Błękitne koperty - Marta Jednachowska

Kup ebooka

35.99 zł
28.79 zł (26,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

10 MARCA 2025

- Co pa­nią do mnie spro­wa­dza?

Nie od­po­wie­dzia­łam od razu. Ro­zej­rza­łam się po po­miesz­cze­niu. Dwa fo­te­le, sto­lik na kawę i pu­deł­ko chu­s­te­czek, biur­ko z kom­pu­te­rem sta­cjo­nar­nym, tur­ku­so­we ścia­ny i duża dra­ce­na w ką­cie. Pod ścia­ną sta­ro­świec­ki gra­mo­fon przy­kry­ty de­li­kat­ną war­stwą ku­rzu. Duże okno, przez któ­re po­kój wy­da­wał się więk­szy i po­god­niej­szy. Nic nad­zwy­czaj­ne­go. Ga­bi­net psy­cho­te­ra­peu­tycz­ny, któ­ry ma stwa­rzać miłą at­mos­fe­rę, a w rze­czy­wi­sto­ści jest taki, jak każ­dy inny. Prze­sad­nie przy­tul­ny, da­ją­cy złud­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Po­kój dla świ­rów, jak by to po­wie­dział mój oj­ciec, ale ja daw­no prze­sta­łam in­te­re­so­wać się jego zda­niem.

Psy­cho­te­ra­peut­ka Mag­da­le­na Sar­niak usia­dła na fo­te­lu na­prze­ciw­ko mnie. Uśmie­cha­ła się do mnie de­li­kat­nie. Była w śred­nim wie­ku i mia­ła ła­god­ną twarz. Gdy­bym spo­tka­ła ją w in­nych oko­licz­no­ściach, po­my­śla­ła­bym, że robi miłe wra­że­nie. Te­raz wy­da­wa­ła mi się obca i nie­przy­stęp­na, a uśmiech tyl­ko do­kła­dał jej sztucz­no­ści. Taki za­wo­do­wy, wy­stu­dio­wa­ny uśmiech.

- To skom­pli­ko­wa­ne... - za­wie­si­łam głos.

Za­brzmia­ło głu­pio i in­fan­tyl­nie. Pew­nie więk­szość jej klien­tów tak wła­śnie za­czy­na­ła mó­wić o swo­im pro­ble­mie. Wszy­scy lu­dzie za­kła­da­ją, że są uni­ka­to­wi, je­dy­ni w swo­im ro­dza­ju, wy­jąt­ko­wi, a ich trud­no­ści nie­po­wta­rzal­ne. Tak na­praw­dę wszy­scy wal­czą z po­dob­ny­mi pro­ble­ma­mi, z któ­ry­mi nie po­tra­fi­my so­bie po­ra­dzić. Je­ste­śmy nud­ni i tak samo za­gu­bie­ni. Może nie ra­dzi­my so­bie z na­szą zwy­czaj­no­ścią i to jest nasz głów­ny pro­blem?

Ko­bie­ta nie po­spie­sza­ła mnie. Mia­ła na ko­la­nach lap­to­pa, na któ­rym za­pi­sa­ła moje dane i pew­nie chcia­ła ro­bić no­tat­ki. Nowy Mac­Bo­ok w ja­sno­tur­ku­so­wym ko­lo­rze. Na­wet jej sprzęt wy­da­wał się pa­so­wać do tego wy­re­ży­se­ro­wa­ne­go wnę­trza. Za­wie­si­łam wzrok na sto­li­ku, któ­ry nas od­dzie­lał. Le­ża­ło na nim pu­deł­ko chu­s­te­czek i sta­ła do­nicz­ka z su­ku­len­tem. Gru­bo­szo­wa­ty był lek­ko przy­wię­dły, a to ro­śli­na, któ­rą trud­no usu­szyć. Z tru­dem po­wstrzy­ma­łam się przed się­gnię­ciem do to­reb­ki i wy­cią­gnię­ciem z niej bu­tel­ki z wodą, żeby pod­lać umie­ra­ją­cą ro­śli­nę. Opa­ko­wa­nie chu­s­te­czek było dość jed­no­znacz­ne. Ja nie czu­łam się bez­sil­nym płacz­kiem i nie chcia­łam być tak trak­to­wa­na.

- Moje pro­ble­my ja­kiś czas temu za­czę­ły mnie przy­tła­czać - spró­bo­wa­łam mó­wić da­lej.

Od­wró­ci­łam wzrok od pu­deł­ka z chu­s­tecz­ka­mi i prze­nio­słam go na ko­bie­tę. Je­śli chcia­łam otrzy­mać po­moc, to mu­sia­łam się zmu­sić do dal­sze­go mó­wie­nia.

- Po­zor­nie wszyst­ko w moim ży­ciu jest do­brze. Je­stem zdro­wą, mło­dą oso­bą. Z za­wo­du je­stem gra­fi­kiem. Pra­cu­ję w do­brym wy­daw­nic­twie. Zaj­mu­ję się ilu­stro­wa­niem ksią­żek dzie­cię­cych i lu­bię to, co ro­bię. Mam ko­cha­ją­ce­go na­rze­czo­ne­go, z któ­rym miesz­kam - wy­li­cza­łam. - Nie mamy pro­ble­mów fi­nan­so­wych. Po­win­nam być za­do­wo­lo­na z ży­cia. Po­mi­mo to wszyst­ko za­czę­ło się wa­lić.

Zro­bi­łam ko­lej­ną prze­rwę, ale psy­cho­te­ra­peut­ka na­dal się nie od­zy­wa­ła. Za­no­to­wa­ła coś w kom­pu­te­rze i po­now­nie utkwi­ła we mnie wzrok. Uśmie­cha­ła się lek­ko. Mia­ła mło­dą twarz. Sta­now­czo za mło­dą jak na swój wiek. Zmarszcz­ki na szyi zdra­dza­ły, że mia­ła oko­ło czter­dzie­stu, może pięć­dzie­się­ciu lat. Na­gle przy­szło mi na myśl, że pew­nie nie ta­kich świ­rów jak ja go­ścił ten po­kry­ty żół­tym ko­cem fo­tel, na któ­rym sie­dzia­łam. Pew­nie na nich wszyst­kich pa­trzy­ła tak samo. Z lek­kim uśmie­chem, po­zor­nie życz­li­wie, ale jed­nak oce­nia­ją­co.

- Mój psy­chia­tra stwier­dził u mnie za­bu­rze­nia lę­ko­we z na­pa­da­mi pa­ni­ki i ha­lu­cy­na­cja­mi. Od roku je­stem na le­kach prze­ciw­de­pre­syj­nych. Bio­rę ser­tra­li­nę, w daw­ce pięć­dzie­się­ciu mi­li­gra­mów na dobę. Do­dat­ko­wo od pew­ne­go cza­su uczęsz­czam na psy­cho­te­ra­pię. Jest pani moją dru­gą te­ra­peut­ką. Z po­przed­nią spo­ty­ka­łam się przez kil­ka ty­go­dni. Nie­ste­ty, na ra­zie nie wi­dzę żad­nych efek­tów le­cze­nia far­ma­ko­lo­gicz­ne­go i psy­cho­te­ra­peu­tycz­ne­go - wy­du­si­łam z sie­bie na jed­nym od­de­chu. Mó­wie­nie su­chych fak­tów przy­szło mi ła­twiej. Były rze­czo­we i po­zba­wio­ne emo­cji. Mo­głam je wy­re­cy­to­wać bez an­ga­żo­wa­nia się.

- Zwol­nij­my i za­cznij­my od po­cząt­ku... - prze­rwa­ła mi psy­cho­te­ra­peut­ka. Głos Mag­da­le­ny Sar­niak brzmiał cie­pło. Po­my­śla­łam, że ide­al­nie pa­su­je do wy­stro­ju ga­bi­ne­tu. - Chcę pa­nią do­brze zro­zu­mieć. Mó­wi­ła pani o za­bu­rze­niach lę­ko­wych. Ja­kie ma pani ob­ja­wy? Co do­kład­nie pani przez to ro­zu­mie?

