Błękitni - Maria Rodziewiczówna

Kup ebooka

44.99 zł
38.69 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przy­pisy

[1] a u ri­sque (fr.) - ry­zy­ku­jąc, na­ra­ża­jąc się
[2] Tiens! (fr.) - pa­trz­cie no! (słówko uży­wane w wielu zna­cze­niach)
[3] vous m'avez paru hor­ri­ble (fr.) - wy­dał mi się pan okropny
[4] mon Dieu! (fr.) - mój Boże!
[5] flat­teur (fr.) - po­chlebca
[6] a di­scre­tion (fr.) - jaką chcesz
[7] fi donc (fr.) - a fe!
[8] tiens (fr.) - ha!
[9] al fre­sco (wł.) - tech­nika ma­lar­stwa ścien­nego na świe­żym, jesz­cze wil­got­nym tynku
[10] Cela vous porte mal­heur, ce nom! (fr.) - Prze­cież to na­zwi­sko przy­nosi panu nie­szczę­ście!
[11] Le roi est mort, vive le roi (fr.) - Król umarł, niech żyje król
[12] Mais je­veux l'avoir - te dis-je! (fr.) - Prze­cież ci mó­wię, że chcę go mieć!
[13] Frere, po­int de pla­isan­te­rie! (fr.) - Bra­cie, bez żar­tów!
[14] Tu es im­be­cile! (fr.) - Je­steś głup­cem!
[15] Klad­de­ra­datsch (niem.) - ha­łas, skan­dal
[16] Per aspera ad astra! (łac.) - Przez cier­pie­nie ku gwiaz­dom!
[17] Dwa­kroć - o pie­nią­dzach: dwie­ście ty­sięcy
[18] cette mi­sere (fr.) - jaka nę­dza
[19] ma belle (fr.) - moja piękna
[20] Otez vos ha­bits... (fr.) - Zrzuć­cie wa­sze od­świętne stroje i piękne buty, Pan Mal­bro­uck umarł, umarł i zo­stał po­cho­wany.

I

Roz­no­szono wła­śnie de­sery. Służba w li­be­rii bia­łej z żół­tym, ka­pią­cej od złota i ha­ftów, fan­ta­zyj­nego kroju, z za­pię­tymi na ple­cach wierzch­nimi rę­ka­wami po­da­wała je na zło­co­nych ta­cach, tak po­ważna i sku­piona, jakby speł­niała ob­rzą­dek re­li­gijny.

Z tac wy­zie­rały zło­ci­ste ana­nasy, po­ma­rań­cze, świeże figi, dak­tyle, owoce da­le­kiego Po­łu­dnia, na stole szam­pan pie­nił się w krysz­tale. Tym­cza­sem za­cho­dzące słońce, czer­wone, za­glą­dało przez wą­skie, go­tyc­kie okna do tej sali skle­pio­nej, wy­ło­żo­nej dę­bem rżnię­tym mi­ster­nie, śli­zgało się po ścia­nach ob­wie­szo­nych tro­fe­ami ło­wów, mu­skało gdań­skie, rzeź­bione kre­densy i szafy, lu­bo­wało się zbyt­kiem za­stawy stołu, stro­jów służby, za­zie­rało też bar­dzo nie­dy­skret­nie i cie­ka­wie w oczy dzie­wię­ciu bie­siad­ni­ków. Po­czciwe słońce, które dzień cały zło­ciło łany zbóż ro­dzi­mych, ogar­niało ży­cio­daj­nym uści­skiem białe brzozy, czarne ol­chy i dęby, grzało lotki ja­skó­łek, bo­cia­nów, sza­rych wró­bli, opa­lało na brąz twa­rze sma­głego ludu, od potu szklące się, a ra­do­sne w znoju - te­raz pod wie­czór, uko­śnie, przez cie­ni­ste parki i zło­cone szta­chety, wdarło się aż tu­taj, na ka­mienny dzie­dzi­niec, przez chwilę za­ba­wiało się z fon­tanną i wresz­cie wpa­dło aż do środka pysz­nego, sa­mot­nego gma­chu.

Zdzi­wione było słońce. Owoce na stole nie ono wy­pie­ściło, na­pój zło­ci­sty nie jego był dzie­łem, twa­rzy tych lu­dzi, gosz­czą­cych u bie­siady, nie po­ma­lo­wało zło­ci­stym od­bla­skiem. Były białe i ró­żowe jak kwiaty fan­ta­stycz­nych be­go­nii zdo­bią­cych stół ja­dalny, kwiaty, które słońce wi­działo nie­kiedy przez tę­czowe szkła prze­pysz­nych cie­plarni.

Więc słońce, śmiałe i pewne swego czaru, po­częło tych lu­dzi do­ty­kać po czole i po­licz­kach, mu­skać po wło­sach. Nie wi­dy­wało ta­kich pod­czas swo­ich wę­dró­wek po po­lach sze­ro­kich, po do­li­nach ci­chych, po gwar­nych osa­dach przy­droż­nych.

Na czo­łach tych nie było potu, po­liczki po­kry­wał pu­der lub bla­dość pa­pie­rowa.

Zna­la­zło jed­nak młode lica i po­swa­wo­lić chciało. Po­częło więc je ca­ło­wać ogni­stymi po­ca­łun­kami, łech­tać drżą­cymi pro­mie­niami, po­częło pie­ścić i gła­skać. Ta­kie piesz­czoty i swa­wole mie­wało zwy­kle dla lu­dzi, któ­rzy zno­sili jego skwar ca­ło­dzienny, a lu­dzi owi pła­cili mu uśmie­chem i, za­cze­pieni, pod­no­sili w stronę jego tar­czy ła­god­nej, pur­pu­ro­wej oczy wdzięczne i we­sołe.

Ale u tego stołu inni byli lu­dzie. Młode lico uchy­liło się nie­chęt­nie od piesz­czot i ca­łu­sów, a twarz bar­dzo pięk­nej panny za­chmu­rzyła się wi­docz­nie.

