższym przyjacielem Tomasii. Wiedział, jakie to dla niej trudne. Spędzili wiele dni w podróży, tropiąc kryjówkę Księcia Ciemności w Weronie.

- Tak - odparła z determinacją Tomasia. Wierzyła, że Andreas del Pollaiuolo był miłością jej życia, Michałem swojej Gabrieli, ale została oszukana. Dre nosił w sobie duszę Lucyfera. Simonetta de Vespucci wskazała go jako ojca swojego dziecka. Nazywano ją "Kochanką", nałożnicą Księcia Ciemności, jego ludzką oblubienicą, matką nefilima.

Ciemnowłosa ślicznotka skuliła się, gdy Gio uniósł miecz.

- Nie pozwolimy żyć dziecku demona - warknął mężczyzna.

Ale Tomi zatrzymała jego rękę.

- Nie. Będzie trzymana pod strażą, strzeżona i pilnowana przez najlepszych venatorów. Bylibyśmy nie lepsi od srebrnokrwistych, gdybyśmy ją zabili. Nie będziemy przelewać diabelskiej krwi w imię tego, co święte.

Simonetta zdradziła im miejsce pobytu Andreasa, błagając, by oszczędzili jej kochanka. Zostawili szlochającą ciężarną kobietę pod opieką petruwiańskich zakonników, którzy mieli czuwać nad jej bezpieczeństwem.

Tomi wzdrygnęła się na myśl o tym, co by się stało, gdyby nie odkryli tego podstępu. Związałaby się z Dre, z Lucyferem. Złożyłaby mu przysięgę małżeńską. Jak mogła się nie domyślić? Jak mogła dostrzec w jego duszy swojego partnera? To nie miało sensu.

Popatrzyła na wznoszący się w oddali zamek. Wewnątrz ukrywał się Andreas wraz ze Zgromadzeniem srebrnokrwistych, a ona zamierzała spalić ich czarnym ogniem.

- Wiem, że go kiedyś kochałaś - powiedział cicho Gio. - Wiem, jakie to trudne.

Gio, kochany, drogi Gio. Tomi położyła rękę na jego dłoni.

- Nie mogę kochać kogoś, kto się okazał kłamcą. - Raz jeszcze przyjrzała się zamkowi w poszukiwaniu śladów życia. W dalekim oknie zalśniła pochodnia, usłyszała rżenie konia, a nad jej głową przemknął cień sowy. Poza tym noc była cicha i nic się nie poruszało. Czerwone dachówki na zamkowych wieżach lśniły w ciemności. Ziemski ogień nie mógłby zagrozić temu miejscu, ale piekielny czarny ogień był czymś całkowicie innym.

Tomi wyjęła spod płaszcza pudełko z podpałką i dała znak pozostałym, by zbliżyli się do niej. Było ich w sumie pięcioro - piątka venatorów, pięć rogów pentagramu.

Pudełko lśniło nieziemskim światłem, a powietrze wokół niego wibrowało energią. Tomi przesunęła palcem po wieczku, które otwarło się, odsłaniając maleńką lśniącą iskierkę, czerwony płomyk z czarnym środkiem. Zapachniało siarką i dymem.

- W tej chwili czarny ogień jest powstrzymywany zaklęciem wiążącym, które nie osłabnie, dopóki go nie zdejmę - wyjaśniła, kiedy venatorzy jeden po drugim zapalali pochodnie od mrocznego płomienia.

- Każdy ustawi się w narożniku zamku. Czekajcie na mój znak. Kiedy zdejmę zaklęcie, płomienia nie będzie można ugasić. Może zniszczyć kamień tak samo łatwo, jak ciało, a nieśmiertelną duszę tak samo jak śmiertelną. Rzućcie pochodnie do zamku i uciekajcie tak szybko, jak zdołacie. - Jej głos lekko zadrżał. - Pamiętajcie, że piekielny czarny ogień jest zdradliwy, może spalić was z taką samą łatwością, jak i naszych wrogów.

Drużyna rozdzieliła się, unosząc wysoko pochodnie. Trójka venatorów ruszyła brzegiem rzeki, podczas gdy Tomi i Gio biegli do mostu i wartowni. Tomi obserwowała mroczne płomienie lśniące po obu stronach muru; czarny ogień wysysał resztki światła z pochmurnej nocy.

Stanęli na skraju mostu.

Kiedy była pewna, że wszyscy zajęli pozycje, dała sygnał.

Teraz - wysłała do wszystkich venatorów, zdejmując zaklęcie i ciskając pochodnię pod niebo.

Gio rzucił swoją w otwarte okno.

- Szybko! - wrzasnął, kiedy rzucili się do ucieczki.

Tomi zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale jednocześnie nie potrafiła się powstrzymać, by nie zerknąć za siebie. Widok był majestatyczny i przerażający jednocześnie: czarny ogień wybuchnął na murach zamku, topiąc szary kamień jak wosk. Dwie wieże i potężna brama zwaliły się w otchłań wirujących płomieni. W ślad za nimi runął most, z ogłuszającym łoskotem pociągając jeden z masywnych filarów w mroczną wodę.

Czarny ogień zaczął pożerać rzekę, sprawiając, że woda parowała, gdy ogarniały ją płomienie. Zapach był ohydny, mdlący i zgniły - ogień pożerał wszystko na swojej drodze, powietrze, wodę i skałę.

Kiedy dotarli na skraj lasu na drugim brzegu, usłyszeli pierwszy wrzask z wnętrza zamku. Pobiegli wzdłuż brzegu, a ogień za nimi zaczął się wycofywać. Dwa kilometry dalej zatrzymali się na wzgórzu i popatrzyli na rozpościerającą się za nimi dolinę. Rzeka szerokim łukiem otaczała wzniesienie i wracała w kierunku zamku, a czarny ogień przestał się rozprzestrzeniać, kiedy pochłonął duszę Księcia Ciemności. Dwoje z trójki venatorów wyłoniło się z dymu.

- Gdzie jest Dantos? - zapytała Tomasia.

- Czarny ogień dostał się do jego oka. Próbowałam go stłumić, ale to nic nie dało - odparł Bellarmine.

- Widziałam, jak spłonął - dodała Valentina. - Spoczywa teraz wśród aniołów.

Tomi poczuła, jak jej serce ściska się z gniewu. Podobnie jak Bellarmine i Valentina, Dantos był członkiem jej lojalnego zespołu venatorów od czasów Rzymu. Tomi oparła się o Gio i zamrugała, żeby powstrzymać łzy.

Patrzyła, jak zamek zapada się i rozsypuje w tysiące czarnych odłamków. Żegnaj, Andreasie. Jej nienawiść do dawnego ukochanego była równie wielka, jak jej żal za poległym towarzyszem.

Płoń, diable.