- Cza­sa­mi czu­ję się, jak­bym mia­ła umrzeć. Moje ser­ce ko­ła­cze, jest mi go­rą­co, nie mogę zła­pać głę­bo­kie­go od­de­chu, pocą mi się dło­nie. Od­dy­cham płyt­ko i szyb­ko. Rzad­ko uda­je mi się wziąć więk­szy haust po­wie­trza, tak jak­bym była pod wodą i tyl­ko na chwi­lę wy­nu­rza­ła się na po­wierzch­nię. Cza­sa­mi chce mi się wy­mio­to­wać albo mu­szę szyb­ko po­biec do to­a­le­ty.

- W ja­kich sy­tu­acjach tak się dzie­je?

- Trud­no mi do­kład­nie po­wie­dzieć. To są bar­dzo róż­ne sy­tu­acje. Bywa, że są to stre­su­ją­ce wy­da­rze­nia w pra­cy. Cza­sa­mi w cza­sie co­dzien­nych obo­wiąz­ków. Zda­rza się, że w środ­ku nocy wy­ry­wam się ze snu z ta­ki­mi ob­ja­wa­mi. Bu­dzę się zla­na po­tem, z szyb­kim bi­ciem ser­ca, jak­bym prze­bie­gła ma­ra­ton albo wy­śni­ła naj­strasz­niej­szy kosz­mar, ale go nie pa­mię­tam. Czu­ję lęk, kie­dy za dłu­go je­stem sama w domu albo wręcz prze­ciw­nie, kie­dy je­stem oto­czo­na przez ob­cych lu­dzi. W tłu­mie na­ra­sta we mnie nie­po­kój, dla­te­go za­czę­łam omi­jać za­tło­czo­ne miej­sca. Nie chcę się ośmie­szyć, je­śli na­gle nie będę mo­gła zła­pać tchu. Kie­dy ota­cza mnie tłum ob­cych, to czu­ję, jak­by każ­da oso­ba chcia­ła się na mnie rzu­cić, za­ata­ko­wać mnie i zro­bić mi krzyw­dę - mó­wi­łam po­wo­li i wy­raź­nie. Chcia­łam, żeby tam­ta mo­gła mnie zro­zu­mieć. - Od­czu­wam też lęk zwią­za­ny z mo­imi oma­ma­mi... - za­wie­si­łam na chwi­lę głos.

Ko­bie­ta mil­cza­ła. Po­my­śla­łam, że nie usły­sza­ła tego, co po­wie­dzia­łam.

- Dużo jest trud­nych sy­tu­acji, w któ­rych boję się, że stra­cę nad sobą kon­tro­lę. Pró­bu­ję uni­kać rze­czy, któ­re mogą mnie prze­ro­snąć. To robi się trud­ne. Nie moż­na omi­jać więk­szo­ści co­dzien­nych sy­tu­acji. Przez to czu­ję się co­raz bar­dziej przy­tło­czo­na - do­koń­czy­łam ci­szej.

- Co to są za ha­lu­cy­na­cje?

Jed­nak usły­sza­ła.

- Cza­sa­mi wy­da­je mi się, że dzie­ją się rze­czy, któ­re nie mają miej­sca - po­wie­dzia­łam oględ­nie.

- Ja­kie? - do­py­ty­wa­ła.

- Róż­ne - od­po­wie­dzia­łam po­spiesz­nie.

Nie chcia­łam, żeby na pierw­szym spo­tka­niu wzię­ła mnie za kom­plet­ną wa­riat­kę. Wo­la­łam roz­ma­wiać tu­taj, w tym uda­ją­cym przy­tul­ność po­ko­ju, niż w po­miesz­cze­niu bez kla­mek na za­mknię­tym od­dzia­le psy­chia­trycz­nym.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na mnie prze­cią­gle. Za­no­to­wa­ła coś w swo­im kom­pu­te­rze. Szy­ko­wa­łam się na ko­lej­ne py­ta­nia o moje oma­my. Po­czu­łam, jak spi­na­ją mi się mię­śnie i przy­śpie­sza ser­ce. Za­czę­łam szyb­ciej od­dy­chać. No pięk­nie, je­śli do­sta­nę ata­ku pa­ni­ki na pierw­szym spo­tka­niu, to na pew­no psy­cho­te­ra­peut­ka nie po­dej­mie się mo­jej te­ra­pii, a ja wcze­śniej czy póź­niej wy­lą­du­ję w psy­chia­try­ku.

- Niech pani od­dy­cha, nic się nie dzie­je. - Głos ko­bie­ty przedarł się przez moje my­śli. - Sły­szę pa­nią tyl­ko ja, a je­stem tu, aby pani po­móc. Je­śli nie chce pani o tym mó­wić, to nie ma żad­ne­go pro­ble­mu. Nie mu­si­my o tym dzi­siaj roz­ma­wiać - po­wie­dzia­ła uspo­ka­ja­ją­co. - Od jak daw­na to wszyst­ko trwa? Kie­dy za­czę­ła się pani zma­gać z lę­kiem?

Za­sko­czy­ła mnie tą zmia­ną te­ma­tu. Te­ra­peut­ka nie wy­wie­ra­ła na­ci­sku ani nie spra­wia­ła, że czu­łam się przy­tło­czo­na. Może spo­tka­my się po raz ko­lej­ny? Za­mknę­łam na chwi­lę oczy, wzię­łam pięć głę­bo­kich od­de­chów. Wdech, wy­dech, wdech, wy­dech... To była chy­ba je­dy­na po­zy­tyw­na rzecz, któ­rą wy­nio­słam z po­przed­niej te­ra­pii. Przy­po­mnia­ły mi się sło­wa psy­cho­te­ra­peut­ki: "Kie­dy czu­jesz, że zbli­ża się strach, po­sta­raj się zdać so­bie spra­wę z tego, że nie umrzesz. Strach nie spo­wo­du­je śmier­ci. Kie­dy przej­dzie, bę­dzie moż­na zno­wu zła­pać od­dech, nor­mal­nie za­czerp­nąć po­wie­trza. Trze­ba to so­bie je­dy­nie uświa­do­mić i prze­cze­kać naj­gor­sze chwi­le. Po­wol­ne wy­peł­nie­nie płuc od­de­chem w tym po­ma­ga. To tro­chę jak oszu­ki­wa­nie wła­sne­go or­ga­ni­zmu, że wszyst­ko jest do­brze". Cza­sa­mi ta me­to­da dzia­ła­ła, ale u mnie rzad­ko. Zwy­kle, kie­dy przy­po­mi­na­łam so­bie o tym spo­so­bie, było już za póź­no i spi­ra­la stra­chu trzy­ma­ła mnie moc­no w swo­jej pu­łap­ce. Tym ra­zem jed­nak po­skut­ko­wa­ło. Z każ­dym od­de­chem na­pię­cie od­pusz­cza­ło.

Kie­dy po­now­nie otwo­rzy­łam oczy, psy­cho­te­ra­peut­ka nie pa­trzy­ła na mnie, pi­sa­ła coś na kom­pu­te­rze. By­łam jej za to wdzięcz­na. Ba­łam się, że na­po­tkam jej oce­nia­ją­cy wzrok i lęk po­wró­ci ze zdwo­jo­ną siłą. Ucisk w klat­ce pier­sio­wej po­wo­li ze­lżał. Od­dech sta­wał się głęb­szy, spo­koj­niej­szy. Naj­gor­sze mi­nę­ło.

- Na­pa­dy pa­ni­ki mam od oko­ło roku - po­wie­dzia­łam, kie­dy znów by­łam w sta­nie wy­du­sić z sie­bie sło­wa. - Dużo wska­zu­je na to, że wcze­śniej też mia­łam oma­my, ale wte­dy mnie one nie prze­ra­ża­ły. Były czę­ścią mo­je­go ży­cia i uzna­wa­łam je w pew­nym sen­sie za nor­mal­ne. Nie zda­wa­łam so­bie spra­wy, że coś jest nie tak. Od roku strach utrud­nia mi nor­mal­ne funk­cjo­no­wa­nie.

- Czy wte­dy, rok temu, wy­da­rzy­ło się coś prze­ło­mo­we­go?