- Ach! Co za obrzy­dliwe słońce! Obia­du­jemy jakby przy chłop­skiej ilu­mi­na­cji! - sark­nęła, od­rzu­ca­jąc wa­chlarz.

To­wa­rzysz jej, męż­czy­zna blady i mi­zerny, pod­niósł oczy ku oknu i łuna za­chodu sta­nęła w jego źre­ni­cach si­wych, przy­ćmio­nych i jakby bar­dzo smut­nych.

"Ktoś ty? - spy­tało go słońce. - Nie wi­dzia­łem ni­gdy ani cie­bie, ani ta­kiego smutku, jak w two­ich oczach. Czy je­steś nie­szczę­śliwy? Może chory? Chodź ze mną!..."

Za­mi­go­tało ca­łym bo­gac­twem swych barw.

"Chcesz złota i pur­pury? Patrz, ile ich mam!"

Źre­nice po­zo­stały mgli­ste i zimne. Męż­czy­zna, nie spusz­cza­jąc po­wiek, rzekł bar­dzo dźwięcz­nym, ci­chym gło­sem:

- Siła! Za­puść fi­rankę!

Biało-zło­ci­sty sługa, sto­jący za jego krze­słem jak na war­cie, pod­sko­czył żywo ku oknu.

I na­gle po­mię­dzy słoń­cem a tym ob­raz­kiem ob­cym a cie­ka­wym sta­nęła gę­sta, gładka za­pora z ciem­nego je­dwa­biu.

Słońce sku­piło się... i ude­rzyło w nią, zdzi­wione i uparte. Nie zdo­łało się prze­bić, chciało spa­lić. Roz­go­rzało jak łuna gniewne i mściwe.

Je­dwab przy­jął cios, roz­pa­lił się i łap­czy­wie wcią­gnął w sie­bie pro­mie­nie. Wszyst­kie za­gar­nął, do środka do­stało się tylko świa­tło ła­godne, roz­pra­sza­jące do­bro­czyn­nie mrok kom­naty.

Słońce, wy­gnane i po­gar­dzone, od­bie­gło. Jesz­cze chwilę obej­rzało ściany z sza­rego ka­mie­nia, łup­kowy dach, zaj­rzało na wy­soko za­tkniętą biało-zło­ci­stą cho­rą­giew her­bową na szczy­cie wieży, po­gro­ziło pysz­nym mu­rom i mu­snąw­szy wierz­chołki drzew parku, zni­kło.

Do sali ja­dal­nej służba wnio­sła setki świec za­pa­lo­nych, po­da­wała kawę i li­kiery.

- Nie lu­bisz słońca, Ida­lio? - za­wo­łała pa­nienka sie­dząca na­prze­ciw pięk­nej damy. - A ja bar­dzo lu­bię! Przy­po­mina mi ben­gal­skie ognie. Chęt­nie zmie­ni­ła­bym się z tobą na miej­sce.

- Czy i na ka­wa­le­rów? - spy­tała dama, mru­żąc oczy i po­ka­zu­jąc zza ust kar­mi­no­wych, za­nadto na­wet kar­mi­no­wych, dwa rzędy ma­łych, ład­nych ząb­ków.

Pa­nienka ob­lała się de­li­kat­nym ru­mień­cem.

- Wąt­pię, czy księżna wy­gra­łaby coś na za­mia­nie! - rzekł są­siad mło­dej osoby, wy­soki mło­dzie­niec o ru­da­wych fa­wo­ry­tach. - Nie­stety, pie­czę­tu­jemy się wła­śnie Słoń­cem.

- Jak to? Nie ja­kim­kol­wiek Ko­niem?

- Nie­stety! Cen­taura i są­siedz­two księżny za­gar­nął mi książę Leon, naj­nie­słusz­niej.

- Jedno i dru­gie do­stało mi się naj­zu­peł­niej przy­pad­kowo - od­parł mło­dzie­niec o smut­nych oczach, który przed chwilą wy­gnał słońce z kom­naty.

- Może na­wet wbrew chęci! - rzu­ciła mu ci­szej piękna pani, wy­łącz­nie dla niego tylko.

- Co do Cen­taura, nie­za­wod­nie - rzekł spo­koj­nie.

- A co do są­siedz­twa? - ba­dała upar­cie.

- Są­siedz­two księż­nej za­wdzię­czam dzi­siaj tak cięż­kim oko­licz­no­ściom, że istot­nie w ta­kich wa­run­kach uznaję je za prze­ciwne mym chę­ciom. Przy tym stole zaj­muję miej­sce nie dla mnie prze­zna­czone, a to, księżno, nie osła­dza bie­siady.

- Z ty­rady tej wi­dzę, że książę stu­dio­wał w...

- My­lisz się, księżno. Żadne stu­dia nie po­tra­fi­łyby uczy­nić ze mnie hi­po­kryty.

- Ach, więc za­wsze je­steś szczery?

- Za­wsze, z tej pro­stej przy­czyny, że nad nie­szcze­ro­ścią trzeba prze­my­śli­wać, ukła­dać ją i cią­gle o niej pa­mię­tać, a ja, księżno, zbyt je­stem le­niwy, by my­śleć.

- To mnie bar­dzo mar­twi. Czło­wiek szczery jest wię­cej niż nudny, jest try­wialny. Książę więc nie po­trafi mó­wić na­wet kom­ple­men­tów. O zgrozo!

- Po to­nie znaj­duję, że księżna, wy­eg­za­mi­no­waw­szy moje zdol­no­ści to­wa­rzy­skie, rada by co prę­dzej za­mie­nić się z moją sio­strą na miej­sce i ka­wa­lera, au risgu[1] opa­le­nia się przy słońcu hra­biów Masz­kow­skich.

- Prze­ciw­nie, kon­trast po­ciąga! Zo­staję na miej­scu na­rzu­co­nym nam przez obo­wią­zek i po­sta­na­wiam za­jąć się wy­cho­wa­niem księ­cia w tym, w czym na­wet je­zu­ici nie dali rady.

- Je­stem za­wsze na roz­kazy - rzekł mło­dzian, chy­ląc ufry­zo­waną, ja­sno­włosą głowę w stronę za­lot­nej damy.

