10 MARCA 2025
- Co panią do mnie sprowadza?
Nie odpowiedziałam od razu. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Dwa fotele, stolik na kawę i pudełko chusteczek, biurko z komputerem stacjonarnym, turkusowe ściany i duża dracena w kącie. Pod ścianą staroświecki gramofon przykryty delikatną warstwą kurzu. Duże okno, przez które pokój wydawał się większy i pogodniejszy. Nic nadzwyczajnego. Gabinet psychoterapeutyczny, który ma stwarzać miłą atmosferę, a w rzeczywistości jest taki, jak każdy inny. Przesadnie przytulny, dający złudne poczucie bezpieczeństwa. Pokój dla świrów, jak by to powiedział mój ojciec, ale ja dawno przestałam interesować się jego zdaniem.
Psychoterapeutka Magdalena Sarniak usiadła na fotelu naprzeciwko mnie. Uśmiechała się do mnie delikatnie. Była w średnim wieku i miała łagodną twarz. Gdybym spotkała ją w innych okolicznościach, pomyślałabym, że robi miłe wrażenie. Teraz wydawała mi się obca i nieprzystępna, a uśmiech tylko dokładał jej sztuczności. Taki zawodowy, wystudiowany uśmiech.
- To skomplikowane... - zawiesiłam głos.
Zabrzmiało głupio i infantylnie. Pewnie większość jej klientów tak właśnie zaczynała mówić o swoim problemie. Wszyscy ludzie zakładają, że są unikatowi, jedyni w swoim rodzaju, wyjątkowi, a ich trudności niepowtarzalne. Tak naprawdę wszyscy walczą z podobnymi problemami, z którymi nie potrafimy sobie poradzić. Jesteśmy nudni i tak samo zagubieni. Może nie radzimy sobie z naszą zwyczajnością i to jest nasz główny problem?
Kobieta nie pospieszała mnie. Miała na kolanach laptopa, na którym zapisała moje dane i pewnie chciała robić notatki. Nowy MacBook w jasnoturkusowym kolorze. Nawet jej sprzęt wydawał się pasować do tego wyreżyserowanego wnętrza. Zawiesiłam wzrok na stoliku, który nas oddzielał. Leżało na nim pudełko chusteczek i stała doniczka z sukulentem. Gruboszowaty był lekko przywiędły, a to roślina, którą trudno ususzyć. Z trudem powstrzymałam się przed sięgnięciem do torebki i wyciągnięciem z niej butelki z wodą, żeby podlać umierającą roślinę. Opakowanie chusteczek było dość jednoznaczne. Ja nie czułam się bezsilnym płaczkiem i nie chciałam być tak traktowana.
- Moje problemy jakiś czas temu zaczęły mnie przytłaczać - spróbowałam mówić dalej.
Odwróciłam wzrok od pudełka z chusteczkami i przeniosłam go na kobietę. Jeśli chciałam otrzymać pomoc, to musiałam się zmusić do dalszego mówienia.
- Pozornie wszystko w moim życiu jest dobrze. Jestem zdrową, młodą osobą. Z zawodu jestem grafikiem. Pracuję w dobrym wydawnictwie. Zajmuję się ilustrowaniem książek dziecięcych i lubię to, co robię. Mam kochającego narzeczonego, z którym mieszkam - wyliczałam. - Nie mamy problemów finansowych. Powinnam być zadowolona z życia. Pomimo to wszystko zaczęło się walić.
Zrobiłam kolejną przerwę, ale psychoterapeutka nadal się nie odzywała. Zanotowała coś w komputerze i ponownie utkwiła we mnie wzrok. Uśmiechała się lekko. Miała młodą twarz. Stanowczo za młodą jak na swój wiek. Zmarszczki na szyi zdradzały, że miała około czterdziestu, może pięćdziesięciu lat. Nagle przyszło mi na myśl, że pewnie nie takich świrów jak ja gościł ten pokryty żółtym kocem fotel, na którym siedziałam. Pewnie na nich wszystkich patrzyła tak samo. Z lekkim uśmiechem, pozornie życzliwie, ale jednak oceniająco.