- Nie wy­da­je mi się - za­sta­na­wia­łam się na głos. - Nic po­waż­ne­go się nie wy­da­rzy­ło. Nie zmie­ni­łam pra­cy, nikt w bli­skiej ro­dzi­nie nie za­cho­ro­wał, nie mia­łam wy­pad­ku sa­mo­cho­do­we­go, nie do­zna­łam żad­nej psy­chicz­nej trau­my - wy­li­cza­łam. - Dzia­ły się same do­bre rze­czy. Mój chło­pak, Prze­mek, zmie­nił się w mo­je­go na­rze­czo­ne­go, w pra­cy za­czę­łam od­no­sić suk­ce­sy i do­sta­wa­łam co­raz więk­sze pro­jek­ty. Nie dzia­ło się nic złe­go, wręcz prze­ciw­nie. Same do­bre wy­da­rze­nia.

- Jak wy­glą­dał wte­dy ten na­pad lęku?

- To był zwy­kły dzień. Po­sprze­cza­li­śmy się z moim chło­pa­kiem i chcia­łam mu po­ka­zać szka­tuł­kę z li­sta­mi z mo­je­go dzie­ciń­stwa, ale ona znik­nę­ła. Nie mo­głam jej ni­g­dzie zna­leźć. Mamy wspól­ne miesz­ka­nie, ale od­dziel­ne po­ko­je. Uzna­li­śmy, że tak bę­dzie le­piej. Każ­de z nas ma wła­sną prze­strzeń do pra­cy i dla sa­me­go sie­bie. Prze­szu­ka­łam cały mój po­kój, na­wet po­wy­rzu­ca­łam ubra­nia z sza­fy, a szka­tuł­ki ni­g­dzie nie było.

Opo­wia­da­łam tę hi­sto­rię już pa­ro­krot­nie, dzie­siąt­ki razy ana­li­zo­wa­łam ją w gło­wie, ale na­dal bu­dzi­ła mój nie­po­kój. Wspo­mnie­nie pierw­sze­go na­pa­du pa­ni­ki na­dal wy­wo­ły­wa­ło we mnie lęk.

- Wte­dy pierw­szy raz za­czę­łam pa­ni­ko­wać - kon­ty­nu­owa­łam. Sta­ra­łam się mó­wić szyb­ko, ale drże­nie w moim gło­sie i tak było do­brze wy­czu­wal­ne. - Za­czę­ło mi bra­ko­wać tchu, na czo­le po­ja­wi­ły się kro­ple potu, ręce drża­ły do tego stop­nia, że nie mo­głam tego ukryć. Nie pa­mię­tam do­kład­nie tego, co się wte­dy ze mną dzia­ło. My­ślę, że gdy­by Prze­mek mnie nie wy­cią­gnął na spa­cer, to stra­ci­ła­bym przy­tom­ność. To był je­den z naj­gor­szych mo­men­tów w moim ży­ciu. Od tej chwi­li zmie­ni­ło się wszyst­ko. Póź­niej, jak już pani mó­wi­łam, na­pa­dy wy­stę­po­wa­ły w róż­nych sy­tu­acjach, ale ni­g­dy tak in­ten­syw­nie, jak w tam­tym mo­men­cie. Cza­sa­mi po­ja­wia­ły się bez po­wo­du. Po pro­stu czu­łam, że tra­cę kon­tro­lę nad sobą. Kie­dy zda­wa­łam so­bie z tego spra­wę, było naj­czę­ściej za póź­no, żeby to za­trzy­mać.

- Ro­zu­miem. - Te­ra­peut­ka szyb­ko za­no­to­wa­ła coś na kom­pu­te­rze. - Żeby pani po­móc, mu­szę pa­nią tro­chę le­piej po­znać. Na­sze pro­ble­my ni­g­dy nie są wy­od­ręb­nio­ne, za­wsze są czę­ścią nas sa­mych. One nie po­ja­wia­ją się zni­kąd, z cze­goś wy­ni­ka­ją. Mu­si­my le­piej po­znać sie­bie, żeby mieć szan­sę w wal­ce z na­szy­mi lę­ka­mi. Za­cznie­my od po­cząt­ku i po­wo­li, krok po kro­ku, od­naj­dzie­my źró­dło pani pro­ble­mu.

Psy­cho­te­ra­peut­ka mó­wi­ła rze­czy pro­ste i lo­gicz­ne, ale ja nie czu­łam się, jak­by trak­to­wa­ła mnie jak dziec­ko. Ona otwie­ra­ła mi oczy. Ro­zu­mia­łam, co chce mi po­wie­dzieć, i się z nią zga­dza­łam.

- Mó­wi­ła pani, że ma pani na­rze­czo­ne­go - kon­ty­nu­owa­ła. - Prze­my­sła­wa, tak? Niech pani po­wie o nim coś wię­cej.

- O Prze­mku? Ale on nie jest pro­ble­mem. Nie ro­zu­miem, cze­mu mamy o nim roz­ma­wiać.

- Jako pani na­rze­czo­ny po­wi­nien być pani naj­bliż­szą oso­bą i znać pa­nią naj­le­piej. Z tego po­wo­du wła­śnie tę re­la­cję chcia­ła­bym na po­czą­tek le­piej po­znać.

- Je­śli tak, to mogę coś opo­wie­dzieć - rzu­ci­łam bez prze­ko­na­nia.

Po­przed­nia te­ra­peut­ka nie py­ta­ła mnie o Prze­mka. Zna­ła go bar­dzo do­brze, była w koń­cu jego ku­zyn­ką. Te­raz sy­tu­acja była inna.

- On na­praw­dę nie jest źró­dłem mo­ich pro­ble­mów - pod­kre­śli­łam. - My­ślę, że je­ste­śmy ty­po­wym, zgod­nym związ­kiem. Ta­kim, w któ­rym się wszyst­ko do­brze ukła­da. Je­ste­śmy ra­zem od czte­rech lat. Na­le­że­li­śmy na stu­diach do jed­nej gru­py zna­jo­mych, któ­ra cho­dzi­ła ra­zem na im­pre­zy, tak się po­zna­li­śmy. Nie stu­dio­wa­li­śmy ra­zem. Prze­mek jest dwa lata ode mnie star­szy i zaj­mu­je się pro­jek­to­wa­niem wnętrz. Nie wie­rzę w mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia, ale u nas tak było. Może się pani śmiać - do­da­łam, wi­dząc lek­ki uśmiech błą­ka­ją­cy się po jej twa­rzy. - Na po­cząt­ku się ze sobą prze­ko­ma­rza­li­śmy. Ja chcia­łam mu udo­wod­nić, że musi tro­chę o mnie po­wal­czyć, ale praw­da jest taka, że już na pierw­szym spo­tka­niu wpa­dli­śmy so­bie w oko. Jest dla mnie ogrom­nym wspar­ciem. To on był pierw­szą oso­bą, któ­ra mnie uświa­do­mi­ła, że je­stem cho­ra. Dzię­ki nie­mu po­sta­no­wi­łam, że dam so­bie po­móc. Spę­dza­my też dużo cza­su z jego ro­dzi­ną. Dużo wię­cej niż z moją. Na moją ro­dzi­nę nie mogę już za bar­dzo li­czyć... - zmie­ni­łam te­mat. Nie chcia­łam mó­wić wię­cej o moim na­rze­czo­nym.

- Dla­cze­go pani tak my­śli? Nie czu­je pani wspar­cia swo­jej ro­dzi­ny?

- Kie­dyś by­li­śmy bar­dzo zży­ci, ale ostat­nio nie utrzy­mu­je­my zbyt­nio kon­tak­tów. Wi­du­je­my się tyl­ko przy wy­jąt­ko­wych oka­zjach. Zwy­kle są to świę­ta i czy­jeś uro­dzi­ny. Wte­dy uda­je­my, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, ale czuć, że od­da­li­li­śmy się od sie­bie. Z tatą kłó­ci­łam się już jako na­sto­lat­ka. On ma ra­dy­kal­ne po­glą­dy na wie­le spraw i nie jest w sta­nie za­ak­cep­to­wać, że ktoś może mieć inne zda­nie. Z bie­giem cza­su bar­dzo za­czę­ło mi to prze­szka­dzać. Z mamą re­la­cje mia­łam lep­sze, ale w cią­gu ostat­nie­go roku parę razy po­sprze­cza­ły­śmy się i uzna­łam, że nie chcę jej mie­szać w moje pro­ble­my. Ona sama ma dużo spraw na gło­wie, nie mu­szę jej obar­czać mo­imi. Wszy­scy je­ste­śmy do­ro­śli i każ­dy po­wi­nien od­po­wia­dać za sie­bie. A do­ro­słość ozna­cza od­po­wie­dzial­ność. Każ­dy ma pro­ble­my i po­wi­nien umieć so­bie z nimi sam po­ra­dzić.