Ude­rzyła go z lekka wa­chla­rzem po ra­mie­niu.

- Tiens[2] - za­wo­łała we­soło - książę jest chwi­lami zu­peł­nie ład­nym chłop­cem! Dziś, gdy cię zo­ba­czy­łam, vous m'avez paru hor­ri­ble![3].

- Wi­docz­nie zy­skuję przy bliż­szym po­zna­niu.

- Tym le­piej.

- Prze­cież nie by­łem zu­peł­nie obcy księż­nie, przed pię­ciu laty druż­bo­wa­łem bratu.

- Ach! Wtedy! To był taki obrzy­dliwy dzień. Mia­łam na so­bie ha­nieb­nie skro­jony sta­nik i by­łam zła na szwaczkę, ale zła jak fu­ria. A przy tym - w bia­łym mi nie do twa­rzy - nie chcia­łam atłasu, wszystko było nie we­dle mej woli. Ach, mon Dieu[4], w taki dzień źle wy­glą­dać dla do­go­dze­nia bar­ba­rzyń­skiej tra­dy­cji! No, a przy tym ten Ama­de­usz tak mi do­ku­czył swymi drwi­nami! Książę mi nie do­ku­czył, więc go wcale wtedy nie za­uwa­ży­łam. Nie­praw­daż, że mi z ża­łobą do twa­rzy?

- Ża­łoba księż­nej jest prze­pysz­nie... skro­joną - od­parł, spo­glą­da­jąc na jej to­czone kształty.

- Tak książę są­dzi? O, nie je­steś wy­bredny. To wo­rek tylko za­sto­so­wany do oko­licz­no­ści. Tra­dy­cja w po­staci wa­szej matki za­bra­nia sta­now­czo wy­cię­tych sta­ni­ków.

- Tra­dy­cja krzyw­dzi nas nie­mi­ło­sier­nie!

- Ach, flat­teur[5]. - Trą­ciła go znowu wa­chla­rzem.

- Za co cię ka­rzą, Le­onie? - za­gad­nął przez stół hra­bia Masz­kow­ski.

- Za prawdę! - od­parł mło­dzie­niec.

- Księż­niczka Iza przed chwilą obie­cała mnie za coś po­dob­nego so­wi­cie wy­na­gro­dzić!

- Obie­cuj, Izo, obie­cuj! - za­śmiała się księżna Ida­lia. - Mo­żesz obie­cać na­wet na­grodę, a di­scre­tion[6]. Ja rę­czę, że pła­cić nie bę­dziesz ni­gdy!

- Czy hra­bia jest uczniem księżny? - za­gad­nął jej to­wa­rzysz. W tej chwili, gdy tro­chę po­chy­lony ku niej ocze­ki­wał od­po­wie­dzi, ktoś do­tknął jego ra­mie­nia.

Obej­rzał się żywo.

Sie­dzący z dru­giej strony bie­siad­nik do­tąd się wcale nie od­zy­wał.

Sta­rzec to był, zu­peł­nie łysy, nie­dbale ubrany, z wielką, spa­da­jącą na piersi brodą.

Nie wtrą­cał się do roz­mowy, a cała jego po­stać i za­cho­wa­nie od­bi­jały się ja­skrawo od ele­ganc­kich fra­ków męż­czyzn, od zbyt­kow­nych stro­jów ko­biet.

Nie miał to­wa­rzyszki. Sie­dział ostatni u stołu, obo­jętny na oto­cze­nie. Jadł prędko, po­pi­jał wodą, a w prze­rwie mię­dzy jed­nym da­niem a dru­gim za­glą­dał do otwar­tej przed sobą książki.

Przy de­se­rze wziął cały ana­nas z ko­sza, roz­ciął go wzdłuż i wszerz, ale nie jadł, tylko mu się przy­glą­dał. Książę, tro­chę zdzi­wiony, spoj­rzał na niego, ale wnet, jakby przy­po­mniał so­bie, z kim ma do czy­nie­nia, za­py­tał:

- Co roz­ka­żesz, pro­fe­so­rze?

- Nic nie roz­każę - od­parł sta­rzec. - Czy nie masz, ko­lego, przy so­bie lupy?

Wszy­scy umil­kli. Roz­ma­wiano cią­gle po fran­cu­sku, a pro­fe­sor prze­mó­wił naj­try­wial­niej w świe­cie po pol­sku.

To­wa­rzy­stwo wzdry­gnęło się, jakby wśród kon­certu pies za­szcze­kał, a książę Lew, wy­rwany na­gle z toku roz­mowy, przez se­kundę nie ro­zu­miał, co do niego mó­wiono.

- Czym ci mogę słu­żyć, pro­fe­so­rze? - za­gad­nął.

- No, lupą, lupą, szkłem po­więk­sza­ją­cym.

- Ach, tak! Prze­pra­szam. Nie mam przy so­bie żą­da­nego przed­miotu, ale w tej chwili po­dać każę. Siła, za­wo­łaj mi Ber­narda.

Sługa sko­czył do drzwi.

- Kogo z nas pro­fe­sor chce mieć w po­więk­sze­niu? - za­wo­łała z góry stołu ko­bieta już nie­pierw­szych lat, ubrana bar­dzo eks­cen­trycz­nie i ga­da­jąca bez prze­rwy z mło­dym, bar­dzo wy­so­kim i chu­dym męż­czy­zną o twa­rzy psot­nej małpy czy zło­śli­wego sa­tyra.

- Zna­la­złem pa­so­żyta w ana­na­sie! - od­parł pro­fe­sor spo­koj­nie, skal­pu­jąc koń­cem noża owoc.

- Fi donc[7] - obu­rzyła się cie­kawa dama. - I my­śmy to je­dli!

- Nic nie szko­dzi - uspo­koił pro­fe­sor. - Jest to ro­dzaj mi­kro­sko­pij­nego pę­draka gą­sie­nicy, który ugo­tuje się w żo­łądku.

- Sma­ko­wita sztuka mięsa!