- Mój psychiatra stwierdził u mnie zaburzenia lękowe z napadami paniki i halucynacjami. Od roku jestem na lekach przeciwdepresyjnych. Biorę sertralinę, w dawce pięćdziesięciu miligramów na dobę. Dodatkowo od pewnego czasu uczęszczam na psychoterapię. Jest pani moją drugą terapeutką. Z poprzednią spotykałam się przez kilka tygodni. Niestety, na razie nie widzę żadnych efektów leczenia farmakologicznego i psychoterapeutycznego - wydusiłam z siebie na jednym oddechu. Mówienie suchych faktów przyszło mi łatwiej. Były rzeczowe i pozbawione emocji. Mogłam je wyrecytować bez angażowania się.
- Zwolnijmy i zacznijmy od początku... - przerwała mi psychoterapeutka. Głos Magdaleny Sarniak brzmiał ciepło. Pomyślałam, że idealnie pasuje do wystroju gabinetu. - Chcę panią dobrze zrozumieć. Mówiła pani o zaburzeniach lękowych. Jakie ma pani objawy? Co dokładnie pani przez to rozumie?
- Czasami czuję się, jakbym miała umrzeć. Moje serce kołacze, jest mi gorąco, nie mogę złapać głębokiego oddechu, pocą mi się dłonie. Oddycham płytko i szybko. Rzadko udaje mi się wziąć większy haust powietrza, tak jakbym była pod wodą i tylko na chwilę wynurzała się na powierzchnię. Czasami chce mi się wymiotować albo muszę szybko pobiec do toalety.
- W jakich sytuacjach tak się dzieje?
- Trudno mi dokładnie powiedzieć. To są bardzo różne sytuacje. Bywa, że są to stresujące wydarzenia w pracy. Czasami w czasie codziennych obowiązków. Zdarza się, że w środku nocy wyrywam się ze snu z takimi objawami. Budzę się zlana potem, z szybkim biciem serca, jakbym przebiegła maraton albo wyśniła najstraszniejszy koszmar, ale go nie pamiętam. Czuję lęk, kiedy za długo jestem sama w domu albo wręcz przeciwnie, kiedy jestem otoczona przez obcych ludzi. W tłumie narasta we mnie niepokój, dlatego zaczęłam omijać zatłoczone miejsca. Nie chcę się ośmieszyć, jeśli nagle nie będę mogła złapać tchu. Kiedy otacza mnie tłum obcych, to czuję, jakby każda osoba chciała się na mnie rzucić, zaatakować mnie i zrobić mi krzywdę - mówiłam powoli i wyraźnie. Chciałam, żeby tamta mogła mnie zrozumieć. - Odczuwam też lęk związany z moimi omamami... - zawiesiłam na chwilę głos.
Kobieta milczała. Pomyślałam, że nie usłyszała tego, co powiedziałam.
- Dużo jest trudnych sytuacji, w których boję się, że stracę nad sobą kontrolę. Próbuję unikać rzeczy, które mogą mnie przerosnąć. To robi się trudne. Nie można omijać większości codziennych sytuacji. Przez to czuję się coraz bardziej przytłoczona - dokończyłam ciszej.
- Co to są za halucynacje?
Jednak usłyszała.
- Czasami wydaje mi się, że dzieją się rzeczy, które nie mają miejsca - powiedziałam oględnie.
- Jakie? - dopytywała.
- Różne - odpowiedziałam pospiesznie.
Nie chciałam, żeby na pierwszym spotkaniu wzięła mnie za kompletną wariatkę. Wolałam rozmawiać tutaj, w tym udającym przytulność pokoju, niż w pomieszczeniu bez klamek na zamkniętym oddziale psychiatrycznym.