- Nie do koń­ca mogę się z pa­nią zgo­dzić. Mimo wszyst­ko w nie­któ­rych sy­tu­acjach wspar­cie bli­skich osób jest nam bar­dzo po­trzeb­ne.

- Tak, od tego mam Prze­mka.

- A jak wy­glą­dał pani kon­takt z mat­ką, za­nim wy­stą­pi­ły te pro­ble­my? W ży­ciu do­ro­słym i w dzie­ciń­stwie. Ma pani ro­dzeń­stwo?

- Z mamą mia­łam do­bry kon­takt. Po­cho­dzę z ro­dzi­ny, któ­ra była ze sobą bli­sko. Nie dzie­li­ły nas zbyt­nio róż­ni­ce po­glą­dów ani nie nę­ka­ły na­ło­gi i cho­ro­by. My­ślę, że mia­łam szczę­śli­we dzie­ciń­stwo. Nikt ni­g­dy mnie nie ude­rzył. Jak coś prze­skro­ba­łam, to oj­ciec po­tra­fił na mnie na­krzy­czeć, ale nie mam z tego po­wo­du żad­nej trau­my. Mama nie pod­no­si­ła gło­su. Mam jesz­cze star­szą sio­strę Mo­ni­kę, któ­ra wy­pro­wa­dzi­ła się z domu za­raz po osią­gnię­ciu peł­no­let­no­ści. Mia­łam wte­dy pięt­na­ście lat. Ja zo­sta­łam w domu ro­dzin­nym znacz­nie dłu­żej. Wy­pro­wa­dzi­łam się do­pie­ro w wie­ku dwu­dzie­stu pię­ciu lat, kie­dy skoń­czy­łam stu­dia. Wte­dy za­miesz­ka­łam u Prze­mka, bo miesz­kał bli­żej cen­trum mia­sta. Po­cząt­ko­wo by­wa­łam w domu ro­dzin­nym przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu.

- Kie­dy to się zmie­ni­ło? Wte­dy, gdy po­ja­wi­ły się u pani ata­ki pa­ni­ki?

- To mniej wię­cej zbie­gło się w cza­sie. Nie je­stem prze­ko­na­na, czy te wy­da­rze­nia są po­wią­za­ne. Wte­dy w moim domu ro­dzin­nym dużo się dzia­ło. Tata zo­stał zwol­nio­ny z pra­cy, w któ­rej pra­co­wał kil­ka­na­ście lat. Dla nie­go rów­na­ło się to z koń­cem świa­ta. Zresz­tą mój oj­ciec jest z tych bar­dziej sta­ro­świec­kich, nie wie­rzy w psy­cho­te­ra­pię ani psy­chia­trów. Uwa­ża, że to wy­my­sły dla świ­rów. - Za­wa­ha­łam się. - Prze­pra­szam, nie chcia­łam pani ura­zić. - Spoj­rza­łam nie­pew­nie w kie­run­ku ko­bie­ty. - Cza­sa­mi mó­wię za dużo - do­da­łam po chwi­li.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku, znam ste­reo­ty­py, któ­re krą­żą w spo­łe­czeń­stwie. Świat po­szedł na­przód, a my pod tym wzglę­dem zo­sta­li­śmy z tyłu. Tym bar­dziej cie­szę się, że zde­cy­do­wa­ła się pani na psy­cho­te­ra­pię. Pro­szę mó­wić da­lej.

Po­wo­li, bar­dzo po­wo­li za­czę­łam się otwie­rać przed tą obcą ko­bie­tą. Za­czę­łam czuć do niej odro­bi­nę sym­pa­tii. Opo­wia­da­łam jej o mo­jej ro­dzi­nie, na­rze­czo­nym, przy­ja­cio­łach, z któ­ry­mi w więk­szo­ści nie mia­łam cza­su utrzy­my­wać kon­tak­tu, przez co na­sze wie­lo­let­nie zna­jo­mo­ści po­szły w za­po­mnie­nie. Psy­cho­te­ra­peut­ka sta­wia­ła mnó­stwo py­tań, na któ­re nie za­wsze od­po­wia­da­łam. Nie na­ci­ska­ła mnie. Da­wa­ła mi czas i prze­strzeń. Sta­no­wi­ło to miłą od­mia­nę w po­rów­na­niu z moją po­przed­nią te­ra­pią. Sama nie wiem, kie­dy znik­nę­ło wra­że­nie, że je­stem oce­nia­na. W koń­cu roz­ga­da­łam się tak bar­dzo, że nie za­uwa­ży­łam, kie­dy mi­nę­ło pra­wie całe spo­tka­nie. Za­le­d­wie mu­snę­ły­śmy mój wła­ści­wy pro­blem. Czu­łam, że chcę da­lej roz­ma­wiać z tą ko­bie­tą. Umó­wi­ły­śmy się, że będę przy­cho­dzić w każ­dy po­nie­dzia­łek o sie­dem­na­stej.

By­łam w za­ska­ku­ją­co do­brym hu­mo­rze, kie­dy wy­szłam z ga­bi­ne­tu. Czu­łam się le­piej. Chy­ba po­trze­bo­wa­łam się wy­ga­dać. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że w koń­cu tra­fi­łam do od­po­wied­nie­go miej­sca.

Szyb­ko wy­ję­łam z to­reb­ki te­le­fon. Na czas spo­tka­nia go wy­ci­szy­łam. Z tru­dem po­wstrzy­ma­łam się, żeby nie się­gnąć po ko­mór­kę, gdy w trak­cie te­ra­pii po­czu­łam wi­bra­cje. W cią­gu pięć­dzie­się­ciu mi­nut Prze­mek za­dzwo­nił do mnie trzy razy.

- Cześć, ko­cha­nie - rzu­ci­łam lek­ko.

- Gdzie ty je­steś?

Od­dy­chał gło­śno do te­le­fo­nu. Był zde­ner­wo­wa­ny. By­wał cza­sa­mi na­do­pie­kuń­czy. To było ko­cha­ne, że tak się o mnie trosz­czył, ale cza­sa­mi prze­sa­dzał. Nie by­łam już ma­łym dziec­kiem. To, że przez chwi­lę nie od­bie­ra­łam te­le­fo­nu, nie ozna­cza­ło, że od razu sta­ło się coś złe­go.

- Za­raz wra­cam do domu - za­pew­ni­łam go.

- A cze­mu cię jesz­cze w nim nie ma? Wy­szłaś z pra­cy dwie go­dzi­ny temu. Na­wet w cza­sie go­dzin szczy­tu dro­ga do domu nie zaj­mu­je aż tyle cza­su. Daw­no po­win­naś być na miej­scu.

- Po­szłam jesz­cze na kawę z ko­le­żan­ką z pra­cy - skła­ma­łam. - Mia­ły­śmy dużo do ob­ga­da­nia. Pa­mię­tasz, mó­wi­łam ci, że za­czy­nam te­raz ilu­stro­wać ko­lej­ną książ­kę. Ha­nia ma na to wła­sny po­mysł, chcia­ła mi o nim opo­wie­dzieć. To dość duży pro­jekt, chce to zro­bić jak naj­le­piej...

- Nie uwa­żasz, że po­win­naś mnie o tym po­wia­do­mić? - prze­rwał mi. - Nie po­my­śla­łaś, że w two­im sta­nie mogę się za­nie­po­ko­ić, kie­dy nie po­ja­wiasz się w domu o tej po­rze co zwy­kle i nie od­bie­rasz te­le­fo­nu?

- Prze­cież nie sta­ło się nic złe­go, za chwil­kę będę - uspo­ka­ja­łam go. - Prze­pra­szam, nie po­my­śla­łam, że mo­żesz się o mnie mar­twić.

- Na przy­szłość in­for­muj mnie o ta­kich rze­czach! - po­wie­dział zde­cy­do­wa­nie. - Wy­cho­dzę na si­łow­nię, nie bę­dzie mnie w miesz­ka­niu. Tak bar­dzo zde­ner­wo­wa­łem się, że coś ci się sta­ło, że mu­szę roz­ła­do­wać emo­cje.