W tej chwili słu­żący wró­cił za krze­sło pana i chy­ląc się wpół, za­ra­por­to­wał:

- Mi­ło­ściwy pa­nie, Fran­cuz sie­dzi w wan­nie, ale za­raz sta­nie przed wami.

Pa­no­wie za­gryźli usta, pa­nie za­sło­niły się wa­chla­rzami. Gdyby nie byli ksią­żę­tami i hra­biami, śmie­liby się ile sił w płu­cach, ale ich za­sady na­ka­zy­wały za­wsze się uśmie­chać, ni­gdy nie śmiać.

Nikt też nie ode­zwał się prócz ga­da­tli­wej damy:

- Tiens[8], toż to ja­kiś mu­zuł­ma­nin ten Ber­nard! Od­bywa wie­czorne ablu­cje! Któż to taki?

- Mój ka­mer­dy­ner, ciotko - od­parł książę Leon.

- Tu­rek?

- Nie, Fran­cuz.

- Za­zdrosz­czę ci. Nie po­trze­bu­jesz ła­mać ję­zyka.

- Mogę go ciotce od­stą­pić.

- Ka­mer­dy­nera, fi donc! Ustąp mi ra­czej ja­kąś fer­tyczną sub­retkę.

- Nie­stety, ciotko, nie roz­po­rzą­dzam płcią na­dobną.

- Do­prawdy? - spy­tała szy­der­czo księżna Ida­lia.

- Nie­za­wod­nie - od­parł z uśmie­chem, który miał być lekki, a był smutny i blady.

W tej chwili uka­zał się we drzwiach i przy­stą­pił do krze­sła księ­cia dżen­tel­men ubrany bez za­rzutu, z twa­rzą sta­ran­nie wy­go­loną.

- Książę mnie po­trze­bo­wał? - spy­tał po fran­cu­sku.

- Po­daj mi lupę, Ber­nar­dzie.

Ka­mer­dy­ner skło­nił się i wy­szedł.

- Je­śli cho­dzi o służbę, naj­lepsi są An­glicy - ode­zwał się hra­bia Masz­kow­ski. - Nie uży­wam też in­nej.

- Ja tam wolę Niem­ców - rzekł męż­czy­zna z twa­rzą sa­tyra.

- Gdyby ba­ron miał na­szych lu­dzi, po­znałby praw­dziwą do­sko­na­łość - wtrą­ciła księż­niczka Iza.

- Nie wie­rzę, by na­wet pań­stwo sami znali wszyst­kich. Za pierw­szej byt­no­ści w Hol­szy chcia­łem ich po­li­czyć i prędko da­łem za wy­graną. Nie poj­muję do­tąd, kto i ja­kim spo­so­bem utrzy­muje w kar­bach całe to woj­sko. Na nas, lu­dziach Za­chodu, ro­bią oni wra­że­nie hordy śre­dnio­wiecz­nej. Całą ich za­sługą jest wy­gląd wy­soce fan­ta­styczny.

- Są też uoso­bie­niem wier­no­ści, po­słu­szeń­stwa i spraw­no­ści.

- To do­wód ich ma­łej in­te­li­gen­cji, jak są­dzę.

Ber­nard uka­zał się z żą­da­nym szkłem, a jed­no­cze­śnie si­wo­włosa, ma­je­sta­tyczna ma­trona, kró­lu­jąca u góry stołu, dała znak za­koń­cze­nia bie­siady.

Po­wstali wszy­scy oprócz pro­fe­sora i pa­rami opu­ścili kom­natę, przez któ­rej sze­roko otwarte po­dwoje uka­zał się długi ciąg prze­pysz­nych sa­lo­nów.

To­wa­rzy­stwo mi­nęło ich kilka, nim sta­nęło w sali zaj­mu­ją­cej cały śro­dek pa­łacu, z jed­nym wyj­ściem na ta­ras ogro­dowy, a z dru­gim na pa­ła­cowy dzie­dzi­niec. Oświe­tlona rzę­si­ście sala ro­biła cza­ru­jące wra­że­nie.

Ściany, ma­lo­wane al fre­sco[9], za­peł­nione były wień­cami z amor­ków, bu­kie­tami z nimf i ba­chan­tek, po ni­szach i fra­mu­gach bie­lały smu­kłe mar­mu­rowe po­sągi, w środku od ko­puły spusz­czał się krysz­ta­łowy pa­jąk ja­rzący się ty­sią­cem świa­teł.

To­wa­rzy­stwo za­trzy­mało się w sa­lo­nie.

Ma­trona w ża­ło­bie usia­dła na czymś w ro­dzaju tronu zaj­mu­ją­cym śro­dek bocz­nej ściany. Pary przede­fi­lo­wały przed nią, ni­sko po­chy­la­jąc głowy, ka­wa­le­ro­wie umie­ścili damy na fo­te­lach i ka­na­pach, za­mie­niono ukłony, za­koń­czono roz­mowy. Ce­re­mo­nia obia­dowa była speł­niona.

Księżna Ida­lia po­ło­żyła się pra­wie na ka­na­pie i zda­wała się drze­mać, wa­chlu­jąc się z lekka. Księż­niczka Iza ulo­ko­wała się w po­bliżu drzwi pro­wa­dzą­cych na ta­ras i po­żą­dli­wie zer­kała w stronę ogrodu, skąd pły­nął za­pach róż i kwia­tów po­ma­rań­czo­wych. Dama w cu­dacz­nej sukni, wbrew ety­kie­cie, cho­dziła po sali, pod­śpie­wu­jąc pod no­sem. Męż­czyźni wy­su­nęli się nie­znacz­nie na cy­gara.

Dwóch lo­ka­jów, nie­ru­cho­mych jak ka­ria­tydy, ocze­ki­wało u drzwi na ski­nie­nia i roz­kazy.