Kobieta spojrzała na mnie przeciągle. Zanotowała coś w swoim komputerze. Szykowałam się na kolejne pytania o moje omamy. Poczułam, jak spinają mi się mięśnie i przyśpiesza serce. Zaczęłam szybciej oddychać. No pięknie, jeśli dostanę ataku paniki na pierwszym spotkaniu, to na pewno psychoterapeutka nie podejmie się mojej terapii, a ja wcześniej czy później wyląduję w psychiatryku.
- Niech pani oddycha, nic się nie dzieje. - Głos kobiety przedarł się przez moje myśli. - Słyszę panią tylko ja, a jestem tu, aby pani pomóc. Jeśli nie chce pani o tym mówić, to nie ma żadnego problemu. Nie musimy o tym dzisiaj rozmawiać - powiedziała uspokajająco. - Od jak dawna to wszystko trwa? Kiedy zaczęła się pani zmagać z lękiem?
Zaskoczyła mnie tą zmianą tematu. Terapeutka nie wywierała nacisku ani nie sprawiała, że czułam się przytłoczona. Może spotkamy się po raz kolejny? Zamknęłam na chwilę oczy, wzięłam pięć głębokich oddechów. Wdech, wydech, wdech, wydech... To była chyba jedyna pozytywna rzecz, którą wyniosłam z poprzedniej terapii. Przypomniały mi się słowa psychoterapeutki: "Kiedy czujesz, że zbliża się strach, postaraj się zdać sobie sprawę z tego, że nie umrzesz. Strach nie spowoduje śmierci. Kiedy przejdzie, będzie można znowu złapać oddech, normalnie zaczerpnąć powietrza. Trzeba to sobie jedynie uświadomić i przeczekać najgorsze chwile. Powolne wypełnienie płuc oddechem w tym pomaga. To trochę jak oszukiwanie własnego organizmu, że wszystko jest dobrze". Czasami ta metoda działała, ale u mnie rzadko. Zwykle, kiedy przypominałam sobie o tym sposobie, było już za późno i spirala strachu trzymała mnie mocno w swojej pułapce. Tym razem jednak poskutkowało. Z każdym oddechem napięcie odpuszczało.
Kiedy ponownie otworzyłam oczy, psychoterapeutka nie patrzyła na mnie, pisała coś na komputerze. Byłam jej za to wdzięczna. Bałam się, że napotkam jej oceniający wzrok i lęk powróci ze zdwojoną siłą. Ucisk w klatce piersiowej powoli zelżał. Oddech stawał się głębszy, spokojniejszy. Najgorsze minęło.
- Napady paniki mam od około roku - powiedziałam, kiedy znów byłam w stanie wydusić z siebie słowa. - Dużo wskazuje na to, że wcześniej też miałam omamy, ale wtedy mnie one nie przerażały. Były częścią mojego życia i uznawałam je w pewnym sensie za normalne. Nie zdawałam sobie sprawy, że coś jest nie tak. Od roku strach utrudnia mi normalne funkcjonowanie.
- Czy wtedy, rok temu, wydarzyło się coś przełomowego?
- Nie wydaje mi się - zastanawiałam się na głos. - Nic poważnego się nie wydarzyło. Nie zmieniłam pracy, nikt w bliskiej rodzinie nie zachorował, nie miałam wypadku samochodowego, nie doznałam żadnej psychicznej traumy - wyliczałam. - Działy się same dobre rzeczy. Mój chłopak, Przemek, zmienił się w mojego narzeczonego, w pracy zaczęłam odnosić sukcesy i dostawałam coraz większe projekty. Nie działo się nic złego, wręcz przeciwnie. Same dobre wydarzenia.
- Jak wyglądał wtedy ten napad lęku?