- Do­brze, ko­cha­nie, nie ma spra­wy. Kie­dy wró­cisz?

- Kie­dy skoń­czę tre­ning - rzu­cił krót­ko i się roz­łą­czył.

Wzię­łam głę­bo­ki od­dech. Jego nad­mier­na tro­ska by­wa­ła uciąż­li­wa. Prze­cież ja mia­łam tyl­ko na­pa­dy pa­ni­ki. Nie tra­ci­łam przy­tom­no­ści na każ­dym kro­ku. Nie by­łam śmier­tel­nie cho­ra. Gdy­bym nie mo­gła so­bie z czymś po­ra­dzić, był­by pierw­szą oso­bą, do któ­rej bym za­dzwo­ni­ła. Wie­dział o tym.

Pa­trzy­łam na ta­pe­tę w moim te­le­fo­nie - na­sze wspól­ne zdję­cie z ostat­nie­go wy­jaz­du na Ma­zu­ry. Nie chcia­łam go okła­my­wać. Chcia­łam mu po­wie­dzieć o no­wej psy­cho­te­ra­peut­ce, ale jesz­cze nie te­raz.

3 KWIETNIA 2009

Pierw­szy list do­sta­łam, kie­dy skoń­czy­łam dwa­na­ście lat. W dniu uro­dzin obu­dzi­łam się wcze­śnie. Jak dla więk­szo­ści dzie­ci, był to dla mnie naj­waż­niej­szy dzień w roku, któ­ry mógł kon­ku­ro­wać je­dy­nie z Wi­gi­lią Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Mie­li­śmy iść z ro­dzi­ca­mi i moją przy­ja­ciół­ką Ju­lią do zoo. Nie mo­głam się do­cze­kać ży­czeń i pre­zen­tów. Uda­wa­łam, że śpię, kie­dy do mo­je­go po­ko­ju po ci­chu we­szli ro­dzi­ce z moją star­szą sio­strą Mo­ni­ką i za­czę­li śpie­wać Sto lat. Chy­ba nie ma nic tak szcze­re­go, jak dzie­cię­ca ra­dość. Śmia­łam się i czu­łam jak kró­lo­wa świa­ta.

U mnie w domu był zwy­czaj otwie­ra­nia pre­zen­tów uro­dzi­no­wych do­pie­ro pod wie­czór, po ofi­cjal­nym świę­to­wa­niu, tak aby so­le­ni­zant zaj­mo­wał się swo­imi go­ść­mi, a nie no­wy­mi za­baw­ka­mi. Ja jed­nak nie mo­głam się do­cze­kać i za­kra­dłam się do mo­je­go po­ko­ju tuż po po­wro­cie z wy­ciecz­ki. Wy­ko­rzy­sta­łam chwi­lę, kie­dy ro­dzi­na za­ję­ła się przy­go­to­wa­niem uro­dzi­no­wej ko­la­cji, a moja za­wsze po­moc­na przy­ja­ciół­ka Jul­ka na­kry­wa­ła do sto­łu.

Na moim łóż­ku le­żał po­kaź­ny sto­sik pre­zen­tów od ro­dzi­ny i mo­ich przy­ja­ció­łek. Za­nim jed­nak po nie się­gnę­łam, rzu­ci­ła mi się w oczy błę­kit­na ko­per­ta ze zło­tą ob­wód­ką. Skrzy­wi­łam się lek­ko. Nie lu­bi­łam do­sta­wać w pre­zen­cie pie­nię­dzy. Za­wsze uwa­ża­łam, że jest to bez­oso­bo­wy po­da­ru­nek, któ­ry moż­na dać ko­muś nie­zna­jo­me­mu, ale na pew­no nie bli­skiej oso­bie. Czu­łam się, jak­bym była nie­war­ta uwa­gi. Nie na tyle waż­na, żeby wy­my­ślić dla mnie pa­su­ją­cy upo­mi­nek.

Po­mi­mo nie­chę­ci się­gnę­łam po list. Prze­cież to był stos pre­zen­tów od bli­skich mi osób. Kto znał mnie na tyle sła­bo, żeby wpaść na taki głu­pi po­mysł? Na ko­per­cie nie było nic na­pi­sa­ne. Była de­li­kat­nie za­kle­jo­na, więc otwo­rzy­łam ją bez pro­ble­mu. W środ­ku znaj­do­wa­ła się ja­sno­nie­bie­ska kart­ka zgię­ta na pół. Pa­so­wa­ła ko­lo­ry­stycz­nie do ko­per­ty, więc pew­nie były z jed­ne­go ze­sta­wu pa­pe­te­rii. Poza nią w ko­per­cie nie było nic, żad­nych pie­nię­dzy. Roz­chy­li­łam kart­kę ostroż­nie, żeby bank­no­ty nie wy­pa­dły na pod­ło­gę, ale ich tam nie było. To był list. Tekst był na­pi­sa­ny dziw­ną czcion­ką, lek­ko po­chy­lo­ną na pra­wo. Kie­dy tyl­ko wy­ję­łam kart­kę, po­czu­łam przy­jem­ny za­pach kwia­tów la­wen­dy. Kart­ka była per­fu­mo­wa­na. Usia­dłam na łóż­ku i za­czę­łam czy­tać.

Dro­ga Lucy!

Nie, nie martw się, w ko­per­cie nie ma pie­nię­dzy. Nie wpa­dła­bym na po­mysł, żeby spra­wić Ci taki nie­uda­ny pre­zent. Obie do­brze wie­my, że da­wa­nie ko­muś bank­no­tów na uro­dzi­ny to tak, jak­by skła­dać ko­muś ży­cze­nia mie­siąc po ter­mi­nie. Niby się pa­mię­ta­ło, niby za­da­nie od­ha­czo­ne, ale ja­koś nie­smacz­nie i bez­pł­cio­wo. Tak się po pro­stu nie robi.

Pew­nie za­sta­na­wiasz się, dla­cze­go do Cie­bie pi­szę. Koń­czysz dziś dwa­na­ście lat. Te­raz to do­pie­ro bę­dzie się dzia­ło! W przy­szłym roku cze­ka Cię dużo zmian. Bę­dziesz czę­sto czu­ła się za­gu­bio­na i sa­mot­na, ale nie bój się. Za­wsze bę­dziesz mia­ła wo­kół sie­bie dużo ko­cha­ją­cych Cię osób i nie za­po­mi­naj, że ja za­wsze będę Cię wspie­rać. Nie­dłu­go bę­dziesz mu­sia­ła się po­że­gnać z przy­ja­ciół­ka­mi ze szko­ły i od­na­leźć się w zu­peł­nie no­wym śro­do­wi­sku. Prze­pro­wadz­ka nie bę­dzie przy­jem­na, ale nic się nie martw, bo spo­tkasz w no­wym miej­scu do­brych lu­dzi, któ­rzy ode­gra­ją waż­ną rolę w Two­im ży­ciu. Już nie­dłu­go za­cznie Ci to­wa­rzy­szyć nowy czwo­ro­noż­ny przy­ja­ciel, któ­ry nie od­stą­pi Cię na krok.

Nie za­wsze słu­chaj do­ro­słych! Nie na wszyst­kim się zna­ją. Twój oj­ciec nie za­wsze ma ra­cję. W tym wy­pad­ku się myli. Two­je śpie­wa­nie to nie tyl­ko hob­by i głu­pie wi­dzi­mi­się, jak twier­dzi, ale ta­lent i praw­dzi­wa pa­sja. Nie daj so­bie wmó­wić, że to tyl­ko dzie­cię­ca za­ba­wa. Spra­wia Ci to ogrom­ną ra­dość, więc nie od­pusz­czaj. Bądź cier­pli­wa, pra­co­wi­ta i peł­na za­pa­łu, a osią­gniesz wie­le.

Ży­czę Ci ma­gicz­ne­go i pięk­ne­go ko­lej­ne­go roku ży­cia.

Przy­ja­ciół­ka

- Łu­cjo, oszu­ku­jesz! Mia­łaś nie otwie­rać jesz­cze pre­zen­tów! - Mo­ni­ka wpa­ro­wa­ła do po­ko­ju i prze­rwa­ła mi po­now­ne czy­ta­nie li­stu. - Całe szczę­ście, że zdą­ży­łam cię po­wstrzy­mać. Jesz­cze nic waż­ne­go nie od­pa­ko­wa­łaś.