Z czte­rech ko­biet po­zo­sta­wio­nych sa­mych so­bie ma­trona na pod­wyż­sze­niu wy­glą­dała jak bo­żysz­cze syte ofiar; pa­nienka jak ptak w klatce zro­dzony i wy­ro­sły, który ze swego na­tu­ral­nego kultu swo­body za­cho­wał tylko nie­okre­ślone ma­rze­nia i bierną tę­sk­notę; dama eks­cen­tryczna ro­biła wra­że­nie bur­czą­cej frygi, pusz­czo­nej dło­nią zło­śli­wego cho­chlika na po­sadzkę ko­ścioła; a księżna Ida­lia, zda się, była jedną z ma­lo­wa­nych sy­ren czy nimf, która znu­dzona za­klętą na ścia­nie po­zy­cją zstą­piła mię­dzy ży­ją­cych, ubrała się mod­nie i roz­ło­żyła roz­kosz­nie, z moc­nym po­sta­no­wie­niem za­miany swej roli wi­dza na da­leko dla niej sto­sow­niej­szą - ak­tora.

Pa­no­wie się spóź­niali.

W ga­bi­ne­cie tu­rec­kim, wśród dymu wir­gi­nii i odu­rza­ją­cych won­nych cy­ga­ret, zrzu­cili na krótką chwilkę przy­mus to­wa­rzy­ski, zdjęli ma­ski słod­kiej ga­lan­te­rii i o ile umieli, byli sobą.

Naj­star­szy, to­wa­rzysz przy obie­dzie ma­trony - jej brat, a wuj księ­cia Lwa, męż­czy­zna jesz­cze piękny po­mimo si­wie­ją­cych wło­sów (były wy­śmie­ni­cie uczer­nione) i oka­zały po­mimo sztyw­nego chodu i nóg ocię­ża­łych, roz­parł się w fo­telu i usa­do­wiw­szy obok sie­bie sio­strzeńca, ścią­gał z niego ka­wa­ler­ski eg­za­min.

Ba­ron Ama­de­usz, brat księżny Ida­lii, za­ło­żyw­szy mo­nokl w oko, z rę­koma w kie­sze­niach spodni, słu­chał roz­mowy, do­rzu­ca­jąc nie­kiedy pie­przny dwu­znacz­nik.

Hra­bia Masz­kow­ski usiadł konno na krze­śle, ło­kieć wsparł na po­rę­czy i ści­ska­jąc ko­la­nami drew­nia­nego wierz­chowca, uży­wał spor­to­wej "ilu­zji", po­krzy­ku­jąc coś cza­sem po an­giel­sku.

Kilku nie­odzow­nych lo­ka­jów cza­to­wało u drzwi.

Ich by­stre oczy spo­czy­wały cią­gle na de­li­kat­nej i szczu­płej po­staci księ­cia Lwa, który za­cią­ga­jąc się nad­zwy­czaj aro­ma­tycz­nym, dam­skim pa­pie­ro­sem, wy­trzy­my­wał szer­mierkę z wu­jem ze zwy­kłą so­bie, tro­chę smutną po­wagą.

Przed pię­ciu laty, po po­dziale z bra­tem, opu­ścił kraj ro­dzinny.

Z od­po­wie­dzi, które te­raz da­wał, ła­twy da­wało się wy­cią­gnąć wnio­sek, że czasu nie tra­cił, użył wszel­kich roz­ko­szy, do­znał wszyst­kich wra­żeń, skosz­to­wał wszel­kich za­ka­za­nych owo­ców. Miał mi­lio­nowe środki i uży­wał ży­cia sza­le­nie.

Wuj ner­wo­wym, nie­spo­koj­nym ru­chem za­cie­rał ręce, do­zna­wał zda się opo­wia­da­nych roz­ko­szy, przy­po­mi­nał je w do­brze za­cho­wa­nej pa­mięci pod­sta­rza­łego sy­ba­ryty. I sta­now­czo z tych dwóch lu­dzi on wy­glą­dał na młod­szego. Oży­wiony, z ru­mień­cem pod­nie­ce­nia na gład­kiej twa­rzy, sta­no­wił dzi­waczny kon­trast z sio­strzeń­cem, któ­rego blade, ko­bieco de­li­katne ob­li­cze, za­ostrzone i zmi­ze­ro­wane wsze­la­kim nad­uży­ciem, nie miało w so­bie ani śladu ży­cia, za­ję­cia, za­in­te­re­so­wa­nia czym­kol­wiek.

Prze­żyty był za­pewne, a to prze­ży­cie było tak wiel­kie, że na­wet cy­nizm po nim nie po­zo­stał - nic zgoła.

By­łaby tru­pia ta twarz, by­łaby okropną mo­ralną ni­co­ścią, gdyby nie ów smu­tek szcze­gólny, który cza­sem jak odrę­twie­nie wy­zie­rał ze zmę­czo­nych oczu, i gdyby nie bar­dzo wpraw­dzie rzad­kie, ale wy­raźne zmarsz­cze­nie czoła w rys doj­mu­ją­cej bo­le­ści.

Wów­czas znać było, że ten czło­wiek coś czuje, a ra­czej, że go coś boli - i w ta­kich chwi­lach wy­glą­dał dziw­nie wy­szla­chet­niony.

- Gdzież do­go­niła księ­cia wieść o ka­ta­stro­fie Al­freda? - za­gad­nął go na­gle ba­ron Ama­de­usz, prze­ry­wa­jąc bar­dzo dra­styczną aneg­dotę, któ­rej wą­tek, ce­dzony po­woli i obo­jęt­nie, wuj książę po­że­rał ła­ko­mie.

- Do­go­niła, zdaje mi się, w Pa­lermo.

- I prze­ra­ziła za­pewne?

- Prze­ra­zić, nie; ale był to cios tak na­gły, że przez chwilę są­dzi­łem, że je­stem ofiarą zmory. Ostatni list od brata był pe­łen do­brego hu­moru, otrzy­ma­łem go na ty­dzień przed wy­pad­kiem.