- To był zwykły dzień. Posprzeczaliśmy się z moim chłopakiem i chciałam mu pokazać szkatułkę z listami z mojego dzieciństwa, ale ona zniknęła. Nie mogłam jej nigdzie znaleźć. Mamy wspólne mieszkanie, ale oddzielne pokoje. Uznaliśmy, że tak będzie lepiej. Każde z nas ma własną przestrzeń do pracy i dla samego siebie. Przeszukałam cały mój pokój, nawet powyrzucałam ubrania z szafy, a szkatułki nigdzie nie było.
Opowiadałam tę historię już parokrotnie, dziesiątki razy analizowałam ją w głowie, ale nadal budziła mój niepokój. Wspomnienie pierwszego napadu paniki nadal wywoływało we mnie lęk.
- Wtedy pierwszy raz zaczęłam panikować - kontynuowałam. Starałam się mówić szybko, ale drżenie w moim głosie i tak było dobrze wyczuwalne. - Zaczęło mi brakować tchu, na czole pojawiły się krople potu, ręce drżały do tego stopnia, że nie mogłam tego ukryć. Nie pamiętam dokładnie tego, co się wtedy ze mną działo. Myślę, że gdyby Przemek mnie nie wyciągnął na spacer, to straciłabym przytomność. To był jeden z najgorszych momentów w moim życiu. Od tej chwili zmieniło się wszystko. Później, jak już pani mówiłam, napady występowały w różnych sytuacjach, ale nigdy tak intensywnie, jak w tamtym momencie. Czasami pojawiały się bez powodu. Po prostu czułam, że tracę kontrolę nad sobą. Kiedy zdawałam sobie z tego sprawę, było najczęściej za późno, żeby to zatrzymać.
- Rozumiem. - Terapeutka szybko zanotowała coś na komputerze. - Żeby pani pomóc, muszę panią trochę lepiej poznać. Nasze problemy nigdy nie są wyodrębnione, zawsze są częścią nas samych. One nie pojawiają się znikąd, z czegoś wynikają. Musimy lepiej poznać siebie, żeby mieć szansę w walce z naszymi lękami. Zaczniemy od początku i powoli, krok po kroku, odnajdziemy źródło pani problemu.
Psychoterapeutka mówiła rzeczy proste i logiczne, ale ja nie czułam się, jakby traktowała mnie jak dziecko. Ona otwierała mi oczy. Rozumiałam, co chce mi powiedzieć, i się z nią zgadzałam.
- Mówiła pani, że ma pani narzeczonego - kontynuowała. - Przemysława, tak? Niech pani powie o nim coś więcej.
- O Przemku? Ale on nie jest problemem. Nie rozumiem, czemu mamy o nim rozmawiać.
- Jako pani narzeczony powinien być pani najbliższą osobą i znać panią najlepiej. Z tego powodu właśnie tę relację chciałabym na początek lepiej poznać.
- Jeśli tak, to mogę coś opowiedzieć - rzuciłam bez przekonania.
Poprzednia terapeutka nie pytała mnie o Przemka. Znała go bardzo dobrze, była w końcu jego kuzynką. Teraz sytuacja była inna.
- On naprawdę nie jest źródłem moich problemów - podkreśliłam. - Myślę, że jesteśmy typowym, zgodnym związkiem. Takim, w którym się wszystko dobrze układa. Jesteśmy razem od czterech lat. Należeliśmy na studiach do jednej grupy znajomych, która chodziła razem na imprezy, tak się poznaliśmy. Nie studiowaliśmy razem. Przemek jest dwa lata ode mnie starszy i zajmuje się projektowaniem wnętrz. Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia, ale u nas tak było. Może się pani śmiać - dodałam, widząc lekki uśmiech błąkający się po jej twarzy. - Na początku się ze sobą przekomarzaliśmy. Ja chciałam mu udowodnić, że musi trochę o mnie powalczyć, ale prawda jest taka, że już na pierwszym spotkaniu wpadliśmy sobie w oko. Jest dla mnie ogromnym wsparciem. To on był pierwszą osobą, która mnie uświadomiła, że jestem chora. Dzięki niemu postanowiłam, że dam sobie pomóc. Spędzamy też dużo czasu z jego rodziną. Dużo więcej niż z moją. Na moją rodzinę nie mogę już za bardzo liczyć... - zmieniłam temat. Nie chciałam mówić więcej o moim narzeczonym.