- Od kogo są te pre­zen­ty? - za­py­ta­łam zbi­ta z tro­pu, po czym szyb­ko scho­wa­łam list do błę­kit­nej ko­per­ty.

- Ten duży w zie­lo­nym pa­pie­rze od ro­dzi­ców. Ten żół­ty ode mnie, a te dwa mniej­sze od two­ich przy­ja­ció­łek. Dziad­ko­wie prze­ka­żą ci pre­zen­ty w so­bo­tę, kie­dy bę­dzie­my u nich na ka­wie.

Moja o trzy lata star­sza sio­stra nie ukry­wa­ła na­wet, że za­zdro­ści mi ster­ty po­da­run­ków. Pa­trzy­ła na nie łap­czy­wym wzro­kiem, tak jak­by chcia­ła za­brać cho­ciaż je­den dla sie­bie.

- A to od kogo? - za­py­ta­łam, po­ka­zu­jąc ko­per­tę.

- Nie wiem. - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Nie wi­dzia­łam go wcze­śniej. Pew­nie od cio­ci i wuj­ka No­wa­ków. To na pew­no od nich! Od kogo in­ne­go miał­by być? A co to jest? Pie­nią­dze? - Spoj­rza­ła z za­zdro­ścią.

Mo­ni­ka, w prze­ci­wień­stwie do mnie, uwiel­bia­ła ten ro­dzaj upo­min­ków. Wszyst­kie pie­nią­dze wy­da­wa­ła na nowe ko­sme­ty­ki. Nie do koń­ca to ro­zu­mia­łam, bo ro­dzi­ce i tak nie po­zwa­la­li jej ma­lo­wać się do szko­ły, więc nowe na­byt­ki przez więk­szość cza­su le­ża­ły nie­uży­wa­ne w ła­zien­ce.

- Tak, pie­nią­dze - rzu­ci­łam na od­czep­ne­go.

Ni­g­dy nie okła­my­wa­łam sio­stry, to był pierw­szy raz. Spoj­rza­łam na jej twarz ba­daw­czo, szu­ka­jąc oznak roz­ba­wie­nia. Po­my­śla­łam, że je­że­li list był żar­tem, zro­bio­nym przez nią samą, nie zdo­ła utrzy­mać po­wa­gi, lecz wy­raz jej twa­rzy nie zmie­nił się.

- Za­zdrosz­czę, ostat­nio wi­dzia­łam taki świet­ny tusz do rzęs. Od razu bym wie­dzia­ła, na co wy­dać te pie­nią­dze. Ale ja, nie­ste­ty, do uro­dzin mu­szę po­cze­kać jesz­cze czte­ry mie­sią­ce - traj­ko­ta­ła da­lej, nie zmie­nia­jąc tonu. - Chy­ba że ty, jako ko­cha­na, młod­sza sio­stra, się ze mną po­dzie­lisz.

- Nie.

- Ty za­wsze taka je­steś! A ja się z tobą wszyst­kim dzie­lę. Bluz­kę ci na­wet ostat­nio po­ży­czy­łam!

- Nie­praw­da. Na­krzy­cza­łaś na mnie, że wło­ży­łam ją na apel w szko­le.

- Bo to była moja ulu­bio­na, tyl­ko na spe­cjal­ne oka­zje, ale taką zwy­kłą bym ci na pew­no po­ży­czy­ła. Tak czy siak, mia­łaś te­raz jesz­cze nic nie ru­szać! Chodź na dół. Mama przy­wio­zła tort lo­do­wy, twój ulu­bio­ny!

Za­nim zdą­ży­łam za­pro­te­sto­wać, Mo­ni­ka zła­pa­ła mnie za rękę i wy­cią­gnę­ła z po­ko­ju. Chy­ba zdą­ży­ła bar­dziej po­ko­chać tort lo­do­wy niż ja. Błę­kit­na ko­per­ta wy­lą­do­wa­ła na moim łóż­ku. Mu­sia­ła za­cze­kać.

Mamę za­py­ta­łam o ko­per­tę do­pie­ro na­stęp­ne­go dnia, kie­dy rano ze­szłam do kuch­ni. Ta­jem­ni­czą wia­do­mość zna­łam pra­wie na pa­mięć. Świe­ci­łam so­bie la­tar­ką i czy­ta­łam ją wie­le razy do póź­nych go­dzin noc­nych. Nic z niej nie ro­zu­mia­łam. Do tego au­tor­ka li­stu zwra­ca­ła się do mnie imie­niem, któ­re ostat­nio sama so­bie wy­my­śli­łam, bo bar­dzo spodo­ba­ło mi się w ame­ry­kań­skich książ­kach. Nikt nie na­zy­wał mnie "Lucy". Je­śli to był żart, to bar­dzo nie­uda­ny. Wca­le nie było mi do śmie­chu. Nie wie­dzia­łam, co o tym my­śleć. Dłu­go nie mo­głam za­snąć, a kie­dy na­resz­cie za­snę­łam, śni­ło mi się, że ktoś pa­trzy na mnie przez okno. Po prze­bu­dze­niu czu­łam dziw­ny nie­po­kój. Wy­da­wa­ło mi się, że na­dal mnie ktoś ob­ser­wu­je. Mój po­kój jest na pierw­szym pię­trze, a i tak spu­ści­łam ża­lu­zje.

- Nie­bie­ska ko­per­ta? - Mama pod­nio­sła wzrok znad pa­tel­ni z ja­jecz­ni­cą. - Jul­ka ją przy­nio­sła. Mó­wi­ła, że jest dla cie­bie na uro­dzi­ny. Nie do­my­śli­łaś się, że to od niej?

Nie od­po­wie­dzia­łam. Rap­tem zro­zu­mia­łam wszyst­ko. By­łam zła na Jul­kę, na­wet wście­kła. Tak wście­kła, jak tyl­ko po­tra­fi być dwu­na­sto­lat­ka. Od­sta­wi­łam z im­pe­tem szklan­kę z so­kiem na stół. Kil­ka kro­pli spa­dło na ob­rus. Uda­łam, że tego nie wi­dzę.

- Sta­ło się coś? - za­py­ta­ła mama.

- Nic się nie sta­ło, idę do szko­ły - burk­nę­łam.

- Po­cze­kaj, za­raz bę­dzie śnia­da­nie na cie­pło.

- Nie je­stem głod­na.

Wzię­łam ka­nap­kę, za­rzu­ci­łam ple­cak i bez po­że­gna­nia z mamą wy­bie­głam z domu.

Do­tar­łam do szko­ły wcze­śniej niż zwy­kle. Pra­wie dzie­sięć mi­nut cze­ka­łam na Jul­kę przy jej szaf­ce. Kie­dy uśmiech­nię­ta wy­szła zza rogu i po­ma­cha­ła mi ręką, na­dal by­łam na nią wście­kła.

- Uwa­żasz, że to było śmiesz­ne?! - krzyk­nę­łam. - Przez cie­bie nie spa­łam całą noc. Za­czę­łam się bać, że coś mi gro­zi.

- O czym ty mó­wisz? - Jul­ka zro­bi­ła dwa kro­ki do tyłu.

Nie spo­dzie­wa­ła się mo­je­go ata­ku. Naj­wy­raź­niej my­śla­ła, że nie do­wiem się, że to ona przy­nio­sła list.

- Jak to o czym? O two­im dur­nym pre­zen­cie!

- Nie po­do­ba­ły ci się kred­ki? Są świet­ne, a ty ostat­nio spo­ro ry­su­jesz. Co chwi­lę wi­dzę cię ze szki­cow­ni­kiem w dło­ni. My­śla­łam, że pro­fe­sjo­nal­ne kred­ki ci się przy­da­dzą. Za­mó­wi­ły­śmy je z mamą do na­sze­go ulu­bio­ne­go skle­pu ar­ty­stycz­ne­go, bo nie były do­stęp­ne od ręki.

- Nie mó­wię o kred­kach.

- A o czym? - Pa­trzy­ła na mnie co­raz bar­dziej zdez­o­rien­to­wa­na.

- Prze­stań uda­wać. - By­łam na nią wście­kła. - To wca­le nie było za­baw­ne.

- Łu­cjo, nie wiem, o czym mó­wisz.