- Ba! Ja go wi­dzia­łem dzień przed­tem na tej szel­mie ko­byle i by­łem pe­wien, że to się źle skoń­czy! - za­wo­łał Masz­kow­ski, za­prze­sta­jąc na chwilę spor­to­wych sko­ków na krze­śle. - Po­trójne głup­stwo. Wy­obraź so­bie, klacz bez kro­pli krwi szla­chet­nej, bez tre­sury, bez tra­dy­cji! Szlach­cianka wy­ho­do­wana sa­mo­pas na za­ścianku, ape­tyczna, nie prze­czę, atrak­cyjna be­stia, ale pod hol­szań­skiego masz­ta­le­rza, a nie pod pana. Al­fred się w niej za­ko­chał.

- Wy­obraź so­bie: kniaź na szlach­ciance! - wtrą­cił ze śmie­chem wuj, za­po­mi­na­jąc w fer­wo­rze, o czym była mowa.

Oczy księ­cia Lwa, utkwione wcze­śniej w hra­biego, prze­nio­sły się na wuja, a ów szcze­gólny skurcz brwi i szczęk prze­mknął po ob­li­czu. Nie rzekł nic, a Masz­kow­ski pe­ro­ro­wał da­lej, ge­sty­ku­lu­jąc gwał­tow­nie.

- Za­ko­chał się i ku­pił! Klacz, przy­pro­wa­dzona do Hol­szy, tra­to­wała i gry­zła lu­dzi, nie dała ni­komu do sie­bie przy­stą­pić, nie chciała jeść i pić, rżała bez ustanku dzi­kim gło­sem - sza­tan w ko­by­lej skó­rze. Ja bym jej za te fo­chy i chi­mery w łeb wy­pa­lił.

- Chi­mery i fo­chy mają bar­dzo cenny, draż­niący wdzięk. - Wuj za­śmiał się dwu­znacz­nie.

- Hra­bia wi­docz­nie lubi po­tulne owieczki - do­dał ba­ron.

- Wcale nie, ale tre­sura, moi pa­no­wie, to grunt, to pierw­sze i ostat­nie przy­ka­za­nie. Kto tego nie po­siada, do stada z nim - na matkę. W krzy­żo­wa­niu wady by zgi­nęły po­woli, a na­tu­ralne przy­mioty na­bra­łyby rze­czy­wi­stej war­to­ści. Czy książę do­tąd tej kla­czy nie za­strze­lił? - zwró­cił się do wuja, który wi­docz­nie nu­dził się i zie­wał.

- Nie, hra­bio. Zo­sta­wi­łem tę sprawę w za­wie­sze­niu do de­cy­zji Lwa.

- Szcze­gólna cier­pli­wość! Ale przy­szło mi do głowy, że ja bym ją ku­pił, przed eg­ze­ku­cją na­tu­ral­nie.

- Szlach­ciankę... bez tre­sury! - za­śmiał się ba­ron.

- Do stada tylko, do krzy­żo­wa­nia.

Książę Hol­szań­ski po­ru­szył się na krze­śle.

- My­śla­łem, że opo­wiesz mi, hra­bio, prze­bieg owej tra­gicz­nej ka­ta­strofy - rzekł z ci­cha.

- Wła­śnie to czy­nię. By­łem obecny przy po­czątku. Al­fre­dowi za­ma­rzyło się po­je­chać na tej kla­czy do wa­szego Czar­tomla. Masz­ta­lerz prze­je­chał parę razy na niej, dla po­skro­mie­nia wparto ją w ba­gna za Hol­szą i spie­nioną, z dy­mią­cymi bo­kami przy­pro­wa­dzono przed ga­nek. "Czło­wieku - krzy­czę - ża­den dżo­kej An­glik na niej nie sie­dział, i ty chcesz jej do­sia­dać?" Ale Al­fred był jak pi­jany. "Nie wi­dzia­łeś ni­gdy żyw­cem hol­szań­skiego Cen­taura - po­wiada - no, to patrz!" I sko­czył na sio­dło. Za­kry­łem oczy ze zgrozy! Jaką ta klacz miała złą ma­nierę, moi pa­no­wie, to nie koń, ale zwie­rzę.

- Więc za­biła go? - spy­tał książę Lew głu­cho.

- Zmiaż­dżyła for­mal­nie - rzekł wuj, krzy­wiąc się ze wstrę­tem. - Masz­ta­lerz wi­dział wy­pa­dek. Za gro­blą, koło zna­jo­mych ci z tra­dy­cji dwóch krzy­żów, u za­wrotu, unio­sła bied­nego Al­freda w stronę rów­nie ci do­brze zna­nej en­klawy szlach­cica Su­mo­roka. Cela vous porte mal­heur, ce nom![10] Al­fred spadł z kla­czy i wlókł się za nią, nie mo­gąc wy­do­być nogi ze strze­mie­nia. Gdy go wy­ra­to­wano, li­te­ral­nie nie miał głowy, tylko kor­pus skrwa­wiony.

Książę Lew bar­dzo ni­sko po­chy­lił głowę i mil­czał. Po­zo­stali nie prze­ry­wali ci­szy i do­piero po dłu­gim mil­cze­niu ba­ron Ama­de­usz drwiąco się uśmiech­nął i po­wsta­jąc, zło­żył przed no­wym dzie­dzi­cem głę­boki ukłon.

- Le roi est mort, vive le roi[11] - rzekł. To po­wie­dziaw­szy, skie­ro­wał się do drzwi.

Damy w sa­lo­nie nie zmie­niły po­zy­cji. Księżna matka sie­dząca na tro­nie, za­to­piona w kon­tem­pla­cji brą­zo­wego Cen­taura w prze­ciw­le­głej ni­szy, zda­wała się upa­jać chwałą swego rodu i sta­no­wi­ska. Księżna Ida­lia szar­pała ko­ronki wa­chla­rza. Księż­niczka Iza, za­pló­tł­szy na ko­la­nach li­liowe rączki, spo­glą­dała na ta­ras. Księż­niczka ciotka po­dzi­wiała z naj­zim­niej­szą krwią naj­mniej odzianą grupę nimf na ścia­nie.

Ba­ron Ama­de­usz jed­nym rzu­tem oka ob­jął ko­biety i śli­zga­jąc się bez sze­le­stu po szkli­stej po­sadzce, do­tarł do ka­napki za­ję­tej przez sio­strę i usiadł obok niej.