- Dlaczego pani tak myśli? Nie czuje pani wsparcia swojej rodziny?
- Kiedyś byliśmy bardzo zżyci, ale ostatnio nie utrzymujemy zbytnio kontaktów. Widujemy się tylko przy wyjątkowych okazjach. Zwykle są to święta i czyjeś urodziny. Wtedy udajemy, że wszystko jest w porządku, ale czuć, że oddaliliśmy się od siebie. Z tatą kłóciłam się już jako nastolatka. On ma radykalne poglądy na wiele spraw i nie jest w stanie zaakceptować, że ktoś może mieć inne zdanie. Z biegiem czasu bardzo zaczęło mi to przeszkadzać. Z mamą relacje miałam lepsze, ale w ciągu ostatniego roku parę razy posprzeczałyśmy się i uznałam, że nie chcę jej mieszać w moje problemy. Ona sama ma dużo spraw na głowie, nie muszę jej obarczać moimi. Wszyscy jesteśmy dorośli i każdy powinien odpowiadać za siebie. A dorosłość oznacza odpowiedzialność. Każdy ma problemy i powinien umieć sobie z nimi sam poradzić.
- Nie do końca mogę się z panią zgodzić. Mimo wszystko w niektórych sytuacjach wsparcie bliskich osób jest nam bardzo potrzebne.
- Tak, od tego mam Przemka.
- A jak wyglądał pani kontakt z matką, zanim wystąpiły te problemy? W życiu dorosłym i w dzieciństwie. Ma pani rodzeństwo?
- Z mamą miałam dobry kontakt. Pochodzę z rodziny, która była ze sobą blisko. Nie dzieliły nas zbytnio różnice poglądów ani nie nękały nałogi i choroby. Myślę, że miałam szczęśliwe dzieciństwo. Nikt nigdy mnie nie uderzył. Jak coś przeskrobałam, to ojciec potrafił na mnie nakrzyczeć, ale nie mam z tego powodu żadnej traumy. Mama nie podnosiła głosu. Mam jeszcze starszą siostrę Monikę, która wyprowadziła się z domu zaraz po osiągnięciu pełnoletności. Miałam wtedy piętnaście lat. Ja zostałam w domu rodzinnym znacznie dłużej. Wyprowadziłam się dopiero w wieku dwudziestu pięciu lat, kiedy skończyłam studia. Wtedy zamieszkałam u Przemka, bo mieszkał bliżej centrum miasta. Początkowo bywałam w domu rodzinnym przynajmniej raz w tygodniu.
- Kiedy to się zmieniło? Wtedy, gdy pojawiły się u pani ataki paniki?
- To mniej więcej zbiegło się w czasie. Nie jestem przekonana, czy te wydarzenia są powiązane. Wtedy w moim domu rodzinnym dużo się działo. Tata został zwolniony z pracy, w której pracował kilkanaście lat. Dla niego równało się to z końcem świata. Zresztą mój ojciec jest z tych bardziej staroświeckich, nie wierzy w psychoterapię ani psychiatrów. Uważa, że to wymysły dla świrów. - Zawahałam się. - Przepraszam, nie chciałam pani urazić. - Spojrzałam niepewnie w kierunku kobiety. - Czasami mówię za dużo - dodałam po chwili.
- Wszystko w porządku, znam stereotypy, które krążą w społeczeństwie. Świat poszedł naprzód, a my pod tym względem zostaliśmy z tyłu. Tym bardziej cieszę się, że zdecydowała się pani na psychoterapię. Proszę mówić dalej.