- O two­im głu­pim li­ście!

Jej oczy zro­bi­ły się jesz­cze więk­sze ze zdzi­wie­nia.

- Ja­kim li­ście? - Jej głos za­brzmiał pi­skli­wie, jak­by mia­ła się za­raz roz­pła­kać. Gwał­tow­nie zła­pa­ła od­dech. Na jej po­licz­kach po­ja­wi­ły się czer­wo­ne pla­my.

- O tym w nie­bie­skiej ko­per­cie, któ­ry na­pi­sa­łaś, żeby mnie prze­stra­szyć.

- Ale ja nic nie na­pi­sa­łam!

- Nie kłam! To nie jest śmiesz­ne! - nie od­pusz­cza­łam.

Chcia­łam, żeby kłam­czu­cha się przy­zna­ła. Ja całą noc nie spa­łam z po­wo­du stra­chu przed tym li­stem, a ona te­raz uda­wa­ła nie­wi­niąt­ko. Po­win­na mieć przy­naj­mniej na tyle od­wa­gi, żeby się przy­znać.

- Zna­la­złam ten list, kie­dy rano szłam do cie­bie. Le­żał koło skrzyn­ki pocz­to­wej. My­śla­łam, że wy­padł li­sto­no­szo­wi. Za­nio­słam go do was do domu, bo za­czę­ło pa­dać. Nie chcia­łam, żeby za­mókł. Szko­da mi było, żeby tak ład­ny pa­pier się znisz­czył.

- A skąd niby wie­dzia­łaś, że to list do mnie?

- Nie wie­dzia­łam. Two­ja mama po­wie­dzia­ła, że w ta­kiej ozdob­nej ko­per­cie na pew­no są ży­cze­nia uro­dzi­no­we, i po­pro­si­ła, że­bym ją za­nio­sła do two­je­go po­ko­ju.

- Mam w to uwie­rzyć?! - krzy­cza­łam.

- Tak było. Mó­wię praw­dę. - Głos Jul­ki za­drżał.

- Kłam­czu­cha!

- Nie na­zy­waj mnie tak! Jak uwa­żasz, że cię okła­mu­ję, to po co za­pro­si­łaś mnie na uro­dzi­ny?! Mam lep­sze rze­czy do ro­bo­ty niż spę­dza­nie cza­su z kimś, kto mnie ob­ra­ża i wy­my­śla ja­kieś dziw­ne rze­czy na mój te­mat.

Obu nam pu­ści­ły ner­wy. Na­sza kłót­nia skoń­czy­ła się roz­mo­wą z pa­nią pe­da­gog i oka­za­ła się koń­cem na­szej dzie­cię­cej przy­jaź­ni. Parę lat póź­niej by­łam już pew­na, że Jul­ka wte­dy nie kła­ma­ła. To nie ona była au­tor­ką li­stu w błę­kit­nej ko­per­cie. Szko­da, że ni­g­dy jej tego nie po­wie­dzia­łam.

3 KWIETNIA 2010

Dość szyb­ko za­po­mnia­łam o błę­kit­nej ko­per­cie. Nie­co dłu­żej za­ję­ło mi po­go­dze­nie się z utra­tą naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki, ale z tym też się upo­ra­łam. W moim dzie­cię­cym ży­ciu dzia­ło się mnó­stwo rze­czy. Po za­koń­cze­niu roku szkol­ne­go wy­pro­wa­dzi­li­śmy się z ro­dzi­ca­mi z ma­łej So­bót­ki do Wro­cła­wia, któ­ry wy­da­wał mi się ogrom­ny. Oj­ciec do­stał awans, a mama uwa­ża­ła, że wro­cław­skie szko­ły da­dzą mi i mo­jej sio­strze więk­sze moż­li­wo­ści roz­wo­ju i za­pew­nią lep­szy start w ży­cie. Ja i Mo­ni­ka nie po­dzie­la­ły­śmy jej zda­nia. Moja sio­stra tę­sk­ni­ła za pierw­szym chło­pa­kiem, a ja za ko­le­żan­ka­mi i ulu­bio­ny­mi na­uczy­ciel­ka­mi.

Kie­dy wpro­wa­dzi­li­śmy się do wy­na­ję­te­go we Wro­cła­wiu domu, ro­dzi­ce, żeby nas udo­bru­chać, ku­pi­li nam psa. Była to brą­zo­wa sucz­ka rasy coc­ker spa­niel o imie­niu Astra. Mo­ni­ka na­dal tę­sk­ni­ła za swo­im pierw­szym chło­pa­kiem, a ja dzię­ki Astrze od­kry­łam moją wiel­ką mi­łość do zwie­rząt. Nie tę­sk­ni­łam już tak bar­dzo za So­bót­ką, szcze­gól­nie że tam nie mo­głam mieć psa.

Szyb­ko za­akli­ma­ty­zo­wa­łam się w no­wej szko­le i prze­ko­na­łam ro­dzi­ców do za­pi­sa­nia mnie do szko­ły mu­zycz­nej na lek­cje śpie­wu. Oj­ciec na po­cząt­ku nie był prze­ko­na­ny do tego po­my­słu i twier­dził, że przez śpie­wa­nie nie będę mo­gła sku­pić się na na­uce. Zgo­dził się chy­ba tyl­ko dla­te­go, że chciał mieć świę­ty spo­kój. Po­cząt­ko­wo cho­dzi­łam na jed­ną lek­cję w ty­go­dniu, ale kie­dy na ko­niec se­me­stru przy­nio­słam do domu same do­bre oce­ny, to i tata uwie­rzył, że dam radę łą­czyć obie szko­ły. Na­resz­cie w peł­nym wy­mia­rze mo­głam ro­bić to, co lu­bię. Na­uczy­ciel­ka śpie­wu, pani Ło­pe­tek, po­zwo­li­ła mi na­wet na za­ję­cia przy­pro­wa­dzać Astrę. W szko­le mu­zycz­nej po­zna­łam wie­le no­wych ko­le­ża­nek. Moja przy­szłość we Wro­cła­wiu za­po­wia­da­ła się za­ska­ku­ją­co do­brze.

O ta­jem­ni­czym li­ście przy­po­mnia­łam so­bie do­pie­ro, kie­dy w dniu trzy­na­stych uro­dzin zna­la­złam iden­tycz­ną błę­kit­ną ko­per­tę w skrzyn­ce na li­sty. Mia­łam wejść szyb­ko do po­ko­ju, prze­brać się i ru­szyć z Asią, ko­le­żan­ką z lek­cji śpie­wu, do kina. Ale nie mo­głam się po­wstrzy­mać przed prze­czy­ta­niem li­stu.

Dro­ga Lucy!

Z oka­zji uro­dzin ży­czę Ci speł­nie­nia wszyst­kich ma­rzeń! Cho­ciaż na nie­któ­re z ma­rzeń bę­dziesz mu­sia­ła jesz­cze tro­chę po­cze­kać. Bar­dzo się cie­szę, że tak do­brze za­akli­ma­ty­zo­wa­łaś się we Wro­cła­wiu. To była dla Cie­bie ogrom­na zmia­na. Je­stem z Cie­bie na­praw­dę dum­na.

Czy uda­ło Ci się prze­ko­nać tatę do lek­cji śpie­wu? On bywa bar­dzo upar­ty, ale ko­cha Cię na swój spo­sób, tyl­ko nie po­tra­fi tego oka­zać. Chce dla Cie­bie jak naj­le­piej, na­wet je­śli bywa bar­dzo sro­gi.

Ale nie o nim chcia­łam na­pi­sać! Dzi­siaj naj­waż­niej­sze są Two­je uro­dzi­ny. Trzy­na­ście lat! Co za pięk­ny wiek. W naj­bliż­szym roku nie re­zy­gnuj z ma­rzeń, roz­wi­jaj swój głos i nie daj so­bie wmó­wić, że to bez sen­su. Nie za­po­mi­naj o pa­sji do ry­so­wa­nia. To bę­dzie dla Cie­bie spo­koj­niej­szy rok niż po­przed­ni. Czas, żeby za­czerp­nąć po­wie­trza, bo do­pie­ro póź­niej za­cznie się jaz­da bez trzy­man­ki. Czerp z ży­cia peł­ny­mi gar­ścia­mi!