- Więc? - spy­tała go żywo.

- Więc? - po­wtó­rzył.

- Pro­szę cię, nie dow­cip­kuj! Wiesz, o co mi cho­dzi! - rzu­ciła nie­cier­pli­wie.

Ba­rona ta nie­cier­pli­wość pod­nie­cała do zło­śli­wego wy­skoku.

- Ani tro­chę - od­parł obo­jęt­nie, sku­biąc swój mi­zerny, nie­okre­ślo­nego ko­loru za­rost.

- Wy­ba­da­łeś księ­cia Le­ona?

- Wzglę­dem czego?

- No, wzglę­dem jego za­mia­rów co do mnie.

- Czyli, kiedy cię my­śli po­jąć za żonę?... Moja piękna pani sio­stro, nie­po­trzebny trud. Hol­szań­scy tak wiele mają na so­bie ple­śni na­zbie­ra­nej przez wieki, że w po­dob­nych kwe­stiach nie kie­rują się swoją wolą. - Po­tem wy­ce­dził po­woli: - W sta­tu­tach ich pań­stwa i dy­na­stii są za­pewne wy­mie­nione rody, z któ­rymi im wolno się łą­czyć. Przy­wdziej ża­łobę. Do­stą­pi­łaś raz tego szczę­ścia i mu­sisz na tym po­prze­stać. Na Lwa czeka inna księż­niczka.

- Mais je veux l'avoir - te dis-je![12] - syk­nęła.

- Aby ci przy­po­mi­nał tego idiotę Al­freda!

- Ja­kiś ty te­raz dow­cipny! Oby­wa­łeś się bez przy­miot­ni­ków, gdyś u tego idioty czer­pał pełną gar­ścią dla swo­ich me­tres.

- By­łem i je­stem bar­dzo lo­giczny, jak wi­dzisz. Te­raz, gdy mi się sprzy­krzyły ko­biety, a Al­fred się za­bił, mogę o jed­nych i dru­gim wy­ra­zić swój sąd. Wiesz prze­cież, że ne­kro­logi pi­sze się po śmierci.

- Frere, po­int de pla­isan­te­rie![13] Py­tam cię sta­now­czo, co bę­dzie te­raz ze mną?

- Z tobą? Zro­bisz, co ci się po­doba. Po­nie­waż zaś uwa­żam, że mocno ci się spodo­bał Lew, bę­dziesz się z nim ba­ła­mu­ciła. Ostrze­gam cię tylko przed ar­gu­so­wym wzro­kiem re­gentki księżny. Jak za­uwa­ży­łem przy cy­ga­rach, brat two­jego męża zna się na ga­lan­te­rii i na­był w niej wiel­kiej wprawy. Po­trafi grę uroz­ma­icać i to ci roz­pę­dzi for­sowne nudy ża­łoby.

- Tu es im­be­cile![14] - syk­nęła, tu­piąc nóżką. - Ja chcę go za męża, a nie dla za­bawy. Ja chcę, ro­zu­miesz?

- Że chcesz go za męża, bar­dzo wie­rzę i zga­dzam się w zu­peł­no­ści, a ra­czej nic mi na tym nie za­leży i moje bło­go­sła­wień­stwo daję ci z góry! Sta­raj się tylko, aby w ko­niecz­ność twej chęci uwie­rzył Lew, co ła­twiej, i księżna matka, co bę­dzie, jak są­dzę, trud­niej.

Księżna Ida­lia za­gry­zła wargi i zda­wała się chwilę na­my­ślać.

- Chcę przede wszyst­kim wy­je­chać stąd - po­wie­działa po­woli. - Mnie ta Hol­sza za­bija, mnie po­trzeba na­szego świata i po­wie­trza, wiesz, Ama­dee, Wied­nia, sa­lo­nów, dworu!

- Klad­de­ra­datsch![15] - za­śmiał się ba­ron.

- Ach ten Al­fred! Po­mie­szał mi wszyst­kie szyki. Było rze­czą po­sta­no­wioną, że prze­nie­siemy się do dóbr ga­li­cyj­skich. Mie­li­śmy zi­mo­wać w Wied­niu i Pa­ryżu na prze­mian. Ach, że ten czło­wiek na­wet w porę umrzeć nie po­tra­fił! A te­raz trzeba znów cier­pieć.

- Per aspera ad astra![16] - rzekł sen­ten­cjo­nal­nie ba­ron. - Wła­ści­wie do­tąd nie ro­zu­miem, po co mnie spro­wa­dzi­łaś tu­taj i po co trzy­masz tak długo?

- Czemu się nie sta­rasz o Izę? - szep­nęła nie­cier­pli­wie.

- Cze­muż mi tego wcze­śniej nie po­wie­dzia­łaś? Ileż ona ma po­sagu, ta nimfa hol­szań­ska?

- Dwa­kroć![17]

- Phi - cette mi­sere![18] Moja droga, mam czte­ry­kroć li­chwiar­skich dłu­gów, nie li­cząc przy­ja­ciel­skich.

- Co ty ro­bisz z pie­niędzmi?

- To samo, co ty, ma belle![19] Rzu­cam je w błoto. Na nie­szczę­ście, idiota Al­fred nie da­wał mi dzie­sią­tej czę­ści tego, co to­bie! Hm!... kosz­to­wa­łaś go pew­nie parę mi­lio­nów. No i pro­szę! Po­wia­dają, że ko­chanki ruj­nują!

- To nie ma nic do rze­czy! Ro­bisz się wprost nie­moż­liwy ze swym cy­ni­zmem. Sie­dzisz tu trzy ty­go­dnie i nie zro­zu­mia­łeś, co my­śli księżna i wuj Proń­ski!

- Ow­szem, zro­zu­mia­łem. Re­gentka my­śli o trzech rze­czach: o swym ka­pe­la­nie, który ha­nieb­nie się sta­rzeje, o nie­bo­tycz­nej chwale swej dy­na­stii i o zje­dzo­nym obie­dzie. A wuj Proń­ski także o trzech: o spo­so­bie do­stro­je­nia swych sta­rych sił do mło­dych chęci, o wy­pchnię­ciu za umi­tro­wa­nych pa­ni­czów swych sta­rze­ją­cych się cór i o jak naj­szer­szej sła­wie jego czor­to­wiec­kiej obory.