Powoli, bardzo powoli zaczęłam się otwierać przed tą obcą kobietą. Zaczęłam czuć do niej odrobinę sympatii. Opowiadałam jej o mojej rodzinie, narzeczonym, przyjaciołach, z którymi w większości nie miałam czasu utrzymywać kontaktu, przez co nasze wieloletnie znajomości poszły w zapomnienie. Psychoterapeutka stawiała mnóstwo pytań, na które nie zawsze odpowiadałam. Nie naciskała mnie. Dawała mi czas i przestrzeń. Stanowiło to miłą odmianę w porównaniu z moją poprzednią terapią. Sama nie wiem, kiedy zniknęło wrażenie, że jestem oceniana. W końcu rozgadałam się tak bardzo, że nie zauważyłam, kiedy minęło prawie całe spotkanie. Zaledwie musnęłyśmy mój właściwy problem. Czułam, że chcę dalej rozmawiać z tą kobietą. Umówiłyśmy się, że będę przychodzić w każdy poniedziałek o siedemnastej.
Byłam w zaskakująco dobrym humorze, kiedy wyszłam z gabinetu. Czułam się lepiej. Chyba potrzebowałam się wygadać. Wszystko wskazywało na to, że w końcu trafiłam do odpowiedniego miejsca.
Szybko wyjęłam z torebki telefon. Na czas spotkania go wyciszyłam. Z trudem powstrzymałam się, żeby nie sięgnąć po komórkę, gdy w trakcie terapii poczułam wibracje. W ciągu pięćdziesięciu minut Przemek zadzwonił do mnie trzy razy.
- Cześć, kochanie - rzuciłam lekko.
- Gdzie ty jesteś?
Oddychał głośno do telefonu. Był zdenerwowany. Bywał czasami nadopiekuńczy. To było kochane, że tak się o mnie troszczył, ale czasami przesadzał. Nie byłam już małym dzieckiem. To, że przez chwilę nie odbierałam telefonu, nie oznaczało, że od razu stało się coś złego.
- Zaraz wracam do domu - zapewniłam go.
- A czemu cię jeszcze w nim nie ma? Wyszłaś z pracy dwie godziny temu. Nawet w czasie godzin szczytu droga do domu nie zajmuje aż tyle czasu. Dawno powinnaś być na miejscu.
- Poszłam jeszcze na kawę z koleżanką z pracy - skłamałam. - Miałyśmy dużo do obgadania. Pamiętasz, mówiłam ci, że zaczynam teraz ilustrować kolejną książkę. Hania ma na to własny pomysł, chciała mi o nim opowiedzieć. To dość duży projekt, chce to zrobić jak najlepiej...
- Nie uważasz, że powinnaś mnie o tym powiadomić? - przerwał mi. - Nie pomyślałaś, że w twoim stanie mogę się zaniepokoić, kiedy nie pojawiasz się w domu o tej porze co zwykle i nie odbierasz telefonu?
- Przecież nie stało się nic złego, za chwilkę będę - uspokajałam go. - Przepraszam, nie pomyślałam, że możesz się o mnie martwić.
- Na przyszłość informuj mnie o takich rzeczach! - powiedział zdecydowanie. - Wychodzę na siłownię, nie będzie mnie w mieszkaniu. Tak bardzo zdenerwowałem się, że coś ci się stało, że muszę rozładować emocje.
- Dobrze, kochanie, nie ma sprawy. Kiedy wrócisz?
- Kiedy skończę trening - rzucił krótko i się rozłączył.
Wzięłam głęboki oddech. Jego nadmierna troska bywała uciążliwa. Przecież ja miałam tylko napady paniki. Nie traciłam przytomności na każdym kroku. Nie byłam śmiertelnie chora. Gdybym nie mogła sobie z czymś poradzić, byłby pierwszą osobą, do której bym zadzwoniła. Wiedział o tym.
Patrzyłam na tapetę w moim telefonie - nasze wspólne zdjęcie z ostatniego wyjazdu na Mazury. Nie chciałam go okłamywać. Chciałam mu powiedzieć o nowej psychoterapeutce, ale jeszcze nie teraz.