Pa­mię­taj, że za­wsze Cię wspie­ram!

Przy­ja­ciół­ka

Prze­czy­ta­łam list kil­ku­krot­nie. Coś mi się nie zga­dza­ło. Prze­cież Ju­lia nie zna­ła mo­je­go no­we­go ad­re­su. Od na­szej ze­szło­rocz­nej kłót­ni nie za­mie­ni­łam z nią ani jed­ne­go sło­wa. Dziew­czy­na nie mo­gła kon­ty­nu­ować swo­je­go głu­pie­go żar­tu. Skąd ktoś inny miał­by iden­tycz­ną ko­per­tę? Skąd kto­kol­wiek, oprócz mo­jej mamy i sio­stry, mógł wie­dzieć o tym, że oj­ciec był scep­tycz­nie na­sta­wio­ny do lek­cji śpie­wu? Były to rze­czy, któ­re nie wy­cho­dzi­ły poza na­szą ro­dzi­nę. Ni­g­dy nie na­le­ża­łam do dzie­ci, któ­re psio­czy­ły na ro­dzi­ców. Uwa­ża­łam, że to, co dzie­je się w ro­dzi­nie, ma rów­nież w niej po­zo­stać i ni­ko­mu nic do tego. Ktoś jed­nak znał sy­tu­ację u nas w domu na tyle do­brze, żeby móc o tym na­pi­sać w li­ście.

Nic z tego nie ro­zu­mia­łam. Uczu­cie by­cia ob­ser­wo­wa­ną po­wró­ci­ło ze zdwo­jo­ną siłą. Po co ktoś miał­by mnie stra­szyć i szpie­go­wać? Moja ro­dzi­na nie była bo­ga­ta. Ja nie by­łam wy­jąt­ko­wo pięk­na ani wy­bit­nie uzdol­nio­na. By­łam za bar­dzo zwy­czaj­na, żeby mnie śle­dzić. To wszyst­ko nie mia­ło sen­su.

Po po­wro­cie z kina prze­szu­ka­łam mój po­kój. Przez cały se­ans moje my­śli krą­ży­ły wo­kół ko­per­ty. Nie wie­dzia­łam na­wet, o czym był film. Chcia­łam ko­niecz­nie od­na­leźć ubie­gło­rocz­ny list i po­rów­nać go z tym otrzy­ma­nym dzi­siaj. Od­na­la­złam go w pu­dle z ze­szy­ta­mi z po­przed­nie­go roku szkol­ne­go. Był wci­śnię­ty po­mię­dzy ze­szy­ty z ma­te­ma­ty­ki i ję­zy­ka pol­skie­go. Dziw­ne, że go przez przy­pa­dek nie wy­rzu­ci­łam.

- Łu­cjo, zejdź, pro­szę, na dół, upie­kłam cia­sto na two­je uro­dzi­ny! - usły­sza­łam głos mamy na scho­dach.

- Nie zej­dę dzi­siaj, kiep­sko się czu­ję - od­po­wie­dzia­łam sła­bym gło­sem.

- Co się sta­ło, ko­cha­nie? - Mama od razu zna­la­zła się przy uchy­lo­nych drzwiach do mo­je­go po­ko­ju. - Źle wy­glą­dasz, ja­kaś bla­da je­steś. Stru­łaś się czymś?

Kiw­nę­łam gło­wą. Nie by­łam w sta­nie nic wię­cej po­wie­dzieć.

- Za­pa­rzę ci mię­ty. Ona za­wsze po­ma­ga przy bó­lach brzu­cha - po­wie­dzia­ła i zo­sta­wi­ła mnie samą.

Wca­le się nie dzi­wi­łam, że by­łam bla­da. Prze­czy­ta­łam ze­szło­rocz­ny list. Ten, któ­ry po­dob­no był od Jul­ki. Wszyst­ko, o czym pi­sa­ła ta­jem­ni­cza przy­ja­ciół­ka, się spraw­dzi­ło.

3 KWIETNIA 2013

W moje szes­na­ste uro­dzi­ny, jak co roku, do­sta­łam list. Kie­dy wy­szłam z domu, od razu zo­ba­czy­łam nie­bie­ską ko­per­tę, któ­ra wy­sta­wa­ła ze skrzyn­ki pocz­to­wej. W pierw­szej chwi­li chcia­łam ją po­rwać na strzę­py. Całą noc nie spa­łam z ner­wów przed ko­lej­ną wia­do­mo­ścią w nie­bie­skiej opra­wie.

Li­sty przy­cho­dzi­ły co roku, a ja nie do­wie­dzia­łam się ni­cze­go o se­kret­nym nadaw­cy błę­kit­nych wia­do­mo­ści. Dłu­go wal­czy­łam sama ze sobą, czy ko­mu­kol­wiek o nich po­wie­dzieć. Kil­ku­krot­nie by­łam o krok od po­wie­dze­nia Mo­ni­ce o ich ist­nie­niu. By­ły­śmy z sio­strą bli­sko, jed­nak trzy­let­nia róż­ni­ca wie­ku spra­wia­ła, że cza­sa­mi czu­łam się przez nią trak­to­wa­na jak dziec­ko. Chy­ba wła­śnie to po­wstrzy­ma­ło mnie osta­tecz­nie przed po­wie­dze­niem jej o błę­kit­nych ko­per­tach. Nie chcia­łam, żeby po­trak­to­wa­ła mnie jak pod­lot­ka, któ­ry so­bie coś wy­my­ślił. Prze­cież chcia­łam, żeby pa­trzy­ła na mnie jak na do­ro­słą.

Ma­mie rów­nież nic nie po­wie­dzia­łam, po­nie­waż nie chcia­łam jej mar­twić. Sama mia­ła dużo pro­ble­mów na gło­wie. Jej zwią­zek z tatą nie do koń­ca się ukła­dał. Czę­sto się kłó­ci­li, a mój oj­ciec za­wsze miał ostat­nie zda­nie. Bar­dzo było mi jej szko­da. Kie­dyś sły­sza­łam, jak Mo­ni­ka mó­wi­ła ma­mie, że po­win­na pójść z oj­cem na te­ra­pię mał­żeń­ską. Pró­bo­wa­ła ją prze­ko­nać, że to może po­móc.

- Na te­ra­pię? Prze­cież twój oj­ciec nie wie­rzy w ta­kie rze­czy - od­po­wie­dzia­ła mama z go­ry­czą. - On uwa­ża, że wszel­kie te­ra­pie są dla świ­rów. W ży­ciu by się na coś ta­kie­go nie zgo­dził. Zresz­tą my na­praw­dę nie po­trze­bu­je­my po­mo­cy. Je­ste­śmy nor­mal­nym związ­kiem z dłu­gim sta­żem. Nie ma w tym nic nad­zwy­czaj­ne­go, że się kłó­ci­my.

Jed­nak za­rów­no ja, jak i Mo­ni­ka wi­dzia­ły­śmy, że re­la­cja na­szych ro­dzi­ców nie była nor­mal­na. Nie mo­gły­śmy na to nic po­ra­dzić. Tym bar­dziej nie chcia­łam do­kła­dać ma­mie zmar­twień i opo­wia­dać jej o li­stach nie­zna­ne­go po­cho­dze­nia.

Mia­łam do­bre zna­jo­me, może na­wet przy­ja­ciół­ki, ale nie po­tra­fi­łam otwo­rzyć się przed nimi na tyle, żeby opo­wie­dzieć im o tych dziw­nych, przy­cho­dzą­cych tyl­ko raz w roku prze­sył­kach. Gdzieś we­wnętrz­nie ba­łam się, że uzna­ją mnie za wa­riat­kę. A dla mnie, jako na­sto­lat­ki, nie było nic waż­niej­sze­go niż do­bre kon­tak­ty ze zna­jo­my­mi.

W koń­cu przez te wszyst­kie lata nie opo­wie­dzia­łam o li­stach ni­ko­mu. Były one moim ma­łym se­kre­tem. Za­gad­ką, któ­rej nie mo­głam roz­wią­zać. W tym roku jed­nak bar­dzo chcia­łam, żeby list się nie po­ja­wił. Nie­ste­ty, nie mia­łam tyle szczę­ścia.

Ko­per­ta po­now­nie cze­ka­ła na mnie w skrzyn­ce na li­sty. [...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.