- Im­be­cile! Py­tam o mnie!

- O to­bie, moja piękna sio­stro, nikt nie my­śli. Ode­gra­łaś już w Hol­szy swoją rolę.

Tu ba­ron po­chy­lił się do ucha sio­stry i bar­dzo ci­cho za­śpie­wał:

Otez vos ha­bits ro­ses et vos jo­lis so­uliers,

Mon­sieur Mal­bro­uck est mort, est mort et en­ter­ree.[20]

- Za­sto­suj się do tej rady - do­dał. - Ład­nie ci w ża­ło­bie, do­strój do niej twarz i fry­zurę. Za parę lat tron re­gentki śmierć dla cie­bie opróżni. Czy ten tron cię nie nęci? Bar­dzo bę­dziesz efek­tow­nie wy­glą­dała!

Księżna wstała gwał­tow­nie, od­rzu­ciła tren ża­łob­nej sukni i ma­je­sta­tyczna, roz­draż­niona skie­ro­wała się w stronę ta­rasu. W tejże chwili stara księżna ski­nęła na po­ko­jowca.

- Po­proś tu księ­cia! - rze­kła.

Ja­kiego - nie do­dała, a sługa nie spy­tał. W Hol­szy był je­den tylko książę dla ca­łego dworu.

Po chwili we­zwany uka­zał się i przy­stą­pił do tronu matki, po­zdra­wia­jąc ją bar­dzo ofi­cjal­nym i głę­bo­kim ukło­nem.

Nikt by nie zgadł, że ten młod­szy syn, z winy swego spóź­nio­nego uro­dze­nia mało sza­no­wany w ro­dzi­nie, po raz pierw­szy dzi­siaj po sze­ściu la­tach wra­cał pod dach oj­cow­skiego domu, przed kilku go­dzi­nami za­le­d­wie po­wi­tał matkę do­tkniętą okropną stratą.

Nie prze­mó­wili do sie­bie ani jed­nego ser­decz­nego i po­uf­nego słowa, nie dali znać po so­bie, czy cier­pią, czy się cie­szą z wi­doku naj­bliż­szych. Byli księ­stwem na Hol­szy i Czar­tomlu - nie matką i sy­nem.

Księżna ski­nęła nań, by się zbli­żył, i wska­zała miej­sce obok sie­bie na ma­łym ta­bo­re­cie, gdzie zwy­kle sia­dy­wała jej lek­torka.

- Za­po­mi­nasz się, Le­onie - rze­kła su­cho.

- W czym, księżna matko? - za­py­tał spo­koj­nie.

- W for­mach, mój drogi. Od go­dziny nie wi­dzę cię na sali.

- Pro­szę da­ro­wać. Istot­nie za­po­mnia­łem się.

- Książę na Hol­szy po­wi­nien za­wsze o swym sta­no­wi­sku pa­mię­tać.

- Tak nie­dawno otrzy­ma­łem ty­tuł, że moje roz­tar­gnie­nie dziś pro­szę wy­ba­czyć. Ju­tro będę na swoim miej­scu.

- To ko­nieczne i li­czę, że choć nie masz ru­tyny, tra­dy­cja z krwią odzie­dzi­czona za­stąpi ci brak wprawy. Ju­tro go­ście się roz­jadą i po­mó­wię z tobą o waż­nych spra­wach. Dziś chcę tylko spy­tać, czy spo­ty­kały cię po dro­dze de­le­ga­cje?

- Tak. Na prze­przę­gach pre­zen­to­wała mi się na­sza służba i urzęd­nicy, a przed mia­stecz­kiem przyj­mo­wa­łem de­le­ga­cję miesz­czan, Ży­dów i chło­pów.

- Z mo­wami?

- Tak. Mó­wił bur­mistrz i ra­bin.

- Ufam, że im nie od­po­wia­da­łeś.

- Nie, zmę­czony by­łem drogą, zresztą to mnie nu­dzi.

- Bar­dzo słusz­nie zro­bi­łeś. Za­pewne za­no­sili do cie­bie skargi i prośby?

- Do­prawdy nie wiem. Nie słu­cha­łem.

- Ro­zu­miem cię do­sko­nale. Dzień taki jak dziś każdy nowy kniaź Hol­szań­ski kilka razy w ży­ciu od­być musi. Oko­licz­no­ści po temu są, gdy zjeż­dża, tak jak ty dzi­siaj, do Hol­szy lub gdy przy­wozi so­bie żonę. Daw­niej wi­tano go po­dob­nie, gdy wra­cał z da­le­kiej po­dróży, ale obec­nie po­dobne wy­padki zbyt spo­spo­li­to­wały się. Za­tem ty od­by­łeś pierw­szy ów ważny dzień. Zo­staje ci tylko do od­by­cia jesz­cze drugi - ostatni. Mam na­dzieję, że prędko na­stąpi.

Książę mil­czał nie­po­ru­szony. Ma­ska apa­tii i chłodu nie zdra­dzała naj­mniej­szych emo­cji. Sie­dział wy­pro­sto­wany, ele­gancki i ręką ko­bieco białą o ary­sto­kra­tycz­nych kształ­tach gła­dził de­li­katne, płowe wą­siki. Księżna matka, do­szedł­szy w swej pe­ro­rze do punktu, skąd wyjść chciała, po­chy­liła się tro­chę i ła­go­dząc ostry głos, mó­wiła da­lej:

- Je­steś ostat­nim mę­skim przed­sta­wi­cie­lem swego rodu. To na­kłada na cie­bie wiel­kie i ważne obo­wiązki. Wie­rzę, że im spro­stać po­tra­fisz.

Książę, nie zmie­nia­jąc po­zy­cji i nie prze­sta­jąc gła­dze­nia wą­sów, po­ta­ku­jąco ski­nął głową.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki